Dzieci z domu dziecka z Mariupolu są już w Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym

– Jeszcze przed wybuchem regularnej wojny na Ukrainie Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podjął decyzję o przeznaczeniu Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym na ośrodek dla ewentualnych uchodźców – mówi Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. – Nawet nie przewidywaliśmy, że tak szybko ta decyzja wejdzie w życie.

Od kilku dni w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym przebywają grupy uciekinierów z ogarniętej wojną Ukrainy (pisaliśmy już o tym TUTAJ). Największą grupę stanowią dzieci z domu dziecka w Mariupolu. Jak mówi dyrektor placówki Dariusz Popławski, małym uchodźcom udzielona została kompleksowa pomoc:

– Dzieci przyjechały w środku nocy dwoma autokarami. W sumie w 70-osobowej grupie mamy 62 dzieci (29 chłopców i 33 dziewczynki) i ośmioro opiekunów. Dzieci są w wieku między 7 a 17 rokiem życia, ale największą grupę stanowią dzieci najmłodsze, z przedziału 7-11 lat.

Jak relacjonuje Popławski, tuż po przyjeździe o 4 nad ranem dzieci zostały nakarmione i rozlokowane w pokojach. Były zmęczone podróżą i przeżyciami ostatnich dni. Ale już następnego dnia energia zaczęła je rozpierać.

– Byliśmy na to przygotowani. Jeszcze przed przyjazdem dzieci przygotowaliśmy dla nich salę zabaw i kino, mamy w ośrodku specjalną salę rozrywki, gdzie wstawiliśmy m.in. stół do ping-ponga, mamy salę do zajęć plastycznych, a od soboty dzieci korzystają także z infrastruktury tutejszej szkoły, gdzie mają zapewnione zajęcia sportowe. Więc poza pełnym wyżywieniem i schronieniem, organizujemy im w miarę normalne życie – mówi dyrektor Domu Dziennikarza.

 

Do SDP natychmiast zgłosili się lokalni społecznicy, którzy włączyli się w pomoc małym uchodźcom. Wśród nich są artyści i lekarze.

– Od pierwszych godzin od uruchomienia ośrodka jest bardzo duże zainteresowanie pomocą, dzwonią ludzie, przede wszystkim mieszkańcy Kazimierza, zgłaszają się wolontariusze, którzy chcą pomagać. W sobotę była u nas grupa animatorów, którzy prowadzili zajęcia dla dzieciaków.

Jak mówi Dariusz Popławski, dzieci, ale także pozostali mieszkańcy Domu Dziennikarza, od pierwszych chwil pobytu w Kazimierzu objęci są pomocą lekarską, którą zaoferowała miejscowa lekarka, oraz wsparciem psychologicznym.

– Organizujemy spotkania z psychologiem, zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych uchodźców – tłumaczy dyrektor Popławski. – Okazało się, że jedną z osób, które znalazły schronienie w naszym Domu jest pani psycholog. Od razu zajęła się pracą z mieszkańcami. Sama doświadczywszy wojny doskonale wie jaka pomoc jest potrzebna. Jednak dzieci o wojnie nie chcą rozmawiać, a my ich do tego nie zachęcamy. Robimy wszystko, żeby teraz dostawały czego sobie zapragną i nie myślały o tym, co się wydarzyło. Wspiera nas w tym Ambasada USA w Polsce, która objęła małych uchodźców swoją pomocą.

W grupie, która znalazła schronienie w Domu Dziennikarza, poza dziećmi z Mariupola, znajdują się także rodziny.

– Zadeklarowaliśmy miejsce dla 110 osób – mówi Jolanta Hajdasz, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. – a już przyjęliśmy 135 i wiemy o co najmniej sześciu, które mają do Kazimierza przyjechać. Wśród nich są dziennikarze i ich rodziny, bo jako stowarzyszenie chcieliśmy wesprzeć przede wszystkim ich. Jak widać nie domawiamy jednak tej pomocy nikomu.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest w stałym kontakcie z Międzynarodową Federacją Dziennikarzy (IFJ), oraz z organizacjami dziennikarskimi na Ukrainie. IFJ koordynuje pomoc w ewakuacji dziennikarzy i ich rodzin z Ukrainy, zabezpiecza fundusze na pomoc medyczną, zapewnia niezbędny sprzęt potrzebny dziennikarzom relacjonującym wydarzenia na Ukrainie.

– Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy zwróciła się do nas z prośbą o wsparcie w utworzeniu centrum logistycznego i biura w Polsce – mówi Jolanta Hajdasz. – Włączamy się w te działania, wyznaczyliśmy osoby, które są w stałym kontakcie z IFJ i pomagają im w tym przedsięwzięciu. Równocześnie koordynujemy działania wspierające naszych kolegów z Ukrainy, którzy nie mogą w warunkach wojennych prowadzić swojej dotychczasowej aktywności dziennikarskiej.

– Apeluję do redakcji, które mają taką możliwość, by zlecały pracę ukraińskim dziennikarzom, kupowały od nich zdjęcia i materiały – mówi Krzysztof Skowroński. – Dla nich to wymierna pomoc, a dla nas źródło informacji z pierwszej ręki.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaapelowało także do Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ) oraz do Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EPL) o usunięcie Związku Dziennikarzy Rosji z ich struktur (TUTAJ).

Źródło: Kurier Lubelski

Fot. Dariusz Popławski

KOMENTARZ MARIUSZA PILISA: Sekretarzowi generalnemu EFJ życzę by otrzeźwiał

Koleżanki i Koledzy,

 Zarząd Główny SDP wyszedł z inicjatywą nałożenia sankcji na wszystkie rosyjskie stowarzyszenia dziennikarskie działające w ramach Europejskiego Federacji Dziennikarskiej EFJ i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej IFJ. Zaapelowaliśmy o to bezpośrednio do sekretarza generalnego EFJ Ricardo Gutierrezowi. Chodzi o konkretnych ludzi i konkretne rosyjskie organizacje, które działają w europejskich strukturach dziennikarskich czy na ich obrzeżach. Ku naszemu zaskoczeniu sekretarz generalny EFJ w swojej odpowiedzi zaproponował abyśmy wyrazili się jaśniej, ponieważ nie rozumie, o co nam chodzi.

 Jedną z rosyjskich organizacji dziennikarskich, wobec której proponujemy sankcje, nazwał dobrą, pożyteczną, działającą przeciwko wojnie i wspierającą Ukrainę. Naszą inicjatywę nazwał „głupią”. Skierowaliśmy do sekretarza generalnego EFJ oficjalną odpowiedź, w której „rozjaśniamy”, jak rozumiemy obecną sytuację, jak rozumiemy potrzebę naszego zachowania się w tej ciężkiej dla Ukrainy sytuacji jako członkowie europejskiej federacji dziennikarskiej, jak rozumiemy wojnę, śmierć niewinnych ludzi i zbrodnie popełniane przez wojska rosyjskie.

Trudno w tej chwili znaleźć odpowiednie słowa na określeni tej zaskakującej dla nas dyskusji i wymiany korespondencji. Mam wrażenie, że spotykamy się z próbami relatywizowania rzeczywistości, działania w myśl zasady: są równi i równiejsi.

Przykładów tego, jak wysocy działacze europejskich i światowych organizacji rozumieją swoją rolę w ostatnich dniach mamy aż nadto. Za wszystkimi stoją jakieś interesy. Mimo to udaje się przymusić ludzi, którzy decydują dzisiaj o sankcjach nakładanych na wszelki przejawy rosyjskiej aktywności w świecie do właściwego rozumienia tego, jak powinniśmy się zachować w tych historycznych chwilach.

 Sekretarzowi generalnemu EFJ życzę by otrzeźwiał i w sposób poważny zmierzył się z tym, co jak się wydaje na razie go przerasta. Prawdziwych liderów poznajemy w trudnych chwilach. Komicy stają się bohaterami, ci których uważaliśmy za liderów stają się komikami. Skrajne wydarzenia jakim jest niewątpliwie wojna weryfikują postawy ludzkie, przewracają ustalone porządki, porządkują świat na nowo. Może to najwyższy czas dla nas, dla SDP, aby aktywnie włączyć się w procesy wyboru reprezentujących nas władz EFJ.

Na razie mamy jednak inny cel. Doprowadzimy do tego, że sankcje zostaną wprowadzone, że pełna izolacja rosyjskich organizacji dziennikarskich i Rosjan działających w europejskich i światowych strukturach zostanie wprowadzona. Nie chcemy dzisiaj podziału na „dobrych” i „złych” Rosjan. Chcemy izolacji dla wszystkich. Bo tego wymaga chwila.

