Czującym się kiepsko dobrze życzy WALTER ALTERMANN: Zdrówka, czyli w szponach mafii

Są mocne dowody, że zdrowie jest poważnym problemem – tak indywidualnym, jak społecznym. Skoro już ojciec naszej literatury, Jan Kochanowski, pisał z troską o zdrowiu:

           

                        Ślachetne zdrowie,

                        Nikt się nie dowie,

                        Jako smakujesz,

                        Aż się zepsujesz.

 

Problem jest odwieczny. A w miarę postępu cywilizacji stał się również społecznym.

 

Od kiedy sięgam pamięcią, Polacy zawsze narzekali na społeczna służbę zdrowia. Po roku 1990 kolejne rządy zapowiadały gruntowne reformy tej służby. Niektóre z rządów zaczynały nawet jakieś ruchy „w tym temacie”, inne kończyły na zapowiedziach – może nawet na szczęście, dla nas pacjentów. Dziś jednak zostawiamy w spokoju państwowe struktury makro i zajmiemy się mało znanymi, ale wielce znaczącymi aspektami naszego zdrowia prywatnego.

Po pierwsze. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. I nie jest tak, że na rynku usług zdrowotnych, medycznych żadnych pieniędzy nie ma. Pieniądze są i zawsze się znajdą, bo wszyscy traktujemy naszą kondycję, zdrowie i sprawność fizyczną jako sprawy najważniejsze.

Po drugie, o tym, że jesteśmy gotowi wydawać spore pieniądze na zdrowie wiemy nie tylko my. Źle dla nas, że świetnie zdają sobie z tego sprawę producenci leków, paraleków, suplementów diety, środków poprawiających urodę oraz lekarze od urody. A w sukurs producentom medykamentów i lekarzom przychodzą kolejne dwie nasze, zwykłych ludzi niewiedze pozwalając coraz lepiej żyć koncernom od lekarstw.

 

Niewiedza pierwsza – każdy kiedyś umrze

 

Najbardziej zadziwiające jest to, że do ludzi nie dociera smutny finał, że każdy z nas kiedyś umrze. To znaczy – wszyscy wiedzą jaki będzie koniec, ale żyją tak jakby mieli żyć wiecznie. Ciągle udają młodych, bez zmarszczek, sprawnych, bez bolączek wieku dojrzałego i starczego. I dlatego każdą naturalną śmierć przyjmują jak zaskakujący tragiczny wypadek.

Mój znajomy miał matkę, która dożyła pięknego wieku 95 lat. Niestety z osiągnięciem 90-ciu lat zaczęła tracić pamięć. Znajomy jako dobry syn, opiekował się dobrze matka do końca.

Pewnego dnia 90-letnia matka staruszka mówi do syna:

– A może poszlibyśmy odwiedzić Stasię?

– Mamo, przecież Stasia już od trzech lat nie żyje. Byliśmy przecież na jej pogrzebie.

– Ale ona przecież była ode mnie młodsza o całe dwa lata… – mówi zafrasowana matka.

– No tak, ale umarła.

– Wypadek jakiś był, tak? – pyta matka – Ludzie teraz tacy nieostrożni są, nie przechodzą na zielonym, a ci kierowcy jeszcze gorsi.

 

Niewiedza druga – uroda przemija

 

Ludzie nie przyjmują również do wiadomości, że z wiekiem młodzieńcza uroda znika. Nie znaczy to, że ludzie po 60-tym roku życia robią się brzydcy. Nie, oni się po prostu starzeją. I to starzenie się każdego z nas, jest dla wielu rzeczą straszną, z którą nie chcą się pogodzić. Denerwują się, popadają w zamyślenie, a niekiedy nawet w depresję.

Znałem pewną aktorkę, która po skończeniu 60-ego roku życia postanowiła nigdy więcej nie pokazać się na scenie. Nie wychodziła nawet do sklepów, przestała spotykać się ze znajomymi. Tak się sobie nie podobała. Trzeba tu wyjaśnić, że była piękną kobietą, amantką i jako pani 60-letnia nadal mogła cieszyć oko. Bo jej uroda nie przeminęła, ona się po prostu zmieniła wraz z wiekiem.

 

Dyktatura i terror młodości

 

Takie są skutki kulturowej dyktatury młodości. W telewizjach tylko to piękne, co młode. Owszem, pojawiają się – głównie w reklamach – również ludzie starsi, ale zawsze wtedy, gdy trzeba reklamować ubezpieczenia na wypadek śmierci lub pojawia się w ofercie cudowny żel na stawy i środki do czyszczenia protez zębowych.

Mój lekarz pierwszego kontaktu twierdził, że człowiek obliczony jest przez stwórcę na 50 lat życia. A reszta – mówił, uśmiechając się złośliwie – reszta, to takie tam przeciąganie liny z losem. W ogóle miał niezwykle prawidłowy stosunek do pacjentów. Kiedy mówiłem mu, że tu mnie boli, tam strzyka… Kiwał głową i mówił – A wie pan jakie ja mam problemy ze zdrowiem?

Fakt, że mamy do czynienia z dyktaturą, a nawet terrorem młodości, ma przede wszystkim ogromny wpływ na zyski koncernów farmaceutycznych oraz przemysłu pielęgnacji urody.

Na pytanie jaka gałąź światowego przemysłu przynosi teraz największe zyski, większość z ludzi powie, że nafta. „Nafta rządzi światem” – to było hasło światowej lewicy w okresie międzywojennym i jeszcze trochę po wojnie. Ale teraz już tak nie jest. Największe zyski osiągają producenci leków i środków pielęgnacji urody. I zrobią wszystko, żeby te zyski stale zwiększać. Bo nie jest prawdą, że istnieje jakaś granica, przed którą bogaty zatrzymuje się i mówi:

– Chyba już mi wystarczy, jakoś z biedą na bentleya i jachcik wystarczy.

 

Coraz więcej chorób, coraz więcej lekarstw

 

Jeszcze w czasach mojej młodości aspiryna leczyła wszystkie skutki przeziębień. Dzisiaj mamy lekarstwa na katar zwykły, przewlekły, bardzo przewlekły, chroniczny, napadowy, zaskakujący i męczący. Oferują nam lekarstwa uśmierzające ból konkretnych organów, wszystkich kończyn razem i każdej z osobna. Z roku na rok rośnie liczba zdiagnozowanych jednostek chorobowych. Bo każda nowa musi mieć nowe lekarstwo.

Ale co tam lekarstwa… Proszę wejść do jakiejkolwiek apteki i rozejrzeć się. Przecież w każdej z aptek 80 procent miejsc na półkach i w regałach zajmują środki pielęgnacji.  Skutkiem czego, jeżeli lekarz przepisał nam jakieś „poważne” lekarstwo, to nieodmiennie słyszymy: Proszę przyjść jutro, sprowadzimy to dla pana.

Rozumiem to tak, że aptekarz nie ma już miejsca na lekarstwa, bo musi trzymać na półkach całe „linie” środków na zmarszczki. A są osobne dla każdej z kilkunastu rodzajów skór, dla różnych przedziałów wieku, na każdą z czterech pór roku, do życia w mieszkaniach suchych i wilgotnych…

Pojawiła się nawet „medycyna urody” jako osobna specjalność. Powstają salony piękności, rehabilitacji, medycyny naturalnej, tybetańskiej, azteckiej, mongolskiej, chińskiej, japońskiej i malajskiej. Nie spotkałem jeszcze salonów aborygeńskich i buszmeńskiej, ale to kwestia czasu.

Państwowa służba zdrowia twierdzi, że „przeprowadza rehabilitację w ograniczony zakresie”, bo fizjoterapeutów nie ma. Nie ma w służbie zdrowia, ale w prywatnych gabinetach i klinikach czekają.

Coraz częściej widzimy w telewizji panie, które cudownie odmłodniały. A starsze aktorki, nie chcące grać babć, pojawiają się w drugim wcieleniu jako o wiele młodsze. Młodsze od siebie samych sprzed 20 lat. Wybitna aktorka Ewa Wiśniewska powiedziała, że jej młodsze koleżanki zamiast ust mają teraz parówki. No cóż, botox może i pomaga na skórę, ale na mózg nie bardzo. A „władcy świata”? Gdy widzę ponaciąganych Berlusconiego i Putina budzi się we mnie litość. Inny problem, czy taki Putin nakazał teraz wszystkie swoje starsze zdjęcia i filmy retuszować?

 

Domagam się światowego śledztwa

 

Długo zastanawiałem się, kto wprowadził obowiązkową modę na młodość. Rozpatrywałem różne warianty i zawsze wychodziło mi, że stoją za tym producenci leków i środków upiększających. Bo tylko oni mają w tym interes. A przecież starorzymska zasada „cui bono” podpowiada nam, że zbrodni dopuszcza się ten, kto ma w tym interes.

