STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zaprzańcy. Dwudziestu opozycyjnych europosłów przeciwko Polsce

Ukraińskie kobiety z dziećmi uciekają od bomb i wycieńczenia. Polska przygarnia i przytula. Dzieli się tym co ma. W Brukseli parszywa opozycyjna dwudziestka eurodeputowanych z Polski, bezpieczna i obżarta, podnosi łapę przeciw własnemu krajowi i maltretowanym na naszych oczach sąsiadom, bo te pieniądze to również dla nich.

Dziesięcioro było przeciwko Polsce. Dziesięcioro się wstrzymało, co na to samo wychodzi.

Ci, którzy byli przeciw: Stare komuchy – Belka, Cimoszewicz, Miller. Szczur solidarnościowy – Buzek. Zacietrzewieni w nienawiści do PiS – Kohut, Spurek, Thun. Wreszcie icki – to takie wstążeczki na wantach jachtu pokazujące skąd wieje wiatr – Adamowicz, Kalinowski, Biedroń. Parszywa dziesiątka, pierwsza z dwóch dzieciątek.

Tych, którzy „wstrzymali się”, ale i w ten sposób opowiedzieli się przeciw współobywatelom wymienić też należy: Arłukowicz, Duda (Jarosław), Frankowski, Halicki, Kopacz, Lewandowski, Łukaciejewska, Ochojska, Olbrycht, Sikorski…

Poeta pamięta – pisał Czesław Miłosz. Pamięta Zbrodnie i niegodziwość. Wszyscy musimy zapamiętać tę dwudziestkę. To sprawa zdrady narodowej. Niech prawnicy tym się zajmą. Dość! Nie będę więcej o tych ludziach pisał, bo to nie Polacy. To zlepek egoizmu i głupoty.

Pieniądze Polsce i Polakom się należą. I dostaniemy je. I to dużo. Uczciwi ludzie na całym świecie widzą co Polska robi. Ale nie ci, którzy zarabiają ponad sto tysięcy miesięcznie. Ani ci, którzy do raju na pewno się nie dostaną, choć swoje pieniądze już tam wysłali.

Mamy już ponad 1,5 miliona uchodźców. Będzie jeszcze więcej. Święta Mario, Królowo Polski, pomóż ludziom umierającym w Mariupolu. Wydobywanym spod gruzów w czasie kolejnych bombardowań, ostrzeliwanym w pociągach ratowniczych i karetkach.

Telewizyjne relacje na przemian pokazują niezwykle przystojnych przywódców i super eleganckie przywódczynie Unii, witanych na wielkim placu przed Wersalem. I zaraz po tym widzimy zagładę, ruiny miast ukraińskich, obraz ratowanych ludzi. Piłkarze grają, artyści śpiewają i tańczą.

Tylko niebo nad napadniętym przez zbrodniarza krajem nadal nie zamknięte przed rakietami i bombowcami.

W polskim Sejmie jednogłośnie przyjęto ustawę obronną. Choć i tu pięciu się wstrzymało od głosu, dołączając do parszywej dwudziestki. Jak można przy nich siedzieć w poselskich ławach?

Mówią – zostawmy teraz spory. Dobrze. Niech chirurg – ponoć dobry – wróci do szpitala i tam się rehabilituje. Niech merkelowy wybranek znów kopie piłkę. Pax, pax!

Niech przyjdzie wiosna. Może kogoś oświeci zanim krew na polach spłynie ze śniegiem. Ukraińcy zbiorą trupy wroga, pochowają. Dowódcy rosyjscy nie zbierają zabitych żołnierzy.

Dzielni i doświadczeni, którzy walczą teraz za Ojczyznę i za nas będą z Polakami wspólnym wojskiem. Może i inni dołączą. To będzie prawdziwa armia obronna. NATO, które na razie jest nie wiadomo na co – niech się wstydzi.

Jednostki bohaterskie, ludzie, którzy pojechali walczyć na Ukrainę to wzór. Jest ich coraz więcej. Wśród nich i Polacy. Są i dziennikarze – wojenni korespondenci zasługujący na najwyższe uznanie. I to się często podkreśla. Ale niebo pozostaje otwarte dla bandytów.

Dwudziestka „rodaków” bezwstydnie jest przeciw… swojemu krajowi. Czy im to ujdzie bezkarnie?

Wierzymy: dobro zło zwycięży. Kapłan, który to mówił zginąl męczeńsko. Oprawcy pozostali bezkarni. Ksiądz został świętym. Ukraina też będzie.

Pobieramy przyspieszoną lekcję jak bronić swojego kraju? To właściwie nie lekcja, ale bardzo przyspieszone studia. Jak to się dzieje, że jeden człowiek może wyrządzić tyle zła?

