TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zdrajcy z PKWN i bohaterowie z Londynu

W 1944 r. bolszewicy pisali do Stalina, że wkroczenie Armii Czerwonej Polacy uznają za „początek rosyjskiej okupacji”. Wiedzieli, że nie mają poparcia, dlatego władzę przejmowali bezprawnie. Kłamali, że to rząd w Londynie działa na podstawie „nielegalnej” konstytucji kwietniowej z 1935 r. Rządząc przez następne dekady niszczyli i dyskredytowali legalne polskie władze na uchodźstwie.

Bolszewicy kłamali także, że walczą z polskimi „faszystami”. W 1944 r. wkraczającej Armii Czerwonej towarzyszył Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Bolszewicy utworzyli go 22 lipca 1944 r. w Chełmie (faktycznie w Moskwie – tu odbyły się pierwsze trzy posiedzenia), w składzie, m.in.: Edward Osóbka-Morawski, Wanda Wasilewska, Andrzej Witos, Michał Rola-Żymierski, Wincenty Rzymowski. „Doradzał” sowiecki gen. Nikołaj Bułganin, który według Nikity Chruszczowa „miał uprawnienia specjalne, włączając w to władzę nad [polskim] wojskiem”.

Podobnie było w 1920 r. Wtedy, 23 lipca w Smoleńsku (faktycznie w Moskwie), bolszewicy stworzyli Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, zwany Polrewkomem, jako zalążek przyszłej komunistycznej władzy. Towarzysze – m.in. Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon, Józef Unszlicht – przemieszczali się pociągiem pancernym za frontem wkraczającej Armii Czerwonej. „Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi”, autorstwa Dzierżyńskiego, mówił wprost o likwidacji II Rzeczypospolitej i powstaniu Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad. „Doradzał” sowiecki komisarz Iwan Skworcow-Stiepanow.

Na zdobytych terenach Podlasia i części Mazowsza bolszewicy bez powodzenia tworzyli Polską Armię Czerwoną, wydawali w języku polskim „Gońca Czerwonego”, a przede wszystkim, w ramach terroru rewolucyjnego, represjonowali, grabili i mordowali Polaków – np. w Białymstoku rozstrzelali przedstawicieli miejscowej elity, w tym prezydenta miasta. Wobec klęski Armii Czerwonej Polrewkom musiał uciekać z Polski i ostatecznie został rozwiązany.

Odpowiednikiem „Manifestu do polskiego ludu roboczego miast i wsi” był „Manifest PKWN”. Odpowiednikiem Polskiej Armii Czerwonej było ludowe Wojsko Polskie, a „Gońca Czerwonego” „Trybuna Ludu”.

Manifest stwierdzał, że jedynym legalnym źródłem władzy w Polsce jest komunistyczna, uzurpatorska Krajowa Rada Narodowa, a powołany przez nią PKWN „legalną tymczasową władzą wykonawczą”. Tymczasem jedyny legalny rząd emigracyjny w Londynie, działający na podstawie przedwojennej konstytucji kwietniowej, owi czerwoni przestępcy określili jako „władzę samozwańczą”. Następował kolejny krwawy etap rozprawy z polskimi niepodległościowcami.

Błędem byłoby twierdzenie, że PKWN to tylko przeszłość, że odszedł razem z klęską komuny. No bo przecież komuna wcale od nas nie odeszła, ona trwała w najlepsze rozkradając nasz kraj. Dzieci i wnukowie owych PKWN-owców, dzięki Okrągłemu Stołowi, do niedawna rządziły Polską.

O tym, że ludzie PKWN nie zniknęli, tylko zachowali, a nawet zwielokrotnili wpływy (także zyski), najlepiej świadczył uroczysty pochówek – w 2014 r. – Wojciecha Jaruzelskiego w miejscu, gdzie nigdy nie miał prawa być pochowany, czyli na warszawskich Powązkach Wojskowych – nekropolii polskich bohaterów. Przywódcę komunistów polskich władze III RP pożegnały z najwyższymi honorami państwowymi, wojskowymi i kościelnymi.

Z drugiej strony – za czasów PO-PSL – zablokowano prace ekshumacyjne polskich bohaterów na cmentarzu na Służewie i na „Łączce” Powązek Wojskowych. W prawdziwie wolnej, niepodległej Rzeczpospolitej taka postawa byłaby niemożliwa, wręcz piętnowana. Tak jak niemożliwe byłoby dalsze trwanie Pałacu Stalina (pod kamuflującą nazwą Pałacu Kultury i Nauki). II RP kazała rozebrać okupacyjnego kolosa – sobór Aleksandra Newskiego na ówczesnym Placu Saskim.

Współczesne pseudoelity rodem z PKWN nie chciały też rozliczać komunistycznej przeszłości. Nie sądziło się oprawców za stosowanie drakońskiego prawa, lecz za jego naruszenia. A zatem całkiem prawomocne i legalne było ściganie, strzelanie do AK-owców i WiN-owców, a jedynie odrobinę nieprawomocne było wyrywanie im paznokci podczas ubeckich śledztw. Takie podejście do stalinowskiej przeszłości powodowało, że w Polsce nie nastąpiła moralna odnowa, odbudowa wartości narodowych. W świetle dzisiejszego prawa i aktywności lobby broniącego oprawców z UB, czy Informacji Wojskowej (później znana pod nazwami WSW i WSI), haniebny proces rotmistrza Witolda Pileckiego był całkiem praworządny. Bo przecież sędziowie w polskich mundurach (nie było istotne, że naprawdę byli przebierańcami, ludźmi sowieckimi) sądzili szpiega i bandytę. A dziś postkomunistyczne media (prym wiedzie tygodnik Polityka) kłamią, że Witold Pilecki poszedł na współpracę z oprawcami z UB.

Przedwojenna Polska została wymordowana przez PKWN-owców. Ci, którzy zdecydowali się wrócić z Londynu – wojskowi, politycy, twórcy – w najlepszym razie byli represjonowani i inwigilowani. Przedwojenne elity Rzeczpospolitej zostały poddane cenzorskiej obróbce i bolszewickiej propagandzie. Komuniści zastosowali wobec wolnych Polaków jeszcze potworniejszy oręż – zapomnienie. Stąd obywatele współczesnej Rzeczpospolitej zdecydowanie bardziej kojarzą takich niegodziwców i zbrodniarzy, jak Jaruzelski, Kiszczak, Urban, Bierut czy Gierek, niż wspaniałych przedstawicieli polskich elit wojskowych i cywilnych, by wymienić tylko Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego, gen. Stanisława Sosabowskiego, czy gen. Stanisława Maczka (wyzwoliciel Bredy jest w tym gronie ciut bardziej rozpoznawalny), pisarza Józefa Mackiewicza, Ferdynanda Goetela, Sergiusza Piaseckiego…

Mamy jeszcze smutny aspekt międzynarodowy. Niestety, nasi wojenni sojusznicy uznali (w lipcu 1945 r.) emanację PKWN – Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej za legalną władzę w Polsce, odmawiając poparcia jedynemu legalnemu rządowi w Londynie.

Teraz sprowadziliśmy z Cmentarza Lotników Polskich w Newark w Wielkiej Brytanii i pochowaliśmy w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie prochy trzech prezydentów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej na uchodźstwie: Władysława Raczkiewicza, Augusta Zaleskiego i Stanisława Ostrowskiego. To ważna dla Polaków symbolika, bo większość z nas dba o groby. I mam nadzieję, że godne, państwowe uroczystości wywołały refleksję, że ci nasi krajanie, mężowie stanu wrócili do Ojczyzny po latach przymusowego wygnania. A ich nazwiska choć na moment stały się trochę bardziej bliskie.

Ale czy ten uroczysty pochówek najwyższych reprezentantów Polski pociągnie za sobą coś więcej? Restytucję polityczną, prawną i moralną prawdziwie wolnej i niepodległej Ojczyzny, jaką była II RP? Napisanie nowej konstytucji – odwołującej się nie do tej stalinowskiej, z 1952 r., ale kwietniowej z 1935 r.?

Dopiero wtedy będziemy mogli bez wahania powiedzieć, że wybór prezydentów Raczkiewicza, Zaleskiego i Ostrowskiego (a także Edwarda Raczyńskiego – spoczywa w rodowym mauzoleum w Rogalinie, oraz Kazimierza Sabbata – pozostał wolą rodziny na cmentarzu Gunnersbury w Londynie) przyniósł wymierne efekty. Że ci wybitni Polacy wygrali swoją batalię! A skoro oni wrócili, „prezydenta” Bieruta i innych komunistów powinniśmy odesłać tam, gdzie ich miejsce – do Moskwy.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: TAP – Przysięga wojskowa wobec Boga nadal obowiązuje

10 listopada 1939 r. w kościele garnizonowym przy ul Długiej w Warszawie (dzisiejsza Katedra polowa Wojska Polskiego Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski) ks. Jan Zieja przyjął uroczystą przysięgę twórców Tajnej Armii Polskiej, jednej z pierwszych wojskowych organizacji podziemnych. Komendantem został mjr. Jan Włodarkiewicz „Darwicz”, a szefem sztabu ppor. Witold Pilecki „Witold”.