Producenci leków i środków do poprawy urody twierdzą, że owszem, że sama produkcja nie kosztuje wiele, ale już badania leków są niebywale drogie. Dziwne, że jakoś nikt z mediów nie wspomina, że jakieś 7 lat temu w USA wybuchła niebywała afera, gdy którejś z rządowych agencji zechciało się sprawdzić dużego producenta, czy rzeczywiście prowadzi on badania, przed wprowadzeniem leków na rynek. Okazało się, że żadnych badań nie ma. Nałożono na chciwca karę kilkunastu milionów dolarów i już. Mówię „i już” bo jakoś nie przeprowadzono kontroli w innych krajach…

U nas również nikt się tym przypadkiem nie zajął. Może nie było akurat gotowych do pracy lekarzy, biochemików i prostych laborantów, bo wszyscy wyjechali na wycieczki zagraniczne, fundowane przez producentów i hurtowników leków – lekarzom właśnie.

Podsunąłbym naszym władzom śledczym zajęcie się sprawą rynku leków. Bo jeżeli na tym rynku nie działa mafia, to ją nazwać? A może są tam zmowy cenowe? Może jakieś układy producentów, hurtowników i aptekarzy? A za carskich czasów za zmowę szło się na Sybir. I to akurat – przypadkiem – było w tej Rosji dobre.

Ja bym się – proszę Państwa – nie śmiał, z tego co napisałem. Bo sprawa jest ważna i warto poniuchać. Ale radziłbym niuchającym, by nie korzystali z żadnych nowości medycznych na polepszanie węchu…

 

Nikt nie zwariował, to tylko SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Odór po odejściu dziennikarza

Jakiego znowu dziennikarza? Czy Wy w SDP nie macie korekty? Nikt tego nie czytał przed publikacją? Tekst jest o odejściu mnicha! Mnicha! No luuudzie. Weźcie poprawcie ten tytuł. Jaki wstyd! Pewnie jeszcze na mnie zrzucą i na pośpiech, i że etatów za mało. Czytać to trzeba ze zrozumieniem, ze zrozumieniem! Teraz do rzeczy, to co poniżej zostawcie. Jasne? No dzięki, dzięki.

Odejście było niby spodziewane od dawna, ale nastąpiło gwałtownie i ze skutkiem natychmiastowym. Tuż przed odejściem mówiono, że zrósł się z klasztorem i trudno sobie wyobrazić klasztor bez niego. Peanom nie było końca. Za życia mówiono, że dał się poznać w jako czcigodny i tak też był w zasadzie przez wiernych traktowany. Niewierna bywa wierność wiernych… I co? I bęc!

Po jego odejściu tak wiele i tak szybko się zmieniło. „Doba jeszcze nie upłynęła od chwili zgonu, woń i zaduch zgnilizny rozchodziły się już, rażąc uczucia obecnych” – że przywołamy słowa nanosnego kronikarza. Nikczemnych i niskich ludzi smród wręcz uradował, oni się smrodem napawali. Dalej było już tylko gorzej.

Odór próbowano ukryć, ale on wisiał w powietrzu mieszając się ze zgorszeniem. Było go coraz więcej i stawał się intensywniejszy. Bohater nasz szybko po śmierci stracił całą swoją reputację, chociaż i za życia taki święty nie był, bo za cudze żony się brał. To pewne. Za cudze żony się brał. Cóż za upadek… Zaczęto szczegółowo rozpamiętywać żywot i za złe mu miano drobnostki zupełne.

Tłuszczy przychodziły do głowy w związku ze zgnilizną rozkładu takie nawet występki: „Nową modę zaprowadzał”, „ciału dogadzał, jadł na przykład konfitury wiśniowe z herbatą”, „na kolana przed nim padali, a on przyjmował to jako sobie należne”. Były nawet spekulacje, że jakaś komisja, że coś uwiecznili… Podłość, po trzykroć. Lud zauważył, że jak inni odchodzili, to nie było brzydkiego zapachu, a tu woń zwykłą, naturalną, choć owszem, nieprzyjemną zinterpretowano jako znak grzesznego żywota. Na jakiej podstawie?

W końcu nawet szaleńcom przyszło do głowy publicznie wypowiadać się w sprawie. Weźmy takiego ojca Feraponta: „Patrzcie na tego oto nieboszczyka — mówił, zwracając się do stojącego za progiem tłumu. — Postów nie zachowywał, strawę gotowaną jadał, ciału grzesznemu dogadzał, karmiąc je słodyczami. Ot i pokazał Bóg i sąd nad nim objawił; a jaki teraz wstyd! jaki srom!” Ręką można by machnąć, ale Alosza, Alosza… On uczeń czysty i wierny także zwątpił, gdyż w uszach brzmiało mu: „Skąd się to mogło wziąć? gdyby był tłusty, ale to skóra tylko i kosteczki”.

Cóż, dla publiki za szybko starzec i czcigodny mnich Zosima zaczął się rozkładać, dając tym znak antyświętości. Tacy to ludzie. A co ja Wam radzę na koniec, publiko? Czytajcie „Braci Karamazow”, są tam włókna duszy, chrząstki sumienia i nie traćcie powonienia.

WALTER ALTERMANN: Wielbiciele broni, obrońcy zwierząt i powietrza, czyli wojenne przypadki

Niedawno pisałem o tym, że bardzo wielu handlarzy bronią naciska rząd do zmiany prawa na ich korzyść, poprzez wmawianie opinii publicznej, że w Polsce dostęp do broni powinien być łatwy i powszechny. I jednoznacznie sugerują ci „zbrojmistrze narodu”, że razie wojny będziemy mieli gotowych i w pełni przygotowanych, bo obytych ze strzelaniem, obywateli-żołnierzy. Pisałem nawet, że wojsko to nie gromada entuzjastów strzelaniny. I nadal tak uważam. Tym bardziej, że 24 maja 2022 roku w teksańskiej szkole podstawowej w Uvalde szaleniec zabił 19 dzieci i dwoje nauczycieli. To jest kolejny taki przypadek w USA.

Mordercą jest 18-latek Salvador Ramos. Miał on, kilka minut przed rozpoczęciem ataku, wysyłać SMS-y do dziewczyny mieszkającej we Frankfurcie. W tych wiadomościach miał skarżyć się, że jego babcia „…rozmawia przez telefon z AT&T (operator teleinformatyczny w USA – red.) w sprawie mojego telefonu. To denerwujące” – pisał Ramos. Pierwszy jego post brzmiał: „Zamierzam zastrzelić moją babcię”. Potem pisał: „Zastrzeliłem moją babcię”. Trzeci post, zamieszczony 30 minut przed napaścią: „Zamierzam strzelać w szkole podstawowej”. 66-letnia Celii Gonzalez postrzelona przez wnuka w głowę przeżyła i zdążyła zadzwonić na policję. Jest w szpitalu. Matka Ramosa, Adriana Reyes, wyraziła zaskoczenie masakrą. „Mój syn nie był osobą agresywną. Jestem zaskoczona tym, co zrobił” –   mówiła dziennikarzom, dodając, że się modli za ofiary.

Po tym przypadku nawet prezydent Biden powiedział, że pora wreszcie zaostrzyć przepisy o dostępie do broni. Przywołuję zdanie prezydenta USA, bo tam lobby produkujące broń ma ogromną siłą polityczną. I mimo to prezydent Biden odważył się powiedzieć prawdę, Choć może mu ta prawda zaszkodzić przy wyborach. Tymczasem u nas reklama „strzelectwa” trwa w najlepsze.

Wszystkim Paniom i Panom Posłom, Senatorom, którzy będą kiedyś zastanawiali się nad podniesieniem ręki za złagodzeniem polskiego prawa o dostępie do broni, dedykuję poniższy dwuwiersz Jana Kochanowskiego, pochodzący z „Pieśni o spustoszeniu Podola przez Tatarów”. Zaznaczając od razu, że Kochanowski nie był lewakiem, oraz że bardzo kochał swą ojczyznę, czego dał dowody w życiu oraz w literaturze. Może warto słuchać wielkich Polaków?

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

że i przed szkodą i po szkodzie głupi.

 

Wojna a słabe umysły

Wojna na Ukrainie bardzo też oddziałuje na słabsze umysły. Oto nasi obrońcy zwierząt ogłosili, że wojna musi się skończyć, bo przez nią ginie i cierpi wiele zwierząt. Sprawa jest oczywista, ale skoro są tacy, co piszą takie durnoty, muszą być i tacy, którzy dadzą im odpór. Biorę to na siebie.

