DYSKUSJA SDP o projekcie nowej ustawie medialnej w oprac. ALEKSANDRY TABACZYŃSKIEJ – ŚWIRSKI, HAJDASZ, KOŁODZEJSKI, SKOWROŃSKI

Red. Aleksandra Tabaczyńska przygotowała i opracowała zapis dyskusji SDP o projekcie nowej ustawy o radiofonii i telewzji (link pod zdjęciami). 

 

Projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji nie spełnia oczekiwań między innymi środowisk dziennikarskich oraz pracowników mediów – podkreślali uczestnicy dyskusji w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na Foksal w Warszawie 22 stycznia br. 

Debatowali: prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich dyrektor Centrum Monitoringu Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz, były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w latach 2007-2010 i 2016 – 2022 Witold Kołodziejski, członek Zarządu Głównego SDP i wieloletni prezes Stowarzyszenia oraz założyciel i szef Radia Wnet Krzysztof Skowroński oraz członek KRRiT jej przewodniczący w latach 2022 – 2025 Maciej Świrski. Dyskusję transmitowaliśmy na portalu sdp.pl

 

Uczestnicy dyskusji SDP o projekcie nowej ustawy o radiofonii i telewizji: na zdj. od lewej członek Zarządu Głównego SDP i wieloletni prezes Stowarzyszenia oraz założyciel i szef Radia Wnet Krzysztof Skowroński, członek KRRiT jej przewodniczący w latach 2022 – 2025 Maciej Świrski, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich dyrektor Centrum Monitoringu Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz oraz były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w latach 2007-2010 i 2016 – 2022 Witold Kołodziejski
zdj. hub

 

Maciej Świrski
zdj. hub

 

Witold Kołodziejski
zdj. hub

Przedstawiamy zapis całej dyskusji w opracowaniu red. Aleksandry Tabaczyńskiej: 

TUTAJ

 

DYSKUSJA SDP: Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji to reanimacja medialnego trupa – nagranie i zdjęcia

DAWID WILDSTEIN o próbie zamachu na dziennikarza: W Uśmiechniętej Polsce nie jest problemem, że ktoś chce kogoś zamordować, odstrzelić

W portalu SDP publikujemy często opinie autorów z rożnych środowisk reprezentujących rozmaite poglądy. Zdecydowaliśmy się przybliżać niektóre z wpisów dziennikarza i publicysty Dawida Wildsteina z jego profilu na Facebooku. Felietony zamieszczamy za wiedzą Autora – tytuł i śródtytuły od redakcji

(…) Minęło już kilkanaście godzin i żadna z tub propagandowych Tuska, tfu, żadne z „wolnych mediów” nie zauważyło, że funkcjonariusz ochrony Sikorski chciał zamordować dziennikarza Republiki.

Kochani, może im pomożemy? Będziemy udostępniać o tym info? Razem będziemy jak najgłośniej im o tym przypominać? Przecież to chyba niemożliwe, żeby robili to specjalnie? To by już naprawdę znaczyło, że się sięgnęli dna, dobili do poziomu szczekaczek z Białorusi czy Rosji, wielbiących tamtejszych Umiłowanych Przywódców.

To musi być przypadek

Więc kochani z GW, TVN, Onetu, Polityki, Newsweeka etc.

Otóż, ujawnione zostało właśnie, że ważny funkcjonariusz SOP, odpowiedzialny za ochronę Sikorskiego, w rozmowach groził dziennikarzowi Republiki, Piotrowi Nisztorowi, pobiciem, torturami, polaniem ropą jego zwłok oraz zabiciem dwóch psów w ramach zemsty.

Raz jeszcze. Nie anonim, nie troll internetowy, nie wariat – tylko funkcjonariusz Uśmiechniętej Władzy, człowiek ochrony Sikorskiego.

To chyba istotna sprawa?

Zwłaszcza, że, kochani, to niespecjalnie zaskakujące. Przecież to są kadry Uśmiechniętej Władzy. To są jej standardy. To jest efekt trwającej nie od miesięcy a od lat nagonki, najgorszego hejtu i nienawiści, które są jedynym programem politycznym tego taniego, tępego, Uśmiechniętego Populizmu i jego medialnych cyngli z GW, Onetów i innych TVN-ów.

Bo w Uśmiechniętej Polsce nie jest problemem, że ktoś chce kogoś zamordować, odstrzelić. Ba, ludzie, którzy to robią są potem zapraszani na kawki do ministra Żurka, który sam przecież wsławił się opowiadaniem o tym, jak to można „zamykać posłów opozycji w bagażnikach samochodów”.

Problemy Tuska

Nie są problemem gigantyczne, powiązane z władzą farmy hejterskich trolli, życzące dzieciom przeciwników władzy, żeby umarły albo zostały zgw@łcone.

Nie, to powyżej to nie problem, to jest wręcz nakręcane przez władzę.

Problemem jest emerytka i jeden niewłaściwy komentarz o Owsiaku- wtedy całe państwo i jego służby urządzają wielomiesięczną nagonkę na nią.

Co się jeszcze musi stać…?

No to mamy naturalną konsekwencję tego taniego, infantylnego i, jak dziś widzimy skrajnie przemocowego, populizmu Tuska.

No więc, kochane media na pasku Tuska, ciekaw jest, kiedy i jak to opiszecie.

I będziemy się Wam z tym przypominać, nieważne, jak bardzo wam to przeszkadza, jakie to dla was niewygodne.

I nieważne, jak Tusk się wścieknie.

 

Dawid Wildstein – FB

4 marca 2026 roku

 

PS: algorytmy często tną zasięgi moich wpisów. Jeśli ten post wydaje Ci się ważny – proszę, podaj go dalej.

 

DW

 

 

 

SKANDAL!!! „Połamać nogi i podpalić ciało” – funkcjonariusz SOP z obstawy wicepremiera chciał zabić dziennikarza PIOTRA NISZTORA z TV REPUBLIKA

Ww wtorek późnym wieczorem media Domu Wolnego Słowa m.in. TV Republika, Niezlaeżnej.pl i Gazety Polskiej ujawnili, że dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi grozi olbrzymie niebezpieczeństwo. Zamachu na redaktora TV Republika chciał dokonać funkcjonariusz Służby Ochrony Państwa (SOP), który był w ochronie wicepremiera i szefa MSZ – podała stacja.

Oto fragment teksty z portalu TV Republika: „Dotarliśmy do nagrania rozmowy, w trakcie której oficer Służby Ochrony Państwa opowiadał o planach brutalnego zabójstwa dziennikarza Republiki. W trakcie rozmowy wulgarnie wypowiadano się także na temat Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Pod adresem ministra padły m.in. określenia na >>k<<” – napisał portal TV Republika.

graf. z TV Republika

Dalej portal pisze m.in.: „Ta historia jest tak niesamowita, że aż ciężko w nią uwierzyć. Funkcjonariusz SOP, który ochrania wicepremiera planował morderstwo dziennikarza za krytyczny artykuł na swój temat” – podkreśliła TV Republika. „Na nagraniach z początku 2024 roku, do których dotarliśmy wprost opowiadał o planowanym morderstwie. Porwanie, połamanie nóg, polanie zwłok ropą, zamordowanie psów, to tylko niektóre słowa, które podały podczas rozmowy funkcjonariuszy SOP, jako zapowiedź działań przeciwko Piotrowi Nisztorowi” – napisał portal.

Dziennikarze z TV Republika zapowiadają, że opublikują rozmowy dotyczące planowanego zamachu na Piotra Nisztora.

