Coraz mniej dobrego dziennikarstwa – rozmowa z ANDREW NAGORSKIM, wieloletnim korespondentem „Newsweeka”

Media wpadły w pułapkę wspierania jednej lub drugiej strony politycznego sporu. Dziennikarzom zaś trudno się „odkleić” od komputera i zobaczyć coś na własne oczy – mówi Andrew Nagorski, dziennikarz i pisarz w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Za jaki tekst dla amerykańskiego „Newsweeka” wyrzucono pana ze Związku Radzieckiego?

 

Nie chodziło tylko o jeden tekst. Władzom Związku Radzieckiego nie spodobało się kilka moich artykułów, które opublikowałem w amerykańskim „Newsweeku”, będąc korespondentem zagranicznym tego tygodnika w Moskwie. Krytykowana była również okładka „Newsweeka” z tytułem „Ostatnie dni Breżniewa”. Słowa z okładki były przesadzone. Kiedy czytelnik kupił „Newsweek” z tym tekstem na okładce, mógł mieć wrażenie, że za tydzień Breżniew już nie będzie żył. A przeżył jeszcze pół roku.

 

Cofnijmy się trochę. Kiedy pan przyjechał do Sowietów?

 

Pojawiłem się w Moskwie w 1981 r.  Związek Radziecki był w tamtym czasie fascynującym miejscem do pracy. Zdawałem sobie sprawę, że są tam naciski na korespondentów zagranicznych. Niektórzy dziennikarze zagraniczni sami decydowali nie puszczać części materiałów, żeby nie drażnić władz. Nie chciałem grać w tę grę, nie godziłem się na autocenzurę. Chciałem rzetelnie wykonywać pracę reporterską, pracować tak, jakbym był korespondentem w każdym innym miejscu świecie. Nie chciałem zatrzymywać informacji dla siebie, nawet gdybym wiedział, że przywódcy na Kremlu będą niezadowoleni z moich artykułów. Jeden z moich pierwszych tekstów przygotowywałem latem 1981 r. na Litwie. Chciałem sprawdzić, jaki jest oddźwięk ruchu „Solidarności” na Litwie.

 

Wśród Polaków czy wśród Litwinów?

 

Bardziej wśród Litwinów. Chciałem sprawdzić co myślą o „Solidarności”. Litwini mieli dużo informacji z Polski, wielu z nich oglądało polską telewizję i słuchało polskiego radia. Spotkałem kilka kobiet, których mężowie byli w GUŁAGu. Kiedy reportaż o Litwie ukazał w „Newsweeku”, dałem go do przeczytania rosyjskiemu pisarzowi, który tworzył teksty do szuflady. Po lekturze powiedział: jak będziesz pisał takie artykuły, to po roku wyrzucą cię ze  Związku Radzieckiego.

 

Przepowiednia się spełniła?

 

Musiałem wyjechać po czternastu miesiącach. W 1982 r.

 

Może pan podać nazwisko tego pisarza?

 

Teraz już tak. Wiktor Jerofiejew. Dalej mamy ze sobą kontakt.

 

Które republiki Związku Radzieckiego odwiedził pan poza Litwą?

 

Byłem m. in. w Tadżykistanie, gdzie rozmawiałem z młodymi muzułmanami o wojnie w Afganistanie.

 

Sowieckie służby śledziły korespondentów zagranicznych? Obserwowały z kim się spotykają, gdzie bywają, jakie tematy poruszają. KGB dawało panu odczuć swoją obecność?

 

Na początku nie, ale czasem obserwacja KGB stawała się bardziej widoczna. Zawsze obserwowali zachodnich dziennikarzy, ale nie zawsze pokazywali się. Nie podobały im się też moje częste wyjazdy poza Moskwę.

 

Dawali odczuć swoją niechęć?

 

Robili różne prowokacje. Przecięli mi oponę w aucie. Wydarzyło się to, kiedy pojechałem w okolice Moskwy, porozmawiać z Niemcem pochodzącym z jednej z bałtyckich republik, który pod koniec II wojny światowej jako bardzo młody człowiek uciekł z rodziną do Niemiec. Dał się jednak przekonać Sowietom do powrotu i trafił do obozu. W końcu go wypuszczono, ale musiał zostać w Związku Radzieckim. Często KGB wypytywało o mnie ludzi, z którymi rozmawiałem przygotowując reportaże i wywiady.

 

Miał pan jako korespondent „Newsweeka” automatyczne pozwolenie na podróżowanie po całych Sowietach, czy przy każdym wyjeździe z Moskwy musiał pan starać się o przepustkę?

 

Było to regulowane przez umowy helsińskie z 1975 r. O wyjeździe do miejsca oddalonego ponad czterdzieści kilometrów od Moskwy trzeba było informować dział prasowy ministerstwa spraw zagranicznych Związku Radzieckiego. W informacji należało przedstawić dokładne miejsce wyjazdu. Były zamknięte części kraju, do których dziennikarze nie mieli wstępu. Ale większość terytorium Związku Radzieckiego była niechętnie otwarta dla korespondentów zagranicznych. Jeżeli w ciągu czterdziestuośmiu godzin MSZ nie wydał decyzji odmownej, można było jechać. Zmuszało to władze radzieckie do mówienia nie. A oni woleli nie zgodzić się, niż powiedzieć nie. Jeżeli powiedzieli nie korespondentowi „Newsweeka”, w ramach reperkusji władze amerykańskie nie wydawały pozwolenia korespondentowi radzieckiej „Izwiestii” w Waszyngtonie na odwiedzenie np. Baltimore. Amerykanie z czasem zaczęli dobrze grać w tę grę. Jeżeli Rosjanom nie podobało się miejsce wyjazdu, robili wszystko, żeby podróż była nieprzyjemna. Obserwacja KGB stawała się wtedy bardzo widoczna i nachalna.

 

Prowadził pan kurs pisania o sprawach międzynarodowych? Czego pan na nim uczył?

 

Pracę z młodymi ludźmi zawsze zaczynam od wyjaśnienia, czym jest reportaż. W internecie jest masa materiałów dziennikarskich. Ale większość z nich to opinie i komentarze, które nie są oddzielone od informacji. Zawsze powtarzam, że dobry dziennikarz powinien rozpoczynać pracę od obserwowania rzeczywistości i ludzi, następnie przechodzić do robienia wywiadów, które polegają na bezpośredniej rozmowie. Podczas wywiadów należy patrzeć rozmówcom w oczy i obserwować ich reakcje. Nie można opierać się na kontakcie przez internet. Kiedy prowadziłem zajęcia w Nowym Jorku, mówiłem moim studentom: traktujcie to miasto, jako obce państwo i znajdujcie w nim tematy i rozmówców do reportaży. Kiedy mówiłem czym jest wywiad, słyszałem od młodych ludzi, że wyślą do rozmówców kilka pytań emailem.

 

Zgadzał się pan na ich propozycję?

 

Nie. Tłumaczyłem, że odpowiedzi, które otrzymają szczególnie od znanych publicznie osób, będą bardzo nudne. Zawsze lepiej spotkać się i porozmawiać. Można wyczuć sytuację, zapytać o rzeczy, o które przez email by się nie zapytało i usłyszeć bardziej spontaniczne wypowiedzi.

 

A jeżeli nie można spotkać się i porozmawiać w cztery oczy, jak wtedy przeprowadzić wywiad?

 

Można porozmawiać przez skype’a. Gdy taka forma kontaktu też nie jest możliwa, zostaje telefon. Email to ostateczność. Podkreślę to po raz kolejny: rozmowy i bezpośrednie obserwacje to podstawowe narzędzia pracy dziennikarskiej.

 

Po zgromadzeniu materiału i wstępnym opracowaniu go, przychodzi czas na pisanie. Jak pisać, żeby ludzie chcieli czytać to, co piszemy i czas poświęcony lekturze nie był dla nich stracony?

 

Pracując w „Newsweeku” nauczyłem się, jak pisać dla ludzi, którzy znają temat i dla tych, którzy niewiele albo nic o nim nie wiedzą. Tekst nie może być zbyt dydaktyczny i zbyt prosty, a jednocześnie musi być przystępny dla czytelników. Można to osiągnąć poprzez indywidualne postacie, sylwetki i wydarzenia umieszczone w reportażu. Narracja musi przyciągnąć czytelnika bez względu na poziom znajomości tematu. Uczyłem studentów, że w tekście ważny jest wstęp, który musi zainteresować czytelnika tematem. Tłumaczyłem, jak rozwijać go w tekście i w jaki sposób kończyć puentą. Wyjaśniałem, jak się pisze opinie i teksty, w których pragnie się zaprezentować określony punkt widzenia. Punkt widzenia przedstawiony w artykule powinien mieć podstawę w tym, co dziennikarz zaobserwował i usłyszał od swoich rozmówców. Nie powinien wynikać z tego, w co wierzy i co już wie. Każdy z nas ma swoje przekonania, ale to nie powinno wpłynąć na treść artykułu.

 

Jak pan postrzega współczesne media?

 

We współczesnych mediach z różnych powodów nastąpiła defragmentacja. Prawie każde medium chce dawać czytelnikom i widzom to, w co oni już wierzą i utwierdzać ich w wyznawanych poglądach. W Stanach Zjednoczonych część mediów przekonuje, że Trump jest zły, reszta twierdzi, że jest świetny. Media wpadły w pułapkę wspierania jednej lub drugiej strony politycznego sporu. Uwikłane w spory polityczne starają się utrzymać przy sobie widzów i czytelników. W Polsce jest podobnie. Jedną z najciekawszych rzeczy, którą można zrobić dla czytelnika czy widza to zaprezentować mu przynajmniej jeden lub dwa materiały, w bloku telewizyjnym czy w gazecie, które go zaskoczą. Niech czytelnik czy widz dowie się czegoś nowego o temacie, o którym myślał, że wie wszystko. Należy pokazywać problem z perspektywy, która nie pasuje do czarno-białej analizy i przedstawiać temat w innym świetle. Na tym polega dobre dziennikarstwo. Ale jest go coraz mniej we współczesnych mediach.

 

Czy na takie dziennikarstwo jest jeszcze miejsce we współczesnych  mediach? Czy jest jeszcze potrzebne czytelnikom?

 

Mam nadzieję, że jest miejsce na dobre dziennikarstwo. Pojawiają sie próby, które zmierzają do wytworzenia nowych form dziennikarstwa. Powstają nowe portalem, które są trochę mniej przewidywalne niż istniejące media. Trzeba jednak wypracować dla nich model skutecznego finansowania, bo bez pieniędzy żadne medium nie jest w stanie funkcjonować. To poważny problem, także w Stanach Zjednoczonych. Interesująco rozwija się „Political”, który stał się dość potężnym medium, stanowiącym kombinację dziennikarstwa, działów specjalistycznych oraz rzeczy robionych na zamówienie. Trzeba jednak odróżniać te sprawy, wtedy wszystko jest w porządku.

 

Jakie widzi pan we współczesnym świecie mediów wyzwania dla dziennikarzy?

 

Nowe pokolenie dziennikarzy musi wytworzyć inne modele funkcjonowania  mediów, ponieważ obecnie istniejące rozwiązania już się wyczerpały. Jestem szczęśliwy, że byłem dziennikarzem w czasach, kiedy korespondent zagraniczny mógł  jeździć po świecie, pisać o tym, co widzi i utrzymać się ze swojej pracy na przyzwoitym poziomie. Niestety, teraz coraz trudniej dziennikarzom „odkleić” się od komputera i zobaczyć coś na własne oczy. Amerykańskie sondaże pokazują, że opinie o dziennikarzach są coraz gorsze. Niestety, dziennikarze w znacznym stopniu przyczynili się do powstania takich opinii. Mają dużo na sumieniu, często wikłają się w działalność polityczną, publikują informacje bez sprawdzenia, nie proszą o komentarz osób, o których piszą. Jeżeli dziennikarstwo ma mieć przyszłość, trzeba wrócić do podstawowych zasad kształtujących ten zawód. Inną kwestią natomiast jest to, jak będzie zmieniać się przyjmowanie przez ludzi informacji.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl.

 


 

Andrew Nagorski

Pisarz, dziennikarz, ur. 1947 r. w szkockim Edynburgu. Przez wiele lat związany z „Newsweekiem” jako dziennikarz, korespondent i szef biura tygodnika w Honkongu, Moskwie, Rzymie, Bonn, Warszawie i Berlinie. Trzykrotnie wyróżniony przez Overseas Press Club za swoje relacje. Od stycznia 2000 r. do lipca 2008 r. Andrew Nagorski pełnił funkcję starszego redaktora Newsweek International, zajmował się współpracą redakcyjną między magazynem macierzystym a rozwijającą się siecią wydawnictw w językach obcych. Nowymi czasopismami, które ukazały się podczas jego kadencji były: Newsweek Arabski (2000 r.), Newsweek Polska (2001 r.), Newsweek Rosja (2004 r.), Newsweek Argentina (2006 r.).

Jesienią 2019 r. w Polsce nakładem poznańskiego wydawnictwa Rebis ukazała się jego najnowsza książka zatytułowana „1941. Rok, w którym Niemcy przegrały wojnę”.

Źródło: www.andrewnagorski.com, fot.Twitter/Andrew Nagorski

 

 

 

 

 

 

 

 

Powstaje europejska infrastruktura cenzury – alarmuje MIROSŁAW USIDUS

Zarówno słynna dyrektywa ACTA2 jak i rozporządzenie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, które, choć o nim nieco ciszej, jest gorliwie mielone przez młyny prawodawcze Unii Europejskiej, to kolejne elementy konsekwentnie budowanej w Brukseli machiny do cenzorowania sieci w każdym jej aspekcie.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne

 

Takie np. „treści terrorystyczne” miałoby zwalczać rozporządzenie, które w tekście opublikowanym na portalu SDP kilka miesięcy temu nazywałem TERREG (zbitka od osłów „terroryzm” i „regulacja”), to potencjalnie całkiem pojemny worek pojęciowy. Lewica od dawna sugeruje, że tak należałoby rozumieć bardzo szeroki zakres poglądów politycznych wykraczających poza „akceptowalny nurt” (zasłyszane od szwedzkiej socjalistki). Prawica z kolei ma tendencję do dostrzegania wyłącznie terroryzmu islamistycznego, co nie jest zgodne z rzeczywistością, bo terrorem posługują się różne grupy i jednostki, także te o prawicowych poglądach.

 

Usuń natychmiast, potem możesz się skarżyć

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”.

 

Gwarancje większej wolności wypowiedzi przez wprowadzenie mechanizmów cenzury? Jasne. Znamy to. Demokracja socjalistyczna w propagandzie PRL też była „demokracją bardziej” niż po prostu demokracje w krajach zachodnich. Mówiąc wprost: „demokracja socjalistyczna” tym różniła się od demokracji, czym krzesło elektryczne od zwykłego krzesła.

 

Przesadzam? To spójrzmy, co euro-urzędnicy szykują firmom internetowym i nam wszystkim.

 

W projekcie rozporządzenia proponuje się np. jednogodzinny termin usunięcia treści po wydaniu przez wskazane organy nakazu. Oczywiście dla dostawców i administratorów jest to prawo drakońskie, zwłaszcza, że władza chce od nich „punktów kontaktowych” dostępnych całą dobę, siedem dni w tygodniu, co w praktyce będzie zmuszało ich do zwiększenia nakładów na zarządzanie serwisami a niektórym może zwiększyć koszty poza granicę opłacalności biznesu. Przy tak krótkim terminie nie ma czasu na dyskusje, interpretacje, wątpliwości, ekspertyzy i podobne mechanizmy obrony wypowiedzi, która nie musi wcale być jednoznaczna. Jest to po prostu szybka administracyjna pałka państwowego cenzora.

 

Oczywiście proponowana w rozporządzeniu definicja treści terrorystycznych, ograniczająca je do przekazów zachęcających lub popierających akty terrorystyczne, promujących działalność grup terrorystycznych lub też zawierających instrukcje i techniki przeprowadzania ataków, może chwilowo kogoś uspokoić. Gdy jednak uświadomimy sobie, że to urzędnik ze szczegółowymi instrukcjami niekoniecznie jawnymi i znanymi opinii publicznej, decyduje o tym, czy to, co napisaliśmy „zachęca”, „popiera” lub „promuje” ugrupowania terrorystyczne a na obronę przed uznaniową decyzją nie ma praktycznie czasu, to wygląda to już znacznie bardziej niepokojąco.

 

Zwłaszcza, że dobrze wiemy o przypadkach określania jako „terrorystyczne” różnych działań i grup, niewygodnych lub nieposłusznych wobec władz. Chiny nazywają terrorystami walczących o niezależność Ujgurów, uzasadniając w ten sposób niezwykle agresywne represje jakim poddały tę mniejszość narodową. Turcja terrorystami nazywa Kurdów a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy i ma inne poglądy.

 

Wśród proponowanych sformułowań rozporządzenia jest także, jak donoszą media, „obowiązek” ostrożności na internetowych platformach i upewnienia się, że nie służą do rozpowszechniania treści terrorystycznych. Miałby on spoczywać na użytkowniku! Ale przecież tego rodzaju wezwania w stylu – „Obywatelu, bądź czujny. Wróg nie śpi!” – przywodzą na myśl komunizm i w ogóle totalitaryzm. Od kiedy to w wolnym, demokratycznym kraju obywatel ma obowiązek uważać, czy w miejscu, które odwiedza, ktoś przypadkiem nie publikuje czegoś niewłaściwego?

 

Jasne, projekt rozporządzenia przewiduje składanie skarg i odwołań przez użytkowników, którzy nie zgadzają się na kwalifikowanie tego co opublikowali jako „treści terrorystyczne”. Jednak, oprócz kolejnego obowiązku jaki w związku tym dochodzi dostawcom sieci i platform – bo to oni muszą stworzyć i obsłużyć mechanizmy odwoławcze – znów dzwoni tu głośno alarm, że mechanizm to nic innego jak infrastruktura cenzury. Powstaje procedura, w której „zdejmuje się” coś w trybie natychmiastowym na podstawie administracyjnego żądania, zaś przywrócenie może potrwać znacznie dłużej, jest kłopotliwe i opiera się… znów na administracyjnej uznaniowości.

 

Chcesz dołożyć terrorystom, obrywają dostawcy usług w chmurach

 

Projekt rozporządzenia o treściach terrorystycznych jest obiektem krytyki ze strony wielu organizacji i aktywistów od około roku. Pisałem w swoim tekście z kwietnia o negatywnej opinii Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej (FRA) na temat szykowanego rozporządzenia.

