Kompost w Kampinosie  – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Duża sala, może i największa w Izabelinie. Usiadło ze dwieście osób, głównie kobiet. One najbardziej się o wszystko troszczą. W prezydium nowo wybrana burmistrz, Pani Dorota Zmarźlak. Zaprosiła i posadziła obok siłę naukową z Instytutu Ochrony Środowiska. Jestem wśród publiczności i słucham.

 

To zebranie protestacyjne. Przeciwko wpychaniu śmieci, odpadów pod drzewa Kampinosu. Park-nie park, resztki tego, co było. W końcu niedaleko wielkiej Warszawy i bardzo ważny to las. Ale oczywiście mieszkają ludzie i to w ładnych domkach. Mieszkają, więc mają śmieci.

 

Naukowo to się nazywa punkt selektywnej zbiórki odpadów komunalnych. Na pojemnikach widnieją więc litery PSZOK. Szok to może i będzie, gdy izabelinianie ustąpią, znudziwszy się próżną walką z wiatrakami. Pani burmistrz ciągnie długą historię, jak to władza chce uszczęśliwić mieszkańców tymże PSZOKIEM, badała, wykreślała, liczyła. Ma być selektywnie, bo na to się zgodziliśmy unijnie. A więc segregacja kolorowe pojemniki, każdy starannie wrzuca gdzie trzeba, i już.

 

No niezupełnie. Znamy nasz narodek i niestety my to nie karne Niemiaszki, pedantyczni Holendrzy i inne germańskie, posłuszne plemiona. Słyszałem niedawno w Radiu WNET kpiącego Cejrowskiego, że w Ameryce (przynajmniej w wielu stanach) ludzie nie selekcjonują, wysypują jak leci, a dopiero w punkcie zbiorczym pracownicy wybierają, przebierają, zarabiają. U nas koszt tych zamysłów będzie ogromny, a i teraz gdzieś potem trzeba będzie jeszcze raz selekcjonować.

 

No, ale póki co  ma być PSZOK. Dobrze, niech będzie, ale dlaczego izabelińska miniwładza podrzuca śmieci pod miejsce parkiem zwane? Odpowiedź: bo takie w tamtym miejscu ma.

 

Ale pozostaje dowożenie odpadów poza miasteczko, na kraniec przeciwny w stosunku do Warszawy, skąd i tak trzeba będzie urobek wywozić z powrotem przez cały Izabelin, potem Mościska i dalej.
Ludzie słuchają, słuchają i w końcu dość mają. Okazuje się, że jest teren za Izabelinem bliżej Warszawy, w Mościskach. Wstaje facet, przedstawia się, podaje adres i mówi, że on sprawę załatwi. I że już zgłaszał swoją propozycję. Ale został zlekceważony. Władza chce wozić to g. na teren cenny, chroniony przyrodniczo (działka graniczy z trzech stron z Kampinoskim Parkiem Narodowym, objętym programem Natura 2000). W dodatku to teren podmokły, z którego wypływa ciek wodny zasilający dużą część Puszczy Kampinoskiej, wpadający do Bzury. A to jeszcze nie wszystko. Od kilku lat jest tu nieformalny rezerwat ptaków i płazów. Rzadkie gatunki między innymi kuliki.
Zaledwie kilkadziesiąt metrów od planowanego są tereny rekreacyjne: boisko, plac zabaw, siłownia na powietrzu, ławki, wiata,  miejsce pikników sąsiedzkich. Od szoku-PSZOKU do najbliższych domów mieszkalnych jest około 30 metrów. Ludzie więc protestują. Ale w tzw. międzyczasie władza wystąpiła o dofinansowanie inwestycji ze środków unijnych.

 

Sprawa jest więc groźna, bo PSZOK ma ruszyć już od początku 2020 roku! To miałby być tymczasowy PSZOK. Ale wiadomo, że prowizorki zagnieżdżają się na dłużej. Może więc powstanie ten szok. Ludzi  jak to bywa często pyta się o zdanie w ostatniej chwili. Retorycznie!

 

Gadanina trwa. Rzeczki jeszcze czyste toczą wody. Urzędnicy jeżdżą i chodzą do pracy. Wkładają zarękawki i zdejmują. Ple, ple, ple. A trawa rośnie.

 

Pisał Tuwim: „Trawo, trawo do kolan,/ podnieś mi się do czoła / żeby myślom nie było/ ani mnie, ani pola”. Cytuję z pamięci, więc mogłem się rąbnąć. Ale nic to. Rąbną się decydenci bardziej albo zostaną rąbnięci, gdy zasmrodzą rezerwaty i puszczę. Tylko że oni wcześniej pójdą precz, a następcy, którzy oczywiście rozpoczną zbiorową dyskusję od nowa zwalą  na poprzedników. Będzie zebranie, gadanie, ziewanie i tylko nadal nierozwiązywalny problem zostanie. Czy tak, panowie lekarze? Wyślę panom ten artykuł. Może ktoś przeczyta? Może.

Płońskie rugi – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Bił pruski belfer wrzesińskie dzieci. Kacap wysyłał kibitką na Sybir. Dziś wolność i niepodległość rzeczywiście mamy. To teraz sami swoim niszczymy życie i zabieramy za grosze ziemię.

 

Polskie drogi biegną coraz gęściej, coraz dalej i są coraz szersze. To lubelskie węzły, rzeszowskie wstęgi szos i podkarpackie wiadukty. Dróg, coraz lepszych, szybko przybywa. Kierowcy mkną bezpiecznie. Podróże stają się coraz krótsze. Jest dobrze. Ale nie wszystkim.

 

Oto dom państwa Rachockich, przy S7, w Słoszewie, kilka kilometrów za Płońskiem. Ma już ponad 100 lat. Jest z czerwonej cegły, z ozdobnym zwieńczeniem dachu. Wkrótce pójdzie pod młot. W dzień i w nocy setki samochodów przejeżdżało w pobliżu. Nie postawiono wygłuszających ekranów, a teraz w ogóle go zburzą. Ojciec Pana Rachockiego ten dom kupił. Żona urodziła i wychowała tu czworo dzieci. Pan Daniel woził płody rolne na warszawską giełdę. Pani Teresa była gospodynią. Była też ławnikiem sądowym w Płońsku. Tak było przez ponad trzydzieści lat. Dobra, mądra, szczęśliwa rodzina.

 

S7, ich droga, będzie miała drogi boczne. Jedna z nich rozwali dom Rachockich. Już się z tym pogodzili. Dlaczego jednak inwestor ich lekceważy? Nie wiadomo, jakie będzie odszkodowanie. Olsztyńska dyrekcja gra na zwłokę. Chce zapłacić jak najmniej. Oszukać. Drogowcy nie szanują ludzi.

Państwo Rachoccy też czekają na poszerzenie S7 i rozbudowę jej zaplecza. Doceniają wagę inwestycji. To jest ostatnie wąskie gardło 13,5 kilometra za Płońskiem w kierunku na Mławę. Dwupasmówka ma być gotowa za dwa lata. To dobra wiadomość. Ale gdzie prawo, gdzie sprawiedliwość wobec prywatnej własności?

 

Są już pieniądze polskie i unijne. Ryją koparki, przepychają góry spychacze. Ale ludziom nawet się nie mówi, ile dostaną.

 

Patrzą zza płotu na S7 państwo Rachoccy – Daniel i Teresa. Cieszyć się, jak popędzą  wkrótce  watahy wyswobodzonych z korków podróżników osobowych, dostawczych i czołgów tirowych, czy płakać nad gwałtem na własnym żywym ciele?

 

Gospodarzy oszukiwanych wcale nie jest wielu. Budujący drogę widzą, że ich jest mało, nie skrzykną się i nie zaprotestują groźnie i skutecznie. Obywatele kochający, bo uprawiający w znoju od lat swoją ziemię, hodujący tu zwierzęta widzą, że droga jest potrzebna. I sprzedadzą ją, ale nie za bezcen. Nie za 5 złotych. Bo tyle chce im dać bezkompromisowy inwestor. Przysyła groźne pisma: Won! Już! Natychmiast!

 

 

Generalna Dyrekcjo Dróg Krajowych i Autostrad! Twoja macka olsztyńska wpycha się na mazowieckie pola bez pardonu i przyzwoitości. Gdyby Wam, Dyrektorzy, ktoś bez pytania i nawet bez dzień dobry właził z buciorami do pokoju sypialnego albo choćby jadalnego, do kuchni lub w korytarz co byście, Panowie, zrobili? Myśliwy (tak robią na przykład w USA) zastrzeliłby bez ostrzeżenia intruza.
Serce rolnika Piotrowskiego, sąsiada pana Rachockiego, nie wytrzymało. W nocy bandyci drogowi wbili paliki, nikt nie przyszedł, nie uprzedził. Wjechały maszyny i zamieniły dom i obejście w ugór. Stoję z Panem Danielem i patrzę tępo na bruzdy w przeoranej ziemi. Sąsiad już nie żyje. Rodzina dostała nędzne grosze, ledwie na pogrzeb starczyło.

 

Państwo Rachoccy mają ponad 200-metrowy dom. Niewiele potrzeba, by zrobić z niego stylowy pałacyk. To nie najczęściej szpecąca krajobraz kostka sześcienna o płaskim dachu, dziurach okiennych, bez ganku, gzymsów i choć najmniejszych ozdobnych akcentów. Ten dom będzie zburzony. Facetka, którą przysłano, by spisała i policzyła rany, które za chwilę zadadzą drogowcy rolnikowi, nie zauważyła nawet jednego z sąsiadujących z domem mieszkalnych budynków. A stoją tu dwa: w jednym był sklepik wiejski, a w drugim punkt odbioru mleka. Obywatelka spisywaczka bardzo się spieszyła. Najwyraźniej miastowa i spieszyła się do Olsztyna. Była zaledwie kilkadziesiąt minut. Popieprzyła wszystko dokumentnie. Potem jeszcze dwukrotnie trzeba było te plany poprawiać.

 

Racławicki Bartosz i premier-więzień Witos mówili, że musi być inaczej. Ci, co żywią i bronią, muszą mieć nie tylko obowiązki, ale i prawa. W tym święte prawo własności. Polscy drogowcy podpisali już wszystkie papiery z austriackim wykonawcą. Bo u nas teraz owszem budują, ale obcy. Swoim natomiast nie powiedzieli, nie uzgodnili, nie podpisali umów, ile dostaną pieniędzy za ojcowiznę, dom rodzinny, za zabranie dorobku pokoleń.

