WALTER ALTERMANN: O takich, co chcieliby zastąpić polski angielskim

Ostatnio jakiś publicysta pisał w internecie, że przeciwko powszechnemu już w kraju naszym zastępowaniu języka polskiego przez angielski występują ci, którzy angielskiego nie znają. Bardzo interesujący przykład nowoczesności na siłę i ogromnego szacunku dla własnej tożsamości.

I co ja na to? Mam dla tego pana cytat z „Zemsty” Aleksandra Fredry. Oto dialog Papkina z Rejentem:

Rejent

Mówże waszmość, trochę ciszéj,

Jego sługa dobrze słyszy.

Papkin

Mówię zawsze podług woli.

Rejent

Ależ bo mnie głowa boli.

Papkin (jeszcze głośniej)

Że tam komu w uszach strzyka

Albo że tam czyj łeb chory,

Przez to nigdy w pieśń słowika

Nie odmienią głos stentory.

Jestem za powszechną i dobrą znajomością w Polsce języków obcych. Pod warunkiem wszakże, że znajomość rodzimego języka, tradycji, kultury pozwoli się naszym dziennikarzom i politykom wysławiać się po polsku chociaż na 3+.

W Polsce angielszczyzna pokonuje także francuski

TVP Info, 16 12 2022 r. Dziennikarz przedstawia sprawę, która miała miejsce: „w znanej francuskiej miejscowości Lajon”.

Nie wiem komu co tam jest znane, ale zdaje się, że dziennikarzowi chodziło o Lyon. W istocie miasto starożytne, którego nazwa w języku polskim brzmi – Lion, lub Lią. I naprawdę nie bardzo mnie wciąga, że tekst ten przetłumaczył ktoś z angielskiego. Bardzo mnie natomiast zasmuca, że ten co tłumaczył i ten co mówił, nie słyszeli dotychczas o Lyonie. Lyon nie jest małą prowincjonalną mieściną.

Ku nauce tych dziennikarzy zacytuję tu encyklopedię: Lyon (rzymskie Lugdunum) – miasto w środkowo-wschodniej Francji, kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Alp. Jest trzecim co do wielkości miastem w kraju (po Paryżu i Marsylii). Miasto liczy 1 685 494 mieszkańców.

Lud trzyma się dzielnie na bojsku

Dziennikarz mówi, że o sprawie poinformowały „tablojdy”. To tak jakby mówił, że zawodnicy grają na „bojsku”. Bojsko mówiło w latach mej młodości wielu ludzi, raczej niewykształconych. Ale dzisiaj, kiedy matura jest już prawie obowiązkowa dla wszystkich? Taka ludowa wymowa chyba nie uchodzi?

Edycje procesów

TVN 24, 23.12.2022 r. Pobudzona do granic emfazy dziennikarka sprzed sądu w Białymstoku informuje, że jakiś proces ma już „drugą edycję”. I powtarza ten zwrot jeszcze dwa razy. Rzecz w tym, że opisywana przez dziennikarkę kryminalna sprawa po raz drugi trafiła do sądu. Unieważniony został pierwszy wyrok sprzed wielu lat i sąd wobec nowych okoliczności jeszcze raz sprawą się zajął. Zdarzają się i takie sprawy. Rzecz jednak w tym, że dziennikarce przyszło do głowy, żeby określić ten stan rzeczy jako „drugą edycję” sprawy.

Póki co edycja to: 1. ogłoszenie dzieła drukiem, wydanie płyty, kasety itp.; 2. jednorazowy nakład dzieła, jednorazowe wydanie płyty, kasety itp.; 3. przygotowanie tekstu do druku; 4. jedna z cyklu regularnie odbywających się imprez.

Ten ostatni przykład jest jednak mocno naciągany i świadczy jedynie, że rynek rozrywki pragnie nadać sobie powagi. W sumie jednak nikt – poza cytowaną dziennikarką – nie nazywał jeszcze powtórnego procesu „drugą edycją”.

Znam jeszcze takie pojęcia jak: editio expurgata, editio ad usum delphini… Może jednak niepotrzebnie o tych dwóch przypadkach napisałem, bo obawiam się, że za chwilę jakiś dziennikarz powie, że wyrzucenie z boiska jakiegoś piłkarza z boiska za faul, po raz drugi w bieżącym miesiącu, to drugie editio expurgata.

Zaopiekowana pani poseł

Pojęcie „zaopiekowany” jest rodem z nauk medycznych. Medycyna jest stara jak świat i wolno jej mieć na własny użytek słówka klucze. Tym bardziej, że medycyna się rozwija – przynajmniej na własny użytek – i jakoś musi się szybko sama z sobą komunikować.

Ale szlag może trafić, gdy słyszę po zasłabnięciu jednej z pań posłanek, że: „Pani poseł jest już zaopiekowana”. A nie mógł ten inny ważny poseł powiedzieć – „Pani poseł jest już pod opieką lekarzy?” Co prawda ów poseł ma jakieś wytłumaczenie swego żargonu, bo też jest lekarzem.

Poza tym w zwrocie „jest zaopiekowana” pani poseł staje się przedmiotem sytuacji, tak jak zgubiona walizka, którą się ktoś zaopiekował. A przecież pani poseł jest jednak podmiotem sprawy, zatem taktowniej byłoby jednak stwierdzić, że panią poseł już się zaopiekowali lekarze. Niby drobiazg, ale czyż nie świadczy o odhumanizowaniu naszej medycyny i uprzedmiotowieniu pacjenta?

Jeszcze trochę dziwactw z Mundialu

Odnieśli porażkę – mówi sprawozdawca. Nie wie, że odnieść można zwycięstwo, a ponieść porażkę. Te dwa tak różne zwroty wiążą się z antykiem, gdy Grecy wysyłani w bój mieli wracać z tarczą. albo na tarczy. Z tarczą wracali zawsze zwycięzcy, a na tarczy chwalebnie polegli, odnoszeni przez współbraci z pola bitwy.

Na Mundialu, za przyczyną naszych sprawozdawców, pojawiały się też takie kłopoty językowe jak problem ze zwycięstwem. Nasi ludzie w Katarze nie bardzo wiedzieli, że „zwyciężyć” można w danym meczu, można też „zwyciężyć” przeciwnika. Ale nie można „zwyciężyć nad przeciwnikiem”.

Poza tym, nie wiem, dlaczego nasi sprawozdawcy unikają jak ognia tak prostych pojęć jak: mecz, gra, walka, przegrana, wygrana, podał piłkę, kopnął, zatrzymał piłkę. Może wstydzą się tego co robią i chcieliby być doktorami wszechnauk? Jak mnie irytują te ich współczesne słówka: zaadresował piłkę, presował, tak to wygląda z naszej perspektywy, patrzenie przez pryzmat gości oraz progres. Oni naprawdę robią wszystko, żeby „abominować mi futbol”.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kordian i Emigranci oraz Emigranci i Kordian

Obejrzałem ostatnio dwa spektakle Teatru Telewizji TVP. Pierwszy to „Kordian” Juliusza Słowackiego, drugim są „Emigranci” Sławomira Mrożka. Jeżeli w jednej recenzji chcę zająć się tak różnymi spektaklami, to dlatego, że warto porównać nie utwory, ale dwa sposoby realizacji teatru w telewizji.

„Kordian” wyreżyserowany przez Zbigniewa Lesienia miał premierę 20 listopada 2022 roku w TVP. „Emigranci”, w reżyserii Kazimierza Kutza, których przypomniała właśnie TVP miał premierę w 1995 roku.

Zacznijmy od tego, że oba dramaty są niezwykle trudne dla reżysera i aktorów, a głównie przez to, że wydają się łatwe. Treść jest przez autorów podana jasno, role dla aktorów skrojone są dobrze, a nawet wspaniale. Teoretycznie nic tylko grać i cieszyć się sukcesem.

Niestety, dla realizatorów, oba te dramaty najeżone są zaporami z zaostrzonych pali, głębokimi wilczymi dołami i minami – żeby użyć tak „modnych” w wojennym czasie metafor.

Kordian

„Kordian” jest jednym z najbardziej antyrosyjskich polskich dramatów, to fakt nie podlegający dyskusji. Ma też doskonale napisaną przez wieszcza fabułę, co podnosi atrakcyjność utworu. Jest to też jeden z najwybitniejszych naszych tekstów doby romantyzmu. Być może te trzy fakty skusiły dyrekcję Teatru TVP oraz reżysera do wzięcia dzieła „na warsztat”.

Jednakże wynik prac nad „Kordianem” jest wysoce zatrważający. Już samo powierzenie reżyserii panu Zbigniewowi Lesieniowi budzi zdziwienie, wobec zauważalnego braku dotychczasowych większych osiągnięć reżyserskich, tak w teatrze, jak w telewizji. Oczywiście zdarzają się w sztuce genialne debiuty i niespodziewane odkrycia, ale w przypadku „Kordiana” zalecane by było zachowanie daleko idącej ostrożności.

Kilka romantyzmów w jednym worku

„Kordian” jest utworem romantycznym, a rok 2022 ogłoszony został rokiem polskiego romantyzmu. Mam jednak podejrzenie, że ci, którzy wpadli na ten pomysł nie do końca chyba zdają sobie sprawę, że mamy kilka „romantyzmów” i to bardzo różnych. Inny jest romantyzm Mickiewicza i Słowackiego, inny jeszcze Krasińskiego. A mamy też romantyzm Fredry. Naprawdę twórczość tych autorów łączy bardzo niewiele – poza tym, że tworzyli w tym samym czasie.

Romantyzm Słowackiego to walka o wolność, nie tylko narodową. Jego bohaterowie mierzą się z obciążeniami własnej, osobistej niewoli, z własna niemożnością i ograniczeniami. Romantyzm europejski oznacza też mrok duszy, niezawinione cierpienie, przekleństwo losu, śmierć. I te podstawowe cechy romantyzmu znajdujemy w pełni w utworach Słowackiego, także w „Kordianie”.

„Kordian” jest utworem mrocznym. Tytułowy bohater jest skazany na klęskę. I o tym mówi część pierwsza, ukazująca dorastanie bohatera. Niestety pan Lesień nieznośnie poszatkował utwór, upychając sceny początkowe w późniejszy tok akcji. I jest z tego zburzenia struktury utworu niezwykle zadowolony, skoro w wywiadzie mówi tak:

– Mój pomysł inscenizacyjny polega na „odwróceniu narracji” – opowiedzenie dramatu jako „film dziejący się w głowie” umierającego Kordiana po salwie plutonu egzekucyjnego. „Ufilmowienie” tego dzieła, realizowanego w naturalnych wnętrzach i plenerach spowoduje, że ten trudny dramat napisany wierszem w 1833 roku stanie się zrozumiały dla dzisiejszego widza.

Jest co prawda w dorobku polskiej literatury utwór „dziejący się w głowie umierającego księcia”, ale Juliusz Słowacki to nie Tadeusz Miciński, i zupełnie inna epoka.

Skutek pomysłów reżysera jest taki, że nagle, ni pri czom, Kordianowi na moment przed rozstrzelaniem jawi się Laura – jako jedna z osób, mających oglądać egzekucję. Zresztą scena z Laurą jest skrócona do kilku zdań, skutkiem czego zupełnie nie wiadomo kto ona i o co jej chodzi. Nie wiemy, że to zawiedziona do Laury miłość pchnęła Kordiana do narodowego czynu – zresztą zgodnie z duchem romantyzmu.

