Dziennikarskie ćmy – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Dziennikarz powinien dbać o swój wizerunek. Podobanie się władzy – to profity, ale i wstyd, żenada i plama, której Vanish nie usunie.         

 

Jeden z moich dziś już bywszych kolegów doniósł do redaktora stowarzyszeniowego – też już bywszego – periodyku: Truszczyński reanimuje komuchów. Chodziło mu o to, że napisałem wspomnienia o Ambrosiewiczu, Walterze, Pachu, MiroszowejDziedzicowej.

 

Tak, to byli dziennikarze słuchani i mający wpływ na ludzi – oczywiście pracujący w okresie reżimowym – ale w tym co było, co dało się ocalić robili dużo i dobrze.

 

Po dzisiejszych, pożal się Boże „idolach”, nic nie zostanie. Chłopaki wylecicie z obiegu i pamięć o was zaginie. Kupcie sobie od jakiegoś biskupa ziemię orną – to będzie zabezpieczenie.

 

Obejrzałem ostatnio dyskusję w TVP. Było tego prawie godzinę. O Pani Staroń. Ładniutka inżynierka, pomagająca dzielnie biednym ludziom i opowiadająca o tym w programie TVP u Jaworowicz. Wzruszające to relacje i przygnębiające. Kandydat na RPO stara się. Podobnie jak Ikonowicz. Ci prawdziwi społecznicy rzeczywiście zasługują na oklaski i medale. Ale funkcja RPO to prawno-administracyjne kompetencje. W tłumie decydentów, którzy wyrastają jak grzyby po deszczu, większość to ludzie siedzący cichutko jak mysz pod miotłą. Pączkowanie urzędów, urzędników, tony makulatury prawniczo-administracyjnej czego nikt nie czyta – to zmora, zaciskający się gordyjski węzeł. A dobre reformy, bo ciepłe, były te, które zimą nosiły nasze babcie. Inne to tylko szumne zapowiedzi i dreptanie w miejscu.

 

Dziennikarze ćmy podłączają się. Chętnie krytykują „tamto”. Rzeczywiście wolności słowa nie było. Teraz jest. Naprawdę. I nikt nikomu nie przeszkadza mówić co myśli. Najwyżej trzeba zmienić redakcję. Fakt, że w wypadku krytyki władzy media – usługowe – głównie telewizja i radio publiczne odstawiają na bok odważniaka ciupasem. Ma być tam jak kiedyś: krytyka – proszę, ale konstruktywna.

 

To wszystko co napisałem wcale nie oznacza, że nie należy podejmować prób: jak Zaremba, WarzechaZiemkiewicz – ale i wielu innych. Choć nie jest ich tak dużo.

 

Teraz jest taka szansa. Niemieccy właściciele lokalnej prasy tracili na wydawanych w Polsce gazetach, więc pojawiła się okazja zakupu. I Obajtek kupił. To energiczny gość. Ale nie wiadomo co z tym zrobi.

 

Pani Dorota Kania wyznaczona do podejmowania decyzji personalnych to dobra dziennikarka. Sprawna. Ale czy na głównych terenowych stołkach zasiądą porządni dziennikarze, którzy będą choćby się starać pracować niezależnie, a nie być tylko przydupasami władzy?

 

Polska to bardziej „teren” niż „warszawka”. W centrali głównym marzeniem polityka jest występ w studio TVP na pl. Powstańców lub Woronicza. Tam go nikt nie „przyciśnie”. Lelum polelum.

 

Dziennikarz jest dziennikarzem tylko wówczas, gdy krytykuje, obnaża, wyciąga jak psu z gardła informacje i oceny. Do chwalenia wystarczą rzecznicy ministerstw, organizacji.

 

Jest nowa rzeczywistość – nieporównywalna. Ale prawda jest jedna. Oceny się zmieniają. Dziennikarz powinien dbać o swój wizerunek. Podobanie się władzy – to profity, ale i wstyd, żenada i plama, której Vanish nie usunie. Młodzi będą mieli w tym zawodzie długi żywot. Choć nie łatwo. Mogą być zwalniani. I będą musieli szukać od nowa. Etat mogą tracić, ale twarzy nigdy.

 

Stefan Truszczyński                                                                       

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Panie Rafale Brzozowski!

Był Pan elegancki, świetny wokalnie, dykcyjnie i „ruchowo”. Wypadł Pan w Eurowizji godnie, ku uciesze wielu. Zablokowano Pana, bo wyróżniał się Pan na tle szmiry i tandety. Można się rozebrać do pasa, można szarpać i wyginać, przypiąć sobie skrzydła i powiesić złote łańcuchy. Można. Tylko po co. To rzekomo ma być konkurs piosenki. Tak było. Ale już nie jest. W pogoni za „uatrakcyjnieniem” robi się mega widowiska. Udziwnienia dotyczą także oprawy – prowadzących, stymulowania wrzasków tworzących nie tyle atmosferę co zgiełk.

 

U Pana wszystko było spójne, dopracowane i do zapamiętania. Dobrze, że Pan reprezentował Polskę. Należą się Panu oklaski i podziękowania. Ten konkurs to chyba apogeum poszukiwania nie wiadomo czego przez nie wiadomo kogo. Glajchszajtuje się to wszystko i przybiera w końcu bardzo podobne formy zgiełku i gonienia w piętkę. Może ktoś puknie się w łeb i odsunie od decydowania pseudo awangardowych „artystów” i poszukiwania dziwolągów. Może następna Eurowizja będzie konkursem piosenek i piosenkarzy. Są jednak takowe i takowi na świecie. Holandia to kraj depresyjny. W Rotterdamie osiągnięto dno. Naprawdę wygrali to dziwacznym werdyktem ci, których niesprawiedliwie odsunięto.

 

 

Stefan Truszczyński

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Też Bond, ale stąd

Umarł Bronisław Cieślak. Znałem, bo robiłem z Nim  programy telewizyjne. Wkurzał aktorów, bo był od wielu lepszym, choć tylko dziennikarzem. Zazdrościli mu też koledzy, bo był popularny. Popierany przez władzę, bo dostrzeżono talent i zapal do pracy. Nie walczył z „komuną”, ale pilnował by nie kadzić jej. Był lubiany u nas i w wielu krajach, gdzie emitowano „07  zgłoś się”. Słyszę teraz, że został pośmiertnie odznaczony, a serial ma być powtarzany w TVP. Bardzo dobrze. Bronek zawsze miał fanklub. Myślę, że się jego grono powiększy. Ludzie, telewidzowie wybierają sprawiedliwie. Decydenci – zawsze zresztą chwilowi – różnie.

 

Co jakiś czas rozmawialiśmy. Do czasu, gdy on zaufał jednym pajacom, a ja drugim. Było, minęło. Jak jest każdy widzi i wybiera.

 

Dziennikarz powinien za wszelką cenę być niezależnym. To trudne. „Sławek” – bo tak się do niego też mówiło – w dużej mierze takim był.  Wspominajmy go dobrze.

 

    Stefan Truszczyński

 

9 maja 2021 r.

Kurski przeprasza Jandę – z punktu widzenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

W niedzielę, wprawdzie w „Dwójce” i o północy, Jacek Kurski przeprosił Krystynę Jandę. Zrobił to w sposób „okrężny”, ale jednak. I Osobiście.  Bardzo się z tego cieszę.

 

Nadano mianowicie znakomity film „Panie Dulskie” (z 2015 roku), znakomitego naszego reżysera Filipa Bajona, z piękną i świetną jak zawsze Panią Krystyną.

 

To oczywista forma przeprosin za haniebną, bezmyślną akcję przeciwko wielce zasłużonej (również dla „Solidarności”) czołowej polskiej aktorce.

 

Pani Janda i kilka jeszcze wybitnych i popularnych osób zostało zaproszonych przez Szefostwo Uniwersytetu Medycznego bez kolejki na szczepienia.

 

Zrobiono z tego kampanię propagandową. Nie będę więc powtarzał szczegółów, bo wszyscy znają zarówno zarzuty jak i argumentu obrony.

 

Oczywiście informować należy, a nawet trzeba o wszystkim co uznać można za ważne. Od tego są dziennikarze. Co innego jednak news, a co innego chamska, polityczna akcja.

 

Rozpoczął ją niestety człowiek zdawałoby się odważny, brutalnie nie tak dawno wyrzucony z prezesury TVP, obdarzony najbielszym orderem z Orłem.  Przez prawie godzinę pastwił się nad JandąWalterem – rektorem uczelni, która  dostała zastrzyki. W programach informacyjnych przez wiele dni pokazywano co chwilę twarze aktorów, reżyserów, ludzi estrady. Dobierano ujęcia wskazujące „na spożycie”.

