Niedźwiedzia przysługa – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Dziennikarze mogą dużo – zarówno dla spopularyzowania jak i obrzydzenia. Jeśliby dorodną krowę pokazywać często w „Faktach” lub „Wiadomościach” zwyciężyłaby w konkursie miss. I odwrotnie – permanentny wizerunek Marylin M. mógłby przysporzyć zwolenników Biedroniowi.

 

Mamy przystojnego, młodego, wysokiego premiera. Niepotrzebnie kolega Sakiewicz uparł się by „lansować” go w „codziennej” codziennie. Słuchamy co mówi i oceniamy jak sobie radzi. I to wystarczy.

 

Przypomniał mi się stary rysunek Mleczki. W tle operator z kamerą a na froncie dwie młode damy: „… a potem odłożył kamerę i zaczął mnie lansować”.

 

Gorliwi wykonawcy woli Pana Redaktora Tomasza najwyraźniej dla dziwnie pojmowanej równowagi atakują również namiętnie szczupłego z natury, płucnego doktora. Jeśli wymuszał łapówki od zdesperowanych – dawno już powinien siedzieć, bynajmniej nie w Senacie. Ale dzięki „kaście” młyny sprawiedliwości mielą bardzo powoli. Póki co jest więc niewinny. A ponieważ jego przystojna eu face i ostre profile pokazywane są codziennie – może się Pan doktor spodobać ludziom chwiejnym. Poza tym w ogóle cała nasza służba zdrowia jest popularna coraz bardziej (i słusznie). Ciekawe, czy władza doceni to w złotówkach.

 

Nieustannie wpychane nam przed oczy wielkie portrety polityków robią im krzywdę. Co za dużo to niezdrowo.

 

Krasula Pani Barbary Bluszcz rolniczki z Dłużniewa pod Płońskiem (okradanej obecnie z żyznej ziemi przez budowniczych autostrad) daje 30 litrów mleka dziennie. Pokażcie tę krowę choć raz!

 

Pewna ładna, ale smutna teraz Pani, która na pewno wygrałaby z p.p. Kopacz lub Suchocką – przegrywa sromotnie z naszym Prezydentem, który bardzo mądrze zawierzył rzeczywiście mądrej byłej pani premier Szydło.

 

Samo nazwisko dobrze rokuje, że rozprutą narodową materię uda się pozszywać.

 

To dobry tandem. Żywiołowy, rumiany I-szy i spokojna, wyważona trafiająca słowem do przekonania dama z broszką. Dobre come back!

 

Oj miałby Prezydent Andrzej kłopoty, gdyby to ona stanęła w szranki. Ale póki co naczelnik państwa jeszcze tego nie zadecydował. Przywołał wprawdzie do porządku pana prezydenta, za zamach na Kurskiego. Ośmieszył pana Gowina. „Go” and „win” okazało się nieprawdą.

 

Sakiewicz z Karnowskimi zabiegają bratobójczo o łaskę prezesa. Ten ma się dobrze. Nawet coraz lepiej. Im zaś niestety spada sprzedaż. Nic dziwnego, bo jedni mają w drużynie kupę wprawdzie, ale nudnych pseudofelietonistów, i na okrasę bigotkę od portalu. A potężnie (prawie jak Semka i Sekielski) zbudowany autor bajeczek dla dzieci (patrz specjalny dodatek literacki do dziennika „Gazety Polskiej”), twórca znacznej siły politycznej jakimi są kluby – nie schodzi już z ekranów. A i tym razem należałoby przypomnieć, że… co za dużo… Żarcie – wiadomo – tuczy, ale słowa również. Żołądek można przyciąć, a sławę to już tylko zniesławić. Spy on girls online, for free and without registration! Live adult entertainment live sex chat to see how the girl of your dreams caresses herself and gets pleasure from the fact that you look at her? Would you like to watch how she touches herself with her hands and introduces various toys into the secret places of her body? Would you like to spy on how a girl brings herself to orgasm?

 

Nikomu źle nie życzę, choć wiem jak to będzie, bo historia kołem się toczy. Niech no tylko nam wirus zamieni się w wiarusa. A potem wiara w nadzieję i miłość – będzie sprawiedliwie. Prawo pójdzie wreszcie na prawo, a lewizna ze wstydu się spali. Oby to jeszcze nastąpiło za mojego życia. A – cholera – mam już 77! Żeby koledzy redaktorzy nie napisali mi złośliwie: Stefan nie doczekał.

 

Stefan Truszczyński

A może byśmy coś zasiali… – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Koronawirus rozleniwia i tak już leniwych. Mrożek usadził w „Indyku” trzech włościan na ławce i kpił z nich, że nic im się nie chce robić.

 

O nieprawda! Właśnie chłopi robią. Doją, orzą i sadzić też będą. A inteligencja? Włożyła maseczki i nawet nie popruła do lasu, nie popłynęła kajaczkiem. Ulitował się jednak wąsacz-lekarz i zezwolił! Uff! Jeden w telewizji modnie się ostrzygł i wali komunały, powtarza się zamiast wymyślić coś nowego, żeby rady doradcy były słuchane. Francuscy dziennikarze obskoczyli już Chiny, Koreę i Japonię. A nas z TVP tylko kupili gotowce. Postępują w tym konsekwentnie i zamiast zamówić u krajowych kumatych kupują programy i formaty z zagranicy. Bo taka moda nastała – nie wymyślać samemu i samemu produkować, a tylko kupować, kupować. Nawet agrafki i spinacze.

 

W latach jaruzelskiej nocy przez 8 lat pracowałem jako zaopatrzeniowiec. Pod Krakowem w szopie likwidowanego zakładu przemysłowego znalazłem zupełnie nową przeciągarkę drutu, angielską. Maszyna była zarzucona śmieciami i obsrana, bo zrobiono tam sobie wychodek. Ale mądry – stary majster zakładu likwidowanego przez złodziei w białych kołnierzykach zaprowadził mnie do baraku i pokazał cudo. Zarekomendowałem maszynę człowiekowi przedsiębiorczemu – kupił i uruchomił.

 

Koledzy, warto pomyśleć o przekwalifikowaniu się. Zrobić zawodowe prawo jazdy, nauczyć materiałoznawstwa. Można wymyślać i szukać nisz.  Redaktora Tadeusza Woźniaka z Gdyni wyrzucono, jak wielu po 13 grudnia, więc uruchomił w piwnicy produkcję stojaków na kasety magnetofonowe z drutu. Maciej Wierzyński woził w Warszawie taksówką dzieci bogatszych do przedszkola. A żona wspaniałego wokalisty Andrzeja Dąbrowskiego  Agnieszka Matynia szyła w domu rękawice robocze. Idzie lato, jakoś przetrwamy na mirabelkach Niesiołowskiego, ale trzeba działać, bo przyjdzie jesień i zła zima, skończy tarcza, a po suszy żarcie będzie drogie.

 

Chłopi, pardon rolnicy. Wspaniali. Oni zawsze żywią i bronią choć różne lenie ze Świętokrzyskiej starają się wyrwać ile tylko się da. A więc ci producenci rolni, a mamy już na szczęście wielu wspaniałych, będą szukali siły roboczej. No i trzeba będzie – koledzy i koleżanki – wreszcie uczciwie, choć nawet ciężko popracować. (Na figurę będzie to dobre).

 

Na początku obecnej rewolucji rozmawiałem z jednym z protegowanych redaktorów. Sprytny był. Gdy szukano młodych, niepoczerwienionych, po studiach – zgłosił się do jednej z ważnych agencji. Odszedł i mówi, że robił tam tylko „biały wywiad”. Został redaktorem, kupił ziemię, załatwił unijne dopłaty, a teraz gdzieś tam – podobno z sukcesem – dyrektoruje.

 

Cwaniak? Czy po prostu człowiek przedsiębiorczy. Teraz koronawirus znowu daje szansę, by się wykazać! Wyłaźcie więc redaktorstwo, którym padają papierowe tytuły z kryjówek. Musimy liczyć tylko na siebie. Na nic układy. Obecni medialni dysponenci pójdą precz, bo znudzą się dysponentom partyjnym – tym czy innym. Osobniki z natury służalcze, które zapomniały, że istotą dziennikarstwa jest niezależność (psiakrew!) padną.  Zwykle taki usłużny dziwi się, gdy go wywalają: „szefie przecież robiłem wszystko co pan kazał”. „A co – k… – wymyśliłeś sam!” (Znamy przecież co rzekł Pan Bóg Styce: „Ty nie maluj mnie na kolanach – ty maluj mnie dobrze”).

 

Tak więc koronawirus przeczyści podłe stadło. Minie, minie. Wprawdzie nie wiadomo jeszcze kiedy, bo naukowcy okazali się mało naukowi. A producenci nawet z podjęciem produkcji zwykłych maseczek mają trudne do zrozumienia kłopoty. Był czerwony brat, potem facet z nazwiskiem od trampek a teraz lecą największe samoloty z ratunkiem z Chin. I ciągle mało (mao?), mało. A powinny już dawno maseczki – i za złotówkę – wisieć w każdym sklepie z kapustą.

 

A co robić?

 

Proszę bardzo, oto propozycje najprostsze, może i śmieszne, ale od czegoś trzeba zacząć:
– szklane wyciskacze do cytryn
– pędzelek na długim druciku do czyszczenia butelek
– płytkie metalowe lub plastikowe brytfanki, w którym można by położyć ściereczką nasączoną płynem do dezynfekcji i wstawiać (za drzwiami) buty po powrocie z zakoronowanych ulic
– drewniane lub plastikowe drapaczki do… drapania się po plecach (albo mycia)
– małe „trzepaczki” do zabijania komarów i muszek.
– itp., itd…

 

Władza powinna pomóc pomysłowym, a nawet ogłosić konkursy, burzę mózgów: co można produkować!

 

Wczoraj, nocą, obejrzałem, wysłuchałem w TVP wspaniały, ważny spektakl poetycki o męczeństwie Żydów. Chciałbym kupić kasetę z tym programem TVP. Zaraz pojadę na Woronicza… choć wiem, że chyba pocałuję klamkę!

 

A mogliby za pieniądze za te kasety zostać dofinansowani aktorzy, twórcy spektaklu.

 

Obym kupił. Obym się pomylił!

 

Podobno w TVP jest teraz przedsiębiorczy doradca.

 

Stefan Truszczyński

 

List otwarty do Ministra Andrzeja Adamczyka

 

 

Panie Ministrze

 

Podpisał Pan kilka dni temu (połowa kwietnia) umowę na budowę kolejnego odcinka S-7. I chwała Panu i drogowcom za konsekwentne, szybki rozbudowywanie dróg. Rozumieją tę potrzebę nawet tracący ziemię i domy (które mają od pokoleń) i gospodarstwa na których pracują z sukcesem od dziesiątków lat. Tylko dlaczego pańscy urzędnicy działając po chamsku nie licząc się z krzywdą ludzką?

 

Dlaczego nie płaci się ludziom przed rugowaniem ich z ojcowizny, by wcześniej mogli zbudować sobie nowe domy, zaorać nowe pola i zasiać? Dlaczego niszczy się żyzne grunty, gdy obok są ziemie dużo gorsze?

 

W marcowym numerze KURIERA WNET opisałem sytuację rolników z rejonu Dłużniewa i Ćwiklinka pod Płońskiem. Przedtem spotykałem się i rozmawiałem na miejscu z kilkunastoma ludźmi ciężkiej, ważnej dla kraju pracy, z którymi pańscy urzędnicy zupełnie się nie liczą. Zasady wybierania firm rzeczoznawczych, praca tych ludzi, obojętność władz lokalnych (przysyłają rachunki za nieistniejące już pola), wtargnięcia bez uzgodnień i zabieranie drzew z wycinki – to wszystko są łatwe do sprawdzenia fakty. Proszę wysłać na miejsce niezależnego, uczciwego kontrolera (do gospodarstw Bluszczów, Rachockich, Adama Stańczaka).