Z kolei portal Niezależna pl. podawał na bieżąco wydarzenia związane z ujawnieniem planowanego morderstwa dziennikarza przez oficera SOP.

graf. z Niezależnej.pl

„W programie >>W punkt” Katarzyny Gójskiej w Telewizji Republika ujawniono nagrania, na których wysokiej rangi funkcjonariusz Służby Ochrony Państwa Wojciech B. – szef ochrony Radosława Sikorskiego – planuje makabryczną zemstę na dziennikarzu śledczym Piotrze Nisztorze. Mowa o torturach, morderstwie oraz zabiciu psów redaktora >>Gazety Polskiej<< i TV Republika” – podała Niezależna.pl

„Głównym bohaterem taśm jest podpułkownik Wojciech B., pseudonim >>Biszkopt<<, człowiek odpowiedzialny za bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie” – napisał we wtorek Grzegorz Wierzchołowski, redaktor naczelny portalu Niezależna.pl

 

 

 

Likwidacja TVP POLONIA. To co po niej zostało przejął ośrodek, którym kieruje b. wiceszef rosyjskiej agencji informacyjnej

W bezprawnie przejętej przez rząd TVP w likwidacji skandal godni skandal. Faktyczna likwidacja TVP Polonia nie uwiera jeszcze koalicji, bo wybory za prawie trzy lata. Ciekawe, jak wówczas premier Donald Tusk wytłumaczy światowej Polonii likwidację TVP Polonia i to, że przejął ją Ośrodek Mediów dla Zagranicy TVP. Tym dziwnym podmiotem kieruje jeden z byłych wiceszefów rosyjskiej agencji informacyjnej Iterfax.

Michał Broniatowski, bo o nim mowa, to postać, do której jeszcze kilka lat temu w Polsce nikt się nie przyznawał. Na pewno nie żadna partia. Aż tu po politycznej zemście, przepraszam,”zmianie” w mediach publicznych i fikcyjnej ich likwidacji, Broniatowski pojawił się właśnie w rządowej stacji. Został dyrektorem Ośrodka Mediów dla Zagranicy TVP.

OMdZ TVP połknął działającą od ponad 30 lat TVP Polonia, w kształcie, który znaliśmy od dawna. Będzie mniej programów realizowanych w stylu byłej anteny międzynarodowej. Kadłub pozostał również z TVP World i z dawnego Biełsatu, którą to anteną przez 17 lat kierowała Agnieszka Romaszewska-Guzy. Legendarną opozycjonistkę, reporterkę i szefową stacji zwolniono dyscyplinarnie w marcu 2024 roku. Toczy się proces i wierzę, że Agnieszka go wygra z TVP w likwidacji.  Trudno czytać, co się w dawnym Biełsacie dzieje. Nadawanie po białorusku, ukraińsku i rosyjsku jest poszatkowane jak kapusta na zimę. Ciężką zimę, szczególnie dla odbiorców dawnego Biełsatu. Dorobek tej telewizji został roztrwoniony, zniszczony.

Szef z jednego z rosyjskich mediów…

Przekładaniec językowy w podmiocie kierowanym przez Michała Broniatowskiego budzi zwłaszcza – jak alarmują eksperci medialni od Wschodu – nadreprezentacja języka rosyjskiego w OMdZ TVP. No i dochodzimy do sedna sprawy.

Wiele jest obaw, że szef struktur telewizji rządowej dla zagranicy nie jest człowiekiem powszechnego zaufania. Przynajmniej dla opozycji i dla tych ludzi, którzy się na mediach znają. To fragment z biogramu Broniatowskiego z Forbesa, magazynu, którego szef zagranicy w TVP był niegdyś redaktorem naczelnym.

„Michał Broniatowski rozpoczął karierę w 1979 roku w TVP, gdzie pracował do czasu stanu wojennego. Następnie był związany z brytyjską agencją telewizyjną ITN, Associated Press, a od 1985 roku z agencją Reutera. Od 1992 pełnił funkcję dyrektora polskiego oddziału Reutersa, który był pierwszym takim przedsięwzięciem w Europie Wschodniej, a od 1997 dyrektora przedstawicielstwa Reutersa w Rosji i krajach byłego Związku Radzieckiego. Po powrocie do Polski w latach 2001-2002 Broniatowski budował strategię nowych mediów w Grupie ITI. Był członkiem Rady Dyrektorów ITI i członkiem Rady Nadzorczej Grupy Onet. Od 2003 do 2009 pełnił funkcję wiceprezesa największej prywatnej rosyjskiej agencji informacyjnej Interfax, w której odpowiadał za międzynarodową działalność firmy. W latach 2009-12 kierował polskimi projektami internetowymi, a w 2013 współtworzył nowy całodobowy kanał informacyjny na Ukrainie – Espreso TV”– napisał Forbes w biogramie szefa OMdZ TVP. Opublikowałem to w całości, aby nie uronić kontekstu.

Kompetencja jak Yeti

Dinozaury z Woronicza – jak mówią o sobie starsi pracownicy TVP – mają spore wątpliwości, czy Broniatowski nadaje się do telewizji publicznej, szczególnie do TVP dla zagranicy. I to nie tylko ze względu na swoją pracę w rosyjskich mediach. Rosyjskich, podkreślam, nie holenderskich, nie niemieckich, brytyjskich czy czeskich lub amerykańskich. W mediach rosyjskich!

„Mam wrażenie, że on nic nie zrozumiał. Myśli, że TVP na Woronicza jest taka, jak na przełomie ustrojów” – mówił sdp.pl. jeden z pracowników TVP, który przechodzi wkrótce na emeryturę i nie chce ujawnić swojej tożsamości. „Proszę wybaczyć, ale nie chcę ryzykować, atmosfera w TVP w likwidacji przypomina niekiedy stan wojenny. Tylko koksowników nie ma. Chociaż na ten mróz mogliby wystawić…” – próbuje żartować nasz rozmówca.

„Kompetencja i nazwiska większości szefów w TVP w likwidacji to są zupełnie inne wartości. Także i Broniatowskiego. Jeśli to się nie zmieni, następny rząd nie będzie miał czego naprawiać” – martwi się doświadczony pracownik z Woronicza. „Może chodzi nie tylko o rządzenie, kiedy władzę sprawuje koalicja Tuska. Krążą plotki o sprzedaży, ale nie całej TVP, tylko jej najlepszych części” – dodał.

Nikt nie konsultował kandydatury szefa OMdZ TVP z MZS i rządem?

I jeszcze fragment z serwisu internetowej Press, którego to portalu nie można posądzać o sprzyjanie opozycji: >> „Paweł Jabłoński nie jest szeregowym posłem Prawa i Sprawiedliwości. Przez cztery lata był wiceministrem spraw zagranicznych i miał dostęp do niejawnych informacji o zagrożeniach ze Wschodu. W marcu 2024 roku wchodzi na trybunę sejmową i ostrzega, że dyrektorem TVP World został właśnie człowiek, który przez wiele lat był szefem rosyjskiej agencji informacyjnej Interfax. „W związku z tym mam pytanie o politykę MSZ, czy w zakresie tej nominacji byłego dyrektora rosyjskiej agencji informacyjnej na stanowisko dyrektora stacji walczącej z rosyjską dezinformacją MSZ konsultował się albo z ministrem kultury, albo z nielegalnym likwidatorem Telewizji Polskiej SA?” – pyta przejęty Jabłoński. <<.

Tyle Press, ale najciekawsze są jednak fakty, które jeszcze nie wyszły na jaw – mówią na korytarzach o Broniatowskim. Co mają na myśli? Nikt tego nie chce powiedzieć. Czy rząd i MSZ wiedzą, kogo zatrudniła TVP na stanowisku szefa TVP dla zagranicy? Chyba tam wiedzą, ale może mają ważniejsze zajęcia. Sam Broniatowski niechętnie mówi o swojej karierze w mediach rosyjskich. Nikt mu się, chyba, nie dziwi w kierownictwie TVP w likwidacji.