 

Gdyby najpiękniejszego polityka pokazywać wielokrotnie na sedesie można by go skutecznie zohydzić.

 

W archiwalnym ujęciu z Walterem pokazywano również popularnego niegdyś prowadzącego Studio-2 redaktora Edwarda Mikołajczyka. Kilka miesięcy temu byłem na jego pogrzebie. Żegnało go bardzo wielu – z szacunkiem i podziękowaniem. Wśród nich również ponad 80-letni Mariusz Walter, najwyraźniej człowiek ciężko chory,  podtrzymywany przez bliskich, gdy szedł.

 

Ja też dobijam 80-tki. Moja żona jest młodsza ode mnie zaledwie o rok. Czekamy, spokojnie, krytycznie oceniając postęp szczepień i tłumaczenia. Dla siebie nie będę nikogo o nic prosił. Ale gdyby udało się mi „załatwić” szczepienie żony, która przez całe pracowite życie uczyła dzieci w szkole, zrobiłbym to  bez wahania.

 

Nie wiem, Panie Jacku Kurski, czy długo jeszcze w tych niepewnych dla władzy czasach utrzyma się pan na woronowiczowym tronie. Cieszę się jednak (jako ten, który przed 30 laty  przyjął Pana do pracy na etat; byłem dyrektorem I Programu TVP), że nie blokuje Pan dobrych filmów przez polityczną nienawiść.

 

Przysłał mi Pan niedawno życzenia świąteczne i noworoczne. Teraz po emisji bajonowskiej (scenariusz i reżyseria) dulszczyzny – mogę Panu podziękować i również życzyć wszystkiego dobrego.

 

Stefan Truszczyński

Apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Szanowny Panie Prezesie Jarosławie Kaczyński,

 

apeluję do Pana gorąco o wycofanie się z zaostrzenia przepisów aborcyjnych. Jednym słowem może Pan dziś zatrzymać niebezpieczne demonstracje w kraju. Niestety trzeba sprawę jeszcze przedyskutować, w każdym razie na tę chwilę należy zahamować demonstracje groźne dla życia ludzi. Może Pan to zrobić jednym swoim słowem. Nadal pozostaje z nadzieją wielką jako zwolennik PiS-u.

 

Reporter i publicysta z 55-letnim stażem dziennikarskim,

 

Stefan Truszczyński

Bankierzy – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Bankierzy, Maklerzy.

Nie czują zimna ani gorąca,  

ani ludzkiego cierpienia.

Straszni współcześni Robin-Hoodzi co ograbiają biednych i dają bogatym.

Bankierzy, Maklerzy 

 

Siedzą w betonowo-szklanych bunkrach banków, posługują się elektronicznymi maszynami, które w ułamku sekundy, w biały dzieṅ i w czarną noc rabują tysiące ludzi.

 

Golden Boys, którzy głoszą, że wzbogacanie bogatych jest konieczne dla poprawienia sytuacji biednych.

 

Astrocytom* w głowie świata.

 

Świadomie, wiedząc doskonale jakie będą tego skutki, przy milczącym współudziale ekspertów, spowodowali światowy kryzys finansowy.

 

Bezkarnie, mimo, że na całym świecie nadużycie zaufania i świadome wprowadzenie w błąd ludzi słabych bez możliwości obrony jest przestępstwem kodeksu karnego.

 

Nie czują zimna ani gorąca

ani ludzkiego cierpienia.

Straszni współcześni Robin-Hoodzi co ograbiają biednych i dają bogatym.

Bankierzy, Maklerzy

 

Dziś, kontynuują, bez istotnych zmian, zbrodniczy proceder. Ukarać winnych, odbudować sprawiedliwość, zaufanie i nadzieje. Stworzyć nowe prawa.  Prawa, które przywrócą właściwą rolę pieniądza: wymiana między ludźmi, bodziec ludzkiej aktywności

 

Jeżeli tego nie zrobimy to pieniądz stanie się jedynym dyktatorem świata.

 

Stworzy dyktaturę depczącą prawa człowieka, odpowiedzialną za …nic.  Manipulujacą politykami. Uciszającą ekspertów. Dysponującą środkami. Gardzącą demokracją.

 

Tak jak dotychczas. Przekonana, że nikt nie jest w stanie jej zagrozić.

 

Nie czują zimna ani gorąca

ani ludzkiego cierpienia.

Straszni współcześni Robin – Hoodzi co ograbiają biednych i dają bogatym.

Bankierzy, Maklerzy

 

Agencje notacji* nie dostrzegły ogromu nadużyć i ich nieuniknionych konsekwencji światowego kryzysu finansowego.  Dziś bez poniesienia najmniejszych konsekwencji dalej uprawiają swój proceder. Czy to tylko niekompetencja. Tylko naiwni mogą w to uwierzyć.

 

Złodzieje, którzy zostaną przyłapani na złodziejstwie idą do więzienia. Jak nazwać tych, którzy kradną z premedytacją i ich jedynym celem jest wzbogacenie się.

 

Jak wytłumaczyć ich bezkarność?  Gdzie jest sprawiedliwość?

 

Czy demokracja oznacza wolność kradzieży?

 

Nie czują zimna ani gorąca,

ani ludzkiego cierpienia.

Straszni współcześni Robin – Hoodzi co ograbiają biednych i dają bogatym.

Bankierzy, Maklerzy i Inni

 

*Astrocytom rodzaj guza nowotworowego w kształcie gwiazdy usytuowanego w mózgu.

*Agences de notation – évaluent la solidité financière des Etats et des Institutions financières

 

 

O Radiu Wnet i jego twórcy – laurka STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Będzie o Krzysztofie Skowrońskim (lat 55 właśnie obchodzi). Ale napiszę tylko o Krzysztofie dziennikarzu: o zdolnościach (wrodzonych i nabytych), o codziennej pracy (… zasuwaniu) i miłości (Radio Wnet, właśnie od lat 11-stu, też jubileusz). 

 

Filozofował, studiował (i chyba nadal to robi). Szedł sobie ulicą Myśliwiecką i przeczytał ogłoszenie na płocie budynku Polskiego Radia, że jest pracowniczy konkurs. Wszedł i dość długo z nim gadali. No i właśnie jego wybrali. Ale tak naprawdę zafascynował się pracą na fonii dopiero po zetknięciu się z Andrzejem Woyciechowskim. Ów przy poznaniu wydawał się człowiekiem dość mrocznym, żeby nie powiedzieć ponurym. Poznałem go w domu Michael’a Castex’a, korespondenta Agence France Press, w stanie wojennym. Zaczęliśmy gadać, drinkując i przesiedzieliśmy całą noc. Był to niezwykły gość. Żony nasze poszły spać, a my rozmawialiśmy o wszystkim – o Żydach – polskich i obcych.

 

Krzysztof pracował z Andrzejem kilka lat w Radio Zet, które było i jest dobre do dziś. Drugie w Polsce pod względem słuchalności. Tylko RMF FM ma więcej.

 

To chyba wtedy w Zetce zamarzyło się Krzysztofowi, własne radio. Ba! Chcieć, a mieć to daleka droga. Ale zaczął step by step. Ruszyła maszyna… po drogach i szynach. Najpierw z Hotelu Europejskiego (oczywiście przed przebudową). Maleńkie 2 pokoiki, zapchane sprzętem, kilkuosobowa załoga (oszczędność personalna obowiązuje we „Wnecie” do dziś) i coraz liczniejsi goście, potem była Koszykowa, pokoik, ale już z balkonikiem, tak jak na Nowym Świecie w Zet-ce. I można było kopsnąć szluga, gdy leciała piosenka. Wreszcie przenosiny do PASTY na piąte piętro – piękny widok na Marszałkowską i Świętokrzyską. Świadomość, że nadaje się z historycznego gmachu, gdzie gościny radiu udzielili najczcigodniejsi kombatanci – AK-owcy.

 

Udało się. Trwa. I idzie ciągle jak burza.

