Fot.: Archiwum piwniczne/ h/ re

JAN TESPISKI: Niebezpieczne napoje – stałe atrybuty artystów teatru (2)

Podejmujemy dziś temat tylko dla dorosłych. Zdaję sobie bowiem sprawę, że picie bez umiaru prowadzi do tragicznych skutków. I nie mam zamiaru propagować pijaństwa. Jednakże trudno mówić o sztuce pomijając ten trudny aspekt, a nawet atrybut artystów. Wódka, wino, piwo. Powiedzmy prawdę – ludzkość, a szczególnie ludzie sztuki od zarania dziejów wprowadzali się w stan upojenia procentami. Przecież już greckie bachanalia związane są na równi tak z artyzmem, jak piciem.

Używanie alkoholu przez aktorów, reżyserów i wszystkich innych wiąże się z sytuacjami serio i zabawnymi. Serio jest wtedy, gdy trzeba odwoływać spektakle. Zabawnie natomiast wtedy, gdy – na przykład – „trącony” artysta chce za wszelką cenę zagrać.

Stypendium

Zdarzyło się przed laty w krakowskiej PWST, że student aktorstwa z powodu nietrzeźwości nie przyszedł na ważną próbę. Następnego dnia stanął przed obliczem rektora Eugeniusza Fulde, który w latach 1968-72 stał na czele tej uczelni.

– To Jest skandal, to jest niedopuszczalne! – grzmiał rektor, a głos miał niski i silny. – Pan kompromituje naszą szkołę. Ja, za karę, odbieram panu na miesiąc stypendium! Zrozumiał pan?

– Ale ja, panie rektorze, nie mam stypendium – cicho i pokornie powiedział student Stanisław J.

– A, to nic nie szkodzi. Ja panu dam stypendium i natychmiast je panu odbiorę!

Mecenas Zając

Przywołany wyżej rektor, aktor Fulde sam nie wylewał za kołnierz. Młodość miał burzliwą, bo ozdobioną licznymi zabawami, bynajmniej nie bezalkoholowymi. Jeszcze przed wojną, będąc aktorem Teatru im. Słowackiego, równie często bywał na scenie, co w położonej tuż obok słynnej restauracji Pollera. Był to, i jest nadal, lokal znakomity i wprost stworzony do zabawy.

Eugeniusz Fulde z serdecznym swym przyjacielem, również aktorem – powiedzmy Aleksandrem – przebywali niemal codziennie u Pollera, po każdym spektaklu. Trzeba nam wiedzieć, że przed wojną lokale były otwarte „do ostatniego gościa”. Kiedy jednak nadchodziła tragiczna pora pójścia do domu – a najczęściej była to druga w nocy – panowie korzystali z telefonu, który był w szatni. I zawsze dzwonili pod ten sam numer. I zawsze sytuacja bawiła ich niezmiernie.

– Czy dodzwoniłem się do mieszkania mecenasa Zająca? – grzmiąco pytał Fulde.

– Tak – odpowiadał gosposia – ale jest już druga w nocy i pan mecenas śpi.

– Proszę go natychmiast obudzić, sprawa jest dramatyczna.

Po dłuższej chwili do telefonu podchodził mecenas.

– Słucham. – mówił zaspanym głosem.

– Mecenas Zając?

– Tak, słucham.

– Pif-paf, pif-paf!

To strzelanie do Zająca niezmiernie obu aktorów bawiło.

Ale przyszła wojna, potem okupacja. Po wojnie obaj przyjaciele znowu odnaleźli się w teatrze. I znowu poszli – oczywiście – do Pollera. I gdzieś tak około drugie w nocy, postanowili zadzwonić do mecenasa Zająca. Tym razem telefon odebrał sam mecenas.

– Czy to mieszkanie mecenasa Zająca? – zagrzmiał Fulde.

– Tak, ale panowie, panowie, nie odkładajcie słuchawki, ja bardzo proszę – powiedział mecenas, po czym krzyknął w głąb mieszkania – Zosiu, te sukinsyny przeżyły!

I cała trójka piła przez tydzień u Pollera, na koszt mecenasa.

Zdaje mi się – powiedział już przy stoliku mecenas – że najbardziej w okupację to mi brakowało tych waszych idiotycznych telefonów.

Charakteryzacja

Aktor B. wpadł do charakteryzatorki tuż przed spektaklem. Zwalił się ciężko na krzesło i dość bełkotliwie powiedział:

– Proszę, mnie zrobić na zupełnie, zupełnie trzeźwego.

Jak przed wojną

Dyrektor Teatru im. Jaracza w Łodzi, wspaniały aktor i dobry reżyser Feliks Żukowski był  człowiekiem o dobrym teatralnym, przedwojennym doświadczeniu. I chciał, żeby – mimo całego socjalistycznego bałaganu – jego teatr spełniał wszystkie przedwojenne normy. Dlatego poustawiał prace wszystkich pracowni, wszystkich służb sceny według starych, dobrych wzorów.

Pewnego roku przyjął do zespołu trzech absolwentów wydziału aktorskiego łódzkiej filmówki. Nowi okazali się bardzo dobrymi aktorami, dużo i dobrze grali. A z czasem stali się podporami zespołu. Zdarzyło się jednak, że w pierwszym roku pracy w teatrze, trzej muszkieterowie zapili. Jeden z nich zadzwonił do sekretariatu i szczerze wyznał co się stało, i że na próbę nie przyjdą.

Dyrektor Żukowski polecił sekretarce napisanie odpowiedniego pisma, głoszącego że cała trójka została ukarana potrąceniem premii. Po czym poszedł, z sekretarką, do teatralnego bufetu i asystował jej w przypinaniu pisma pinezkami na tablicy. I cały czas zacierał ręce, uśmiechał się z zadowoleniem i powtarzał w kółko:

– Zupełnie jak przed wojną, jak przed wojną!