Szanowni Obrońcy Przyrody i Zwierząt,

człowiek jest koroną świata i stoi na szczycie wszelkiego stworzenia. Zatem, ochrona życia człowieka jest również ochroną świata żyjącego. Nie można na jednej szali kłaść życia człowieka a na drugiej psa, kota czy chomika, oczekując, że waga nie drgnie. Oczywiście jest mi niezmiernie przykro, gdy myślę o losie porzuconych na Ukrainie stworzeń domowych. Bardzo się też wzruszyłem, gdy zobaczyłem w telewizji starszą kobietę, która szła do polskiej granicy niosąc na rękach dużego psa. Jej zachowanie świadczy najbardziej o człowieczeństwie. Uważam, że ten krótki film mówi więcej o dobrych ludziach, niż setki politycznych wystąpień w obronie Ukrainy. Tak jest, cierpienie zwierząt bardzo boli normalnych ludzi.

            Natomiast Państwa wystąpienie świadczy jedynie o tym, że spośród wszystkich cierpiących istot na Ukrainie wybieracie zwierzęta. Wasze działania, wasze ruchy i programy są w istocie nową religią. To piękne, że stajecie w obronie przyrody, ale mój strach budzi to, że bierzecie w obronę tylko przyrodę. Podejrzewam, że Wy po prostu nie lubicie ludzi. Po części macie nawet rację, bo ludzie – nie zwierzęta – mordują, kradną, malwersują, kłamią, wywołują wojny, trują glebę, wody i powietrze. Ludzie też – nie zwierzęta – donoszą, zdradzają przyjaciół i w ogóle skłonni są do największych okropieństw. Tacy są ludzie, wszak my wszyscy to: KAINOWE PLEMIĘ.

            Chciałem napisać, że ludzie to świnie, ale w tym przypadku byłby to zoologizm – a świnie przecież są w porządku.

            Co do mnie – lubię ludzi jako gatunek boskiego stworzenia. Choć znam wielu osobników, których serdecznie nie cierpię. Mam nawet poważny problem, bo modląc się powtarzam przecież: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. I chyba nie jestem dobrym chrześcijaninem, bo ciągle jakoś odkładam na czas przyszły nieokreślony odpuszczenie tym, których nie lubię i mam ku temu powody.

            Szanowni Obrońcy Ziemi – kochajcie choć w połowie ludzi, tak jak kochacie zwierzęta.

 

Czyste powietrze jako wojenny terror zielonych

Zupełnie inaczej niż z obrońcami zwierząt, jest z obrońcami czystego powietrza. Na nich wojna nie wpłynęła w ogóle i całkiem jej nie zauważają. Nadal walczą o świeży luft i brak smogu.

Oto interesujący fakt z pola walki o czyste powietrze. Oto 18 maja odbyło się pierwsze posiedzenie sądu w sprawie wytoczonej przez Greenpeace przeciwko największemu emitentowi CO2 w Polsce spółce PGE GiEK, przed Sądem Okręgowym w Łodzi. Rozprawa została odroczona. Data kolejnego posiedzenia zostanie wyznaczona w zależności od decyzji PGE GiEK w sprawie opracowania strategii dekarbonizacji spółki.

            My oczywiście będziemy kontynuować nasze działania na rzecz ochrony klimatu – powiedział Piotr Wójcik, analityk rynków energetycznych w Greenpeace. – Za nami pierwsze posiedzenie. Potwierdziło się, że PGE GiEK nie ma strategii dekarbonizacji, więc sąd zobowiązał koncern, by do 10 sierpnia podjął decyzję, czy taką strategię opracuje. Liczymy na to, że koncern się tego podejmie i że będzie ona zakładać konkretny i ambitny harmonogram redukcji emisji. Oczywiście równolegle w Polsce musi zostać odblokowany rozwój odnawialnych źródeł energii i podnoszenia efektywności energetycznej, ale to już zadanie dla rządu.

Ja pana Wójcika rozumiem, ale czy naprawdę w sytuacji wojennej, w sytuacji słusznie zastosowanego embarga na surowce energetyczne z Rosji, co spowodowało ogromny wzrost cen energii w Europie i Polsce, czy teraz właśnie jest czas na podnoszenie tego problemu? A nie martwią Greenpeace zniszczenia środowiska na Ukrainie, dokonywane właśnie przez Rosję? A zatrucie środowiska przez rakiety, wybuchy klasycznej broni, niszczenie życiodajnej ukraińskiej ziemi? A ludzie, ginący od bomb – też Pana nie martwią?

Obrońcy czystego powietrza to poważna sekta. Teoretycznie mają rację, bo – globalne ocieplenie, zatrucie środowiska groźne dla ludzi, przyszłość naszego gatunku w ogóle… Niby racja jest po ich stronie, ale podejrzewam, że oni gotowi są bronić Czystej Ziemi do ostatniego człowieka.

Pierwszy kłopot z obrońcami czystego powietrza to fakt, że w parlamentach bogatych krajów – takich jak Niemcy i Francja – są znaczącą siłą polityczną i trzeba się z nimi liczyć. Są także poważną siłą w Parlamencie Europejskim. I jako ta licząca się siła forsują swoje pomysły dla całej Unii Europejskiej. Przy tym – nie zauważają, że dochód narodowy Francji czy Niemiec jest nieporównywalnie większy niż Bułgarii, Rumunii, Polski. I nie chodzi tylko o dochód – chodzi też o zasoby materialne i finansowe poszczególnych państw. A według Zielonych terminarz na odejście od węgla, pochodnych ropy naftowej czy nawet energii jądrowej, jest taki sam dla wszystkich. A to – proporcjonalnie do zamożności różnych krajów wchodzących w skład UE – może być niemożliwe do realizacji. Lub – po prostu – wykończy kraje biedniejsze.

Co prawda 27 maja br. wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że niedługo zarobki Polaka dorównają zarobkom Niemca. Co prawda nie podał daty, ale tak ważne słowa padły. Ekonomiści – różnej politycznej maści – twierdzą, że najwcześniej może się tak stać za 25 lub 30 lat. Pod tym jednak warunkiem, że gospodarka Niemiec stanie w miejscu, a nasza będzie się rozwijać. Jeżeli jednak zauważymy, że nasza gospodarka jest silnie uzależniona od gospodarki niemieckiej, to nie wiem na jaki cud pomiędzy Odrą a Bugiem, Bałtykiem a Tatrami liczy wicepremier.

Póki co Polska ma najważniejszy problem od czasu transformacji ustrojowej. Rzecz w tym, że znaleźliśmy się w towarzystwie bogatych państw, które stać na dużo więcej niż nas. To zupełnie jakby biedny nauczyciel znalazł się towarzystwie bogatych dyrektorów koncernów i banków, którzy kilka razy w roku obdarzają się drogimi prezentami, i od nauczyciela oczekują równie drogich dowodów przyjaźni. A jego, tego nauczyciela, po prostu nie stać.

Być może obrońcy powietrza nie znają starego przysłowia, które poucza: „Zanim gruby schudnie, chudy umrze”.

WALTER ALTERMANN: Samotna rozpacz, czyli paplanie miliardów

BOHATER – do Dziennikarki – Widzi pani, jestem zbyt prymitywny. Wszystkie nieporozumienia między mną i światem wywodzą się z tego, że jestem prymitywny i chcę poważnie traktować życie. Przeklęta gadanina, gdyby ludzkość razem ze mną zamknęła na wieki olbrzymią jadaczkę. Niech te dwa miliardy umilkną na jeden dzień i wszystko odzyska swój blask…

            Ten fragment KARTOTEKI Tadeusza Różewicza niech będzie nam przesłaniem.

Różewicz pisał swój dramat w latach 1958-59. Zważmy na to, bo ludzi było wtedy raptem dwa miliardy, a nie 7,7 miliarda, jak dzisiaj. Zatem i gadania było znacznie mniej. Nie było tylu stacji telewizyjnych i radiostacji. I przede wszystkim, nie było Internetu. Było znacznie ciszej. Choć ucho wrażliwego na bełkot pisarza i tak nie mogło znieść tej gadaniny.

Przeciętny chłop w średniowiecznej Prowansji otrzymywał przez całe swe życie tyle nowych informacji, ile dzisiaj dociera w ciągu jednego dnia do przeciętnego Europejczyka. Te badania przeprowadzono w latach 80. jeszcze przed wynalezieniem Internetu z jego dobrodziejstwami typu: tik tok, Facebook, Twitter, you toube i wszystkich pozostałych środków rażenia naszej świadomości. Można powiedzieć, że ludzkość się potwornie rozjazgotała i ani myśli spełnić błaganie Różewicza.

