SISDD nr 2 – Subiektywny i ironiczny słownik dziennikarsko-dziennikarski HUBERTA BEKRYCHTA

W proteście przeciwko politycznej poprawności redakcja zastrzega sobie niealfabetyczną kolejność publikacji haseł słownika.

Dziennikarstwo międzynarodowe – specjalność dziennikarzy, którzy byli przynajmniej dwa razy za granicą;

Publicystyka międzynarodowa – specjalność dziennikarzy, którzy byli przynajmniej trzy razy za granicą;

Akredytacja – kłopoty;

Akredytacja międzynarodowa – pozwolenie na napisanie tekstów i realizację materiałów elektronicznych, które akceptuje kraj goszczący (uwaga: w Rosji trzeba mieć jeszcze zezwolenie od weterynarza);

Tłumaczenie symultaniczne – translacja dziennikarska polegająca na takim przekładzie, który zgadzałby się z uprzednio napisanym tekstem;

Legitymacja dziennikarska – dokument, który poszczególne kraje interpretują po swojemu – jak Rosja swoje granice – czyli, jak chcą;

Oznaczenia „Press” – ważne tylko wówczas, kiedy dziennikarze są dalej niż zasięg broni snajperskiej lub podczas bankietów;

Znajomość języków – umiejętność radzenia sobie przy każdym stole bankietowym.

Ciąg dalszy będzie się ciągnąć, ale należy założyć, że publikowane znaczenie haseł może być niezgodne ze stanem faktycznym.

WALTER ALTERMANN: My Portorykańczycy albo o skutkach badania rynku

Film narzuca język narracji mediom. To dlatego wojna przedstawiana jest coraz częściej jako atrakcja.

Jakieś 20 lat temu producenci filmowi z USA zamówili w poważnej firmie marketingowej badania. Zadanie brzmiało: „Kim jest typowy odbiorca amerykańskiej produkcji filmowej”. Firma wzięła się poważnie do pracy, a raport liczył prawie 700 stron. Pełno w nim tabelek, wykresów i algorytmów. W podsumowaniu, na końcu opasłego tomiszcza, znalazło się zdanie warte te kilkadziesiąt milionów dolarów, które zapłacili producenci filmów.

Zdanie to wyglądało tak: „Typowym odbiorcą amerykańskiej produkcji filmowej jest szesnastoletni Portorykańczyk, analfabeta.”

Od publikacji tamtego raportu producenci filmowi w USA jeszcze uważniej czytają scenariusze, jeszcze pieczołowiciej konstruują obsady, jeszcze precyzyjniej dobierają reżyserów i bardziej drobiazgowo przyglądają się końcowemu efektowi na taśmie. Tak, aby – ów precyzyjnie określony w raporcie – widz jak najchętniej szedł do kina. Bo w końcu chodzi o pieniądze, które wyłożyli producenci, i o pieniądze których mogą nie zarobić, a nawet stracić.

Nie wiem czy nasi właściciele stacji radiowych, telewizyjnych, portali internetowych i gazet czytali ten raport, ale postępują dokładnie tak jakby umieli go na pamięć. A może mają własne raporty, jeszcze lepsze? To znaczy jeszcze gorsze dla wymagającego odbiorcy?

Tu wypada przypomnieć, że tak zwane: „słuchalność”, „rozpoznawalność” stacji radiowych i telewizyjnych oraz liczba „wejść”, czyli „klikalność”, na portale przekłada się na konkretne, bardzo duże pieniądze od reklamodawców. Nie wspomnę o nakładzie gazet, bo to oczywiste. A zatem walka nie idzie o żadną tam prawdę, o żaden tam styl i klasę – to jest wojna o pieniądze.

Wracając do rzeczonego Portorykańczyka. Oczywiście nie mam nic przeciwko żadnej nacji, nie mam też nic przeciwko analfabetom, ale jest faktem, że najbardziej kasowe są te filmy, które pojmie każdy. I tak to, proszę Państwa, wygląda.

Zastanówmy się teraz co może Portorykańczyka (także i naszego odbiorcę) odstręczyć od udziału w zbiorowej zabawie pod nazwą „Film i media dla was”. Przede wszystkim towar musi być podany w atrakcyjnej formie, czyli wymagane jest żywe tempo akcji, bohaterowie i narrator (w mediach) muszą mówić zrozumiałymi dla każdego krótkimi zdaniami. Tematy muszą być bliskie każdemu – jedzenie, picie, seks, złodziejstwo, bandytyzm i jak najmniej moralnych wątpliwości, bo te komplikują akcję. Prosty człowiek (a do takiego kierujemy nasze „wypowiedzi”) nie lubi czego nie rozumie. Więc żadnych dwuznacznych postaw, nawróceń bohatera i broń Boże jakiegoś tam odkupienia win. Zatem Szekspir (choćby jako wzór dramaturgiczny) odpada. Świat musi być czarno-biały. Dzisiaj odpada nawet „Ojciec chrzestny”, bo jego fabuła i bohaterowie krojeni są na wzór szekspirowskiej tragedii.

To dlatego mamy coraz więcej nowych filmów, które już chyba widzieliśmy. I nie ma się co dziwić, skoro „Masakra teksańską piłą mechaniczną” sprawdziła się w wersji podstawowej, to producent ciągnie ją w wersji 1,2,3 itd. A zombie? Bez wstydu produkuje się kolejne filmy o żywych trupach. Produkuje się, bo z tego jest kasa. To są oczywiście przykłady ekstremalne, ale przecież powstają kolejne komedie miłosne robione według wzoru, który już się sprawdził.

A temat II wojny światowej? Przecież filmy o niej stały się już nowymi westernami. I jakoś żadnemu z producentów nie zadrży ręka (przy liczeniu pieniędzy), że jest jednak różnica między walką z bandytami na Dzikim Zachodzie a walką z hitlerowcami. Zresztą w produkcji zachodniej II wojna światowa już od kilkunastu lat stała się przygodą z ostrą strzelaniną i hektolitrami sztucznej krwi.

Powiedzmy sobie wyraźnie: film narzuca język narracji mediom. To dlatego Discovery, i pozostałe kanały z nadtytułem Historia, przedstawiają wojnę jako ogromną atrakcję. Mnożą się filmy dokumentalne porównujące uzbrojenie i strategię obu stron. Zupełnie tak, jakby chodziło o wojny punickie. Owszem, z okazji rocznic (jak choćby ostatnio z okazji rocznicy wyzwolenia Auschwitz ukazują się artykuły poważne), ale to przecież tylko na chwilę.

