Odpowiedź Ambasady Brytyjskiej na interwencję CMWP SDP w sprawie zatrzymania red. Rafała Ziemkiewicza na lotnisku w Londynie

Polityka rządu Wielkiej Brytanii polega na niekomentowaniu szczegółów poszczególnych przypadków –  napisał Jason Rheinberg, zastępca Szefa Misji Ambasady Brytyjskiej w Warszawie w odpowiedzi na protest CMWP SDP w sprawie nieuzasadnionego zatrzymania na lotnisku w Londynie red. Rafała Ziemkiewicza. Pismo w tej sprawie zostało wysłane do Ambasady Brytyjskiej 30 listopada ub. roku, odpowiedź na nie została przesłana z datą 21 stycznia br.

Jason Rheinberg poinformował nas, iż  Ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce odpowiedział bezpośrednio Redaktorowi Rafałowi Ziemkiewiczowi w dniach 3 grudnia i 17 grudnia 2021 roku. Dodał także, iż  wszyscy obywatele UE i spoza UE są traktowani na takich samych zasadach  dotyczących ich wjazdu do Wielkiej Brytanii. Zgodnie z tymi zasadami,  danej osobie można odmówić wjazdu, jeżeli uzna się, na podstawie jej charakteru, zachowania lub skojarzeń, że jej obecność w Wielkiej Brytanii nie sprzyja dobru publicznemu – czytamy w odpowiedzi (ang. cyt. According to those rules, an individual may be refused entry where it is considered , on the basis of their character, conduct or associations that their presence in the UK is not conducive to the public good) .

Odpowiedź Ambasady Brytyjskiej na interwencję CMWP SDP:

220120 DHM letter to Dr Jolanta Hajdasz (1)

Pismo CMWP SDP do Ambasady Brytyjskiej w sprawie red. Rafała Ziemkiewicza z 30 listopada 2021 r. (publikujemy jego polską wersję ):

Pismo CMWP SDP do Ambasador WB

3 października 2021 CMWP SDP  opublikowało stanowczy protest  przeciwko bezpodstawnemu i skandalicznemu zatrzymaniu polskiego dziennikarza i publicysty Rafała Ziemkiewicza przez służbę graniczną na lotnisku Heathrow w Wielkiej Brytanii i zaapelowało do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy. Zatrzymanie i niewpuszczenie dziennikarza na teren Wielkiej Brytanii z powodu głoszonych przez niego poglądów jest szczególnie bulwersującym przejawem eliminowania z przestrzeni publicznej  dziennikarzy  utożsamiających się z konserwatywnymi i prawicowymi poglądami – czytamy w stanowisku CMWP SDP.

2 października b.r. publicysta jednego z najbardziej opiniotwórczych w Polsce tygodnika „Do Rzeczy” przyleciał do Wielkiej Brytanii z żoną i córką, która miała rozpocząć naukę w Oxfordzie. Brytyjskie służby przepuściły żonę i córkę redaktora Rafała Ziemkiewicza, ale jego samego zatrzymały. Publicyście odebrano m.in. leki, dokumenty i telefon. Po kilku godzinach red. Rafał Ziemkiewicz został zwolniony z aresztu, ale jednocześnie został zmuszony do natychmiastowego powrotu do Polski. Brytyjski Urząd do Spraw Cudzoziemców w wydanym przez siebie dokumencie stwierdził, iż red. Rafał  Ziemkiewicz został zatrzymany z powodu głoszonych poglądów politycznych. Czytamy w nim: „Wnioskował pan o pozwolenie na wjazd do Wielkiej Brytanii jako gość na dwa dni. Jednakże uważam, że wykluczenie pana ze Zjednoczonego Królestwa sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami i mogą być obraźliwe dla innych, a tym samym sprawiają, że uzyskanie możliwości wjazdu [na teren Wielkiej Brytanii – red.] jest niepożądane” – napisano w oficjalnym dokumencie brytyjskich służb opublikowanym na portalu dorzeczy.pl (ang. You have sought permission to enter the UK as a visitor for two days. However I consider your conclusion from the UK is conductive to the public good. This is due to your conduct and views which are at odds with British values and likely to cause offence and therefore make it undesirable for you to be granted entry).

Zatrzymanie redaktora Rafała Ziemkiewicza i niewpuszczenie go do wjazdu na teren Wielkiej Brytanii to skandaliczne i niedopuszczalne naruszenie zasady wolności słowa fundamentalnej dla każdego demokratycznego państwa. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru.  Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące (sprawa Prager i Oberschlick przeciwko Austrii, skarga nr 11662/85).

Red. Rafał Ziemkiewicz to znany i ceniony polski dziennikarz, publicysta o konserwatywnych i prawicowych poglądach, komentator polityczny i ekonomiczny, a także pisarz specjalizujący się w literaturze fantastycznonaukowej i społeczno-obyczajowej, auto kilkudziesięciu powieści, zbiorów opowiadań oraz książek publicystycznych.W związku z zaistniałą i opisaną powyżej sytuacją CMWP SDP apeluje do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy – czytamy w stanowisku CMWP SDP z 3 października 2021 r.

Podsumowanie styczniowych procesów dotyczących zabójstwa red. Jarosława Ziętary

Zeznania kolejnych trzech świadków, jedna rozprawa odwołana i przełożona na luty – to bilans postępowania sądowego w sprawie zabójstwa w 1992 r. red. Jarosława Ziętary. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP, obserwatorem procesów jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

Jarosław Ziętara był dziennikarzem „Gazety Poznańskiej”. 1 września 1992 r. wyszedł z domu do pracy, jednak nigdy nie dotarł do redakcji. Po latach krakowska prokuratura stwierdziła, że 24-letni reporter został porwany i zamordowany. Zdaniem śledczych Ziętara miał zbierać informacje dotyczące holdingu Elektromis, w którym zatrudnienie znajdowali byli funkcjonariusze służb specjalnych i mundurowych PRL-u m.in.  Milicji Obywatelskiej, ZOMO itp. Prawdopodobnie red. Ziętara wpadł na trop działalności prowadzonej przez poznańskich biznesmenów, a związanej z m.in. przemytem papierosów i alkoholu. W 1999 roku Jarosław Ziętara został sądownie uznany za zmarłego. W roku 2016 r prokuratura oskarżyła byłego senatora Aleksandra Gawronika o to, że podczas narady w firmie Elektromis podżegał do zabójstwa Ziętary. Z kolei dwaj byli ochroniarze firmy Elektromis „Ryba” i „Lala” zostali oskarżeni o porwanie dziennikarza i przekazanie go nieustalonym zabójcom. Oskarżeni mężczyźni nie przyznają się do winy.

W styczniu 2022 roku w poznańskim Sądzie Okręgowym zaplanowano dwa posiedzenia w sprawach dotyczących śmierci red. Jarosława Ziętary. Pierwsza sprawa, rozpisana na wtorek 11 stycznia nie odbyła się pomimo stawienia się prokuratora Piotra Kosmatego, oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętary, barta Jarosława oraz oskarżonego o pomocnictwo i podżeganie do zabójstwa dziennikarza, Aleksandra Gawronika wraz z obrońcą. Strony zostały poproszone na salę sądową jednak bez udziału mediów i publiczności. Po krótkim czasie wszyscy wyszli z sali i na korytarzu prokurator Piotr Kosmaty w rozmowie z dziennikarzami powiedział, że ze względu na chorobę członka składu sędziowskiego, rozprawa odbędzie się w lutym.

