Trzeba nauczyć się czytać znaki – przypominamy tekst DAGMARY DRZAZGI, wybitnej autorki filmów dokumentalnych

Jak to się dzieje, że realizuję właśnie taki, a nie inny film dokumentalny? Że w którymś momencie następuje owo „sekretne porozumienie” z Nieznanym, decyzja zostaje podjęta i wyruszam w długą podróż? Od prawie dwudziestu lat kręcę filmy i dla mnie samej wybór tematu jest jedną z największych zagadek. Coś na skraju realności i metafizyki, co trudno wyjaśnić i nad czym – przyznaję – chyba nie do końca panuję.

 

Na potrzeby tej publikacji, sięgając też do własnych notatek, wracam do przeżyć sprzed ponad trzech lat. Nie jest to, oczywiście, łatwe. Natychmiast włącza się mechanizm autocenzury. Można pisać o filmie na sto sposobów, analizować warsztat, pokazywać zastosowane środki narracyjne oraz techniczne – czyli wziąć przysłowiowe „szkiełko” i dokładnie przyjrzeć się całości. I to jest bardzo dobre. Ja jednak pójdę tu inną ścieżką. Dla mnie kino jest nie tylko profesją czy pasją. Jest czymś więcej. To proces intymny. Jeśli zatem obiecałam szczerze opowiedzieć o początkach pracy nad Martwym sezonem, słowo się rzekło. Mam wrażenie, że wchodzę na drogę prowadzącą do mniej oświetlonych części głębokiego wąwozu.

 

Pierwszy raz pomyślałam o tym, żeby zrobić film o Rafale Wojaczku kilka lat temu. Byłam wtedy uczestnikiem festiwalu telewizji regionalnych w Koszycach na Słowacji. Tam poznałam Żmiciera Wajciuszkiewicza, białoruskiego barda, który śpiewał poezję Rafała. Powiedzieć „śpiewał”, to powiedzieć niewiele! Żmicier jest wspaniałym artystą, jego interpretacje nie mają równych sobie. Pamiętam tamto wzruszenie, kiedy słuchałam Wojaczka w jego wykonaniu! Zaprzyjaźniliśmy się ze Żmicierem, a on przyznał, że nauczył się języka polskiego ze względu na autora Innej bajki! Jednak myśl o zrealizowaniu dokumentu o Poecie tak jak nagle przyszła, tak i odeszła. I choć czasem powracała, szybko karcona była przez własne, osobiste „nie”! Dlaczego? Po pierwsze: o Wojaczku napisano już tak wiele książek, rozpraw, artykułów i analiz naukowych. Po drugie, powstały o nim filmy dokumentalne, reportaże, programy poetyckie, a także hipnotyzująca fabuła Lecha Majewskiego. Po trzecie i najważniejsze – jak tu się mierzyć z legendą i po co? Każdy z miłośników Rafała ma „swojego” Wojaczka, zatem co ja mogę jeszcze nowego dopowiedzieć? Nie ma sensu pakować się w projekt, który już na samym początku wydaje się być skazany na porażkę. Tak właśnie wówczas myślałam. Czasem jednak – zupełnie znienacka – dopisywałam kolejne sceny nieistniejącego filmu. Pojawiały się obrazy, wracałam do wierszy. Wątpliwości nie zmniejszały się ani na jotę. Mijały kolejne miesiące. Film we mnie rósł. I nagle poczułam, że dosyć tego! Nie można tak w nieskończoność! Potrzebny jest jakiś przełom. Moment, w którym wszystko się rozstrzygnie. Robię ten film, albo nie robię. I już! A jeśli nie robię, najwyższy czas to wszystko z siebie wyrzucić i zająć myśli czymś innym. Koniec. Kropka.

 

To był jeden z tych depresyjnych dni. Jesień albo wiosna, nie pamiętam. Na pewno szara, dżdżysta i zimna. Kilka godzin wcześniej przyjechałam do Biblioteki Śląskiej w Katowicach, a wizyta ta nosiła w mojej głowie znamiona czegoś prawie ostatecznego. Scenariusz był właściwie gotowy, nie szukałam więc biograficznych tropów. Chciałam, po prostu, wziąć do ręki „tamte” egzemplarze – Poezję z 1965 roku, w której debiutował, a potem majową Odrę z 1971 z jego ostatnimi wierszami. Na pewno ją czytał, bo kiedy umierał była już w kioskach. Wszystko to dobrze wiedziałam, ale musiałam dotknąć „autentyku”. Zauważyłam, że w jakiś dziwny sposób mam ten zmysł wyczulony. Gdziekolwiek jestem, przesuwam palcami po kamieniach, przedmiotach, drzewach. Widocznie jest mi to potrzebne; jakiś kontakt zmysłowy, pozawerbalny, instynktowny….

 

A zatem – pożółkły papier, podniszczone okładki, zagięte rogi stron. Szelest. Zapach druku przefiltrowany przez czas. Tylko tyle, albo aż tyle. Nic jednak się nie wyjaśniło. Widocznie „seans spirytystyczny” się nie powiódł. Duch nie zechciał się zmaterializować. Kompletna porażka. Niby czego się spodziewałam?

 

Znowu stałam na przystanku autobusowym. Zaczynały się popołudniowe godziny szczytu, tłum gęstniał, a ja chciałam już tylko wrócić do domu. Rafał, czy chcesz, żebym to ja zrobiła ten film?

 

Pytanie, śmieszne i może nie aż tak dosłownie, powracało przecież od jakiegoś czasu. Komu, tak naprawdę, je zadawałam? Na pewno było świadectwem mojego lęku. Jakkolwiek nie będę drążyć i dociekać „istoty rzeczy”, zawsze będzie to portret Rafała niepełny. Zbyt długo pracuję w dokumencie, żeby tego nie wiedzieć.

 

– No więc, chcesz? – powtórzyłam szurając czubkiem buta po mokrym asfalcie. – Jeśli tak, to daj mi jakiś znak!

 

A potem roześmiałam się z sama z siebie i swojej zuchwałości!

 

Autobus wreszcie podjechał. Był tak pełny, że ledwo weszłam do środka. Drzwi się zamknęły, ruszyliśmy. Stojący obok mężczyzna wydychał resztki przetrawionej wódki. Zrobiło mi się słabo i zaczęło mnie mdlić, pomyślałam, że zaraz zemdleję. Oby tylko dojechać do następnego przystanku! I nagle stało się coś, w co trudno mi do dzisiaj uwierzyć. Młody chłopak, chyba student, wyjął z kieszeni smartfona i zaczął swojej dziewczynie czytać na głos wiersze! Jechaliśmy, a on nie przestawał. Czasem tylko mówił: „Kochanie, posłuchaj, to takie piękne!” i czytał dalej. Od razu wyjaśnię: nie – nie był to Wojaczek, na moje ucho – Baczyński. Jakie to jednak mogło mieć znaczenie? W jednej sekundzie zostałam wyrwana z gorącego, cuchnącego wnętrza na inną orbitę.  Nie było już autobusu, ludzi, kwaśnego zapachu alkoholu. Istniała najczystsza, najprawdziwsza Poezja. Dlatego, kiedy wysiadałam, pomyślałam tylko: Rafał, dziękuję!

 

I już wiedziałam, że muszę zrobić ten film.

 

To wszystko mogłoby być literacką fikcją, albo sceną z filmu. Nie jest ani jednym, ani drugim. Życie napisało taki scenariusz. Kto wie, może gdybym wsiadła do innego autobusu, nigdy nie zrobiłabym filmu o Rafale?

 

Mówię o tym, żeby podkreślić, jak niewiele – przy całej wiedzy, doświadczeniu i umiejętnościach – znaczymy wobec rzeczywistości, która jest najlepszym reżyserem. Nasza rola polega na tym, aby się na nią otworzyć, zacząć „rezonować”. Trzeba nauczyć się czytać znaki, które są nam dane. One są jak ptaki. Jeśli ich nie zauważymy, za chwilę odfruną.

 

Praca nad Martwym sezonem trwała trzy lata. To był wspaniały czas spotkań z ludźmi, którzy  Rafała Wojaczka znali, przemierzania dróg, którymi się kiedyś poruszał i odkrywania na nowo jego wierszy. To była epoka wielkich emocji i świadomość ciągłego dotykania tajemnicy. Jeśli choć trochę z tego, czego doświadczyłam udało mi się przekuć w filmowe kadry, mogę czuć się zwyczajnie szczęśliwa.

 

Dagmara Drzazga

Ostatni (taki) numer? – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o ciekawej transakcji na polskim rynku prasowym

Kupno „Twojego Weekendu” z zamiarem likwidacji pisma to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń na polskim rynku prasy mijającego roku. Wbrew pozorom trudno jednak o jego jednoznaczną ocenę, która oscyluje od międzynarodowych zachwytów po oskarżenie o hipokryzję i przemoc ekonomiczną. Zastanówmy się nad tym, co się właściwie wydarzyło?

 

Kupno z zamiarem likwidacji

 

Taka postawa przypomina siermiężne początki polskiej gospodarki rynkowej i pozbywania się potencjalnej konkurencji. Samo wejście na tę ścieżkę przez podmioty prorynkowe musi budzić zastanowienie. Na początku przypomnijmy fakty. Według portalu WirtualneMedia[1] w grudniu 2018 roku spółka Fire Wall wystawiła magazyn „Twój Weekend” (nazwa, domena internetowa, mutacje pisma) na sprzedaż w serwisie aukcyjnym Allegro. Pismo miało wówczas nakład na poziomie 23.000 egzemplarzy i sprzedaż przekraczającą 15.000. Według cytowanego portalu wysokość licytacji przekroczyła 50.000 zł, gdy oferta zniknęła, a prowadzący do niej link informował: „Sprzedaż zakończona. Nie było ofert kupna”[2]. A jednak „Twój Weekend”, czyli magazyn erotyczny wydawany od 1992 roku, został kupiony. Prawa trafiły do Pride and Glory Interactive, należącej do grupy reklamowej VMLY&R. Jeśli sięgniemy po takie lektury jak: „Monopol, pluralizm, koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989–2006” lub „Raport o śmierci polskich gazet” prof. Tomasza Mielczarka, okaże się, że rodzimy rynek nie takie historie oglądał, ta jednak jest inna, bo uznana i nagradzana.

