O polszczyźnie, wzdychając ciężko, pisze WALTER ALTERMAN: Języku nasz, dręczony tupetem i niewiedzą

Przeczytałem ostatnio hymn pochwalny na część wykonawców tunelu drogowego TS-26 (Sady Górne – Nowe Bogaczowice). Autor rozpływa się nad cudami techniki, choć z tekstu wynika, że wydrążenie tunelu pod górą nie było ani nowatorskie, ani niezwykłe.

Nie w tym rzecz. Zaniepokoił mnie tytuł mikro-reportażu. Brzmi on tak: Tunel na S3. Rozkopali poniemiecką górę. Znaleźli więcej niż oczekiwali.

Niemiecka góra

Przeczytałem tekst trzy razy i jedyne ślady niemieckości góry autor opisał następująco: Drążenie TS-26 wiązało się też z kilkoma niespodziankami. Jedną z nich było odkrycie – nie ujętej na żadnych mapach – poniemieckiej sztolni. Wyrobisko pochodzące najprawdopodobniej z końca XIX wieku przebiegało przez obie nawy – prostopadle do tunelu. (…) Nie jest to jednak pozostałość po hitlerowskiej armii, lecz dawnych mieszkańcach. Jedna z miejscowych legend głosi, że dwóch mieszkańców Nowych Bogaczowic wydrążyło ją w poszukiwaniu węgla. Do dziś miejsce to nazywane jest bowiem „węglową górką”.

Owszem, górka, pod którą przebiega tunel położona jest na naszych Ziemiach Odzyskanych i z pewnością jest na tych ziemiach wiele śladów wielowiekowej niemieckości, bo przez wieki żyli tam Niemcy. Żeby jednak jakąś górę nazywać niemiecką trzeba nie mieć najmniejszego pojęcia o kulturze. Bo w kulturze przyjęte jest, że Wisła, Odra, Bug są rzekami. Tatry i Góry Świętokrzyskie też są przedwieczne i nie podlegają żadnej nacjonalizacji. Owszem, leżą na terenie Polski, ale nie można mówić, że są polskie. Czasami poeci, w uniesieniu piszą o polskiej Wiśle, polskim Bałtyku czy polskiej Puszczy Jodłowej. Czasem mówimy też o polskich Tatrach, ale mając na uwadze, że część Tatr leży po stronie Słowacji. Poetom wolno, ale dziennikarz powinien być mniej egzaltowany i powinien mniej pisać sercem, a więcej rozumem.

Na początku myślałem, że autor artykułu o tunelu, reprezentuje „ukrytą opcją niemiecką”, ale odrzuciłem tę supozycję. On po prostu niewiele wie, a jeszcze mniej rozumie.

Publika

Nagminnie dziennikarze sportowi określają widzów zawodów sportowych mianem: publika. To przykre. Określenie publiczność jest oczywiste i dobre, choć wolałbym: widownia, widzowie. Publika natomiast jest określeniem pogardliwym, deminutywnym. Publice bliżej do motłochu i gawiedzi niż do prawdziwej widowni.

Lopez

Lopez, który akurat wracał się do tyłu – powiedział sprawozdawca meczu piłki nożnej. I proszę, jedno krótkie zdanie a dwa duże problemy. Pierwszy z nich to fakt, że mamy w tym zdaniu rusycyzm. W języku rosyjskim jest taka forma, że mówi się: on wiernułsja. Po polsku jednak trzeba powiedzieć tylko, że wrócił. Bo już wiadomo, że on sam wrócił. To po co jeszcze się wrócił? Gdyby jeszcze ten Lopez skopał się sam po kostkach, to tak, to owo się byłoby wtedy usprawiedliwione. Drugi problem – wracamy zawsze do tyłu, czyli tam skąd przyszliśmy. To powszechny błąd w ludowej polszczyźnie.

Na szybko

Gwarowe, ludowe zwroty robią karierę. Ano, to żeby lud wszedł do śródmieścia było marzeniem stalinowskich komunistów, czemu dawali wyraz na piśmie, czyli w literaturze. Jednak ówcześni bojowcy nie przewidzieli, że lud wejdzie do śródmieścia wraz ze swoim językiem. A ten jest okropny. Na szybko to państwu przedstawię – tak rozpoczyna jakiś temat młoda dziennikarka. Nie wie, że można coś przedstawić szybko? Bez tego na? Niestety, ostatnimi laty język gwar miejskich i wiejskich opanował nasze media. Zachwaściły go gwary, odebrały piękno fraz języka literackiego i kunszt budowania zdań. Ot, tak sobie gadamy, bo tacy fajni jesteśmy, prości i swojscy…

Boli mnie to, bo sam nie pochodząc z elit, uwierzyłem, że chcąc zostać inteligentem trzeba nauczyć się dobrze myśleć, poprawnie mówić i pisać. Żeby awansować społecznie, i żeby mieć tytuł do bycia świadomym obywatelem, który bierze współodpowiedzialność za sprawy społeczne. Taka była norma kulturalna za moich młodych latach. I podobała mi się, ta norma. Ale co się z nią teraz stało? Może zastąpiono ją jakąś nową normą, nieznaną, tajemną?

A o ludzie w śródmieściu pisał Adam Ważyk, w latach pięćdziesiątych piewca rewolucji, a późniejszy jej niezłomny pogromca. Cytat jest taki:

Adam Ważyk,

Lud wejdzie do Śródmieścia

 

…Z staromiejskiej gardzieli

wolna przestrzeń wystrzeli

i rozstąpią się przejścia

z peryferyj do placów,

od fabryk do pałaców,

lud wejdzie do śródmieścia

i ustali wzdłuż Trasy,

wzdłuż Nowej Marszałkowskiej

jedność piękna i pracy, planowania i troski.

Patrz, jak stoi uparta

na rusztowaniach partia,

rozpala się klasowa

bitwa – nasza budowa.

 

Atomówki nie budowałem

W filmie dokumentalnym lektor czyta, że …zbudowano broń atomową, najstraszniejszą ze znanych. Po czym następuje przypomnienie historii tego faktu. Zwróćmy uwagę, że z tekstu lektora nie wynika kto pierwszy zbudował atomówkę. Tekst głosi, że ją zbudowano.

Ta bezosobowość faktu niebezpiecznie zmienia postać rzeczy. Wychodzi bowiem na to, że broń atomową zbudowała ludzkość, tak ogólnie. Owszem amerykańscy naukowcy byli częścią ludzkości, ale przecież niecała ludzkość odpowiada za działania rządu USA. Na przykład mój ojciec nie przykładał do tego dzieła ręki. A używanie magicznego zwrotu zbudowano, obciąża nas wszystkich, po równo. Prosiłbym serdecznie dziennikarzy, żeby pisali, mówili konkretnie, kto zamordował, kto ukradł, kto zdefraudował. Bo zamordowano, ukradziono, zdefraudowano rozkłada odpowiedzialność prawie na wszystkich. A ja wolałbym wiedzieć, czy przypadkiem nie byłem zamieszany w defraudację. Bo obciążenie już jest, a gotówki nie widać.

Autobus, który napatoczył się rakiecie

Są sprawy, o których należy mówić poważnie i dobrym, precyzyjnym językiem. Jedną z nich jest wojna na Ukrainie, a już szczególnie rosyjskie bestialstwo wobec cywilów. Lecz oto w jednej ze stacji telewizyjnych widzimy film, ukazujący zniszczony przez rosyjską rakietę przystanek autobusowy. Potem jest ujęcie na dziennikarkę, która pokazywana jest na tle tego zdruzgotanego przystanku. Dziennikarka mówi: Ten przystanek autobusowy znalazł się w miejscu, w które ta rakieta uderzyła.

Obraz i sens są straszne, ale tekst dziennikarki, mimowolnie śmieszny. Wyszło bowiem na to, że przystanek przemieszczał się, i to tak nieszczęśliwie, że znalazł się na kursie rakiety. Tymczasem przystanek stał sobie spokojnie, w swoim miejscu, a rakietą go odnalazła. Przystanek nie był mobilny, ale rakieta tak. Przykre, że dziennikarka nie powiedziała tego normalnie, po ludzku. Dlaczego szukała jakichś wymyślnych form dla prostego opisu sytuacji?

Zawezwanie

Relacja z miejsca wypadku. Dziennikarka jest na miejscu zdarzenia i opisuje wypadek, w którym samochód osobowy potracił młodego rowerzystę. Niby nic trudnego, a jednak… W pewnym momencie dziennikarka mówi: Wtedy rodzina zawezwała policję o pomoc.

Poprawnie ten dziwoląg powinien być zbudowany tak: Wtedy rodzina wezwała na pomoc policję. Skąd się borą takie karkołomne i złe zdania? Dziennikarka popełnia w tym komunikacie dwa błędy. Pierwszy dotyczy tego, że można wzywać policję na pomoc, o pomoc można prosić, o pomoc można się zwracać, ale nie wzywać. Drugi kłopot mamy z nieszczęsnym zawezwała.

Dlaczego dziennikarka nie mówi, że rodzina wezwała, lecz zawezwała? Bo tak brzmi lepiej. Nic innego nie znaczy, ale brzmi dobrze. W ogóle mamy problem z tym przedrostkiem „za”. Rozpanoszył się i wciska wszędzie, a to dlatego, że wzmacnia siłę przekazu. Zwróćmy uwagę, że „za” dodane jako przedrostek bardzo często „kończy sprawę” i ma charakter działań definitywnych, ostatecznych. Można coś kupić, ale silniejsze jest zakupić. Można kogoś okuć w kajdany, ale silniejsze będzie zakuć. Można wreszcie kogoś bić, ale zabić jest ostateczne.

Poza tym – są teraz, oczywiście, sprawy ważniejsze niż poprawność języka. Niemniej, największy kłopot, lęk i obawy trzeba artykułować poprawnie. Może dlatego, że język jest naszą ostoją.

 

Pokaz najnowszego filmu Dagmary Drzazgi „Życie to coś pięknego”

W niedzielę, 26 czerwca o godz. 17 w Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku odbędzie się pokaz nowego filmu Dagmary Drzazgi „Życie to coś pięknego”.

Bohaterem dokumentu jest Wiesław Kępiński, który jako 11-letni chłopiec ocalał z Rzezi Woli. Prawie cała jego rodzina została wówczas rozstrzelana. Po wojnie Wiesia przygarnęli Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie. Ofiarowali mu nie tylko dom, ale i swoją miłość.

W wydarzeniu będzie uczestniczyć Wiesław Kępiński oraz ekipa filmu. Wstęp jest wolny.

Dagmara Drzazga to dziennikarka i reżyserka od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów.  Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznanej za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ w Katowicach.

 

Gala Dziennikarzy Warmii i Mazur 25 czerwca w Olsztynie

25 czerwca o godzinie 11.00 w sali konferencyjnej Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie (ul. 1 Maja 5) odbędzie się uroczysta Gala Dziennikarzy Warmii i Mazur.

Podczas Gali zostaną wręczone nagrody w konkursach:  XIV edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego oraz IV Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa.

O św. Janie Pawle II i prześladowcach Kościoła pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Święty i bestie

 

18 maja 1920 r. w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła, Ojciec Święty Jan Paweł II. Papież-Polak był znienawidzony przez bolszewików do tego stopnia, że 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra w Rzymie chcieli go zabić.

Pozbyć się JP II chcieli również rodzimi bolszewicy. Ale po kolei.

„Wiecie, że urodziłem się w roku 1920, w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem” – pisał papież Jan Paweł II w książce „Pamięć i tożsamość”.  „Wtedy w 1920 roku zdawało się, że komuniści podbiją Polskę i pójdą dalej do Europy Zachodniej, że zawojują świat. »Cud na Wisłą«, zwycięstwo marszałka Piłsudskiego w bitwie z Armią Czerwoną, zatrzymało te sowieckie zakusy”. 

Ojciec Święty przypominał również, że wokół „Cudu nad Wisłą” przez całe lata trwała zmowa milczenia: „Dlatego opatrzność Boża niejako nakłada dzisiaj obowiązek podtrzymywania pamięci tego wielkiego wydarzenia w dziejach naszego narodu i całej Europy, jakie miało miejsce po wschodniej stronie Warszawy”.

Marzenia Kiszczaka

13 grudnia 1981 r. Jerzy Urban, czyli „Goebbels stanu wojennego” (określenie śp. senatora Ryszarda Bendera) był nie tylko rzecznikiem ukonstytuowanego wówczas związku przestępczego o charakterze zbrojnym (określenie sądu III RP), ale jednym z decydentów. I tak np. w 1983 r. namawiał Czesława Kiszczaka do stworzenia w MSW specjalnego pionu, który kreowałby czarną propagandę, a z drugiej strony ocieplał wizerunek SB, MO i ZOMO. Pion ten co prawda formalnie nie powstał, ale w sposób nieformalny świetnie działa do dziś.

Szef PRL-owskiego MSW Czesław Kiszczak o JP II mówił tak: „Mamy do czynienia z najsławniejszym Polakiem na świecie” i zaraz dodawał: „na nieszczęście mamy do czynienia tu w Polsce„. Był rok 1983, władza z przerażeniem myślała o zbliżającej się pielgrzymce Papieża do Ojczyzny. „Możemy obecnie jedynie marzyć, żeby Bóg powołał go jak najszybciej na swoje łono” -tak ober-esbek zwierzał się dalej towarzyszom z KGB. Te szczere słowa przywołał historyk IPN Grzegorz Majchrzak.

Podkreślić warto, że za zbrodnie komunizmu Kiszczak nigdy realnie nie odpowiedział. A UrbanUrban nie odpowiedział nawet symbolicznie.

 

A Urban-Goebbels od lat wiedzie prym w hejcie na papieża-Polaka. Kto jak kto, ale on na Kościele się zna. To przecież gęba totalitarnego, zbrodniczego systemu, którego „nieznani sprawcy” mordowali księży: Jerzego PopiełuszkęStefana NiedzielakaStanisława SuchowolcaSylwestra Zycha. Ci trzej ostatni zginęli w 1989 r. – nie wiedzieć czemu uważanym za „rok przełomu”. Miesiąc przed zabójstwem ks. Popiełuszki, we wrześniu 1984 r., Urban nazwał kapelana Solidarności „Savonarolą antykomunizmu„. Jana Pawła II zamordować nie dali rady, choć to on był głównym celem dla sowieckiego imperium zła. Po nieudanym zamachu pozostało ośmieszanie i opluwanie.

Teraz III RP. Kto papieża nazywał „sędziwym bożkiem, Breżniewem Watykanu, Obwoźnym sado-maso„? Właśnie Urban. W artykule z sierpnia 2002 r., zamieszczonym w tygodniku „Nie”. Tuż przed pielgrzymką papieża do Polski Urban pisał m.in.: „Kochany staruszku! Połóż się do łóżka. Przykryj kołderką. (…) Wyrzuć te starcze środki dopingowe, którymi Cię szpikują jak byczków hodowanych na olimpiadę, żebyś mógł przez godzinę ruszać nogą i mniej trząść ręką. (…) Choruj z godnością, gasnący starcze, albo kończ waść, wstydu oszczędź„. Urban nazwał też papieża m.in. „Breżniewem Watykanu„, „żywym trupem” i „sędziwym bożkiem„.

Za to znieważenie Jana Pawła II jako głowy państwa watykańskiego, Sąd Okręgowy w Warszawie zasądził ostatecznie Urbanowi 20 tys. zł grzywny. Mało, Urban za te i inne działania powinien siedzieć!

Konferencja o medycynie św. Hildegardy 21 maja w Domu Dziennikarza w Warszawie

21 maja w siedzibie SDP na Foksal 3/5 odbędzie się konferencja: „Podstawy Życia i Zdrowia – jak odbudować odporność organizmu”.

Jak odbudować odporność organizmu, dlaczego Rodanid orkiszowy chroni przez nowotworami, gdzie znaleźć prawdziwy krzem, który jest najważniejszym budulcem organizmu, co to jest „esencja życia” – to tylko niektóre pytania, na które udziela odpowiedzi wybitni prelegenci.

Od 10.00 do 17.00 w Domu Dziennikarzy posłuchać będzie można:

– Remigiusza Szczepaniaka, biochemika – autora ponad pięćdziesięciu prozdrowotnych patentów

– Sławomira Gacki twórcy polskich „emów” i esencji probiotycznych

– prof. Ewy Solarskiej, profesor w Katedrze Biotechnologii, Mikrobiologii i Żywienia Człowieka Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Fitopatologa, która przedstawi badania orkiszowego Rodanidu

– dr. Małgorzaty Stępińskiej, specjalisty medycny hildegardowej z prezentają „mistrzowskich napojów św. Hildegardy”.

Całość poprowadzi Elzbieta Ruman – dziennikarka, pisarka, twórczyni Centrum św. Hildegardy z Bingen.

Wydarzeniu towarzyszyć będą  ciasteczka na inteligencję, krzem i inne pierwiastki oraz degustacje napojów św. Hildegardy.

Szczegóły:

  1. Co nas wzmacnia , co zatruwa? Podstawy medycyny Hildegardy z Bingen – Elżbieta Ruman
  2. Pierwiastki życia – gdzie je znaleźć? – Remigiusz Szczepaniak
  3. Zdrowie zaczyna się w jelitach – Sławomir Gacka
  4. Mistrzowskie napoje św. Hildegardy – Elżbieta Ruman, dr. Małgorzata Stępińska
  5. Rodanid w orkiszu – wyniki badań naukowych – prof. Ewa Solarska
  6. Glutation i jego działania – Remigiusz Szczepaniak
  7. Bakterie i ich rola w jelicie – esencja życia. Sławomir Gacka
  8. Fizjologia jelita i jego wpływ na odporność – dr. Małgorzata Stępińska
  9. Orkisz i tajemnicza płaskurka – Jerzy Lenartowicz, rolnik, twórca Społecznego Komitetu Ochrony Życia i Zdrowia Człowieka

Promocje produktów i degustacje

Wstęp – 30 zł. Wplata na konto: 27 1050 1025 1000 0090 9834 7306

Zapisy: 500403358, 501767378

[email protected]

www.centrum-hildegarda.pl

 

„Twarze olsztyńskiej estrady”. Spotkanie autorskie Andrzeja Zb. Brzozowskiego

Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich serdecznie zaprasza na olsztyńską premierę książki „Twarze olsztyńskiej estrady”,  które odbędzie się 12 maja 2022r,. o godzinie 17.00 w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie (sala konferencyjna).

W ramach wydarzenia odbędzie się spotkanie autorskie z Andrzejem Zbigniewem Brzozowskim, wystawa rysunku satyrycznego Zbigniewa Piszczako (rysunki stanowią także część książki). O akcent muzyczny zadba MC Kwadrat. Spotkanie poprowadzi wiceprezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Mateusz Kossakowski.

HUBERT BEKRYCHT: Głupota (i elektrownie jądrowe) pod specjalnym nadzorem

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia z końca kwietnia 1986 roku. Było bardzo przyjemnie. Ciepło. Wiele osób już w podkoszulkach. W drodze powrotnej z liceum, koleżanka z innej szkoły zaczęła opowiadać, że jej tata coś nieprawdopodobnego usłyszał „w takim jednym radiu”.

Wieść o katastrofie nuklearnej w komunistycznym kraju, dla obywatela (co prawda przymusowego, ale jednak) innego komunistycznego kraju, nawet tak młodego, jak ja wówczas, była przecież niepojęta. Nagle, nasze mamy, ciocie, chociaż mieliśmy już po 16, 17 lat, zaczęły nam wlewać jakiś brunatny płyn do ust. Ktoś mówił, że to już nie pomoże, bo katastrofa jądrowa na Ukrainie była kilka dni wcześniej. Tyle, że myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopiero czwartej doby po wybuchu podano to oficjalnie.

Było ciepłe środowe popołudnie 30 kwietnia 1986 roku, na jakiekolwiek przeciwdziałanie skutkom awarii elektrowni atomowej było za późno… Nawet gdybym wypił wtedy dziesięć litrów roztworu jodyny.

Proszę wybaczyć sentymentalny wstęp, ale rzeczywiście tylko we wspomnieniach możemy nieco lepiej uchwycić to, co dziś wydaje się zwykłą rutyną informacyjną: „Katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na terenie Ukraińskiej Republiki zależnej ZSRS nastąpił w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 w reaktorze jądrowym. Przegrzanie się rdzenia doprowadziło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych poprzez promieniowanie” – napisano w nieco przeze mnie zmodyfikowanej notatce księgi internetowych mądrości. To teraz możemy przeczytać prawie wszystko o największej, na równi z awarią w japońskiej Fukushimie, katastrofie w historii energetyki jądrowej.

Skutki błędu w ruskiej konstrukcji reaktora to pycha sowieckich inżynierów i władców Kremla, którym do głowy nie przyszło, że coś takiego może się stać w komunistycznym imperium imienia Lenina. Skażeniu uległ obszar w granicach trzech państw, w sumie nawet do 150 tys. kilometrów kwadratowych (w porównaniu ponad połowa terytorium Polski). Radioaktywne promieniowanie rozeszło się po całej Europie. Notowano je wszędzie a największe było m.in. w Polsce, krajach bałtyckich, Skandynawii, ale spore dawki przeniknęły też do Niemiec, państw Beneluxu, Austrii a nawet Włoch.

Po skażeniu na Ukrainie ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Dziesiątki tysięcy zmarły na skutek następstw choroby popromiennej, a w ciągu 36 lat od wybuchu – jak się szacuje – na nowotwory wywołane skażeniami po czarnobylskim wybuchu zapadły miliony ludzi. Ilu udało się przeżyć popromiennego raka? Nie wiadomo.

Gdyby wybuch nie nastąpił w komunistycznym kraju, byłoby jak w Japonii 11 lat temu. O katastrofie powiadomiły odpowiednie służby w ciągu kilku godzin, nie dni. Prawdopodobnie w okolicach Fukushimy udało się ocalić od chorób, a nawet śmierci, setki tysięcy lub nawet kilka milionów osób. Gdyby tak było w Czarnobylu. Gdyby…

Sowieci a teraz Rosjanie, choć to przecież w końcu ruscy, gdzieś mają śmierć i cierpienia. Nawet swoje. Dziwna, niebezpieczna i prymitywna to nacja.

Po inwazji na Ukrainę dwa miesiące temu nikt nie przekona mnie, że są jacyś „dobrzy” Rosjanie. Może i są, ale jeszcze o tym nie wiedzą lub boją się ową „dobroć” okazać. Bo ruscy działają w grupie, jak zespoły „naukowców” sowieckich po wybuchu w Czarnobylu, których przedstawiciele stwierdzili w kilka dni po katastrofie, że ludziom parę kilometrów od elektrowni nic nie będzie, bo przecież jest słońce, nic się nie dzieje, a ptaki latają… Szczególnie te ptaki, które w momencie wybuchu były daleko. Nie wiem, czy Rosja ma duszę, ale na pewno ma głupotę, którą lata tchórzostwa obywatelskiego spotęgowały…

Po Buczy, Charkowie i Mariupolu, nietrudno już wyobrazić sobie tępotę umysłową prowadzącą do bestialstwa. W końcu nie tak dawno temu, raptem 36 lat. Czarnobyl był niewyobrażalnym owocem głupoty ruskich aparatczyków i komunistycznych technokratów a głupota owa skończyła się też bestialstwem oraz zniszczeniem i pogardą dla mieszkańców – śmiercią cierpieniem i latami zapóźnienia cywilizacyjnego dla ludzi żyjących w czerwonej klatce. Teraz w klatce putinowskiego reżimu, z której przecież łatwiej wyfrunąć jak za komuny.