Polacy ratują dzieci. Będą potrzebne pieniądze. Dużo pieniędzy. Dzieci dorosną. Politycy odejdą. Niektórzy z piętnem zdrajców. I z bredzeniem, że oni nie przeciw Polsce, a tylko przeciw PiS-owi.

Zaprzaństwo – tym słowem piętnowano targowiczan.

„Czas mroku” ponownie obejrzał WALTER ALTERMANN: przydałby się Zachodowi ktoś podobny do Churchilla

Po raz pierwszy widziałem ten film kilka lat temu i byłem poruszony jego artyzmem. Teraz jednak zrobił na jeszcze większe wrażenie, bo trudno nie odnosić „Czasu mroku” do obecnych trudnych dni i inwazji rosyjskiej na Ukrainę.

Rzecz rozgrywa się w maju i czerwcu 1940 roku. Niemcy najechały Francję, Belgię, Holandię i Luksemburg. Na francuskiej ziemi trwa walka, w której bierze udział 300 tysięcy brytyjskich żołnierzy. Wojna spycha armię Zjednoczonego Królestwa coraz bardziej ku morzu, w okolicach Dunkierki.

Nie batalistyka jednak stanowi tutaj główny wątek. Tematem tego wielkiego filmu jest duch i siła woli jednego człowieka. Jest nim Winston Churchill, który 10 maja 1940 roku został premierem. Stają przed nim pytania: walczyć czy negocjować, poddać się czy rozpętać kolejną Wielką Wojnę? I jak w każdym dobrym filmie, tak jak w życiu, bohater jest sam. Jego koledzy z rządu są słabi i myślą jedynie o dalszym utrzymaniu się u władzy. Oni są politykami jedynie na czas błogiego pokoju.

Churchill mówi do członków swego rządu: Być może, niektórzy z was uratują własne majątki, ale nad Pałacem Buckingham i nad zamkiem w Windsorze, zawiśnie hitlerowska flaga, będzie szalało Gestapo i wszyscy staniemy się niewolnikami tego, tego… człowieka.

Jedną z postaci drugiego planu jest były premier Chamberlain, osławiony radością z jaką na stopniach samolotu machał aktem podpisanym w Monachium, a który był zgodą Wielkiej Brytanii na oddanie Hitlerowi Czechosłowacji. Chamberlain to chory, słaby człowiek. Widzimy też innych polityków, którzy po ludzku boją się. Film rozgrywa się właściwie w elicie władzy. Oglądamy bardzo wielu polityków, ale widzimy tylko jednego, pełnego charakteru człowieka – Churchill’a.

Historycznie rzecz biorąc, to tylko on, od czasu objęcia władzy przez hitlerowców, mówił im „nie”. Gardził Hitlerem i jego partią. Inni politycy z elity albo nie rozumieli czym jest niemiecki hitleryzm, albo nie chcieli tego zrozumieć.

Film kończy wspaniała scena przemówienia Churchilla w Parlamencie, którym zdobywa owacje i uznanie wszystkich. Wtedy jeden z jego przeciwników (z partii Churchilla) pyta sąsiada:

– Co się właściwie stało?

– Zmobilizował język angielski i posłał go do walki.

 Dzisiaj przydałby się Zachodniej Europie ktoś, choć w połowie tylko, podobny do Winstona Churchilla. Ale nie widzę kogoś takiego. Wśród elit Unii Europejskiej, spośród premierów i prezydentów Zachodu widzę jedynie zadowolonych mieszczan, zdatnych może szefować czasom pokoju, ale na czas obecny są za mali, są nazbyt gnuśni i wygodni.

Czas mroku, film z roku 2017; Reżyseria: Joe Wright; Scenariusz: Anthony McCarten;   Produkcja: USA/Wielka Brytania; premiera 1 września 2017 roku.

Film powstał na podstawie powieści „Czas mroku. Jak Churchill zawrócił świat znad krawędzi” Anthony’ego Mc Carten’a, który jest także scenarzystą filmu. W roli Winstona Churchilla wystąpił Gary Oldman.

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Hub ekstraordynaryjny, czyli dobry przykład

Tu w Przemyślu mamy hub emigracyjny – mówi urzędnik. Kilka dni później inny urzędnik ogłasza, że w Przemyślu mamy ekstraordynaryjną sytuację. Jeden mówi w obcym języku, a drugi po staropolsku.

Najpierw zajmiemy się hubem. Po angielsku, według internetowych słowników, znaczy on tyle co po polsku centrum.

Hub, centrum czy ośrodek?