 

Tworzona przez firmy i aktywistów internetowych organizacja Global Network Initiative już w styczniu 2019 przyjęła stanowisko, w którym stwierdza m. in.: „Proponowane rozporządzenie europejskie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych mogłoby mimowolnie zaszkodzić prawom użytkowników i podważyć uzasadnione wysiłki na rzecz dokumentowania i przeciwdziałania działalności ekstremistów w Internecie”. Dalej czytamy, że „członkowie GNI zwracają uwagę na niejasne definicje treści o charakterze terrorystycznym, szybkie terminy, w których firmy muszą stosować się do nakazów usunięcia treści, naciski na kształtowanie warunków świadczenia usług przez firmy internetowe a zarazem odnoszenie spraw o usunięcie treści do tych warunków, a nie przepisów prawa krajowego lub unijnego”.

 

GNI wskazuje, że przepisy zakazujące nawoływania do terroryzmu „powinny być ukierunkowane jedynie na bezprawne wypowiedzi, mające na celu podżeganie do popełnienia przestępstwa i które powodują niebezpieczeństwo popełnienia aktu terrorystycznego lub aktu przemocy”. Rozporządzenie odwołuje się do definicji „treści terrorystycznych” zawartej w dyrektywie UE 2017/541, która wielokrotnie została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka i niezależnych ekspertów. Ponadto, ponieważ definicja ta opiera się na dyrektywie unijnej, powstaje możliwość, że będzie interpretowana na wiele różnych sposobów we wszystkich państwach członkowskich.  Zdaniem GNI powstała w ten sposób sfera niepewności prowadzi zagrożenia zbyt gorliwej polityki ze strony firm internetowych, które będą myśleć głównie o swoim bezpieczeństwie prawnym.

 

W opracowanym przez pozarządowych ekspertów GNI pt. „Extremist Content and the ICT Sector” pisze się o obawach „ustanowienia precedensów pozasądowej cenzury administracyjnej bez odpowiedniego dostępu do środków odwoławczych, bez jasno określonej odpowiedzialności i przejrzystości regulacji dla użytkowników i społeczeństwa”.

 

Organizacjom takim jak GNI w krytyce projektu rozporządzenia o treściach terrorystycznych, wtórują liczni eksperci i przedstawiciele środowisk akademickich. „Projekt rozporządzenia stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa. Przepisy te mogą być stosowane w odniesieniu do dziennikarzy, organizacji pozarządowych, partii politycznych, związków zawodowych, ludności autochtonicznej, historyków lub przedstawicieli nauk społecznych, pisarzy, rysowników, fotografów i filmowców. Transgraniczne stosowanie tych przepisów sprawia, że może stać się ono strasznym narzędziem w rękach reżimów autorytarnych lub nieuczciwych urzędników”, napisał niedawno na swoim blogu Martin Scheininin, profesor prawa międzynarodowego i praw człowieka na Wydziale Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji.

 

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że projektowane regulacje ostro krytykowane są przez przedstawicieli sektora technologii i dostawców usług internetowych. Zwiększają przecież znacząco koszty prowadzenia biznesu i odpowiedzialność. Ponadto zwraca się uwagę na to, jak bezrefleksyjnie wprowadzane nowe przepisy mogą zagrażać całym nowym gałęziom biznesu, np. dostawcom infrastruktury w chmurze.

 

Po spotkaniu pt. „Fighting Terrorist Propaganda Online”, które odbyło się w Parlamencie Europejskim 13 listopada Alban Schmutz, przewodniczący stowarzyszenia dostawców usług infrastrukturalnych w chmurze w Europie (CISPE), ostrzegł, że jeśli firmy tego typu nie zostaną usunięte z zakresu rozporządzenia UE w sprawie treści terrorystycznych online, może mieć to poważne niezamierzone konsekwencje dla całego przemysłu, wielu innych przedsiębiorstw i konsumentów. „Wyobraźmy sobie, jaki wpływ na ludzi, usługi publiczne i przedsiębiorstwa miałoby zamknięcie usług związanych z infrastrukturą chmury, a w konsekwencji dostępu do całych platform internetowych, na których się opierają”, wskazywał Schmutz.

 

Od wrzuconych do jednego worka z firmami hostingowymi europejskich dostawców usług w infrastrukturze chmury na  mocy rozporządzenia oczekuje się rzeczy niewykonalnych. W przeciwieństwie do platform, nie mają oni dostępu do danych i treści swoich klientów umieszczanych w sieci. Ile jest jeszcze szczególnych, wynikających w zaawansowania technologii i rosnącej jej komplikacji, przypadków, które euro-urzędnikom nawet nie przyszły do głowy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Unia ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci. Od pewnego czasu mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, zwanej u nas ACTA2, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”.

 

Komisja bada, a jakże, możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Co sobie urzędnicy będą odmawiać, skoro można wymyślić nowy urząd, w dodatku z potężnymi uprawnieniami kontrolno-egzekucyjnymi?

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej to „mowa nienawiści”.  A kto wie, na jakie jeszcze pomysły wpadną urzędnicy.

 

O ACTA2 i przygotowanych przepisach o treściach terrorystycznych wiemy, że są to środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze. Choć wydaje się, że nawet przy wszystkich wyżej opisanych zastrzeżeniach, kategorie te są mniej więcej obiektywne. Ale co, gdy ktoś oskarży cię o „mowę nienawiści” np. z powodu dowcipu, memu lub niewłaściwej rzekomo emotikonki. Jak się przed tym bronić?

 

A jestem dziwnie pewien, że z czasem możliwości obrony będą słabnąć jeszcze bardziej. Rozszerzane za to będą i rozbudowywane definicje „praw autorskich”, „treści terrorystycznych” i zmanipulowanego już do granic wytrzymałości pojęcia „mowy nienawiści”. Założymy się?

 

Mirosław Usidus

Odważny jak cenzor – JAN PICHETA o granicy wolności słowa

Niebawem minie 41 lat od mojego dziennikarskiego debiutu. 40 lat odnajdywania i korzystania z wolności. W roku 1979 nikt o wolności nie mówił. Była w redakcji… czasopisma „Rębacz”, które pisało o sześciu katowickich kopalniach: Gottwald, Katowice, Murcki, Staszic, Wieczorek i Wujek. Redakcja mieściła się w podziemiach Domu Kultury KWK Wujek. „Rębacz” był dwutygodnikiem górniczych intelektualistów, więc aby rozwijać intelekt, przez dwa tygodnie graliśmy na okrągło w szachy, po każdym dobrym ruchu wznosząc toast kieliszkiem czystej z czerwoną kartką. Szachistów było czterech, więc i gier, i toastów mnóstwo. Ponieważ wszystko było na kartki, łącznie z wódką, a fluktuacja 10-tysięcznej załogi Wujka sięgała 50 proc. miesięcznie, znajomy naczelnego, kierownik referatu, miał zawsze parę tysięcy nieodebranych kartek do swojej dyspozycji. Jeśli był sprytny, mógł zbić na handlu kartkami majątek. Żurnalistom wódki też nie brakowało. Po dwóch tygodniach intensywnych gier redaktor naczelny orientował się, że właśnie nadszedł termin oddania numeru do druku. Brał jakieś gotowce, posyłał nas do znajomych kierowników działów, a mnie kazał pisać list do redakcji (wraz z odpowiedzią), żeby choć jeden się na łamach pojawił. Gdy tylko oddaliśmy numer do druku, powracaliśmy do szachowych rozgrywek w oparach alkoholu i tytoniowego dymu.

 

Nikt z nas nie pracował na dziennikarskim etacie, bo takich w kopalniach nie przewidziano. Każdy był więc zatrudniony jako pracownik powierzchni. Mnie udało się dostać angaż w łaźni łańcuszkowej KWK Wujek. Byłem tam specjalistą o najwyższych kwalifikacjach, innymi słowy – brygadzistą hydraulików… Raz nawet poszedłem zobaczyć, gdzie pracuję. Nozdrza ranił zaduch spoconych łachów na łańcuchach. Więcej tam nie wróciłem. Do takiej pracy w kopalni byłem zresztą przyzwyczajony. Wcześniej byłem piłkarzem GKS Katowice. Zatrudniano mnie jako specjalistę od ciężkich robót w KWK Kleofas.

 

O wolności zaczęto mówić, gdy nastała „Solidarność”. Wszyscy się do niej zapisaliśmy poza naczelnym. On pisał więc o dyrekcji, związkach branżowych i partii, a my o „Solidarności”. Nagle można było pisać prawie o wszystkim, poza tym, o czym wszyscy się napisać bali. Najbardziej łaskawy dla nas był czas po wydarzeniach bydgoskich w marcu 1981 r. Jan Rulewski został poturbowany przez milicję i dał sobie zrobić zdjęcie bez sztucznej szczęki. Nastroje społeczne się zradykalizowały. Cenzura praktycznie nie działała. Gdy przychodziło się do drukarni, cenzor tylko pytał: – A nie piszecie, że Związek Radziecki to skurwysyny? – i podpisywał periodyk do druku.

 

W grudniu 1981 straciliśmy wszystko. Redakcje, czasopisma et cetera. Przestała działać nawet ustawa o cenzurze. O wolności znów nikt nie mówił. Zdarzały się kontrolowane wyjątki. Gdy w marcowym numerze Informatora Kulturalnego Województwa Bielskiego w 1983 r. zapytałem śp. Macieja Zembatego, jak przyjął internowanie, odparł:

   

– Było to bardzo interesujące doświadczenie. Te doświadczenia się liczą, które pozbawiają nas złudzeń. Dzięki internowaniu pozbyłem się wielu z nich.

 

Jak jest możliwa obecnie satyra w PRL?

   

– Nie jest w tej chwili możliwa. Dopóki nie zacznie funkcjonować ustawa o cenzurze. Przez 18 miesięcy względnej wolności słowa odzwyczailiśmy się od aluzji, uników. Trzeba by było się cofnąć, a cóż bylibyśmy warci, gdybyśmy się cofnęli?

 

Na pytanie o różnice w występach przed publicznością w ostatnich latach stwierdził:

   

– Przed trzema laty szukałem, przed dwoma znalazłem, a teraz straciłem…

   

– Zakończymy tak smutno?

   

– (…) czasy są takie, że smutek jest na miejscu.

 

Parafując stronę z wywiadem, cenzor kręcił głową. Czytał kilka razy jedno i to samo, ale w końcu podpisał tekst do druku bez żadnych zmian.

 

Gdy przyszedłem do niego w następnym miesiącu z kolejnym wydaniem, od razu zapytał, czy mam coś równie drastycznego, co wywiad z Maćkiem Zembatym?

   

– Tym razem już tak odważny nie będę… – przyznał, wypiąwszy pierś jak do orderu!

 

Zamurowało mnie. Nigdy nie sądziłem, że jego pracę można określać w kategoriach odwagi.

 

Czyli jednak można być odważnym jak cenzor? Zwłaszcza wobec dzieci, gdyż później skreślał całe artykuły moich uczniów ze szkółki literackiej, którzy wydawali pismo „Wiosna Nasza”?

 

Wolności mogłem zażyć, współpracując z pismami podziemnymi. Do czasu. Napisałem tekst w obronie wycinanych drzew. Nie ukazał się. Zakwestionował go wydawca. Po latach okazało się, że był związany z osobami, które te drzewa fizycznie wycięli…

 

W nowej Polsce początkowo miałem więcej szczęścia do swobody. Najpierw stworzyliśmy z grupą ludzi ceniących wolność „Gazetę Prowincjonalną”. Na dowód, że wolność w Polsce istnieje (tak wówczas, jak dziś) wystarczy wymienić ludzi, którzy tworzyli „Czas Krakowski”. Jan Polkowski i Wojtek Czuchnowski, Witek Gadowski i Mieczysław Gil, Jan Maria Rokita i Katarzyna Kolenda-Zaleska, Ryszard Terlecki i ks. Kazio Sowa, Jarosław Szarek z żoną, Marta i Marek Stremeccy, prof. Maciej Malinowski i prof. Janusz Majcherek, Piotrek Legutko i Marek Bartosik, Marek Halberda i Marek Kęskrawiec, Anna Lubertowicz-Sztorc i Zygmunt Fura, Maciej Kwaśniewski i Włodek Jurasz, Zygmunt Moszkowicz i Krzysztof Gurba, Marek Oramus i Artur Pałyga, Patrycjusz Pająk i Monika Nowak, Jacek Fedorowicz i Leszek Długosz, Ewa Włodkowa i Aśka Oparek, Teresa Bochwic i Marek Żukow-Karczewski, Krzysiek Dawidowicz i Tomek Giżyński, a gdzieś tam jeszcze między nimi ja z bielskiej prowincji. Co to było za wolnościowe i dowcipne panopticum!? Nie do powtórzenia. Zwłaszcza, że – jak mi się wtedy wydawało – wszyscy się bardzo lubili.

 

Początkowo jednak i tam się piło. Przynajmniej w siedzibie przy Rynku Kleparskim alkohol musiał lać się nie tylko po kropelce, skoro naczelny ogłosił na tablicy, że pierwszy wybryk oznacza 500 zł kary, a drugi już dyscyplinarkę. Odtąd na piwo chodziło się już do knajpy. Każdy bowiem cenił sobie pracę w tak nadzwyczajnym piśmie.

 

Cudowną wolnością rozkoszowałem się w Radiu Bielsko, zwłaszcza, że w eterze stosowałem sporo środków dźwiękowych czy muzycznych, nie tylko pisarskich, oraz że w pobliżu mieścił się lokal o nazwie „Admiral”, gdzie można się było świetnie przygotować do licznych programów, pisać komentarze, felietony literackie, sportowe, społeczne i przemyśliwać reportaże. Mój szef, niezwykły radiowiec „urodzony w eterze” Maciej Szklarz częsty pobyt u „Admirała” przypłacił przeszczepem wątroby. Na szczęście udanym – od 20 lat operuje swym czarującym głosem w Teleekspresie.

 

Do „Trybuny Śląskiej” przeszedłem niepotrzebnie. Nie tylko dlatego, że towarzystwo było już wybitnie abstynenckie, nastawione głównie na robienie kariery. Tam po raz pierwszy spotkałem się z zakazem pisania o niektórych ludziach czy sprawach, zwłaszcza aferalnych. Gdy, uśpiwszy rewolucyjną czujność naczelnego, przemyciłem jeden z tekstów, których nie wolno było napisać, kazano mi się zwolnić. Skorzystałem z propozycji ochoczo, gdyż miałem na oku równie dobrze płatną pracę w piśmie samorządowym. Nie musiałem siedzieć w redakcji codziennie, lecz tylko wtedy, gdy umawiałem się z rozmówcami. Gdy pojechałem z synem na żagle, wydawca nie zauważył, że nie było mnie w redakcji przez 10 dni. Oczywiście o autentycznej wolności dziennikarskiej nie można było mówić. Trzeba było spełniać niektóre przynajmniej życzenia powiatowych bossów. Mnie było łatwiej, gdyż większość z nich znałem już od lat i z wieloma byłem w stanie się identyfikować – politycznie czy mentalnie.

 

Prawdziwą wolność odnajdywałem jednak w publicystyce kulturalnej. Przez ponad 20 lat współpracowałem z redakcją „Śląska” Tadeusza Kijonki. Pisałem co miesiąc felietony, recenzje, reportaże, wywiady, teksty krytyczne. Tylko raz zdarzyło się, że bez mojej zgody i wiedzy mój najlepszy kolega redakcyjny usunął kilka fragmentów tekstu, z którym się nie zgadzał. Przesłałem mu wywiad z Krzyśkiem Mieszkowskim, któremu nie podobała się – zdaniem Ślązaków rewelacyjna – realizacja pewnej powieści Janoscha wystawiona przez śląski teatr. Związek między kolegą redakcyjnym a teatrem był taki, że kolega redakcyjny pracował w tym teatrze jako kierownik literacki. Krytyczna ocena Krzysztofa Mieszkowskiego uderzała więc po części w niego i w jego współpracowników.

 

Przez ostatnie dziesięciolecie zwolniłem tempo swej żurnalistyki. Pracując w dziennikach czy tygodnikach, marzyłem o redakcji rocznika. Ponieważ niektóre modlitwy bywają wysłuchane, od ośmiu lat redaguję „Kalendarz Beskidzki”. Wydaje go Towarzystwo Przyjaciół Bielska-Białej i Podbeskidzia pod kierunkiem Grażyny Staniszewskiej, która zdobywa pieniądze od prywatnych sponsorów i nie ingeruje w pracę redakcji. Rocznik czyta dopiero po wydrukowaniu. Daje mi niezwykłą, jak mniemam, w dzisiejszych czasach wolność w kształtowaniu pisma. Nie wiem, jak jednak wyglądałaby moja wolność, gdybyśmy w naszym roczniku podejmowali kwestie wojny plemiennej w państwie Polaków.

 

Ostatnie dni zamykają zresztą zadziwiającą klamrą moją 40-letnią „drogę przez mękę”.

 

W czerwcu 1980 r. spędzono nas, dziennikarzy prasy regionalnej, na spotkanie w zamku Książ z ówczesnym ministrem gospodarki materiałowej Eugeniuszem Szyrem. Tłumaczył nam, co z polską gospodarką trzeba natychmiast zrobić, żeby po 40 latach nasz kraj mógł kwitnąć jak kraje Zachodu. Po pierwsze musimy zrezygnować z wydobywczego i ciężkiego przemysłu na rzecz przetwórczego. Przemysł wydobywczy i ciężki są bowiem nieekonomiczne, zużywają za dużo tlenu i wody, degradują człowieka, a więc górnika, hutnika itd. oraz środowisko naturalne. Po drugie musimy gospodarkę przeprowadzić na tory energooszczędne. Tracimy niezwykle dużo energii nie tylko ze względu na dominację przemysłu wydobywczego i ciężkiego. Oszczędność dają przede wszystkim odnawialne źródła energii, słońce, ciepłe wody, wiatr, woda itd. Po trzecie – żeby to wszystko wprowadzić, trzeba zmienić kadry. W Polsce dominowała wówczas nomenklatura. Jak powszechnie wiadomo, najważniejsze stanowiska obsadzano ludźmi miernymi, biernymi, ale wiernymi. Obowiązywała selekcja negatywna. Eugeniusz Szyr dał do zrozumienia, że właściwi ludzie muszą pracować na właściwych miejscach.

