Powrót z innej planety – wstrząsająca opowieść ROMANA SUSZCZENKI o pobycie w rosyjskim więzieniu

-Wróciłem kompletnie z innej planety, jakbym z bezludnej wyspy trafił do współczesnej cywilizacji – mówi Roman Suszczenko, dziennikarz ukraińskiej agencji Ukrinform, więzień polityczny Kremla,  uwolniony z rosyjskiego więzienia po trzech latach we wrześniu 2019 roku, w rozmowie z Dorotą Zielińską i Pawłem Bobołowiczem.

 

Nareszcie jest Pan wolny …

 

Te trzy lata były przygnębiające, ciężkie, a powrót do zwyczajnego życia jest nadzwyczaj skomplikowany. Psychikę i zdrowie fizyczne miałem nadszarpnięte, ale przez dwa miesiące udało mi się trochę wrócić do formy. Na lotnisku czekali na nas krewni, koledzy, prezydent Ukrainy. Od razu odwieźli nas do dużego centrum medycznego w Teofanii pod Kijowem. I tu mówię: Mam jeszcze dziesięciu towarzyszy w niedoli, w niewoli, dziesięciu politycznych więźniów Kremla. Wszyscy przebywaliśmy w Teofanii na rekonwalescencji. Każdy miał swoją historię. Tydzień leczyłem się ambulatoryjnie, dwa tygodnie stacjonarnie. Przeszedłem pełne badania, miałem pewne problemy ze zdrowiem, ale udało się je trochę załagodzić, a teraz kończę psychoterapię. Psycholodzy radzą mi jak wrócić do rzeczywistości, jak ponownie przystosować się, zanurzyć w normalnym życiu.

 

Wrócił Pan do pracy, do swojej redakcji? 

 

Byłem w redakcji już 9 września. Zajrzałem do kadr. Przez trzy lata spiętrzyły  się różne problemy biurokratyczne. Wziąłem zwolnienie lekarskie, skończyło się i wróciłem do pracy.

 

I czym będzie się Pan zajmował? Ponownie sprawami międzynarodowymi? 

 

Jeszcze sobie nie uświadamiam, jak przez te trzy lata byłem poza tematyką, straciłem węch, nerwy trochę inaczej reagują na wszystko, co wokół. Wróciłem kompletnie z innej planety, jakbym z bezludnej wyspy trafił do współczesnej cywilizacji, więc na razie jeszcze sobie nie wyobrażam jak to będzie, czym dokładnie się zajmę, ale wróciłem do innej redakcji, która zajmuje się międzynarodowymi newsami. Będę organizował pracę sieci korespondentów zagranicznych – mamy dziesięć biur, w tym w Warszawie – a także będę pisać teksty analityczne, publicystyczne. Oprócz tego ustaliłem wstępnie, że zajmę się tematyką więźniów politycznych, prawami człowieka, będę naświetlać te kwestie. Jest też potrzeba, chęć i inspiracja, żeby zająć się działalnością społeczną. To niezwykle ważna kwestia. Mam negatywne doświadczenia, wiem, że w rosyjskiej niewoli jest jeszcze ponad stu obywateli Ukrainy. Trzeba ich powyciągać z więzień, podtrzymywać na duchu, także ich rodziny. Chciałbym się tym zająć.

 

Powiedział Pan, że powrócił z innej planety. Dlaczego ona jest taka inna i jak ta inność wyglądała?

 

Przez ostatnie pięć, dziesięć, a może dwanaście lat uświadomiłem sobie, na ile jesteśmy różni, jak całkowicie odmienną mamy mentalność. Chociaż na tej „innej planecie” też żyją homo sapiens, którzy nie są drapieżnikami i mają pewne wartości. Pisali do mnie do więzienia listy, przysyłali rysunki, podtrzymywali na duchu, przynosili produkty, koperty, czyste kartki papieru, długopisy, żebym mógł pisać. Tam są normalni ludzie. Ale bardziej przypominają oni zalęknione drapieżniki. Jednym słowem – panuje tam reżim. Na byłych terenach Związku Radzieckiego mówią, że ZSRR już umarło.  A ja powiem, że to kłamstwo. Podświadomość jest nieśmiertelna. Wszyscy jeszcze myślą Związkiem Radzieckim. Żyją inercją, nie zwracając uwagi, że na zewnątrz mamy XXI wiek. W zarządzie kolonii karnej, w której byłem i gdzie obserwowałem tych ludzi, mentalność jest taka, jak w minionym wieku. Żyją tysiąc kilometrów od Moskwy, a im dalej od stolicy, to jeszcze gorzej. Mówię o oświacie, o stosunkach międzyludzkich, o wartościach humanistycznych, o godności. To wszystko zostało z czasów imperium sowieckiego.

 

Mówi Pan o warunkach, jakie tam panowały, o kolonii karnej. Trudno sobie to wyobrazić. Gdy donosiliśmy, że są tam uwięzieni Ukraińcy w takich warunkach, tak daleko od Moskwy. To mi przypomina i XIX wiek, carat, gdy zsyłano ludzi na Sybir i później, tak jak pan wspomina, czasy sowieckie. Mówi Pan o tym horrorze. Proszę powiedzieć bardziej szczegółowo, na tyle ile pan może, na ile nie wywołuje to teraz u pana negatywnych odczuć. Jak wyglądają tamte warunki?

 

Warunki nie wyglądają tak, jak (w XIX wieku) pisał Taras Szewczenko, jak pisali nasi dysydenci. Nie tak dawno, przypomnijmy, zaczęło się mówić o mordzie w Sandarmochu (w lipcu 1997 roku odnaleziono w Karelii masowe groby ofiar „wielkiego terroru” z lat 1937-38 – red.). Rozstrzelano tam wielu ukraińskich dysydentów, wśród nich Łesia Kurbasa, znanego aktora i reżysera teatralnego i wielu pisarzy. Faktycznie cała elita w 1937 roku została tam rozstrzelana. Zostały wspomnienia,  pamiętniki tych, którzy przeżyli. O własnym doświadczeniu mogę powiedzieć, że można je podzielić na dwie części: pierwsza część to pobyt w areszcie śledczym Lefortowo, a druga w kolonii karnej.

 

Lefortowo to diaboliczna budowla. Została zbudowana 250-300 lat temu przez Szwajcara Franza Jakowlewicza Leforta. Przyjeżdżał on do rosyjskiego cara, tam gościł i zbudował sobie majątek. I od tego czasu w tym miejscu utworzyło się osiedle, potem stało się częścią rosyjskiej stolicy. Główny budynek… patrząc na połowę to było pół płatka śniegu. Ma cztery piętra w górę i dwa w dół. W piwnicy nigdy nie byłem, ale jak jeździłem windą na spacerniak, to widziałem przyciski, że można jeszcze zjechać w dół. Co tam jest – nie wiem, ale pod ziemią są jeszcze dwa piętra, a cztery nad ziemią. Budynek ma cztery skrzydła. W każdym skrzydle na każdym piętrze jest po osiemnaście cel. Czternaście z jednej strony, cztery z drugiej. W środku jest pusty i ma nieduże balkony, żeby tylko jedna osoba mogła przejść. Te balkony są rozłożone naokoło, tak, że nadzorcy mogą chodzić dzięki nim po perymetrze i zaglądać przez okienka do cel. Między nimi jest pustka. I tak na każdym piętrze. Ta wewnętrzna wielka przestrzeń. Można by tam kręcić unikatowe fantastyczne filmy. Na czterech piętrach każda cela jest obliczona na dwie osoby. Ma wymiary dwa i pół na cztery i pół metra. Dwa łóżka, stół, szafy, kibel, mała umywalka. Raz na tydzień bierze się prysznic. Jest do tego osobne pomieszczenie. Na umycie się dają dwadzieścia minut. Stworzono tam atmosferę pełnej izolacji. Człowiek nie ma z kim porozmawiać, oprócz sąsiada z celi i administracji. Są nadzorcy, kierownictwo administracji, czasem przychodzi prokurator. To zdarza się raz, dwa razy na miesiąc. Sprawdzają warunki, czy odpowiadają standardom, czy nie dochodzi do naruszeń praw człowieka. Rzeczywiście przychodzą, pytają: „jak wam tu jest, jakieś uwagi, skargi?”. To jest rzeczywiście na cywilizowanym poziomie. Jeśli ktoś potrzebuje zadzwonić do rodziny, to możliwe jedynie po pisemnej zgodzie śledczego. Mnie śledczy odmawiał  telefonu do rodziny cztery miesiące. Pierwsze widzenie miałem po pół roku. Ale moje listy zaczęli wysyłać po jakichś dwóch miesiącach. Były cenzurowane, czytane. Nie wiem, czy wszystkie listy dotarły do mojej rodziny, do bliskich, do przyjaciół.

 

Prawdziwa izolacja. Żyjesz, istniejesz miesiącami i rozmawiasz tylko ze swoim sąsiadem z celi. Sąsiedzi też się zmieniają, nie ma żadnej logiki. Dzisiaj jest to Tadżyk, reprezentant Azji Środkowej. Jest tu z powodu przynależności do Hizb ut-Tahir, ruchu politycznego obejmującego kilka państw. Politycznymi środkami próbują wprowadzić szariat. Ale w Rosji uważani są za organizację terrorystyczną i dlatego tych ludzi po prostu za to wsadzają. Wróćmy do Tadżyka. Jest chorym człowiekiem. Ma troje dzieci – dwa, trzy, cztery lata… żonę. Wpada do niego do mieszkania FSB. Wszystkich – dzieci, żonę – rzucają na podłogę. Jego skuwają, przewożą do Lefortowa. W ciągu półtora roku dają mu wyrok: dziewięć lat tylko za to, że wyznaje islam i uznaje, że jego polityczną powinnością jest gromadzić się i mówić o tym, że należy wprowadzić szariat.

 

Byli też inni. Z niektórymi siedziałem półtora miesiąca, z innymi dwa, trzy, cztery miesiące. Najkrócej miesiąc. Byli i przestępcy. Recydywiści, znani rosyjscy przestępcy. Był i terrorysta. Wyznał, że był członkiem ISIS. Był obywatelem Tadżykistanu, ale z narodowości Uzbekiem. Ma troje dzieci, wszystkie mieszkają w Tadżykistanie, ale on przyjechał do Rosji zabijać Rosjan za to, że oni zabijają braci i siostry w wierze w Syrii. Przyjechał i szykował się, żeby wysadzić sobór Wasyla Błogosławionego, i urządzić strzelaninę. Złapali go, dali mu piętnaście, szesnaście lat. Tak było w Lefortowie.

 

W Lefortowie z nikim się nie kontaktujesz, jesteś w pełni ograniczony. Nie mogłem prenumerować ukraińskich gazet. Przez dwa tygodnie dawali mi „Dzerkało Tyżnia” (ukraiński tygodnik społeczno-polityczny – red.), mogłem zamówić, poczytać i to wszystko. Potem powiedzieli: nasz operator nie może dostarczać tej gazety. Ja płaciłem… jak na Ukrainie kosztuje ten egzemplarz na przykład, powiedzmy, 200 hrywien, to tam dziesięć razy więcej. Rzeczywiście ta dostawa tyle kosztowała, taką wielką sumę, ja byłem gotowy za to płacić, ale mi powiedzieli, że coś nie działa. „Nie damy rady panu zapewnić tej gazety”. Miejscową prasę można było prenumerować. Był telewizor, było radio, ale czysto propagandowe. Tych wszystkich kanałów nie dało się oglądać, wszystkie przekazywały informacje jednostronne, realizowały państwową politykę informacyjną – „Ukraińcy tacy i owacy, a my tu budujemy nowy świat, jednoczymy się, jesteśmy potężni” i tak dalej, i tak dalej… Z opozycyjnych wydawnictw prenumerowałem tylko „Nową Gazetę”. Ją jeszcze można czytać, więc czytałem, także kilka innych tytułów, bardziej, powiedzmy, profesjonalnych, jak na przykład „Kommersant”. Redakcja jest zaangażowana [politycznie], ale podają informacje… no, chociażby utrzymują jakieś standardy. Mam na myśli, że przedstawiają obie strony na przykład. Tak, podają informacje o konkretnym nachyleniu… Mają korespondentów, coś tam przekazują, ale można było, czytając ich suche oficjalne komunikaty analizować. Bo o Ukrainie nie miałem w ogóle żadnej informacji. Wiadomości przekazywali mi tylko adwokat i konsul. Konsul przychodził raz na dwa miesiące, miesiąc. Przekazywał najnowsze wiadomości. A tak, niczego nie miałem.

 

Adwokata zorganizował dla pana konsulat ukraiński?

 

Nie, nie, nie. Kiedy mnie aresztowali, od razu zaproponowali adwokata z urzędu, wyznaczonego przez państwo. Ale to trwało dosłownie trzy dni. Na pierwszym posiedzeniu sądu, kiedy uchwalili areszt prewencyjny – trzymanie mnie pod strażą – tam moich praw broniła adwokat z urzędu. Jej państwo pokrywa koszty, ona przyszła i powiedziała: „Czeka pana dwadzieścia lat więzienia”. Na tej rozprawie to wyglądało tak, że sędzia mnie o coś pyta, ja mówię tak, potem nie, tak i w ogóle nie rozumiem co się dzieje. A potem po dwóch dniach usłyszałem w radio, że zaczął występować adwokat Mark Fejgin. Powiedział, że moja rodzina i Ukrinform, moja agencja, porozumiały się i wzięły tego adwokata, który zaczął mnie bronić. Była jeszcze inna adwokat, koleżanka Marka Fejgina, Alisa Obrazcowa. Ale ona tylko składała wnioski w sprawie przedłużania aresztu. W sądzie bronił mnie sam adwokat, ale pozbawili go prawa zajmowania się praktyką adwokacką dzień przed tym, jak zaczęło się starcie w sądzie. Na początku wysłuchano stanowiska oskarżyciela, potem naszego adwokata, potem były zeznania głównego świadka oskarżenia i gdy zaczęły się konfrontacje – między stanowiskiem naszym i oskarżyciela, sędzia wysłuchał, zadawał dodatkowe pytania i w tym momencie jego [Fejgina] pozbawiają praw adwokata. Alisa też tam była, ale nie była pełnomocnikiem na tym posiedzeniu i faktycznie pozbawiono mnie prawa do obrony. Ale trzeba oddać sprawiedliwość, sędzia pozwolił adwokatowi, jako „innej osobie”, bronić mnie. W rosyjskim kodeksie karnym jest taki przepis, że bronić może obrońca praw człowieka, adwokat albo „inna osoba”. Wypełniał ten status.

 

Ale wracając do innej planety, Lefortowo w systemowy sposób psychologicznie przytłacza człowieka. Jak ktoś tam trafia, to już go nie biją. Rozmawiałem z kolegami, z innymi więźniami, osadzonymi z innych paragrafów. W Lefortowie nikt nikogo nie bije. Tam przyciskają czysto psychologicznie. Na przesłuchaniach są rozmowy psychologiczne, nie katują. Ale do momentu, kiedy dotrą do winy, trzymają ludzi w piwnicach, w celach, tam się wszystko odbywa. Jeszcze przychodzili z obywatelskiej komisji obserwacyjnej, to cywile, którzy  sprawdzają, w jakich warunkach przebywają uwięzieni. W kolonii karnej był już horror. Dwadzieścia osiem godzin od Moskwy, prawie tysiąc kilometrów, jechaliśmy w tzw. pociągu stołypinowskim. Wymyślił je jeszcze Piotr Stołypin, premier Imperium Rosyjskiego. Tymi wagonami przewoziło się bydło. Współcześnie to kuszetka, ale jest krata i malutkie okienko. Sześć miejsc, sześć półek. Nas upchnęli ośmiu do jednego przedziału, do kolejnego ośmiu, i do kolejnego. Nie dało się leżeć. Trzeba było siedzieć. Ktoś spał na górze, pospał cztery godziny, zmienialiśmy się i ktoś inny szedł spać. Jechaliśmy dwie doby. Ludzi przewożą, jak bydło. Po prostu horror. Dowieźli nas do Kirowa. Tam, na północny wschód od Moskwy, znajduje się centrum administracyjne o nazwie Wiatka. Kolonia karna jest w miejscu, gdzie kiedyś były obozy Gułagu. Bardziej szczegółowo, byłem w kolonii karnej nr 11, a nr 27 to ten sam obóz Gułagu, w którym siedzieli dysydenci, więźniowie polityczni za Stalina, skazani z artykułu 58. Spotykałem ludzi, którzy tam byli, teraz. Opowiadali, że stoją tam nadal drewniane baraki, faktycznie na błocie i podsypane piaskiem. Jest plac wyłożony drewnem. Ledwo zaczynasz kopać, stoi woda. Panuje wilgoć, rośnie las. Ludzie tam też odbywają wyroki. Warunki są dramatyczne. Kolonia, do której ja trafiłem, znajduje się czterdzieści kilometrów od Kirowa. Miasto Kirowo-Czepieck, a wieś nazywa się Utrobino. To taki dosyć alegoryczny obraz, jak Utrobino – w środku czegoś [otorbiony]. Zbudowano ją, jak dostrzegłem na jednym budynku, w 1969 roku. Faktycznie zobaczyłem swojego równolatka – ten barak. Możliwe, że były zbudowane trochę wcześniej. Są tam takie ceglane jakby koszary. Budynki dwupiętrowe, jest też jeden czteropiętrowy. W kilku pomieszczeniach przebywają uwięzieni, recydywiści, którzy ciągle naruszają reżim. Jest strefa kwarantanny.