 

Proszę również by Pan Minister sam skierował do CBA wniosek o skontrolowanie sprawy budowy MOP – w rejonie Dłużniewa – Ćwiklinka.

 

W tej sprawie w marcu w KURIERZE WNET napisałem:
„Nic to, że ziemia tu najlepsza w okolicy. Nic to, że MOP miał powstać (jeszcze niedawno były takie plany) zaledwie kilka kilometrów dalej w Rybitwach. Tamtejszy właściciel zgodził się chętnie. Bo jego grunty podłe i jałowe (…) Jak to się stało, że nie dochodzi do transakcji z tym, który chce sprzedać, a zabiera się siłą gospodarstwo i ziemię Państwu Grzegorzowi i Barbarze Bluszczom. I ich synowi Damianowi, spadkobiercy, który jest świetnie przygotowany do dalszego prowadzenia wysokowydajnego gospodarstwa mlecznego (kilkadziesiąt krów, oprzyrządowanie, bardzo wydajne łąki, siedlisko żurawi).”

 

2 kwietnia br. pełniący obowiązki dyrektora generalnego dróg krajowych i autostrad pisze Panu (i wysyła nam do wiadomości) – o tej brutalnej i wysoce szkodliwej decyzji gospodarczej – że jest korzystna i lepsza dla środowiska.

 

To nieprawda!

 

Panie Ministrze. Na pewno często przejeżdża Pan S-7, proszę zatrzymać się na chwilę w Dłużniewie-Ćwiklinku u Bluszczów, Rachockich i u Adama Stańczaka. Czasem dobrze jest porozmawiać ze zwykłymi obywatelami. Może ich Pan przekona, żeby – jak zawsze dotychczas – głosowali w wyborach. W tej chwili są bardzo rozczarowani i rozgoryczeni poczynaniami władzy w pańskiej branży. Może Pan to jeszcze naprawi, ratując przy okazji około 500 litrów wysokogatunkowego mleka dziennie z fermy Bluszczów (najbardziej wydajna – Mariola – daje 30 litrów na dobę). Spychacze zaczęły dopiero ryć ziemię pod MOP. Niech pojadą niedaleko – do Rybitw.

 

Z poważaniem,

Stefan Truszczyński

16 IV 2020

Sztukowanie – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Kultura ma złą passę.

 

Niedawno poprzedniczka na ministerialnym tronie opchnęła Amerykanom Polskie Nagrania. Ponoć za gówniane pieniądze. Nasz skarb kulturalny już nie jest w Polsce. Tamta Pani była pokaźnych rozmiarów, ale mało wiedziała. Teraz rządzi minister nieduży ale … szczodry – na przykład dla Czartoryskich.  Minister, a i wicepremier jednocześnie, mówi redaktorowi Karnowskiemu w sprawie „wkrętła” „1920-2020”, które ma sterczeć na placu Na Rozdrożu, że się do niego (do pomnika) przyzwyczaimy. Wątpię. Raczej zwalimy (no, nie ja – bom stary) ten wygłup obrażający pamięć żołnierzy 1920 roku. Pocieszające jest, że na to „dzieło” jest tylko trzy miliony złotych. Wystarczy na wykop.

 

Już tak raz było. Trasę łazienkowską też zaczęto budować, właśnie obok od wykopu. Robiono to cichaczem, żeby tylko nie dowiedział się o inwestycji Gomułka. Ale ktoś usłużny uniżony mu doniósł. Pierwszy nie dopalił peta (a palił połówki papierosa) wściekł się i zastopował budowę. Potem był grudzień ’70 i trasę wybudowano.

 

Teraz, mam nadzieję, że gniot wzniesiony nie będzie.

 

– No, jak będzie Panie Prezydencie Duda?

 

Ciekawe.

 

Ministerstwo kultury urzęduje w pięknym pałacu. Na przeciwko – Poniatowski, a za ogonem – Prezydent. Daleko do decydentów w sprawie kultury nie jest. Jeśli ma powstać „byle co” – lepiej nawet jeszcze i rok poczekać. 101 rocznica Cudu nad Wisłą nie będzie wcale gorsza od setnej. Nie bądźmy drobiazgowi. Pan, Panie Prezydencie będzie naszym Prezydentem również w sierpniu 2021!

 

Ale czy ludzie kultury przeżyją?

 

Artyści zawsze ciężko przędą. Owszem z pańskiego stołu spadnie im czasem jakaś artis gloria. Ale blaszką się nie pożywisz. Jedyne pocieszenie, że ci którym te blaszki przypinają do piersi – trwać będą dłużej. Ale któż  pamięta dziś Galińskiego – też ministra – Motykę, Tejchmę. Taki to los Panie Gliński. Filmy pańskiego brata – choć średnie – przetrwają. A Pan? Czy rzeczywiście chce się Pan kojarzyć z „wiertłem”?

 

Mamy już jeden knot. 96 najwybitniejszych Polaków, którzy zginęli straszną śmiercią mają pomnik-schody. Donikąd!

 

Też się śpieszono, nie było godnego projektu, więc wybrano byle co. Stoi teraz za płotem Ministra Kultury. Może z okien gabinetu go nie widać. Pan prezydent krąży między Pałacem a Belwederem. Przejeżdżać będzie przed „wiertłem”. Może oczywiście zamykać wtedy oczy. Pomiędzy będą monumenty Kopernika, de Gaulle’a, Witosa, Paderewskiego, Roweckiego-„Grota”, Dmowskiego, Korfantego, Sienkiewicza, Szopena, wreszcie Marszałka Piłsudskiego. Ale po drodze będzie i … „wiertło”. Wiertło – Glińskiego. Oj, niedobrze Panie Ministrze. Weźmie to Pan na klatę?

 

Mówi Pan dziś, że się przyzwyczaimy. Chyba nie. Jest jeszcze czas, by zaniechać. Bezwartościowe papierki proszę wrzucić do kosza. Jurorom można zapłacić za fatygę. Będzie taniej niż za cyrk związany z późniejszym zwalaniem pomnika.

 

Pamiętam, w ’89-tym, jaka była radocha ze zwalania krwawego Feliksa. Zanim upadł na bruk pękł w powietrzu. Bo to był gówniany pomnik, pokruszył się od pociągnięcia liną.

 

22 metrowy „bolec” będzie prawdopodobnie twardszy niż pomnik ks. Jankowskiego z Gdańska. Ale nic to – stał, a za chwilę leżał. Czy warto, Panie Ministrze, ginąć za jakieś tam żelastwo o zerowej wartości artystycznej, stanowiące plagiat i kpinę ideową?

 

Stefan Truszczyński

Krótka historia wysokiego stołka – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o byłych szefach Telewizji Polskiej

Było, jak było. I straszno i śmieszno. Przypomnijmy wszechwładnych z Woronicza w okresie półwiecza.

 

SOKORSKI – Pan Włodzimierz przeżył Lenino, bo siedział w sztabie; dostał telewizyjną fuchę, ale najbardziej absorbowały go powabne i chętne, „własne”, mało ekranowe panienki; miał wpływy i był jurny; jednak cała para szła w gwizdek. I chociaż wiernie służył władzy, nawet w momentach krwawych przełomów, nie ubłagał nadchodzącego Gierka i z Katowic na jego miejsce został sprowadzony „krwawy Maciej”, młody i bezkompromisowy kędzierzawy blondyn zastąpił zasłużonego łysego; nie było zmiłuj się

 

SZCZEPAŃSKI – … jaki on tam krwawy; wybrał najzdolniejszych na rynku, a sam dał w gaz; jednak rozmach wtedy był; telewizję zbudowano i wyposażono nowocześnie; nowy prezes ustawił w niej Janusza Rolickiego, który  jako reporter nie utrzymał się w „Polityce” i przeszedł od Rakowskiego do moczarowego obozu – docenił go pisarz Załuski i Minister Kultury Wilhelmi.

 

Na drugą nóżkę Szczepański wziął Jerzego Ambroziewicza, który miał szczytny chłopięcy udział jako listonosz w Powstaniu Warszawskim, potem pracował w „Po Prostu” wśród najlepszych, ale niestety i w „Argumentach” szczujących na Kościół.

 

Rolicki znalazł sobie KraśkęKraśków – ojca Piotrusia (tego od najnędzniejszych teraz w świecie „Wiadomości”) i matkę – Panią Pietkiewiczową ustosunkowaną w KC. Tam też urosła Nina Terentiew – obecnie „caryca” w solorzowym królestwie i trochę innych choć w gruncie rzeczy podobnych – tworzących rdzeń tak zwanej publicystyki kulturalnej.

 

Po drugiej stronie tego samego korytarza w bloku „C” na Woronicza zdecydowanie rządził Ambroziewicz. Najpierw wyrzucił ekonomicznych redaktorów ŻmudęLeszczyńskiego, bo mu po prostu nie pasowali. Potem oparł się na Jacku Snopkiewiczu (bojowym reportażyście z „Walki Młodych”) i Edwardzie Mikołajczyku (z tej samej walki i jeszcze do tego ze „Sztandaru Młodych”), którzy jak wszyscy wtedy zależni byli całkowicie od władzy, ale umiejętnie lawirowali i się nie ześwinili. Wpływowy, choć od spraw sportu, katowicki dziennikarz Gruda zarekomendował swojego przybocznego Mariusza Waltera (późniejszego twórcę „Studia 2” i wielu popularnych programów, a także byłego bossa TVN-, ale to postać na zupełnie oddzielną opowieść). Do grupy doszedł jeszcze zwycięzca uczciwego – co w telewizji rzadko się zdarza – konkursu na prezentera. Eugeniusz Pach – bo o nim mowa, to prawdziwy bohater z Powstania Warszawskiego, młody żołnierz walczący o gmach „Pasty”, przestrzelony serią z karabinu maszynowego. Pana Eugeniusza dało się zapamiętać. To zniewalający kobiety mężczyzna o charakterystycznym głosie i zupełnie niepowojennej kindersztubie. „Gienio” wygłupił się wprawdzie pseudoreportażem o Irenie Kirszensztajn (później oczywiście Szewińskiej) jakoby nasza wspaniała mistrzyni specjalnie zgubiła pałeczkę z biegu sztafetowym. Spadły na niego gromy, bo dopatrzono się w tym antysemickiego wybryku, ale środowiska filosemickie wybaczyły mu i Redaktor Pach, sam rodem z tak zwanej inicjatywy prywatnej, niezwykle przecież zasłużonej dla gospodarki i historii naszego kraju, poruszył inicjatywę Polski powiatowej turniejami telewizyjnymi pod nazwą „Banki Miast”. W dźwięku był najpierw Bach a potem na wizji Pach. Ludzie do dziś to pamiętają. Gdy wybuchł stan wojenny wszyscy oni byli grzeczni wobec władzy. Poza Snopkiewiczem, który na weryfikacji pyskował i wyleciał z hukiem. Pan Eugeniusz trochę się jeszcze po telewizji pokręcił, aż wylądował u mistrza rajdowca Sobiesława Zasady – rosnącego w siłę oligarchy – pilnując jego interesów w „różanym” miasteczku.

 

Wcześniej jednak padł Maciej Szczepański. Nawet go zapudłowali, oskarżając o zamordyzm i Bóg wie co jeszcze. Bredzono, a rozgorzałe rzesze „Solidarności” to podtrzymywały, że trzymał konia na jachcie „Polonez”. Było to piramidalna bzdurą ale znajdywało posłuch. Gdyby dziś proporcjonalnie do przewinień Macieja Szczepańskiego ukarać cieszących się dobrym zdrowiem aktualnych złodziei Polski – nie wyszliby oni z więzienia do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej.