Z kolei we wtorek, 18 stycznia odbyła się sprawa przeciwko dwóm byłym ochroniarzom nieistniejącej już firmy Elektromis, których oskarża się o pomocnictwo i podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. Na rozprawę oprócz stron tym razem też licznie przybyła publiczność, w tym dziennikarze. Zostało wezwanych trzech świadków, wszyscy się stawili i jako pierwszy zeznawał 72 letni Marian K. To do niego w 1992 roku zgłosili się czterej poznańscy dziennikarze z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu losów swojego kolegi. Agencja detektywistyczna, której Marian K. był właścicielem po kilku miesiącach zrezygnowała ze sprawy.  Świadek zeznał, że decyzję tę podjął także pod wpływem sugestii współpracowników: – sprawa sięgała wyżej, a my nie mieliśmy środków żeby ją prowadzić. (…) doszliśmy do wniosku, że w sprawę zaangażowana jest służba bezpieczeństwa i dalsze nasze zaangażowanie spowoduje kłopoty.

Dopytywany przez prokuratora czego konkretnie bał się, stwierdził:

– Obawialiśmy się częstych kontroli. Baliśmy się też zastraszania. Zatrudniałem byłych pracowników tych instytucji, więc wiem jak one działały. (…) Zastosowałem taktykę uniku. Nie powiedziałem dziennikarzom o naszych ustaleniach. Gdy padła gdzieś informacja o Opus Dei, podjąłem ten temat, dla spokoju.

W trakcie zeznań z ust świadka padły też słowa o tym, że „Ziętara miał powiązania z rządem”

Zareagował na to sędzia sprawozdawca prosząc by świadek powtórzył to stwierdzenie. Emerytowany detektyw jednak szybko się poprawił i odpowiedział:

miałem na myśli firmę Elektromis i jej kontakty z rządem. Ślady prowadziły do Warszawy. Tu powołał się na swojego informatora ze służb. Następnie przyznał, że jego pracownicy twierdzili, „że Elektromis miał pośredni związek ze zniknięciem Ziętary”. Firma handlowała alkoholem, a Ziętara miał natrafić na ślad przemytu.

-Moi pracownicy doszli do takich wniosków na podstawie zeznań pracowników szefa Elektromisu. Ale to były tylko przesłanki, dowodów nie widziałem — zeznał K. Dodał, że z ustaleń jego biura wynikało, że dziennikarz „został zamordowany i zutylizowany”, w tym miejscu również zaznaczył, że to tylko „przesłanki, bo dowodów nie widział”.

Warto też dodać, że świadek zeznał, iż jeszcze przed uprowadzeniem Ziętary przyjął zlecenie od Elektromisu. Jednak nie powiedział o co chodziło, poinformował tylko, że nie otrzymał zapłaty za wykonaną pracę. Znamienne jest także, że ani razu przed sądem nie użył nazwy UOP posługiwał się słowem służby lub nawet służba bezpieczeństwa.

Jako drugi zeznawał Piotr G., dziennikarz, politolog, który w latach 90. był redaktorem naczelnym tygodnika „Poznaniak” należącego do spółki kontrolowanej przez Elektromis. Podczas zeznań kilka razy stanowczo zaprzeczył, by Elektromis kiedykolwiek na niego w tej sprawie naciskał.

Oświadczył, że podczas swojej pracy dziennikarskiej podejmował ważne śledztwa: w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka. Jednak sprawa Jarosława Ziętary była najtrudniejsza. — Gdyby były naciski na mnie w sprawie Jarka Ziętary, na pewno od razu przestałbym kierować tym pismem. Podałbym się do dymisji.

Piotr G. osobiście pisał artykuły o losach Ziętary i spotykał się z jego ojcem Edmundem.

Pan Edmund bardzo szybko był przekonany, że stała się straszna krzywda jego synowi.

Podwładni z kierowanego przez niego tygodnika weszli też w skład grupy śledczej dziennikarzy, którzy na własną rękę szukali sprawców porwania Jarosława Ziętary.

W pierwszym numerze, który się ukazał po uprowadzeniu, zniknięciu Jarka, w okolicy 7 września napisałem, że jak ginie ktoś z taksówkarzy, wszyscy taksówkarze się jednoczą, żeby ująć przestępcę. I naszym obowiązkiem, całego środowiska dziennikarskiego jest postępować w ten sam sposób.

Rozwijając tę myśl zeznał, że w 1995 roku wystąpił na zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, gdzie opowiedział o nieznanym jeszcze wtedy losie Jarosława Ziętary, licząc że temat wywoła „wielki front dziennikarski”, jednak w ocenie świadka tak się nie stało. W 1998 roku wysłał na konkurs SDP tekst podpisany przez czterech autorów, który uzyskał wyróżnienie. Podczas rozdania nagród, na sali był obecny premier Jerzy Buzek, bo nagroda była ufundowana – według świadka – przez rząd. Jeden z autorów, Stanisław Rusek, poprosił o uczczenie minutą ciszy zmarłą matkę Jarka. Następnie umówili się na spotkanie z premierem, na które doprosili red. Krzysztofa Kaźmierczaka.

Ostatnim świadkiem była Elżbieta Ł., która osobiście poznała Jarosława Ziętarę. Opowiedziała przed sądem, że w 1991 do firmy „Promyk” prowadzonej przez jej byłego męża przyszedł „młody, przystojny mężczyzna.” To był Jarosław Ziętara, który chciał przeprowadzić wywiad. Gdy ówczesny mąż Ł. zobaczył reportera, „wyszedł z nim za drzwi i po chwili wrócił twierdząc, że to był jego „dawny kolega z więzienia.” Ł. oświadczyła, że w latach 80. były mąż siedział w więzieniu i początkowo mu uwierzyła. Jednak Jarosław Ziętara były wtedy dzieckiem i nie mógłby być „kolegą z więzienia”.  Ł. rozstała się z mężem, bo w firmie „Promyk” „dochodziło do różnych oszustw i psychicznie sobie z tym nie radziłam”. Drugi raz spotkała się z Jarosławem Ziętarą na początku 1992 roku, gdy ten pracował już w Gazecie Poznańskiej.

— Spotkaliśmy się w kawiarni. Był zdziwiony, że odeszłam z dobrze prosperującej firmy. Opowiedział mi wtedy, że w Poznaniu jest kilka firm, które prowadzą nielegalne interesy, na pewno wymienił Elektromis. Ja z kolei pamiętałam, że u nas w „Promyku” byli ludzie z Elektromisu i chcieli, żebyśmy zainwestowali w przemyt alkoholu. Gdy Ziętara zniknął 1 września 1992 r., po kilku dniach spotkałam się z moim byłym mężem. Rozmawialiśmy o alimentach na nasze dzieci. Zapytałam go wtedy, czy wie, że ten dziennikarz zniknął? A on mi na to odpowiedział, że Ziętara wkładał nos w nie swoje sprawy i nie żyje, a mnie czeka to samo — zeznała Elżbieta Ł.

Kolejne rozprawy odbędą się w lutym.