Prasa, w obu formach (elektronicznej i gazetowej) również prześciga się w opisywaniu technik walki. I jakoś nikomu z redaktorów do głowy nie przychodzi, że wojna to śmierć i zniszczenie.

Najlepszy przykład mamy teraz przy okazji sytuacji na Ukrainie. Jest coraz więcej artykułów o uzbrojeniu, jego nowościach, sile tego uzbrojenia. Mamy przeglądy tego co ma gotowego do użycia Rosja, Ukraina i państwa NATO. Zupełnie tak, jakby chodziło o wielki mecz piłkarski Wschód kontra Zachód. Ot, zwykłe zmaganie się, prawie sportowe. A o tym, że w wyniku konfliktu zbrojnego mogą być ofiary jak najciszej, prawie nic.

Zdehumanizowanie mediów jest straszne. Zupełnie tak, jakby panowała zmowa milczenia, żeby o potencjalnych ofiarach pisać mało, a najlepiej wcale. Żeby nie straszyć i nie denerwować tego szesnastoletniego Portorykańczyka. Tego Portorykańczyka, który jest w każdym z nas. A przynajmniej tak zakładają koledzy z prasy, radia i telewizji.

Nie oczekuję, że media okażą się powagą, bo powaga słabo się sprzedaje. Napisałem powyższe, jako ten głos na puszczy. No, ale ktoś musiał to przecież napisać.

Protest CMWP SDP przeciwko blokadzie wykładu z konferencji „Oblicza pandemii” na kanale You Tube Radia Maryja

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko blokadzie wykładu doktora Zbigniewa Martyki z konferencji „Oblicza pandemii” na kanale You Tube Radia Maryja i apeluje o cofnięcie tej decyzji oraz zaniechanie takiego działania w przyszłości. Jest to naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem każdego demokratycznego państwa.

1 lutego br. portal społecznościowy YouTube zablokował wykład dr. Zbigniewa Martyki, internisty i specjalisty chorób zakaźnych  opublikowany na koncie Radia Maryja. Wystąpienie pt. „Wyzwania przed służbą zdrowia w dobie pandemii” zostało wygłoszone w sobotę 29 stycznia w Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu podczas sympozjum „Oblicza pandemii”. Doktor  Zbigniew Martyka był jednym z prelegentów konferencji, w swoim wystąpieniu mówił o problemach stojących przed służbą zdrowia w dobie pandemii koronawirusa i zwracał uwagę na  wymagające wyjaśnień kwestie związane z działaniami mediów i służby zdrowia w czasie pandemii. Portal społecznościowy  You Tube nie podał konkretnych przyczyn usunięcia jego wykładu, poinformował jedynie , iż  „film został usunięty z powodu naruszenia Warunków korzystania z usługi YouTube”, nie uzasadniając tego w żaden inny sposób.  Usunięty wykład specjalisty chorób zakaźnych cieszył się wielkim zainteresowaniem odbiorców, w ciągu niecałych trzech dni od publikacji, miał prawie 300 tys. odsłon

Wyjątkowo bulwersujące jest w tym przypadku to, iż YouTube stara się usunąć z przestrzeni publicznej publikacje wyrażające ważne treści w sytuacji dyskusji, jaka obecnie toczy się w Polsce i na świecie w związku ze zwalczaniem pandemii   koronawirusa i jej skutków, co ma swoje odzwierciedlenie w różnych środkach masowego komunikowania. Wykład był wygłoszony na oficjalnej, naukowej konferencji, przez kompetentną osobę z uznanym dorobkiem zawodowym, która w świadomy sposób zdecydowała się opublikować swoje opinie oraz podać do publicznej wiadomości swoje nazwisko. Usuwanie treści tego wystąpienia z kanału nadawcy, jakim jest Radio Maryja, jest więc absolutnie nieuzasadnione i  narusza polską Konstytucję oraz Prawo prasowe.  Ze względu na powszechność serwisu internetowego YouTube działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań.

CMWP SDP przypomina, iż  cenzura jest konstytucyjnie zakazana i niedopuszczalna także w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Usuwanie treści z portali społecznościowych bez wskazania konkretnych przykładów naruszenia polskiego prawa  i bez realnej możliwości odwołania się Redakcji od decyzji o blokadzie narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa.  CMWP SDP apeluje o cofnięcie tych decyzji oraz zaniechanie takiego działania w przyszłości.

 dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 2 lutego 2022 r.

Usunięty z YouTube wykład dra Zbigniewa Martyki aktualnie dostępny jest TUTAJ.

Odpowiedź Ambasady Brytyjskiej na interwencję CMWP SDP w sprawie zatrzymania red. Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie

Polityka rządu Wielkiej Brytanii polega na niekomentowaniu szczegółów poszczególnych przypadków –  napisał Jason Rheinberg, zastępca Szefa Misji Ambasady Brytyjskiej w Warszawie w odpowiedzi na protest CMWP SDP w sprawie nieuzasadnionego zatrzymania na lotnisku w Londynie red. Rafała Ziemkiewicza. Pismo w tej sprawie zostało wysłane do Ambasady Brytyjskiej 30 listopada ub. roku, odpowiedź na nie została przesłana z datą 21 stycznia br.

Jason Rheinberg poinformował nas, iż  Ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce odpowiedział bezpośrednio Redaktorowi Rafałowi Ziemkiewiczowi w dniach 3 grudnia i 17 grudnia 2021 roku. Dodał także, iż  wszyscy obywatele UE i spoza UE są traktowani na takich samych zasadach  dotyczących ich wjazdu do Wielkiej Brytanii. Zgodnie z tymi zasadami,  danej osobie można odmówić wjazdu, jeżeli uzna się, na podstawie jej charakteru, zachowania lub skojarzeń, że jej obecność w Wielkiej Brytanii nie sprzyja dobru publicznemu – czytamy w odpowiedzi (ang. cyt. According to those rules, an individual may be refused entry where it is considered , on the basis of their character, conduct or associations that their presence in the UK is not conducive to the public good) .

