TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wojna polsko-bolszewicka trwa, czyli co Putin mówił „Wyborczej”

10 marca 1920 r. głównodowodzący sił zbrojnych Rosji Sowieckiej Siergiej Kamieniew zatwierdził plan uderzenia na Zachód przez Polskę. Bolszewików zatrzymaliśmy 15 sierpnia tamtego roku pod Radzyminem. Dziś z „wyzwolicielami” ze wschodu walczy Ukraina. Ale w naszym kraju wciąż oficjalnie rozbrzmiewa propaganda Moskwy.

1920 rok. Nieprzypadkowo to wielkie zwycięstwo militarne, efekt geniuszu dowódców (marszałka Józefa Piłsudskiego i szefa sztabu gen. Tadeusza Rozwadowskiego), a także pracy polskich kryptologów; i duchowe (interwencja Matki Bożej) zostało uznane za 18. przełomową bitwę w historii świata. Zatrzymaliśmy zalew czerwonej zarazy na Europę, co Polsce pozwoliło cieszyć się niepodległością do września 1939 r.

Niestety, Sowieci wrócili. Od 17 września rozpoczęli okupację ok. połowy Polski, a w latach 1944-1989 okupowali całą, wcielając dodatkowo Kresy do ZSRS. Tymczasem dziś słyszymy, że to było „wyzwolenie i ocalenie Polski”, a np. likwidacja „pomników wdzięczności” szkodzi relacjom z Rosją – tak przeciwko ustawie o likwidacji okupacyjnych, sowieckich monumentów protestował Siergiej Andriejew, ambasador Federacji Rosyjskiej w Polsce.

Wojna polsko-bolszewicka trwa. W lipcu 2017 r. zmarł stalinowski sędzia wojskowy, morderca Żołnierzy Wyklętych Jerzy Klimczyk. Miał katolicki pogrzeb na cmentarzu komunalnym w rodzinnym Sławnie. „Wyrazy głębokiego współczucia Rodzinie z powodu śmierci sędziego w stanie spoczynku Jerzego Klimczyka, prezesa Sądu Rejowego w Sławnie w latach 1986-1994, składają kierownictwo Sądu Okręgowego w Koszalinie, sędziowie i pracownicy” – czytaliśmy w nekrologu, który jest wynikiem braku debolszewizacji Polski.

Wojna polsko-bolszewicka trwa. 15 sierpnia 1920 r. urodził się w Miechowie mój Ojciec Tadeusz Ludwik Płużański. Walczył z okupantem niemieckim, potem sowieckim. Dla Jego pokolenia – pokolenia Kolumbów – było to coś naturalnego. Podzielając opinię swojego dowódcy, rtm. Witolda Pileckiego, że w ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej było gorzej niż w niemieckim obozie koncentracyjnym, tak pisał o swoich czerwonych oprawcach: „Słabość moralna i polityczna tych ludzi czyniła z nich po prostu szmaty, którymi można było wytrzeć każdą podłogę, nawet najbrudniejszą”. Potem ja broniłem oskarżonego o donosicielstwo por. Wacława Szaconia, „Czarnego”, niezłomnego żołnierza AK-WiN, skazanego przez komunę na czterokrotną karę śmierci, przyjaciela Józefa Franczaka „Lalusia”. Oskarżała Magdalena Zarzycka-Redwan, prezes Stowarzyszenia Dzieci Żołnierzy Wyklętych, ale – jak podał w Polskim Radiu 24 szef Urzędu ds. Kombatantów Jan Kasprzyk – wcześniej pracownica Stowarzyszenia Ordynacka.

Wojna polsko-bolszewicka trwa. Nie trzeba było rosyjskiego ataku propagandowego na Polskę w 100–lecie „Cudu nad Wisłą”, media w Polsce wyręczyły Putina. I tak redakcja „Newsweeka” przypomniała tekst Igora T. Miecika sprzed 11 lat, w którym opisał wojnę bolszewicko-polską z perspektywy… rosyjskich jeńców. Autor twierdził, że byli źle traktowani w „barbarzyńskich łagrach II Rzeczypospolitej”.

Z kolei na czołówce portalu Onet można było znaleźć wspomnienia bolszewickiego lekarza z frontu walk. W „poruszających listach do żony” – jak to określiła redakcja – czytaliśmy: „Tego, co wyprawiają Polacy, nie da się opowiedzieć”. A w tekście „Gazety Wyborczej” inny „michałek”: „Wielkie zwycięstwo odniesione sto lat temu w bitwie warszawskiej, szybko stało się przedmiotem zażartej bitwy politycznej. (…) Efekty tamtej wojny polsko-polskiej są odczuwalne do dzisiaj. Na przykład w sporach historyków o to, czy marszałek Józef Piłsudski tak naprawdę nie zdezerterował i nie uciekł z Warszawy w przeddzień bitwy”. Abstrahując od tego, że ta ostatnia sugestia nie jest prawdziwa, trzeba odnieść się do głównej tezy: to nie była wojna polsko-polska, tylko wojna bolszewicko-polska. I ta wojna trwa do dziś.

Wracając do mordowania bolszewickich jeńców. Kilka lat temu dla rzeczonej „Gazety Wyborczej” wypowiedział się… Władimir Putin. Ówczesny premier Rosji napisał bez ogródek: „tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku, powinny się stać symbolem wzajemnego przebaczenia”. Komentowałem wówczas, na czym polegała manipulacja Rosjan. A opierała się ona na tym, że większa część jeńców bolszewickich z 1920 r. nie wróciła do domu. Dlaczego?

Pierwsza kwestia to śmiertelność. Putin i jego propaganda sugerowała, że Polacy dokonali na bolszewikach ludobójstwa. Tymczasem trafili oni do obozów jenieckich, gdzie byli przetrzymywani zgodnie z przepisami prawa międzynarodowego. W tych obozach zmarło około 18 tysięcy jeńców z ogólnej liczby około 60 tysięcy, którzy dostali się do niewoli. Większość wskutek chorób zakaźnych, głównie czerwonki i tyfusu. A co się stało z tymi, którzy przeżyli polską niewolę? Kilkunastu tysiącom jeńców Rzeczpospolita zwróciła wolność i postanowili pozostać w naszym kraju. I znów należy zadać pytanie o powód. Porównując sytuację w Polsce i Rosji, wybrali Polskę, obawiając się ponadto represji od swoich po przegranej wojnie.