Aktor, który nie pił

Do teatru dyrektora Żukowskiego chciał się też zaangażować pewien młody aktor. Żukowski rozmawiał z nim długo w gabinecie i aktor wyszedł z teatru. Natomiast w bufecie odbyła się taka rozmowa.

– I jak ten aktor? – zapytał ktoś z aktorów.

– Wysoki, przystojny, świetna dykcja, dobry mocny głos, niezłe maniery – mówi Żukowski. – Pytam co grał? Mówi. Okazuje się, że duże role, u niezłych reżyserów. Pokazuje recenzje. Dobre, bardzo dobre. Ale pytam go czy pije. Mówi, że nie.

– I przyjął go pan?

– A skąd. Nie, nie przyjąłem. Jeżeli nie pije, to ja się takiego boję. A bo ja wiem, co się tam jeszcze u niego kryje?

 

Rysuje Cezary Krysztopa

O szansach na pieniądze z Brukseli pisze CEZARY KRYSZTOPA: Odliczanie

Być może na zawsze pozostanie tajemnicą co kierowało Mateuszem Morawieckim, kiedy na szczycie w Brukseli dwa lata temu godził się na tak zwany „mechanizm warunkowości” zwany inaczej mechanizmem „fundusze za praworządność”, czy nieco później kiedy rezygnował z polskiego weta wobec Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021 – 2027. Dość, że można się domyślać, że autentycznie wierzył, że odniósł „sukces”, skoro w Polskę wyjechały bilbordy z hasłami o „770 miliardów złotych dla Polski”.

Analizy różnic interpretacyjnych stanowisk Polski i Unii Europejskiej wobec przyjętych „kompromisów” zostały już przeprowadzone, ja również się o nie pokusiłem i dziś w zasadzie są już praktycznie bezużyteczne, bo stan faktyczny jest taki, że w praktyce obowiązują niekorzystne dla nas interpretacje brukselskich eurokratów. Bo tak. I cóż komuś po tym, że może powiedzieć „a nie mówiłem”?

A sytuacja jest następująca. Jedyne co jest pewne w zakresie funduszy z tak zwanego Krajowego Planu Odbudowy, to to, że będziemy płacić. Podjęliśmy to zbiorowe zobowiązanie wspólnie z innymi. A czy jakieś pieniądze z KPO dostaniemy (pomijam już fakt struktury tych wypłat, które nie są paletą pieniędzy do dowolnego wykorzystania jak w spocie Tuska, tylko częściowym zwrotem kosztów tego co nam każe kupić UE)? Otóż pomimo zgiętego karku, likwidacji Izby Dyscyplinarnej (czy TSUE już orzekło o konieczności zwrotu skrzywdzonym sędziom kiełbasy i wkrętarki?) i komiczno-tragicznej historii z „kamieniami milowymi”, jedyne co w tej sprawie wiemy, to to, że komisarz Jourovej i przewodniczącej von der Leyen ten pomysł nie bardzo się podoba i dają do zrozumienia, że raczej nie.

A co, jeśli nie?

Tymczasem Mateusz Morawiecki mówił w TVP Info, że kwestia funduszy z KPO „to już jest temat sprzed miesiąca” a teraz ważna jest podpisana niedawno tzw. „Umowa Partnerstwa”, która ma dać Polsce dostęp do funduszy europejskich z perspektywy finansowej 2021-2027, pięciokrotnie wyższych niż te z KPO. Mateusz Morawiecki twierdzi, że pierwsze fundusze, z któregoś z tych programów powinny popłynąć do Polski na przełomie tego i kolejnego roku.

Być może, być może. Ale co, jeśli nie? Mechanizm warunkowości obowiązuje również w przypadku „Umowy Partnerstwa”. Nasze dotychczasowe doświadczenia z Unią Europejską uczą, że nasze wyobrażenia na temat tego co powinniśmy dostać i co nam się w zgodzie z prawem, ustaleniami i traktatami należy, nijak się mają do brukselskiego widzimisię. A co nam po tym, że po raz kolejny zostaniemy bez pieniędzy, za to z poczuciem słuszności, jak Himilsbach z angielskim?

Dlatego mam poczucie pewnego odliczania. Mateusz Morawiecki silnie się wizerunkowo z tym „sukcesem” związał. Wyznaczył sobie również termin jego realizacji. Sytuacja międzynarodowa wobec wojny na Ukrainie jest chwiejna. Nieoczekiwane triumfy Ukraińców służyły również rządzącym w Polsce, którzy na Ukrainę mocno postawili absolutnie trafiając w emocje społeczne. Teraz jednak sytuacja na froncie nie przedstawia się tak „różowo”. Jakie emocje będą dominujące w przypadku jej dalszego pogarszania? Inflacja i drożyzna, nie miejsce tu na egzegezę ich przyczyn, również nie działają na rzecz rządzących.

A co, jeśli do tego dojdzie społeczne poczucie, że w sprawach z Brukselą „cnotę straciliśmy a euraska nie zarobiliśmy”?

Zmierzchu starego porządku geopolitycznego nie rozpoczęła rosyjska inwazja na Ukrainę Fot. HB/ re

O polityce w nowych dekoracjach pisze WALTER ALTERMAN: Słoń a sprawa polska*

*Tytuł pochodzi z felietonu Karola Irzykowskiego. Ten poeta, powieściopisarz, krytyk literacki  i jeden z pierwszych naszych krytyków filmowych zauważył, że Polacy żyją w, zamkniętym na sprawy innych narodów, wyłącznym świecie polskości.