 

Jeśli nie dokonamy tych trzech zmian teraz, nie mamy szans dogonić Zachodu kiedykolwiek. Groził nam będzie trzeci świat! Prelegent na odchodne stwierdził, że doskonale wie, iż nie będziemy mogli tego wprost napisać. Nie pozwoli nam cenzura. Dlaczego zatem to mówił? Chyba dlatego, żeby – nie podając przyczyn, opisywać tragiczne skutki polityki PZPR – tak aby utrzymać ją przy władzy…

 

Poza wolnością słowa mamy dziś w Polsce podobną sytuację do tej z 1980 roku. Gdy słyszę prezydenta państwa, który powiada, że nie zrezygnujemy z czarnego złota, gdyż będzie to nasze bogactwo jeszcze przez 200 lat, gdy słyszę ministra, który obiecuje, że emitujące tanią energię wiatraki przeznaczy na złom  – przypomina mi się kontekst wystąpienia min. Eugeniusza Szyra. Był czerwiec 1980 roku. Właśnie wtedy na Lubelszczyźnie zaczynały się już pierwsze strajki, które doprowadziły do bezkrwawej solidarnościowej rewolucji.

 

Niestety bezkrwawa rewolucja znów jest potrzebna. Już nie tylko dla Polski, ale dla świata. O tym mówią ekolodzy na katowickim szczycie. Jeśli na skutek chorobliwej gospodarki polskiej i wielu innych państw naszego globu, o kilka stopni podniesie się temperatura Ziemi, za 40 następnych lat nie powinno już być ludzkości, co wieszczy niżej podpisany. Wolność zatem okaże się nic nieznaczącą aberracją ostatnich lat. Z drugiej strony łudzę się nadzieją, że najlepsze proroctwa to te, które się nie sprawdzają.

 

Jan Picheta

Kościół w mediach – ks. MARIUSZ FRUKACZ o vademecum dla duszpasterstwa medialnego

Ewangelizowanie przez media, ewangelizowanie mediów, troska o wychowanie medialne, szczególnie młodych, w tym również przyszłych kapłanów i osób zakonnych, to temat, który jest pilnym zadaniem na dzisiaj. Stąd m.in. obradująca 5 listopada na Jasnej Górze, pod kierunkiem abp. Wacława Depo Rada ds. Środków Społecznego Przekazu Konferencji Episkopatu Polski wskazała  na konieczność przygotowania dokumentu z zakresu duszpasterstwa medialnego.

 

 

Nowy dokument w przygotowaniu

 

Jak poinformowała Katolicka Agencja Informacyjna trwają aktualnie prace nad nowym dokumentem: „W trosce o człowieka na medialnym areopagu”. Głównym redaktorem dokumentu jest ks. prof. Michał Drożdż, dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej, kierownik Katedry Mediów i Komunikacji Społecznej Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Dokument ten ma być przygotowany w ostatecznej wersji do końca br. roku, po czym nastąpi czas na jego konsultacje, tak aby mógł zostać przedstawiony wszystkim biskupom do zatwierdzenia na zebraniu plenarnym KEP w marcu 2020 r.

 

Dokument ma zawierać siedem rozdziałów, w których będzie mowa nie tylko  o specyfice współczesnej kultury medialnej oraz o potrzebie „uczestnictwa w mediach” jako integralnej części misji Kościoła, ale również czytelnicy, a szczególnie ludzie pracujący w mediach, duszpasterze oraz młodzi przygotowujący się do kapłaństwa, znajdą takie zagadnienia jak: podstawowe zasady etyki, jaka obowiązywać winna w mediach. Będzie w nim mowa o potrzebie jakości dziennikarstwa oraz o formacji dziennikarzy. Dokument poruszy również problematykę autentycznego dialogu w mediach  w duchu wolności i odpowiedzialności.

 

Wychowanie medialne

 

Już wiele lat temu bp Adam Lepa w swoich publikacjach podejmował temat wychowania medialnego wskazując m.in. na kształtowanie właściwych postaw w odbiorze mediów przez młode pokolenie, ale również przez rodziców, którzy mają wpływ na wychowanie swoich dzieci. Warto przypomnieć publikację bp. Lepy wydaną w serii Biblioteki „Niedzieli” w 2008 r.  zatytułowaną „Telewizja w rodzinie”. Bp Adam Lepa podejmuje w niej refleksję nad relacjami, jakie zachodzą między rodziną a telewizją.  Autor omawia pozytywne i negatywne strony oddziaływania telewizji na rodzinę, rozpatruje ważny postulat rozumienia „świata telewizji„. Swoim czytelnikom podpowiada również, co należy uczynić, by „uniknąć negatywnego wpływu telewizji w środowisku rodzinnym i pogłębić wpływ pozytywny, który ułatwia wszechstronny rozwój osobowości„. Więcej o książce na https://ksiegarnia.niedziela.pl/site/ksiazka/289/

 

Do tematu wychowania medialnego, jak podaje KAI, wracają autorzy przygotowywanego dokumentu, w którym zostanie podjęty temat  szeroko pojętej edukacji medialnej społeczeństwa poczynając od wychowania w rodzinie, na katechezie. Ukazane zostaną w nim m. in. liczne wyzwania i zagrożenia związane z uczestnictwem w świecie mediów, ze zwróceniem szczególnej uwagi na media społecznościowe, z których najczęściej korzystają młodzi ludzie.

 

Wydaje się czymś ważnym w podjęciu tematu duszpasterstwa medialnego jest sprawa  kompetencji medialnej duchownych. Dlatego dokument ma wskazywać na potrzebę edukacji medialnej w kształceniu i formacji osób duchownych. Będzie też precyzyjnie formułować zasady uczestnictwa duchownych w mediach.

 

Warto podkreślić, że na zagadnienie edukacji medialnej kładzie już duży nacisk m.in. instrukcja duszpasterska Aetatis novae Papieskiej Rady do Spraw Środków Społecznego Przekazu z 1992 r. Instrukcja ta zawiera m.in. wskazania dotyczące programów duszpasterskich w dziedzinie społecznego przekazu, opracowywanych przez diecezję, Konferencję Episkopatu (https://www.niedziela.pl/artykul/1500/Aetatis-novae )

 

Młodzi w sieci i jakość przekazu wiary

 

Jedną z największych trosk duszpasterskich Kościoła dzisiaj jest obecność młodych ludzi w sieci nowych mediów. Stąd również konieczność zwrócenia uwagi na kwestię bezpieczeństwa młodych w sieci mediów społecznościowych oraz na problem odnajdywania się młodych w wirtualnym świecie, ze szczególnym podkreśleniem ich roli jako „świadków wartości”. O tym ma mówić również najnowszy dokument.

 

W przestrzeni życia społecznego i medialnego jesteśmy świadkami pewnego braku jakości  przekazu wiary w mediach. Autorzy przygotowywanego dokumentu wskazują na konieczność  kształcenia i formacji w zakresie dziennikarstwa religijnego. Jest to kwestia dotycząca mediów katolickich jak i tzw. świeckich.  Wiele lat temu ks. inf. Ireneusz Skubiś w jednym ze swoich felietonów pisząc o duszpasterskim oddziaływaniu przez media wskazywał, że „obok metod tradycyjnych, jak świadectwo życia, nauka religii, kontakt osobisty, pobożność ludowa, liturgia i inne obrzędy, bardzo ważnym środkiem ewangelizacji i katechezy stały się obecnie środki przekazu.  O tym powinniśmy dzisiaj pamiętać. O tym powinni pamiętać pasterze Kościoła, seminaria duchowne, domy zakonne, bo są to przecież środowiska duszpasterskiego oddziaływania. Ale również ruchy katolickie, stowarzyszenia – wszystkie te instytucje winny działać, mając świadomość, że dzisiaj nie da się prowadzić ewangelizacji wyłącznie metodami tradycyjnymi. Nie wystarczy głosić nauki o Bogu na ambonie, czy od ołtarza w kościele, nie wystarczą lekcje religii w szkole. Trzeba wykorzystać wszystkie możliwości, które są nam dane. Możliwości te mieszczą się w katolickiej gazecie, w katolickiej rozgłośni radiowej, w katolickim dziale telewizji czy w telewizji w ogóle. To są możliwości, które powinny być przez nas docenione” (https://www.niedziela.pl/artykul/904/Duszpasterskie-oddzialywanie-przez-media).

 

Medialny wizerunek Kościoła

 

Jednym z ważniejszych tematów przygotowywanego dokumentu jest troska o prawdziwość medialnego wizerunku Kościoła. Oczywiście  kwestie kształtowania wizerunku Kościoła w świecie medialnym, zasady „public relations” dotyczące rzeczywistości duchowej są dzisiaj niezmiernie ważne. Należy docenić fakt, ze nowy dokument będzie również mówił o rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych w Kościele.

 

Wydaje się również ważne to, że mówiąc o duszpasterstwie medialnym potrzebny jest właśnie dokument, który wyrażałby troskę Kościoła o świat mediów w Polsce. Bardzo ważna jest refleksja nad rozległą i delikatną dziedziną duszpasterstwa, jaką stanowi niewątpliwie przekaz i świat cyfrowy, które oferują kapłanom i osobom życia konsekrowanego  nowe możliwości w zakresie posługi Słowa oraz dla Słowa. Kościół ma za zadanie, pisał kiedyś Benedykt XVI,  dać adekwatną odpowiedź, chociażby na pytania młodych ludzi, którzy żyją w świecie ulegającym wielkim przemianom kulturowym. Duszpasterstwo mediów jest również odpowiedzią na konieczność korzystania z możliwości, jakie stwarzają zdobycze technologiczne. I wydaje się, że oczekiwany dokument podejmie to zagadnienie.

 

Już dzisiaj od kapłanów wymaga się, by potrafili być obecni w świecie cyfrowym, ale oczywiście  w sposób zawsze wierny przesłaniu ewangelicznemu. Na obecność kapłanów i duszpasterstwa w cyfrowym świecie wskazywał papież Benedykt XVI w orędziu na 44. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu  w 2010 r. (https://www.paulus.org.pl/223,44-sdssp-benedykt-xvi-2010 ). Warto do tego orędzia ciągle powracać, by nie tylko podejmować refleksję, ale realizować duszpasterstwo medialne, na którego konieczność Kościół w Polsce wskazuje.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Jak szukanie znajomych – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o pierwszym kroku do dobrego reportażu

Jednym z najważniejszych wyzwań, stojących przed początkującymi reportażystami radiowymi jest znalezienie odpowiedniego tematu i bohatera. Młodzi dziennikarze sięgają często po zagadnienia, które chociaż im wydają się nowatorskie, w rzeczywistości są już ograne i przez to trudne do przygotowania. Walka z nowotworem, bezdomność, doświadczenia powstańców warszawskich czy więźniów obozów koncentracyjnych to ważne i poruszające sprawy, jednak na te tematy powstało już tak wiele reportaży, że trudno znaleźć w nich jeszcze coś zaskakującego. Jak więc szukać bohaterów?

 

   „Najlepsze dokumenty są opowieścią o przepaści między marzeniami a rzeczywistością. Są o ludziach, którzy by chcieli, ale nie mogą. Albo mogą, ale nie chcą. Są o czymś, co jest niepełne, niedokończone, zdekompletowane” – powtarza belgijski mistrz reportażu Edwin Brys. Reportaże (radiowe, chociaż nie tylko), które zapadają w pamięć, pokazują ludzkie dążenia wbrew przeciwnościom, rejestrują zmianę, są zapisem pewnego napięcia pomiędzy tym, jak jest a tym jak chcieliby nasi bohaterowie, żeby było.

 

Kilka lat temu pracowałam na przykład nad reportażem „Niezłomny”, który został potem wyemitowany w radiowej Trójce. Słowem, które jednocześnie stało się tytułem reportażu, określił mojego bohatera jego znajomy. Pasją Damiana Kądzielewskiego jest sport. Kiedy spotykaliśmy się na nagrania, przygotowywał się właśnie do wyjątkowo trudnych zawodów – triathlonu na dystansie Iron Man. Damian jest niepełnosprawny. Wiele lat spędził w różnych szpitalach, miał wypadek, odkryto u niego nieuleczalną chorobę Huntingtona. Ale nie poddawał się. Zarejestrowałam kilka godzin jego treningu, pojechaliśmy też razem do Świdnika, z którego pochodzi Damian i gdzie mieszka jego rodzina. Matka, sama była pływaczka, wzruszyła się, opowiadając o pasji syna i jednocześnie o jego chorobach. Wszyscy wiedzieliśmy, że Damian nigdy nie wyzdrowieje, a pasja do sportu nadaje jego życiu sens. Co więcej, rodzina Damiana nie była zamożna, tymczasem wymarzone starty i treningi wiązały się z ogromnymi kosztami. Reportaż opierał się więc na kontraście pomiędzy wspaniałymi planami Damiana i jego ogromną zawziętością a bezwzględną rzeczywistością, z którą przyszło mu się mierzyć. To właśnie sprawiło, że ta prosta w sumie historia wielu osobom bardzo zapadła w pamięć. Między innymi była inspiracją dla innego niepełnosprawnego, który po emisji reportażu wysłał do nas wiadomość z podziękowaniem i obietnicą, że sam zacznie realizować swoje marzenia. Nawiasem mówiąc, Damianowi jakiś czas później udało się ukończyć zawody na dystansie Iron Man – prawie cztery kilometry wpław, sto osiemdziesiąt na rowerze i maraton!

 

No dobrze, ale skąd w ogóle czerpać informacje o tego typu historiach?

 

Zdarza mi się czasem szkolić praktykantów w radiu. Jednym z ćwiczeń, które im zadaję, jest znalezienie tematów, które ich zdaniem nadają się na reportaż. Okazuje się, że młodzi ludzie, najczęściej studenci dziennikarstwa, mają z tym ogromny problem, a to przecież dopiero pierwsza trudność, z którą muszą się mierzyć podczas pracy nad własnym materiałem. Tymczasem sposobów na znalezienie bohatera reportażu jest mnóstwo. Oto kilka przykładów.

 

  •    Poczta pantoflowa – sposób, z którego chętnie korzystam. Jeśli znajomi i znajomi znajomych wiedzą, że robię reportaże, sami chętnie podsyłają mi ciekawe tematy. I z drugiej strony – jeśli szukam konkretnej osoby do reportażu, myślę najpierw, kto mógłby mi podać kontakt do takiego człowieka. Przykładem jest historia powstawania reportażu „Saidali”. Tytułowym bohaterem był tadżycki opozycjonista, który uciekł ze swojego kraju, ściągnął do Polski rodzinę (po wielu perypetiach) i od jakiegoś czasu próbuje tu sobie ułożyć życie. Saidali, człowiek niezwykle wykształcony, musiał się mierzyć z tym, jak zarobić na rodzinę bez znajomości języka i jak odnaleźć się w zupełnie innej kulturze (gdy tymczasem on i jego żona zawarli kojarzone małżeństwo – nie znali się przed ślubem; są muzułmanami; nie mówią po polsku, itd.). Trafiłam na tego człowieka przez zupełny przypadek. Robiłam reportaż o ludziach, którzy mierzą się z biedą i korzystają z pomocy pewnej organizacji pozarządowej. Jeden z wolontariuszy zaproponował, żebym spotkała się z Saidalim. Kiedy porozmawialiśmy, zrozumiałam od razu, że jego historia zasługuje na oddzielny reportaż.

 

  •    Inne media – dziennikarstwo stadne to zmora dzisiejszych czasów i w żadnym przypadku nie zachęcam do kopiowania tematów innych redakcji, ale szeroko rozumiany internet to kopalnia! Kiedyś jedna z moich bliskich koleżanek, młoda i wydawać by się mogło, zupełnie zdrowa osoba, miała udar. Mogła mówić o szczęściu – przeżyła i jest obecnie w zupełnie dobrym stanie, jednak nie musiało tak być. Zaczęłam wtedy szukać informacji o chorobie i trafiłam na blog Lewaczka.pl. Prowadziła go Kasia ze Szczecina, która jeszcze przed trzydziestką miała udar i z aktywnej, zdrowej i sprawnej dziewczyny zamieniła się w osobę, która na nowo musi ćwiczyć podstawowe umiejętności. Ponieważ urzekło mnie to, jak pisała o swojej chorobie, postanowiłam zrobić o niej reportaż. Spotkanie z nią pamiętam do tej pory, a po emisji reportażu dostawałam wiadomości od słuchaczy, że poruszyła ich ta audycja.

 

Warto też czytać coś poza największymi dziennikami i tygodnikami. Czasem mała wzmianka w lokalnej prasie może dostarczyć informacji o ciekawym temacie. Tak było, kiedy wraz z Norbertem Frątczakiem robiliśmy reportaż o Marku Szablińskim, współczesnym wikingu. Norbert przyniósł krótki wywiad z małej, lokalnej gazety, przeprowadzony z panem Markiem. Niewiele tam było informacji poza tym, że pan Marek od dziesięcioleci zajmuje się rekonstruowaniem łodzi wikingów. Nie wydawało mi się to szczególnie ciekawe, ale ponieważ nie chciałam robić przykrości Norbertowi, zgodziłam się, żebyśmy spróbowali zrobić ten reportaż, co finalnie było strzałem w dziesiątkę. Pan Marek nie tylko miał w zanadrzu mnóstwo anegdot. Okazało się, że dla niego pasja to sposób na zachowanie godności w różnych trudnych momentach życia. Za ten reportaż dostaliśmy drugą nagrodę w konkursie Bałtyk 2018.

 

  •  Powrót do dawnych bohaterów reportaży – tak zrobiłam reportaż „Korona” o Miłce Raulin, najmłodszej Polce, która zdobyła Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Pierwszy reportaż powstał prawie trzy lata temu. Tematem było wtedy to, jak Miłka, która nie jest profesjonalnym sportowcem, łączy pasję z życiem rodzinnym i zawodowym. Jednak po skończonych nagraniach wracałam do niej wielokrotnie. Po ponad dwóch latach spotkań połączyłam wszystkie nagrania w jeden duży reportaż, pokazujący różne etapy i aspekty przygotowań do zdobycia Korony Ziemi. Miałam poczucie, że naprawdę dobrze udokumentowałam ten proces. Chciałabym tak pracować częściej! A reportaż reprezentował Polskę w międzynarodowym konkursie w Barcelonie.

 

  • Wewnętrzny radar – nazwałam tę metodę w ten sposób, bo dziennikarstwo kojarzy mi się z ciągłą gotowością do „wysłyszenia” historii. Nie da się uprawiać tego zawodu przez osiem godzin dziennie, a potem wrócić do domu i zapomnieć o pracy. Warto ciągle mieć w tyle głowy, że ktoś, z kim akurat rozmawiamy, może być bohaterem reportażu. Zdarzało mi się tak wielokrotnie, na przykład kiedy pracowałam nad audycją „Więcej niż piasek” o otwockich Żydach, wymordowanych w czasie wojny. Jeden z moich rozmówców, który w tym reportażu pojawił się dosłownie na chwilę, stał się głównym bohaterem innej historii. Była to opowieść o jego rodzinie, polsko-żydowskiej, w której dwie religie i dwie tradycje przeplatały się przez kilka pokoleń.