Rząd zgodził się na przyznanie im obywatelstwa. Kilkuset Rosjan wstąpiło później do polskiego wojska, uzyskało stopnie oficerskie i walczyło w wojnie obronnej 1939 r. Około 3 tysiące na stałe wyjechało do Europy Zachodniej. Kłamstwo na temat mordu na jeńcach zostało wymyślone pod koniec lat 80. na polecenie Michaiła Gorbaczowa, który ujawnił wówczas prawdę o Katyniu. Specjalistom od propagandy polecił, aby znaleźli podobną sprawę obciążającą Polskę. Potem to kłamstwo wybrzmiewało w mediach działających w Polsce. Dziś, w obliczu inwazji Putina na Ukrainę, kłamstwo Kremla w Rzeczpospolitej przycichło, ale wróci…

Wojna polsko-bolszewicka trwa. Kto tę wojnę ostatecznie wygra?

 

 

 

Dom Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym gotowy na przyjęcie uchodźców

Pracownicy Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym przygotowali obiekt na przyjęcie uchodźców wojennych z Ukrainy.

Do dyspozycji osób z Ukrainy, które w naszym kraju szukają schronienia przed piekłem wojny, są pokoje 2,3 i 4-osobowe oraz sale dla dzieci: kinowa z bajkami, zabaw i plastyczna.

– Urządziliśmy specjalne miejsca dla dzieci, bo chcemy aby czuły się u nas dobrze – informuje Dariusz Popławski, dyrektor Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym. – Jestem w kontakcie ze sztabem w Puławach, czekamy tylko na sygnał o ulokowaniu u nas uchodźców – dodaje.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Nigdy więcej Vae victis, czyli piętnowanie głupich słów

To naprawdę nie jest dobry czas, żeby wypominać komuś jakieś słowa, ale niestety jest najlepszy. Lepszego nie będzie. Słowa jak to słowa, Biedroniem wylecą, oby F-35 wróciły. Jeśli znowu coś pomyliłem, to dobrze. Mowa będzie o słowach, ponadosobowych, reprezentujących pewien sposób myślenia, pewnych formacji. Naiwnych słowach, ale że naiwnych, to pal licho. Niebezpiecznych. Dlatego to piszę, by słowami uczulić na słowa.

Całkiem niedawno, w 2020 roku Robert Biedroń kandydując na prezydenta Polski powiedział publicznie: „Gdy pan prezydent (Andrzej Duda – przyp. sj) z panem Macierewiczem bawią się ołowianymi żołnierzykami w armię, ludzie mówią, że prawdziwym niebezpieczeństwem jest susza, pandemia, kryzys gospodarczy. To są dzisiaj prawdziwe problemy Polek i Polaków. Dzisiaj zamiast F-35, o których tutaj rozmawialiśmy… My nie potrzebujemy F-35, bo te F-35 nie ugaszą pożarów w Biebrzy, nie sprawią, że zestrzelimy koronawirusa. My dzisiaj zamiast pseudoarmii Macierewicza, potrzebujemy armii pielęgniarek, które będą dobrze wynagradzane. Dzisiaj potrzebujemy bezpieczeństwa energetycznego, a nie opowiadania bujdy, że węgla nam wystarczy na dwieście lat”.

Bardzo szlachetne słowa, nieprawdaż? Po co się zbroić, skoro pieniądze można wydać na służbę zdrowia, szkolnictwo, drogi, zasiłki, zielony ład i tak dalej? Po co na armię? Co komu z tego? Nawet dwa lata nie minęły od tych słów. Niebezpiecznych dla nas słów. Niebezpieczne były i jeszcze są także słowa o rzekomo koniecznym zablokowaniu muru na granicy polsko-białoruskiej. Putin już przejął Białoruś. Łukaszenko mu ją sprzedał za obietnicę życia i pewnie administrowania krajem w pewnym stopniu. Łagodna rewolucja po sfałszowanych wyborach prezydenckich na Białorusi została brutalnie spacyfikowana. Naszym sąsiadem nie tylko od strony Królewca jest teraz w istocie Rosja. Brutalna, agresywna z imperialnymi marzeniami oficera KGB.

Si vis pacem, para bellum – chcesz pokoju, szykuj się na wojnę. Te słowa się nie zestarzeją, tak jak nie zestarzeje się natura człowieka. Przypisuje się je po pewnych przeróbkach rzymskiemu historykowi Tytusowi Liwiuszowi. Jego jest także powiedzenie Vae victis – biada pokonanym.

Jako jedyni zdobyliśmy Moskwę, czego Putin nie może zapomnieć nam tak bardzo, że z daty zdobycia przez nas rosyjskiej stolicy zrobił święto narodowe, ale pokolenia Polaków doświadczyły potwornej biedy pokonani przez Rosjan czy Sowietów. Wystarczy. Wystarczy tej biedy, wystarczy tych słów. Pora poważnie i brutalnie piętnować głupie, naiwne słowa, które może i brzmią szlachetnie, ale przecież ich skutek jest inny. Bezbronność. Nigdy więcej Vae victis.

WALTER ALTERMANN: Batalistyka czy balistyka, czyli co polscy dziennikarze wiedzą o wojnie

Starałem się dotychczas nie ujawniać nazwisk dziennikarzy, do których odnoszą się moje zdziwienia językowe. Tym razem jednak miarka się przebrała. Agresja Rosji na naszego sąsiada miała wprost katalityczny wpływ na obnażenie słabości kadr polskich mediów.

Niewiedza o niewiedzy

Oto drugiego dnia wojny pani Monika Olejnik przepytywała jakiegoś polskiego oficera na okoliczność obecnej sytuacji militarnej i jej potencjalnego rozwoju. Oficer był grzeczny i mówił z sensem. W pewnym momencie p. Olejnik powiedziała:

No dobrze, mówi pan o zdecydowanej obronie Ukraińców, ale przecież Rosja ma rakiety batalistyczne.

Oficerowi brwi poszły trochę w górę, ale – jako wyższy oficer – nie prostował tylko zgrabnie przeszedł do innego aspektu wojny.