Nie wszyscy pisali i mówili

Od zarania ludzkości mówili i pisali ci, którzy umieli pisać i naprawdę mieli coś do powiedzenia. Przez tysiące lat mówili starzy mędrcy, przywódcy religijni i władza. Za miarę mądrości człowieka uchodziło to, że mówiło się mało i zawsze na temat. Gaduły uważane były za głupców i odsuwano ich z gremiów, podejmujących ważne decyzje. Oczywiście nie wszystkie zapisane słowa były mądre. Zdarzało się przecież, że lekarze zalecali palenie papierosów na kłopoty płucne, rtęcią leczono kiłę a narkotyki uważano za cenne lekarstwo na nerwy. Niemniej i tak, w dawnych czasach głupoty było znacznie mniej niż mądrości, bo słów było mniej.

Gdy chodzi o pisanie – jedną z technicznych przyczyn, że dawniej pisano o wiele mniej, było to, że zapisywano ryjąc w kamieniu, w glinie, którą potem wypalano, potem pisząc z mozołem na jedwabiu, papirusach i na papierze. A wytworzenie tych wszystkich nośników było drogie, więc na szczęście zapisywano tylko rzeczy najważniejsze.

Przez wieki pisali głównie zawodowcy – pisarze administracji państwowej i zawodowi filozofowie i literaci. I powiedzmy wprost, gdy chodzi o literaturę – grafomanów nie było stać na druk. Tak było aż do połowy XIX wieku. Potem szeroka fala miernoty zalała tzw. rynek czytelniczy. Bo pisanie stało się rynkowym sposobem na zarobek.

W czasach dwudziestowiecznych dyktatur pisanie podlegało kontroli państw, które bały się „nieprawomyślnych” tekstów. Obecnie w Europie – poza Rosja, Białorusią i Turcją (geopolitycznie kwalifikowana, jako część Starego Kontynentu)  – nie ma już państwowych ograniczeń dla pragnących pisać. Jest to oczywiście dowodem wolności i demokracji. I to jest piękne. Niemniej to demokracja uwolniła nasze dzisiejsze tsunami pisania, które niszczy takt, rozum, poczucie sensu i artystycznego piękna, a te cechy były przecież dowodami na wielkość naszego gatunku.

Smutna radość z pisania w Internecie

Ilekroć otwieram Facebooka natychmiast „meldują się u mnie” osoby, których nie znam, ale które muszą podzielić się ze mną przemyśleniami. I tak dowiaduję się, że pani Kicia przeszła po parku prawie 5 kilometrów, a potem w przydrożnym barze zjadła ciastko.

Panna Kocia natomiast przekazuje mi swoje zdjęcia na tle jakiegoś drzewka w ogródku. Gdyby jeszcze panna Kocia była osoba młodą i ponętną… Niestety, prawie dorównuje mi wiekiem i sylwetką.

Inna pani prowadzi stronę, na której zaprasza mnie do zabawy. I co kilka dni proponuje nową formę rozrywki. Raz każe mi napisać, jak mam na drugie imię, innym razem prowokuje do wynurzeń na temat jakie psy lubię mniej, a jakie bardziej. Jest też strona, na której prowadzący publikuje zdjęcia starych przedmiotów z czasów PRL-u i pyta czy miałem je w domu, albo używałem. I nie są to obiekty wymyślne: jakaś pralka Frania, stary młynek do kawy albo ręczna wyżymaczka.

Według mnie wszystkie te zabawy są szalenie rozwijające intelektualnie i bardzo ucieszne, więc nie odpowiadam na wezwania o ujawnienie mojego zdania, moich przeżyć. Nie ujawniam też obecnego i dawnego stanu posiadania mego gospodarstwa domowego. Ale… o dziwo setki ludzi odpowiadają na takie prowokacje mózgowe. I piszą, że oni na drugie mają Zdzisiek, po wujku, albo Kasia, po koleżance mamy. Podskakują z radości (dowodem ikonki emocji), że oni też mieli w domu rybkę z dmuchanego szkła, albo telewizor Neptun.

W związku z opisaną powyżej ludzką aktywnością nasuwa się pytanie – dlaczego ci ludzie to robią – to znaczą piszą i odpowiadają, że oni też przeszli lasem ileś tam metrów, że coś po drodze zjedli. Dlaczego to robią? To znaczy piszą, prowokują i odpowiadają?

Myślę, że świat ma do czynienia z w wielkim, wprost niewyobrażalnie wielkim problem alienacji jednostki. Przeciętny człowiek zna dobrze zaledwie kilkadziesiąt osób, wliczając bliższą i dalszą rodzinę, i nie zawsze tę rodzinę lubi. Owszem mamy też wielu znajomy z pracy, z przeróżnych stowarzyszeń, związków a nawet partii. Tyle tylko – czy my tych ludzi naprawdę znamy? Znamy ich na tyle, na ile oni sami odsłonią się przed nami, przed światem.

Przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach jest przerażająco samotny. I dlatego pisze, bo chce być w jakimkolwiek ludzkim kręgu, chce znać i być znany.

Jednak bardzo zasadne w tym momencie jest pytanie – jaką stronę swych osobowości ludzie ujawniają w Internecie? Najczęściej jest to strona polityczna. Ale, niestety, piszący o polityce najczęściej ograniczając się do inwektyw lub powtarzają stereotypy. Te wszystkie twittery narzucają użytkownikom konieczność pisania zwięzłego, niemal hasłowego. Gdyby Monteskiusz czy Spinoza żyli teraz, to nie zaistnieliby, bo nie potrafiliby pisać krótko, sloganami.

Ludziom wydaje się, że to bardzo ważne, że piszą. Myślą, że ważne jest też, że czytają, co piszą inni. Podświadomie wierzą, że to „gadanie” zmieni ich los i dzieje świata. I dlatego chcą dynamiki, chcą być aktywni.

Te miliardy, gadający na Facebooku i jemu podobnych są zrozpaczone swoja samotnością, choć o tym, nie do końca, wiedzą. Wydaje im się, że wszystkie sznurki swego losu trzymają mocno w garści, ale mylą się. Te miliardy są jak marionetki na sznurkach, za które pociąga kto inny? Kto? Może tylko przypadek? Może przypadkowi politycy, bo w światowy spisek złych mocy nie wierzę.

 

Samotny tłum

W roku 1950 ukazała się rewolucyjna praca Davida Riesmana „Samotny tłum” (współautorami byli Nathan Glazer i Reuel Denney). W samej rzeczy jest to dzieło przełomowe w socjologii i w postrzeganiu praw rządzących społeczeństwami w ogóle.

Riesman zauważa, iż w niewielkich wspólnotach, także w dawnych społeczeństwach istniały różnego rodzaju więzi społeczne, natomiast w społeczeństwach współczesnych więzi zanikają, ulegają degradacji bądź instrumentalizacji a często są przedmiotem manipulacji. W efekcie naturalne wspólnoty zanikają. Ludzie ulegają wykorzenieniu, atomizacji, roztapiają się w anonimowej masie pracowników, urzędników, elektoratu, konsumentów czy publiczności. Więzi wspólnego zamieszkania, podobieństwa etnicznego, religijnego bądź klasowego zostają zerwane. W to miejsce pojawia się samotny tłum, podatny na hasła demagogów, poszukujący silnych, ojcowskich autorytetów, ulegający pokusie autokratycznych czy nawet totalitarnych rządów. Osamotnieni przyłączający się do różnych ruchów społecznych w poszukiwaniu zastępczych więzi i alternatywnych wspólnot.

Czy tych słów o samotnym tłumie nie można odnieść do naszego polskiego społeczeństwa? Czy coś się zmieniło? Wszystko wskazuje na to, że nie i praca Riesmana pozostaje ciągle aktualna, czasami przerażająco wręcz aktualna.

Człowiek przez miliony lat żył w małych społecznościach – rodowych, plemiennych, w kręgu jednej wsi, czy małego miasta. Wtedy wszyscy się znali. Każdy o każdym dużo wiedział. Każdy wchodził w relacje (interakcje) z sąsiadem, znajomym. Wtedy też działało pisane lub zwyczajowe prawo, nakazujące takie a nie inne zachowania. Jeżeli jeszcze w połowie XX wieku na wsi chłop mijał drugiego chłopa i nie uchylał czapki, to był to jasny znak, że są pogniewani. Dzisiaj mijamy dziennie setki, tysiące ludzi, którym nie mówimy ani „dzień dobry”, ani „szczęść Boże”. Jesteśmy więc z innymi blisko w przestrzeni, ale daleko w sferze psychicznej, mentalnej.