TAP powstała z połączenia dwóch tajnych grup: Jana Dangla (studenci Szkoły Głównej Handlowej) i wspomnianego mjr. Jana Włodarkiewicza (wojskowi i chrześcijańscy działacze społeczni; Włodarkiewicz został potem szefem dywersyjnej jednostki „Wachlarz”, zmarł 19 marca 1942 r. we Lwowie).

Spotkanie założycielskie odbyło się dzień wcześniej – 9 listopada 1939 r. w mieszkaniu kuzynki Pileckiego – Eleonory Ostrowskiej, na warszawskim Żoliborzu przy alei Wojska Polskiego 40 m. 7.
Tajna Armia Polska miała wyraźny rys chrześcijańsko-narodowy (w dzisiejszym antypolskim bełkocie poprawno-politycznym zostałaby faszystowską). Zajmowała się głównie wywiadem, gromadziła informacje o niemieckich represjach wobec Polaków i współpracownikach okupanta, organizowała – po przygotowaniu lewych dokumentów – przerzut osób do polskiego wojska we Francji, w końcu prowadziła dywersję.

To właśnie w ramach TAP Witold Pilecki przedostanie się dobrowolnie do Auschwitz, aby zbadać możliwość uwolnienia przewiezionych tam wcześniej członków organizacji. 19 września 1940 r., w tym samym mieszkaniu przy alei Wojska Polskiego 40, pozwoli się aresztować Niemcom (dziś na budynku jest tablica, a nieopodal pomnik Pileckiego). Ostrowska zachowa dla potomności słowa, jakie rotmistrz wypowiedział podczas zatrzymania: „Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem”. W obozie razem z odnalezionymi tam TAP-owcami Pilecki założy Związek Organizacji Wojskowej. Gdy w Warszawie powstanie Związek Walki Zbrojnej, przemianowany potem na Armię Krajową, ZOW – tak samo zresztą jak TAP – stanie się ich częścią.

Rota przysięgi żołnierzy Tajnej Armii Polskiej brzmiała:

„Przyjmując za dewizę mego życia hasło:

Bóg, Honor i Ojczyzna

ślubując Narodowi Polskiemu bezgranicznie wierną i ofiarną służbę oświadczam, że złożona w swoim czasie wobec Boga przysięga wojskowa obowiązuje mnie nadal w stosunku do obecnego i jedynie legalnego rządu Gen. Sikorskiego i do władz tajnej organizacji wojskowej N.A.P. [Narodowa Armia Polska – tak brzmiała wcześniejsza nazwa TAP] i zgodnie z tą przysięgą przyrzekam uroczyście słowem honoru:

  1. Zachować ścisłą karność i bezwzględne posłuszeństwo przełożonym organizacyjnym,
  2. Przestrzegać wiernie i ściśle powierzonych mi tajemnic organizacyjnych i nigdy na ten temat rozmów poza służbą z nikim nie prowadzić,
  3. Składając wszystkie swe siły dla dobra Ojczyzny, wypełniać włożone na mnie obowiązki z całą sumiennością i ofiarnością – aż do chwili, gdy z mego przyrzeczenia zwolniony już będę.

Tak mi dopomóż Bóg”.

Ksiądz Jan Zieja pełnił wcześniej posługę m.in. podczas wojny polsko-bolszewickiej, będzie potem aktywny w wielu strukturach konspiracyjnych: kapelan przy Komendzie Głównej AK, Szarych Szeregów oraz Batalionów Chłopskich. Rozwinie współpracę z Frontem Odrodzenia Polski oraz Radą Pomocy Żydom „Żegota”. W Powstaniu Warszawskim zostanie kapelanem walczącego na Mokotowie pułku „Baszta”. W okresie PRL ks. Zieja współzakładał KOR, współpracował z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Solidarnością.

Tadeusz Płużański

 TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Antykomunista” Tadeusz Mazowiecki

3 listopada 2013 r. na cmentarzu w podwarszawskich Laskach odbył się pogrzeb Tadeusza Mazowieckiego. To bezsprzeczny fakt. 24 lata wcześniej, 12 września 1989 r. Sejm powołał rząd pierwszego niekomunistycznego prezesa Rady Ministrów w Polsce od zakończenia II wojny światowej. To nieprawda. Spieszę wyjaśnić, dlaczego.

Media głównego nurtu do dziś ukrywają informacje o Mazowieckim z lat powojennych. A ten „pierwszy niekomunistyczny premier” był wówczas gorliwym apologetą sowieckiego zniewolenia Polski, który produkował haniebne artykuły potępiające Żołnierzy Wyklętych i torturowanego przez bezpiekę biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka.

„Antykomunista” Mazowiecki pisał: „Wychowanie nacechowane podejrzliwością i wrogością wobec postępu społecznego, atmosferą środowiska społecznego rozniecającą lub choćby tylko podtrzymującą bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polski Ludowej, wpływy polityczne przychodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna postawa polityczna ks. bp. Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem – oto sumarycznie ujęte przyczyny działalności przestępczej oskarżonych. (…) nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej i kierowały w tej działalności jego postawą”. Tym smutniejsze, że Mazowiecki znał osobiście bp. Kaczmarka.

Po 1989 r., kiedy takich obrzydliwych tekstów ani Tadeusz Mazowiecki, ani jego zwolennicy nie mogli już ukryć, „pierwszy niekomunistyczny premier” tłumaczył: „Byłem na tym procesie, miałem kartę prasową. Biskup obciążał siebie i wszystkich naokoło, i to mną wstrząsnęło. Nie spodziewałem się, że można siebie i innych tak dalece oskarżać. To było poniżające. Widziałem, że był nerwowy, ale nie przypuszczałem, że znajdował się na środkach farmaceutycznych. Niestety, uwierzyłem w prawdziwość stawianych mu zarzutów. Byłem przekonany, że Kościół w Polsce musi się odnaleźć. Dlatego po procesie napisałem artykuł, jaki napisałem”.

Żołnierzy Wyklętych oskarżał Mazowiecki – razem z Zygmuntem Przetakiewiczem – o pragnienie ugodzenia „bezpośrednio w życie gospodarcze i polityczne kraju drogą dywersji i sabotażu”. Porównywał ich z „hitlerowcami, oprawcami z Dachau, Oświęcimia i Mauthausen”. Po leninowsku usprawiedliwiał ich mordowanie: „byłoby jakąś ahistoryczną, sentymentalną ckliwością nie widzieć tego, że każda wielka przemiana dziejowa pociąga za sobą ofiary także w ludziach. Każda rewolucja społeczna przeciwstawia sobie tych, którzy bronią dotychczasowego porządku rzeczy i tych, którzy walczą o nowy”.

Późniejszy premier atakował także legalny polski rząd w Londynie, nazywając go „rewanżystowskim” i „agenturalnym”: „Ideologia lancy ułańskiej na usługach kapitalistycznej wolności zasłoniła im historyczną szansę wydobycia Polski z wielowiekowych zaniedbań cywilizacyjnych. (…) kierują się zazdrością nie mogąc znieść, że nowa rzeczywistość w Polsce tworzona jest nie przez „fraki, ale kombinezony robotnicze, nie proporczyki kawaleryjskie, ale kielnie murarskie”.

To zresztą nie jedyne prokomunistyczne teksty podobno niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego.

Tę niewątpliwą rysę na życiorysie mógł wszakże, jako premier tzw. III RP, zmazać rzeczywistym odcięciem się nowo tworzonego demokratycznego państwa od komuny. Niestety – Mazowiecki wybrał politykę grubej kreski, a więc braku jakichkolwiek rozliczeń z przeszłością. I tak w „pierwszym niekomunistycznym rządzie od września 1939 r.” zasiadali komunistyczni aparatczycy, a nawet zbrodniarze. Czesław Kiszczak zachował z czasów PRL tekę szefa MSW, Florian Siwicki szefa MON. Czyli jaki to przełom? Antykomunizm z komunistami w rolach głównych?

To wtedy z dymem szły akta bezpieki i uwłaszczała się nomenklatura. Dlatego pierwszym rządem niepodległej Polski był gabinet Jana Olszewskiego, wyłoniony w 1991 r. w wyniku pierwszych w pełni demokratycznych wyborów, a nie na mocy kontraktu okrągłego stołu.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Czy w Polsce skończył się komunizm?