Trafiłem do karnej celi izolacyjnej. Do dziś nie wiem, czemu mnie tam umieszczono. Rozumiem, że oni, Rosjanie, administracja, bali się, że jeśli trafię tam, gdzie przebywają inni więźniowie z powodów politycznych, może powstać konflikt, który przerodzi się w jakiś incydent i to zagrozi mojemu zdrowiu, czy jeszcze czemuś. I tak pisali, że „mamy informację operacyjną, że jemu grozi… jest zagrożenie jego zdrowia. Możliwe, że będzie mu wyrządzona krzywda. Nie chcemy, nasze biuro, umieszczać go ze wszystkimi, tam, gdzie wszyscy są uwięzieni. Umieścimy go w tak zwanym bezpiecznym miejscu”. Ale zgodnie z ich przepisami, tego rosyjskiego kodeksu postępowania karnego, powinno ono być zorganizowane w tym samym baraku, po prostu w oddzielnej celi. W niej powinny być gniazdko, telewizor, lodówka, ale nic z tego nie było, oni tego nie mają. Faktycznie karna cela izolacyjna nie ma niczego – to betonowa konstrukcja, w ziemi, jednopiętrowa. Cela długa na cztery-pięć metrów, szeroka na trzy, umywalka, toaleta i sześć prycz, przywiązanych do ścian. Są takie wielkie dźwignie, które się blokuje. Na noc się je opuszcza. Uwięziony bierze swój materac, pościel, pośpi osiem godzin. Potem znowu to składa, odnosi, łóżka się zamyka i cały dzień siedzi w tej celi. Trzydzieści centymetrów nad podłogą są tam metalowe ławy, a sześćdziesiąt centymetrów stoły. W rzeczywistości nie można tam usiąść jak człowiek. Siedzi się skulonym, wszyscy sąsiedzi się cisną, przepychają się. Krew nie krąży, trzeba się ciągle ruszać. Siedzisz, prawie połowa ciała ma podwyższone ciśnienie tętnicze, temperatura powietrza plus trzynaście. Na dworze bywa i minus, ogrzewania nie włączali. Problem jest taki, że na ogrzewanie pracuje kotłownia, gorąca woda najpierw dociera do pozostałych pomieszczeń, a do tych cel izolacyjnych na samym końcu. Ciśnienie wody jest słabe, temperatura nie wzrasta powyżej trzynastu stopni.

 

Czyli dla Pana bezpieczeństwa miał Pan trzynaście stopni, żeby nie było panu za gorąco, brak telewizora, który u innych więźniów był i tłumaczono, że to dla Pana dobra, tak? 

 

Miałem telewizor w Lefortowie.  W kolonii karnej już nie. Tylko radiowęzeł. Codziennie włączali państwowe Radio Rossija. Jego program jest czysto propagandowy.

 

Radio gra przez cały dzień?

 

Nie, nie przez cały. Niby mają określone godziny, ale z reguły włączają rano i wyłączają wieczorem. Tam lecą piosenki, coś na kształt szansonów. A tak to poza radiem Rossija nie ma nic więcej. Ile razy prosiliśmy, żeby zmienić stację. Jest takie radio Majak, tam są programy kulturalne, zajmują się nie tylko polityką, ale bardziej specjalistycznie podchodzą. Mają ciekawe talk-show. Żeby jakoś ludzie się mogli rozerwać. „Nie, radio Rossija, słuchajcie i już”. Skarżyliśmy się na to prokuratorom. „Dobrze, powiemy administracji”, ale przez jeden dzień włączają te szansony, a kolejnego dnia już znowu włączają radio Rossija. Telewizji nie było. Prenumerowane gazety przychodziły z opóźnieniem tygodniowym, dziesięciodniowym. Myślę, że jest to związane z pocztą. Dostawa była przez pocztę, więc administracja musiała pojechać do oddziału poczty, odebrać te gazety, a oni jeżdżą tylko dwa razy w tygodniu. Te wstrzymania dotyczyły też listów. Listy to w ogóle szły miesiącami tam i z powrotem.

 

Wyżywienie? Było dosyć… specyficzne. Gotują zecy, to jest więźniowie. Sami przygotowują jadłospis, który zatwierdzają lekarze i administracja. Ale to przede wszystkim gotowane ziemniaki i kapusta. Marchew i cebula. Dużo kasz. Mięsa niewiele. Faktycznie tylko kotlety mielone czasem przygotowują. I ryba. Ryba jest mrożona kilkukrotnie, więc jej jakość jest bardzo niska. Śmierdzi, więc ciężko ją jeść. A potem z tej ryby, której nie zjedliśmy, robili kotlety. Były żółto-zielone, aż się od nich kiszki skręcały. Ale niektórzy więźniowie nie mieli żadnego wyjścia. Już ani rodzina, ani przyjaciele ich nie wspierali. Musieli jakoś żyć . To żywienie jest złe. Nie ma sałat, witamin. Stąd wiele osób ma problemy z zębami. Nie powiem, że to szkorbut, ale wypadają zęby.

 

Pojawił się u mnie problem. Zwróciłem się do lekarza, a oni mówią „spójrzmy, proszę siadać. A ma pan znieczulenie?” Mówię, że nie mam. „To czemu pan przyszedł?” Nie mają tam znieczulenia. Stomatolog przychodzi jeden raz w tygodniu, w czwartek, a tam tysiąc czterysta osób na niego czeka. Wszystkie zęby leczą ekstrakcją. Tylko wyrywają. Jak się na to popatrzyłem, to dobrze, że konsul przyjechał. Poprosiłem, kupił znieczulenie. Przywiózł dziesięć ampułek. I już ze znieczuleniem mnie leczyli. Zdjęć zrobić nie można. Mówią, że nie mają aparatu. Stoi tylko aparat do wykrywania gruźlicy. Jest dużo przypadków zachorowań na gruźlicę. Oprócz tego obok jest szpital, w którym leczą gruźlicę chirurgicznie. Spotkałem kilka osób, które jechały z tej kolonii, tam im wycinali płuca, wracali z powrotem. Sytuacja jest straszna. Ale te wszystkie wielkie aparaty rentgenowskie służą wykrywaniu gruźlicy. I takim aparatem mi robili zdjęcia. To jest po prostu koszmar. Kilka razy mnie badali. „Nie, u pana wszystko w porządku, nie ma zapalenia”. Dali antybiotyki, dali środki przeciwbólowe w tabletkach. Medyczne procedury są koszmarne. Procedury fizjoterapeutyczne pamiętam jeszcze czasy czterdzieści lat temu, gdy wyjeżdżałem ze Związku Radzieckiego, nie ma inhalatorów, leków nie ma. Dają ci aspirynę na wszystkie bóle i już. Jak są jakieś podrażnienia skóry czy coś, więźniowie muszę sobie zamawiać na wolności, żeby ktoś im przywoził i tak ich wspierał.

 

Podczas mojego pobytu były dwie próby samobójcze. Jeden chłopiec, dziewiętnaście lat wyskoczył z drugiego piętra. Była jedna bójka. Ktoś kogoś pociął. Dosyć taka napięta sytuacja kryminalna. O temperaturze mówiłem. Jeszcze o koszmarnym spacerniaku. Każdego dnia wychodziliśmy na godzinę na spacer. Raz na dobę wyprowadzają na spacerniak. Faktycznie to taka woliera, klatka metalowa z czterech stron i dach zamknięty, metalowy. Metalem jest obłożony też metr czy dwa, żeby wiatr nie wiał i między podwórkami, też wszystko zamknięte metalem. Z sąsiednimi spacerniakami nie było kontaktu. Miało to jakieś osiem metrów na cztery i pół, takie podwórko. Zamykają tę klatkę i przez godzinę chodzisz, oddychasz brudnym powietrzem, bo w pobliżu jest Kirowski Kombinat Chemiczny. Produkują tam nawozy mineralne i niebo jest takie szare. Kiedy wiatr stamtąd wieje, czuje się smród, chemia wypełnia powietrze. Przez okno można było popatrzeć gdzieś tam w oddali na jakiś krajobraz. Była tam jakaś przyroda, rzeczka, która nazywa się Czepieck. I piękne wschody słońca . Niebo ciekawe o piątej. To była nasza jedyna radość.

 

Pana tam nie prowadzali do pracy, to była tylko sama izolacja?

 

Tak. Pracy mi nawet nie proponowali, chociaż  jest taki artykuł 106 kodeksu więziennego, zgodnie z którym dwie godziny w tygodniu musisz zająć się jakimiś robotami społecznymi. Ode mnie tego nie wymagali, od innych też nie wymagali, ale jak ktoś chciał, to dawali możliwość popracować. Odśnieżyć, grządkę przekopać. Obok znajdowała się tak zwana strefa przemysłowa. W każdej kolonii karnej jest taka strefa przemysłowa, w której są jakieś zakłady produkcyjne. A w tej konkretnej jest jeszcze kombinat nauczania, gdzie więźniów, którzy nie mają średniego wykształcenia, doucza się jak w szkole. Jednych uczy się na kamieniarzy, innych na szwaczy. Można było na maszynie szyć. Oni tam szyli dużo ubrań roboczych, cywilnych, a nawet buty. I zdaje mi się, że jeszcze uczyli tam pracy przy kotłach, jak je obsługiwać. Ale pracy przymusowej dla nikogo nie było. Jest kilka stałych zajęć dla tych, którzy gotują i dla pracowników gospodarczych albo jeszcze kogoś. I do tych prac wyznaczają więźniów. Był też sklep. Można było kupować herbatę, papierosy, zapałki… Ale był też totalizator…

 

Kiedy próbowali wymóc na Panu nie tylko przyznanie się, że pracował Pan jako szpieg, ale także zmusić Pana do pracy dla nich? Mówił Pan, że próbowali Pana namówić do współpracy. Czy to było w areszcie śledczym czy jeszcze wcześniej, jak to wyglądało?

 

Miałem trzy takie propozycje. Pierwsza to współpraca ze śledztwem. Kiedy mnie złapali, aresztowali i przewieźli do aresztu śledczego, tam rozebrali – są nawet zdjęcia w internecie – i przyszedł ich kierownik. Zastępca naczelnika pionu śledczego FSB. Podpułkownik. Przyszedł, przedstawił się imieniem i patronimem Michaił Władimirowicz. Nazwiska nie podał. Potem znalazłem w papierach jego nazwisko – Swynołub. Takie dosyć unikatowe nazwisko, na pewno ukraińskiego pochodzenia. Takie swojskie. I on od razu powiedział: „Proponujemy panu współpracę przy śledztwie”. Wcześniej, kiedy mnie zatrzymali wszystko nagrywali na kamerę. Najpierw nałożyli mi na głowę śmierdzący worek, gdzieś wozili przez pół godziny po różnych dzielnicach, a potem przywieźli do aresztu śledczego, zdjęli ten worek. Tutaj miałem pieprzyk, który mi zdarli. Poleciała krew. Poczułem, jakiś płyn. Jeden z funkcjonariuszy wyjął mokrą ściereczkę i mnie przetarł. Zrozumiałem, że będą mnie nagrywać. To nie był co prawda makijaż nagraniowy, ale krew widać od razu. Z kamerą biegał jeden z funkcjonariuszy, jakiś techniczny pracownik. Kamerę miał poważną, typu Betacam. Wszystko nagrali i potem kiedy wchodziliśmy po schodach do aresztu mnie nagrywali, potem kiedy tu prowadzili też nagrywali. I on ich tam obok zobaczył, wszedł do gabinetu, siedzieli tam. I kiedy Swynołub złożył mi tę propozycję, zdałem sobie jasno sprawę, że zaraz będą chcieli, żebym powiedział do kamery, że tak, że ja taki, że rzeczywiście robiłem to, to i to. Zacznę wyklinać Ukrainę, kierownictwo i tak dalej. Podpiszę wszystko, co chcą… Tak sobie to wyobrażałem. Że powiedzą, żebym mówił to, to i to, że oni tacy sami. Tak sobie to jasno wyobrażałem. I dlatego nie mówiłem, że odmawiam, że się zgadzam, nie zgadzam. Powiedziałem: „usłyszałem wszystko. Więcej nic panu nie powiem”. Tak postał chwilę. „No dobrze”. I następnego ranka – nie spałem w Lefortowie, zawieźli mnie do aresztu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych – to inny urząd. Tam spałem trzy godziny. Rano „Sajuz nieruszymyj”, hymn. Na pełną głośność włączają radio. Obudziłem się, pomyślałem „co to, Związek Sowiecki?”. Na melodię hymnu sowieckiego jest też napisany współczesny hymn Rosji.

 

I kiedy znowu przywieźli mnie do Lefortowa – stamtąd jechaliśmy już do sądu lefortowskiego – przyszedł do mnie i zapytał: „i jak, przemyślał pan to?” Powiedziałem, że nie, nic się nie zmieniło.  To była pierwsza propozycja. Jasno sobie zdawałem sprawę, że chcieli ode mnie jakiegoś publicznego oświadczenia. Może jakiegoś apelu do znajomych, przyjaciół, których znam sto lat… Kto wie, czego chcieli. Faktycznie następnego kroku nie było. Odmówiłem i już. Potem miałem propozycję w Matrosce Tyszy, a potem propozycję w kolonii, ale to już od służby więziennej. W Matrosce Tyszy jakiś pułkownik, wiedział, że byłem na etapie, niedługo, dzień, dwa, tydzień i pojadę. Pyta, czy będę z nimi współpracował, napiszę jakieś pismo, będę współpracował. Pytam, w jakim sensie współpracować. „Będzie nam pan mówić co dzieje się w celi”. Powiedziałem, że niczego nie będę pisał. Jestem dziennikarzem i takich rzeczy nie piszę. Piszę artykuły, informacje, notatki, ale takie coś to nie moje. „Jak to dziennikarz? No dobrze, niech pan idzie”. To było czysto profilaktyczne. Możliwe, że ktoś by się zgodził za jakieś preferencyjne traktowanie, nie wiem. Tak samo było w kolonii. Funkcjonariusze pytali, czy będę z nimi współpracował. Powiedziałem, ze żadnej współpracy nie będzie, jaka współpraca? To dotyczyło czysto operacyjnych spraw. Za izolatkę karną jest odpowiedzialny funkcjonariusz, który przychodził co tydzień, przynosił pocztę i wołał do siebie. Raz albo dwa razy w każdym tygodniu. Pytali „no i co? Jak u pana sprawy?” Tak profilaktyczna rozmowa. I takim sposobem próbowali się wywiedzieć „A jak tam współwięzień, a jak tam ten, a jak to?”, zbierali informacje, to co ktoś powiedział. Nie miałem nic do ukrycia, ze współwięźniem wszystko było w porządku, żadnych problemów. „A jak tamci?” „A jak tamci, to ich zapytajcie, ja nie wiem. Ja ich nie widzę, słyszę tylko przez korytarz, jak coś krzyczą i tyle”. Takie trzy propozycje miałem i już więcej nie.

 

Oskarżyli Pana o szpiegostwo. Czy myśli Pan, że ktoś podchodził na poważnie do tego zarzutu, wierzył, że jest pan szpiegiem, czy był to tylko pretekst, żeby Pana zatrzymać?

 

Ciężko mi powiedzieć, jaką mieli motywację. Sądząc z tych akt sprawy, które widziałem, to była poważnie przygotowana. Nie trwało to miesiąc czy dwa, a rok. Badali moje otoczenie, ludzi, z którymi się spotykałem. Mam na myśli chociażby jak w 2014 roku zaczął się format normandzki, 2 października było pierwsze spotkanie, po tym, jak w czerwcu 2014 ruszono z formatem normandzkim. Zaczęły się te spotkania, które oni odpowiednio przeanalizowali. Dokładnie, to były tam dokumenty z 2015 roku, zapytania, które wysyłali swoim specsłużbom – że jest ten i ten, podejrzewamy go o to i o to, czy macie jakieś informacje o jego zaangażowaniu w to, o co go podejrzewamy. Rozumiem, że taki mają obieg korespondencji, dokumentów, ale jest mi ciężko powiedzieć, czy to wszystko było celowe i przemyślane. Były zapytania do GRU, do SWR – Służby Wywiadu Zagranicznego i do FSB. Odpowiednio: GRU odpowiadało, że mieszka w Kijowie, ma taki samochód, zameldowany jest tam, adres taki… zwyczajne bazy danych, które można kupić otwarcie sposób na Petriwce, milicja na tym zarabia. Tak było wcześniej, nie wiem, jak teraz. Oceniając po tym, co było tam napisane, to na sto procent była baza MSW. Ale faktycznie nie było tam nic takiego: jest zameldowany pod takim adresem, ma żonę, dwoje dzieci, taki samochód. Ale mieszka w budynku, który należy do Ministerstwa Obrony, to znaczy, że jest szpiegiem. Pracuje dla wywiadu wojskowego Ukrainy. Ale mieszkam w domu, który nie jest na stanie ministerstwa. To budynek urzędowy. Kiedyś za Związku Sowieckiego był tu instytut, który zajmował się badaniem przedsiębiorstw przemysłu spożywczego. Pracowała w nim babcia mojej żony. Babcia napisała testament i podarowała mieszkanie mojej żonie. Babcia zmarła i mieszkamy w tym mieszkaniu do dziś, już ponad dwadzieścia lat. To budynek urzędowy tego instytutu. Z tego instytutu mało zostało, trochę się reorganizował i tak dalej. Ale w tym budynku mieszkali wszyscy – od kierownictwa, po szeregowe sprzątaczki. Mieli środki, zbudowali ten budynek i tam mieszkali. Faktycznie, w mocno naciąganie napisali, że to ma jakiś związek z Ministerstwem Obrony.