Odpowiedź Ambasady Brytyjskiej na interwencję CMWP SDP:

220120 DHM letter to Dr Jolanta Hajdasz (1)

Pismo CMWP SDP do Ambasady Brytyjskiej w sprawie red. Rafała Ziemkiewicza z 30 listopada 2021 r. (publikujemy jego polską wersję ):

Pismo CMWP SDP do Ambasador WB

3 października 2021 CMWP SDP  opublikowało stanowczy protest  przeciwko bezpodstawnemu i skandalicznemu zatrzymaniu polskiego dziennikarza i publicysty Rafała Ziemkiewicza przez służbę graniczną na lotnisku Heathrow w Wielkiej Brytanii i zaapelowało do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy. Zatrzymanie i niewpuszczenie dziennikarza na teren Wielkiej Brytanii z powodu głoszonych przez niego poglądów jest szczególnie bulwersującym przejawem eliminowania z przestrzeni publicznej  dziennikarzy  utożsamiających się z konserwatywnymi i prawicowymi poglądami – czytamy w stanowisku CMWP SDP.

2 października b.r. publicysta jednego z najbardziej opiniotwórczych w Polsce tygodnika „Do Rzeczy” przyleciał do Wielkiej Brytanii z żoną i córką, która miała rozpocząć naukę w Oxfordzie. Brytyjskie służby przepuściły żonę i córkę redaktora Rafała Ziemkiewicza, ale jego samego zatrzymały. Publicyście odebrano m.in. leki, dokumenty i telefon. Po kilku godzinach red. Rafał Ziemkiewicz został zwolniony z aresztu, ale jednocześnie został zmuszony do natychmiastowego powrotu do Polski. Brytyjski Urząd do Spraw Cudzoziemców w wydanym przez siebie dokumencie stwierdził, iż red. Rafał  Ziemkiewicz został zatrzymany z powodu głoszonych poglądów politycznych. Czytamy w nim: „Wnioskował pan o pozwolenie na wjazd do Wielkiej Brytanii jako gość na dwa dni. Jednakże uważam, że wykluczenie pana ze Zjednoczonego Królestwa sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami i mogą być obraźliwe dla innych, a tym samym sprawiają, że uzyskanie możliwości wjazdu [na teren Wielkiej Brytanii – red.] jest niepożądane” – napisano w oficjalnym dokumencie brytyjskich służb opublikowanym na portalu dorzeczy.pl (ang. You have sought permission to enter the UK as a visitor for two days. However I consider your conclusion from the UK is conductive to the public good. This is due to your conduct and views which are at odds with British values and likely to cause offence and therefore make it undesirable for you to be granted entry).

Zatrzymanie redaktora Rafała Ziemkiewicza i niewpuszczenie go do wjazdu na teren Wielkiej Brytanii to skandaliczne i niedopuszczalne naruszenie zasady wolności słowa fundamentalnej dla każdego demokratycznego państwa. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.  Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące (sprawa Prager i Oberschlick przeciwko Austrii, skarga nr 11662/85).

Red. Rafał Ziemkiewicz to znany i ceniony polski dziennikarz, publicysta o konserwatywnych i prawicowych poglądach, komentator polityczny i ekonomiczny, a także pisarz specjalizujący się w literaturze fantastycznonaukowej i społeczno-obyczajowej, auto kilkudziesięciu powieści, zbiorów opowiadań oraz książek publicystycznych.W związku z zaistniałą i opisaną powyżej sytuacją CMWP SDP apeluje do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy – czytamy w stanowisku CMWP SDP z 3 października 2021 r.

Podsumowanie styczniowych procesów dotyczących zabójstwa red. Jarosława Ziętary

Zeznania kolejnych trzech świadków, jedna rozprawa odwołana i przełożona na luty – to bilans postępowania sądowego w sprawie zabójstwa w 1992 r. red. Jarosława Ziętary. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP, obserwatorem procesów jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

Jarosław Ziętara był dziennikarzem „Gazety Poznańskiej”. 1 września 1992 r. wyszedł z domu do pracy, jednak nigdy nie dotarł do redakcji. Po latach krakowska prokuratura stwierdziła, że 24-letni reporter został porwany i zamordowany. Zdaniem śledczych Ziętara miał zbierać informacje dotyczące holdingu Elektromis, w którym zatrudnienie znajdowali byli funkcjonariusze służb specjalnych i mundurowych PRL-u m.in.  Milicji Obywatelskiej, ZOMO itp. Prawdopodobnie red. Ziętara wpadł na trop działalności prowadzonej przez poznańskich biznesmenów, a związanej z m.in. przemytem papierosów i alkoholu. W 1999 roku Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego. W roku 2016 r prokuratura oskarżyła byłego senatora Aleksandra Gawronika o to, że podczas narady w firmie Elektromis podżegał do zabójstwa Ziętary. Z kolei dwaj byli ochroniarze firmy Elektromis „Ryba” i „Lala” zostali oskarżeni o porwanie dziennikarza i przekazanie go nieustalonym zabójcom. Oskarżeni mężczyźni nie przyznają się do winy.

W styczniu 2022 roku w poznańskim Sądzie Okręgowym zaplanowano dwa posiedzenia w sprawach dotyczących śmierci red. Jarosława Ziętary. Pierwsza sprawa, rozpisana na wtorek 11 stycznia nie odbyła się pomimo stawienia się prokuratora Piotra Kosmatego, oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętary, barta Jarosława oraz oskarżonego o pomocnictwo i podżeganie do zabójstwa dziennikarza, Aleksandra Gawronika wraz z obrońcą. Strony zostały poproszone na salę sądową jednak bez udziału mediów i publiczności. Po krótkim czasie wszyscy wyszli z sali i na korytarzu prokurator Piotr Kosmaty w rozmowie z dziennikarzami powiedział, że ze względu na chorobę członka składu sędziowskiego, rozprawa odbędzie się w lutym.

Z kolei we wtorek, 18 stycznia odbyła się sprawa przeciwko dwóm byłym ochroniarzom nieistniejącej już firmy Elektromis, których oskarża się o pomocnictwo i podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. Na rozprawę oprócz stron tym razem też licznie przybyła publiczność, w tym dziennikarze. Zostało wezwanych trzech świadków, wszyscy się stawili i jako pierwszy zeznawał 72 letni Marian K. To do niego w 1992 roku zgłosili się czterej poznańscy dziennikarze z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu losów swojego kolegi. Agencja detektywistyczna, której Marian K. był właścicielem po kilku miesiącach zrezygnowała ze sprawy.  Świadek zeznał, że decyzję tę podjął także pod wpływem sugestii współpracowników: – sprawa sięgała wyżej, a my nie mieliśmy środków żeby ją prowadzić. (…) doszliśmy do wniosku, że w sprawę zaangażowana jest służba bezpieczeństwa i dalsze nasze zaangażowanie spowoduje kłopoty.