28 października 1989 r., Joanna Szczepkowska w „Dzienniku Telewizyjnym” TVP stwierdziła: „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm!”. Tylko, czy na pewno?

Czy w tym przypadku racji nie ma jeden z towarzyszy? Konkretnie tow. Włodzimierz Czarzasty: „Wyście się z nami, k…wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 roku do-ga-da-li!”. Ten sam Czarzasty, który w 2019 r. na konwencji komunistów w Katowicach wychwalał PRL i dziękował okupacyjnej armii bolszewickiej za „wyzwolenie”. Wyzwolili was – komunistów, Polaków zniewolili.

Czym jest zatem 1989 rok? To pseudo-święto wynikające z kontraktu pseudo-elit, dogadania się ówczesnych komunistów z byłymi komunistami przy Okrągłym Stole. Dlatego trudno się dziwić, że ci uzurpatorzy całkowite odrzucili dorobek II Rzeczypospolitej, wyrzucili do kosza rząd londyński i konstytucję kwietniową.

Okrągłostołowe „elity”, zamiast odwołania się do legalnej, obowiązującej niezmiennie konstytucji kwietniowej, wybrały kontynuowanie konstytucji, na której osobiście poprawki nanosił Józef Stalin. Bo dzisiejsza konstytucja tzw. III RP – tak zażarcie broniona przez ludzi chorujących wciąż na homo sovieticus – jest kontynuacją stalinowskiej ustawy z 1952 r.

Cieniem na porządku prawnym Polski po 1989 r. położyło się również to, że urzędujący na podstawie tej samej konstytucji z 1935 r., legalny prezydent II Rzeczpospolitej na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski nie został pierwszym prezydentem III Rzeczpospolitej.
22 grudnia 1990 r. prezydent Kaczorowski dokonał tylko symbolicznego gestu: przekazał insygnia prawowitej, konstytucyjnej władzy nowo wybranemu prezydentowi Lechowi Wałęsie. Były to: chorągiew RP, pieczęć Kancelarii Prezydenta, oryginał Konstytucji z 1935 r. oraz Order Orła Białego. Wielka uroczystość na Zamku Królewskim w Warszawie. Wielka, ale z biegiem lat coraz bardziej ukrywana. Bo Wałęsie ani reszcie okrągłostołowców nie zależało, aby wracać do jakiejś przedwojennej Polski, jej prawodawstwa i tradycji. Chcieli budować PRL – bis.

A powinno być zupełnie inaczej. Należało najpierw przywrócić obowiązującą niezmiennie od dziesięcioleci konstytucję kwietniową z 1935 r. W miejsce konstytucji stalinowskiej, napisanej w Moskwie i ogłoszonej przez komunistów nigdy nie wybranych przez Polaków w żadnych wyborach. Bo czy nielegalna, uzurpatorska władza może stanowić legalne prawo?

I druga fundamentalna sprawa. Po przywróceniu polskiego – zamiast komunistycznego – prawa automatycznie władzami Polski stawał się Rząd RP na Uchodźstwie i prezydent. Ta władza, która funkcjonowała po 17 września 1939 r. najpierw w Rumunii, potem we Francji, a wreszcie przetrwała dekady w Wielkiej Brytanii, zachowała ciągłość II RP – prawdziwie niepodległego państwa polskiego. W przeciwieństwie do tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która była sowiecką kolonią, całkowicie zależną od Moskwy.

A przynajmniej należało Polaków z Londynu: prezydenta, ministrów, przedstawicieli partii politycznych – prawowitych reprezentantów Rzeczpospolitej (w przeciwieństwie do komunistów) – zaprosić do współrządzenia. Niestety, z Polską Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego, Daszyńskiego, a potem Kaczorowskiego, Sabbata, Andersa – wolną Polską wolnych Polaków, przy Okrągłym Stole wygrała Polska „ludowa” funkcjonariuszy, agentów i poddanych Kremla: Bieruta, Gomułki, Jaruzelskiego, Kiszczaka i Urbana. Ten stan w wielu aspektach – przez brak powszechnej dekomunizacji – trwa do dziś.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Plującym na „Lalusia”

„Józef Franczak, żył lat 45, zginął 21 X 1963. Poświęcił życie za wolność Ojczyzny, której nie doczekał” – taki napis wyryła rodzina na skromnym grobie w podlubelskich Piaskach w 1983 r. Wtedy jeszcze nie można było mówić, co naprawdę stało się z „Lalusiem” – że to ostatni partyzant II RP, który zginął w walce z SB i ZOMO. Wyklęty przez komunistów Żołnierz Niezłomny.

Była godzina 15.40, Majdan Kozic Górnych – mała wioska 20 kilometrów od Lublina i 8 kilometrów od Piask. Bezpieka napisała: „Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy. (…) Mimo wzywania go do zdania się podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m. od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł”.

Przez kolejne lata PRL Józef Franczak „Laluś” był przez komunistów wyklinany. Ale do dziś są w Polsce środowiska, które uważają, że został zamordowany słusznie, jako pospolity bandyta.

„Jako pseudohistoryczną podbudowę kultu «wyklętych» stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy to mit powstania antykomunistycznego, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową wyznacza śmierć Józefa Franczaka «Lalka» z oddziału Zdzisława Brońskiego «Uskoka», który zginął w obławie 21 października 1963 r.” – napisał tygodnik „Przegląd”, pod jakże znamiennym tytułem: „Bandyci, a nie święci”.

W tym (post)komunistycznym organie można przeczytać dalej: „Od lutego 1953 r. Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była «akcja ekspropriacyjna», czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim”. Autor „zapomniał” napisać, że „Laluś” przeżył, bo ok. 200 osób z okolicznych wiosek pomagało mu przetrwać – zapewniało dach nad głową, wikt i opierunek. Była to podzięka za wcześniejszą, wieloletnią obronę przed Niemcami i Sowietami.
Przez lata rodzina i sąsiedzi myśleli, że „Lalusia” zadenuncjował sąsiad – Wacław Beć, u którego ukrywał się feralnego dnia. Jak wynika z akt IPN, była to celowa, ubecka dezinformacja. Franczaka wydał TW „Michał” – Stanisław Mazur, stryjeczny brat Danuty Mazur, narzeczonej „Lalusia” i matki jego syna. Za kapowanie dostał w sumie 12 050 zł, z tego prawie połowę – około 5000 zł za donosy na „Lalusia”. Rozumiem, że ci, którzy do dziś potępiają Józefa Franczaka, będą bronili agenta, który go zakapował.

Będą też bronili prokuratora, który 24 października 1963 r. polecił: „Proszę o zdjęcie głowy ze zwłok Józefa Franczaka”? Jaki był cel owego barbarzyństwa? Zemścić się, pohańbić, wykląć. Czaszka „Lalusia” została odnaleziona dopiero współcześnie na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Wcześniej służyła studentom do eksperymentów. Po identyfikacji przekazano ją Markowi Franczakowi, synowi „Lalusia”.

W 2021 r. w krakowskim Parku Jordana opluty został pomnik „Lalusia”. Opluto tym samym jego kartę w służbie Ojczyzny. Przedwojenną naukę w szkole żandarmerii w Grudziądzu. Po 17 września 1939 r. aresztowanie przez sowietów i ucieczkę z niewoli, a następnie walkę z Niemcami w ramach ZWZ/AK na Lubelszczyźnie.

To tak, jakby wyśmiać los żołnierza bez wyboru, który poszukiwany przez NKWD musiał wrócić do konspiracji. Zapomnieć udziału w wielu akcjach na „utrwalaczy władzy ludowej”, wielokrotne rany, aresztowanie, z którego udało mu się uciec. Jakby opluć jego zamordowanych dowódców: Antoniego Kopaczewskiego „Lwa”, Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”, Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. W końcu jakby powiedzieć, że 21 października 1963 r., kiedy „Laluś” został okrążony i zamordowany przez ZOMO i SB w Majdanie Kozic Górnych koło Piask to nie symboliczny koniec tragicznej walki żołnierzy II RP o wolną i niepodległą ojczyznę, tylko zasłużona kara za pospolitą bandyterkę. Opluć dziś Józefa Franczaka „Lalusia” to tak, jakby przyznać rację wszystkim jego oprawcom.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Upamiętnijmy godnie bohaterów z „Łączki”

Na marginesie skandalu z pochówkiem zbrodniarza Urbana na Powązkach Wojskowych w Warszawie, należy wrócić do idei dekomunizacji tego wyjątkowego polskiego cmentarza, ale także (i o tym jest ten tekst) budowy na „Łączce” Panteonu Bohaterów Narodowych.