 

Potem inny temat. To odpowiedziała Służba Wywiadu Zagranicznego. To było w lutym 2016 roku, kiedy przyszły te odpowiedzi. Zapytania wyszły w grudniu 2015, a przyszły odpowiedzi w lutym. „Tak, wiemy, że jest taki dziennikarz. Teraz czeka na akredytację MSZu Francji. Rzeczywiście, złożyłem wniosek, wszystkie papiery i czekał na akredytację. Miałem dostać ją gdzieś w lutym. Tu na Ukrainie zdaje się, że nie potrzeba akredytacji, ale we Francji wymagają co roku, żeby ją odnowić. Przynosisz swój życiorys, dokumenty, że masz mieszkanie, rachunek w banku, rzeczywiście tam mieszkasz, pokazujesz rachunki za ostatnie trzy miesiące i pokazujesz swoje ostatnie materiały, żeby udowodnić, że naprawdę pracujesz jako dziennikarz. Wydrukowałem kilka materiałów, ale w większości to pyły tylko hiperłącza. Pracuję w agencji, wszystkie są dostępne, bardzo proszę. Jedyna rzecz to to, że agencja, która pracuje podobnie jak PAP, nie wszystkie moje materiały podpisuje moim nazwiskiem, Roman Suszczenko. Jak oddaję materiał Ukrinformowi, ja piszę, a Ukrinform zamieszcza już bez autora. Jeśli jest to artykuł, to tak, proszę, jest autorstwo. Ale codziennie pracuję, czasem piszę po dwadzieścia, trzydzieści informacji dziennie, wszystko podpisuję. To wpływa na honorarium. Jest norma, pracujesz. Część jest płacona jako honorarium, a część pracy wykonujesz za to, co ci płacą. Wszystko się wrzuca. Ale w swobodnym dostępie nie ma nazwiska. To Ukrinform przekazuje daną informację. Pisze się tylko: własny korespondent we Francji, własny korespondent w Warszawie, własny korespondent w Brukseli. Jest tego dużo. Można zobaczyć, sprawdzić, kto jest korespondentem i wszystko zrozumieć. Część tych materiałów też widziałem w aktach sprawy. Miałem je na laptopie. Jego też przebadali i napisali: „Te materiały przygotował na temat Francuzów”. Ale przecież te materiały są dostępne. Wystarczy zajrzeć do jakiegokolwiek medium, w Internecie, pisali o tym Francuzi, ja o tym pisałem, inni dziennikarze pisali. Dziwię się temu. W sądzie przedstawiali te materiały jako jakieś takie…

 

Pana korespondencje były jak materiały szpiegowskie.

 

Tak, dokładnie. No, mamy swoje źródła, takie które powiedzą coś off-record. Nie piszesz wtedy kto, tylko na przykład źródła w MSZ, w Pałacu Elizejskim, w rządzie, powiedziały to i to, sankcje takie, Mistrale – to była napięta historia, nieprosta z tymi Mistralami. Potem była skomplikowana historia z budową cerkwi św. Włodzimierza koło mostu Iéna [prawdopodobnie chodzi jednak o cerkiew Trójcy Świętej koło mostu Alma, wokół której były duże kontrowersje w 2015 i 2016 roku]. Francuscy dziennikarze z Mediapart badali tę sprawę, pisali o tym, że faktycznie to jakieś takie… specjalne centrum. Ale to osobna historia.

 

Dowiedzieli się więc [służby rosyjskie], że czekam na akredytację. Na pewno kontaktowali się z MSZ. Potwierdzili, że jest taki człowiek i właśnie czeka na akredytację. To po pierwsze. A po drugie… jest takie centrum, pewnie z nim współpracujecie, Centrum Razumkowa, które przeprowadza analizy, są też inne centra, w tym socjologiczne, zajmujące się statystyką. Analizujesz ich publikacje, patrzysz, czytasz, a potem przygotowujesz materiały. Odpowiednio we Francji jest Science Po, IFRI, SRI i inne. Wiele instytutów. Organizują ciekawe okrągłe stoły. Zapraszają ciekawych ekspertów, dyplomatów, osoby z dziedziny stosunków międzynarodowych. Przyjeżdżają na wydarzenia publiczne. Byłem tam akredytowany, chodziłem na wiele ciekawych eventów, przygotowywałem relacje etc. W tej odpowiedzi [służby wywiadu na zapytanie śledczych] napisano, że chodziłem na te wydarzenia w IFRI, ale zostałem wykluczony z zamkniętych list. Że Francuzi mnie wykluczyli z jakichś zamkniętych list w tym IFRI. A ja w ogóle nie miałem pojęcia, że tam są jakieś węższe kręgi, do których zapraszają tylko wybranych. Chodziłem tam, było pełno byłych francuskich polityków, obecnych też, socjologowie, chodzili Brytyjczycy. Różne wydarzenia – o energetyce, polityce międzynarodowej i inne. Ale skoro Francuzi mnie wykluczyli, to znaczy, że coś jest nie tak.

 

Potem była prezentacja jednej książki. Jest taki francuski ekspert, politolog Mathieu Boulègue. Przyjeżdżał tutaj, naświetlał historię tego, co dzieje się w Donbasie. Poprosił mnie, żebym poznał go w Kijowie z jakimiś dziennikarzami, którzy tam byli. Powiedziałem, że oczywiście, zadzwoniłem do kolegów. Powiedziałem, żeby ustalili, żeby ekspert mógł przyjechać i żeby razem popracowali. Przyjechał ze swoją znajomą, współpracowniczką i napisali kronikę. Żadnej analityki, tylko te wydarzenia, które się tam zdarzały. Wzięli z Ukrinformu mapę, z tego co pamiętam strefy ATO. Wszystkie te „centymetr w tą, centymetr w tamtą”. Prawdę mówiąc, to pochodziły one z centrum prasowego ATO, ale Ukrinform też je publikował, więc on je wziął z Ukrinformu i zrobił książkę dla ekspertów. Dwieście stron chronologii – to wszystko. Zaprosił mnie. Powiedział, że mu pomagałem i żebym w związku z tym przyszedł na prezentację. Przyszedłem, było tam jakieś dziesięć, piętnaście osób, w jednej z paryskich księgarni. Przyszedłem tam, przywitałem się z nim, podarował mi książkę. Wypiliśmy kieliszek wina. Już prawie się żegnaliśmy, kiedy podchodzi do mnie korespondent Komsomolskiej Prawdy we Francji. Witamy się, zaczynamy rozmawiać. Jak u Pana, dobrze. Jak dziennikarz z dziennikarzem. Dał mi swoją wizytówkę, ja jemu swoją, że jeszcze się zobaczymy. To był już 2015 rok. I poszedłem. I czytam potem, że napisali: „nasz kadrowy pracownik był na prezentacji pewnej książki. Poznał się z nim osobiście, porozmawiał. Ten człowiek sprawił na nim dobre wrażenie, ale to, co pisze, to horror”. Faktycznie, wysłali swojego człowieka w Komsomolskiej Prawdzie, nawet pamiętam go z wyglądu. Taki… rozmawiał, komunikatywny. Trochę starszy ode mnie. Po prostu się zdziwiłem, byłem w szoku, gdy to przeczytałem.

 

Dalej pracuje jako korespondent?

 

Tak, w Komsomolskiej Prawdzie. Nawet znalazłem wizytówkę. Jak można było tak wszystko…

 

Poznał Pan swojego agenta.

 

Napisali to, „on pisze okropnie”. Przyjechali jacyś senatorowie do swoich francuskich odpowiedników na rozmowy. Zamknięte. Zaprosili tylko rosyjskich dziennikarzy i francuskich, a innych nie wpuszczali. Próbowałem się akredytować, ale cóż. Francuzi napisali w Internecie, że odbyło się takie spotkanie. Ja tylko o tym napisałem. Rosjanie przyjeżdżali i prosili Francuzów w sprawie sankcji, żeby wpłynęli na prawodawcę i zmienili. A oni stali przy swoim i powiedzieli, że nie, jest decyzja państwa, więc my nawet o krok nie odstąpimy od sankcji. Będą takie, jakie miały być. Przygotowałem o tym materiał, wysłałem go. Wtedy jeszcze Kosaczew był nie senatorem, a deputowanym Dumy. Teraz, zdaje się, wybrali  go na senatora. Potem był jeszcze jeden materiał, który pisałem. Znaleźli jakiegoś adwokata na południu Francji i wysłali go do Doniecka, na Wschód Ukrainy, przywitali go z pompą. I przez jakieś dwa tygodnie jeździł i szukał, rozglądał się za łamaniem praw człowieka przez Zbrojne Siły Ukrainy i bataliony ochotnicze, żeby skierować sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Taki nienawistny adwokat.

 

Popytałem o tego adwokata w Paryżu wśród adwokatów, czy go znają. „No nie, stowarzyszenie jest olbrzymie, są dziesiątki tysięcy adwokatów”.  A on jest z jakiegoś niewielkiego miasteczka na południu. Poszukałem informacji o nim. Dowoził ich przedstawiciel lepenowskiego Frontu Narodowego, też jakaś ciekawa osoba, chociaż teraz sobie nie przypominam, można by popatrzeć. I on tutaj też na Donbas jeździł – i dwoje adwokatów – ten i pomocnica. Występowała w roli adwokata, a potem okazała się, że była jego kochanką. Zacząłem to badać, potem badać tę pomocnicę i, już nie pamiętam jak, ale wyszło, że są razem. Ona jest marokańskiego pochodzenia, mieszka w tym samym mieście, tam jest zarejestrowana. A ten człowiek naprawdę jest adwokatem i zajmował się czysto karnymi sprawami – zabójcy, gwałciciele – to jego główny profil działalności. A tutaj prawa człowieka. Skąd? Jeśli jesteś obrońcą praw człowieka, znasz się na prawie humanitarnym, orientujesz się w sytuacji praw człowieka, to jedno. A jeśli masz całkiem inną specjalizację – takie, takie, takie prawo – mnie to dziwi. I napisałem o tym odpowiedni materiał. Nie mówiłem, że jest taki czy siaki, po prostu napisałem, ze jego główne sprawy to takie i takie zabójstwo, taki i taki gwałt. Bronił głównie morderców i gwałcicieli. A teraz jedzie bronić praw człowieka na Donbasie. Napisałem taki materiał i dogadałem się z kolegami z Kijowa, że oni będą ze swojej strony patrzeć, co on tam robił, a ja z mojej. Napisałem, powiedzieli, że to wyczerpujący materiał i od razu go opublikujemy – bo też od razu mówili, jeśli materiał był nieadekwatny, niedorzeczny.

 

Za czym Pan w więzieniu najbardziej tęsknił?

 

Brakowało mi kontaktu z rodziną, przede wszystkim z synem. Bo jakoś tak się złożyło, że po pierwsze, nie mógł przyjechać na ostatnie widzenie w Lefortowie, bał się, a potem się odważył, wiedział, że mnie będą etapować. Miał wtedy jedenaście lat. I spodziewaliśmy się, że przyleci. Dwa dni przed przylotem mojej rodziny rozmawiałem z żoną, że przyleci. A potem adwokat potwierdził. I kiedy przyszli na widzenie, to widzę, przychodzi żona, córka, a syna nie ma. Byłem porażony. Pytam: „co?”. A oni mówią, że mieli już bilet, za godzinę trzeba wyjeżdżać, a on mówi, że nie pojedzie, że nie da rady. Nie może widzieć ojca za kratami. Odmówił, nawet się rozpłakał. Żona powiedziała mu, że wszystko w porządku. Napisałem mu później list. Powiedziałem „Maksym, to normalna reakcja, twój organizm chroni twoją psychikę. Posłuchałeś intuicji, tego uczucia. To twoja decyzja, ludzka. Jesteś młody, nie przejmuj się”. Żona mówi, ze gdy przeczytał ten list, to zrobiło mu się lżej, lepiej. Kontaktu z synem brakowało mi tam w kolonii, bo faktycznie przez te jedenaście miesięcy, tylko trzy razy dałem radę z nim porozmawiać. Ciężko tam było coś zaplanować. Jak byłem z izolatce, to tylko dwa razy na miesiąc mogli zaprowadzić mnie do telefonu. Tam telefonu nie ma. Zaprowadzają do specjalnego miejsca. W tych barakach, gdzie są zwyczajni więźniowie, są telefony. Dzwonią do domu – ktoś do Azji Środkowej, inni na terytorium Rosji. A mnie prowadzali w specjalne miejsce w korpusie służby więziennej. Wszystko było zapisywane na dyktafon – i siedział jeszcze jeden z nich, patrzył się przez otwarte drzwi, jak rozmawiam. Wybierałem numer i nie zawsze odbywało się to wtedy, kiedy mogłem porozmawiać z synem – bo szkoła. Z żoną, z córką też nie zawsze, bo pracowała. Najczęściej z żoną i z mamą rozmawiałem. Ale kilka razy zwróciłem się do tego naczelnika oddziału, w którym byłem, żeby przyszedł o lepszej porze, żebym mógł z synem porozmawiać. Pisałem wniosek do kierownictwa, żeby mnie przyprowadzali w tej i tej porze. Nie zawsze dawało radę, ale kilka razy, zaraz po szkole udało się porozmawiać jakieś piętnaście minut. Ale tego mi brakowało.

 

Brakowało mi informacji o Ukrainie. Brakowało ukraińskich książek. O ile w Lefortowie miałem szczęście poczytać Frankę – kilka ciekawych rzeczy, których nie ma w programie szkolnym; w szkole są bardziej klasyczne teksty. Na przykład powieść o bliźniakach. Jest też przełożona na polski. Lelum i Polelum. Ciekawa bardzo, o braciach bliźniakach. Potem jego korespondencję z polskimi kolegami po piórze, pisarzami. Wszystko to, co się teraz dzieje, on opisywał ponad sto lat temu. Chociażby spory z rosyjskimi nacjonalistami. Można zaobserwować ciekawe paralele. W kolonii nie było żadnych ukraińskich autorów. Faktycznie była klasyka XIX wieku, czytałem francuską. Pełno rosyjskiej klasyki, Dostojewski jest tam bardzo popularny, ale moje ręce tam nie dotarły. Brakowało książek, informacji o Ukrainie i kontaktu z rodziną. To było najtrudniejsze.

 

Pamięta Pan ten moment, kiedy dowiedział się, że będzie uwolniony? Jak to było, kiedy to się stało? 

 

To było znienacka. Piętnastego sierpnia kazali nam się zbierać. No, nie nam – mnie. Otworzyły się drzwi i kazali zbierać się z rzeczami. A wcześniej przez dwa tygodnie rzucali mnie po wszystkich celach. Trzy dni pomieszkałem w jednej, to mnie przenieśli do innej. Mówili, że tam będzie remont. W ciągu dwóch tygodni zmieniłem trzy razy celę. Jak tylko umyłem, wyczyściłem, to nowa cela. Jak znowu zacząłem myć nową cele, to oni, że nie, z rzeczami [wychodzić]. Pomyślałem, że może już mnie wysyłają do reszty obozu. „Nie, dwadzieścia kilogramów limit”. Zrozumiałem, że to etap, a jak samolotem, to na pewno chodzi o wymianę. Potem miałem dwa spotkania z funkcjonariuszami, którzy powiedzieli, że to nieoficjalne, ale wiozą mnie do Moskwy. Zapytałem, czy to sprawa wymiany, powiedzieli, że niczego nie wiedzą, nic nie mogą powiedzieć. Tak było, takie decyzje – ale samolot. Gdyby mieli mnie przewozić do innego obozu, to to by było wykluczone – na pewno pojechałbym pociągiem stołypinowskim. Jaki sens ponosić koszty, bo to nie tylko ja, ale też trzej konwojenci, więc na czterech. 15-16 sierpnia dowiedziałem się, że mnie etapują do Moskwy. A co dalej, to nie wiedziałem, bo tam jeszcze posiedziałem trzy tygodnie. Nie wiadomo – będzie wymiana, czy nie będzie. I dosłownie dobę przed tym, jak nas zwolnili tego 6 września przyszedł konsul. W oczach uśmiech. Oczy mu się świeciły takimi iskierkami, promieniami, nawet miał łzy w oczach. Taki bardzo profesjonalny był. Wcześniej pracował w Niemczech, a teraz w Rosji. I przyniósł nam poświadczenie o powrocie do Ukrainy. Powiedział, żebyśmy podpisali i spodziewali się, że wszystko będzie dobrze. Podpisałem. Był tam jeden oficer służby więziennej. Zapytałem go, kiedy. Powiedział, że możliwe, że gdzieś jeszcze półtora tygodnia, że trwają trudne rozmowy, że jeszcze nic w ogóle nie jest ustalone. Przynosili mi tam papiery do podpisania – przeciwko spotkaniu z adwokatem, przeciwko spotkaniu z członkami komisji obserwacyjnej. Powiedziałem, że niczego podpisywać nie będę. I już potem, gdy podpisałem to poświadczenie, że widziałem, że mnie wydali. Ale jak się później okazało, wydali mnie dopiero na pasie startowym. A następnego dnia, a właściwie to rano, o czwartej nad ranem otworzyły się drzwi i kazali mi się zbierać z rzeczami. Zrozumiałem, że wszystko już gotowe. Szybko się zebrałem, byłem już wcześniej przygotowany, czekałem na ten moment. I jeszcze cztery godziny musiałem siedzieć, przez te wszystkie momenty organizacyjne. Nie byłem sam. Byli marynarze, i jeszcze dziesięciu uwięzionych, razem ze mną. Edema Bekirova trzymali w celi, bo nie był zasłużony. Więc: dziesięciu zasłużonych, dwudziestu czterech marynarzy i Edem Bekirov. Jego przywieźli z Krymu, dwa tygodnie trzymali w kwaterach FSB, jak opowiadał. Też go szykowali do wymiany. O czwartej się dowiedziałem, a o dziesiątej wsadzili nas do autobusu i na dwunastą pojechaliśmy na Wnukowo. Kolumną, w eskorcie, wkoło policja. Przypadał wtedy Dzień Moskwy, wszystkie ulice były zamknięte. Wieźli nas przez centrum Moskwy. Krótsza droga prowadziła przez obwodnicę. Wieźli nas przez centrum Moskwy, wzdłuż Kremla, pod mostem, gdzie zastrzelili Borysa Niemcowa, pod soborem Chrystusa Zbawiciela i na Wnukowo. Taka pokazówka: „zapamiętajcie na całe życie, którędy przejechaliście. Symbole naszej wielkości. I lećcie do domu”. Tak było.