 

Szczytne deklaracje

 

W artykule podpisanym: „Gazeta.PL i partnerzy”, poinformowano czytelników o kulisach kupienia pisma i złożono przy tym kilka deklaracji. Czytamy w nim m.in.: Gdy inni pisali teksty i śmieszkowali (na temat wystawienia „Twojego Weekendu” na sprzedaż – przyp. Autora), kilka osób z agencji VMLY&R, portalu Gazeta.pl i studia produkcyjnego Papaya Films nie próżnowało. Po paru telefonach dołączyli do nich przedstawiciele i przedstawicielki fundacji Sukces pisany Szminką, agencji Wavemaker, banku BGŻ BNP Paribas i firmy Mastercard. Decyzja zapadła – kupujemy. Po to, żeby zamknąć! Bo to dobra okazja, żeby pokazać, że nikt więcej nie powinien czerpać wiedzy o kobietach, partnerstwie, seksie i relacjach tylko z takich magazynów.[3]

 

W tym miejscu warto zauważyć, że nikt nikomu i nigdy nie kazał czerpać wiedzy na temat kobiet, czy partnerstwa, „tylko z takich magazynów”. Bez wątpienia można więc rozważać to zagadnienie w kategoriach wolności prasy, wolności słowa i prawa do swobody wypowiedzi, ale idźmy dalej.

 

W artykule zapowiedziano słynny ostatni numer „Twojego Weekendu” z hasłem „48 stron bez seksizmu”. W przywołanym tekście dodano, że to jednak nie wszystko. Autorzy zadeklarowali: będziemy kontynuować dyskusję i publikować teksty, które chcielibyśmy, żeby czytali nasi mężczyźni, inspirowały kobiety. Wszystko to miało się dziać na specjalnym portalu: twojweekend.gazeta.pl.

 

Hipokryzja?

 

W dyskusjach na temat kupna z zamiarem likwidacji i złożonej deklaracji dotyczącej wyjątkowego ostatniego numeru pisma oraz portalu inicjującego dyskusję na temat nieprzedmiotowego postrzegania kobiet, czy partnerstwa, od początku pojawiły się głosy o hipokryzji. Zdanie takie wyraził na przykład Jakub Kralka na Spider’s Web, zarzucając przy okazji pomysłodawcom akcji przemoc ekonomiczną.

 

Zacytujmy fragment: przypływ medialnej hipokryzji trudno jednak usprawiedliwiać w przypadku Agory, która walczy z uprzedmiotowieniem kobiet robiąc kilkanaście slajdów w quizie „Komu wypadła pierś”, każe nam rozpoznać biust Ilony Felicjańskiej spod jeansowej kurtki, a nawet potrafi się zachwycić całkowicie zakrytym i obudowanym bluzką biustem dziewczyny Tomasza Kammela. Agora wyjaśni nam, „które piersi nie mieszczą się w bluzce” i zrobi zestawienie „piersi polskiego showbiznesu”.[4]

 

Rodzi się pytanie, dlaczego wobec tego kupiono „Twój Weekend”, a nie serwis Plotek? Przecież łatwiej uprawia się krytykę bałaganu u sąsiada z perspektywy własnego zadbanego ogródka? Cóż, może po prostu Plotek był za drogi, no i oczywiście nie był wystawiony na sprzedaż.

 

Opinia medioznawcy

 

Sprawa nie wygląda jednoznacznie, wydaje się więc, że najlepiej wystąpić o ocenę do świata nauki. Piszący te słowa zwrócił się więc z pytaniem do szanownego prasoznawcy. Na kontakt trzeba było poczekać, gdyż uczony przebywał za granicą. Po powrocie Pan Profesor odpisał, że sprawy nie zna, więc jej nie skomentuje. Po wyrażonym zdumieniu (kontakt miał miejsce już po pierwszych nagrodach przyznanych akcji „Ostatni numer”) i przesłaniu linków nadeszła odpowiedź numer dwa: „sprawę znam, ale nie chcę jej komentować”.

 

Cóż, najwidoczniej na świat uczonych będzie można liczyć w tej sprawie dopiero, kiedy wszyscy uczestnicy wydarzeń wymrą, niestety wraz z profesorem i piszącym te słowa. Zostawieni przez naukę sami sobie, spójrzmy na nagrody.

 

Słowo o nagrodach

 

W czerwcu agencja VMLY&R Poland na słynnym festiwalu Cannes Lions zdobyła za akcję „Ostatni Numer” Grand Prix w kategorii Glass: The Lion for Change oraz nagrodę Tytanowego Lwa. Jaka jest waga tych wyróżnień? Gigantyczna! Dość powiedzieć, że dotąd żaden reprezentant polskiej reklamy nie otrzymał tak prestiżowego i cieszącego się powszechnym uznaniem wyróżnienia[5]. Kategoria Glass odnosi się projektów poruszających kwestie uprzedzeń lub nierówności płci. Druga z kategorii dotyczy najlepszych przedsięwzięć marketingowych mijającego roku. Sukces akcji na rynku reklamy jest niekwestionowany, niepodlegający dyskusji i godzien gratulacji we wszelkiej możliwej formie.

 

Akcja „Ostatni Numer” otrzymała też pierwszą nagrodę w międzynarodowym konkursie Print Innovation Awards. Te laury przyznaje stowarzyszenie World Association of Newspapers and News Publishers, a dokładnie społeczność drukarska związana z WAN-IFRA, doceniająca najlepsze i najbardziej innowacyjne rozwiązania w prasie drukowanej. W tym wypadku złoty medal przyznany został w kategorii: redesigneds products, czyli odświeżenie produktu.

 

Ze świata reklamy warto jeszcze podkreślić dwa brązowe medale London International Awards, w kategoriach: Native Advertising, Business-to-Consumer, czyli reklamy natywnej i komunikacji marketingowej B2C[6].

 

Akcja zdobyła więc uznanie w świecie reklamy i druku. A co z nagrodami dziennikarskimi? Projekt zrealizowany przez VMLY&R Poland, Wavemaker, Papaya Films i Facebook dla Gazeta.pl i partnerów – Mastercard, BNP Paribas Bank Polska i Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką, otrzymał złoto w kategorii Public Interest – Gender Equality w konkursie Epica Awards. Nagrodę tę przyznają dziennikarze zajmujący się… tematyką reklamy i marketingu[7].

 

Owoce

 

Ostatni numeru „Twojego Weekendu” miał nakład 20.000 egzemplarzy. Dziś jest nie do kupienia ani w wersji papierowej[8], ani nawet w elektronicznej[9]. Na portalu TwojWeekend.Gazeta.PL nie ukazał się żaden tekst po marcu 2019 roku. Nie ma ani zapowiedzianej dyskusji, ani wysypu inspirujących dla obu płci tekstów. Wita nas reklama, że ostatni numer jest już w kioskach z linkami prowadzącymi dziś donikąd. Wszystkich artykułów jest tylko osiemnaście, a zamieszczono je między 7 a 15 marca 2019 roku[10].

 

Z czym mieliśmy do czynienia?

 

To pytanie będzie powracało. Z jednej strony mamy wyjątkową kampanię marketingową, która odniosła niespotykany dotychczas międzynarodowy sukces, z czego powinniśmy się cieszyć, a realizatorom należą się najszczersze gratulacje. Z drugiej strony kupiono tytuł prasowy z zamiarem jego likwidacji. To może rodzić obawy, ponieważ ten akt został przyjęty z akceptacją i bez wystarczającej refleksji o dyskusji nie wspominając. Cisza może pociągnąć za sobą kolejne takie ruchy. Szczytny powód i uzasadnienie zawsze się znajdą. Smuci niewypełnienie obietnicy, czyli szybkie zaniechanie tak dystrybucji, jak i ucięcie dyskusji tuż po jej zainicjowaniu. Należy się w związku z tym spodziewać i rychłej likwidacji niepotrzebnej witryny.

 

Zamiast zakończenia

 

Z polski znika „Playboy” – bez ideologii, po prostu: business is business[11]. Na Gazeta.PL (w części: Plotek) można dziś przeczytać lead: „Aneta Zając pozuje w seksownej mini. Trudno uwierzyć, że urodziła bliźnięta! Co za nogi!”. W życiu tyle osób nie odmówiło mi komentarza, co przy powstawaniu niniejszego tekstu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/vmly-r-i-gazeta-pl-ostatni-numer-koniec-magazynu-twojego-weekendu-sprzeciw-wobec-seksizmu – dostęp: 06.12.2019 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/twoj-weekend-magazyn-sprzedaz-na-allegro-przez-fire-wall-kto-nowym-wydawca – dostęp 06.12.2019 r.

[3] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend_kobieta/7,168433,24517128,ostatni-twoj-weekend-kupilismy-kultowy-magazyn-po-to-zeby.html – dostęp: 06.12.2019 r.

[4] https://www.spidersweb.pl/2019/03/gazeta-wyborcza-kupila-twoj-weekend-zeby-go-zamknac.html – dostęp 06.12.2019 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ostatni-twoj-weekend-z-grand-prix-i-tytanowym-lwem-na-cannes-lions – dostęp 06.12.2019 r.