 

Najważniejszy jest Poranek Radia Wnet – od 7:07 do 9-tej, 10-tej, w dni powszednie. W Warszawie na częstotliwości 87,8 MHz, w Krakowie 95,2 MHz. Zasięg po kilkadziesiąt kilometrów wokół miast. Ale w internecie oczywiście – z szybkością światła na cały świat. Miast polskich z lokalnymi redakcjami – WNET będzie więcej, już są przydzielone nowe koncesje. Ale jak to wszystko uruchomić? – duma redaktor, prezes, właściciel. Redaktorowanie, menedżerowanie to praca nie na parę rąk. Prawą – jest Lech Rustecki, facet który naprawdę potrafi wszystko od techniki, kalkulowania, po dziennikarzenie – ma świetne pomysły i doskonale sam prowadzi własne audycje. Krzysztof Skowroński jak już będzie miał potężne, ogólnopolskie konsorcjum, na pewno odpuści trochę menedżerowania. Ale na pewno nie zrezygnuje z wydawania i prowadzenia programów. Dziś ma już wielką pomoc Magdaleny Uchaniuk i Łukasza Jankowskiego. Idą już młodzi, ale głównie ta trójka tworzy „Poranki”.

 

7:07 wyrusza yellow submarine i przenosimy się w Polskę i świat. Chętnie piszę o tychże porankach Wnetu, bo słucham i lubię. Krzysztof ma świetne oko poławiacza talentów, a może przede wszystkim słuch radiowy. Celnie wybiera. Daje pole działania i szanse zawodowe. Oczywiście szkoli, ale tak, że się tego nie czuje. O wszystkich, zawsze wszystko wie i oni wiedzą. Pomaga, podpowiada, życzliwie słucha. Taki mały zespół da się opanować, ale wszyscy muszą chcieć i lubić to co robią. W molochach radiostacyjnych redaktorostwo nadrzędne wiecznie planuje, dyskutuje i kontroluje. W prawdziwej redakcji, prawdziwych redaktorów – nie ma na to czasu. Tu się pracuje na pełnych obrotach. Każdy robi wiele. Tu się szybko rozwijają. Orły rosną. I to jest prawdziwa wartość dodana. Bo przecież pójdą kiedyś w świat, wzbogacą swoimi umiejętnościami rynek.

 

Tymczasem władza łoży na molochy zapominając o dobrych praktycznych szkołach dziennikarskich w małych rozgłośniach i studiach. Wielkie fabryki żurnalistów mieszają PR-owców z dziennikarzami. Tam na jednego, jedną idą wielkie pieniądze (lokale, wykładowcy, etc.). We Wnecie uczą się pracując. Należałoby sypnąć grosza z państwowej kasy – obojętnie czy z edukacji czy kultury. Obserwowałem wielu dziś ważnych w polityce jak walczyli o popularność. Pomagało „Wnet”. Pora na rewanż. Lepiej dać więcej dobrym, niż trwonić na partaczy.

 

Krzysztof jest z rodziny dziennikarskiej (mama nadal w akcji). Ma czworo dzieci i ładną żonę. 50-cio 60-cio latek, to najlepszy wiek dla aktywnego faceta. Już wie i jeszcze może … dużo zrobić. Zrywa się więc o 5. rano, gna z Saskiej (Kępy) na Zielną. Piętra tu wysokie i gmach za stalowym szkieletem przedwojennej myśli inżynieryjnej, który nie poddał się nawet 300 pociskom. Na piątym witają go uśmiechnięte twarze. Już słychać Beatlesów, a oni jeszcze biegają między pokojami. Ostatnie ustalenia. Jest gorąco. Ale bez paniki. I wreszcie antena, oczywiście na żywo. Nagrywanki zabiją radio. Jeśli z jednej strony przy mikrofonie siedzi reporter a z drugiej słuchacz – więź jest. Czasem coś trzaśnie na liniach, prychnie, chwila ciszy – trudno. Radio robi się dla słuchaczy i oni muszą ufać, że to idzie „na żywo”.

 

Krzysztof ma świetną pamięć. Nie lubi kartek – gubi je i zostawia. Zna muzyków i zespoły. Jedynie sam śpiewać nie potrafi. Za to „nawija” znakomicie – lekko, wyraźnie, a przede wszystkim ciekawie. Nazywamy to radiowym słuchem. Można się w tym poprawiać, ale tak naprawdę, to trzeba się z tym urodzić. Lub nie!

 

Dziennikarstwo to pasja. To słychać, a nawet widać wyraźnie oczami wyobraźni. Jeśli się ją ma. Z tym w społeczeństwie jest coraz lepiej. Nudziarze idą do lamusa.

 

Przed wyborami politycy garną do radia. I ono im pomaga. Niestety, gdy się opierzą na ogół zapominają co komu zawdzięczają. Tak to już jest. A z próżnego nawet Salomon…

 

Redaktorzy „WNET” wymyślają różne akcje, zbiórki pieniężne. Ostatnia – daje szansę umieszczenia reklam za darmo. Akcja się rozwija. Dobrze by było, żeby jej beneficjenci pamiętali kto w dobie koronawirusa im pomagał.

 

„WNET” to ważny lufcik, bo oprócz słuchania daje obrazki na portalu (WNET.FM), a także wydaje niecodzienną, największą (gabarytowo) gazetę „Kurier”. Przez ostatnie dwa miesiące był tylko w wersji elektronicznej, ale już w lipcu będzie również nakład papierowy. Głównie sprzedawany w klubach książki i prasy. Kupujcie! Oprócz edycji głównej dołączane są jeszcze „Kuriery” – Śląski i Wielkopolski.

 

Dziennikarstwo – szczególnie reporterka – to taka choroba, którą trzeba lubić. Inaczej się nie da znosić trudy, ryzyko i kiepskie zarobki (a często pracę za friko). Wszystko można znieść, jeśli jest sukces. Ten zaś zależy od utrzymania niezależności. Redakcje nudzą, gdy dały się zawładnąć komuś lub czemuś. Następuje demobilizacja i zniechęcenie. Smutek i żal. To jednak można odkręcić byle znaleźć właściwego lidera.

 

Wodzu prowadź! To jest klucz do programu, popularności. Wódz musi być zdrowy, pracowity i odważny. Gdy program zaczyna się rano wszystko jeszcze może się zdarzyć. Życie wartko się toczy i tłoczy. Trzeba je łapać za rogi i prawdziwie przedstawiać, choć w skrócie.

 

Dżingle, piosenki sprawy nie załatwią. Podstawą jest wybór tego co się chce powiedzieć ludziom. Ogólne ramy nakreśla szef. Wypełniają je współpracownicy. Mądry szef potrafi słuchać, ale w robocie trzeba działać konsekwentnie.

 

Radio Wnet jest konserwatywne, prawicowe. Bóg, honor, ojczyzna – tak, ale i otwarta krytyka wobec wszystkich. Świętych krów nie ma. Słyszymy oto, że młody minister zżyma się na prowadzącą program – „zadaje pani pytania z tezą”. „Panie ministrze, powtórzę pytanie…” mówi prowadząca.

 

Dobry szef, w dodatku sam aktywny w fonii cieszy się, gdy depczą mu po piętach współpracownicy. I tak się dzieje.

 

11 lat to już ponad dekada. A „Wnet” wciąż przyśpiesza. Z respektem wobec słuchacza. Troszczą się tu by było na antenie to co najważniejsze u nas, na świecie – od Tajwanu, przez Liban, Włochy, Hiszpanię, Anglię, Irlandię, Niemcy, Czechy, Słowację, Ukrainę (świetny Bobołowicz), po USA.

 

Informacje, komentarze, wywiady. Szpiegiem rzeczywistości trzeba się urodzić. Jest to pazerna ciekawość świata. Talent – praca to się przeplata.

 

Ktoś powie, że piszę laurki. A czemu nie, skoro tak właśnie uważam. Poza tym rocznica – to rocznica. Na krytykę zawsze jest pora. A prawdziwa cnota jej się nie boi, ani krytyki ani … pochwał. Zresztą, teraz w naszym pięknym kraju krytyki (nawet chamskiej w Sejmie, sobie nie żałujemy). Nawet koronawirus u nas się przestraszył. Głupich zresztą nie brakuje. Na szczęście mądrych jest więcej. To oni słuchają WNET-u.

 

„Radio – robimy radio” – słychać na falach płynących z PASTY. Róbmy! Warto!

 

Stefan Truszczyński

Precz z cmokaniem – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Pożytki z pandemii? A jednak są! Zacznijmy od cmokania po rękach. Niektórzy robią to nawet wobec męskich przełożonych. Na lizusostwo trudna jest rada. Bo jak to się we krwi ma – to się ma. CZYSTE WYRACHOWANIE. Choć kiedyś (widzieliśmy w telewizji) z „rozpędu” lider K. ciągnął do ust łapę S. – ministra wówczas. Ten na szczęście wyrwał mu się i do zbliżenia szlachetnych warg z brudną (jak się wkrótce okazało) lewacką ręką nie doszło.