 

Rozmawiał Pan w autobusie z innymi więźniami?

 

Tak, do autobusu zaprowadzili mnie jako czwartego. Byli tam już Mykoła Karpiuk, Oleg Sencow i Artur Panow. Potem przyprowadzili Kolczenkę, potem Pawła Hryba, potem resztę, a potem zaczęli przyprowadzać marynarzy. Przyszedł też Staś Kłych. On był najbardziej poszkodowany. Miał duże problemy psychologiczne i psychiczne. Zaczęliśmy rozmawiać. Wcześniej nasze drogi się nie skrzyżowały. Cześć, cześć. Znajome twarze. Zaczęliśmy rozmawiać. Obok każdego siedział funkcjonariusz FSB, cały na czarno, tylko oczy było widać. Wszyscy tak samo wyekwipowaniu. Z bronią, z kajdankami, jakimiś puszkami, z pałkami. To w autobusie. Koło okna więzień polityczny, a obok niego funkcjonariusz FSB. I zaczęliśmy rozmawiać. Nikt nie zabraniał. Zgadaliśmy się kto, jak, kto kiedy przyjechał. Sencow powiedział, że jego przywieźli w ogóle 29 czy 28 sierpnia. Wszystkie te rozmowy trwały. Wszystkich nas zwieźli 15, 16, 17, wszystkich samolotami, bo z różnych kolonii, a Sencowa przywieźli ostatniego 28 sierpnia. Najwyraźniej negocjacje były ciężkie i trwały do końca.

 

A jak teraz zapatruje się Pan na sytuację na Ukrainie? Jaka jest pana ocena tych wydarzeń? Teraz może Pan spojrzeć na to, co działo się przez te lata, widzi Pan ten ogrom zmian. Informacyjnie pewnie to duże obciążenie. W tym czasie trwają też wielkie zmiany polityczne na Ukrainie. Jest to bardzo ważny moment dla Ukrainy. 

 

Rzeczywiście, przez te trzy lata Ukraina się mocno zmieniła. Nawet w wymiarze cywilizacyjnym. Pojawiło się dużo ciekawych opcji cyfrowych. Na przykład można zapisać się przez Internet do lekarza rodzinnego. Usługi taksówkarskie. Mówią, że niedługo będzie można prawo jazdy pokazywać na telefonie. Dużo opcji, o których wcześniej tylko ktoś marzył. Teraz są już codziennością. Kijów się bardzo zmienił, ale też inne miasta, gdzie zwykłem bywać. Ludzie jakoś inaczej się odnoszą jeden do drugiego. W oczach da się zauważyć jakaś panika, trwoga, jakaś niepewność co do przyszłości. Po pierwsze to zmiana władzy, po drugie istnieje zagrożenie, ludzie boją się o swoją przyszłość, o przyszłość swoich dzieci i to się czuje. Muzyczny kontent zmienił się na lepsze. Jeździłem komunikacją, to dużo ukraińskiej muzyki.

 

Prawo o kwotach.

 

Tak. Więcej jest ciekawych książek ukraińskich. Pisali jeszcze do mnie listy nasi obywatele, ktoś, kto nieobojętnie się wypowiadał o SZE.fest na Czerkaszczynie. Co roku organizowany jest Festiwal Szewczenkowski. Napisali mi tam wiele porad książkowych. Nawet nie słyszałem o tych autorach. Obowiązkowo chcę przeczytać. Ale co zawstydza, co boli, to że nasi politycy odcinają się od naszej cnoty – tolerancji. Ukraińcy prawie przez całą swoją historię byli bardzo tolerancyjni. Nawet ich kiedyś porównywali klasycy ukraińskiej literatury z wołami, które pracują milcząco, zajmują się swoimi sprawami i nie bardzo zważają na niektóre rzeczy. Tej tolerancji u polityków w ogóle się nie wyczuwa. Odbyła się zmiana. Jest dużo krytyki. Odnowiłem swoje konta w sieciach społecznościowych. I czytam, słucham bardzo dużo krytyki – i pod adresem poprzedniej władzy, i obecnej. Obserwuję to i, jako dziennikarz, zwracam uwagę na niektóre rzeczy. Są też problemy z komunikacją. Dyskusja taka między kolegami. Nie mówię już nawet o tych wszystkich rzeczach, którymi zajmujemy się zawodowo. Kilka lat walki z fejkami. Faktycznie rozumiemy naturę tej dezinformacji, jak odbywa się manipulacja, ale do tej pory, niestety, nikt niczego nie wymyślił, jakiejś kontry. Nie ma strategii przeciwstawienia się temu. Nie ma wyważonej polityki państwowej. Miałem kilka spotkań z tymi ludźmi, którzy dotychczas kierowali tymi procesami. Spodziewam się kolejnych, może nawet jutro, z tymi, którzy też martwią się tą sprawą. Ale dotychczas nie odczuwa się żadnej systemowej pracy w tym kontekście. Mówiąc o tym, co robi rząd, o reformach, to ten czas, który tu przebywam,  był dużo za krótki, żeby dobrze zapoznać się z tematem i mówić o tym w fachowy sposób. Nie zdążyłem jeszcze tak dużo przeczytać, pooglądać, posłuchać. A patrząc na emocje w sieciach społecznościowych, zdaje mi się, że to nie jest poprawne.

 

Czy myśli Pan, że ta wymiana, to był element politycznej gry, czy faktycznie etap zmiany stosunków między Rosją i Ukrainą? Też to, co ma być kontynuacją formuły Steinmaiera, wyprowadzenie wojsk, czy to wszystko jest ze sobą logicznie powiązane i wiedzie w dobrą stronę? Tak jak Pan mówił, pana działalność dziennikarska jest też powiązana chociażby z formatem normandzkim, na który wszyscy czekamy. Czy to idzie w dobrym kierunku, czy myśli pan, że to jednak tylko gra, a rezultat jest nieznany?

 

Bardzo ciężko powiedzieć dokładnie. O ile dysponuję tylko ograniczoną informacją, tą, która znajduje się w publicznym dostępie, to są dyplomaci, którzy pracują nad każdym krokiem – i nad formułą Steinmeiera, i nad wyprowadzeniem wojsk, i nad w ogóle polityką zagraniczną Ukrainy. Znam dobrze ministra spraw zagranicznych Wadyma Prystajkę. Jeszcze z czasów, gdy zajmował się integracją euro-atlantycką. Współpracowaliśmy przy kilku projektach. Jeszcze przed jego wyznaczeniem na ambasadora w Kanadzie. Potem zajmował się też formatem normandzkim. Spotykaliśmy się kilka razy w Paryżu. Komentował przebieg tych wszystkich wydarzeń. To nadzwyczaj doświadczony człowiek – na swoim miejscu. Rozumiem, że są pewne polityczne momenty, ale bez tego się nie da – polityka jest polityką. Mam na myśli, że ukraińscy dyplomaci, tak jak i władza, wydaje mi się, nie odpuszczają swojego zainteresowania. Co do kompromisów, chociażby w wymianie humanitarnej, wydaje mi się, że są one możliwe i potrzebne. Tu chodzi o dolę konkretnych ludzi i ich rodziny. Przyjmuję z radością, że udało się, że prezydent Zełeński znalazł potrzebne słowa, argumenty i przekonał rosyjskiego lidera, części Rosjan, o celowości spotkania i uczynienia aktu humanizmu, zwalniając 35 obywateli Ukrainy. Ale historia pokazuje przez te pięć lat, a bywało tak i wcześniej, że lider części Rosjan faktycznie zatwierdził strategię stworzenia nowego imperium i wydaje mi się, że na krok nie odpuszcza. Rozumie jasno jakie stoją przed nim cele, jakie ma instrumenty, jaki jest wybór instrumentów i korzysta z nich umiejętnie, subtelnie i podstępnie. Nie powiem nawet, ze pragmatycznie, a tak… cynicznie, delikatnie mówiąc. Chwała Bogu, że wciąż starcza hamulców, żeby nie rozpocząć wojny totalnej, ale nie wykluczam, że może do tego dojść. Z tej strony toczy się gra. Wielka gra. Nad tą grą pracują wielkie instytucje. Nie jakieś tam instytuty naukowo-badawcze, ale instytucje sił zbrojnych, służb specjalnych, ale też te instytuty naukowo badawcze, które badają różne narody, kontynenty, mentalności etc. Tam stworzony jest cały mechanizm. Cały system pracuje po to, żeby osiągnąć konkretny cel. Odnowienia w granicach strefy wpływu. Dowodzą tego na wszystkich szczeblach. Kogoś przekupują, kogoś zastraszają, kogoś przekonują. I jest to totalne. Ciężko walczyć z tym na Ukrainie. I dlatego zrozumiałe są te wszystkie niepewne ruchy, oświadczenia nowej władzy. Brakuje doświadczenia, brakuje ekspertów. Na przykład wyznaczonych fachowców we władzy wykonawczej, w parlamencie – władzy ustawodawczej. Staje się bardzo niebezpiecznie mówić o przyszłości, bo ci ludzie nie są fachowo przygotowani. Dziwisz się, czemu się to dzieje. Nie mówię o jakichś technokratach, ale o fachowcach, którzy mogliby zrobić więcej na swoich stanowiskach. Rozumiem, że młody prezydent stawia na młody zespół, ale jak walczyć z takim systemem młodością. To jest za mało. Potrzebny jest intelekt, doświadczenie, przynajmniej jakaś instytucja doradców, którzy dużo wiedzą, potrafią i może doradzaliby tej młodej ekipie. Ale tego nie zauważamy. I to jest po prostu niebezpieczne. Są realistyczne oczekiwania wobec partnerów zachodnich, w tym wobec Polski, jednego z liderów wśród naszych partnerów, który podaje rękę, nie zważając na pewne kwestie w stosunkach dwustronnych. Ale wydaje mi się, że przez te ostatnie pięć lat Polska i kraje bałtyckie były po stronie Ukrainy, popierały i popierają narodowe interesy Ukrainy.

 

Ale to nie Polska i kraje bałtyckie podejmują najważniejsze decyzje, tylko Francja, jaką pan dobrze zna, Niemcy, a teraz też Stany Zjednoczone.

 

To też złożona kwestia. Francja w czasach Hollande’a wszechstronnie wspierała swoje interesy. Odkąd do władzy doszedł Emmanuel Macron, do którego zresztą pisałem listy otwarte, żeby dołączył się do rozwiązania mojej sprawy, widzę pewne nie bardzo zrozumiałe sygnały. Mam na myśli format normandzki, spotkanie liderów Francji i części Rosjan. Rozumiem, że są tam pewnie jakieś rozmowy zakulisowe, nie mówię o ustaleniach, ale wydaje mi się, że jest jeszcze za wcześnie, by wyciągać konkretne wnioski. Trzeba popatrzeć, posłuchać. Formuła Steinmeiera jest rozumiana i interpretowana różnie przez poszczególne stolice. To po pierwsze. Po drugie nie ma pod nią podpisów, nie ma jakiegoś ogólnego tłumaczenia, rozumienia. Spekuluje się, wiadomo skąd wieje wiatr, wiadomo, że jest piąta kolumna, wśród polityków i nie tylko polityków wracają rewanżyści. My to odczuwamy. Nawet moich kolegów dziennikarzy dotykają pogróżki. Jutro będzie na ten temat dyskusja w parlamencie. Niemcy też są zainteresowane pewnymi profitami z odnowienia współpracy. Ale wydaje mi się, że Unia Europejska w założeniu pozostaje jedyną, która może zachować sankcje. Sankcje działają. Nawet rosyjskie media piszą, że przez te pięć lat wymiana handlowa spadła o jedną piątą. Jak by nie było, działają. Nie ma znaczenia propaganda, pełno projektów – bez technologii nic z tego nie pracuje. Są straty ekonomiczne. Tam wszystko kipi. Czytałem kilka artykułów rosyjskich socjologów, którzy określają stan społeczeństwa jako „radykalny pesymizm”. Ludność Federacji Rosyjskiej trwa w takim stanie. Kto wie, do czego to doprowadzi. Jest tam machina opresji, psychologia opresji, psychiatria opresji. Pracowali nad tym sto lat. Wiedzą, jak pracować dalej. Są pewne oczekiwania, ale są też niebezpieczne rzeczy, które zmuszają do myślenia i działania.

 

To ostatnie pytanie. Kiedy pojedzie pan do Moskwy?

 

[śmieje się]. Nigdy.

 

Nawet, jak już nie będzie Putina?

 

Nawet, jak go nie będzie.

 

Dziękujemy.

Krople, które ruszyły skałę – relacja z konferencji Romana Suszczenki

Roman Suszczenko, ukraiński dziennikarz, który trzy lata spędził w rosyjskim więzieniu, przyjechał do Polski, aby podziękować za wsparcie jakie otrzymał od Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Konferencja prasowa z udziałem Suszczenki, jego żony i córki oraz ambasadora Ukrainy w Polsce Andrija Deszczyci odbyła się we wtorek, 26 listopada w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie.

 

– Zacznę takim religijnym zawołaniem: „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Gościmy Romana Suszczenkę, który trzy lata przesiedział w rosyjskim więzieniu – rozpoczął spotkanie Krzysztof Skowroński, prezes SDP.

 

Przypomniał, że od momentu aresztowania ukraińskiego dziennikarza zarówno Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jak i Zarząd Główny Stowarzyszenia podejmowali szereg apeli o jego uwolnienie.

 

Za te działania podziękował najpierw ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczycia. Przypomniał, że w Rosji nadal przetrzymywani są ukraińscy więźniowe polityczny, a jego kraj wciąż potrzebuje wsparcia do czasu aż zostanie przywrócona integralność Ukrainy. – Każdy głos, każde wystąpienie ma sens – podkreślił Deszczycia. – Nasze dzisiejsze spotkanie pokazuje, że kropla drąży skałę, apeluję, aby tych kropli było więcej.

 

Roman Suszczenko opowiedział o swojej pracy, aresztowaniu i pobycie w więzieniu.

 

Przez sześć lat był korespondentem agencji  Ukrinform w Paryżu. Zajmował się m.in. sprawami ukraińskimi na arenie międzynarodowej, podejmował też tematykę wsparcia przez Rosję niektórych kręgów politycznych we Francji. Po aneksji Krymu, pisał również o Ukraińcach przetrzymywanych w rosyjskich więzieniach. Jego zdaniem ta praca nie spodobała się Rosji. – W 2016 r. pojechałem do Moskwy w sprawach rodzinnych, to była nieprzemyślana decyzja – opowiadał Suszczenko.

 

30 września 2016 r. został zatrzymany przez rosyjskie służby i oskarżony o szpiegostwo. Podstawą oskarżenia była płyta z jakimiś materiałami wojskowymi podrzucona przez jego kolegę. –  Nie wiem dlaczego to zrobił, może ktoś wywierał na niego presję – mówił Szuszczenko.

 

Rosyjski sąd skazał dziennikarza na 12 lat pozbawienia wolności. W październiku zaczął odbywać karę w kolonii karnej położonym tysiąc kilometrów na północny wschód od Moskwy.  – Przebywali tam skazani za najcięższe przestępstwa, zabójstwa, gwałty, handel narkotykami – opowiadał Suszczenko. – Było koszmarnie, mróz minus 20 – 30 stopni, w celi najwyżej 13 stopni, ciasne pomieszczenie 2,5 na 4 metry, łóżka mocowane do ściany, złe warunki sanitarne.

 

W takim miejscu dziennikarz przebywał dwa miesiące. Sytuacja zmieniła się dopiero po wizycie ukraińskiego konsula, który zagroził, że nagłośni na forum międzynarodowym sprawę warunków w jakich przebywa Suszczenko. Kolejne miesiące dziennikarz spędził już w miejscu o wyższym standardzie.

 

W sierpniu 2019 r. Suszczenko został przetransportowany do aresztu w Moskwie. 7 września rano,  razem z  10 innymi więźniami politycznymi i 24 ukraińskimi marynarzami, został w eskortowanej kolumnie przewieziony na lotnisko.

 

Wszyscy zostali uwolnieni w ramach wymiany więźniów między Ukrainą a Rosją.

 

Jeszcze będąc w więzieniu, dzięki informacjom od córki i kolegi, które przekazywali mu konsul oraz adwokat, Suszczenko wiedział o wsparciu jakie otrzymywał od innych osób, także z Polski. – Jednak dopiero po powrocie na Ukrainę dowiedziałem się jak było ono duże. Dlatego pojawił się pomysł, aby odwiedzić Polskę – tłumaczył dziennikarz.

 

Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i wiceprezes SDP, opowiadała, że protest w sprawie uwięzienia Suszczenki, był jedną z pierwszych spraw, którymi zajęła się zaraz po objęciu stanowiska szefowej Centrum. – Pojawiły się wówczas głosy: nie mieszaj się do tego, to nie nasza sprawa – mówiła. – Dziś mam wielką radość i satysfakcję widzieć pana w dobrym zdrowiu i dobrej kondycji, po tym co pan przeszedł.

 

Dyrektor Hajdasz dodała, że CMWP SDP nie będzie takich spraw zostawiało bez wsparcia. – Bez wsparcia środowiska, które murem stoi za jednym z nas – dodała.

 

Konferencji towarzyszyła wystawa prac Romana Suszczenki, które stworzył podczas pobytu w więzieniu. Wykonane przy użyciu prostych środków, zachwycają rozmachem, dbałością o szczegół, pięknem. – Od dziecka malowałem, a w więzieniu trzeba było czymś się zająć, aby odgonić czarne myśli. Rysunek mnie odstresowywał – tłumaczył Roman Suszczenko.

 

W więzieniu powstało ok. 30 prac. Teraz dziennikarz planuje zorganizować dwie aukcje, z których środki przeznaczone zostaną na przedszkole dla dzieci więźniów politycznych Tatarów Krymskich oraz na pomoc dla rodzin ukraińskich więźniów politycznych przetrzymywanych w Rosji.