 

BARECKI – tak nazywał się następca Szczepańskiego, który zasiadł na wysokim stolcu oczywiście z rekomendacji partii i strasznie mlaskał nad przewinieniami „krwawego Macieja”. Właściwie Pan Józef to poprzednio nosił nazwisko Baran, pochodził ze Szczecina, a potem z „Trybuny Ludu”, gdzie cieszył się poparciem żony ówczesnego premiera Jaroszewicza. Pani Alicja Solska bo tak podpisywała artykuły – np. o kasjerkach z Super Samu. Drukowano je z wielką atencją na ramach głównego organu kraju. Pani Alicja, kobieta wpływowa, nie dla wszystkich dziennikarzy łaskawa była. Na głos krytyki np. na zebraniu SDP żądała wyrzucenia z pracy. Jednak gdy kogoś lubiła, potrafiła go wysłać jachtem w rejs dookoła świata. Takie to były czasy i obyczaje. Żona Jaroszewicza zakończyła tragicznie, zamęczona i zamordowana wraz z mężem, przez „bandytów” nadal niewyjaśnionego pochodzenia.

 

BALICKI – tak nazywał się następny prezes TVP. Pana Zdzisława dostarczono z Wrocławia, miał bardzo niski głos, uśmiechał się dobrotliwie do wszystkich, chcąc zyskać sobie sympatię. Ale „naczelni” zdecydowanie go nie polubili, a nawet oskarżyli o brzydkie sprawy. Facet „spłonął żywcem”, schudł i się oddalił.

 

LORANCWładysław, ten pan był przesadnie elegancki. Ubierał się w aksamitne marynarki i we własnym programie telewizyjnym truł osobiście na wizji mając w tle napoleońskie orły. On to właśnie musiał przyjąć na pierś stan wojenny, redukcję, wyrzucanie z pracy. Guzik go to obchodziło, podobnie zresztą jak i brylującą do dziś profesor Ewę Łętowską, ówczesnego Rzecznika Praw Obywatelskich, która nawet nie odpowiedziała na list zwracających się do niej wyrzuconych dziennikarzy. Loranc podpisywał wszystko co kazała „Wrona” i był … bardzo kulturalny. Tak twierdził warszawski salon. Jakiś czas temu widywany był w pociągach na trasie stolica – Kraków. Być może teraz już tylko w kapciach ogląda dawne swoje TVP.

 

BAJDORJerzy, zabiegał o powrót do pracy dziennikarzy w stanie wojennym, ale ci, którzy odeszli z TVP, wcale go nie słuchali.

 

WOJCIECHOWSKIMirosław. Tego zupełnie nie znałem, bo wyleciałem z TVP na 8 lat. Był ponoć z „wywiadu” albo z jakiejś tam innej służby. Ostro robił porządek, co wtedy było łatwo, bo wszyscy okrutnie się bali. Zresztą to na Woronicza stan permanentny. Trzęsiączka była i jest tam teraz wielka. Rozchwiało to nawet budynkiem najwyższym, gdzie na dziewiątym piętrze rządziło kierownictwo. Gmach groził zawaleniem i trzeba go było rozwalić.

 

ROSZKOWSKIJanusz, był cenionym naukowcem, humanistą, ale niestety nie wiadomo, po co wybrał propagandę. Ale wiadomo – władza jak diabeł, potrafi skusić.

 

URBAN – imię wszyscy znają, Pan Jerzy to były rzecznik rządu stanu wojennego, ulubieniec Jaruzelskiego; przedtem redaktor „Po Prostu” a nawet osobiście napiętnowany zakazem pracy przez Gomułkę felietonista. Gdy wróciłem do TVP Urbana, który kłamał bez zmrużenia oka, ale i rozśmieszał chętnie przychodzących na jego konferencje korespondentów zagranicznych – już nie było. Powiedział żonie, że się wreszcie wzbogacą i założył „Nie”.

 

DRAWICZAndrzej, bardzo wysoki o sportowej sylwetce, przystojny, choć łysy, co nie było wtedy jeszcze powszechne. Miał żonę Rosjankę, ponoć córkę generała, ale i solidarnościową przeszłość zakończoną 13 grudnia internowaniem. Może jeszcze dowiemy się, kim naprawdę był ten pan wybrany na prezesa TVP przez Tadeusza Mazowieckiego po budzących wielkie nadzieje wyborach. Drawicz, gdy przychodził na Woronicza powiedział, ze legitymacje partyjne należy zostawić w szatni. Był za pan brat z opiekującym się telewizją księdzem, a nawet wprowadził na ekran „nocą” miękkie porno. Podpierał się Rywinem, który wtedy robił najlepsze interesy. TVP otwarta na Amerykę kwitła. Niespodziewanie nagle Drawicz zmarł.

 

TERLECKIMarian, tego najbardziej lubiłem. Był to prawdziwy bohater stanu wojennego z Gdańska. Twórca „Video Studia” dzięki któremu mamy archiwalne nagrania pokazujące bicie robotników przez ZOMO i traktowanie ludzi jak bydło. W więzieniu, na oko kruchy i delikatny Marian, był bardzo dzielny, stawiał się klawiszom, był bity i zamykany w karcerze. Prezesem w TVP był niestety krótko, ponieważ zorganizowano chamską prowokację. Po hucznym balowaniu w prywatnym mieszkaniu, w którym brali udział liczni przedstawiciele nowego rządu, Marian, nieco pijany, ale zawsze romantyczny, usiadł sobie w swoim własnym samochodzie. Nawet nie włączył silnika. Dopadli go tam zaczajeni, wyprowadzili siłą i zawieźli na izbę wytrzeźwień. Nakazano telewizji – której bądź co bądź był jeszcze prezesem – pokazać zdjęcie Terleckiego w pełnym kadrze na rozpoczęcie „Dziennika”. I tak do milionów dotarła wiadomość: pijany szef TVP został zatrzymany w samochodzie. Premierem rządu był wówczas Jan Krzysztof Bielecki. Kto był autorem tej ohydnej prowokacji, nie wyjaśniono.

 

MARKIEWICZMarek. Doczekał się tylko p.o. Prezesa TVP. Był, jest adwokatem. Kandydował na Prezydenta Polski. To on, jako szef KRRiT, przekonał kolegów i dał Polsatowi Solorza ogólnokrajowa koncesję. Miliarder był wdzięczny. Tomasz Wołek i ja również ostro to krytykowaliśmy, napuszczeni przez Wałęsę. Potem jednak Prezydent Wałęsa oświadczył, że chyba się mylił. Dziś Zygmunt Solorz tryumfuje. Marek Markiewicz rządzi ponoć obecnie bardzo ważną kancelarią prawniczą. Jest również zapraszany jako komentator do niezależnych katolickich rozgłośni radiowych.

 

ZAORSKIJanusz, prezes-artysta: dobrze pamiętany twórca „Piłkarskiego pokera” i „Matkę Królów” – wybitnych filmów naszej kinomatografii. Pan Janusz, popierany wówczas przez Lecha Wałęsę, nadal działa, choć najwyraźniej filmów mu nie dają robić.

 

ROMASZEWSKIZbigniew to tylko 13 dni prezesowania; na pewno wielka szkoda, że tak krótko. Zdymisjonowany, gdy rozbito rząd Jana Olszewskiego.

 

WALENDZIAKWiesław, to mały, wielki szkodnik, od niego zaczęła się degrengolada TVP, zniszczył redakcje by dać zarobić kolegom, wprowadził niebotyczne odprawy nawet za kilkumiesięczną prace na Woronicza. Potem porządził jeszcze u premiera Buzka, głównie zajmując się walką z wice-Tomaszewskim. Potem wycofał się z polityki.  Na nieszczęście dla miliardera Ryszarda Krauze, którego został doradca. Utopili gigantyczne pieniądze kupując suche pola naftowe w Kazachstanie.

 

MIAZEKRyszard, chłop poczciwy i spolegliwy, wprowadził PSL-owców na długo do gmachu TVP. Aż do niedawna tam tkwili. Pamiętam, że pojechał z Telewizji do Australii nawiązywać kontakty. Potem, jeszcze do niedawna, wydał kwartalnik społeczno-polityczny. Nawet ciekawy. Ale chyba zabrakło pieniędzy.

 

KWIATKOWSKIRobert, to era Kwaśniewskiego, MilleraCzarzastego. Szarpali go potem w Sejmie ale miał mocne narwy. Nie bardzo nim się interesowałem. Był niby z lewicy. Ale koniunkturalnie.

 

DWORAKJan, kiedyś dzielny obrońca robotników (ROPCiO), fan sportu, nosił teczkę za Tadeuszem Mazowieckim i pomagał Drawiczowi. Potem bardzo przeszkadzał Ojcu Dyrektorowi, zwalczał jak mógł Radio Maryja i Telewizję Trwam. W dworskiej i do luftu KRRiT był wykonawcą poleceń Bronisława Komorowskiego. Facet w zasadzie bardzo miły. Szkoda, że taką właśnie wybrał drogę.

 

WILDSTEINBronisław. I rzeczywiście imię to do niego pasuje. Z nominacji Kaczyńskiego szedł jak burza, niestety odwołał go również Kaczyński. Nawet nie wiem, który z braci do tego się przyczynił. Nie wiem również, dlaczego. Uważałem i uważam to za duży błąd. Ale to jeszcze można naprawić. Bronisław Wildstein jest w dobrej formie, a w jeszcze lepszej jest jego odważny syn Dawid.

 

URBAŃSKIAndrzej, srożył się i ładnie palił fajkę, ale jemu darujmy z powodów różnych …

 

Potem było jeszcze kilku innych, o których wspominać nie warto. Na koniec:

 

BRAUNJuliusz, kolejny destruktor, koniunkturalny miłośnik PO i Tuska; krzyczeliśmy (jako SDP) „kończ waść wstydu oszczędź”, chciał w ambasadory, ale nie wyszło. Ostatnio widziałem, że jeździ autobusem. Podobno chce nas (Stowarzyszenie) włóczyć po sądach.

DASZCZYŃSKIJanusz, właśnie walczy o przetrwanie, wykombinował sobie, że jeśli włączy Marcina Wolskiego (który świetnie nadawał by się na Rzecznika Rządu, polecam!) jako zastępcę to uda mu się przetrwać; zdaniem Krzysztofa Wyszkowskiego – „to zero”; prawdziwy założyciel wolnych związków zawodowych, właśnie Wyszkowski, wyraził opinie, do której się przychylam.

 

*                                            *                                            *

 

Komedia na Woronicza trwa. Kto będzie następny. Ciekawe. Bardzo ciekawe. Tym razem kraj czeka naprawdę w napięciu.

 

Dokonany tu przegląd prezesów nie pretenduje do naukowej analizy. Oczywiście jest bardzo uproszczony, a nawet byle jaki. Tak samo jak byle jacy byli w większości prezesi Telewizji Polskiej. To taka impresja wspominkowa a nie wyliczanka dorobku. Chodzi głównie o to, by nabrać dystansu do tych wszystkich – wydawało się – ważniaków. Nastali, pobyli, coś tam namieszali, niektórzy pochlali, a inni na ekran bardziej lub mniej się pchali. Spadali i odpływali w cień. A lud roboczy z Woronicza był jak zawsze posłuszny każdemu następnemu desygnowanemu przez partie, które zawsze dużo gadają i obiecują.

 

KTO TERAZ ?

 

Jest niestety bryndza.  Słyszymy, że decydować mają teraz Czabański i Kurski (oczywiście Jacek). To zupełnie różne żywioły – woda i ogień.

 

Krzysztof Czabański zrobił się ostrożny i wyważony. Zapowiada plan działania nie na dni najbliższe, ale na tygodnie, a nawet miesiące.

 

A tu czas leci i atakujący bezpardonowo sobie poczynają. Trwa napaść na Prezydenta i PiS nie przebierająca w środkach.