 

Ryczą krowy, srają świnie, samo życie. Paskudne naprawdę jest zachowanie urzędników. Jak można zmuszać człowieka, by oddał za 5 złotych metr kwadratowy swej ziemi, gdy wiadomo, że nawet za 20 złotych jej nie kupi? Gdzie ten rolnik ma pójść? Pisze. Protestuje. Spotyka się z dziennikarzami. Wszystko psu na budę, która zresztą i tak nie będzie wkrótce potrzebna w Słoszewie, Dłużniewie, Cieciórkach, Boboszowie i innych wioskach gminy płońskiej. Bo i psów nie będzie.

 

W Dłużniewie państwo Bluszczowie –  Barbara i Grzegorz, i ich 30-letni syn Damian, przygotowany do przejęcia gospodarstwa mlecznego, w którym kilkadziesiąt krów jeszcze daje wspaniałe mleko. Łąki obok zapewniają paszę. Ale tragedia rodziny wisi w powietrzu. Tu ma stanąć kolejny MOP, wielki parking, a obok zbiorniki wodne. Nieważne, że tu właśnie jest najlepsza ziemia w okolicy. Nieważne, że to miejsce powinno być chronione przez „zielonych”,  czy jak tam się zwą, bo tu jest ptasia mekka, legowisko żurawi i innych rzadkich ptaków. Od wielu, wielu lat.

 

A sąsiedniego lasu już nie ma. Wycięto bezczelnie drzewa pana Grzegorza, niczego z nim nie uzgadniając. Drogowcy zabrali nawet drewno i wywieźli. A przecież to miało jakąś konkretną wartość. A więc w Polsce grasują bezkarni złodzieje!

 

Praktyka wchodzenia na pola, a nawet podwórka, to norma. Włażą, wbijają paliki i już. Padają słowa o specustawie i koniec. Gdzie są prokuratorzy, gdzie liczne agencje powołane do obrony człowieka?!

 

Pani Barbara pokazuje mi stertę pism odwoławczych. Grożący rodzinie Bluszczów MOP miał stanąć w miejscowości Rybitwy, kilka kilometrów dalej. Tam jest o wiele gorsza ziemia i nikt w Rybitwach nie protestował, bo jeśli ziemia nie rodzi, warto przeznaczyć ją na inwestycje. Kto i dlaczego zmienił decyzję? Pytam w imieniu rodziny Bluszczów, no i własnym. Obudź się, miejscowa władzo!

 

Płońsk stąd zaledwie ok. 10 kilometrów. Duże miasto. Liczne urzędy. Wielu adwokatów. Ale niestety są bardzo drodzy. Nie na rolnika kieszeń. Ponoć teraz tym zacnym, w końcu historycznym miastem rządzi 6 rodzin. Skoro nie władza, to może ziemlaki zajmą się krzywdą ludzką.

 

Młody Bluszcz może być wspaniałym rolnikiem: zna się i chce mu się. Ale walka ze zmową drogową jest nie do wygrania. A przecież chodzi już teraz tylko o kilka,  kilkanaście gospodarstw. Czy ktoś pomoże Panu Adamowi Stańczakowi i Panu Mariuszowi Czarneckiemu z Ćwiklinka, Panu Stanisławowi Olczakowi z Cieciórek, Pani Ewie Kucharzak ze Słoszewa Kolonii? No i Bluszczom, i Rachockim.

 

Unia pomogła, Austriak zarobi, centralno-dyrekcyjni drogowcy już niedługo wypną piersi na medale: rąsia, szpila, goździk. Tak było. A czy jest inaczej?

 

Pan doktor Struzik jest już wieloletnim marszałkiem Mazowsza. Ludzie mu chyba ufają, bo wybierają. Może się zainteresuje, wyśle kogo trzeba, by zahamować słuszny gniew i wyprostować, co pokrzywiono. Pan marszałek Struzik, to ponoć druga osoba w PSL-u. Czy to jest jeszcze chłopska partia, czy towarzystwo miastowe, wstydzące się tego, skąd ich ród i jakie mają (mieli!) obowiązki?

 

Zanim się zatrzymasz – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o wierszach Wojciecha Starzyńskiego

Były koty, psy i inne chore zwierzaki. Leczył je na Żoliborzu. Moi znajomi, którzy chodzili do niego ze swoimi pupilami mówili, że to dobry lekarz. Weterynarii.

 

A on chodził na wywiadówki gromadki swoich dzieci. Chyba się wkurzył na szkołę. Warszawską. Toteż trochę z obowiązku, wspominając o krewnym sławnym prezydencie naszego miasta – poczytał, pogadał z pedagogami i zaczął myśleć o polskiej szkole globalnie. I o nauczaniu. I o roli rodziców w tym ważnym aspekcie dla każdej mamy, taty i dziadków. Zaczął o tym pisać. W tak zwanej literaturze fachowej i powszechnych mediach – amator żurnalista. Ale kto tam u nas jeszcze czyta. Urzędnicy „odpowiedzialni” na pewno nie. Sam (choć z kolegą)wziął się za organizację szkolnictwa. Założyli „STO” – to znaczy Społeczne Towarzystwo Oświatowe. Szkoły z tym znakiem wyrastały jak grzyby po deszczu w całej Polsce.

 

Moja żona, która całe życie była nauczycielką, nakazała wysłać wnuka do jednej z nich. Była tam dobra edukacja.

 

W kraju nastąpił generalny przełom. Nie do końca udany. Polskie niepubliczne szkolnictwo okazało się być na poziomie. Ale w oświacie publicznej działo się źle. Nominacje na ministrów dostawali niewłaściwi ludzie. Pazerna polityka, która powinna omijać przynajmniej wojsko, służbę zdrowia i szkolnictwo – decydowała.  Oświata dostawała się co rusz w łapy nawet takich, którzy nią frymarczyli i redukowali (szczytem głupoty była likwidacja szkolnictwa zawodowego).

 

Wojciechowi – pedagogowi spokoju nie dawała myśl, że rodzice muszą jednak mieć znaczący wpływ na to, co się dzieje w szkole.

 

Wojciecha Starzyńskiego twórcę szkół „STO” oceniano wysoko. W latach 1997 – 2001 był doradcą prezesa rady ministrów, a potem członkiem Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie Andrzeju Dudzie, prezesem zarządu fundacji „Rodzice Szkole”. Zawsze dużo pisał na temat oświaty – artykuły, publikacje książkowe. Występował w radio, telewizji. W środowisku jest znany. Jednak przy desygnowaniu na funkcje państwowe pomijano go. Tak to już jest. Wyraziści, ludzie z pasją i pomysłami wzbudzają obawy decydentów. Lepsze dla nich ciele, które dwie albo i więcej matek ssie.

 

Wojciech Starzyński do takich nie należy. To człowiek otwarty na ludzi, lubiany i bardzo pracowity. Dziennikarze mają z nim łatwo – chętnie dzieli się wiedzą, ma ogień w oczach i wciąga ludzi do współpracy. Ma dom, rodzinę (czworo dzieci i pięcioro wnucząt). Gdybym miał wpływ na TVP dałbym mu czas antenowy, by na przykład odpytał wszystkich byłych ministrów oświaty – co zrobili. Dlaczego często głupsi byli od swoich uczniów, kłócili się o sprawy nieważne, zapominali że to jednak polska szkoła i ich obowiązki są polskie, zapominali gdzie i kogo uczą.

 

Mnie też kiedyś pouczył. Rzekłem w rozmowie „Piłsudski to, Piłsudski tamto”. Wojtek się zasępił i powiedział: „moja ciotka, kobieta wiekowa, utytułowana szlachecko i majętna nigdy by nie powiedziała: PIŁSUDSKI, zawsze było MARSZAŁEK PIŁSUDSKI”. Jestem z natury porywczy i nie lubię, kiedy ktoś mi zwraca uwagę – nawet słusznie, ale tym razem zamilkłem.

 

Trzymam w ręku tomik wierszy. Autor – Wojciech Starzyński. To debiut artystyczny. Tytuł: po prostu „Wiersze”. Motto: z księdza Jana Twardowskiego – „… nieraz mali poeci dobrej sprawie służą”.

 

Trudno centymetrem, albo w ogóle mierzyć kto mały, a kto jednak wielki. Pozory mylą. To względne – jak „piękna pogoda”, czy uroda kobiet. Starzyński ma dystans do tego co robi:

 

„Piszę wiersze

może kiedyś

odnajdę je w koszu

w rodzinnym albumie

w czyjejś pamięci”.

 

 

Czytamy też u niego:

 

 

„… są dwie rzeczy

dla których warto żyć

miło

ść i poezja”.

 

Ładnie, prawda?

I mądrze:

 

 

„… życie płynie

powoli leniwie nudnie

i nic nie czeka tych

którym brak odwagi”.

 

 

Różni faceci mówią o odwadze. Ale tylko niektórzy ją mają. Jeśli ktoś żyje ponad siedemdziesiąt lat można dostrzec czy ją naprawdę ma.

 

Teraz wielu po prostu z lektury wie „jak było”. I opowiada potem. 70-latki słuchają i śmieją się z tych opowieści. Był „sierpień”, potem 500 dniowy festiwal Solidarności, noc grudniowa 13-tego, 8 lat oczekiwania, wreszcie 4 czerwca i dalej… Wielu premierów, jeszcze więcej ministrów i zupełnie zbędnych podsekretarzy… kruchego stanu. Ale najwięcej było pustego gadania.

 

Starzyński leczył naszych młodszych braci, wymyślił i zrobił „STO”. Wreszcie wydał tomik wierszy. Ktoś powie, że dużo tam z Twardowskiego, Herberta. Ale to przecież najlepsze wzory. Ktoś zarzuci nostalgię za utraconymi wschodnimi ziemiami. A przecież korzenie doktora stamtąd:

 

Zostały

ślady dworów

kościoły bez wiernych

cmentarze bez mogił

Matka Boska w Ostrej Bramie

lwy przed ratuszem

i liceum krzemienieckie

duchów przybywa

ludzi coraz mniej

 

 

Słowo tęsknota. To widać, słychać i czuć.

 

 

Żytomierz

kiedyś miasto

Żydów Rusinów i Polaków

tu urodziła się moja Mama

dziś nie ma już Żydów

zabrakło Polaków

zostali miejscowi

bezimienny świat triumfuje

 

 

W tomiku Starzyńskiego wierszy jest dużo, z reguły są bardzo krótkie. Ale pełne treści tak jak jego życie. Galopujące ciągle. Nie zatrzymuj się Wojciechu!

 

Patrzę z balkonu na dzieciaki biegające za płotem na szkolnym boisku. To bardzo dobra szkoła. Prywatna. Wiem, bo chodzą tam moje liczne wnuki. Dzieci jest tam dużo. Tyle ile tylko szkoła pomieści. Ale boisko bardzo malutkie. Dzieciaki na przerwach tłocznie biegają i dokazują. Idę mokotowską ulicą i widzę boiska koło wielkich (budynków) szkół: ogromne boiska puste. Nikt po nich nie biega.