WALTER ALTERMANN: Szlachetczyzna językowa, czyli co się ciągnie za wojskiem

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Młoda poseł mówi w telewizji, że „Lex Czarnek” wymaga jeszcze konsultacji z interesariuszami. Dlaczego nie powiedziała, że ustawę powinno się konsultować z rodzicami, nauczycielami i organizacjami pozarządowymi, działającymi w oświacie? Bo tak to może powiedzieć każdy. A wielmożowie sejmowi muszą się różnić przecież od szlachty zagonowej, chłopa czy łyka. I to dlatego szlachta zawsze chciała się wyróżniać strojem, a przede wszystkim wtrącaniem do macierzystego języka zwrotów łacińskich. Stąd zresztą powiedzenie „poznać pana po cholewach” oraz słynny tekst „chłopis cum gleba ascriptis”. Już po II rozbiorze Sejm obradował poważnie nad zakazem chodzenia przez nie-szlachtę w czerwonych butach.

Wracając do języka. Po łacinie, w XVIII wieku przyszła moda na szczątkowy francuski, a teraz na bardzo uproszczony angielski. Pojęcie interesariusz wprowadzono do języka angielskiego w roku 1963 i brzmiało – stakegolders. Jest to zatem pojęcie nowe i ciągle jeszcze powszechnie nieznane. Ale o to właśnie chodzi, żeby chłop i plebejusz nie wiedzieli w czym rzecz. Bo co to za poseł, który mówi językiem gminu?

Grzechy szlachty i magnaterii ciągną się za nami przez wieki, jak przysłowiowy smród za wojskiem. W wersji lżejszej można powiedzieć: „obciążają nas grzechy ojców naszych”.

Niezgłębionym „rezerwuariuszami” błędów językowych są sprawozdawcy sportowi, za co jestem im zresztą wdzięczny, bo mam o czym pisać. Zauważyłem jednak, że z języka sportu garściami czerpią politycy. Oto już nagminnie ministrowie, posłowie, senatorowie za sprawozdawcami, używają słówka timing (wym. tajming). Po polsku by to się tłumaczyło „wybór najlepszego momentu” lub „najlepszy moment na podjęcie działania, akcji, ataku”. I mamy tajming na wprowadzanie zmian podatkowych, na zmiany w prawie drogowym, itd.

Przed wojną normą był język wykształconych warstw Warszawy. Dzisiaj te wykształcone warstwy nie mogą być już normą, bo wyczyniają z językiem okropne rzeczy.

Oprócz tajmingu rozpowszechniły się w sporcie zwroty, odnoszące się do robienia czegoś „na spokoju” i „na nerwach”. W sporcie „na spokoju” ma oznaczać, że zawodnik jest opanowany, kontroluje sytuację. Z kolei „na nerwach” oznacza, że sportowiec jest zdenerwowany i działa nerwowo, bo przegrywa. Na razie żaden z polityków nie mówi jeszcze, że „działa na nerwach”, ale że „na spokoju” już kilka razy słyszałem.

Co prawda jeszcze nie tak dawno miejska gwara Łodzi, która powoli zanika (gwara, bo Łódź jeszcze się trzyma), miała takie zwroty jak: „szynka na 50” czy „polędwica na 35”. Bywając często w Białymstoku lubiłem się wsłuchiwać w tamtejszą gwarę. Kiedyś zapytałem miejscowego rzemieślnika, jak udało mu się naprawić moją mocno zniszczoną skórzaną torbę. O, tak, o! – odpowiedział skromnie kaletnik, wykonując w powietrzu ręką jakieś kółko.

Byłem też kiedyś świadkiem rozmowy w kolejce sklepowej młodej kobiety z młodym mężczyzną, którzy przed laty chodzili do jednej szkoły.

– I co u niego słychać? – zagaduje kobieta.

– Żonę mam i syna. A u niej?

– A ja mam męża i dwie córki.

Ta forma zwracania się do siebie w trzeciej osobie wiedzie się z dawnej Polski i oddaje szacunek dla rozmówcy. Gwary są pięknymi reliktami języka polskiego, ale we współczesnych polskich mediach musi obowiązywać norma i poprawność języka polskiego. Przed wojną przyjmowano za obowiązujący wzorzec „Język i wymowę wykształconych warstw społecznych Warszawy”. Dziś nie ma tak odważnych językoznawców, którzy zalecaliby tę przedwojenną normę.

Czy nie denerwuje Państwa powszechne w języku dziennikarzy „dopytanie”. Dziennikarz prowadzi z kimś wywiad, a na koniec mówi: „Pozwoli pan, że jeszcze dopytam o…”. Co znaczy owo „dopytanie”? Nie wiem, ale jest irytujące. Dlaczego dziennikarz nie mówi: „Pozwoli pan, że zapytam jeszcze o…”? Myślę, że w tym przypadku decyduje moda. I dlatego pytanie o powód jest tu bezsensowne. Zupełnie tak, jak by pytać dlaczego w latach 60. wszyscy młodzi mężczyźni nosili obcisłe spodnie rurki i półbuty w bardzo wąski szpic. Buty zniekształcały palce a rurki obciskały męską sferę intymną, z czego populacja mogła się dramatycznie zmniejszyć. No, ale co tam… Taka była moda.

Widziałem ostatnio w jednej z telewizji informację o rekonstrukcji grodziska wczesnośredniowiecznego w Tumie pod Łęczycą. Obrazki pokazują, jak montowana jest wielka drewniana brama wjazdowa, jak z wału ziemnego wystają potężne zaostrzone pnie częstokołu. A zadowolony dziennikarz mówi: „Teraz mury grodziska będą jak nowe”. Mówi tak i nie widzi, że ten historyczny obiekt jest eliptyczną budowlą stworzoną z ziemnego wału, wzmocnionego częstokołem?

Przeczytanie skróconej historii Tumu zajęłoby dziennikarzowi jakieś 10-15 minut, ale przecież on się zaangażował do TV jako mówiący, a nie czytający. Ale też samo „doczytanie” nic by chyba nie dało. Bo piszący o historii Tumu nie zaznaczają czym różni się mur od budowli ziemnej, widać uważają to za znaną oczywistość. I rzeczywiście, takie drobiazgi trzeba znać z wcześniejszych lektur.

Stary dowcip mojego dziadka profetycznie oddawał dzisiejszą sytuację: „W czasie insurekcji kościuszkowskiej poszukiwano pisarza, który protokołowałby narady i wypisywał rozkazy. Zgłosił się chłop starszy, ale o mądrym obliczu. Posadzono go z boku, dano papier, kałamarz i gęsie pióra. Narada trwa a chłop ostro skrobie piórem. Na koniec każą mu przeczytać co napisał. Chłop wstaje od stolika i mówi: Ja sie tu godził na pisarza, a na czytacza najmijta se już ta inszego. I wyszedł, a na papierze pozostały kleksy i niezrozumiałe bazgroły.

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Dziennikarz rozdarty Rutkowskim

To konflikt między prawami boskimi a ludzkimi. Między wysokimi zasadami nakazującymi promocję nieskazitelnych wzorców a przyziemnością żądającą przetrwania, czy też przetrwania na tłusto. Problem jest nierozwiązywalny, choć trzeba twierdzić inaczej. Jedyne co możemy, to kluczyć zawierając mądre kompromisy na naszych zasadach. A teraz egzemplifikacja.