Dawniej świat był znany i bezpieczny. Dzisiaj jesteśmy samotni i zagrożeni. I ta samotność, to zagrożenie są naszym największym psychicznym kłopotem.

Riesman był rzetelnym i przenikliwym naukowcem, ale nie był wieszczem. Więc nie przewidział, że po latach świadomość tej samotności dotrze do nas, i że będziemy szukali ratunku przed wyjącą pustką. Na razie znaleźliśmy ratunek w Internecie, niestety jest to ratunek pozorny, bo nawet biliony, tryliony słów nie zasypią przepaści, jaka obecnie dzieli człowieka od człowieka.

Przepraszam, że to co napisałem nie jest wesołe. Jest za to prawdziwe.

 

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni i dziennikarskie niewypały

Napisać, że korespondencje wojenne z walczącej z rosyjską hordą Ukrainy są jakościowo różne, to jak napisać, że bandyta Putin jest chory, ale nie napisać na co. A relacje wojenne bywają różne – spokojne choć empatyczne, jak Jacka Łęskiego i… Właśnie, jak to nazwać? Są typy korespondentek i korespondentów, którzy po prostu chcą dobrze, ale wychodzi im to źle. To brak wiedzy i doświadczenia, ale brzemienny w skutki, bo my odbiorcy mamy emocjonalnie retuszowany albo wręcz „komercyjny” obraz wojny.

Na szczęście nie muszę być korespondentem wojennym. Jeszcze. Zawsze jednak podziwiałem i podziwiam Koleżanki i Kolegów potrafiących wykonywać tę pracę. Najcięższą bodaj spośród wielu dziennikarskich specjalności. To jednak, że na wojnie nie byłem, nie zwalnia mnie z obowiązku pisania o jakości relacji wojennych.

Nic dziwnego, że ktoś podczas takiej korespondencji chce być poważny. Relacjonuje przecież okropności ruskiej inwazji na ukraińskie miasta i wsie, ale, na Boga, niechaj ta powaga i przejmowanie się okropieństwami wojny nie przeszkadzają w odbiorze informacji.

Obraz pierwszy: Dziewczyna z jednej z największych polskich stacji telewizyjnych jedzie do ukraińskiego miasta. Tam twa liczenie strat po rosyjskiej inwazji, zbiera się informacje o zabitych i rannych. Próbuje się pomóc tym, u których ran nie widać, ale serca i dusze krwawią…

Reporterka stoi przed kamerą. Ma kamizelkę z napisem „Press”, mam nadzieję kuloodporną, której jednak brakuje zasłon pod szyją. A tam rozpięta koszula, między poły której – stawiam dolary przeciwko guzikom – patrzą wszyscy, nie tylko mężczyźni. Ludzie, nawet jeśli jesteście przygnębieni wojną, spojrzycie tam na pewno, bez względu na waszą płeć. To „element” relacji, który u ponad 80 procent odbiorców spowoduje „zaburzenie proporcji”, a po polsku – ogromna większość widzów gapi się na fajną kobietę i nawet jeśli chce posłuchać, co mówi reporterka, nikt, no prawie nikt, tego nie zapamięta. Po prostu.

W pewnym momencie dziewczyna, opowiadając o drastycznych szczegółach, na chwilkę milknie, głos jej się załamuje… To powoduje, że widz martwi się stanem psychiki – bez sarkazmu – dziennikarki, a nie tysiącami ofiar. Tak się po prostu nie robi. Nie tylko podczas relacji wojennych. To było nagranie. Niezależnie od emocji reporterki, należy powróżyć nagranie.

Reporterka mówi też o tym, gdzie – do jakiej części miasta – mają być przeniesieni ludzie, którzy stracili swoje domy i mieszkania. Tego nie skomentuję, bo lubię tę reporterkę i jeśli miała producenta lub wydawcę, to ich należy nabić na moralny pal dziennikarskich „rozliczeń”, bo powinni na to zwrócić uwagę. Przypominam, to nie była relacja bezpośrednia a nagranie.

*

Czasem zdarza się tak, że dziennikarze, którzy nigdy tego nie chcieli, są najlepszymi korespondentami wojennymi.

Obraz drugi, ostatni: Film z rozmowy właściciela portalu Salon 24 Sławomira Jastrzębowskiego ze współpracownikiem TVP i korespondentem wojennym z Ukrainy Jackiem Łęskim.

Prowizoryczne studio, trochę książek, mikrofony – w tle ani jednego elementu wojennego. Obraz rozmowy i jej uczestnicy są jednak w stanie przykuć moją uwagę na długie 45 minut.

Znany z kontrowersyjnego zachowania Jastrzębowski spokojnie zaczyna rozmowę i tak samo prowadzi ją do końca, ale jednocześnie jest sobą. Czasem się wtrąca, aby o coś zapytać, czasem – stosownie do sytuacji oczywiście – ironizuje. Powtórzę, Sławek jest sobą. Choć pewnie każdy z dziennikarzy ten wywiad przeprowadziłby inaczej, Jastrzębowski nie czyni z siebie postaci centralnej. Chwała mu za to, bo – chociaż nie w rozmowach o wojnie – czasem mu się zdarza.

Łęski autor bardzo dobrych, spokojnych i wyważonych korespondencji m.in. z Kijowa i Charkowa. Przyjechał właśnie z Ukrainy. Zresztą w tym kraju mieszkał przez lata. Zna realia, ale opowiadając o nich, co okaże się elementem spajającym wrażenia wojenne, jest normalnym dziennikarzem, który rozmawia z innym dziennikarzem. Gdyby nie tematyka, pomyślałbym, że gadają z Jastrzębowskim o polityce. Ale nie, to wojna jest główną postacią wywiadu.

To dzięki Łęskiemu, który jest szczery a jednocześnie wrażliwy, normalny a przecież doświadczony największym dramatem od II wojny światowej, możemy się naprawdę więcej dowiedzieć niż z relacji wielu innych korespondentów wojennych, którzy jak on byli w Kijowie, Charkowie, Irpieniu.

*

Relacja z walczącej z ruskimi hordami Ukrainy to tylko minuta, czasem dwie, trzy. Obraz pod powiekami, który zostanie po takiej korespondencji zostaje u widzów może nawet do końca życia. Na pewno ten obraz zostaje pod powiekami korespondentów wojennych. Też do końca życia.

Zatem, nie warto marnować czasu na słabe warsztatowo relacje wojenne.

 

 

 

Dylematy wojny. Agresja Rosji na Ukrainę w relacjach dziennikarzy. Sesja CMWP SDP na konferencji Etyka Mediów

Paweł Bobołowicz z Radia Wnet, Jacek Łęski z TVP, Marcin Mamoń z Dziennika Polskiego i Gazety Krakowskiej i dr hab. Piotr Grochmalski z Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie  będą uczestnikami sesji dyskusyjnej na XVI ogólnopolskiej konferencji naukowej Etyka Mediów w Krakowie. Gościem specjalnym sesji będzie dziennikarz z Ukrainy, wieloletni obserwator życia politycznego i społecznego Ukrainy. Sesja organizowana  jest pod patronatem Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dyskusję poprowadzi dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP, prof. Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu. 

(Sesja CMWP SDP zaczyna się od 2:33 transmisji)

Więcej o wydarzeniu TUTAJ.

Konferencja Forum Wolnych Narodów Rosji. TRANSMISJA

8 maja w Centrum Prasowym Foksal odbędzie się międzynarodowa konferencja „Forum Wolnych Narodów Rosji”. Do udziału w konferencji zaprosiliśmy nie tylko ważnych rosyjskich polityków, którzy wyemigrowali i wierzą, że nadejdzie taki dzień, kiedy reżim Putina upadnie, a Rosja zerwie z imperialną tradycją, ale także polityków i ekspertów z USA, Polski, Ukrainy i Białorusi. W forum wezmą również udział przedstawiciele narodów zniewolonych przez rosyjski imperializm.

 

Jaka Rosja po Putinie? Konferencja Fundacji Solidarności Dziennikarskiej „Forum Wolnych Narodów Rosji”

8 maja Fundacja Solidarności Dziennikarskiej organizuje konferencję pt. „Forum Wolnych Narodów Rosji”. Rosyjscy opozycjoniści, w towarzystwie ekspertów z Polski, Ukrainy i Stanów Zjednoczonych będą dyskutować o tym jak powinna wyglądać Rosja po Putinie. Tematami przewodnimi konferencji będą deimperializacja Rosji, jej deputynizacja i demilitaryzacja oraz przyszłość ekonomiczna.