 

Wojciech Starzyński chciałby, by było inaczej. Ale obywatelki i obywatele ministrowie z okien swoich przemykających, wypasionych aut tego nie widzą.

 

Wojciech więc pisze wiersze.

 

Arogancja władzy – STEFAN TRUSZCZYŃSKI w obronie Teresy Kaczorowskiej

 

Z dnia na dzień, bez podania poważnych zarzutów,  zwolniono wieloletnią dyrektorkę Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie doktor Teresę Kaczorowską.

 

Walec wojny zgniótł miasteczko. Dziś, choć już nie wojewódzkie błyszczy i cieszy. Wart jest odwiedzin wspaniały mazowiecki zamek, rosną wokół Ciechanowa zakłady rolno-spożywcze i mechaniczne, dobre są drogi dojazdowe ze wszystkich kierunków, a przy nich widać domy nowe i stare odświeżone, pomniki, strzeliste kościoły.

 

Wybitni artyści chętnie tu przyjeżdżają. Ciechanów to kulturalna, regionalna stolica. Ale czy będzie tak dalej?

 

Oto zgrzyt żelaza po szkle. W Ciechanowie niespodziewana afera. I to właśnie w kulturze. Z dnia na dzień, bez podania poważnych zarzutów nowa władza, PSL-owska w sojuszu z Ciechanowskim Bezpartyjnym Blokiem Wyborczym zademonstrowała arogancję i brutalność. Panowie – Kęsik (członek) i Liszewski (sympatyk), którzy reprezentują nową polityczną siłę za aprobatą pani Potockiej-Rak (PSL) postanowili zwolnić z pracy wieloletnią dyrektorkę miejscowego Centrum Kultury i Sztuki doktor Teresę Kaczorowską. W pięcioosobowym Zarządzie Starostwa Pan Stanisław Kęsik jest wicestarostą, Pan Andrzej Liszewski był kierownikiem kina „Łydynia”, a Pani Joanna Potocka-Rak starostą powiatu.

 

„Na władzę nie poradzę” – pada z ekranu w filmie Vabank. Wybierając władzę zawsze mamy nadzieję, że będzie mądra i troszcząca się o tych, którzy ją wybrali. Ale po wyborach oblicze władzy szybko się zmienia. Rządzący nie chcą już najlepszych, chcą mieć swoich.

 

Wchodzę do gabinetu starościny powiatu. Widzę sympatyczną, uśmiechniętą twarz wysokiej eleganckiej kobiety o kruczych włosach. Mówię, że przyszedłem w sprawie zwolnienia dyrektor Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki. Czar pryska. Stoję już teraz przed zupełnie inną osobą. Słyszę, że nic w tej sprawie nie usłyszę, bo wszystko jest w protokole doraźnej kontroli.

 

– Czy długoletnia praca się nie liczy? – próbuję pytać.

 

– Długość pracy nie ma nic wspólnego z wynikami pracy.

 

Rozmowa skończona.

 

Protokół dwutygodniowej, doraźnej, przeprowadzonej w okresie urlopowym kontroli (15-31 lipca br.) dotyczy dwóch ostatnich lat. Trzy panie – kierowniczka wydziału organizacyjnego i dwie tytułowane jako główne specjalistki ze starostwa otrzymały zadanie zbadania  organizacji i funkcjonowania Centrum. Warto zauważyć, że w czasie dwóch lat dwudziestu jeden pracowników przeprowadziło kilkaset imprez. Kuriozalne są zarzuty nadpłacenia  kilku osobom w ramach dodatków za wieloletnią pracę: 4 gorsze, 50 groszy, 6 groszy, 2 grosze i 18 groszy oraz 4 grosze niedopłacenia pracownikowi. Kontrolowani funkcyjni wymienieni są z nazwiska, sprzątaczki i pracownik gospodarczy występują anonimowo. Czytam też: „zespołowi kontrolującemu nie przedłożono dokumentów związanych z prowadzeniem spraw pracowniczych w zakresie urlopów wypoczynkowych pracowników. Kierownik Działu Administracji i Obsługi PCKiSz oświadczył ustnie zespołowi kontrolującemu, iż nie ma możliwości dostępu do dokumentacji z uwagi na przebywającego na urlopie wypoczynkowym pracownika, który odpowiada za prowadzenie tych spraw w Centrum”.

 

Oczywiście obywatel urlopowicz wrócił i mógł wyjaśnić, ale wtedy było już po sprawie. Władza działała błyskawicznie. Zadecydowano: dyrektor doktor Teresa Kaczorowska będzie zwolniona. Bez możliwości wyjaśnienia czegokolwiek, w tym również zarzutów, dlaczego średnio miesięcznie rozliczała sto osiemdziesiąt cztery złote za delegacje służbowe prywatnym samochodem.

 

Trzeba wyjątkowo złej woli, by zapomnieć, że w 2011 roku, gdy 5 października doktor Kaczorowska została powołana na stanowisko dyrektora, Centrum miało ponad 100 tysięcy długów, oraz 50 tysięcy kredytu. Obecnie nie ma żadnych długów ani kredytów, za to 100 tysięcy na koncie.

 

Ale dajmy spokój buchalterii. Z Warszawy do Ciechanowa jest niewiele ponad 100 kilometrów. Może ktoś uczciwy, kompetentny i decydujący o Mazowszu ruszy się ze stolicy i sprawdzi wszystkie rachunki. Dobrze byłoby porównać prawdziwą kontrolę z amatorskim protokołem. To było ważnie brzmiąco zadanie: skontrolować organizację i funkcjonowanie Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki imienia Marii Konopnickiej w Ciechanowie. Konopnickiej – ukochanej poetki pani Kaczorowskiej – która szkołę jej imienia kończyła w Suwałkach, a potem wielką i niezwykle twórczą miłością obdarzyła ziemie augustowskie i ciechanowskie. Kontrola nie była żadną kontrolą – to lipa, hucpa i wstyd dla władzy!

 

Długo by wymieniać ogromny dorobek twórczy i popularyzatorski Pani Teresy – doktora nauk humanistycznych, badacza dziedzictwa narodowego, popularnej dziennikarki, prezesa Klubu Publicystyki Kulturalnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Ludzie czytający znają to nazwisko. Autorka pisze prozą i wierszem. Jest animatorką kultury, prezesem Związku Literatów na Mazowszu. Od trzech dziesięcioleci wydaje 300 stronicowe Ciechanowskie Zeszyty Literackie – w 2019 dwudziesty pierwszy tom. Jest autorką kilkunastu książek oraz kilku tysięcy artykułów prasowych i naukowych – książki o zbrodni katyńskiej i o drugiej zbrodni porównywalnej ze smoleńską – o zbrodni augustowskiej, lipcowej z 1945 roku. Zatrzymano wówczas i uwięziono ponad 7 tysięcy ludzi, zamordowano około 2 tysięcy. Czytelnicy znają i przychodzą na spotkania autorskie Teresy Kaczorowskiej – w Polsce i na świecie. Pani doktor dużo jeździ, bo jej książki są tłumaczone na wiele języków. To bestsellery o naszej historii, o męczeństwie Polaków. Pani doktor jest kobietą o niespożytej energii, odważną i silną. Komandor motocyklowego Rajdu Katyńskiego – Wiktor Węgrzyn – zaprosił ją w 2016 roku na trasę z Warszawy do Tobolska. I przejechała całą – 12 tysięcy kilometrów. To ona uczyniła Ciechanowski Ośrodek Kultury i sztuki tym czym jest.

 

Warto żyć pracowicie i godnie. Długa jest lista ludzi protestujących przeciwko bezrozumnej i podłej decyzji, której dopuściła się ciechanowska władza.

 

16 października 2019 roku miejscowa gazeta „Czas Ciechanowa” opublikowała mądre słowa zatroskanych ludzi, wybitnych, pochodzących z tego środowiska:

„Powiatowe Centrum Kultury i Sztuki pod dyrekcją pani Teresy Kaczorowskiej stało się znakomicie funkcjonującą od lat placówką kulturalną, co było odczuwane przez społeczność Ciechanowa i powiatu oraz regionu, placówką znaną również daleko poza Mazowszem.

Nagłe odwołanie dyrektor dr Teresy Kaczorowskiej ze stanowiska będzie ogromną, niepowetowaną stratą dla Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki. Dotychczas nie było na tym stanowisku osoby tak pracowitej, zaangażowanej, oddanej sprawie krzewienia kultury. Zaistniała sytuacja doprowadzi niewątpliwie do obniżenia poziomu działalności placówki oraz zniweczenia niezwykle bogatej oferty kulturalnej świadczonej przez nią dla społeczeństwa.”

 

Pod tym apelem – na razie nieskutecznym – podpisali się:

 

Robert Kołakowski – poseł na Sejm RP

Maciej Wąsik – podsekretarz stanu

Prof. Bibiana Mossakowska – honorowa obywatelka miasta Ciechanowa

Hanna Długoszewska-Nadratowska – dyrektor  Muzeum Szlachty Mazowieckiej

Krzysztof Gadomski – wicedyrektor MDK w Przasnyszu

Jacek Gałężewski – artysta plastyk (Nasielsk)

Wojciech Gęsicki – muzyk, poeta

Wiktor Golubski – poeta

Arkadiusz Gołębiewski – reżyser filmowy, dyrektor festiwalu NNW, dziennikarz, honorowy obywatel miasta Ciechanowa

Krzysztof Skowroński – prezes SDP

Paweł Nowacki – producent filmowy i telewizyjny (Warto rozmawiać, Sądy przesady)

Artur Wiśniewski – prezes stowarzyszenia Tak dla Rodziny

Piotr Jędrzejczak – reżyser teatralny (Łódź)

Piotr Kaszubowski – historyk, prezes Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Przasnyskiej

Jolanta Hajdasz – wiceprezes SDP

Michał Kaszubowski – muzyk, pedagog (Przasnysz)

Tomasz Kaszubowski – muzyk, pedagog (Przasnysz)

Zdzisław Kruszyński – artysta malarz (Mława)

Ewa Krysiewicz – pedagog

Artur Lis – dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Łochowie

Krzysztof Martwicki – sekretarz Zarządu Związku Literatów na Mazowszu

Jan Ruman – redaktor naczelny biuletynu IPN

Wanda Mierzejewska – poligraf

Tadeusz Myśliński – artysta fotografik (Przasnysz)

Andrzej Pawłowski – były wicestarosta ciechanowski

Marcin Wikło – dziennikarz

Marek Piotrowski – muzealnik, poeta

Maria Pszczółkowska – katolickie stowarzyszenia Civitas Christiana

Joanna Rawik – aktorka, piosenkarka, dziennikarka

Krzysztof Sowiński – artysta plastyk, prezes Stowarzyszenia Pracy Twórczej

Jacek Stachiewicz – prezes Związku Piłsudczyków w Ciechnowie

Jacek Sumeradzki – artysta malarz, rzeźbiarz (Mława)

Bożena Śliwczak-Galanciak – była dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury w Ciechanowie

Barbara Tokarska – dziennikarka

Krzysztof Turowiecki – poeta (Przasnysz)

Andrzej Walasek – artysta malarz (Działdowo)

Ryszard Wesołowski – prezes Akcji Katolickiej w Ciechanowie (Kościół Farny)

Dariusz Węcławski – wiceprezes Zarządu Związku Literatów na Mazowszu

Tadeusz Woicki – dziennikarz

Alina Zielińska – pedagog

 

Sezonowa władzo – czy zamierzasz tych wszystkich praworządnych obywateli, artystów i przedstawicieli związków twórczych zlekceważyć?