 

Są w ojczyźnie rachunki krzywd. Żadna dłoń ich nie przekreśli. Są też zdolni ludzie, odważni i pełni zapału. Wymienić? Proszę bardzo:

 

Karnowscy (obaj)

Skowroński (wymieńcie choć raz poranny program „Wnet” z „Sygnałami Dnia”;

Ziemkiewicz

Zaremba

 Janicki

albo Pospieszalski – na przykład

 

Każdy z nich świetnie sobie poradzi na wysokim stołku. Trzeba to zrobić a nie deliberować w nieskończoność.

 

Na pewno gospodarka jest najważniejsza. Prezydent dotrzymuje słowa. Rząd idzie jak burza. Prezes Kaczyński od wielu miesięcy nie popełnił błędu. Zawistni się wściekają, a ludzie mówią „jest wreszcie maż stanu”. Przeciwnicy niegrzeczni na wizji w głębi duszy przyznają, ze tak właśnie jest. Zresztą dostali przecież lanie, więc lepiej niech nie deprecjonują tego, który z nimi wygrał – bo jak wytłumaczyć porażkę?

 

NA WYBIEGU

 

Niech wyjdą na wybieg, dobiorą sobie dla ozdoby po modelce i wyartykułują zamiary. Potrzebny jest otwarty konkurs w pełni telewizyjnego światła, by poznać nie tylko kandydatów, ale i weryfikujących. Kim jest tajemnicza i decydująca Rada Nadzorcza TVP. Kim są ci ludzie, jak wyglądają i jakie zadają pytania. Zróbcie tak wreszcie i pokażcie przez TVP cały ten konkursowy cyrk. Nie zasłaniajcie się jakimiś tam wyimaginowanymi tajemnicami handlowymi. To bzdura. TVP jest monopolistą i ma być transparentny. Trzeba zmusić Telewizję Polską, żeby poprzez bezpośrednią transmisję pokazała konkurs. Telewizja jest publiczna i powszechna. Jest własnością nas wszystkich, a nie aktualnie rządzącej partii.

 

Prezes TVP to powinien być odważny decydent w sprawie zorganizowania rozumnego i prawdziwego przekazu medialnego. Z tych, co już byli, może tylko Wildstein nadawałby się na to stanowisko. Warto się nad tym zastanowić. Gadanie o nie wchodzeniu ponownie do tej samej rzeki – to przesąd.

 

Wymieniam nazwiska męskie. Ale to nie gest antyfeministyczny. Chociaż po ostatnich doświadczeniach rządowych rodzą się obawy. Warto jednak przypomnieć, że nikt tak dzielnie nie wykonał reporterskiej roboty w Smoleńsku jak Anita Gargas.

 

Nie zapomnijmy też o ośrodkach regionalnych. Jest ich szesnaście. To aż tyle potrzebnych będzie nominacji. Najlepszy kąsek to Warszawa, dawniej WOT. Teraz nie wiadomo właściwie co to jest. Nasze wielkie aglomeracje, nasze krainy są jak niektóre państwa. Kiedyś dyrektorów na ośrodki wybierał facet, który w Dzienniku Telewizyjnym był wiceszefem i odpowiadał za informacje od terenowych korespondentów. Dziś w głównych dziennikach TVP  kraj pokazywany jest beznadziejnie. Tak jakby w Polsce nie było Szczecina, Wrocławia i Bydgoszczy. Dyrektorzy w terenie nie mają kompetencji samodzielnych szefów, ale też i nie starają się o to. Wystarczy im, że są ważni w swoim środowisku. Trzeba ich wymienić.

 

Trzeba też w telewizji mianować ludzi wyposażonych w kompetencje rządzenia, narzędzia finansowe i samodzielne uprawnienia administracyjne. Prezes powinien być jeden i głową odpowiadać za to co zrobi. Trzeba dać mu szansę rozwinięcia skrzydeł. Ale jednocześnie bacznie się przyglądać. Najważniejszy jest program, prawdziwy przekaz, treść. Obojętnie jak to zwał – misją, czy po prostu dobrą jakością. Kontrola powinna być rozsądna i sprawiedliwa.

 

*                                            *                                            *

 

Zrobić dobrą telewizję publiczną wcale nie jest to takie trudne. Byle nie postępować miernie, biernie i tylko wiernie. Bo to takie samo zło, jak ślicznie, cynicznie i niegramatycznie. W naszym dużym kraju jest wielu ludzi, którzy mogą sprostać nominacji na Wysoki Stołek. Podsadźmy właściwego, a na pewno się uda. Jeśli jednak nie sprosta, to po prostu spadnie. Nie ma ludzi niezastąpionych.

 

Stefan Truszczyński

 

PS. Tymczasem pełniącym obowiązki Prezesa Zarządu TVP został Maciej Łopiński, a Marzena Paczuska-Tętnik została na trzy miesiące zawieszona w czynnościach członka zarządu TVP . Jacek Kurski ma być doradcą zarządu.

Skowronki latają wysoko – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Wakat: stolec na Woronicza. Co z tym będzie? Chciałoby wielu. Ale sprostać potrafi mało kto!

 

Powiedzmy wprost – nie bacząc, że pudelki będą szczekać – nadaje się i sprostałby, moim zdaniem – Krzysztof Skowroński. Nie wiem, jak pogodziłby liczne funkcje, które sprawuje. Uważam, że dałby radę. Tak jak dotychczas daje sobie radę znakomicie, choć z wielkim mozołem, radę sobie daje.

 

Zajmę się tutaj tylko sprawą kompetencji. Na tym się znam, z obserwacji, z racji pobierania nauk u dobrych nauczycieli, ćwiczenia się w zawodzie przez ponad 55 lat.

 

Prezes Telewizji Polskiej o znaczącej pozycji zawodowej i społecznej powinien być człowiekiem wierzącym i praktykującym dominującą religię w naszym kraju. Ale nie fanatyzmem, bigotem, zakłamaniem (niektórzy asekuracyjnie wymyślili sobie „pozycję” agnostyka). Piszę o tym wprost i tak wysoko, bo to jest sprawa ważna, ale nie będę już do tego wracał. Niech salonowe kundle dowolnie sobie szczekają. Nie obchodzi mnie zupełnie co kto powie o moim podlizywaniu się. Ani nie zarabiam u Skowrońskiego, bardzo często go ostro krytykuję. Tyle, że w sprawach poglądowych i zawodowych całkowicie – no prawie – się z nim zgadzam. Zazdroszczę mu energii, konsekwencji w działaniu i wiary w sukces, który przychodzi dzięki talentowi popartemu ciężką codzienną pracą. Skowron rządzi, uprawia dziennikarstwo najwyższej próby, nie cenzuruje innych, świetnie wybiera współpracowników i z dobrymi rezultatami uczy. A teraz do kompetencji zasadniczych. Doświadczenie wystarczające. 55-60 lat to najlepszy okres do rządzenia. Oczywiście mogą być odstępstwa. Można i są znajdowani młodsi, dobrze wychowani, z życzliwym stosunkiem do ludzi i rozumiejący, co jest ważne w sprawach najważniejszych.

 

„Skowrona” można sprawdzić łatwo. Wystarczy rano posłuchać Poranka Wnet. Ten dwugodzinny program daje aktualny obraz Polski i świata. Wszystko jest „self made” – są aktualnie najważniejsi politycy (nikt nie odmawia), są bardzo ciekawi ludzie (społeczny przekrój – wiedzy, kompetencji, działania), zbudowana została sieć znakomitych korespondentów zagranicznych, tempo jak na poranny program przystało, najważniejsza informacja bieżąca (niesegregowane politycznie przeglądy prasy) i … oprawa muzyczna (no, z tym jest trochę gorzej).

 

Wszystko to czynione jest minimalnymi kosztami (z konieczności) – Radia Wnet, Kuriera Wnet (ogólnopolska gazeta ze specjalnymi terenowymi dodatkami – śląskim i wielkopolskim), Spółdzielni Wnet (jarmark i inne akcje) z bardzo nieliczną obsadą redaktorsko-organizacyjną.

 

Paranoje mediów publicznych, politycznie ubezwłasnowolnionych, całkowicie podległych i dyspozycyjnych politycznie polega na ich niepotrzebnym obciążeniu personalnym i nieumiejętności wykorzystania potencjału twórczego zastraszonych ludzi. Niewolnik wykona polecenie, ale twórczy nie będzie. Dziennikarstwo jest rzemiosłem, ale nie polega na ładowaniu szuflą węgla do pieca. Muszą to zrozumieć nadęci, zarozumiali bezkrytycznie dysponenci. Zawsze zachęcam do refleksji, próby przypomnienia sobie czy w ogóle pamięta nazwiska premierów, nie mówiąc o vice – wywracających się jak w kalejdoskopie i przelatujących bezpowrotnie jak komety (no, wyjątek premier Pawlak, a on dopiero czeka na podsumowanie).

 

Wierzę, że dobry, przygotowany, silny i chętny facet (bo jednak nie facetka) – podoła. Tym bardziej, że jest tak źle z telewizją publiczną jak jeszcze nigdy nie było. I oczywiście nie chodzi o podskakujące w rytmie disco-polo słupki oglądalności. Telewizja publiczna nie jest od produkcji kiełbasy wyborczej. Mam uzasadnione obawy, że obecny Narodowy Medialny decydent nie podoła. Oczywiście jest bardzo intrygujące, kogo wybiorą.

 

Ja stawiam na „Skowrona”. Zawsze go możecie odwołać. No, chyba – a taką mam nadzieję – że lud nasz – jak kania wyczekująca dżdżu – dostrzeże niechybne pozytywne zmiany i poprze prawdziwą nową zmianę, w TVP.

 

Stefan Truszczyński

Pokorne ciele długo nie possie – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO o telewizji publicznej

Dziesiątki lat ludzie naciskali o 19.30 guzik od telewizora. I dalej z rozpędu to robią, choć guzik się dowiadują.

 

„Kura” zniosła kiedyś jajo „Kaczorowi”. Było to odgrzebanie dziadka z Wermachtu. „Kura”, czyli Jacek Kurski, obecnie najważniejszy ze wszystkich prezesów, błysnął pomysłem i brawurowym wykonawstwem. Na tle nudy i lizusostwa dziennikarskiego to było COŚ! I nie dziwne, że wdzięczność zwycięzcy wyborów zapewniła mu stołek na woroniczowym Olimpie. Usiadł i spokojnie sobie siedzi. Choć podgryzają go ustawicznie. A jako, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, to niech sobie psy szczekają. I tak karawana pójdzie dalej.

 

Niestety skuteczny facet rozsiewa wokół siebie również strach. Towarzystwo telewizyjne z racji zatrudnienia ma niezłe profity. Boją się więc ludzie ich utraty. Ale grzeczność i usłużność prowadzi do wyjałowienia. I tak to już jest, że wysilasz się dla szefa ile się tylko da, patrzysz mu poddańczo w oczy, a on nagle ci mówi, że pożytek z ciebie niewielki, że tylko odrabiasz zadane lekcje. Nic od siebie nie wnosząc. I nagle – won!

 

Karuzela stanowisk w mediach dotyczy wszystkich. No, prawie wszystkich. Weny nie ma, gdy kaganiec za ciasny. Pokorne ciele może i długo dwie mamki ssać, ale w końcu jedna kopnie go, a druga przywali ogonem. Nawet apetyczne popiersia speakerek wiadomościowych nie nasycą głodu prawdziwej, obiektywnej, krytycznej informacji. Papugi klepią co im napisane. 19.30 stoi niezmiennie jak fallus na antycznym śródziemnomorskim pomniku. Dziesiątki lat ludzie naciskali w tym czasie guzik od telewizora. I dalej z rozpędu to robią, choć guzik się dowiadują. W każdym razie jednostronnie naświetla im się przebogatą w końcu rzeczywistość. Słowo NIE nie pada. Wszystko jest TAK. Wyjątek – stosunek do opozycji. Fakt, że bywa ona często wredna i zdradziecka – ale jest. I powinna mieć dostęp niemanipulowany. Ludzi sami oddzielą ziarno od plew. Należy im się, choćby łgali na potęgę. Choćby klepali mantrę głupoty, bez pomysłu ograniczając się do zaciekłej nawet nienawiści. Podzieliłbym ekran na pół. Na słowa tego z prawej mógłby od razu odpowiedzieć lewostronny.