„Uważam, że zbrodnicza wojna na Ukrainie udowodniła, że nie może być porozumienia między wolnym światem a Rosją rządzona przez Putina i KGB. Nie ma też możliwości, by wolność zapanowała w naszej części świata bez uwolnienia narodów będących częścią rosyjskiego imperium, a o tym trzeba rozmawiać nie tylko z Rosjanami, dla których wolność jest wartością podstawową, ale i z przedstawicielami mniejszości narodowych żyjących na terenie Federacji Rosyjskiej. To jest myśl, która stoi u podstaw naszej konferencji” – mówi Krzysztof Skowroński, Prezes Fundacji Solidarności Dziennikarskiej.

8 maja w Centrum Prasowym Foksal odbędzie się międzynarodowa konferencja „Forum Wolnych Narodów Rosji”. Do Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 udało się organizatorowi, czyli Fundacji Solidarności Dziennikarskiej zaprosić nie tylko ważnych żyjących na emigracji rosyjskich polityków, wierzących w to, że przyjdzie taki dzień w którym upadnie reżim Putina i Rosja zerwie ze swoją imperialną tradycją, ale też polityków i ekspertów z Polski, Ukrainy i Białorusi.

W dwudniowym forum wezmą również udział przedstawiciele zniewolonych przez rosyjski imperializm narodów. Do Warszawy 8 maja, który wolne narody świętują jako Dzień Zwycięstwa i końca drugiej wojny światowej przyjadą między innymi: Ilya Ponomarev jedyny poseł do rosyjskiej Dumy, który głosował przeciwko aneksji Krymu, żyjący na emigracji we Francji Czeczen Djamboulat Souleimanov czy Nafiz Kashapov z Tatarstanu.

Polską myśl w dyskusjach i panelach będą reprezentować: eurodeputowana i była minister spraw zagranicznych Anna Fotyga, przewodniczący Rady ds. Bezpieczeństwa i Obronności profesor Przemysław Żurawski vel Grajewski i Maria Przełomiec, dziennikarka, specjalistka od spraw wschodnich. Z Ukrainy do Warszawy przyjedzie były ukraiński minister spraw zagranicznych Pavel Klimkin i białoruski opozycjonista Yaroslav Romanchuk.

Forum podzieliliśmy na dwie trzygodzinne części i cztery panele:

Deimperializacja
Demilitaryzacja
Deputynizacja
Przyszłość ekonomiczna.

8 maja konferencja rozpocznie się o godzinie 10.00 i będzie transmitowana na kanale YouTube Fundacji Solidarności Dziennikarskiej w trzech językach: polskim, angielskim i rosyjskim.

Przewidujemy dwie konferencje prasowe dla dziennikarzy, które odbędą się w Centrum Prasowym Foksal, ul. Foksal 3/5 w Warszawie:

● 7 maja (sobota) o godz. 17.00
● 8 maja (niedziela) o godz. 17.30

Aby otrzymać akredytację konieczne jest wysłanie nazwy redakcji i danych kontaktowych na adres [email protected]

Lista osób, które potwierdziły udział w konferencji 8 maja 2022 r. (lista niepełna):

1. Ilya Ponomarev
2. Djamboulat Souleimanov
3. Nafis Kashapov
4. Pavel Mezerin
5. Vadim Shtepa
6. Anna Fotyga
7. Pavel Sulyandziga (online)
8. Pavel Klimkin
9. Maria Przełomiec
10. Rafiz Kashapov (online)
11. Yaroslav Romanchuk
12. Pavel Latuszka
13. Christopher Miller (online)
14. Ruslan Gabbasov
15. Przemysław Żurawski vel Grajewski
16. Vadim Petrov

Zapraszamy do śledzenia relacji i udziału w konferencjach prasowych.

WALTER ALTERMANN: Kilka uwag o wojnie (1). Kto nas rozbroił?

Przez całą moja młodość byłem poddawany niesamowitej presji; tłumaczono mojemu pokoleniu, że rozbrojenie – głównie atomowe – jest najważniejsze, bo gwarantuje trwały pokój na świecie. Jednak rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana niż głosiły to ruchu Obrońców Pokoju. Obecnie mamy wojnę u naszych granic i straszak atomowy znowu nad nami wisi. Tamten z mojej młodości był polityczny, ten jest już realnie militarny.

Co do jednego rozbrojenie stało się faktem – NATO jest rozbrojone, a my wraz z nim. Tytułowe pytanie jest zatem jak najbardziej zasadne: Kto nas rozbroił? Na to fundamentalne pytanie należy odpowiedzieć jasno: sami się rozbroiliśmy.

Przy czym akurat Polska nie bardzo jest temu winna. Polska, jako członek NATO, zachowywała się lepiej niż wielu innych partnerów tego paktu. Wydawaliśmy, procentowo, na armię więcej niż kraje zachodniej Europy. Dlaczego zatem NATO, w tym my, jesteśmy teraz rozbrojeni, a nawet armia biednej Ukrainy jest przy nas potęgą?

Po prostu przez ostatnie trzydziestolecie takie były nastroje, taka europejska i światowa polityka, że nikt nie brał serio zagrożenia wojną ze strony Rosji. Inaczej mówiąc – wszyscy chcieli widzieć w Rosji normalny kraj, któremu do szczęścia wystarczy wydobywanie i sprzedaż surowców naturalnych, w tym także energetycznych.

Putin chodził w eleganckim garniturze, nawet mieszkał – przed objęciem prezydentury – w NRD (wtedy na Zachodzie)… Co prawda jako agent KGB, ale jednak na europejskich salonach uważano go za nowoczesnego światowca.

W 1994 roku NATO nawiązało stosunki wojskowe – w ramach programu „Partnerstwo dla pokoju” – praktycznie ze wszystkimi państwami w obszarze euroatlantyckim. W 1997 roku na mocy Aktu Stanowiącego NATO-Rosja utworzono Stałą Wspólną Radę, jako płaszczyznę współpracy. W 2002 roku, gdy członkowie Sojuszu przygotowywali następną dużą turę rozszerzenia, powołano Radę NATO-Rosja. Te militarne posunięcia bardzo współgrały z działaniami politycznymi, ukierunkowanymi na przyznanie Rosji znaczącego miejsca w świecie polityki światowej: Rosja została przyjęta do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego oraz do G7 i Światowej Organizacji Handlu.

Jednocześnie – z przyjęciem Polski do NATO, co miało miejsce 12 marca 1999 roku – ustalono, że armie nowych członków NATO nie będą za duże. I dla jasności – nikt sprawy wielkości polskich sił zbrojny, na serio z nami nie konsultował. Po prostu arbitralnie poinformowano nas, że polska armia ma liczyć 100 tys. ludzi. I odpowiednio do tego stanu etatów, nie za dużo sprzętu i wyposażenia.

Tutaj historia zrobiła złośliwą pętlę. Podejrzewam, że ktoś z Rosjan znał dobrze historię Polski i zadrwił z nas. Otóż, niedługo przez II i III rozbiorem Sejm postanowił podnieść liczebność armii do 30 000 ludzi, z czego 22.000 w Koronie i 8.000 na Litwie. Jednak były to tylko pobożne życzenia, gdyż w roku 1776 r. w wojsku koronnym było zaledwie około 10.000 żołnierzy, zaś w litewskim 4.400. Przez kolejne 12 lat stan wojska osiągnął raptem 18.500 ludzi. Jednym z głównych problemów, jakie miał Sejm w 1788 roku, było powiększenie armii. 20  października tego roku Sejm uchwalił wystawienie prawie stutysięcznej armii – 61 025 żołnierzy piechoty, 32 512 jazdy, 4987 artylerii i inżynierii. Razem armia koronna i litewska miały liczyć 98 596 ludzi. Wobec braku odpowiednich funduszy 22 stycznia 1790 roku wprowadzono etat tymczasowy. Przewidywał on 65 074 żołnierzy, w tym 27 342 jazdy, 34 096 piechoty, 3564 artylerii i inżynierii.

Dopiero po roku został ustalony szczegółowy etat wojska. Starano się uzupełnić go zaciągiem ochotniczym, co rzeczywiście pozytywnie skutkowało w przypadku kawalerii narodowej, niestety zawodziło przy regimentach pieszych. W grudniu 1789 roku zdecydowano się na pobór rekrutów systemem „wypraw dymowych”. Wymierzono go na bardzo niskim poziomie – z dóbr królewskich i duchownych 1 rekrut na 50 dymów a z prywatnych 1 rekrut na 100 dymów. Rekrutów w wieku od 18 do 35 lat brano na 6 do 8 lat. W ten sposób można było zwerbować zaledwie 8.000 żołnierzy.