Obie priorytetowe sprawy są ze sobą bezpośrednio związane – wymagają przejęcia nekropolii przez państwo polskie z rąk stołecznego magistratu, bo w obu tych kwestiach miasto stołeczne Warszawa pod wodzą wcześniej Hanny Gronkiewicz-Waltz, a dziś Rafała Trzaskowskiego nie robi nic, bo… nie chce. Jedyna zatem nadzieja we władzach Rzeczpospolitej, a wiem, że nacjonalizacja Powązek Wojskowych jest przez odpowiednie ministerstwa i instytucje brana pod uwagę. Moją rolą jest przypominanie…

A teraz garść faktów, związanych z naszą walką o repolonizację Powązek Wojskowych i oddania należnego hołdu zasłużonym.

„Panteon Bohaterów Narodowych powinien obejmować obszar całego dawnego pola więziennego, tam, gdzie po wojnie byli grzebani pomordowani. Teren „Łączki” należy do pomordowanych żołnierzy i działaczy Polskiego Państwa Podziemnego” – pisaliśmy w 2014 r. jako Fundacja „Łączka” do ówczesnego sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Krzysztofa Kunerta. Ale pan minister zamiast Panteonu postawił na stołecznych Powązkach Wojskowych panteonik. Ten stan w ramach polityki faktów dokonanych trwa do dziś.

Od grudnia 2013 r., kiedy powstała Fundacja „Łączka”, domagaliśmy się przeprowadzenia na Powązkach ekshumacji, identyfikacji i upamiętnienia wyklętych przez komunę Żołnierzy Niezłomnych. Dziś ekshumacje zostały zakończone, identyfikacja szczątków trwa, pozostało godne upamiętnienie.

Upamiętnienie ministra Kunerta do tej godnej kategorii nie należy. Panteonik – bo nie Panteon – stanął tylko na części „Łączki”, dokładnie na terenie 18 x 18 m. Tym samym p. sekretarz pozostał całkowicie głuchy na oczekiwania „łączkowych” rodzin.

W liście do Andrzeja Kunerta właśnie o rodziny pomordowanych pytaliśmy: „Oni nie mogą być zlekceważeni. Jesteśmy przekonani, że nie dopuści Pan do takiej sytuacji i że rodziny ofiar „Łączki” uzyskają możliwość wzięcia udziału w tworzeniu Panteonu Bohaterów Narodowych, a ich opinia będzie przez Państwa traktowana z należytym szacunkiem”.

Również na to p. Kunert pozostał obojętny. Potem próbował wmawiać Polakom, że dla budowy panteoniku ma poparcie rodzin, a wręcz… został przez nie zmuszony.

Jak wyglądały konsultacje Kunerta? Po wielu miesiącach wysłał list do części rodzin. Z tej części zgodę uzyskał od jeszcze mniejszej części. Minister nie poinformował rodzin, że upamiętnienie będzie ograniczone do powierzchni 18 x 18 m, ani że zamiast grobów powstaną szuflady. P. Kunert zignorował również list podpisany przez blisko 200 osób i organizacji, w tym rodziny „łączkowe” (wśród nich bliscy Hieronima Dekutowskiego, Adama Lazarowicza, Stanisława Łukasika, Stanisława Mieszkowskiego). Ponieważ wszyscy oni byli przeciwni budowie panteoniku, uznał, że są niereprezentatywni! Nie akceptował zdania tysięcy Polaków protestujących w Internecie.

Panteonik ministra Kunerta został odsłonięty na Powązkach 27 września 2015 r. Obok w ziemi pozostawały jeszcze szczątki ok. 100 zamordowanych. Czym był ten zabieg, jeśli nie dzieleniem Żołnierzy Niezłomnych na tych, którzy mieli szczęście i zostali wydobyci, oraz tych, którzy tego szczęścia nie mieli?

Dziś wracamy do postulatu budowy – zamiast panteoniku – wielkiego Narodowego Panteonu Chwały, i to nie na skrawku „Łączki”, ale na całym dawnym więziennym polu śmierci (kwatery Ł i ŁII). To prawdziwe upamiętnienie – a nie jego Kunertowa podróbka – powinno przypominać ideą i rozmachem Cmentarz Orląt Lwowskich.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Na śmierć towarzysza Urbana

Zmarł towarzysz Jerzy Urban. Zbrodniarz komunistyczny, w stanie wojennym członek związku przestępczego o charakterze zbrojnym, współsprawca zbrodni na polskich niepodległościowcach i kapłanach, w tym zamordowania kapelana Solidarności ks. Jerzego Popiełuszki i Grzegorza Przemyka. W tzw. III RP przez (post) komunistów i „demokratów” uważany za autorytet, po śmierci nagrodzony spoczynkiem na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

W 2019 r. na cześć tego żałosnego starca zorganizowano imprezę na Polu Mokotowskim w Warszawie. Ogłupiona gawiedź skandowała: „Urban, Urban, Urban”. Na domiar złego impreza odbyła się w rocznicę zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Zamordowania przez czerwonych kumpli czerwonego Urbana.

Ci kumple to nie jacyś trzepakowi bandyci, tylko przywódcy komunistycznego państwa: towarzysz Jaruzelski, towarzysz Kiszczak et consortes. Bo komunizm w Polsce istniał (doprecyzowując: został nam narzucony siłą) i mordował. Oczywiście mordował nie komunistyczny system, ale jego ludzie. Jedni mordowali, inni tym zbrodniom zaprzeczali, czyli kłamali. W panteonie czerwonych kłamców poczesne miejsce zajmuje właśnie Jerzy Urban.

Przypomnijmy zatem mądrzejszym (bo ogłupiona gawiedź i tak nie pojmie), co to za jegomość, a lepiej powiedzieć – bolszewicki drań. Bo Urban to propagandysta wojny polsko-jaruzelskiej, którego nieprzypadkowo senator Bender nazwał „Goebbelsem stanu wojennego”. To gęba totalitarnego, zbrodniczego systemu, którego „nieznani sprawcy” likwidowali Polaków, w tym księży. Nie tylko Jerzego Popiełuszkę, ale i Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca, Sylwestra Zycha. Ci trzej niezłomni kapłani zginęli w 1989 r.

Jana Pawła II zamordować nie zdołali, choć on był głównym celem. Po nieudanym zamachu pozostało ośmieszanie i opluwanie. A kto papieża nazywał „sędziwym bożkiem, Breżniewem Watykanu, Obwoźnym sado-maso”? Właśnie Urban.

Bo Urban był nie tylko rzecznikiem „polskich” bolszewików, ale też jednym z decydentów ich polityki w stanie wojennym. Jego twórców sąd w III RP nazwał związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Urbana też – choć na ławie oskarżonych nie zasiadł. No bo kto na miesiąc przed zabójstwem ks. Popiełuszki, we wrześniu 1984 r., nazwał kapelana Solidarności „Savonarolą antykomunizmu”? Kto rok wcześniej namawiał Kiszczaka do stworzenia w MSW specjalnego pionu propagandowego, który kreowałby czarną propagandę, a z drugiej strony ocieplał wizerunek SB, MO i ZOMO?

A dzisiejszym komunistom, dla których ów czerwony Goebbels jest guru, przypomnę, jak kłamał o homoseksualistach prześladowanych przez jego kolegów z MSW w ramach akcji „Hiacynt”.

W tzw. III RP miejsce Jerzego Urbana – „Goebbelsa stanu wojennego”, powinno być nie na imprezie w knajpie, ale w więzieniu. Powinien tam trafić jako główny propagandysta czerwonych bandytów na szczytach komunistycznej władzy. To się nie udało w jego przypadku i większości innych czerwonych drani.

Dlatego nie cieszę się, że Jerzy Urban zmarł, bo zmarł nieosądzony. A na koniec Powązki – gdzie położy się w rodzinnie grobie. Kiedyś nekropolia chwały polskiego oręża. Dziś cmentarz komunalny dla komuny. Zbrodniarze obok „Łączki” i kwater powstańczych.

Znamy wyniki „referendów” na Ukrainie – pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wybory po bolszewicku

Na „wyzwolonych” przez orków Putina ziemiach ukraińskich odbyły się „referenda”. Wyniki są znane od dawna. Większość mieszkańców opowie się za wcieleniem do Federacji Rosyjskiej. Do podobnych masowych fałszerstw doszło na okupowanych ziemiach polskich trzy razy: 22 października 1939 r., 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego).

22 października 1939 r. agresor sowiecki nazwał kłamstwa nad urną „wyborami do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Te pseudo-wybory zostały oczywiście poprzedzone propagandą, której pierwszym aktem była nota dyplomatyczna, jaką 17 września 1939 r. o świcie otrzymał polski ambasador w Moskwie Wacław Grzybowski: „Wojna polsko – niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. […] Warszawa jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie przejawia oznak życia. […] Tym samym utraciły ważność umowy, zawarte pomiędzy ZSRS a Polską […] Wobec powyższych okoliczności Rząd Sowiecki polecił Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazało wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod opiekę życie i mienie ludności Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy.” Ani jedno zdanie nie było tu prawdziwe.