 

jka

 

 

 

Zapis audio konferencji

 

Wywiad z Romanem Suszczeko

 

 

 

яндекс

Rusza konkurs o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską im. Tadeusza Mazowieckiego

Do 20 stycznia 2020 roku można zgłaszać prace do konkursu o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską im. Tadeusza Mazowieckiego. Pula nagród wynosi 25 000 euro.

 

Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska przyznawana jest za najlepsze materiały dziennikarskie opublikowane w 2019 r, które otwarcie i rzetelnie informują o kraju sąsiada, przybliżają  życie codzienne oraz problemy społeczne Polaków i Niemców.  Prace nadsyłane na konkurs powinny przyczyniać się do poszerzania wiedzy Polaków i Niemców o sobie nawzajem, a także pomagać zrozumieć politykę, zjawiska gospodarcze, osiągnięcia nauki i kultury obu państw.

 

Tematy prac mogą dotyczyć wszystkich aspektów relacji polsko-niemieckich, a także wspólnej historii, zarówno tej dawnej jak i najnowszej. Dla fundatorów nagrody ważne jest, aby poprzez poruszanie takich zagadnień wspierać integrację obu narodów w Unii Europejskiej.

 

Nagroda przyznana zostanie w pięciu kategoriach: Prasa, Radio, Telewizja, Multimedia oraz „Dziennikarstwo na Pograniczu”. Laureat każdej z nich otrzyma 5 000 euro.

 

Dziennikarki, dziennikarze, redakcje, wydawnictwa i nadawcy mogą zgłaszać dowolną liczbę prac.

 

Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi podczas Polsko-Niemieckich Dni Mediów, które odbędą się w dniach 4 – 5 czerwca 2020 r. na Europejskim Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą.

 

Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska przyznawana jest od 1997 roku. W 2008 roku po raz pierwszy została ona wręczona podczas Polsko-Niemieckich Dni Mediów. Fundatorami są Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, ZEIT-Stiftung Ebelin und Gerd Bucerius, a także trzy polskie województwa: zachodniopomorskie, lubuskie i dolnośląskie oraz trzy niemieckie kraje związkowe: Meklemburgia-Pomorze Przednie, Brandenburgia i Wolne Państwo Saksonia. W latach 2007 – 2019 nagrodę wspierała także Fundacja Roberta Boscha.

 

W grudniu 2013 roku Nagroda Dziennikarska, decyzją fundatorów, zyskała imię Tadeusza Mazowieckiego. Wyrazili oni w ten sposób swoje uznanie dla działalności dziennikarskiej pierwszego demokratycznego premiera Polski po 1989 roku oraz działacza na rzecz praw obywatelskich.

 

Rok później po raz pierwszy przyznano  Nagrodę w kategorii „Dziennikarstwo na Pograniczu”, która honoruje materiały przygotowane przez dziennikarzy z sześciu regionów partnerskich dokumentujące integrację, przemiany i nowe problemy codzienności na pograniczu.

 

W 2018 roku, w odpowiedzi na zmieniający się krajobraz medialny, do konkursu dołączyła kategoria Multimedia.  Przyznawana jest jako wyróżnienie dla prac dziennikarskich, które powstały przy istotnym wykorzystaniu możliwości jakie daje w mediach internet, technologie cyfrowe oraz środowisko różnorodnych aplikacji. W przypadku prac zgłaszanych do tej kategorii równie ważne jak warsztat dziennikarski i dobrze opowiedziana historia jest też innowacyjne opracowanie materiału pod względem technologicznym.

 

Warunki konkursu oraz więcej informacji o Nagrodzie: http://dnimediow.org/nagroda-dziennikarska-tadeusza-mazowieckiego.html.

 

Na zdjęciu Natalie Steger oraz Milena Drzewiecka, laureatki Nagrody 2019 w kategorii Telewizja.

Fot. Hans Scherhaufer.

(tekst promocyjny)

 

To nie jest korpo – ks. MARIUSZ FRUKACZ o błędach dziennikarzy piszących o Kościele

Pisać o Kościele nie jest łatwo. Podobnie jak trudno jest pokazać w sposób zrozumiały i atrakcyjny jakiekolwiek dobro, które dzieje się wokół nas.

 

W sierpniu 1976 r. kard. Karol Wojtyła, odwiedzając Stany Zjednoczone, wypowiedział ważkie słowa: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego ani najszersze kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a anty-Kościołem, Ewangelią a jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrzności. To czas próby, w który musi wejść cały Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią kulturę i cywilizację chrześcijańską ze wszystkimi jej konsekwencjami: ludzką godnością, prawami osoby, prawami społeczeństw i narodów”. Wydaje się, że ta diagnoza znajduje swoje odzwierciedlenie także w przekazie medialnym na temat Kościoła.

 

Zrozumienie i szacunek

 

Pisać o Kościele nie jest łatwo. Podobnie jak trudno jest pokazać w sposób zrozumiały i atrakcyjny jakiekolwiek dobro, które dzieje się wokół nas. Oczywiście dobra komunikacja pomaga nam być bliżej siebie oraz lepiej poznawać siebie nawzajem. Niestety w przestrzeni życia społecznego w Polsce zauważamy dzielące nas mury, brak wzajemnego zaufania. Takie mury można pokonać tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi, by słuchać siebie nawzajem i uczyć się jedni od drugich. Myślę, że w opisie Kościoła potrzebne są jakieś formy dialogu pozwalające na zrozumienie i szacunek. Wydaje się, że trzeba rozwijać kulturę spotkania, o której tak dużo mówi papież Franciszek. Potrzebne zawsze jest spotkanie, dialog ludzi mediów i Kościoła. Oczywiście, jak zauważył papież Franciszek w jednym ze swoich Orędzi na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, „różnorodność wyrażanych opinii może być postrzegana jako bogactwo, ale możliwe jest także zamknięcie się w pewnej sferze informacji, które odpowiadają jedynie naszym oczekiwaniom i naszym ideom, albo określonym interesom politycznym i gospodarczym. Środowisko komunikacyjne może nam pomóc w rozwoju, lub przeciwnie prowadzić do dezorientacji”.

 

Uczyć się Kościoła

 

Wiemy dobrze, że podstawowym prawem wszelkiego rodzaju przekazu jest szczerość, prawość i prawda. Można zatem pytać, czy właśnie te trzy wymiary przekazu są respektowane w informowaniu i pisaniu o Kościele. Warto przypomnieć również za dokumentem Kościoła zatytułowanym „Communio et progressio”, gdzie znajdujemy takie słowa: „Zasługa i wartość moralna jakiegoś przekazu nie zależy od samego tylko tematu czy od doktryny, jaką temat ten zakłada, ale także od rodzaju przekazu, od sposobu przedstawienia, mówienia i przekazywania, dalej, od okoliczności towarzyszących i wreszcie, od odbiorców, do których dany rodzaj przekazu jest skierowany”.

 

Kościół pokazywany jako instytucja usługowa

 

Tymczasem w przekazie o Kościele pojawia się jakieś dziwne przekonanie, że Kościół powinien być instytucją usługową, jakimś rodzajem supermarketu. Moim zdaniem zasadniczy błąd w przekazie o Kościele pojawia się wtedy, kiedy patrzymy na jego  rzeczywistość jako jedynie na instytucję czy korporację. Wówczas w przekazie medialnym bardzo często prowadzi to do myślenia  o relacji człowieka z Bogiem w kategoriach szef i podwładny, a nie więzi osobowej Ojciec i dziecko, Ojciec, syn i córka, usynowionych i zbawionych w Ciele i Krwi Jezusa Chrystusa.

 

Nieprzychylna atmosfera

 

Jednym z poważnych problemów z jakim dzisiaj mamy do czynienia jest nieprzychylna atmosfera wokół Kościoła, prezentowana w ostatnich latach przez część mediów. To, co bardzo boli mnie jako kapłana–dziennikarza to patrzenie na Kościół „poprzez okulary sensacji”. Ostatnio mamy do czynienia z formą ośmieszania osób życia konsekrowanego, ośmieszania konsekracji osób ślubujących czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Budowanie nieprzychylnej atmosfery wokół Kościoła w mediach nie służy rzetelnej informacji.

 

W opisie Kościoła w mediach świeckich bardzo często jest on pokazywany jako tylko i wyłącznie instytucja. Wydaje się, że przekaz medialny tworzy obraz, że Kościół dla tego świata byłby wygodny jako relikt przeszłości, także w Polsce, a  Ewangelia spychana jest na bok w imię demokracji. W opisie Kościoła pojawiają się bardzo często jednostronne interpretacje, które rodzą emocje i utrudniają dialog. Również smutne jest to, że w mediach prasowych, radiowych, telewizyjnych czy internetowych prawda zaczęła odgrywać wtórną rolę, a liczy się sensacja, duch oszczerstwa i niszczenia sakramentu kapłaństwa, a przez to i Kościoła.

 

W prasie pojawia się coraz więcej tekstów, które mają na celu stworzyć wrażenie, jakoby Kościół i sam Watykan nie działał w sposób uporządkowany, zgodny z obowiązującymi wszystkich normami, ale w sposób gorszący, wskazujący na tzw. drugi obieg, a może i korupcję czy przekręty. Tak było na przykład w pokazywaniu tzw. afery Vatileaks. Moim zdaniem ukazywanie Kościoła wyłącznie od strony negatywnej jest po pierwsze nieobiektywne, a po drugie nie służy społeczeństwu.

 

Stygmatyzowanie ludzi Kościoła

 

Moim zdaniem bardzo niepokojące, niebezpieczne i będące efektem manipulacji  jest obserwowane w mediach dzielenie społeczeństwa i stygmatyzowanie ludzi, także ludzi Kościoła wedle określonych kategorii, tych rzekomo nowoczesnych i rozumiejących świat oraz tych „zacofanych”, nic nie rozumiejących. Jest też próba pokazania Kościoła jako instytucji wrogiej demokracji, a tym samej wrogiej ludziom chcących zmian. Wydaje się, że jednym z poważnych grzechów ludzi mediów jest próba rozdzielenia społeczeństwa, narodu od Kościoła.

 

Wciąż obecny jest też w mediach przekaz pokazujący jakby dwa oblicza Kościoła: zamknięty i otwarty. Słyszy się nawet głosy o śmierci Kościoła otwartego. Tymczasem Kościół jest jeden. „Kościół jest zawsze sobą. Był, jest i będzie instytucją, której głową jest Chrystus i która ma swoje Boskie ustanowienie. Jest ono zanurzone w Objawieniu, w Piśmie Świętym, w nauczaniu soborów, w nauczaniu powszechnym. Kościół żyje i wśród ludzi spełnia swoją misję” – napisał w jednym z felietonów ks. inf. Ireneusz Skubiś.

 

Błędem jest więc patrzenie na rzeczywistość Kościoła jedynie poprzez „okulary socjologii”, czy też politologii, albo przez „okulary bieżącej polityki określonego wydawcy”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz „Niedzieli”

 

Wielka Nagroda im. Witolda Hulewicza dla Krzysztofa Skowrońskiego

Grand Prix XXIV Edycji Nagród im. Witolda Hulewicza przyznano Krzysztofowi Skowrońskiemu, twórcy Radia WNET i „Kuriera WNET”, prezesowi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Gala rozdania nagród odbyła się w czwartek, 21 listopada w warszawskim Domu Literatury. Krzysztofa Skowrońskiego wyróżniono „za wysoką rangę dziennikarstwa oraz działalność społeczną i organizacyjną na wielu polach”.

 

Nagroda imienia Witolda Hulewicza jest przyznawana przez Stowarzyszenie, które powstało, aby utrwalać pamięć Witolda Hulewicza (1895-1941), pisarza, poety, tłumacza, organizatora życia kulturalnego, wydawcy, współtwórcy Polskiego Radia, redaktora pierwszego podziemnego pisma w latach okupacji hitlerowskiej „Polska Żyje”.

 

Wielką Nagrodę Honorową im. Witolda Hulewicza przyznano pośmiertnie mjr. Henrykowi Sucharskiemu, dowódcy Westerplatte, dwukrotnemu Kawalerowi Virtuti Militari za niezłomną służbę Polsce.

 

Nagrody im. Witolda Hulewicza związane z obroną dobrego imienia Komendanta i Żołnierzy Westerplatte otrzymali: Bronisław Błach, Natalia Błaszków, Karol Klukowski, Marek Mosio, Zbigniew Pancer, Helena Szatkowska i Marek Tomaszewski.

 

 

Laureaci Nagród im. Witolda Hulewicza za rok 2019

 

Aleksander Czajkowski-Ładysz i prof. Maria Pomianowska – za promocję Stanisława Moniuszki w Polsce i na świecie w 200. rocznicę urodzin twórcy Polskiej Opery Narodowej.

Marta Berowska – za całokształt twórczości poetyckiej i opracowanie baśni i legend polskich.

Aleksandra i Bogdan Biniszewscy – założyciele Muzeum Lwowa i Kresów w Kuklówce na Mazowszu.

Beata Ciarska – nauczycielka, za codzienną promocję sztuki i krzewienie kultury plastycznej w Józefowie.

Bożena Gąsienica – dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Zakopanem za twórcze rozwijanie tradycji kulturalnych i edukacyjnych.

Zdzisław Ilski – profesor Politechniki Wrocławskiej, historyk ruchu ludowego, za prace o Jakubie Bojce, w szczególności za nurt patriotyczny w jego działalności politycznej.

Krzysztof Andrzej Jeżewski – poeta, tłumacz, norwidolog z Paryża, za promocję polskiej literatury we Francji.

Maria Konwicka – za książkę wspomnieniową o ojcu „Byli sobie raz”, wydaną przez ZNAK.

Paweł Komorowski – za fundamentalne albumy poświęcone dziejom polskiej szabli.

Danuta Kot – za wielkie serce i opiekę nad czworonogami.

Krzysztof Masłoń – pisarz, publicysta, za wybitne osiągnięcia w dziedzinie krytyki literackiej.

Maciej Miąsko – za wielką wiedzę dotyczącą zwierzęcia, które od początku świata towarzyszy człowiekowi.

Tadeusz Mocarski – za całokształt twórczości poetyckiej i wierność rodzinnej ziemi.

Monika Piotrowska – za odkrycie Heleny Hulewiczowej, matki Witolda, jako jednej z pierwszych polskich artystek fotografii oraz dzienników Tadeusza Cypriana z Wielkiej Wojny.

Mirosław Prandota – za reportaże „Przepustka do raju” – książkę o Szwecji widzianej oczami Polaka.

Krystyna Stasiewicz – profesor związana ze środowiskiem naukowym Warmii i Mazur, specjalistka od literatury staropolskiej, za popularyzację wiedzy o życiu i twórczości Księcia Poetów Biskupa Ignacego Krasickiego.

Bożena Stawikowska – malarka, za całokształt twórczości i utrwalanie na obrazach oraz kształtowanie w naturze piękna ogrodów Józefowa.

Magdalena Stopa – historyk sztuki, dziennikarka, za to, że ocalała dla pokoleń dziedzictwo kulturalne regionu w księdze „Podwaliny. Drewniane domy Podlasia i ich mieszkańcy”.

Wacław Szczepanik – za prace historyczne na podstawie dokumentów archiwalnych związane z dziejami Galicji.

Maryla Ścibor Marchocka – za obalanie stereotypów i uprzedzeń w zbiorze opowiadań „Sprawiedliwi. Rzecz o Ukraińcach ratujących Polaków w czasie rzezi wołyńskiej”.

Edmund Żurek – za całokształt twórczości literackiej ze szczególnym podkreśleniem reportaży o dramacie Wielunia, miasta, w którym rozpoczęła się II wojna światowa.

Grand Prix Nagrody im Witolda Hulewicza: Krzysztof Skowroński – twórca Radia WNET i „Kuriera WNET” oraz Jarmarku WNET za wysoką rangę dziennikarstwa oraz działalność społeczną i organizacyjną na wielu polach.

Wielka Nagroda im. Witolda Hulewicza: Zbigniew Majewski – poeta, więzień polityczny PRL-u, społecznik, członek Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia im. Witolda Hulewicza.

 

opr. jka, źródło: www.hulewicz.org.pl

 

 

 

Protest CMWP SDP przeciwko cenzurowaniu „Tygodnika Zamojskiego”

CMWP SDP wyraża protest przeciwko postanowieniu Sądu Okręgowego w Zamościu zakazującemu “Tygodnikowi Zamojskiemu” publikowania artykułów na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu oraz nakazującemu tygodnikowi usunięcie ze strony internetowej www.tygodnikzamojski.pl artykułów dotyczących przedsiębiorstwa. Zgodnie z postanowieniem Sądu zakaz publikacji ma obowiązywać co najmniej 11 miesięcy. W ocenie CMWP SDP jest to złamanie fundamentalnej dla demokratycznego państwa zasady wolności słowa.