Po tylu latach od chwili, gdy Irzykowski napisał to mądre zdanie, trzeba stwierdzić, że nasz polonocentryzm umacnia się. Mimo tego, że mamy już paszporty na cały świat, a po Unii Europejskiej podróżujemy bez paszportów. Czy czegoś w szerokim świecie uczymy się, poza kuchniami inny nacji? „Przypuszczam, że wątpię” – jak mawiał pan Piecyk, bohater felietonów Wiecha. A co najbardziej rozczarowuje w Polsce i Polakach? Nie interesuje nas światowa polityka. I jak za czasów Irzykowskiego, uważamy, że Polska jest centrum świata, dlatego jesteśmy tak ważni dla planety, dlatego inni muszą się z nami liczyć i szanować. Jeżeli już czymkolwiek światowym interesujemy się, to tylko z naszego, polskiego punktu widzenia.

Gazety i portale piszą czasami o odległych krajach Ameryki Południowej, Azji i Afryki, ale tylko po to, żeby opisać, jak żyje się tamtejszej Polonii. I jakie sukcesy ewentualnie osiąga. Z takich artykułów nie dowiemy się niczego o „tubylczej” ludności, gospodarce kraju, strukturach partyjnych, relacjach z sąsiadami, trendach rozwojowych. Metoda pisania takich artykułów jest taka, że piszący zakłada rezolutnie, iż kraj jest wszystkim bardzo znany, zatem skupia się na Polonii. Zresztą, od kiedy pamiętam, agencje, gazety, portale bardzo skąpią nam informacji o świecie.

                                                            Lapid a sprawa Polska

Ostatnim przykładem niedoinformowania Polaków jest zmiana premiera w Izraelu. Nikt nie pisze dlaczego pan Jair Lapid został premierem. Skąd taka zmiana, skoro Izraelczycy mieli już stałego premiera, którym wielokrotnie bywał Benjamin Netanjahu? Owszem pojawiają się komentarze, z których wynika, że Lapid jest Polakom nieprzychylny i roszczeniowy wobec Polski. Z czego wynika, że większość parlamentarna w Knesecie jest taka jak ten Lapid. Irzykowski w niebie śmieje się zapewne, bo Lapid występuje teraz jako ten słoń.

Serio zaś mówiąc, nie można nigdzie znaleźć informacji, dlaczego pan Lapid uzyskał większość głosów. Na co liczą partie, których parlamentarzyści na niego głosowali? Tu i ówdzie pojawiają się drobne wzmianki, że Lapid jest politycznym awanturnikiem, nie miał nawet licencjatu, gdy zaczął pisać doktorat; że kłamał i kłamie co do losów swych przodków. Wszystkie takie ciekawostki są na poziomie portalu Pudelek z Pomponikiem. Nigdzie nie ma natomiast rzetelnej analizy, poważnego obrazu współczesnej sceny politycznej małego, ale znaczącego państwa Izrael. Dlaczego? Bo czytelnika to nie interesuje i coraz mniej jest dziennikarzy znających światowe tematy.

Czy jesteśmy zatem w stanie prowadzić politykę międzynarodową, skoro nasze społeczeństwo nie ma bladego pojęcia co się na tym świecie dzieje? A może jednak mamy wąską, ale za to sprawną grupę polityków będących mistrzami polityki międzynarodowej z rozmysłem nie mówią „co tam panie w polityce”, żeby nas nie denerwować?

Oczywiście czepiam się Polaków, bom tu urodzony i wiem, że na całym świecie elity polityczne akceptują stan ciemnej masy wyborczej. Bo tak jest łatwiej jest rządzić. W dzisiejszym świecie polityka ogranicza się do haseł. Takie hasła wyborca ma zaakceptować lub odrzucić, bez zadawania męczących pytań.

                                                      Ukraina to nie tylko wojna

Wyjątkiem spraw słoniowatej polityki zagranicznej w Polsce jest dzisiaj wojna na Ukrainie, bo to rzeczywiście jest sprawa ważna dla Polaków. I dzieli nas jedynie granica. Ale też nie można się dowiedzieć z czego Ukraina żyła przed wojną, jaki jest tam przemysł, jakie surowce, jaka technika. Wszyscy dziennikarze skupiają się na wojnie i batalistyce. Owszem jest to istotna sprawa, ale przecież warto by wiedzieć w jakim kraju sprawy się toczą.

Dlaczego geografia polityczna, gospodarka są bardzo ważne? Bo żeby działać trzeba rozumieć. Żeby w rozumieć, trzeba wiedzieć. A w polskich relacjach dziarskie i solidarnościowe okrzyki zagłuszają społeczną prawdę.

                                                         Spisek, zdrada, agentura

Polskie media są głęboko zaskoczone i przykro zdziwione, że nie wszyscy na świecie popierają Ukrainę i NATO. Oto Rosja znalazła popleczników w wielu państwa Azji, Ameryki Południowej i Afryce. Dla wielu naszych dziennikarzy był to szok. Bo jakże to tak można? A kto to widział? I tak nasze media trwają w osłupieniu. Gdzieniegdzie można przeczytać, że to skutek sprytnej polityki międzynarodowej Putina. I spisek.

Spisek jest ulubionym słowem-wytrychem, które w polskich mediach zastępuje przemyślenie sprawy, zastanowienie i wyciągnięcie wniosków. A byłoby nad czym myśleć. Poza spiskiem mamy też takie proste pojęcia jak: zdrada i agentura. Nie sądzę jednak, żeby trzy proste słówka – poza emocjami – mogły wnieść cokolwiek do naszej wiedzy o świecie.