Sprawa nieco zabawna, choć z bynajmniej niezabawnym kontekstem. Przypomniała mi się w związku z 10. rocznicą zamordowania Madzi z Sosnowca, ale nie o dzieciobójstwo tu chodzi, nie o kontekst społeczny, tylko o zachowania dziennikarzy na jednym przykładzie. Na przykładzie Krzysztofa Rutkowskiego, postaci co najmniej kontrowersyjnej, niemniej obiektywnie rzecz biorąc z sukcesami żeglującej w mediach i życiu.

Sprawa sprzed 10 lat. Studio TVN24, program prowadzi redaktor Katarzyna Kolenda-Zalewska. Jej gośćmi są ówczesny rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski i detektyw Krzysztof Rutkowski. Redaktor Kolenda-Zalewska od początku nie kryje swojego negatywnego nastawienia do detektywa. Traktuje go z wyższością i lekką kpiną. Rutkowski jak to Rutkowski przychodzi w okularach przeciwsłonecznych. Redaktor rozmowę zaczyna ze zjadliwym uśmieszkiem, K-Z: „Coś ze wzrokiem pan ma, chory?”. Na to Rutkowski: „Nie, dlaczego?”. K-Z: „Ciemne okulary pan ma?” R: „Jak widzę taką gwiazdę, mogę być oślepiony.” K-Z: „Rozumiem, że to taka stylistyka, Miami Vice, tak? Na kogo pan się kreuje?” R: „Na Rutkowskiego”. Ta wymiana zdań na samym początku pokazuje, co i jak myśli dziennikarka o swoim gościu. Mamy więc tego Rutkowskiego, którego prestiżowa dziennikarka, w prestiżowej stacji TVN24 dbającej o standardy traktuje z lekką pogardą. Ale…

Ale na antenie TVN24 obserwowaliśmy jednak na żywo konferencje prasowe Krzysztofa Rutkowskiego, których zorganizował w tej sprawie kilka. Najdłuższa trwała grubo ponad godzinę i każda minuta, każda sekunda darmowego dla niego czasu antenowego była bezczelnie wykorzystywana do promocji biura Rutkowski. Za perorującym detektywem stało dwóch zamaskowanych, umundurowanych bysiorów w kominiarkach i z wielkimi napisami na kamizelkach „Rutkowski”. Wartość reklamowa czasu, który za darmo dostawał niekochany przesadnie przez TVN24 Rutkowski to co najmniej kilka milionów za jedną konferencję. Pytanie jest proste, jeśli Rutkowski nie był i chyba nie jest wzorcem dla TVN24 czemu dawano mu za darmo cholernie drogie prezenty? Odpowiedź jest jeszcze prostsza, niestety. Ponieważ menedżerowie tej stacji mają głowy na karku. Zauważyli, że pokazywanie Rutkowskiego, który dostarcza informacji w sprawie małej Madzi powoduje eksplozje słupków oglądalności. Eksplozję. I co zrobisz? Nic nie zrobisz. Rosnąca oglądalność przekłada się wprost na wartość reklam, które w przyszłości będą w tej stacji zamieszczane. „O rozpaczy najczarniejsza redaktora” – pisał Andrzej Bursa w wierszu „Depesza”.

Reasumując: proste ścieżki naszego dziennikarskiego, redaktorskiego, menedżerskiego życia pełne są meandrów. Trzeba bardzo uważnie stawiać kroki, a posadzki nie zawsze marmurowe…

HUBERT BEKRYCHT: Europa w obliczu nowego Monachium, czyli jak film tłumaczy wojnę i politykę

Nowy układ monachijski w Europie już jest. Nie wiadomo tylko, gdzie zostanie podpisany. Na pewno nie w Monachium, bo to byłoby zbyt dosłowne, ale Niemcy pracują na to, aby wesprzeć Rosję, co oznacza, że teutońskie jelenie wchodzą na teren moskiewskich niedźwiedzi i tygrysów.

83 lata po tym jak Adolf Hitler upokorzył premiera Nevilla Chamberlaina i po tym, jak Brytyjczycy próbowali wytłumaczyć światu, że pozostawienie na pożarcie Czechosłowacji jest jedynym wyjściem, aby Stary Kontynent po dwóch dekadach pokoju znowu nie utonął we krwi. Tłumaczyli prawie rok, aż Niemcy napadli na Polskę. 17 dni później ówczesny sojusznik Hitlera – Józef Stalin wydał rozkaz, aby walczącej Polsce wbić nóż w plecy i bez wypowiedzenia wojny zaatakować wschodnie tereny naszego kraju.

Historia lubi się powtarzać? Bardzo. Historia pełna jest takich przypadków. Miejmy nadzieję, że nie teraz. Niemcy AD 2022 bardzo jednak zabiegają o kolejne Monachium i celowo nazwy bawarskiego miasta nie umieszczam w cudzysłowie. To przecież okoliczności, które są kopią tych z 1938 roku. Tym razem nie chodzi o pozostawienie samej sobie, konającej Czechosłowacji. Teraz idzie o Ukrainę, uznawane na całym świecie niezależne państwo, które od prawie 8 lat jest atakowana przez Kreml. Najpierw Rosja ukradła Ukrainie Krym, a potem wznieciła krwawy konflikt w Donbasie.

Oczywiście zdolności Władimira Putnia nie sposób porównywać do zdolności Adolfa Hitlera. Prezydent Rosji jest lepszy. I oczywiście dla nas i wielu narodów Europy to gorzej. Putin rozumie geopolitykę wprost, bez przesądów niemieckiego dyktatora. A to już naprawdę bardzo zły prognostyk dla świata. Świat jednak nie jest gotowy na wojnę, szczególnie administracja prezydenta USA Joe Bidena (wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziadka, Panie Prezydencie). Świat wyczekuje na nowe Monachium. Najpierw w sprawie Ukrainy. A potem? Odpowiedź jest prosta.

Jeśli teraz NATO i UE zdecydowanie nie sprzeciwią się kremlowskiej satrapii, zagrożone będą – jak mówił 14 lat temu prezydent RP Lech Kaczyński – państwa bałtyckie, a być może i Polska. Sytuacja zmienia się szybko, bo szantaż gazowy Moskwy jest faktem, może Putinowi zechce się zapanować nad Słowacją, Republiką Czech, Węgrami i zachodnimi Bałkanami. Kto wie, co dalej?

Na pewno nie wiedzą tego albo nie chcą wiedzieć nowe władze w Berlinie. Niemcy toczone teraz chorobą lewacką prowadzą już wojnę, wojnę myśli. To wojna niemiecko-niemiecka. Jedni Niemcy myślą, a drudzy myślą, że myślą. Na razie ustępują, na razie się kompromitują, ale być może za kilka miesięcy, jakaś myśl niemiecka odszuka dawną bratnią myśl. Na przykład pruską – jeśli wroga nie można pokonać, należy się przyłączyć. Chodzi o wroga oficjalnego, czyli Rosję, (choć tonie przeszkadza w robieniu interesów z Moskwą), bo Niemcy nie wystąpiły ani z UE ani z NATO. A co wtedy zrobią Francja, Wielka Brytania, Benelux, Skandynawia, południowe państwa UE i NATO, wreszcie, co zrobią Stany Zjednoczone? Czy podpiszą, przygotowany już poza Monachium, nowy układ monachijski?