Filmowa dosłowność nie jest sztuką

Czym zatem jest „Kordian” w reżyserii pana Lesienia? Jest mdłą, werystyczną opowiastką o jednym takim, co chciał zabić cara, taką przygodową historyjką w kostiumach z lat dwudziestych XIX wieku. Wszystko utopione jest zresztą w okropnych kostiumach, mających być wiernymi kopiami z epoki. Jakby tego było mało duża część akcji toczy się w naturalnych wnętrzach, marnie zresztą oświetlonych.

A od teatru, także w telewizji oczekiwałbym kreacji, tworzenia własnych przestrzeni, służących budowaniu nastroju, mających być znakiem i wyrazem myśli autora. Nic takiego nie zaistniało. A już scena finałowa budziła śmiech. Otóż reżyser zadysponował, że rozegra się ona na prawdziwym hipodromie. Myśl ta wzięła się zapewne stąd, że Kordian skacze przez bagnety na koniu… Słowacki umieścił ją na Placu Saskim, miejscu parad i ćwiczeń wojska.

Myślę, że reżyser niewiele wiedział o romantyzmie, niewiele też o twórczości Juliusza Słowackiego. Dlatego też jego „Kordian” stał się filmo-teatrem akcji. I dlatego na jakąkolwiek głębię duchową, na fatum losu, na tragiczne moralne rozterki nie było po prostu miejsca. Otrzymaliśmy jako widzowi  płaską bajeczkę z historii Polski.

O ile chodzi o aktorów… Było przykro patrzeć, jak nawet wybitni z nich, męczyli się. Z gry aktorskiej pozostało jedynie „zdenerwowanie ogólne” i szybko podawany tekst.

Myślę, że pan Lesień najpierw powinien zrealizować którąś z klasycznych polskich legend, też bardzo patriotycznych, ale o wiele łatwiejszych w realizacji. Podsunąłbym następujące tytuły: „O Wandzie co nie chciała Niemca”, „O złym Popielu i dobrym Piaście” oraz „O wawelskim smoku i szewczyku Dratewce”.

Z całej sprawy p. Lesienia poruszyło mnie tylko jedno. Narzekanie reżysera, że utwór jest trudny, bo pisany wierszem…. Toż to, Szanowny Panie, trzeba było nie reżyserować tego „Kordiana”. Chyba, że ktoś Pana do tego zmuszał. Jeżeli tak, to przepraszam.

I jeszcze jedno – nie ma tak dobrych sztuk, których nie udałoby się spieprzyć, panowie – że strawestuję Wojciecha Młynarskiego.

Emigranci

Na szczęście poza nowymi realizacjami TVP przypomina też po trochu swoją własną klasykę. I ku mojej radości 16 grudnia 2022 roku nadany został spektakl „Emigrantów” Sławomira Mrożka, w reżyserii Kazimierza Kutza. Rolę AA zagrał Marek Kondrat, a XX Zbigniew Zamachowski.

Sztuka należy do Złotej Setki Teatru Telewizji. I dlatego powinna być „lekturą” obowiązkową dla wszystkich reżyserów podejmujących się debiutu w telewizji.

Kazimierz Kutz genialnie poprowadził aktorów. Pozwolił im też na granie pełne ekspresji, ale bez wpadania w naturalizm. A – niestety – widywałem już i takie realizacje „Emigrantów”. Co zresztą nie dziwi, bo wybitnie reżyserował on nie tylko filmie, ale także spektakle teatralne. Mając ogromne doświadczenie i wielki talent pokazał Kutz – potencjalnie debiutującym reżyserom – jak budować sceny, jak rozkładać napięcia, czym jest tempo, a czym frazy i rytm spektakli.

Napisałem powyżej, że reżyserzy debiutujący w telewizji powinni się tego wszystkiego od Kazimierza Kutza uczyć. Jednak dopadły mnie teraz wątpliwości… Bo przecież na naukę jest czas w szkołach filmowych i teatralnych, także zaraz na początku drogi twórczej.

Kutz zbudował też dekorację, według zaleceń Mrożka. Nie szukał metafor i symboli, bo w tej sztuce nie ma na to miejsca i potrzeby. On, jako filmowiec wiedział też dobrze, że film i teatr to dwie różne dziedziny sztuki. I że obie mogą być piękne, jeśli uszanuje się ich integralność.

Po latach dotarło do mnie i to, czego nie widziałem w sztuce Mrożka wcześniej, lub widziałem słabo. A dotarło to do mnie dzięki Kutzowi właśnie. Nadał on bowiem swojej realizacji wymiar ponadczasowy, egzystencjalny. I w jego realizacji – jak w żadnej innej – obaj bohaterowie są tragiczni. Zresztą jest to cecha całej twórczości Kazimierza Kutza, że nic w jego dziełach nie jest czarno-białe. U niego nikt nie ma monopolu na rację, bo wszyscy jesteśmy uwikłani w życie – jego wielkość i małość, powagę i śmieszność zarazem.

Może dlatego tak prosto i naturalnie obdarzył obu bohaterów miłością i kpiną zarazem. Zgodnie zresztą z duchem Mrożka.

Jedna drobna uwaga

Oceniając obie realizacje – obecną pana Zbigniewa Lesienia i tę sprzed 27 lat Kazimierza Kutza – dopatrzyłem się ogromnego niebezpieczeństwa, jaki wisi na Teatrem Telewizji. Otóż, jeżeli tak mają wyglądać najnowsze produkcje Teatru Telewizji TVP, to złota setka spektakli zostanie na zawsze zamknięta i nie będzie czego do niej dopisywać. Nie powstanie zatem nigdy złota 150-tka, żeby nie mówić już o 200 – tce. Niestety Teatr Telewizji odpłynął na szerokie wody filmu, udając że jest i nie jest zarazem teatrem. To naprawdę zła podróż, pora wrócić do portu tej zasłużonej dla kultury instytucji.

Przeprosiny

Miesiąc temu napisałem recenzję z „Balladyny” Juliusza Słowackiego, w reżyserii pana Wojciecha Adamczyka. Nie była to zbyt pochlebna recenzja. Teraz, po obejrzeniu „Kordiana” w reżyserii pana Zbigniewa Lesienia, jestem winien panu Adamczykowi serdeczne przeprosiny.

Zatem przepraszam Pana za moje zbyt ostre opinie, i oświadczam, że Pana „Balladyna” jest realizacją na poziomie ekstraklasy, wobec inkryminowanej dzisiaj realizacji „Kordiana” pana Lesienia, którą należałoby umieścić w klasie okręgowej. Żeby nawiązać do piłki nożnej i Mundialu.

 

WALTER ALTERMANN: Wytrąbione rakiety, faworyci i inne dziwne przypadki

Portal TVP Info 4 XII 2022 r. zamieścił informację o nielojalności wobec Polski pani Christiny Lambrecht, minister obrony Niemiec. Oto cytat: „Podły faul minister Lambrecht”. „Bild” ujawnia szczegóły rozmów z Polską ws. Patriotów.

Niemiecka minister obrony Christine Lambrecht złamała poufność negocjacji z Warszawą w sprawie rozlokowania w Polsce niemieckich baterii rakiet Patriot. To „podły faul” pani minister – pisze „Bild am Sonntag”. Zdaniem niemieckiej gazety Lambrecht złamała dane Warszawie słowo „dla własnego PR”.

Co zrobiła minister?

Jak informuje „BamS” polska strona apelowała do Berlina o zachowanie poufności w kwestii dostarczenia do Polski baterii Patriot. Gazeta cytuje treść maila, który do niemieckiego MON miał wysłać 18 listopada Piotr Pacholski, dyrektor departamentu polityki bezpieczeństwa międzynarodowego w resorcie Mariusza Błaszczaka. „Propozycja Państwa jest przez nas wnikliwie badana”. Zapowiedział, że w poniedziałek 21 listopada nadejdzie prawdopodobnie pierwsza odpowiedź. Jednocześnie chcielibyśmy prosić i zalecamy rezygnację z ujawnienia informacji” – cytuje „BamS” polskiego maila.

„BamS” pisze, że „wola autoreklamy była dla Lambrecht najwidoczniej ważniejsza od prośby o poufne potraktowanie sprawy”. „W poniedziałek rano (21.11.2022) pani minister wytrąbiła ofertę ws. Patriotów w wywiadzie dla »Rheinische Post«” – dodaje niedzielne wydanie „Bilda”

Sprawa jest politycznie przykra, ale nas interesuje tylko ostatnie zdanie powyższego tekstu, a właściwie tylko jedna fraza: „…pani minister wytrąbiła ofertę ws. Patriotów w wywiadzie dla» Rheinische Post«.

Nigdy bym nie przypuszczał, że jakiemuś dziennikarzowi zdarzy się taka gruba pomyłka, wynikająca zresztą – jak większość pomyłek – ze słabej znajomości języka polskiego. Zatem usłużnie wyjaśnimy jak to jest z tym trąbieniem.

Wszelkie trąbienie pochodzi od „trąby”, instrumentu nie cieszącego się w naszym narodzie zbytnim uznaniem. Mamy, na przykład: „Ty, trąbo jerychońska”, co oznacza człowieka niezbyt rozgarniętego, ale głośnego.

Mamy też „trąbić wsiadanego”, bo w dawnym wojsku istniał sygnał grany na trąbce, nakazujący wsiadanie na konie. Później „trąbić wsiadanego” trafił do żargonu pijackiego i oznaczał, że pora wypić ostatnią kolejkę, przed rozstaniem się biesiadników.

Istniej też w języku polskim zwrot „otrąbić”, który znaczy, że można trąbieniem dać sygnał ukończenia czegoś. Jeszcze jedno znaczenie „otrąbić” to: ogłosić coś uroczyście.

Mamy też wyraz „odtrąbić”, niejako bliźniaczy i oznaczający prawie to samo co „otrąbić”. I tak „odtrąbić” to: 1. zagrać jakiś utwór na trąbce lub trąbie; 2. odpowiedzieć na coś trąbieniem; 3. trąbieniem dać sygnał ukończenia czegoś; 4. ironicznie znaczy też: ogłosić coś uroczyście, z nadmierną pompą, przesadą i zadęciem.

I na koniec wróćmy do inkryminowanego zwrotu „wytrąbić”, użytego w tekście TVP Info. Rozumiemy, że redakcja nie musi lubi pani minister Lambrecht, ale sugerowanie, że jest ona alkoholiczką, to gruby nietakt. Skąd taka myśl? Ano stąd, że „wytrąbić” to można duszkiem butelkę wina z gwinta, a nawet pół litra wódki.

Zastanawiałem się wielokrotnie skąd biorą się takie językowe wpadki. I ciągle, nieodmiennie i stale  dochodzę do wniosku, że z nieznajomości frazeologii języka. Czy istnieje jakiś sposób, żeby dobrze nauczyć się rodzimego języka? Niestety tylko jeden, ale wymagający sporo czasu. Trzeba czytać dobrą polska literaturę i zapamiętywać zwroty, i ich znaczenia. A póki co, lepiej lepiej nie używać zwrotów historycznych, jeśli nie jest się pewnym ich brzemienia i sensu. Można też sprawdzać w dobrych słownikach, a nawet należy. Krótko mówiąc, trzeba się nieustannie uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. A jeśli nawet awansowało się w redakcyjnej hierarchii bardzo wysoko, to tym bardziej trzeba się uczyć. W życiu dziennikarza nie ma lekko.