 

  • Specjalizacja, znajomość danej branży – jeśli jesteśmy zafascynowani jakąś dziedziną, prawdopodobnie wiemy o niej więcej, niż przeciętny Kowalski. Oznacza to także, że spotykamy ludzi, którzy nie są znani szerokiemu gronu osób, a o których warto opowiedzieć. Dzięki temu, że od lat żegluję, zrobiłam kilka reportaży o żeglarzach, na przykład o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Pani kapitan jako pierwsza kobieta w historii opłynęła świat i mimo poważnego wieku dalej pływa po Bałtyku. Kiedyś była postacią bardzo znaną, dziś – nieco zapomnianą. Gdyby nie to, że zupełnie prywatnie zaczęłam o niej czytać, nie powstałby reportaż „Pierwsza Dama Oceanów”.

 

  •   Sposobów na znalezienie bohatera reportażu jest na pewno jeszcze więcej. Co ważne, w przypadku reportażu radiowego warto dbać o to, żeby dany człowiek nie tylko miał do opowiedzenia ciekawą historię, ale też żeby dobrze mówił, żeby chciało się go słuchać. Miałam kiedyś szczęście zrobić audycję o człowieku, który kolekcjonuje ludzkie wspomnienia. To były archeolog, który zrezygnował z wyjazdów badawczych po narodzinach dziecka, nie chciał bowiem, aby omijały go najważniejsze momenty z życia córki. Nie stracił jednak pasji do odkrywania tego, co nieznane. Ma nietypowe hobby – chodzi z aparatem po ulicach, zaczepia ludzi, robi im zdjęcia i prosi o to, aby opowiedzieli mu o fragmencie swojego życia. Mnóstwo osób już się na to zgodziło, a on przechowuje w pamięci (i na blogu) ich wspomnienia. Piotr ma w sobie ogromną wrażliwość, potrafi też wspaniale, plastycznie opowiadać. Jak widać, bohaterem nie musi być tylko człowiek nieszczęśliwy, poraniony przez los, ale z całą pewnością musi być to ktoś z niebanalną historią.

 

  •   I wreszcie ostatni warunek – chemia pomiędzy autorem i bohaterem reportażu. Może być tak, że temat wydaje się świetny, bohater mówi dobrze, ma ciekawą historię i… reportaż z różnych powodów nie wychodzi. Pamiętam, jak kilka lat temu próbowałam zrobić audycję o jednym z warszawskim skłotów. Mieścił się w centrum, w przepięknej, opuszczonej kamienicy. Wspólnotę tworzyły niezwykle barwne postacie – młodzi ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie karmili potrzebujących (w każdą niedzielę można było przyjść do nich na wegetariański obiad), pomagali dzieciom z biednych rodzin w odrabianiu lekcji, wspierali lokatorów w walce z czyścicielami kamienic. Byłam pewna, że kiedy zaczniemy nagrywać, usłyszę mnóstwo fascynujących opowieści. Tak się jednak nie stało. Mieszkańcy skłotu nie byli szczególnie zainteresowani reportażem. Nie zależało im na rozgłosie. Tworzyli własne gazety i portale internetowe, więc media głównego nurtu nie były im do niczego potrzebne. W dodatku nie ufali mi do końca. Postawili warunek, że zgodzą się na nagrywanie tylko wtedy, kiedy dowiodę że jestem po ich stronie, pomogę im w przygotowaniu transparentów na manifestację oraz wezmę udział w proteście – nie jako dziennikarz, tylko jako zwykły uczestnik. I chociaż prywatnie cel protestu był mi bliski, nie zgodziłam się na takie zatarcie granic. Reportaż nie powstał.

 

Jak więc widać, nie ma jednej, prostej recepty na znalezienie bohatera idealnego. Cały ten proces jest jednak fascynujący i przypomina trochę szukanie znajomych lub przyjaciół. Z niektórymi łączą nas mocne więzy na całe życie, inni pojawią się w naszym życiu na chwilę, ale mimo to wywrą na nas wpływ. Tu i tam przydaje się umiejętność rozmowy z ludźmi, empatia i znajomość psychologii. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Oceniać, a nie tłumaczyć – RAFAŁ BUBNICKI o pisaniu z pasją recenzji filmowych

Postmodernizm, a potem globalizacja – tutaj rozumiana jako pojawienie się i rozwój wielu kin „narodowych” – znacznie utrudnił zadanie krytykom filmowym.

 

Jak pisać z pasją recenzje filmowe? Nigdy z pasją takiej recenzji nie napisałem. Ponad dziesięć lat temu „popełniłem”, z pasją, trzy recenzje teatralne – dwie z nich były bardzo krytyczne, w jednym wypadku recenzja była nader pochwalna. Czas pozytywnie zweryfikował te ówczesne oceny. W ostatnim dziesięcioleciu przewodnicząc komisji konkursowej Dolnośląskiego Funduszu Filmowego uczestniczyłem w ocenie ok. trzystu projektów filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych, a potem w ocenach kolaudacyjnych  ponad sześćdziesięciu filmów, które  otrzymały dofinansowanie w Dolnośląskim Konkursie Filmowym. Na palcach jednej ręki mogę policzyć projekty, a potem realizacje, które wywoływały pasję, przede wszystkim z powodu merytorycznych błędów – nie zapowiadały się dobrze i tak wypadły w realizacji. O tym, że powstały zdecydowała większość głosów członków komisji. Co z tego wynika? To, że trochę rozumiem dlaczego nie tylko sam nie piszę (nie pisałbym?) z pasją recenzji filmowych, ale też dlaczego takich recenzji prawie dzisiaj nie spotykam.

 

Kiedy myślę o recenzentach filmowych piszących „z pasją” automatyzm skojarzeń kieruje myśli ku przeszłości, ku prof. Aleksandrowi Jackiewiczowi czy ku Zygmuntowi Kałużyńskiemu (by podać skrajne przykłady krytyków piszących różnie w formie, stylu i sposobie wartościowania). Czytając ich recenzje można było orientować się w świecie filmu, akceptować lub negować ich oceny, ale wybór który robili był czytelny, oparty na wybranej aksjologii. Wydaje mi się jednak, że im łatwiej było pisać z pasją. Bo świat filmu był w latach 60., 70. i nawet 80. po prostu mniejszy. Łatwiejszy do ogarnięcia i ujęcia w jednolite normy estetyczne. Łatwiej też było, w konsekwencji,  przyjąć wspólne normy wartościowania. Krytycy ci mieli w małym palcu historię filmu, europejskiego i amerykańskiego, a na ich oczach rozgrywał się przełom w sposobach narracji filmowej naznaczony nazwiskami Bergmana, Antonioniego, Felliniego, Viscontiego i francuskiej „nowej fali”. Postmodernizm, a potem globalizacja – tutaj rozumiana jako pojawienie się i rozwój wielu kin „narodowych” – znacznie utrudnił zadanie krytykom filmowym. To co stało się – i nadal dzieje się – w kinie od lat 80. to eksplozja nowych form narracji i tematów. Nie powinno nas łudzić, że nie każdy rok przynosi odkrycia w tym zakresie. Proszę jednak spojrzeć perspektywicznie na to jak „przyspieszało”  tempo narracji, przede wszystkim dzięki montażowi, i jak – równocześnie – zdobywało uznanie kino „slow”, które preferuje bardzo spokojnie, można rzec leniwie rozwijający się tok filmowego opowiadania. Z jednej strony mamy narracje z jednego punktu widzenia (bohatera lub narratora-reżysera), z drugiej różne warianty opowiadania z różnych punktów widzenia lub z jednego punktu widzenia „przełamanego” nagle przez wersję „z innej strony”. To nas nie dziwi, nie zaskakuje jak niegdyś w „Rashomonie” Kurosawy – stało się  chlebem codziennym współczesnego kina. I druga, obok rozbudowanych, różnorodnych form narracji, cecha współczesnej X Muzy czyli multikulturowość. W latach 60. odkryciem dla Europejczyków było kino japońskie z filmami jego lidera Akiry Kurosawy, później kino australijskie. W ostatnim trzydziestoleciu tych fal „narodowych” było znacznie więcej. Kino tureckie, irańskie, izraelskie,  chińskie, kino Indii (nie tylko z Bollywoodu), kino krajów południowoamerykańskich, kino krajów afrykańskich – długo można by wyliczać. Kinematografie tych krajów emancypowały się, a powstające tam filmy były nowatorskie zarówno tematycznie jak ze względu na formę filmową. Obok specyficznej tematyki, wyrastającej z historii, kultury i obyczajowości filmy z tych krajów niosły często, wyrastające z odrębności kulturowych, nowe formy narracji np. kino irańskie. I tak jak w innych dziedzinach np. w teatrze i literaturze, pojawienie się tych fal „narodowych”, skutkowało rosnącą specjalizacją krytyki filmowej.

 

Aby  dzisiaj „z pasją” pisać o filmie trzeba z jednej strony znać historię i warsztat filmu, skomplikowany, różnorodny i stale zmieniający się, z drugiej „ogarniać” kino różnych kultur i tradycji. Wiedza to rozległa i obszerna, nierzadko szczegółowa, w dodatku wymagająca stałego aktualizowania i śledzenia zmian. Ponieważ wielość stylów narracji filmowej z jednej strony, a multikulturowość z drugiej, to również wielość systemów wartościowania, bez których nie ma dobrej recenzji, nietrudno domyślić się dlaczego tak mało jest dzisiaj recenzji filmowych pisanych „z pasją”. Z jednej strony inteligentni recenzenci, wiedząc to co napisałem powyżej, zdają sobie sprawę jak łatwo „wyjść” na ignoranta i głupka. Z drugiej, i to chyba najważniejsze, mało kto z piszących o filmie wypracował skalę wartości i przemyślał ją w odniesieniu do współczesnej produkcji filmowej w taki sposób, aby zdecydować się na wyrażane z pasją oceny pochodzących z „różnych parafii” formalnych i kulturowych premier filmowych. Dlatego też tak wielu recenzentów zamiast wartościować i oceniać filmy, raczej je opisuje i tłumaczy, a sukcesem jest kiedy nie „pali ich” lub nie „spojluje” opowiadając jak się kończą.

 

Chciałbym, aby recenzenci filmowi pisali o kinie z pasją. Chciałbym trafić na takiego recenzenta, którego punkt widzenia byłby mi bliski niezależnie od tego czy pisze o Woodym Allenie, czy o Yorgosie Lanthimosie, o Bradleyu Cooperze czy o Pedro Almodovarze, niezależnie od tego czy będę zgadzał się czy polemizował z jego opiniami. No cóż, to tylko marzenia…

 

Powrót z innej planety – wstrząsająca opowieść ROMANA SUSZCZENKI o pobycie w rosyjskim więzieniu

-Wróciłem kompletnie z innej planety, jakbym z bezludnej wyspy trafił do współczesnej cywilizacji – mówi Roman Suszczenko, dziennikarz ukraińskiej agencji Ukrinform, więzień polityczny Kremla,  uwolniony z rosyjskiego więzienia po trzech latach we wrześniu 2019 roku, w rozmowie z Dorotą Zielińską i Pawłem Bobołowiczem.

 

Nareszcie jest Pan wolny …

 

Te trzy lata były przygnębiające, ciężkie, a powrót do zwyczajnego życia jest nadzwyczaj skomplikowany. Psychikę i zdrowie fizyczne miałem nadszarpnięte, ale przez dwa miesiące udało mi się trochę wrócić do formy. Na lotnisku czekali na nas krewni, koledzy, prezydent Ukrainy. Od razu odwieźli nas do dużego centrum medycznego w Teofanii pod Kijowem. I tu mówię: Mam jeszcze dziesięciu towarzyszy w niedoli, w niewoli, dziesięciu politycznych więźniów Kremla. Wszyscy przebywaliśmy w Teofanii na rekonwalescencji. Każdy miał swoją historię. Tydzień leczyłem się ambulatoryjnie, dwa tygodnie stacjonarnie. Przeszedłem pełne badania, miałem pewne problemy ze zdrowiem, ale udało się je trochę załagodzić, a teraz kończę psychoterapię. Psycholodzy radzą mi jak wrócić do rzeczywistości, jak ponownie przystosować się, zanurzyć w normalnym życiu.

 

Wrócił Pan do pracy, do swojej redakcji? 

 

Byłem w redakcji już 9 września. Zajrzałem do kadr. Przez trzy lata spiętrzyły  się różne problemy biurokratyczne. Wziąłem zwolnienie lekarskie, skończyło się i wróciłem do pracy.

 

I czym będzie się Pan zajmował? Ponownie sprawami międzynarodowymi? 

 

Jeszcze sobie nie uświadamiam, jak przez te trzy lata byłem poza tematyką, straciłem węch, nerwy trochę inaczej reagują na wszystko, co wokół. Wróciłem kompletnie z innej planety, jakbym z bezludnej wyspy trafił do współczesnej cywilizacji, więc na razie jeszcze sobie nie wyobrażam jak to będzie, czym dokładnie się zajmę, ale wróciłem do innej redakcji, która zajmuje się międzynarodowymi newsami. Będę organizował pracę sieci korespondentów zagranicznych – mamy dziesięć biur, w tym w Warszawie – a także będę pisać teksty analityczne, publicystyczne. Oprócz tego ustaliłem wstępnie, że zajmę się tematyką więźniów politycznych, prawami człowieka, będę naświetlać te kwestie. Jest też potrzeba, chęć i inspiracja, żeby zająć się działalnością społeczną. To niezwykle ważna kwestia. Mam negatywne doświadczenia, wiem, że w rosyjskiej niewoli jest jeszcze ponad stu obywateli Ukrainy. Trzeba ich powyciągać z więzień, podtrzymywać na duchu, także ich rodziny. Chciałbym się tym zająć.

 

Powiedział Pan, że powrócił z innej planety. Dlaczego ona jest taka inna i jak ta inność wyglądała?

 

Przez ostatnie pięć, dziesięć, a może dwanaście lat uświadomiłem sobie, na ile jesteśmy różni, jak całkowicie odmienną mamy mentalność. Chociaż na tej „innej planecie” też żyją homo sapiens, którzy nie są drapieżnikami i mają pewne wartości. Pisali do mnie do więzienia listy, przysyłali rysunki, podtrzymywali na duchu, przynosili produkty, koperty, czyste kartki papieru, długopisy, żebym mógł pisać. Tam są normalni ludzie. Ale bardziej przypominają oni zalęknione drapieżniki. Jednym słowem – panuje tam reżim. Na byłych terenach Związku Radzieckiego mówią, że ZSRR już umarło.  A ja powiem, że to kłamstwo. Podświadomość jest nieśmiertelna. Wszyscy jeszcze myślą Związkiem Radzieckim. Żyją inercją, nie zwracając uwagi, że na zewnątrz mamy XXI wiek. W zarządzie kolonii karnej, w której byłem i gdzie obserwowałem tych ludzi, mentalność jest taka, jak w minionym wieku. Żyją tysiąc kilometrów od Moskwy, a im dalej od stolicy, to jeszcze gorzej. Mówię o oświacie, o stosunkach międzyludzkich, o wartościach humanistycznych, o godności. To wszystko zostało z czasów imperium sowieckiego.

 

Mówi Pan o warunkach, jakie tam panowały, o kolonii karnej. Trudno sobie to wyobrazić. Gdy donosiliśmy, że są tam uwięzieni Ukraińcy w takich warunkach, tak daleko od Moskwy. To mi przypomina i XIX wiek, carat, gdy zsyłano ludzi na Sybir i później, tak jak pan wspomina, czasy sowieckie. Mówi Pan o tym horrorze. Proszę powiedzieć bardziej szczegółowo, na tyle ile pan może, na ile nie wywołuje to teraz u pana negatywnych odczuć. Jak wyglądają tamte warunki?

 

Warunki nie wyglądają tak, jak (w XIX wieku) pisał Taras Szewczenko, jak pisali nasi dysydenci. Nie tak dawno, przypomnijmy, zaczęło się mówić o mordzie w Sandarmochu (w lipcu 1997 roku odnaleziono w Karelii masowe groby ofiar „wielkiego terroru” z lat 1937-38 – red.). Rozstrzelano tam wielu ukraińskich dysydentów, wśród nich Łesia Kurbasa, znanego aktora i reżysera teatralnego i wielu pisarzy. Faktycznie cała elita w 1937 roku została tam rozstrzelana. Zostały wspomnienia,  pamiętniki tych, którzy przeżyli. O własnym doświadczeniu mogę powiedzieć, że można je podzielić na dwie części: pierwsza część to pobyt w areszcie śledczym Lefortowo, a druga w kolonii karnej.

 

Lefortowo to diaboliczna budowla. Została zbudowana 250-300 lat temu przez Szwajcara Franza Jakowlewicza Leforta. Przyjeżdżał on do rosyjskiego cara, tam gościł i zbudował sobie majątek. I od tego czasu w tym miejscu utworzyło się osiedle, potem stało się częścią rosyjskiej stolicy. Główny budynek… patrząc na połowę to było pół płatka śniegu. Ma cztery piętra w górę i dwa w dół. W piwnicy nigdy nie byłem, ale jak jeździłem windą na spacerniak, to widziałem przyciski, że można jeszcze zjechać w dół. Co tam jest – nie wiem, ale pod ziemią są jeszcze dwa piętra, a cztery nad ziemią. Budynek ma cztery skrzydła. W każdym skrzydle na każdym piętrze jest po osiemnaście cel. Czternaście z jednej strony, cztery z drugiej. W środku jest pusty i ma nieduże balkony, żeby tylko jedna osoba mogła przejść. Te balkony są rozłożone naokoło, tak, że nadzorcy mogą chodzić dzięki nim po perymetrze i zaglądać przez okienka do cel. Między nimi jest pustka. I tak na każdym piętrze. Ta wewnętrzna wielka przestrzeń. Można by tam kręcić unikatowe fantastyczne filmy. Na czterech piętrach każda cela jest obliczona na dwie osoby. Ma wymiary dwa i pół na cztery i pół metra. Dwa łóżka, stół, szafy, kibel, mała umywalka. Raz na tydzień bierze się prysznic. Jest do tego osobne pomieszczenie. Na umycie się dają dwadzieścia minut. Stworzono tam atmosferę pełnej izolacji. Człowiek nie ma z kim porozmawiać, oprócz sąsiada z celi i administracji. Są nadzorcy, kierownictwo administracji, czasem przychodzi prokurator. To zdarza się raz, dwa razy na miesiąc. Sprawdzają warunki, czy odpowiadają standardom, czy nie dochodzi do naruszeń praw człowieka. Rzeczywiście przychodzą, pytają: „jak wam tu jest, jakieś uwagi, skargi?”. To jest rzeczywiście na cywilizowanym poziomie. Jeśli ktoś potrzebuje zadzwonić do rodziny, to możliwe jedynie po pisemnej zgodzie śledczego. Mnie śledczy odmawiał  telefonu do rodziny cztery miesiące. Pierwsze widzenie miałem po pół roku. Ale moje listy zaczęli wysyłać po jakichś dwóch miesiącach. Były cenzurowane, czytane. Nie wiem, czy wszystkie listy dotarły do mojej rodziny, do bliskich, do przyjaciół.