Państwo polskie nie zbankrutowało. Warszawa biła się jeszcze 11 dni: skapitulowała 28 września 1939 r. Legalny, bo działający na podstawie konstytucji kwietniowej rząd RP, po przeniesieniu do Francji, a potem Wielkiej Brytanii, będzie istniał do grudnia 1990 r. A Armia Czerwona nie przekroczyła granicy, tylko brutalnie, bez wypowiedzenia wojny, nas zaatakowała mordując wszędzie branych do niewoli jeńców wojennych (jak później w Katyniu), oraz nikogo i niczego nie wzięła pod opiekę, ale zaczęła totalnie zabijać, łupić i niszczyć.

Jednak to ludobójstwo i barbarzyństwo trzeba było – wzorem moskiewskim – zalegalizować. Temu służyły wspomniane „wybory do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Miały się odbyć jeszcze „wybory do Polskiego Zgromadzenia Ludowego”, ale w wyniku „traktatu o granicy i przyjaźni” z 28 września 1939 r.  – de facto II paktu Ribbentrop-Mołotow – tereny Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza przypadły III Rzeszy niemieckiej, w zamian za m.in. Wileńszczyznę dla ZSRS.

Decyzję o przeprowadzeniu tych „wyborów” podjęło 1 października 1939 r. Biuro Polityczne KC WKP(b) – to samo najwyższe gremium sowieckie, które decydowało wcześniej o ludobójstwie w ramach „operacji polskiej NKWD”, a później o ludobójstwie katyńskim. Od początku szalał terror i propaganda. 22 października, dodatkowo, po miastach poruszały się specjalne grupy agitacyjne: piesze lub samochodowe, namawiające do głosowania na kandydatów „demokratycznych”. W lokalach wyborczych mieszkańców zachęcano kupnem niedostępnych na ogół towarów, lub napiciem się alkoholu. Opornych doprowadzano siłą.

Jakie były wyniki? Na „zachodniej Ukrainie” frekwencja wyniosła 92,83 procent, z czego ponad 90 procent „głosowało” na „demokratów”. Na „zachodniej Białorusi” było to odpowiednio: 96,7 i także ponad 90 procent.

Ale to tylko pierwszy etap „wyborów”. Kolejnym było opowiedzenie się „wybranych” w ten sposób gremiów za przyłączeniem do ZSRS. Rada Najwyższa Związku Sowieckiego oczywiście przychyliła się do owych „próśb”, co skutkowało formalną aneksją ziem II Rzeczpospolitej do powiększonych w ten sposób: Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Obywatelom polskim nadano sowieckie obywatelstwo. Potem, by dopełnić zbrodni, był Katyń i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb ZSRS.

Podobne operacje sowieci przeprowadzili po ponownym „wyzwoleniu” Polski w latach 1944/1945. Dwa akty wyborcze: 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego) zostały sfałszowane. W obu przypadkach głównym manipulatorem był oddelegowany do tego przez Stalina Aron Pałkin. Okupacja skolonizowanej Polski, rozpoczęta 17 września 1939 r., trwała aż do 1989 r. – choć ja bym bardziej łączył tę drugą graniczną datę z 1993 r., kiedy we wrześniu opuściły naszą Ojczyznę ostatnie wojska sowiecko-rosyjskie.

 

 

O niezwykłej postaci pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Mąż zaufania Piłsudskiego – Walery Sławek

25 września 1908 r. był jednym z liderów PPS-Frakcja Rewolucyjna, grupy kierowanej przez Józefa Piłsudskiego grupy , która w napadzie na pociąg pocztowy na małej podwileńskiej stacji Bezdany konfiskuje 200 tys. rubli należących do rosyjskiej kasy rządowej. Późniejszy premier Walery Sławek stoi na czele bojowców, którzy przebrani za pasażerów rozbrajają wojskową eskortę.

9 czerwca 1906 r. bierze udział w akcji na pociąg pocztowy pod Milanówkiem. Gdy montuje bomby na torach, jedna z nich wybucha mu rękach. „miałem wrażenie jakiegoś straszliwego łomotu. Jakby parowóz wjeżdżał mi na głowę. (..) Gdy lewą ręką otarłem powieki, poczułem, że z palców sterczą kostki. Przyszła mi myśl jasna i wyrazista, że jestem ślepy i bez rąk. I jadowity sarkazm, że trzeba będzie iść chyba pod kościół na żebry. Zwróciłem się do kolegów, żeby mnie dobili”. Sławek przeżył wypadek, ale stracił lewe oko i ogłuchł na jedno ucho, miał okaleczone ręce, poszarpaną twarz i piersi.

W 1914 r. Piłsudski bierze Sławka do sztabu I Brygady Legionów. Pełniąc nadal oficjalne funkcje w kierownictwie PPS zostaje, wedle słów Bogusława Miedzińskiego, „osobistym ambasadorem” Komendanta.

Stały dostęp do Marszałka

Piłsudski, zaufawszy Sławkowi, powierza mu organizację Związku Walki Czynnej i kontrolę nad partyjnymi finansami. „Sławek staje się niejako urzędowo mężem zaufania Piłsudskiego i wiernym wykonawcą jego zamiarów i planów” – czytamy w książce przedwojennego dziennikarza Konrada Wrzosa „Piłsudski i piłsudczycy”. Kilka lat później, na gwiazdkę 1924 r., Piłsudski ofiarowuje Sławkowi swoją książkę „Rok 1920” z dedykacją: „Kochany Gustawie. (..) Jesteśmy jak dwa stare, niezmęczalne konie, co chodzą często jakimiś wertepami osobno, spotykając się na prostym gościńcu swego życia raz po raz, by się przywitać wesoło i stanąć razem do ciągnięcia tej samej bryki”.

W kontaktach prywatnych zostają przyjaciółmi. Sławek jako jeden z niewielu ma stały osobisty dostęp do Marszałka. Przyjmowany jest zawsze i natychmiast. W późniejszym okresie często gości w Sulejówku, z rodziną Marszałka spędza nawet wigilie. We wspomnieniach Aleksandry Piłsudskiej czytamy: „Gdy zapowiedziane było przyjście Sławka, zawsze musiały być śledzie zapiekane z grzybami, bo była to jego ulubiona potrawa”. Sławek „bywał w Belwederze często, zazwyczaj nocą. I Piłsudski zachodził do Sławka na ulicę Chopina 1, na długie rozmowy z nim i z innymi” – pisze w „Kronice życia Józefa Piłsudskiego” Wacław Jędrzejewicz, jeden z bliskich współpracowników Sławka.

„BeBe”

Był tytanem pracy. Wszystko, co robił nie służyło jego własnej karierze. „Wśród polskiego snobizmu był to człowiek nadzwyczajnie prosty, skromny (..), w którym dygnitarstwo nie zmieniło nic z duszy, z serca, z obyczajów, pozostał biednym, trochę marzycielskim inteligentem” – pisał Stanisław Cat-Mackewicz w swojej Historii Polski – „Sławek był to typ najbardziej sienkiewiczowski ze wszystkich „pułkowników”, widzimy go doskonale w roli Skrzetuskiego i na „dzikich polach” i w dysputach z Chmielnickim”.

„Oto spiskowiec, emisariusz, żołnierz, bohater. Oto przyjaciel zmarłego Marszałka. Łączyło ich braterstwo poglądów, upodobań, nastrojów. Razem tworzyli legendę zmartwychwstania Polski” – czytamy w wileńskim „Słowie” z maja 1938 r.

Po przewrocie majowym Sławek dużo czasu spędza w Belwederze. Marszałek powierza mu zadanie tworzenia organizacji politycznej sanacji, która z poparciem różnych odłamów społeczeństwa – od lewicy, do prawicy, wygrałaby wybory parlamentarne i była silnym oparciem dla rządu. „Na nas dzisiaj spada obowiązek specjalny; nauczyć troski o Państwo, które nie na darmo zostało zdobyte, zaszczepić w społeczeństwie zaufanie do własnych sił i pobudzić je do zmagań o rozbudowę swojej przyszłości. (..) Służba na rzecz Państwa i jego potęgi niech będzie naszą ambicją i radością” – mówił w wywiadzie dla „Głosu Prawdy” z 8 grudnia 1928 r.

W styczniu 1928 r. ogłoszona zostaje deklaracja Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Sukces wyborczy bloku w marcu tego roku (zdobycie ponad 25 proc. głosów) sanacja zawdzięcza ciężkiej, wielomiesięcznej pracy Sławka. Dodać należy, że były to pierwsze wybory w niepodległej Polsce, które zostały częściowo sfałszowane. Sławek zostaje prezesem BBWR i szefem jego klubu sejmowego, nazwanego pogardliwie przez przeciwników Bezpartyjnym Blokiem Wyjących z Rozpaczy, lub w skrócie „BeBe”.