Zajrzyjmy do Słownika Języka Polskiego, Witolda Doroszewskiego. Ten akceptuje centrum, ale sugeruje, że lepiej będzie używać inne określenia i podaje przykłady: Centrum miasta, lepiej śródmieście. Centra (lepiej ośrodki) gospodarki leśnej. Coś jest w centrum czyjejś uwagi, lepiej: Coś skupia czyjąś uwagę.

Zatem, byłoby lepiej, gdyby premier rządu mówił lepiej (według Doroszewskiego). A bez żartów. Na każdym kolejnym rządzie spoczywa nie tylko odpowiedzialność za losy narodu (na szczęście nie do końca tak jest), ale także za to (w dużej mierze) jak ten naród mówi. Bo ludzie słuchają i powtarzają. Jako że przykład idzie z góry. Dlatego tak ważne jest, aby ludzie rządowi mówili bardziej po polsku.

Ośrodek jest polski, a centrum i hub są słowami obcymi. Co prawda centrum jest już przyswojone, ale jednak nie nasze. Owszem, trudno będzie namówić, lub zmusić międzynarodowe korporacje, by nie nazywały hubami swoich centrów produkcji czy badań technicznych, ale dyskretne zwrócenie uwagi przez odnośnego ministra może spotkać się z ich przychylnością. Dopóki nie spróbujemy, nie zobaczymy jak zareagują. Ja bym spróbował.

Ordynat, ordynator, ordynacja i sytuacje ekstraordynaryjne

 Z sytuacją ekstraordynaryjną sprawa jest trudniejsza. Owszem w języku polskim można tak powiedzieć, ale określenie to jest już od prawie dwu wieków przestarzałe. Dzisiaj należałoby powiedzieć, że sytuacja jest nadzwyczajna. Rozumiemy jeszcze, co znaczy subiekt (sprzedawca w sklepie); waść (rzeczownik utworzony ze skrócenia wyrażenia waszmość, a wcześniej wasza miłość lub wasza możność; jejmość (1. jakaś kobieta,2. dawniej, tytuł grzecznościowy, używany w odniesieniu do kobiet pochodzenia szlacheckiego, ale przecież nikt tak nie mówi. Te słowa należą do minionej epoki naszego języka.

Dlaczego zatem urzędnik nie mówi o sytuacji nadzwyczajnej lecz sięga wstecz? Może chciał zwrócić naszą uwagę na historyczną powagę sytuacji? Tylko kto to zrozumiał…

Co prawda do dzisiaj funkcjonują jeszcze ordynacja, ordynariusz, ordynator, ordynariat (w kościołach i wojsku), ale to z szacunku dla wielowiekowej tradycji – kościoła i szpitalnictwa.

Przyznam, że ja kojarzę tę „staropolszczyznę” jedynie z twórczością Heleny Mniszkówny i jej „Ordynatem Michorowskim”, powieści będącej kontynuacją „Trędowatej”. I czuję wtedy zapach kulek na mole, w starej szafie z pelisami.

Tajna lokalizacja

Problem jest w tym, że bardzo wielu młodych ludzi chce mówić lepiej, ważniej, poważniej – niż mówi prywatnie. Dlatego, kiedy stają przed kamerą i mikrofonem dobywają z głębi siebie przedziwne zasoby językowe. Płyną z nich wtedy słowa obce, sztuczne i zupełnie inne od tych jakimi posługują się w domu.

W telewizji widzimy jak ukraińska matka z dwójką dzieci, wysiada z pociągu Lwów-Przemyśl, jak wita się z mężem i ojcem dzieci. Podchodzi do nich młoda dziennikarka. Rozmawia z kobietą, która dziękuje Polsce za serdeczne przyjęcie. Potem Ukraińcy ruszają do wyjścia z peronu, a dziennikarka mówi: Teraz rodzina udaje się do lokalizacji, gdzie ich tato pracuje. Być może dziennikarka nie chciała ujawniać nazwy miasta lub wsi, do których zmierzają wojenni uciekinierzy, być może uznała, że lepiej będzie, gdy to miejsce pozostanie tajne, ale niemniej zwrot „do lokalizacji” jest głęboką abstrakcją. W języku polskim może być użyta lokalizacja, jako oznaczone miejsce w języku administracji, wojska lub policji, ale miejsce lokalizacji oznacza tyle co miejsce miejsca. Przykro słuchać.

Bardzo szybkie reagowanie

Poziom znajomości spraw militarnych jest taki, że dziennikarz mówi: Rozlokowano już w Polsce siły bardzo szybkiego reagowania. Mówi tak, bo nie wie, że są to: oddziały szybkiego reagowania. I nie ma żadnych sił błyskawicznego reagowania, bardzo niezwykłego reagowania i nie ma też, mówiąc po modnemu, sił mega lub giga szybkiego reagowania.