Jednak wobec braku funduszy i niepowodzenia zabiegów o pożyczkę zagraniczną Sejm odroczył realizację etatu stutysięcznego i 22 stycznia 1790 roku postanowił wprowadzić etat tymczasowy. Etat ten zmniejszył wszystkie regimenty piechoty do dwóch batalionów, pominął trzy zaplanowane regimenty koronne, oraz bataliony strzelców, zredukował też korpusy artylerii. Stany w oddziałach wojska radykalnie zmniejszono. Armia miała liczyć 44.855 ludzi, z tego 20.497 jazdy, 21.862 piechoty, 2,451 artylerii i inżynierii.

Armia litewska miała składać się ze sztabu, 9 regimentów piechoty: 20.219 ludzi z tego: 6.845 jazdy, 12.234 piechoty, 1.113 artylerii i inżynierii.

W 1791 w wojsku koronnym służyło około 42.000 żołnierzy, w tym piechoty około 22.500, zaś w wojsku litewskim niespełna 15.000 ludzi. Dopiero w czasie wojny podniesiono stany do 50.000 wojska koronnego i 18.500 wojsk litewskich.

O sprawie tak pisał Marian Kukiel – wybitny historyk wojskowości: „Grzechem pierwszym było skąpienie ludzi do wojska. Drugim – etat był zbudowany wadliwie, z ogromną ilością jazdy, szczególniej zaś najkosztowniejszej, a najmniej sprawnej i zwartej. Przez to brakło środków na piechotę, dużo tańszą, a stanowiącą już wszędzie główną masę wojska”.

Pod koniec XVIII wieku ludność Korony i Litwy wynosiła około 9 mln ludzi. Tak więc, przy cztery razy większym państwie (ludnościowo) postanowiono za nas (my postanowiliśmy) mieć armię 100 – tysięczną, jak pod koniec XVIII wieku. Ponury żart historii. Dla usprawiedliwienia kolejnych naszych rządów – po roku 1991 – armie Niemiec, Francji i Włoch są dziś równie niewielkie jak armia Polski.

 Obecna liczebność niektórych armii – siły lądowe

Europejscy członkowie NATO widzieli taką Rosję, bo bardzo takiej Rosji chcieli. I było im to na rękę, bo z Rosją Putina robili świetne interesy. Tak dobre, że nad aneksją Krymu Europa i USA przeszły do porządku dziennego. W 2014 roku, tłumaczyli sobie: No, nieładnie zrobił ten Putin, ale Krym kiedyś należał do Rosji. Coś tam było, jakieś malutkie sankcje były, dla zachowania pozoru… I nikt nie bił na alarm, poza Polską. Na nasze alarmy Władimir Putin i Siergiej Ławrow mówili, że Polacy są genetycznymi rusofobami, że nie rozumiemy nowoczesnego świata, idei współpracy międzynarodowej i podsycamy napięcie.

Nie mamy dostępu do realnych wielkości armii Świata i Europy. Dysponujemy jedynie danymi szacunkowymi, które w dużym uproszczeniu przedstawiamy poniżej.

USA – wojska lądowe USA mają 1,4 mln żołnierzy w służbie czynnej i 860,000 rezerwistów. Wyposażenie obejmuje 8,400 czołgów, 2.600 opancerzonych pojazdów bojowych oraz 1,300 rakiet nośnych. Siły Zbrojne USA mają też broń jądrową, co stanowi o ich właściwej sile. Choć Stany Zjednoczone mają prawie o połowę mniej czołgów (6,612) niż Rosja, to amerykańska armia może  poszczycić się największą na świecie liczbą wozów opancerzonych wynoszącą 45,193 egzemplarze. W odniesieniu do artylerii US Army wypada słabiej: 1, 498 samobieżnej i 1,339 holowanej oraz 1.366 wyrzutni rakiet.

Rosja – w jej armii służy obecnie 900,000 żołnierzy, a w rezerwie pozostaje 2 mln osób. Armia Rosji jest drugą potęgą na świecie – po USA. Rosyjski potencjał objawia się głównie w sprzęcie. 12,420 czołgów, 30,122 opancerzonych wozów bojowych, 6,574 sztuk artylerii samobieżnej oraz 7, 571 holowanej, a także 3,391 wyrzutni rakiet.

Turcja – armia znad Bosforu jest uznawana za drugie, co do wielkości siły zbrojne NATO. Łączna liczba żołnierzy służących w tureckich siłach zbrojnych to prawie 600, 000, z czego 410,500 jest w służbie czynnej. W swoim arsenale militarnym mają ponad 3,700 czołgów, ponad 1,000 samolotów i 13 okrętów podwodnych. Jednak jest pewien delikatny problem z Turcją i jej armią. Za rządów Erdogana Turcja, będąca członkiem NATO, wyraźnie dystansuje się jednak od obecnych kierunków polityki sojuszu i prowadzi własną politykę, polegająca na balansowaniu pomiędzy USA oraz Rosją. Tym samym nie jest to najbardziej zaufany współsojusznik.

Ukraina – może liczyć na 196,000 czynnych żołnierzy i 900,000 rezerwistów. Obecnie trwa powszechny pobór do wojska mężczyzn w wieku od 18 do 60 lat.

Wielka Brytania –  194,000 czynnych żołnierzy i 37, 000 rezerwy. Wielka Brytania  jest państwem posiadającym broń jądrową.

Niemcy – armia Niemiec to 184, 000 ludzi. Siły niemieckie to 266 czołgów, 9,217 transporterów, 121 dział samobieżnych i 38 wyrzutni. Bundeswehra nie posiada artylerii holowanej.

Francja – Siły francuskiej piechoty wynoszą 205 tys. żołnierzy w służbie czynnej oraz 35 tys. rezerwistów. Podstawowe uzbrojenie: 931 czołgów, 713 opancerzonych bojowych wozów piechoty i 3,820 transporterów opancerzonych, 794 jednostek artylerii, 800 samolotów, 418 śmigłowców oraz ponad 700 wyrzutni przeciwczołgowych pocisków kierowanych. Francja ma również silą flotę oraz posiada broń jądrową.

Włochy – Włoskie Siły Zbrojne liczą obecnie 165,500 osób czynnego personelu wojskowego w trzech rodzajach sił zbrojnych: 96,700 służy w Wojskach Lądowych; 28,850 w Marynarce Wojennej, a 39,950 w Siłach Powietrznych.

Polska – armia ma obecnie 145,000 żołnierzy. Nowe przepisy przewidują, że polska armia docelowo zostanie zwiększona do ok. 300 tys. żołnierzy – 250 tys. żołnierzy zawodowych i 50 tys. żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. W tej chwili podstawowym rodzajem sprzętu w polskiej armii jest sprzęt pochodzący z byłego ZSRR – dotyczy to ponad 70 proc. czołgów, ok. 70 proc. wozów bojowych piechoty i ponad 80 proc. artylerii, 90 proc. broni przeciwlotniczej i 70 proc. śmigłowców. Średni czas użytkowania sprzętu w polskiej armii ma wynosić ok. 35 lat. Niepokój może budzić i to, że średnia wieku rezerwisty wynosi dziś 45 lat. Uzbrojenie polskiej armii to: Czołgi – 781 (w tym: Leopardy – 249; PT – 91 Twardy – 232; T 72 – 300). Bojowe wozy piechoty  – 1.539 (w tym: BWP–1 – 1,104; KTO Rosomak – 435). Wozy rozpoznawcze – 664 (w tym: BWR – 38; Humvee – 156; Skorpion – 90; BRDM – 237; Żmija/LPU Wirus IV 143). Samobieżne wyrzutnie pocisków przeciwpancernych – 45

W porównaniu z mocarstwami – USA, Rosja i Chiny – daje się zauważyć duża dysproporcja między nimi a siłami Europy. Na przykład – Francuzi mają do dyspozycji 406 czołgów, 6.558 transporterów, 109 dział samobieżnych oraz 105 zestawów artylerii holowanej i 13 wyrzutni rakiet. Brytyjczycy mogą się pochwalić 227 czołgami, 5.015 wozami opancerzonymi, artylerią samobieżną w liczbie 89 jednostek i 126 holowanej oraz 44 wyrzutniami.

O obecnej sytuacji można powiedzieć tylko to, co w dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę stwierdził sfrustrowany dowódca niemieckich wojsk lądowych generał Alfons Mais. „W 41. roku służby w czasach pokoju nie wierzyłem, że jeszcze przeżyję wojnę. A Bundeswehra, wojska lądowe, którymi wolno mi dowodzić, jest mniej więcej goła. Opcje, które możemy zaproponować politykom dla wsparcia Sojuszu, są skrajnie ograniczone”. I przyznał: „Wszyscy widzieliśmy, że to się zbliża i nie byliśmy w stanie przebić się z naszymi argumentami, aby wyciągnąć i wdrożyć wnioski z aneksji Krymu”. Zaapelował o odbudowę niemieckiej armii, przestrzegając, że „w przeciwnym razie nie będziemy zdolni do wypełniania naszej misji konstytucyjnej albo zobowiązań wobec sojuszników”.