Zrazu pomyślałem, że Olejnik przejęzyczyła się, ale nie. Więc po kolei:

batalistyka to część malarstwa i grafiki, przedstawiająca sceny wojenne. Na przykład Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki czy Panorama Racławicka Jana Styki, Wojciecha Kossaka i kilku innych malarzy, to klasyczna batalistyka właśnie. Grunwald jest eksponowany w Warszawie a Panorama we Wrocławiu. Można obejrzeć i zrozumieć.

balistyka zaś to część wiedzy o miotaniu i ruchu pocisków oraz rakiet. Balistyka zajmuje się procesami fizycznymi w czasie strzału w lufie i jej pobliżu oraz wpływem tych zjawisk na ruch pocisku, a także procesami zachodzącymi w silnikach rakietowych. Balistyka bada też prawa ruchu pocisków i rakiet poza lufą, bądź wyrzutnią. Najważniejszym zadaniem balistyki jest wyznaczanie parametrów ruchu pocisków, w tym rakiet.

pocisk balistyczny to rodzaj pocisku, którego najistotniejszymi cechami konstrukcyjnymi są lot po parabolicznej krzywej balistycznej z napędem silnikowym jedynie w części trasy oraz wyposażenie w układ kontroli i naprowadzania. Na etapie wznoszenia lot odbywa się dzięki napędowi za pomocą jednego bądź więcej silników rakietowych, dalsze zaś etapy lotu odbywają się dzięki wykorzystaniu energii nadanej pociskowi w fazie silnikowej i dzięki grawitacji ziemskiej. Zastosowanie pocisków balistycznych opiera się na przenoszeniu do celu głowicy bojowej o charakterze konwencjonalnym bądź masowego rażenia.

Tu należy nadmienić, że balistyka ma tradycję średniowieczną i dziwne, że ktoś mógł ją pomylić z batalistyką. Dziwne jest i to, że do tak trudnych tematów skierowano dziennikarkę, która specjalizuje się w polskiej polityce, słynąc głównie z temperamentu.

Przecież pani Monika Olejnik, i wielu innych dziennikarzy, sama z siebie, powinna wiedzieć, że nie ma bladego pojęcia o wojsku i wojnie. Zdaje mi się, że zwyciężyła w niej organiczna wręcz chęć bycia na ekranie. Za wszelka cenę, nawet za cenę kompromitacji. Zresztą u wielu dziennikarzy bycie w okienku jest narkotykiem. Uzależniają się i tracą nad sobą kontrolę. A pierwszym ich obowiązkiem jest mieć wiedzę o swojej niewiedzy. Ale jakże mają wiedzieć, gdy są pod wpływem narkotyku, jakim jest dla nich kolejne „błyśnięcie” w okienku

Rozkoszna niedbałość o szczegóły

Gdyby ktoś z Czytelników pomyślał, że p. Olejnik była wtedy zaskoczona sytuacją, to cztery dni później dała znowu dowód potężnej niewiedzy na tematy militarne.  26 lutego, w czasie rozmowy o sytuacji na Ukrainie zapytała rozmówców.

A dlaczego przestrzeń powietrzna nad Ukrainą nie jest jeszcze zamknięta i pozwala się latać rosyjskim samolotom?

No i co ja Państwu powiem? Zamiast wyjaśniać p. Olejnik, czym jest nowoczesna wojna, co daje przewaga w lotnictwie, czym jest obrona przeciwlotnicza, czym są rakiety powietrze-powietrze, powietrze-ziemia, ziemia-powietrze, woda-ziemia, woda-powietrze, czym są nowoczesne radary, etc., itd… opowiem anegdotkę o pewnej bogatej Amerykance, która na przyjęciu tak zagadnęła Cyrusa West Field ‘a, twórcę pierwszego kablowego połączenia telegraficznego między Europą a Stanami Zjednoczonymi.

Proszę mi powiedzieć jak właściwie działa ten transkontynentalny telegraf. Jak to się dzieje?

West Field, być może ze względu na majątek i wpływy damy, udzielił jej wyczerpującej odpowiedzi. Mówił, czym jest elektryczność, jak się ją wytwarza, czym są przewody elektryczne, czym wzmacniacze sygnału, wyjaśnił, czym jest aparat a czym alfabet Morse’a…

No, dobrze – powiedziała dama – bardzo panu dziękuję za tak precyzyjne wiadomości, ale jednego nadal nie rozumiem. Jak to się dzieje, że jak ja dostaję telegram od bratanka z Londynu do mojego domu w Nowym Jorku, to on jest zupełnie suchy?

To jest mniej więcej ten sam poziom wiedzy.

Fukujama, czyli liryka kapitalizmu

Najazd Rosji na Ukrainę poruszył nas wszystkich. I znaleźliśmy się w stanie głębokiego osłupienia. Niby to znamy Rosję od wieków i nikt z nas niczego dobrego się po niej nie spodziewał, jednak agresja putinowskiej Mateczki Rasiji przekroczyła miarę współczesnego cywilizowanego świata. Tego świata, który według Francisa Fukujamy, doszedł już do końca historii i teraz czeka go spokój, dobrobyt, szlachetna współpraca i wyrazy sympatii. Swoją teorię Fukujama opublikował w książce „Koniec historii i ostatni człowiek” z 1989 roku, polskie wydanie w roku 1991. Idea Nowego Raju rozlała się po szerokim świecie, bo była przyjemna i obiecywała możnym stale wzrastające zyski. W sumie była to liryczna wersja neoliberalizmu. Żadnych konfliktów, nic tylko zarabiać i zarabiać na produkcji i handlu.

Doszło do tego, że i Lech Wałęsa cytował Fukujamę. Czy Wałęsa czytał dzieło Proroka Spokoju nie wiem, ale wątpię, bo przecież chwalił się, że przeczytał jedynie Pismo Święte. W każdym razie w latach 90-tych ówczesny prezydent głosił, że żadnej wojny już nie będzie, bo świat jest tak ze sobą gospodarczo powiązany, tak uzależniony, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć ze sobą. Fukujama po kilkunastu latach od wydania dzieła przeprosił i wycofał się ze swojej teorii. A Wałęsa niczego nie prostował i nie prostuje. Może nie pamięta? To mu się zdarza.

Amerykańscy warrior’s alias amerykańscy żołnierze

Tłumacz wystąpienia Prezydenta Dudy (Prezydent mówił po angielsku) powiedział, że: Mamy już w Polsce 10.000 amerykańskich wojowników. Czyli przetłumaczył warrior na warrior. Zmartwiałem, bo z pojęciem warrior, spotkałem się jedynie w przypadku filmów z serii „Gwiezdne wojny”. Przez moment pomyślałem nawet, że Amerykanie przysłali do nas tych warriors’ów z przyszłości.