 

 

W poniedziałek POGRZEB śp. WACŁAWA ROMAŃSKIEGO, realizatoara dźwięku Telewizji Polskiej

Realizator dźwięku Telewizji Polskiej i TVP we Łodzi Wacław Romański zmarł 3 lutego 2026 roku w wieku 87 lat… Właściwie Wacek Romański w TVP i TVP Łódź był zawsze. Kiedy pytałem go, kiedy zaczynał, udawał zamyślenie i mówił „no, to było w tym roku, kiedy pożyczyłem od Poli Negri 5 złotych”.

***

Pogrzeb śp. Wacława Romańskiego w poniedziałek 9 lutego o 11.30 na cmentarzu ewangielickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi.

***

Wacław Romański…

Lubiany, otwarty, gaduła, profesjonalista w każdym calu. Dowcipny a jednocześnie wrażliwy. „W tak nerwowej pracy i taki pogodny” – mówili koledzy z reżyserki.

Poczucia humoru nie miał tylko wówczas, kiedy trzeba było ratować program, tak z powodów technicznych, jak i merytorycznie. Nie umiem sobie wyobrazić, że Wacek nie żyje…

 

Wacek nie był tylko dźwiękowcem. Kiedy była taka potrzeba i zdjęcia zrobił i światło ustawił. Takich ludzi już niestety w zawodzie jest coraz mniej. Nade wszystko kochał tę robotę. Chyba przez prawie pół wieku trudno sobie było wyobrazić TVP bez Romańskiego i Wacka bez telewizji w Łodzi.

Aż w końcu nastąpił ten dzień. „Przeszedłem na emeryturę, jestem już w odstawce, ale może odpocznę, chociaż powiem ci, brakuje mi tej adrenaliny, kiedy zaczyna się transmisja lub ŁWD (serwis informacyjny w TVP Łódż)” – powiedział mi kiedyś gorzko, może ponad dwie dekady temu.

„Nawet wtedy nie tracił kontaktu z oddziałem, no może nie tyle z firmą, co z ludźmi, z którymi pracował” – podkreśliła w rozmowie z portalem sdp.pl wieloletnia dziennikarka, spikerka Polskiego Radia i prezenterka Telewizji Polskiej Grażyna Jeżewska.

Wacław Romański w Zespole Emisji zdj. www.art.intv.pl

„Koleżeński, towarzyski. Takich ludzi jak Wacuś, jak mówi, młodzież już >>nie produkują<<. Jego praca to było jego życie” – mówiła. „Oprócz tego, że Wacek był absolutnym fachowcem, to jeszcze pomagał zrozumieć telewizyjną pracę mniej doświadczonym. Lubił pracę z młodzieżą” – dodała Jeżewska. Dawny dziennikarz TVP Łódź i prezes oddziału łódzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Zbigniew Natkański wspomina Zmarłego jako rzemieślnika i artystę jednocześnie.„W czasach, kiedy Wacek zaczynał, kiedy telewizja raczkowała i nadawała tylko na żywo, musiał być jednocześnie bezbłędnym realizatorem dźwięku i wrażliwym człowiekiem słuchającym interpretacji tekstu w ekranizacji klasycznego dramatu w Teatrze Telewizji. A tego typu produkcje często gościły w łódzkim studio. Ze znanymi reżyserami i znakomitymi aktorami” – wspominał Natkański.

 

 

***

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś o Wacławie Romańskim napiszę, ale, jako młodszy kolega, mogę zapewnić, że Wacka nie będzie można zastąpić. Bo oprócz szacunku dla innych i  swojego zawodu rozumiał, że w telewizji jego marzeń, najważniejsi są ludzie…Nie polityka.

Żegnaj Wacku, szkoda, że nie opowiesz mi teraz kolejnych anegdotek, których nie moglibyśmy nigdzie opublikować. Szkoda, że nie zobaczymy się już na stadionie Widzewa czy Orła… Szkoda.

Wacuś, do zobaczenia

 

Hubert Bekrycht

 

Pogrzeb śp. WACŁAWA ROMAŃSKIEGO odbędzie się 9 lutego, w poniedziałek o gdzinie 11.30 na na cmentarzu ewangelickim przy ul. Ogrodowej w Łodzi.

 

zdjęcia ze strony www.art.intv.pl

CMWP SDP zapowiada monitoring sprawy red. TOMASZA GRODECKIEGO z PORTALU NIEZALEŻNA.PL po pozwaniu dziennikarza przez likwidatora PAP

Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich będzie bronić red. Tomasza Grodeckiego z Niezależnej.pl. Grodecki – zadeklarowała dyrektor CMWP SDP i prezes SDP dr Jolanta Hajdasz.

Grodecki jego portal są prześladowani przez  likwidatora Polskiej Agencji Prasowej Marka Błońskiego, byłego szefa zakładowej komisji NSZZ Solidarność w agencji. Obecny likwidator, korespondent lokalny PAP na Śląsku, był przez lata podwładnym Grodeckiego, szefa działu a potem z-ca redaktora naczelnego PAP. „Błoński nie może wybaczyć Grodeckiemu serii artykułów o kulisach przejęcia agencji” – podkreślił w rozmowie z sdp.pl pragnący zachować anonimowość jeden z byłych dziennikarzy PAP. „To skandaliczny szantaż, który ma doprowadzić do cenzury w sprawie likwidatora PAP i samej agencji” – dodał.

Chodzi m.in. o sprawię, którą opisywał wielokrotnie Tomasz Grodecki w portalu Niezależna (wraz z m.in. Marcinem Dobskim, Piotrem Nisztorem i Grzegorzem Wierzchołowskim). To duża afera związana z tzw. Grupą Wejście. Skandalem, który toczy środowisko dziennikarskie po bezprawnym przejęciu mediów publicznych przez rząd Donalda Tuska w grudniu 202 roku.

Red. Tomasz Grodecki został pozwany przez kierownictwo PAP. W opinii dziennikarzy, likwidator agencji, bo to on formalnie pozywa swojego byłego szefa – wicenaczelnego, chce zakneblować Grodeckiego i portal, w którym dziennikarz pracuje.

Likiwdator PAP domaga się od Tomasza Grodeckiego 20 tysięcy złotych na Fundację WOŚP oraz publikacji przeprosin przez pół roku w mediach społecznościowych.

Oto fragmenty piątkowego artykułu w sdp.pl:

„Trwa deprecjonowanie PAP poprzez „pomyłki” w relacjach. „Pomyłki” m.in.  z wydarzeń z udziałem Karola Nawrockiego i „niefortunnej zmiany „- w oficjalnym serwisie PAP (!) – imienia obecnego prezydenta na „Karofel” , „nieudane i zbyt szybkie” tłumaczenie prezydenta USA, który „przez pomyłkę” mówił coś innego niż mówił. Kolejne „pomyłki” dotyczące Donalda Trumpa. I wreszcze sprawa Tomka Grodeckiego. Bardzo mnie poruszyła, bo to po prostu, w mojej opinii szantaż byłego pracodawcy wobec dziennikarza. Powie ktoś, no tak były podwładny zwolnił swego szefa, wicenaczelnego agencji. Nic bardziej mylnego. Jeśli Grodecki napisze wszystko, to wróbelki ćwierkają, że kierownictwo PAP może mieć kłopoty.

