Wielka Nagroda im. Witolda Hulewicza dla Krzysztofa Skowrońskiego

Grand Prix XXIV Edycji Nagród im. Witolda Hulewicza przyznano Krzysztofowi Skowrońskiemu, twórcy Radia WNET i „Kuriera WNET”, prezesowi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Gala rozdania nagród odbyła się w czwartek, 21 listopada w warszawskim Domu Literatury. Krzysztofa Skowrońskiego wyróżniono „za wysoką rangę dziennikarstwa oraz działalność społeczną i organizacyjną na wielu polach”.

 

Nagroda imienia Witolda Hulewicza jest przyznawana przez Stowarzyszenie, które powstało, aby utrwalać pamięć Witolda Hulewicza (1895-1941), pisarza, poety, tłumacza, organizatora życia kulturalnego, wydawcy, współtwórcy Polskiego Radia, redaktora pierwszego podziemnego pisma w latach okupacji hitlerowskiej „Polska Żyje”.

 

Wielką Nagrodę Honorową im. Witolda Hulewicza przyznano pośmiertnie mjr. Henrykowi Sucharskiemu, dowódcy Westerplatte, dwukrotnemu Kawalerowi Virtuti Militari za niezłomną służbę Polsce.

 

Nagrody im. Witolda Hulewicza związane z obroną dobrego imienia Komendanta i Żołnierzy Westerplatte otrzymali: Bronisław Błach, Natalia Błaszków, Karol Klukowski, Marek Mosio, Zbigniew Pancer, Helena Szatkowska i Marek Tomaszewski.

 

 

Laureaci Nagród im. Witolda Hulewicza za rok 2019

 

Aleksander Czajkowski-Ładysz i prof. Maria Pomianowska – za promocję Stanisława Moniuszki w Polsce i na świecie w 200. rocznicę urodzin twórcy Polskiej Opery Narodowej.

Marta Berowska – za całokształt twórczości poetyckiej i opracowanie baśni i legend polskich.

Aleksandra i Bogdan Biniszewscy – założyciele Muzeum Lwowa i Kresów w Kuklówce na Mazowszu.

Beata Ciarska – nauczycielka, za codzienną promocję sztuki i krzewienie kultury plastycznej w Józefowie.

Bożena Gąsienica – dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Zakopanem za twórcze rozwijanie tradycji kulturalnych i edukacyjnych.

Zdzisław Ilski – profesor Politechniki Wrocławskiej, historyk ruchu ludowego, za prace o Jakubie Bojce, w szczególności za nurt patriotyczny w jego działalności politycznej.

Krzysztof Andrzej Jeżewski – poeta, tłumacz, norwidolog z Paryża, za promocję polskiej literatury we Francji.

Maria Konwicka – za książkę wspomnieniową o ojcu „Byli sobie raz”, wydaną przez ZNAK.

Paweł Komorowski – za fundamentalne albumy poświęcone dziejom polskiej szabli.

Danuta Kot – za wielkie serce i opiekę nad czworonogami.

Krzysztof Masłoń – pisarz, publicysta, za wybitne osiągnięcia w dziedzinie krytyki literackiej.

Maciej Miąsko – za wielką wiedzę dotyczącą zwierzęcia, które od początku świata towarzyszy człowiekowi.

Tadeusz Mocarski – za całokształt twórczości poetyckiej i wierność rodzinnej ziemi.

Monika Piotrowska – za odkrycie Heleny Hulewiczowej, matki Witolda, jako jednej z pierwszych polskich artystek fotografii oraz dzienników Tadeusza Cypriana z Wielkiej Wojny.

Mirosław Prandota – za reportaże „Przepustka do raju” – książkę o Szwecji widzianej oczami Polaka.

Krystyna Stasiewicz – profesor związana ze środowiskiem naukowym Warmii i Mazur, specjalistka od literatury staropolskiej, za popularyzację wiedzy o życiu i twórczości Księcia Poetów Biskupa Ignacego Krasickiego.

Bożena Stawikowska – malarka, za całokształt twórczości i utrwalanie na obrazach oraz kształtowanie w naturze piękna ogrodów Józefowa.

Magdalena Stopa – historyk sztuki, dziennikarka, za to, że ocalała dla pokoleń dziedzictwo kulturalne regionu w księdze „Podwaliny. Drewniane domy Podlasia i ich mieszkańcy”.

Wacław Szczepanik – za prace historyczne na podstawie dokumentów archiwalnych związane z dziejami Galicji.

Maryla Ścibor Marchocka – za obalanie stereotypów i uprzedzeń w zbiorze opowiadań „Sprawiedliwi. Rzecz o Ukraińcach ratujących Polaków w czasie rzezi wołyńskiej”.

Edmund Żurek – za całokształt twórczości literackiej ze szczególnym podkreśleniem reportaży o dramacie Wielunia, miasta, w którym rozpoczęła się II wojna światowa.

Grand Prix Nagrody im Witolda Hulewicza: Krzysztof Skowroński – twórca Radia WNET i „Kuriera WNET” oraz Jarmarku WNET za wysoką rangę dziennikarstwa oraz działalność społeczną i organizacyjną na wielu polach.

Wielka Nagroda im. Witolda Hulewicza: Zbigniew Majewski – poeta, więzień polityczny PRL-u, społecznik, członek Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia im. Witolda Hulewicza.

 

opr. jka, źródło: www.hulewicz.org.pl

 

 

 

Protest CMWP SDP przeciwko cenzurowaniu „Tygodnika Zamojskiego”

CMWP SDP wyraża protest przeciwko postanowieniu Sądu Okręgowego w Zamościu zakazującemu “Tygodnikowi Zamojskiemu” publikowania artykułów na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu oraz nakazującemu tygodnikowi usunięcie ze strony internetowej www.tygodnikzamojski.pl artykułów dotyczących przedsiębiorstwa. Zgodnie z postanowieniem Sądu zakaz publikacji ma obowiązywać co najmniej 11 miesięcy. W ocenie CMWP SDP jest to złamanie fundamentalnej dla demokratycznego państwa zasady wolności słowa.

 

Artykuły, które przywołuje Sąd Okręgowy w Zamościu w swoim postanowieniu powstały w ramach realizacji ochrony ważnego interesu społecznego. Poruszony w inkryminowanych artykułach “Tygodnika Zamojskiego” temat jest bardzo istotny i budzi duże zainteresowanie czytelników, ponieważ dotyczy newralgicznych i kluczowych dla opinii publicznej spraw, jakimi są zawsze procedury związane w wydatkowaniem publicznych środków finansowych. Prasa ma nie tylko prawo, ale i obowiązek informować społeczeństwo o możliwych nieprawidłowościach w tym zakresie, a wszelkie informacje na ten temat nie powinny być ukrywane przed opinią publiczną. Uzasadnionym interesem społecznym przemawiającym za publikacją artykułów jest również ochrona prawa społeczeństwa do informacji. CMWP SDP pragnie zwrócić uwagę, iż m.in. po krytycznych artykułach “Tygodnika Zamojskiego” na temat PGK Rada Nadzorcza tego przedsiębiorstwa stwierdziła nieprawidłowości w procedurze przetargowej i zawiadomiła o tym prokuraturę . Postępowanie w tej sprawie nadal trwa, jest przedłużone do 20 grudnia b.r. Już ten fakt jest bezspornym uzasadnieniem zainteresowania środków masowego komunikowania, w tym „Tygodnika Zamojskiego” przedsiębiorstwem PGK w Zamościu oraz czyni całkowicie niezrozumiałym zakaz jakichkolwiek publikacji na jego temat . W ocenie CMWP SDP jest to praktyka porównywalna z cenzurą prewencyjną, której stosowanie jest w Polsce konstytucyjnie zakazane. CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są wszystkie organy państwowe. Opisana praktyka sądowa budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by wskazane wyżej orzeczenie miało się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 

pełen tekst oświadczenia : 22.11.19 Protest CMWP SDP przeciwko cenzurowaniu Tygodnika Zamojskiego

 

19 listopada b.r. CMWP SDP  objęło monitoringiem sprawę z powództwa Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej (PGK) w Zamościu przeciwko “Tygodnikowi Zamojskiemu” oraz  zgłosiło  do Sądu Okręgowego w Zamościu  (22 listopada b.r.) zastrzeżenie na postanowienie Sądu zakazującego  tygodnikowi publikowania artykułów na temat PGK oraz nakaz usunięcia ze strony internetowej www.tygodnikzamojski.pl artykułów dotyczących przedsiębiorstwa. Zgodnie z postanowieniem Sądu zakaz publikacji ma obowiązywać co najmniej 11 miesięcy.

 

pismo o objęciu monitoringiem CMWP SDP sprawy przeciwko “Tygodnikowi Zamojskiemu”  CMWP.Zawiadomienie.Tygodnik.Zamojski.19.11.19

 

4 listopada b.r. Sąd Okręgowy w Zamościu wydał postanowienie zabezpieczające, zakazując “Tygodnikowi Zamojskiemu” (Wydawnictwo Zamojskie) publikacji na temat miejskiej spółki Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej (PGK) przez 11 miesięcy. Wydawca ma też usunąć ze strony internetowej artykuły na temat spółki. Dziennikarka tygodnika Jadwiga Hereta w sierpniu 2018 roku opisała w artykule “Centralne Biuro Antykorupcyjne w PGK”, że zamojska spółka PGK wybrała w przetargu na budowę farmy fotowoltaicznej ofertę miejscowej firmy za 8,5 mln zł, odrzucając o 2 mln tańszą propozycję firmy z Gdańska. Rada Nadzorcza  PGK stwierdziła nieprawidłowości w przetargu i zawiadomiła prokuraturę. Postępowanie prokuratorskie w tej sprawie trwa, jest przedłużone do 20 grudnia. We wrześniu do Sądu Okręgowego w Zamościu wpłynął pozew o ochronę dóbr osobistych Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej  przeciwko wydawnictwu, redaktorowi naczelnemu Michałowi Kamińskiemu i autorce tekstów.

 

“Tygodnik Zamojski” nie pisze obecnie o PGK (o czym poinformował na okładce wydania z 20 listopada).  20 listopada red. nacz. Tygodnika Zamojskiego Michał Kamiński złożył zażalenie na postanowienie sądu.