Poważnie zaś mówiąc… Mam nadzieję, że bogaty świat nie sprzeda Ukrainy, jak sprzedał nas w 1939, a potem w 1945 roku. Niebezpieczeństwo jest, bo Zachód chce nadal robić z Rosją interesy.

Zarobić! Choćby z diabłem.

Każdy biznesmen wie, że najlepsze interesy robi się z satrapami, jedynowładcami i wszelkiej maści dzierżymordami. Dlaczego? Bo tacy putinopodobni dają dobrze zarobić, ponieważ zależy im na legitymizacji swojej władzy. Dlatego lubią też pokazywać się na światowych czerwonych dywanach różny międzynarodowych zjazdów, narad, festiwali i koncertów. Lubią klepać i być klepani po plecach przez świat Zachodu. Wtedy też do ich poddanych płynie taki przekaz: „Popatrzcie tylko jak nas kochają, czyż nie jesteśmy tacy sami jak oni?”

Przypomnę tylko, że banki z USA wspierały Hitlera od 1933 aż do roku 1940. Dopiero po inwazji na Francję przestały. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że cicha współpraca kwitła aż do momentu ataku Japończyków – 7 XII 1941 roku – na amerykańską bazę Pearl Harbour. Ale są też niegodziwcy utrzymujący, że banki amerykańskie, poprzez banki hiszpańskie i szwajcarskie wspierały Hitlera prawie do końca wojny.

Zarobić, choćby z diabłem – to jest hasło współczesnego bogatego Zachodu. Żadnego wstydu, żadnych uczuć i moralności. I stąd biorą się kłopoty współczesnego świata. Pamiętam skandal z dwoma nowoczesnymi okrętami desantowymi typu Mistral, które Francja zbudowała dla Rosji. Już, już miano je Putinowi przekazać, ale ostatecznie w 2015 roku kontrakt zerwano. Stało się tak pod naciskiem międzynarodowej opinii. Francuzi długo się bronili i choć w końcu poddali się, to zadowoleni nie byli. Nie widzieli związku z zajęciem przez Rosję Krymu w 2014 roku.

I tak mnie zastanawia, czy Francja i jej koledzy z bogatej Europy kierują się nadal doktryną Fukujamy? I czy nie dociera do nich, że kręcą sobie baty na własne tyłki?

 

Gawronik uniewinniony od zarzutu podżegania do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary. Szczegóły rozprawy i wyroku

Wyroków się nie komentuje. Podobno. Nie dano mi przygotować się do mowy końcowej, sąd uniemożliwił też przesłuchanie dodatkowych świadków. Jestem tym zszokowany. To, co się dzisiaj wydarzyło w sądzie, to skandal. Nie chodzi o sam wyrok, ale o przebieg rozprawy. Czuję bezsilność, jest mi po prostu przykro – powiedział dziennikarzom Jacek Ziętara, brat zamordowanego w 1992 r. dziennikarza Jarosława Ziętary pytany o komentarz do wyroku uniewinniającego byłego senatora Aleksandra Gawronika od zarzutu podżegania do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.  Wczoraj 24 lutego Sąd Okręgowy w Poznaniu nieoczekiwanie dla obserwatorów i prokuratury zakończył proces byłego senatora Aleksandra Gawronika i od razu ogłosił wyrok, stwierdzając, że jest on niewinny. Publikujemy relację red. Aleksandry Tabaczyńskiej , obserwatora CMWP SDP z przebiegu tej rozprawy i ogłoszenia wyroku. 

To miał być kolejny dzień procesu, w którym oskarża się Aleksandra Gawronika o podżeganie i pomocnictwo w zabójstwie 24. letniego dziennikarza Gazety Poznańskiej, Jarosława Ziętary. W czwartek 24 marca stawił się tylko jeden świadek, choć umieszczona przed salą wokanda nie zawierała żadnej treści, poza sygnaturą sprawy, składem sędziowskim godziną rozpoczęcia i numerem sali. Tym świadkiem była Janina S.

Janina S. to blisko 90. letnia wdowa po dziennikarzu Ekspresu Poznańskiego i Gazety Poznańskiej o pseudonimie Zbigniew Żuk. Janina S. znała oskarżonego „z telewizji”, ale nie wiedziała o co jest oskarżony w tej sprawie. Zeznała, że nieżyjący mąż znał zamordowanego dziennikarza osobiście i miał go ostrzegać przed niebezpieczeństwem. Niebezpieczeństwo groziło ze strony, jak to nazwała, „białych rękawiczek”. Janina S. zeznawała blisko godzinę. Obserwujący rozprawę dziennikarze nie mają jednak wątpliwości, że nie posiadła ona żadnej wiedzy dotyczącej śmierci Jarosława Ziętary. Warto uzupełnić, że jej przesłuchanie było inicjatywą samego sądu, a nie stron i poświęcono jej i czas i uwagę.  Następnie prokurator Piotr Kosmaty podtrzymał wniesiony wcześniej wniosek o konfrontację red. Marka Króla z byłym szefem Elektromisu Mariuszem Ś. Król w swoich wcześniejszych zeznaniach obalał wiarygodność Ś. i samego oskarżonego w kontekście ich znajomości, która według prokuratury trwała co najmniej od 1990 roku czyli jeszcze przed uprowadzeniem Ziętary, a nie jak deklarują Ś. i Gawronik dopiero od 1997 roku. Prokurator złożył również wniosek o powołanie nowego świadka. Miał to być Henryk J., który pracował dla szefa Elektromisu i miał potwierdzić znajomość obu mężczyzn w 1990 roku. Udowodnienie tej znajomości byłoby bardzo ważne dla motywów tej zbrodni. Po tych wnioskach sędzia Joanna Rucińska  zarządziła godzinną przerwę

„Zamykam proces”

Po przerwie sąd odrzucił wszystkie złożone w tej sprawie wnioski. Zarówno te które wpłynęły 24 lutego br. czyli w dzień rozprawy jak i wcześniejsze złożone przez obie strony. Uznał, że zmierzają one do przeciągania procesu. Gawronik między innymi domagał się udostępnienia akt więziennych dotyczących głównego świadka oskarżenia Macieja B. oraz listę odwiedzających go osób. Sędzia odczytała również pismo z jednego z więzień, w którym osadzony przyznaje się do znajomości z Jarosławem Ziętarą i chciałby zeznawać. Po czym ku zaskoczeniu prokuratora, oskarżyciela posiłkowego, Aleksandra Gawronika i jego obrońcy oraz śledzących – trwające od 2016 roku postępowanie – dziennikarzy, wybrzmiały słowa: zamykam proces. Następnie przewodnicząca składu sędziowskiego zwróciła się do prokuratora Piotra Kosmatego, aby ten wygłosił mowę końcową. Prokurator poprosił o odroczenie procesu, w celu przygotowania się do tej bardzo ważnej czynności. Wcześniej zapowiadał, że będzie potrzebował na jej wygłoszenie kilku godzin. Wniosek poparł i zwrócił się o to samo Jacek Ziętara, oskarżyciel posiłkowy, brat Jarosława. Sędzia zarządziła kolejną 5 minutową przerwę, po której ogłosiła, że wnioski zostały oddalone.

Mowy końcowe

Sześć lat procesu zostało podsumowane czterema kilkuminutowymi i komponowanymi na gorąco mowami końcowymi.

Prokurator Piotr Kosmaty wniósł o uznanie Aleksandra Gawronika winnym i zażądał 25 lat pozbawienia wolności twierdząc, że dowody zebrane w sprawie są spójne i wskazują, że oskarżony dopuścił się zarzucanego mu czynu.

– W tej sprawie wielokrotnie spotkałem się z zarzutem, że świadkowie są niewiarygodni, że byli karani za różne przestępstwa. Ale to nie było seminarium duchowne, świadkowie pochodzili z takiego właśnie środowiska. Są mocne dowody na to, że Aleksander Gawronik podżegał do zabójstwa dziennikarza. Pamiętam, że na początku sprawy pan oskarżony mówił, że przyprowadzi Ziętarę żywego, że go znajdzie, ale jakoś do tego nie doszło — dowodził prokurator Piotr Kosmaty.

Jako drugi głos zabrał Jacek Ziętara, który ubolewał że sąd nie dał mu szansy na przygotowanie się do mowy końcowej.

Przed laty moi rodzice przeżyli tragedię. Został zabity ich syn, a mój brat. Ponieśliśmy klęskę, bo państwo polskie nie pomagało nam w wyjaśnieniu sprawy. Mój ojciec walczył, ale panowała dziwna zmowa milczenia, zwłaszcza w Poznaniu. To wszystko, co potem udało się ustalić prokuraturze krakowskiej, uważam za wystarczające. Jarka nie ma, jego ciała również, to „zasługa” tych zbrodniarzy, którzy postarali się, aby nie było najważniejszego dowodu, czyli zwłok. Proszę sąd o sprawiedliwy wyrok — mówił Jacek Ziętara.

Mecenas Paweł Szwarc, wniósł o  uniewinnienie Aleksandra Gawronika, twierdząc, że nie ma stuprocentowych dowodów, że Ziętara nie żyje. Ponadto jego klient nie miał motywu do podżegania do zamordowania Jarosława oraz żadnych związków z holdingiem Elektromis. Na temat samego zamordowanego dziennikarza wypowiadał się lekceważąco, deprecjonując jego osobę i działalność.

— Nie ulega wątpliwości, że organy ścigania cierpią na swego rodzaju traumę. Dotyczy to trzech spraw: Ziętary, zabójstwa generała Papały oraz małżeństwa Jaroszewiczów. Ta trauma powoduje chęć odniesienia sukcesu za wszelką cenę. Co roku ginie w Polsce kilka tysięcy osób, niektóre się potem odnajdują i nie chcą mieć kontaktów z rodziną. Co prawda wiele wskazuje, że Jarosław Ziętara mógł paść ofiarą przestępstwa, ale nie ma dowodów wykluczających, że na przykład popełnił samobójstwo. Z akt wiemy, że miał różne zachowania. Poza tym on nie był wybitnym dziennikarzem. Gdyby przyjąć założenie, że Aleksander Gawronik oraz szef Elektromisu, którego duch unosi się nad tym procesem, mieliby obawiać się Ziętary, to tu pojawia się pierwsza rafa dla aktu oskarżenia. Motyw. Gdzie jest motyw? Co takiego miałby wykryć Ziętara? Na czym polegały rzekome wspólne interesy pana Gawronika i Mariusza Ś.? Przecież oni handlowali różnymi artykułami. Cały akt oskarżenia wisi w próżni, to beletrystyka. (…) Twierdzenia głównego świadka „Baryły” to kłamstwa. Zmieniał swoje zeznania jak rękawiczki. Poza tym on był wtedy 18-letnim gówniarzem, „Baryła” był nikim. Gawronik miałby przy nim mówić o zabiciu Ziętary [podczas narady w Elektromisie]? Przecież to skrajnie niewiarygodne — przekonywał obrońca Paweł Szwarc.

Oskarżony Aleksander Gawronik również domagał się dla siebie uniewinnienia. Podobnie jak obrońca dyskredytował nieżyjącego Jarosława Ziętare, a nawet przekonywał że żyje. Aby to udowodnić – jak twierdzi -wystarczy na przykład ustalić jego numer telefonu, nagrać jego głos i porównać z głosem z audycji sprzed lat.

— Nie wiem czy pan Ziętara cieszyłby się, gdybym zadzwonił do niego i zapytał czy chce zeznawać, jeśli żyje na innym kontynencie. To można sprawdzić w trzy miesiące, wystarczy tylko chcieć — mówił Gawronik w mowie końcowej.

Po czym przekazał sądowi, co jest niespotykane po zakończeniu przewodu sądowego – gdyż nie można już nic włączać do materiału dowodowego – płytę na której miał być nagrany głos Jarosława Ziętary oraz wielostronicowe, spięte jakieś materiały papierowe. Sąd przyjął i płytę i druki.

Werdykt

Po zakończeniu mów końcowych sąd zarządził przerwę na naradę. Choć proces trwał sześć lat, dokumentacja to tomy akt jawnych i niejawnych, godziny przesłuchiwanych świadków podczas licznych rozpraw, na naradę przed ogłoszeniem wyroku i po wysłuchaniu stanowiska stron wystarczyło 20 minut.

Po przerwie sędzia Joanna Rucińska wydała wyrok uniewinniający Aleksandra Gawronika. Właściwie można przypuszczać, że rozstrzygnięcie zaplanowano jeszcze przed ostatnia rozprawą. Sędzia bowiem odczytała obszerne, kilkukartkowe uzasadnienie. Sąd zakwestionował wiarygodność wszystkich świadków oskarżenia. Podobnie sąd potraktował wskazujące na wiedzę oskarżonego o zabójstwie wyniki ekspertyz wariografem. Sądu nie przekonały też opinie niektórych biegłych psychologów. Z kolei ci świadkowie, których wiarygodności sąd nie podważał, zdaniem składu orzekającego nie wypowiadali się na temat samego zarzutu stawianego Gawronikowi.

Prokurator nie wykazał, aby oskarżony był sprawcą zarzucanego mu czynu, czego skutkiem musiało być wydanie wyroku uniewinniającego Aleksandra Gawronika.

Wyrok jest nieprawomocny. Złożenie apelacji zapowiedział prokurator oraz oskarżyciel posiłkowy.

Piotr Kosmaty i Jacek Ziętara byli nie tylko zaskoczeni tempem i obrotem sprawy, ale także zgnębieni czemu dali wyraz po wyjściu z sali.

– Wiedziałem, że w Poznaniu nie będzie łatwo, ale nie spodziewałem się tego, co dziś nastąpiło. Nie zgadzam się z taką oceną materiału dowodowego jaką przedstawił sąd. Są niewątpliwie dowody na winę oskarżonego. Z pewnością złożę apelację. Będę walczył do końca. – zapowiedział prokurator

Wyroków się nie komentuje. Podobno. Nie dano mi przygotować się do mowy końcowej, sąd uniemożliwił też przesłuchanie dodatkowych świadków. Jestem tym zszokowany. To, co się dzisiaj wydarzyło w sądzie, to skandal. Nie chodzi o sam wyrok, ale o przebieg rozprawy. Czuję bezsilność, jest mi po prostu przykro – po długim milczeniu powiedział dziennikarzom Jacek Ziętara.


Komentarz obserwatorki CMWP SDP Aleksandry Tabaczyńskiej

To czego świadkami byli dziennikarze w poznańskim Sądzie Okręgowym można określić kolejną porażką polskiego sądownictwa. Podczas rozprawy obrażano nieżyjącego 24 letniego reportera, ofiarę tortur i zbrodni, który własnym życiem przypłacił dziennikarską wiedzę. Niestety swoich ustaleń nie zdążył jednak opublikować. Ten fakt pozwolił także na próbę ośmieszenia publikacji Krzysztofa M. Kaźmierczaka, zarzucając im beletrystyczny charakter, którym miał się posiłkować prokurator. Dziwi też fakt, hurtowego odrzucenia wszystkich wniosków uzasadniając to przedłużaniem procesu. Sprawa rozpoczęła się w 2016 roku i na pewno nie z winy oskarżycieli trwała aż 6 lat. Oburza też zupełny brak możliwości przygotowania się stron do mów końcowych. Dziwi bardzo to nagłe przyspieszenie i wydanie wyroku po 20 minutowej naradzie oraz obszerne spisane na maszynie uzasadnienie, które nie mogło powstać wciągu narady.

 

Rosyjskie kanały telewizyjne, decyzją KRRiT, nie będą dostępne w Polsce

W związku z agresją Rosji na Ukrainę Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji podjęła uchwałę o wykreślenie z „Rejestru programów telewizyjnych rozpowszechnianych wyłącznie w systemie teleinformatycznym i programów rozprowadzanych” następujących kanałów: RT (Russia Today), RT Documentary, RTR Planeta, Sojuz TV, Russija 24.

Oznacza to, że nie będzie możliwości rozprowadzania tych stacji w sieciach kablowych, platformach satelitarnych oraz platformach internetowych.

Jak podkreśliła KRRiT, decyzję podjęto z uwagi „na kwestie bezpieczeństwa i obronności Rzeczypospolitej Polskiej”.

opr.jka, źródło: KRRiT

 

Polskie media relacjonują rosyjską agresję na Ukrainę

Od czwartkowego poranka rosyjski atak na Ukrainę stał się tematem numer jeden we wszystkich mediach.  

W czwartek, 24 lutego nad ranem prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił rozpoczęcie „operacji specjalnej w Donbasie”.  Według informacji ukraińskich władz rosyjskie siły rozpoczęły ostrzał wielu miast na terenie całego kraju. Informowano o zabitych i rannych. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wojenny.

Informacje o sytuacji na Ukrainie od rana stały się wiodącym tematem we wszystkich mediach. Telewizje informacyjne rozpoczęły wydania specjalne poświęcone rosyjskiej agresji, niektóre portale zmodyfikowały szatę graficzną i uruchomiły relacje na żywo, a stacje radiowe częściej nadają serwisy informacyjne. Konflikt szeroko komentują eksperci.

Wielu dziennikarzy, którzy przebywają na Ukrainie, przekazywało informacje w mediach społecznościowych. Sytuację na ulicach ukraińskich miast, reakcje ludzi na atak Rosji na bieżąco podwali korespondenci. TVN24 łączył się m.in. z Wojciechem Bojanowskim, w TVP Info z samego rana o tym co się dzieje na Ukrainie opowiadał Marcin Tulicki. Na portalu Onet.pl pojawiały się relacje Marcina Wyrwała, a na Wirtualnej Polsce Patryka Michalskiego. Radio Wnet łączyło się ze swoim korespondentem na Ukrainie Pawłem Bobołowiczem. Na portalu „Rzeczpospolitej” pojawiały się komentarze przebywającego w Kijowie Jerzego Haszczyńskiego. Dla RMF FM relacje przygotowywał Mateusz Chłystun.

Na bieżąco przedstawiona jest też reakcja polskich władz i innych krajów na rosyjską agresję.

opr. jka

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Warszyca” zwycięstwo zza grobu

Dworzec PKP w Radomsku nosi już imię kpt. Stanisława Sojczyńskiego. Pamiątkowe tablice, pomniki, ważne mianowanie postanowieniem Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z 2009 r. – na stopień generała brygady, to dowody zwycięstwa „Warszyca” nad jego oprawcami.

Na dowódcy jednej z największych organizacji niepodległościowego podziemia – Konspiracyjnego Wojska Polskiego komuniści dokonali mordu sądowego. Razem z pięcioma podkomendnymi „Warszyc” został stracony 19 lutego 1947 r. – egzekucję przyspieszono ze względu na zbliżającą się amnestię. Komunistom zależało na pozbyciu się groźnego przeciwnika.

Na śmierć Sojczyńskiego pracował cały sztab komunistów, wśród nich dwaj oskarżający w sprawie prokuratorzy – mordercy sądowi: Czesław Łapiński i Kazimierz Graff, którzy żyli przez długie lata III RP… Ale po kolei.

Odznaczony Virtuti

Stanisław Sojczyński, rocznik 1910, przedwojenny nauczyciel języka polskiego, w czasie II wojny światowej oficer Służby Zwycięstwu Polski/Związku Walki Zbrojnej/Armii Krajowej, zasłynął brawurową akcją rozbicia – w nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. – niemieckiego więzienia w Radomsku. Dowodzeni przez niego żołnierze uwolnili ok. 50 osób: ponad 40 Polaków i 11 Żydów, wycofując się z minimalnymi stratami. Za odwagę ówczesny porucznik „Wojnar” został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Potem w częstochowskim Inspektoracie AK sprawnie dowodził zorganizowanym przez siebie oddziałem partyzanckim. Brał udział w akcji „Burza” dowodząc I batalionem 27. pułku piechoty AK.

Z pomocą dla walczącej Warszawy Sojczyńskiemu nie udało się dotrzeć. W grudniu 1944 r. brał udział w ochronie misji „Freston” – brytyjskiej misji wojskowej do okupowanej Polski, która miała zebrać dla rządu Wielkiej Brytanii informacje o sytuacji na ziemiach polskich, zwracając szczególną uwagę na polskie podziemie oraz stosunek do niego Armii Czerwonej. W obronie misji, 1 stycznia 1945 r. dowodzony przez niego batalion „Manewr” stoczył ciężki bój z Niemcami w okolicach Katarzynowa. W styczniu 1945 r. Sojczyński został awansowany na stopień kapitana.

Znów Radomsko

Nie złożył broni przed drugim, czerwonym okupantem. 3 maja 1945 r., po wkroczeniu sowietów, odtworzył organizację. Zadaniem była przede wszystkim obrona Polaków przed terrorem i likwidacja kolaborantów. Potem, aż do końca, wojsko Sojczyńskiego działało pod nazwą Konspiracyjne Wojsko Polskie o kryptonimie „Lasy”, „Bory”. Liczyło ok. 4 tysięcy żołnierzy, najwięcej na terenie łódzkiego i kieleckiego, ale także w śląskim i poznańskim. Oddziały KWP przeprowadziły wiele spektakularnych akcji rozbijając placówki MO i UB, rozprawiając się z miejscowymi konfidentami.

12 sierpnia 1945 r. kpt. Sojczyński wydał „List otwarty” do płk Jana Mazurkiewicza ps. „Radosław”, w którym uznał jego apel o wychodzenie z konspiracji za zdradę i apelował o dalszą walkę przeciwko komunistom.

W nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r. Sojczyński powtórzył akcję z czasów okupacji niemieckiej. Ok. 170 partyzantów dowodzonych przez Jana Rogułkę, ps. „Grot” zaatakowało Radomsko. Z miejscowego więzienia Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego uwolniono 57 aresztowanych. Nie udało się opanować siedziby PUBP, a także odnaleźć wszystkich przeznaczonych do likwidacji członków PPR, na których dowództwo KWP wydało wyroki śmierci. Po 2 godzinach, podczas odwrotu partyzanci rozbili trzykrotnie liczniejszy oddział KBW. Wtedy komuniści poprzysięgli zemstę.

„Warszyc” liczył na wybuch III wojny światowej, a w kraju na sukces Polskiego Stronnictwa Ludowego w prawdziwie wolnych, zagwarantowanych podczas konferencji wielkiej Trójki wyborach.

Przy ul. Pileckiego

Gehenna „Warszyca” rozpoczęła się 27 czerwca 1946 r., kiedy został aresztowany wskutek donosu byłego członka organizacji, który podjął współpracę z bezpieką. Proces KWP w dniach 9 grudnia – 17 grudnia 1946 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi był tylko zatwierdzeniem wyroku, który zapadł w partyjno-ubeckich gabinetach.

Oskarżali wspomniani prokuratorzy mjr Czesław Łapiński i mjr Kazimierz Graff. Łapiński, szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Łodzi, mówił mi w latach 90. XX wieku (jako dziennikarz odwiedzałem go w jego mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu): „Sojczyński prowadził regularną wojnę z twórcami nowego ustroju. Jego droga była naznaczona krwią. To był łódzki fragment bratobójczych walk. Przykłady? Na jednym z urzędów powiatowych była tablica z nazwiskami ponad 30 funkcjonariuszy UB, których zamordował. A za zbrodnie trzeba ponieść karę.

– Dlaczego oskarżał pan swoich dawnych kolegów organizacyjnych? – dopytywałem.

– To była celowa gra, polegająca na rozstawianiu akowców przeciwko sobie. Nieliczni, jak „Warszyc”, podjęli walkę zbrojną. Większość przystosowała się do nowych warunków”.

A Łapiński „przystosował” się do tego stopnia, że w ramach Wydziału do Spraw Doraźnych białostockiego Sądu Okręgowego żądał śmierci dla wielu polskich niepodległościowców. 15 marca 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie domagał się zamordowania rotmistrza Witolda Pileckiego – dobrowolnego więźnia KL Auschwitz i trójki współoskarżonych. Świadkowie zapamiętali, że na sali sądowej był wyjątkowo zajadły, ział nienawiścią. Kiedy po ostatniej rozprawie żona Pileckiego – Maria odnalazła Łapińskiego, prosząc go o pomoc, ten odpowiedział: „Pani mąż to wrzód, który trzeba wyciąć”.

W 1948 r. uzyskał awans na podpułkownika. Po odejściu z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, został cenionym adwokatem. Czesław Łapiński zmarł w 2004 r., w trakcie swojego procesu o mord sądowy na rotmistrzu Pileckim, w szpitalu przy ulicy… rotmistrza Pileckiego. Pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie. Za mord sądowy na „Warszycu” i jego żołnierzach nigdy nie został oskarżony. Kiedy w procesie Łapińskiego (jako oskarżyciel posiłkowy) domagałem się osądzenia wszystkich jego zbrodni, sędzia III RP odparł, że to nie należy do przedmiotu sprawy!