Ale miało być o filmie „Monachium w obliczu wojny”. Niewiele jednak będzie, bo pokazywany w Netflixie brytyjski obraz „Monachium…” jest tak samo dobry, jak polskie tłumaczenie tytułu. Otóż „Munich The Edge of War” przełożono – moim zdaniem – niezgodnie z prawdą. I językową i historyczną. Co komu szkodziło przetłumaczyć tytuł, jako „Monachium na krawędzi wojny”? Tak przecież było. Hitler wszystkich postraszył, Chamberlain się dał się zwieść, a jak się zorientował, że Niemcy go wykiwali strasząc wojną, kłamał, że „przywiózł” pokój. Widać i dziś ktoś się przestraszył, tak jak 83 lata temu Hitlera, tak jak teraz Putina. To na razie strach wyznaczany przez polityczną poprawność, ale wkrótce..? Oby nie.

Dziennikarzy w filmie o monachijskiej hańbie Europy przedstawiono też szczególnie, tyle, że niestety prawdziwie. „Mocarstwa” zachodnie zgodziły się, aby podczas konferencji zdjęcia robili tylko fotoreporterzy Hitlera…

Czy teraz to możliwe, aby tylko jedna strona informowała i pokazywała wydarzenie polityczne? Nie wiem, ale to nie jest wykluczone.

Film „Monachium w obliczu wojny” nakręcono, aby Jeremy Irons mógł zagrać Nevilla Chamberlaina i aby w finalnych napisach, umieszczono bzdurę, że układ w Monachium „kupił” czas na przygotowania do wojny i… pokonanie III Rzeszy…

Kłamstwo, także to „nierealne” – powiedzmy filmowe – w naszych czasach często staje się prawdą, wystarczy, że ktoś, kto nie zna historii obejrzy zapakowaną w „uniwersalne” wartości brytyjską bajeczkę o bohaterstwie synów Albionu i… niektórych Niemców.

Na Ukrainie na pewno ten film furory nie zrobi.

Monachium w obliczu wojny Munich The Edge of War reż.: Christian Schwochow, scen.: Robert Harris, thriller / szpiegowski, prod.: Wielka Brytania, dystr.: Netflix

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Obejrzałbym transmisję z egzekucji Breivika

To nie jest siła norweskiego państwa. To słabość. Wyeliminowanie kary śmierci również odbieram jako słabość. Powinna wisieć mieczem Damoklesa nad niektórymi zbrodniarzami. Niektórymi. Rzadko, naprawdę rzadko powinna być wykonywana. Breivik.

43-letni dziś Andreas Breivik znów stał się gwiazdą mediów. W 2011 roku zamordował 77 osób. W zdecydowanej większości strzelał do młodych, bezbronnych ludzi, jak do kaczek. Akcję starannie zaplanował. Zimny i systematyczny. Proces zbrodniarza stał się okazją do prezentowania przez niego rasistowskich, nazistowskich poglądów. Chore i głupie. Dostał najsurowszą w Norwegii karę, 21 lat więzienia z opcjami: 1. Wcześniejsze wyjście po 10 latach, 2. Przedłużenie wyroku, jeśli uznano by go za zagrożenie dla społeczeństwa. Skarżył się na warunki odbywania kary, które można by porównać do pobytu w trzygwiazdkowym hotelu. Nawet się o to procesował.

Teraz postanowił ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie. I tu dochodzimy do sedna. Sąd pozwolił na telewizyjną transmisję jego przemówienia. Resocjalizacja nie przebiegła jednak pomyślnie. W świat poszły zdjęcia, na których Breivik hajluje przed sądem, na których pokazuje kartki z rasistowskimi przekazami, z tymi samymi, które w 2011 roku miały uzasadniać jego zbrodnie. Dziennikarze zastrzegali się, że transmisja będzie z 1-minutowym opóźnieniem, tak, żeby można było wyciąć ewentualne, jakieś kontrowersyjne treści. Tyle, że tam były same kontrowersyjne treści. Pełen nienawiści bełkot mordercy. Opowiadał, że „przez następne 50 lat będzie walczył w nordyckim ruchu oporu”, albo że po wyjściu z więzienia „założy niewojowniczy ruch nacjonalistyczny w Europie”. Mówił też, że jest kandydatem do norweskiego parlamentu z ramienia partii nazistowskiej. Nic nieznaczące brednie? Niby tak, ale jednak chyba nie.

Zbrodnie i wystąpienia Breivika zainspirowały wielu terrorystów, którzy strzelali do niewinnych ludzi dopisując do tego ideologiczne przesłanie prezentowane przez Norwega w swoim manifeście. 18-letni David Ali Sonboly dokładnie w piątą rocznicę zamachów Breivika, 22 lipca 2016 roku zastrzelił w galerii handlowej w Monachium 10 osób, a ranił prawie 40. Fascynował go Breivik. Ten sam, któremu Norwegowie pozwalają teraz w czasie transmisji prawie na żywo w zasadzie pielęgnować swoją zbrodnię i pamięć o niej. Uczucia rodzin ofiar? Pamięć o ofiarach? Ktoś o tym pamięta?

W Stanach Zjednoczonych na egzekucje morderców zapraszane są rodziny ofiar. Mogą skorzystać, mogą nie skorzystać. Ktoś powie, że to zbyt okrutny spektakl, ktoś powie, że to elementarna sprawiedliwość. Elementarna sprawiedliwość. W zasadzie odchodzi się od bolesnego zadawania śmierci skazańcom. Ostatnią egzekucje na krześle elektrycznym wykonano w lutym 2020. Może to i dobrze.

Stoję na stanowisku, że lepiej dla świata byłoby przeprowadzić transmisję z egzekucji Breivika niż z ubiegania się przez niego o przedterminowe zwolnienie. Obejrzałbym. Elementarna sprawiedliwość. Ten spektakl ze zbrodniarzem podnoszącym rękę w geście hitlerowskiego pozdrowienia, to nie był pokaz siły norweskiego państwa.

Nowotwór złośliwy, rak. Wyciąć, żeby nie było przerzutów.

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Jaś i Małgosia, czyli niemieckiego obozu koncentracyjnego dla dzieci ślady filmowe

Niemiecki obóz koncentracyjny dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi od zawsze wywoływał emocje i zainteresowanie.

Jego małoletni więźniowie po raz pierwszy przywiezieni zostali w grudniu 1942 roku, zatem z początkiem nowego roku weszliśmy w 80. rocznicę początków obozu. Znakomitym wprowadzeniem w jego historię jest specjalna wkładka – dwunastostronicowy dodatek do „Dziennika Łódzkiego” z końca 2021 roku, przygotowany przez pracowników łódzkiego oddziału IPN.

W zamieszczonych tam tekstach można znaleźć, obok historii i topografii obozu, informacje o podejmowanych dotąd formach upamiętnienia więźniów, w pierwszym rzędzie monumencie „Pęknięte serce”, autorstwa Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza, a także o filmie dokumentalnym Danuty Halladin Obóz na Przemysłowej i filmie fabularnym Zbigniewa Chmielewskiego Twarz anioła.

Warto więc przypomnieć, że dzieje obozu były częściej źródłem zainteresowania filmowców.

Nie tak dawno atmosferę podgrzała decyzja Facebooka o czasowym zablokowaniu prezentacji filmu dokumentalnego Obóz na Przemysłowej – poznaj nasz strach przygotowanego przez łódzki IPN. Co obszernie relacjonowały media.