Pewnego razu, przed laty, przyszedł do redakcji pewien młody, oczekujący gazetowej recenzji pisarz. Kiedy delikatnie zwróciłem mu uwagę, że jego opowiadania nie grzeszą dobrą polszczyzną, i że byłoby dobrze, gdyby czytał więcej klasyki. Na co odpowiedział: „Może i tak z tymi moim błędami, ale wie pan, ja teraz tyle piszę, że nie mam już czasu na czytanie”.

Faworyci

Dużą karierę w mediach zrobiło słowo „faworyt”. I jak to u nas zupełnie bez potrzeby, bo bez zrozumienia sensu tego określenia. Faworyt, według słowników, to: 1. kochanek, ulubieniec; 2. osoba typowana na zwycięzcę zawodów sportowych lub innej rywalizacji: 3. w wyścigach: drużyna sportowa, koń, pies typowani na zwycięzcę; 4. dawniej – pasmo zarostu pozostawione na policzku.

Wydawałoby się, że to proste, ale nie, skoro w TVN 24 5 XII 2022 r., można było usłyszeć:

„Polscy piłkarze nie dali rady faworyzowanej Francji”.

I zrobił się problem, bo „faworyzowanie” pochodzi, co prawda od „faworyta”, ale nie oznacza tego samego. Faworyzowanie nie jest zrobieniem z kogoś kochanki lub kochanka. I nie jest stawianiem na faworyta. Według słowników „faworyzować” oznacza: darzyć kogoś względami.

Ściślej i prościej mówiąc, faworyzowanie to obdarzanie kogoś łaską, protekcją i tytułami. Przy czym taki faworyt nie jest godzien zaszczytów, stanowisk, które osiąga dzięki faworyzowaniu. Zresztą, samo pojęcie faworyzowania zakłada jakiś ciemny układ i niedopuszczalne działania.

Czyli, co literalnie wynika z informacji TVN 24, że Francuzi byli w meczu faworyzowani? Czy grali w trzynastu przeciwko jedenastu Polakom? A może ich bramka była mniejsza, może sędzia był przekupiony? Nie, nic takiego nie miało miejsca. Dziennikarce chodziło o to, że Francuzi byli faworytami tego spotkania. A wyszło bez sensu. Dlaczego? Z tego samego powodu, jak we wcześniej opisanym przypadku TVP Info, więc nie będę się powtarzał.

Jedno tylko jeszcze warte jest zauważenia: w dwóch jakże różnych stacjach mamy identyczne przypadki błędów językowych, więc może nie tak bardzo się od siebie różnią? Może jest jakieś pole do kooperacji i pokojowego współistnienia?

Ekspozycja talentów

W czasie Mundialu, sprawozdawca meczu Argentyny z Meksykiem powiedział: „Ta bramka Messiego spowodowała ekspozycję talentów wokalnych kibiców Argentyny”.

Eksponować to można, Szanowny Panie, towar w witrynie sklepowej, a kibice: błysnęli talentami wokalnymi. Albo: objawili swoje talenty wokalne. Mogłoby też być: popisali się talentami… Ale ekspozycja? Toż to nawet na wernisażach, na wystawach sztuki nikt niczego nie eksponuje, a jedynie pokazuje, wystawia.

Słownikowo jest tak, że „eksponować” to: 1. wystawiać na pokaz; 2. wysuwać kogoś lub coś na pierwszy plan; 3. naświetlać błonę fotograficzną, kliszę, film.

Więc skąd sprawozdawca wziął tę „ekspozycję? Dlaczego akurat to słówko przyszło mu najpierw na myśl, a potem na usta? Najprawdopodobniej dlatego, że wydawało mu się ono bardziej światowe. A Mundial też jest światowy, co ma już w nazwie.

Szkoda mi tej naszej polszczyzny-ojczyzny, która po codziennym używaniu jej przez osobników łasych na globalne nowości, na angielszczyznę i na wszelkie neologizmy, wygląda ona jak by ją potrącił autobus, którym jadą dziennikarze sportowi, wszyscy inni dziennikarze, politycy i wszelkich zaszczytnych stopni naukowcy.

 

 

WALTER ALTERMANN: „Reduta” pani Strzępki

Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł unieważnił wybór Pani Moniki Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego w Warszawie. Wobec czego władze stolicy powierzyły jej stanowisko doradcy dyrektora. Zrobiła się afera, że hej. Można usłyszeć głosy, że jest to cenzura, zamach na wolność artysty, na ruch feministyczny oraz wolność kobiecą sui generis.

A ja mam niemal 100 procent pewności, że unieważnienie wyboru p. Strzępki było iście machiawelicznym planem PiS. Partia ta, z całą pewnością, wiedziała, że zawieszona zacznie się ostro i głośno bronić, a tym samym w pełni odsłoni pełną naturę swej kobiecości. I nie mam tu na myśli intymnych części ciała p. Strzępki, bo dla niej kobiecość jest zawołaniem bojowym, sztandarem jej armii i drogowskazem w życiu. A herbem wagina.

Tematy

Portal culture pl tak pisze o jednym ze spektakli pani Strzępki:

W głośnej „Tęczowej Trybunie 2012” Strzępka wzięła na reżyserski warsztat temat mniejszości seksualnej – geje walczą u niej o prawa do własnego sektoru na Stadionie Narodowym. „Tęczowa…”  nie jest jednak, jak zauważa Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej, interwencyjną wypowiedzią w sprawie gejowskiej inicjatywy.

Wszyscy jesteśmy pedałami – mówi jedna z postaci. I taki właśnie przekaz płynie ze sceny. Nie ma tu znaczenia orientacja seksualna – rzecz w tym, że dokładnie tak jak „tęczowi” w spektaklu traktowani są wszyscy obywatele w relacjach z władzą. Teatralny duet stawia Polakom gorzką diagnozę, bez taryfy ulgowej. To nie może się udać – wydają się mówić Strzępka i Demirski. Więcej: w tym kraju nic nie może się udać. „Tęczowa Trybuna 2012” miała premierę rok przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej Euro 2012.

Dlaczego pani Strzępka została dyrektorem zasłużonej sceny

Poznawszy dotychczasowe osiągnięcia zawodowe p. Strzępki, muszę stwierdzić, że działała dotychczas w teatrach prowincjonalnych, skupiając się na tworzeniu spektakli mających charakter manifestów politycznych i społecznych. Nie ma w tym nic złego, teatr ma różne formy i bardzo różne przesłania. Ale w historii to też się zdarzało. I nie zawsze takie nominacje okazywał się całkiem udane. Jednakże w przypadku pani Moniki Strzępki nadzieje na pozytywne efekty są malutkie.

Podejrzewam bowiem, że głównym powodem powołania p. Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego była jej działalność „na niwie” feminizmu. Pani Strzępka jest przecież jedną z najbardziej aktywnych i głośnych feministek w kraju. Znana też jest z atakowania władz Warszawy, za zbyt małą aktywność, za zbyt słabe wspieranie feministek, ruchów LGBT+ oraz wszystkich mniejszościowych ruchów. Dość powiedzieć, że właśnie w walce o „ukobiecenie” stolicy zaistniała pani dyrektor.

A ponieważ żadna władza – tak państwowa, jak magistracka – nie lubi wytykania jej błędów, to władze Warszawy postanowiły, zagospodarować jakoś liderkę feministek. I dały jej stanowisko eksponowane i ważne. Na co liczyły władze stolicy? Mam podejrzenia, że na uspokojenie pani Strzępki. Tak jak to stało się w Łodzi.

Jak to w mieście Łodzi było

Kilka lat temu w Łodzi niezwykle aktywna była Partia Kobiet. Niemal co tydzień panie manifestowały przed magistratem, atakując władze miejskie żądaniami w duchu LGBT+. Tak naprawdę prawdziwie kobiecych haseł tam się nie słyszało. Nie było mowy o równym traktowaniu kobiet jako pracowniczek i nic o żłobkach, przedszkolach. Czysta walka o prawa dla mniejszości seksualnych.

Przed kolejnymi wyborami samorządowymi prezydent Hanna Zdanowska zaproponowała awanturującym się kobietom z Partii Kobiet start z listy KO. W wyborach przepadły, ale za to obsadziły bardzo wiele miejskich domów kultury i innych instytucji do kultury zbliżonych. Na szczęście żadnego z łódzkich teatrów nie było w tej ofercie.

I co się w efekcie stało? Liderki Partii Kobiet przestały mieć pretensje do magistratu, uspokoiły się i zaczęły się pracować. Czy zostały skutecznie przekupione, jak pracują? To już zupełnie inny temat.

Jeżeli prezydent Trzaskowski chciał powtórzyć ten manewr, to popełnił dwa błędy. Zdanowska nie dała żadnej z awanturujących się kobiet nawet małego forum do zaistnienia, a on dał. No i żadna z łódzkich Partyjnych Kobiet nie była artystką, a pani Strzępka jest. Tym samym prezydent ukręcił sobie bat na własny tyłek. Ale jak tam już wola…

Reduta feministek

Pani Strzępka w jednej ze swych ostatnich wypowiedzi stwierdziła, że Teatr Dramatyczny będzie redutą feministek. I tu już przesadziła. Albo z niewiedzy albo z pychy. Obstawiałbym pierwszy wariant.

Otóż REDUTA to wielkie dla polskiego teatru hasło. Reduta była teatrem eksperymentalnym, założonym przez Juliusza Osterwę i Mieczysława Limanowskiego. Istniała w latach 1919–1939 i była pierwszym w Polsce teatrem-laboratorium, zakładającym poszukiwanie nowych metod pracy aktorskiej. Inspiracją dla twórców były idee głoszone przez Konstantego Stanisławskiego, a przede wszystkim jego działalność w moskiewskim teatrze MChAT.

Pierwszym przedstawieniem Reduty było „Ponad śnieg bielszym się stanę” Stefana Żeromskiego, w reżyserii Juliusza Osterwy i z nim w roli Wincentego Rudomskiego oraz Wandy Siemaszkowej jako jego matką, w dekoracjach Zbigniewa Pronaszki. Osiągnięcia artystyczne, powtórzę artystyczne, Reduty miały wielki, pozytywny wpływ na cały polski teatr. Ale też Osterwa był wybitnym artystą.

Myślenie hasłowe

W licznych wywiadach pani Strzępki, jakich udzieliła po zawieszeniu jej, można zauważyć, że zachowuje się jak uliczna manifestantka. Brak cienia refleksji, żadnego momentu zastanowienia. Po prostu słowotok, jakby przemawiała przez megafon do grupy współtowarzyszek walki.

Zauważyłem też, że p. Strzępka nie posługuje się argumentami i nie umie dyskutować. Ona jedynie monologuje, a właściwie krzyczy. W różnych wywiadach operuje ledwie kilkoma argumentami, z których najważniejsze to:

– Nie można definiować kobiety z męskiego punktu widzenia.

– Za dużo w naszej realnej i mentalnej przestrzeni sterczących fallusów.