 

Artykuły, które przywołuje Sąd Okręgowy w Zamościu w swoim postanowieniu powstały w ramach realizacji ochrony ważnego interesu społecznego. Poruszony w inkryminowanych artykułach “Tygodnika Zamojskiego” temat jest bardzo istotny i budzi duże zainteresowanie czytelników, ponieważ dotyczy newralgicznych i kluczowych dla opinii publicznej spraw, jakimi są zawsze procedury związane w wydatkowaniem publicznych środków finansowych. Prasa ma nie tylko prawo, ale i obowiązek informować społeczeństwo o możliwych nieprawidłowościach w tym zakresie, a wszelkie informacje na ten temat nie powinny być ukrywane przed opinią publiczną. Uzasadnionym interesem społecznym przemawiającym za publikacją artykułów jest również ochrona prawa społeczeństwa do informacji. CMWP SDP pragnie zwrócić uwagę, iż m.in. po krytycznych artykułach “Tygodnika Zamojskiego” na temat PGK Rada Nadzorcza tego przedsiębiorstwa stwierdziła nieprawidłowości w procedurze przetargowej i zawiadomiła o tym prokuraturę . Postępowanie w tej sprawie nadal trwa, jest przedłużone do 20 grudnia b.r. Już ten fakt jest bezspornym uzasadnieniem zainteresowania środków masowego komunikowania, w tym „Tygodnika Zamojskiego” przedsiębiorstwem PGK w Zamościu oraz czyni całkowicie niezrozumiałym zakaz jakichkolwiek publikacji na jego temat . W ocenie CMWP SDP jest to praktyka porównywalna z cenzurą prewencyjną, której stosowanie jest w Polsce konstytucyjnie zakazane. CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są wszystkie organy państwowe. Opisana praktyka sądowa budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by wskazane wyżej orzeczenie miało się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 

pełen tekst oświadczenia : 22.11.19 Protest CMWP SDP przeciwko cenzurowaniu Tygodnika Zamojskiego

 

19 listopada b.r. CMWP SDP  objęło monitoringiem sprawę z powództwa Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej (PGK) w Zamościu przeciwko “Tygodnikowi Zamojskiemu” oraz  zgłosiło  do Sądu Okręgowego w Zamościu  (22 listopada b.r.) zastrzeżenie na postanowienie Sądu zakazującego  tygodnikowi publikowania artykułów na temat PGK oraz nakaz usunięcia ze strony internetowej www.tygodnikzamojski.pl artykułów dotyczących przedsiębiorstwa. Zgodnie z postanowieniem Sądu zakaz publikacji ma obowiązywać co najmniej 11 miesięcy.

 

pismo o objęciu monitoringiem CMWP SDP sprawy przeciwko “Tygodnikowi Zamojskiemu”  CMWP.Zawiadomienie.Tygodnik.Zamojski.19.11.19

 

4 listopada b.r. Sąd Okręgowy w Zamościu wydał postanowienie zabezpieczające, zakazując “Tygodnikowi Zamojskiemu” (Wydawnictwo Zamojskie) publikacji na temat miejskiej spółki Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej (PGK) przez 11 miesięcy. Wydawca ma też usunąć ze strony internetowej artykuły na temat spółki. Dziennikarka tygodnika Jadwiga Hereta w sierpniu 2018 roku opisała w artykule “Centralne Biuro Antykorupcyjne w PGK”, że zamojska spółka PGK wybrała w przetargu na budowę farmy fotowoltaicznej ofertę miejscowej firmy za 8,5 mln zł, odrzucając o 2 mln tańszą propozycję firmy z Gdańska. Rada Nadzorcza  PGK stwierdziła nieprawidłowości w przetargu i zawiadomiła prokuraturę. Postępowanie prokuratorskie w tej sprawie trwa, jest przedłużone do 20 grudnia. We wrześniu do Sądu Okręgowego w Zamościu wpłynął pozew o ochronę dóbr osobistych Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej  przeciwko wydawnictwu, redaktorowi naczelnemu Michałowi Kamińskiemu i autorce tekstów.

 

“Tygodnik Zamojski” nie pisze obecnie o PGK (o czym poinformował na okładce wydania z 20 listopada).  20 listopada red. nacz. Tygodnika Zamojskiego Michał Kamiński złożył zażalenie na postanowienie sądu.

Zmierzch technologicznych bogów – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

O jakichkolwiek cudach kwantowych i postępach AI Google’a usłyszymy, nie należy zapominać, że fundamentem potęgi tej firmy jest reklama i to właśnie z tej strony w ostatnich latach notuje ona najpotężniejsze ciosy. Każda firma z grona nazywanego Big Tech ma narastające od lat problemy, Facebook z odpływem młodych, Apple ze spadkiem sprzedaży iPhone’a, Amazon z narastającym kryzysem konsumenckim…

 

A to dopiero początek, bo zaczęła się już na całym świecie wielka ofensywa antymonopolowa. W dodatku niektóre kraje zaczynają coraz skuteczniej egzekwować podatki od unikających dotychczas haraczu gigantów internetowo-technologicznych. Niedawno Big Tech opodatkowały Włochy, wcześniej Francja. W obu krajach podatek będzie naliczany od obrotu.

 

To nie wszystko. Kilka miesięcy temu wspominałem, że kluczowe może okazać się zrozumienie, że fundamentem potęgi Google’a, Facebooka czy Amazona, nie są wcale narzędzia, technologia, nie doskonałość algorytmów, lecz dane, które otrzymują od użytkowników za „darmowe” usługi. Okazuje się, że tu i ówdzie do zrozumienia tego już się dochodzi. Co więcej, są już konkretne projekty, które mają nasze dane uwolnić od platform GAFA (skrót od Google-Apple-Facebook-Amazon).

 

Wytrącić im nasze dane z rąk

 

W październiku ponadpartyjna grupa amerykańskich senatorów – Mark Warner, Josh Hawley  i Richard Blumenthal, zaproponowała przepisy, które nakładają na firmy takie jak Google i Facebook obowiązek tworzenia i utrzymywania otwartych interfejsów interoperacyjnych (API), umożliwiającym użytkownikom lub delegowanym stronom trzecim dostęp do danych personalnych i ich przenoszenie. Giganci mieliby za to pobierać rozsądną opłatę. Projekt ustawy, nazwany ustawą Augmenting Compatibility and Competition by Enabling Service Switching (ACCESS) Act, ma zastosowanie wyłącznie do dostawców usług platformy komunikacyjnej z ponad 100 milionami aktywnych użytkowników dziennie na terenie USA. Jest to wyraźnie zaprojektowane z myślą o odebraniu władzy nad danymi firmom Big Tech.

 

Dane użytkowników to istota ich biznesu, więc „uwolnienie” ich będzie dla potentatów ogromnym ciosem – myślą zwolennicy tego rozwiązania. Choć  zarówno Google jak i Facebook od lat oferują możliwość przenoszenia danych, przez takie usługi, jak np. Google Data Liberation Front (2007) i Takeout (2011) oraz Facebook’s Download Your Information (2010), to jednak usługi te nie są pomyślane tak aby wygodnie przenieść dane do potencjalnych konkurentów. Pod wpływem wprowadzenie w Europie „ogólnego rozporządzenia o ochronie danych” GDPR (u nas jako RODO), Facebook, Google, Microsoft i Twitter (a później Apple) wspólnie deklarowały stworzenie projektu transferu danych użytkowników. Na razie nie poznaliśmy szczegółów i projektu.

 

Amerykańscy prawodawcy zdają sobie sprawę, że samo udostępnianie danych i możliwość skopiowania, i zapisania ich w jakiejś postaci to wciąż za mało. Te dane są i tak użyteczne jedynie w kontekście platformy Facebooka czy Google’a. Dlatego kładą nacisk na „interoperacyjność”. Narodowy Instytut Standardów i Technologii (NIST) zostanie na mocy nowego prawa zobowiązany do opracowania i opublikowania standardów technicznych, dzięki którym popularne klasy usług komunikacyjnych – w tym wiadomości online, udostępnianie multimediów i sieci społecznościowych – staną się interoperacyjne (czytaj: będzie można je przenieść na inne platformy i korzystać z nich swobodnie w innych niż googlowe czy facebookowe, aplikacjach).

 

Google zbiera ciosy

 

Zarówno Google jak i Facebook są niezwykle aktywne w wielu dziedzinach, które mają niewiele wspólnego z ich tradycyjną, pierwotną działalnością. Facebook mówi o VR, AI i własnej kryptowalucie. Google buduje komputery kwantowe i stawia na sprzęt. Ktoś może pomyśleć, że świadczy dobrze o kondycji tych firm, że się rozwijają. Niekoniecznie.

 

Choć założyciele Google’a byli początkowo przeciwni reklamom w wyszukiwarce, szybko zmienili zdanie a wielkość firmy została w ubiegłej dekadzie zbudowana na reklamie kontekstowej. Fundament ten jednak zaczął się nieco chwiać już kilka lat temu. A gdy w 2017 roku kiedy Amazon przewyższył Google w USA jako główne narzędzie wyszukiwania produktów, w Mountain View pojawiły się oznaki nie okazywanej wprawdzie wyraźnie, ale zauważalnej w poczynaniach wyszukiwarkowego giganta.

 

Okazało się, że Amazon walczy z Google skutecznie na jego terenie i wygrywa. Co gorsza, ludzie zwracający się do Amazona w swoich zakupowych poszukiwaniach pochodzili z najważniejszej dla reklamodawców grupy – młodych ludzi. Pieniądze na reklamy zaczęły przepływać szlakiem, którym podążali klienci. Wszechpotężny ongiś reklamowy mechanizm Google do generowania gotówki zaczął tracić paliwo. Prawdę mówiąc na zauważalnym odwrocie od Google’a korzystały też serwisy społecznościowe Instagram i Facebook. Google, choć kilka razy próbował stworzyć własne platformy społecznościowe, nie zbudował, ani nie pozyskał angażujących treścią kanałów.

 

Zatem grupa największych spółek technologicznych i internetowych, pomimo, że przez przeciwników ich monopolistycznej pozycji jest postrzegana jako całość, pomiędzy sobą wcale nie jest szczególnie solidarna a nawet wręcz przeciwnie – zaciekle rywalizuje.

 

Widząc złowróżbne znaki na horyzoncie, Google próbuje z nierozstrzygniętym, jak do tej pory, skutkiem, znaleźć przychody w obszarach innych niż reklama. Stara się zarabiać na sprzęcie, usługach w chmurze i w innych niekiedy niezwykle ambitnych przedsięwzięciach, np. z dziedziny obliczeń kwantowych. Pomimo tytanicznych wysiłków aby się „przebranżowić”, nadal jedynie ok 15 proc. przychodów Google pochodzi ze źródeł innych niż reklama.

 

A ciosy nie przestają nadchodzić. Pod koniec 2015 r. główny konkurent Google w przestrzeni mobilnej – firma Apple – dodała do swoich urządzeń funkcję umożliwiającą użytkownikom blokowanie reklam. Apple, zaliczany do grona Big Tech, ma swoje problemy ze sprzedażą flagowych produktów i na pewno nie będzie pilnować biznesu Google’a, gdy toczy się gra o klientów. Urządzenia z systemem iOS przynosiły Google’owi aż 75 proc. przychodów z reklam w wyszukiwarkach mobilnych, dlatego też Google płacił Apple miliardy dolarów rocznie, aby pozostać domyślną wyszukiwarką na urządzeniach Apple. W momencie, gdy Apple zezwala na blokowanie reklam, układ ten traci sens.

 

Google, co jest wymowne, w sposób coraz bardziej bezpardonowy walczy z blokowaniem reklam. Niedawno po wielkiej awanturze ze środowiskiem deweloperskim Google utrzymało stanowisko, że trzeci manifest rozszerzeń przeglądarki Chrome będzie uniemożliwiał działanie najważniejszych adblockerów. Oznacza to w praktyce blokadę blokady reklam w przeglądarce. Skoro  w tej sprawie, pomimo rewolty deweloperów na których opiera się cała siła Chrome’a, jest tak uparte, to chyba jasny sygnał, że blokowanie reklam Google’a bardzo boli i bardzo dużo kosztuje. Nie zaczadzeni PR-kiem „fajnej firmy” która robi różne innowacyjne i imponujące rzeczy, widzą dobrze w co tu się gra i co jest najczarniejszym koszmarem Google’a.

 

Zresztą ostatnie poczynania Google’a na wiecznie deficytowej platformie YouTube, gdzie zmienił regulamin, przewidując zamykanie „niedochodowych” kanałów i bany za korzystanie z blokowania reklam, też mają swoją wymowę. Do tego dochodzi Premium, czyli płatne YT bez reklam. Robi się coraz mniej miło. Narasta niezadowolenie youtuberów, którym Google jakoś nie umie wprost powiedzieć, że chciałoby wreszcie zacząć zarabiać na serwisie, który kupiło kilkanaście lat temu. Gdy spadają przychody z innych kanałów reklamowych, nadchodzi czas excela, także dla YouTube.

 

Przebudzenie prywatnościowe

 

W ostatnich latach na aktualności zaczął tracić dawny układ, nie spisany – pomiędzy Google’m a użytkownikami, którzy przez lata mniej lub bardziej świadomie sprzedawali gigantowi swoje dane prywatne w zamian za „darmowe” usługi. Produkty Google tradycyjnie były bezpłatne, innowacyjne i używane przez miliardy ludzi. Aby uzyskać dostęp do tych darmowych produktów, ludzie musieli zrezygnować ze swoich danych osobowych i poświęcić nieco czasu i uwagi na reklamy.

 

Te ostatnie oczywiście nigdy nie były czymś, czego naprawdę chcieli użytkownicy usług Google’a – były one po prostu przykrą koniecznością, podatkiem nałożonym na dostęp do ekosystemu Google. Google zachęcał ludzi do handlu ich prywatnością, danymi i czasem dając w zamian bardzo dobrej jakości, „darmowe” produkty i usługi, z które często miały dobrych alternatyw. Każdy składnik tego ekosystemu zbiera pracowicie dane o każdej wykonanej przez użytkownika operacji, zamówieniu, wypowiedzianym lub zapisanym słowie. Wszystko to pracuje przede wszystkim w celu lepszego, dokładniejszego kierowania reklam i wykrywania ich skuteczności, np. przez rejestrację zakupów i zamówień.

 

Obecnie nastawienia użytkowników się zmieniają. Sprzyjają temu kolejne głośne skandale związane z nieuprawnionym wykorzystaniem prywatnych danych, niekoniecznie zresztą przez Google, bo akurat tu na sumieniu więcej ma inny potentat, Facebook. Obie firmy mają problemy związane z „przebudzeniem” użytkowników w dziedzinie prywatnych danych. Dochodzą do związane z owym „przebudzeniem” kłopoty z władzami państw i przepisami chroniącymi użytkowników lub rynek przed dominującymi graczami Big Tech.

 

Wielkie dochodzenie antymonopolowe

 

Facebook i Google są od pewnego czasu na celowniku dochodzeń antymonopolowych prowadzonych przez organy wymiaru sprawiedliwości w USA. Donosił o tym jako pierwszy w sierpniu dziennik „The Wall Street Journal”. Kilka miesięcy wcześniej Federalnej Komisji Handlu USA nałożyła na Facebooka karę grzywny w wysokości pięciu miliardów dolarów grzywny za brak ochrony danych użytkowników w związku ze skandalem Cambridge Analytica.

 

Na początku września pojawiła się informacja, że wszystkie stany USA, pod przewodnictwem Teksasu, rozpoczęły dochodzenia w sprawie „potencjalnych monopolistycznych zachowań Google’a”. Prokurator generalny Nebraska, Doug Peterson, powiedział na konferencji prasowej w Waszyngtonie, że 50 prokuratorów generalnych wspólnie wysyła „mocną wiadomość do Google”.

 

Przy okazji w USA przypomniano, że europejskie organy regulacyjne ds. ochrony konkurencji już w marcu 2019 r. nałożyły na Google grzywnę w wysokości 1,7 mld USD za nieuczciwe umieszczanie klauzul o wyłączności w umowach z reklamodawcami, co stawiało konkurentów w branży reklam internetowych w niekorzystnej sytuacji.

 

Jednym z możliwych efektów dochodzeń organów ds. przeciwdziałania praktykom monopolistycznym, jest zmuszenie Google do wydzielenia wyszukiwarki internetowej jako oddzielnej firmy. Organy mogą również skoncentrować się na takich obszarach jak YouTube, przejęta przez Google’a w 2006 roku, która jednak, o czym wspominałem, nigdy nie była rentownym biznesem sama w sobie.

 

Waluta facebookowa

 

Tracący aktywnych, młodych użytkowników Facebook wpadł ok. dwa lata temu na pomysł ożywienia biznesu przez wprowadzenie własnej waluty opartej na łańcuchach blokowych jak bitcoin. Pomysł na walutę Libra zapewne wydawał się Zuckerbergowi i kolegom genialny. I może taki był, gdyby nie to, że wchodzi na teren, którego państwa i establishment finansowy pilnują jak oka w głowie.

 

Po skandalu związanym z wyciekiem danych użytkowników do Cambridge Analytica i dowodach niezdolności platformy Zuckerberga do odpowiedniego zabezpieczenia własnej platformy, władze USA i wielu innych państw mają do Facebooka znikome zaufanie. Już w ciągu doby od chwili ogłoszenia planu wprowadzenia Libry na Facebooku (czerwiec 2019) zaczęły nadchodzić sygnały zaniepokojenia ze strony rządów całego świata. W Europie politycy podkreślali, że nie można pozwolić, by stała się ona „suwerenną walutą”. Amerykańscy senatorowie wezwali Facebooka do natychmiastowego wstrzymania projektu i wezwali kierownictwo Facebooka na przesłuchanie.

 

Projekt Facebooka przewidujący wprowadzenie kryptowaluty Libra nie może być realizowany w formie, w jakiej był dotąd prezentowany,” oświadczył w lipcu francuski minister finansów Bruno Le Maire. Nawiązał też do planów opodatkowania wielkich firm technologicznych. „Nie możemy pozwolić przedsiębiorstwom, które kierują się prywatnym interesem, na wyposażenie się w środki suwerenności monetarnej. Musimy działać.” Z kolei, według amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, Libra może stać się narzędziem ludzi finansujących terrorystów i zajmujących się praniem brudnych pieniędzy, w związku z czym stanowi problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jego zdaniem wirtualne pieniądze takie jak bitcoin „były już wykorzystywane do wspierania nielegalnego obrotu miliardami dolarów w ramach cyberprzestępczości, unikania podatków, sprzedaży nielegalnych substancji i narkotyków oraz handlu ludźmi”. Niemiecki minister finansów Olaf Scholz powiedział, że musi być gwarancja prawna, że kryptowaluty, takie jak Libra, nie będą stanowić zagrożenia dla stabilności finansowej ani prywatności konsumentów.