Kolegom i Koleżankom Rosjanom, dziennikarzom, którzy dzielnie stawiają czoła reżimowi Putina i aktywnie protestują przeciwko jego barbarzyństwu i zbrodniom chciałbym przekazać:

„Nie ma w naszej inicjatywie niczego osobistego. Nie ma ślepej furii czy gniewu czy nawet emocji. My musimy się tak zachować. Zachować się jak trzeba. Kiedy skończy się wojna, izolacja się zakończy”.

Wiem, że to zrozumieją, bo wielu z nich znam osobiście.

TRZYMAJ SIĘ UKRAINO! Uraińskie media apelują do dziennikarzy: Nie publikujcie rosyjskiej propagandy i fake newsów

Ukraina walczy z moskiewskim najeźdzcą! Ale w mediach też trwa wojna. Ukrańskie telewizje, rozgłośnie radiowe i portale internetowe apelują do obywateli i redakcji: Nie publikujcie putinowskiej propagandy, moskiewskich fałszywek i fake newsów. Na wiekszości kanałów nadawany jest sygnał państwowej telewizji.

Wołodymyr Zełeński w swoim piątkowym, porannym przemówieniu, które było potem relacjonowane przez wszystkie oficjalne kanały prezydenta Ukrainy, po raz koleiny apelował do społeczności międzynarodowej o zdecydowane działania wobec agresora.

„Bronimy naszego kraju, naszej wolności. Potrzeba nam skutecznej pomocy międzynarodowej” – mówił Zelenski, co przekazano też na TT. Prezydent podał również, że rozmawiał z prezydentem Polski Andrzejem Dudą w sprawie koniecznej reakcji i pomocy Bukaresztańskiej Dziewiątki, czyli krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Chodzi o pomoc w obronie Ukrainy, naciski na Rosję i presję na kraje Zachodu w sprawie sankcji wobec Moskwy.

” Potrzebujemy koalicji antywojennej” – podkreślił Zełenski, który poinformował też o rozmowach z premierem Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem „Dzisiaj Urkaina bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje pomocy naszych partnerów. Żądamy skutecznego przeciskatwienia się Federacji Rosyjskiej. Sankcje muszą być dalej wzmacniane” – napisał prezydent Ukrainy na TT.

Portal www.ukrinform.ua cytuje słowa Zełeńskiego:” Wróg został zatrzymany  w większości zaatakowanych rejonów. Trwają walki”

hb/ukrinform/TT/red

HUBERT BEKRYCHT: Wojenna gra w hokeja albo kij Putina na Europę. Aktualizacja: Finowie wygrali z Rosjanami!

Aktualizacja (20.02.22 r. godz. 10.40):

Gratulacje dla hokeistów Finlandii i dla całego kraju! Zwycięstwo Suomi nad ulubieńcami Putina w olimpijskim finale może być dobrą wrózbą dla świata. „Olimpijskie złoto”. HS; hs.fi

Gdyby mecz o złoty medal turnieju hokejowego mężczyzn w Pekinie między Finlandią a Rosyjskim Komitetem Olimpijskim odbywał się kilka tygodni temu, a nie w nocy z soboty na niedzielę 20 lutego, można byłoby, w dobrej wierze, szantażować Moskwę, że albo wycofa się z agresji na Ukrainę albo rosyjscy hokeiści nie zagrają w finale. Teraz, niestety, jest za późno na szachowanie Kremla, bo kochający grę w hokeja Putin wojsk nie wycofa. Tylko, że jest jeszcze kilka godzin, aby upokorzyć najeźdźcę i rzeczywiście wykluczyć reprezentację agresywnego państwa z imprezy stanowiącej, jeszcze, emanację dążeń pokojowych całego świata. Teoretycznie.

Chyba, a piszę to kilka godzin przed finałem hokejowego turnieju, mimo napiętej sytuacji międzynarodowej, do odwołania meczu nie dojdzie. Dlaczego? Bo jednak szefem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest Niemiec. A właśnie Niemcy, jako kraj niewątpliwie miłujący pokój, nie mają – że tak tajemniczo napiszę – pełnych zdolności negocjacyjnych w rozmowach z Rosją… Chodzi o kawałek rury pod Bałtykiem, przez który ma płynąć gaz. A strażnikiem zaworu na Europę, w imieniu Moskwy, ma być Berlin. A że raz zdobyty, to się tam boją wschodnich turystów, na przykład znad Donu.