– Nadszedł czas władzy naszej – to do Moniki Olejnik – mokrej pani.

– Wystawienie instalacji, rzeźby waginy w naszym teatrze jest oznaką buntu kobiet przeciw męskiej dominacji.

– Pałac Kultury to fallus, znak falliczny.

Jakieś wnioski?

Tym felietonem chciałem podjąć dyskusję z panią Strzępką, ale… nie warto. Nie warto poważnie dyskutować z szaleńcami. A szczególnie z wulgarnymi kobietami.

Obawiam się, że p. Strzępka cierpi na głęboki mizoandryzm, czyli na nienawiść do mężczyzn. Zauważmy też, że co jakiś czas prasa donosi, iż jakaś pani obcięła jakiemuś panu przyrodzenie. Dlatego w czasie nowych znajomości, kontaktów z przygodnie poznanymi paniami należy głęboko schować brzytwy i ostre noże, bo może być za późno.

A konkretnie co do pani Strzępki… Przypomina mi ona, á rebours, młodą mężatkę ze starego szmoncesu, w wykonaniu Lopka Krukowskiego: Żydowskie małżeństwo udało się w podróż poślubną do Włoch. Po pierwszej nocy państwo młodzi wychodzą na taras, widok jest zachwycający. Pan młody mówi:

– Popatrz jak pięknie… Jak te szczyty gór dumnie sterczą w niebo… A te potężne sosny, jak ocierają się o chmury… A na jeziorze, ten wielki żaglowiec, z tym ogromnym masztem…

– Ty milcz – mówi żona.

 

WALTER ALTERMANN: Celebryta historyczny i medialny Adolf H.

To skandal, ale liczne media stawiają na początku XXI wieku tezę, że Adolf Hitler jest celebrytą. Myślałem, że wszyscy wiedzą kim był zbrodniarze, który podpalili świat – Hitler i jego dawny sojusznik sowiecki sojusznik – Stalin, którego spadkobiercą jest Putin… Kim są celebryci chyba wszyscy wiedzą a jednak wiele mediów udowadnia, że Hitler też.

A kim jest celebryta? Kimś o kim jest głośno. Kimś o kim się rozmawia – głównie w kręgach młodzieżowych, takich do 40-tki. Kimś o kim się dyskutuje, którego miłostki, rozwody i inne życiowe przypadki się zna. Celebrytami są jacyś influencerzy, jakieś aktorki po jednej roli w serialu, jacyś faceci, którzy z uporem twierdzą, że są aktorami choć wystąpili w jednym filmie i to słabym. Niby to nikt, a jednak celebryci.

Komu potrzebni są celebryci

Na celebrytów jest dziś duże zapotrzebowanie, więc się tych celebrytów stwarza. Najpierw się człowieka wyciąga z nijakiego tłumu i obrabia. Daje się mu nazwisko, a potem przy jego użyciu sprzedaje się środki upiększające, przyprawy kuchenne a nawet samochody. Taka jest dziś taktyka marketingu.

Celebryci są potrzebni producentom różnych różności, bo są jak niezapisane transparenty. I na tych transparentach, producenci się ogłaszają. Dlatego to duże firmy podpinają swój produkt pod celebrytę.

Celebryta nie musi być raz na zawsze utożsamiany z jakimś produktem. Lepiej nawet, gdy jego twarz pojawia się z nagła przy jakimś produkcie, firmie, akcji marketingowej. Najlepiej, żeby ludzie, odbiorcy nie wiedzieli, że dany osobnik celebrycki coś reklamuje. A czym bardziej się go eksploatuje przy produkcie, tym lepiej, żeby nie było to nachalne. Taktyka jest taka, że jakiś znany człowiek coś przychylnego powie, coś tam pochwali, czymś się – tak zupełnie niechcący, tak naturalnie – zachwyci.

Z tego punktu widzenia Marek Kondrat nie jest celebrytą. To po prostu wybitny aktor, który reklamuje jakiś bank… O ile chodzi o przypadkowość zderzenia celebryty z produktem, to zupełnie inaczej jest w telewizji.

Telewizje celebryckie

W telewizjach różnej maści, gdy celebryta ma już ugruntowaną pozycję na rynku, daje mu się udział w jakimś stałym programie, a nawet jakiś program do prowadzenia. Bez słowa wyjaśnienia, dlaczego. Ot, tak po prostu, dostał, bo dostał i ma bo ma. Wszystkie stacje telewizyjne mają dziś swoich celebrytów, wedle podziału politycznego. Ba, są możliwe, jak w sporcie, zmiany barw klubowych.

Po co telewizjom celebryci? Bo każda telewizja chce mieć kilka twarzy znanych widzom. Broń Boże mózgów! Mają być twarze, niezależnie od sprawności intelektualnej. Chodzi o to, żeby rozpoznawać stacje nie po programach, nie po znaczkach w rogu ekranu a po twarzach celebryckich dziennikarzy. Włączasz telewizor, widzisz, że ktoś jest na ekranie, i mówisz do żony:

– W Polsacie jest…ta… tego, ten, tam…

– Kto jest w Polsacie? – pyta żona z drugiego pokoju.

– No ten z dużą głową, łysy całkiem… On zawsze jest tylko w Polsacie.

– A, to on dobry jest. A co mówi?

– Nie wiem, wyłączyłem głos, bo słucham radia.

Czyli już kupiłeś stację na twarz celebryty. I o to właśnie chodziło.

Hitler jako celebryta

Coraz więcej w telewizji filmów i programów o Hitlerze. Mamy już do obejrzenia takie produkcje: „Ludzie Hitlera”, „Samochody Hitlera”, „Kobiety Hitlera”, „Młodość Hitlera”, „Zapomniane taśmy Hitlera”, „Tajne akta nazistów”, „Naziści i masoneria”…

Wojny w tych programach jest niewiele. Ot, tyle, żeby widz wiedział, kiedy ten Hitler żył. Jak najmniej polityki i minimum historii, a już mikroskopijne ilości wiedzy o przyczynach wybuchu wojny. Bo wiedza jest jednak męcząca, a widz nie oczekuje od telewizji nauki, tylko zabawy. A życie Hitlera, jego czyny są, niestety dla sporego procenta widzów, bardzo atrakcyjną zabawą…

Te filmy, programy telewizyjne właściwie usprawiedliwiają Hitlera, bo traktują go jako „wielkiego” człowieka i „wielkiego” wodza, który niemal podbił świat. To zdanie jeszcze nie padło, ale niebawem wstawią Hitlera pomiędzy Aleksandra Macedońskiego, Dariusza Perskiego Wielkiego, Juliusza Cezara i Napoleona. W końcu oni też podbijali świat…

I nikt nie zauważy różnicy, że dla tamtych historycznych wodzów i władców podbój był włączaniem obcych państw w obręb ich imperiów. A Hitler chciał większość ludności podbijanych państw wymordować. Głównie Słowian, z których miał pozostać przy życiu znikomy procent. I ten procent miał służyć Niemcom, jako niewolnicy. A Żydzi mieli w ogóle zniknąć ze świata żywych.

Czy o tych planach Hitlera mówi się w tych programach? Tak, ale mimochodem, dla przyzwoitości. Twórcy wolą mówić o samym Hitlerze, bo jego postać jest – według nich – barwna i interesująca.

Ofiary Hitlera

A ofiary wojny Hitlera? Niestety mówienie o ofiarach nie jest interesujące, bo, jakkolwiek zabrzmiałoby to złowieszczo, ofiary budzą litość. A litość jest denerwująca dla widza, sam mord jest przykry i stawia widza w trudnym położeniu, bo chciałby, żeby się coś działo… Żeby jeździły czołgi, strzelały działa, żeby wybuchało i waliło się w gruzy. Ma być głośno i widowiskowo. A tu cicha śmierć w obozie koncentracyjnym lub rozstrzelanie. Nie, ofiary nie są konkurencją dla zbrodniarzy. Zresztą w telewizji można obecnie oglądać kilka seriali dokumentalnych o masowych mordercach i ani jednego o ofiarach.

Zdaje mi się, że nasza cywilizacja jakoś tak się zapętliła w poszukiwaniu atrakcji, że mimowolnie zaczęła propagować przemoc. A może niezupełnie mimowolnie?

Twórcom programów o Hitlerze umyka istota niemieckiego hitleryzmu – nienawiść rasowa, uznawanie innych za podludzi.

Produkt telewizyjny

Program telewizyjny, czas antenowy jest dla właścicieli stacji produktem. I jeżeli Hitler sprzedaje się dobrze, to oni będą takie programy sprzedawali. A jak się to ma do moralności? Nijak. To jest tylko biznes.

Z tych programów wynika też, że Niemcy w czasie II wojny światowej bardzo cierpieli. Ale nie wynika, że Niemcy wybrali i poparli program Hitlera. Ten aspekt dziejów twórcy sagi o Hitlerze zbywają milczeniem. Tym samym wychodzi na to, że Adolf Hitler był sam, sam jeden, nie licząc niedużej garstki dygnitarzy III Rzeszy, o których też są bardzo atrakcyjne programy.

I wychodzi też na to, że Niemcy nie byli tacy znowu winni. Hitler tak, ale reszta generacji była przyzwoita. Zresztą Hitler to żaden Niemiec, bo to Austriak. Ot, koło dziejów, zdarzyła się przykra historia i tyle.

Boję się, że niebawem powstanie, według identycznych założeń, seria programów o Putinie. I też będą się dobrze sprzedawały. Bo Putin też nadaje się na celebrytę.

 

WALTER ALTERMANN: Wielkie Oszczędzanie, czyli jedna telewizja

Żyjemy w dobie potężnego kryzysu, tak mówią politycy. Tak mówią też wszystkie media. Ale jakoś tego kryzysu nie widać. No, może poza cenami w sklepach, bo tam widać, jak rosną. Zdaniem mediów mamy też potężne problemy z dostępnością gazu, węgla, ropy naftowej, w sumie z energią. Choć, jak na razie, światło jest, bloki i domy są ogrzewane, samochody i tramwaje jeżdżą…

Myślę jednak, że do zwykłych ludzi prawda o tym kryzysie jakoś nie dociera. Dlaczego? Ano dlatego, że nie widać, żebyśmy brali się za oszczędzanie. A jest ono konieczne. Tak ze względu na braki surowców, jak i ceny. I dopóki władze państwowe nie wykonają przynajmniej kilku spektakularnych ruchów w sprawie oszczędzania, to wszyscy będziemy żyli w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest dobrze, że nie musimy oszczędzać w ogóle.

Żywiąc przekonanie o konieczności otrzeźwienia narodu, pozwalam sobie podsunąć władzy jeden duży pomysł, zwany obecnie bardzo modnie „projektem”, który wstrząsnąłby społeczeństwem, ocuciłby nas wszystkich i zmusił do opamiętania, czyli do oszczędzania.

Żeby jednak wziąć się za problem, trzeba uprzednio wyzbyć się starego, klasycznego myślenia. Bo nasze dotychczasowe przywiązanie do starego stylu bycia, musi ulec drastycznej zmianie. Idea wolności w wielości, kapitalistyczne przyzwyczajenie do tego, że wielość form służy rozwojowi – musi ulec zapomnieniu. Ja widzę możliwość wielkich oszczędności właśnie w scalaniu w jedno, tego co dotychczas było naszą pseudo chlubą.