[6] https://www.press.pl/tresc/59219,projekt-_ostatni-twoj-weekend—-nagrodzony-na-festiwalu-w-londynie – dostęp 06.12.2019 r.

[7] http://biuroprasowe.vmlyrpoland.com/79330-ostatni-twoj-weekend-ze-zlotem-w-konkursie-epica-awards – dostęp 06.12.2019 r.

[8] https://kulturalnysklep.pl/numer-specjalny/twoj-weekend-2-2019-twoj?utm_source=gaze – dostęp 06.12.2019 r.

[9] http://www.publio.pl/twoj-weekend,p188579.html?utm_source=jwlink&utm_medium=AutopromoINT&utm_campaign=a_Publio_070319&utm_term=twoj_weekend&utm_content=link_tekst – dostęp 06.12.2019 r.

[10] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend/0,0.html – dostęp 06.12.2019 r.

[11] https://antyweb.pl/koniec-playboy-ckm-joy/# – dostęp 06.12.2019 r.

Nie karać dziennikarzy za podanie nieprawdy – ŁUKASZ WARZECHA wsadza kij w mrowisko

Wiceminister Bertold Kittel i Anna Marszałek dochowali należytej staranności, tworząc swój materiał „Kasjer z MON” w 2001 r. i w związku z tym nie muszą przepraszać za zawarte w tekście stwierdzenie, że Romuald Szeremietiew, na początku ubiegłej dekady wiceminister obrony, nie potrafił wytłumaczyć się ze swojego majątku.

 

Dokładny opis sprawy znajdą państw na portalu Wirtualne Media. Z kolei sam Szeremietiew jest z wyroku – co zrozumiałe – niezadowolony i wskazuje na jego rzekomą niespójność z oczyszczającym wyrokiem karnym w swojej sprawie. Były wiceminister obrony podchodzi do sprawy – i do osoby Bertolda Kittela – bardzo emocjonalnie i trudno mu się dziwić. Twierdzi też, że w tej kwestii Kittela bronię. Otóż nie – nie bronię i w ogóle nie chcę się do konkretnej sprawy odnosić. Nie będę oceniał, czy sąd (w drugiej już instancji) słusznie ocenił, że dziennikarze dochowali należytej staranności. Obie strony mają argumenty na obronę swojego stanowiska.

 

Trzeba natomiast koniecznie rozprawić się z bardzo groźnym przekonaniem, że sąd powinien oceniać w tego typu sytuacji dziennikarza za to, czy napisał prawdę, a nie za to, czy dochował należytej staranności (przy czym „należyta staranność” jest pojęciem szeroko obecnym w doktrynie, sędziowie mają do dyspozycji obszerne orzecznictwo). Powszechna reakcja w czasie internetowych dyskusji jest łatwa do przewidzenia: „Jak to?! To dziennikarz nakłamał i ma za to nie odpowiadać? Czyli będzie mógł kłamać do woli, byle był »rzetelny«?” – piszą oburzeni internauci, a ja mam nieodparte wrażenie, że piszą to głównie dlatego, że po jednej stronie konkretnego przypadku jest „dobrySzeremietiew, a po drugiej – „złyKittel. Gdyby konfiguracja była inna – na przykład po jednej stronie byłby „dobry” dziennikarz mediów prawicy, a po drugiej – „zły” polityk opozycji, nie byliby tak skorzy do żądania, aby karać dziennikarza za pisanie nieprawdy. Ale to oczywiście tylko moja spekulacja.

 

Nie będę się zagłębiał w kwestie prawne, ale dla porządku trzeba wskazać, że zasadę należytej staranności w przypadku dziennikarza reguluje przede wszystkim prawo prasowe w art. 12., pkt 1., zgodnie z którym dziennikarz ma obowiązek „zachować szczególna staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”. W sprawach z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych (lub ewentualnie karnych) wchodzi zatem w grę wykazanie, że dziennikarz złamał prawo prasowe, nie dochowując „szczególnej staranności i rzetelności”.

 

Można zrozumieć instynktowne oczekiwanie publiczności, że dziennikarz będzie karany po prostu za napisanie nieprawdy. Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zróbmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie następującą sytuację.

 

Oto dociekliwy dziennikarz dociera do informacji, że prominentny polityk obecnej opozycji był przez lata tajnym współpracownikiem SB i wyrządził wiele szkód różnym ludziom. Dziennikarz informacje sprawdza, odnajduje dokumenty, które pośrednio potwierdzają taką tezę, rozmawia z ludźmi, dociera nawet do domniemanego oficera prowadzącego, który potwierdza informacje. Polityk, zapytany o sprawę, oczywiście zaprzecza, ale większość TW zaprzecza lub minimalizuje swoje znaczenie w takich sytuacjach. Ukazuje się tekst, przedstawiający tę osobę jako TW. Oczywiście zawierający też jej zaprzeczenia i krótko omawiający możliwe wątpliwości.

 

Rok później wychodzą na jaw dokumenty, dowodzące bez najmniejszej wątpliwości, że sprawa była sfingowana, a polityk w żadnym wypadku z SB nie współpracował. Dziennikarz w momencie pisania tekstu ich nie znał i nie miał możliwości do nich dotrzeć, choćby dlatego, że były to dokumenty w jednym egzemplarzu w prywatnej „kolekcji” byłego peerelowskiego kacyka (mieliśmy już taką sytuację). Polityk wytacza dziennikarzowi proces. Gdyby sąd miał się zająć tylko tym – jak postulują wzburzeni sytuacją z SzeremietiewemKittelem – czy tekst zawiera prawdę, musiałby dziennikarza skazać – bo przecież obiektywnie napisał nieprawdę. Czy to byłoby w porządku? Oczywiście – nie. Dziennikarz dołożył bowiem wszelkich starań, żeby fakty zweryfikować. Uznał też, że publikując materiały, działa w ważnym interesie społecznym, a przewaga informacji potwierdzających tezę, że polityk był TW, nad wątpliwościami jest ogromna.

 

Czy w podanym przykładzie dziennikarz „kłamał”? W krążących po sieci wypowiedziach przewija się bowiem nieustannie słowo „kłamstwo” i pytanie, czy dziennikarze mogą w takim razie do woli „kłamać”. We wspomnianym wcześniej, bardzo emocjonalnym tekście sam Szeremietiew pisze: „Wynikałoby z tego, że dziennikarz może łgać, byle robił to »starannie« i »rzetelnie«”. Zakładam, że emocje, związane z jego własną sprawą, nie pozwalają byłemu wiceministrowi obrony spojrzeć na problem z dystansu i zrozumieć, w czym rzecz.

 

Przepisy prawa nie posługują się pojęciem „kłamstwa”, ale jego znaczenie jest jasne: kłamstwo ma miejsce wtedy, gdy podaje się nieprawdę ze świadomością, że jest to nieprawda. Nie ma czegoś takiego jak nieświadome kłamstwo. Pojęcia nieprawdy i kłamstwa nie są tożsame. Każde kłamstwo zawiera nieprawdę, ale nie każda nieprawda jest kłamstwem. I to jest istota sprawy.

 

Gdyby do informacji dziennikarskich podchodzić tak, jak domaga się część publiczności, oznaczałoby to potężny efekt mrożący – jeszcze mocniejszy niż w przypadku art. 212 kodeksu karnego – oraz poważne zagrożenie dla wolności słowa. Dziennikarz bowiem – zwłaszcza w przypadku pracy nad trudnym tematem – nigdy nie może mieć stuprocentowej pewności, nawet dokonawszy wielu sprawdzeń posiadanych informacji, że są one zgodne z prawdą. A przecież nie może sprawdzać w nieskończoność, bo wtedy nigdy nie opublikowałby materiału. Tymczasem za jego upowszechnieniem stoi często ważny interes społeczny. Co więcej, w przypadku spraw, gdzie ważne są dokumenty z przeszłości, nigdy nie mamy pewności, że stan wiedzy na dany moment jest ostateczny. Ale też nawet najrzetelniejszy dziennikarz nie może zawsze przewidzieć, że pojawi się coś, co może jego dotychczasowe ustalenia wywrócić do góry nogami. Dlatego gdyby dziennikarz miał być karany po prostu za podanie nieprawdy, a nie za dochowanie należytej staranności w znajdowaniu i sprawdzaniu informacji, za dziennikarskie śledztwa i trudne tematy zabieraliby się jedynie najwięksi dziennikarscy kamikadze.

 

Co więcej, powstałby instrument do „odstrzelenia” niewygodnych dziennikarzy. Sprawiającemu problemy dziennikarzowi należałoby podsunąć wciągający i wyglądający prawdopodobnie trop, zadbać, żeby trafiły do niego odpowiednio spreparowane dokumenty i żeby znaleźli się potwierdzający swoje wersje pozornie niezależni informatorzy. Po opublikowaniu powstałego w ten sposób materiału wystarczyłoby ujawnić prawdę i dziennikarza pozwać lub oskarżyć z art. 212. Tego typu operacje najłatwiej byłoby oczywiście przeprowadzić rządzącym.

 

Trzeba też rozumieć, że dziennikarz nie dysponuje takimi instrumentami dochodzenia do prawdy materialnej, jakie ma potem badający ewentualnie sprawę sąd, który – w przypadku procesu karnego – może mieć do dyspozycji materiały dostarczone przez prokuraturę, a w przypadku każdego procesu – rzeczoznawców, świadków, których stawiennictwo jest obowiązkowe, oraz zeznania składane pod przysięgą. Może zatem być tak, że dopiero przed sądem wyjdzie na jaw prawda, której dziennikarz nie miał szans odkryć swoimi środkami nawet przy włożeniu w to maksymalnego wysiłku.