 

Andrzej Duda wygra pewnikiem i w podskokach, bo nie ma praktycznie konkurentów. To co stanęło „w szranki” – pożal się Boże – to team żałosny jak jeszcze nigdy. Żal, że doczekaliśmy „reprezentacji” wywołującej śmiech i smutek. Niepotrzebne są służalcze programy „z przodu” i „z tyłu telewizji”. I do tego jeszcze to nieznośne wpuszczanie na antenę chwalców wobec wybrzuszonych siedzących w studyjnych fotelach. Niezbyt mądrzy zachwycają się prowadzącymi program, a ci łykają to z mlaskaniem. Opatrzyło się! Żadna marchewka czy ogórek nie uratuje szmiry.

 

Pan Jacek, prezes – jego wysokość, zakochał się w panu Zenku. No cóż, różne są zboczenia. Facet z wadą wymowy i antyzgryzem kreowany jest na gwiazdę. De gustibus non est disputandum. Pewien bojowy – wydawało się wódz wojskowy – też wybrał sobie Misiaczka. Jaja z tego zrobił sobie Patryk Vega, a groźny na oko minister nie zastrzelił go choćby z procy. Reżyser, mimo zadęcia, zrobił jednak po prostu słaby film i ludzie z niesmakiem wyszli z kina. Teraz Pan Patryk się kaja i obiecuje, że już nie będzie robił trzech filmów rocznie, a tylko dwa. Łam udzielił mu – o dziwo – „Tygodnik Solidarność”. I to się właśnie nazywa wolność prasy. Róbta co chceta. I oczywiście zobaczymy co z tego wyniknie. Cenzura precz. Ludzie już są dojrzali.

 

Co miałoby zastąpić „dziadka z Wermachtu”? O, jest w czym wybierać. Tylko nie trzeba się bać pokazywać szpetoty, zboczenia i durniactwa. Niekoniecznie powinna to być „babcia z burdelu” lub pijana żona za kółkiem. Wystarczyłaby rozmowa mądrego z głupim. Nie da się ukryć who is who. Niestety akcje wyborcze nie są poprzedzane rozpoznawaniem – to znaczy długimi i pełnymi wizerunkami ludzi naszego pięknego kraju. Wprawdzie dzięki tusko-lewandowskim działaniom wielu zmuszonych było opuścić kraj. Za darmo ich wykształcenie, pracowitość i siłę dostały inne narody. Zdrajcom Ojczyzny beneficjenci teraz płacą. Nawet milion rocznie. Ale na szczęście mamy coraz więcej zdrowej, dorodnej i mądrej młodzieży. Choćby tych, których kształcił kombinat ojca Rydzyka. I pomysłów też nie zabraknie. Nie trzeba się tylko bać.

 

Niestety wielu robi głupio. Na przykład codziennie pewna polska gazeta pokazuje na całą stronę twarz nieszczęsnego marszałka. Owszem, opisuje jego niecne czyny. Ale i oczywiście lansuje gębę faceta. A przecież – jak to się mówi – nieważne czy mówią źle czy dobrze: ważne że mówią! Zagnieździ się gęba w umysłach i powstanie wątpliwość, czy to jednak nie nagonka.

 

Podobnie jest z Biedroniem. Facet tego co robi nie ma wypisane na buźce. Przeciwnie, przy panu B. albo pani K. to amant (patrz na przykład zdjęcie z 27 lutego w „codziennej”). Niejedna się zapłacze, że taka uroda marnuje się w kraju, który dopiero wygrzebuje się z siermięgi. Redaktorzy oczywiście myślę, że odstraszają, zniechęcają – a oni właśnie lansują.

De gustibus non est disputandum?! A jednak. Niech wyboru dokonują ludzie z mądrego wyboru. Bo inaczej to domino przewracać się będzie nadal. Szkoda, że nie ma prawdziwych wyborów na ludzi, a nie na partię. Szkoda, że nie ma wyborów na decydentów medialnych. Dałoby się znaleźć ludzi właściwych. Niekoniecznie spośród tych uległych, bez zdania własnego i NIEPODLEGŁOŚCI!

 

Stefan Truszczyński

 

Pycha – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Stoją wyprężone szeregi. Sunie przed nimi przypinający medale, a za nim dama z poduszką. Pięknie. Aż łza się w oku kręci. I przenika duma: iluż to mamy wspaniałych!

 

Narodowa nagrodomania sięga zenitu. Potem już będzie tylko czarna dziura. A za cóż to, za cóż te blaszki?

 

***

 

W Szczecinie, w stoczni promowa stempka już pordzewiała. Minister mówi, że teraz to dopiero świetnie zaplanują! Jasne. I zbudują! Tylko jeszcze nie wiadomo kiedy. A zresztą! Może i zbudują promy i inne statki, albo… kupią. Na przykład z Chin. Nie ma co płakać po tych 174 statkach, które poszły precz i po tysiącach kontenerków, które gdzieś wyparowały. Nie ma co przypominać, iż stocznię marynarki wojennej na Oksywiu dożynano, bo przecież w końcu nie dorżnięto. Owszem długo (bo całe lata!) trwała budowa jednej, jedynej, powstałej tu ostatnio jednostki dla Mar-Woju. Kosztowała ta zabawa w projektowanie miliardy.

 

Były krytyczne notatki prasowe. Ale tak naprawdę usłużne – główne media siedziały cicho. Teraz mają co innego na pierwszym planie. Wybory!

 

Stawka jest super: Biedroń – Bosak – Hołownia. To przecież kontynuacja: Jaruzelski – Wałęsa – Komorowski. Brak tylko Grodzkiego. Siedział biedak cicho za poprzedniej kadencji, bo brylowała posłanka o takim samym nazwisku – Grodzka. Cholera wie, dlaczego było mu nie do pary. Teraz, gdy dama osiadła wreszcie w (a może na) Piaskach – to graniczna wioska z Rosją na Mierzei Wiślanej – Pan Doktór ruszył w bój.

 

***

 

Był trafiony, choć bardzo chowany medialnie, gest Kozakiewicza. Teraz pokazała palec Pani Lichocka. Niegrzecznie? Uważam, że bardzo słusznie. Inni certolą się z targowiczanami, którzy plują na kraj współziomków – choć to dzięki nim owi koalicjanci zarabiają dziś po sto tysięcy złotych miesięcznie. Rzeczywiście straszne przestępstwo zrobiła Pani Joanna.

 

Utalentowana Pani Ewa Wencel narysowała nam portret młodego Piłsudskiego. Nie bawił się ze zdrajcami. Eks-minister Jan Parys przypomniał swojego mentora, ojca Bocheńskiego. Niestety bracia zakonni Dominikanie nie chcą mu poświęcić nawet tablicy pamiątkowej w kościele na Freta. Cytatem z filozofa, pułkownika, żołnierza spod Monte Casino, a także lotnika (choć zakonnika) przypomniała Telewizja Polska, kim naprawdę był nasz dzielny zakonnik. Przypomniała również kim naprawdę był pierwszy premier po 4 czerwca ’89. Coraz lepszy jest Teatr Telewizyjny.

 

Kiedyś byli prawdziwi faceci, teraz liczą się garniturki.

 

***

 

Sejmowe wrzaski nasilają się podczas telewizyjnych relacji z prezydenckich spotkań, delikatni młodzieńcy robią słodkie minki, byle tylko nikogo nie urazić. Szaleje blondyna i jej koledzy z PO. Do towarzystwa mają kanapowe partie dziennikarskie ze stanu wojennego. Jeszcze te rozśmieszające groźne miny i ambitne marsze protestu z przydeptywaniem tóg w tęczowej otoczce.

 

Zbigniew Herbert rzekł, że śmiecie zawsze płyną z prądem. Było już tak, że pogoniono sejmokratów. Oczywiście paluszkiem tego się nie zrobi. Pycha to choroba gorsza niż jaskra i zaćma razem.

 

Są ludzie biedni i ludzie bogaci. Tym pierwszym trzeba pomagać. Stwarzać warunki, by się z biedy wygrzebali. Tych drugich dobrze by było zapytać dokąd tak pędzą nie bacząc na dobro wspólne. Blaszki metalowe niczego nie załatwią. Jeśli nie syn, to wnuczek odda żelastwo na złom.

 

Naród powierza wybrańcom władzę. Wówczas trzeba nie tylko nagradzać, fetować, uśmiechać się do każdego przybysza. Jeśli wpuszczamy do kraju obcych, penetrujących nasze geologiczne zasoby, naiwnością jest nadzieja, że owi traktujący Polskę jak teren do łupienia, wydając setki milionów nie zażądają potem prawa do wydobycia. Minister grzeszy pychą, gdy mówi że to niemożliwe, bo uchwaliliśmy asekuracyjne prawo. Minister odejdzie, prawo się zmieni, a miedź i węgiel z naszej ziemi staną się czyjąś własnością. Obcy handel został wpuszczony do naszego kraju i rozsiadł się na dobre. Polscy dziennikarze pracują dla obcych (80% prasy terenowej). Podobnie jest w elektronicznych mediach komercyjnych. Było dużo gadania o repolonizacji i nic w tej sprawie nie zrobiono. Teraz nawet słyszymy, że brak pełnej ściągalności pieniędzy za abonament radiowo-telewizyjny to… veto i wina Unii.

 

***

 

W szranki z obecnym prezydentem staje bardzo słabiutka konkurentka. Lepiej by robiła, gdyby się w ogóle nie odzywała. U części ludzi w Polsce wzbudza złość. Wisi to wszystko ponad naszymi głowami. Jeśli spadnie, to na nas wszystkich, boleśnie i niszcząco. Ucieczka ludów azjatyckich i afrykańskich z krajów ogarniętych pożogą i nędzą – nikogo jakoś niczego nie nauczyła.

 

Europoseł, którego kwalifikacje nie pozwalają nawet na prowadzenie budki z piwem, opowiada bezczelne kłamstwa. Na swój kraj. Bez wstydu i zahamowań.

W Polsce mamy tysiące wspaniałych, wykształconych ludzi. Dlaczego partyjniackie zasady wyborcze forują takich, którzy niczego w życiu nie zrobili. Jedynie to, że pochodzą z partyjnego zapisania się do polityki. Niektórzy nawet się chwalą: jestem w parlamencie już piątą kadencję! A co kolego zrobiłeś?

 

W czasach nakazu i przymusu zainstalowano nam marszałka wojskowego, którego tors zapełniły bez reszty medale. Był też ksiądz w Gdańsku, który wybrał zamiast cnoty kolorowe świecidełka. Mundur pierwszego wisi w gablocie na Kremlu. Drugiego ściągnięto liną z cokołu.

 

Z pychy szydzą poeci i pisarze. Niestety dziś już prawie nikt nie czyta książek. Rolę szyderców powinni przejąć dziennikarze. Pewnym ludziom trzeba po prostu wytłumaczyć dobitnie, że się nie nadają. Na przykład do wywiadów radiowych, bo jąkają się okrutnie i seplenią. Nie mają żadnego dorobku, ani śladu charyzmy i bardzo pospolity wygląd – a jednak pchają się na Wiejską.

 

***

 

Malutki paluszek delikatnej posłanki wyzwolił histeryczne reakcje. Wyobrażam sobie krzyk jaki podniósłby się, gdyby zdrajcy ojczyzny dostali to na co zasługują. Ale „nic to” – jak mawiał Wołodyjowski. Zbliża się kolejny czas próby. Kiedyś szermowano hasłem „jesteśmy wreszcie we własnym domu”. Tak to prawda. Nie stój więc wyborco w kącie, bo tam na pewno nie znajdą cię. Polska to nie zabawka śmiesznych facecików. Im powinny wystarczyć klocki.