Pora zacząć oszczędzanie

Po co komu na rynku siedemnastu producentów pasty do butów? Wystarczyłaby jedna marka, byle dobra. Ale co tam buty, w końcu w kryzysie można chodzić w butach, które nie muszą błyszczeć. Naprawdę są ważniejsze dziedziny, w których możemy sporo zaoszczędzić.

Co prawda jakaś pani twierdzi, że przy 17 stopniach Celsjusza i tak jest jej gorąco, ale przecież nie chodzi o jedną czy nawet trzy gorące kobiety! Bo one całej Polski nie ogrzeją. Poza tym gorące kobiety bywają najczęściej bardzo wymagające, a tego nam jeszcze trzeba w kryzysie, żeby mitrężyć energię, która jest potrzebna do ważniejszych działań. Naprawdę nie chodzi drobiazgi, nadszedł czas na Wielkie Oszczędzanie!

Zacząłbym od telewizji. Przede wszystkim dlatego, że telewizja jest dobrem powszechnym codziennego użytku. Znacznie bardziej codziennym niż pasta do zębów. Właściwie – telewizja jest naszym wielkim uzależnieniem, dlatego właśnie od jej reformy oszczędnościowej należy zacząć Wielkie Oszczędzanie. Zmiany, jakie proponuję poniżej z całą pewnością zauważą wszyscy, tym samym do wszystkich Polaków dotrze poważna prawda, że jednak, i to już, należy zacząć oszczędzanie.

Stan obecny naszych telewizji

Zauważmy, że w Polsce mamy obecnie trzech dużych nadawców: TVP, Polsat i TVN. I to te stacje dominują w naszych telewizorach. Są też telewizje pomniejsze, są telewizje internetowe, ale to płotki przy wielorybach. Zauważmy też, że te trzy duże stacje właściwie powtarzają konkurencję. W święta narodowe i kościelne wszystkie te trzy stacje emitują te same filmy: „Potop”, „Krzyżaków”, „Ogniem i mieczem”, „Chłopów”, „Ziemię obiecaną”, „Lalkę”, „Karierę Nikodema Dyzmy” i „Samych swoich”. Te wielkie nasze klasyki oczywiście nie są emitowane przez trzy główne stacje w tym samym czasie i nie w te same święta, ale w rozliczeniu rocznym – stacje główne ciągle nadają te filmy właśnie.

Na marginesie… od 1989 roku trochę lat już minęło, a wszystkie nasze telewizji ciągle żerują na produkcji filmowej z PRL-u. Zaprzeczając jednocześnie tezie, że komuna nie była jakoby patriotyczna. Jeżeli wymienione wyżej pozycje filmowe nie są patriotyczne, to co jest patriotyczne? Komuna rządziła przez 44 lata, od czasu wolnych wyborów w 1989 roku minęły 33 lata. Obawiam się, że porównanie dorobku artystycznego, w tym filmowego, lat 1945 – 1989 z latami 1989 – 2022 wypadłoby jednak na korzyść czasów, skądinąd, słusznie minionych.

To co właśnie przedstawiłem dowodzi ukrywanego skrzętnie faktu, że mając trzy telewizje, mamy właściwie jedną. Jeżeli ktoś nie wierzy, to proszę w niedzielę przed południem przełączać z TVP na TVN, a potem na Polsat. I tak kilka razy. Okaże się, że w każdej z trzech telewizji, w tym samym czasie, siedzą przy podobnych stołach identyczni politycy i wygłaszają te same herezje. A są to „mądrości” znane już wcześniej. Gorzej, bo reprezentanci każdej z dużych partii mówią – na przykład w TVN – to samo, co w tym samym prawie czasie, mówią ich koledzy w TVP czy Polsacie.

Czy nie sądzicie Państwo, że jest to ogromna utrata energii? I to zarówno ludzkiej jak też elektrycznej. Przecież wystarczyłaby jedna audycja w jednej stacji! Pozostali uczestnicy dyskusji, z dwóch pozostałych stacji, mogliby w tym czasie tłuc schabowe na niedzielny obiad, pójść na mszę, wyjść z dziećmi na spacer… A w skrajnych przypadkach pokłócić się z druga połową – to w końcu też rozrywka.

A prąd? Ileż to energii elektrycznej marnuje się na taką wielość stacji telewizyjnych.  A energię w Polsce mamy z węgla, a węgiel zatruwa atmosferę, z czego biorą się najgorsze choroby. A marnowanie ciężkiej pracy górników, kolejarzy, którzy wiozą ten węgiel, a trud pracowników elektrociepłowni? A węgiel coraz droższy, więc trzeba oszczędzać.

Weźmy jeszcze taksówki, którymi uczestnicy dyskusji politycznych zjeżdżają do studiów? I nawet jeżeli jeżdżą elektrykami, to prąd – u nas – też rodzi się z węgla. A węgiel? Racja, o węglu już pisałem…

Dlatego mój pomysł wygląda tak:

Jedna Telewizja Państwowa

Powinniśmy dążyć do tego, żeby – z oszczędności – w naszym kraju istniała tylko jedna telewizja. I powinna to być telewizja państwowa. Przyszłość pozostałych stacji widzę tak, że same się zlikwidują. Po wdrożeniu mego projektu. Gdyby się nierozsądnie upierały, zlikwiduje się je ustawą sejmową. I już. Jak jest chęć, to i sposoby się znajdą. To ostatnie zdanie napisałem z rozpędu, bo w tej sprawie mamy przecież bogatą praktykę.

Zatem – jak powinna wyglądać ta jedna telewizja państwowa? Ujmijmy to naukowo, czyli w punktach.

  1. Nie powinna być, w żadnej mierze, kontynuacją obecnej TVP. Obecna TVP ma zbyt jasno określony profil społeczny i polityczny. Poza tym zawsze była w rękach aktualnych władz. Zmieniamy więc nazwę. Podsuwam prostą, która się sama narzuca – Jedna Telewizja Państwowa.
  2. Statut telewizji. Powinna być kierowana przez co najmniej pięciu współdyrektorów, z których każdy ma jeden głos, równie ważny, co pozostali dyrektorzy. W przypadku różnicy zdań decyduje większość.
  3. Dyrektorów powołuje Sejm i Senat, bo sprawa jest najwyższej wagi państwowej. Dyrektorzy są mianowani na czas trwania kadencji parlamentu.
  4. Każdy z dyrektorów reprezentuje jedną z partii sejmowych. Tak jak startowały w wyborach. A to, że potem, różni posłowie występują, przestępują, wstępują do innych partii, lub tworzą nowe -– to już by przy podziale telewizji nie miało znaczenia. Pod uwagę brane byłyby tylko partie wyborcze, a właściwie listy. Nie przewiduję bowiem, żeby w najbliższych dziesięcioleciach było w polskim parlamencie więcej niż pięć partii.
  5. I tu novum. Każda z partii ma taki sam głos w telewizji. Żadnych tam układów z panem D’Hondt’em. Ten pan, który tak króluje u nas w liczeniu głosów i decyduje o miejscach w polskim parlamencie, przypomina mi pewnego kelnera z dawnej restauracji łódzkiego SPATiF-u. Osobnik ten przy rachunku postępował podobnie i na zakończenie biesiady tak podliczał:

– A zatem było tak: dwa razy pół litra, trzy razy schabowy z kapustą, tatar, pieczywo, popitek, trzy kawy… co czyni razem 282 złote. Ale zaokrąglijmy tę sumę. I płacą panowie, jedynie 300 złotych.

  1. Tych pięciu dyrektorów decyduje o wszystkim. O angażowaniu i zarobkach kierowców, sprzątaczek, redaktorów każdej rangi i dziennikarzy. O wszystkim. Żadnych tam pośrednich dyrektorów i kierowników. Oczywiście ciężko im będzie się dogadać, ale batem na nich będzie to, że jeżeli nie przegłosują skutecznie jakiejś sprawy, to parlament natychmiast ich wyrzuca – bez odprawy – i wybiera następnych.
  2. O programie też decydują dyrektorzy. Na przykład, którego dnia ma iść kolejny odcinek „Korony królów”, czy też „Komisarza Aleksa”. O wszystkim.
  3. Programy polityczne będą przydzielane poszczególnym partiom. Po równo, bez uwzględnienia faktu, ile głosów ma jakaś partia w parlamencie. I tak. Niedzielne dyskusje polityczne są obsadzane w ten sposób, że pierwsza niedziela miesiąca przypada partii A, druga partii B, trzecia partii C i tak dalej. Jeżeli miesiąc ma tylko cztery niedziele, to pierwsza następnego miesiąca jest traktowana jako piąta poprzedniego.
  4. Wiadomości, które dzisiaj we wszystkich stacjach nie tyle informują, co komentują, również obsadzane byłyby sposobem niedzielnych dyskusji politycznych. Codziennie inna partia ma swojego prowadzącego komentatora, serwisantów, dziennikarzy ze stolicy i terenu… Nawet realizatorzy musieliby się zmieniać partyjnie. Bo realizator z partii B może w niekorzystnym świetle ukazywać posła z partii D.

Błogosławione korzyści

Po pierwsze – osiągniemy efekt opamiętania się u widzów, do których dotrze wreszcie prawda o potężnym kryzysie.

Po drugie – skończymy wreszcie z ględzeniem i okłamywaniem się, co do niezależności dziennikarskiej, obiektywizmu i rzetelności. Skoro wszystko w Polsce jest już partyjne, to bądźmy dorośli i szczerzy do bólu.

Po trzecie – znajdą się wreszcie pieniądze na działalność państwowej telewizji i żadna partia nie będzie już mówić o marnowaniu publicznego grosza.

Po czwarte – uwolnimy dziennikarzy od udawania, że nikomu nie sprzyjają. Prowadzący program, każdy z dziennikarzy może mówić co mu się żywnie podoba, nawet i kłamać może, jak tam wola. Ale za facetem jest plansza, i pasek płynie na dole, czyli widz ma świadomość, że ten dzień należy do partii „Wolność dla kanarków” – dla przykładu. I właśnie ta partia bierze za niego odpowiedzialność. Poza tym, następnego dnia, kolejna partia – powiedzmy – „Partia Doczesnej Szczęśliwości”, ma prawa tego kłamcę z poprzedniego dnia objechać jak Turczyna. I kłamać po swojemu.

Przesłanie

Wiem, że droga do realizacji mojego pomysłu może być długa i wyboista. Ale wszystkie wielkie idee z początku wydawały się głupie.

A tak serio… Czy wierzę w realizację tego pomysłu?  Nie, nie wierzę. Ale przynajmniej jestem szczery. I napisałem, co powyżej, z wrodzonej złośliwości.

 

WALTER ALTERMANN: Gościni, czyli ekstremiści rosną w siłę

W TVN, w programie o kosmosie, prowadzący powiedział: „Witamy naszą gościnię”. Wystraszyłem się, bo pomyślałem, że pojawi się jakaś kosmitka, ale na szczęście nie. Weszła ładna, zgrabna pani.