 

Wszystko to nie oznacza, że podać można wszystko, a „należyta staranność” to formalność. Przy skomplikowanych sprawach należyta staranność powinna oznaczać dokumenty, krzyżowe weryfikowanie informacji, wypowiedzi świadków oraz oczywiście przedstawienie wersji zainteresowanego, jeśli chce ją przedstawić. Rzecz jasna – mówimy o teorii, natomiast sprawą sądu, orzekającego w danej sprawie jest, jak potraktuje sytuację i czy działania dziennikarza uzna za wystarczające.

 

Jedno powinno być jasne: media mają do wypełnienia rolę kontrolną. Dziennikarzy z tego właśnie powodu nie można karać za podanie nieprawdy, o ile uczynili wszystko, co w rozsądnych granicach było możliwe, aby do prawdy zbliżyć się jak najbardziej.

 

Łukasz Warzecha

Protest CMWP SDP przeciwko atakom prezydenta Sopotu na red. Jakuba Świderskiego z TVP3 Gdańsk

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego przykładem jest zachowanie prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego wobec reportera i współpracownika TVP3 Gdańsk S.A. red. Jakuba Świderskiego, jakie miało miejsce w czasie spotkania z mieszkańcami Gdańska i Sopotu 3. grudnia b.r.  Spotkanie dotyczyło planów zagospodarowania przestrzennego terenów wokół Ergo Areny, hali widowiskowo-sportowej położonej na granicy obu miast. Prezydent Sopotu odmówił udzielenia odpowiedzi dziennikarzowi na zadanie pytanie, a w kolejnej wypowiedzi powiązał go ze śmiercią prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Red. Jakub Świderski nagrywał wystąpienia przemawiających osób telefonem komórkowym. Gdy pozwolono mieszkańcom zadawać pytania, red. Świderski zabrał głos, dopytując się o tereny zielone, na których miałaby powstać zabudowa mieszkaniowa. Prezydent nie udzielił odpowiedzi i usiłował odebrać mu mikrofon, co widać na opublikowanym w mediach społecznościowych i na portalu Radia Gdańsk filmie. Red. Jakub Świderski od 3 lat realizuje na antenie TVP 3 Gdańsk programy w ramach cyklu “W imieniu Sopocian”. Prezydent Jacek Karnowski nie udziela dziennikarzowi wywiadów, zabronił także wypowiadać się w jego programie swoim podwładnym i niektórym radnym. Wielokrotnie w sytuacjach publicznych używał wobec dziennikarza słów uważanych powszechnie za obraźliwe.

 

CMWP SDP przypomina, że w celu uzyskania informacji dziennikarz ma prawo zadawać przedstawicielowi władzy publicznej pytania w sposób, jaki uznaje za skuteczny, szczególnie w sytuacji, w której polityk unika odpowiedzi na pytania ważne z punktu widzenia interesu społecznego. Słowne i fizyczne ataki na dziennikarzy są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa 6 grudnia 2019 r.

 

Film ze zdarzenia: https://www.youtube.com/watch?time_continue=153&v=-dieDVrnPKY&feature=emb_title

 

Dodatkowe informacje  na ten temat : https://radiogdansk.pl/wiadomosci/item/103204-skandaliczne-zachowanie-prezydenta-sopotu-ublizyl-i-chcial-odebrac-mikrofon-dziennikarzowi-ktory-zadal-mu-pytanie-film?fbclid=IwAR2MqdKmKCA_Xq_DCaofIMT2i7ARLGpu91YrX6hFM_-3-B8EpGcs6DfO3Mk

Coraz mniej dobrego dziennikarstwa – rozmowa z ANDREW NAGORSKIM, wieloletnim korespondentem „Newsweeka”

Media wpadły w pułapkę wspierania jednej lub drugiej strony politycznego sporu. Dziennikarzom zaś trudno się „odkleić” od komputera i zobaczyć coś na własne oczy – mówi Andrew Nagorski, dziennikarz i pisarz w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Za jaki tekst dla amerykańskiego „Newsweeka” wyrzucono pana ze Związku Radzieckiego?

 

Nie chodziło tylko o jeden tekst. Władzom Związku Radzieckiego nie spodobało się kilka moich artykułów, które opublikowałem w amerykańskim „Newsweeku”, będąc korespondentem zagranicznym tego tygodnika w Moskwie. Krytykowana była również okładka „Newsweeka” z tytułem „Ostatnie dni Breżniewa”. Słowa z okładki były przesadzone. Kiedy czytelnik kupił „Newsweek” z tym tekstem na okładce, mógł mieć wrażenie, że za tydzień Breżniew już nie będzie żył. A przeżył jeszcze pół roku.

 

Cofnijmy się trochę. Kiedy pan przyjechał do Sowietów?

 

Pojawiłem się w Moskwie w 1981 r.  Związek Radziecki był w tamtym czasie fascynującym miejscem do pracy. Zdawałem sobie sprawę, że są tam naciski na korespondentów zagranicznych. Niektórzy dziennikarze zagraniczni sami decydowali nie puszczać części materiałów, żeby nie drażnić władz. Nie chciałem grać w tę grę, nie godziłem się na autocenzurę. Chciałem rzetelnie wykonywać pracę reporterską, pracować tak, jakbym był korespondentem w każdym innym miejscu świecie. Nie chciałem zatrzymywać informacji dla siebie, nawet gdybym wiedział, że przywódcy na Kremlu będą niezadowoleni z moich artykułów. Jeden z moich pierwszych tekstów przygotowywałem latem 1981 r. na Litwie. Chciałem sprawdzić, jaki jest oddźwięk ruchu „Solidarności” na Litwie.

 

Wśród Polaków czy wśród Litwinów?

 

Bardziej wśród Litwinów. Chciałem sprawdzić co myślą o „Solidarności”. Litwini mieli dużo informacji z Polski, wielu z nich oglądało polską telewizję i słuchało polskiego radia. Spotkałem kilka kobiet, których mężowie byli w GUŁAGu. Kiedy reportaż o Litwie ukazał w „Newsweeku”, dałem go do przeczytania rosyjskiemu pisarzowi, który tworzył teksty do szuflady. Po lekturze powiedział: jak będziesz pisał takie artykuły, to po roku wyrzucą cię ze  Związku Radzieckiego.

 

Przepowiednia się spełniła?

 

Musiałem wyjechać po czternastu miesiącach. W 1982 r.

 

Może pan podać nazwisko tego pisarza?

 

Teraz już tak. Wiktor Jerofiejew. Dalej mamy ze sobą kontakt.

 

Które republiki Związku Radzieckiego odwiedził pan poza Litwą?

 

Byłem m. in. w Tadżykistanie, gdzie rozmawiałem z młodymi muzułmanami o wojnie w Afganistanie.

 

Sowieckie służby śledziły korespondentów zagranicznych? Obserwowały z kim się spotykają, gdzie bywają, jakie tematy poruszają. KGB dawało panu odczuć swoją obecność?

 

Na początku nie, ale czasem obserwacja KGB stawała się bardziej widoczna. Zawsze obserwowali zachodnich dziennikarzy, ale nie zawsze pokazywali się. Nie podobały im się też moje częste wyjazdy poza Moskwę.

 

Dawali odczuć swoją niechęć?

 

Robili różne prowokacje. Przecięli mi oponę w aucie. Wydarzyło się to, kiedy pojechałem w okolice Moskwy, porozmawiać z Niemcem pochodzącym z jednej z bałtyckich republik, który pod koniec II wojny światowej jako bardzo młody człowiek uciekł z rodziną do Niemiec. Dał się jednak przekonać Sowietom do powrotu i trafił do obozu. W końcu go wypuszczono, ale musiał zostać w Związku Radzieckim. Często KGB wypytywało o mnie ludzi, z którymi rozmawiałem przygotowując reportaże i wywiady.

 

Miał pan jako korespondent „Newsweeka” automatyczne pozwolenie na podróżowanie po całych Sowietach, czy przy każdym wyjeździe z Moskwy musiał pan starać się o przepustkę?

 

Było to regulowane przez umowy helsińskie z 1975 r. O wyjeździe do miejsca oddalonego ponad czterdzieści kilometrów od Moskwy trzeba było informować dział prasowy ministerstwa spraw zagranicznych Związku Radzieckiego. W informacji należało przedstawić dokładne miejsce wyjazdu. Były zamknięte części kraju, do których dziennikarze nie mieli wstępu. Ale większość terytorium Związku Radzieckiego była niechętnie otwarta dla korespondentów zagranicznych. Jeżeli w ciągu czterdziestuośmiu godzin MSZ nie wydał decyzji odmownej, można było jechać. Zmuszało to władze radzieckie do mówienia nie. A oni woleli nie zgodzić się, niż powiedzieć nie. Jeżeli powiedzieli nie korespondentowi „Newsweeka”, w ramach reperkusji władze amerykańskie nie wydawały pozwolenia korespondentowi radzieckiej „Izwiestii” w Waszyngtonie na odwiedzenie np. Baltimore. Amerykanie z czasem zaczęli dobrze grać w tę grę. Jeżeli Rosjanom nie podobało się miejsce wyjazdu, robili wszystko, żeby podróż była nieprzyjemna. Obserwacja KGB stawała się wtedy bardzo widoczna i nachalna.

 

Prowadził pan kurs pisania o sprawach międzynarodowych? Czego pan na nim uczył?

 

Pracę z młodymi ludźmi zawsze zaczynam od wyjaśnienia, czym jest reportaż. W internecie jest masa materiałów dziennikarskich. Ale większość z nich to opinie i komentarze, które nie są oddzielone od informacji. Zawsze powtarzam, że dobry dziennikarz powinien rozpoczynać pracę od obserwowania rzeczywistości i ludzi, następnie przechodzić do robienia wywiadów, które polegają na bezpośredniej rozmowie. Podczas wywiadów należy patrzeć rozmówcom w oczy i obserwować ich reakcje. Nie można opierać się na kontakcie przez internet. Kiedy prowadziłem zajęcia w Nowym Jorku, mówiłem moim studentom: traktujcie to miasto, jako obce państwo i znajdujcie w nim tematy i rozmówców do reportaży. Kiedy mówiłem czym jest wywiad, słyszałem od młodych ludzi, że wyślą do rozmówców kilka pytań emailem.