 

Prawdziwa izolacja. Żyjesz, istniejesz miesiącami i rozmawiasz tylko ze swoim sąsiadem z celi. Sąsiedzi też się zmieniają, nie ma żadnej logiki. Dzisiaj jest to Tadżyk, reprezentant Azji Środkowej. Jest tu z powodu przynależności do Hizb ut-Tahir, ruchu politycznego obejmującego kilka państw. Politycznymi środkami próbują wprowadzić szariat. Ale w Rosji uważani są za organizację terrorystyczną i dlatego tych ludzi po prostu za to wsadzają. Wróćmy do Tadżyka. Jest chorym człowiekiem. Ma troje dzieci – dwa, trzy, cztery lata… żonę. Wpada do niego do mieszkania FSB. Wszystkich – dzieci, żonę – rzucają na podłogę. Jego skuwają, przewożą do Lefortowa. W ciągu półtora roku dają mu wyrok: dziewięć lat tylko za to, że wyznaje islam i uznaje, że jego polityczną powinnością jest gromadzić się i mówić o tym, że należy wprowadzić szariat.

 

Byli też inni. Z niektórymi siedziałem półtora miesiąca, z innymi dwa, trzy, cztery miesiące. Najkrócej miesiąc. Byli i przestępcy. Recydywiści, znani rosyjscy przestępcy. Był i terrorysta. Wyznał, że był członkiem ISIS. Był obywatelem Tadżykistanu, ale z narodowości Uzbekiem. Ma troje dzieci, wszystkie mieszkają w Tadżykistanie, ale on przyjechał do Rosji zabijać Rosjan za to, że oni zabijają braci i siostry w wierze w Syrii. Przyjechał i szykował się, żeby wysadzić sobór Wasyla Błogosławionego, i urządzić strzelaninę. Złapali go, dali mu piętnaście, szesnaście lat. Tak było w Lefortowie.

 

W Lefortowie z nikim się nie kontaktujesz, jesteś w pełni ograniczony. Nie mogłem prenumerować ukraińskich gazet. Przez dwa tygodnie dawali mi „Dzerkało Tyżnia” (ukraiński tygodnik społeczno-polityczny – red.), mogłem zamówić, poczytać i to wszystko. Potem powiedzieli: nasz operator nie może dostarczać tej gazety. Ja płaciłem… jak na Ukrainie kosztuje ten egzemplarz na przykład, powiedzmy, 200 hrywien, to tam dziesięć razy więcej. Rzeczywiście ta dostawa tyle kosztowała, taką wielką sumę, ja byłem gotowy za to płacić, ale mi powiedzieli, że coś nie działa. „Nie damy rady panu zapewnić tej gazety”. Miejscową prasę można było prenumerować. Był telewizor, było radio, ale czysto propagandowe. Tych wszystkich kanałów nie dało się oglądać, wszystkie przekazywały informacje jednostronne, realizowały państwową politykę informacyjną – „Ukraińcy tacy i owacy, a my tu budujemy nowy świat, jednoczymy się, jesteśmy potężni” i tak dalej, i tak dalej… Z opozycyjnych wydawnictw prenumerowałem tylko „Nową Gazetę”. Ją jeszcze można czytać, więc czytałem, także kilka innych tytułów, bardziej, powiedzmy, profesjonalnych, jak na przykład „Kommersant”. Redakcja jest zaangażowana [politycznie], ale podają informacje… no, chociażby utrzymują jakieś standardy. Mam na myśli, że przedstawiają obie strony na przykład. Tak, podają informacje o konkretnym nachyleniu… Mają korespondentów, coś tam przekazują, ale można było, czytając ich suche oficjalne komunikaty analizować. Bo o Ukrainie nie miałem w ogóle żadnej informacji. Wiadomości przekazywali mi tylko adwokat i konsul. Konsul przychodził raz na dwa miesiące, miesiąc. Przekazywał najnowsze wiadomości. A tak, niczego nie miałem.

 

Adwokata zorganizował dla pana konsulat ukraiński?

 

Nie, nie, nie. Kiedy mnie aresztowali, od razu zaproponowali adwokata z urzędu, wyznaczonego przez państwo. Ale to trwało dosłownie trzy dni. Na pierwszym posiedzeniu sądu, kiedy uchwalili areszt prewencyjny – trzymanie mnie pod strażą – tam moich praw broniła adwokat z urzędu. Jej państwo pokrywa koszty, ona przyszła i powiedziała: „Czeka pana dwadzieścia lat więzienia”. Na tej rozprawie to wyglądało tak, że sędzia mnie o coś pyta, ja mówię tak, potem nie, tak i w ogóle nie rozumiem co się dzieje. A potem po dwóch dniach usłyszałem w radio, że zaczął występować adwokat Mark Fejgin. Powiedział, że moja rodzina i Ukrinform, moja agencja, porozumiały się i wzięły tego adwokata, który zaczął mnie bronić. Była jeszcze inna adwokat, koleżanka Marka Fejgina, Alisa Obrazcowa. Ale ona tylko składała wnioski w sprawie przedłużania aresztu. W sądzie bronił mnie sam adwokat, ale pozbawili go prawa zajmowania się praktyką adwokacką dzień przed tym, jak zaczęło się starcie w sądzie. Na początku wysłuchano stanowiska oskarżyciela, potem naszego adwokata, potem były zeznania głównego świadka oskarżenia i gdy zaczęły się konfrontacje – między stanowiskiem naszym i oskarżyciela, sędzia wysłuchał, zadawał dodatkowe pytania i w tym momencie jego [Fejgina] pozbawiają praw adwokata. Alisa też tam była, ale nie była pełnomocnikiem na tym posiedzeniu i faktycznie pozbawiono mnie prawa do obrony. Ale trzeba oddać sprawiedliwość, sędzia pozwolił adwokatowi, jako „innej osobie”, bronić mnie. W rosyjskim kodeksie karnym jest taki przepis, że bronić może obrońca praw człowieka, adwokat albo „inna osoba”. Wypełniał ten status.

 

Ale wracając do innej planety, Lefortowo w systemowy sposób psychologicznie przytłacza człowieka. Jak ktoś tam trafia, to już go nie biją. Rozmawiałem z kolegami, z innymi więźniami, osadzonymi z innych paragrafów. W Lefortowie nikt nikogo nie bije. Tam przyciskają czysto psychologicznie. Na przesłuchaniach są rozmowy psychologiczne, nie katują. Ale do momentu, kiedy dotrą do winy, trzymają ludzi w piwnicach, w celach, tam się wszystko odbywa. Jeszcze przychodzili z obywatelskiej komisji obserwacyjnej, to cywile, którzy  sprawdzają, w jakich warunkach przebywają uwięzieni. W kolonii karnej był już horror. Dwadzieścia osiem godzin od Moskwy, prawie tysiąc kilometrów, jechaliśmy w tzw. pociągu stołypinowskim. Wymyślił je jeszcze Piotr Stołypin, premier Imperium Rosyjskiego. Tymi wagonami przewoziło się bydło. Współcześnie to kuszetka, ale jest krata i malutkie okienko. Sześć miejsc, sześć półek. Nas upchnęli ośmiu do jednego przedziału, do kolejnego ośmiu, i do kolejnego. Nie dało się leżeć. Trzeba było siedzieć. Ktoś spał na górze, pospał cztery godziny, zmienialiśmy się i ktoś inny szedł spać. Jechaliśmy dwie doby. Ludzi przewożą, jak bydło. Po prostu horror. Dowieźli nas do Kirowa. Tam, na północny wschód od Moskwy, znajduje się centrum administracyjne o nazwie Wiatka. Kolonia karna jest w miejscu, gdzie kiedyś były obozy Gułagu. Bardziej szczegółowo, byłem w kolonii karnej nr 11, a nr 27 to ten sam obóz Gułagu, w którym siedzieli dysydenci, więźniowie polityczni za Stalina, skazani z artykułu 58. Spotykałem ludzi, którzy tam byli, teraz. Opowiadali, że stoją tam nadal drewniane baraki, faktycznie na błocie i podsypane piaskiem. Jest plac wyłożony drewnem. Ledwo zaczynasz kopać, stoi woda. Panuje wilgoć, rośnie las. Ludzie tam też odbywają wyroki. Warunki są dramatyczne. Kolonia, do której ja trafiłem, znajduje się czterdzieści kilometrów od Kirowa. Miasto Kirowo-Czepieck, a wieś nazywa się Utrobino. To taki dosyć alegoryczny obraz, jak Utrobino – w środku czegoś [otorbiony]. Zbudowano ją, jak dostrzegłem na jednym budynku, w 1969 roku. Faktycznie zobaczyłem swojego równolatka – ten barak. Możliwe, że były zbudowane trochę wcześniej. Są tam takie ceglane jakby koszary. Budynki dwupiętrowe, jest też jeden czteropiętrowy. W kilku pomieszczeniach przebywają uwięzieni, recydywiści, którzy ciągle naruszają reżim. Jest strefa kwarantanny.

Trafiłem do karnej celi izolacyjnej. Do dziś nie wiem, czemu mnie tam umieszczono. Rozumiem, że oni, Rosjanie, administracja, bali się, że jeśli trafię tam, gdzie przebywają inni więźniowie z powodów politycznych, może powstać konflikt, który przerodzi się w jakiś incydent i to zagrozi mojemu zdrowiu, czy jeszcze czemuś. I tak pisali, że „mamy informację operacyjną, że jemu grozi… jest zagrożenie jego zdrowia. Możliwe, że będzie mu wyrządzona krzywda. Nie chcemy, nasze biuro, umieszczać go ze wszystkimi, tam, gdzie wszyscy są uwięzieni. Umieścimy go w tak zwanym bezpiecznym miejscu”. Ale zgodnie z ich przepisami, tego rosyjskiego kodeksu postępowania karnego, powinno ono być zorganizowane w tym samym baraku, po prostu w oddzielnej celi. W niej powinny być gniazdko, telewizor, lodówka, ale nic z tego nie było, oni tego nie mają. Faktycznie karna cela izolacyjna nie ma niczego – to betonowa konstrukcja, w ziemi, jednopiętrowa. Cela długa na cztery-pięć metrów, szeroka na trzy, umywalka, toaleta i sześć prycz, przywiązanych do ścian. Są takie wielkie dźwignie, które się blokuje. Na noc się je opuszcza. Uwięziony bierze swój materac, pościel, pośpi osiem godzin. Potem znowu to składa, odnosi, łóżka się zamyka i cały dzień siedzi w tej celi. Trzydzieści centymetrów nad podłogą są tam metalowe ławy, a sześćdziesiąt centymetrów stoły. W rzeczywistości nie można tam usiąść jak człowiek. Siedzi się skulonym, wszyscy sąsiedzi się cisną, przepychają się. Krew nie krąży, trzeba się ciągle ruszać. Siedzisz, prawie połowa ciała ma podwyższone ciśnienie tętnicze, temperatura powietrza plus trzynaście. Na dworze bywa i minus, ogrzewania nie włączali. Problem jest taki, że na ogrzewanie pracuje kotłownia, gorąca woda najpierw dociera do pozostałych pomieszczeń, a do tych cel izolacyjnych na samym końcu. Ciśnienie wody jest słabe, temperatura nie wzrasta powyżej trzynastu stopni.

 

Czyli dla Pana bezpieczeństwa miał Pan trzynaście stopni, żeby nie było panu za gorąco, brak telewizora, który u innych więźniów był i tłumaczono, że to dla Pana dobra, tak? 

 

Miałem telewizor w Lefortowie.  W kolonii karnej już nie. Tylko radiowęzeł. Codziennie włączali państwowe Radio Rossija. Jego program jest czysto propagandowy.

 

Radio gra przez cały dzień?

 

Nie, nie przez cały. Niby mają określone godziny, ale z reguły włączają rano i wyłączają wieczorem. Tam lecą piosenki, coś na kształt szansonów. A tak to poza radiem Rossija nie ma nic więcej. Ile razy prosiliśmy, żeby zmienić stację. Jest takie radio Majak, tam są programy kulturalne, zajmują się nie tylko polityką, ale bardziej specjalistycznie podchodzą. Mają ciekawe talk-show. Żeby jakoś ludzie się mogli rozerwać. „Nie, radio Rossija, słuchajcie i już”. Skarżyliśmy się na to prokuratorom. „Dobrze, powiemy administracji”, ale przez jeden dzień włączają te szansony, a kolejnego dnia już znowu włączają radio Rossija. Telewizji nie było. Prenumerowane gazety przychodziły z opóźnieniem tygodniowym, dziesięciodniowym. Myślę, że jest to związane z pocztą. Dostawa była przez pocztę, więc administracja musiała pojechać do oddziału poczty, odebrać te gazety, a oni jeżdżą tylko dwa razy w tygodniu. Te wstrzymania dotyczyły też listów. Listy to w ogóle szły miesiącami tam i z powrotem.

 

Wyżywienie? Było dosyć… specyficzne. Gotują zecy, to jest więźniowie. Sami przygotowują jadłospis, który zatwierdzają lekarze i administracja. Ale to przede wszystkim gotowane ziemniaki i kapusta. Marchew i cebula. Dużo kasz. Mięsa niewiele. Faktycznie tylko kotlety mielone czasem przygotowują. I ryba. Ryba jest mrożona kilkukrotnie, więc jej jakość jest bardzo niska. Śmierdzi, więc ciężko ją jeść. A potem z tej ryby, której nie zjedliśmy, robili kotlety. Były żółto-zielone, aż się od nich kiszki skręcały. Ale niektórzy więźniowie nie mieli żadnego wyjścia. Już ani rodzina, ani przyjaciele ich nie wspierali. Musieli jakoś żyć . To żywienie jest złe. Nie ma sałat, witamin. Stąd wiele osób ma problemy z zębami. Nie powiem, że to szkorbut, ale wypadają zęby.

 

Pojawił się u mnie problem. Zwróciłem się do lekarza, a oni mówią „spójrzmy, proszę siadać. A ma pan znieczulenie?” Mówię, że nie mam. „To czemu pan przyszedł?” Nie mają tam znieczulenia. Stomatolog przychodzi jeden raz w tygodniu, w czwartek, a tam tysiąc czterysta osób na niego czeka. Wszystkie zęby leczą ekstrakcją. Tylko wyrywają. Jak się na to popatrzyłem, to dobrze, że konsul przyjechał. Poprosiłem, kupił znieczulenie. Przywiózł dziesięć ampułek. I już ze znieczuleniem mnie leczyli. Zdjęć zrobić nie można. Mówią, że nie mają aparatu. Stoi tylko aparat do wykrywania gruźlicy. Jest dużo przypadków zachorowań na gruźlicę. Oprócz tego obok jest szpital, w którym leczą gruźlicę chirurgicznie. Spotkałem kilka osób, które jechały z tej kolonii, tam im wycinali płuca, wracali z powrotem. Sytuacja jest straszna. Ale te wszystkie wielkie aparaty rentgenowskie służą wykrywaniu gruźlicy. I takim aparatem mi robili zdjęcia. To jest po prostu koszmar. Kilka razy mnie badali. „Nie, u pana wszystko w porządku, nie ma zapalenia”. Dali antybiotyki, dali środki przeciwbólowe w tabletkach. Medyczne procedury są koszmarne. Procedury fizjoterapeutyczne pamiętam jeszcze czasy czterdzieści lat temu, gdy wyjeżdżałem ze Związku Radzieckiego, nie ma inhalatorów, leków nie ma. Dają ci aspirynę na wszystkie bóle i już. Jak są jakieś podrażnienia skóry czy coś, więźniowie muszę sobie zamawiać na wolności, żeby ktoś im przywoził i tak ich wspierał.

 

Podczas mojego pobytu były dwie próby samobójcze. Jeden chłopiec, dziewiętnaście lat wyskoczył z drugiego piętra. Była jedna bójka. Ktoś kogoś pociął. Dosyć taka napięta sytuacja kryminalna. O temperaturze mówiłem. Jeszcze o koszmarnym spacerniaku. Każdego dnia wychodziliśmy na godzinę na spacer. Raz na dobę wyprowadzają na spacerniak. Faktycznie to taka woliera, klatka metalowa z czterech stron i dach zamknięty, metalowy. Metalem jest obłożony też metr czy dwa, żeby wiatr nie wiał i między podwórkami, też wszystko zamknięte metalem. Z sąsiednimi spacerniakami nie było kontaktu. Miało to jakieś osiem metrów na cztery i pół, takie podwórko. Zamykają tę klatkę i przez godzinę chodzisz, oddychasz brudnym powietrzem, bo w pobliżu jest Kirowski Kombinat Chemiczny. Produkują tam nawozy mineralne i niebo jest takie szare. Kiedy wiatr stamtąd wieje, czuje się smród, chemia wypełnia powietrze. Przez okno można było popatrzeć gdzieś tam w oddali na jakiś krajobraz. Była tam jakaś przyroda, rzeczka, która nazywa się Czepieck. I piękne wschody słońca . Niebo ciekawe o piątej. To była nasza jedyna radość.

 

Pana tam nie prowadzali do pracy, to była tylko sama izolacja?

 

Tak. Pracy mi nawet nie proponowali, chociaż  jest taki artykuł 106 kodeksu więziennego, zgodnie z którym dwie godziny w tygodniu musisz zająć się jakimiś robotami społecznymi. Ode mnie tego nie wymagali, od innych też nie wymagali, ale jak ktoś chciał, to dawali możliwość popracować. Odśnieżyć, grządkę przekopać. Obok znajdowała się tak zwana strefa przemysłowa. W każdej kolonii karnej jest taka strefa przemysłowa, w której są jakieś zakłady produkcyjne. A w tej konkretnej jest jeszcze kombinat nauczania, gdzie więźniów, którzy nie mają średniego wykształcenia, doucza się jak w szkole. Jednych uczy się na kamieniarzy, innych na szwaczy. Można było na maszynie szyć. Oni tam szyli dużo ubrań roboczych, cywilnych, a nawet buty. I zdaje mi się, że jeszcze uczyli tam pracy przy kotłach, jak je obsługiwać. Ale pracy przymusowej dla nikogo nie było. Jest kilka stałych zajęć dla tych, którzy gotują i dla pracowników gospodarczych albo jeszcze kogoś. I do tych prac wyznaczają więźniów. Był też sklep. Można było kupować herbatę, papierosy, zapałki… Ale był też totalizator…

 

Kiedy próbowali wymóc na Panu nie tylko przyznanie się, że pracował Pan jako szpieg, ale także zmusić Pana do pracy dla nich? Mówił Pan, że próbowali Pana namówić do współpracy. Czy to było w areszcie śledczym czy jeszcze wcześniej, jak to wyglądało?