Krótko mówiąc banda tchórzy z olimpijskiej centrali nie jest w stanie nic zrobić, aby pokazać, że kraj napadający inne państwo nie jest godny walczyć o olimpijskie złoto. Dawniej laur. A o czystą sportową walkę i pokój na planecie chodziło przecież wskrzesicielom idei olimpizmu.

Sportowcy z Rosji na chińskich igrzyskach występują jako Russian Olympic Committee, bo od lat nad Wołgą i Amurem kwitnie przemysł sportowego dopingu. Ależ to kara, ależ się Rosjanie przejęli… I tak w ich telewizjach zamiast logo ROC widnieje Rossija. A Rossjia byłaby skompromitowana i sfrustrowana, gdyby tamtejsi hokeiści wrócili z Pekinu bez żadnego medalu, wykluczeni z igrzysk. Niestety, to mało prawdopodobne. Putin jest żałośnie pewny siebie, nie ustępuje. A Zachód, czyli także i my? Pozwalamy mu na wiele.

Modlę się o to, aby poniższy scenariusz się nie spełnił. Może się jednak zdarzyć tak, że kiedy u nas będzie około 7.30 w niedzielę 20 lutego, w Moskwie, już po meczu, w którym będę kibicował Finom i zakończeniu pekińskich igrzysk, Władimir Władimirowicz – po prysznicu (mieszkał, jako szpieg w NRD – czysty jest) i lekkim śniadaniu (Europejczyk przecież) – niezależnie od gry i wyniku meczu hokejowego ROC z Finlandią, da sygnał do inne „gry”. Z Ukrainą. Niestety, będzie to wojna. Moskwa, jakkolwiek abstrakcyjnie to zabrzmi, napadnie na Kijów już po zgaszeniu olimpijskiego ognia, a dla ludów wschodu symbolika ma znaczenie. Co zrobią ugodowe wobec Kremla państwa UE, kiedy prezydent Federacji Rosyjskiej spróbuje przejąć ster Starego Kontynentu?

Niemcy, Francja i Benelux poproszą o negocjacje. A Putin z uśmiechem wyjmie symboliczny kij na Europę. Nie hokejowy, ale gazowy. A może znajdzie też jakiś kostur na Chińczyków.

I tak oto, z powodu braku zdecydowania i zwykłego strachu, po raz kolejny satrapa zakpi sobie z pokoju. I oby tylko ROC nie zdobył złota w turnieju hokejowym mężczyzn, bo przy szacunku do uczciwych sportowców z Rosji, to jest parodia reprezentacji państwa godnego stanąć w olimpijskie szranki.

Zwierzęcy strach, którego jeszcze w tym roku nie poczuje Putin i wyrafinowane tchórzostwo Paryża oraz Berlina ubrane w szaty cywilizacyjnej wyższości, to w sumie te same uczucia. Zawsze tchórzostwo prowadzi do upadku. Tylko, czym zawinili mieszkańcy Ukrainy? Oby nie było tak z obywatelami krajów bałtyckich i z nami. Ugody i porozumienia z terrorystami prowadzą zawsze do upadku. Strzeżmy się ugodowców!

 

HUBERT BEKRYCHT: Życie bez podsłuchu albo nie ma co walczyć z zoo

Nikt już dziś nikogo nie podsłuchuje. Poza służbami specjalnymi. Raczej. Służby owe jednak podsłuchują, z definicji, złych ludzi – gangsterów, oszustów i skorumpowanych polityków oraz działających poza prawem dziennikarzy. No, chyba, że to kraj niedemokratyczny to podsłuchują wszystkich.

Wielu z polskich dziennikarzy uwierzyło opozycji w jakieś nieskoordynowane i tajemnicze działania Mitycznej Międzynarodowej Grupy Pegazów podsłuchującej akurat nasz kraj na przemysłową skalę. Wiadomości mityczne pomieszano z faktami, a potem ugotowano w kotle dezinformacji. Bez przypraw. Smacznego.