 

Stefan Truszczyński

 

Z NOTESEM REPORTERSKIM PO KRAJU. Nieprawość  – felieton Stefana Truszczyńskiego

Dziennikarz powinien czytać, słuchać i oglądać. Ale nie tylko z pozycji warszawskiej, ale jeździć po kraju. Więc jeżdżę na wezwania pokrzywdzonych. Chciałbym pomóc tym, którzy ludzi bronią i ujawniać szkodzących.

 

Krzywdy jest dużo. I ciągnie się ona przez dziesiątki lat. Są na szczęście obrońcy – adwokaci i pomagający, nagłaśniający sprawy dziennikarze. Niestety często są to spóźnione interwencje. Ludzie więzieni, bici nie doczekali się sprawiedliwości. Ludzie byli niszczeni, skazani na życie w nędzy, a ich  najbliżsi latami bezskutecznie walczą o zadośćuczynienie krzywd. Właściwie nie wiadomo z kim walczą. Bo państwo ustami swych najwyższych przedstawicieli wyraża się z troską, obiecuje. Jednak jego czynownicy mają te słowa za nic.

 

Siedzę na Sali sądowej w Katowicach. Przedmiotem sprawy jest los człowieka, Pana Adama Jastrzębowskiego, który był dzielny i nie bał się w obliczu najpierw brunatnej, a potem czerwonej zarazy stanąć do walki z nadzieją i bronią w ręku. Gdy nadeszło ze wschodu wyzwolenie od hitlerowców, został zniszczony rodzimymi rękami. Bez uwzględnienia tego, że walczył jako żołnierz podziemia. A wraz z nim walczyła, tak(!) walczyła o życie i przetrwanie jego rodzina.

 

Siedzę na sali, słucham. Potem wertuję materiały przygotowane przez gliwicką kancelarię mecenasa Andrzeja Wołoszyna. Otrzymuję wyroki kolejnych instancji. Dokumenty odwołań. Obrońców, prokuratury. I to z najważniejszego szczebla. Ciągle z nadzieją czekają rodziny. I ja czekam. Ale i informuję. Ktoś powie – to tylko drobne przykłady działania bezwładnej machiny sprawiedliwości. Ten walec może i drgnął, ale niestety nadal miażdży ludzi skrzywdzonych, oszczędzając srebrniki należne za krew, ból i lata pogardy.

 

Pan Adam Jastrzębowski to „żołnierz wyklęty”.

 

W dramatycznym liście do dzisiejszej władzy wdowa, 90-letnia Pani Irena Jastrzębowska pisze o dramacie męża. O tragicznym losie rodziny. Żołnierz, z tych którzy rzeczywiście byli przez zbrodniarzy wyklętymi, Adam Jastrzębowski, doznał ze strony aparatu nacisku wieloletniego więzienia, strasznych tortur z zagrożeniem utraty życia. Cierpień, szykan, prześladowań, utraty zdrowia doznała cała wielodzietna rodzina państwa Jastrzębowskich.

 

Dwa lata temu Prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie umorzył śledztwo przeciwko oprawcom z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z Mławy. W Postanowieniu z dnia 30 maja 2016 o umorzeniu śledztwa czytam wprawdzie: „nie budzi wątpliwości fakt popełnienia przez funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie zbrodni komunistycznej na szkodę Adama Jastrzębowskiego”. Napisano również: „… umieścili go w piwnicy, bili, przypalali paznokcie cygarem, wlewali wodę do nosa, unieruchamiając uprzednio pokrzywdzonego na ławie, układając go na plecach i przytrzymując za włosy…”.

 

To wszystko działo się w 1949.

 

Za co tak torturowano człowieka?

 

Za to, że – cytując dalej Postanowienie prokuratora z 2016 roku: „w rodzimej wsi Jastrząbki powiat Mława w okresie letnim 1941 r. wstąpił do miejscowej organizacji Narodowe Siły Zbrojne. W latach 1943 – 44 zdobywał dokumenty dla ukrywających się członków organizacji (…) Przez cały okres okupacji był członkiem ruchu oporu, początkowo NSZ, a następnie AK. W maju 1945 roku po wyzwoleniu terenów Mazowsza został aresztowany przez funkcjonariuszy z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie (…) osadzono go wówczas w piwnicy siedziby Komendy Milicji w Mławie. Przesłuchiwali go nieznani mu funkcjonariusze UB. Zapamiętał jedynie nazwisko „Złotowski”, który był starszym oficerem i prawdopodobnie kierownikiem grupy śledczej”. To było rzeczywiście przed laty. Adam Jastrzębowski więziony był przez lat pięć. Zbrodniarze dawno już nie żyją. Żyje rodzina, której ta sama władza zgotowała koszmar egzystencji – lata chorób i cierpienia psychicznego.

 

Dziś po latach zabiegów o odszkodowanie prokurator z Katowic w apelacji uzasadniającej z dn. 2 października 2019 roku żonie i córkom ofiarom stalinowskich zbrodni dokonywanych polskimi rękami redukuje zasądzone przez Sąd Okręgowy odszkodowanie, wysokość zadośćuczynienia – czterokrotnie. Cytuję: „Zarzucam rażącą niewspółmierność zasądzonego na rzecz wnioskodawczyń wygórowanego zadośćuczynienia w kwocie po 470 000 zł nieadekwatnego do rozmiaru krzywd moralnych i fizycznych jakich doznał Adam Jastrzębowski co skutkowało ich bezpodstawnym wzbogaceniem (…) wnoszę o zmianę zaskarżonego orzeczenia przez rozstrzygnięcie o zasądzeniu na rzecz wnioskodawczyń w kwocie po 117 500 zł oraz wskazanie, iż na działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (Dz. U. z dnia 23 kwietnia 1991 r.), było co do zasady słuszne”.

 

Krzywda i zadośćuczynienie. Zbrodnia i nieprawość.

 

Cytując dalej z pisma Katowickiej Prokuratury Okręgowej do Sądu Apelacyjnego w tymże mieście, bezczelnie nazywanego w czasie wrednego okresu – Stalinogrodem: „wysokość zadośćuczynienia za doznaną krzywdę wynikła z pozbawienia wolności należy więc do sfery swobodnego uznania sędziowskiego, co implikuje stwierdzenie, że zarzut wadliwego określenia wysokości zadośćuczynienia może być uwzględniony jedynie w sytuacjach, w których przyznane zadośćuczynienie w sposób oczywisty i rażący nie odpowiada relewantnym okolicznościom, występującym w danej sprawie, jest niewspółmierne do stopnia i długotrwałości cierpień doznanych przez wnioskującego o zadośćuczynienie”.

 

Trudno spokojnie czytać treść apelacji prokuratora. I jeszcze ten język.

 

Jakaż przepaska oślepia i jakaż waga mierzy ból w złotówkach. To są pytania również do Prokuratury Krajowej reprezentowanej przez Departament Postępowania Sądowego, która w piśmie do Pani Ireny Jastrzębowskiej i jej córki Ewy Domańskiej (4 X 2019), informuje o zwrocie akt sprawy do Sądu Okręgowego w Katowicach, a także (w sprawie cofnięcia apelacji) do Prokuratury Rejonowej w Katowicach.

 

Wiekowa wdowa czeka. W liście do Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro pyta: „Czy Pan autentycznie przeciwny jest stanowisku Prokuratury Okręgowej w Katowicach? Z wielką ufnością oczekuję jednoznacznej i rzetelnej odpowiedzi (…).”

 

***

 

Z notesu reportera: po wyjściu z sądu w Katowicach poszedłem z Adamem Słomką pod mury sąsiadującego z sądem więzienia. Zamykano go tam wiele razy. Omawiamy kolejną sprawę. Będzie ona miała miejsce w Bielsku Białej.

 

Stefan Truszczyński

Dziennikarze na wynajem – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Tacy będą dziennikarze, jakie ich kształcenie. Jeśli kształci się służalców to nic dziwnego, że potem klepią co im władza każe.

 

Żeby werbalnie brzmiało to ważniej, nazwano tę niby specjalność PR-em, czyli public relations. Ani to relacja, ani wartość społeczna. Równie naukowe jest nauczenie szewstwa, czy robienia pedicure. Choć wymienione zawody są pożyteczne.

 

PR – wciśnięty na rzekomo dziennikarskie wydziały to zbrodnia na żywym ciele pełnych entuzjazmu i nadziei młodych. Wdarła się ta pseudonauka do szlachetnego z założenia zawodu i go pustoszy. Jak można do jednego garnka wrzucać świeże marchewki i groszek dokładając szlam koncepcji wciskania kitu. Dziennikarstwo to szczere i odważne poszukiwanie prawdy, a nie wciskanie dziecka w brzuch.

 

Nieprawda, że durnie rodzą się sami. Właśnie sieje ich się bezrozumnie, dziwiąc potem, że z niewinnego czeladnika wyrasta cwaniak, kłamca – objawiający się potem jako informacyjny publicystyczny manipulant, którego wzorem jest pseudoposeł, pseudosenator.

 

Żurnalistyka i „pijarostwo” nie mają ze sobą nic wspólnego. Jedno to misja społeczna, a drugie – biznes.

 

Hycel, komornik, oficer śledczy to niezbędne dla utrzymania porządku zawody. Ale do ich wykonywania trzeba mieć odpowiednie predyspozycje. Jeśli ktoś chce być dziennikarzem powinien mieć wstręt do brania pieniędzy za usługowe artykuły, audycje i filmy. Należą mu się oczywiście honoraria za pracę, ale nie od bohaterów jego opowieści, ale od redakcji, od mediów.

 

Materiał opłacany musi być oznaczony informacją, że to dzieło na zamówienie, sponsorowane, po prostu rodzaj reklamy.