 

W końcu sam prezydent USA Donald Trump skrytykował na Twitterze kryptowaluty w tym bitcoina, oraz zapowiedzianą przez Facebooka Librę. „Jeśli Facebook i inne firmy chcą zostać bankami, muszą starać się o licencję bankową i podporządkować się wszystkim przepisom prawa bankowego, jak każdy inny krajowy czy międzynarodowy bank,” – napisał.

 

Podczas spotkania z przedstawicielami amerykańskiego Senatu we wrześniu Mark Zuckerberg powiedział ustawodawcom, że Libra nie zostanie uruchomiona nigdzie na świecie bez uprzedniego uzyskania zgody amerykańskich organów regulacyjnych. Na początku października PayPal opuścił Stowarzyszenie Libra, co było poważnym osłabieniem dla projektu. Potem ze stowarzyszenia wycofywać zaczęły się inne znane firmy, w tym eBay, Visa i MasterCard.

 

Libra w sensie formalnym została zorganizowana tak, aby wyglądać tak jak gdyby w ogóle nie był to Facebook. Zarządza nią organizacją non-profit z siedzibą w Szwajcarii rządzącą nim i stowarzyszeniem firm. Jednak oczywiste jest, że najważniejsze, pierwsze i ostatnie słowo ma w tym projekcie Facebook. I jakkolwiek ciekawy może się wydawać pomysł wprowadzenia globalnej, bezpiecznej i wygodnej w użyciu waluty, firma Zuckerberga stanowi dla projektu Libry nie atut, lecz obciążenie.

 

Około miesiąc temu odbyło się publiczne przesłuchanie Marka Zuckerberga przed Kongresem USA. Tematem miało być trochę co innego, ale w końcu kongresmani skupili się na Librze. W swoim inaugurującym oświadczeniu Zuckerberg wyraził przekonanie, że Libra może wesprzeć Amerykę i to na różne sposoby. Jeśli bowiem USA nie uruchomią globalnej waluty, to mogą to zrobić Chiny. Podobnego „chińskiego argumentu” używają też wprost lub w zawoalowany sposób wszystkie amerykańskie firmy Big Tech. „Jeśli nie pozwolicie nam tego czy owego robić, to zrobią to Chińczycy,” sugerują.

 

Jednak na razie wygląda na to, że amerykańskie organy regulacyjne nie pozwolą na uruchomienie Libry. Ludzie Zuckerberga pracują jednak wciąż nad projektem. W połowie listopada pojawiły się informacje o tworzeniu sieci testowych i portfeli, na których przeprowadzono dziesiątki tysięcy pozorowanych transakcji. Infrastruktura techniczna facebookowej waluty może być gotowa w przyszłym roku, jak zakładał plan. Być może Facebook liczy, że rzeczywiście kryptowalutę tego rodzaju zaproponują Chiny, co zmusi USA do przeciwdziałania, a błękitna platforma będzie mieć gotowe rozwiązanie dla władz amerykańskich.

 

Nie ma firm zbyt dużych, by upaść

 

W Polsce nieco mniej uwagi tradycyjnie poświęca się podwójnemu „A” ze skrótu GAFA, czyli Apple i Amazonowi, zwłaszcza temu drugiemu, bo wciąż nie prowadzi u nas oficjalnie działalności. Są to firmy, które również borykają się ze spadkiem sprzedaży (Apple) i narastającą w społeczeństwie i na szczeblach władzy ochotą przyłożenia dużemu za praktyki monopolistyczne (Amazon).

 

Według wielu opinii, ruchy Apple w ostatnich latach wskazują, że bada, do jakiego poziomu może podnieść ceny, co maksymalizuje przychody przy tej samej lub nawet niższej sprzedaży (a ta w sensie liczby egzemplarzy spada). W strategii podkreślającej luksusowość iPhone’a, jego długoterminową wartość. Może więc w obliczu nieuchronnego, czyli spadku sprzedaży sztuk smartfonów, Apple przyjmuje jednak całkiem inteligentną i racjonalną strategię. Przesuwa swój produkt w kierunku dobra jeszcze bardziej ekskluzywnego, o jakości wyższej niż reszta, co musi kosztować, a tym samym zachowuje przychody na maksymalnym możliwym poziomie.

 

Teoretycznie ten plan brzmi nieźle. Fakty jednak są dla IPhone’a coraz bardziej brutalne. Sprzedaż aparatów tej marki przyniosła w trzecim kwartale 2019 r. nieco poniżej 26 miliardów dolarów. To spadek o 12 proc. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Ponadto jeśli Apple miało w tym okresie 53,8 mld dolarów całkowitej sprzedaży, to znaczy, że sztandarowy iPhone stanowił mniej niż 50 proc. kwartalnych przychodów Apple. Takiej sytuacji nie było od lat. Podobnie jak w przypadku Google’a i reklamy, spada sprzedaż w segmencie kiedyś najważniejszym a perspektywy wyrównania tego dochodami z innych usług i produktów są niejasne.

 

Ciemne chmury ze strony organów antymonopolowych i organizacji konsumenckich w USA nadchodzą również nad imperium Amazona. Przeczuwać problemy zdaje się Jeff Bezos, który  niedawno powiedział pracownikom, jak donosiły media, że „Amazon wcale nie jest zbyt duży, by upaść. W zasadzie przewiduję, że pewnego dnia Amazon upadnie. Jeśli spojrzeć na duże firmy, ich długość życia wynosi zwykle ponad 30 lat, a nie ponad 100 lat”.

 

W USA pojawiły się precedensowe orzeczenia sądów, które pozwalają pozywać platformę handlową za wadliwy towar lub oszustwa sprzedających na niej podmiotów. To niebezpieczne dla Amazona, który dotychczas był w miarę bezpieczny jako wyłącznie dostawca infrastruktury dla niezależnych sprzedawców (składają się oni ok. 50 proc. obrotów na platformie). Ponadto wiszą nad nim oskarżenia o naruszanie praw pracowniczych i postulaty płacowe części spośród ok. 650 tysięcy zatrudnionych w Amazonie.

 

Każda opisanych wyżej firm ma swoją romantyczną legendę, charyzmatycznych założycieli, historię zachwycającą innowacjami i rewolucjami technologicznymi. To już jednak przeszłość. Obecnie mało kto chce już widzieć w Google, Facebooku, Amazonie, Apple, tych dawnych, fajnych, wyluzowanych, diabelnie zdolnych ludzi, za których jednak, co widać w ich wysiłkach wizerunkowych, wciąż chcieliby uchodzić.

 

Widzi się za to monstrualną górę pieniędzy, chciwość, bezwzględność w walce z konkurencją i hipokryzję, bo coraz mniej się różnią od świata „starych pieniędzy” i starych korporacji wyrosłych na pierwszej rewolucji przemysłowej, wciąż uparcie próbując demonstrować, że są „inne”. Nie są inne i nie powinny mieć żadnych szczególnych praw. Powinny płacić podatki, szanować zasady konkurencji i uwolnić nasze prywatne dane, które nie są własnością, ani ich, ani nikogo poza nami samymi.

 

Mirosław Usidus

Skazany za “rajstopy”. CMWP SDP w obronie red. Pawła Gąsiorskiego z portalu zycieporaja.pl

Ta sprawa jest wyjątkowo kontrowersyjna – jeden krótki artykuł napisany na podstawie solidnego wydawałoby się dowodu (faktury) i … skazanie dziennikarza. CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem oraz przekazało do Sądu Apelacyjnego w Katowicach swoją opinię, w której jednoznacznie wykazuje, dlaczego skazany dziennikarz powinien być uniewinniony. 

 

Sąd Okręgowy w Częstochowie 23 stycznia b.r. skazał red. Pawła Gąsiorskiego, redaktora naczelnego portalu www.zycieporaja.pl za to, iż „poprzez sporządzenie publikacji prasowej” dopuścił się bezprawnego naruszenia dóbr osobistych Katarzyny Kaźmierczak, ówczesnej zastępcy Wójta Gminy Poraj, sprawującej obecnie funkcję Wójta Gminy Poraj. Katarzyna Kaźmierczak skierowała przeciwko red. Pawłowi Gąsiorskiemu pozew z tytułu naruszenia  jej dóbr osobistych. Jak określono w pozwie, do naruszenia dóbr osobistych powódki doszło na skutek opublikowania przez red. Pawła Gąsiorskiego wpisu p.t ,,Kupiła rajstopy za pieniądze Mieszkańców!”. Wpis ukazał się 7 maja 2018 roku na portalu internetowym www.zycieporaja.pl oraz został opublikowany na profilu Gminy Poraj na portalu www.facebook.com oraz w grupie zamkniętej Gmina Poraj na portalu www.facebook.com. Katarzyna Kaźmierczak twierdzi, że w spornej publikacji zawarte były nieprawdziwe informacje, iż pełniąc funkcję publiczną robi prywatne zakupy za pieniądze pochodzące z budżetu gminy. Publikacja zarzuca ówczesnej zastępcy wójta Gminy Poraj, że na koszt gminy zakupiła proszek do prania, tabletki do zmywarki, krem do rak , patyczki zapachowe oraz dwie paczki rajstop. Red. Paweł Gąsiorski opublikował skan faktury wystawionej na gminę Poraj ze szczegółowym spisem w/w zakupów.

 

sporny artykuł jest tu :http://zycieporaja.pl/wiadomosci/kupila-rajstopy-za-pieniadze-mieszkancow/

 

Pozwem z dnia 14 maja 2018 r.  Zastępca Wójta Gminy Poraj wniosła o  opublikowanie przez dziennikarza przeprosin za opublikowanie nieprawdziwych informacji na jej temat, ponieważ wg niej dziennikarz miał  podstaw, żeby twierdzić, że robi ona prywatne zakupy na koszt Gminy Poraj. Po przeprowadzeniu postępowania w sprawie Sąd I instancji wydał wyrok, którym nakazał dziennikarzowi złożenia oświadczenia zgodnie z żądaniem powódki oraz zasądził od pozwanego na cel społeczny kwotę 2 tysięcy  zł oraz na rzecz powódki zwrot kosztów procesu (także 2 tys. zł) .

 

W uzasadnieniu wyroku Sąd wskazał, iż co prawda pozwany nie wskazał w artykule pozwanej z imienia i nazwiska, ale Sąd i komentujący artykuł internauci nie mieli wątpliwości, iż artykuł dotyczy powódki. Sąd również nie dał wiary pozwanemu, iż treść artykułu opisuje działania gminy i gminnych urzędników, a nie konkretnej osoby – powódki. Sąd, chociaż ustalił, iż pozwany próbował się kontaktować telefonicznie z powódką i uzyskał z urzędu gminy fakturę VAT potwierdzającą nabycie rajstop, nie uznał tego za przejaw rzetelności i staranności dziennikarskiej. Ponadto pomimo ustalenia przez Sąd, iż Gmina Poraj kupiła dwie pary rajstop, to Sąd nie uznał, tego działania za bezprawne, uzasadniające dopuszczalną krytykę dziennikarską.

 

Tymczasem wg CMWP SDP ocena, czy w niniejszej sprawie doszło do naruszenia dóbr osobistych p. Katarzyny Kaźmierczak nie może zostać dokonana w oderwaniu od faktu, iż była i jest  ona osobą publiczną. W dniu publikacji powódka sprawowała funkcję zastępcy wójta Gminy Poraj a obecnie jest Wójtem Gminy Poraj. W związku z powyższym jej działalność wzbudza duże zainteresowanie społeczeństwa i mediów. Wymaga także podkreślenia, iż dopuszczalność publikowania o powódce wyłącznie artykułów pochlebnych oznacza w istocie cenzurę prasy i stanowi naruszenie jej prawa do przedstawienia krytyki, wolności wyrażania opinii i swobody wypowiedzi.  Co najistotniejsze –  informacje zawarte w publikacji są prawdziwe. Zakup m.in. dwóch par rajstop na rzecz gminy zostało potwierdzone dokumentem (fakturą), który nie był kwestionowany przez powódkę. Prawdą jest, że gmina zakupiła rajstopy na koszt gminy a zatem za pieniądze jej mieszkańców (podatników). Sąd Okręgowy w Częstochowie błędnie przyjął, że pozwany nie udowodnił, aby to powódka osobiście dokonywała zakupów, natomiast sporna publikacja sugeruje, że to właśnie powódka dokonywała owych zakupów. Taki tok rozumowania Sądu I instancji nie jest zasadny. Fakt, że w publikacji znajdują się następujące sformułowania : ,,Panie Pawle niech pan sprawdzi drogerię Notu tam wicewójtowa kupuje rajstopy na koszt gminy „ oraz ,,Próbowałem w tej sprawie skontaktować się z wicewójt, ale bez skutku” nie jest sugerowaniem, że to powódka zakupiła rajstopy na rzecz gminy. Pierwsze sformułowanie jest cytatem informacji jaką dziennikarz otrzymał od swego informatora. Wynika to jednoznacznie z kontekstu i treści publikacji. Drugie sformułowanie – nie jest sugerowaniem, wskazywaniem na osobę powódki, lecz określeniem, że dziennikarz usiłował skontaktować się w sprawie z wicewójtem, ponieważ zgodnie z wewnętrznymi regulacjami Urzędu Gminy Poraj, to zastępca wójta odpowiada za nadzór nad prawidłowym wydawaniem środków finansowych na materiały biurowe, środki czystości, sprzęt, artykuły spożywcze (vide par. 8 ust. 12 zarządzenia nr. 50/2016). Dziennikarz usiłował zatem skontaktować się z osobą kompetentną do udzielenia interesujących go informacji. Sąd Okręgowy wydając wyrok dokonał nieuprawnionej i błędnej nadinterpretacji artykułu.

 

CMWP stoi na stanowisku, że wniesione w niniejszej sprawie powództwo można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa Pawła Gąsiorskiego do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcenie go do podejmowania ważnego społecznie tematu. W tym kontekście uwzględnienie powództwa stanowi naruszenie praw człowieka i obywatela i powoduje tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy dotyczące społeczności lokalnej. W tym kontekście, wyroku Sądu I Instancji nie da się pogodzić ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP). CMWP  SDP stoi na stanowisku, że wyrok ten narusza międzynarodowe standardy wolności słowa i powinien zostać zmieniony.

 

 

Z dziennikarstwa do literatury – refleksje PIOTRA GAJDZIŃSKIGO

Redaktor Błażej Torański zażądał ode mnie tekstu – zażądał to właściwe stwierdzenie – na temat „Jak się przechodzi z dziennikarstwa do literatury”. Tekst ma być oparty na własnym przykładzie. Dla mnie katorga.

 

Po pierwsze, nie wydaje mi się, abym pokonał drogę inkryminowaną mi przez redaktora Torańskiego. Napisanie trzech biografii trzech byłych pezetpeerowskich kacyków – nawet jeśli wszystkie uzyskały z reguły dobre oceny – oraz kilku innych książek, nie stawia mnie jeszcze nie tylko na literackim Parnasie, ale chyba nawet nie u jego podnóża. Po drugie, udzielanie rad wielu świetnym dziennikarzom, którzy na tę stronę zaglądają bądź nawet tu publikują, jest dla mnie krępujące. Dlatego wbrew żądaniom redaktora Torańskiego, pozostanę jedynie przy próbie udzielenia odpowiedzi na pytanie, na ile doświadczenie dziennikarskie przydaje się przy pisaniu książek. Dość zresztą oczywistej odpowiedzi.

 

Notes z telefonami. Kilka lat pracy w dziennikarstwie ułatwia dotarcie do osób, które mogą być interesującymi rozmówcami. Przy pisaniu biografii rozmówcy znający bohatera książki są nieocenieni, bo choć gdy pisze się biografię osoby powszechnie znanej i już wcześniej „przebadanej” trudno oczekiwać, że ich wspomnienia zasadniczo zmienią ogląd postaci, to jednak znający go ludzie potrafią pełniej przedstawić jego życiowe wybory i motywacje, którymi się kierował. Nie mówiąc już o anegdotach, które są istotną częścią biograficznej książki. Tu od razu nasuwa się różnica między dziennikarstwem a pisaniem książek. W tym drugim wypadku weryfikowanie słów świadków, ale też informacji pozyskanych z innych źródeł wymaga jednak znacznie większej staranności.

 

Drugim istotnym doświadczeniem, które wyniesione z dziennikarstwa dobrze sprawdza się przy pisaniu książek jest umiejętność prowadzenia rozmowy i selekcjonowania informacji, które mogą być dla autora, a w konsekwencji dla czytelnika, interesujące. Rzecz jasna selekcjonowanie informacji dotyczy nie tylko treści przekazywanych przez rozmówców, ale też pozyskiwanych z innych źródeł. Selekcji dokonuje się oczywiście przy pisaniu każdego tekstu, ale przy pisaniu książek autor jest obarczony tak ogromną ilością informacji, anegdot, wypowiedzi, że ta selekcja jest o niebo trudniejsza. A przecież niezbędna, niemała część tego całego zbioru musi pozostać w archiwum. Książka, podobnie jak gazeta, nie jest z gumy.