W Internecie kilku amatorów wojen i wojska głosi, że Polska powinna kupić sobie samoloty cysterny, żeby można było tankować myśliwce i bombowce w powietrzu, bo takie podobno krążą ostatnio po naszym niebie, ale amerykańskie. I nie przyjdzie im na myśl, że samolot cysterna potrzebny jest wtedy, gdy samoloty bojowe wybierają się gdzieś dalej, na przykład do Chin lub na Bliski Wschód. Nic to, dobrze jest przyłożyć własnej armii, nawet wtedy, gdy oskarżenie nie ma  najmniejszego sensu.

Na Litwie, na Ukrainie

Historycznie przyjęło się w naszym języku mówić „w” lub „na”, gdy chcemy określić do jakiego państwa się wybieramy, lub w jakimś państwie coś się dzieje. I tak mamy na Ukrainie, na Litwie, na Słowacji. Ale też  mamy: w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Rosji. Te różnice prawdopodobnie wzięły się stąd, że mówiąc o terytoriach wchodzących w skład Rzeczpospolitej Obojga Narodów, lub o uznawanych za historycznie polskie mówiono „na”. Tak jak mówiliśmy i mówimy na Śląsku, na Mazowszu. Resztę kierunków określano „w”.

Od kilku lat trwa walka naszych purystów politycznych o to, żeby nie mówić na Ukrainie lecz w Ukrainie. Bo, zdaniem ortodoksów ubliża to Ukraińcom i Litwinom. I każą nam mówić w Ukrainie , w Litwie. I część dziennikarzy mówi już po nowemu. Jest to oczywisty bezsens, bo Litwa nie była przez nas nigdy podbita i w skład Rzeczpospolitej weszła dobrowolnie. A Ukraina stanowiła wielką i silną część Rzeczpospolitej.

Nie dajmy się zwariować i mówmy jak było w historii naszego języka. Zresztą argument o przykrości jaką robimy sąsiadom, mówiąc na jest dęty. Bo przecież nie mówimy na Wielkopolsce lecz w Wielkopolsce. I mówimy również na Węgrzech, które nigdy w najmniejsze części do Polski nie należały.

Dramat jednego aktora

Onet Kultura informuje (10 03 2022), że aktor John Malkovich  wystąpi na teatralnej scenie we Wrocławiu. Zagra w spektaklu „The Infernal Comedy: spowiedź seryjnego mordercy.” Ma to być połączenie opery oraz dramatu jednego aktora.”

Tu drgnąłem, bo w Polsce utarło się nazywać teatrem jednego aktora monodramy. Ale o dramacie jednego aktora usłyszałem raz pierwszy. Rzecz w tym, że „dramat” ma w historii sztuki podwójne znaczenie. Po pierwsze – dramat to każdy rodzaj tekstu i spektaklu teatralnego; pod drugie – rodzaj tekstu i teatru, które nacechowane są powagą, gdzie przedstawione są problemy moralne, trudne, ostateczne.

Oczywiście w starożytności helleńskiej dramatem były komedia i tragedia. Ten gatunek, który dzisiaj nazywamy dramatem narodził się w XVIII wieku, wraz z dojściem do głosu nowej warstwy społecznej – burżuazji. Ta grupa nie chciała już oglądać na scenie spraw bogów, królów i cesarzy. Oni chcieli w postaciach scenicznych widzieć siebie samych. Chcieli znaleźć w teatrze potwierdzenie, że teraz to oni decydują o najważniejszych sprawach tego świata. Oczekiwali, że znajdą w teatrze zdarzenia wielkie, tragiczne, potwierdzające, że współczesność należy do nich.

Z kolei teatr jednego aktora jest zjawiskiem sztuki teatralnej, w której występuje jeden, jedyny aktor. Piszę o tym, z pozoru marginalnym tekście, bo widzę, że coraz więcej ludzi piszących o sztuce bardzo niewiele o niej wie.

Reasumując: dramat jednego aktora, z poziomu intelektualnego redakcji Onet Kultura, miałby chyba miejsce tylko wtedy, gdyby aktor na scenie, w trakcie spektaklu zachrypł i zupełnie zaniemówił. Czego zresztą nikomu nie życzę.

 

Podcast Wojciecha Jagielskiego w „Tygodniku Powszechnym”

Na stronie „Tygodnika Powszechnego” w ramach cyklu „Podkast Powszechny” zadebiutował podcast Wojciecha Jagielskiego „Strona świata”. 

Jak możemy przeczytać w zapowiedzi na stronie TP, podcast Wojciecha Jagielskiego będzie się pojawiał co dwa tygodnie, „informacje o najważniejszych wydarzeniach przeplatają się tu z historiami i anegdotami z podróży i pracy jednego z najwybitniejszych polskich reporterów i korespondentów wojennych.”

Pierwszy odcinek, w którym rozmawiają Wojciech Jagielski i Krzysztof Story, nosi tytuł „Czeczenia. Pierwsza wojna Putina”.

Wojciech Jagielski przez lata był korespondentem wojennym, pracował w „Gazecie Wyborczej” i PAP, z „Tygodnikiem Powszechnym” związany jest od 2017 roku.

opr. jka, źródło: Tygodnik Powszechny

Wydawca „Vogue” zawiesił działalność w Rosji

Condé Nast, właściciel m.in. „Vogue”, zawiesił działalność wydawniczą w Rosji, przyczyną są przepisy dotyczące cenzury.  

„Jesteśmy zszokowani i przerażeni bezsensowną przemocą i tragicznym kryzysem humanitarnym na Ukrainie” – stwierdził dyrektor generalny Condé Nast Roger Lynch w informacji skierowanej do pracowników firmy.  

Dodał, że najważniejsze jest tworzenie treści bez narażania bezpieczeństwa pracowników, uniemożliwiają to jednak uchwalone niedawno w Rosji przepisy dotyczące cenzury. Zgodnie z tzw. ustawą o fake newsach za przekazywanie informacji niezgodnej z oficjalnym obrazem działań rosyjskiej armii, grozi kara nawet do 15 lat więzienia.

Rosyjska wersji magazynu modowego „Vogue” wydawana jest od 1998 roku.

opr. jka, źródło: voguebusiness.com

Wiadomości w języku ukraińskim w Programie 3 Polskiego Radia

Serwisy informacyjne w języku ukraińskim można słuchać od środy, 9 marca na antenie radiowej Trójki. Już wcześniej wiadomości dla Ukrainy rozpoczął nadawać Program 1 Polskiego Radia.

„Serwisy ukraińskie w Trójce” są emitowane o godz. 10.30, 14.30 oraz 18.30.  Przygotowują je dziennikarze Sekcji Ukraińskiej Polskiego Radia dla Zagranicy.

– Trójka chce dotrzeć z przekazem do wszystkich, którzy uciekają z terenów ogarniętych wojną i szukają pomocy oraz schronienia w Polsce. To uzupełnienie oferty Polskiego Radia, które nadaje wiadomości dla Ukrainy za pośrednictwem fal długich i częstotliwości FM w Jedynce. Wykorzystując zasięg techniczny i częstotliwości Trójki na ścianie wschodniej, wzdłuż przejść granicznych, zdecydowaliśmy o wzmocnieniu przekazu dla obywateli Ukrainy przybywających do Polski o serwis w ich ojczystym języku także w Programie 3 – tłumaczy Marcin Wąsiewicz, dyrektor Programu 3 Polskiego Radia..

Serwisy w języku ukraińskim w Programie 1 Polskiego Radia nadawane są od 24 lutego, czyli od pierwszego dnia rosyjskiej inwazji na Ukrainę (pisaliśmy o tym TUTAJ).

opr. jka, źródło: Polskie Radio

RMF Ukraina z drugim nadajnikiem w Hrubieszowie

RMF Ukraina uruchomiło drugi nadajnik – w Hrubieszowie, tuż obok przejścia granicznego w Zosinie. Dzięki temu stacja dociera do uchodźców przekraczających granicę polsko-ukraińską nie tylko w woj. podkarpackim, ale też lubelskim

Radia RMF Ukraina w Hrubieszowie można słuchać na częstotliwości 93,3 FM. Stacja zostało uruchomione przez Grupę RMF w środę 2 marca po zaledwie 30 godzinach przygotowywań. Pierwszym miastem, w którym można było usłyszeć program RMF Ukraina był Przemyśl, gdzie radio nadaje na 98,6 FM. Rozgłośnia dostępna też jest w internecie na www.ukraina.rmf.pl i na platformie RMFon.pl.

RMF Ukraina jest radiem adresowanym do uchodźców uciekających przed wojną w Ukrainie. W programie nadawane są przez całą dobę specjalne serwisy informacyjne, w których podawane są po ukraińsku i po angielsku ważne i przydatne informacje dla uchodźców m.in. o organizacjach charytatywnych, możliwościach znalezienia noclegu, na temat opieki zdrowotnej czy o sposobach poszukiwania pracy. Jak podkreśla nadawca, stacja nie emituje reklam.

opr. jka, źródło: Grupa RMF

MIECZYSŁAW KUŹMICKI wspomina Odessę: Kto wieczorem płacze, ten śmiać się będzie rankiem

 

Ukraińskie przysłowie: „Kto wieczorem płacze, ten śmiać się będzie rankiem” przyszło mi na myśl. Wiadomo dlaczego. Wiosną 2001 roku podróżowaliśmy samochodem przez Lwów na południe, w kierunku Mołdawii. Wtedy zobaczyłem obrazki dziwne, dla mnie egzotyczne. Stojące wzdłuż dróg samochody osobowe i ludzi uprawiających działki, niewielkie poletka. Najczęściej kopali ziemię szpadlami, przerzucali łopatami, ale też widziałem scenę, kiedy kilka osób, wśród nich kobiety, ciągnęło pług prowadzony przez oracza. Wtedy uwierzyłem, że niepodległa Ukraina wytrzyma, że zbuduje swoją niezależność, że determinacja i pracowitość ludzi stanie się podwalinami silnego, zamożnego państwa.

Mam świadomość, że ci pracujący ludzie robili to wyłącznie dla siebie, po prostu starali się brać sprawy w swoje ręce. Ich wysiłek może przekładał się na promil narodowego bogactwa, a może i nie. Ale nie chcieli czekać, nie liczyli na nikogo, tylko na siebie. Wtedy chyba poczułem wielką do nich sympatię, może nawet coś więcej. A potem tak się moje życie potoczyło, że przez trzynaście kolejnych lat jeździłem do Odessy na święto miasta. Bo jest miastem partnerskim Łodzi, a ja pracując w Muzeum Kinematografii organizowałem część tzw. atrakcji artystycznych, jakie nasze miasto dawało w prezencie. To zawsze były pokazy wybranych polskich filmów. Nowych, ale i archiwalnych a także dokumentów, animacji i krótkich fabuł. Z reguły nieznanych tamtejszej widowni. Filmom towarzyszyły też wystawy, często plakatów filmowych, choć nie tylko. Zwykle staraliśmy się pokazać coś ważnego dla nas, często z odwołaniami do najnowszej historii, oczywiście każdego roku odrębnego.

Początkowo jeździliśmy samochodem, bo tak łatwiej było przewieźć filmy i wystawy. Filmy wtedy jeszcze pokazywane były z taśmy 35 mm, a to znaczy, że jeden tytuł mieścił się w skrzyni ważącej ok. 20-25 kg. A ponieważ najczęściej pokazywaliśmy 5-6 tytułów plus często kilka krótkich metraży oraz jakąś wystawę – plakatów, fotografii, dokumentów – zbierało się tego sporo. Odpowiednie auto z kierowcą oraz kierowniczką wyprawy dawał Urząd Miasta Łodzi, muzeum przygotowywało filmy, a jak trzeba to i tłumaczenia oraz wystawy.

Najczęściej ja konstruowałem program pokazów i potem każdego wieczoru przedstawiałem je publiczności. Poznałem w ten sposób kilka odeskich kin (niektóre już nie istnieją!) i odeską wytwórnię filmową. Mówiono, że żaden reżyser rosyjski filmowy nie mógł uważać się za profesjonalistę, jeśli nie miał przynajmniej 3 dni zdjęciowych w Odessie. Nie muszę dodawać, jaki mogłem czuć się popularny i ilu znajomych miałem w Odessie. Nie było problemu, żeby dostać bilety do opery albo na koncert – wystarczyło wspomnieć, że jest się z miasta partnerskiego.

A spotkania na ulicach, swobodne rozmowy przy piwie albo czymś bardziej męskim, jak określali to przygodni często znajomi: „Piwo eto dla dietiej, nam nużen spirt masłogriejnyj!” – o ile dobrze cytuję. I poczucie przynależności do jednej rodziny – ludzi wolnych, mogących decydować o swoim losie.

Wtedy poznałem miasto tak, że mógłbym oprowadzać po nim wycieczki. Co zresztą zdarzyło mi się kilka razy, kiedy przyjeżdżali nowi członkowie polskiej delegacji. Zobaczyłem też, jak bardzo wszyscy mieszkańcy miasta, nazywający siebie często „odesitami”, cenią swoją odrębność. Odrębność swojego młodego, założonego dopiero w 1794 roku miasta, od wszystkiego na świecie, z Rosją na czele. Bo mimo, iż w Odessie mówi się po rosyjsku, to w żadnym razie nie dostrzegłem tam prorosyjskich postaw. O czym przekonali się też ci, którzy w 2014 roku chcieli w mieście sprowokować antyukraińskie wystąpienia. To w Odessie usłyszałem, że słowo „kacap” znaczy u nich to samo, co u nas. A także i to, że określenie „odesit” oznaczało dawnej kogoś tak przebiegłego w interesach, że mógł sprzedać śledziowe główki po rublu za sztukę, chociaż za kilogram całych śledzi na rynku płaciło się pięćdziesiąt kopiejek!