Teraz mordercy z mundurach z naszywką rosyjskiej armii strzelają do urządzeń innej ukraińskiej elektrowni jądrowej, może nawet azjatycka horda niszczyła wskaźniki instalacji atomowych. Ktoś powie: „…to przecież głupie i mogące doprowadzić nie tylko do samozagłady, ale i zagłady. Tak, racja. Może się taka zabawa skończyć jednym wielkim „bum”.

Obecnie, kiedy bandy uzbrojonych ruskich grasują w elektrowniach atomowych na Ukrainie, skutek takich wypadów, na przykład, próby rabunku czegokolwiek stamtąd może być odczuwalny w całej Europie. Także tam, gdzie miłuje się nadal Putina, czyli we Francji, Niemczech, Niderlandach, czy we Włoszech.

Tylko teraz skutek może być szybszy, bowiem eksplozja od razu doprowadzi, że zbrojący przez lata Rosję liderzy państw awangardy UE od razu poczują ciepło miłości Putina na własnym ciele topiącym się wraz z garniturem za kilka tysięcy euro…

 

28 kwietnia Klub Historyczny SDP zainauguruje swoją działalność

W czwartek,  28 kwietnia br. o godz. 18 rozpoczynamy spotkania Klubu Historycznego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Będą się odbywały w ostatni czwartek miesiąca w Domu Dziennikarza przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie.

Na pierwszym spotkaniu  prelekcję wygłosi doktor nauk humanistycznych, wykładowca historii na Uniwersytecie Rzeszowskim i na Uniwersytecie Warszawskim,  ppłk. Dariusz Fudali.

Temat wykładu: „Kadra kierownicza więzienia  Warszawa Mokotów  – komunistycznej represji rok pierwszy”.  Dowiemy się, kto rządził wówczas w więzieniu na Rakowieckiej, kim byli naczelnicy,  poznamy ich sylwetki i ich „zasługi” dla władzy ludowej. A wszystko na tle realiów politycznych w latach 1945/46.   Dowiemy się także o współpracy służby więziennej z podziemnym  ruchem oporu. I poznamy historię  słynnej ucieczki  więźniów, w której pomagały tamtejsze funkcjonariuszki.  Opowiadać będzie znakomity znawca tematu, autor wielu książek o tej tematyce, wieloletni pracownik Muzeum na Rakowieckiej – podpułkownik służby więziennej w stanie spoczynku.

Barwnej opowieści pełnej nieznanych faktów, anegdot i smaczków towarzyszyć  będzie pokaz slajdów.

Założycieli Klubu Historycznego SDP prosimy o przybycie wcześniej, na godzinę  17, ponieważ wówczas odbędą się wybory władze klubu.

Serdecznie wszystkich zapraszam.

Do zobaczenia.

Hanna Budzisz

Spotkanie z dr Teresą Bochwic, autorką książki „W rytmie Polski. Witold Rudziński – życie twórcy (1913-2004)”

Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina oraz Polskie Wydawnictwo Muzyczne zapraszają na spotkanie z dr Teresą Bochwic promujące jej książkę „W rytmie Polski. Witold Rudziński – życie twórcy (1913-2004)” 

Wydarzenie odbędzie się w sobotę, 23 kwietnia, o godz. 12 w Sali Audytoryjno-Kinowej im. K. Szymanowskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, ul. Okólnik 2.

Książka „W rytmie Polski. Witold Rudziński – życie twórcy (1913-2004)” autorstwa dr Teresy Bochwic, to biografia jej ojca – Witolda Rudzińskiego kompozytora, historyka i teoretyka muzyki, pedagoga, twórcy oper, dzieł symfonicznych i kameralnych, muzyki dla teatru i telewizji oraz utworów dla dzieci.

Spotkanie poprowadzą: dr hab. Maria Pokrzywińska, prof. UMFC, dr hab. Alicja Gronau-Osińska, prof. UMFC oraz dr hab. Agnieszka Muszyńska-Andrejczyk. W części artystycznej wysłuchamy kompozycji Witolda Rudzińskiego.