BBWR to próba stworzenia pozytywnego programu rządzenia, w miejsce dotychczasowej polityki negacji rządów przedmajowych. Prócz Sławka blok nie posiada jednak silnych indywidualności. Napływa do niego „mnóstwo aferzystów i karierowiczów, czuł do nich wstręt, jak Piłsudski, gdy mówił, że go wszy oblazły” – pisze Mackiewicz.

Utworzenie bloku jest, po akcji bezdańskiej, kolejnym przewrotem w życiu Sławka. Porzucając ostatecznie mundur bojowca staje się jednym z głównych aktorów sceny politycznej. We wrześniu 1930 r. czołowi opozycjoniści zostają osadzeni w twierdzy w Brześciu nad Bugiem. Sławek usprawiedliwia akcję: „Partie te w formie wykrętno-spryciarskiej co prawda, ale niemniej jasnej (..) dążyły do wywołania interwencji obcych czynników w nasze stosunki wewnętrzne”.

Dyżurny ideolog kraju

„Wierzę, że możemy przejść do historii z nie mniejszą sławą niż Sejm czteroletni” – mówił na jednym z posiedzeń BBWR. Uważa, że po przewrocie majowym nowa konstytucja jest priorytetem dla państwa.

Sławek staje się pierwszym ideologiem obozu. W roli politycznego teoretyka czuje się dużo lepiej niż w praktycznym kierowaniu państwem. Mimo, iż nie jest on jedynym autorem konstytucji, nosi ona wyraźne piętno jego poglądów. Ich trzon stanowią zapisy o zespoleniu wszystkich obywateli w pracy dla państwa, które jest wartością nadrzędną, wzmocnieniu władzy prezydenta, przy ograniczeniu znaczenia Sejmu.

Przeciwko projektowi występuje cała opozycja, zarzucając Sławkowi chęć wprowadzenia w Polsce ustroju autorytarnego. Sławek jednak, wzorem Piłsudskiego „uważał, że nie należy zwracać uwagi na to, co mówi opozycja, nie należy z nią dyskutować i jej odpowiadać, tylko robić swoje, realizować swoją politykę” – pisze Andrzej Micewski.

Sławek dał państwu konstytucję. Aby zapewnić jej wprowadzenie Piłsudski uczynił go po raz trzeci premierem. „Piłsudski czuł się bardzo chory, zażądał więc, aby premierostwo oddane było człowiekowi, któremu ufał bezgranicznie” – pisze Mackiewicz. W lipcu 1935 roku za opracowanie konstytucji Sławek uhonorowany został przez prezydenta Mościckiego Orderem Orła Białego.

Państwo samorządowe

Piłsudski nie zostawił politycznego testamentu. „Wydawało się, iż uznano raczej milcząco, że obowiązuje ta część ustnego testamentu Marszałka, która mówiła o Sławku jako o jedynym następcy Mościckiego” – pisał Władysław Pobóg-Malinowski w swojej Historii Polski. Historycy cytują zdanie, jakie wypowiedzieć miał Piłsudski do Mościckiego w 1933 r.: „Sądzę, że gdy będziesz zmęczony, to na twoje miejsce miejsce powinien przyjść Sławek”. Janusz Jędrzejewicz uważa, że w 1935 r. „pozycja Sławka w świecie starych towarzyszy broni nie budziła żadnych wątpliwości”. Sam Sławek, wedle słów Mackiewicza, „czekał aż Mościcki zgodnie z dyrektywą Piłsudskiego prezydenturę mu ustąpi”.

Szybko okazało się, że nikt nie zamierza przywiązywać do słów Marszałka jakiegokolwiek znaczenia. Konflikty w sanacji, łagodzone przez Piłsudskiego, po jego śmierci pogłębiły się. Rozpoczęła się bezpardonowa walka o stołki. Głównymi jej aktorami była grupa pułkowników skupiona wokół Edwarda Śmigłego-Rydza, Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych i bardziej liberalna grupa zamkowa prezydenta Mościckiego. Obie grupy uważały, że Sławek na urzędzie prezydenta nie da sobie rady, a Piłsudski przeznaczył go do tej roli, nie przewidując swojej śmierci. „Przypominało to spory średniowieczne o właściwe rozumienie Pisma Świętego. W rzeczywistości szło o to, kto znajdzie się przy władzy” – pisze Adam Pragier.

Duch Komendanta

Odsunięty od polityki, która była jedynym sensem jego życia, osamotniony, 2 kwietnia 1939 r. popełnił samobójstwo w swoim mieszkaniu przy Alei Szucha 16 w Warszawie. Tylko w ten sposób mógł zaprotestować przeciw niweczeniu dzieła Komendanta. Jędrzejewicz porównuje Sławka do bohatera narodowego Japonii, generała Nogi, który odszedł, nie mogąc się pogodzić ze śmiercią swego cesarza.

„O godz. 6 pp., Sławek zaczął palić wszystkie swoje listy, papiery, dokumenty; poczucie odpowiedzialności i konspiracji nie opuszczało go nigdy, potem swoim dziecinnym trochę pismem napisał na kawałku papieru: „Odbieram sobie życie. Nikogo proszę nie winić”. Poniżej dodał: „Spaliłem papiery o charakterze prywatnym, a także wręczone mi w zaufaniu. Jeżeli nie wszystkie, proszę pokrzywdzonych o wybaczenie. Bóg wszystko widzący może mi wybaczy moje grzechy i ten ostatni” – relacjonuje Cat-Mackiewicz – Strzelił do siebie z browninga, którego używał w czasach PPS. „Była godz. 8.45 wieczorem. Niedziela. Piłsudski umarł także w niedzielę o godz. 8.45. wieczorem. Duch Sławka podążył do przyjaciela. (…) Czuł się jak wierny pies, który nie potrafi spełnić swego obowiązku”. Zmarł nazajutrz w klinice wojskowej.

Klęska Sławka była klęską działającego w konspiracji ideowca, który nie potrafił w niepodległym państwie przejść na tory skutecznego działania legalnego. Będąc u szczytu władzy zachowywał się jak wieczny opozycjonista, któremu marzy się lepsza przyszłość swojej Ojczyzny. Był wielkim człowiekiem, ale miernym politykiem.

Sławek miał nadzieję, że jego odejście wpłynie na złagodzenie sporów w sanacji. Nieoczekiwana i manifestacyjna śmierć wywołała co prawda wstrząs w ekipie rządzącej, ale nie spowodowała zmiany jej polityki, co tragicznie odbiło się pięć miesięcy później, we wrześniu 1939 r.

    ***

„I czekał w grobie śród klęski swej ciemnej, I z poległymi przeliczał ruiny, Strzelec tragiczny, wróżbita daremny, Smutniejszy od nich, bo sam pełen winy” – napisał Kazimierz Wierzyński w kwietniu 1940 roku, w rocznicę śmierci Sławka – „Rok temu echo samotnego strzału każdy odpędzał niedbale od ucha, Strzał się oddalał, rozwiewał pomału: Dziś go jak gromu z otchłani się słucha”.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści „rozliczali” komunistów

16 września 1957 roku rozpoczął się proces wysokich funkcjonariuszy bezpieki: wiceszefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Romana Romkowskiego (Natana Grunszpan-Kikiela), szefa Departamentu Śledczego MBP Jacka Różańskiego (Józefa Goldberga) i dyrektora X Departamentu MBP Anatola Fejgina.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 roku mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 roku nadzorował śledztwo przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Miał też osobiście przesłuchiwać rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.

Po ucieczce do USA Józefa Światły 10 października 1954 roku Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

„Odwilżowa” Komisja Mazura interesowała się m.in. tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie. Jeden z pracujących tam ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę z siebie obciążając przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

28 listopada 1954 roku Roman Romkowski został odwołany ze stanowiska wiceministra bezpieki. W 1956 roku aresztowany i w marcu 1957 roku skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Zwolniony w 1964 roku. Zmarł w 1968 roku, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Na fali propagandowej destalinizacji w listopadzie 1954 roku aresztowany został również Jacek Różański (Józef Goldberg), a w 1955 roku skazany na 5 lat więzienia (na mocy amnestii zmniejszono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy). W czasie drugiego procesu w 1957 roku skazany ostatecznie na 14 lat więzienia. Podczas obu procesów całkowicie pominięto jego odpowiedzialność za aresztowania i torturowanie członków polskiego podziemia niepodległościowego. Oskarżony i skazany został jedynie za stosowanie „niedozwolonych metod” wobec kilkudziesięciu członków PZPR (w latach 1948-1950 Różański kierował grupą rozpracowującą „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). Udowodniono mu „zabronione przez prawo metody w toku śledztw przeciwko osobom podejrzanym o działalność antypaństwową, (…) bezpośredni udział w biciu przesłuchiwanych oraz stosowaniu innych niedozwolonych środków”. Stwierdzono ponadto, że jego postępowanie „spowodowało demoralizację podległych mu oficerów śledczych, którzy widzieli w nim wzór do naśladowania”.