Kłopot z naszym polonocentryzmem jest też i taki, że geografia polityczna w umysłach nawet licencjatów i magistrów właściwie nie istnieje. I teraz wszyscy są zdziwieni, że niektóre z tych dalekich państw nie popierają NATO. Jest też spora grupa i takich państw, które popierają Rosję.

Pomijam tutaj obecną politykę Węgier – koniec końców członka NATO i UE – bo jest ona oparta na resentymentach i marzeniach o wielkim państwie, a zrozumienie takich ciągot przekracza granice rozumu skromnego felietonisty. Właściwie jedynym wyjaśnieniem postawy rządu Orbana jest przyjęcie założenia, że działa on „na rynek wewnętrzny”. Węgrzy, jak wiele innych narodów, kochają swój kraj i odbierają swego premiera jako osobę również kochającą, tyle że mocniej, bo ma sporą władzę.

                                                          Nieuregulowane długi

Najsilniejsze militarnie państwa NATO nie wszędzie spotykają się z wyrazami miłości. Gdybyśmy choć trochę chcieli wykorzystać znajomość historii ostatnich dwustu lat, to okazałoby się, że wiele państw Azji, Ameryki Południowej i Afryki nie ma najmniejszych powodów, żeby darzyć Wielką Brytanię, Francję, Holandię, Portugalię, Holandię i USA jakąkolwiek sympatią. Bo mamy tu do czynienia z koloniami i kolonizatorami.

Gdy po II wojnie światowej – pod naciskiem USA – nastąpiła dekolonizacja Afryki i Azji, wiele europejskich krajów uznało, że sprawa jest ślicznie zakończona. W tym i my, bo u nas w latach 60-tych tę wielką zmianę przedstawiano jako ogromny sukces państw bloku komunistycznego. Jednak historia nie jest prosta i jednowymiarowa. Na miejsce dawnych właścicieli kolonii wkroczyły Stany Zjednoczone, oczywiście nie mając zamiaru wprowadzać do dawnych afrykańskich kolonii swych wojsk. USA przejęły nad nimi kontrolę ekonomiczną, co dało większe zyski niż Brytyjczykom, Francuzom i wszystkim innym kolonizatorom. I to bez konieczności utrzymywania armii na tych terytoriach.

Wszystkie kolonie były bezlitośnie wykorzystywane ekonomicznie, degradowane politycznie i moralnie. Jeżeli do tego dodamy panowanie nad Chinami, które przez ponad sto lat płaciły ogromny trybuty Rosji, USA, Austrii, Niemcom, Francuzom i oczywiście Brytyjczykom, to obraz świata nie będzie jasny i wesoły. Jeżeli ktokolwiek myślał, że podbijane państwa zapomniały, to jest w błędzie. Skoro Polacy pamiętają o bitwie pod Cedynią, pamiętają też Grunwald, Kircholm, Wiedeń i wszystkie powstania, to dlaczego sądzimy, że Chińczycy, Wietnamczycy, Koreańczycy i wiele innych narodów Afryki mają nie pamiętać?

Osobnym kłopotem jest Ameryka Środkowa i część Ameryki Południowej. Przecież nad tymi krajami USA, przez ponad 150 lat, dzierżyły niepodzielną kontrolę. To one obsadzały i utrzymywały w tych krajach rządzących na miarę Batisty z Kuby czy Duvaliera z Haiti. Kolonializm pod sprytną postacią kwitł tam na potęgę. A w razie buntów USA wysyłały osławione kanonierki. I wszystko to w imię rozkwitu amerykańskich koncernów, które stały się właścicielami tych małych państw. Gabriel Garcia Marquez napisał, że USA nie pozwoliły Ameryce Południowej na przeżycie rewolucji kapitalistycznej i utrzymują tam feudalizm.

Do dzisiaj w brytyjskich konserwatywnych szkołach naucza się, że Wielka Brytania uczyła podbite ludy cywilizacji, co niosło dla podbitych pewne przykrości, ale przecież w sumie powinni być wdzięczni. Zatem nie dziwmy się tym, którzy nie kochają NATO. Zrozummy ich. I zdajmy sobie wreszcie sprawę, że polityka klasy „nasza chata z kraja” jest dla Polski groźna.

Mam nadzieję, że nikt nie pomyśli, że skoro mam takie poglądy, to jestem zwolennikiem Putina. Będąc przeciwnikiem jakiejkolwiek formy kolonializmu, jestem też przeciw Putinowi jako „syn podbitego narodu” – jak pisał Mickiewicz.

 

 

 

 

 

Fot.: HB

Może koncerny nie widzą tego, co SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zmęczony sześcioma ramionami

Ciekawe, ciekawe. Czy wielkie firmy, czy koncerny, czy mniejsze firmy zarabiają na promowaniu różnych ideologicznych przewrotów i fikołków czy też na nich tracą? Czy wielkie firmy, czy koncerny, czy mniejsze firmy zarabiają na promowaniu konserwatywnych wartości czy też na nich tracą? A może to jest całkowicie obojętne dla klientów, bo liczy się tylko jakość produktu czy usługi, a nie co oni tak dookoła wygadują? Ciekawe, ciekawe.

Ciekawe czy ktoś tym wszystkim rządzi każąc na przykład gigantom stroić się w sześcioramienną tęczę, albo popierać aborcję do momentu porodu, bo to się ma jakoś opłacać, czy też są to ruchy niewyrachowane? Podejrzewać biznes o niewyrachowanie, to może mu nawet ubliżać, bo biznes jest od zarabiania pieniędzy, a reszta, jak owa słynna „społeczna odpowiedzialność biznesu” może być traktowana jako jeden z przyczółków do zbudowania ślicznego wizerunku, a tym samym zarabiania większych pieniędzy.