 

Zgadzał się pan na ich propozycję?

 

Nie. Tłumaczyłem, że odpowiedzi, które otrzymają szczególnie od znanych publicznie osób, będą bardzo nudne. Zawsze lepiej spotkać się i porozmawiać. Można wyczuć sytuację, zapytać o rzeczy, o które przez email by się nie zapytało i usłyszeć bardziej spontaniczne wypowiedzi.

 

A jeżeli nie można spotkać się i porozmawiać w cztery oczy, jak wtedy przeprowadzić wywiad?

 

Można porozmawiać przez skype’a. Gdy taka forma kontaktu też nie jest możliwa, zostaje telefon. Email to ostateczność. Podkreślę to po raz kolejny: rozmowy i bezpośrednie obserwacje to podstawowe narzędzia pracy dziennikarskiej.

 

Po zgromadzeniu materiału i wstępnym opracowaniu go, przychodzi czas na pisanie. Jak pisać, żeby ludzie chcieli czytać to, co piszemy i czas poświęcony lekturze nie był dla nich stracony?

 

Pracując w „Newsweeku” nauczyłem się, jak pisać dla ludzi, którzy znają temat i dla tych, którzy niewiele albo nic o nim nie wiedzą. Tekst nie może być zbyt dydaktyczny i zbyt prosty, a jednocześnie musi być przystępny dla czytelników. Można to osiągnąć poprzez indywidualne postacie, sylwetki i wydarzenia umieszczone w reportażu. Narracja musi przyciągnąć czytelnika bez względu na poziom znajomości tematu. Uczyłem studentów, że w tekście ważny jest wstęp, który musi zainteresować czytelnika tematem. Tłumaczyłem, jak rozwijać go w tekście i w jaki sposób kończyć puentą. Wyjaśniałem, jak się pisze opinie i teksty, w których pragnie się zaprezentować określony punkt widzenia. Punkt widzenia przedstawiony w artykule powinien mieć podstawę w tym, co dziennikarz zaobserwował i usłyszał od swoich rozmówców. Nie powinien wynikać z tego, w co wierzy i co już wie. Każdy z nas ma swoje przekonania, ale to nie powinno wpłynąć na treść artykułu.

 

Jak pan postrzega współczesne media?

 

We współczesnych mediach z różnych powodów nastąpiła defragmentacja. Prawie każde medium chce dawać czytelnikom i widzom to, w co oni już wierzą i utwierdzać ich w wyznawanych poglądach. W Stanach Zjednoczonych część mediów przekonuje, że Trump jest zły, reszta twierdzi, że jest świetny. Media wpadły w pułapkę wspierania jednej lub drugiej strony politycznego sporu. Uwikłane w spory polityczne starają się utrzymać przy sobie widzów i czytelników. W Polsce jest podobnie. Jedną z najciekawszych rzeczy, którą można zrobić dla czytelnika czy widza to zaprezentować mu przynajmniej jeden lub dwa materiały, w bloku telewizyjnym czy w gazecie, które go zaskoczą. Niech czytelnik czy widz dowie się czegoś nowego o temacie, o którym myślał, że wie wszystko. Należy pokazywać problem z perspektywy, która nie pasuje do czarno-białej analizy i przedstawiać temat w innym świetle. Na tym polega dobre dziennikarstwo. Ale jest go coraz mniej we współczesnych mediach.

 

Czy na takie dziennikarstwo jest jeszcze miejsce we współczesnych  mediach? Czy jest jeszcze potrzebne czytelnikom?

 

Mam nadzieję, że jest miejsce na dobre dziennikarstwo. Pojawiają sie próby, które zmierzają do wytworzenia nowych form dziennikarstwa. Powstają nowe portalem, które są trochę mniej przewidywalne niż istniejące media. Trzeba jednak wypracować dla nich model skutecznego finansowania, bo bez pieniędzy żadne medium nie jest w stanie funkcjonować. To poważny problem, także w Stanach Zjednoczonych. Interesująco rozwija się „Political”, który stał się dość potężnym medium, stanowiącym kombinację dziennikarstwa, działów specjalistycznych oraz rzeczy robionych na zamówienie. Trzeba jednak odróżniać te sprawy, wtedy wszystko jest w porządku.

 

Jakie widzi pan we współczesnym świecie mediów wyzwania dla dziennikarzy?

 

Nowe pokolenie dziennikarzy musi wytworzyć inne modele funkcjonowania  mediów, ponieważ obecnie istniejące rozwiązania już się wyczerpały. Jestem szczęśliwy, że byłem dziennikarzem w czasach, kiedy korespondent zagraniczny mógł  jeździć po świecie, pisać o tym, co widzi i utrzymać się ze swojej pracy na przyzwoitym poziomie. Niestety, teraz coraz trudniej dziennikarzom „odkleić” się od komputera i zobaczyć coś na własne oczy. Amerykańskie sondaże pokazują, że opinie o dziennikarzach są coraz gorsze. Niestety, dziennikarze w znacznym stopniu przyczynili się do powstania takich opinii. Mają dużo na sumieniu, często wikłają się w działalność polityczną, publikują informacje bez sprawdzenia, nie proszą o komentarz osób, o których piszą. Jeżeli dziennikarstwo ma mieć przyszłość, trzeba wrócić do podstawowych zasad kształtujących ten zawód. Inną kwestią natomiast jest to, jak będzie zmieniać się przyjmowanie przez ludzi informacji.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl.

 


 

Andrew Nagorski

Pisarz, dziennikarz, ur. 1947 r. w szkockim Edynburgu. Przez wiele lat związany z „Newsweekiem” jako dziennikarz, korespondent i szef biura tygodnika w Honkongu, Moskwie, Rzymie, Bonn, Warszawie i Berlinie. Trzykrotnie wyróżniony przez Overseas Press Club za swoje relacje. Od stycznia 2000 r. do lipca 2008 r. Andrew Nagorski pełnił funkcję starszego redaktora Newsweek International, zajmował się współpracą redakcyjną między magazynem macierzystym a rozwijającą się siecią wydawnictw w językach obcych. Nowymi czasopismami, które ukazały się podczas jego kadencji były: Newsweek Arabski (2000 r.), Newsweek Polska (2001 r.), Newsweek Rosja (2004 r.), Newsweek Argentina (2006 r.).

Jesienią 2019 r. w Polsce nakładem poznańskiego wydawnictwa Rebis ukazała się jego najnowsza książka zatytułowana „1941. Rok, w którym Niemcy przegrały wojnę”.

Źródło: www.andrewnagorski.com, fot.Twitter/Andrew Nagorski

 

 

 

 

 

 

 

 

Powstaje europejska infrastruktura cenzury – alarmuje MIROSŁAW USIDUS

Zarówno słynna dyrektywa ACTA2 jak i rozporządzenie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, które, choć o nim nieco ciszej, jest gorliwie mielone przez młyny prawodawcze Unii Europejskiej, to kolejne elementy konsekwentnie budowanej w Brukseli machiny do cenzorowania sieci w każdym jej aspekcie.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne

 

Takie np. „treści terrorystyczne” miałoby zwalczać rozporządzenie, które w tekście opublikowanym na portalu SDP kilka miesięcy temu nazywałem TERREG (zbitka od osłów „terroryzm” i „regulacja”), to potencjalnie całkiem pojemny worek pojęciowy. Lewica od dawna sugeruje, że tak należałoby rozumieć bardzo szeroki zakres poglądów politycznych wykraczających poza „akceptowalny nurt” (zasłyszane od szwedzkiej socjalistki). Prawica z kolei ma tendencję do dostrzegania wyłącznie terroryzmu islamistycznego, co nie jest zgodne z rzeczywistością, bo terrorem posługują się różne grupy i jednostki, także te o prawicowych poglądach.

 

Usuń natychmiast, potem możesz się skarżyć

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”.

 

Gwarancje większej wolności wypowiedzi przez wprowadzenie mechanizmów cenzury? Jasne. Znamy to. Demokracja socjalistyczna w propagandzie PRL też była „demokracją bardziej” niż po prostu demokracje w krajach zachodnich. Mówiąc wprost: „demokracja socjalistyczna” tym różniła się od demokracji, czym krzesło elektryczne od zwykłego krzesła.

 

Przesadzam? To spójrzmy, co euro-urzędnicy szykują firmom internetowym i nam wszystkim.

 

W projekcie rozporządzenia proponuje się np. jednogodzinny termin usunięcia treści po wydaniu przez wskazane organy nakazu. Oczywiście dla dostawców i administratorów jest to prawo drakońskie, zwłaszcza, że władza chce od nich „punktów kontaktowych” dostępnych całą dobę, siedem dni w tygodniu, co w praktyce będzie zmuszało ich do zwiększenia nakładów na zarządzanie serwisami a niektórym może zwiększyć koszty poza granicę opłacalności biznesu. Przy tak krótkim terminie nie ma czasu na dyskusje, interpretacje, wątpliwości, ekspertyzy i podobne mechanizmy obrony wypowiedzi, która nie musi wcale być jednoznaczna. Jest to po prostu szybka administracyjna pałka państwowego cenzora.