Czytając, patrząc i słuchając, jak z uporem i metodycznie feministki walczą o sfeminizowanie wszystkich nazw, niegdyś zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn, czegoś nie rozumiem. A konkretnie nie wiem co im daje zastąpienie gościa „gościnią” . Czy kobiety walczące na wszystkich polach o równouprawnienie, naprawdę wierzą, że to coś zmieni? Najwyżej polepszy im samopoczucie.

Te posełki, sędzinie, gościnie chcą dać znać, głównie mężczyznom, że kobiety są równe mężczyznom, a właściwie lepsze. No, dobrze. Mogę przyjąć, że istnieje grupa kobiet, którym rola żon, matek i babć nie wystarcza. Co prawda większość z tych dzisiejszych feministek nie wyrzeka się ról przypisanych z natury kobietom, ale dodatkowo chcą być „mężczyznom równe”. Panie chcą być równe, ale zarazem lepsze, bo mogą być matkami.

Może powinienem napisać „paniniom”, bo „pani” jest jednak urobione wprost od „pan”? A może nadszedł już czas, żeby w ogólne zrezygnować ze słowa „pani” i wymyślić jakieś nowe. Może przyjęłoby się pojęcie „mapania” lub „paniama” – powstałe z połączenia matka i pani?

Zastanawiałem się ostatnio, szukałem nawet w Internecie, ale nie znalazłem informacji jaki procent wśród populacji kobiet w dzisiejszej Polsce stanowią feministki. Myślę, że jest ich znacznie mniej, niż się wydaje. A wydaje się nam, że jest ich dużo dlatego, że każde dopiero co wznoszące się ruchy społeczne są wyjątkowo aktywne i hałaśliwe. Tak było, na przykład, z feministkami i ruchami socjalistycznymi w końcówce XIX wieku.

Z feministkami byłoby to wszystko zrozumiałe, trochę nawet zabawne, ale w sumie do przyjęcia, gdyby nie to, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok do feministek przyłączają się nowe grupy pań i panów, i z wolna stajemy naprzeciw poważnego ekstremizmu.

Ekstremizm kontra fundamentalizm

Do feministek dołączają zwolennicy i zwolenniczki LGBT, zwolenniczki złagodzenia prawa antyaborcyjnego. I to też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że naprzeciw nim stają coraz liczniejsze szyki fundamentalistów i „fundamentalistyczek”.

Fundamentaliści powołują się na prawa boskie a z Pisma Świętego wyciągają przesłanki dla stanowienia współczesnego świeckiego prawa. Przy czym – jak poucza nas historia – wszelkiego rodzaju święte księgi podlegają interpretacji, reinterpretacji i kontreinterpretacji. Taki jest bowiem charakter świętych ksiąg, że z rozmysłem pozostawiają ogromne pole dla interpretatorów, albowiem pisane są językiem metaforycznym.

Można by się spierać, kto wykonał pierwszy ruch: feministki czy fundamentalistki. W każdym razie znaczącym politycznie zwycięstwem tych drugich była zmiana prawa antyaborcyjnego na bardziej restrykcyjne. Co wzmogło aktywność feministek i ich przyszywanych koalicjantów spod znaku LGBT i innych nowoczesnych znaków.

Jedno jest pewne, że fundamentaliści zburzyli kompromis, tak trudno wypracowany, za czasów św. pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego samego, na którego czyny i słowa tak chętnie – przy innych okazjach – się powołują. Moim zdaniem, odejście od tamtego prawa, było poważnym błędem. Ale taka jest już natura obu stron: ekstremistów i fundamentalistów, że burzenie ich podnieca. Budowanie mniej, ale za to burzenie niezwykle mocno, niemal orgiastycznie.

Sacrum i profanum

Poza tym, życiu duchowym mamy dwie sfery: sacrum i profanum. I mylenie tych dwóch mentalnych przestrzeni jest okropnym błędem i prowadzi do wielkich kłopotów społecznych. W Nowym Testamencie jest fragment, w którym Jezus mówi, że co cesarskie należy oddać cesarzowi, a co boskie, Bogu. Ale jakoś nikt się tym fragmentem nie przejmuje.

Mylenie tych dwóch porządków, a co za tym idzie wszelkie próby – z jednej strony – ograniczania sfery boskiej w życiu człowieka, na korzyść sfery profanum, burzy zawsze kruchy społeczny ład. Z drugiej strony jest odwrotnie, ale równie niebezpiecznie, bo marginalizacja sacrum i laicyzacja również zagrażają spokojowi społecznemu. Nie przekonują mnie argumenty fundamentalistów, którzy chcą rozciągnąć prawa boskie na każdą piędź ziemi, na każdy ludzki ruch i odruch. Tak samo, jak przeraża mnie „nowoczesne” myślenie feministek i wszelkiej maści postępowców, którzy nie przewidują żadnego miejsca dla Boga w życiu jednostek i całego społeczeństwa.

Inności

Uważam, że nie ma jednego społecznego wzorca zachowań. Poza szanowaniem prawa. A prawo – dotychczas i na szczęście  –  milczy w sprawach seksualności, transpłciowości, a nawet deklarowanych orientacji. Tak samo, jak szczęśliwie milczy na temat zdrad i współżycia pozamałżeńskiego. Nie ma też w prawie zakazu rozwodów, rozstawania się kochanków i wszelkich innych ludzkich niecności.

Piszę o tym, bo obawiam się, że nasi rodzimi fundamentaliści mogą w skrytości pracować nad powrotem do średniowiecznego prawa. Za czasów Bolesława Chrobrego tak o traktowaniu cudzołożników u Lechitów pisał niemiecki kronikarz Thietmar: „Prowadzi się skazańca na most targowy i przymocowuje doń wbijając gwóźdź poprzez mosznę z jądrami. Następnie umieszcza się obok ostry nóż i pozostawia mu się trudny wybór: albo tam umrzeć, albo obciąć ową część ciała”.

Co tam zresztą średniowiecze. Przecież dzisiaj, w pierwszej ćwierci XXI wieku, w wielu krajach muzułmańskich za współżycie seksualne bez ślubu lub pozamałżeńskie zdrady ludzie są kamienowani.

Podjąłem ten niełatwy temat, albowiem niewiadome są drogi postępowych feministek, LGBT oraz fundamentalistów. I na swych drogach nie zatrzymają się oni przed niczym. Przed czym uczciwie przestrzegam.

Równość płci w klatce

Żeby jednak nie było tak serio i smutno, przedstawię głupi, ale ucieszny przypadek jednej pani, która chciała być równa mężczyznom. Otóż 30 X 2021 roku odbyła się pierwsza walka kobiety z mężczyzną w MMA w Polsce.

Nie wiem czy jest to sukces czegokolwiek – wielkiej idei czy jednego człowieka, ale tak było. W klatce stanęli: pani Ula Siekacz i pan Piotr MuaBoy. Walczyli na gali MMA-VIP 3. Wcześniej Pani Ula była już znana i odnosiła sukcesy w walce o siłowanie się na rękę, co się nazywa arm wrestling. Niestety pan MyaBoy’em nie okazał się gentleman’em, bo od razu zasypał panią Ulę gradem ciosów… i wygrał. Agencja nie podają, czy pani Ula zdecyduje się na rewanż.

A pisał wieszcz: „Kobieto, puchu marny…”. Gdzie te czasy, gdy cnotą niewieścią była zwiewna lekkość bytu tudzież elegancja w słowach, ruchach i geście?

 

WALTER ALTERMANN: „Zagrał Wawrzeka…” i inne deprymujące przygody języka

Na portalu Radia Zet, 13.11. 2022 r., w artykule: „Marek Kondrat zarabia fortunę. Zbił majątek na reklamach” pani Łucja Siennicka w jednym z pierwszych zdań napisała: „Zaczęło się od roli Wawrzeka w ‘Historii żółtej ciżemki…’”

Cały artykuł nie wstrząśnie światem fanów aktora, nic nie wnosi do metod tworzenia podobnych mu artykułów, ale w jednym jest pouczający. Otóż rola, którą zagrał p. Marek Kondrat w „Historii żółtej ciżemki” nazywa się zupełnie inaczej. Zagrał on bowiem Wawrzka. A w nominativum jest to Wawrzek. Ciarki chodzą po grzebiecie, gdy okazuje się, że z tym staropolskim imieniem autorka zetknęła się po raz pierwszy. Nie spodziewałem się, że jakiś dziennikarz nie potrafi odmienić tego. pospolitego jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, imienia.

A jego historia jest ciekawa. Bierze się ono od traktowanego metafizycznie ziela, jakim jest popularny laur. W antyku na głowy zwycięzców wkładano wieniec, właśnie laurowy, który był oznaką siły, męstwa i szczęśliwej fortuny. Stąd wzięło się pojęcie laureat oraz imię Laurenty, powszechne w Europie jeszcze do pierwszej połowy XX wieku. W Polsce nazwę laur zamieniono na wawrzyn. I dlatego mamy też imię Wawrzyniec. A Wawrzek jest zdrobnieniem od Wawrzyńca.

Tu powiem, że zarówno dorosłego Wawrzyńca, jak i Wawrzka, odmienia się w języku polskim całkiem zwyczajnie, jednakże z bacznym uwzględnieniem, w niektórych przypadkach, „e”. Bo mamy tu do czynienia z tzw. obocznością, na skutek czego samogłoski w jednych pozycjach są, a w innych znikają. Zatem, w przypadku odmiany imienia Wawrzek, owo nieszczęsne dla p. Siennickiej „e” występuje jedynie w mianowniku.

Czyli mamy tak: mianownik – kto?, co? – Wawrzek; dopełniacz – kogo?, co? – Wawrzka;, celownik – komu? czemu? –  Wawrzkowi; biernik – kogo? co? Wawrzka; narzędnik – z kim”, z czym? – Wawrzkiem; miejscownik – o kim? o czym? – o Wawrzku i wołacz –o! –Wawrzku!

No i jeszcze jedno: do rosołu, żurku, bigosu dodajemy obowiązkowo liść laurowy, ale nie liść wawrzynu, a już Broń Boże mniemanego Wawrzeka.

Pomysł na poprawność

Pomyłki językowe w naszych stacjach telewizyjnych są denerwujące. Dlatego pozwalam sobie opublikować tu mój własny, oryginalny pomysł, który pomógłby widzom, a mówiących z ekranu zdyscyplinowałby. Otóż! Na pasku, zamiast podawania informacji, w których to informacjach fakty są zawsze poplątane z opiniami, powinna być żywa errata.

Czym byłaby ta żywa errata? Na bieżąco, natychmiast powinny płynąć poprawki językowe. I tak: gdy poseł mówi „tamtą razą”, to dyżurujący w studio etatowy językoznawca pisze poprawną wersję: „tamtym razem”. I to idzie na pasku. Bez względu na autorytet osoby! Jeżeli prezydent, szef partii, posłowie, profesorowie mylą się – też płynie na pasku poprawka.

Mówiący zaczęliby być ostrożni, mówiliby z rozmysłem, skutkiem czego – być może – mówiliby też rozsądniej. Czego Państwu i sobie gorąco życzę.

Sporty sylwetkowe

Dawnymi laty istniała kulturystyka. Było to zajęcie dla pragnących lepiej wyglądać, po zdjęciu ubrania. I to rozumiem, bo szczególnie za młodu ludzie często stają bez ubrania, wobec innych nieznanych wcześniej ludzi, również rozebranych.