 

Miałem trzy takie propozycje. Pierwsza to współpraca ze śledztwem. Kiedy mnie złapali, aresztowali i przewieźli do aresztu śledczego, tam rozebrali – są nawet zdjęcia w internecie – i przyszedł ich kierownik. Zastępca naczelnika pionu śledczego FSB. Podpułkownik. Przyszedł, przedstawił się imieniem i patronimem Michaił Władimirowicz. Nazwiska nie podał. Potem znalazłem w papierach jego nazwisko – Swynołub. Takie dosyć unikatowe nazwisko, na pewno ukraińskiego pochodzenia. Takie swojskie. I on od razu powiedział: „Proponujemy panu współpracę przy śledztwie”. Wcześniej, kiedy mnie zatrzymali wszystko nagrywali na kamerę. Najpierw nałożyli mi na głowę śmierdzący worek, gdzieś wozili przez pół godziny po różnych dzielnicach, a potem przywieźli do aresztu śledczego, zdjęli ten worek. Tutaj miałem pieprzyk, który mi zdarli. Poleciała krew. Poczułem, jakiś płyn. Jeden z funkcjonariuszy wyjął mokrą ściereczkę i mnie przetarł. Zrozumiałem, że będą mnie nagrywać. To nie był co prawda makijaż nagraniowy, ale krew widać od razu. Z kamerą biegał jeden z funkcjonariuszy, jakiś techniczny pracownik. Kamerę miał poważną, typu Betacam. Wszystko nagrali i potem kiedy wchodziliśmy po schodach do aresztu mnie nagrywali, potem kiedy tu prowadzili też nagrywali. I on ich tam obok zobaczył, wszedł do gabinetu, siedzieli tam. I kiedy Swynołub złożył mi tę propozycję, zdałem sobie jasno sprawę, że zaraz będą chcieli, żebym powiedział do kamery, że tak, że ja taki, że rzeczywiście robiłem to, to i to. Zacznę wyklinać Ukrainę, kierownictwo i tak dalej. Podpiszę wszystko, co chcą… Tak sobie to wyobrażałem. Że powiedzą, żebym mówił to, to i to, że oni tacy sami. Tak sobie to jasno wyobrażałem. I dlatego nie mówiłem, że odmawiam, że się zgadzam, nie zgadzam. Powiedziałem: „usłyszałem wszystko. Więcej nic panu nie powiem”. Tak postał chwilę. „No dobrze”. I następnego ranka – nie spałem w Lefortowie, zawieźli mnie do aresztu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych – to inny urząd. Tam spałem trzy godziny. Rano „Sajuz nieruszymyj”, hymn. Na pełną głośność włączają radio. Obudziłem się, pomyślałem „co to, Związek Sowiecki?”. Na melodię hymnu sowieckiego jest też napisany współczesny hymn Rosji.

 

I kiedy znowu przywieźli mnie do Lefortowa – stamtąd jechaliśmy już do sądu lefortowskiego – przyszedł do mnie i zapytał: „i jak, przemyślał pan to?” Powiedziałem, że nie, nic się nie zmieniło.  To była pierwsza propozycja. Jasno sobie zdawałem sprawę, że chcieli ode mnie jakiegoś publicznego oświadczenia. Może jakiegoś apelu do znajomych, przyjaciół, których znam sto lat… Kto wie, czego chcieli. Faktycznie następnego kroku nie było. Odmówiłem i już. Potem miałem propozycję w Matrosce Tyszy, a potem propozycję w kolonii, ale to już od służby więziennej. W Matrosce Tyszy jakiś pułkownik, wiedział, że byłem na etapie, niedługo, dzień, dwa, tydzień i pojadę. Pyta, czy będę z nimi współpracował, napiszę jakieś pismo, będę współpracował. Pytam, w jakim sensie współpracować. „Będzie nam pan mówić co dzieje się w celi”. Powiedziałem, że niczego nie będę pisał. Jestem dziennikarzem i takich rzeczy nie piszę. Piszę artykuły, informacje, notatki, ale takie coś to nie moje. „Jak to dziennikarz? No dobrze, niech pan idzie”. To było czysto profilaktyczne. Możliwe, że ktoś by się zgodził za jakieś preferencyjne traktowanie, nie wiem. Tak samo było w kolonii. Funkcjonariusze pytali, czy będę z nimi współpracował. Powiedziałem, ze żadnej współpracy nie będzie, jaka współpraca? To dotyczyło czysto operacyjnych spraw. Za izolatkę karną jest odpowiedzialny funkcjonariusz, który przychodził co tydzień, przynosił pocztę i wołał do siebie. Raz albo dwa razy w każdym tygodniu. Pytali „no i co? Jak u pana sprawy?” Tak profilaktyczna rozmowa. I takim sposobem próbowali się wywiedzieć „A jak tam współwięzień, a jak tam ten, a jak to?”, zbierali informacje, to co ktoś powiedział. Nie miałem nic do ukrycia, ze współwięźniem wszystko było w porządku, żadnych problemów. „A jak tamci?” „A jak tamci, to ich zapytajcie, ja nie wiem. Ja ich nie widzę, słyszę tylko przez korytarz, jak coś krzyczą i tyle”. Takie trzy propozycje miałem i już więcej nie.

 

Oskarżyli Pana o szpiegostwo. Czy myśli Pan, że ktoś podchodził na poważnie do tego zarzutu, wierzył, że jest pan szpiegiem, czy był to tylko pretekst, żeby Pana zatrzymać?

 

Ciężko mi powiedzieć, jaką mieli motywację. Sądząc z tych akt sprawy, które widziałem, to była poważnie przygotowana. Nie trwało to miesiąc czy dwa, a rok. Badali moje otoczenie, ludzi, z którymi się spotykałem. Mam na myśli chociażby jak w 2014 roku zaczął się format normandzki, 2 października było pierwsze spotkanie, po tym, jak w czerwcu 2014 ruszono z formatem normandzkim. Zaczęły się te spotkania, które oni odpowiednio przeanalizowali. Dokładnie, to były tam dokumenty z 2015 roku, zapytania, które wysyłali swoim specsłużbom – że jest ten i ten, podejrzewamy go o to i o to, czy macie jakieś informacje o jego zaangażowaniu w to, o co go podejrzewamy. Rozumiem, że taki mają obieg korespondencji, dokumentów, ale jest mi ciężko powiedzieć, czy to wszystko było celowe i przemyślane. Były zapytania do GRU, do SWR – Służby Wywiadu Zagranicznego i do FSB. Odpowiednio: GRU odpowiadało, że mieszka w Kijowie, ma taki samochód, zameldowany jest tam, adres taki… zwyczajne bazy danych, które można kupić otwarcie sposób na Petriwce, milicja na tym zarabia. Tak było wcześniej, nie wiem, jak teraz. Oceniając po tym, co było tam napisane, to na sto procent była baza MSW. Ale faktycznie nie było tam nic takiego: jest zameldowany pod takim adresem, ma żonę, dwoje dzieci, taki samochód. Ale mieszka w budynku, który należy do Ministerstwa Obrony, to znaczy, że jest szpiegiem. Pracuje dla wywiadu wojskowego Ukrainy. Ale mieszkam w domu, który nie jest na stanie ministerstwa. To budynek urzędowy. Kiedyś za Związku Sowieckiego był tu instytut, który zajmował się badaniem przedsiębiorstw przemysłu spożywczego. Pracowała w nim babcia mojej żony. Babcia napisała testament i podarowała mieszkanie mojej żonie. Babcia zmarła i mieszkamy w tym mieszkaniu do dziś, już ponad dwadzieścia lat. To budynek urzędowy tego instytutu. Z tego instytutu mało zostało, trochę się reorganizował i tak dalej. Ale w tym budynku mieszkali wszyscy – od kierownictwa, po szeregowe sprzątaczki. Mieli środki, zbudowali ten budynek i tam mieszkali. Faktycznie, w mocno naciąganie napisali, że to ma jakiś związek z Ministerstwem Obrony.

 

Potem inny temat. To odpowiedziała Służba Wywiadu Zagranicznego. To było w lutym 2016 roku, kiedy przyszły te odpowiedzi. Zapytania wyszły w grudniu 2015, a przyszły odpowiedzi w lutym. „Tak, wiemy, że jest taki dziennikarz. Teraz czeka na akredytację MSZu Francji. Rzeczywiście, złożyłem wniosek, wszystkie papiery i czekał na akredytację. Miałem dostać ją gdzieś w lutym. Tu na Ukrainie zdaje się, że nie potrzeba akredytacji, ale we Francji wymagają co roku, żeby ją odnowić. Przynosisz swój życiorys, dokumenty, że masz mieszkanie, rachunek w banku, rzeczywiście tam mieszkasz, pokazujesz rachunki za ostatnie trzy miesiące i pokazujesz swoje ostatnie materiały, żeby udowodnić, że naprawdę pracujesz jako dziennikarz. Wydrukowałem kilka materiałów, ale w większości to pyły tylko hiperłącza. Pracuję w agencji, wszystkie są dostępne, bardzo proszę. Jedyna rzecz to to, że agencja, która pracuje podobnie jak PAP, nie wszystkie moje materiały podpisuje moim nazwiskiem, Roman Suszczenko. Jak oddaję materiał Ukrinformowi, ja piszę, a Ukrinform zamieszcza już bez autora. Jeśli jest to artykuł, to tak, proszę, jest autorstwo. Ale codziennie pracuję, czasem piszę po dwadzieścia, trzydzieści informacji dziennie, wszystko podpisuję. To wpływa na honorarium. Jest norma, pracujesz. Część jest płacona jako honorarium, a część pracy wykonujesz za to, co ci płacą. Wszystko się wrzuca. Ale w swobodnym dostępie nie ma nazwiska. To Ukrinform przekazuje daną informację. Pisze się tylko: własny korespondent we Francji, własny korespondent w Warszawie, własny korespondent w Brukseli. Jest tego dużo. Można zobaczyć, sprawdzić, kto jest korespondentem i wszystko zrozumieć. Część tych materiałów też widziałem w aktach sprawy. Miałem je na laptopie. Jego też przebadali i napisali: „Te materiały przygotował na temat Francuzów”. Ale przecież te materiały są dostępne. Wystarczy zajrzeć do jakiegokolwiek medium, w Internecie, pisali o tym Francuzi, ja o tym pisałem, inni dziennikarze pisali. Dziwię się temu. W sądzie przedstawiali te materiały jako jakieś takie…

 

Pana korespondencje były jak materiały szpiegowskie.

 

Tak, dokładnie. No, mamy swoje źródła, takie które powiedzą coś off-record. Nie piszesz wtedy kto, tylko na przykład źródła w MSZ, w Pałacu Elizejskim, w rządzie, powiedziały to i to, sankcje takie, Mistrale – to była napięta historia, nieprosta z tymi Mistralami. Potem była skomplikowana historia z budową cerkwi św. Włodzimierza koło mostu Iéna [prawdopodobnie chodzi jednak o cerkiew Trójcy Świętej koło mostu Alma, wokół której były duże kontrowersje w 2015 i 2016 roku]. Francuscy dziennikarze z Mediapart badali tę sprawę, pisali o tym, że faktycznie to jakieś takie… specjalne centrum. Ale to osobna historia.

 

Dowiedzieli się więc [służby rosyjskie], że czekam na akredytację. Na pewno kontaktowali się z MSZ. Potwierdzili, że jest taki człowiek i właśnie czeka na akredytację. To po pierwsze. A po drugie… jest takie centrum, pewnie z nim współpracujecie, Centrum Razumkowa, które przeprowadza analizy, są też inne centra, w tym socjologiczne, zajmujące się statystyką. Analizujesz ich publikacje, patrzysz, czytasz, a potem przygotowujesz materiały. Odpowiednio we Francji jest Science Po, IFRI, SRI i inne. Wiele instytutów. Organizują ciekawe okrągłe stoły. Zapraszają ciekawych ekspertów, dyplomatów, osoby z dziedziny stosunków międzynarodowych. Przyjeżdżają na wydarzenia publiczne. Byłem tam akredytowany, chodziłem na wiele ciekawych eventów, przygotowywałem relacje etc. W tej odpowiedzi [służby wywiadu na zapytanie śledczych] napisano, że chodziłem na te wydarzenia w IFRI, ale zostałem wykluczony z zamkniętych list. Że Francuzi mnie wykluczyli z jakichś zamkniętych list w tym IFRI. A ja w ogóle nie miałem pojęcia, że tam są jakieś węższe kręgi, do których zapraszają tylko wybranych. Chodziłem tam, było pełno byłych francuskich polityków, obecnych też, socjologowie, chodzili Brytyjczycy. Różne wydarzenia – o energetyce, polityce międzynarodowej i inne. Ale skoro Francuzi mnie wykluczyli, to znaczy, że coś jest nie tak.

 

Potem była prezentacja jednej książki. Jest taki francuski ekspert, politolog Mathieu Boulègue. Przyjeżdżał tutaj, naświetlał historię tego, co dzieje się w Donbasie. Poprosił mnie, żebym poznał go w Kijowie z jakimiś dziennikarzami, którzy tam byli. Powiedziałem, że oczywiście, zadzwoniłem do kolegów. Powiedziałem, żeby ustalili, żeby ekspert mógł przyjechać i żeby razem popracowali. Przyjechał ze swoją znajomą, współpracowniczką i napisali kronikę. Żadnej analityki, tylko te wydarzenia, które się tam zdarzały. Wzięli z Ukrinformu mapę, z tego co pamiętam strefy ATO. Wszystkie te „centymetr w tą, centymetr w tamtą”. Prawdę mówiąc, to pochodziły one z centrum prasowego ATO, ale Ukrinform też je publikował, więc on je wziął z Ukrinformu i zrobił książkę dla ekspertów. Dwieście stron chronologii – to wszystko. Zaprosił mnie. Powiedział, że mu pomagałem i żebym w związku z tym przyszedł na prezentację. Przyszedłem, było tam jakieś dziesięć, piętnaście osób, w jednej z paryskich księgarni. Przyszedłem tam, przywitałem się z nim, podarował mi książkę. Wypiliśmy kieliszek wina. Już prawie się żegnaliśmy, kiedy podchodzi do mnie korespondent Komsomolskiej Prawdy we Francji. Witamy się, zaczynamy rozmawiać. Jak u Pana, dobrze. Jak dziennikarz z dziennikarzem. Dał mi swoją wizytówkę, ja jemu swoją, że jeszcze się zobaczymy. To był już 2015 rok. I poszedłem. I czytam potem, że napisali: „nasz kadrowy pracownik był na prezentacji pewnej książki. Poznał się z nim osobiście, porozmawiał. Ten człowiek sprawił na nim dobre wrażenie, ale to, co pisze, to horror”. Faktycznie, wysłali swojego człowieka w Komsomolskiej Prawdzie, nawet pamiętam go z wyglądu. Taki… rozmawiał, komunikatywny. Trochę starszy ode mnie. Po prostu się zdziwiłem, byłem w szoku, gdy to przeczytałem.

 

Dalej pracuje jako korespondent?

 

Tak, w Komsomolskiej Prawdzie. Nawet znalazłem wizytówkę. Jak można było tak wszystko…

 

Poznał Pan swojego agenta.

 

Napisali to, „on pisze okropnie”. Przyjechali jacyś senatorowie do swoich francuskich odpowiedników na rozmowy. Zamknięte. Zaprosili tylko rosyjskich dziennikarzy i francuskich, a innych nie wpuszczali. Próbowałem się akredytować, ale cóż. Francuzi napisali w Internecie, że odbyło się takie spotkanie. Ja tylko o tym napisałem. Rosjanie przyjeżdżali i prosili Francuzów w sprawie sankcji, żeby wpłynęli na prawodawcę i zmienili. A oni stali przy swoim i powiedzieli, że nie, jest decyzja państwa, więc my nawet o krok nie odstąpimy od sankcji. Będą takie, jakie miały być. Przygotowałem o tym materiał, wysłałem go. Wtedy jeszcze Kosaczew był nie senatorem, a deputowanym Dumy. Teraz, zdaje się, wybrali  go na senatora. Potem był jeszcze jeden materiał, który pisałem. Znaleźli jakiegoś adwokata na południu Francji i wysłali go do Doniecka, na Wschód Ukrainy, przywitali go z pompą. I przez jakieś dwa tygodnie jeździł i szukał, rozglądał się za łamaniem praw człowieka przez Zbrojne Siły Ukrainy i bataliony ochotnicze, żeby skierować sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Taki nienawistny adwokat.

 

Popytałem o tego adwokata w Paryżu wśród adwokatów, czy go znają. „No nie, stowarzyszenie jest olbrzymie, są dziesiątki tysięcy adwokatów”.  A on jest z jakiegoś niewielkiego miasteczka na południu. Poszukałem informacji o nim. Dowoził ich przedstawiciel lepenowskiego Frontu Narodowego, też jakaś ciekawa osoba, chociaż teraz sobie nie przypominam, można by popatrzeć. I on tutaj też na Donbas jeździł – i dwoje adwokatów – ten i pomocnica. Występowała w roli adwokata, a potem okazała się, że była jego kochanką. Zacząłem to badać, potem badać tę pomocnicę i, już nie pamiętam jak, ale wyszło, że są razem. Ona jest marokańskiego pochodzenia, mieszka w tym samym mieście, tam jest zarejestrowana. A ten człowiek naprawdę jest adwokatem i zajmował się czysto karnymi sprawami – zabójcy, gwałciciele – to jego główny profil działalności. A tutaj prawa człowieka. Skąd? Jeśli jesteś obrońcą praw człowieka, znasz się na prawie humanitarnym, orientujesz się w sytuacji praw człowieka, to jedno. A jeśli masz całkiem inną specjalizację – takie, takie, takie prawo – mnie to dziwi. I napisałem o tym odpowiedni materiał. Nie mówiłem, że jest taki czy siaki, po prostu napisałem, ze jego główne sprawy to takie i takie zabójstwo, taki i taki gwałt. Bronił głównie morderców i gwałcicieli. A teraz jedzie bronić praw człowieka na Donbasie. Napisałem taki materiał i dogadałem się z kolegami z Kijowa, że oni będą ze swojej strony patrzeć, co on tam robił, a ja z mojej. Napisałem, powiedzieli, że to wyczerpujący materiał i od razu go opublikujemy – bo też od razu mówili, jeśli materiał był nieadekwatny, niedorzeczny.