Dopytywany przez prokuratora czego konkretnie bał się, stwierdził:

– Obawialiśmy się częstych kontroli. Baliśmy się też zastraszania. Zatrudniałem byłych pracowników tych instytucji, więc wiem jak one działały. (…) Zastosowałem taktykę uniku. Nie powiedziałem dziennikarzom o naszych ustaleniach. Gdy padła gdzieś informacja o Opus Dei, podjąłem ten temat, dla spokoju.

W trakcie zeznań z ust świadka padły też słowa o tym, że „Ziętara miał powiązania z rządem”

Zareagował na to sędzia sprawozdawca prosząc by świadek powtórzył to stwierdzenie. Emerytowany detektyw jednak szybko się poprawił i odpowiedział:

miałem na myśli firmę Elektromis i jej kontakty z rządem. Ślady prowadziły do Warszawy. Tu powołał się na swojego informatora ze służb. Następnie przyznał, że jego pracownicy twierdzili, „że Elektromis miał pośredni związek ze zniknięciem Ziętary”. Firma handlowała alkoholem, a Ziętara miał natrafić na ślad przemytu.

-Moi pracownicy doszli do takich wniosków na podstawie zeznań pracowników szefa Elektromisu. Ale to były tylko przesłanki, dowodów nie widziałem — zeznał K. Dodał, że z ustaleń jego biura wynikało, że dziennikarz „został zamordowany i zutylizowany”, w tym miejscu również zaznaczył, że to tylko „przesłanki, bo dowodów nie widział”.

Warto też dodać, że świadek zeznał, iż jeszcze przed uprowadzeniem Ziętary przyjął zlecenie od Elektromisu. Jednak nie powiedział o co chodziło, poinformował tylko, że nie otrzymał zapłaty za wykonaną pracę. Znamienne jest także, że ani razu przed sądem nie użył nazwy UOP posługiwał się słowem służby lub nawet służba bezpieczeństwa.

Jako drugi zeznawał Piotr G., dziennikarz, politolog, który w latach 90. był redaktorem naczelnym tygodnika „Poznaniak” należącego do spółki kontrolowanej przez Elektromis. Podczas zeznań kilka razy stanowczo zaprzeczył, by Elektromis kiedykolwiek na niego w tej sprawie naciskał.

Oświadczył, że podczas swojej pracy dziennikarskiej podejmował ważne śledztwa: w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka. Jednak sprawa Jarosława Ziętary była najtrudniejsza. — Gdyby były naciski na mnie w sprawie Jarka Ziętary, na pewno od razu przestałbym kierować tym pismem. Podałbym się do dymisji.

Piotr G. osobiście pisał artykuły o losach Ziętary i spotykał się z jego ojcem Edmundem.

Pan Edmund bardzo szybko był przekonany, że stała się straszna krzywda jego synowi.

Podwładni z kierowanego przez niego tygodnika weszli też w skład grupy śledczej dziennikarzy, którzy na własną rękę szukali sprawców porwania Jarosława Ziętary.

W pierwszym numerze, który się ukazał po uprowadzeniu, zniknięciu Jarka, w okolicy 7 września napisałem, że jak ginie ktoś z taksówkarzy, wszyscy taksówkarze się jednoczą, żeby ująć przestępcę. I naszym obowiązkiem, całego środowiska dziennikarskiego jest postępować w ten sam sposób.

Rozwijając tę myśl zeznał, że w 1995 roku wystąpił na zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, gdzie opowiedział o nieznanym jeszcze wtedy losie Jarosława Ziętary, licząc że temat wywoła „wielki front dziennikarski”, jednak w ocenie świadka tak się nie stało. W 1998 roku wysłał na konkurs SDP tekst podpisany przez czterech autorów, który uzyskał wyróżnienie. Podczas rozdania nagród, na sali był obecny premier Jerzy Buzek, bo nagroda była ufundowana – według świadka – przez rząd. Jeden z autorów, Stanisław Rusek, poprosił o uczczenie minutą ciszy zmarłą matkę Jarka. Następnie umówili się na spotkanie z premierem, na które doprosili red. Krzysztofa Kaźmierczaka.

Ostatnim świadkiem była Elżbieta Ł., która osobiście poznała Jarosława Ziętarę. Opowiedziała przed sądem, że w 1991 do firmy „Promyk” prowadzonej przez jej byłego męża przyszedł „młody, przystojny mężczyzna.” To był Jarosław Ziętara, który chciał przeprowadzić wywiad. Gdy ówczesny mąż Ł. zobaczył reportera, „wyszedł z nim za drzwi i po chwili wrócił twierdząc, że to był jego „dawny kolega z więzienia.” Ł. oświadczyła, że w latach 80. były mąż siedział w więzieniu i początkowo mu uwierzyła. Jednak Jarosław Ziętara były wtedy dzieckiem i nie mógłby być „kolegą z więzienia”.  Ł. rozstała się z mężem, bo w firmie „Promyk” „dochodziło do różnych oszustw i psychicznie sobie z tym nie radziłam”. Drugi raz spotkała się z Jarosławem Ziętarą na początku 1992 roku, gdy ten pracował już w Gazecie Poznańskiej.

— Spotkaliśmy się w kawiarni. Był zdziwiony, że odeszłam z dobrze prosperującej firmy. Opowiedział mi wtedy, że w Poznaniu jest kilka firm, które prowadzą nielegalne interesy, na pewno wymienił Elektromis. Ja z kolei pamiętałam, że u nas w „Promyku” byli ludzie z Elektromisu i chcieli, żebyśmy zainwestowali w przemyt alkoholu. Gdy Ziętara zniknął 1 września 1992 r., po kilku dniach spotkałam się z moim byłym mężem. Rozmawialiśmy o alimentach na nasze dzieci. Zapytałam go wtedy, czy wie, że ten dziennikarz zniknął? A on mi na to odpowiedział, że Ziętara wkładał nos w nie swoje sprawy i nie żyje, a mnie czeka to samo — zeznała Elżbieta Ł.