 

Jeśli nie ma „chińskiego muru” między materiałami reklamowymi a redakcyjnymi – należy karać, eliminować.

 

Nasze państwo dopuściło do gigantycznego oszukiwania swoich obywateli. Choć ma armię „ekonomistów” i „publicystów”. Dopuszczenie by uczenie dziennikarstwa i szykowanie do pracy PR-owców „w jednym stało domu” jest niedopuszczalne.

 

„Dziennikarz” z łbem wzdętym PR-owskimi wskazówkami będzie oczywiście świetnym służącym polityka. Nieważne jakie będą treści, ważne by były opłacone.

 

Po co się martwić, po co trudzić. Przecież można się narazić, ubrudzić. Otrzymujesz wytyczne albo sam odgadujesz myśli pryncypała! Jesteś żywą antycypacją. Robisz pod szefów, tak samo zresztą jak owi robią pod swoich decydentów. Nieważne czy ów przegina w lewo, czy w prawo. Decydent musi mieć wyrobników. Nie będzie się parał za te marne kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Lobbysta świetnie przygotowany na dziennikarskich studiach, za państwowe pieniądze to wyrobnik. Teraz, gdy padają redakcje, łatwo o takich. Chłopcy i panienki gotowi są każdą robotę przyjąć i wykonywać. Chwytają w mig. Służą. Powinni mieć etykietkę jaka to uczelnia ich przygotowała.

 

Stefan Truszczyński

Szafa gra, a komody tańczą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Samorządnie się samorządzić! To należy się jak psu kość. Teraz, gdy władza nadal pociągnie samodzielnie po 13-tym października, proponuje się nam dziennikarski samorząd. A co to ma właściwie być?

 

PiS wpisał sobie to hasło w program i dowodzi, jakie będą korzyści. A więc – lepsze przygotowanie do zawodu i bardziej etyczna – w epoce hejtu – etyka. Toż to rzeczywiście najbardziej racjonalna racja – potrzeba. Tylko tyle, że deklaratywnie sprawy się nie załatwi. Uczelnie dziennikarskie to mezalians żurnalistyki z PR-em, a bluzg i bezkarność inspiruje chamską bezczelność bez ograniczeń słów i gestów.

 

Jak ma ta nasza samorządność samorządowa być wybrana? W Polsce jest kilkanaście tysięcy ludzi uważających, że uprawiają żurnalistyczny zawód. Z tym, że jeden zrzyna z internetu, a drugi lata po polach, naraża się władzy lub bandytom. Dziumdzia od zapowiadania disco polo ma się za dziennikarkę. Ba, nawet profesor wyższej uczelni grzecznie mówi do niej „pani redaktor”. Pies albo suka (przepraszam: sztuka) pogrzebane są w tym, że ilość nie przechodzi w jakość, a rezultaty niby demokratycznego wyboru widzimy oglądając telewizyjne dysputy z Wiejskiej.

 

Teraz – póki co – jeszcze jakoś tam się samorządzimy. Wisi nam jak miecz nad głową paragraf 212 i każdy przedstawiciel „nadzwyczajnej kasty” może nie tylko usadzić, ale i wsadzić dziennikarza tam, gdzie wielu złodziei dawno już powinno się znaleźć.

 

Biegamy samopas, ale i w grupach. Oto najstarsze i najliczniejsze Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (sam w nim robię). Jakie jest każdy widzi. Fakt, że bardziej prawicowe i konserwatywne, a nawet kościelne niż radzieckie, zdradzieckie i LGBT-owate. SDP samo się wybiera i spłaca. Ma z czego, bo jest nieco zasobne –  w Domy Dziennikarza w Warszawie i Kazimierzu Dolnym. 13 grudnia pamiętnego roku, gdy wewnętrzny wróg napadł na naród zabrano je nam na osiem lat, aleśmy je odebrali. Teraz znów odżywają łupieżcze zakusy. Ale walczymy o swoje. Jest nas około trzech tysięcy. Mamy godną tradycję. SDP zachowywało się zawsze przyzwoicie. Gdy go nie mogło być – to go nie było. Zawsze pomagało potrzebującym, broniło pokrzywdzonych. Nazwiska z przeszłości, na które się powołujemy są godne, ich właściciele byli profesjonalni. Oczywiście czasem różniliśmy się i różnimy w poglądach. Ale nigdy nie łasiliśmy się do obcych, nie wywyższaliśmy się ze względu na kolor skóry, pochodzenie. Owszem, zadzieraliśmy z władzą, bo to czasem obowiązek dziennikarski, ale nie zadzieraliśmy nosa. Staraliśmy się nagradzać sprawiedliwie najlepszych.

 

Bywa, że na nas plują. Ale wolimy tkwić w tradycji tych, których w zbrodniczych czasach nazywano „zaplutymi karłami redakcji”, a teraz żołnierzami wyklętymi, niż będąc analfabetą walczyć o opaczne odczytywanie konstytucji.

 

SDP wie co chce. Jaka ma być Polska i po której stronie jest prawda, prawo i sprawiedliwość. Po 1989 roku wie coraz lepiej.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej stoi również w budynku Foksal 3/5. Ma pokoje piętro nad nami. Bardziej niż sufit dzieli nas wspomnienie stanu wojennego. Upłynęło już wiele lat, ale nie da się wymazać pochodzenia z nieprawego łoża, spłodzenia przez dwóch ojców – Jaruzelskiego i Kiszczaka.

 

SDRP nie ma praktycznie prawie żadnych pieniędzy na działalność. Ich dawni sponsorzy cienko przędą. Jest zadłużone i musi korzystać z naszej pomocy. Płacą tylko za media i utrzymanie porządku. Sale na spotkania organizacyjne wynajmujemy im za darmo. Nie wszystkim w naszym SDP to się podoba. Osobiście uważam, że w sprawach materialnych powinniśmy pomagać kolegom, którzy kiedyś zbłądzili. Mimo dość zasadniczych różnic poglądowych. Materialne troski środowiskowe mamy wspólne. Przecież z zaciśniętymi nawet zębami, ale potrafimy wybaczać.

 

Stowarzyszeniem Gazet Lokalnych (które ponoć dobrze działa) i Katolickim Stowarzyszeniem Dziennikarzy nie będę się tu zajmował, bo za mało o nich wiem. SDP mogłoby być pomocne, jako starszy brat lub siostra, ale oni muszą tego chcieć.

 

Jest jeszcze grupka plwaczy bezwstydnych, to kanapowe Towarzystwo Dziennikarskie. Nieliczne to gremium, bez znaczenia w kraju, ale ruchliwe, uparte i ustosunkowane. Ma emisariuszy w dziennikarskich gremiach zagranicą, którzy szczerze Polski nienawidzą i zawsze chętnie zaszkodzą.

 

I jak tu się dogadać? Jak wybrać wspólnych przedstawicieli. To utopia. PiS wpisał sobie w program wyborczy dziennikarski samorząd. Proszę podać, kto jest autorem tego pomysłu?

 

W środowisku zawrzało: to krok ku ubezwłasnowolnieniu, przeciw wolności słowa! Prezes SDP Krzysztof Skowroński mówi: zorganizujemy otwartą dyskusję środowiska. Pogadać zawsze można. Gadamy zresztą w Polsce długo i usilnie. Tylko ciągle rezultatów nie widać.

 

Dziennikarze dzielą się na „czynowników” i wyrobników. Ci pierwsi są między władzą (partyjną, prywatną, tymi którzy ich mianują) a dostarczycielami artykułów, nagrań radiowych i telewizyjnych. Są pierwszym progiem cenzury, ich podwładni czyli autorzy chcieliby dać się zapamiętać czytelnikowi, słuchaczowi, widzowi. Ten zawodowy podział w codziennej pracy jest naprawdę istotny.

 

Tak samo jest w środowisku. Zawsze funkcja zmienia reportera-redaktora. Można dorabiać różne teorie o odpowiedzialności, doświadczeniu. Ale przecież najcenniejsza jest ta praca „na dole”: dostrzeżenie tematu, trud dokumentacji, odwaga podjęcia sprawy. Mówię tu o rzeczach ważnych, trudnych i niebezpiecznych nawet.

 

Ktoś mi kiedyś wmawiał, że dziennikarz kończy się po 30-tce. Bo potem ma już dzieci, kredyty i nie będzie ryzykował.

 

Organizacje dziennikarskie, stowarzyszenia itp. powinny troszczyć się przede wszystkim o tych „na dole”, ale niestety troszczą się przede wszystkim o funkcyjnych. Oczywiście i oni często wymagają obrony. Ale „wyrobnicy”, ta sól ziemi, ich gwarancje utrzymania pracy (i to nie śmieciowej), ich zarobki – to powinno być troską społecznych opiekunów.

 

No i wyobrażam sobie urzędniczej, hierarchicznej samorządowej struktury! Owszem będą szumne deklaracje i zapowiedzi. A potem przepoczwarzanie się w wałkoni ministerialnych w wypasionych automobilach. Da capo al fine! Szafa gra, a komoda tańczy. Lepiej zostawmy jak jest. Nie majstrujmy. Dziennikarstwo to jednak pasja, pogoń i radość tworzenia. To pomaganie słabszym. To bycie po krytycznej stronie. Inaczej jest niepotrzebne. Wystarczą biuletyny i rzecznicy prasowi. Niech oni sobie założą samorząd.

 

Stefan Truszczyński

 

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TELEWIZJĘ POLSKĄ. Arbiter elegantiarum – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o Tadeuszu Sznuku

Poszukajmy – za Sienkiewiczem – Petroniusza. Wypatrując arbiter elegantiarum. Mogliby nim zostać tacy, jak: Jeremi Przybora, Jerzy Wasowski, Gustaw Holoubek, Karol Małcużyński – a bliżej z aktywnych –  Artur Orzech. Gdybym to ja decydował, rzekłbym: Tadeusz Sznuk. Bynajmniej nie po protekcji (choć jest zaledwie 5 dni młodszy ode mnie). Ale niech będzie po kolei.

 

   Tadeusz Maria Sznuk urodził się 76 lat temu. Był to sam środek wojny – 16 lipca 1943, czas przełomu czołgowej bitwy pod Kurskiem, masakry Polaków na Wołyniu. Syn Stanisława przyszedł na świat w Kielcach. Potem była Warszawa – XXX Liceum imienia Jana Śniadeckiego. A dalej Politechnika Warszawska – wydział elektroniki i tytuł magistra inżyniera.