Kulturystykę uprawiano w domu oraz w małych salkach mniejszych klubów sportowych. Dla klubu były to zajęcia poboczne, choć przynoszące klubom dopływ żywej gotówki, bo kulturyści trochę za salę i sprzęt płacili. Z czasem pojawiły się zawody kulturystyczne, w czasie których prężono i napinano różne mięśnie karku, grzbietu, brzucha, nóg i rąk. To wywoływało u jednych widzów zachwyt, u innych zaś zazdrość.

Oczywiście dochodziło też do przykrych widoków, gdy kulturystki przypominały kulturystów. Oglądając czasem migawki z takich pokazów, zaczynałem się bać intymnych spotkań z kulturystkami. Na szczęście jednak ominęły mnie bliższe kontakty z takimi wytrenowanymi paniami. Ale bałem się istotnie, bo przecież nigdy nie wiadomo jaki triceps czy biceps kryje się pod sukienką.

Z czasem, na skutek postępu cywilizacji, wymagającej od każdego z nas dbania o zdrowie i dobry wygląd, upowszechniły się na świecie różne gymy, siłownie i fitnesy. I miejsca te, wyposażone w okropne maszyny do „robienia mięśni” – stały się całkiem dochodowymi miejscami, dla ich właścicieli. A co do ćwiczących… Nie mam nic przeciw temu trendowi, przecież każdy może spędzać czas jak uważa. Może pływać, biegać lub ćwiczyć hantlami. Jednak trochę mnie śmieszy określenie, które się ostatnio pojawiło, a jest nim pojęcie „sporty sylwetkowe”.

Ja wiem, że stoi za tym całkiem spory biznes, rozumiem, że dla producentów maszyn do ćwiczeń, przypominających zresztą średniowieczne machiny do tortur, liczy się bardzo, żeby te zajęcia mięśniowe jakoś lepiej nazwać. No i mamy – sporty sylwetkowe.

Jest to obraza sportu. Przez sport od zawsze rozumiano szlachetne zmagania o wynik! Owszem, zawsze wiedziano, że nie każdy z nas może mistrzowsko rzucać młotem, pchać kulą czy miotać oszczepem. Jednak w każdej dyscyplinie sportowej startujący zawodnicy mieli podobne sobie warunki fizyczne. I nie walczyli na wygląd klaty, czy brzusznego kaloryfera.

Piszę o tym, pozornie błahym przypadku, bo jest to signum temporis. Dzisiaj wszystko chce się sprzedać pod lepszą nazwą. A sporty sylwetkowe mają przecież lepszą nazwę niż kulturystyka. W sumie takie przyklejanie się fitnessu do sportu jest przykre i tumaniące.

Apel do sprawozdawców sportowych

Jeżeli jesteśmy już przy sporcie… Fascynują mnie język sprawozdawców sportowych. Opowiadają, relacjonują, wyjaśniają co dzieje się – na przykład – na boisku piłkarskim. Wydawałoby się, zajęcie nie najtrudniejsze. I miłe, bo sporty to ruch, na świeżym powietrzu, i choć sprawozdawcy sami nie biegają, nie kopią, to jednak tzw. „okoliczności” są w sumie przyjemne. Zatem sportowi dziennikarze powinni być rozluźnieni i spokojni.

Ale nie. Z momentem, gdy tylko sędzia gwizdnie na rozpoczęcie widowiska, sprawozdawcy stają się co najmniej doktorami habilitowanymi. Czyli mówią językiem napuszonym, wyszukanym, pełnym określeń, których ani zawodnicy, ani widzowie nie używają.

Mam więc apel.

Panowie dziennikarze od sportu, odpuście sobie. Więcej luzu, sport to w końcu tylko zabawa. Nie róbcie narodowej tragedii, gdy Legia dołuje, a reprezentacja gra na swoim odwiecznym poziomie, czyli marnie. I przestańcie mówić, że zawodnik „doskonale antycypował zachowanie rywala. Mówcie, że przewidział, gdzie poleci piłka, gdzie poda przeciwnik. I wyrzućcie ze swego słownika raz na zawsze: presowanie i progres.

Przed laty śmieszył mnie pewien łódzki sprawozdawca, który w emocjach krzyknął do mikrofonu: „Sadek rypnył piłkie płaskiem lobem”. Dzisiaj wolałbym już stokroć tamtego pana.

 

WALTER ALTERMANN: Kochajmy się jak bracia…

Nie zwykłem chwalić rządu z dwóch powodów. Po pierwsze – obecny rząd ma wystarczająco dużo przychylnych mu portali, prasy, radiostacji i telewizji, żebym i ja musiał rząd chwalić. Po drugie – chwalenie rządu zawsze staje w logicznej opozycji do dziennikarskiego obowiązku poszukiwania prawdy.

Mam zasadę, żeby równo rozdzielać razy – tak opozycji, jak rządowi. I również po równo chwalę. Choć oczywiście według realnych zasług. A ponieważ obecnie nie rządzi opozycja, więc rząd ma więcej okazji do strzelania gaf, popełniania błędów i wygadywania porażających herezji. Skutkiem czego, częściej biorę na cel rząd. I to nie z zamiarem chwalenia. Tym razem jednak przychodzi mi rząd pochwalić.

Skąd wzięły się obecne kłopoty

Świat i Europa dały się uwieść minom i łapówkom Putina. Wszyscy uznali go za fantastycznego faceta do robienia krociowego biznesu. Oczywiście w biegu po miłość Putina wygrywali Niemcy, od 1945 roku żyjący pod przemożnym wrażeniem siły Rosji i ogromnego przed nią strachu.

USA też dały się zwieźć, a właściwie z ochotą przystały na taki paradygmat – skoro Rosja daje zarobić, to jest już normalna. Podejrzewam, że na amerykańskich elitach duże wrażenie robiły też jachty rosyjskich elit – bo, skoro ktoś ma takie jachty, to z pewnością wojna mu niepotrzebna.

A Rosja? Putin liczył na pazerność kapitalizmu Zachodu. A był ośmielony, bo skoro Zachód przymknął oko na aneksję Krymu, to z pewnością przymknie też oczy na zabór całej Ukrainy. Na szczęście dla świata Zachód się obudził… Ale też, owo budzenie wymagało ogromnego wysiłku, głównie nas Polaków. A Niemcy właściwie jeszcze śpią, śniąc o milionach ton gazu płynącego rurociągami Nord Stream I i II.

Dobry interes naszego rządu

Tytuł tego felietonu jest połową znanego polskiego powiedzenia: „Kochajmy się jak bracia, lecz liczmy się jak Żydzi”. I jak w każdym przysłowiu najważniejsza jest puenta. Od razu zaznaczam, że to przysłowie, czy też powiedzenie, jest wyrazem szacunku dla Żydów, którzy interesy prowadzili rzetelnie, czyli dobrze.

Co to jest dobry interes? Ano taki, po którym obie strony są zadowolone. Zwykle jedna strona dostaje dobry towar, a druga przyzwoite pieniądze. Dodatkowo – przy dobrym interesie obie strony dochowują danego słowa lub zapisów umowy.

W obliczu rosyjskiej napaści na Ukrainę, wobec prowokacji na naszych wschodnich granicach i wobec ogólnie agresywnej polityki Rosji, rząd zdał sobie sprawę, że nasze możliwości militarne są, delikatnie mówiąc, bardzo ograniczone. Mamy armię za małą, a także marnie wyposażoną. Zatem stanął przed polskimi władzami naturalny problem – zwiększenia liczebności armii oraz dania naszemu wojsku odpowiednio dużo nowoczesnej broni. Być może zapowiedzi ministra Mariusza Błaszczaka o aż 300-tysięcznej armii są przesadzone, ale jej powiększenie jest przecież koniecznością.

Polska przekazała Ukraińcom wiele helikopterów, czołgów, pojazdów opancerzony, armat, haubic, dział i sporą część, z posiadanego we własnym arsenale, zestawów rakietowych i rakiet – od przeciwpancernych, po przeciwlotnicze. Można domniemywać zatem, że nasze magazyny uzbrojenia są dość puste. Dlatego od pierwszych dni wojny na Ukrainie – rząd zabiegał o zakupy uzbrojenia. I słusznie poszukiwał broni najnowocześniejszej.

Oczywiście znalezienie nowoczesnego uzbrojenia w Europie jest dzisiaj niemożliwe, bowiem Europa przez ostatnie 30 lat skutecznie się rozbroiła. Właściwie to nasi bogatsi sąsiedzi z Unii Europejskiej drastycznie ograniczyli produkcję nowoczesnych samolotów, rakiet, czołgów i pojazdów opancerzonych. Francja, Niemcy, Austria i Włochy są w sytuacji militarnej o wiele gorszej niż my. Biorąc jednak pod uwagę, że nie sąsiadują oni z Rosją Putina, to sytuację – mimo wszystko – mają lepszą.

Podejrzewam, że te państwa liczyły na taki scenariusz – co prawda Putin może zająć także Polskę i kraje bałtyckie, ale przecież do Niemiec, Austrii, Francji i Włoch nie dotrze. Zresztą Putin nie musiałby trzymać swej armii w podbitej Polsce, wystarczyłoby mu zapewnienie zachodu o demilitaryzacji podbitych krajów, o neutralności politycznej Polski… tak zapewne myślały te najbogatsze kraje Europy.

Gdzie znaleźć czołgi, rakiety i inne takie narzędzia

Zatem nowoczesną broń Polska może kupić jedynie w Stanach Zjednoczonych – takie było nasze myślenie na początku tej wojny. USA, owszem, chciały być sprzedawcą uzbrojenia, ale znacznie później niż oczekiwała Polska. No i doszedł jeden istotny warunek: USA nie chciały się zgodzić na przekazanie Polsce technologii produkcji pocisków do armat i dział, ani też współpracy przy produkcji uzbrojenia rakietowego. Krótko mówiąc, USA chciały nam sprzedawać wszystko, ale w dogodnym dla nich czasie, za pieniądze jakie oni zechcą i bez żadnego wejścia ich nowoczesnych technologii do Polski.

USA chciały powtórzenia scenariusza, jaki już nam podyktowali przy sprzedaży pierwszych F-16. W umowie stało jak byk, że przy okazji zakupu tych samolotów, USA zobowiązały się do offsetu nowoczesnych technologii. Kiedy minęło parę lat, a żadne przedsięwzięcia technologiczne ze strony USA nie pojawiły się, ówczesny rząd upomniał się o ten offset. Wtedy USA przedstawiły naszemu rządowi listę amerykańskich inwestycji technologicznych. Listę otwierały wytwórnie Pepsi Coli i Coca Coli, jeszcze z epoki Gierka. Potem było jeszcze śmieszniej.

Ale, ku zaskoczeniu wszystkich, do stołu zasiedli też przedsiębiorcy z Korei Południowej, którzy chcą nam sprzedać porównywalne z amerykańskim uzbrojenie, po niższych cenach i z dużym offsetem. Dla Koreańczyków Polska może stać się wrotami do inwestowania i do sprzedaży własnej produkcji na całą Europę. Z tego co słychać, Koreańczycy chcą naprawdę zainwestować w rozwój najnowszych technologii w Polsce. Jako starożytny naród Wschodu wiedzą bowiem, że zyskiem trzeba się podzielić.