Kolejne rozprawy odbędą się w lutym.

WALTER ALTERMANN: Szlachetczyzna językowa, czyli co się ciągnie za wojskiem

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Młoda poseł mówi w telewizji, że „Lex Czarnek” wymaga jeszcze konsultacji z interesariuszami. Dlaczego nie powiedziała, że ustawę powinno się konsultować z rodzicami, nauczycielami i organizacjami pozarządowymi, działającymi w oświacie? Bo tak to może powiedzieć każdy. A wielmożowie sejmowi muszą się różnić przecież od szlachty zagonowej, chłopa czy łyka. I to dlatego szlachta zawsze chciała się wyróżniać strojem, a przede wszystkim wtrącaniem do macierzystego języka zwrotów łacińskich. Stąd zresztą powiedzenie „poznać pana po cholewach” oraz słynny tekst „chłopis cum gleba ascriptis”. Już po II rozbiorze Sejm obradował poważnie nad zakazem chodzenia przez nie-szlachtę w czerwonych butach.

Wracając do języka. Po łacinie, w XVIII wieku przyszła moda na szczątkowy francuski, a teraz na bardzo uproszczony angielski. Pojęcie interesariusz wprowadzono do języka angielskiego w roku 1963 i brzmiało – stakegolders. Jest to zatem pojęcie nowe i ciągle jeszcze powszechnie nieznane. Ale o to właśnie chodzi, żeby chłop i plebejusz nie wiedzieli w czym rzecz. Bo co to za poseł, który mówi językiem gminu?

Grzechy szlachty i magnaterii ciągną się za nami przez wieki, jak przysłowiowy smród za wojskiem. W wersji lżejszej można powiedzieć: „obciążają nas grzechy ojców naszych”.

Niezgłębionym „rezerwuariuszami” błędów językowych są sprawozdawcy sportowi, za co jestem im zresztą wdzięczny, bo mam o czym pisać. Zauważyłem jednak, że z języka sportu garściami czerpią politycy. Oto już nagminnie ministrowie, posłowie, senatorowie za sprawozdawcami, używają słówka timing (wym. tajming). Po polsku by to się tłumaczyło „wybór najlepszego momentu” lub „najlepszy moment na podjęcie działania, akcji, ataku”. I mamy tajming na wprowadzanie zmian podatkowych, na zmiany w prawie drogowym, itd.

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Oprócz tajmingu rozpowszechniły się w sporcie zwroty, odnoszące się do robienia czegoś „na spokoju” i „na nerwach”. W sporcie „na spokoju” ma oznaczać, że zawodnik jest opanowany, kontroluje sytuację. Z kolei „na nerwach” oznacza, że sportowiec jest zdenerwowany i działa nerwowo, bo przegrywa. Na razie żaden z polityków nie mówi jeszcze, że „działa na nerwach”, ale że „na spokoju” już kilka razy słyszałem.

Co prawda jeszcze nie tak dawno miejska gwara Łodzi, która powoli zanika (gwara, bo Łódź jeszcze się trzyma), miała takie zwroty jak: „szynka na 50” czy „polędwica na 35”. Bywając często w Białymstoku lubiłem się wsłuchiwać w tamtejszą gwarę. Kiedyś zapytałem miejscowego rzemieślnika, jak udało mu się naprawić moją mocno zniszczoną skórzaną torbę. O, tak, o! – odpowiedział skromnie kaletnik, wykonując w powietrzu ręką jakieś kółko.

Byłem też kiedyś świadkiem rozmowy w kolejce sklepowej młodej kobiety z młodym mężczyzną, którzy przed laty chodzili do jednej szkoły.

– I co u niego słychać? – zagaduje kobieta.

– Żonę mam i syna. A u niej?

– A ja mam męża i dwie córki.

Ta forma zwracania się do siebie w trzeciej osobie wiedzie się z dawnej Polski i oddaje szacunek dla rozmówcy. Gwary są pięknymi reliktami języka polskiego, ale we współczesnych polskich mediach musi obowiązywać norma i poprawność języka polskiego. Przed wojną przyjmowano za obowiązujący wzorzec „Język i wymowę wykształconych warstw społecznych Warszawy”. Dziś nie ma tak odważnych językoznawców, którzy zalecaliby tę przedwojenną normę.

Czy nie denerwuje Państwa powszechne w języku dziennikarzy „dopytanie”. Dziennikarz prowadzi z kimś wywiad, a na koniec mówi: „Pozwoli pan, że jeszcze dopytam o…”. Co znaczy owo „dopytanie”? Nie wiem, ale jest irytujące. Dlaczego dziennikarz nie mówi: „Pozwoli pan, że zapytam jeszcze o…”? Myślę, że w tym przypadku decyduje moda. I dlatego pytanie o powód jest tu bezsensowne. Zupełnie tak, jak by pytać dlaczego w latach 60. wszyscy młodzi mężczyźni nosili obcisłe spodnie rurki i półbuty w bardzo wąski szpic. Buty zniekształcały palce a rurki obciskały męską sferę intymną, z czego populacja mogła się dramatycznie zmniejszyć. No, ale co tam… Taka była moda.

Widziałem ostatnio w jednej z telewizji informację o rekonstrukcji grodziska wczesnośredniowiecznego w Tumie pod Łęczycą. Obrazki pokazują, jak montowana jest wielka drewniana brama wjazdowa, jak z wału ziemnego wystają potężne zaostrzone pnie częstokołu. A zadowolony dziennikarz mówi: „Teraz mury grodziska będą jak nowe”. Mówi tak i nie widzi, że ten historyczny obiekt jest eliptyczną budowlą stworzoną z ziemnego wału, wzmocnionego częstokołem?

Przeczytanie skróconej historii Tumu zajęłoby dziennikarzowi jakieś 10-15 minut, ale przecież on się zaangażował do TV jako mówiący, a nie czytający. Ale też samo „doczytanie” nic by chyba nie dało. Bo piszący o historii Tumu nie zaznaczają czym różni się mur od budowli ziemnej, widać uważają to za znaną oczywistość. I rzeczywiście, takie drobiazgi trzeba znać z wcześniejszych lektur.