 

   Gdy w najważniejszym i najmądrzejszym teleturnieju Telewizji Polskiej dopowiada „jednemu  z dziesięciu” w sprawach technicznych, brzmi to lekko, zrozumiale i przekonująco – czy to fizyka, chemia, czy matematyka. To nie jest tylko odczytanie z kartki – ściągawki. Czuje się, że prowadzący odpytywanie zawodników wszystko to naprawdę wie i rozumie. I obojętne, czy to o ciśnieniu, pierwiastkach, kątach, trójkątach, elektronice, składzie produktu spożywczego, bombie atomowej, czy sile kopa końskiego. Życzliwie uzupełnienia lakoniczną odpowiedź na pytanie. Doda, ale nigdy po to, by pomniejszyć ocenę wiedzy na ogół stremowanego gościa TVP.

 

   Skąd się taki wziął, który nie da się nie lubić, którego słucha się z uwagą, który wywołuje uśmiech po drugiej stronie ekranu?

 

   Pan Tadeusz – rzeczowy, cierpliwy na miarę wyznaczonego delikwentowi turnieju czasu. Sprawny, utrzymujący tempo i klimat szlachetnie prowadzonej zabawy. Są cechy wrodzone – to od mamusi i od tatusia. I nabyte – to już praca i aktywność. W latach 1959-1964 przyszły pan inżynier i pilot samolotowy zaczął się odrywać od myślenia o watach, woltach i częstotliwościach. I był to słusznie wybrany początek – Rozgłośnia Harcerska. Popularna, bo inna niż pozostałe radiowe stacje. Może to bardzo dobre fluidy patronki ulicy, gdzie się znajdowała redakcja – Marii Konopnickiej. Może inteligentni i pracowici koledzy, koleżanki – pomogli zdolnemu szybko połknąć nie tylko bakcyla, ale i nabyć umiejętności radiowca, dziennikarza.

 

   I tak szedł młody lektor i komentator jak burza. Rozgłośni Harcerskiej się słuchało. Słuchał i Mariusz Walter. Mistrz powierzył mu rolę lektora w programie „Świadkowie”. Nie było w nim postaci prowadzącego. Był tylko zupełnie niezwykły w tamtejszej telewizji, miękki, ale perfekcyjny głos Sznuka. Program dotyczył spraw bolesnych. Był dobrze redagowany przez Jerzego Szotkowskiego, a potem Dariusza Baliszewskiego. Miał dramatyzm pokazywanych zdjęć i filmów dokumentalnych, dobrze napisany tekst. Ale to głos Sznuka najbardziej przemawiał i utrwalał przekaz. Zazdrośni zawodowi lektorzy dziwowali się czasem, skąd ten „amator”? Telewidzowie nie mieli z tym problemu. Pan Tadeusz szybko zamieszkał w ich pamięci i domach. Oczywiście, było jeszcze kilku znakomitych lektorów (a dziś mamy już wielkie grono), ale Sznuk poszedł dalej. W Programie Trzecim Polskiego Radia, a potem w Sygnałach Dnia (w Jedynce) już nie tylko czytał cudze teksty, ale sam tworzył audycje. A potem się pokazał. Też u Waltera – w Studio 2, a także w Turniejach Miast. W Opolu stanął przed festiwalową publicznością. Zawsze sobie znakomicie dawał radę. No i potem przyszedł rzeczony teleturniej „Jeden z dziesięciu” – od 1994 roku. A więc to już ponad dwie dekady. Rekordy oglądalności. I tysiące już ludzi, którzy przeszli przez studio. Bardzo mądrych i mądrych inaczej. Nikomu Tadeusz krzywdy nie zrobił, za to piękne dziewczyny wręczały zawodnikom tony prezentów.

 

   Teraz z dawnymi kolegami spotykamy się najczęściej na pogrzebach. My – nieobecni lub obecni mało w tv – radiu. Tadzia oglądamy wszyscy i to często. Ale i z przyjemnością. Tak jak robią to również nasze żony, dzieci, a i wnuki.

 

   Teraz powspominam: Tadeusz miał zawsze ogromne powodzenie u kobiet. Mężczyzna średniego wzrostu. Szczupły. Zawsze zadbany i elegancki. Ale dopiero gdy się odezwał choć słowem, magnetyzm zaczynał działać. To jest wspomnienie z sympatią, ale niech będzie trochę uszczypliwe, by było prawdziwe.

 

   Po jednym z turniejów miast, w małym nadmorskim miasteczku, już po programie, Idol z Warszawy gaworzył sobie jeszcze prywatnie z wpatrującymi się w niego uczestnikami (noooo głównie uczestniczkami) teleturnieju. Rozmowa była beztroska, dowcipna, przerywana salwami śmiechu. I nagle jedna z pań, zbudowana solidnie, nie wytrzymała, porwała Tadzia za ręce i uciekła z nim z sali. Co było dalej? Nie wiem.

 

   W telewizji, w radio to jest właściwie normalne, że co jakiś czas sadzają na najwyższym stołku politycznie wybranego, podporządkowanego aktualnej władzy durnia. A ten zaczyna od zdejmowania z anteny, wyrzucenia z pracy dziennikarzy. I to bardzo często najlepszych.

 

   Tadeusz miał takież doświadczenia. Czasem periody tych, którzy go odsuwali, trwały krótko i wracał na swoje miejsce, na które sobie zasłużył i był tam wręcz niezastąpiony. Ludzie (normalni) się cieszyli, a Tadeusz – bez zbędnych wyjaśnień – czynił swoją powinność i wykazywał umiejętności.

 

   Wiem, bo widziałem i słyszałem (na własne uszy), że lubili go zawsze najlepsi. Słuchałem tego od pisarki-radiowca Ewy Szumańskiej, od partnerki ze Studia 2 Bożeny Walter, od Eugeniusza Pacha, od świetnego reportera Jacka Grelowskiego, nonkonformisty Mariana Bekajło i wielu innych.

 

   Ruchy kadrowe to najczęściej rezultat zmian w polityce albo i zwykłej zazdrości, a i zawiści nawet. Dziennikarze są czasem wciągani w wir wydarzeń. Czasem sami trzaskają drzwiami. Ale to jest trudne – bo pracować i zarabiać na życie trzeba. Czasem też ulegają pokusie. Sejm i Senat nią bywają. W 1989-tym Tadeusz wraz ze Zdzisławą Gucą (bardzo dobrą dziennikarką z Polskiego Radia) i Bogusławem Kaczyńskim (niezwykle popularnym znawcą bell canta) zgodzili się kandydować w wyborach parlamentarnych. Mieli być niezależni. Elokwentny pasjonat opery i przyjaciel operowych elit dał jednak w ostatniej chwili drapaka. Wycofał swoją kandydaturę, robiąc przykrą niespodziankę koleżance i koledze. Zostali z ręką w… Na ich szczęście i tak się nie dostali na Wiejską, choć Tadzio dostał w województwie warszawskim 155 tysięcy głosów. Myślę, że teraz – obojętnie z jakiej partii by wystartował – dostałby poparcie jeszcze większe. Ode mnie na pewno tak. Ale – miłośnicy Sznuka – nie bójcie się, wasz idol dostał nauczkę. I na pewno żadne szatany już go nie namówią. Tych, którzy dziś wciskają guziczek, by posłuchać turnieju prowadzonego przez Tadeusza Sznuka, jest ponoć milion, a może i dwa!

 

   Zawsze się śmieję (z sympatią!), gdy po pierwszym starciu uczestników gry słyszę naprawdę bardzo zadowolonego prowadzącego: – No i do drugiej rundy przechodzą wszyscy zawodnicy!

 

   Fajnie jest, życzliwie. Ludzie to widzą, ludzie to słyszą. I odpłacają serdecznie.

          

   Sznuk podkreśla: to tylko zabawa, jak w życiu – od szczęścia wiele zależy. Bo można dostać pytanie – „z którego kontynentu pochodzi mandarynka” albo kto napisał – „a to feler, westchnął seler”, ale również pytanie o wzór chemiczny albo problem astronomiczny.

 

   Arbiter elegantiarum? Oczywiście nie tylko, że do wręczania nagród wybiera piękne kobiety, które – niestety – przemykają zbyt szybko przez scenę. Ale poprzez wszystko, co czyni zawodowo: głos, gest, nienaganne maniery i elegancki garnitur.

 

   Durniów być może denerwuje. Popisał się niedawno taki jeden, zamieszczając w internecie fake news o rzekomym zejściu ze świata autora popularnego programu telewizyjnego. Głupich nie sieją! Bęcwałów, którzy powielili ten „news” było też trochę. Ale nic to – jak mawiał Mały Rycerz. – Żyj i Prowadź! (również programy telewizyjno-radiowe) jeszcze długo! Życzymy tego Tobie i sobie. Mało kogo wszyscy (no prawie) w Polsce lubią.

 

Stefan Truszczyński 

 

P.S. Byłbym zapomniał – Tadeusz Sznuk ma licencję pilota samolotowego. Bardzo lubi latać – szczególnie lądować. Lubi też lotników, samoloty i lotnictwo w ogóle. Zamieszkał nawet w osiedlu zbudowanym na terenie dawnego lotniska sportowego Gocław, na ulicy o lotniczej nazwie.

 

Fot. Wikipedia

 

Nietrzebka widzi i fotografuje – felieton Stefana Truszczyńskiego

Tup, tup, tup – tysiące, setki tysięcy ludzi codziennie przemierza Warszawę. Szczególnie teraz latem. Przyjechali liczni zagraniczni. Japończycy biegną do Łazienek, żeby zobaczyć pomnik Chopina, chłopi na Plac Trzech Krzyży – bo tam Witos stoi, zwolennicy PiS-u na Plac Piłsudskiego – tam i Marszałek i Prezydent Lech Kaczyński, no i „schody” Kaliny – za krótkie jak na to co mają przypominać.

 

Warszawiacy, jeśli tacy jeszcze są między „słoikami” (bez urazy sam też tu przyjechałem przed prawie 60 laty) – a więc Warszawiacy przemykają „do pracy” i „z pracy”. Poeta – Barańczak – dodawał: „o k… jak długo tak można rodacy”. Ale to było „za komuny”. Teraz mamy już inną Warszawę – szklanych wieżowców, do których brak odpowiednio długich strażackich drabin. Po ulicach mkną klimatyzowane autobusy i kobiety opięte w leginsach. Śliczne to wszystko; no może nie wszystko – rzecz gustu. Ale jest tego wszystkiego dużo. Przebiegamy, na nogach i okiem. Za dużo by zapamiętać. Warto więc utrwalić.

 

Tak robi to magister Nietrzebka. Chodzi po mieście tak jak my wszyscy. Z aparatem. I pstryk. Właśnie – ku pamięci – powstał album „Warszawa” anno domini 2018, stron 190, w kolorze.

 

A więc Pan Maciej Nietrzebka. To nasz kolega, choć magisterium zrobił na germanistyce. Dobrze wykonał pracę, więc zasługuje na miano fotoreportera i dziennikarza. Przyjąłbym go do SDP, gdyby się zgłosił i gdyby komisja członkowska to zaakceptowała. Ocena modeli Roborock. Porównaj odkurzacze automatyczne roborock-compare.pl Najlepsze ceny w sklepach internetowych Ebay, Aliexpress, Gearbest. Pan mgr Nietrzebka sam zrobił się ważnym Warszawiakiem, bo zrobił coś bardzo konkretnego dla miasta. Właśnie bez słów. To rzadkość – taki co nie gada, nie wypisuje tysięcy słów, a robi. Popatrzcie.

 

 

Oto taka jest dziś – w stulecie odzyskania niepodległości – Warszawa i jej przetaczający się tam i z powrotem mieszkańcy. Może wypatrzycie na którymś ze zdjęć siebie. Ale na pewno poznacie, gdzie Pan Nietrzebka chodził. Warto zaglądać w każdy kąt miasta. Naszego. I naprawdę nieujarzmionego. Rozlewającego się w wielką aglomerację. Przyciągającego licznych.

 

A więc ten album to ważny dokument. Został w nim uwieczniony rok 2018. Jeden z wielu po zasadniczej zmianie w ’89 tym. A teraz kolejnej – dobrej zmianie. Idźcie ulicą Dobrą, Topiel, Mokotowską, Hożą, Kruczą.

 

Też możecie fotografować. Jak robi to na co dzień Pan Maciej Nietrzebka. Brawo!

 

Stefan Truszczyński

Maciej Nietrzebka

 

Żurnalistka żurnalistce wilczycą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Z „Newsweeka” dowiedziałem się, że Danuta Holecka, ta z telewizji, jeszcze niedawno, to nawet SMS-a nie potrafiła wysłać. Koleżanka z pracy szefowej „Wiadomości” opowiada dziennikarce tego tygodnika, Elżbiecie Turlej  o wstręcie „cioci Danusi” do telefonów komórkowych, o strachu przed jazdą samochodem i chorymi na HIV. Dowiadujemy się, że telewizyjna gwiazda chodzi w trampkach, je tylko to co przynosi z domu i podgrzewa, musi, bo cały dzień przebywa w pracy, gdzie trampki zmienia na buty.

 

Holecka  w domu, w kominku spala opakowania plastykowe, o czym straży miejskiej donoszą sąsiedzi. Owszem ma ogródek, ale nie kosi trawy, nie kisi małosolnych i nie robi kompotów z truskawek. Całymi dniami tylko siedzi w TVP. Cytuję: „po powrocie do głównego wydania „Widomości” sodówka uderzyła jej do głowy”, stała się niedostępna, udaje że znajomych nie poznaje, „kiedy w maju dostała awans na naczelną „Wiadomości” chodziła dumna jak paw…” (a przecież jasne, że powinna się martwić i wstydzić).

 

Ta niezbyt zdolna dziennikarka – co głosi podpis na okładce „Newsweeka” (!) pod jej zdjęciem zajmującym całą stronę – jest „gotowa na wszystko” – te słowa to nawet tytuł artykułu. I jeszcze – dowiadujemy się – że „zabiega o sławę”. (Cholera, to już bezczelność – przepraszam, że nie mogę w tej relacji powstrzymać się od komentarza, choć oczywiście wiem o zasadzie: oddzielać informację od mądrzenia się, jeszcze raz przepraszam).

 

Czytam artykuł, czytam i niestety w końcu nie wiem czy może to kpina z Holeckiej, czy pochwała. Ponieważ między okrutnymi donosami wypływają na wierzch takie informacje:  „kiedy prowadziła program „Kawa czy herbata” (wymyślony jeszcze przez dziewczynę o pięknych oczach Halszkę Wasilewską za panowania w TVP znakomitego reżysera Janusza Zaorskiego) nastawiała budzik na 3 rano, żeby ich (synków, bliźniaków(!) Stefka i Julka) nakarmić. O czwartej wyjeżdżała do studia. Z rozdartym sercem (to ładnie ujęła autorka artykułu), bo dzieci zostawały z nianią (dobra więc to matka, dzieci samych nie zostawiała). Dowiadujemy się dalej, że chłopaki-bliźniaki (cóż za przepiękna polityczna antycypacja) dziś już skończyli studia medyczne (w Zabrzu – to bardzo ważne), jeden ożenił się i niedługo zostanie ojcem (a więc nazywanie szefowej przez podwładnych babcią jest trochę na wyrost, ale w pełni uzasadnione).

 

Inny z kolegów redaktorki funkcyjnej przypomniał: „potrafi też pomóc. Niedawno któryś z wydawców przez kilka dni nie przychodził do pracy. Sprawdziła gdzie mieszka, pojechała. Okazało się, że alkoholik. Wpadł w ciąg. Załatwiła odwyk, przekonała że warto dać mu drugą szansę. Chłop wrócił do żywych i do TVP”.

 

(No, no!)

 

Ale zaraz potem autorka, obywatelka Elżbieta Turlej pisze: „babcia Danusia… potrafi również zaszkodzić. Wie komu szepnąć, z kim nie lubi pracować, a ostatnio nie lubi pracować z Edytą Lewandowską. Młodszą…”.

 

No cóż, a któraż z pań lubi młodsze? Pytanie oczywiście retoryczne.

 

Zdaniem pani E.T. Lewandowska lepiej radzi sobie z politykami opozycji. Bo Holecka kiepsko. Autorka tekstu opiera się na opinii przewodniczącej Nowoczesnej, Katarzyny Lubnauer: „czułam że chce mnie zaorać (…) potem usiłowała mnie sprowokować, ale wiedziałam, że im bardziej byłam spokojna, tym bardziej się denerwowała. Mimo to starała się mnie dopaść. I tak się zagalopowała, że przedłużyła program o 7 minut.

 

(Rzeczywiście, o 7 minut, to już skandal!)

 

Dowiadujemy się też, że wcześniej – gdy Holecka miała w TVP kłopoty – to z pomocą pośpieszyli jej tylko Leszek Miller„szkoda takiej miłej, porządnej dziennikarki”Janusz Piechociński, który oferował jej nawet pracę. Ale nie skorzystała.

 

O tej „opiece” onegdaj niech wiedzą dziś PiS-owcy, których teraz wybrała. Czytamy dalej: „Już nie jest ofiarą, ale bliską znajomą Kury (elegancko!), czyli nowego prezesa telewizji Jacka Kurskiego (…), przez kilka dni w swoim domu na Mokotowie przygotowuje do wystąpień publicznych Andrzeja Dudę (ani chybi zmusiła go siłą).

 

No proszę! Choć sama przecież „niezbyt zdolna” – jak ocenia E.T. – to instruuje prezydenta. Koniec świata. Wprawdzie D.H. jest po ekonomii na SGH, pracowała w TVP Info, w TVP Polonia i „Wiadomości” prowadziła. Ale to wszystko przecież łatwizna. Każdy może. Nawet dostała się do telewizji bez protekcji. Mówi, że ma ją tylko „z góry”. Demonstruje swoją wiarę. U niektórych tak jest.

 

A jeszcze do tego wszystkiego ponoć Danuta H. powiada, że Jarosław Kaczyński przepada za jej babką w czekoladzie, no i że ma takie same hobby co ona: uwielbia koty.

 

Miau, miau!

 

Stefan Truszczyński

 

P.S. Artykuł o Danucie Holeckiej „Newsweek wyeksponował szczególnie. „Żurnalistka” żurnalistce przywaliła ile się da. A przecież… w Ojczyźnie jest tyle krzywd i ważnych tematów. Obca ręka ich oczywiście nie przekreśli (i szkoda że używa polskiej rączki). Niektórzy już tak mają, że nawet na obczyźnie o własnym kraju mówią źle. Na okładki politycznych tygodników trafiają zwykle – aż do przesady – najważniejsi politycy. „Newsweek” siłą rzeczy zrobił więc prezent szefowej Wiadomości. W końcu ładna jest. (ST)

 

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TVP. To i owo o Wowo – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Włodzimierza Bielickiego

Wśród „telewizorków” lat 70., gdy z nimi współpracowałem i nawet się przyjaźniłem, Wowo Bielicki wyróżniał się wszystkim. Przyuważyłem go dużo wcześniej – w latach 50., 60. – sam będąc chłopcem od podawania piłek tenisowych. A rzecz działa się na sopockim korcie. Niedużym, ale zabytkowym, o który walczą dziś zażarcie pazerni ludzie o chamskich obyczajach. Mieszkaliśmy tuż obok – Helska 2 – i codziennie wiele godzin spędzałem na korcie.

 

 

To była przystań, salon sopockiej elity, która przybyła tu – po wojnie – do pustych domów modnego – przed wojną –  kurortu. Z Wilna, Lwowa, Krakowa i Warszawy.

 

Sopot (a nie jak czasem słychać Sopoty) to było molo, Grand Hotel, pnąca się stromo ulica – wówczas Rokossowskiego, a dziś (od 1956 r.) Bohaterów Monte Cassino. Były piękne wille po bogatych gdańszczanach, wreszcie Opera Leśna i Łysa Góra – zimowy salon inteligencji jeżdżącej na nartach, z niewielką skocznią narciarską i torem saneczkowym na morenowych wzgórzach otaczających miasteczko (40-tysięczne – wtedy i dziś).

 

Niedaleko w Gdańsku  był słynny „Bim Bom” – zakładany miedzy innymi przez Wowa, „Czarny Kot”, „Żak” z Afanasjewem, Cybulskim, Kobielą, Federowiczem, Wojtychem.   „Teatr Wybrzeże” – z bardzo popularnymi młodymi aktorami Elżbietą Kępińską  i Władysławem Kowalskim, a także Zdzisławem Maklakiewiczem. Teatralną sceną wybrzeża dyrygowali – Iwo Gall, a potem Zygmunt Hubner żonaty z piękną aktorką Mirosławą Dubrawską. Gościnie Andrzej Wajda reżyserował „Kapelusz pełen deszczu” Arthura Millera, a w „Hamlecie” występował Edmund Fetting. W  pamiętnym „Do wiedzenia, do jutra” Janusza Morgensterna są sceny z Sopockiego kortu z bohaterem niniejszego wspomnienia Wowo Bielickim i Romanem Polańskim.  Wtedy też powstał kultowy film „Dwaj ludzie z szafą”, w którym można dostrzec młodego Mariusza Dmochowskiego.