 

Czasem klepię, że MY to niby tacy szarmanccy. Tymczasem kobiety na pewno wolą, by im płacono tyle co mężczyznom za podobną pracę.  Niezwykłą szarmanckością popisała się PO wobec swojej wybranki. WYSTAWIONO JĄ PODWÓJNIE – najpierw na listę kandydatów, a potem do wiatru. I żaden z dżentelmenów nie wyszedł nawet z platformowej budki, by jej towarzyszyć w ostatniej drodze do mikrofonu, gdy zgłaszała abdykację.

 

Chyba ci sami „grzeczni panowie” nie odważyli się zaatakować ze strachu ministra Ziobrę, więc napadli na jego małżonkę. Jeszcze większe chamstwo zastosowano wobec żony ministra zdrowia. Ale wiadomo, że mimo tego, iż psy szczekają, karawana jedzie dalej.

 

Dżentelmeni znad Wisły cmokają jednak zawzięcie i to cmokanie staje się nieznośne, gdy następuje taśmowo. Stoją rządkiem rządowi, a najpierwszy z ministrów posuwa się wzdłuż szpaleru i oblizuje damskie rączęta. Rozumiem całowanie po rękach matron i dam starszych. Spracowanych dłoni matek i babć. Ale siksa siksowato nadęta na pewno nie zasługuje.

 

Przybył koronawirus i cmokanie ustało. I niech tak zostanie. Niech żurnaliści obśmiewają to zjawisko, które jest głupią tradycją i nie ma nic wspólnego z prawdziwym szacunkiem wobec pań.

 

Piesek z zapałem wącha sukę, bo inspiruje go to fizjologicznie. Nam powinien wystarczyć uścisk dłoni i spojrzenie w oczy. Koronawirus się czai i może go nam dostarczyć nawet śliczniutka panienka.

 

Odpuśćmy więc chłopaki. Mądre kobitki wcale nie marzą o oblizywaniu. Zupełnie im do szczęścia niepotrzebne. Nie obrażą się, jeśli głupi zwyczaj ustanie.

 

Podajmy sobie przyjazne dłonie, a uścisk w miarę silny i serdeczny niech wyeliminuje durny zwyczaj, nikomu niepotrzebny, obłudny i paskudny. Rączka rączkę myje. Niekoniecznie ustami. Skorośmy już w tej Europie – niech się z nas nie śmieją. Polki pozostaną piękne – nieobślinione.

 

Chłopaki ze wschodu całowali tych zza Odry w usta. Honecker nie śmiał odmówić Breżniewowi. Gierek też. Po rękach wprawdzie się nie całowali, bo to był zwyczaj pański. Pańszczyznę odrabialiśmy inaczej, płacąc na przykład statkami za nasz węgiel. Teraz jest odwrotnie. 20 milionów ton węgla zaimportowaliśmy w ubiegłym roku z zagranicy (głównie właśnie zza Buga), choć na hałdach leży u nas co najmniej 7 milionów ton. W Rotterdamie jest wielki światowy skład i każdy (wystarczy założyć firmę, a to łatwo) może stamtąd kupić węgla ile chce i przywlec do Polski. Bez całowania rączek. Ślepowron napadł na naród 13 grudnia ’81, a teraz ślepi obywatele nie widzą co się dzieje w polskim górnictwie, które idzie ku zagładzie. Okrągłe i pokrętne słówka władzy to kłamliwe obietnice. To jest temat dla dziennikarzy, a nie… pisanie o cmokaniu rączek.

 

Stefan Truszczyński

Tchórze się nie ubrudzą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Pod wpływem tego co napisała Olga D-Ha (w Gazecie Polskiej Everyday) o Caravaggio, że świętym twarzom nadawał rysy kurtyzan, piszę ja:

  1. to jednak może nie osoby święte, ale wielkie cierpiętnice. „Lekki zawód”? No, proszę spróbować. Latem trochę łatwiej, ale zimą… I najgorsze, najbardziej obrzydliwe – wystarczy to sobie wyobrazić, co czuje kobieta, gdy robi to co robi z nią na przykład paskudny, śliniący się, śmierdzący. Wystarczy.

 

Uwieść dewotkę do niebios droga (przestanie nudzić Pana Boga) – tyle Sztaudynger. Chociaż te Panie są nawet nadmiernie czyściutkie i wykrochmalone. Cóż więc to za wielka niby zasługa. Nie martw się satyryku o Pana Boga, on już wie co wybrać. Owszem, może by jakiś ambitny młody kolega po piórze podjął się dokonać analizy co znaczy słowo uwieść. Mógłby taki reporter zrobić na przykład sondę, co teraz jest modne i rzekomo oddaje prawdę. Dziś na sondach opierają się politycy, nie bacząc na to, że mogą się poślizgnąć. „Jak jest z satysfakcją po latach od uwiedzenia (partyjnego), gdy nakłamało się ile wlezie i kłamie się dalej”. Albo – „czy to obiecywanie było świadome i dobrowolne, czy też pod wpływem gwałtu, przekupstwa, obietnic awansu”.

 

Jest bardzo dużo możliwości, ale wróćmy do „panienek”.  Im też powinno się poświęcić uwagę. W dobie koronawirusa na pewno spadły obroty. I któż im dopłaci? PCK, minister? Dlaczego mają cierpieć dzieciaczki, a wiadomo, że wiele mam – p. pracuje nie dla przyjemności, ale by dać dzieciom – tak uważają – trochę więcej.

 

Za młodych lat (’60) pracowałem w Sztandarze Młodych. Napisałem reportaż o wrocławskich prostytutkach. Była gorąca noc. Mieszkałem w hotelu vis-a-vis dworca. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, że na placu spaceruje ich więcej niż przechodniów. Zszedłem, zagaiłem, zapłaciłem – ale tylko za rozmowę! Dowiedziałem się sporo. Reportaż można odszukać w bibliotece w zszywkach SM rocznik 67, autor Stefan Truszczyński. I o dziwo nawet w tamtych czasach zamordystycznej cenzury wydrukowano. Wprawdzie tylko 2/3 co napisałem (resztę uznano za zbyt drastyczne). Zgodziłem się na interwencję, a nawet byłem pełen uznania dla mojej ówczesnej kierowniczki, redaktor Teresy Świerzawskiej, że wywalczyła druk tekstu o prostytucji w naszym kraju.

 

Reportaż był czytany, nawet bardzo. Wówczas, w socjalistycznym ustroju o prostytucji się nie pisało.  Napłynęło do redakcji w Warszawie przy ulicy Wspólnej 61 bardzo wiele listów. Były między innymi i od „profesjonalistek”. „Ty- pisały – dlaczego zajmujesz się tylko tymi drogimi z kawiarenek i restauracji, a nie najbardziej poniewieranymi z ulicy”. Moje korespondentki nie podawały oczywiście nazwisk i adresów, więc nie mogłem im odpowiedzieć. A prawda była taka, że o tych tragicznych najgorszych wypadkach nie dano mi napisać. Zgodziłem się na ocenzurowanie, bo inaczej w ogóle nic by się nie ukazało. Była cenzura.

 

Teraz mamy rzeczywiście wolność słowa, cenzury nie ma. Ale ocenzurowanie przeniosło się do główek piszących. Sami się cenzurują. Poustawiali się w większości „za chlebem”, pod kasami różnych partii. Nie są niezależni. Robią tak zarówno ci z lewa jak i ci z prawa. Kiedyś można było tylko „lać” w kelnerów i szoferów. A teraz znów są święte krowy.

 

Tchórze nigdy się nie ubrudzą. A odważnych najwięcej na cmentarzu.

 

Stefan Truszczyński

Jak to Pan Horała wojował – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Prawda, szedł jak burza. Horała tu, Horała tam. Miał zastąpić Szczurka, bo ten rzeczywiście już za długo siedzi na pocegielskim stołku. Rozmawiałem kiedyś z wędrującym w górę Panem H. na pokładzie DARU POMORZA (Radio WNET robiło transmisję z Gdyni). Jak to w wywiadach okazjonalnych – ple, ple, ple, … ple, ple.

 

Była tam też wiceprezydentowa miasta. Kobieta bardzo ładna, więc z trudem skupić mi się przyszło na młodym polityku. Odniosłem jednak wrażenie, że wie, chce mu się i ma ciekawe plany wobec mojego ukochanego miasta, portu, korabi cumujących przy nabrzeżach. Tym bardziej, że był (i jest!) dziś okres odwracania się Polski d… do morza.