Nagroda za „Warszyca”

W grudniu 1946 r. drugim oskarżycielem „Warszyca” był Kazimierz Graff, też mający na koncie wielu polskich niepodległościowców. Ten przedwojenny prawnik po Uniwersytecie Warszawskim, po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej wstąpił do Armii Czerwonej, a potem do LWP.

Po 1989 r. udało się oskarżyć Graffa jedynie o stosowanie bezprawnych aresztów dla żołnierzy Armii Krajowej i II Korpusu PSZ gen. Andersa. Stalinowski prokurator zeznawał: „Nie mogłem sądzić, że przedwojenny oficer zeznaje nieprawdę, a zeznania są wymuszone; w aktach sprawy nie było żadnych dowodów na represyjny charakter tamtego śledztwa”. Czyli ubecy, znani z okrucieństwa, mieli być łagodni jak baranki. I takim kłamstwom dał wiarę sąd wolnej Polski! A żeby tego było mało, uznał jeszcze, że z punktu widzenia ówczesnego państwa aresztowani przez Graffa byli szpiegami!

Z Kazimierzem Graffem też przed laty udało mi się porozmawiać.

– Mordował pan polskich patriotów…

– To tylko sugestia. Kiedyś były inne oceny, teraz są inne.

– Dla Stanisława Sojczyńskiego domagał się pan kilku kar śmierci…

– Może to dużo, a może mało. Sprawę ocenią historycy.

– Niczego pan nie żałuje?

– Udziału w procesie „Warszyca” nie. Żałuję tylko, że w ogóle były takie sprawy, że mordowano ludzi.

– Nie czuje się pan winny morderstwa?

– Morderstwo? Przecież to nie ja mordowałem, tylko oni.

– Kto?

– Przepraszam, ale muszę już kończyć.

Za zamordowanie „Warszyca” Graff został zastępcą Naczelnego Prokuratora Wojskowego Stanisława Zarako-Zarakowskiego, a później – tak jak Czesław Łapiński – wziętym adwokatem. Do końca życia pobierał wysoką, resortową emeryturę. A po śmierci w 2012 r. – znów jak Łapiński – spoczął na Powązkach. Obok żony Alicji Graff, która zmarła w 2005 r. i też była stalinowską prokurator.

O tych komunistycznych mordercach pamięć przeminie. Tymczasem polskiemu bohaterowi – kpt/gen. Stanisławowi Sojczyńskiemu, ps. „Warszyc” będziemy stawiać kolejne pomniki.

Media szeroko informują o sytuacji na Ukrainie

Od poniedziałkowego popołudnia widmo konfliktu na Ukrainie stało się wiodącym tematem w niemal wszystkich mediach. Relacje na żywo pojawiły się w telewizjach informacyjnych i portalach internetowych. Wiele redakcji korzysta z pracy swoich korespondentów, którzy są blisko miejsca wydarzeń.      

21 lutego prezydent Rosji Władimir Putin podpisał dekret o uznaniu powołanych przez prorosyjskich separatystów na wschodzie Ukrainy Republik Ludowych Donieckiej i Ługańskiej. Polecił też wysłanie tam „sił pokojowych”.

Specjalne programy na ten temat pojawiły się w telewizjach informacyjnych: TVN24, TVP Info i Polsat News. Relacje na żywo o sytuacji we wschodniej Ukrainie oraz reakcji państw zachodnich na poczynania Putina, uruchomiły redakcje wielu portalu. Mogliśmy je przeczytać np. na Onet.pl. WP.pl, Interia.pl, Wyborcza.pl, rp.pl, Radiozet.pl, RMF24.pl, Wnet.fm, czy na portalach należących do Polska Press.

Wiele redakcji zamieszcza materiały swoich korespondentów, którzy są na Ukrainie. Dla TVN24 relacje przygotowują Wojciech Bojanowski i Tomasz Kanik, dla Telewizji Polskiej Tomasz Jędruchów i Marcin Tulicki, a dla Polsat News Jacek Gasiński. „Rzeczpospolita” wysłała do Kijowa szefa swojego działu zagranicznego Jerzego Haszczyńskiego, którego teksty możemy przeczytać na rp.pl. Dla mediów Polska Press materiały z Ukrainy przygotowuje Marcin Mamoń, zastępca redaktora naczelnego „Dziennika Polskiego” i „Gazety Krakowskiej”, dla Onetu Marcin Wyrwał oraz Mariusz Kowalczyk z „Newsweeka”, a dla Wirtualnej Polski Patryk Michalski. Dla Radia Wnet sytuację na Ukrainie na bieżąco komentuje jego korespondent w tym kraju Paweł Bobołowicz. Swoich wysłanników na Ukrainie  – Piotra Bułakowskiego i Mateusza Chłystuna – ma RMF FM, a Radio ZET korzysta z pracy korespondenta mieszkającego w Kijowie Marka Sieranta.

opr. jka, źródła: Wirtualnemedia.pl, rp.pl, wnet.fm

 

 

Nowości w wiosennej ramówce TVN

Od poniedziałku, 28 lutego TVN startuje z wiosenną ramówką. Na antenie pojawią się nowe programy i seriale.  

W pierwszą środę marca zadebiutuje program „Przez Atlantyk”, w którym sześć znanych osób wyrusza w podróż przez ocean. Uczestnicy nie zawiną do żadnego portu i będą zdani tylko na siebie.

Nowością w Polsce będzie format „Mask Singer”, który pojawi się w TVN od 5 marca. W programie bierze udział 12 znanych osób. Jednak ich tożsamość jest ukryta pod specjalnie zaprojektowanymi maskami i spektakularnymi przebraniami. Muzyczne popisy uczestników oglądają widzowie przed telewizorami, publiczność w studiu i czworo „detektywów”. Rozrywka polega na odkryciu kto kryje się za kolorową maską.

W wiosennej ramówce TVN zaplanowano również seriale, m.in. „Bunt!” opowiadający o losach nastolatków z młodzieżowego ośrodka wychowawczego oraz „Pajęczynę”, który łączy konwencję thrillera z intrygą szpiegowską, a inspirowany jest nieznaną historią z okresu późnego PRL-u, kiedy Polska miała szansę stać się potęgą atomową.

opr. jka, źródło: TVN Grupa Discovery