 

Grodecki to dziennikarz, który pisał i pisze prawdę o tym, co stało się w publicznych mediach ponad dwa lata temu. On i m.in. Wierzchowołwski, Dobski i Nisztor z Niezależnej.pl i TV Republika, Gazecie Polskiej i GPC publikowali wiele artykułów o Grupie Wejście, największym skandalu w polskim dziennikarstwie po 1989 roku.  To oczywiście nie w smak różnym czerwonym cenzorom, którzy zawłaszczenie TVP, PR i PAP chcą zamieść pod polityczny dywan ekipy Tuska. Znając Tomka, to się po prostu im nie uda…” – to były fragmenty artykułu z sdp.pl opublikowanego 30 stycznia 2026 roku.

 

Do sprawy skandalicznej cenzury, która ma wymusić milczenie red. Tomasza Grodeckiego i portalu Niezalaeżna.pl  wobec PAP oraz monitoringu CMWP SDP, wrócimy wkrótce.

 

oprac. hub

 

CENZURA NA ŻYCZENIE PAP – Likwidator atakuje dziennikarza Niezależnej.pl, swojego b. szefa, b. wicenaczelnego agencji

HUBERT BEKRYCHT: W przededniu katastrofy, czyli przedwierzchołek upadłości mediów publicznych

Termin „przedwierchołek” używany jest często przez wspinaczy wysokogórskich, geologów i geografów. Przedwierzchołek to jeszcze nie szczyt góry, ale prawie. Od szczytu czasem dzieli go kilkanaście metrów. Szczyt bezczelności natomiast bardzo chcą osiągnąć władze, niektórzy pracownicy i protektorzy mediów publicznych.

Nielegalnie przejęte ponad 2 lata temu TVP, PR, rozgłośnie regionalne PR i PA szczytu bezczelności jeszcze nie osiągnęły. Na razie musnęły zaledwie przedwierzchołek buty, chamstwa, cenzury, łamania wolności słowa, dezinformacji…

Uff, a to zaledwie początek. Pozostając w Himalajach hipokryzji, media publiczne brodząc po szyję w szlamie manipulacji i kłamstw podążają ku zagładzie. Utrzymują setki propagandystów koalicji i zwykłych hien dziennikarskich. Z naszych podatków.

W alpinizmie wspinacze i geografowie obserwują czasem kilka tzw. przedwierzchołków szczytu, który chcą osiągnąć. Media publiczne po 2023 roku też mają kilka prawie szczytów. Negatywnych, hańbiących, skandalicznych.

Przedwierzchołek nr 1 – kasa z Marsa

Dotyczy finansowej niekompetencji. Mając bezterminowe i określane mianem rządowej studni bez dna finansowanie, wciąż media publiczne nie mogą wyprodukować, czegoś, co przebije komercyjną konkurencję, w tym konserwatywnych nadawców, m.in. TV Republikę, telewizję wPolsce24, Radio Wnet, Radio Maryja, Telewizję Trwam i wiele, wiele innych. Do wierzchołka jeszcze trochę, bo komunikaty manipulacyjne w rządowych mediach płyną leniwie jak Nil. Ale wylewają jak szambo. Bardzo spektakularnie.

Przedwierzchołek nr 2 – etyczny Armagedon

W TVP, PR i PAP nie ma obecnie żadnych zahamowani molalnych. Byle tylko „dowalić” opozycji, mediom konserwatywnym i niezależnym jeszcze instytucjom. I ludziom z tych środowisk. Są w państwowych mediach pokłady zgnilizny etycznej, ale to nie znaczy, że nie będą się powiększać. Tu do szczytu daleko.

Przedwierzchołek nr 3 – media publiczne jak mafia

W tej chwili, chcąc dotrzeć na wierzchołek zemsty, wraz z przypadkowo wylosowanymi sędziami, media publiczne udowodniają, że wszystkie ich decyzje były zgodnie z prawem. M.in. zwolnienia dyscyplinarne, zwolnienia wymuszone, zastraszanie dziennikarzy, który jeszcze zostali i dezinformacje, które pojawiają się każdego dnia. I też do szczytu daleko jak z Warszawy do Drezna.

Atak szczytowy

Katalog wszystkich łotrostw nowych, nielegalnych władz mediów publicznych jest też długi jak taśma w kasie supermarketu. Trzeba poczekać aż się wyczerpie. Kiedy TVP, PR i PAP w likwidacji będą ledwo żywe, wówczas ktoś ich majątek sprawiedliwie podzieli. I zrobi się – jak mawiał klasyk – protokół zniszczenia.

A wtedy szczyty dopiero będą przed likwidatorami i ich rządowymi mecenasami. Szczyty albo upadki z wierzchołków mediów publicznych.

 

 

DEBATA NA FOKSAL. ANNA POPEK zaprasza w piątek 30 stycznia o 18.00: LISICKI, SZLACHTOWICZ, HAJDASZ, WIELOMSKI, ZIEMKIEWICZ

W imieniu prowadzącej, czyli Anny Popek, zapraszamy na debatę na Foksal. Rok 2025 spróbują podsumować wybitni dziennikarze. Znajdzie się też czas na prognozy na bliższą i dalszą przyszłość.

W debacie wezmą udział: prezes SDP i dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz, współpracująca z wieloma mediami konserwatywnymi; redaktor naczelny Do Rzeczy Piotr Lisicki, dziennikarz; dziennikarz Piotr Szlachtowicz; publicysta polityczny i – jak o sobie pisze na X –  autor ksiązek, Youtuber walczący z rządzącą Polską elitką infantylno-agenturalną Adam Wielomski oraz – last, not least – pisarz i publicysta  Rafał Ziemkiewicz.

Debata rozpocznie się o godzinie 18.00 w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie a poprowadzi ją dziennikarka i publicystka m.in. TV Republika Anna Popek.

 

MACIEJ ŚWIRSKI – Ironia jako wata szklana: O wypełnianiu pustki epistemicznej

W naszym portalu zamieszczamy często takie materiały publicystyczne, które nie mieszczą się w klasycznym zakresie tematycznym naszych publikacji, ale stanowią kwintesencji poszukiwań naszego świata. Poszukiwań, które także powinny być obowiązkiem publicystów i dziennikarzy. Dzisiaj kolejny z przyczynków do tych poszukiwań – esej Macieja Świrskiego.

Maciej Świrski: W poszukiwaniu Polski jako kraju sensu – fragment (VII)

Ironia jako wata szklana: O wypełnianiu pustki epistemicznej

Ironia nie weszła do kultury jako kaprys ani jako ozdobnik języka. Pojawiła się wtedy, gdy słowa zaczęły ciążyć bardziej, niż powinny, gdy sens przestawał być czymś wypracowywanym w sporze i namyśle, a coraz częściej stawał się czymś narzucanym. W takich momentach ironia dawała oddech. Pozwalała zatrzymać się o ułamek sekundy wcześniej, zanim język zamknął myśl w gotowej formule.

Ale był też inny rodzaj ironii. Taki, który nie chronił przed sensem nadmiernym, lecz sens wytwarzał przez jego zawieszenie. Ironia nie jako tarcza, ale jako metoda. Nie defensywa, ale epistemologia.

Ta różnica kosztowała miliony istnień.

Dwa gatunki ironii

Przez długi czas ironia pełniła funkcję, której trudno nie docenić. Chroniła przed patosem udającym głębię, a w istocie będącym zasłoną dla przemocy albo intelektualnej pustki. Umożliwiała cofnięcie się o krok, spojrzenie z boku, zawieszenie sądu. By sprawdzić, czy to, co domaga się powagi, rzeczywiście na nią zasługuje.

W tej pierwotnej postaci ironia była formą inteligencji. Zakładała, że świat jest bardziej skomplikowany, niż chcieliby go widzieć ci, którzy mówią najgłośniej. Że każde wielkie słowo wymaga chwili nieufności, a każda deklaracja powinna zostać wystawiona na próbę. Ironia nie negowała sensu. Traktowała go na tyle serio, by nie oddawać go bez oporu w ręce pierwszej lepszej narracji.