 

Niestety Pan H. zawiódł mnie. Uwiodła go Warszawa, czy też warszawka. Tu telewizje, wprawdzie jeszcze bardziej kłamliwe (i ta z prawej i ta z lewej) niż skromniutka w Gdańsku, ale wiadomo – stolica. I tak Pan H. został wciągnięty. Był nowy, wygadany i naprawdę inteligentny. Troszkę nawet krytyczny wobec swoich pryncypałów – więc dziennikarze zapraszali go często. Redaktorzy chętnie podrywają nowych – jeszcze nieopatrzonych, bo przy nich sami się pożywią.

 

Bieganie po studiach szybko popularyzuje i daje szansę na osiągnięcie intratnej synekury. Po drodze są jeszcze wybory – tu i tam, sprytnie można wyrolować koleżanką, na przykład Dorotę Arciszewską, konkurentkę, by wreszcie dorwać coś konkretnego. Bardzo znaczącego. Na przykład stanowisko najważniejsze w inwestycji – giganta na miarę, europejską MEGA PORT LOTNICZY. Nieważne, że obywatel ma doświadczenie mikro. Ważne – mówią – że jest z ikrą. Młody, przystojny – da radę!

 

Da jak dadzą, bo tu nagle krucho. Pazerny koronawirus zjada wszystko, ludzie zaczną klepać biedę i na lotnisko zabraknie.

 

Szkoda mi stewardess. Ale myślę, że te niezwykle piękne kobiety znajdą sobie bogatych mężów, którzy wciskali im wizytówki, gdy zamawiali drinki latając na pokładach naszych samolotów wspaniałej firmy PLL LOT, która – dzięki Bogu – ocalała.

 

Pomyślano – może przypomniano sobie obrońcę Anglii Zumbacha – o Anglii i wybrano Anglików na doradców (choć od 35 lat Brytyjczycy nie potrafią zbudować trzeciego pasa na lotnisku Heathrow). Oni mają radzić jak … zniszczyć Puszczę Bolimowską.

 

Jest mianowany prezes i liczni pobierający już pensje. Ale lotnisko jeszcze hen, hen. 27 miliardów ma kosztować i być gotowe w roku ’27-ym.

 

Centralny Port Komunikacyjny – CPK. Może to i pechowa nazwa. Jak na przykład KC. Takie było ważne, a dziś urzędują tu bankierzy (obcy zresztą) i dealerzy samochodowi (też obcych marek). Czy będziemy mieli kaca po zamachu na wielkie dzieło, który nas obali.

 

Panie Horała zapytaj Pan młociarzy, jak to robią kręcąc się w kole rzutni, że puszczają ciężar gdy trzeba, a rzucając – nie wylatują z rzutni.

 

Przyjęła się nazwa, że to lotnisko … Baranów (od miejscowości). Obyśmy nie wyszli na takowych, jak to niestety często się dzieje, budujemy obcymi rękami. Na przykład pale wbijane na plażach, łamiące fale na Helu wbijają Austriacy, zatrudniają naszych robotników i majstrów z rozwalonej niedawno firmy HYDROBUDOWA IV. Podobnie jest z autostradami. Minister się chwali. Konferencje telewizyjne po każdym kawałku drogi. Ale to nie są wcale polskie drogi – za pieniądze unijne w połowie, budują je firmy obce, a nawet firmy owe przekazują sobie umowy z Polską jak chcą i komu chcą.

 

Pendolino  wystało się w krzakach. Teraz jeździ, ale trudno w nim nogi wyprostować. Nawet linię kolejową przez Półwysep Helski zbudowali Włosi i bardzo długo to trwało. Na węgiel z Bogdanki (lubelskie) oblizują się Australijczycy, a kopalnię Krupiński mają reanimować Anglicy. Skoro o obcych, to zakończę słowem funeral (pogrzeb). Oby Pan Panie Horała, zamiast prezydentem Gdyni nie został grabarzem w skali krajowej. Bo jeśli chodzi o gigant lotnisko, to sprawa jest naprawdę bardzo trudna i nawet Anglicy nie pomogą. Przydałyby się Babie Doły na Oksywiu. To był i jest nadal świetny pomysł. Wiatry rozganiają tam chmury i zawsze można lądować (w przeciwieństwie do lotniska imienia Wałęsy), tylko trzeba pozbyć się w Unii Tusków, Lewandowskich i Zwiefek – szkodników, którzy występują przeciwko naszemu państwu. Oczywiście sto tysięcy złotych miesięcznie trudno będzie zabrać, a oni za tyle właśnie srebrników Polsce szkodzą. Tak jakby nie była to ich ojczyzna. Czy Pan Prezydent Andrzej Duda temu zadaniu sprosta?

 

Stefan Truszczyński

Buźki – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Media, i nimi zarządzający, powinni mieć odwagę i wyobraźnię. Powinni szanować ludzi, społeczeństwo, a nie traktować ich jak biednych głuptasów.

 

Buźka buźce jest nierówna. Kiedyś na okładkach („Przekrój” i inne) dominowały zdjęcia pięknych pań. Dziś najczęściej ramki tygodników polityczno-społecznych rozsadzają buźki zbliżone do „wicie rozumicie”. No, czasem są także szczuplejsze, jak na przykład Grodzkiego, Biedronia. Nawet jak się za kimś nie przepada, to lepiej dać przystojniaka lub „nieco przystojniaka”, bo oglądający nie przepadają za opuchlikami lub łyskami. Nie mam nic przeciwko łysym lub łysiejącym, bo to męska sprawa. Śmieszy mnie jednak, gdy „wybrańcy” narodu, których najważniejszym zmartwieniem jest postępujący ubytek włosów, troszczą się przede wszystkim o zaczesywanie. Tym bardziej, że jak słyszę od pań, łysy to podobno na ogół dobry kochanek. A więc świadczyłoby to nawet dobrze o dziennikarzu, polityku. Taki to COŚ w końcu potrafi. Są jacy są. A kombinowanie „Gazety Polskiej Codziennie”, by robić im zdjęcia na całe okładki to przesada. Chyba że jest to jakiś tajemniczy, ukryty plan redaktora, na przykład Sakiewicza.

 

Tyle w kwestii makro. A teraz będzie o mikro. Lupę trzeba mieć w kieszeni, aby dowiedzieć się, z kim na przykład świetny zresztą redaktor Mazurek rozmawia. Tytuł wywiadu jest duży, zdjęcie też, tekst na ogół bardzo ciekawy, nazwisko autora już skromniutko jest wypisane, natomiast to z kim rozmawia drukowane jest tak małymi literkami, że z trudem można je przeczytać. Powiedzą – jesteś stary i ślepy – ale takich po pierwsze coraz więcej, a po drugie młodzi mają głowę w komputerze, a nie szeleszczą gazetą.

 

Redaktorzy, łamacze – litości. Sokoli wzrok u nas mają nieliczni. Większość nawet na gigantyczne afery jest ślepa. Tyle, że wdzięczność za bycie posłusznym nie następuje. Przykłady – potraktowanie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej przez jej Towarzyszy. A teraz koleżanki prezes Polskiego Radia Agnieszki Kamińskiej przez dowództwo medialne i „kulturalne”. Toniesz, to nie kołem ratunkowym, a łopatą dostaniesz po głowie. Kazik pokrzyczał, dość średnio artystycznie, zrobiła się afera w szklance wody, rzędem wyraziści wymeldowali się z Myśliwieckiej. Smutno mi Boże, ale cóż poradzę, skoro moja władza medialna ogranicza się do pisania felietonu.

 

Nie pchaj się na afisz jeśli nie potrafisz. Błyskawiczne awanse kończą się zawsze błyskawicznym dołowaniem. Wymagania przerastają możliwości, albo prościej – bo teraz przecież do władzy rwą się również „włościanie” – gówno chłopu nie zegarek.

 

Trzaskowski zaatakował z buta. Lewego. Chociaż sam kiedyś dziennikarzył. Lepiej niech uważa co mówi, bo mu się sznurowadło rozwiąże i potknie się młodzieniec na starcie. „Wiadomości” obecne z dziennikarstwem oczywiście teraz nie mają wiele wspólnego. Jedno, a nawet trzyosobowe zestawy prowadzących od wielu, wielu lat wypełniają jedynie polityczne zamówienie. Jednak 19:30 w Polsce jest wieczna. Szkoda tylko lektorów, bo to nie dziennikarze, a lektorzy prowadzą dzienniki informacyjne. Władza się zmienia i zawsze oni za to w opinii społecznej boleśnie płacą. Owszem, są potrzebni, ale są i granice, do których można dawać się wykorzystać.

 

W czasie komisji senackiej dotyczącej Trójki radiowej (w czwartek) jedna z koleżanek powiedziała do Kamińskiej i redaktora krętacza – no popatrzcie, zostaliście teraz sami, nikt nie przyszedł was bronić. Kilkadziesiąt lat temu rzeczywiście było tak, że krawiec kierował energetyką, a szewc bankami. Ale potem był rok 56, 68, 70, 81, 89 i naprawdę wiele się zmieniło, tylko propaganda jak zawsze taka sama. Ubezwłasnowolniona. Może popatrzmy, kto nią rządzi. Dobrych dziennikarzy mamy naprawdę wielu. I wielu na oczach rośnie (choćby taki Łukasz Jankowski z Radia Wnet, który grzecznie, ze znajomością rzeczy, pokazał jaki jest i co naprawdę nie potrafi wiceminister i też było to porankiem czwartkowym). Krzysztof Skowroński jest rzeczywiście świetnym pedagogiem. Tak dobiera ludzi i tak ich poprowadzi, że w bardzo krótkim czasie stają się dziennikarzami. Płakać natomiast się chce patrząc na to co robią medialne rady krajowe i desygnowani na stanowiska ich wybrańcy. A spraw naprawdę trudnych i niezałatwionych jest bardzo dużo. Tragedia frankowiczów trwa. Nieskuteczność komisji specjalnych to już normalka, pedofile śmieją się, dziennikarze odważni wyrzucani są z pracy.

 

Mówić, nie mówić. Asekuracja niezbędna jest w górach, gdy się wspinamy. Jeśli polityk chce mieć szacunek (czasem kosztem utraty stanowiska) to powinien śmiało zabierać głos. Chcą Niemcy i Francja wmusić biednym unitom europożyczki, obligacje. Oczywiście nie z miłości do Polaków czy Węgrów, ale po to by potem zarobili bankowcy (a większość rządzących to właśnie bankowcy), no i wiadomo jak to jest z pożyczaniem pieniędzy. To niby koło ratunkowe, ale naprawdę gwóźdź do trumny. Biedny, przez lata potem ciągnie z wywieszonym jęzorem i spłaca.

 

Na bieżąco programy informacyjne podają jedynie suchą wiadomość: unia proponuje obligacje. To oczywiste. Tak powinny media robić, ale poza informacją oddzielona od tejże powinien być komentarz i to komentarz fachowy. Najlepiej oczywiście, by komentarz pochodził nie od popierających aktualną władzę, ale od opozycji. Zresztą może być stanowisko „za” i drugie „przeciw”. Chcemy wiedzieć jak najwięcej. Chcemy być doinformowani. Tymczasem albo puszcza się komentarz wyłącznie popierającego władzę, albo gorzej, używa się uzależnionego (na własne życzenie) dziennikarza, który najczęściej mało przekonywująco, a bardzo stronniczo, wypowiada swoje mądrości. Na razie taki dziennikarz jest na topie – jeździ, ma dostęp do mediów. Dobrze by było, gdyby zastanowił się, co będzie gdy władza się zmieni, a owa zmienia się często.

 

To wszystko oczywiście odnosi się do nas wszystkich. Pamiętajmy i przypominajmy to sobie nieustannie. Nie myślmy o słupkach pokazujących poparcie dla władzy, bo te słupki łatwo obalić. Mamy społeczeństwo coraz bardziej wykształcone i coraz mniej strachliwe. Ministrowie muszą być powoływani ze względu na swoje kompetencje zawodowe, powinni się znać na przykład na górnictwie, które od lat jest osierocone. Warszawka wyciąga łapę na Śląsk i psuje. Amerykanie mówią, że minister obrony nie może być wojskowym. Osobiście się z tym nie zgadzam. Mamy przykłady, że cywilni nie są po prostu słuchani przez wojskowych. Ale jest przecież zwierzchnik sił zbrojnych – prezydent. I on jest gwarantem bezpieczeństwa, zabezpieczeniem przed puczem, gdy generałom odbije. To samo dotyczy ministrów. Powinni być kompetentni. Humanista nie potrafi zająć się właściwie przemysłem i techniką. Menadżerzy są niezbędni przy zarządzaniu. I zawsze takiego można sobie dobrać jako zastępcę. Natomiast rządząca głowa musi być dobrze przygotowana zawodowo do branży, którą chce rządzić. W mediach jest jeszcze jedno szczególne zadanie – media, i nimi zarządzający, powinni mieć odwagę i wyobraźnię. Powinni szanować ludzi, społeczeństwo, a nie traktować ich jak biednych głuptasów.

 

Pa! Buźki!

Do zobaczenia na okładkach „Gazety Polskiej” (jednej i drugiej), „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Polityki”, „Przeglądu  Tygodniowego” i oczywiście … „Gazety Wyborczej”.

 

Stefan Truszczyński

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TELEWIZJĘ POLSKĄ. Główny reżyser – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Jerzego Gruzę

Żyłem, oglądałem i pracowałem w Telewizji Polskiej, gdy robili ją – Gruza, Hanuszkiewicz, Przybora-Wasowski, Szlachtycz, Wojtyszko, Walter, W-wo Bielicki, Olga Lipińska, Dziedzicowa, Pach, Suzin, Miroszowa, Ambroziewicz, Mikołajczyk, Snopkiewicz, Maziarski, Kamiński-Kurek, Rostocka i Ryster, Adam Słodowy, autor świetnych reportaży i nauczyciel reporterów Józef Błachowicz, reżyser Lucyna Smolińska-Sroka i jej mąż scenarzysta Mieczysław Sroka, Tamara Sołoniewicz, Wanda Konarzewska, Krystyna Mokrosińska, Jacek Grelowski, Marian Bekajło, Janusz Wieczorek, Ryszard Bójko, Ireneusz Engler, Zbigniew Proszowski, Krystian Przysiecki, Marek Grot, Wojciech Pijanowski, Wojciech Mann (ostatnio wyrzucony z Radia), Jerzy Szotkowski, Grzegorz Wasowski (tak, synek), Dariusz Baliszewski; a także Janusz Rolicki, Nina Terentiew, Antoni Dzieduszycki (ostatni ordynat rodu, późniejszy współtwórca Telewizji Wisła); za gwiazdy robili i robiły – Bożena Walter i Bogumiła Wander i oczywiście Bohdan Tomaszewski, Jan Ciszewski, Tomasz Hopfer, Jacek Żemantowski, Tadeusz Sznuk (na szczęście jeszcze tam trwa); no i oczywiście Maciej Szczepański (o nim będzie za chwilę), Andrzej Drawicz, Marian Terlecki (ten mnie faworyzował), Janusz Zaorski (dał mi najwięcej pieniędzy na reportaże).

 

Niezła to była drużyna. Była!

 

Zmarli, odeszli, wyrzucono.

 

Pierwszy

 

Zanim będzie o pierwszym reżyserze TVP – anegdota: idzie „krwawy Maciej” (jaki on tam był krwawy, dzisiaj to dopiero wyrzucają bezpardonowo) korytarzem telewizyjnego molocha, który zbudował dzięki protekcji Gierka, a z przeciwka podąża osobnik o długich włosach. Prezes zatrzymuje się, wyciąga dychę i mówi – Masz i idź się ostrzyc. Facio (był to kamerzysta) sięga do kieszeni, wyjmuje dwie dychy i rzecze – Masz i się odp…l! Ochroniarz Szczepańskiego zareagował, awantura była, ale koleś z telewizji wcale nie wyleciał. Tak jak np. Wildstein, albo Sobala (też prezes, tyle że radia).

 

Przypomnijmy więc ludzi z tamtych lat. Warto. Na początek „G”. G-ie jak Gruza. Jerzy Gruza (ur. 4 kwietnia 1932 roku w Warszawie, zm. 16 lutego 2020 w Pruszkowie, pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, kwatera G-TUJE-48; msza pogrzebowa odbyła się 21 lutego w Kościele Środowisk Twórczych). Przede wszystkim reżyser, po PWST w Łodzi (1956), scenarzysta, a także okazjonalnie aktor.

 

Był wysoki, apodyktyczny, bezkompromisowy. Wymyślił, zarządził i tak dokładnie miało być. No, ale chyba właśnie takim powinien być reżyser. Musi wiedzieć co chce i powiedzieć jak to zrobić.

 

Szedł przez długie korytarze woroniczowskiej telewizji energicznym krokiem, wypełniał sobą w czasie prób wielkie studia, a potem dyrygował w reżyserce realizatorem, dźwiękowcem i oświetleniowcem. Chłopięta (przy nim), dziewczęta (nawet te po Sokorskim, były zawsze „młode”) stali i stały z otwartymi buźkami i słuchali poleceń. Rzadko kto odważył się podjąć dyskusję z Gruzą. Pewność siebie, surowość oblicza, nigdy chwalenie, często ironizowanie – sprawiało, że odbierano go z uwagą i napięciem. Może nawet z pewnym strachem. Nie było z nim łatwo i delikatnie.

 

Seriale

 

Pani Mira Michałowska-Zientarowa pisała dialogi do „Wojny domowej”. Wyszło 15 odcinków – jak to już wiemy – świetnych. Oto tytuły: „Ciężkie jest życie”, „Bilet za fryzjera” – nagroda specjalna „Minewra d’Orgento” Włoskiego Komitetu Filmu Młodzieżowego za najlepszy film rozrywkowy o tematyce specjalnie nadającej się do młodzieżowych klubów filmowych na XVIII M F F dla Dzieci i Młodzieży w Wenecji – Włochy lipiec 1966 r., „Wywiadówka”, „Pierwszy dzień”, „Dwójka z Azymutu”, „Trójka klasowa”, „Polski Joga”,  „Wizyta starszej Pani”, „Dzień Matki”, „Zagraniczny Gość”, „Co każdy chłopiec”, „Monolog zewnętrzny”, „Młode talenty”, „Nowy Nabytek”, „Siła wyobraźni”

 

Ale współpraca z Zientarową się skończyła, a zaczęła z Krzysztofem Teodorem Toeplitzem. KTT był człowiekiem wpływowym. Bystry, ustosunkowany jak najwyżej. W tym duecie konkretna robota wyglądała tak, że Gruza leżał sobie na kanapie – paląc, popijając – a Toeplitz pochylony nad maszyną zapisywał pod dyktando. Trudno dziś dociec ile do scenariuszy sam wnosił. Podporządkował się, mimo że nie był to zwykły wyrobnik dziennikarskiego fachu.

 

Opowiadał mi Marian Bekajło – z którym u Gienia Pacha, robiliśmy wielkie telewizyjne transmisje  Banki Miast i który był rzeczywistym ojcem serialu „Dom – o egzaminie na dziennikarskie studia. Rzecz się działa pod koniec lat 50. na UW. Za stołem wśród egzaminatorów siedział tzw. społeczny czynnik. W czerwonym krawacie. Merdał krótkimi nogami (bo był malutki). Groźna bruzda na czole i dla dodania sobie powagi – fajka. To był właśnie Krzysztof Teodor, zresztą rówieśnik Mariana. To drugie imię – Teodor – nie brzmiało wówczas zbyt dobrze. Stąd pomysł – KTT. Potem przez lata pisał felietony w „Polityce” obok Małachowskiego, Passenta, Radgowskiego, Tomaszewskiego (owszem, Bohdana) i Waldorffa. Ale przy Gruzie był usłużny, taki – po prostu – współautor i sekretarz. Nie chcę nic ująć Toeplitzowi. To nie wstyd było uznać zwierzchnictwo pana Jerzego.

 

Plon współpracy J.G. i KTT był świetny: 21 odcinków „Czterdziestolatka” w trzech seriach:

 

Trasa Łazienkowska: Toast czyli bliżej niż dalej, Walka z nałogiem czyli labirynt, Wpadnij kiedy zechcesz czyli bodźce stępione, Portret czyli jak być kochanym, Kondycja fizyczna czyli walka z metryką, Włosy Flory czyli labirynt, Judym czyli czyn społeczny

 

Dworzec Centralny: Otwarcie trasy czyli czas wolny, Rodzina czyli obcy w domu, Pocztówka ze Spitsbergenu czyli oczarowanie, Cudze nieszczęście czyli świadek obrony, Nowy zastępca czyli meteor, Kozioł ofiarny czyli rotacja

 

Trasa Toruńska: Sprawa Małkiewicza czyli kamikadze, Kosztowny drobiazg czyli rewizyta, Gdzie byłaś czyli Szekspir, Cwana bestia czyli kryształ, Gra wojenna czyli na kwaterze, Z dala od ludzi czyli coś swojego, W obronie własnej czyli polowanie, Smuga cienia czyli pierwsze poważne ostrzeżenie

 

Kolejne tytuły odcinków mówią wiele. Dziś jest to zapis historii gospodarczej minionej epoki, zapis ludzkiej wiary, że będzie lepiej, naiwności, krytyki – ale delikatnie podanej.

 

Film, teatry i festiwale

 

W dorobku Gruzy oddzielna karta to przedstawienia wyreżyserowane w Teatrze Telewizji – „Grona gniewu” Steinbecka, „Szkoła wdów” Cocteau, „Trio wg „Wygnańców” Jamesa Joyce’a, „Król Edyp” Sofoklesa, „Rewizor” Gogola, monodram „Sammy” ze Zbigniewem Cybulskim, „Mieszczanin szlachcicem” w 1969 z ostatnią rolą w życiu Bogumiła Kobieli, „Eryk IV” z zapomnianym dziś Markiem Walczewskim.

 

Aktorów pan Jerzy wybierał zawsze najlepszych. Nikt nie odmawiał – Irena Kwiatkowska, Kazimierz Rudzki, Alina Janowska, Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Bogumił Kobiela, Wiesław Gołas (komedia „Dzięcioł”), Jan Nowicki, Andrzej Kopiczyński, Anna Seniuk, Ewa Wiśniewska, Bronisław Pawlik, Tadeusz Pluciński, Gustaw Lutkiewicz, Zdzisław Maklakiewicz, Leon Niemczyk – długo by wymieniać.

 

Bywało, że i sam obsadzał siebie, ale drugoplanowo.

 

Nie pamiętam go siedzącego. Zawsze gdzieś podążał, długim krokiem. Był wszędzie. W kinie, teatrze, telewizji. Próby na koncertach w jego reżyserii prowadzone były szybko i sprawnie. Gruza to była firma na miarę wielkich festiwali – z najważniejszym, międzynarodowym, sopockim. Dachu nad Leśną Operą jeszcze nie było. Za to byli wspaniali prowadzący – Irena Dziedzic, Lucjan Kydryński. Oni też go słuchali. To Gruza o wszystkim decydował. I wiedział, dokładnie, co chciał osiągnąć.

 

Był Sopot, a potem Gdynia i długa lista dokonań. Często o nim pisano. Dobrą decyzją było powierzenie mu dyrektorstwa w Gdyni. To były wspaniałe lata dla trójmiasta. W Teatrze Wybrzeże Iwo Gall, Danuta Baduszko, Hübner, świetni aktorzy. A potem Gruza w Teatrze Muzycznym i plejada najlepszych śpiewaków, wielkie musicale: „Skrzypek na dachu” (premiera 1984), „Jesus Christ Superstar” (1987), „Les Misérables” (1989), „Człowiek z La Manchy” (1991), „Żołnierz Królowej Madagaskaru” (1991). Wydarzenia artystyczne żyją zwykle krótko. Władza chętnie w blasku artystów się popularyzuje. Ale płaci niechętnie. Nawet najwyższy protektorat nie trwa wiecznie. Tylko perły pozostają we wdzięcznej pamięci widzów, słuchaczy i czytelników. Nakręcił też serial „Tygrysy Europy” (1999) z Januszem Rewińskim i Wojciechem Pokorą. Jeden z recenzentów twierdził, że to paszkwil na polski biznes i klasę, która ostatnio się wydźwignęła finansowo, co jest bzdurą. Gruza napisał też dwie książki: 40 lat minęło jak jeden dzień (1998), Człowiek z wieszakiem życie zawodowe i towarzyskie (2003).

 

Dzień autorski

 

Pracowałem „u Waltera”. I lepiej nie mogłem trafić. Powierzył mi przygotowywanie, raz na miesiąc, całodziennych programów na niedziele – „Dni autorskich”. Wypełniały świąteczny czas antenowy od świtu do północy. Zawierały dorobek telewizyjnych tuzów, o których napisałem na początku. Pierwszy wybrany z kilkunastu był właśnie Jerzy Gruza – wówczas główny reżyser Telewizji Polskiej (a innej nie było). Następne „dni” dotyczyły dorobku Jerzego Antczaka, Aleksandra Bardiniego, Andrzeja Chiczewskiego (dokumentalista, podróżnik), Edwarda Dziewońskiego, Adama Hanuszkiewicza, Zygmunta Hübner, Andrzeja Łapickiego, Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, Józefa Słotwińskiego (reżyser komedii teatralnych, bardzo popularnych),  Jerzego Surdela (reżysera filmów dokumentalnych, w tym „Tryptyku” nagradzonego na wielu festiwalach filmów górskich), Stefana Szlachtycza, Macieja Wojtyszki. Przygotowałem również dzień autorski Olgi Lipińskiej, ale w ostatniej chwili został… „zdjęty”, bo Pani Olga pośpieszyła się z żartem. W jej kabareciku pojawił się facet z napisem na froncie koszulki: „NIE LUBIĘ PIEROGÓW”, przemknął przed kamerą i wtedy okazało się, że na plecach ma napis… „RUSKICH”. Miałem również zrobić przegląd twórczości Bogusława Kaczyńskiego. Niestety zaistniał stan wojenny i wyleciałem wraz z programem z telewizji.