A mnie tak naszło, bo tak sobie to wszystko obserwuję i tak sobie tego różnego słucham i bywam zmęczony, tym wciskaniem mi ideologii L i tak dalej wszędzie, gdzie się obrócę, obejrzę, zerknę. Oczywiście napisanie, że jestem zmęczony tym wciskaniem mi przed oczy i uszy dla fanatyków L i tak dalej oznacza, że jestem chorym nienawistnikiem i w zasadzie trzeba mnie co najmniej zamknąć. Generalnie jednak nie jestem żadnym nienawistnikiem, tylko jak na przykład oglądam serial na Netflixie o superbohaterach i oni nagle zaczynają ze sobą chłop z chłopem, bohaterowie w kombinezowach bohaterskich, to czy ja mogę przerwać oglądanie? No bo ja przerywam. Bo mnie nie zachwyca.

Ja tu tak sobie ględzę, bo mnie zainspirowała rozmowa Igora Janke z profesorem amerykańskim, ale polskim Jakubem Grygielem, który mieszka w USA i śledzi kwestie związane choćby z orzeczeniem Sądu Najwyższego w sprawie aborcji i właśnie owo ideologiczne zaangażowanie firm. Mówi w czasie wywiadu profesor, że lat temu dziesięć w zasadzie nie było takiego problemu, a teraz owa wciskana klientom nowoczesność wcale nie musi wychodzić biznesowi na pieniądze.

Profesor podaje przykład pewnego amerykańskiego fast foodu, którego właściciel twierdził oficjalnie, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety i w dodatku nie pracował w niedzielę. Ponoć wywołało to skandal i kolejki do jego placówek i świetne przychody. Natomiast epatowanie sześcioramienną tęczą w biznesie może klientów nieco dystansować wraz z portfelami, bo przecież biznes nie jest od wciskania światopoglądu.

Ze słów profesora wyciągam wnioski, że krzykliwa, eksponowana, agresywna, narzucająca się mniejszość niekoniecznie musi odnieść sukces, gdyż zwykli ludzie ustawiają się z portfelami w innych kolejkach wcale nie krzycząc, nie wymachując, tylko tak sobie po cichu głosując mimochodem. Gdyby pojawił się zarzut, że ten tekst jest homofobiczny, to nie wiem. Jestem zbyt zmęczony tymi głupawymi zarzutami, żeby odpowiadać.

Wystawa prac IV edycji Konkursu Ogólnopolskiego na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa  w Mrągowie

W Mrągowskim Centrum Kultury ponownie będzie można oglądać rysunki prasowe, tym razem zgłoszone do IV edycji Konkursu Ogólnopolskiego na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa. Premiera wystawy  2 lipca (sobota) o godzinie 15 w Mrągowskim Centrum Kultury podczas Dni Mrągowa

Wystawa składa się z kilkudziesięciu najlepszych prac zgłoszonych do IV edycji Konkursu Ogólnopolskiego na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa. Celem konkursu jest nagrodzenie autorów najlepszych prac opublikowanych w 2020 roku i zwrócenie uwagi na znaczenie rysunku prasowego, który może być komentarzem politycznym, społecznym bądź sportowym, tworzyć opowieść w postaci krótkiego komiksu czy być rysunkiem-ilustracją artykułu prasowego. Pomysłodawcą konkursu jest Zbigniew Piszczako, a organizatorem Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie.

– Do konkursu wpłynęło blisko 200 rysunków nadesłanych przez 42 autorów. Ostatecznie jury przyznało Nagrodę Główną im. Aleksandra Wołosa dla  Andrzeja Czyczyło za pracę Zespół ministra Czarnka opublikowaną w Nowej Trybunie Opolskiej. Poziom w tym roku jednak wysoki i postanowiliśmy wyróżnić także kilkanaście innych prac. Warto podkreślić, że to jedyny tego typu „wędrujący” konkurs w Polsce. W ubiegłym roku udało nam się zorganizować wystawę w kilkunastu miejsach, w tym po raz pierwszy w miejscu urodzenia patrona konkursu – informuje o przebiegu konkursu Zbigniew Piszczako, sekretarz Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Na wystawie pokonkursowej w Mrągowie zostaną pokazane prace 47 autorów:

Mariusz Bocheński, Marcin Bondarowicz, Henryk Cebula, Jerzy Czapiewski, Andrzej Czyczyło, Dariusz Dąbrowski, Remek Dąbrowski, Jacek Frankowski, Jacek Frąckiewicz, Marek Gliwa, Michał Graczyk, Mirosław Hajnos, Jarosław Hnidziejko, Janek Janowski, Nika Jaworowska-Duchlińska, Lech Kotwicz, Izabela Kowalska-Wieczorek, Jarosław Kozłowski, Paweł Kuczyński, Jacek Lanckoroński, Artur Ligenza, Wiesław Lipecki, Dariusz Łabędzki, Sławomir Łuczyński, Sławomir Makal, Maciej M. Michalski, Robert Mirowski, Marek Mosor, Ala Hanna Murgrabia, Dariusz Pietrzak, Czesław Przęzak, Waldemar Rukść, Szczepan Sadurski, Mirosław Stankiewicz, Włodzimierz Stelamszczyk, Ireneusz Szuniewicz, Robert Trojanowski, Maciej Trzepałka, Paweł Wakuła, Jarosław Wojasiński, Jacek Zabawa, Jacek Zygmunt poza konkursem: Aleksander Wołos, Małgorzata Gnyś, Artur Galicki, Zbigniew Kołaczek Zbigniew Piszczako.

W plenerowej części wystawy dodatkowo zostaną pokazane prace nagrodzone w III edycji konkursu.