Podsłuchy stały się „modne” osiem lat temu w Polsce. Zapisy z ukrytych urządzeń nagrywających spotkania polityków stały się hitem sezonu. Konwersacje te nie były wcale niewinnymi „prywatnymi rozmowami” przy kotlecie, policzkach, albo nawet ośmiorniczkach. O naruszeniu ich kulinarnej prywatności najczęściej bajają nagrywani w knajpach ówcześni dygnitarze III RP związani z MSW, MSZ, władzami parlamentarnymi tudzież z ówczesnymi resortami tłustymi, czyli gospodarki i skarbu państwa. Rozumiem, że nagrywani się bronią, że nie mówili tych słów, które mówili, a wulgaryzmy w ich ustach to efekt montażu. Prozaicznej prawdy – wstydu, że nagrali ich prawdopodobnie ludzie gastronomii niezadowoleni z mizernych napiwków, nie da się jednak zapomnieć.

A trzeba było sobie do gabinetów zamówić te frytki, krewetki, rozwielitki, czy co tam ówcześni władcy PO-PSL lubili. Wtedy podsłuch byłby – ku uciesze dziennikarzy – nie tylko nielegalny, ale stanowiłby zdradę stanu. A w najlepszym razie ujawnienie tajemnic państwowych o kupie kamieni, bo jeśli ktoś w knajpie gada o pracy – zamiast pić wódkę   i dobrze się bawić – nie jest zupełnie normalny…

Teraz podsłuchy są wszędzie. W toalecie, telefonach, kaloryferach a nawet, co wytropiła pewna posłanka KO, w dekoderach zakupionych przez rząd dla ludzi, których nie będzie stać na telewizory nowego typu. Nawiasem mówiąc, najgorsze do wykrycia są podsłuchy tramwajowych dzwonków w głowach niektórych parlamentarzystek opozycji.

Teraz, jeśli ktoś nie był lub nie jest podsłuchiwany przez system nazwany jak mityczny koń nie liczy się w towarzystwie. Podsłuchiwani są politycy opozycji, kelnerzy, zawodnicy sumo, rolnicy kupujący telefony teleportując się do przyszłości, aktorki oraz dziennikarze, o których służby nigdy nie słyszały.

Mamy, niestety, jeszcze gorszy typ podsłuchów. Ten system nie tropi naszych rozmów w imieniu służb specjalnych. Zamiast nich robimy to sami. Tak, tak, sami się podsłuchujemy. A potem zdumieni tym, że nagranie z owego samopodsłuchu jest mało medialne, umieszczamy je na portalach społecznościowych. Mogą to być na przykład nasze nocne rozmowy z psem, kotem, papugą lub jaszczurką.

Niedawno wielu łodzian oburzyło się, że jeden z radnych podczas tzw. zdalnej sesji rady miejskiej nieco bełkotliwie przestrzegł przed konsekwencjami sprzeciwiania się rozwojowi ogrodu zoologicznego. A przecież sesja trwała kilkanaście godzin i mógł chłopina chcieć sprawdzić, czy jeszcze go podsłuchują. I podsłuchiwali. Był inwigilowany przez wielu radnych i widzów kanału przekazującego transmisję. Po całym kraju rozniosło się, co podsłuchiwano. Nieszczęsny radny powiedział przecież prawdę, że „nie ma co walczyć z zoo”. Wszyscy jednak skupili się na niezbornej artykulacji wymawianych przez samorządowca słów. A lokalny polityk był po prostu ofiarą zepsutego podsłuchu, który sam, ze zmęczenia, włączył zgłaszając się do głosu.

Tak, tak, nie ma co walczyć z zoo.

HUBERT BEKRYCHT: Pekiński groch z kapustą albo dziennikarska jazda po muldach

Co dziennikarze mogą robić w Pekinie? Co chcą. Byle tylko nie krytykować organizatorów. Media dostały ponoć od komunistycznych Chin wspaniałe warunki pracy, zatem – jak wieść azjatycka głosi – państwo chłopów, robotników i biznesmenów, w związku z odbywającymi się w stolicy ChRL „przełomowymi Igrzyskami Olimpijskimi”, oczekuje od dziennikarzy „należytych” relacji.

Niby nic, bo takich relacji oczekują wszyscy organizatorzy sportowych imprez, ale jednak w tej sałatce z pekińskiej kapusty jest – moim zdaniem – jakiś niestrawny składnik. Centrum prasowe w stolicy Chin jest podobno wygodne, jak fotel Billa Gatesa i rozległe, jak Teksas, tanie, jak dawne sklepy bezcłowe i dyskretne, jak szwajcarski bank. Zadbano nawet o to, aby żurnaliści nie martwili się o nadbagaż w drodze powrotnej.