Grecy znali ją już w tej postaci. Sokrates nie ironizował po to, by uciec od sensu, lecz by sprawdzić, czy sens rzeczywiście tam jest. Udawana niewiedza była narzędziem rozbrajania fałszywej pewności. Gdy Persowie zagrozili Sparcie, że jeżeli ją zdobędą to zrównają miasto z ziemią, odpowiedź była krótka. Jedno słowo. „Jeżeli”. Nie była to błyskotliwość ani poza retoryczna. Była zgodą na tragizm bez komentarza. Ironia polegała na odmowie przyjęcia logiki strachu, nie na zaprzeczeniu realnemu zagrożeniu.

Rzym dołożył ironię bardziej dworską i polityczną. Klaudiusz pokazał, jak ironia może stać się strategią przetrwania w świecie władzy. Udawana nieporadność chroniła go przed losem tych, którzy brali imperium zbyt serio. Ironia była maską, za którą kryła się trzeźwa ocena rzeczywistości.

Wszystkie te przykłady łączy jedno. Ironia była reakcją na nadmiar i koncentrację sensu w jednym języku, jednej władzy. Chroniła myślenie przed skostnieniem, a człowieka przed zmiażdżeniem przez strukturę niepodważalną. Zawsze była związana z ryzykiem. Często z ryzykiem ostatecznym.

Ale istniała też ironia innego rodzaju. Nie tarcza przed sensem nadmiernym, lecz narzędzie jego wytwarzania. Ironia, która nie odrzucała ani nie ochraniała, ale budowała znaczenie przez nieskończone zawieszenie ostatecznego rozstrzygnięcia.

 

Ironia talmudyczna: epistemologia przez zawieszenie

 

W tradycji żydowskiej ironia nigdy nie była jedynie retoryczną figurą ani gestem dystansu. Była metodą poznawania świata przez odmowę jego zamknięcia. Talmud nie dąży do konkluzji. Składa argumenty obok siebie, pozwala im trwać w napięciu, nie wymuszając rozstrzygnięcia. Prawda nie jest tu tym, co da się ostatecznie wydobyć, lecz tym, co wyłania się z nierozstrzygalności samej.

To nie jest sceptycyzm. To epistemologia oparta na przekonaniu, że Bóg mówi wieloma głosami jednocześnie, a żaden z nich nie może zostać uciszony bez straty. Ironia staje się tu przestrzenią, w której sens może istnieć w wielu wersjach naraz, bez konieczności wyboru jednej z nich jako ostatecznej.

W kulturze jidysz ten mechanizm zszedł na poziom codzienności. Humor, autoironia, podważanie hierarchii języka, to wszystko  nie było gestem nihilistycznym. Było sposobem poruszania się w świecie, który nie oferował stabilności, a mimo to wymagał budowania sensu. Śmiech nie unicestwiał powagi. Chronił przed ją skostnieniem.

Żydowska ironia nie chroniła przed przemocą sensu narzucanego z zewnątrz. Chroniła przed przemocą sensu zbyt pewnego siebie od wewnątrz. Była sposobem zachowania elastyczności myśli tam, gdzie dogmat byłby trucizną. Nie była gestem wykluczającym. Była praktyką inkluzji, w której wszystkie głosy miały prawo zabrzmieć, nawet jeśli się wykluczały.

To była ironia generatywna. Tworzyła sens przez jego zawieszenie. Nie rozbrajała słów, lecz uwalniała je od ciężaru ostateczności. Pozwalała myśleć dalej tam, gdzie inna tradycja kazałaby się zatrzymać i wydać wyrok.

 

Auschwitz: fizyczne zniszczenie epistemologii

 

Po 1943 roku ta tradycja przestała istnieć.  Ci, którzy ją nieśli, zostali fizycznie unicestwieni. Holokaust nie zabił tylko ludzi. Zabił sposób myślenia.

Gdy ginie sześć milionów istnień, giną też wszystkie nienapisane komentarze, nieopowiedziane historie, nierozstrzygnięte spory. Ironia talmudyczna nie przechodziła za pomocą tradycji pisanej. Przechodziła przez gadanie, sprzeczanie się, nieskończone komentowanie komentarzy. Gdy zabija się komentatorów, zabija się samą możliwość kontynuacji.

Po Auschwitz nikt nie mógł już powiedzieć: „Ale rabin Hilel powiedziałby inaczej”. Rabin Hilel nie żył. Nie żył, bo został zagazowany i spalony wraz z całą społecznością, która przez tysiąc lat tworzyła przestrzeń dla jego głosu. Przestrzeń, w której sens mógł istnieć jako nieskończona dyskusja, nie jako zamknięta konkluzja.

To nie było zniszczenie ironii jako takiej. To było zniszczenie ironii jako epistemologii. Ironii, która nie broniła przed sensem, ale go wytwarzała. Która nie była gestem negacji, lecz praktyką myślenia.

Po Holokauście została ironia inna. Grecka. Rzymska. Obronna. Ale ta druga – generatywna, talmudyczna, jidyszowa – została spalona wraz z tymi, którzy ją nieśli w głowach i w sposobie mówienia.

Europa po 1945 roku nie zdawała sobie z tego sprawy, ale straciła nie tylko ludzi. Straciła metodę. Sposób budowania sensu, który nie wymagał ostateczności. Który pozwalał myśleć dalej tam, gdzie inni musieli się zatrzymać i wydać wyrok.

Gułag: zamrożenie do śmierci

 

Komunizm operował inną logiką. Nie tylko fizycznym unicestwieniem, ale i systematycznym zamrażaniem. Gułag nie zabijał ironii tak, jak to zrobił Auschwitz. Zamrażał ją powoli, przez lata, przez pokolenia.

W Auschwitz śmierć była szybka i totalna. W Gułagu była powolna i częściowa. Ludzie też wracali. Ale wracali zamrożeni. Ironia, która tam przetrwała, była innego rodzaju niż ta, którą tam zanieśli. Nie była już metodą wytwarzania sensu. Była jedynie narzędziem przetrwania.

Sołżenicyn opisuje moment, w którym więźniowie przestają się śmiać. Dlatego, że coś w nich pęka. Przestrzeń wewnętrzna, w której mogłaby istnieć dystans między tym, co mówione, a tym, co pomyślane – ta przestrzeń zostaje stopniowo zmiażdżona przez zimno, głód,  bicie i pracę ponad siły.

Ironia wymaga minimum wolności wewnętrznej. Wymaga, by pozostała jeszcze jakaś szczelina między językiem systemu a językiem własnym. W Gułagu ta szczelina zamarzała. Nie znikała całkiem, bo gdyby znikała, ludzie by wariowali – co też się zdarzało. Ale szczelina stawała się tak wąska, że ironia mogła w niej istnieć tylko jako minimum higieny psychicznej, nie jako metoda poznania.

Po latach trzydziestych, w późniejszym komunizmie, także w Polsce, ironia stała się codziennym narzędziem. Gdy system tracił impet, a ideologia krążyła wokół własnego ogona, ironia pozwalała funkcjonować w świecie, w którym wszyscy wiedzieli, że oficjalny język nie ma związku z rzeczywistością, a mimo to należało się nim posługiwać.

Ale była to już ironia defensywna, nie generatywna. Nie budowała sensu. Chroniła przed jego nadmiarem. Pozwalała zachować przytomność tam, gdzie powaga państwowych deklaracji zamieniła się w farsę.

W obu doświadczeniach i Auschwitz, i Gułagu ironia spotykała granicę. Ale każde z nich odsłaniało inną granicę. Auschwitz pokazał, że ironię można zabić fizycznie, unicestwiając tych, którzy ją nieśli. Gułag pokazał, że ironię można zamrozić, pozostawiając część ludzi przy życiu, ale odbierając im przestrzeń wewnętrzną niezbędną do jej praktykowania.