 

Za czym Pan w więzieniu najbardziej tęsknił?

 

Brakowało mi kontaktu z rodziną, przede wszystkim z synem. Bo jakoś tak się złożyło, że po pierwsze, nie mógł przyjechać na ostatnie widzenie w Lefortowie, bał się, a potem się odważył, wiedział, że mnie będą etapować. Miał wtedy jedenaście lat. I spodziewaliśmy się, że przyleci. Dwa dni przed przylotem mojej rodziny rozmawiałem z żoną, że przyleci. A potem adwokat potwierdził. I kiedy przyszli na widzenie, to widzę, przychodzi żona, córka, a syna nie ma. Byłem porażony. Pytam: „co?”. A oni mówią, że mieli już bilet, za godzinę trzeba wyjeżdżać, a on mówi, że nie pojedzie, że nie da rady. Nie może widzieć ojca za kratami. Odmówił, nawet się rozpłakał. Żona powiedziała mu, że wszystko w porządku. Napisałem mu później list. Powiedziałem „Maksym, to normalna reakcja, twój organizm chroni twoją psychikę. Posłuchałeś intuicji, tego uczucia. To twoja decyzja, ludzka. Jesteś młody, nie przejmuj się”. Żona mówi, ze gdy przeczytał ten list, to zrobiło mu się lżej, lepiej. Kontaktu z synem brakowało mi tam w kolonii, bo faktycznie przez te jedenaście miesięcy, tylko trzy razy dałem radę z nim porozmawiać. Ciężko tam było coś zaplanować. Jak byłem z izolatce, to tylko dwa razy na miesiąc mogli zaprowadzić mnie do telefonu. Tam telefonu nie ma. Zaprowadzają do specjalnego miejsca. W tych barakach, gdzie są zwyczajni więźniowie, są telefony. Dzwonią do domu – ktoś do Azji Środkowej, inni na terytorium Rosji. A mnie prowadzali w specjalne miejsce w korpusie służby więziennej. Wszystko było zapisywane na dyktafon – i siedział jeszcze jeden z nich, patrzył się przez otwarte drzwi, jak rozmawiam. Wybierałem numer i nie zawsze odbywało się to wtedy, kiedy mogłem porozmawiać z synem – bo szkoła. Z żoną, z córką też nie zawsze, bo pracowała. Najczęściej z żoną i z mamą rozmawiałem. Ale kilka razy zwróciłem się do tego naczelnika oddziału, w którym byłem, żeby przyszedł o lepszej porze, żebym mógł z synem porozmawiać. Pisałem wniosek do kierownictwa, żeby mnie przyprowadzali w tej i tej porze. Nie zawsze dawało radę, ale kilka razy, zaraz po szkole udało się porozmawiać jakieś piętnaście minut. Ale tego mi brakowało.

 

Brakowało mi informacji o Ukrainie. Brakowało ukraińskich książek. O ile w Lefortowie miałem szczęście poczytać Frankę – kilka ciekawych rzeczy, których nie ma w programie szkolnym; w szkole są bardziej klasyczne teksty. Na przykład powieść o bliźniakach. Jest też przełożona na polski. Lelum i Polelum. Ciekawa bardzo, o braciach bliźniakach. Potem jego korespondencję z polskimi kolegami po piórze, pisarzami. Wszystko to, co się teraz dzieje, on opisywał ponad sto lat temu. Chociażby spory z rosyjskimi nacjonalistami. Można zaobserwować ciekawe paralele. W kolonii nie było żadnych ukraińskich autorów. Faktycznie była klasyka XIX wieku, czytałem francuską. Pełno rosyjskiej klasyki, Dostojewski jest tam bardzo popularny, ale moje ręce tam nie dotarły. Brakowało książek, informacji o Ukrainie i kontaktu z rodziną. To było najtrudniejsze.

 

Pamięta Pan ten moment, kiedy dowiedział się, że będzie uwolniony? Jak to było, kiedy to się stało? 

 

To było znienacka. Piętnastego sierpnia kazali nam się zbierać. No, nie nam – mnie. Otworzyły się drzwi i kazali zbierać się z rzeczami. A wcześniej przez dwa tygodnie rzucali mnie po wszystkich celach. Trzy dni pomieszkałem w jednej, to mnie przenieśli do innej. Mówili, że tam będzie remont. W ciągu dwóch tygodni zmieniłem trzy razy celę. Jak tylko umyłem, wyczyściłem, to nowa cela. Jak znowu zacząłem myć nową cele, to oni, że nie, z rzeczami [wychodzić]. Pomyślałem, że może już mnie wysyłają do reszty obozu. „Nie, dwadzieścia kilogramów limit”. Zrozumiałem, że to etap, a jak samolotem, to na pewno chodzi o wymianę. Potem miałem dwa spotkania z funkcjonariuszami, którzy powiedzieli, że to nieoficjalne, ale wiozą mnie do Moskwy. Zapytałem, czy to sprawa wymiany, powiedzieli, że niczego nie wiedzą, nic nie mogą powiedzieć. Tak było, takie decyzje – ale samolot. Gdyby mieli mnie przewozić do innego obozu, to to by było wykluczone – na pewno pojechałbym pociągiem stołypinowskim. Jaki sens ponosić koszty, bo to nie tylko ja, ale też trzej konwojenci, więc na czterech. 15-16 sierpnia dowiedziałem się, że mnie etapują do Moskwy. A co dalej, to nie wiedziałem, bo tam jeszcze posiedziałem trzy tygodnie. Nie wiadomo – będzie wymiana, czy nie będzie. I dosłownie dobę przed tym, jak nas zwolnili tego 6 września przyszedł konsul. W oczach uśmiech. Oczy mu się świeciły takimi iskierkami, promieniami, nawet miał łzy w oczach. Taki bardzo profesjonalny był. Wcześniej pracował w Niemczech, a teraz w Rosji. I przyniósł nam poświadczenie o powrocie do Ukrainy. Powiedział, żebyśmy podpisali i spodziewali się, że wszystko będzie dobrze. Podpisałem. Był tam jeden oficer służby więziennej. Zapytałem go, kiedy. Powiedział, że możliwe, że gdzieś jeszcze półtora tygodnia, że trwają trudne rozmowy, że jeszcze nic w ogóle nie jest ustalone. Przynosili mi tam papiery do podpisania – przeciwko spotkaniu z adwokatem, przeciwko spotkaniu z członkami komisji obserwacyjnej. Powiedziałem, że niczego podpisywać nie będę. I już potem, gdy podpisałem to poświadczenie, że widziałem, że mnie wydali. Ale jak się później okazało, wydali mnie dopiero na pasie startowym. A następnego dnia, a właściwie to rano, o czwartej nad ranem otworzyły się drzwi i kazali mi się zbierać z rzeczami. Zrozumiałem, że wszystko już gotowe. Szybko się zebrałem, byłem już wcześniej przygotowany, czekałem na ten moment. I jeszcze cztery godziny musiałem siedzieć, przez te wszystkie momenty organizacyjne. Nie byłem sam. Byli marynarze, i jeszcze dziesięciu uwięzionych, razem ze mną. Edema Bekirova trzymali w celi, bo nie był zasłużony. Więc: dziesięciu zasłużonych, dwudziestu czterech marynarzy i Edem Bekirov. Jego przywieźli z Krymu, dwa tygodnie trzymali w kwaterach FSB, jak opowiadał. Też go szykowali do wymiany. O czwartej się dowiedziałem, a o dziesiątej wsadzili nas do autobusu i na dwunastą pojechaliśmy na Wnukowo. Kolumną, w eskorcie, wkoło policja. Przypadał wtedy Dzień Moskwy, wszystkie ulice były zamknięte. Wieźli nas przez centrum Moskwy. Krótsza droga prowadziła przez obwodnicę. Wieźli nas przez centrum Moskwy, wzdłuż Kremla, pod mostem, gdzie zastrzelili Borysa Niemcowa, pod soborem Chrystusa Zbawiciela i na Wnukowo. Taka pokazówka: „zapamiętajcie na całe życie, którędy przejechaliście. Symbole naszej wielkości. I lećcie do domu”. Tak było.

 

Rozmawiał Pan w autobusie z innymi więźniami?

 

Tak, do autobusu zaprowadzili mnie jako czwartego. Byli tam już Mykoła Karpiuk, Oleg Sencow i Artur Panow. Potem przyprowadzili Kolczenkę, potem Pawła Hryba, potem resztę, a potem zaczęli przyprowadzać marynarzy. Przyszedł też Staś Kłych. On był najbardziej poszkodowany. Miał duże problemy psychologiczne i psychiczne. Zaczęliśmy rozmawiać. Wcześniej nasze drogi się nie skrzyżowały. Cześć, cześć. Znajome twarze. Zaczęliśmy rozmawiać. Obok każdego siedział funkcjonariusz FSB, cały na czarno, tylko oczy było widać. Wszyscy tak samo wyekwipowaniu. Z bronią, z kajdankami, jakimiś puszkami, z pałkami. To w autobusie. Koło okna więzień polityczny, a obok niego funkcjonariusz FSB. I zaczęliśmy rozmawiać. Nikt nie zabraniał. Zgadaliśmy się kto, jak, kto kiedy przyjechał. Sencow powiedział, że jego przywieźli w ogóle 29 czy 28 sierpnia. Wszystkie te rozmowy trwały. Wszystkich nas zwieźli 15, 16, 17, wszystkich samolotami, bo z różnych kolonii, a Sencowa przywieźli ostatniego 28 sierpnia. Najwyraźniej negocjacje były ciężkie i trwały do końca.

 

A jak teraz zapatruje się Pan na sytuację na Ukrainie? Jaka jest pana ocena tych wydarzeń? Teraz może Pan spojrzeć na to, co działo się przez te lata, widzi Pan ten ogrom zmian. Informacyjnie pewnie to duże obciążenie. W tym czasie trwają też wielkie zmiany polityczne na Ukrainie. Jest to bardzo ważny moment dla Ukrainy. 

 

Rzeczywiście, przez te trzy lata Ukraina się mocno zmieniła. Nawet w wymiarze cywilizacyjnym. Pojawiło się dużo ciekawych opcji cyfrowych. Na przykład można zapisać się przez Internet do lekarza rodzinnego. Usługi taksówkarskie. Mówią, że niedługo będzie można prawo jazdy pokazywać na telefonie. Dużo opcji, o których wcześniej tylko ktoś marzył. Teraz są już codziennością. Kijów się bardzo zmienił, ale też inne miasta, gdzie zwykłem bywać. Ludzie jakoś inaczej się odnoszą jeden do drugiego. W oczach da się zauważyć jakaś panika, trwoga, jakaś niepewność co do przyszłości. Po pierwsze to zmiana władzy, po drugie istnieje zagrożenie, ludzie boją się o swoją przyszłość, o przyszłość swoich dzieci i to się czuje. Muzyczny kontent zmienił się na lepsze. Jeździłem komunikacją, to dużo ukraińskiej muzyki.

 

Prawo o kwotach.

 

Tak. Więcej jest ciekawych książek ukraińskich. Pisali jeszcze do mnie listy nasi obywatele, ktoś, kto nieobojętnie się wypowiadał o SZE.fest na Czerkaszczynie. Co roku organizowany jest Festiwal Szewczenkowski. Napisali mi tam wiele porad książkowych. Nawet nie słyszałem o tych autorach. Obowiązkowo chcę przeczytać. Ale co zawstydza, co boli, to że nasi politycy odcinają się od naszej cnoty – tolerancji. Ukraińcy prawie przez całą swoją historię byli bardzo tolerancyjni. Nawet ich kiedyś porównywali klasycy ukraińskiej literatury z wołami, które pracują milcząco, zajmują się swoimi sprawami i nie bardzo zważają na niektóre rzeczy. Tej tolerancji u polityków w ogóle się nie wyczuwa. Odbyła się zmiana. Jest dużo krytyki. Odnowiłem swoje konta w sieciach społecznościowych. I czytam, słucham bardzo dużo krytyki – i pod adresem poprzedniej władzy, i obecnej. Obserwuję to i, jako dziennikarz, zwracam uwagę na niektóre rzeczy. Są też problemy z komunikacją. Dyskusja taka między kolegami. Nie mówię już nawet o tych wszystkich rzeczach, którymi zajmujemy się zawodowo. Kilka lat walki z fejkami. Faktycznie rozumiemy naturę tej dezinformacji, jak odbywa się manipulacja, ale do tej pory, niestety, nikt niczego nie wymyślił, jakiejś kontry. Nie ma strategii przeciwstawienia się temu. Nie ma wyważonej polityki państwowej. Miałem kilka spotkań z tymi ludźmi, którzy dotychczas kierowali tymi procesami. Spodziewam się kolejnych, może nawet jutro, z tymi, którzy też martwią się tą sprawą. Ale dotychczas nie odczuwa się żadnej systemowej pracy w tym kontekście. Mówiąc o tym, co robi rząd, o reformach, to ten czas, który tu przebywam,  był dużo za krótki, żeby dobrze zapoznać się z tematem i mówić o tym w fachowy sposób. Nie zdążyłem jeszcze tak dużo przeczytać, pooglądać, posłuchać. A patrząc na emocje w sieciach społecznościowych, zdaje mi się, że to nie jest poprawne.

 

Czy myśli Pan, że ta wymiana, to był element politycznej gry, czy faktycznie etap zmiany stosunków między Rosją i Ukrainą? Też to, co ma być kontynuacją formuły Steinmaiera, wyprowadzenie wojsk, czy to wszystko jest ze sobą logicznie powiązane i wiedzie w dobrą stronę? Tak jak Pan mówił, pana działalność dziennikarska jest też powiązana chociażby z formatem normandzkim, na który wszyscy czekamy. Czy to idzie w dobrym kierunku, czy myśli pan, że to jednak tylko gra, a rezultat jest nieznany?

 

Bardzo ciężko powiedzieć dokładnie. O ile dysponuję tylko ograniczoną informacją, tą, która znajduje się w publicznym dostępie, to są dyplomaci, którzy pracują nad każdym krokiem – i nad formułą Steinmeiera, i nad wyprowadzeniem wojsk, i nad w ogóle polityką zagraniczną Ukrainy. Znam dobrze ministra spraw zagranicznych Wadyma Prystajkę. Jeszcze z czasów, gdy zajmował się integracją euro-atlantycką. Współpracowaliśmy przy kilku projektach. Jeszcze przed jego wyznaczeniem na ambasadora w Kanadzie. Potem zajmował się też formatem normandzkim. Spotykaliśmy się kilka razy w Paryżu. Komentował przebieg tych wszystkich wydarzeń. To nadzwyczaj doświadczony człowiek – na swoim miejscu. Rozumiem, że są pewne polityczne momenty, ale bez tego się nie da – polityka jest polityką. Mam na myśli, że ukraińscy dyplomaci, tak jak i władza, wydaje mi się, nie odpuszczają swojego zainteresowania. Co do kompromisów, chociażby w wymianie humanitarnej, wydaje mi się, że są one możliwe i potrzebne. Tu chodzi o dolę konkretnych ludzi i ich rodziny. Przyjmuję z radością, że udało się, że prezydent Zełeński znalazł potrzebne słowa, argumenty i przekonał rosyjskiego lidera, części Rosjan, o celowości spotkania i uczynienia aktu humanizmu, zwalniając 35 obywateli Ukrainy. Ale historia pokazuje przez te pięć lat, a bywało tak i wcześniej, że lider części Rosjan faktycznie zatwierdził strategię stworzenia nowego imperium i wydaje mi się, że na krok nie odpuszcza. Rozumie jasno jakie stoją przed nim cele, jakie ma instrumenty, jaki jest wybór instrumentów i korzysta z nich umiejętnie, subtelnie i podstępnie. Nie powiem nawet, ze pragmatycznie, a tak… cynicznie, delikatnie mówiąc. Chwała Bogu, że wciąż starcza hamulców, żeby nie rozpocząć wojny totalnej, ale nie wykluczam, że może do tego dojść. Z tej strony toczy się gra. Wielka gra. Nad tą grą pracują wielkie instytucje. Nie jakieś tam instytuty naukowo-badawcze, ale instytucje sił zbrojnych, służb specjalnych, ale też te instytuty naukowo badawcze, które badają różne narody, kontynenty, mentalności etc. Tam stworzony jest cały mechanizm. Cały system pracuje po to, żeby osiągnąć konkretny cel. Odnowienia w granicach strefy wpływu. Dowodzą tego na wszystkich szczeblach. Kogoś przekupują, kogoś zastraszają, kogoś przekonują. I jest to totalne. Ciężko walczyć z tym na Ukrainie. I dlatego zrozumiałe są te wszystkie niepewne ruchy, oświadczenia nowej władzy. Brakuje doświadczenia, brakuje ekspertów. Na przykład wyznaczonych fachowców we władzy wykonawczej, w parlamencie – władzy ustawodawczej. Staje się bardzo niebezpiecznie mówić o przyszłości, bo ci ludzie nie są fachowo przygotowani. Dziwisz się, czemu się to dzieje. Nie mówię o jakichś technokratach, ale o fachowcach, którzy mogliby zrobić więcej na swoich stanowiskach. Rozumiem, że młody prezydent stawia na młody zespół, ale jak walczyć z takim systemem młodością. To jest za mało. Potrzebny jest intelekt, doświadczenie, przynajmniej jakaś instytucja doradców, którzy dużo wiedzą, potrafią i może doradzaliby tej młodej ekipie. Ale tego nie zauważamy. I to jest po prostu niebezpieczne. Są realistyczne oczekiwania wobec partnerów zachodnich, w tym wobec Polski, jednego z liderów wśród naszych partnerów, który podaje rękę, nie zważając na pewne kwestie w stosunkach dwustronnych. Ale wydaje mi się, że przez te ostatnie pięć lat Polska i kraje bałtyckie były po stronie Ukrainy, popierały i popierają narodowe interesy Ukrainy.

 

Ale to nie Polska i kraje bałtyckie podejmują najważniejsze decyzje, tylko Francja, jaką pan dobrze zna, Niemcy, a teraz też Stany Zjednoczone.