Elektrownie atomowe a uzbrojenie

Temperaturę interesu z bronią podgrzał też fakt, że Polska chce budować elektrownie atomowe. Do stołu zasiedli znowu Amerykanie i Koreańczycy. To wywołało już u Amerykanów ogromne oburzenie. „Jak to być może – mówili do mediów amerykańcy urzędnicy, co prawda niżsi rangą, aliści zawszeć to urzędnicy rządowi – to my Polskę bronimy, a Polska chce kupować elektrownie atomowe u Koreańczyków?”

Na razie stanęło na tym, że jedną elektrownię wybudują nam Amerykanie, a drugą Koreańczycy.

I za takie wyjście muszę rząd pochwalić. To jest po kupiecku.

Duch narodu

Amerykanie wierzą, że są największymi demokratami, że zbudowali swe państwo od zera, że niepłacenie ceł za herbatę jest oznaka wolności… Cóż, każda nacja ma swoje mity, które ją spajają. I z mitami nie należy dyskutować, są poniekąd dogmatami wiary. Ale… przy okazji następnych interesów z USA – pamiętajmy, że doktryna tego mocarstwa jest taka: „To, co jest dobre dla Wal-Mart Stores, Exxon Mobil, General Motors jest dobre dla Ameryki”. Nie dziwmy się zatem, że każdy kolejny ambasador USA w Polsce bardzo dba o interesy amerykańskich koncernów.

A my zachowujmy się jak dobry kupiec. Nie obrażajmy się i nie dajmy się obrażać. Interes to interes.

 

KRYSZTOPA: Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba

To co napiszę wielu z Was zapewne się nie spodoba. Nie mam oczywiście żadnej szklanej kuli ani zdolności profetycznych. Do tego czasu możemy być świadkami wydarzeń, które znacząco na to wpłyną, ale na dziś, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, wydaje mi się, jest to, że PiS wbrew kabaretowym sondażom, w przyszłym roku wygra wybory, ale straci władzę.

Przypominam sobie jedno, całkiem niedawne, choć nie pamiętam dokładnie które, nagranie Rafała Ziemkiewicza, na którym ten wyraża się z optymizmem na temat możliwości utrzymania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość po wyborach. Niech mi wybaczy, jeśli coś pokręciłem, ale argumentował tę tezę niską jakością opozycji. W ocenie jakości opozycji ma 100% racji. Opozycję w Polsce mamy tak durną, że gdybym napisał, że „jest durna jak but z lewej nogi”, mój lewy but mógłby się ciężko obrazić. Jeżeli jest groźna, to wyłącznie dlatego, że okazała się przydatna znacząco większym i mądrzejszym od siebie zewnętrznym wrogom polskiej suwerenności, którzy uznali ją za wygodne narzędzie „głodzenia Polski”.

PiS przegra sam ze sobą

A jednak obawiam się (obawiam się nie ze względu na dobro PiS, PiS jest narzędziem, nie celem, chodzi mi o konsekwencje dla Polski), że w zakresie przedłużenia władzy PiS o trzecią kadencję, Rafał Ziemkiewicz (o ile ta teza jest w ogóle jeszcze aktualna) nie ma racji. Abstrahując zarówno od jakości sondaży jako takich, a już szczególnie od jakości sondaży „przełomowych”, mimo wszystko wydaje się, że nie ma dziś takiej matematyki, która dałaby Prawu i Sprawiedliwości większość po wyborach. Jeśli nie wydarzy się coś spektakularnego, suma wyników partii opozycyjnych zapewne przekroczy wynik PiS. Być może nie pomoże nawet ew. koalicja z poszturchiwaną Konfederacją, ani, dla mnie osobiście odrażająca, koalicja z PSL.

Myślę, że można się pokusić o stwierdzenie, że PiS nie przegra z opozycją. Ta, niepotrafiąca wystękać żadnej propozycji programowej poza agresywnymi puhukiwaniami o „silnych ludziach”, jest tu bardziej żałosnym statystą. PiS przegra sam ze sobą. W tym dziele zapewne pomoże mu Mateusz Morawiecki na stanowisku premiera, obciążony zarówno awarią polityki podpisywania cyrografów podsuniętych przez Unię Europejską, jak i pomniejszymi awariami, takimi jak nieco już zapomniany „Polski Ład” czy niejasna sytuacja finansów publicznych. Według badania CBOS [!] w październiku rząd Mateusza Morawieckiego miał pośród respondentów 26% zwolenników. Czyli mniej niż wynosi wynik PiS we wszystkich w miarę poważnych sondażach. Te notowania są obciążeniem dla partii rządzącej. Większość głosujących na obecną partię rządzącą, głosowało na nią w nadziei, że ta będzie broniła suwerenności, a nie przywoziła z Brukseli kolejne „sukcesy”, pod wpływem których informacje o „konstruktywnym” spotkaniu Very Jourovej z nowym ministrem ds. europejskich Szymonem Szynkowskim vel Sękiem budzą więcej obaw niż zadowolenia, oraz pytania pt. „co oni tam znowu podpisali?”.

Będzie co ma być

Tak więc wydaje mi się, że stanie się to co ma się stać, czyli Prawo i Sprawiedliwość najprawdopodobniej wygra wybory (spora część wyborców zdaje sobie sprawę jaka katastrofą może być dojście do władzy obecnej opozycji, która będzie musiała spłacić długi wobec swoich obecnych zewnętrznych patronów), ale nie uzyska wyniku, który dawałby w ten czy w inny sposób szansę na rządzenie. Co będzie dalej?

Rzeczywistemu „programowi” opozycji z Platformą Obywatelską na czele, poświęcę chyba osobny tekst, teraz pokrótce tylko nadmienię, że zacznie się oczywiście od euforii i triumfalizmu. Będzie dużo gadania o tym jak „teraz będą wyskakiwać z okien”, może jakieś komisje śledcze, pracę straci sporo ludzi w publicznych mediach, spółkach skarbu państwa, zapewne zostaną dokonane jakieś gesty „programowe”, natury głównie światopoglądowej. Być może pojawi się jakaś ustawa o „związkach partnerskich”, możliwe, że łamiąc konstytucję zaczną coś gmerać przy aborcji. Z pewnością „krwawa” vendetta czeka wymiar sprawiedliwości. Umocowana w prawniczej międzynarodówce „nadzwyczajna kasta” nie odpuści i nikt nie odważy się jej przeszkodzić. Zapewne dokonany zostanie jakiś rodzaj egzekucji na ok ¼ obecnych sędziów, powołanych przez Prezydenta zgodnie z konstytucją, których wiary w nowy system PiS nie potrafił wynagrodzić. Niestety mogą spróbować np. sprzedać Orlen. Możliwe, że Polsce zostaną wypłacone jakieś pieniądze z Brukseli, a możliwe, że nie, ponieważ wydaje się, że jednym z powodów „głodzenia Polski” jest fakt, że UE sama ledwo się trzyma kupy.

Słaba koalicja

Nie zostaną natomiast rozwiązane żadne poważne problemy. Zupełnie nie wyobrażam sobie lenia Tuska, jako premiera rozwiązującego jakieś problemy na poważnie. Jeśli wojna i jej skutki się przeciągną, zostaniemy z wysoką inflacją, raczej nikt nie tknie finansów publicznych, służby zdrowia, no może zrezygnuje z jakichś strategicznych inwestycji, bo nie po to doszedł do władzy żeby jego zagranicznych suweren martwił się siłą Polski.

Prędzej czy później brak rozwiązania poważnych problemów będzie coraz bardziej dojmująco widoczny. Ewentualna likwidacja programów społecznych również zaboli. W powyborczej, bardzo złożonej koalicji, szybko pojawią się tarcia – Szymon nie cierpi Donalda, Włodek – Szymona i Donalda, Robert – Włodka, a Adrian – wszystkich naraz – pisała niedawno Agnieszka Kublik w Wyborczej (Władek się dostosuje do każdego naczynia, do jakiego się go wleje). Mało tego. Największym klubem w parlamencie będzie klub opozycyjny – PiS. Z czasem coraz bardziej na nowo zwarty i zdyscyplinowany. A w dodatku, całkiem możliwe, że również posiadający niemałe wpływy w Europie, gdzie rządy przejęły, a być może jeszcze przejmą partie mu przychylne. To nie wróży Donaldowi Tuskowi łatwego zadania. Praca trzy dni w tygodniu może nie wystarczyć.

Hamulce

A jeszcze konieczność kohabitacji z nieprzychylnym Prezydentem aż do 2025 roku. Szefem banku centralnego Adam Glapiński będzie, jeśli dobrze liczę, do 2028 roku. Małgorzata Manowska będzie I Prezes Sądu Najwyższego do 2026 roku. Nie wiem jak będzie z Krajową Radą Sądownictwa i Trybunałem Konstytucyjnym, ponieważ wierzę, że przy aplauzie Berlina i Brukseli są tu gotowi pójść na kompletnie niepraworządny i antykonstytucyjny rympał. Ale jednak trochę hamulców ewentualnego chaosu jest.

Co więcej, w Europie krzepnie opozycja wobec zarówno niemieckiej dominacji jak i obłąkanych planów Brukseli. Być może to wystarczy, żeby blokować największe szaleństwa i zapewniać Berlinowi i Brukseli wystarczająco dużo „rozrywki” żeby nie miały czasu myśleć o głupotach. Być może koalicja krajów rządzonych przez konserwatystów przejmie pałeczkę oporu wobec budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich.

Polska szansa

I tutaj dochodzimy do rzeczy w tym wszystkim najistotniejszej. Szczególna geopolityczna koniunkcja jaka się wokół Polski w ostatnim czasie wytworzyła, sprawia, że ta ma poważną szansę, by znacząco przesunąć się w peletonie państw na spektrum możliwości prowadzenia samodzielnej polityki i budowy podstaw własnego dobrobytu. I stąd zresztą to potępieńcze wycie. Żeby ktoś mógł usiąść przy stole dla dorosłych, kto inny musi się przesunąć. Nic dziwnego, że woli wykopać krzesło spod siedzenia kandydata. W moim najgłębszym przekonaniu, na tym właśnie polega rzeczywista misja Donalda Tuska, który ma Polsce uniemożliwić pójście własną drogą, a umożliwić zaprzęgnięcie jej na powrót do niemieckiego powozu. Cała reszta to didaskalia.

Dojście do władzy opozycji (nie wiem czy w ogóle zasługują na to określenie) jest dla tej polskiej szansy potwornym zagrożeniem. Tu możliwości są dwie. Jeśli zadziałają w wystarczającym stopniu wewnętrzne i zewnętrzne hamulce, które pokrótce opisałem, prawdopodobnie po tym trudnym okresie, w którym koalicja zaprzańców skompromituje się w oczach również niezdecydowanego elektoratu, możliwe, że PiS oczyszczony w czyśćcu opozycji, dostanie kolejną szansę. Może też nie będzie to PiS, tylko jakaś inna siła, która podczas tych czterech lat wyrośnie. Wtedy oby potrafiła tę nasza polską szansę zagospodarować.

Bo jeśli hamulce nie zadziałają w wystarczającym stopniu i polska smuta będzie musiała potrwać dłużej, to obawiam się, że choć historia wbrew niektórym, nigdy się nie kończy, to na czas dłuższy może już nie być co zbierać.