Europa po 1945 roku dziedziczyła te dwa doświadczenia, ale nigdy ich nie przepracowała. Zachód myślał o Auschwitz, ale nie o Gułagu. Wschód żył Gułagiem, ale nie mógł mówić o Auschwitz inaczej niż w języku propagandy. Ironia, która przetrwała, była ironią okrojoną. Brakowało jej jednej części – tej generatywnej, epistemologicznej, wytwarzającej sens przez zawieszenie.

 

Transformacja: od tarczy do wypełniacza

 

To, co nastąpiło później, nie było prostą kontynuacją. Był to proces, w którym ironia zmieniła funkcję bez świadomości samych ironistów.

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ironia jeszcze chroniła. Chroniła przed ideologią, przed wielkim narracjami, przed językiem władzy. Ale stopniowo zaczęło brakować tego, przed czym miałaby chronić. Wielkie narracje traciły moc. Ideologie się wykruszały. Język władzy stawał się coraz bardziej proceduralny i bezosobowy.

Ironia została bez adresata. Dogmat rozpłynął się w standardach i procedurach. Przemoc stała się bezosobowa. Ironia nie miała już w co celować. Został sam gest, powtarzalny i automatyczny.

I wtedy nastąpiło coś nieoczekiwanego. Ironia nie zniknęła. Zaczęła pełnić inną funkcję. Przestała być tarczą przed sensem nadmiernym. Stała się wypełniaczem pustki po sensie niemożliwym.

Zachodnia kultura po 1968 roku stanęła przed problemem, którego nie umiała nazwać. Wielkie narracje zostały zdyskredytowane. Epistemologia popadła w kryzys. Prawda stała się podejrzana. Ale życie społeczne wymaga operowania w języku. Wymaga mówienia tak, jakby słowa coś znaczyły. Jak mówić, gdy nie ma już pewności co do sensu?

Ironia stała się rozwiązaniem. Nie świadomym, nie deklarowanym. Stała się domyślnym tonem wypowiedzi. Sposobem mówienia, który pozwalał coś powiedzieć bez zobowiązania się do treści. Ironista może mówić, jakby wierzył w to, co mówi – i jednocześnie dać do zrozumienia, że jest ponad tym.

To nie była już obrona przed przemocą sensu. To była technika poruszania się w świecie, w którym sensu zabrakło, ale trzeba było udawać, że jest. Ironia stała się watą. Materiałem izolacyjnym. Substancją, która wypełnia pustkę między słowem a przekonaniem.

Gdy Richard Rorty w 1989 roku pisał o ironiście jako idealnym obywatelu demokracji liberalnej, nie widział jeszcze, co stanie się z ironią pozbawioną przeciwnika. Jego ironista potrzebował dogmatów do rozbrajania. Ale gdy dogmaty rozpuściły się w procedurach, ironia nie zniknęła. Zamieniła się w watę szklaną. Rorty opisywał narzędzie. Nie przewidział, że to samo narzędzie, pozbawione oporu, stanie się atmosferą intelektualną epoki.

 

Wata szklana: izolacja w obie strony

 

Wata szklana chroni przed ogniem. Ale jednocześnie uniemożliwia ogrzanie.

Ta właściwość definiuje współczesną ironię lepiej niż jakiekolwiek inne porównanie. Ironia dziś nie jest ani tarczą, ani metodą. Jest izolacją. Chroni przed spaleniem przez słowa zbyt gorące. Ale jednocześnie nie pozwala, by jakiekolwiek słowo mogło ogrzać.

Wata szklana jest miękka, przyjemna w dotyku, pozornie niewinna. Nie widać w niej agresji. Nie ma w niej przemocy. Jest wszędzie i nigdzie. Wypełnia przestrzeń tak naturalnie, że przestaje się ją zauważać. Dopiero gdy ktoś próbuje się rozgrzać, odkrywa, że jest zimno. I gdy cofnie rękę – zobaczy, że w jego skórę wbite jest tysiące szklanych szpilek.

Podobnie działa ironia epistemiczna. Nie uderza wprost. Nie zakazuje. Nie cenzuruje. Po prostu sprawia, że każde słowo wypowiedziane na poważnie brzmi nieco głupio. Niekoniecznie fałszywie. Po prostu nieadekwatnie. Zbyt pewne siebie. Zbyt nieświadome własnej umowności.

Kto by chciał tak brzmieć?

Ironia staje się tu czymś więcej niż postawą. Staje się atmosferą. Nie trzeba jej już stosować świadomie. Ona jest w powietrzu. W tonie debaty publicznej. W sposobie, w jaki media konstruują przekaz. W automatyzmie, z jakim każde poważne słowo zostaje od razu osłabione przez kontekst, w którym się pojawia.

W tym świecie tragizm staje się nie do zniesienia. Bo tragizm zakłada, że są sprawy, których nie da się rozbroić żartem. Że sens może kosztować. Że słowa wiążą. Kultura wypełniona watą szklaną neutralizuje to napięcie, zanim zdąży się ono ujawnić. Język przestaje oferować formy zdolne unieść ciężar odpowiedzialności.

Nie chodzi tu o śmiech. Śmiech może współistnieć z powagą. Chodzi o niemożliwość powagi. O sytuację, w której samo pojawienie się tonu zobowiązania jest już zagrożeniem. W której ktoś, kto mówi tak, jakby jego słowa miały konsekwencje, wydaje się albo naiwny, albo niebezpieczny.

 

Pustka epistemiczna: co wypełnia wata

 

Wata szklana nie pojawia się w próżni. Pojawia się tam, gdzie zabrakło czegoś innego. Wypełnia przestrzeń, która wcześniej była zajęta, ale stała się pustką bo to co ją wypełniało – znikło.

Co znikło?

Przekonanie, że poznanie jest możliwe. Że rzeczywistość da się w jakimś sensie uchwycić. Że słowa, choć niedoskonałe, mogą coś rzetelnie opisać. Że spór o prawdę ma sens, bo prawda, choć trudna, wielowymiarowa, czasem nieosiągalna,  jednak istnieje jako horyzont myślenia.

Po tym wszystkim, co się wydarzyło w XX wieku,  po Auschwitz, po Gułagu, po kolonializmie, po zdradzie nauki w służbie totalitaryzmów,  trudno było utrzymać to przekonanie. Epistemologia zachodnia popadła w kryzys, dlatego, że straciła niewinność.

Każde wielkie słowo – prawda, wolność, sprawiedliwość – zostało skompromitowane przez sposób, w jaki było używane przez ludzi przekonanych o słuszności swojej sprawy. Auschwitz nie powstał z tylko z niemieckiego cynizmu. Powstał też z przekonania, że pewne prawdy są tak oczywiste, iż nie wymagają dyskusji. I że zadaniem tych ludzi jest wypełnienie ich misji – co doskonale widać po lekturze protokołów konferencji w Wansee.

W odpowiedzi zachodnia kultura zbudowała system obronny przeciwko pewności. Wszystko, co rościło sobie prawo do ostateczności, zostało objęte podejrzeniem. Także Kościół i prawdy wiary. Każde słowo wymagało cudzysłowu. Każde stwierdzenie – dystansu.

Ironia stała się tym dystansem,  jako domyślne ustawienie. Jako materiał wypełniający przestrzeń między tym, co powiedziane, a tym, w co można by uwierzyć.

Powstała kultura, w której można mówić o wszystkim, ale nic nie waży. W której każde zdanie jest wypowiedziane z lekkim uśmiechem, sygnalizującym: „oczywiście zdaję sobie sprawę z umowności tego, co mówię”. W której powaga stała się podejrzana, bo kojarzy się z fundamentalizmem.