 

Oczywiście proponowana w rozporządzeniu definicja treści terrorystycznych, ograniczająca je do przekazów zachęcających lub popierających akty terrorystyczne, promujących działalność grup terrorystycznych lub też zawierających instrukcje i techniki przeprowadzania ataków, może chwilowo kogoś uspokoić. Gdy jednak uświadomimy sobie, że to urzędnik ze szczegółowymi instrukcjami niekoniecznie jawnymi i znanymi opinii publicznej, decyduje o tym, czy to, co napisaliśmy „zachęca”, „popiera” lub „promuje” ugrupowania terrorystyczne a na obronę przed uznaniową decyzją nie ma praktycznie czasu, to wygląda to już znacznie bardziej niepokojąco.

 

Zwłaszcza, że dobrze wiemy o przypadkach określania jako „terrorystyczne” różnych działań i grup, niewygodnych lub nieposłusznych wobec władz. Chiny nazywają terrorystami walczących o niezależność Ujgurów, uzasadniając w ten sposób niezwykle agresywne represje jakim poddały tę mniejszość narodową. Turcja terrorystami nazywa Kurdów a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy i ma inne poglądy.

 

Wśród proponowanych sformułowań rozporządzenia jest także, jak donoszą media, „obowiązek” ostrożności na internetowych platformach i upewnienia się, że nie służą do rozpowszechniania treści terrorystycznych. Miałby on spoczywać na użytkowniku! Ale przecież tego rodzaju wezwania w stylu – „Obywatelu, bądź czujny. Wróg nie śpi!” – przywodzą na myśl komunizm i w ogóle totalitaryzm. Od kiedy to w wolnym, demokratycznym kraju obywatel ma obowiązek uważać, czy w miejscu, które odwiedza, ktoś przypadkiem nie publikuje czegoś niewłaściwego?

 

Jasne, projekt rozporządzenia przewiduje składanie skarg i odwołań przez użytkowników, którzy nie zgadzają się na kwalifikowanie tego co opublikowali jako „treści terrorystyczne”. Jednak, oprócz kolejnego obowiązku jaki w związku tym dochodzi dostawcom sieci i platform – bo to oni muszą stworzyć i obsłużyć mechanizmy odwoławcze – znów dzwoni tu głośno alarm, że mechanizm to nic innego jak infrastruktura cenzury. Powstaje procedura, w której „zdejmuje się” coś w trybie natychmiastowym na podstawie administracyjnego żądania, zaś przywrócenie może potrwać znacznie dłużej, jest kłopotliwe i opiera się… znów na administracyjnej uznaniowości.

 

Chcesz dołożyć terrorystom, obrywają dostawcy usług w chmurach

 

Projekt rozporządzenia o treściach terrorystycznych jest obiektem krytyki ze strony wielu organizacji i aktywistów od około roku. Pisałem w swoim tekście z kwietnia o negatywnej opinii Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej (FRA) na temat szykowanego rozporządzenia.

 

Tworzona przez firmy i aktywistów internetowych organizacja Global Network Initiative już w styczniu 2019 przyjęła stanowisko, w którym stwierdza m. in.: „Proponowane rozporządzenie europejskie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych mogłoby mimowolnie zaszkodzić prawom użytkowników i podważyć uzasadnione wysiłki na rzecz dokumentowania i przeciwdziałania działalności ekstremistów w Internecie”. Dalej czytamy, że „członkowie GNI zwracają uwagę na niejasne definicje treści o charakterze terrorystycznym, szybkie terminy, w których firmy muszą stosować się do nakazów usunięcia treści, naciski na kształtowanie warunków świadczenia usług przez firmy internetowe a zarazem odnoszenie spraw o usunięcie treści do tych warunków, a nie przepisów prawa krajowego lub unijnego”.

 

GNI wskazuje, że przepisy zakazujące nawoływania do terroryzmu „powinny być ukierunkowane jedynie na bezprawne wypowiedzi, mające na celu podżeganie do popełnienia przestępstwa i które powodują niebezpieczeństwo popełnienia aktu terrorystycznego lub aktu przemocy”. Rozporządzenie odwołuje się do definicji „treści terrorystycznych” zawartej w dyrektywie UE 2017/541, która wielokrotnie została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka i niezależnych ekspertów. Ponadto, ponieważ definicja ta opiera się na dyrektywie unijnej, powstaje możliwość, że będzie interpretowana na wiele różnych sposobów we wszystkich państwach członkowskich.  Zdaniem GNI powstała w ten sposób sfera niepewności prowadzi zagrożenia zbyt gorliwej polityki ze strony firm internetowych, które będą myśleć głównie o swoim bezpieczeństwie prawnym.

 

W opracowanym przez pozarządowych ekspertów GNI pt. „Extremist Content and the ICT Sector” pisze się o obawach „ustanowienia precedensów pozasądowej cenzury administracyjnej bez odpowiedniego dostępu do środków odwoławczych, bez jasno określonej odpowiedzialności i przejrzystości regulacji dla użytkowników i społeczeństwa”.

 

Organizacjom takim jak GNI w krytyce projektu rozporządzenia o treściach terrorystycznych, wtórują liczni eksperci i przedstawiciele środowisk akademickich. „Projekt rozporządzenia stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa. Przepisy te mogą być stosowane w odniesieniu do dziennikarzy, organizacji pozarządowych, partii politycznych, związków zawodowych, ludności autochtonicznej, historyków lub przedstawicieli nauk społecznych, pisarzy, rysowników, fotografów i filmowców. Transgraniczne stosowanie tych przepisów sprawia, że może stać się ono strasznym narzędziem w rękach reżimów autorytarnych lub nieuczciwych urzędników”, napisał niedawno na swoim blogu Martin Scheininin, profesor prawa międzynarodowego i praw człowieka na Wydziale Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji.

 

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że projektowane regulacje ostro krytykowane są przez przedstawicieli sektora technologii i dostawców usług internetowych. Zwiększają przecież znacząco koszty prowadzenia biznesu i odpowiedzialność. Ponadto zwraca się uwagę na to, jak bezrefleksyjnie wprowadzane nowe przepisy mogą zagrażać całym nowym gałęziom biznesu, np. dostawcom infrastruktury w chmurze.

 

Po spotkaniu pt. „Fighting Terrorist Propaganda Online”, które odbyło się w Parlamencie Europejskim 13 listopada Alban Schmutz, przewodniczący stowarzyszenia dostawców usług infrastrukturalnych w chmurze w Europie (CISPE), ostrzegł, że jeśli firmy tego typu nie zostaną usunięte z zakresu rozporządzenia UE w sprawie treści terrorystycznych online, może mieć to poważne niezamierzone konsekwencje dla całego przemysłu, wielu innych przedsiębiorstw i konsumentów. „Wyobraźmy sobie, jaki wpływ na ludzi, usługi publiczne i przedsiębiorstwa miałoby zamknięcie usług związanych z infrastrukturą chmury, a w konsekwencji dostępu do całych platform internetowych, na których się opierają”, wskazywał Schmutz.

 

Od wrzuconych do jednego worka z firmami hostingowymi europejskich dostawców usług w infrastrukturze chmury na  mocy rozporządzenia oczekuje się rzeczy niewykonalnych. W przeciwieństwie do platform, nie mają oni dostępu do danych i treści swoich klientów umieszczanych w sieci. Ile jest jeszcze szczególnych, wynikających w zaawansowania technologii i rosnącej jej komplikacji, przypadków, które euro-urzędnikom nawet nie przyszły do głowy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Unia ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci. Od pewnego czasu mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, zwanej u nas ACTA2, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”.

 

Komisja bada, a jakże, możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Co sobie urzędnicy będą odmawiać, skoro można wymyślić nowy urząd, w dodatku z potężnymi uprawnieniami kontrolno-egzekucyjnymi?

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej to „mowa nienawiści”.  A kto wie, na jakie jeszcze pomysły wpadną urzędnicy.

 

O ACTA2 i przygotowanych przepisach o treściach terrorystycznych wiemy, że są to środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze. Choć wydaje się, że nawet przy wszystkich wyżej opisanych zastrzeżeniach, kategorie te są mniej więcej obiektywne. Ale co, gdy ktoś oskarży cię o „mowę nienawiści” np. z powodu dowcipu, memu lub niewłaściwej rzekomo emotikonki. Jak się przed tym bronić?

 

A jestem dziwnie pewien, że z czasem możliwości obrony będą słabnąć jeszcze bardziej. Rozszerzane za to będą i rozbudowywane definicje „praw autorskich”, „treści terrorystycznych” i zmanipulowanego już do granic wytrzymałości pojęcia „mowy nienawiści”. Założymy się?

 

Mirosław Usidus

Odważny jak cenzor – JAN PICHETA o granicy wolności słowa

Niebawem minie 41 lat od mojego dziennikarskiego debiutu. 40 lat odnajdywania i korzystania z wolności. W roku 1979 nikt o wolności nie mówił. Była w redakcji… czasopisma „Rębacz”, które pisało o sześciu katowickich kopalniach: Gottwald, Katowice, Murcki, Staszic, Wieczorek i Wujek. Redakcja mieściła się w podziemiach Domu Kultury KWK Wujek. „Rębacz” był dwutygodnikiem górniczych intelektualistów, więc aby rozwijać intelekt, przez dwa tygodnie graliśmy na okrągło w szachy, po każdym dobrym ruchu wznosząc toast kieliszkiem czystej z czerwoną kartką. Szachistów było czterech, więc i gier, i toastów mnóstwo. Ponieważ wszystko było na kartki, łącznie z wódką, a fluktuacja 10-tysięcznej załogi Wujka sięgała 50 proc. miesięcznie, znajomy naczelnego, kierownik referatu, miał zawsze parę tysięcy nieodebranych kartek do swojej dyspozycji. Jeśli był sprytny, mógł zbić na handlu kartkami majątek. Żurnalistom wódki też nie brakowało. Po dwóch tygodniach intensywnych gier redaktor naczelny orientował się, że właśnie nadszedł termin oddania numeru do druku. Brał jakieś gotowce, posyłał nas do znajomych kierowników działów, a mnie kazał pisać list do redakcji (wraz z odpowiedzią), żeby choć jeden się na łamach pojawił. Gdy tylko oddaliśmy numer do druku, powracaliśmy do szachowych rozgrywek w oparach alkoholu i tytoniowego dymu.