Wcześniej, w 2012 roku, powstał filmowy reportaż Nie wolno się brzydko bawić. Hubert Kaszyński, socjolog z UJ, napisał o filmie: „…to historia człowieka, który mając lat 10, został osadzony w niemieckim obozie koncentracyjnym dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej w Łodzi. W obozowym skierowaniu stwierdzono: Stanisław Sochacki pozostaje bez opieki, włóczył się i żebrze, matka w Rzeszy. Jego historię opowiada Urszula Sochacka – córka więźnia, która prowadzi wewnętrzny dialog z ojcem oraz z tymi, którzy ocaleli.” Największą wartością filmu są relacje nielicznych już byłych więźniów i więźniarek obozu.

Film w pewien sposób przenosi historię do współczesności pokazując, jak przeżycia obozowe byłych więźniów wpływają na następne pokolenia. W scenach współczesnych uczestniczą uczniowie i nauczyciele Szkoły Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, a także innych szkół. Zainteresowanie autorki (reportażystka, dziennikarka, producentka filmowa) obozem ma zresztą o wiele większy i dłuższy wymiar.

O obozie dowiedziała się po śmierci ojca w 2009 roku. Sprzątając rzeczy po nim znalazła kartkę z informacją, iż był on więziony w obozie dla dzieci.

 Zaczęła tropić temat obozu i tak trafiła do znanej już Szkoły Podstawowej nr 81, gdzie poznała Genowefę Kowalczuk, byłą więźniarkę obozu. Ze spisanych rozmów z nią oraz jej wspomnień złożyła książkę: Eee… tam, takiego obozu nie było, która ukazała się drukiem w 2019 roku.

Najbardziej (dotąd!) niezwykły obraz filmowy inspirowany obozowymi przeżyciami dzieci to Bajka o Jasiu i Małgosi, w konwencji kukiełkowej, którego autor Daniel Zagórski stworzył absolutnie osobny i osobisty, w pełni autorski obraz. Inspirowany znaną baśnią braci Grimm „twórczo” zaadaptowaną przez nazistowskich następców. Dwoje dzieci trafia do zamkniętej przestrzeni, z barakami, parkanem, strażniczymi wieżyczkami, oślepiającymi reflektorami. Nadzorcy o ptasich dziobach, w mundurach, na których da się rozpoznać hitlerowskie insygnia. I dzieci: drewniane marionetki z twarzami, które są autentycznymi fotografiami bezimiennych więźniów z obozowej dokumentacji.

W obozie dzieci pracują: dziewczynki szyją, chłopcy naprawiają jakieś części żołnierskiego ekwipunku, ciągną ciężki walec. Niektóre są zamykane w pomieszczeniu, gdzie ich ciała zostają oplątywane w kokony przez monstrualne ćmy. Tak zawinięte wywożone gdzieś na wózku. Alegoria zniemczenia? Czy może tak autor pokazał ich wyzysk, wysysanie z nich sił i życia?

Obraz filmowy niejednoznaczny w wymowie, fascynujący w oglądaniu; wędrówka przez kręgi zwyrodniałego świata. Inspirowany dziejami rzeczywistego obozu, o czym autor informuje na końcu. Film powstał w 2012 roku, pokazano go na kilkudziesięciu festiwalach w Polsce i na świecie, można i trzeba go obejrzeć, bo jest dostępny w sieci.

HUBERT BEKRYCHT: Pandemia medialnej głupoty, czyli informacyjna wojna na fakty i fake newsy

Nie napiszę tutaj, czy się szczepić, czy nie. To sprawa każdego z nas. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chodzi tylko o to, aby media nie serwowały nam głupiutkiej papki faktów pełnych fake newsów i fake newsów przemieszanych z faktami, bo chodzi o życie milionów ludzi.

Media miały nie szkodzić, a dziennikarze, jak lekarze, mieli nie być rzecznikami lobby powstających tak szybko, jak dziś komisje senackie. Niestety, wielu lekarzy przepisuje leki, za które od koncernów farmaceutycznych otrzymują atrakcyjne „prezenty” takie jak safari w Kenii, czy telewizor o przekątnej ekranu przekraczającej powierzchnię ścian w prywatnym gabinecie. Niestety, wielu dziennikarzy, nawet bez „prezentów” promuje durne teorie dotyczące zarazy spowodowanej przez koronawirusa (SARS-CoV-2).

Media mające przewagę w Internecie przekazują covidowe teorie na podstawie faktów z dodatkiem fake newsów i fake newsy uwiarygodniające się szczyptą faktów. To tak, jak wspomniane senackie komisje, w których zasiadają opozycyjni parlamentarzyści izby wyższej. Powołują na świadków zagranicznych szpiegów i analityków, aby udowodnić, że polskie służby robią to do czego zostały powołane, czyli inwigilują ludzi działających wbrew polskiemu prawu, nawet tych, którzy są prominentnymi przedstawicielami opozycji. COVID-19 to jednak nie zabawa w politykę i prowokacje funta kłaków nie warte.

Gdyby przemieszane z nieprawdą informacje dotyczyły tylko polityki, edukacji, reguł matematycznych, a nawet spiskowych teorii dziejów, nie byłoby to aż tak szkodliwe. Sprawa jednak dotyczy naszego zdrowia i tutaj media powinny przekazywać fakty oraz zdania odrębne w równych proporcjach. Wiele stacji telewizyjnych, radiowych, gazet i portali stara się to robić, chociaż łatwo nie jest. Niestety, w internetowej rzeczywistości, szczególnie na portalach społecznościowych będących przecież częścią mediów, hula głupota połączona z pazernością właścicieli mediów serwujących nam prawdę homogenizowaną, czyli nieprawdę. Klikalność przesłania rozum, a tu chodzi o życie i zdrowie milionów ludzi.

Prawdziwe media powinny ostrożnie i odpowiedzialnie przekazywać wszystko to, co dotyczy pandemii. Koronawirus to nie opozycja, bo patogen nie znosi próżni. Patogen nie chce kandydować, nie chce mieć większości mandatów parlamentarnych, nie chce tylko gadać. Patogen chce zabijać, a dziennikarze powinni w tym przeszkadzać, a nie kreować chaos w imię źle, naprawdę źle, rozumianej wolności a raczej „wolności” słowa. Jeśli w niektórych redakcjach tego nie rozumieją rozpuszczając fakty w śmiesznych teoriach i odwrotnie, należy rozpędzić takie redakcje. Tylko fakty w sprawie SARS-CoV-2 i dwa, trzy różne stanowiska o pandemii.

Głupich mediów nie brakuje, jeśli mają odbiorców, niechaj sobie będą. Jeśli jednak wprowadzają w błąd w sprawie pandemii,  w sprawie naszego zdrowia, trzeba je po prostu zamknąć. Pora skorzystać z tego prawa. Kto to zrobi uratuje mnóstwo istnień ludzkich.

 

MARIA GIEDZ: Reportaż ze świata w dobie pandemii

Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi?

Od najmłodszych lat kocham podróże i te bliskie i te dalekie. Chętnie o nich opowiadam, a ludzie lubią mnie słuchać. Często te opowieści przelewam na papier, aby podzielić się z szerszym gronem miłośników podróży oraz tych ciekawych świata. Pomimo najróżniejszych trudności, braku pieniędzy, czekania na paszport przez rok, a potem na wizę, jakoś udawało mi się poznawać świat. I im trudniej było dotrzeć w dany rejon, czasem objęty konfliktem zbrojnym, tym większe wzbudzało zainteresowanie wśród odbiorców moich relacji. I nagle wszystko się urwało. Nastała pandemia. Ludzie zamknięci w domach nawet nie chcą słyszeć o innych kulturach, o pięknych krajobrazach czy problemach społeczeństw żyjących na drugim końcu świata, którzy też zostali zamknięci, albo próbuje się to z nimi zrobić. No, może niektórzy, zmęczeni oglądaniem „kosmicznych” postaci i słuchaniem przerażających statystyk szukają czegoś, co pozwoliłoby im oderwać się od ponurej rzeczywistości. Ale jak to zrealizować, jeśli dziennikarze, ci reportażyści turystyczni również nie cieszą się pełną swobodą?

Oczywiście z tym zamknięciem trochę przesadzam, bo nadal można podróżować i można o tych podróżach pisać. Nawet znajdą się chętni, którzy to przeczytają. Tylko od podróżującego dziennikarza wymaga się spełnienia wiele dodatkowych warunków. Musi on: wykazać się posiadaniem specjalnego „zielonego” dokumentu, niestety niezbyt długo ważnego; poddawać się kilkukrotnemu pędzlowaniu nosa, bo ów specjalny dokument nie w każdym miejscu jest wystarczający; czasem bez powodu dać się zamknąć na kilka, a nawet kilkanaście dni i to na własny koszt, a przede wszystkim respektować przyjęte niemal na całym świecie stereotypowe i standardowe zasady w kontakcie z drugim człowiekiem.

Obrazek z Ciudad de Mexico, niemal dziesięciomilionowego miasta, a z przyległościami trzy razy większego, tej do niedawna barwnej, tętniącej życiem aglomeracji, miejscami niebezpiecznej również dla miejscowych, a czasem wesołej, dzisiaj ukazuje w ponad 90 proc. snujące się lub chyłkiem przemieszczające postacie. Chociaż do Meksyku wjeżdża się bez specjalnych formalności, to po co jechać na drugi koniec świata, skoro, poza pogodą, krajobrazem i językiem jakim posługują się tamtejsi ludzie, nie różni się on zbytnio od mojego kraju? Męczyć się, wydawać pieniądze i jeszcze żyć w ciągłym strachu, że zaleje mnie kolejna fala?

To lepiej zostać w domu. Tylko jak w tej rzeczywistości uprawiać dziennikarstwo turystyczne? Jak być korespondentem wojennym? Jak relacjonować ważne, często spontanicznie rozgrywające się wydarzenia gdzieś „na antypodach”? Bywa, że nawet nie potrafimy „z marszu” zlokalizować miejsca owych wydarzeń. Chociaż czytelnikowi, w myśl przekonania wszechwiedzących reporterów, że jest mało zorientowany, jest wszystko jedno, gdzie ten konflikt się rozgrywa. Wystarczy wskazać kierunek, że np. Kazachstan leży na wschodzie. Można jeszcze dodać, że to była republika Związku Sowieckiego, azjatycka, położona daleko od Moskwy.

W tym momencie przypomniała mi się sytuacja z jaką się spotkałam w regionalnej redakcji, w której przez lata pracowałam i nawet przez jakiś czas prowadziłam dział podróży. Otóż pewnego dnia napisałam tekst o indonezyjskiej wyspie Bali, gdzie główną religią jest hinduizm w tym zdominowanym przez muzułmanów kraju. Bali jest jednak wyjątkiem i to tam mieszkają hinduiści, ale i chrześcijanie, w większości katolicy. Muzułmanie występują w śladowej ilości. Pisząc o Bali dołączyłam czarno-białe zdjęcia, bo wówczas fotografowało się analogowo, a kolorowe filmy były trudno dostępne. Redakcja chciała być jednak nowoczesna i zamieścić zdjęcie kolorowe, więc zamówiła je w agencji. Wybierała moja szefowa, jednocześnie pracownik lokalnego biura podróży. Mnie w te działania nawet nie wtajemniczono. Zobaczyłam swój tekst wraz z piękną fotografią dopiero, gdy gazeta ukazała się drukiem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ilustracją do mojego tekstu o Bali, dla przypomnienia azjatyckiej wyspy, była piękna kobieta w stroju karnawałowym z Rio De Janeiro, a to Brazylia. Roznegliżowana piękność nijak miała się do niemal purytańskich hinduistek z Bali. A jednak można! Mój protest zakończył się stwierdzeniem, że czytelnikowi jest wszystko jedno i tak się nie zorientuje, a zdjęcie ma zachęcać do przeczytania tekstu. W tej redakcji przestałam zajmować się podróżami i pisaniem reportaży ze świata.

Dlaczego przytoczyłam ten przykład sprzed niemal trzydziestu lat? Bo dzisiejsza sytuacja nieco się powtarza, chociaż polskie społeczeństwo zdecydowanie bardziej jest „wyrobione” i świadome rzeczywistości o innych częściach kuli ziemskiej. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polacy podróżowali na potęgę, fakt, że najczęściej w grupach zorganizowanych. A więc dość biernie oglądając ten świat, a nie poznając go. Jednak podróżowali, a obecnie?

Ograniczenia podróży, utrudnienia, najróżniejsze obostrzenie sprawiają, że wiedza przeciętnego Kowalskiego zaczyna zawężać się do tego co zobaczy, usłyszy lub przeczyta w mainstreamowych mediach albo „wygugla” w Internecie. A to wszystko nie koniecznie musi być prawdziwe. Modne stały się fake newsy, bo przy relacji ze świata, zwłaszcza z miejsc, które trudno sprawdzić, a w dobie pandemii mogły się diametralnie zmienić, liczy się głównie kasa i świadome lub nie wprowadzanie dezinformacji. Na dodatek, w ramach oszczędności i pandemii coraz częściej reportaże czy relacje z różnych miejsce opiera się na dziennikarstwie obywatelskim. Inaczej mówiąc, korzystając z pomocy innych, miejscowych, którzy chcą zaistnieć w sieci. Jeśli są to stali korespondenci, to można im wierzyć. Co innego, jeśli informatorem jest tzw. każdy, kto ma dostęp do Internetu. Jak sprawdzić wiarygodność informacji zamieszczanych na Facebooku, czy innych portalach społecznościowych? I na takiej podstawie pisać reportaż?

Zazwyczaj podróżuję sama, z jedną osobą, w gronie przyjaciół, sporadycznie z grupą zorganizowaną. Zanim wyruszę w świat „obkładam się” najróżniejszymi publikacjami dotyczącymi rejonu, w który się wybieram. Dzwonię po znajomych i nieznajomych, wypytuję o szczegóły, aby uniknąć przykrych niespodzianek, a raczej zmniejszyć ich liczbę, bo te i tak będą. Kiedy już dotrę w nieznane mi miejsce wsadzam nos wszędzie, gdzie trzeba i nie trzeba. O wszystko pytam, sprawdzam, nie polegam na informacjach z katalogów reklamowych, bo są przekłamane, o czym przekonałam się wielokrotnie. Chętnie nocuję – o ile to możliwe – u miejscowych, a nie w hotelach. I nie chodzi tu o finanse, tylko o możliwość obserwacji życia lokalnego, poznania atmosfery miejsca, próbę zrozumienia innej mentalności…

Czy jestem w stanie to zrobić dzięki Facebookowi albo Twitterowi tak chętnie stosującym cenzurę? Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi? Jak pogodzić wiarygodne dziennikarstwo z restrykcjami pandemicznymi? Czy już nigdy nie będziemy opisywać miejsc oglądanych z autopsji, relacjonować konfliktów zbrojnych obserwując, jak żołnierze, czy partyzanci repetują broń?