Taka kultura nie potrzebuje już cenzury. Nie musi zakazywać słów. Wystarczy, że sprawia, iż każde słowo wypowiedziane bez ironii brzmi naiwnie. Wystarczy, że dystans staje się dowodem inteligencji, a zaangażowanie i przywiązanie do rudymentów jest objawem prostactwa.

Wata szklana wypełnia pustkę po epistemologii. Nie zastępuje jej. Nie oferuje niczego w zamian. Po prostu sprawia, że życie bez niej staje się możliwe. Można poruszać się w świecie bez przekonań. Można mówić bez wiary w słowa. Można funkcjonować w kulturze bez wspólnego horyzontu sensu.

Ale jest cena.

 

Przemoc braku: nowy rodzaj przemocy

 

Przez długi czas wydawało się, że ironia chroni przed przemocą. Przed językiem, który nie znosi sprzeciwu. Przed sensem narzucanym siłą. Przed ideologiami domagającymi się wiary.

Ale ironia sama może być przemocą. Nie przemocą obecności, lecz przemocą braku. Nie przemocą sensu, lecz przemocą jego nieobecności.

Gdy ktoś próbuje powiedzieć coś na poważnie, gdy próbuje nazwać rzeczywistość bez dystansu, gdy próbuje zobowiązać się do słowa, to kultura ironiczna odpowiada nie cenzurą, lecz uśmiechem. Nie zakazem, lecz zażenowaniem. Nie przemocą jawną, lecz wykluczeniem przez ton.

To jest przemoc subtelna, ale skuteczna. Nie musi nikogo bić ani więzić. Wystarczy, że sprawia, iż nikt nie chce brzmieć jak ktoś, kto bierze siebie zbyt poważnie.

W takim świecie nie da się już powiedzieć: „to jest złe i musi się skończyć” bez ryzyka ośmieszenia. Nie da się powiedzieć: „wierzę w to” bez sygnalizowania naiwności. Nie da się zobowiązać do słowa bez sugestii, że nie rozumie się, jak działa język.

Ironia przestała być wyborem. Stała się warunkiem uczestnictwa w kulturze. Kto mówi bez niej, zostaje wykluczony przez zażenowanie. Przez estetykę.

To jest nowy rodzaj przemocy. Przemoc, która nie mówi „nie wolno”. Mówi: „to nie wypada”. Nie odbiera prawa głosu. Odbiera prawo do powagi. I tym samym odbiera możliwość zobowiązania.

 

Momenty graniczne: gdzie wata się kończy

 

Są sytuacje, w których wata szklana przestaje działać. Gdy pojawia się realne zło, realna krzywda, realna zdrada, ironia odsłania swoją prawdziwą funkcję. Nie chroni już przed patosem. Chroni przed koniecznością zajęcia stanowiska. Pozwala wycofać się dokładnie tam, gdzie słowo nie musiałoby kosztować.

W momencie granicznym wybór staje się widoczny. Albo mówisz wprost – i ryzykujesz. Albo owijasz w ironię – i nic nie ryzykujesz, ale też nic nie mówisz istotnego.

Kultura wypełniona watą szklaną preferuje drugie rozwiązanie. Nie jest to świadome. Po prostu dlatego, że pierwsze wydaje się nieadekwatne. Zbyt proste. Zbyt pewne siebie. Nieświadome własnej umowności.

 

Ale czasem proste słowa są jedynym, co pozostaje. Czasem nie ma miejsca na dystans. Czasem pytanie brzmi: po której jesteś stronie? I odpowiedź „to skomplikowane” nie jest odpowiedzią, ale ucieczką, po której zostaje tylko hańba.

W takich momentach okazuje się, że ironia nie była neutralna. Że chroniła nie przed przemocą sensu, lecz przed odpowiedzialnością za własne słowo. Że wata szklana izolowała nie tylko od cudzego ognia, ale też od własnego ciepła. I od sensu ostatecznego.

 

Co po ironii: powaga jako zdolność cywilizacyjna

 

Nie chodzi tu o zakaz ironii. Nie chodzi tu o powrót do naiwności. Nie chodzi tu o udawanie, że język może być przezroczysty albo że słowa niosą sens poza kontekstem.

Chodzi tu o coś innego. O zdolność rozpoznania momentu, w którym ironia przestaje chronić, a zaczyna unicestwiać. Momentu, w którym dystans przestaje być inteligencją, a staje się tchórzostwem. Momentu, w którym zawieszenie sensu przestaje być otwarciem przestrzeni myślenia, a staje się zamknięciem przestrzeni działania.

Powaga nie jest prostactwem. Jest zdolnością cywilizacyjną. Umiejętnością uznania, że niektórych zdań nie wolno wypowiadać na próbę. Że są słowa, które raz wypowiedziane wiążą. Że są momenty, w których trzeba powiedzieć coś wprost dlatego, że sytuacja tego wymaga.

Kultura, która utraciła tę zdolność, nie rozpada się gwałtownie. Traci zdolność rozróżniania tego, z czego jeszcze wolno żartować, od tego, czego żartem dotknąć już nie wolno. Traci zdolność nazywania zła złem bez cudzysłowu. Traci zdolność zobowiązania.

Po ironii nie zostaje cisza. Zostaje hałas, w którym wszystko brzmi podobnie, bo nic nie waży. Sens staje się opcjonalny. Przyszłość abstrakcyjna. A wspólnota nie ma już wspólnego horyzontu znaczenia.

Być może trzeba się nauczyć mówić inaczej. Nie bez ironii, bo ironia jest czasem konieczna. Ale bez waty szklanej. Bez automatycznej izolacji między słowem a przekonaniem. Bez domyślnego dystansu, który sprawia, że żadne słowo nie może już ogrzać.

Trzeba się nauczyć ryzykować słowem. Mówić tak, by słowa coś znaczyły, dlatego, że jest się odpowiedzialnym.

To nie będzie łatwe. Kultura wypełniona watą szklaną nie przepuszcza już ciepła. Ale można zacząć od jednego słowa. Powiedzieć je wprost. Bez cudzysłowu. Bez uśmiechu.

I zobaczyć, co się stanie.

Może się okaże, że da się żyć inaczej. Że można budować sens bez ironii epistemicznej. Że powaga nie prowadzi automatycznie do totalitaryzmu. Że zobowiązanie nie jest naiwne.

Ale najpierw trzeba zaryzykować jedno słowo. I nie wycofać się.

To kosztuje. Ale alternatywą jest świat, w którym wszystko można powiedzieć i nic to nie znaczy. Świat wygodny. Bezpieczny. Zimny.

Świat wypełniony watą szklaną.

 

Maciej Świrski

 

Były to fragmenty eseju Macieja Świrskiego, obecnie członka KRRiT, b. przewodniczący Rady w latach 2022 – 2025).

Autor zamieścił publikację na swoim profilu w portalu X 30 stycznia 2026 roku.

Maciej Świrski jest założycielem Reduty Dobrego Imienia (Polish League Against Defamation). Celem Reduty jest prostowanie nieprawdziwych informacji na temat historii Polski oraz propagowanie wiedzy na temat historii i kultury polskiej.

Na X o Autorze: „founder of @DobreImiePolski Chairman of the National Broadcasting Council – Poland (contra ius remotus)”.

W tłumaczeniu – Założyciel Reduty Dobrego Imienia. Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (tłum. oficjalnej nazwy) – Polska (contra ius remotus).

Z określeń prawniczych: „Contra ius remotus” to łacińska fraza prawnicza oznaczająca „oddalony/odsunięty od prawa”. Sugeruje sytuację lub działanie pozostające w sprzeczności z obowiązującymi przepisami (contra ius), wykraczające poza normy prawne lub nieuznawane przez prawo.