 

Nikt z nas nie pracował na dziennikarskim etacie, bo takich w kopalniach nie przewidziano. Każdy był więc zatrudniony jako pracownik powierzchni. Mnie udało się dostać angaż w łaźni łańcuszkowej KWK Wujek. Byłem tam specjalistą o najwyższych kwalifikacjach, innymi słowy – brygadzistą hydraulików… Raz nawet poszedłem zobaczyć, gdzie pracuję. Nozdrza ranił zaduch spoconych łachów na łańcuchach. Więcej tam nie wróciłem. Do takiej pracy w kopalni byłem zresztą przyzwyczajony. Wcześniej byłem piłkarzem GKS Katowice. Zatrudniano mnie jako specjalistę od ciężkich robót w KWK Kleofas.

 

O wolności zaczęto mówić, gdy nastała „Solidarność”. Wszyscy się do niej zapisaliśmy poza naczelnym. On pisał więc o dyrekcji, związkach branżowych i partii, a my o „Solidarności”. Nagle można było pisać prawie o wszystkim, poza tym, o czym wszyscy się napisać bali. Najbardziej łaskawy dla nas był czas po wydarzeniach bydgoskich w marcu 1981 r. Jan Rulewski został poturbowany przez milicję i dał sobie zrobić zdjęcie bez sztucznej szczęki. Nastroje społeczne się zradykalizowały. Cenzura praktycznie nie działała. Gdy przychodziło się do drukarni, cenzor tylko pytał: – A nie piszecie, że Związek Radziecki to skurwysyny? – i podpisywał periodyk do druku.

 

W grudniu 1981 straciliśmy wszystko. Redakcje, czasopisma et cetera. Przestała działać nawet ustawa o cenzurze. O wolności znów nikt nie mówił. Zdarzały się kontrolowane wyjątki. Gdy w marcowym numerze Informatora Kulturalnego Województwa Bielskiego w 1983 r. zapytałem śp. Macieja Zembatego, jak przyjął internowanie, odparł:

   

– Było to bardzo interesujące doświadczenie. Te doświadczenia się liczą, które pozbawiają nas złudzeń. Dzięki internowaniu pozbyłem się wielu z nich.

 

Jak jest możliwa obecnie satyra w PRL?

   

– Nie jest w tej chwili możliwa. Dopóki nie zacznie funkcjonować ustawa o cenzurze. Przez 18 miesięcy względnej wolności słowa odzwyczailiśmy się od aluzji, uników. Trzeba by było się cofnąć, a cóż bylibyśmy warci, gdybyśmy się cofnęli?

 

Na pytanie o różnice w występach przed publicznością w ostatnich latach stwierdził:

   

– Przed trzema laty szukałem, przed dwoma znalazłem, a teraz straciłem…

   

– Zakończymy tak smutno?

   

– (…) czasy są takie, że smutek jest na miejscu.

 

Parafując stronę z wywiadem, cenzor kręcił głową. Czytał kilka razy jedno i to samo, ale w końcu podpisał tekst do druku bez żadnych zmian.

 

Gdy przyszedłem do niego w następnym miesiącu z kolejnym wydaniem, od razu zapytał, czy mam coś równie drastycznego, co wywiad z Maćkiem Zembatym?

   

– Tym razem już tak odważny nie będę… – przyznał, wypiąwszy pierś jak do orderu!

 

Zamurowało mnie. Nigdy nie sądziłem, że jego pracę można określać w kategoriach odwagi.

 

Czyli jednak można być odważnym jak cenzor? Zwłaszcza wobec dzieci, gdyż później skreślał całe artykuły moich uczniów ze szkółki literackiej, którzy wydawali pismo „Wiosna Nasza”?

 

Wolności mogłem zażyć, współpracując z pismami podziemnymi. Do czasu. Napisałem tekst w obronie wycinanych drzew. Nie ukazał się. Zakwestionował go wydawca. Po latach okazało się, że był związany z osobami, które te drzewa fizycznie wycięli…

 

W nowej Polsce początkowo miałem więcej szczęścia do swobody. Najpierw stworzyliśmy z grupą ludzi ceniących wolność „Gazetę Prowincjonalną”. Na dowód, że wolność w Polsce istnieje (tak wówczas, jak dziś) wystarczy wymienić ludzi, którzy tworzyli „Czas Krakowski”. Jan Polkowski i Wojtek Czuchnowski, Witek Gadowski i Mieczysław Gil, Jan Maria Rokita i Katarzyna Kolenda-Zaleska, Ryszard Terlecki i ks. Kazio Sowa, Jarosław Szarek z żoną, Marta i Marek Stremeccy, prof. Maciej Malinowski i prof. Janusz Majcherek, Piotrek Legutko i Marek Bartosik, Marek Halberda i Marek Kęskrawiec, Anna Lubertowicz-Sztorc i Zygmunt Fura, Maciej Kwaśniewski i Włodek Jurasz, Zygmunt Moszkowicz i Krzysztof Gurba, Marek Oramus i Artur Pałyga, Patrycjusz Pająk i Monika Nowak, Jacek Fedorowicz i Leszek Długosz, Ewa Włodkowa i Aśka Oparek, Teresa Bochwic i Marek Żukow-Karczewski, Krzysiek Dawidowicz i Tomek Giżyński, a gdzieś tam jeszcze między nimi ja z bielskiej prowincji. Co to było za wolnościowe i dowcipne panopticum!? Nie do powtórzenia. Zwłaszcza, że – jak mi się wtedy wydawało – wszyscy się bardzo lubili.

 

Początkowo jednak i tam się piło. Przynajmniej w siedzibie przy Rynku Kleparskim alkohol musiał lać się nie tylko po kropelce, skoro naczelny ogłosił na tablicy, że pierwszy wybryk oznacza 500 zł kary, a drugi już dyscyplinarkę. Odtąd na piwo chodziło się już do knajpy. Każdy bowiem cenił sobie pracę w tak nadzwyczajnym piśmie.

 

Cudowną wolnością rozkoszowałem się w Radiu Bielsko, zwłaszcza, że w eterze stosowałem sporo środków dźwiękowych czy muzycznych, nie tylko pisarskich, oraz że w pobliżu mieścił się lokal o nazwie „Admiral”, gdzie można się było świetnie przygotować do licznych programów, pisać komentarze, felietony literackie, sportowe, społeczne i przemyśliwać reportaże. Mój szef, niezwykły radiowiec „urodzony w eterze” Maciej Szklarz częsty pobyt u „Admirała” przypłacił przeszczepem wątroby. Na szczęście udanym – od 20 lat operuje swym czarującym głosem w Teleekspresie.

 

Do „Trybuny Śląskiej” przeszedłem niepotrzebnie. Nie tylko dlatego, że towarzystwo było już wybitnie abstynenckie, nastawione głównie na robienie kariery. Tam po raz pierwszy spotkałem się z zakazem pisania o niektórych ludziach czy sprawach, zwłaszcza aferalnych. Gdy, uśpiwszy rewolucyjną czujność naczelnego, przemyciłem jeden z tekstów, których nie wolno było napisać, kazano mi się zwolnić. Skorzystałem z propozycji ochoczo, gdyż miałem na oku równie dobrze płatną pracę w piśmie samorządowym. Nie musiałem siedzieć w redakcji codziennie, lecz tylko wtedy, gdy umawiałem się z rozmówcami. Gdy pojechałem z synem na żagle, wydawca nie zauważył, że nie było mnie w redakcji przez 10 dni. Oczywiście o autentycznej wolności dziennikarskiej nie można było mówić. Trzeba było spełniać niektóre przynajmniej życzenia powiatowych bossów. Mnie było łatwiej, gdyż większość z nich znałem już od lat i z wieloma byłem w stanie się identyfikować – politycznie czy mentalnie.

 

Prawdziwą wolność odnajdywałem jednak w publicystyce kulturalnej. Przez ponad 20 lat współpracowałem z redakcją „Śląska” Tadeusza Kijonki. Pisałem co miesiąc felietony, recenzje, reportaże, wywiady, teksty krytyczne. Tylko raz zdarzyło się, że bez mojej zgody i wiedzy mój najlepszy kolega redakcyjny usunął kilka fragmentów tekstu, z którym się nie zgadzał. Przesłałem mu wywiad z Krzyśkiem Mieszkowskim, któremu nie podobała się – zdaniem Ślązaków rewelacyjna – realizacja pewnej powieści Janoscha wystawiona przez śląski teatr. Związek między kolegą redakcyjnym a teatrem był taki, że kolega redakcyjny pracował w tym teatrze jako kierownik literacki. Krytyczna ocena Krzysztofa Mieszkowskiego uderzała więc po części w niego i w jego współpracowników.

 

Przez ostatnie dziesięciolecie zwolniłem tempo swej żurnalistyki. Pracując w dziennikach czy tygodnikach, marzyłem o redakcji rocznika. Ponieważ niektóre modlitwy bywają wysłuchane, od ośmiu lat redaguję „Kalendarz Beskidzki”. Wydaje go Towarzystwo Przyjaciół Bielska-Białej i Podbeskidzia pod kierunkiem Grażyny Staniszewskiej, która zdobywa pieniądze od prywatnych sponsorów i nie ingeruje w pracę redakcji. Rocznik czyta dopiero po wydrukowaniu. Daje mi niezwykłą, jak mniemam, w dzisiejszych czasach wolność w kształtowaniu pisma. Nie wiem, jak jednak wyglądałaby moja wolność, gdybyśmy w naszym roczniku podejmowali kwestie wojny plemiennej w państwie Polaków.