Wspominam Odessę, jaką poznałem. Krzyżujące się pod kątem prostym ulice, liczne tablice pamiątkowe poświęcone także postaciom fikcyjnym, choć jest też na budynku, w którym mieszkał Adam Mickiewicz. Krótko mieszkał – dokładnie dziewięć miesięcy – będąc zesłany do Rosji, szukał tu pracy w renomowanym podówczas liceum założonym przez mera miasta Armanda Richelieu. Stąd, z Odessy, podróżował lądem do Akermanu i morzem na Krym. W 210 rocznicę od założenia miasta odsłonięto pomnik naszego wieszcza, a wśród gości wydarzenia był ówczesny minister kultury Waldemar Dąbrowski oraz Grażyna Szapołowska i Olgierd Łukaszewicz. Oboje czytali wtedy wiersze Mickiewicza. Autorem odlanej w brązie rzeźby przedstawiającej młodego poetę w dynamicznej pozie, jakby w marszu, jest ukraiński artysta Aleksandr Kniazyk.

Uczestniczyłem również w odsłonięciu tablicy i nadaniu imienia ulicy Lecha Kaczyńskiego – taki jest tam bowiem zwyczaj, że nowe tablice i pomniki odsłaniane są najczęściej w czasie święta miasta. Pomników w Odessie jest zresztą mnóstwo. Dwa ma Aleksander Puszkin, mają marynarze z pancernika Potiomkin, ale też lotnik – marzyciel Siergiej Utoczkin, gwiazda niemego kina Wiera Chołodna, aktor Leonid Utiosow (znany z filmu „Świat się śmieje”), zaś Ostap Bender, bohater powieści „12 krzeseł” Ilfa i Pietrowa, ma plac swojego imienia, a na nim pomnik krzesła. Jednego z tych słynnych dwunastu.

O Odessie można w nieskończoność mówić, pisać, wspominać. A to przecież tylko jedno z ukraińskich miast; każde z pozostałych ma odrębną historię, legendę, mitologię.  Mielibyśmy przestać o nich pamiętać?

Szcze ne wmerła Ukraina!

 

 

„Dlaczego milczycie, kiedy nas zabijają?”- pyta biskup ze Lwowa biskupów niemieckich. KOMENTARZ JOLANTY HAJDASZ

Swój komentarz rozpoczynam od wstrząsającego listu biskupa pomocniczego w Archidiecezji Lwowskiej Edwarda Kawy. List ten opublikował w swoim najnowszym numerze Kurier Galicyjski, niezależna gazeta Polaków na Ukrainie. List ten skierowany jest do biskupów i katolików z Rosji Białorusi i Niemiec.

Dlaczego milczycie, kiedy nas zabijają? – pyta biskup Edward Kawa i zwraca się bezpośrednio do swoich „braci w pełni chrystusowego kapłaństwa” czyli do biskupów Niemiec, którzy walczą o prawa mniejszości i upominają się o zmiany klimatyczne, zwraca się do milczących biskupów Rosji i Białorusi oraz do wszystkich katolików z tych krajów i pyta wprost – gdzie jest wasz głos solidarności z ofiarami putinowskiej Rosji, gdzie wasze akty miłości bez których nasza wiara chrześcijańska jest martwa. Niektórzy przywódcy waszych krajów popierają agresję, inni są jej źródłem, a wy milczycie. Czy to jest wasza wersja chrześcijaństwa? – pyta biskup.

Biskup, który napisał te słowa, posługuje we Lwowie, usłyszałam o jego liście w Radiu Wnet w środę 2 marca rano. W relacji ze Lwowa w Radiu Wnet znający bp Kawę dziennikarz opisał jak on teraz sam jeździ swoim samochodem i rozwozi potrzebne rzeczy ludziom, pomaga cały czas. Dziennikarz podkreślił, że biskup już cztery razy „leżał na ziemi”, bo także jego samochód kontrolowały ukraińskie chłopaki, którzy, zachowując czujność przed dywersantami sprawdzają wszystkich po kolei. Jak się wyraził dziennikarz, „szczęka im opadła” gdy dowiedzieli się, kogo potraktowali w taki   sposób. Piszę o tym, dlatego, by pokazać jego jednoznaczną postawę, która dzisiaj daje biskupowi moralne prawo do surowej oceny innych i formułowania prostych sądów na temat dobra i zła. To jest wojna, a w niej trzeba słowem i czynem pokazać, po której się jest stronie.