WALTER ALTERMANN: Chwasty

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół.

Poważna osoba, pani minister czy też (jak to dziwacznie niektórzy nazywają kobietę na męskim stanowisku) „ministra”, zapewnia że jej resort przeprowadził zmiany z pełną merytoryką. Czym jest rzeczona merytoryka? Nie wiadomo. To kolejny neologizm z furią atakujący podstawy języka polskiego. Dlaczego pani minister nie mówi, że zmiany mają merytoryczne uzasadnienie? Może dlatego, że nie wie, iż merytoryczny to przymiotnik. Owszem znamy rzeczowniki odprzymiotnikowe, ale to rzadkość. Merytoryka brzmi dobrze, choć nic nie znaczy. Merytoryka brzmi tak, jakby była nauką (kojarzy się z metodyką) i może dlatego słówko to pojawia się w ustach urzędników średniego i wyższego szczebla. Niemniej, niezależnie od intencji merytoryka jest chwastem.

Częściej mamy do czynienia z rzeczownikami odczasownikowymi. Najpierw mieliśmy czasownik kopać – od czego najpierw było kopanie i kopacz (czyli osoba zajmująca się kopaniem) a z wynalezieniem mechanicznego urządzenia mamy koparkę. Mamy czynność spychania czegoś (na przykład piasku), a wraz z maszyną pojawiła się nazwa spychacz. Najpierw było dźwiganie, a potem mechaniczny dźwig. Pamiętam, że lud nasz na pierwsze spychacze mówił spych, wzorem derywacji, takiej jak w przypadku dźwigania – dźwigu.

Swoją drogą obawiam się, że czeka nas wielka rewolucja językowa. Nasze współczesne feministki na pewno podejmą temat opatrywania różnych urządzeń i maszyn nazwami kobiecymi. I to, że skręcarka, wyciągarka, ładownica, spulchniarka, glebogryzarka, foliarka, drukarka są rodzaju żeńskiego na pewno je obraża. Tak jak dotyka je, że mówimy pani minister zamiast ministra. Podejrzewam, że feministki gotują się już do ataku. Bo jak to może być (według nich), że poważne maszyny są rodzaju męskiego, a te pośledniejsze są u-kobiecone? Traktor, kombajn, samolot, autobus, czołg, pociąg są rodzaju męskiego a te gorsze, jak lokomotywa, armata, rakieta są akurat rodzaju żeńskiego? Wtedy dopiero będzie zabawa, gdy każą nam mówić: ten armat, ten lokomotyw i ta samolot.

Warto zauważyć, że z wynalezieniem radia, telewizji i Internetu ludzkość coraz więcej mówi. I za nic ma maksymę, iż „milczenie jest złotem”.  Wraz ze wzrostem rodzaju i wielości nadajników ludzkość rozgadała się nad miarę. Dobrą zasadą byłoby to, gdyby mówił i pisał ten, kto ma coś do przekazania. Ale nie. Demokracja pokazała swe okrutne oblicze – mówić, pisać może każdy, nawet taki, który ledwo mówi i słabo pisze.

Ciągle słyszę od dziennikarzy i ich utytułowanych rozmówców, że minęła godzina czasu albo nawet tydzień czasu. Niektórzy muszą cofnąć się do tyłu a inni wrócić z powrotem. Jak to może być, że w kraju, w którym średnie wykształcenie ma już większość obywateli przed czterdziestym rokiem życia zdarzają się osobniczki i osobnicy, którzy nie wiedzą, że godzina jest miarą czasu? Gdyby to jeszcze  dotyczyło ludzi mówiących gwarą… Ale nie. Tak mówi dziś wykształcona elita kraju.

Język ma dwie funkcje. Po pierwsze – ma służyć komunikacji. I dlatego czym więcej słów znam, czym mówię poprawniej, tym precyzyjniej mogę się komunikować z innymi. Po drugie – język jest, sam w sobie, narzędziem poznania, pozwala mi uczyć się nowych rzeczy, a nawet nowych stanów ducha. Prostak powie że jest wkur*****y. Człowiek znający dobrze swój język powie, że jest zirytowany, poddenerwowany, zdenerwowany, wściekły, podrażniony, rozdrażniony. Mieszkańcy krain wiecznych lodów mają prawie 60 określeń śniegu, tak precyzyjnie umieją różne rodzaje i stany śniegu rozpoznawać, bo żyją na śniegu. Mongołowie mają około 40 nazw maści konia, bo są od wieków z tym zwierzętami w symbiozie.

Kilka dni temu dowiedziałem się z poważnej stacji TV, że jedna pani jest kobietą progresywną. Czyli uśmiercono już kobietę postępową. Dzisiaj sufrażystki są progresywne. W gruncie rzeczy znaczy to samo, ale brzmi po zachodniemu, czyli progresywnie.

Zauważyłem też, że większość naszych polityków pobiera lekcje w tej samej firmie marketingu politycznego, bo wszyscy oni mówią: i co istotnie ważne lub też w lżejszej formie: i co jest istotne, ważne. Czym się różni istotne od ważnego nie wiem, ale zawsze mnie to bawi. A to już jest coś, czego od polityka codziennie zaznać się nie da!

Pewien młody polityk, mający przekonanie, że ktoś tam powinien siedzieć w więzieniu, mówi: a ten gość ciągle chodzi po wolności. Od kogo się takiego zwrotu nauczył? Podejrzewam, że od kogoś, kto rzadko przebywał na wolności, większość czasu spędzając w zamknięciu.

No i jeszcze to nierozróżnianie rodzajów. Raptem mamy trzy i tysiące z nimi kłopotów. Język polski zna trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Więc dlaczego ciągle słyszę, że mamy tą strategię? Strategia to rodzaj żeński więc poprawnie ma być: mamy tę strategię. Niezależnie czy mówiący ma „tę strategię” czy tylko myśli, że ma. A jak się Państwu podoba „półtorej roku czasu”?

I na zakończenie tych męczących przykładów… W jakiejś reklamie słyszę ciągle – „To jest twój plannig odporności”. Planning to po prostu plan. Ale producent jakiegoś tam specyfiku wie, że Polacy to „paw narodów i papuga” i lubią obce słówka, bardziej im wierzą niż ojczystym słowom. Więc zamiast plan lektor czyta „planning”.  Swoją drogą, wszyscy nadawcy obowiązani są do nieemitowania szkodliwych reklam i mogliby wymusić na zamawiającym język polski. Ale nie zrobią tego, bo reklama to pieniądz.

Zachwaszczamy „język ojców” na potęgę. A język jest jak szlachetna roślina, którą trzeba podlewać, nawozić i usuwać wszelkie chwasty rosnący wokół. Dlaczego to tak ważne? Bo rozplenione chwasty głuszą rozwój cennej rośliny, która karleje i przynosi niesmaczne plony. A w końcu chwasty mogą doprowadzić do jej obumarcia.