 

Pisanie książki jest – obok wielu niedogodności – czynnością niezwykle przyjemną. Po pierwsze, jest z reguły dziełem tworzonym w pełni samodzielnie, bez konieczności ulegania kompromisom. Akurat tej przyjemności dziennikarz jest zazwyczaj pozbawiony. Bardzo często zmuszony jest pisać bardziej „pod redaktora” niż czytelnika, musi się oczywiście liczyć z linią pisma i często opinią wydawcy oraz wszystkich tych, którzy stanowią redakcyjną „hierarchię dziobania”. Bardziej musi się liczyć z obowiązującym w redakcji stylem niż ulegać własnej manierze. W wypadku autora książek – może jeszcze nie pierwszej, ale z pewnością wszystkich kolejnych – tego rodzaju obciążeń nie ma. Wolność w pełnym tego słowa znaczeniu! Nigdy nie spotkałem się, aby wydawca lub redaktor ingerował w treść moich książek, a już tym bardziej, aby próbował mi narzucić swój punkt widzenia. Oczywiście, redaktor książki czasem zgłasza jakieś uwagi, czasem nawet sugestie, ale – uwaga! – redaktorzy książek są nieporównywalnie bardziej spolegliwi niż ci, których znamy z redakcji gazet. Pisząc książkę mamy pełne prawo te sugestie odrzucić lub zlekceważyć. Być może nie wszyscy autorzy książek mają ten luksus, ale ja mam. Również dlatego, że z reguły oferuję wydawnictwom książkę niemal już skończoną, a w każdym razie bardzo zaawansowaną i dopiero wówczas podpisuję umowę. To poczucie wolności wydaje mi się wartością bezcenną.

 

O urodzie pisania książki stanowi też czas, który trzeba poświęcić na jej napisanie. To może brzmieć kontrowersyjnie, ale dzięki temu, że zbieranie materiału i pisanie zajmuje wiele miesięcy, autor ma dość czasu, aby przemyśleć swoje sądy i opinie, z którymi przystępował do pracy i które w tym momencie wydawały mu się absolutnie fundamentalne. Moje wieloletnie doświadczenie dziennikarskie świadczy, że presja czasu, z którą mamy do czynienia pisząc tekst do gazety, czasopisma, a zwłaszcza portalu internetowego, takiego luksusu nie zapewnia.

 

Z tym wiąże się jeszcze jedna zaleta, z której pozwalam sobie obficie korzystać. Niektóre tezy swoich książek „przegaduję” ze znajomymi, do których mam zaufanie. To wzbogaca, a czasem powoduje, że nieco modyfikuję swoje myślenie. Klasyczne dziennikarstwo obarczone presją czasu na to nie pozwala.

 

Oczywiście czas poświęcony pisaniu książki to dla wielu także argument zniechęcający. Samo pisanie, czyli w istocie finalna część całego procesu tworzenia, trwa w moim wypadku mniej więcej sześć miesięcy. Oznacza to konieczność odsunięcia na dalszy, a czasem bardzo daleki plan normalnych obowiązków, a co gorsza również przyjemności. Pisanie wciąga mnie tak bardzo, że pod koniec wielomiesięcznej pracy, której poświęcałem codziennie przez siedem dni w tygodniu po kilka godzin (w weekendy po 10-12 godzin) łapałem się na „myśleniu bohaterem” pisanej pozycji – Gomułką, Gierkiem, Jaruzelskim. Kiedyś przez kilka dni planowałem uraczyć rodzinę „mortadelą w szlafroczkach”, daniem lansowanym na początku lat osiemdziesiątych w kobiecych pismach. Żona i córka dały odpór i otrzeźwiałem. A gdy pisałem biografię Władysława Gomułki, podczas nielicznych rodzinnych zakupów, łapałem się z kolei na tym, że naprawdę zaskakiwała mnie obfitość mięs w sklepach nazywanych w tamtej epoce masarniczymi, bo przed oczami miałem fotografie polskich sklepów z lat sześćdziesiątych oraz partyjne i bezpieczniackie raporty o nadchodzącym kolejnym świńskim dołku. Innym objawem tego zjawiska było zanudzanie znajomych anegdotami z życia partyjnych bonzów.

 

Wielką przyjemnością są dla mnie również godziny spędzane w bibliotekach oraz archiwach. To jak podróż w czasie – powrót do okresu studiów. Znacznie to przyjemniejsze niż tylko, także oczywiście przy pisaniu książki niezbędne, surfowanie po Internecie.

 

Pisząc do gazet człowiek poświęca zazwyczaj jakiemuś tematowi określony, nie nazbyt długi czas. Kończy, wysyła i zapomina. W przypadku pisania książki, autor jest tego luksusu pozbawiony. Przez wiele miesięcy koniec pracy jest tak odległy, że aż zniechęcający. A człowiek, przynajmniej niżej podpisany, ma potrzebę dobrnięcia do celu, zamknięcia przynajmniej jakiegoś etapu. Oczywiście, w przypadku pisania książki tym etapem są rozdziały, ale nie jest to – w moim wypadku – zamknięcie całkowite, bo później do niby już napisanych rozdziałów często wracam. Wszystko jest więc bardzo rozwleczone w czasie, co bywa piekielnie deprymujące i nużące. Ratunkiem jest przerwanie tego pasma niekończącej się pracy napisaniem tekstu do gazety. Jeszcze jeden dowód, że dziennikarstwo ułatwia pisanie książek.

 

Dziennikarskie doświadczenie otwiera też, co oczywiste, drzwi do wydawnictw i stępia początkową wstrzemięźliwość właściwą osobom decydującym o jego polityce. Jako dziennikarze, od dłuższego czasu władający piórem, nie jesteśmy dla wydawców postaciami anonimowymi, „z ulicy”, których jedynym aktywem jest ambicja napisania książki. Nie tylko dlatego, że już pisać umiemy, także dlatego, że mamy pewne doświadczenie w wyborze tematów, które mogą zainteresować czytelnika.

 

Ale są cechy przyrodzone dziennikarstwu, które pisaniu książek przeszkadzają. Pracując w redakcjach jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego rytmu pracy, który tutaj zupełnie się nie sprawdza. Przy pisaniu książki nie mamy bata w postaci pilnującego czasu szefa. Pisanie książki to praca samodzielna, bez wielkiej presji czasowej i szefa, co stanowi pokusę bycia „tym który pisze”, a nie „tym który napisał”. Samodzielna praca wymaga dużej, a w początkowym stadium – gdy „dzieło” jest jeszcze we mgle – żelaznej dyscypliny i świadomości celu. Bez tego „dzieło” na zawsze pozostanie w sferze planów i kilku wersji tytułu.

 

Gdy uda nam się zaprząc do pracy i dobrnąć do celu przychodzi, zawsze przychodzi, moment euforii, którego doświadcza się w ciągu kilku pierwszych minut po pochwyceniu w ręce gotowej już książki. Trzeba tę radość przez kilka dni celebrować, a później zasiąść do pisania kolejnej.

 

 

Sztuka wbrew Exelowi – MACIEJ KUCIEL z TVN o dziennikarstwie śledczym

Rozmawiając przed laty z wysokiej rangi urzędnikiem w Ministerstwie Finansów zapytałem, dlaczego nie wprowadzono rozwiązań legislacyjnych, które ucywilizowałyby rynek jednorękich bandytów. – Kwestia woli politycznej, będzie wola polityczna, będziemy cywilizować – usłyszałem. Tak samo jest z dziennikarstwem śledczym: będzie wola właścicieli – wydawców mediów, to będzie istniało dziennikarstwo śledcze. Bez woli popartej realnymi budżetami media będą skazane na przecieki, serwowane opinii publicznej jako efekt wielomiesięcznych dziennikarskich śledztw.

 

W mediach rządzi Exel. Jak mawiał porucznik Arek, bohater „Krolla”:  „Nam jest wszystko jedno, sztuka to sztuka”. Portal, program telewizyjny, gazetę trzeba czymś wypełnić. Codziennie lub co tydzień. Najlepiej tanio. Śledztwo dziennikarskie, a zwłaszcza to realizowane dla telewizji, do tanich nie należy.

 

Miesiąc siedzenia w krzakach

 

Nad ostatnim większym śledztwem intensywnie z Danielem Liszkiewiczem pracowaliśmy miesiąc. Cztery tygodnie siedzenia w krzakach, wstawania po pierwszej w nocy, aby obserwować to, co się dzieje z wywożonymi ze skawińskiej spółki Clif odpadami chemicznymi.

 

Wcześniej było jeszcze kilka nieudanych prób, podczas których obserwowani „gubili nasze ogony”. Po miesiącu mieliśmy dowody na przestępczy proceder, ale nie mieliśmy materiału. Ten trzeba było jeszcze zrealizować, przeprowadzić wywiady, posiedzieć na montażu. To zajęło kolejne cztery tygodnie. W tym czasie dwóch sprawnych reporterów zamiast dwóch materiałów mogło zrealizować od sześciu do ośmiu reportaży, które zapełniłyby czas antenowy od sześciu do ośmiu wydań codziennego programu jakim jest „Uwaga!”. Według Exela nasza wydajność była skandalicznie niska.

 

W realizacji materiału pomagało jeszcze dwóch dokumentalistów programu „Uwaga!”:  Tomasz Lusawa i Patrycja Dzięcioł. Oni też siedzieli nocami w samochodzie czekając aż załadowane rakotwórczymi chemikaliami ciężarówki ruszą nad ranem w nieznanym wówczas kierunku, aby zrzucić i zakopać swój ładunek. Do tego samochody oraz sprzęt. Trzeba jeszcze doliczyć zwykłą robotę dziennikarską – spotkania z informatorami, poszukiwania potencjalnych bohaterów reportażu, ekipy telewizyjne (operator, dźwiękowiec). A co, jeśli nie wyjdzie? Wyszło.

 

Czy było warto? Dla mnie tak, udało się pokazać bezsilność urzędów, służb środowiskowych, a także ignorujących problem szefów prokuratur rejonowych umarzających kolejne postępowania karne. Zebraliśmy dowody, powstały dwa ważne społecznie dziennikarskie materiały. Jednak dla Exela znaczenie z całego wywodu ma tylko cyfra dwa.

 

Na szczęście pojawiła się wola i Jarosław Jabrzyk, producent programu „Superwizjer”. Za wolą poszedł budżet i nowy kierunek śledztwa. Jaka jest udział samorządów w całym procederze? Dlaczego niebezpieczne odpady zakopywane są na terenach należących do samorządów? Jaka jest rola fundacji i firmy doradczej powiązanej z byłym już prezydentem Dąbrowy Górniczej?

 

Dzięki budżetowi mogłem kontynuować pracę. Dziennikarz, nawet ten prowadzący śledztwo, musi opłacić rachunki, spłacić kredyty, mieć pieniądze na hobby i inne przyjemności. Jak mawiają Hiszpanie pracuje się, aby żyć a nie żyje, aby pracować.

 

To, że jest się przedstawicielem zawodu, co prawda z roku na rok mniejszego zaufania publicznego nie znaczy, że pracuje się dla idei. Jeśli dobrze wykonuję swój zawód oczekuję, że dobrze mi zapłacą za profesjonalnie wykonaną robotę.

 

W Bytomiu, gdzie ciężarówki wyjeżdżające z Clifa zrzucały chemiczny ładunek, trafiłem na spotkanie mieszkańców z Damianem Bartylą, prezydentem miasta, przedstawicielami marszałka województwa oraz policji i służb środowiskowych.

 

– Zróbcie mur, zalejcie nas gnojem i tyle – krzyczeli mieszkańcy. Poseł PiS Wojciech Szarama dodawał: – Panie komendancie policji! Czy musi się Pan uczyć zasad pracy operacyjnej od dziennikarzy TVN?

 

To co tam się działo, można zobaczyć w kolejnym reportażu jaki powstał z tego śledztwa. Wyemitował go program „Uwaga!”, który stanął w obronie zasypywanych odpadami mieszkańców Bytomia. „Bytom miastem odpadów” https://uwaga.tvn.pl/reportaze,2671,n/smieci-w-bytomiu-mieszkancy-protestuja-przeciwko-wysypiskom,240695.html

 

„Superwizjer” był jednak zainteresowany samorządowcami. „Eksperyment dziennikarski” zwany kiedyś prowokacją, informatorzy i rozmowy z urzędnikami złożyły się na czwarty już reportaż jaki udało się zrealizować dzięki siedmiu latom pracy przy śledztwach dotyczących tematyki odpadowej. https://player.pl/programy-online/superwizjer-odcinki,337/odcinek-1100,S03E1100,73465

 

Materiał „Superwizjera” – „Wysyp” został nominowany do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze. Rywalizację przegrał z wstrząsającą historią Igora Stachowiaka, zrealizowaną przez Wojciecha Bojanowskiego. Naszą pracę doceniły też jury konkursów „Dziennikarz Małopolski” i „Silesia Press”. Gratulował nadzorujący finanse Jarosław Potasz, dyrektor do spraw produkcji TVN.

 

Precyzyjny plan

 

Tego jak i wielu innych reportaży śledczych nie byłoby bez budżetów i wsparcia ze strony redakcji i jej dokumentalistów. Praca nad innym, poświęconym zorganizowanej grupie przestępczej z Łodzi, wyłudzającej mieszkania od starszych schorowanych ludzi, zajęła cztery „bezproduktywne” miesiące. Temat znalazła Aleksandra Potoczek, wspomagał nas Daniel Liszkiewicz. Powstały dwa „Superwizjery” i dwa wydania programu „Uwaga!” Do aresztu, pod zarzutem współpracy ze zorganizowaną grupą przestępczą trafiła notariusz i 8 członków grupy. https://player.pl/programy-online/superwizjer-odcinki,337/odcinek-1031,zatrzymani-za-wyludzanie-mieszkan,S00E1031,34968

 

Dzięki Monice Szymborskiej, byłej już szefowej „Uwagi!”, zająłem się tematem jednorękich bandytów. Z poziomu maszyn hazardowych ustawionych w sklepach i na stacjach benzynowych z Danielem Liszkiewiczem dotarliśmy do Ministerstwa Finansów, po drodze odkrywając powiązania urzędnika i świata hazardowych maszyn ze zorganizowaną grupą przestępczą. Zakończyliśmy temat pokazując  jak rząd odebrał celnikom możliwość pracy operacyjnej przy zwalczaniu nielegalnego hazardu, czyniąc pracę tych organów całkowitą fikcją.

 

Tematu nie odpuszczaliśmy przez dwa lata, zaczynając pół roku przed publikacją Cezarego Gmyza w „Rzeczpospolitej” i wybuchem „afery hazardowej”. Ta nasza dwuletnia praca nie byłaby możliwa bez budżetów przeznaczanych na trwające często miesiącami dokumentacje tematów. Dzięki mrówczej pracy zbierającego okruchy informacji Daniela Liszkiewicza i ja mogłem się zajmować innymi tematami, produkując reportaże na bieżące potrzeby programu.

 

Dla mnie realizacja każdego śledztwa to temat, współpracownicy i precyzyjny plan wykonywanych czynności. Spisuję go w punktach, omawiając robocze tezy oraz co zamierzam robić, aby je udowodnić. Do tego dochodzi kalendarium, czyli rozpisana po kolei, według dat, „podejrzana” działalność.

 

Tak, jak w przypadku sprowadzanego do Polski z Ukrainy odpadu – rakotwórczego HCB. Miał on zostać profesjonalnie spalony w ciągu roku, jednak urzędnicy podpisali zezwolenia pozwalające na przywiezienie takiej liczby ton, że zakład spalał to przez pięć lat.

 

Nie tylko dziennikarstwo śledcze

 

W ciągu 17 lat pracy dla TVN zrealizowałem ok. 250 reportaży dla programu „Uwaga!”, pewnie kilkadziesiąt dla „Superwizjera”. Z tego niewielki procent, według moich standardów, to ściśle śledcze materiały, chociaż większość dotyczyła przestępstw, nieprawidłowości, czy błędów popełnianych przez osoby prywatne i przedstawicieli władzy.

 

Obecnie podchodzę do śledztwa w sposób praktyczny. Jeśli redakcja, czyli zamawiający , jest zainteresowana tematem i chce inwestować, to chętnie się tym zajmę w ramach oferowanego budżetu. Jeśli temat nikogo z decydentów nie wzrusza, to nie będę kruszył kopii i zajmę się czymś innym, co również przyniesie mi satysfakcję zawodową.

 

Ostatnie duże śledztwo zrealizowałem rok temu. Od tego czasu opowiedziałem mroczną historię rolnika spod Kielc podejrzewanego o zamordowanie co najmniej 18 osób. Można go było zatrzymać kilkanaście zabójstw wcześniej, ale zignorowano notatkę oficera operacyjnego, którego odnalazłem. Do tego sąd wydał filmy z wizji lokalnych z udziałem jednego z „cyngli” bandyty, który pokazywał jak organizowano zabójstwa. Zrealizowałem na ten temat dwa duże reportaże dla „Superwizjera”. Moim zdaniem bardzo dobre, ale nie śledcze.

 

Odtworzyłem na zamkniętym torze wypadek z udziałem premier Beaty Szydło. Ogarnięcie dwóch operatorów, siedmiu kamer, trzech samochodów, nie licząc seicento, to dopiero było wyzwanie. Czy było to śledztwo? Udało mi się pokazać to, o czym się mówiło, obalić linię prokuratury o wyłącznej winie kierowcy, ale czy było to okupione miesiącami mrówczej pracy dziennikarskie dochodzenie?

 

Nie gardzę też rozrywką. Wywiad z Kazikiem z Kultu, reportaż o T.Love, Golec uOrkiestra czy Kulisy Sławy Beaty Ścibakównej, Włodzimierza Korcza i Elżbiety Starosteckiej. Tu też korzystam z pomocy dokumentalistek z „Uwagi!” Moja realizacja zajmuje: dzień na przygotowanie, drugi na scenariusz, trzy do czterech dni zdjęciowych do tego trzy dni na montaż i w dwa tygodnie jest reportaż.

 

Mam nadzieję, że pomimo 46 lat nie jestem jak Dziadek z filmu „Psy” – A gdzie ja teraz robotę znajdę, jak tylko przesłuchiwać umiem?

 

Maciej Kuciel

 

Szczegóły realizacji dziennikarskich śledztw telewizyjnych, podstawowe przepisy prawne oraz wywiady z dziennikarzmi realizującymi operacje przykrywkowe można znaleźć w książce, którą napisałem razem z Moniką Wawer „ Reporter w przebraniu”

https://sdp.pl/felietony/13934,reporter-w-przebraniu-recenzja-ksiazki,1488917168