 

To też złożona kwestia. Francja w czasach Hollande’a wszechstronnie wspierała swoje interesy. Odkąd do władzy doszedł Emmanuel Macron, do którego zresztą pisałem listy otwarte, żeby dołączył się do rozwiązania mojej sprawy, widzę pewne nie bardzo zrozumiałe sygnały. Mam na myśli format normandzki, spotkanie liderów Francji i części Rosjan. Rozumiem, że są tam pewnie jakieś rozmowy zakulisowe, nie mówię o ustaleniach, ale wydaje mi się, że jest jeszcze za wcześnie, by wyciągać konkretne wnioski. Trzeba popatrzeć, posłuchać. Formuła Steinmeiera jest rozumiana i interpretowana różnie przez poszczególne stolice. To po pierwsze. Po drugie nie ma pod nią podpisów, nie ma jakiegoś ogólnego tłumaczenia, rozumienia. Spekuluje się, wiadomo skąd wieje wiatr, wiadomo, że jest piąta kolumna, wśród polityków i nie tylko polityków wracają rewanżyści. My to odczuwamy. Nawet moich kolegów dziennikarzy dotykają pogróżki. Jutro będzie na ten temat dyskusja w parlamencie. Niemcy też są zainteresowane pewnymi profitami z odnowienia współpracy. Ale wydaje mi się, że Unia Europejska w założeniu pozostaje jedyną, która może zachować sankcje. Sankcje działają. Nawet rosyjskie media piszą, że przez te pięć lat wymiana handlowa spadła o jedną piątą. Jak by nie było, działają. Nie ma znaczenia propaganda, pełno projektów – bez technologii nic z tego nie pracuje. Są straty ekonomiczne. Tam wszystko kipi. Czytałem kilka artykułów rosyjskich socjologów, którzy określają stan społeczeństwa jako „radykalny pesymizm”. Ludność Federacji Rosyjskiej trwa w takim stanie. Kto wie, do czego to doprowadzi. Jest tam machina opresji, psychologia opresji, psychiatria opresji. Pracowali nad tym sto lat. Wiedzą, jak pracować dalej. Są pewne oczekiwania, ale są też niebezpieczne rzeczy, które zmuszają do myślenia i działania.

 

To ostatnie pytanie. Kiedy pojedzie pan do Moskwy?

 

[śmieje się]. Nigdy.

 

Nawet, jak już nie będzie Putina?

 

Nawet, jak go nie będzie.

 

Dziękujemy.

Krople, które ruszyły skałę – relacja z konferencji Romana Suszczenki

Roman Suszczenko, ukraiński dziennikarz, który trzy lata spędził w rosyjskim więzieniu, przyjechał do Polski, aby podziękować za wsparcie jakie otrzymał od Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Konferencja prasowa z udziałem Suszczenki, jego żony i córki oraz ambasadora Ukrainy w Polsce Andrija Deszczyci odbyła się we wtorek, 26 listopada w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie.

 

– Zacznę takim religijnym zawołaniem: „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Gościmy Romana Suszczenkę, który trzy lata przesiedział w rosyjskim więzieniu – rozpoczął spotkanie Krzysztof Skowroński, prezes SDP.

 

Przypomniał, że od momentu aresztowania ukraińskiego dziennikarza zarówno Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jak i Zarząd Główny Stowarzyszenia podejmowali szereg apeli o jego uwolnienie.

 

Za te działania podziękował najpierw ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczycia. Przypomniał, że w Rosji nadal przetrzymywani są ukraińscy więźniowe polityczny, a jego kraj wciąż potrzebuje wsparcia do czasu aż zostanie przywrócona integralność Ukrainy. – Każdy głos, każde wystąpienie ma sens – podkreślił Deszczycia. – Nasze dzisiejsze spotkanie pokazuje, że kropla drąży skałę, apeluję, aby tych kropli było więcej.

 

Roman Suszczenko opowiedział o swojej pracy, aresztowaniu i pobycie w więzieniu.

 

Przez sześć lat był korespondentem agencji  Ukrinform w Paryżu. Zajmował się m.in. sprawami ukraińskimi na arenie międzynarodowej, podejmował też tematykę wsparcia przez Rosję niektórych kręgów politycznych we Francji. Po aneksji Krymu, pisał również o Ukraińcach przetrzymywanych w rosyjskich więzieniach. Jego zdaniem ta praca nie spodobała się Rosji. – W 2016 r. pojechałem do Moskwy w sprawach rodzinnych, to była nieprzemyślana decyzja – opowiadał Suszczenko.

 

30 września 2016 r. został zatrzymany przez rosyjskie służby i oskarżony o szpiegostwo. Podstawą oskarżenia była płyta z jakimiś materiałami wojskowymi podrzucona przez jego kolegę. –  Nie wiem dlaczego to zrobił, może ktoś wywierał na niego presję – mówił Szuszczenko.

 

Rosyjski sąd skazał dziennikarza na 12 lat pozbawienia wolności. W październiku zaczął odbywać karę w kolonii karnej położonym tysiąc kilometrów na północny wschód od Moskwy.  – Przebywali tam skazani za najcięższe przestępstwa, zabójstwa, gwałty, handel narkotykami – opowiadał Suszczenko. – Było koszmarnie, mróz minus 20 – 30 stopni, w celi najwyżej 13 stopni, ciasne pomieszczenie 2,5 na 4 metry, łóżka mocowane do ściany, złe warunki sanitarne.

 

W takim miejscu dziennikarz przebywał dwa miesiące. Sytuacja zmieniła się dopiero po wizycie ukraińskiego konsula, który zagroził, że nagłośni na forum międzynarodowym sprawę warunków w jakich przebywa Suszczenko. Kolejne miesiące dziennikarz spędził już w miejscu o wyższym standardzie.

 

W sierpniu 2019 r. Suszczenko został przetransportowany do aresztu w Moskwie. 7 września rano,  razem z  10 innymi więźniami politycznymi i 24 ukraińskimi marynarzami, został w eskortowanej kolumnie przewieziony na lotnisko.

 

Wszyscy zostali uwolnieni w ramach wymiany więźniów między Ukrainą a Rosją.

 

Jeszcze będąc w więzieniu, dzięki informacjom od córki i kolegi, które przekazywali mu konsul oraz adwokat, Suszczenko wiedział o wsparciu jakie otrzymywał od innych osób, także z Polski. – Jednak dopiero po powrocie na Ukrainę dowiedziałem się jak było ono duże. Dlatego pojawił się pomysł, aby odwiedzić Polskę – tłumaczył dziennikarz.

 

Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i wiceprezes SDP, opowiadała, że protest w sprawie uwięzienia Suszczenki, był jedną z pierwszych spraw, którymi zajęła się zaraz po objęciu stanowiska szefowej Centrum. – Pojawiły się wówczas głosy: nie mieszaj się do tego, to nie nasza sprawa – mówiła. – Dziś mam wielką radość i satysfakcję widzieć pana w dobrym zdrowiu i dobrej kondycji, po tym co pan przeszedł.

 

Dyrektor Hajdasz dodała, że CMWP SDP nie będzie takich spraw zostawiało bez wsparcia. – Bez wsparcia środowiska, które murem stoi za jednym z nas – dodała.

 

Konferencji towarzyszyła wystawa prac Romana Suszczenki, które stworzył podczas pobytu w więzieniu. Wykonane przy użyciu prostych środków, zachwycają rozmachem, dbałością o szczegół, pięknem. – Od dziecka malowałem, a w więzieniu trzeba było czymś się zająć, aby odgonić czarne myśli. Rysunek mnie odstresowywał – tłumaczył Roman Suszczenko.

 

W więzieniu powstało ok. 30 prac. Teraz dziennikarz planuje zorganizować dwie aukcje, z których środki przeznaczone zostaną na przedszkole dla dzieci więźniów politycznych Tatarów Krymskich oraz na pomoc dla rodzin ukraińskich więźniów politycznych przetrzymywanych w Rosji.

 

jka

 

 

 

Zapis audio konferencji

 

Wywiad z Romanem Suszczeko

 

 

 

яндекс

Rusza konkurs o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską im. Tadeusza Mazowieckiego

Do 20 stycznia 2020 roku można zgłaszać prace do konkursu o Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarską im. Tadeusza Mazowieckiego. Pula nagród wynosi 25 000 euro.

 

Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska przyznawana jest za najlepsze materiały dziennikarskie opublikowane w 2019 r, które otwarcie i rzetelnie informują o kraju sąsiada, przybliżają  życie codzienne oraz problemy społeczne Polaków i Niemców.  Prace nadsyłane na konkurs powinny przyczyniać się do poszerzania wiedzy Polaków i Niemców o sobie nawzajem, a także pomagać zrozumieć politykę, zjawiska gospodarcze, osiągnięcia nauki i kultury obu państw.

 

Tematy prac mogą dotyczyć wszystkich aspektów relacji polsko-niemieckich, a także wspólnej historii, zarówno tej dawnej jak i najnowszej. Dla fundatorów nagrody ważne jest, aby poprzez poruszanie takich zagadnień wspierać integrację obu narodów w Unii Europejskiej.

 

Nagroda przyznana zostanie w pięciu kategoriach: Prasa, Radio, Telewizja, Multimedia oraz „Dziennikarstwo na Pograniczu”. Laureat każdej z nich otrzyma 5 000 euro.

 

Dziennikarki, dziennikarze, redakcje, wydawnictwa i nadawcy mogą zgłaszać dowolną liczbę prac.

 

Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi podczas Polsko-Niemieckich Dni Mediów, które odbędą się w dniach 4 – 5 czerwca 2020 r. na Europejskim Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą.

 

Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska przyznawana jest od 1997 roku. W 2008 roku po raz pierwszy została ona wręczona podczas Polsko-Niemieckich Dni Mediów. Fundatorami są Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, ZEIT-Stiftung Ebelin und Gerd Bucerius, a także trzy polskie województwa: zachodniopomorskie, lubuskie i dolnośląskie oraz trzy niemieckie kraje związkowe: Meklemburgia-Pomorze Przednie, Brandenburgia i Wolne Państwo Saksonia. W latach 2007 – 2019 nagrodę wspierała także Fundacja Roberta Boscha.

 

W grudniu 2013 roku Nagroda Dziennikarska, decyzją fundatorów, zyskała imię Tadeusza Mazowieckiego. Wyrazili oni w ten sposób swoje uznanie dla działalności dziennikarskiej pierwszego demokratycznego premiera Polski po 1989 roku oraz działacza na rzecz praw obywatelskich.

 

Rok później po raz pierwszy przyznano  Nagrodę w kategorii „Dziennikarstwo na Pograniczu”, która honoruje materiały przygotowane przez dziennikarzy z sześciu regionów partnerskich dokumentujące integrację, przemiany i nowe problemy codzienności na pograniczu.

 

W 2018 roku, w odpowiedzi na zmieniający się krajobraz medialny, do konkursu dołączyła kategoria Multimedia.  Przyznawana jest jako wyróżnienie dla prac dziennikarskich, które powstały przy istotnym wykorzystaniu możliwości jakie daje w mediach internet, technologie cyfrowe oraz środowisko różnorodnych aplikacji. W przypadku prac zgłaszanych do tej kategorii równie ważne jak warsztat dziennikarski i dobrze opowiedziana historia jest też innowacyjne opracowanie materiału pod względem technologicznym.

 

Warunki konkursu oraz więcej informacji o Nagrodzie: http://dnimediow.org/nagroda-dziennikarska-tadeusza-mazowieckiego.html.

 

Na zdjęciu Natalie Steger oraz Milena Drzewiecka, laureatki Nagrody 2019 w kategorii Telewizja.

Fot. Hans Scherhaufer.

(tekst promocyjny)

 

To nie jest korpo – ks. MARIUSZ FRUKACZ o błędach dziennikarzy piszących o Kościele

Pisać o Kościele nie jest łatwo. Podobnie jak trudno jest pokazać w sposób zrozumiały i atrakcyjny jakiekolwiek dobro, które dzieje się wokół nas.

 

W sierpniu 1976 r. kard. Karol Wojtyła, odwiedzając Stany Zjednoczone, wypowiedział ważkie słowa: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego ani najszersze kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a anty-Kościołem, Ewangelią a jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrzności. To czas próby, w który musi wejść cały Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią kulturę i cywilizację chrześcijańską ze wszystkimi jej konsekwencjami: ludzką godnością, prawami osoby, prawami społeczeństw i narodów”. Wydaje się, że ta diagnoza znajduje swoje odzwierciedlenie także w przekazie medialnym na temat Kościoła.

 

Zrozumienie i szacunek

 

Pisać o Kościele nie jest łatwo. Podobnie jak trudno jest pokazać w sposób zrozumiały i atrakcyjny jakiekolwiek dobro, które dzieje się wokół nas. Oczywiście dobra komunikacja pomaga nam być bliżej siebie oraz lepiej poznawać siebie nawzajem. Niestety w przestrzeni życia społecznego w Polsce zauważamy dzielące nas mury, brak wzajemnego zaufania. Takie mury można pokonać tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi, by słuchać siebie nawzajem i uczyć się jedni od drugich. Myślę, że w opisie Kościoła potrzebne są jakieś formy dialogu pozwalające na zrozumienie i szacunek. Wydaje się, że trzeba rozwijać kulturę spotkania, o której tak dużo mówi papież Franciszek. Potrzebne zawsze jest spotkanie, dialog ludzi mediów i Kościoła. Oczywiście, jak zauważył papież Franciszek w jednym ze swoich Orędzi na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, „różnorodność wyrażanych opinii może być postrzegana jako bogactwo, ale możliwe jest także zamknięcie się w pewnej sferze informacji, które odpowiadają jedynie naszym oczekiwaniom i naszym ideom, albo określonym interesom politycznym i gospodarczym. Środowisko komunikacyjne może nam pomóc w rozwoju, lub przeciwnie prowadzić do dezorientacji”.

 

Uczyć się Kościoła

 

Wiemy dobrze, że podstawowym prawem wszelkiego rodzaju przekazu jest szczerość, prawość i prawda. Można zatem pytać, czy właśnie te trzy wymiary przekazu są respektowane w informowaniu i pisaniu o Kościele. Warto przypomnieć również za dokumentem Kościoła zatytułowanym „Communio et progressio”, gdzie znajdujemy takie słowa: „Zasługa i wartość moralna jakiegoś przekazu nie zależy od samego tylko tematu czy od doktryny, jaką temat ten zakłada, ale także od rodzaju przekazu, od sposobu przedstawienia, mówienia i przekazywania, dalej, od okoliczności towarzyszących i wreszcie, od odbiorców, do których dany rodzaj przekazu jest skierowany”.

 

Kościół pokazywany jako instytucja usługowa

 

Tymczasem w przekazie o Kościele pojawia się jakieś dziwne przekonanie, że Kościół powinien być instytucją usługową, jakimś rodzajem supermarketu. Moim zdaniem zasadniczy błąd w przekazie o Kościele pojawia się wtedy, kiedy patrzymy na jego  rzeczywistość jako jedynie na instytucję czy korporację. Wówczas w przekazie medialnym bardzo często prowadzi to do myślenia  o relacji człowieka z Bogiem w kategoriach szef i podwładny, a nie więzi osobowej Ojciec i dziecko, Ojciec, syn i córka, usynowionych i zbawionych w Ciele i Krwi Jezusa Chrystusa.

 

Nieprzychylna atmosfera

 

Jednym z poważnych problemów z jakim dzisiaj mamy do czynienia jest nieprzychylna atmosfera wokół Kościoła, prezentowana w ostatnich latach przez część mediów. To, co bardzo boli mnie jako kapłana–dziennikarza to patrzenie na Kościół „poprzez okulary sensacji”. Ostatnio mamy do czynienia z formą ośmieszania osób życia konsekrowanego, ośmieszania konsekracji osób ślubujących czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Budowanie nieprzychylnej atmosfery wokół Kościoła w mediach nie służy rzetelnej informacji.

 

W opisie Kościoła w mediach świeckich bardzo często jest on pokazywany jako tylko i wyłącznie instytucja. Wydaje się, że przekaz medialny tworzy obraz, że Kościół dla tego świata byłby wygodny jako relikt przeszłości, także w Polsce, a  Ewangelia spychana jest na bok w imię demokracji. W opisie Kościoła pojawiają się bardzo często jednostronne interpretacje, które rodzą emocje i utrudniają dialog. Również smutne jest to, że w mediach prasowych, radiowych, telewizyjnych czy internetowych prawda zaczęła odgrywać wtórną rolę, a liczy się sensacja, duch oszczerstwa i niszczenia sakramentu kapłaństwa, a przez to i Kościoła.

 

W prasie pojawia się coraz więcej tekstów, które mają na celu stworzyć wrażenie, jakoby Kościół i sam Watykan nie działał w sposób uporządkowany, zgodny z obowiązującymi wszystkich normami, ale w sposób gorszący, wskazujący na tzw. drugi obieg, a może i korupcję czy przekręty. Tak było na przykład w pokazywaniu tzw. afery Vatileaks. Moim zdaniem ukazywanie Kościoła wyłącznie od strony negatywnej jest po pierwsze nieobiektywne, a po drugie nie służy społeczeństwu.

 

Stygmatyzowanie ludzi Kościoła

 

Moim zdaniem bardzo niepokojące, niebezpieczne i będące efektem manipulacji  jest obserwowane w mediach dzielenie społeczeństwa i stygmatyzowanie ludzi, także ludzi Kościoła wedle określonych kategorii, tych rzekomo nowoczesnych i rozumiejących świat oraz tych „zacofanych”, nic nie rozumiejących. Jest też próba pokazania Kościoła jako instytucji wrogiej demokracji, a tym samej wrogiej ludziom chcących zmian. Wydaje się, że jednym z poważnych grzechów ludzi mediów jest próba rozdzielenia społeczeństwa, narodu od Kościoła.

 

Wciąż obecny jest też w mediach przekaz pokazujący jakby dwa oblicza Kościoła: zamknięty i otwarty. Słyszy się nawet głosy o śmierci Kościoła otwartego. Tymczasem Kościół jest jeden. „Kościół jest zawsze sobą. Był, jest i będzie instytucją, której głową jest Chrystus i która ma swoje Boskie ustanowienie. Jest ono zanurzone w Objawieniu, w Piśmie Świętym, w nauczaniu soborów, w nauczaniu powszechnym. Kościół żyje i wśród ludzi spełnia swoją misję” – napisał w jednym z felietonów ks. inf. Ireneusz Skubiś.

 

Błędem jest więc patrzenie na rzeczywistość Kościoła jedynie poprzez „okulary socjologii”, czy też politologii, albo przez „okulary bieżącej polityki określonego wydawcy”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz „Niedzieli”