 

Teraz, po latach znalazłem w swoim prywatnym archiwum scenariusz tego dziesięciogodzinnego programu. Ale pamiętam jak w tempie karabinu maszynowego wyliczył mi wówczas co ma być przypomniane. Rozgadał się tylko przy nazwisku Jandy. Była wówczas na topie po filmie „Człowiek z marmuru” i brawurowo zaśpiewanej piosence „Guma”. Mistrz rzekł, a ja zabrałem się do roboty trwającej prawie miesiąc. Musiałem to wszystko odszukać, przepisać na taśmy elektroniczne z telerekordingowych (w ten sposób nagrywane były odbywające się na żywo spektakle), niektóre programy trzeba było skrócić i podmontować.

 

Oto scenariusz dnia autorskiego, którego emisja odbyła się 28 stycznia 1978 roku.

 

Bożena Walter wprowadza program na antenę, przedstawia reżysera i jego gości. Pierwszą pozycją jest „Woja Domowa”, odcinek „Co każdy chłopiec wiedzieć powinien”. Następnie – rozmowa z Panią Mirą Zientarową-Michałowską, współautorką scenariusza. Dalej – „Czterdziestolatek”, 30 minutowy montaż z trzech odcinków różnych serii. Potem w studio rozmowa z Krzysztofem Toeplitzem. „Poznajmy się” to filmiki spółki Jacek Federowicz – Jerzy Gruza, „Małżeństwo doskonałe” 30 minutowy montaż z kilku programów o tym tytule. Fragmenty Festiwalu Interwizji w Sopocie i rozmowa z Ireną Dziedzic. Kolejno następują: „Teatr Telewizji” – czterdziestominutowy spektakl „Trio” z 1961 roku z udziałem Aleksandry Śląskiej, Adama Hanuszkiewicza i Gustawa Holoubka, potem rozmowa z aktorami. Ciąg dalszy z cyklu Teatrów Telewizji w reżyserii Gruzy: „Nasze miasto” – prawie dwugodzinna projekcja i rozmowa z krytykiem teatralnym Romanem Szydłowskim, autorytetem. Program zamyka sztuka „Kariera Artura Ui” z Markiem Walczewskim w roli głównej. W studio rozmowa z aktorem.

 

W okresie przygotowania programu Jerzy Gruza raz czy dwa zatelefonował i wpadł na montaż. Wobec poprzednio ustalonych planów coś tam dodał, coś wyrzucił. Bardzo się starałem, ale któregoś dnia – w złym humorze – bohater dnia autorskiego pojawił się w redakcji i zaczął wybrzydzać. Poszedłem do Waltera, żeby wyznaczył kogoś innego na moje miejsce. Niespodziewanie reżyser stanął w drzwiach i usłyszał moje żale:

 

– Panie, co pan tu skomli. Pracuje Pan ze mną i będzie nadal pracował.

 

Po czym drzwi zamknął z hukiem.

 

– No widzisz, Funiek – powiedział rozbawiony Mariusz Walter – tak to z nimi jest!

 

Między przypominanymi w „Dniu autorskim” programami były wstawki nagrywane w studio. Musiały się oczywiście łączyć w całość przekazu. Były to na ogół rozmowy z bywszymi i aktualnymi współpracownikami reżysera.

 

Jednym z punktów podsumowania twórczości był montaż zabawnych filmików satyrycznych pod tytułem „Poznajmy się”, przy których śmiała się cała Polska. Występował w nich Jacek Federowicz. Starsi pamiętają: było między innymi o wyciąganiu banknotu stuzłotowego spod koła samochodu, o skrzynce pocztowej mówiącej „dziękuję”, gdy wrzucano doń list. Zapytałem, czy mam zaprosić do studia pana Jacka. – Nie – odburknął, ale potem zmienił zdanie. Zmontowałem te miniaturki w piętnastominutowy bloczek. Wyszło super. Na montażu się nie zjawił. Dał mi wolną rękę. Telefonuję więc po emisji (nocą) ciekaw oceny.

 

– Siedziałem tyłem do telewizora i grałem w brydża, z prokuratorem – powiedział.

 

„Z prokuratorem” – żebym sobie nie myślał, a i tak powszechnie wiadomo było, że „ważni” o sympatię Gruzy zabiegają.

 

Taki był. Nieskory by kogoś pochwalić. Nigdy potem już go o oceny nie pytałem.

 

Natomiast „kawałki” nagrane, w których sam występował na montażu rzeźbił pieczołowicie. Ale i tym się szybko nudził. Pewnego razu chłopcy – montażyści szarpali się dzielnie, bo szpule z nagraniami były ogromne i ciężkie. Trzeba je było podnosić prawie na półtora metra i umieszczać w maszynie.

 

I zaczęło się. „Włóżcie”, „zdejmijcie” – dyrygował i ciągle zmieniał zdanie. „Nie, nie! Dopiero od momentu gdy przekręcam głowę”. „Albo dajcie trochę wcześniej”. Po dwóch godzinach zmontowaliśmy zaledwie kilka minut. Wreszcie zaklął: – Róbcie sami. Wdział długi czarny płaszcz, zawinął 1,5 metrowy  szal wokół szyi ze zwisem na plecach i poszedł sobie. Poszło wtedy szybko. Nad ranem ukończyliśmy montaż całego bloku. Z drugiej strony można powiedzieć, że artysta miał do ludzi zaufanie. Był jaki był.

 

Thank you sir

 

Podziękowania się nie doczekałem. Ale nigdy o to nie dbałem. Zresztą nie on mnie, ale ja jemu jestem wdzięczny za to pracowite spotkanie.

 

Pamiętam, że jednak doczekałem się spojrzenia z uznaniem. Było to na ulicy Puławskiej w Warszawie. Na postoju taksówek. Stoję, a obok mam wielki wór marynarski z grubego, żaglowego płótna. Patrzę, podchodzi. Zerknął na mój bagaż.

 

– Dokąd to?

 

– Na „Gusloffa”. Robię film o wraku dla Studia 2.

 

Wyraźnie się zainteresował.

 

– Będziesz nurkował?

 

– Będę siedział dwa dni w batyskafie z płetwonurkami, oni będą wychodzić na wrak.

 

– uhm…

 

Podjechała taksówka. Zostawiłem pana reżysera trochę w zdumieniu.

 

Na widok Gruzy kobitki popiskiwały. Gruza ożenił się (trzeci raz) z aktorką ze swojego filmu. Była wysoka, usta miała jak Angelina Jolie, a figurę Bardotki. Grała Mariolkę w „Czterdziestolatku”. Szczerze mówiąc zdawało się, że to małżeństwo długo nie potrwa. A jednak było już na całe życie. W męsko-damskich sprawach nigdy nie można być pewnym. Został ojcem. Syn miał chyba dość artystów, bo jest finansistą – prawnikiem.

 

Do naczelnego – Mariusza Waltera – który po kilku latach zrobił mnie jednym ze swoich zastępców – wchodził Jerzy Gruza bez pukania. Mówił swoje i wychodził. Ja wam myśl rzucam, a wy ją łapcie.

 

W Gdyni mieszkał w willi na szczycie Kamiennej Góry, oddzielającej miasto od Zatoki Gdańskiej. Wiało, jak to w Gdyni, ale widok był przepiękny. Wspaniała, zaprojektowana przez świetnych urbanistów i architektów Gdynia i coraz bardziej duszna Warszawa. Tak krążył. Castingował, pisał scenariusze i reżyserował. Kochali go ludzie i walili tłumnie na spektakle. Pięćset razy wystawiono w teatrze muzycznym „Fiedler on the roof”.

 

Nawet nie wiem, czy w Gdyni Jerzy Gruza ma swoją ulicę, skwer, schody w parku? A jest tam tego sporo na wzgórzach. Na Kamiennej jest historyczna willa kapitana kapitanów – Borchardta. Gruza pomieszkiwał opodal. Był dobrym duchem miasta. Może by go upamiętnić?

 

Stefan Truszczyński, fot. YouTube