Stary dowcip mojego dziadka profetycznie oddawał dzisiejszą sytuację: „W czasie insurekcji kościuszkowskiej poszukiwano pisarza, który protokołowałby narady i wypisywał rozkazy. Zgłosił się chłop starszy, ale o mądrym obliczu. Posadzono go z boku, dano papier, kałamarz i gęsie pióra. Narada trwa a chłop ostro skrobie piórem. Na koniec każą mu przeczytać co napisał. Chłop wstaje od stolika i mówi: Ja sie tu godził na pisarza, a na czytacza najmijta se już ta inszego. I wyszedł, a na papierze pozostały kleksy i niezrozumiałe bazgroły.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Dziennikarz rozdarty Rutkowskim

To konflikt między prawami boskimi a ludzkimi. Między wysokimi zasadami nakazującymi promocję nieskazitelnych wzorców a przyziemnością żądającą przetrwania, czy też przetrwania na tłusto. Problem jest nierozwiązywalny, choć trzeba twierdzić inaczej. Jedyne co możemy, to kluczyć zawierając mądre kompromisy na naszych zasadach. A teraz egzemplifikacja.

Sprawa nieco zabawna, choć z bynajmniej niezabawnym kontekstem. Przypomniała mi się w związku z 10. rocznicą zamordowania Madzi z Sosnowca, ale nie o dzieciobójstwo tu chodzi, nie o kontekst społeczny, tylko o zachowania dziennikarzy na jednym przykładzie. Na przykładzie Krzysztofa Rutkowskiego, postaci co najmniej kontrowersyjnej, niemniej obiektywnie rzecz biorąc z sukcesami żeglującej w mediach i życiu.

Sprawa sprzed 10 lat. Studio TVN24, program prowadzi redaktor Katarzyna Kolenda-Zalewska. Jej gośćmi są ówczesny rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski i detektyw Krzysztof Rutkowski. Redaktor Kolenda-Zalewska od początku nie kryje swojego negatywnego nastawienia do detektywa. Traktuje go z wyższością i lekką kpiną. Rutkowski jak to Rutkowski przychodzi w okularach przeciwsłonecznych. Redaktor rozmowę zaczyna ze zjadliwym uśmieszkiem, K-Z: „Coś ze wzrokiem pan ma, chory?”. Na to Rutkowski: „Nie, dlaczego?”. K-Z: „Ciemne okulary pan ma?” R: „Jak widzę taką gwiazdę, mogę być oślepiony.” K-Z: „Rozumiem, że to taka stylistyka, Miami Vice, tak? Na kogo pan się kreuje?” R: „Na Rutkowskiego”. Ta wymiana zdań na samym początku pokazuje, co i jak myśli dziennikarka o swoim gościu. Mamy więc tego Rutkowskiego, którego prestiżowa dziennikarka, w prestiżowej stacji TVN24 dbającej o standardy traktuje z lekką pogardą. Ale…

Ale na antenie TVN24 obserwowaliśmy jednak na żywo konferencje prasowe Krzysztofa Rutkowskiego, których zorganizował w tej sprawie kilka. Najdłuższa trwała grubo ponad godzinę i każda minuta, każda sekunda darmowego dla niego czasu antenowego była bezczelnie wykorzystywana do promocji biura Rutkowski. Za perorującym detektywem stało dwóch zamaskowanych, umundurowanych bysiorów w kominiarkach i z wielkimi napisami na kamizelkach „Rutkowski”. Wartość reklamowa czasu, który za darmo dostawał niekochany przesadnie przez TVN24 Rutkowski to co najmniej kilka milionów za jedną konferencję. Pytanie jest proste, jeśli Rutkowski nie był i chyba nie jest wzorcem dla TVN24 czemu dawano mu za darmo cholernie drogie prezenty? Odpowiedź jest jeszcze prostsza, niestety. Ponieważ menedżerowie tej stacji mają głowy na karku. Zauważyli, że pokazywanie Rutkowskiego, który dostarcza informacji w sprawie małej Madzi powoduje eksplozje słupków oglądalności. Eksplozję. I co zrobisz? Nic nie zrobisz. Rosnąca oglądalność przekłada się wprost na wartość reklam, które w przyszłości będą w tej stacji zamieszczane. „O rozpaczy najczarniejsza redaktora” – pisał Andrzej Bursa w wierszu „Depesza”.

Reasumując: proste ścieżki naszego dziennikarskiego, redaktorskiego, menedżerskiego życia pełne są meandrów. Trzeba bardzo uważnie stawiać kroki, a posadzki nie zawsze marmurowe…

HUBERT BEKRYCHT: Europa w obliczu nowego Monachium, czyli jak film tłumaczy wojnę i politykę

Nowy układ monachijski w Europie już jest. Nie wiadomo tylko, gdzie zostanie podpisany. Na pewno nie w Monachium, bo to byłoby zbyt dosłowne, ale Niemcy pracują na to, aby wesprzeć Rosję, co oznacza, że teutońskie jelenie wchodzą na teren moskiewskich niedźwiedzi i tygrysów.

83 lata po tym jak Adolf Hitler upokorzył premiera Nevilla Chamberlaina i po tym, jak Brytyjczycy próbowali wytłumaczyć światu, że pozostawienie na pożarcie Czechosłowacji jest jedynym wyjściem, aby Stary Kontynent po dwóch dekadach pokoju znowu nie utonął we krwi. Tłumaczyli prawie rok, aż Niemcy napadli na Polskę. 17 dni później ówczesny sojusznik Hitlera – Józef Stalin wydał rozkaz, aby walczącej Polsce wbić nóż w plecy i bez wypowiedzenia wojny zaatakować wschodnie tereny naszego kraju.

Historia lubi się powtarzać? Bardzo. Historia pełna jest takich przypadków. Miejmy nadzieję, że nie teraz. Niemcy AD 2022 bardzo jednak zabiegają o kolejne Monachium i celowo nazwy bawarskiego miasta nie umieszczam w cudzysłowie. To przecież okoliczności, które są kopią tych z 1938 roku. Tym razem nie chodzi o pozostawienie samej sobie, konającej Czechosłowacji. Teraz idzie o Ukrainę, uznawane na całym świecie niezależne państwo, które od prawie 8 lat jest atakowana przez Kreml. Najpierw Rosja ukradła Ukrainie Krym, a potem wznieciła krwawy konflikt w Donbasie.