24 lutego 2022 roku Rosja rozpoczęła zbrojną agresję przeciwko Ukrainie. Jak napisaliśmy w naszym oświadczeniu ZG SDP z 25 lutego, wojska rosyjskie naruszyły integralność i suwerenność państwa sąsiadującego z Polską, zagrażając bezpieczeństwu wszystkich narodów mieszkających w naszej części Europy. Wojna oznacza śmierć i tragedie bezbronnych ludzi, paraliż gospodarki, chaos i zniszczenia w stopniu niewyobrażalnym dla nas wszystkich. Myślę, że wszyscy jesteśmy dumni z naszego kraju, który tak dzielnie pomaga Ukrainie, z ogromnym entuzjazmem i zaangażowaniem wspiera ukraińskich uchodźców.  Prawdziwych, a nie takich podstawionych, z jakimi mieliśmy do czynienia jeszcze kilka tygodni temu na granicy polsko białoruskiej. Granicy, którą szczególnie jesienią atakowała rzesza młodych mężczyzn, dziś na granicy z Ukrainą widzimy kobiety i dzieci, mężczyźni nawet jeśli je przywożą, to zaraz wracają bronić swego kraju. Polska jest państwem który już teraz przyjął najwięcej ukraińskich uchodźców, bo przecież wszyscy widzimy ich sytuację i to, że naprawdę potrzebują pomocy. Na szczęście zamilkli ci, którzy tak teatralnie upominali się o otwieranie granic dla pseudo uchodźców i podstawionych emigrantów, oni dziś milczą i nie mają nic do powiedzenia, nie przeproszą nikogo za swoje słowa i obrażanie nas wszystkich epitetami o rasizmie i ksenofobii. To już przeszłość.

Dziś wszyscy mamy do czynienia z bezprzykładnym aktem międzynarodowego bandytyzmu i zbrodni wojennych. Tragedia niewinnych ludzi, jakiej doświadczają dziś Ukraińcy, wymaga od nas, od dziennikarzy, przestrzegania najwyższych standardów etycznych i zawodowych. Ich podstawą jest jednak odróżnienie agresorów od ofiar, tych, którzy napadają, od tych którzy się bronią. Dlatego tak ważne są dziś sankcje i ich bezwzględność, tylko w ten sposób możemy wyrazić naszą solidarność z broniącą swej niepodległości i suwerenności Ukrainą i wyrazić nasz sprzeciw wobec pogwałcenia wszelkich norm prawa międzynarodowego przez reżim Władimira Putina.

W dzisiejszym świecie nie jest to takie proste, mamy przykład z tzw. naszego podwórka, czyli świata mediów. Pisaliśmy już o tym na portalu sdp.pl, ale przypomnę podstawowe fakty.

W odpowiedzi na barbarzyńską agresją Rosji na Ukrainę Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zażądało natychmiastowego usunięcia rosyjskich organizacji ze struktur międzynarodowych organizacji dziennikarskich (IFJ, EFJ). W odpowiedzi na ten apel sekretarz generalny Europejskiej Federacji Dziennikarzy, największej na świecie organizacji dziennikarskiej nazwał to żądanie dosłownie „głupim”, bo przecież są także „dobrzy” Rosjanie, którzy wspierają Ukraińców i starają się im pomagać, na przykład organizują w Moskwie protesty przeciwko wojnie. Tylko, że czas na taki relatywizm już się skończył, obecnie nie ma „dobrych” ani „złych” Rosjan. Są Rosjanie i Rosja, która jest agresorem w barbarzyńskiej wojnie z Ukrainą.

Na Ukrainie codziennie umierają niewinni ludzie. Dlatego sankcje muszą dotyczyć WSZYSTKICH rosyjskich organizacji, biznesu, sportu i każdej innej działalności. Gdy wojna się skończy, skończą się sankcje, ale teraz nie ma miejsca na subtelne oceny, co oznacza plakat w ręce Rosjanina „Stop wojnie”. Oczekujemy teraz sankcji wobec wszystkich rosyjskich banków, wszystkich rosyjskich firm, rosyjskich sportowców czy ludzi kultury.  Tylko w ten sposób można powstrzymać agresora.

Zakończę cytując list biskupa Edwarda Kawy ze Lwowa: Niepodległy demokratyczny kraj w samym centrum Europy „jest zmuszany” do pokoju za pomocą czołgów, rakiet i broni automatycznej na cywilów przez kraj, który odebrał im pokój w 2014 r. Armia Rosyjska przyszła do nich w Donbasie i na Krymie przynosząc śmierć i zniszczenie, represje polityczne i strach. Ale oni starali się ze wszystkich sił zachować spokój. Ukraina nikogo nie zaatakowała. Strzelają do nas na waszych oczach, a wy bracia chrześcijanie co robicie w tym czasie? – pyta biskup.

To pytanie było skierowane do Niemców, Rosjan i Białorusinów. Ale odnoszę je do nas wszystkich. Postępujmy dziś tak, byśmy mogli za kilka dni, czy najwyżej tygodni spojrzeć biskupowi prosto w oczy i odpowiedzieć, w jaki sposób pomogliśmy walczącej bohatersko Ukrainie.