Zmierzch technologicznych bogów – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

O jakichkolwiek cudach kwantowych i postępach AI Google’a usłyszymy, nie należy zapominać, że fundamentem potęgi tej firmy jest reklama i to właśnie z tej strony w ostatnich latach notuje ona najpotężniejsze ciosy. Każda firma z grona nazywanego Big Tech ma narastające od lat problemy, Facebook z odpływem młodych, Apple ze spadkiem sprzedaży iPhone’a, Amazon z narastającym kryzysem konsumenckim…

 

A to dopiero początek, bo zaczęła się już na całym świecie wielka ofensywa antymonopolowa. W dodatku niektóre kraje zaczynają coraz skuteczniej egzekwować podatki od unikających dotychczas haraczu gigantów internetowo-technologicznych. Niedawno Big Tech opodatkowały Włochy, wcześniej Francja. W obu krajach podatek będzie naliczany od obrotu.

 

To nie wszystko. Kilka miesięcy temu wspominałem, że kluczowe może okazać się zrozumienie, że fundamentem potęgi Google’a, Facebooka czy Amazona, nie są wcale narzędzia, technologia, nie doskonałość algorytmów, lecz dane, które otrzymują od użytkowników za „darmowe” usługi. Okazuje się, że tu i ówdzie do zrozumienia tego już się dochodzi. Co więcej, są już konkretne projekty, które mają nasze dane uwolnić od platform GAFA (skrót od Google-Apple-Facebook-Amazon).

 

Wytrącić im nasze dane z rąk

 

W październiku ponadpartyjna grupa amerykańskich senatorów – Mark Warner, Josh Hawley  i Richard Blumenthal, zaproponowała przepisy, które nakładają na firmy takie jak Google i Facebook obowiązek tworzenia i utrzymywania otwartych interfejsów interoperacyjnych (API), umożliwiającym użytkownikom lub delegowanym stronom trzecim dostęp do danych personalnych i ich przenoszenie. Giganci mieliby za to pobierać rozsądną opłatę. Projekt ustawy, nazwany ustawą Augmenting Compatibility and Competition by Enabling Service Switching (ACCESS) Act, ma zastosowanie wyłącznie do dostawców usług platformy komunikacyjnej z ponad 100 milionami aktywnych użytkowników dziennie na terenie USA. Jest to wyraźnie zaprojektowane z myślą o odebraniu władzy nad danymi firmom Big Tech.

 

Dane użytkowników to istota ich biznesu, więc „uwolnienie” ich będzie dla potentatów ogromnym ciosem – myślą zwolennicy tego rozwiązania. Choć  zarówno Google jak i Facebook od lat oferują możliwość przenoszenia danych, przez takie usługi, jak np. Google Data Liberation Front (2007) i Takeout (2011) oraz Facebook’s Download Your Information (2010), to jednak usługi te nie są pomyślane tak aby wygodnie przenieść dane do potencjalnych konkurentów. Pod wpływem wprowadzenie w Europie „ogólnego rozporządzenia o ochronie danych” GDPR (u nas jako RODO), Facebook, Google, Microsoft i Twitter (a później Apple) wspólnie deklarowały stworzenie projektu transferu danych użytkowników. Na razie nie poznaliśmy szczegółów i projektu.

 

Amerykańscy prawodawcy zdają sobie sprawę, że samo udostępnianie danych i możliwość skopiowania, i zapisania ich w jakiejś postaci to wciąż za mało. Te dane są i tak użyteczne jedynie w kontekście platformy Facebooka czy Google’a. Dlatego kładą nacisk na „interoperacyjność”. Narodowy Instytut Standardów i Technologii (NIST) zostanie na mocy nowego prawa zobowiązany do opracowania i opublikowania standardów technicznych, dzięki którym popularne klasy usług komunikacyjnych – w tym wiadomości online, udostępnianie multimediów i sieci społecznościowych – staną się interoperacyjne (czytaj: będzie można je przenieść na inne platformy i korzystać z nich swobodnie w innych niż googlowe czy facebookowe, aplikacjach).

 

Google zbiera ciosy

 

Zarówno Google jak i Facebook są niezwykle aktywne w wielu dziedzinach, które mają niewiele wspólnego z ich tradycyjną, pierwotną działalnością. Facebook mówi o VR, AI i własnej kryptowalucie. Google buduje komputery kwantowe i stawia na sprzęt. Ktoś może pomyśleć, że świadczy dobrze o kondycji tych firm, że się rozwijają. Niekoniecznie.

 

Choć założyciele Google’a byli początkowo przeciwni reklamom w wyszukiwarce, szybko zmienili zdanie a wielkość firmy została w ubiegłej dekadzie zbudowana na reklamie kontekstowej. Fundament ten jednak zaczął się nieco chwiać już kilka lat temu. A gdy w 2017 roku kiedy Amazon przewyższył Google w USA jako główne narzędzie wyszukiwania produktów, w Mountain View pojawiły się oznaki nie okazywanej wprawdzie wyraźnie, ale zauważalnej w poczynaniach wyszukiwarkowego giganta.

 

Okazało się, że Amazon walczy z Google skutecznie na jego terenie i wygrywa. Co gorsza, ludzie zwracający się do Amazona w swoich zakupowych poszukiwaniach pochodzili z najważniejszej dla reklamodawców grupy – młodych ludzi. Pieniądze na reklamy zaczęły przepływać szlakiem, którym podążali klienci. Wszechpotężny ongiś reklamowy mechanizm Google do generowania gotówki zaczął tracić paliwo. Prawdę mówiąc na zauważalnym odwrocie od Google’a korzystały też serwisy społecznościowe Instagram i Facebook. Google, choć kilka razy próbował stworzyć własne platformy społecznościowe, nie zbudował, ani nie pozyskał angażujących treścią kanałów.

 

Zatem grupa największych spółek technologicznych i internetowych, pomimo, że przez przeciwników ich monopolistycznej pozycji jest postrzegana jako całość, pomiędzy sobą wcale nie jest szczególnie solidarna a nawet wręcz przeciwnie – zaciekle rywalizuje.

 

Widząc złowróżbne znaki na horyzoncie, Google próbuje z nierozstrzygniętym, jak do tej pory, skutkiem, znaleźć przychody w obszarach innych niż reklama. Stara się zarabiać na sprzęcie, usługach w chmurze i w innych niekiedy niezwykle ambitnych przedsięwzięciach, np. z dziedziny obliczeń kwantowych. Pomimo tytanicznych wysiłków aby się „przebranżowić”, nadal jedynie ok 15 proc. przychodów Google pochodzi ze źródeł innych niż reklama.

 

A ciosy nie przestają nadchodzić. Pod koniec 2015 r. główny konkurent Google w przestrzeni mobilnej – firma Apple – dodała do swoich urządzeń funkcję umożliwiającą użytkownikom blokowanie reklam. Apple, zaliczany do grona Big Tech, ma swoje problemy ze sprzedażą flagowych produktów i na pewno nie będzie pilnować biznesu Google’a, gdy toczy się gra o klientów. Urządzenia z systemem iOS przynosiły Google’owi aż 75 proc. przychodów z reklam w wyszukiwarkach mobilnych, dlatego też Google płacił Apple miliardy dolarów rocznie, aby pozostać domyślną wyszukiwarką na urządzeniach Apple. W momencie, gdy Apple zezwala na blokowanie reklam, układ ten traci sens.

 

Google, co jest wymowne, w sposób coraz bardziej bezpardonowy walczy z blokowaniem reklam. Niedawno po wielkiej awanturze ze środowiskiem deweloperskim Google utrzymało stanowisko, że trzeci manifest rozszerzeń przeglądarki Chrome będzie uniemożliwiał działanie najważniejszych adblockerów. Oznacza to w praktyce blokadę blokady reklam w przeglądarce. Skoro  w tej sprawie, pomimo rewolty deweloperów na których opiera się cała siła Chrome’a, jest tak uparte, to chyba jasny sygnał, że blokowanie reklam Google’a bardzo boli i bardzo dużo kosztuje. Nie zaczadzeni PR-kiem „fajnej firmy” która robi różne innowacyjne i imponujące rzeczy, widzą dobrze w co tu się gra i co jest najczarniejszym koszmarem Google’a.

 

Zresztą ostatnie poczynania Google’a na wiecznie deficytowej platformie YouTube, gdzie zmienił regulamin, przewidując zamykanie „niedochodowych” kanałów i bany za korzystanie z blokowania reklam, też mają swoją wymowę. Do tego dochodzi Premium, czyli płatne YT bez reklam. Robi się coraz mniej miło. Narasta niezadowolenie youtuberów, którym Google jakoś nie umie wprost powiedzieć, że chciałoby wreszcie zacząć zarabiać na serwisie, który kupiło kilkanaście lat temu. Gdy spadają przychody z innych kanałów reklamowych, nadchodzi czas excela, także dla YouTube.

 

Przebudzenie prywatnościowe

 

W ostatnich latach na aktualności zaczął tracić dawny układ, nie spisany – pomiędzy Google’m a użytkownikami, którzy przez lata mniej lub bardziej świadomie sprzedawali gigantowi swoje dane prywatne w zamian za „darmowe” usługi. Produkty Google tradycyjnie były bezpłatne, innowacyjne i używane przez miliardy ludzi. Aby uzyskać dostęp do tych darmowych produktów, ludzie musieli zrezygnować ze swoich danych osobowych i poświęcić nieco czasu i uwagi na reklamy.

 

Te ostatnie oczywiście nigdy nie były czymś, czego naprawdę chcieli użytkownicy usług Google’a – były one po prostu przykrą koniecznością, podatkiem nałożonym na dostęp do ekosystemu Google. Google zachęcał ludzi do handlu ich prywatnością, danymi i czasem dając w zamian bardzo dobrej jakości, „darmowe” produkty i usługi, z które często miały dobrych alternatyw. Każdy składnik tego ekosystemu zbiera pracowicie dane o każdej wykonanej przez użytkownika operacji, zamówieniu, wypowiedzianym lub zapisanym słowie. Wszystko to pracuje przede wszystkim w celu lepszego, dokładniejszego kierowania reklam i wykrywania ich skuteczności, np. przez rejestrację zakupów i zamówień.

 

Obecnie nastawienia użytkowników się zmieniają. Sprzyjają temu kolejne głośne skandale związane z nieuprawnionym wykorzystaniem prywatnych danych, niekoniecznie zresztą przez Google, bo akurat tu na sumieniu więcej ma inny potentat, Facebook. Obie firmy mają problemy związane z „przebudzeniem” użytkowników w dziedzinie prywatnych danych. Dochodzą do związane z owym „przebudzeniem” kłopoty z władzami państw i przepisami chroniącymi użytkowników lub rynek przed dominującymi graczami Big Tech.