 

Stefan Truszczyński

 

Dryblas, a ma pietra? – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Aleja Szucha wypełniona. Od Ujazdowskich po Plac Unii. Dwadzieścia, a może i dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. Potem w relacjach telewizyjnych okazuje się, że przyjechali nie tylko z całej Polski, ale i z daleka – Argentyny, Hiszpanii, Francji.

 

Relacji jest dużo, bo i demonstracja „KASTA BASTA” jest ważna i jednoznaczna. Pod Trybunałem Konstytucyjnym zadaszona przed nim estrada. Przemawiają nestorzy – nestorów JoannaAndrzej Gwiazdowie, odważny Adam Borowski, szef sieci klubów Gazety Polskiej Tomasz Sakiewicz. No i oczywiście bard – bardów głos symbol Solidarności brzmiący silnie przez te kilkadziesiąt już lat – Jan Pietrzak. Mija kolejna godzina – ludzie stoją, słuchają, śpiewają i klaszczą.

 

Długo by jeszcze wymieniać – choćby tych najważniejszych – NIEZŁOMNYCH. Są takimi i tak też oficjalnie się nazywają, byli w namiotach i wozach Drzymały protestując zimą pod Sądem Najwyższym. Ale demonstracyjne miasteczko zlikwidowano, a dziś wobec najważniejszych – Adamie Słomce, Zygmuncie Mierniku znowu cenzura i szlaban. I to w telewizji!

 

Co jest grane?

 

W Wiadomościach TVP Adam Słomka człowiek, który najostrzej od lat występuje przeciwko sędziom – przestępcom nadal ubranych w togi – jest pokazany tylko byle jak przez migawki i niewymieniany z nazwiska. Słomka protestuje pokazując zdjęcia i nazwiska tych, którzy skazywali patriotów i nikt im tego nadal decydowania o losach ludzi nie zabiera. Słomka, Miernik nadal są z wielką uwagą słuchani i oklaskiwani. Ale nie w TVP. Dlaczego Why? Paczemu?

 

Protest przeciwko sądowemu bezprawiu, przeciwko sędziom, którzy już nigdy nie powinni sądzić, przeciwko tym, którzy kompromitują i ośmieszają innych uczciwych ludzi tego ważnego zawodu – trwa. Ale to przecież Adam Słomka, człowiek któremu stalinowscy oprawcy sądy zabili matkę, który na pewno nigdy nie wycofa się z tego co robi – był i jest najważniejszym symbolem protestu przeciw kaście.

 

Spotykałem i spotykam Słomkę na rozprawach w sądach różnych instancji. W Warszawie, Katowicach, Bielsku Białej. Jeździ, protestuje. Popiera i broni ludzi, którzy od lat domagają się odszkodowań za śmierci w ubeckich katowniach, za rany i męczeństwo swoich bliskich. Piszemy o tym – ja i wielu innych dziennikarzy. Bywa, że przedstawiciele palestry usiłują mękę ludzką, wieloletnie więzienia, tortury, bicie, zagładzanie mierzyć bezduszną miarą swojego sumienia.

 

Słomka, Miernik i inni nie tylko zasiadają w ławach sal rozpraw, ale i zrywają się z nich i głośno krzyczą. Czasem za to zamykani są nawet teraz w celach z kryminalistami. Programy informacyjne TVP w sobotę 8 stycznia pokazały demonstrację pod Trybunałem Konstytucyjnym obszernie, nie oszczędzając czasu antenowego. W sumie można by ocenić to dobrze (nie mówię tu o stacjach komercyjnych). Ale nagle zabrakło czasu dla NIEZŁOMNYCH. Właśnie dla tych ludzi, którzy antysądowniczy protest prowadzą najdłużej i najodważniej. To była wielka demonstracja prawicy popierająca walkę o reorganizację zamrożonego sądownictwa. Dlaczego jednak TVP boi się właśnie Słomki. Kto w Info decyduje kogo pokazać, a kogo eliminować?

 

Działem informacyjnym kieruje teraz potężnie zbudowany, prawie dwumetrowy facet. Nazwisko: Olechowski, imię – nie pamiętam na pewno. Chyba Jarosław. Pamiętam go jednak sprzed 10 lat, gdy był przed bramą „lotniska” smoleńskiego. Nie pamiętam, czy w ogóle coś mówił, mimo że był tam wówczas reporterem. Chciałbym wiedzieć czy ten pan, czy ktoś inny eliminuje z relacji o społecznym ważnym przekazie telewizyjnym właśnie Adama Słomkę, o którym wszyscy wiemy jak dzielnie od lat walczy z bezprawiem palestry. Od dawna i dziś!

 

Czy winny jest dryblas – decydent, czy jakieś złe duchy nie rozumiejący obowiązków jakie nieść powinna uczciwa dziennikarska relacja. To nie jest łaska nadawcy, to obowiązek wobec społeczeństwa.

 

Zaledwie mignięcie na ekranie postaci Adama Słomki, jednego – historycznego już dziś – z przywódców KPN to szczyt dziennikrskiej głupoty, to antydziennikarstwo, tchórzostwo – właściwie nie wiadomo z jakiego powodu. Dlaczego?

 

Who is who? Wiemy – no może nie do końca, kto jest kim w Polsce. Są bohaterzy ciągle ujawniający patriotyzm i siłę charakteru. Niestety często dłużej pokazywane są na ekranie twarze ludzi obcych, wdzięczących się do zupełnie nam obcych i nienawistnych. Polskie sprawy załatwia się w Polsce. Jesteśmy w Europie. I to coraz bardziej. Ale nie dzięki łasce, ale poprzez pracę naszego społeczeństwa. Jeździmy po Europie i pracujemy tam. Ale to nie jest nasza Ojczyzna.

Słomka, Miernik to naprawdę ważni w naszym kraju ludzie. Z szacunkiem proszę!

 

Stefan Truszczyński

 

P.S. Jeśli Wiadomości będą nadal pracowały tak jak dotychczas, pójdą w ślady upadku (oglądalności) tak jak 1-ka i 3-ka Polskiego Radia (tyle, że słuchalności; Radio ma już poniżej 5%)!

RADIO PTASIE – z punktu widzenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Patrzę na fotografię nowego prezesa (przepraszam: prezeski) Polskiego Radia. Pani Agnieszka Kamińska to piękna kobieta. To już coś. Ale czy wystarczy? Podobno piękna kobieta nie musi wcale być mądra. Wkrótce się okaże.

 

Na razie Polskie Radio, wspaniałe i jedyne ongiś Polskie Radio, na którym chowały się miliony słuchaczy, OSIĄGNĘŁO DNO!

 

Pięć z kawałkiem procent tak zwanej „SŁUCHALNOŚCI” ma Jedynka i mniej więcej tyle samo Trójka. Inne kanały PR jeszcze dużo mniej. Gdy porównamy to z „prywaciarzami” widać przepaść: RMF FM – 25%, Zetka – ok. 15%.

 

Kto wpuścił w kanał przybytki z ulic Malczewskiego i Myśliwieckiej? Twórca radia Hulewicz przewraca się w grobie. Kwiatkowski, Owidzki, Wysocki, a także wielcy polscy aktorzy, którzy radiu dawali głosy – zapłakaliby się, gdyby żyli. Panie Boże zlituj się! To już tradycja kilkudziesięciu lat nadawania. 5% słuchalności! Tak źle jeszcze nie było. Władcy mediów – coście zrobili? Patałachy!

 

Madame Kamińska urodę ma. Brak jej za to oddanych radiu fachowców. Tornada, które w ciągu ostatnich lat przeszły przez Malczewskiego wywiały najlepszych. Zmienia się prezesów, szefów redakcji, a ci mimo protestów środowiska, organizacji dziennikarskich zwalniają dziennikarzy z zawodowym dorobkiem.

 

Pani Kamińska w ostatnich miesiącach zrobiła szokującą karierę. Ledwie została szefową Jedynki, zaraz awansował ją prezes na swoja wice. Biedaczek mimo, że zawodowo „palestra” nie… antycypował, że go… „wymieni” tak szybko.

 

Faworyta „skacząc po górkach”, już w miesiąc później zajęła fotel (numer one). No, gratulacje. Ale co dalej?

 

Ponoć Pani Prezes chce skracać wywiady na antenie do 5 – 10 minut, a dalszy ich ciąg ładować do Internetu. Pomysł tyleż oryginalny co głupi. To będzie po radiu!

 

Z radia zniknął Dariusz Rosiak pracujący w Trójce kilkanaście lat. Nie pomogły akcje obronne. Wyleciał szef Trójki Wiktor Świetlik. Zwalnia się tych, o których powinno się zabiegać. Fakt, że przerosty zatrudnienia są tu ogromne. Jedynka to aż 63 etaty dziennikarskie.

 

Dominują dwa głosy – red. Katarzyny Gójskiej, agresywnej na antenie, przerywającej rozmówcom, osoby ponoć bardzo obecnie wpływowej oraz red. Małgorzaty Raczyńskiej, której wywiady ukazują się bladym świtem w dni świąteczne i brak im informacji na koniec programu kto je przeprowadza. Raczyńska była pracownicą biura w Wolnej Europie, zmieniła nazwisko na intrygująco brzmiące, pozyskała sympatię mamy Kaczyńskich, przeszła jak burza przez TV i wylądowała w radio. Jej wywiady, nagrywane, są starannie przygotowywane. Ale żadna rewelacja. KamińskaGójskąRaczyńską łatwo nie będzie miała. Natomiast radiowcy mężczyźni (zastrzegając anonimowość) czują się zagrożeni. Mamy oczywiście zdolną młodzież. Ale z nimi trzeba najpierw popracować. Ciekawe, kto w radio to zrobi. Ci – na przykład z Sygnałów Dnia – którzy na wyścigi biegali z sitkiem do KwaśniewskiegoKomorowskiego – już dawnej pary i ochoty nie mają. Może tylko Szrubarz wytrzymał nie jedno.

 

Być może Pani Kamińska okaże się długodystansowcem jak Olejnik, czy Kolenda. Może i tak będzie, gdy wyląduje w TVN-ie lub Polsacie.

 

Owszem trafiła się kiedyś Polskiemu Radiu odważna prezes Barbara Stanisławczyk, która nie pozwoliła „władzom zwierzchnim” mieszać w jej zespole. Ale zamieszano, więc pokazała decydentom medialnym gest Kozakiewicza.

 

Posłuszni przede wszystkim okazują się zwykle bierni i mierni. Wierność dobra jest w małżeństwie. W pracy trzeba wiedzieć co się chce… i mieć jaja. Radio, telewizja to robota zbiorowa. Niekoniecznie trzeba się tam lubić. Ważne, by lubić swą pracę. Być szefem szefów to bardzo trudna rola. Parasol z góry kiedyś się zamknie. I deszcz na łeb napada.

 

Na razie partia władzy walczy z rozwrzeszczaną palestrą, która jak targowiczanie nie baczy już gdzie Polska, a gdzie obcy. W maju, gdy Prezydent Duda niechybnie okrzepnie, przyjdzie czas na reformę mediów. Bynajmniej nie prywatnych. Te komercyjne niech sobie robią co chcą. W końcu za własne pieniądze.

 

Dziennikarstwo to pasja działania. Ciężkiej dupy i powolnego kumania nie da się tolerować. Byłe zasługi niestety się nie liczą. Media nie znoszą zastoju. Bogate życie może być źródłem refleksji i ciekawego opisu. Ale to z kolei wymaga odwagi i nieodkładania podzielenia się prawdą „na jeszcze później”. Starszych warto słuchać oczywiście o ile nie łżą bezczelnie. I zresztą oni szybko odchodzą.

 

Jest taki ksiądz – publicysta ze znanego klasztoru pod Krakowem, którego wszyscy (no prawie wszyscy) chętnie słuchamy. Bo jest mądry i ludzi lubi. Co widać, słychać i czuć. Można go naśladować.

 

Przez dekadę, po wojnie, były nominacje szewców, krawców na ministerialne stołki, na szefa atomistyki, energetyki. Teraz tak już się nie dzieje. A jednak w radach nadzorczych, w radach programowych, wielkich narodowych mediów sadza się ludzi nie mających wiele wspólnego z żurnalistyką, bez doboru jakiejkolwiek, ale dyspozycyjnych. Osobniki te zasiadają krótko. Wprawdzie uśmiechają się sympatycznie, demonstrują serdeczny stosunek do wszystkich zatrudnionych w firmie. Niestety, jak mówią, wyżej … niż możesz nie podskoczysz. Spada więc taka – taki nagle, bez ostrzeżenia, płacze rozżalony, bo przecież tak bardzo się starał. Był 100 procentowo dyspozycyjny. Wreszcie idzie do sądu. Ale, gdy nie jest już prezesem, nikt nie ma już dlań współczucia. Pozostaje schadenfreude.

 

Na koniec proponuję Jana Brzechwę:

 

Halo, halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju,
Nadajemy audycję z ptasiego kraju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad:
Po pierwsze – w sprawie,
Co świtem piszczy w trawie?
Po drugie – gdzie się
Ukrywa echo w lesie?
Po trzecie – kto się
Ma pierwszy kąpać w rosie?
Po czwarte – jak
Poznać, kto ptak,
A kto nie ptak?

(…)

I wszystkie ptaki zaczęły bić się.

Przyfrunęła ptasia milicja

I tak się skończyła ta leśna audycja.

 

Stefan Truszczyński

Chudy Batman – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Sport – wiadomo – dziedzina cudowna. I nawet we „wrednej komunie” telewizyjni sportowi idole byli jak się patrzy. Ciszewski, Tomaszewski, Żemantowski, Hoppfer, Zieliński – oj łza się w oku kręci. Bo i ci z drugiego rzutu mogliby być dzisiaj prawdziwymi gwiazdami. Kto tak nieudolnie, albo zazdrośnie blokował młodym kariery? Jeśli szef boi się, że go podwładny przebije – to albo jest bardzo słaby albo głupi. Przecież ci reporterzy, sprawozdawcy pracują również na szefa!

 

Szef hamulcowy długo nie pociągnie, bo w końcu jego szef wyleje ćwoka za tchórzostwo i asekuranctwo.

 

Dziennikarstwo to pasja. Dziennikarstwo to permanentna rywalizacja, a nawet walka. Jak się z tym nie zgadzasz, nie potrafisz – nie pchaj się na afisz.

 

Zawód jest naprawdę super. I dlatego, ci którzy z powodzeniem go uprawiają to pracoholicy.

 

Każdy widzi, słyszy, czyta – „jaki koń jest”. Komputerowe narzędzia oczywiście ułatwiają. Ale ci, którzy wyłącznie na nich się opierają nie są wcale najważniejsi. Nowi, młodsi są coraz lepsi informatycznie. Ściągać, przepisywać i klepać to samo co wszyscy – każdy potrafi. Ale dokonać syntezy, a jeszcze wcześniej wymyśleć, pojechać zdobyć ciekawy materiał – o to, to już trudniej. Pchają się więc wszyscy na ekran, a szef – szkodnik wybiera wcale nie najlepszych.

 

Dokument filmowy jest dobrym weryfikatorem. Żeby zrobić taki film – reportaż to już trzeba coś potrafić. I oczywiście są tacy wśród dziennikarzy sportowych, tyle że ich praca upychana jest w mało oglądanych kanałach tematycznych.

 

Pamiętam dokument zrobiony na krokwi w dniu upadku Małysza i triumfu Stocha. Teraz też coś takiego ma miejsce. Nowy król to Kubacki. Będzie, nie będzie? Zobaczymy, ale tamtą zmianę warty warto by przypomnieć.

 

Wspaniały sportowiec, który zjechał z K-2 wręczał ostatnio nagrody… Ważniejsi są biegający po źle przystrzyżonej trawie. Wspaniali faceci i facetki biegający kilkadziesiąt kilometrów dziennie są niezauważalni w mediach prawie. Lobby piłkarskie, lekkoatletyczne dominuje. Mało też słychać o sportowcach, którzy nagle odchodzą i często z kontuzjami strasznymi walczą już nie o wyniki, a o życie.

 

Polsat pokazał ostatnio mistrzów. Wspaniała, dorodna młodzież. Ale ważniejszy jest chyba dla zdrowia narodu sport masowy. To cała robota od podstaw. Pamiętam pracowitego redaktora z redakcji wiejskiej, który przez lata szukał sportowych talentów na wsi. Teraz już takich nie ma.

 

Komentatorzy się nie wychylają. Mają stałych i ciągle tych samych rozmówców. Ci, którzy jeżdżą na mecze „za swoje” i cerują dresy się nie przebiją. Często można odnieść wrażenie, że mizdrzący się do telewidzów sprawozdawca jest ważniejszy niż jego rozmówca. Co za dużo, to niezdrowo. Obrazki z akcji są ciekawsze niż nawet najbardziej gładka buzia. Można przecież gadać z off-u.

 

Batmani są najlepsi, ale nie niezastąpieni. No i mogą się znudzić. Taki chudnie w oczach, brzydnie i staje się coraz bardziej nerwowy i mniej przyjazny po tej i po tamtej stronie ekranu. A dokument filmowy to co innego. Nabiera patyny, przypomina, wzbudza refleksję. Ale któż go zrobi, jeśli brak jest dokumentalistów, a ci co jeszcze są, cieszą się znikomym  poparciem szefów. Oni jeśli sami nie potrafią, to już na pewno nie poprą podwładnego. Bo – a nuż – przejmie władzę i co wtedy?

 

Batmany łączcie się. Musicie przetrzebiać systematycznie pretendentów, bo jeszcze się wam zalęgną i zakorzenią.

 

Stefan Truszczyński

 

Palestra – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Paskudny zimowy dzień. Pada. Przenikliwe zimno. Rynek w Skoczowie.

 

– Tu, między ratuszem a restauracją – pokazuje Józef Borkała – wyrzucono z samochodu na bruk ciało mojego ojca. Leżał tak półtorej doby. Zakrwawiony. Ubłocony. Ludzie mieli się napatrzeć: tak kończą wrogowie ludowego państwa! Zabili go funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa.

 

Był 11 stycznia 1946 roku. Kilkanaście godzin wcześniej osaczono, w pobliżu leśnej kryjówki używanej przez kilka lat niemieckiej okupacji, 10 osobowy oddział byłych NSZ-owców. Miesiąc wcześniej się ujawnili. Potem zgłosili się do pracy w milicji. Zostali przyjęci. Ale szybko zrozumieli, że ich dni są policzone, gdy zainteresowała się nimi służba bezpieczeństwa. Wrócili do lasu. Ktoś zdradził. Wysłano oddzielnie dwa oddziały. Nie wiedząc o sobie bezpieczniacy i milicjanci wzajemnie się ostrzelali. Byli partyzanci, doświadczeni w walkach próbowali wyrwać się z kotła. Wywiązała się bitwa. Dowódca NSZ-owców zginął.

 

Ciało Józefa Borkały nie zostało wydane rodzinie. Wraz z innymi ofiarami akcji mającej miejsce pod Skoczowem w nocy z 10 na 11 stycznia 1946 roku zostało zakopane lub spalone. Do dnia dzisiejszego syn nie wie co się stało z ciałem ojca.

 

W krótkim czasie po śmierci Józefa Borkały została aresztowana jego żona Antonina, matka 3-letniego synka – tak jak ojciec – Józefa. W UB-ckich więzieniach (między innymi w Cieszynie) poddano ją torturom, dotkliwie poraniono, spowodowane uszkodzenie słuchu.

 

W czasie pierwszego przesłuchania kopano ją, bito po głowie, po rękach i plecach. Umieszczono w celi jednoosobowej. Musiała stać przy drzwiach. Nie mogła siadać ani spać. Była bita. Zwolniona została po sześciu miesiącach.

 

Jeszcze do lat siedemdziesiątych niepokojona była przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Wychowywała urodzonego w 1942 roku syna.

 

W domu nigdy nie rozmawiano o tamtych czasach. Całe życie Pani Antoninie towarzyszył strach, że tamten koszmar powróci. Syn traktowany był przez kontrolującą rodzinę władzę jako „element” niepewny, wrogi. Został górnikiem. Do emerytury pracował w kopalniach, przez wiele lat na dole jako górnik przodowy.

 

Józef Borkała, syn Józefa od lat bezskutecznie walczy o zadośćuczynienie za śmierć ojca, męczeństwo matki i życie naznaczone piętnem zbrodniczej władzy. Sprawy się toczą w sądach – okręgowym, apelacyjnym. Materiały IPN-owskie jednoznacznie potwierdzają fakty. Ale to nie wystarcza sędziom. W ich ocenie pojawiają się opinie, że „nie udało się udowodnić, ani chciałby uprawdopodobnić, że pozbawienie wolności – aresztowanie matki wnioskodawcy związane było z jej działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, czy też oporu wobec kolektywizacji wsi oraz obowiązkowym dostawom”.

 

Pełnomocnik Józefa Borkały, mecenas Andrzej Wołoszyn z Gliwic, wnosi kolejne odwołania. 5 lat temu Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej zasądził od Skarbu Państwa zadośćuczynienie w kwocie 80 tysięcy złotych. Wyrok ten utrzymany został w mocy w roku 2017 przez Sąd Apelacyjny w Katowicach. Obecnie zgłoszona została apelacja wnioskodawcy od wyroku zapadłego we wrześniu 2019 roku, a rozprawa wyznaczona początkowo na grudzień jest znów przekładana o kilka miesięcy.

 

Pan Józef Borkała ma 77 lat. Ciągle czeka na sprawiedliwość. Ta, która przedstawia się sumą osiemdziesięciu tysięcy złotych sprawiedliwością nie jest. Ktoś walczył, ginął. Jakiż to sąd. Jakiż człowiek w todze zamienia w swoim sumieniu morderstwo afirmowane przez państwo na nędzne zadośćuczynienie. I jak to ten ważny człowiek – z orłem na łańcuchu – liczy?

 

 

IRENA JASTRZĘBOWSKA

… ma dziś 92 lata. Też czeka. I czekają jej córki. Tym razem sądy okazują się łaskawe, ale z sędziami nie zgadza się pan prokurator.

 

Pani Jastrzębowska odwołuje się więc do prokuratorskich władz, we wrześniu 2019 roku: „pomimo tzw. starczego wieku jaki osiągnęłam, posiadam znakomitą pamięć, inteligencję, zasób wiadomości, zdolność logicznego myślenia i wysuwania właściwych konkluzji (…) Jako wdowa po „wyklętym żołnierzu” Adamie Jastrzębowskim, który doznał ze strony komunistycznego aparatu ucisku wieloletniego uwięzienia, bezprzykładnych straszliwych tortur, z zagrożeniem utraty życia, a także niewypowiedzianych cierpień psychicznych posiadałam i nadal posiadam antykomunistyczne przekonania, co przekłada się na moje elektoralne wybory”.

 

Pani Irena pisze więc z ufnością do władzy, której na imię prawo i sprawiedliwość. Stwierdza jednak, że „istnieje autentyczny rozziew pomiędzy werbalnymi deklaracjami ze strony PiS-u dotyczącymi rzekomego docenienia dorobku żołnierzy wyklętych i ich materialnego zadośćuczynienia, a autentycznym stanowiskiem jakie prokuratury realizują w procesach o odszkodowanie i zadośćuczynienie”.