 

oprac. hub

 

Oryginalny wpis na X:

 

CENZURA NA ŻYCZENIE PAP – Likwidator atakuje dziennikarza Niezależnej.pl, swojego b. szefa, b. wicenaczelnego agencji

/Wykorzstano rysunek Cezarego Krysztopy z innej publikacji na tym portalu/ 

Wzmaga się grupa nielegalnych szefów mediów publicznych po ich bezprawnym przejęciu w grudniu 2023 roku. „TVP, PR, PAP to ja”, zdaje się mówić premier Tusk nieskładną francuszczyzną naśladując Króla Słońce. Przyklaskują temu nielegalnie wybrani, z pominięciem Rady Mediów Narodowych, szefowie mediów publicznych. Środowisko ich władz to w gruncie rzeczy panopticum złego dziennikarstwa i politycznego zarządzania państwowymi spółkami medialnymi, w myśl politycznej zasady „jesteś od nas, włos ci z głowy nie spadnie”. Niektórzy kierownicy mediów rządowych są łysi, ale i tak pod ochroną koalicji. Kuriozum stanowi fakt, że szef PAP w likwidacji kwestionuje fakty i atakuje swojego byłego szefa Tomasza Grodeckiego, do grudnia 2023 roku zastępcę redaktora naczelnego PAP.

Różne rzeczy przeżywa kadłubek mediów publicznych, po rzeczywistym rozpoczęciu niszczenia tych instytucji przez rząd Donalda Tuska. W TVP w likwidacji Tomasz Sygut i Daniel Gorgosz (podejrzewani o członkowstwo w Grupie Wejście, czyli o koorynowanie siłowej pacyfikacji budynków mediów publicznych 20 grudnia 2023 roku) sprzyjają arcykałpanom propagandy i Hienom Roku. A nawet hienom stulecia.  Za kadencji Gorgosza i Syguta wyemitowano antypolski film „Wśród sąsiadów” z przemontowaną zawartością, tak, aby sugerować, że nowy prezydent RP Karol Nawrocki jest nacjonalistą… i – kto wie – może antysemitą.

Paweł Majcher i Juliusz Kaszyński (podejrzewani o członkowstwo w Grupie Wejście) z Polskiego Radia, na każdym posiedzeniu Rady Programowej, której z rekomendacji SDP jestem członkiem, udają, że nie widzą nierzetelności wskazywanych m.in. przeze mnie w programie. Nie mam satysfakcji z tych moich uwag, ale stan programowy publicznej radiofonii jest katastrofalny. W serwisach to jeszcze nie ma komunikatów o nieomylności prezmiera, ale dogmaty o złej opozycji pojawiają się nie tak rzadko. W publicystyce nuda i – jak mawia moja koleżanka – „apoteoza świętej apologii” KO, PSL, PL2025 i wychwalanie celebrytów, którym przeszkadza PiS. No i do tego korespondent z PR z USA Marek Wałkuski, któremu wydaje się, że wypowiedział wojnę prezydentowi Trumpowi…

Osobny rodział stanowi Marek Błoński z PAP (podejrzewany o członkowstwo w Grupie Wejście – to jego telefon z dialogiem w tej sprawie bez trudu sfotografowano i teraz te zdjęcia są dowodem na działanie tej specyficznej grupy). „Błoński, były korespondent agencji ze Śląska zwsze był nijaki. Ale, jak mawiają w Katowicach, miał kontakty. Ze wszystkimi? No, niezupełnie. Repertuar jego wielbicieli i tych, którzy wielbili Błońskiego za jego teksty w PAP był długi” – mówi pragnący zachować anonimowość śląski dziennikarz.

„Więkoszość kontaktów Błońskiego stanowili głównie politycy lewicy i liberałowie oraz środowisko związków zawodowych, ale nie wszystkich. Teraz chyba odcięła się od niego Solidarność, chociaż wszyscy wypominali temu związkowi, że Błoński, już jako nielegalny szef agencji i jednocześnie, 20 grudnia 2023 roku, jeszcze szef zakładowych struktur Solidarności w PAP, siłowo wkroczył do siedziby przy Brackiej na czele osiłków, brutalnych ochroniarzy, pacyfikujących PAP” – kończy swą opowieść dziennikarz ze Śląska.

Ja za wiele o Błońskim nie mogę dodać, obowiązuje mnie powściągliwość sądowa, bo pozwałem PAP za dyscyplinarne, moim zdaniem, bezprawne wyrzucenie mnie  z pracy w 2024 roku, kiedy nowa ekipa medialna Tuska dopiero się rozkręcała. Jestem sekretarzem generalnym Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i red. nacz portalu SDP. Pisałem o haniebnych pacyfikacjach siedzib mediów publicznych, krytykowałem te nowe, nielegalne władze z Błońskim na czele, podpisywałem dziesiątki protestów w sprawie bezprawnego przejęcia TVP, PR I PAP, brałem w tych protestach udział. Mój los i dyscyplinarka – jak mówił mi jeden ze znajomych z PAP – były przesądzone, od momentu pierwszej  krytycznej uwagi o PAP, jaką publicznie wygłosiłem w obecności Błońskiego. Ten „demokrata” nie zrozumiał.

Bardziej niż sytuacja w agencji, dziwi mnie fakt, że nieliczni uczciwi a niezbyt odważni dziennikarze z PAP milczą w sprawie tego, co teraz  tam się wyprawia. Przecież to skandal. Trwa deprecjonowanie PAP poprzez  „pomyłki” w relacjach. „Pomyłki” m.in.  z wydarzeń z udziałem  Karola Nawrockiego i „niefortunnej zmiany „- w oficjalnym serwisie PAP (!) – imienia obecnego prezydenta na „Karofel” , „nieudane i zbyt szybkie” tłumaczenie prezydenta USA, który „przez pomyłkę” mówił coś innego niż mówił. Kolejne „pomyłki” dotyczące Donalda Trumpa. I wreszcze sprawa Tomka Grodeckiego. Bardzo mnie poruszyła, bo to po prostu, w mojej opinii szantaż byłego pracodawcy wobec dziennikarza. Powie ktoś, no tak były podwładny zwolnił swego szefa, wicenaczelnego agencji. Nic bardziej mylnego. Jeśli Grodecki napisze wszystko, to wróbelki ćwierkają, że kierownictwoi PAP może mieć kłopoty.

Grodecki to dziennikarz, który pisał i pisze prawdę o tym, co stało się w publicznych mediach ponad dwa lata temu. Pisał m.in. o Grupie Wejście, największym skandalu w polskim dziennikarstwie po 1989 roku.  To oczywiście nie w smak różnym czerwonym cenzorom, którzy zawłaszczenie TVP, PR i PAP chcą zamieść pod polityczny dywan ekipy Tuska. Znając Tomka, to się po prostu im nie uda…

Hubert Bekrycht

/Wykorzstano rysunek Cezarego Krysztopy z innej publikacji na tym portalu/ 

 

Oddaję głos autorowi publikacji o cenzurze w PAP  Grzegorzowi Wierzchołowskiemu redaktorowi naczelnemu  Niezależnej.pl:

Marek Błoński, pełniący funkcję likwidatora w nielegalnie przejętej Polskiej Agencji Prasowej, wypowiada wojnę wolnemu słowu. Żąda przeprosin i pieniędzy za to, że red. Tomasz Grodecki – dziennikarz Niezalezna.pl – odważył się głośno powiedzieć o bezprawnym i siłowym wejściu nowej władzy do mediów publicznych.

Ciąg dlaszy w portalu Niezależna.pl w artykule: