TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Warszyca” zwycięstwo zza grobu

Dworzec PKP w Radomsku nosi już imię kpt. Stanisława Sojczyńskiego. Pamiątkowe tablice, pomniki, ważne mianowanie postanowieniem Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z 2009 r. – na stopień generała brygady, to dowody zwycięstwa „Warszyca” nad jego oprawcami.

Na dowódcy jednej z największych organizacji niepodległościowego podziemia – Konspiracyjnego Wojska Polskiego komuniści dokonali mordu sądowego. Razem z pięcioma podkomendnymi „Warszyc” został stracony 19 lutego 1947 r. – egzekucję przyspieszono ze względu na zbliżającą się amnestię. Komunistom zależało na pozbyciu się groźnego przeciwnika.

Na śmierć Sojczyńskiego pracował cały sztab komunistów, wśród nich dwaj oskarżający w sprawie prokuratorzy – mordercy sądowi: Czesław Łapiński i Kazimierz Graff, którzy żyli przez długie lata III RP… Ale po kolei.

Odznaczony Virtuti

Stanisław Sojczyński, rocznik 1910, przedwojenny nauczyciel języka polskiego, w czasie II wojny światowej oficer Służby Zwycięstwu Polski/Związku Walki Zbrojnej/Armii Krajowej, zasłynął brawurową akcją rozbicia – w nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. – niemieckiego więzienia w Radomsku. Dowodzeni przez niego żołnierze uwolnili ok. 50 osób: ponad 40 Polaków i 11 Żydów, wycofując się z minimalnymi stratami. Za odwagę ówczesny porucznik „Wojnar” został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Potem w częstochowskim Inspektoracie AK sprawnie dowodził zorganizowanym przez siebie oddziałem partyzanckim. Brał udział w akcji „Burza” dowodząc I batalionem 27. pułku piechoty AK.

Z pomocą dla walczącej Warszawy Sojczyńskiemu nie udało się dotrzeć. W grudniu 1944 r. brał udział w ochronie misji „Freston” – brytyjskiej misji wojskowej do okupowanej Polski, która miała zebrać dla rządu Wielkiej Brytanii informacje o sytuacji na ziemiach polskich, zwracając szczególną uwagę na polskie podziemie oraz stosunek do niego Armii Czerwonej. W obronie misji, 1 stycznia 1945 r. dowodzony przez niego batalion „Manewr” stoczył ciężki bój z Niemcami w okolicach Katarzynowa. W styczniu 1945 r. Sojczyński został awansowany na stopień kapitana.

Znów Radomsko

Nie złożył broni przed drugim, czerwonym okupantem. 3 maja 1945 r., po wkroczeniu sowietów, odtworzył organizację. Zadaniem była przede wszystkim obrona Polaków przed terrorem i likwidacja kolaborantów. Potem, aż do końca, wojsko Sojczyńskiego działało pod nazwą Konspiracyjne Wojsko Polskie o kryptonimie „Lasy”, „Bory”. Liczyło ok. 4 tysięcy żołnierzy, najwięcej na terenie łódzkiego i kieleckiego, ale także w śląskim i poznańskim. Oddziały KWP przeprowadziły wiele spektakularnych akcji rozbijając placówki MO i UB, rozprawiając się z miejscowymi konfidentami.

12 sierpnia 1945 r. kpt. Sojczyński wydał „List otwarty” do płk Jana Mazurkiewicza ps. „Radosław”, w którym uznał jego apel o wychodzenie z konspiracji za zdradę i apelował o dalszą walkę przeciwko komunistom.

W nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r. Sojczyński powtórzył akcję z czasów okupacji niemieckiej. Ok. 170 partyzantów dowodzonych przez Jana Rogułkę, ps. „Grot” zaatakowało Radomsko. Z miejscowego więzienia Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego uwolniono 57 aresztowanych. Nie udało się opanować siedziby PUBP, a także odnaleźć wszystkich przeznaczonych do likwidacji członków PPR, na których dowództwo KWP wydało wyroki śmierci. Po 2 godzinach, podczas odwrotu partyzanci rozbili trzykrotnie liczniejszy oddział KBW. Wtedy komuniści poprzysięgli zemstę.

„Warszyc” liczył na wybuch III wojny światowej, a w kraju na sukces Polskiego Stronnictwa Ludowego w prawdziwie wolnych, zagwarantowanych podczas konferencji wielkiej Trójki wyborach.

Przy ul. Pileckiego

Gehenna „Warszyca” rozpoczęła się 27 czerwca 1946 r., kiedy został aresztowany wskutek donosu byłego członka organizacji, który podjął współpracę z bezpieką. Proces KWP w dniach 9 grudnia – 17 grudnia 1946 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi był tylko zatwierdzeniem wyroku, który zapadł w partyjno-ubeckich gabinetach.

Oskarżali wspomniani prokuratorzy mjr Czesław Łapiński i mjr Kazimierz Graff. Łapiński, szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi, mówił mi w latach 90. XX wieku (jako dziennikarz odwiedzałem go w jego mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu): „Sojczyński prowadził regularną wojnę z twórcami nowego ustroju. Jego droga była naznaczona krwią. To był łódzki fragment bratobójczych walk. Przykłady? Na jednym z urzędów powiatowych była tablica z nazwiskami ponad 30 funkcjonariuszy UB, których zamordował. A za zbrodnie trzeba ponieść karę.

– Dlaczego oskarżał pan swoich dawnych kolegów organizacyjnych? – dopytywałem.

– To była celowa gra, polegająca na rozstawianiu akowców przeciwko sobie. Nieliczni, jak „Warszyc”, podjęli walkę zbrojną. Większość przystosowała się do nowych warunków”.

A Łapiński „przystosował” się do tego stopnia, że w ramach Wydziału do Spraw Doraźnych białostockiego Sądu Okręgowego żądał śmierci dla wielu polskich niepodległościowców. 15 marca 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie domagał się zamordowania rotmistrza Witolda Pileckiego – dobrowolnego więźnia KL Auschwitz i trójki współoskarżonych. Świadkowie zapamiętali, że na sali sądowej był wyjątkowo zajadły, ział nienawiścią. Kiedy po ostatniej rozprawie żona Pileckiego – Maria odnalazła Łapińskiego, prosząc go o pomoc, ten odpowiedział: „Pani mąż to wrzód, który trzeba wyciąć”.

W 1948 r. uzyskał awans na podpułkownika. Po odejściu z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, został cenionym adwokatem. Czesław Łapiński zmarł w 2004 r., w trakcie swojego procesu o mord sądowy na rotmistrzu Pileckim, w szpitalu przy ulicy… rotmistrza Pileckiego. Pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Za mord sądowy na „Warszycu” i jego żołnierzach nigdy nie został oskarżony. Kiedy w procesie Łapińskiego (jako oskarżyciel posiłkowy) domagałem się osądzenia wszystkich jego zbrodni, sędzia III RP odparł, że to nie należy do przedmiotu sprawy!

Nagroda za „Warszyca”

W grudniu 1946 r. drugim oskarżycielem „Warszyca” był Kazimierz Graff, też mający na koncie wielu polskich niepodległościowców. Ten przedwojenny prawnik po Uniwersytecie Warszawskim, po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej wstąpił do Armii Czerwonej, a potem do LWP.

Po 1989 r. udało się oskarżyć Graffa jedynie o stosowanie bezprawnych aresztów dla żołnierzy Armii Krajowej i II Korpusu PSZ gen. Andersa. Stalinowski prokurator zeznawał: „Nie mogłem sądzić, że przedwojenny oficer zeznaje nieprawdę, a zeznania są wymuszone; w aktach sprawy nie było żadnych dowodów na represyjny charakter tamtego śledztwa”. Czyli ubecy, znani z okrucieństwa, mieli być łagodni jak baranki. I takim kłamstwom dał wiarę sąd wolnej Polski! A żeby tego było mało, uznał jeszcze, że z punktu widzenia ówczesnego państwa aresztowani przez Graffa byli szpiegami!

Z Kazimierzem Graffem też przed laty udało mi się porozmawiać.

– Mordował pan polskich patriotów…

– To tylko sugestia. Kiedyś były inne oceny, teraz są inne.

– Dla Stanisława Sojczyńskiego domagał się pan kilku kar śmierci…

– Może to dużo, a może mało. Sprawę ocenią historycy.

– Niczego pan nie żałuje?

– Udziału w procesie „Warszyca” nie. Żałuję tylko, że w ogóle były takie sprawy, że mordowano ludzi.

– Nie czuje się pan winny morderstwa?

– Morderstwo? Przecież to nie ja mordowałem, tylko oni.

– Kto?

– Przepraszam, ale muszę już kończyć.

Za zamordowanie „Warszyca” Graff został zastępcą Naczelnego Prokuratora Wojskowego Stanisława Zarako-Zarakowskiego, a później – tak jak Czesław Łapiński – wziętym adwokatem. Do końca życia pobierał wysoką, resortową emeryturę. A po śmierci w 2012 r. – znów jak Łapiński – spoczął na Powązkach. Obok żony Alicji Graff, która zmarła w 2005 r. i też była stalinowską prokurator.

O tych komunistycznych mordercach pamięć przeminie. Tymczasem polskiemu bohaterowi – kpt/gen. Stanisławowi Sojczyńskiemu, ps. „Warszyc” będziemy stawiać kolejne pomniki.

Media szeroko informują o sytuacji na Ukrainie

Od poniedziałkowego popołudnia widmo konfliktu na Ukrainie stało się wiodącym tematem w niemal wszystkich mediach. Relacje na żywo pojawiły się w telewizjach informacyjnych i portalach internetowych. Wiele redakcji korzysta z pracy swoich korespondentów, którzy są blisko miejsca wydarzeń.      

21 lutego prezydent Rosji Władimir Putin podpisał dekret o uznaniu powołanych przez prorosyjskich separatystów na wschodzie Ukrainy Republik Ludowych Donieckiej i Ługańskiej. Polecił też wysłanie tam „sił pokojowych”.

Specjalne programy na ten temat pojawiły się w telewizjach informacyjnych: TVN24, TVP Info i Polsat News. Relacje na żywo o sytuacji we wschodniej Ukrainie oraz reakcji państw zachodnich na poczynania Putina, uruchomiły redakcje wielu portalu. Mogliśmy je przeczytać np. na Onet.pl. WP.pl, Interia.pl, Wyborcza.pl, rp.pl, Radiozet.pl, RMF24.pl, Wnet.fm, czy na portalach należących do Polska Press.

Wiele redakcji zamieszcza materiały swoich korespondentów, którzy są na Ukrainie. Dla TVN24 relacje przygotowują Wojciech Bojanowski i Tomasz Kanik, dla Telewizji Polskiej Tomasz Jędruchów i Marcin Tulicki, a dla Polsat News Jacek Gasiński. „Rzeczpospolita” wysłała do Kijowa szefa swojego działu zagranicznego Jerzego Haszczyńskiego, którego teksty możemy przeczytać na rp.pl. Dla mediów Polska Press materiały z Ukrainy przygotowuje Marcin Mamoń, zastępca redaktora naczelnego „Dziennika Polskiego” i „Gazety Krakowskiej”, dla Onetu Marcin Wyrwał oraz Mariusz Kowalczyk z „Newsweeka”, a dla Wirtualnej Polski Patryk Michalski. Dla Radia Wnet sytuację na Ukrainie na bieżąco komentuje jego korespondent w tym kraju Paweł Bobołowicz. Swoich wysłanników na Ukrainie  – Piotra Bułakowskiego i Mateusza Chłystuna – ma RMF FM, a Radio ZET korzysta z pracy korespondenta mieszkającego w Kijowie Marka Sieranta.

opr. jka, źródła: Wirtualnemedia.pl, rp.pl, wnet.fm

 

 

Nowości w wiosennej ramówce TVN

Od poniedziałku, 28 lutego TVN startuje z wiosenną ramówką. Na antenie pojawią się nowe programy i seriale.  

W pierwszą środę marca zadebiutuje program „Przez Atlantyk”, w którym sześć znanych osób wyrusza w podróż przez ocean. Uczestnicy nie zawiną do żadnego portu i będą zdani tylko na siebie.

Nowością w Polsce będzie format „Mask Singer”, który pojawi się w TVN od 5 marca. W programie bierze udział 12 znanych osób. Jednak ich tożsamość jest ukryta pod specjalnie zaprojektowanymi maskami i spektakularnymi przebraniami. Muzyczne popisy uczestników oglądają widzowie przed telewizorami, publiczność w studiu i czworo „detektywów”. Rozrywka polega na odkryciu kto kryje się za kolorową maską.

W wiosennej ramówce TVN zaplanowano również seriale, m.in. „Bunt!” opowiadający o losach nastolatków z młodzieżowego ośrodka wychowawczego oraz „Pajęczynę”, który łączy konwencję thrillera z intrygą szpiegowską, a inspirowany jest nieznaną historią z okresu późnego PRL-u, kiedy Polska miała szansę stać się potęgą atomową.

opr. jka, źródło: TVN Grupa Discovery

 

Więcej informacji na kanale Super Polsat i nowy program „Gość Wydarzeń 24”

Na antenie Super Polsatu, który jest nadawany m.in. w telewizji naziemnej, a także w sieciach kablowych i platformach satelitarnych, od poniedziałku, 21 lutego pojawi się więcej programów informacyjnych.  

W Super Polsacie będę emitowane dwa wydania „Wydarzeń” o godz. 10 i  15.50, oraz program  „Więcej Wydarzeń” o godz.  16.10. W ramówce Wydarzeń 24 i równocześnie Super Polsatu pojawi się również nowy program „Gość Wydarzeń 24”, który będzie nadawany na żywo codziennie o godzinie 16.20. Ma to być pierwsze podsumowanie najważniejszych wydarzeń w rozmowie z głównymi bohaterami danego dnia.

opr. jka, źródło: Interia

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przedłużyła koncesję dla TVN7

Na posiedzeniu 18 lutego 2022 roku Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji podjęła uchwałę o przyznaniu koncesji dla stacji TVN7 na kolejne 10 lat.

Koncesja na nadawanie naziemne dla TVN7 wygasała 25 lutego, aby ją przedłużyć wymagane było poparcie przynajmniej czterech z pięciu członków KRRiT. Podczas wcześniejszych głosowań nie udawało się uzyskać wymaganej większości. W środę opublikowano wyjaśnienie przewodniczącego rady Witolda Kołodziejskiego, w którym tłumaczył on dlaczego organ ten zwleka z podjęciem decyzji w tej sprawie (pisaliśmy o tym TUTAJ).

Piątkowe głosowanie przyniosło rozstrzygnięcie ponieważ za przyznaniem koncesji TVN7 opowiedział się Andrzej Sabatowski, który wcześniej był temu przeciwny. Swoją decyzję tłumaczył w oświadczeniu przekazanym PAP.

„Konsultacje i rozmowy ostatniej doby, odnoszące się szczególnie do obecnych uwarunkowań międzynarodowych, spowodowały, mimo dużych zastrzeżeń prawnych, które wymagają niewątpliwie uporządkowania, że zmieniłem swoje stanowisko w sprawie nowej koncesji dla TVN7” – wyjaśniał w nim Andrzej Sabatowski.

opr. jka, źródła: KRRiT, pap.pl

House of Poland – nowy projekt Witolda Gadowskiego

Ruszył portal House of Poland, nowa inicjatywa publicysty, autora filmów dokumentalnych, członka Zarządu Głównego SDP Witolda Gadowskiego. Ma być miejscem prezentowania ambitnych filmów i innych materiałów dziennikarskich bez cenzury.

Informację o starcie House of Poland Witold Gadowski przekazał w mediach społecznościowych, a ideę projektu wyjaśnił w swoim „Komentarzu tygodnia”.

– To ma być dom i miejsce dla wszystkich, którzy chcą mądrej kultury, dobrego filmu, świetnych utworów literackich, muzycznych, pięknej sztuki i wszystkiego tego czego nie ma w oficjalnych mediach. Tu nie będzie propagandy – zapewnia Gadowski.

Na portalu możemy znaleźć m.in. najnowszy dokument Gadowskiego „Święci z Doliny Niniwy”. Za dostęp do niektórych pozycji pobierane są opłaty. Jak tłumaczy pomysłodawca HoP będę one przeznaczane na utrzymanie serwisu.

– Chcemy, żeby każde przedsięwzięcie, które ma sens potrafiło się samo sfinansować. Żeby ludzie, którzy chcą mieć takie miejsce w swoich mediach, na ekranach swoich telefonów, laptopów, komputerów czuli się wspólnotą i wspólnie je utrzymywali  – wyjaśnia Witold Gadowski.

House of Poland, który jest dostępny pod adresem hopfilm.pl,  ma być otwarty dla wszystkich niezależnych twórców. –  Proszę przyjdzie do nas, zgłaszajcie swoje produkcje, będziemy je pokazywać – apeluje Gadowski.  – Portal ma służyć wolności, nie ma żadnych założeń, poza dwoma: szanujemy Polskę i szanujemy Krzyż.

opr. jka

HUBERT BEKRYCHT: Po pierwsze nie straszyć, czyli wojna telewizyjno-internetowa

Nasi wschodni sąsiedzi wygrali już wojnę z Rosją. Na razie propagandową. Ukraiński Internet nie pęka. Tak zresztą, jak tamtejsze telewizje i rozgłośnie radiowe. Walą wprost. Nie używają pocisków, ale słów: – Rosja to agresor, wróg. Będziemy się bronić – taka jest narracja. Tego – jak podają ukraińscy dziennikarze – wymaga racja stanu Kijowa. Żadnej paniki.

Kupiłem za kilkadziesiąt hrywien (miesięcznie) pakiet ukraińskich kanałów telewizyjnych. Żadnego rosyjskiego i antyukraińskiego! Programy informacyjne wymiatają. Bez retuszu mówią w nich o wojnie, która trwa od 8 lat. Wyczuwa się mobilizację, ale nikt nie straszy.

Znana z 2014 r. z kijowskiego Majdanu Espreso TV, którą pamiętam z odwagi jej reporterów wobec Berkutu, ma najbardziej chyba wojenną „ofertę”. W niedzielę 13 lutego wieczorem emitowano w Espreso TV blok informacyjno-publicystyczny, w dużej części poświęcony wojnie.

Najpierw kilka relacji ze wschodu kraju. Fakty. Mapy. Wypowiedzi wojskowych. Spokojne wywiady z mieszkańcami. Oczywiście, że propaganda, ale tam jest wojna. Tego po prostu – jak tłumaczył mi niedawno znajomy Ukrainiec – wymaga racja stanu.

Po newsach z rejonów spodziewanego natarcia, rozmowa Mikoły Kryżyckiego z Ukrainką mieszkającą w Paryżu. Krytyka prezydenta Macrona nie przeszkadza rozmawiającym w spokojnej analizie. Kobieta mówi o francuskich relacjach z frontu i innych prognozowanych miejsc agresji Kremla na Ukrainę. Wspomina o podkreślanej nad Sekwaną jedności Ukrainy w przededniu kolejnej napaści Putina. O tym, że widzi się spokój i mobilizację obywateli oraz to, że w Moskwie mają świadomość specyfiki konfliktu, bo wojna z Ukrainą nie potrwa krótko. Może być dla Putina, daj Boże, ostatnią wojną, którą wywołał.

Potem znowu wieści z kraju, głównie przygotowania do anormalnych warunków, które niesie za sobą spodziewany konflikt zbrojny.

Potem, uwaga, rozmowa z polskim senatorem KO Bogdanem Klichem. Prowadzący pyta byłego szefa MON o rozmaite sprawy wojenne. Dziennikarz mówi po polsku. Klich też. Zresztą nieźle mówią obydwaj. Senatora tłumaczą na ukraiński, czyli rozmowa z odtworzenia. Nic o polskiej polityce. Nic o PiS. Nic o tym, że – zdaniem PO – „Warszawa sobie nie radzi z polityką zagraniczną”. Byłem w szoku. Kryżycki pewnie prowadzi rozmowę, głównie o formacie Wielka Brytania – Polska – Ukraina. I… I koniec.

Na antenie Espreso TV Klich nikogo z naszego rządu nie obraził, nie napadł PiS. Może się opamiętał, może mu kazali, może to wycięli. Jeśli tak, to dobrze, bo nie robi się brzydkich rzeczy Polsce podczas wizyty w ukraińskiej telewizji w przededniu spodziewanego napadu Moskwy na naszych sąsiadów. Ale, jeśli tak nawet było, nigdy się nie dowiemy.

Ten przykład dobrze tłumaczy, co dzieje się w ukraińskich mediach. Mądra, nie waham się użyć tego określenia, polityka medialna Ukrainy przydałaby się nie tylko w naszych publicznych i prawicowych mediach.

Polskie dziennikarskie barany w TV, radiu i Internecie plotą bzdury, że rząd w tej sprawie źle robi, że Polacy są podzieleni, że należałaby rozważyć istotę konfliktu. Nie myślę tu o normalnej krytyce, która nawet w czasie wojny bywa potrzebna, ale o najzwyczajniejszym bezrozumnym lub, co gorzej, wiernopoddańczym sprzyjaniu Kremlowi.

Takim dennikarzom (to nie błąd) zamiast internetowych profilowych nakładek w ukraińskich barwach należałaby się nakładka wyciskająca z mózgu moskiewską agenturę wpływu. I flaga Federacji Rosyjskiej piętnująca ich do końca życia.

 

WALTER ALTERMANN: Księga Kreacji. Czy Jan Kochanowski był twórcą?

Wielką karierę robi w ostatnich latach słowo „kreacja”. Mamy więc kreowanie gry przez piłkarza, mamy Łódź, która wedle władz miasta kreuje. To ostatnie jako hasło: „Łódź kreuje” znalazło się nawet na bilbordach. Mało tego, mamy w kraju miejski teatr, który reklamuje się jako teatr kreatywny.

Przypatrzmy się zatem czym jest rzeczona kreacja. Kreacja oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko tworzenie. Dlaczego zatem kreowanie i kreatywny wyparły tworzenie i twórczy? Powód jest ten sam co zawsze w podobnych wypadkach – snobizmy na „zagraniczność”. Wspomniany na początku piłkarz zatem „stwarza na boisku dobre, korzystne sytuacje”. Z kolei „Łódź kreuje” w przekładzie na język polski to tyle, że „Łódź stwarza szanse, jest twórcza”.

Niestety ze wspomnianym teatrem kreatywnym sprawa jest jeszcze bardziej smutna a nawet tragiczna. Oto bowiem dyrekcja tego przybytku twórczości oznajmia wszem i wobec, że dotychczas ich miejsce pracy było jedynie miejscem imitacji, kopiowania cudzych osiągnięć lub wręcz plagiatów, że chałturzyli, zgrywali się, wykonywali tandetę. Ale teraz już nie, teraz będą kreatywni. Gorzej, bo hasło „Teatr kreatywny” oznacza też, że inne teatry są marne, skoro nie są kreatywne. Dożyłem czasów, kiedy teatry muszą udowadniać, że tworzą! To idiotyczne hasło o kreatywności teatru sugeruje też, że przez setki lat polscy malarze, pisarze, aktorzy, reżyserzy i kompozytorzy nie byli twórcami. Zatem, czy Jan Kochanowski, Fryderyk Chopin, Jan Matejko, Stanisław Moniuszko, Henryk Sienkiewicz, Witold Gombrowicz i setki innych to jedynie nędzni wyrobnicy?

W Starym Testamencie mamy Księgę Rodzaju, po grecku jest to Księga Genezis, co było zawsze na polski tłumaczone jako Księga Stworzenia. Nie zdziwię się więc, gdy nowe wydania Biblii będą zawierały Księgę Kreacji. Naprawdę, tak może być.

Wszyscy w dzisiejszej Polsce chcą być lepsi, nie tylko dyrekcje teatrów. Oglądam program o gotowaniu i słyszę jak kucharz mówi: „Mam tu mięso, pietruszkę, marchew, cebulę i przyprawy, czyli wszystkie składowe dania”. Skąd on wziął te składowe? Przecież od zawsze były to składniki? Ano, dożyliśmy czasów, gdy kucharz chce uchodzić za matematyka, minister za sternika (mówi, że przeprowadzi nas przez wzburzone fale inflacji) a dziennikarz za znawcę taktyki i strategii wojennej, skoro informuje nas, że „Drony miały 2000 godzin nalotów”. Chodziło mu zapewne o to, że drony wykonały 2000 godzin lotów. Może w języku armii każdy lot jest nalotem, ale ten nalot w ustach dziennikarza kojarzy mi się jedynie z nalotem na starym jedzeniu lub nalotem na migdałkach przy przeziębieniach.

Jest jeszcze jeden problem (kolejny) z dzisiejszym naszym językiem. W poprzednim odcinku tego poradnika przywołałem żart sceniczny znakomitego aktora i satyryka Jana Tadeusza Stanisławskiego, który kilka kolejnych monologów kończył zwrotem: I to by dzisiaj było na tyle”. Stanisławski zażartował sobie tym sposobem z języka ówczesnej polityki, ale niestety jego żart przyjął się jako norma. I pół Polski kończyło swoje wywody stwierdzeniem: „I to by było na tyle”.  Stanisławski zażartował z tylnej części ciała, ale z czego żartowali mówcy, biorący serio ten zwrot?

Obecnie ministrowie, a za nimi dziennikarze mówią: „W temacie nowoczesnego rolnictwa mamy już wiedzę.” albo „W temacie bankowości trzeba powiedzieć…”. Poprawność nakazuje mówić „Na temat”. Czyli poprawnie mielibyśmy: „Na temat nowoczesnego rolnictwa mamy już wiedzę” oraz „Na temat bankowości…”. Dlaczego na temat zostało wyparte przez w temacie? Podejrzewam o tę niedźwiedzią przysługę Wojciecha Młynarskiego, który w piosence „Nie mam jasności w temacie Marioli” wyczerpał temat. Obawiam się, że publiczność słuchająca (podobnie jak było ze Stanisławskim) wzięła frazę „…w temacie” serio. Wniosek jest taki, że artyści powinni uważać, z żartami językowymi, bo nie wszyscy odbiorcy ich produkcji znają się dostatecznie dobrze na żartach.

W języku publicznym pojawiają się też słowa, które są w obiegu, ale w języku fachowym, naukowym. Politycy pokochali między innymi idiosynchrazję oraz abominację. Na pytanie dlaczego, mam tylko jedną odpowiedź, mówiący chce być lepszy niż w istocie rzeczy jest. Ale po kolei.

Idiosynchrazja to wstręt lub niechęć do kogoś. Po polsku należałoby zatem powiedzieć: „Nie cierpię, nie lubię, mam wstręt do pana X.” Teoretycznie, mówiący polityk zna polskie znaczenie idiosynchrazji. I mógłby powiedzieć, że nienawidzi pana X, ale wtedy obrażony mógłby mówiącego zaciągnąć do sądu. A za idiosynchrazję nikt nawet wezwania przedsądowego nie napisze. I tak rośnie nam chamstwo, ale elegancko opakowane. Dobre i to.

Abominacja, z kolei, oznacza obrzydzenie, wstręt do czegoś. Słówko robi karierę wśród młodych ludzi. Powody kariery abominacji mogą być inne niż w przypadku idiosynchrazji. Za abominację nikt nikogo nie oskarży. W tym przypadku chodzi raczej o dodanie sobie znaczenia, powagi przez mówiącego.

A wracając do dziennikarzy… Przypomniał mi się stary dowcip. Przyjęto do radia nowego człowieka. Po paru dniach między kierownikiem redakcji (w której pracował nowy dziennikarz) a redaktorem naczelnym wywiązał się taki dialog:

Kierownik Redakcji – Ten nowy okropnie mówi…

Redaktor Naczelny – To pan nie wie, panie kolego, jak on pisze.

Kierownik Redakcji – Dobrze pisze?

Redaktor Naczelny – Nie, jeszcze gorzej.

Kierownik Redakcji – A to w takim razie po co on nam?

Redaktor Naczelny – Po co, po co? To trzeba będzie dopiero wymyślić. Właściwe pytanie to              – dlaczego?

Kierownik Redakcji – No to dlaczego?

Redaktor Naczelny – On ma bardzo słuszne poglądy i piękną polityczną drogę.

Kierownik Redakcji – Ale mówi fatalnie…Redaktor Naczelny – Wyrobi się.

Kierownik Redakcji – A jak się nie wyrobi?

Redaktor Naczelny – No, to zostanie naczelnym.

Zastanawiam się nad taką hipotezą. A może my, Polacy mamy w genach zapatrzenie się na świat? Może podświadomie uważamy, że wszystko co światowe jest lepsze od naszego? I może racje miał Słowacki, gdy pisał o pawiu narodów i papudze?

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bierutowszczyzna i Michnikowszczyzna przeciw mjr. Zygmuntowi Szendzielarzowi

Sejm uczcił minutą ciszy pamięć zamordowanego 71 lat temu mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Ale posłowie (post)komunistycznej lewicy nie wstali, a niektórzy z Koalicji Obywatelskiej wyszli z sali. Czyli Bierutowszczyzna i Michnikowszczyzna w pełnej, czerwonej krasie.

Hejt na „Łupaszkę” ma swoją historię w III RP. W 2006 r. posłowie PiS-u przygotowali projekt uchwały, który stwierdzał na wstępie: „Pięćdziesiąt pięć lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka«. Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony Orderem Virtuti Militari”. Inicjatywa spotkała się z ostrym atakiem (post)komunistycznej lewicy i sprzyjających jej mediów.

Dzień po dyskusji z 2006 r. „Trybuna” na czołówce opublikowała artykuł pod znamiennym tytułem: „Ich krwawy idol”. Autor – poseł SLD Piotr Gadzinowski – bajdurzył, że „Łupaszka” miał czynnie zwalczać dążenia niepodległościowe Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, a więc uhonorowanie go miało przeczyć polskiej idei… wstąpienia do UE. A przede wszystkim, że obciąża go śmierć „niewinnych” milicjantów, członków PPR, funkcjonariuszy UB i NKWD. Gadzinowski zarzucał ponadto Szendzielarzowi współpracę z niemieckim okupantem, czego finałem miała być odmowa wzięcia udziału w operacji „Ostra Brama”, mającej na celu wyzwolenie Wilna razem z „bratnimi” oddziałami sowieckimi.

W sierpniu 2016 r. w telewizji „Superstacja” w programie Elizy Michalik aktor-celebryta Piotr Zelt ujawnił, że boi się o swoje dziecko, „w jakim kraju będzie żyć, jakiej historii będą go uczyć”. I przestrzegał przed uczeniem o Żołnierzach Wyklętych, jakimś „Łupaszce” z Podlasia. „Powiedzmy sobie szczerze, że to byli bandyci” – oświadczył Zelt, dodając: „Kreowanie takich bohaterów i deprecjonowanie ludzi, którzy mieli niekwestionowany dorobek w odzyskiwaniu ludzkości, jest okropne”. Można było się domyśleć, że Zelt przeciwstawił Żołnierzom Wyklętym Lecha Wałęsę.

I może zostawilibyśmy celebrytę w spokoju, gdyby ta skandaliczna wypowiedź była odosobniona.

Przypomnijmy słowa dziennikarza Tomasza Lisa, który kilka miesięcy wcześniej (w lutym 2016 r.) napisał o państwowym pogrzebie majora/pułkownika WP Zygmunta Szendzielarza: „Prezydent RP oddawał dziś cześć mordercy cywilów, >Łupaszce<”.

Siostrzenica Szendzielarza Halina Morawska odpowiedziała: „Nazywając bohatera mordercą, szarga Pan nie tylko dobre imię Zmarłego w dniu Jego pogrzebu, ale również depcze Pan dorobek Żołnierza Polskiego walczącego do końca o wolną i niepodległą Polskę”. Naczelnemu „Newsweeka” zarzuciła kłamliwą komunistyczną propagandę, legitymizującą zbrodnie na Polakach. Zażądała przeprosin w mediach. Tomasz Lis nie przeprosił.

Na portalu oko.press Adam Leszczyński w ubiegłym roku napisał tekst pod jakże znamiennym tytułem: „Chwalenie zbrodniarzy i czystka polityczna na Powązkach. Prawica świętowała wyklętych”. Zdaniem tego skrajnie lewicowego żurnalisty 1 marca „nieprawdy o <<wyklętych>> mówili m.in. Duda, Morawiecki i Macierewicz”. Autor „zapomniał”, że panowie mają imiona i pełnią publiczne funkcje.

Na koniec Leszczyński cieszył się z rocznicowego hejtu tzw. Lewicy, czyli de facto (post)komunistów. W ramach „happeningu” stołeczną ulicę Żołnierzy Wyklętych grupka lewackich działaczy przemianowała na ulicę ich ofiar, a obecna wśród nich posłanka Anna Maria Żukowska takimi słowami uczciła narodowe i państwowe święto: „Nie ma naszej zgodny na wrzucanie do jednego worka bohaterów takich, jak gen. Nil czy rotmistrz Pilecki, ze zbrodniarzami jak „Łupaszka”, „Ogień” czy członkowie Brygady Świętokrzyskiej”. Problem w tym, że to poprzednicy z PPR i PZPR wrzucali wszystkich wymienionych bohaterów może nie do jednego worka, tylko po zamordowaniu do bezimiennych dołów śmierci.

Idźmy dalej. Działacz i polityk lewicowy Piotr Szumlewicz napisał na Twitterze (1 marca 2018): „Pamiętamy, że Bury, Ogień, Łupaszka to zbrodniarze, którzy haniebnie zapisali się w historii kraju. Warto natomiast w tym dniu przypomnieć o tysiącach cywilów bestialsko wymordowanych przez wyklętych”.

Tak samo formułowane oskarżenia, w 1951 r., doprowadziły do zamordowania Szendzielarza katyńskim strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Lisowi, Leszczyńskiemu, Szumlewiczowi i im podobnym warto zadedykować słowa wspomnianego dowódcy 5 Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” (Pomorze, 1946 r.):

Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wejdą – nie wejdą. Krótka historia „wyzwalania” Polski

Dziś na Ukrainie powraca pytanie: wejdą, czy nie wejdą? Do Polski weszli w 1939 r., wrócili w 1944/45 r. Na Węgry Moskale weszli w 1956 r., do Czechosłowacji w 1968 r., współcześnie do Gruzji, potem na Krym, do Ługańska i Doniecka. Te wszystkie wejścia były agresją, początkiem okupacji, represji, grabieży i zbrodni.

W propagandzie Moskali ich wejście było zawsze „wyzwoleniem”. Rzeczpospolitą „wyzwalał” rosyjski car, pacyfikując narodowe powstania i zsyłając na Sybir. Setki tysięcy Polaków biali Moskale „wyzwolili” na zawsze – zostali na nieludzkiej ziemi. Potem „wyzwalali” nas Moskale czerwoni, ale pochód bolszewickiej zarazy zatrzymaliśmy na linii Wisły. W III RP w podwarszawskim Ossowie władze postawiły pomnik nie polskim bohaterom, ale owym „wyzwolicielom”.

Dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r.

17 września 1939 r. Moskale „wyzwalali” nas razem z Niemcami, z tą różnicą, że Niemcy dokonali zbrojnej agresji, a Moskale – wedle oficjalnej wersji historii – tylko swoim wojskiem i czołgami „wkroczyli”. Rządy „pokoju i miłości”, mordując Polaków i znów zsyłając na Sybir, sprawowali do 22 czerwca 1941 r. przegnani przez dawnych sojuszników spod znaku hakenkreutza. No i ostatecznie dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r. „wyzwoliły” nas w 1944/1945 r.

„Wyzwalali” szczególnie naszą młodzież, która miała wszelkie dane, aby wyrosnąć na wybitnych naukowców, pisarzy, dziennikarzy, matematyków, artystów. Tymczasem pokolenie II RP zostało po prostu wyrżnięte, a jego miejsce zajmowali przedwojenni komuniści, „ludowi” partyzanci, czy politrucy tzw. Ludowego Wojska Polskiego, tacy jak słynny major/profesor Zygmunt Bauman. W ten sposób, metodą fizycznej eliminacji, drugi sowiecki okupant instalował w Polsce swoje pseudo-elity.

„Wyzwolenie” na „Łączce”

Ale mord założycielski 1944/45 miał silnego sprzymierzeńca w postaci kłamstwa. Komunistyczna propaganda zbrodnię nazwała właśnie „wyzwoleniem”, a „wyzwolenie” oznaczało posyłanie przeciwników politycznych do piachu.

Takim przykładem wyzwolenia od życia jest „Łączka” na Powązkach Wojskowych – warszawski Katyń. Tu do dołów śmierci funkcjonariusze zbrodniczego reżimu zrzucili około 300 zamordowanych polskich patriotów. Tu życia dokonał m.in. rotmistrz Witold Pilecki – człowiek, który chciał naprawdę wyzwolić niemiecki KL Auschwitz siłami stworzonej przez siebie konspiracji więźniarskiej i przy pomocy AK z zewnątrz. Bo Armia Czerwona, 27 stycznia 1945 r., wyzwoliła już tylko słabo chronione druty i baraki z nieliczną liczbą więźniów – baraki, które za chwilę znów zapełniły się więźniami – tym razem antykomunistami.

„Wyzwolenie” KL Stutthof

A tak wyzwolenie innego niemieckiego obozu – Stutthofu (dopiero 9 maja 1945 r.) wspominał bliski współpracownik Pileckiego, mój ojciec Tadeusz Płużański. We wspomnieniach „Z otchłani” napisał:

„Najpierw przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmistów, wzięli do niewoli pozostałą załogę obozu. Po jakimś czasie podjechał gazikiem starszy stopniem oficer. Spytał się, kim jesteśmy i powiedział: <<Nu haraszo. Tiepier wy swabodni, damoj nada idti>>. Chcieliśmy dalej walczyć z Niemcami, wstąpić do Wojska Polskiego, ale już w Elblągu przywitały nas hasła: <<Śmierć bandytom z AK>>, <<Zaplute karły reakcji>>. Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów zamykano w myśl zasady – przeżyłeś, to znaczy współpracowałeś z Niemcami”.

700 tysięcy „wyzwolicieli”

15 września 1944 r. Sowieci „wyzwolili” stołeczną Pragę. W sieci katowni NKWD wyrywano paznokcie i mordowano wszystkich, którzy byli albo przynajmniej mogli być wrogami sowieckiej władzy.

17 stycznia 1945 r. przyszedł czas na lewobrzeżną Warszawę. Ponieważ po tej stronie Wisły miasta nie było, Sowieci „wyzwolili” naznaczone krwią powstańców i ludności cywilnej ruiny. „Wyzwolili” dopalające się pozostałości po Pałacu Brühla (wysadzony 19 grudnia 1944 r.) i Pałacu Saskim (wysadzony 27-29 grudnia 1944 r), czy Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy przy ul. Koszykowej (podpalona w połowie stycznia 1945 r. przez wycofujących się Niemców).

Walk o Warszawę, z drobnymi wyjątkami typu Cytadela, czy Lasek Bielański, nie było, bo Niemcy wycofali stąd wcześniej większość swoich sił. Sowieci wzięli polską stolicę z marszu.

Mimo to medalem „za Wyzwolenie Warszawy”, ustanowionym dekretem Prezydium Rady Najwyższej ZSRS z 9 czerwca 1945 r. Sowieci uhonorowali prawie 700 tys. żołnierzy (sowieckich i polskich). A w komunistycznej PRL kazano nam obchodzić rekonstrukcje wielkiej bitwy.

Z kolei dekretem tzw. prezydenta Bieruta z 26 października 1945 r. komuniści ukradli najatrakcyjniejsze warszawskie grunty, a w dużej mierze (gwałcąc własne prawo) stojące na nich nieruchomości. Tak więc mord założycielski 1944/45 miał sprzymierzeńca nie tylko w postaci kłamstwa, ale i grabieży.

Upiorne „wyzwolenie”

19 stycznia 1945 r. w Alejach Jerozolimskich, uprzątniętych specjalnie na tę okazję z gruzu, przy dźwiękach „Warszawianki” defilowały oddziały 1. Armii WP. Defilowały przed honorową trybuną umieszczoną naprzeciw hotelu „Polonia” przed komunistami: Bolesławem Bierutem, Władysławem Gomułką, Edwardem Osóbką-Morawskim, gen. Michałem Rolą-Żymierskim, gen. Stanisławem Popławskim, płk. Marianem Spychalskim oraz sowieckim marszałkiem Gieorgijem Żukowem.

„Upiorne  <<wyzwolenie>> trupa miasta i upiorna defilada na jego cmentarzysku” – pisał Jeremi Przybora. – „Widma chłopców i dziewcząt z AK, wmieszane w tłumy mieszkańców, którzy byli wraz z bojownikami Warszawy jej obliczem i duszą, uśmiechem, rozpaczą i strachem. (…) Parada wyzwolicieli, którzy już nikogo nie wyzwolili”.

200 tysięcy „wyzwolicieli”

Mieli nas „wyzwolić” jeszcze w grudniu 1981 r., ale to kolejna bujda, choć tow. Leszek Miller jeszcze kilka la temu w TVN 24 mówił: „Interwencja sowiecka była realna i kosztowałaby życie 200 tys. Polaków. Generał Jaruzelski według CIA uratował tyle istnień ludzkich. (…) Wielu z tych, którzy demonstrują teraz pod domem generała, mogłoby się nie urodzić, bo ich rodzice by zginęli”.

Ówczesny szef SLD powtarzał bajki tow. Jaruzelskiego. Bo pytanie: wejdą – nie wejdą, było wówczas bezprzedmiotowe. Dlaczego? Wchodzić na teren PRL Moskale nie musieli, bo wciąż mieli tu swoje wojska. 200 tysięcy sołdatów. 200 tysięcy – tow. Millerowi dzwoniło, ale nie w tym kościele (przepraszam – domu partii).