Oczywiście zdolności Władimira Putnia nie sposób porównywać do zdolności Adolfa Hitlera. Prezydent Rosji jest lepszy. I oczywiście dla nas i wielu narodów Europy to gorzej. Putin rozumie geopolitykę wprost, bez przesądów niemieckiego dyktatora. A to już naprawdę bardzo zły prognostyk dla świata. Świat jednak nie jest gotowy na wojnę, szczególnie administracja prezydenta USA Joe Bidena (wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziadka, Panie Prezydencie). Świat wyczekuje na nowe Monachium. Najpierw w sprawie Ukrainy. A potem? Odpowiedź jest prosta.

Jeśli teraz NATO i UE zdecydowanie nie sprzeciwią się kremlowskiej satrapii, zagrożone będą – jak mówił 14 lat temu prezydent RP Lech Kaczyński – państwa bałtyckie, a być może i Polska. Sytuacja zmienia się szybko, bo szantaż gazowy Moskwy jest faktem, może Putinowi zechce się zapanować nad Słowacją, Republiką Czech, Węgrami i zachodnimi Bałkanami. Kto wie, co dalej?

Na pewno nie wiedzą tego albo nie chcą wiedzieć nowe władze w Berlinie. Niemcy toczone teraz chorobą lewacką prowadzą już wojnę, wojnę myśli. To wojna niemiecko-niemiecka. Jedni Niemcy myślą, a drudzy myślą, że myślą. Na razie ustępują, na razie się kompromitują, ale być może za kilka miesięcy, jakaś myśl niemiecka odszuka dawną bratnią myśl. Na przykład pruską – jeśli wroga nie można pokonać, należy się przyłączyć. Chodzi o wroga oficjalnego, czyli Rosję, (choć tonie przeszkadza w robieniu interesów z Moskwą), bo Niemcy nie wystąpiły ani z UE ani z NATO. A co wtedy zrobią Francja, Wielka Brytania, Benelux, Skandynawia, południowe państwa UE i NATO, wreszcie, co zrobią Stany Zjednoczone? Czy podpiszą, przygotowany już poza Monachium, nowy układ monachijski?

Ale miało być o filmie „Monachium w obliczu wojny”. Niewiele jednak będzie, bo pokazywany w Netflixie brytyjski obraz „Monachium…” jest tak samo dobry, jak polskie tłumaczenie tytułu. Otóż „Munich The Edge of War” przełożono – moim zdaniem – niezgodnie z prawdą. I językową i historyczną. Co komu szkodziło przetłumaczyć tytuł, jako „Monachium na krawędzi wojny”? Tak przecież było. Hitler wszystkich postraszył, Chamberlain się dał się zwieść, a jak się zorientował, że Niemcy go wykiwali strasząc wojną, kłamał, że „przywiózł” pokój. Widać i dziś ktoś się przestraszył, tak jak 83 lata temu Hitlera, tak jak teraz Putina. To na razie strach wyznaczany przez polityczną poprawność, ale wkrótce..? Oby nie.

Dziennikarzy w filmie o monachijskiej hańbie Europy przedstawiono też szczególnie, tyle, że niestety prawdziwie. „Mocarstwa” zachodnie zgodziły się, aby podczas konferencji zdjęcia robili tylko fotoreporterzy Hitlera…

Czy teraz to możliwe, aby tylko jedna strona informowała i pokazywała wydarzenie polityczne? Nie wiem, ale to nie jest wykluczone.

Film „Monachium w obliczu wojny” nakręcono, aby Jeremy Irons mógł zagrać Nevilla Chamberlaina i aby w finalnych napisach, umieszczono bzdurę, że układ w Monachium „kupił” czas na przygotowania do wojny i… pokonanie III Rzeszy…

Kłamstwo, także to „nierealne” – powiedzmy filmowe – w naszych czasach często staje się prawdą, wystarczy, że ktoś, kto nie zna historii obejrzy zapakowaną w „uniwersalne” wartości brytyjską bajeczkę o bohaterstwie synów Albionu i… niektórych Niemców.

Na Ukrainie na pewno ten film furory nie zrobi.

Monachium w obliczu wojny Munich The Edge of War reż.: Christian Schwochow, scen.: Robert Harris, thriller / szpiegowski, prod.: Wielka Brytania, dystr.: Netflix

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Obejrzałbym transmisję z egzekucji Breivika

To nie jest siła norweskiego państwa. To słabość. Wyeliminowanie kary śmierci również odbieram jako słabość. Powinna wisieć mieczem Damoklesa nad niektórymi zbrodniarzami. Niektórymi. Rzadko, naprawdę rzadko powinna być wykonywana. Breivik.

43-letni dziś Andreas Breivik znów stał się gwiazdą mediów. W 2011 roku zamordował 77 osób. W zdecydowanej większości strzelał do młodych, bezbronnych ludzi, jak do kaczek. Akcję starannie zaplanował. Zimny i systematyczny. Proces zbrodniarza stał się okazją do prezentowania przez niego rasistowskich, nazistowskich poglądów. Chore i głupie. Dostał najsurowszą w Norwegii karę, 21 lat więzienia z opcjami: 1. Wcześniejsze wyjście po 10 latach, 2. Przedłużenie wyroku, jeśli uznano by go za zagrożenie dla społeczeństwa. Skarżył się na warunki odbywania kary, które można by porównać do pobytu w trzygwiazdkowym hotelu. Nawet się o to procesował.

Teraz postanowił ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie. I tu dochodzimy do sedna. Sąd pozwolił na telewizyjną transmisję jego przemówienia. Resocjalizacja nie przebiegła jednak pomyślnie. W świat poszły zdjęcia, na których Breivik hajluje przed sądem, na których pokazuje kartki z rasistowskimi przekazami, z tymi samymi, które w 2011 roku miały uzasadniać jego zbrodnie. Dziennikarze zastrzegali się, że transmisja będzie z 1-minutowym opóźnieniem, tak, żeby można było wyciąć ewentualne, jakieś kontrowersyjne treści. Tyle, że tam były same kontrowersyjne treści. Pełen nienawiści bełkot mordercy. Opowiadał, że „przez następne 50 lat będzie walczył w nordyckim ruchu oporu”, albo że po wyjściu z więzienia „założy niewojowniczy ruch nacjonalistyczny w Europie”. Mówił też, że jest kandydatem do norweskiego parlamentu z ramienia partii nazistowskiej. Nic nieznaczące brednie? Niby tak, ale jednak chyba nie.