– Zapraszamy wszystkich serdecznie do Mrągowa. Premiera wystawy nastąpi 2 lipca (sobota) o godzinie 15.00 w Mrągowskim Centrum Kultury podczas Dni Mrągowa. To jeden z pierwszych pokonkursowych wernisaży w Polsce  – zachęca Mateusz Kossakowski, wiceprezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

W poprzednich edycjach Nagrody Główne im. Aleksandra Wołosa otrzymali:

2019 – Grzegorz Bąkowski (Przegląd)

2020 – Sławomir Łuczyński (lodzkie.pl)

2021 – Janek Janowski (Polityka)

 

Wśród uchodźców, którzy znaleźli schronienie w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu było dużo dzieci. Na zdjęciu praca plastyczna wykonana przez jedno z nich. Fot. Dariusz Popławski

Dom Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym żegna uchodźców. Podsumowanie akcji pomocy SDP dla Ukrainy

22 czerwca był praktycznie ostatnim dniem pobytu uchodźców z Ukrainy w Domu Pracy Twórczej  w Kazimierzu Dolnym. W środę, w porozumieniu ze Starostwem Powiatowym w Puławach, ostatnie osoby przeprowadziły się do szkoły w Janowcu, a grupa osób głuchoniemych znalazła schronienie w Dobrym i Dąbrówce. Wszyscy serdecznie dziękowali Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich za okazaną pomoc.

Obecnie w DPT SDP w Kazimierzu przebywa już tylko pięciu dziennikarzy z Ukrainy, którym Stowarzyszenie nadal będzie nieodpłatnie użyczać noclegów i zapewniać wyżywienie, tak długo jak będzie to potrzebne.

W lutym, jeszcze przed wybuchem regularnej wojny na Ukrainie, Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podjął decyzję o przeznaczeniu Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym na ośrodek dla ewentualnych uchodźców. Pierwsze grupy przybyły tutaj na początku marca, kilka dni po rozpoczęciu rosyjskiej agresji na Ukrainę. Nasz dom szybko zapełnił się osobami uciekającymi przed wojną. Na co dzień przebywało tu 120 – 140 osób, w tym 60 dzieci z Domu Dziecka w Mariupolu, kilkunastoosobowa grupa osób głuchoniemych oraz matki z dziećmi i kilkoro dziennikarzy. W przeważającej większości osoby z Ukrainy kierowane były do DPT przez Starostwo Powiatowe w Puławach oraz przez Narodowy Związek Dziennikarzy Ukraińskich. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zapewniało uchodźcom nie tylko dach nad głową, ale też wyżywienie i wszelką niezbędną pomoc.

W pierwszych dniach maja, decyzją władz Ukrainy, wyjechała z Polski do Szwajcarii grupa dzieci z domu dziecka z Mariupola, później DPT w Kazimierzu opuszczały kolejne osoby, niektórzy wrócili na Ukrainę, cześć znalazła inne miejsca pobytu w naszym kraju.

Niedługo po przyjęciu uchodźców do DPT w Kazimierzu Dolnym, zainicjowaliśmy zbiórkę pieniężną na pomoc dla nich.  Na konto „Pomoc SDP dla Ukrainy” wpłynęło ok. 40 tys. zł.  Warto podkreślić, że wiele osób wsparło pobyt uchodźców z Ukrainy także darami rzeczowymi, np. w postaci przekazanej żywności, czy środków czystości. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich dziękuje za wszelką okazaną pomoc i życzliwość.

 

Gala Dziennikarzy Warmii i Mazur 25 czerwca w Olsztynie

25 czerwca o godzinie 11.00 w sali konferencyjnej Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie (ul. 1 Maja 5) odbędzie się uroczysta Gala Dziennikarzy Warmii i Mazur.

Podczas Gali zostaną wręczone nagrody w konkursach:  XIV edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego oraz IV Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa.

Ipek Yezdani mówi sytuacji mediów w Turcji Fot.: Hubert Bekrycht

Walka o wolność mediów w Izmirze – HUBERT BEKRYCHT pisze o dziennikarskim kongresie EFJ

Tytuł to nie ironia – to właśnie w Turcji, w której w więzieniach z powodów politycznych jest obecnie ponad 120 dziennikarzy, odbywa się Zebranie Ogólne Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Jouranalists – EFJ). Oprócz przedstawicieli wielu stowarzyszeń i związków zawodowych mediów z prawie wszystkich krajów Starego Kontynentu, do Izmiru przejechali dziennikarze z całej Turcji – zarówno z mediów prorządowych i z tych nielicznych, które sprzeciwiają się obecnej sytuacji politycznej.

Delegaci przyjechali do Izmiru z całej Europy i z Turcji

Od początku obrad dominowały kwestie niezależności dziennikarskiej w Turcji przewijające się w każdym wątku tematycznym kongresu. „Dziennikarstwo to nie zbrodnia” – powtarzali dziennikarze sprzeciwiający się cenzurze i prześladowaniu ich koleżanek i kolegów nad Bosforem.  Przedstawiciele mediów z Turcji ocenili, że prorządowe telewizje, rozgłośnie radiowe, portale i gazety stanowią ponad 90 procent rynku.