 

 

Chodzi o to, że Prokuratura Okręgowa w Katowicach wniosła – cytuję z listu Pani Ireny Jastrzębowskiej do Prokuratora Generalnego (23.09.2019) – „haniebną apelację od wyroku sądu pierwszej instancji żądając daleko idącego obniżenia kwot pieniężnych”.

Przypomnijmy:

 

Pan Adam Jastrzębowski był człowiekiem dzielnym, patriotą, który zachował się jak trzeba (to cytat z przedśmiertelnych słów „Inki”). Nie bał się w obliczu najpierw brunatnej, a potem czerwonej zarazy stanąć do walki z nadzieją i bronią w ręku. Ale gdy nadeszło ze wschodu wyzwolenie od Niemców, został zniszczony rodzimymi rękami. Bez uwzględnienia tego, że walczył jako żołnierz podziemia, że walczyła wraz z nim, tak – walczyła(!), o życie i przetrwanie jego rodzina.

 

Jeździłem w ciągu ostatnich miesięcy na sprawy sądowe i przysłuchiwałem się procesom. Potem wertowałem materiały przygotowane przez nieustępliwą gliwicką kancelarię – pełnomocnika Pani Ireny Jastrzębowskiej. Dokumenty odwołań obrońcy, ale także niespodziewanych apelacji prokuratury.

 

Ciągle z nadzieją czekają rodziny. I ja czekam. Ale i informuję przez dostępne mi media.

 

Ktoś powie – to tylko jeden z przykładów działania bezwzględnej machiny sprawiedliwości. Ten walec może i drgnął, ale niestety miażdży również ludzi skrzywdzonych, oszczędzając srebrniki należne za krew, ból, łzy i lata pogardy.

 

Pan Adam Jastrzębowski to żołnierz wyklęty”. Nie za bardzo podoba mi się to określenie, ale jeżeli już to dodawać trzeba, że nie przez ludzi, ale przez bestie.

 

To wszystko działo się w 1949 roku. Za co tak torturowano człowieka?

 

Za to, że – cytując dalej Postanowienie prokuratora z 2016 roku: „w rodzimej wsi Jastrząbki powiat Mława w okresie letnim 1941 r. wstąpił do miejscowej organizacji Narodowe Siły Zbrojne. W latach 1943 – 44 zdobywał dokumenty dla ukrywających się członków organizacji (…) Przez cały okres okupacji był członkiem ruchu oporu, początkowo NSZ, a następnie AK. W maju 1945 roku po wyzwoleniu terenów Mazowsza został aresztowany przez funkcjonariuszy z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie (…) osadzono go wówczas w piwnicy siedziby Komendy Milicji w Mławie. Przesłuchiwali go nieznani mu funkcjonariusze UB. Zapamiętał jedynie nazwisko „Złotowski”, który był starszym oficerem i prawdopodobnie kierownikiem grupy śledczej”.

To było przed laty. Adam Jastrzębowski więziony był przez lat pięć. Zbrodniarze dawno już nie żyją. Żyje rodzina, której ta sama władza zgotowała koszmar egzystencji – lata chorób i cierpienia psychicznego, szykany na każdym kroku życia codziennego. „Oni też byli wyklęci”.

 

Dziś po latach zabiegów o odszkodowanie prokurator z Katowic w apelacji uzasadniającej z dn. 2 października 2019 roku żonie i córkom ofiarom stalinowskich zbrodni dokonywanych polskimi rękami redukuje zasądzone przez Sąd Okręgowy odszkodowanie, wysokość zadośćuczynienia – czterokrotnie. Cytuję: „Zarzucam rażącą niewspółmierność zasądzonego na rzecz wnioskodawczyń wygórowanego zadośćuczynienia w kwocie po 470 000 zł nieadekwatnego do rozmiaru krzywd moralnych i fizycznych jakich doznał Adam Jastrzębowski co skutkowało ich bezpodstawnym wzbogaceniem (…) wnoszę o zmianę zaskarżonego orzeczenia przez rozstrzygnięcie o zasądzeniu na rzecz wnioskodawczyń w kwocie po 117 500 zł oraz wskazanie, iż na działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (Dz. U. z dnia 23 kwietnia 1991 r.), było co do zasady słuszne”.

 

No proszę: jednak … słuszne jest zadośćuczynienie, brzmi łaskawe stwierdzenie pana prokuratora.

 

Krzywda i zadośćuczynienie.

 

Zbrodnia i nieprawość.

 

Cytując dalej z pisma Katowickiej Prokuratury Okręgowej do Sądu Apelacyjnego w tymże mieście, bezczelnie nazywanego w czasie wrednego okresu – Stalinogrodem: „wysokość zadośćuczynienia za doznaną krzywdę wynikła z pozbawienia wolności należy więc do sfery swobodnego uznania sędziowskiego, co implikuje stwierdzenie, że zarzut wadliwego określenia wysokości zadośćuczynienia może być uwzględniony jedynie w sytuacjach, w których przyznane zadośćuczynienie w sposób oczywisty i rażący nie odpowiada relewantnym okolicznościom, występującym w danej sprawie, jest niewspółmierne do stopnia i długotrwałości cierpień doznanych przez wnioskującego o zadośćuczynienie”.

 

Trudno spokojnie czytać treść apelacji prokuratora. I jeszcze ten język.

 

Jakaż przepaska oślepia i jakaż waga mierzy ból w złotówkach. To są pytania również do Prokuratury Krajowej reprezentowanej przez Departament Postępowania Sądowego, która w piśmie do Pani Ireny Jastrzębowskiej i jej córki Ewy Domańskiej (4 X 2019), informuje o zwrocie akt sprawy do Sądu Okręgowego w Katowicach, a także (w sprawie cofnięcia apelacji) do Prokuratury Rejonowej w Katowicach.

 

Wiekowa wdowa ciągle czeka z nadzieją.

 

EDMUND KRASOWSKI

 

Chodzą teraz ulicami i protestują. Jedni liczą ich w tysiące, inni że jest ich dużo mniej. „Togi” nie maszerowały w Gliwicach, Bielsku-Białej. Za to „reprezentanci” przeciwni ustawie sądowej głośno szkodzą Polsce w Strasburgu i Brukseli. Francuska policja leje sędziów długimi pałami, ale to podobno u nas palestra cierpi.

 

Na szczęście trafiają się sędziowie mądrzy i sprawiedliwi. Przed kilkoma miesiącami chodziłem na sprawy naszego kolegi, wieloletniego członka Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odważnego nie tylko słowem ale i czynem opozycjonisty z wybrzeża, strasznie poranionego przez ZOMO. Przeżył, w szpitalu poznał swoją przyszłą żonę, też dziennikarkę, która się nim opiekowała. Potem został posłem, mianowano go szefem gdańskiego oddziału IPN-u. przepłynął jachtem z kolegami dziennikarzami przez Zalew Wiślany na Bałtyk pod lufami dział w Bałtyjsku, bez rosyjskiej zgody.

 

Edmunda Krasowskiego oszkalowano. Zrobili to ludzie „z gazety” wydawnictwa „Faktu”, niemieckiego właścicielstwa, którzy wyssali z brudnego palca kłamstwo o jego drogowym pijaństwie. Ordynarna bzdura i chamstwo niespotykane. Nie sprawdzono, albo i sprawdzono specjalnie „fakty”. Ukazało się to w wielonakładowej „książeczce” reporterskiej. Wydano paszkwil, a potem przez wiele miesięcy nie sprostowano łgarstwa i sprzedawano egzemplarze w sieciach dystrybucyjnych. Kłamcy nie chcieli zniszczyć nakładu „książki”, choć kolejne wyroki to zasądzały.

 

Człowiek z bohaterską, nieposzlakowaną opinią nie tylko został opluty, ale nie mógł nawet doczekać się przeprosin i wycofania książki z obiegu. Nawet mając już pewne dowody przestępstwa, wydawcy sprzedawali i zarabiali.

 

Sprawa trafiła do warszawskiego sądu. Trwało długo, ale po kilku miesiącach mecenas Maciej Śledź z Gdańska i kancelaria adwokacka „Nowosielski i Partnerzy” sprawę wygrali. Wydawnictwo zapłaciło pokaźną sumę. Była zbrodnia – bo tak trzeba nazwać to przestępstwo – ale i kara.. nie wiem, czy Dostojewski by się ucieszył. Bo wydawcy „Faktu” na pewno nie!

 

Wracam do tej odległej dziś już sprawy, ponieważ bardzo chciałbym pisać o mądrych i sprawiedliwych sędziach i prokuratorach.

 

W sądzie warszawskim, bo tu zapadł wyrok, godnym zawodu sędzią okazała się Pani Anna Zalewska. Nie przestraszyła się „redaktorów” wielusettysięcznego dziennika i jego mocodawców. Napisała obszerne i udokumentowane uzasadnienie wyroku. I „Fakt”, który z faktami nie miał nic wspólnego zamknął twarz.

 

Przykro, że nie wszyscy sędziowie tak postępują, niestety mamy złe przykłady. Tuż obok, w stolicy, zapadły niedawno zdumiewające wyroki na dziennikarzy-celebrytów nieproporcjonalne do ich bezczelności i tupetu. „Dziennikarzy” szkodzących opinii o naszym środowisku.

 

WYBRAŃCY, CZY KASTA?

 

Mamy w Polsce około dziesięciu tysięcy sędziów, piętnaście tysięcy prokuratorów i ponad czterdzieści tysięcy adwokatów i radców prawnych. W każdym stadzie biegają czarne… osobniki. Może to i nie owieczki, na które wystarczyłby jeden mądry baca.

 

Trwa próba naprawy. Ale tak jak po czerwcowych wyborach ’89 niektórzy znowu mówią, że palestra sama się zreformuje. Niestety nadzieja często okazuje się matką głupich.

 

Adam Słomka z grupą swoich NIEZŁOMNYCH, głównie ludzi bardzo zasłużonych dla wywalczenia solidarnościowej niepodległości, ale i biednych i często schorowanych chodzi po sądach i demonstruje przeciwko bezprawiu. Słomka informuje, że wyroki feruje nadal około czterystu sędziów, którzy skazywali ludzi w stanie wojennym, że żyje jeszcze około dwustu takich, którzy w okresie stalinowskim skazywali na śmierć przeciwników politycznych.

 

Słomka jest głośny, bywa aresztowany. Ale naprawdę niezwykle niezłomny. Podobnie jak Zygmunt Miernik, starszy pan, którego trzymała – dzisiejsza już władza – w celi z kryminalistami, za radykalny, tortowy protest!

 

Jedna pani sędzina poinformowała nas onegdaj, że należy do grupy szczególnej. Rzeczywiście odpowiedzialność tym ludziom  powierzona jest wielka. Ale muszą za tym iść samokrytycyzm i praktyczne działania reformatorskie. Sędziowie, prokuratorzy – tak jak my wszyscy – jesteśmy tylko wykonawcami woli suwerena. Jego głos decyduje, by wszystko było uczciwie i dobrze rządzone.

 

WOLNE WYBORY MAMY CZĘSTO.

 

W stanie wojennym, jak wielu moich kolegów latałem po ulicach przeganiany przez ZOMO. Teraz można swobodnie protestować, pisać i mówić co tylko się chce. Pieniacze są żałośni i po prostu kłamią. Ale zacietrzewienie i upór to trudny przeciwnik.

 

Palestro! Bądź jak Pani Anna Zalewska. Oczywiście nie ta, co nie dokończyła oświatowej reformy i pojechała precz. Palestro! Ty nad poziomy wylatuj. Będziesz wtedy nie „kastą”, a ważną grupą zawodową, darzoną szacunkiem i sympatią. яндекс

 

Ale kiedy to będzie?

 

Stefan Truszczyński