 

Gdynia była marynarska i rybacka. Gdańsk  z wielkim nakładem odbudowany przez cały kraj, z bardzo ważnym dla Polski przemysłem stoczniowym. Wreszcie Sopot – artystyczny, z małym rybackim porcikiem na południe od przepięknego mola, którego architektura została obecnie zakłócona przez dobudowanie mariny dla milionerów (postój nawet dla małych jachcików jest tam bardzo drogi).

 

W takim anturażu studiował młody artysta, przebojowy, o niespożytej energii.  Przybył do Sopotu ze stolicy. Bo Wowo to rodowity Warszawiak urodzony w 1932 roku. Jego krewni w ciągu ubiegłych wieków w Warszawie mieli nie tylko pojedyncze kamienice, ale np. na ulicy Miodowej kilkanaście domów w szeregu.

 

   Wowo Bielicki urodził się w Śródmieściu, w domu na Krakowskim Przedmieściu niedaleko pomnika Kopernika.  Tam też chodził do szkół. I co tu ukrywać  – miał opinię Casanovy.

 

Jednak wyjechał do Sopotu, gdzie studiował i skończył Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych. Odpłacił się za te studia sowicie – zostawił po sobie ogromną ilość prac i dokonań. Przez całe życie wymyślał, projektował i realizował setki scenografii. Małych, średnich, w teatrze, operze, a także w telewizji. Reżyserował też i prowadził od strony artystycznej masowe imprezy na stadionach i placach. Wowo był tytanem pracy. Cieszył się nią, a rezultatami cieszył ludzi.

 

To co teraz piszę ma być cyklem o ludziach telewizji  których znałem. Wracam więc  do zdania pierwszego – Wowo wyróżniał się wszystkim.

 

Gdy nastał prezes Maciej Szczepański, którego – na wyrost – nazywano nawet „krwawym Maciejem”, Wowo potrafił się postawić na publicznym zebraniu.  – Kto Pan jest? – zapytał groźnie Prezes. Wowo grzecznie objaśnił, że jest głównym reżyserem telewizji  i być może przestałby nim być , gdyby nie ujęli się za nim redaktorzy potrzebni wówczas Szczepańskiemu.

 

   Wowo był osobowością. Gdy powstawał nowy projekt działu publicystyki, konsultowano się z nim nie tylko w sprawach scenograficznych, reżyserskich, ale także dotyczących wyboru tematów. Był  życzliwy, bez zazdrości zawodowej. A to rzadkie wśród ludzi sztuki. Może dlatego, że był multiinstrumentalistą – reżyserem, realizatorem, redaktorem, a często również autorem.

 

Potrafił sobie zjednywać ludzi. Ci którzy z nim współpracowali nie tylko sowicie korzystali ze wspaniałej wyobraźni artysty, ale w sposób widoczny bardzo się rozwijali pod wpływem człowieka, który miał niespożytą energię i zapał, zawsze wierzył, że wszystko się uda.

 

 

Fot. Joanna Bielicka

Miał też odwagę. Wówczas nie kupowano gotowych formatów, a wymyślano programy od początku do końca. Takie podejście niezbędne jest przy wielkich transmisjach i imprezach plenerowych. Trzeba mieć wówczas wyobraźnię antycypującą jak zachowają się  tłumy widzów. Imprezy masowe są w części improwizowane, ale jednak powinny być kontrolowane przez tworzącego widowisko. Takie były „Wieloboje Gwiazd”, parasportowe programy na żywo, na największych arenach kraju. Wymyślił je Janusz Wieczorek, aprobował Mariusz Walter, reżyserował Wowo. Bezbłędnie do prowadzenia wybrali Jana Ciszewskiego Tomasza Hopfera. A potem na trybunach stadionów zasiadało po kilkanaście tysięcy ludzi, a przed telewizorami kilkaset razy więcej. Programy biły rekordy popularności. Wieloboje gwiazd można by dziś reaktywować. Wtedy w charakterze zawodników brali udział wyłącznie polscy mistrzowie olimpijscy, mistrzowie świata i Europy.

 

Dziś mistrzów sportu nam nie brakuje, a może być ich jeszcze więcej jeśli najzdolniejszych umiejętnie będzie się promować. Iluż to mamy wybitnych narciarzy, kolarzy i lekkoatletów. Nie tylko piłkarzy mamy. Gorzej ze sprawozdawcami. Jeden Przemysław Babiarz nie da rady.

 

   Wowo – to i owo, a wiec jeszcze trochę ciekawostek. Miał reżyser konia wyścigowego na spółkę z aktorem-gwiazdorem Ignacym Gogolewskim. Trzymali go w stajni w Jabłonnej, po której dawno już ślad zaginął. Wowo był także międzynarodowym sędzią tenisowym, bardzo zresztą łagodnym i przymykającym oko na auty. Maszyn do kontroli nie było.

 

   Wowo Bielicki był jednak przede wszystkim artystą-malarzem i scenografem, a także reżyserem. Bywało, że dyrektorował – między innymi teatrem w Wałbrzychu, mieszkając w przepięknym zamku w Książu.

 

   Wowo był skarbnicą wiedzy o sztuce, a także o artystach. Znał ich w końcu osobiście i to przez całe lata. Docenił go Krzysztof Skowroński, twórca i właściciel Radia Wnet. Wowo miał tu stałą audycję, w której opowiadał barwnie i życzliwie o ludziach kultury, a także o wielu ciekawych znajomych.

 

Ludzie sztuki są szybko zapominani. Owszem, wywołują wzruszenie, uśmiech i oklaski. Ale  to wszystko, jest bardzo ulotne i szybko zapominane.

 

Kochajmy artystów. I płaćmy o wiele więcej niż obecnie jest to stosowane. Większość z nich nie opływa w luksusy. Nie jest też prawdą – jak gadają zazdrośnicy – że artysta jeśli chce być  lepszym, musi być głodnym. Częściej wegetowanie kończy się bowiem smutno. Potem mówi się łzawo i wspomina rzewnie, ale to już artysty nie przywróci.

 

Jeszcze jedno. Wysyłamy na ostatnia wachtę artystów do różnych domów niby pogodnej starości. Gdzieś poza miasto. Gdzie daleko jest do teatrów i sal koncertowych. I tak nie powinno być. Wielu spośród starszych może przecież nadal chodzić na spacery, być wśród znajomych, a nie być zamkniętych w czterech ścianach. Może tak jest wygodniej dla „opiekunów”.

 

   Wowo miał rodzinę, kochająca żonę, dwóch synów. Szkoda jednak, że nie poszedł w ślady Ludwika Solskiego. Owszem, żył szybko i ciekawie. Zmarł 24 października 2012 roku. Miał 80 lat.

 

Stefan Truszczyński

 

Darczyńcy – felieton Stefana Truszczyńskiego

Jeździ obywatelka-Europejka Hübner po ulicach stolicy i na zadzie autobusów promuje swe oblicze. Pani była już wiele razy europosłanką, ale chce jeszcze.

 

Trochę to kosztuje, ale co tam. Jeśli zarabia się w Unii 100 tysięcy miesięcznie można komunikację miejską dofinansować. Tak jak to zrobił Rafał Trzaskowski. Skutecznie, bo zasiadł na tronie Warszawy.

 

Dobry żart tynfa wart, pomysł też (tynf to XVII-XVIII wieczna srebrno-miedziana moneta wartości 18 groszy od nazwiska mincerza – A. Tynfa – który mincował za panowania Jana Kazimierza). Po tym jeżdżeniu po mieście Pani H. na pewno planuje kupienie sobie niejednego tynfa. Mogłaby z pewnością kupić również Pana posła Halickiego (który zarabia w Sejmie w porównaniu do niej nędzne grosze). To konkurent – wyborcze plakaty Pani Hübner niegrzecznie zrywa i wiesza własne. A fe!

 

Proszę Pana, Panie H., proszę nie zrywać podobizn Pani H. Oboje dostaniecie się do wymarzonej stolicy Belgii jeśli powiesi Pan swoje obok obecnej europosłanki. A jeszcze lepiej – zróbcie sobie wspólne zdjęcie jak niegdyś Borys-Damięcka i synek bokserski – Szczerba. Pomogło! Oboje weszli! I siedzą sobie w ławach – Sejmu i Senatu.

 

Mam jeszcze jeden pomysł jak skutecznie zadziałać. Należałoby zadeklarować, że połowę brukselskich poborów przeznaczy się na jakiś szczytny cel w naszym kochanym kraju. Np. na kolejny film Sekielskiego „Mów tylko prawdę” o dziennikarzach, aktorach i reżyserach. Będzie trudno. Ale chłopak da radę. Zdolny jest. Do wszystkiego.

 

Apeluję więc do kandydatów, którzy mają być wybrańcami narodu: zwróćcie się do dziennikarzy oni chętnie wasze szczytne deklaracje nakręcą, nagrają, zapiszą. Dacie ludziom „50” a zostanie wam i tak jeszcze „pięćdziesiąt” i to tysięcy w gotówce. Toż to tyle, ile bierze w miesiącu aż 25 nauczycieli (poza Panem Broniarzem oczywiście).

 

Czcigodni kandydaci in spe do UE zostawcie – biednym ludziom – połowę łatwego szmalu. Zabrano im już przemysł i handel. Dobrodzieje z Zachodu wywożą od nas w sumie pięć razy większą dywidendę niż to co nam łaskawie dają. Mała to pociecha, że w końcu ponoć będą nam płacić jakieś tam minimalne podatki wielkie sieci handlowe. Dotychczas uznawano ich oświadczenia i rachunki: że nic w Polsce nie zarabiają. Altruiści! Osioł andaluzyjski i portugalskie praczki śmieją się nam w nos. Lobbyści obcych chyżo i bezkarnie biegają po urzędach i parlamencie. Mają nawet łatwiej niż dziennikarze obsługujący wybrańców narodu. Wprawdzie nasi nadobywatele czasem poślizgną się na mirabelce lub zjedzą za dużo szczawiu, przejadą staruszkę na pasach (według proroctw nadredaktora M.) – ale koledzy ich wybronią.

 

Gorzej w Brukseli, tam się nasi raczej dzielą niż łączą. Każdy z nich powinien mieć przy sobie energicznego i wygadanego rzecznika. Po co ma sam gadać i narażać się na krytykę. Rzecznik zabrnie za daleko – to się zdementuje.

 

Polecam tę ideę kandydatom. Bo kolegom dziennikarzom coraz trudniej o pracę w kraju. Nawet za grosze. Dziennikarska giełda pracy uboga. A już szczególnie w terenie, gdzie nadętych kacyków więcej niż etatów dla żurnalistów. Wymyślono samozatrudnienie. A kto i z czego będzie płacił narastającym falom emerytów? Rosną wokół szklane drapacze. Ale ci co w międzyczasie zdechną z głodu – już ich nie zaludnią.

 

 

20 V 2019. Stefan Truszczyński