Walka o wolne media

Oklaskami przyjęto wystąpienie Ipek Yezdani, tureckiej dziennikarki wyrzuconej w 2019 roku z dziennika Hurriyet. Ipek nie udziela wywiadów, ale od kilku lat jej historia jest jednym z lepiej udokumentowanych przykładów walki o wolność mediów nie tylko w Turcji. Yazdani o zwolnieniu z pracy dowiedziała się 3 lata temu podczas porannego zebrania, gdzie planowano następny numer jej gazety. A dowiedziała się w sposób nietypowy, bo od swojej mamy, która adzwoniła do Ipek i powiedziała jej, że już nie pracuje w Hurriyet…

Sytuacja w tureckich mediach omawiana przez Ipek Yezdani

Dziennikarze przeciwni tureckiemu rządowi mówią, że chcą jedynie prawdy. W mediach kontrolowanych przez państwo dominuje pogląd, że wieści nieprzychylne władzom republikańskim to fake newsy. Yezdani nie wie, jak rozwinie się sytuacja polityczna w jej kraju, ale wiadomo, że nie ustąpi i nadal będzie walczyć o wolność słowa.

Media lokalne

Podczas pierwszego dnia zjazdu EFJ w Izmirze jednym z tematów było oddziaływanie mediów lokalnych w Europie. Ta sytuacja – zdaniem większości uczestników kongresu – nie jest dobra, szczególnie, co podkreślali m.in. Brytyjczycy, w lokalnej prasie i regionalnych portalach internetowych.

EPJ w oficjalnych wystąpieniach wsparła walczącą z rosyjską inwazją Ukrainę, ale na początku zjazdu mało mówiono o tym kraju. Ukraińscy dziennikarze przypominali o tym kraju w panelu o lokalnych mediach opowiadali, jak regionalni dziennikarze pomagają w informowaniu miejscowej ludności o zagrożeniach ze strony barbarzyńców w rosyjskich mundurach. Nie było dużo o konflikcie, który kompletnie zmienił architekturę bezpieczeństwa na świecie i może doprowadzić do III wojny światowej, ale sporo czasu zajęła niektórym obradującym tematyka dotycząca równość płci określanym popularnym terminem – gender.

Mandaty dla EFJ

Podzielono mandaty potrzebne m.in. do głosowania przy wyborach nowych władz EFJ. Najwięcej mają ich kraje tzw. Starej Europy. Polsce przypadło 5 mandatów, w tym 3 przypadły największej polskiej organizacji dziennikarskiej – Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Kryteria przyznawania mandatów przez EFJ nie jest są jasne i – jak proponowano – wymaga sprecyzowania w kolejnych dokumentach statutowych. Jednym z takich kryteriów była liczebność organizacji wg. zasady, czym więcej członków, tym więcej mandatów.

Izmir – miejsce obrad EFJ w starym centrum przemysłowym

W opinii wielu delegatów nie jest to system sprawiedliwy, bo faworyzuje organizacje raportujące dużą liczbę członków bez wiarygodnej weryfikacji albo przyznaje mandaty związków i stowarzyszeń dziennikarskich, które są aktywne. Ale tylko na arenie międzynarodowej…

 

Podziękowania i głosowania

Wiadomo, że o kolejną kadencję nie będzie ubiegał się dotychczasowy przewodniczący EFJ Moens Blicher Bjerregard z Danii. Ustępujący lider podziękował za 9 lat współpracy. Pożegnano go owacjami na stojąco.

Przed uczestnikami kongresu w Izmirze wybory nowych władz, do których SDP rekomenduje dziennikarza, reżysera i wiceszefa naszego stowarzyszenia Mariusza Pilisa, który nie mógł przyjechać na turecki zjazd, ponieważ robi teraz film na Ukrainie, w którym znajdą się relacje z kolejnego miesiąca rosyjskiej inwazji, m.in. z okolic Charkowa.

CEZARY KRYSZTOPA: Rozum przed sercem

Wspieram Ukrainę. Wspieram sercem. Jako kraj, który został brutalnie zaatakowany przez prymitywną i krwiożerczą dzicz. Jako kraj krzywdzonych dzieci i krzywdzonych matek. Ale wspieram również rozumem, jako obywatel kraju żyjącego od wieków w złowrogim cieniu Moskwy, świadom tego, że jakby to dramatycznie nie brzmiało, im bardziej Ukraina wykrwawi Rosję, tym więcej będziemy mieli jako Polacy czasu, by przygotować się na to, że możemy być następni.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ta wojna na światowej układance zmieni wiele, a na europejskiej jeszcze więcej.

Putin już przegrał

Przegrał ruski mir, który z użyciem grubego szmalcu ze sprzedaży surowców udało mu się zbudować, „wspólną przestrzeń od Władywostoku po Lizbonę”, którą już prawie zbudował wraz z Niemcami z błogosławieństwem Joe Bidena. Wystarczyło poczekać na odpalenie Nord Stream II. Nie poczekał. Przegrał mechanizm „energetycznego imperium”, przegrał wizerunek Rosji jako „niezwyciężonej”, przyszył Rosjanom gęby podobne nazistowskim Niemcom, pociągnął w dół swoich otwartych i cichych sojuszników, a zmobilizował i wzmocnił wrogów. Więc tak, nawet jeśli będzie mógł ogłosić na Ukrainie jakiś ograniczony sukces – przegrał.

A inni zyskali

Paradoksalnie zyskała Ukraina, przed chwilą jeszcze skazywana na zagładę. Zyskała poparcie społeczne na całym, no powiedzmy w sporej części świata. Zyskała poczucie narodowej wspólnoty zintegrowanej rosyjskim zbydlęceniem. Zyskała urealnienie sojuszy. Zyskała nową broń. Tak, oczywiście, wiele, zbyt wiele również straciła.

Zyskało NATO, które nabrało wigoru po tym jak rzeczywistość postawiła przed nim nowe cele. Zyskały Stany Zjednoczone, które zostały wyszarpnięte ze snu idioty, no niezupełnie wprawdzie i nie wiadomo na jak długo, ale warto odnotować. Zyskała Europa środkowo-wschodnia, która nagle stała się centrum świata. Ba, pewną szansę na przebudzenie się ze swojego snu idioty, zyskała nawet Europa zachodnia, tu jednak nie byłbym przesadnym optymistą.

I zyskała Polska, która nagle stała się środkiem ciężkości wielu kluczowych wydarzeń. Katastrofa opartych na współpracy z Rosją planów geopolitycznych Niemiec i Francji i nowa moralna siła jaką promienieje dziś Polska (nie, to nie jest bez znaczenia, to jest narzędzie prowadzenia polityki międzynarodowej) już powoduje stres dotychczasowych hegemonów. To stąd bierze się zaostrzenie i tak już wściekłych ataków. Polska ma być „zagłodzona” zanim zdąży wykorzystać chwilę ich słabości na przykład z wykorzystaniem dźwigni współpracy z Ukrainą, która na dotychczasowych „strategicznych partnerach”, co akurat nas Polaków nie dziwi, srodze się zawiodła.

Zagrożenia

Trzeba jednak pamiętać również o tym, że przed Polską oprócz niewątpliwych potencjałów, stoi dziś tyle samo zagrożeń. Naprawdę poważnych. Pisałem lata temu, że Rosja może się rozpaść i choć ten fakt sam w sobie byłby dla nas korzystny, to okres, w którym znajdzie się w głębokim kryzysie, będzie dla nas bardzo niebezpieczny. Czy się rozpada nie wiem, ale z pewnością wchodzi w okres wielkiego stresu na różnych płaszczyznach. I ten stres, jako że zawsze byliśmy i jesteśmy na linii strzału, jest i będzie również naszym udziałem. Nawet Rosja wykrwawiona nadal będzie dysponowała bronią atomową, którą my nie dysponujemy. Tak, wiem, NATO. I to oczywiście ważne i potrzebne, ale jak szybko potrafią się anulować sojusze, przekonali się niedawno i Kurdowie i proamerykańscy Afgańczycy. Po prostu warto o tym pamiętać.

Na początku felietonu napisałem, że wspieram Ukrainę sercem i rozumem. Ja jestem prywatnym człowiekiem, mnie wolno. Państwo takiego przywileju mieć nie może i powinno się kierować kolejnością zupełnie odwrotną. Najpierw rozumem, potem na wszelki wypadek jeszcze rozumem, a potem ewentualnie sercem (bo wbrew „pragmatykom” tzw. czynnik ludzki ma znaczenie i w polityce). W tym świetle niepokojącym wydaje się uleganie przez polityków społecznemu bezmyślnemu czasem „sercu”, które każe zmieniać język polski, tak jakby Ukraińcom było to do czegoś potrzebne, czy „rozgrzeszać” symbolikę, która ma prawo kojarzyć się Polakom z mordami na Wołyniu. To czasem bezmyślna droga, którą można wybaczyć porwanym emocjami obywatelom, ale w żadnym razie nie można dopuścić, by kierowało się nią państwo (dość wspomnieć niefortunne słowa rzecznika MSZ Łukasza Jasiny o „sługach”).

„Wspólne państwo”

W ostatnich czasach w przestrzeni publicystycznej pojawia się koncepcja „wspólnego państwa” Polski i Ukrainy. Uważam, że absolutnie przedwczesna. A przynajmniej z polskiego punktu widzenia, bo to naturalne, że Ukraińcy szukają wyjścia z trudnej sytuacji, sięgając również po rozwiązania daleko idące. My jednak, stawiając rozum przez sercem i obrazami „odrodzenia I Rzeczpospolitej”, powinniśmy sobie odpowiedzieć nie na pytanie „jak zrealizować nasze marzenia”, ale na pytanie „jak najlepiej zrealizować interes Polaków takim jakim jest dzisiaj”. A dzisiaj przede wszystkim trzeba wybierać ścieżkę, która zapewni Polakom największe bezpieczeństwo, co wcale nie oznacza, że „nasza chata z kraja”. Chciałoby się, ale Polska nie jest Szwajcarią gdzieś za górami, tylko na przecięciu wielu szlaków i jaka większa wojna gdziekolwiek by nie szła, to niestety zwykle przez Polskę. Wystarczy znać historię. Musimy więc być aktywni, musimy budować struktury sojusznicze daleko poza Polską, historia najwyraźniej wkłada nam w ręce okazję do zbudowania takiej struktury wraz z Ukrainą, czy Wielką Brytanią, która szuka swojego miejsca na mapie, ale naszym absolutnym priorytetem musi być interes Polski i Polaków, a nie mniej czy bardziej abstrakcyjne wizje.

Te oczywiście warto mieć, dyskutować o nich, dzięki czemu w przyszłości wobec kolejnych wyzwań nie stajemy nadzy i bezbronni. Wydaje mi się, że na dziś w naszym zasięgu jest budowa alternatywy dla, padającej na kolana pod ciężarem własnej głupoty i egoizmu Niemców, Unii Europejskiej. Przy czym nie musi i chyba nie powinna to być alternatywa wroga i wykluczająca, po prostu mamy obowiązek zagospodarować nadarzające się potencjały choćby dla dobra naszych dzieci. I taki środkowoeuropejski sojusz być może z Wielką Brytanią i „błogosławieństwem” USA, jest już ogromnym wyzwaniem, któremu sprostać będzie bardzo trudno. Tego zadania nie ułatwiają wezwania do budowy „wspólnego państwa”, które mogą zrażać ludzi niepotrzebnym radykalizmem.

A co, kiedy już tę nową sojuszniczą strukturę zbudujemy? A co Bóg da, byle spokojnie i w rytmie refleksji na temat polskiego interesu.