Wyszedł na wolność w 1964 roku. Do przejścia na emeryturę w 1969 roku był urzędnikiem w Mennicy Państwowej w Warszawie. Zmarł w 1981 roku w Warszawie w wyniku choroby nowotworowej, po­cho­wa­ny na cmen­ta­rzu ży­dow­skim przy uli­cy Oko­po­wej w War­sza­wie.

Starszy o dwa lata brat Jacka Różańskiego Jerzy Borejsza (Beniamin Goldberg) stalinizował po wojnie polską kulturę, przede wszystkim prasę i wydawnictwa. Aleksander Wat w „Moim wieku” pisał: „Borejsza objął Ossolineum i trochę profesorów wysłał do mamra”.

Stalinowską wierchuszką zachwiała śmierć Stalina i ucieczka do Stanów Zjednoczonych Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba). Odpowiedzialność Anatola Fejgina, dyrektora X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego była szczególna – razem ze Światłą był wówczas (w pierwszych dniach grudnia 1953 roku) w specjalnej misji w Berlinie Wschodnim i nie upilnował swojego zastępcy.

Część kompromitujących władzę informacji Światło ujawnił na antenie Radia Wolna Europa. W kraju rozpoczęło się poszukiwanie winnych, nasiliły wzajemne oskarżenia.

W rezultacie, 7 grudnia 1954 roku, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało zlikwidowane. 10 lutego 1954 roku Anatola Fejgina zwolniono z MBP, przeniesiono do rezerwy, wyrzucono z partii, a w kwietniu 1955 roku aresztowano. 11 listopada 1957 roku Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy skazał go na 12 lat więzienia za to, że od początku 1950 roku do końca 1953 roku w Miedzeszynie i Warszawie, jako kierownik grupy specjalnej, później dyrektor Biura Specjalnego, a następnie dyrektor Departamentu X MBP bezprawnie pozbawił wolności co najmniej 28 osoby i spowodował szczególne ich udręczenie. Przetrzymywał je bezpodstawnie w więzieniu od kilku miesięcy do trzech lat i polecił podległym funkcjonariuszom bezpieczeństwa stosować wobec niektórych z nich przymus fizyczny i psychiczny. Sąd Najwyższy nie uwzględnił rewizji oskarżonego i utrzymał wyrok w mocy. Rzecz w tym, że zbrodnie te znów dotyczyły przede wszystkim „odchylonych prawicowo” komunistów.

Ale „praworządna” Gomułkowszczyzna w ramach komunistycznych walk frakcyjnych musiała poświęcić kogoś ze swoich stalinowskich poprzedników – autorów „błędów i wypaczeń”. Większość odpowiedzialnych w ogóle nie została bowiem rozliczona, np. przed sądem nie stanął szef bezpieki Stanisław Radkiewicz, przeniesiony do resortu Państwowych Gospodarstw Rolnych.
Anatol Fejgin zmarł w 2003 roku w Warszawie, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Manikiurzysta” patriotów z WiN

10 września 1947 r. w Krakowie zakończył się proces działaczy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego. Władze komunistyczne skazały osiem osób na karę śmierci, wśród nich prezesa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego. W śledztwie przesłuchiwał go funkcjonariusz UB Jerzy Kędziora, który żyje do dziś na warszawskim Bródnie.

Płk Niepokólczycki przeżył, bo komuniści zmienili mu karę śmierci na dożywotnie więzienie – na wolność wyszedł w grudniu 1956 r. Jerzy Kędziora katował też innych WiN-owców z tej samej sprawy, np. Edwarda Bzymka-Strzałkowkiego, oficera wywiadu i kontrwywiadu Okręgu Kraków Związku Walki Zbrojnej-Armii Krajowej, po 1945 r. szefa Brygad Wywiadowczych DSZ–WiN (opracowywał i przekazywał Rządowi RP na Uchodźstwie miesięczne sprawozdania o sytuacji w kraju). Bzymek także odzyskał wolność na fali „odwilży”.

Kolejną ofiarę Kędziory, Władysława Jedlińskiego, oficera wywiadu AK, a po wojnie kierownika sieci informacyjnej IV Zarządu Głównego WiN–u, Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie 15 lipca 1955 r. skazał na dożywocie. Z więzienia mokotowskiego został warunkowo zwolniony w grudniu 1957 r.

Kędziora urodził się w 1925 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po wrześniu 1939 r. przebywał we Lwowie, gdzie skończył trzy klasy gimnazjum, miał obywatelstwo sowieckie. Od czerwca 1943 r. służył w Gwardii Ludowej (ps. „Stefan”), a od stycznia 1945 r. w Armii Ludowej (ps. „Francuz”).

Współpracownikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego został w lutym 1945 r., a pracownikiem w maju tego roku. Do grudnia 1947 r. „brał udział w walce z bandami i reakcyjnym podziemiem”. Oprócz tego ukończył dwuletnią Szkołę Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. W MBP doszedł do funkcji kierownika sekcji śledczej.

Kędziora był głównym śledczym w sprawie mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, dowódcy legendarnego oddziału partyzanckiego z Lubelszczyzny. Prowadził ją razem z Eugeniuszem Chimczakiem. Tak znęcali się nad Dekutowskim, że w wieku 30 lat wyglądał jak starzec, miał połamane kości i wybite zęby. „Zaporę” zamordowano 7 marca 1949 r.

Jerzy Kędziora należał również do Grupy Specjalnej MBP – tajnej komórki powołanej latem 1948 r., przekształconej następnie w X Departament, który zajmował się sprawami szczególnymi – „oczyszczaniem” szeregów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z agentów i prowokatorów. Grupa działała w tajnym więzieniu (kryptonim „Spacer”) w Miedzeszynie pod Warszawą.

W 1955 r., na fali „odwilży”, oskarżono Kędziorę, że podczas przesłuchań ciężko pobił Wacława Dobrzyńskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficera Sztabu Głównego AL, przed aresztowaniem naczelnika wydziału w IV Departamencie MBP), w wyniku czego Dobrzyński zmarł. 13 lipca 1955 r. Kędziora został zwolniony z MBP. Następnie wyrokiem z 2 stycznia 1956 r. Sąd Wojewódzki dla m.st. Warszawy skazał go na trzy lata więzienia. W areszcie spędził jednak kilka miesięcy.

W latach 50. Kędziora zeznawał także jako świadek w sprawie odpowiedzialności swoich przełożonych (Różańskiego-Goldberga i Romkowskiego-Kikiela), nadzorującego willę „Spacer”: „Podczas przesłuchań używano takich metod jak: klęczenie na stołku, karcer czy wkładanie ołówka między palce. Pierwszy wypadek z ołówkiem zastosował Światło. (…) W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. (…) W początkowym okresie nie było gum, a któryś z oficerów śledczych, nie pamiętam nazwiska, bił podejrzanego kijem. Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla. Te gumy nazywano »małymi konstytucjami« (faszystowskimi) w odróżnieniu od »dużej konstytucji«, którą zrobił oficer śledczy Laszkiewicz przy pomocy wartowników. Była ona zrobiona z kilku drutów izolowanych”.

Jerzy Kędziora w III RP znów stanął przed sądem. Proces został jednak zawieszony, gdyż – jak uzasadniano – wszystkie ofiary funkcjonariusza UB zmarły. Przeciwko temu zaprotestował Wacław Sikorski, AK-owiec, który po wojnie był przesłuchiwany przez Kędziorę, dzięki czemu sprawa była kontynuowana.

Sikorski wspominał: „Mój śledczy, którego nazwiska nie znam, przesłuchiwał mnie 2–3 razy w tygodniu. Mówił mi: „Podpisz pismo, bo przyjdzie tu kpt. Kędziora, któremu nikt nigdy nie odmówił podpisu. Odbije ci nerki i zdechniesz w więzieniu. Gdy kolejny raz nie chciałem podpisywać, śledczy zwrócił się do strażnika: „Poproście kpt. Kędziorę”. Do pokoju wszedł człowiek w mundurze, w oficerkach. Miał w ręku jakiś drąg (potem przynosił coś gumowego). Podszedł do mnie bliżej i spytał: „Podpiszesz?” Ja na to, że nie. Wtedy zaczął mnie kopać w lewy pośladek. „Podpiszesz?” Nie. Otwartą ręką huknął mnie w lewe ucho. O tu” – Sikorski pokazywał aparat słuchowy. – „To jest po panu Kędziorze. Innym razem tak rąbnął mnie w tył głowy, że upadłem nosem na ścianę. Do dziś mam uszkodzoną przegrodę nosa”.