Zapakowane prezenty

kupione przez dziennikarzy za przysłowiowe chińskie grosze, czyli feny, zostaną wysłane na adres wskazany przez wysyłającego do wskazanego odbiorcy. Na całym świecie. Przedstawiciele mediów narzekają na razie tylko na zapchane toalety, co pozostaje w związku przyczynowo-skutkowym z dobrą jakością jedzenia oferowanego w olimpijskich stołówkach. Posiłki są zróżnicowane, a podają je specjalne roboty. Zapracowany dziennikarz może odpocząć w kafejce, albo – kiedy zmęczenie stanie się nieznośne – przespać się w kabinie w centrum prasowym. Podczas odpoczynku w kapsule warunki wewnątrz przypominają sjestę w kosmosie. O wyposażeniu centrum w elektroniczne gadżety nie potrzeba nawet przypominać. Niektórym

dziennikarzom brakuje pewnie tylko automatów do… pisania

gotowych już informacji i przygotowywania korespondencji. Chociaż, jak mawia mój znajomy jeżdżący często do Państwa Środka, takie automaty zostały już przez Chińczyków wynalezione i gdzieś tam w biurach prasowych stoją – trzeba się tylko rozejrzeć.

Dlaczego chińscy organizatorzy traktują dziennikarzy po królewsku? Tego nie trzeba nikomu wyjaśniać. Dlaczego nieśmiała jest krytyka Igrzysk Olimpijskich w Pekinie prawie we wszystkich mediach światowych? To bardziej skomplikowane, bo igrzyska pekińskie odbywają się podczas pandemii. Na pewno tym właśnie organizatorzy tłumaczyć będą wszelkie niedogodności sportowców, działaczy, dziennikarzy. Oraz cenzurę, która jest chińską specjalnością, szczególnie, jeśli chodzi o Internet.

Już na początku tej wielkiej imprezy Polacy przeżyli szok, bo u wielu z naszych zawodników testy wykazały COVID-19, a ponieważ patogen wywołujący tę chorobę wirus SARS-CoV-2 czuje się w Chinach, jak w domu, płata różne „figle”.

Najpierw „plus”, potem  „minus”, a potem znowu wynik „pozytywny”.

Taką huśtawkę nastrojów przeżyła nasza reprezentantka w short tracku Natalia Maliszewska. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w już w sobotę, nasza zawodniczka, już po izolacji oraz korzystnym dla niej badaniu, pojechała na zawody na swoim koronnym dystansie 500 metrów i… po teście covidowym, który wskazał znowu wynik „pozytywny”, została wyeliminowana z wyścigu, w którym była kandydatką do medalu. Nie wiem, czy nie okrzykniecie mnie zwolennikiem spiskowej teorii olimpijskiej, ale z wielu komentarzy znawców short tracku dowiedziałem się, że miejscowi dziennikarze na zwyciężczynię dystansu, na którym dominuje Maliszewska, typowali jedną z Chinek. Albo nawet trzy. Nie wiem, jak to się skończy, ale Polki w walce o złoto w tej konkurencji już nie ma. Zobaczymy, co będą mówić nasi pekińscy korespondenci sportowi o chińskich zwyczajach związanych z testami covidowymi. Czy zauważą

niesprawiedliwość wobec Pani Natalii, czy tylko pech?

Chociaż, będąc w Chinach, wypada pamiętać, że jest się w komunistycznym państwie totalitarnym, to jednak nic nie wskazuje, że polscy dziennikarze zostali postraszeni programem pozyskiwania organów na przeszczepy dla dygnitarzy ChRL, tak jak więźniowie polityczni Pekinu. Na razie krytyka wobec organizatorów, w przypadku większości naszych dziennikarzy akredytowanych na IO 2022, ogranicza się jednak m.in. do bezlitosnego piętnowania białych nalotów po płynie dezynfekcyjnym w autobusach wiozących reporterów na zawody.

Odkąd międzynarodowe władze sportowe zaczęły powierzać duże imprezy takim „demokracjom”, jak Chiny, Katar, czy Rosja, odwagi życzę nie tylko skoczkom narciarskim, ale też Koleżankom i Kolegom dziennikarzom relacjonującym te widowiska.