 

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni kontra balast „dziennikarskiej” niefrasobliwości

Ogromna większość korespondentów wojennych to odważni ludzie i dobrzy fachowcy, którzy z narażeniem życia i zdrowia przekazują nam, to co powinniśmy wiedzieć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę – ukazują między innymi bezmiar okrucieństwa moskiewskich żołdaków dopuszczających się zbrodni na cywilach. Jest jednak podszywająca się pod korespondentów wojennych mała grupa oszustów, która, niestety, wpływa na obraz tej wojny w światowych mediach. To łże korespondenci, „dziennikarze”, czyli dennnikarze (zapis celowy nawiązujący do kresu poziomu wykonywanego zawodu). Są głupcami, szkodnikami, pożytecznymi idiotami albo prowokatorami. Albo… Albo wszystkimi tymi postaciami po trosze…

Rozmawiałem niedawno z prawdziwym dziennikarzem. Wrócił na kilka dni z Ukrainy do swojej redakcji, tylko po to, aby zaraz tam wrócić. Nie nazywa siebie korespondentem wojennym, chociaż niejedną wojnę widział robiąc z niej relacje. Prosi, aby nazywać go po prostu reporterem. Znamy się kilkanaście lat. Jak na dziennikarza – reportera „przerażająco” skromny. Grozi mi, że jeśli ujawnię jego tożsamość to mnie… Ukarze mnie. Nie wnikam w jaki sposób, bo nie zamierzam go „dekonspirować”.

To, co mówi o przebierańcach, czyli ludziach, którzy nazywają siebie „korespondentami wojennymi”, poraża.

„Przeważnie to ludzie z mniejszych redakcji, nierzadko z lokalnych mediów, ale nie tych z pasa przygranicznego. Czasem znani, czasem nieznani. Z całego świata” – opowiadał. „Są krzykliwi, butni i łatwo rzucają się w oczy. Napis ‘Press’ noszą nawet na ‘d…e’” – powiedział znajomy reporter.  „Taki ‘korespondent’ nie ma często pojęcia o wojnie, nie mówiąc już przeszkoleniu, które dla poważnej redakcji powinno być obowiązkowe, bo od tego zależy zdrowie i życie ich dziennikarza. Są do bólu roszczeniowi wobec żołnierzy” – podkreślił.

Tutaj pada kilka przykładów, nie tylko z rosyjskiej inwazji na Ukrainę, w których dramatyczne sytuacje w wykonaniu udających korespondentów wojennych mieszają się z groteską. Gorzką. Mój rozmówca opowiada mi, że dennikarze – przebierańcy mają fioła na punkcie „obiektywnego” przekazywania informacji z frontu.

„Naoglądali się filmów, gdzie korespondenci rozmawiają ze stronami zbrojnego konfliktu” – zaznacza i wspomina niedawne wydarzenia z Ukrainy Młody człowiek pracujący w jednej z redakcji w środkowej Polsce zażądał od żołnierzy ukraińskich zaprowadzenia go na linie rosyjskie…” – opowiedział. „Jeden z oficerów najpierw się śmiał, a potem natychmiast w asyście kilku swoich ludzi odesłał tego chłopaka na tyły, złoszcząc się, że taki ‘dziennikarski balast’ absorbuje uwagę kilku żołnierzy mogących w tym czasie walczyć” – mówił mój znajomy. „A co, gdyby to było pod obstrzałem? Taki ‘balast’ upatrujący bezmyślnie w relacjach z wojny trampoliny dla kariery, gotowy zrobić każdą głupotę, aby zaistnieć, jest po prostu niebezpieczny. Mniejsza o to, że dla siebie, ale dla oddziału, dla ludzi, których wojskowi mają chronić” – tłumaczył.

Rozmawiamy, że wielu dziennikarzy nie rozumie, iż wojna to nie relacja z protestu rolników na drodze krajowej. A nawet autostradzie. Tutaj, przynajmniej podczas rosyjskiej inwazji na Ukrainę, korespondent musi być przez którąś ze stron wprowadzony na arenę działań wojennych. Wtedy, przez drugą stronę – jak przekonuje mój znajomy – może, chociaż nie musi, być potraktowany jako wróg. Ofiar wśród dziennikarzy jest już oficjalnie ponad dziesięcioro, ale nikt nie słyszał o śmierci reportera pracującego po rosyjskiej stronie, który zginąłby od kul Ukraińców. Za to Rosjanie napis „Pres” na kamizelce kuloodpornej traktują, jak tarczę. „Niestety, jakkolwiek infantylnie to zabrzmi, jest to niebezpieczne zajęcie. Dlatego, aby być w miarę ‘bezpiecznym’, trzeba słuchać dowódców, nie pokazywać tego, czego pokazywać nie wolno i opisywać takich szczegółów. Mrzonką jest ‘wolność’ słowa, na którą powołują się użyteczni idioci udający korespondentów wojennych” – opowiadał reporter.

„Tutaj musisz się podporządkować. Nie ma się też, co oszukiwać, chociaż na Ukrainie mi się to nie zdarzyło i nikt na przykład nie przeglądał moich dziennikarskich materiałów – jest cenzura wojenna. Inaczej dziennikarz będzie niebezpieczny dla wojska. Można jednak zrobić w tych warunkach rzetelną relację” – przekonywał mój znajomy.

Na ile przypadkowi, nieprzygotowani do pracy na froncie, często nie znający języków, dziennikarze są niebezpieczni dla żołnierzy wiadomo. Gorzej, kiedy podszywający się pod reportera, dziennikarz – amator dociera do zwykłych zmęczonych wojną ludzi. „Słyszałem o przypadkach, kiedy tacy amatorzy docierali do ostrzeliwanego przez Rosjan miasteczka i… byli traktowani, jak moskiewscy szpiedzy. Jeden z nich cudem uniknął ‘obywatelskiego’ linczu. Kretyn zostawił legitymację dziennikarską w plecaku kilka kilometrów od miejsca zatrzymania przez miejscowych. Uratował go ukraiński patrol” – mówił reporter.

Dodał, że wszystko dla tego nieodpowiedzialnego człowieka skończyło się dobrze, ale zaangażowanie sił i środków, aby wyjaśniać tę sytuację było niewspółmiernie duże wobec… skandalicznego zachowania się owego „dziennikarza”. „Nie był to Polak, nie wiem, czy jego redakcja go ukarała, ale po kilku dniach w sieci ukazały się jego ‘bohaterskie opowieści’” – podsumował mój znajomy reporter.

                                                     *** Zamiast komentarza ***

„Dziennikarski balast”, czyli potrzebny na wojnie, jak polska opozycja w sejmie, dennikarz, o ile niegroźny dla ukraińskich żołnierzy i cywilów, może sobie – moim zdaniem – chodzić po linii frontu. Nawet z parasolem z logo swojego medium, a był taki przypadek… Gorzej, kiedy przygotowane przez amatora „relacje” są wyssane z palce albo po prostu kłamliwe. Tak może być w przypadku niektórych zachodnich pseudo reporterów podskórnie przychylnych Rosji albo po prostu uważających, że Putin opamięta się i oszczędzi ich kraj, kiedy akurat jego armia będzie szła w kierunku Polski, a potem Niemiec czy Francji. Niektórzy reporterzy niemieccy przecież, w odniesieniu do inwazji moskiewskiej na Ukrainę, nadal używają rosyjskiego określenia „specjalna operacja wojskowa”.

Zachód nie rozumie wojny na Ukrainie, bo wielu zachodnich dziennikarzy, wydawców i właścicieli mediów nie rozumie tej wojny albo, co gorsza, usiłuje zacierać swoje błędy w opisywaniu genezy konfliktu…

Jedna z dziennikarskich central związkowych państwa położonego nieco dalej na zachód od frontu chce pomagać dziennikarzom ukraińskim i prawdziwym korespondentom wojennym z całego świata. Chwała im za to. Jednak pytani o to, jak zamierzają przetransportować kamizelki z napisem „Press” na Ukrainę, odpowiadają, że to nie mogą być kamizelki kuloodporne, bo to przecież broń, a Rosja mogłaby wówczas wystosować notę dyplomatyczną do ich kraju…

Amatorzy są wszędzie, ale na wojnie należy ich unikać.