Zbrodnie i wystąpienia Breivika zainspirowały wielu terrorystów, którzy strzelali do niewinnych ludzi dopisując do tego ideologiczne przesłanie prezentowane przez Norwega w swoim manifeście. 18-letni David Ali Sonboly dokładnie w piątą rocznicę zamachów Breivika, 22 lipca 2016 roku zastrzelił w galerii handlowej w Monachium 10 osób, a ranił prawie 40. Fascynował go Breivik. Ten sam, któremu Norwegowie pozwalają teraz w czasie transmisji prawie na żywo w zasadzie pielęgnować swoją zbrodnię i pamięć o niej. Uczucia rodzin ofiar? Pamięć o ofiarach? Ktoś o tym pamięta?

W Stanach Zjednoczonych na egzekucje morderców zapraszane są rodziny ofiar. Mogą skorzystać, mogą nie skorzystać. Ktoś powie, że to zbyt okrutny spektakl, ktoś powie, że to elementarna sprawiedliwość. Elementarna sprawiedliwość. W zasadzie odchodzi się od bolesnego zadawania śmierci skazańcom. Ostatnią egzekucje na krześle elektrycznym wykonano w lutym 2020. Może to i dobrze.

Stoję na stanowisku, że lepiej dla świata byłoby przeprowadzić transmisję z egzekucji Breivika niż z ubiegania się przez niego o przedterminowe zwolnienie. Obejrzałbym. Elementarna sprawiedliwość. Ten spektakl ze zbrodniarzem podnoszącym rękę w geście hitlerowskiego pozdrowienia, to nie był pokaz siły norweskiego państwa.

Nowotwór złośliwy, rak. Wyciąć, żeby nie było przerzutów.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Jaś i Małgosia, czyli niemieckiego obozu koncentracyjnego dla dzieci ślady filmowe

Niemiecki obóz koncentracyjny dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi od zawsze wywoływał emocje i zainteresowanie.

Jego małoletni więźniowie po raz pierwszy przywiezieni zostali w grudniu 1942 roku, zatem z początkiem nowego roku weszliśmy w 80. rocznicę początków obozu. Znakomitym wprowadzeniem w jego historię jest specjalna wkładka – dwunastostronicowy dodatek do „Dziennika Łódzkiego” z końca 2021 roku, przygotowany przez pracowników łódzkiego oddziału IPN.

W zamieszczonych tam tekstach można znaleźć, obok historii i topografii obozu, informacje o podejmowanych dotąd formach upamiętnienia więźniów, w pierwszym rzędzie monumencie „Pęknięte serce”, autorstwa Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza, a także o filmie dokumentalnym Danuty Halladin Obóz na Przemysłowej i filmie fabularnym Zbigniewa Chmielewskiego Twarz anioła.

Warto więc przypomnieć, że dzieje obozu były częściej źródłem zainteresowania filmowców.

Nie tak dawno atmosferę podgrzała decyzja Facebooka o czasowym zablokowaniu prezentacji filmu dokumentalnego Obóz na Przemysłowej – poznaj nasz strach przygotowanego przez łódzki IPN. Co obszernie relacjonowały media.

Wcześniej, w 2012 roku, powstał filmowy reportaż Nie wolno się brzydko bawić. Hubert Kaszyński, socjolog z UJ, napisał o filmie: „…to historia człowieka, który mając lat 10, został osadzony w niemieckim obozie koncentracyjnym dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej w Łodzi. W obozowym skierowaniu stwierdzono: Stanisław Sochacki pozostaje bez opieki, włóczył się i żebrze, matka w Rzeszy. Jego historię opowiada Urszula Sochacka – córka więźnia, która prowadzi wewnętrzny dialog z ojcem oraz z tymi, którzy ocaleli.” Największą wartością filmu są relacje nielicznych już byłych więźniów i więźniarek obozu.

Film w pewien sposób przenosi historię do współczesności pokazując, jak przeżycia obozowe byłych więźniów wpływają na następne pokolenia. W scenach współczesnych uczestniczą uczniowie i nauczyciele Szkoły Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, a także innych szkół. Zainteresowanie autorki (reportażystka, dziennikarka, producentka filmowa) obozem ma zresztą o wiele większy i dłuższy wymiar.

O obozie dowiedziała się po śmierci ojca w 2009 roku. Sprzątając rzeczy po nim znalazła kartkę z informacją, iż był on więziony w obozie dla dzieci.

 Zaczęła tropić temat obozu i tak trafiła do znanej już Szkoły Podstawowej nr 81, gdzie poznała Genowefę Kowalczuk, byłą więźniarkę obozu. Ze spisanych rozmów z nią oraz jej wspomnień złożyła książkę: Eee… tam, takiego obozu nie było, która ukazała się drukiem w 2019 roku.

Najbardziej (dotąd!) niezwykły obraz filmowy inspirowany obozowymi przeżyciami dzieci to Bajka o Jasiu i Małgosi, w konwencji kukiełkowej, którego autor Daniel Zagórski stworzył absolutnie osobny i osobisty, w pełni autorski obraz. Inspirowany znaną baśnią braci Grimm „twórczo” zaadaptowaną przez nazistowskich następców. Dwoje dzieci trafia do zamkniętej przestrzeni, z barakami, parkanem, strażniczymi wieżyczkami, oślepiającymi reflektorami. Nadzorcy o ptasich dziobach, w mundurach, na których da się rozpoznać hitlerowskie insygnia. I dzieci: drewniane marionetki z twarzami, które są autentycznymi fotografiami bezimiennych więźniów z obozowej dokumentacji.

W obozie dzieci pracują: dziewczynki szyją, chłopcy naprawiają jakieś części żołnierskiego ekwipunku, ciągną ciężki walec. Niektóre są zamykane w pomieszczeniu, gdzie ich ciała zostają oplątywane w kokony przez monstrualne ćmy. Tak zawinięte wywożone gdzieś na wózku. Alegoria zniemczenia? Czy może tak autor pokazał ich wyzysk, wysysanie z nich sił i życia?

Obraz filmowy niejednoznaczny w wymowie, fascynujący w oglądaniu; wędrówka przez kręgi zwyrodniałego świata. Inspirowany dziejami rzeczywistego obozu, o czym autor informuje na końcu. Film powstał w 2012 roku, pokazano go na kilkudziesięciu festiwalach w Polsce i na świecie, można i trzeba go obejrzeć, bo jest dostępny w sieci.