Wacław Sikorski mówił dalej: „Straszono mnie, że jeśli nie podpiszę dokumentu kończącego śledztwo, znów będę miał do czynienia z Kędziorą”. Innym razem usłyszał: „Ty jesteś ch…, a nie oficer. Wyrok to ja tutaj piszę, a w sądzie ci tylko odczytają. Dostaniesz KS [karę śmierci]”.

Rozpatrujący sprawę Kędziory Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa uznał, że sprawa wymaga wiedzy historycznej i nie jest kompetentny, aby ją właściwie ocenić! Z kolei poproszony o przejęcie sprawy Sąd Okręgowy odmówił, twierdząc, że oskarżony nie jest osobą znaną i nie budzi zainteresowania opinii publicznej!!!

Ostatecznie sąd III RP skazał Jerzego Kędziorę, w styczniu 2012 r. – za znęcanie się w stalinowskim śledztwie nad AK-owcami – na cztery lata więzienia bez zawieszenia. Sąd wyższej instancji obniżył „ze względów humanitarnych” wyrok do trzech lat. Natomiast Sąd Najwyższy najpierw wstrzymał wykonanie kary, ale ostatecznie odrzucił kasację Kędziory – ubek i jego obrońca od początku domagali się umorzenia sprawy ze względu na przedawnienie. 

Brutalny śledczy trafił do aresztu na Białołęce, ale przedwcześnie – tłumacząc się słabym zdrowiem – wyszedł na wolność. Mieszka do dziś na warszawskim Bródnie.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina, jak straszono ks. Niedzielaka: „Skończysz jak Popiełuszko”

1 września 1914 r. w Podolszycach koło Płocka urodził się Stefan Niedzielak. Już w czasie wojny, w czerwcu 1940 r., przyjął święcenia kapłańskie, jednocześnie angażując się w walkę o wolną Polskę. Będzie ją prowadził do końca życia, domagając się szczególnie prawdy o ludobójstwie katyńskim. Niezłomny kapłan zapłacił za to życiem.

Już jako ksiądz Stefan Niedzielak wstąpił do Narodowej Organizacji Wojskowej (potem był zwolennikiem scalenia NOW z Armią Krajową). Pracę duszpasterską prowadził na terenie okręgu łódzkiego. Był również kurierem Delegatury Rządu na Kraj, a jego głównym zadaniem była wymiana informacji między władzami Polskiego Państwa Podziemnego a arcybiskupem krakowskim Adamem Sapiehą.

Z tego tytułu wcześnie poznał raporty dotyczące zbrodni katyńskiej i tą wiedzą dzielił się również z wiernymi. Zapewne już wówczas stwierdził, że jego celem będzie upamiętnienie ofiar strasznego mordu. Latem 1944 r. przywiózł do Krakowa część dowodów zebranych w dołach katyńskich. W Powstaniu Warszawskim ks. Niedzielak pełnił posługę jako kapelan.

Po zakończeniu II wojny światowej niezłomny kapłan nie miał złudzeń co do zamiarów Sowietów w stosunku do Polski. Dalsze jego działania były konsekwencją obranej wcześniej drogi. Ks. Niedzielak został kapelanem Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Za tę niepodległościową działalność został aresztowany i spędził kilka miesięcy w więzieniu. Od tej pory był już na celowniku komunistycznej bezpieki.

Po wyjściu na wolność zaangażował się w odbudowę warszawskich kościołów. W 1956 r. został rektorem kościoła św. Karola Boromeusza na Powązkach i dyrektorem Cmentarza Powązkowskiego, którą to posługę pełnił z przerwami do końca życia.

W latach 80., pamiętając o zbrodniach sowieckiego totalitaryzmu, razem z Wojciechem Ziembińskim i przyjaciółmi stworzył na warszawskich Powązkach dzieło swojego życia – Sanktuarium Poległych i Pomordowanych na Wschodzie. To było jedyne w Warszawie miejsce, gdzie Polacy mogli oddawać hołd ofiarom sowieckiego ludobójstwa. Jak wyglądało upamiętnienie? Przetrwało w niemal niezmienionym stanie do dziś. W ścianę kościoła św. Karola Boromeusza wmurowano krzyż z napisem „Poległym na Wschodzie” oraz ok. tysiąc tabliczek z nazwiskami ofiar. W 1988 r. w mieszkaniu księdza na plebanii powstało warszawskie koło Rodzin Katyńskich. Stefan Niedzielak regularnie organizował również msze za ojczyznę. Był inicjatorem wzniesienia na stołecznych Powązkach Wojskowych Krzyża Katyńskiego, który to pomnik stanął ostatecznie 31 lipca 1981 r., a jeszcze tej samej nocy został usunięty przez SB.

Te wszystkie fakty wpłynęły na wydanie przez komunistów wyroku śmierci na księdza. Wcześniej otrzymywał pogróżki, także tej najbardziej drastycznej treści: „Skończysz jak Popiełuszko”.

Rano 21 stycznia 1989 r. ciało księdza odnalazł w jego mieszkaniu wikariusz parafii. Drzwi były otwarte. Na głowie i twarzy kapłana widać było liczne rany. Lekarz medycyny sądowej stwierdził także złamanie kręgosłupa w odcinku szyjnym, co sugerowałoby cios – np. karate. W raporcie nie podano przyczyny śmierci, nie wykluczając jednak morderstwa. Oficjalnym powodem śmierci miał być upadek z fotela podczas oglądania telewizji.

Dziewięć dni później zginął ks. Stanisław Suchowolec, kapelan podlaskiej Solidarności. Początkowo był wikarym w Suchowoli, rodzinnej miejscowości ks. Jerzego Popiełuszki. Mimo różnicy wieku (ks. Jerzy był starszy od niego o 11 lat) zaprzyjaźnili się. Dla „nieznanych sprawców” ten fakt miał niebagatelne znaczenie. Miesiąc po mszy w suchowolskim kościele, którą odprawiał ksiądz Suchowolec, a homilię głosił ks. Popiełuszko, ten ostatni został zamordowany. Był rok 1984. Stanisławowi Suchowolcowi dane było żyć jeszcze przez niecałe 6 lat.

Na msze za ojczyznę do Suchowoli – podobnie jak do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – zaczęły ściągać tłumy wiernych. Dwa lata później ks. Suchowolec przeniósł się do Białegostoku do parafii w dzielnicy Dojlidy. SB jednak czuwała. Mimo powtarzających się coraz częściej gróźb, tożsamych z tymi kierowanymi do ks. Niedzielaka: „zdechniesz jak Popiełuszko” – nie zrezygnował z działalności patriotycznej. Nadal, z jeszcze większym zaangażowaniem, odprawiał msze za ojczyznę. Chciał kontynuować dzieło ks. Jerzego i kultywować pamięć o zamordowanym kapelanie Solidarności.

Kres przyszedł pod koniec stycznia 1989 r. Oficjalnym powodem śmierci Stanisława Suchowolca było… zatrucie się tlenkiem węgla, które miało być spowodowane pożarem wywołanym awarią termowentylatora. Prokurator PRL-owski stwierdził, że był to nieszczęśliwy wypadek. Tyle że owego tragicznego dnia w mieszkaniu ks. Suchowolca był widziany krótko ostrzyżony nieznajomy mężczyzna w wieku ok. 40 lat. Rysopis napastnika został dokładnie odtworzony. Mimo to – podobnie jak w wypadku ks. Niedzielaka – do dziś sprawcy mordu pozostają poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości III RP.

Śledztwo w sprawie śmierci ks. Stefana Niedzielaka zostało umorzone w październiku 1990 r. I choć w kolejnym roku wznowiono je (na wniosek mecenasa Jana Olszewskiego), nie dało żadnego rezultatu. Podobnie stało się z dochodzeniem Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie zaginięcia dowodów zbrodni: zostało w 2009 roku umorzone z powodu braku dostatecznych danych uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa.

W 2008 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył ks. Stefana Niedzielaka „za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej” Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Podczas obrad Okrągłego Stołu mecenas Władysław Siła-Nowicki poprosił o uczczenie zamordowanych kapłanów: Stefana Niedzielaka i Stanisława Suchowolca minutą ciszy. Komunistyczna Telewizja Polska nie wyemitowała tego fragmentu.

Morderstwo dokonane na księdzu Stefanie Niedzielaku miało też aktualny wymiar polityczny. W tym samym dniu (20 stycznia 1989 r.) obradowała w Gdańsku Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność”, za kilka dni miało się odbyć spotkanie w Magdalence przygotowujące Okrągły Stół. Opinię publiczną trzeba było zastraszyć.