 

Wielkie dochodzenie antymonopolowe

 

Facebook i Google są od pewnego czasu na celowniku dochodzeń antymonopolowych prowadzonych przez organy wymiaru sprawiedliwości w USA. Donosił o tym jako pierwszy w sierpniu dziennik „The Wall Street Journal”. Kilka miesięcy wcześniej Federalnej Komisji Handlu USA nałożyła na Facebooka karę grzywny w wysokości pięciu miliardów dolarów grzywny za brak ochrony danych użytkowników w związku ze skandalem Cambridge Analytica.

 

Na początku września pojawiła się informacja, że wszystkie stany USA, pod przewodnictwem Teksasu, rozpoczęły dochodzenia w sprawie „potencjalnych monopolistycznych zachowań Google’a”. Prokurator generalny Nebraska, Doug Peterson, powiedział na konferencji prasowej w Waszyngtonie, że 50 prokuratorów generalnych wspólnie wysyła „mocną wiadomość do Google”.

 

Przy okazji w USA przypomniano, że europejskie organy regulacyjne ds. ochrony konkurencji już w marcu 2019 r. nałożyły na Google grzywnę w wysokości 1,7 mld USD za nieuczciwe umieszczanie klauzul o wyłączności w umowach z reklamodawcami, co stawiało konkurentów w branży reklam internetowych w niekorzystnej sytuacji.

 

Jednym z możliwych efektów dochodzeń organów ds. przeciwdziałania praktykom monopolistycznym, jest zmuszenie Google do wydzielenia wyszukiwarki internetowej jako oddzielnej firmy. Organy mogą również skoncentrować się na takich obszarach jak YouTube, przejęta przez Google’a w 2006 roku, która jednak, o czym wspominałem, nigdy nie była rentownym biznesem sama w sobie.

 

Waluta facebookowa

 

Tracący aktywnych, młodych użytkowników Facebook wpadł ok. dwa lata temu na pomysł ożywienia biznesu przez wprowadzenie własnej waluty opartej na łańcuchach blokowych jak bitcoin. Pomysł na walutę Libra zapewne wydawał się Zuckerbergowi i kolegom genialny. I może taki był, gdyby nie to, że wchodzi na teren, którego państwa i establishment finansowy pilnują jak oka w głowie.

 

Po skandalu związanym z wyciekiem danych użytkowników do Cambridge Analytica i dowodach niezdolności platformy Zuckerberga do odpowiedniego zabezpieczenia własnej platformy, władze USA i wielu innych państw mają do Facebooka znikome zaufanie. Już w ciągu doby od chwili ogłoszenia planu wprowadzenia Libry na Facebooku (czerwiec 2019) zaczęły nadchodzić sygnały zaniepokojenia ze strony rządów całego świata. W Europie politycy podkreślali, że nie można pozwolić, by stała się ona „suwerenną walutą”. Amerykańscy senatorowie wezwali Facebooka do natychmiastowego wstrzymania projektu i wezwali kierownictwo Facebooka na przesłuchanie.

 

Projekt Facebooka przewidujący wprowadzenie kryptowaluty Libra nie może być realizowany w formie, w jakiej był dotąd prezentowany,” oświadczył w lipcu francuski minister finansów Bruno Le Maire. Nawiązał też do planów opodatkowania wielkich firm technologicznych. „Nie możemy pozwolić przedsiębiorstwom, które kierują się prywatnym interesem, na wyposażenie się w środki suwerenności monetarnej. Musimy działać.” Z kolei, według amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, Libra może stać się narzędziem ludzi finansujących terrorystów i zajmujących się praniem brudnych pieniędzy, w związku z czym stanowi problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jego zdaniem wirtualne pieniądze takie jak bitcoin „były już wykorzystywane do wspierania nielegalnego obrotu miliardami dolarów w ramach cyberprzestępczości, unikania podatków, sprzedaży nielegalnych substancji i narkotyków oraz handlu ludźmi”. Niemiecki minister finansów Olaf Scholz powiedział, że musi być gwarancja prawna, że kryptowaluty, takie jak Libra, nie będą stanowić zagrożenia dla stabilności finansowej ani prywatności konsumentów.

 

W końcu sam prezydent USA Donald Trump skrytykował na Twitterze kryptowaluty w tym bitcoina, oraz zapowiedzianą przez Facebooka Librę. „Jeśli Facebook i inne firmy chcą zostać bankami, muszą starać się o licencję bankową i podporządkować się wszystkim przepisom prawa bankowego, jak każdy inny krajowy czy międzynarodowy bank,” – napisał.

 

Podczas spotkania z przedstawicielami amerykańskiego Senatu we wrześniu Mark Zuckerberg powiedział ustawodawcom, że Libra nie zostanie uruchomiona nigdzie na świecie bez uprzedniego uzyskania zgody amerykańskich organów regulacyjnych. Na początku października PayPal opuścił Stowarzyszenie Libra, co było poważnym osłabieniem dla projektu. Potem ze stowarzyszenia wycofywać zaczęły się inne znane firmy, w tym eBay, Visa i MasterCard.

 

Libra w sensie formalnym została zorganizowana tak, aby wyglądać tak jak gdyby w ogóle nie był to Facebook. Zarządza nią organizacją non-profit z siedzibą w Szwajcarii rządzącą nim i stowarzyszeniem firm. Jednak oczywiste jest, że najważniejsze, pierwsze i ostatnie słowo ma w tym projekcie Facebook. I jakkolwiek ciekawy może się wydawać pomysł wprowadzenia globalnej, bezpiecznej i wygodnej w użyciu waluty, firma Zuckerberga stanowi dla projektu Libry nie atut, lecz obciążenie.

 

Około miesiąc temu odbyło się publiczne przesłuchanie Marka Zuckerberga przed Kongresem USA. Tematem miało być trochę co innego, ale w końcu kongresmani skupili się na Librze. W swoim inaugurującym oświadczeniu Zuckerberg wyraził przekonanie, że Libra może wesprzeć Amerykę i to na różne sposoby. Jeśli bowiem USA nie uruchomią globalnej waluty, to mogą to zrobić Chiny. Podobnego „chińskiego argumentu” używają też wprost lub w zawoalowany sposób wszystkie amerykańskie firmy Big Tech. „Jeśli nie pozwolicie nam tego czy owego robić, to zrobią to Chińczycy,” sugerują.

 

Jednak na razie wygląda na to, że amerykańskie organy regulacyjne nie pozwolą na uruchomienie Libry. Ludzie Zuckerberga pracują jednak wciąż nad projektem. W połowie listopada pojawiły się informacje o tworzeniu sieci testowych i portfeli, na których przeprowadzono dziesiątki tysięcy pozorowanych transakcji. Infrastruktura techniczna facebookowej waluty może być gotowa w przyszłym roku, jak zakładał plan. Być może Facebook liczy, że rzeczywiście kryptowalutę tego rodzaju zaproponują Chiny, co zmusi USA do przeciwdziałania, a błękitna platforma będzie mieć gotowe rozwiązanie dla władz amerykańskich.

 

Nie ma firm zbyt dużych, by upaść

 

W Polsce nieco mniej uwagi tradycyjnie poświęca się podwójnemu „A” ze skrótu GAFA, czyli Apple i Amazonowi, zwłaszcza temu drugiemu, bo wciąż nie prowadzi u nas oficjalnie działalności. Są to firmy, które również borykają się ze spadkiem sprzedaży (Apple) i narastającą w społeczeństwie i na szczeblach władzy ochotą przyłożenia dużemu za praktyki monopolistyczne (Amazon).

 

Według wielu opinii, ruchy Apple w ostatnich latach wskazują, że bada, do jakiego poziomu może podnieść ceny, co maksymalizuje przychody przy tej samej lub nawet niższej sprzedaży (a ta w sensie liczby egzemplarzy spada). W strategii podkreślającej luksusowość iPhone’a, jego długoterminową wartość. Może więc w obliczu nieuchronnego, czyli spadku sprzedaży sztuk smartfonów, Apple przyjmuje jednak całkiem inteligentną i racjonalną strategię. Przesuwa swój produkt w kierunku dobra jeszcze bardziej ekskluzywnego, o jakości wyższej niż reszta, co musi kosztować, a tym samym zachowuje przychody na maksymalnym możliwym poziomie.

 

Teoretycznie ten plan brzmi nieźle. Fakty jednak są dla IPhone’a coraz bardziej brutalne. Sprzedaż aparatów tej marki przyniosła w trzecim kwartale 2019 r. nieco poniżej 26 miliardów dolarów. To spadek o 12 proc. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Ponadto jeśli Apple miało w tym okresie 53,8 mld dolarów całkowitej sprzedaży, to znaczy, że sztandarowy iPhone stanowił mniej niż 50 proc. kwartalnych przychodów Apple. Takiej sytuacji nie było od lat. Podobnie jak w przypadku Google’a i reklamy, spada sprzedaż w segmencie kiedyś najważniejszym a perspektywy wyrównania tego dochodami z innych usług i produktów są niejasne.

 

Ciemne chmury ze strony organów antymonopolowych i organizacji konsumenckich w USA nadchodzą również nad imperium Amazona. Przeczuwać problemy zdaje się Jeff Bezos, który  niedawno powiedział pracownikom, jak donosiły media, że „Amazon wcale nie jest zbyt duży, by upaść. W zasadzie przewiduję, że pewnego dnia Amazon upadnie. Jeśli spojrzeć na duże firmy, ich długość życia wynosi zwykle ponad 30 lat, a nie ponad 100 lat”.

 

W USA pojawiły się precedensowe orzeczenia sądów, które pozwalają pozywać platformę handlową za wadliwy towar lub oszustwa sprzedających na niej podmiotów. To niebezpieczne dla Amazona, który dotychczas był w miarę bezpieczny jako wyłącznie dostawca infrastruktury dla niezależnych sprzedawców (składają się oni ok. 50 proc. obrotów na platformie). Ponadto wiszą nad nim oskarżenia o naruszanie praw pracowniczych i postulaty płacowe części spośród ok. 650 tysięcy zatrudnionych w Amazonie.

 

Każda opisanych wyżej firm ma swoją romantyczną legendę, charyzmatycznych założycieli, historię zachwycającą innowacjami i rewolucjami technologicznymi. To już jednak przeszłość. Obecnie mało kto chce już widzieć w Google, Facebooku, Amazonie, Apple, tych dawnych, fajnych, wyluzowanych, diabelnie zdolnych ludzi, za których jednak, co widać w ich wysiłkach wizerunkowych, wciąż chcieliby uchodzić.

 

Widzi się za to monstrualną górę pieniędzy, chciwość, bezwzględność w walce z konkurencją i hipokryzję, bo coraz mniej się różnią od świata „starych pieniędzy” i starych korporacji wyrosłych na pierwszej rewolucji przemysłowej, wciąż uparcie próbując demonstrować, że są „inne”. Nie są inne i nie powinny mieć żadnych szczególnych praw. Powinny płacić podatki, szanować zasady konkurencji i uwolnić nasze prywatne dane, które nie są własnością, ani ich, ani nikogo poza nami samymi.

 

Mirosław Usidus

Skazany za “rajstopy”. CMWP SDP w obronie red. Pawła Gąsiorskiego z portalu zycieporaja.pl

Ta sprawa jest wyjątkowo kontrowersyjna – jeden krótki artykuł napisany na podstawie solidnego wydawałoby się dowodu (faktury) i … skazanie dziennikarza. CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem oraz przekazało do Sądu Apelacyjnego w Katowicach swoją opinię, w której jednoznacznie wykazuje, dlaczego skazany dziennikarz powinien być uniewinniony. 

 

Sąd Okręgowy w Częstochowie 23 stycznia b.r. skazał red. Pawła Gąsiorskiego, redaktora naczelnego portalu www.zycieporaja.pl za to, iż „poprzez sporządzenie publikacji prasowej” dopuścił się bezprawnego naruszenia dóbr osobistych Katarzyny Kaźmierczak, ówczesnej zastępcy Wójta Gminy Poraj, sprawującej obecnie funkcję Wójta Gminy Poraj. Katarzyna Kaźmierczak skierowała przeciwko red. Pawłowi Gąsiorskiemu pozew z tytułu naruszenia  jej dóbr osobistych. Jak określono w pozwie, do naruszenia dóbr osobistych powódki doszło na skutek opublikowania przez red. Pawła Gąsiorskiego wpisu p.t ,,Kupiła rajstopy za pieniądze Mieszkańców!”. Wpis ukazał się 7 maja 2018 roku na portalu internetowym www.zycieporaja.pl oraz został opublikowany na profilu Gminy Poraj na portalu www.facebook.com oraz w grupie zamkniętej Gmina Poraj na portalu www.facebook.com. Katarzyna Kaźmierczak twierdzi, że w spornej publikacji zawarte były nieprawdziwe informacje, iż pełniąc funkcję publiczną robi prywatne zakupy za pieniądze pochodzące z budżetu gminy. Publikacja zarzuca ówczesnej zastępcy wójta Gminy Poraj, że na koszt gminy zakupiła proszek do prania, tabletki do zmywarki, krem do rak , patyczki zapachowe oraz dwie paczki rajstop. Red. Paweł Gąsiorski opublikował skan faktury wystawionej na gminę Poraj ze szczegółowym spisem w/w zakupów.

 

sporny artykuł jest tu :http://zycieporaja.pl/wiadomosci/kupila-rajstopy-za-pieniadze-mieszkancow/

 

Pozwem z dnia 14 maja 2018 r.  Zastępca Wójta Gminy Poraj wniosła o  opublikowanie przez dziennikarza przeprosin za opublikowanie nieprawdziwych informacji na jej temat, ponieważ wg niej dziennikarz miał  podstaw, żeby twierdzić, że robi ona prywatne zakupy na koszt Gminy Poraj. Po przeprowadzeniu postępowania w sprawie Sąd I instancji wydał wyrok, którym nakazał dziennikarzowi złożenia oświadczenia zgodnie z żądaniem powódki oraz zasądził od pozwanego na cel społeczny kwotę 2 tysięcy  zł oraz na rzecz powódki zwrot kosztów procesu (także 2 tys. zł) .

 

W uzasadnieniu wyroku Sąd wskazał, iż co prawda pozwany nie wskazał w artykule pozwanej z imienia i nazwiska, ale Sąd i komentujący artykuł internauci nie mieli wątpliwości, iż artykuł dotyczy powódki. Sąd również nie dał wiary pozwanemu, iż treść artykułu opisuje działania gminy i gminnych urzędników, a nie konkretnej osoby – powódki. Sąd, chociaż ustalił, iż pozwany próbował się kontaktować telefonicznie z powódką i uzyskał z urzędu gminy fakturę VAT potwierdzającą nabycie rajstop, nie uznał tego za przejaw rzetelności i staranności dziennikarskiej. Ponadto pomimo ustalenia przez Sąd, iż Gmina Poraj kupiła dwie pary rajstop, to Sąd nie uznał, tego działania za bezprawne, uzasadniające dopuszczalną krytykę dziennikarską.

 

Tymczasem wg CMWP SDP ocena, czy w niniejszej sprawie doszło do naruszenia dóbr osobistych p. Katarzyny Kaźmierczak nie może zostać dokonana w oderwaniu od faktu, iż była i jest  ona osobą publiczną. W dniu publikacji powódka sprawowała funkcję zastępcy wójta Gminy Poraj a obecnie jest Wójtem Gminy Poraj. W związku z powyższym jej działalność wzbudza duże zainteresowanie społeczeństwa i mediów. Wymaga także podkreślenia, iż dopuszczalność publikowania o powódce wyłącznie artykułów pochlebnych oznacza w istocie cenzurę prasy i stanowi naruszenie jej prawa do przedstawienia krytyki, wolności wyrażania opinii i swobody wypowiedzi.  Co najistotniejsze –  informacje zawarte w publikacji są prawdziwe. Zakup m.in. dwóch par rajstop na rzecz gminy zostało potwierdzone dokumentem (fakturą), który nie był kwestionowany przez powódkę. Prawdą jest, że gmina zakupiła rajstopy na koszt gminy a zatem za pieniądze jej mieszkańców (podatników). Sąd Okręgowy w Częstochowie błędnie przyjął, że pozwany nie udowodnił, aby to powódka osobiście dokonywała zakupów, natomiast sporna publikacja sugeruje, że to właśnie powódka dokonywała owych zakupów. Taki tok rozumowania Sądu I instancji nie jest zasadny. Fakt, że w publikacji znajdują się następujące sformułowania : ,,Panie Pawle niech pan sprawdzi drogerię Notu tam wicewójtowa kupuje rajstopy na koszt gminy „ oraz ,,Próbowałem w tej sprawie skontaktować się z wicewójt, ale bez skutku” nie jest sugerowaniem, że to powódka zakupiła rajstopy na rzecz gminy. Pierwsze sformułowanie jest cytatem informacji jaką dziennikarz otrzymał od swego informatora. Wynika to jednoznacznie z kontekstu i treści publikacji. Drugie sformułowanie – nie jest sugerowaniem, wskazywaniem na osobę powódki, lecz określeniem, że dziennikarz usiłował skontaktować się w sprawie z wicewójtem, ponieważ zgodnie z wewnętrznymi regulacjami Urzędu Gminy Poraj, to zastępca wójta odpowiada za nadzór nad prawidłowym wydawaniem środków finansowych na materiały biurowe, środki czystości, sprzęt, artykuły spożywcze (vide par. 8 ust. 12 zarządzenia nr. 50/2016). Dziennikarz usiłował zatem skontaktować się z osobą kompetentną do udzielenia interesujących go informacji. Sąd Okręgowy wydając wyrok dokonał nieuprawnionej i błędnej nadinterpretacji artykułu.

 

CMWP stoi na stanowisku, że wniesione w niniejszej sprawie powództwo można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa Pawła Gąsiorskiego do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcenie go do podejmowania ważnego społecznie tematu. W tym kontekście uwzględnienie powództwa stanowi naruszenie praw człowieka i obywatela i powoduje tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy dotyczące społeczności lokalnej. W tym kontekście, wyroku Sądu I Instancji nie da się pogodzić ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP). CMWP  SDP stoi na stanowisku, że wyrok ten narusza międzynarodowe standardy wolności słowa i powinien zostać zmieniony.

 

 

Z dziennikarstwa do literatury – refleksje PIOTRA GAJDZIŃSKIGO

Redaktor Błażej Torański zażądał ode mnie tekstu – zażądał to właściwe stwierdzenie – na temat „Jak się przechodzi z dziennikarstwa do literatury”. Tekst ma być oparty na własnym przykładzie. Dla mnie katorga.

 

Po pierwsze, nie wydaje mi się, abym pokonał drogę inkryminowaną mi przez redaktora Torańskiego. Napisanie trzech biografii trzech byłych pezetpeerowskich kacyków – nawet jeśli wszystkie uzyskały z reguły dobre oceny – oraz kilku innych książek, nie stawia mnie jeszcze nie tylko na literackim Parnasie, ale chyba nawet nie u jego podnóża. Po drugie, udzielanie rad wielu świetnym dziennikarzom, którzy na tę stronę zaglądają bądź nawet tu publikują, jest dla mnie krępujące. Dlatego wbrew żądaniom redaktora Torańskiego, pozostanę jedynie przy próbie udzielenia odpowiedzi na pytanie, na ile doświadczenie dziennikarskie przydaje się przy pisaniu książek. Dość zresztą oczywistej odpowiedzi.

 

Notes z telefonami. Kilka lat pracy w dziennikarstwie ułatwia dotarcie do osób, które mogą być interesującymi rozmówcami. Przy pisaniu biografii rozmówcy znający bohatera książki są nieocenieni, bo choć gdy pisze się biografię osoby powszechnie znanej i już wcześniej „przebadanej” trudno oczekiwać, że ich wspomnienia zasadniczo zmienią ogląd postaci, to jednak znający go ludzie potrafią pełniej przedstawić jego życiowe wybory i motywacje, którymi się kierował. Nie mówiąc już o anegdotach, które są istotną częścią biograficznej książki. Tu od razu nasuwa się różnica między dziennikarstwem a pisaniem książek. W tym drugim wypadku weryfikowanie słów świadków, ale też informacji pozyskanych z innych źródeł wymaga jednak znacznie większej staranności.

 

Drugim istotnym doświadczeniem, które wyniesione z dziennikarstwa dobrze sprawdza się przy pisaniu książek jest umiejętność prowadzenia rozmowy i selekcjonowania informacji, które mogą być dla autora, a w konsekwencji dla czytelnika, interesujące. Rzecz jasna selekcjonowanie informacji dotyczy nie tylko treści przekazywanych przez rozmówców, ale też pozyskiwanych z innych źródeł. Selekcji dokonuje się oczywiście przy pisaniu każdego tekstu, ale przy pisaniu książek autor jest obarczony tak ogromną ilością informacji, anegdot, wypowiedzi, że ta selekcja jest o niebo trudniejsza. A przecież niezbędna, niemała część tego całego zbioru musi pozostać w archiwum. Książka, podobnie jak gazeta, nie jest z gumy.

 

Pisanie książki jest – obok wielu niedogodności – czynnością niezwykle przyjemną. Po pierwsze, jest z reguły dziełem tworzonym w pełni samodzielnie, bez konieczności ulegania kompromisom. Akurat tej przyjemności dziennikarz jest zazwyczaj pozbawiony. Bardzo często zmuszony jest pisać bardziej „pod redaktora” niż czytelnika, musi się oczywiście liczyć z linią pisma i często opinią wydawcy oraz wszystkich tych, którzy stanowią redakcyjną „hierarchię dziobania”. Bardziej musi się liczyć z obowiązującym w redakcji stylem niż ulegać własnej manierze. W wypadku autora książek – może jeszcze nie pierwszej, ale z pewnością wszystkich kolejnych – tego rodzaju obciążeń nie ma. Wolność w pełnym tego słowa znaczeniu! Nigdy nie spotkałem się, aby wydawca lub redaktor ingerował w treść moich książek, a już tym bardziej, aby próbował mi narzucić swój punkt widzenia. Oczywiście, redaktor książki czasem zgłasza jakieś uwagi, czasem nawet sugestie, ale – uwaga! – redaktorzy książek są nieporównywalnie bardziej spolegliwi niż ci, których znamy z redakcji gazet. Pisząc książkę mamy pełne prawo te sugestie odrzucić lub zlekceważyć. Być może nie wszyscy autorzy książek mają ten luksus, ale ja mam. Również dlatego, że z reguły oferuję wydawnictwom książkę niemal już skończoną, a w każdym razie bardzo zaawansowaną i dopiero wówczas podpisuję umowę. To poczucie wolności wydaje mi się wartością bezcenną.

 

O urodzie pisania książki stanowi też czas, który trzeba poświęcić na jej napisanie. To może brzmieć kontrowersyjnie, ale dzięki temu, że zbieranie materiału i pisanie zajmuje wiele miesięcy, autor ma dość czasu, aby przemyśleć swoje sądy i opinie, z którymi przystępował do pracy i które w tym momencie wydawały mu się absolutnie fundamentalne. Moje wieloletnie doświadczenie dziennikarskie świadczy, że presja czasu, z którą mamy do czynienia pisząc tekst do gazety, czasopisma, a zwłaszcza portalu internetowego, takiego luksusu nie zapewnia.

 

Z tym wiąże się jeszcze jedna zaleta, z której pozwalam sobie obficie korzystać. Niektóre tezy swoich książek „przegaduję” ze znajomymi, do których mam zaufanie. To wzbogaca, a czasem powoduje, że nieco modyfikuję swoje myślenie. Klasyczne dziennikarstwo obarczone presją czasu na to nie pozwala.

 

Oczywiście czas poświęcony pisaniu książki to dla wielu także argument zniechęcający. Samo pisanie, czyli w istocie finalna część całego procesu tworzenia, trwa w moim wypadku mniej więcej sześć miesięcy. Oznacza to konieczność odsunięcia na dalszy, a czasem bardzo daleki plan normalnych obowiązków, a co gorsza również przyjemności. Pisanie wciąga mnie tak bardzo, że pod koniec wielomiesięcznej pracy, której poświęcałem codziennie przez siedem dni w tygodniu po kilka godzin (w weekendy po 10-12 godzin) łapałem się na „myśleniu bohaterem” pisanej pozycji – Gomułką, Gierkiem, Jaruzelskim. Kiedyś przez kilka dni planowałem uraczyć rodzinę „mortadelą w szlafroczkach”, daniem lansowanym na początku lat osiemdziesiątych w kobiecych pismach. Żona i córka dały odpór i otrzeźwiałem. A gdy pisałem biografię Władysława Gomułki, podczas nielicznych rodzinnych zakupów, łapałem się z kolei na tym, że naprawdę zaskakiwała mnie obfitość mięs w sklepach nazywanych w tamtej epoce masarniczymi, bo przed oczami miałem fotografie polskich sklepów z lat sześćdziesiątych oraz partyjne i bezpieczniackie raporty o nadchodzącym kolejnym świńskim dołku. Innym objawem tego zjawiska było zanudzanie znajomych anegdotami z życia partyjnych bonzów.

 

Wielką przyjemnością są dla mnie również godziny spędzane w bibliotekach oraz archiwach. To jak podróż w czasie – powrót do okresu studiów. Znacznie to przyjemniejsze niż tylko, także oczywiście przy pisaniu książki niezbędne, surfowanie po Internecie.

 

Pisząc do gazet człowiek poświęca zazwyczaj jakiemuś tematowi określony, nie nazbyt długi czas. Kończy, wysyła i zapomina. W przypadku pisania książki, autor jest tego luksusu pozbawiony. Przez wiele miesięcy koniec pracy jest tak odległy, że aż zniechęcający. A człowiek, przynajmniej niżej podpisany, ma potrzebę dobrnięcia do celu, zamknięcia przynajmniej jakiegoś etapu. Oczywiście, w przypadku pisania książki tym etapem są rozdziały, ale nie jest to – w moim wypadku – zamknięcie całkowite, bo później do niby już napisanych rozdziałów często wracam. Wszystko jest więc bardzo rozwleczone w czasie, co bywa piekielnie deprymujące i nużące. Ratunkiem jest przerwanie tego pasma niekończącej się pracy napisaniem tekstu do gazety. Jeszcze jeden dowód, że dziennikarstwo ułatwia pisanie książek.

 

Dziennikarskie doświadczenie otwiera też, co oczywiste, drzwi do wydawnictw i stępia początkową wstrzemięźliwość właściwą osobom decydującym o jego polityce. Jako dziennikarze, od dłuższego czasu władający piórem, nie jesteśmy dla wydawców postaciami anonimowymi, „z ulicy”, których jedynym aktywem jest ambicja napisania książki. Nie tylko dlatego, że już pisać umiemy, także dlatego, że mamy pewne doświadczenie w wyborze tematów, które mogą zainteresować czytelnika.

 

Ale są cechy przyrodzone dziennikarstwu, które pisaniu książek przeszkadzają. Pracując w redakcjach jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego rytmu pracy, który tutaj zupełnie się nie sprawdza. Przy pisaniu książki nie mamy bata w postaci pilnującego czasu szefa. Pisanie książki to praca samodzielna, bez wielkiej presji czasowej i szefa, co stanowi pokusę bycia „tym który pisze”, a nie „tym który napisał”. Samodzielna praca wymaga dużej, a w początkowym stadium – gdy „dzieło” jest jeszcze we mgle – żelaznej dyscypliny i świadomości celu. Bez tego „dzieło” na zawsze pozostanie w sferze planów i kilku wersji tytułu.

 

Gdy uda nam się zaprząc do pracy i dobrnąć do celu przychodzi, zawsze przychodzi, moment euforii, którego doświadcza się w ciągu kilku pierwszych minut po pochwyceniu w ręce gotowej już książki. Trzeba tę radość przez kilka dni celebrować, a później zasiąść do pisania kolejnej.

 

 

Sztuka wbrew Exelowi – MACIEJ KUCIEL z TVN o dziennikarstwie śledczym

Rozmawiając przed laty z wysokiej rangi urzędnikiem w Ministerstwie Finansów zapytałem, dlaczego nie wprowadzono rozwiązań legislacyjnych, które ucywilizowałyby rynek jednorękich bandytów. – Kwestia woli politycznej, będzie wola polityczna, będziemy cywilizować – usłyszałem. Tak samo jest z dziennikarstwem śledczym: będzie wola właścicieli – wydawców mediów, to będzie istniało dziennikarstwo śledcze. Bez woli popartej realnymi budżetami media będą skazane na przecieki, serwowane opinii publicznej jako efekt wielomiesięcznych dziennikarskich śledztw.

 

W mediach rządzi Exel. Jak mawiał porucznik Arek, bohater „Krolla”:  „Nam jest wszystko jedno, sztuka to sztuka”. Portal, program telewizyjny, gazetę trzeba czymś wypełnić. Codziennie lub co tydzień. Najlepiej tanio. Śledztwo dziennikarskie, a zwłaszcza to realizowane dla telewizji, do tanich nie należy.

 

Miesiąc siedzenia w krzakach

 

Nad ostatnim większym śledztwem intensywnie z Danielem Liszkiewiczem pracowaliśmy miesiąc. Cztery tygodnie siedzenia w krzakach, wstawania po pierwszej w nocy, aby obserwować to, co się dzieje z wywożonymi ze skawińskiej spółki Clif odpadami chemicznymi.

 

Wcześniej było jeszcze kilka nieudanych prób, podczas których obserwowani „gubili nasze ogony”. Po miesiącu mieliśmy dowody na przestępczy proceder, ale nie mieliśmy materiału. Ten trzeba było jeszcze zrealizować, przeprowadzić wywiady, posiedzieć na montażu. To zajęło kolejne cztery tygodnie. W tym czasie dwóch sprawnych reporterów zamiast dwóch materiałów mogło zrealizować od sześciu do ośmiu reportaży, które zapełniłyby czas antenowy od sześciu do ośmiu wydań codziennego programu jakim jest „Uwaga!”. Według Exela nasza wydajność była skandalicznie niska.

 

W realizacji materiału pomagało jeszcze dwóch dokumentalistów programu „Uwaga!”:  Tomasz Lusawa i Patrycja Dzięcioł. Oni też siedzieli nocami w samochodzie czekając aż załadowane rakotwórczymi chemikaliami ciężarówki ruszą nad ranem w nieznanym wówczas kierunku, aby zrzucić i zakopać swój ładunek. Do tego samochody oraz sprzęt. Trzeba jeszcze doliczyć zwykłą robotę dziennikarską – spotkania z informatorami, poszukiwania potencjalnych bohaterów reportażu, ekipy telewizyjne (operator, dźwiękowiec). A co, jeśli nie wyjdzie? Wyszło.

 

Czy było warto? Dla mnie tak, udało się pokazać bezsilność urzędów, służb środowiskowych, a także ignorujących problem szefów prokuratur rejonowych umarzających kolejne postępowania karne. Zebraliśmy dowody, powstały dwa ważne społecznie dziennikarskie materiały. Jednak dla Exela znaczenie z całego wywodu ma tylko cyfra dwa.

 

Na szczęście pojawiła się wola i Jarosław Jabrzyk, producent programu „Superwizjer”. Za wolą poszedł budżet i nowy kierunek śledztwa. Jaka jest udział samorządów w całym procederze? Dlaczego niebezpieczne odpady zakopywane są na terenach należących do samorządów? Jaka jest rola fundacji i firmy doradczej powiązanej z byłym już prezydentem Dąbrowy Górniczej?

 

Dzięki budżetowi mogłem kontynuować pracę. Dziennikarz, nawet ten prowadzący śledztwo, musi opłacić rachunki, spłacić kredyty, mieć pieniądze na hobby i inne przyjemności. Jak mawiają Hiszpanie pracuje się, aby żyć a nie żyje, aby pracować.

 

To, że jest się przedstawicielem zawodu, co prawda z roku na rok mniejszego zaufania publicznego nie znaczy, że pracuje się dla idei. Jeśli dobrze wykonuję swój zawód oczekuję, że dobrze mi zapłacą za profesjonalnie wykonaną robotę.

 

W Bytomiu, gdzie ciężarówki wyjeżdżające z Clifa zrzucały chemiczny ładunek, trafiłem na spotkanie mieszkańców z Damianem Bartylą, prezydentem miasta, przedstawicielami marszałka województwa oraz policji i służb środowiskowych.

 

– Zróbcie mur, zalejcie nas gnojem i tyle – krzyczeli mieszkańcy. Poseł PiS Wojciech Szarama dodawał: – Panie komendancie policji! Czy musi się Pan uczyć zasad pracy operacyjnej od dziennikarzy TVN?

 

To co tam się działo, można zobaczyć w kolejnym reportażu jaki powstał z tego śledztwa. Wyemitował go program „Uwaga!”, który stanął w obronie zasypywanych odpadami mieszkańców Bytomia. „Bytom miastem odpadów” https://uwaga.tvn.pl/reportaze,2671,n/smieci-w-bytomiu-mieszkancy-protestuja-przeciwko-wysypiskom,240695.html

 

„Superwizjer” był jednak zainteresowany samorządowcami. „Eksperyment dziennikarski” zwany kiedyś prowokacją, informatorzy i rozmowy z urzędnikami złożyły się na czwarty już reportaż jaki udało się zrealizować dzięki siedmiu latom pracy przy śledztwach dotyczących tematyki odpadowej. https://player.pl/programy-online/superwizjer-odcinki,337/odcinek-1100,S03E1100,73465

 

Materiał „Superwizjera” – „Wysyp” został nominowany do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze. Rywalizację przegrał z wstrząsającą historią Igora Stachowiaka, zrealizowaną przez Wojciecha Bojanowskiego. Naszą pracę doceniły też jury konkursów „Dziennikarz Małopolski” i „Silesia Press”. Gratulował nadzorujący finanse Jarosław Potasz, dyrektor do spraw produkcji TVN.

 

Precyzyjny plan

 

Tego jak i wielu innych reportaży śledczych nie byłoby bez budżetów i wsparcia ze strony redakcji i jej dokumentalistów. Praca nad innym, poświęconym zorganizowanej grupie przestępczej z Łodzi, wyłudzającej mieszkania od starszych schorowanych ludzi, zajęła cztery „bezproduktywne” miesiące. Temat znalazła Aleksandra Potoczek, wspomagał nas Daniel Liszkiewicz. Powstały dwa „Superwizjery” i dwa wydania programu „Uwaga!” Do aresztu, pod zarzutem współpracy ze zorganizowaną grupą przestępczą trafiła notariusz i 8 członków grupy. https://player.pl/programy-online/superwizjer-odcinki,337/odcinek-1031,zatrzymani-za-wyludzanie-mieszkan,S00E1031,34968

 

Dzięki Monice Szymborskiej, byłej już szefowej „Uwagi!”, zająłem się tematem jednorękich bandytów. Z poziomu maszyn hazardowych ustawionych w sklepach i na stacjach benzynowych z Danielem Liszkiewiczem dotarliśmy do Ministerstwa Finansów, po drodze odkrywając powiązania urzędnika i świata hazardowych maszyn ze zorganizowaną grupą przestępczą. Zakończyliśmy temat pokazując  jak rząd odebrał celnikom możliwość pracy operacyjnej przy zwalczaniu nielegalnego hazardu, czyniąc pracę tych organów całkowitą fikcją.

 

Tematu nie odpuszczaliśmy przez dwa lata, zaczynając pół roku przed publikacją Cezarego Gmyza w „Rzeczpospolitej” i wybuchem „afery hazardowej”. Ta nasza dwuletnia praca nie byłaby możliwa bez budżetów przeznaczanych na trwające często miesiącami dokumentacje tematów. Dzięki mrówczej pracy zbierającego okruchy informacji Daniela Liszkiewicza i ja mogłem się zajmować innymi tematami, produkując reportaże na bieżące potrzeby programu.

 

Dla mnie realizacja każdego śledztwa to temat, współpracownicy i precyzyjny plan wykonywanych czynności. Spisuję go w punktach, omawiając robocze tezy oraz co zamierzam robić, aby je udowodnić. Do tego dochodzi kalendarium, czyli rozpisana po kolei, według dat, „podejrzana” działalność.

 

Tak, jak w przypadku sprowadzanego do Polski z Ukrainy odpadu – rakotwórczego HCB. Miał on zostać profesjonalnie spalony w ciągu roku, jednak urzędnicy podpisali zezwolenia pozwalające na przywiezienie takiej liczby ton, że zakład spalał to przez pięć lat.

 

Nie tylko dziennikarstwo śledcze

 

W ciągu 17 lat pracy dla TVN zrealizowałem ok. 250 reportaży dla programu „Uwaga!”, pewnie kilkadziesiąt dla „Superwizjera”. Z tego niewielki procent, według moich standardów, to ściśle śledcze materiały, chociaż większość dotyczyła przestępstw, nieprawidłowości, czy błędów popełnianych przez osoby prywatne i przedstawicieli władzy.

 

Obecnie podchodzę do śledztwa w sposób praktyczny. Jeśli redakcja, czyli zamawiający , jest zainteresowana tematem i chce inwestować, to chętnie się tym zajmę w ramach oferowanego budżetu. Jeśli temat nikogo z decydentów nie wzrusza, to nie będę kruszył kopii i zajmę się czymś innym, co również przyniesie mi satysfakcję zawodową.

 

Ostatnie duże śledztwo zrealizowałem rok temu. Od tego czasu opowiedziałem mroczną historię rolnika spod Kielc podejrzewanego o zamordowanie co najmniej 18 osób. Można go było zatrzymać kilkanaście zabójstw wcześniej, ale zignorowano notatkę oficera operacyjnego, którego odnalazłem. Do tego sąd wydał filmy z wizji lokalnych z udziałem jednego z „cyngli” bandyty, który pokazywał jak organizowano zabójstwa. Zrealizowałem na ten temat dwa duże reportaże dla „Superwizjera”. Moim zdaniem bardzo dobre, ale nie śledcze.

 

Odtworzyłem na zamkniętym torze wypadek z udziałem premier Beaty Szydło. Ogarnięcie dwóch operatorów, siedmiu kamer, trzech samochodów, nie licząc seicento, to dopiero było wyzwanie. Czy było to śledztwo? Udało mi się pokazać to, o czym się mówiło, obalić linię prokuratury o wyłącznej winie kierowcy, ale czy było to okupione miesiącami mrówczej pracy dziennikarskie dochodzenie?

 

Nie gardzę też rozrywką. Wywiad z Kazikiem z Kultu, reportaż o T.Love, Golec uOrkiestra czy Kulisy Sławy Beaty Ścibakównej, Włodzimierza Korcza i Elżbiety Starosteckiej. Tu też korzystam z pomocy dokumentalistek z „Uwagi!” Moja realizacja zajmuje: dzień na przygotowanie, drugi na scenariusz, trzy do czterech dni zdjęciowych do tego trzy dni na montaż i w dwa tygodnie jest reportaż.

 

Mam nadzieję, że pomimo 46 lat nie jestem jak Dziadek z filmu „Psy” – A gdzie ja teraz robotę znajdę, jak tylko przesłuchiwać umiem?

 

Maciej Kuciel

 

Szczegóły realizacji dziennikarskich śledztw telewizyjnych, podstawowe przepisy prawne oraz wywiady z dziennikarzmi realizującymi operacje przykrywkowe można znaleźć w książce, którą napisałem razem z Moniką Wawer „ Reporter w przebraniu”

https://sdp.pl/felietony/13934,reporter-w-przebraniu-recenzja-ksiazki,1488917168

 

Najważniejsza jest prawda. ADAM SOCHA o filmie, którego bohaterem jest Gareth Jones, bezkompromisowy dziennikarz

Dziękuję Agnieszce Holland za przywrócenie pamięci o dziennikarzu Garecie Jonesie, który był Kasandrą XX wieku. Dla mnie film „Obywatel Jones” jest filmem o dziennikarstwie, o tym, czym jest ten zawód i jakie jest jego znaczenie.

 

W filmie mamy obraz dwóch dziennikarzy i dwóch postaw. Pierwszą postawę, dziennikarstwa skorumpowanego, a więc najpowszechniejszego reprezentuje laureat nagrody Pulitzera Walter Duranty. Dziennikarskiego Oscara uzyskał za załgane korespondencje o wspaniałych sukcesach Stalina w budowie pierwszego na świecie państwa robotników i chłopów. Świat był wówczas pogrążony w wielkim kryzysie i zachodni, lewicowi intelektualiści pokładali w Stalinie ogromną nadzieję, iż zbuduje ustrój sprawiedliwości społecznej.

 

Natomiast biznesmeni i politycy za wszelką cenę potrzebowali kontraktów. W te nastroje doskonale wstrzelił się Duranty, skończony łajdak, który karmi opinię publiczną, jako moskiewski korespondent New York Timesa, czołowej gazety świata, bajeczkami o komunistycznym raju.

 

Jego całkowitym przeciwieństwem jest Gareth Jones, młody dziennikarz pochodzący z Walii, przed którym otworem stała wielka kariera. Jako pierwszy zachodni dziennikarz przeprowadził wywiad z Hitlerem, świeżo upieczonym kanclerzem Rzeszy. Jones natychmiast zdał sobie sprawę z jak niebezpiecznym człowiekiem świat ma do czynienia. Poinformował polityków partii byłego premiera Lloyda Georga, którego był doradcą, iż wojna właśnie się zaczęła. Został wyśmiany, a premier go zwolnił. Jones odchodząc mówi mu, że George traci jedynego doradcę, dzięki któremu znał prawdę, ale Lloyd nie chciał tej prawdy, był zafascynowany Hitlerem. W 1936 roku spotka się z nim i wygłosi kilka pochwalnych opinii o kanclerzu III Rzeszy.

 

Bezrobotny Jones za własne pieniądze jedzie do Moskwy, jako freelancer, by uzyskać wywiad ze Stalinem. Chce odkryć tajemnicę, skąd Stalin czerpie ogromne środki na budowę fabryk, skoro kraj jest zrujnowany? Ma świadomość, że ta wiedza może go kosztować życie. Jednak dla niego, jako dziennikarza najważniejsza jest prawda. Jego credo zawodowe, to przekazywanie faktów na tematy najważniejsze dla ludzi.

Korespondenci zagraniczni, którym nie wolno wyjechać poza Moskwę, umilają sobie pobyt uczestnicząc w orgiach organizowanych przez Durantego. Jedynie Jones łamie zakaz i przedostaje się na Ukrainę.

 

Na jego artykuły odpowiadają korespondenci z Moskwy, którzy dla ratowania posad robią z Jonesa kłamcę. Kariera Garetha Jonesa jest skończona, wraca do walijskiej dziury, podejmuje pracę w lokalnym gazetce i ma pisać o kulturze. Traf chce, że w sąsiedztwie posiadłość kupił magnat prasowy Hearst. Wdziera się do jego pałacu. Hearst z jakichś powodów chce skompromitowania laureata Pulitzera, więc puszcza artykuły Jonesa. Nie zmieniają one biegu historii, bo dla świata polityki i wielkiego biznesu los milionów ukraińskich chłopów nic nie znaczy. Fetują Durantego, którego publikacje doprowadziły do zniesienia sankcji USA wobec Rosji bolszewickiej i można już było legalnie robić interesy ze Stalinem. „Business as usual”.

 

To co odkrył Jones na Ukrainie otworzyło oczy Georgowi Orwellowi (panowie poznali się osobiście). Wcześniej Orwell też był zafascynowany Stalinem i pokładał w nim nadzieję na zmianę świata na lepsze. Pod wpływem rozmowy z Jonesem Orwell napisał słynny „Folwark zwierząt”.

 

Gareth Jones podejmuje jeszcze jedną niebezpieczną wyprawę dziennikarską, tym razem do położonego w Chinach Mandżuko, marionetkowego państewka, zależnego od Japonii, by badać stosunki japońsko-sowieckie na tym terytorium. W przeddzień swoich 30 urodzin, 12 sierpnia 1935 roku zostaje zamordowany. Jego przewodnik okazał się agentem NKWD. Natomiast Walter Duranty dożył sędziwego wieku, zmarł mając 73 lata i jak informują końcowe napisy filmu, do dzisiaj nie odebrano mu Pulitzera.

 

Nic się nie zmieniło. Nadal świat dziennikarski zaludniony jest osobnikami typu Durantego, a Jonesowie są zjawiskiem wyjątkowo rzadkim.

 

Marzy mi się, żeby dziennikarze Ukrainy i państw środkowo-wschodniej Europy, a więc tych państw, które zawsze padały ofiarą silniejszych, ustanowili nagrodę dziennikarską im. Garetha Jonesa.

 

Adam Socha

Prawo nie tylko dla prawników – EWA USOWICZ o dziennikarstwie prawnym

Całe zawodowe życie zajmuję się dziennikarstwem prawnym i zawsze znajdzie się ktoś, kto jest przekonany, że takie zespoły jak te, z którymi mam i miałam okazje pracować, piszą dla… prawników. Nic bardziej mylnego, choć akurat prawnicy to ludzie, którzy chętnie czytają – mają otwarte głowy, są ciekawi opinii innych. Rzecz jasna – są też ważnym dla nas czytelnikiem, ale jednak – jednym z wielu. Bo prawo nie jest tylko dla prawników! Oni zresztą akurat radzą z nim sobie najlepiej. Warto pisać też, a może – przede wszystkim, dla tych, którzy radzą sobie dużo słabiej.

 

Piszemy więc o prawie dla przedsiębiorców, urzędników (zarówno tych rządowych, jak i samorządowych), menadżerów, doradców podatkowych, księgowych, kadrowych, dyrektorów szkół czy szpitali, studentów, ale też dla zwykłych ludzi. Gros tzw. newsów prawnych, to wiedza przydatna głównie w pracy. Ale jest też masa tematów, którymi zainteresowany może być niemal każdy, bez względu na to, gdzie pracuje. Niezmienne „hity” to choćby tematy dotyczące rozwodów, spadków, alimentów, darowizn (i w ogóle rozliczeń w rodzinie), 500+, mandatów i punktów karnych, roszczeń frankowiczów, emerytur, podatków, zwolnień lekarskich, uprawnień pracowniczych… Długo można by wymieniać, ale generalnie – to tzw. samo życie. A wspomniani prawnicy to też ludzie, więc nie tylko rozwodzą innych, ale i sami mają czasem ten dopust, raczej nie Boży… Więc o ciekawym „rozwodowym” orzeczeniu zawsze chętnie przeczytają.

 

Dziennikarstwo prawne to nieustanne śledzenie zmian w legislacyjnej fabryce prawa, która produkuje jak szalona. Musimy na bieżąco pisać o wszystkich najważniejszych zmianach w prawie. Ale nie tylko – dziennikarze prawni muszą wypatrzeć luki czy niekonsekwencje w przepisach, przewidzieć ich skutki, a czasem słone koszty. To coraz trudniejsze w sytuacji, gdy tryb legislacyjny przypomina nieraz bicie sprinterskich rekordów. Czasem w nocnych głosowaniach, innym razem bez koniecznych konsultacji, ale generalnie sprint jakości prawa nigdy nie służył. Dlatego zawsze mamy dużą satysfakcję z naszego pisania, gdy uda nam się „naprawić” bubel prawny, uchronić firmy czy ludzi przed fatalnymi przepisami.

 

Artykuły prawne to nie tylko tzw. newsy, ale też np. konkretne porady. Albo opinie – zawsze zresztą świetnie czytane.

 

Jak trzeba pisać o prawie? Możliwie prostym językiem, zrozumiałym dla wielu odbiorców nie – prawników. Zawsze proszę dziennikarzy, aby o tym pamiętali. Samo prawo jest wystarczająco skomplikowane, nie warto jeszcze dodatkowo komplikować tekstów. Ani pisać językiem ustawowym, który jest kostyczny, niezrozumiały, a czasem – absurdalny.

 

Skoro już wiedzą Państwo o czym piszemy, jak i dla kogo – muszę się na koniec do czegoś przyznać. Zespoły prawne w redakcjach składają się w znakomitej większości z ludzi, którzy ukończyli prawo, a nie dziennikarstwo. Tego ostatniego musieliśmy się po prostu nauczyć.

 

Skazana za felieton. CMWP SDP w obronie dziennikarki

Red. Hanna Szumińska została oskarżona o przestępstwo z art. 212 § 2 k.k., które miało polegać na pomówieniu dwóch osób: lokalnego radnego oraz funkcjonariusza Policji. 

Na portalu internetowym wikiduszniki.pl oraz  w gazecie „Forum+ Miesięcznika Ziemi Szamotulskiej”  w styczniu 2018 r.  Hanna Szumińska opublikowała felieton, w którym stawiała pytania, czy radny „załatwił” policjantowi darmowy wyjazd zagraniczny do Estonii, w zamian za odstąpienie od czynności służbowych (nieodebranie prawa jazdy). Jej krótka publikacja na ten temat  ( około 2 tysięcy znaków) stały się przyczyną wniesienia aktu oskarżenia oraz wydania przez Sąd Rejonowy w Poznaniu   wyroku skazującego. Od tego orzeczenia pełnomocnik Hanny Szumińskiej wniósł apelację. Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP objęło tę rozprawę monitoringiem. W ocenie CMWP SDP  skazanie dziennikarki za ten artykuł jest rażącym naruszeniem zasady wolności słowa demokratycznego państwa. Sąd Rejonowy uznał przy tym, iż dziennikarka dopuściła się dwóch odrębnych czynów i wymierzył jej dwie kary (i przez to dwie tzw. nawiązki finansowe na cele społeczne).  Oznacza to dwukrotne skazanie za jeden czyn, wbrew przepisom prawa karnego materialnego oraz poglądom judykatury w tej materii. Tymczasem dziennikarka działała w interesie społecznym i w ogóle nie powinna być skazana za ten artykuł. Takie stanowisko CMWP SDP przesłało do Sądu. Rozprawa apelacyjna zaplanowana jest na 20 listopada w Sądzie Okręgowym w Poznaniu. 

 

W dniu dnia 7 stycznia 2018 r. red. Hanna Szumińska opublikowała na str. internetowej www.wikiduszniki.pl oraz na łamach gazety Forum+ Miesięcznika Ziemi Szamotulskiej artykuły, które  dotyczyły lokalnego radnego oraz funkcjonariusza Policji. Nie wymieniała ich nazwisk.

 

Artykuł , po którego publikacji została oskarżona i skazana z 212 kk red. Hanna Szumińska jest tu :CMW.H.Szumińska.artykuł.Dokument 218

 

W artykule czytamy m.in. : Radny AD z Podrzewia załatwił aspirantowi policji Przemysławowi J. darmowy wyjazd do Estonii. Aby to było możliwe, policjant otrzymał honorowe członkostwo Ochotniczej Straży Pożarnej. Czy stało się tak dlatego, że aspirant J. nie odebrał radnemu prawa jazdy, choć powinien? O szczegółach pisaliśmy w tekście „Jak policjant został strażakiem”. Natomiast na łamach Forum+ zamieściła artykuł, który został opatrzony tytułem „Tej hipotezie nikt nie zaprzeczył Jak policjant został strażakiem”. Nadto nad ww. tytułem znajdował się tekst „Na tropie prawdy”. W ww. artykule oskarżona zamieściła tekst: Łatwo odpowiedzieć komu, trudniej udowodnić dlaczego. Wyjazd do Estonii załatwiła ta sama osoba, która wciągnęła J. Na członka honorowego – Andrzej D. Zadaliśmy pytania, ale nie jesteśmy w stanie potwierdzić powtarzanej przez mieszkańców gminy opinii, że była to nagroda za to, że Andrzejowi D, nie odebrano prawa jazdy za naruszenie prawa o ruchu drogowym.

 

Sąd Rejonowy uznał, że dziennikarka nie zachowała szczególnej staranności przy zbieraniu materiałów do artykułów prasowych i ich redagowaniu. W szczególności, nie uznał skuteczności zadanych przez nią w trakcie przygotowywania artykułu pytań przyjmując, że pytanie zadane za pomocą Facebooka nie spełniało wymagań – mimo że Prawo prasowe  nie przewiduje żadnych obostrzeń co do formuły zapytania prasowego. Uznał również, że dziennikarka powinna była poinformować osoby, których materiał prasowy miał dotyczyć  o zamiarze jego opublikowania, chociaż żaden przepis prawa takiego obowiązku nie przewiduje. Nie wziął też pod uwagę statusu prawnego osób, do których odnosiła się treść artykułów prasowych (obydwaj są funkcjonariuszami publicznymi  i dla społeczności lokalnej – osobami publicznymi). Sąd nie objął opisem  wszystkich elementów publikacji, opierając się na wersji zaprezentowanej przez oskarżycieli, a nie na wersji faktycznie opublikowanej. Ponadto sąd oddalił kluczowy dla obrony wniosek dowodowy o przesłuchanie świadka na okoliczność tego, kto był informatorem dziennikarki.  Nie bez znaczenia dla przedmiotowej sprawy jest także wybór przez Autorkę artykułu „Jak policjant został strażakiem” specyficznego gatunku dziennikarskiego, jakim jest felieton. Felieton jest to bowiem publicystyczny, krótki utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający subiektywny punkt widzenia autora, w którym porusza on i komentuje aktualne tematy społeczne, zwracając uwagę na ujemne zjawiska w życiu codziennym. Warto podkreślić, iż w tej krótkiej publikacji, dziennikarka nie podaje żadnego nazwiska, a co więcej, przyznaje, iż opisuje historię, której nie udało jej się jednoznacznie potwierdzić, zwraca tylko uwagę na fakty i ich zadziwiającą koincydencję stawiając pytania na końcu felietonu. Działanie takie jest absolutnie uzasadnione ze względu na funkcję kontrolną, jaką w demokratycznym kraju pełnią środki masowego komunikowania w stosunku do innych podmiotów działających w przestrzeni publicznej i co równie istotne, jest zgodne ze sztuką dziennikarską. W tym wypadku więc skazanie dziennikarza jest w ocenie CMWP SDP rażącym naruszeniem zasady wolności słowa demokratycznego państwa.

 

Podsumowując powyższe rozważania i oceniając całokształt sprawy przez pryzmat wolności słowa, CMWP stoi na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa red. Hanny Szumińskiej do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcenie jej do podejmowania ważnego społecznie tematu. W tym kontekście jej skazanie stanowi naruszenie praw człowieka i obywatela i powoduje tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy dotyczące społeczności lokalnej. W tym kontekście, wyroku Sądu I Instancji nie da się pogodzić ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP). CMWP stoi na stanowisku, że wyrok ten narusza międzynarodowe standardy wolności słowa i powinien zostać uchylony.

 

Warszawa, 16 listopada 2019 r.

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Jeden świadek nie żyje, inni nie znali, nie widzieli…

Zakończyły się zaplanowane na ten rok rozprawy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu w sprawie uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary.

 

O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Obaj mężczyźni to judocy a także byli milicjanci. Na początku lat 90. zaczęli pracę w ochronie w poznańskiej firmie Elektromis. Na ławie oskarżonych zasiadłby również Roman K., pseudonim Kapela, ale nie żyje od 1993 roku. K. miał także brać udział w porwaniu Ziętary 1. września 1992 roku. Krążące wersje dotyczące śmierci ochroniarza mówią o jego samobójstwie, przypadkowym postrzale w głowę, a nawet, że został zastrzelony, a samobójstwo upozorowano. Podobno istniały obawy, że zacznie coś mówić właśnie w sprawie Jarosława Ziętary. Proces od lutego 2019 roku obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

W listopadzie przewidziane były dwie rozprawy, jedna z nich została odwołana, a w czwartek, 14 listopada, przesłuchano kolejnych świadków oraz podano terminy następnych posiedzeń, które odbędą się w pierwszych czterech miesiącach 2020 roku.

 

Zeznawało czerech świadków: Krzysztof S., Henryk J., Tomasz R. oraz Walerian P. Wszyscy potwierdzili przed sądem, że nie znali dziennikarza, nigdy go nie widzieli, nie wiedzą o żadnym pobiciu kogokolwiek z udziałem ochroniarzy Elektromisu. Trzech mężczyzn sprawę dziennikarza znało wyłącznie z mediów, a czwarty Walerian P. w ogóle o niej nie słyszał.

 

Krzysztof S., 60 lat, w latach 90 pracował w Elektromisie jak sam o sobie powiedział jako „samodzielny od zakupów”. Dodał, że jego obowiązkiem był zakup towaru i sprowadzenie go do Polski. Nie zajmował się jednak sprzedażą na terenie kraju. W Elektromisie, według S, pracowało sześć grup, które zajmowały się pozyskiwaniem towarów. Krzysztof S. stał na czele jednej z nich, VI. Świadek stwierdził, że 70% zakupów robiła właśnie VI grupa. Z Elektromisu odszedł z własnej woli, po pięciu latach i przez to stał się – jak powiedział – osobą wyklętą. Polegało to na tym, że „pracownicy mieli zakaz kontaktowania się ze mną”.

 

Ponad to stwierdził, że nie ma żadnej wiedzy o związkach Ziętary z Elektromisem. Nie słyszał, by młodego dziennikarza pobito pod siedzibą firmy, ani  kogokolwiek innego. Tłumaczył, że w tamtym czasie bardzo dużo jeździł po Europie i był bardzo zajęty, a sprawę zna jedynie z mediów. Nie potrafił także wyjaśnić jak trafił do Elektromisu i kto go przyjmował do pracy.

 

Wcześniej prowadziłem kwiaciarnię w Pniewach. Gdy cofniemy się w czasie o 30 lat, Pniewy były wtedy strategicznym miastem. Wszyscy musieli jechać przez Pniewy. (Miasto 50 km od Poznania na trasie do Berlina). To były czasy gdzie nic nie można było kupić. Ludzie przychodzili do mojej kwiaciarni nie tylko po kwiaty, ale również po kawę, pomarańcze, ja to wszystko tam miałem i stąd moje szerokie kontakty. Mogło być tak, że kiedyś przyszedł tam również Mariusz Ś. lub ktoś inny z kadr i tak to się zaczęło – domniemywał Krzysztof S. Świadka spytano również jaką rolę w Elektromisie pełnił Mariusz Ś.

 

Często nabijaliśmy się, że Mariusz Ś. jest w firmie na etacie strażaka. Nie wiem, jaką funkcję formalnie pełnił.

 

Podczas czwartkowej rozprawy twierdził także, że do Elektromisu sprowadzano papierosy z zagranicy i jego zdaniem było to legalne.

 

Tu warto uzupełnić, powołując się na publikacje poznańskich dziennikarzy, że Krzysztof S. był jednym z oskarżonych w aferze Elektromisu polegającej m.in. na wielkich oszustwach podatkowych, został nawet nieprawomocnie skazany w aferze Elektromisu, ale ostatecznie sprawa się przedawniła. Jednak w czwartek nie wspomniał, że miał proces, w którym wyszło m.in. na jaw, że papierosy pochodziły z nielegalnych źródeł. S. prowadził także drużynę Miliarder Pniewy, która w latach 90. występowała na najwyższym szczeblu rozgrywek piłkarskich.

 

Henryk J. to 59 letni były pracownik Elektromisu. Z zawodu strażak, w holdingu zatrudniony był od marca 1989 roku do 2018. Początkowo był handlowcem, następnie pracował w dziale tworzenia sieci dyskontowej Biedronka i Żabka. Swoje zeznania podsumował: pracowałem tam 30 lat i muszę powiedzieć, że super praca.

 

Tomasz R. pseudonim Chomik, to 54 letni były milicjant, który działał również w ZOMO. Ze służby odszedł jeszcze w 1988 roku. Jak sam zeznał został cinkciarzem i stał pod kantorami. Z czasem sam wpadł w kłopoty. Miał procesy za wymuszenia rozbójnicze. W tym samym czasie trenował boks w Poznańskim Klubie Sportowym Olimpia. Z klubu zna obu oskarżonych.  Rybę pamięta dobrze, bo był, jak się wyraził wybitnym judoką, a Lalę, słabiej, wie jednak, że taki „chłopak tam się przewijał”. Tłumaczył równocześnie, że sam trenował boks, a oskarżeni judo. Pytany o ludzi związanych z Elektromisem oświadczył, „ to nie było moje środowisko, to były znajomości na część”.

 

Ostatni na sali sądowej pojawił się, 78 letni Walerian P., który do dziś związany jest z branżą tekstylną, pomimo, że wyjechał z Polski już w 1963 roku. Mieszka w Niemczech, a do Polski przyjeżdża głównie w interesach. Był związany z polskimi firmami odzieżowymi, z których większość już nie istnieje. O sprawie Jarosława Ziętary nic nie wie nawet z prasy.

Tu jednak warto dopowiedzieć, że według poznańskich mediów, Walerian P. był bohaterem artykułu autorstwa zamordowanego dziennikarza, który ukazał się na łamach tygodnika „Wprost” na początku lat 90. Chodziło o tekst dotyczący „wspólnika in blanco” oraz tzw. „białego Żyda”. Pytany o te epitety przez prokuratora Walerian P. oświadczył, że nie słyszał by tak go nazywano oraz zaprzeczył, by to mogło chodzić o jego osobę. Wspomniany tekst, jak donoszą poznańskie media, zahaczał o interesy służb specjalnych i świadek miał zabiegać o jego sprostowanie. Ostatecznie takie ukazało się we Wproście, zredagowane pod nieobecność Ziętary i bez jego wiedzy. Jarosław Ziętara odszedł z tygodnika.

 


 

8 stycznia w Sądzie Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis oskarżonych przez krakowską prokuraturę o porwanie w 1992 r. dziennikarza śledczego Jarosława Ziętary, które doprowadziło do jego zabójstwa. Z aktu oskarżenia wynika, że ochroniarze o pseudonimach: “Ryba” i “Lala” przedstawili się Jarosławowi Ziętarze jako policjanci i “zaprosili” dziennikarza do samochodu przypominającego radiowóz, później przekazali go zabójcom. Przed 1989 r. obaj byli milicjantami, pracowali w kompanii antyterrorystycznej, po upadku komunizmu zaczęli pracować jako ochroniarze w Elektromisie. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy.

 

Od 2016 r. w poznańskim sądzie toczy się także proces byłego senatora Aleksandra Gawronika, który według śledczych podżegał do zabójstwa dziennikarza. On także nie przyznaje się do winy.

 

Dziennikarz śledczy Jarosław Ziętara zaginął w 1992 roku. Wyszedł do pracy, do której nigdy nie dotarł. Według prokuratury został zamordowany. Jego ciała do tej pory nie odnaleziono, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego.

 

Aleksandra Tabaczyńska