 

Ostatnie dni zamykają zresztą zadziwiającą klamrą moją 40-letnią „drogę przez mękę”.

 

W czerwcu 1980 r. spędzono nas, dziennikarzy prasy regionalnej, na spotkanie w zamku Książ z ówczesnym ministrem gospodarki materiałowej Eugeniuszem Szyrem. Tłumaczył nam, co z polską gospodarką trzeba natychmiast zrobić, żeby po 40 latach nasz kraj mógł kwitnąć jak kraje Zachodu. Po pierwsze musimy zrezygnować z wydobywczego i ciężkiego przemysłu na rzecz przetwórczego. Przemysł wydobywczy i ciężki są bowiem nieekonomiczne, zużywają za dużo tlenu i wody, degradują człowieka, a więc górnika, hutnika itd. oraz środowisko naturalne. Po drugie musimy gospodarkę przeprowadzić na tory energooszczędne. Tracimy niezwykle dużo energii nie tylko ze względu na dominację przemysłu wydobywczego i ciężkiego. Oszczędność dają przede wszystkim odnawialne źródła energii, słońce, ciepłe wody, wiatr, woda itd. Po trzecie – żeby to wszystko wprowadzić, trzeba zmienić kadry. W Polsce dominowała wówczas nomenklatura. Jak powszechnie wiadomo, najważniejsze stanowiska obsadzano ludźmi miernymi, biernymi, ale wiernymi. Obowiązywała selekcja negatywna. Eugeniusz Szyr dał do zrozumienia, że właściwi ludzie muszą pracować na właściwych miejscach.

 

Jeśli nie dokonamy tych trzech zmian teraz, nie mamy szans dogonić Zachodu kiedykolwiek. Groził nam będzie trzeci świat! Prelegent na odchodne stwierdził, że doskonale wie, iż nie będziemy mogli tego wprost napisać. Nie pozwoli nam cenzura. Dlaczego zatem to mówił? Chyba dlatego, żeby – nie podając przyczyn, opisywać tragiczne skutki polityki PZPR – tak aby utrzymać ją przy władzy…

 

Poza wolnością słowa mamy dziś w Polsce podobną sytuację do tej z 1980 roku. Gdy słyszę prezydenta państwa, który powiada, że nie zrezygnujemy z czarnego złota, gdyż będzie to nasze bogactwo jeszcze przez 200 lat, gdy słyszę ministra, który obiecuje, że emitujące tanią energię wiatraki przeznaczy na złom  – przypomina mi się kontekst wystąpienia min. Eugeniusza Szyra. Był czerwiec 1980 roku. Właśnie wtedy na Lubelszczyźnie zaczynały się już pierwsze strajki, które doprowadziły do bezkrwawej solidarnościowej rewolucji.

 

Niestety bezkrwawa rewolucja znów jest potrzebna. Już nie tylko dla Polski, ale dla świata. O tym mówią ekolodzy na katowickim szczycie. Jeśli na skutek chorobliwej gospodarki polskiej i wielu innych państw naszego globu, o kilka stopni podniesie się temperatura Ziemi, za 40 następnych lat nie powinno już być ludzkości, co wieszczy niżej podpisany. Wolność zatem okaże się nic nieznaczącą aberracją ostatnich lat. Z drugiej strony łudzę się nadzieją, że najlepsze proroctwa to te, które się nie sprawdzają.

 

Jan Picheta

Kościół w mediach – ks. MARIUSZ FRUKACZ o vademecum dla duszpasterstwa medialnego

Ewangelizowanie przez media, ewangelizowanie mediów, troska o wychowanie medialne, szczególnie młodych, w tym również przyszłych kapłanów i osób zakonnych, to temat, który jest pilnym zadaniem na dzisiaj. Stąd m.in. obradująca 5 listopada na Jasnej Górze, pod kierunkiem abp. Wacława Depo Rada ds. Środków Społecznego Przekazu Konferencji Episkopatu Polski wskazała  na konieczność przygotowania dokumentu z zakresu duszpasterstwa medialnego.

 

 

Nowy dokument w przygotowaniu

 

Jak poinformowała Katolicka Agencja Informacyjna trwają aktualnie prace nad nowym dokumentem: „W trosce o człowieka na medialnym areopagu”. Głównym redaktorem dokumentu jest ks. prof. Michał Drożdż, dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej, kierownik Katedry Mediów i Komunikacji Społecznej Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Dokument ten ma być przygotowany w ostatecznej wersji do końca br. roku, po czym nastąpi czas na jego konsultacje, tak aby mógł zostać przedstawiony wszystkim biskupom do zatwierdzenia na zebraniu plenarnym KEP w marcu 2020 r.

 

Dokument ma zawierać siedem rozdziałów, w których będzie mowa nie tylko  o specyfice współczesnej kultury medialnej oraz o potrzebie „uczestnictwa w mediach” jako integralnej części misji Kościoła, ale również czytelnicy, a szczególnie ludzie pracujący w mediach, duszpasterze oraz młodzi przygotowujący się do kapłaństwa, znajdą takie zagadnienia jak: podstawowe zasady etyki, jaka obowiązywać winna w mediach. Będzie w nim mowa o potrzebie jakości dziennikarstwa oraz o formacji dziennikarzy. Dokument poruszy również problematykę autentycznego dialogu w mediach  w duchu wolności i odpowiedzialności.

 

Wychowanie medialne

 

Już wiele lat temu bp Adam Lepa w swoich publikacjach podejmował temat wychowania medialnego wskazując m.in. na kształtowanie właściwych postaw w odbiorze mediów przez młode pokolenie, ale również przez rodziców, którzy mają wpływ na wychowanie swoich dzieci. Warto przypomnieć publikację bp. Lepy wydaną w serii Biblioteki „Niedzieli” w 2008 r.  zatytułowaną „Telewizja w rodzinie”. Bp Adam Lepa podejmuje w niej refleksję nad relacjami, jakie zachodzą między rodziną a telewizją.  Autor omawia pozytywne i negatywne strony oddziaływania telewizji na rodzinę, rozpatruje ważny postulat rozumienia „świata telewizji„. Swoim czytelnikom podpowiada również, co należy uczynić, by „uniknąć negatywnego wpływu telewizji w środowisku rodzinnym i pogłębić wpływ pozytywny, który ułatwia wszechstronny rozwój osobowości„. Więcej o książce na https://ksiegarnia.niedziela.pl/site/ksiazka/289/

 

Do tematu wychowania medialnego, jak podaje KAI, wracają autorzy przygotowywanego dokumentu, w którym zostanie podjęty temat  szeroko pojętej edukacji medialnej społeczeństwa poczynając od wychowania w rodzinie, na katechezie. Ukazane zostaną w nim m. in. liczne wyzwania i zagrożenia związane z uczestnictwem w świecie mediów, ze zwróceniem szczególnej uwagi na media społecznościowe, z których najczęściej korzystają młodzi ludzie.

 

Wydaje się czymś ważnym w podjęciu tematu duszpasterstwa medialnego jest sprawa  kompetencji medialnej duchownych. Dlatego dokument ma wskazywać na potrzebę edukacji medialnej w kształceniu i formacji osób duchownych. Będzie też precyzyjnie formułować zasady uczestnictwa duchownych w mediach.

 

Warto podkreślić, że na zagadnienie edukacji medialnej kładzie już duży nacisk m.in. instrukcja duszpasterska Aetatis novae Papieskiej Rady do Spraw Środków Społecznego Przekazu z 1992 r. Instrukcja ta zawiera m.in. wskazania dotyczące programów duszpasterskich w dziedzinie społecznego przekazu, opracowywanych przez diecezję, Konferencję Episkopatu (https://www.niedziela.pl/artykul/1500/Aetatis-novae )

 

Młodzi w sieci i jakość przekazu wiary

 

Jedną z największych trosk duszpasterskich Kościoła dzisiaj jest obecność młodych ludzi w sieci nowych mediów. Stąd również konieczność zwrócenia uwagi na kwestię bezpieczeństwa młodych w sieci mediów społecznościowych oraz na problem odnajdywania się młodych w wirtualnym świecie, ze szczególnym podkreśleniem ich roli jako „świadków wartości”. O tym ma mówić również najnowszy dokument.

 

W przestrzeni życia społecznego i medialnego jesteśmy świadkami pewnego braku jakości  przekazu wiary w mediach. Autorzy przygotowywanego dokumentu wskazują na konieczność  kształcenia i formacji w zakresie dziennikarstwa religijnego. Jest to kwestia dotycząca mediów katolickich jak i tzw. świeckich.  Wiele lat temu ks. inf. Ireneusz Skubiś w jednym ze swoich felietonów pisząc o duszpasterskim oddziaływaniu przez media wskazywał, że „obok metod tradycyjnych, jak świadectwo życia, nauka religii, kontakt osobisty, pobożność ludowa, liturgia i inne obrzędy, bardzo ważnym środkiem ewangelizacji i katechezy stały się obecnie środki przekazu.  O tym powinniśmy dzisiaj pamiętać. O tym powinni pamiętać pasterze Kościoła, seminaria duchowne, domy zakonne, bo są to przecież środowiska duszpasterskiego oddziaływania. Ale również ruchy katolickie, stowarzyszenia – wszystkie te instytucje winny działać, mając świadomość, że dzisiaj nie da się prowadzić ewangelizacji wyłącznie metodami tradycyjnymi. Nie wystarczy głosić nauki o Bogu na ambonie, czy od ołtarza w kościele, nie wystarczą lekcje religii w szkole. Trzeba wykorzystać wszystkie możliwości, które są nam dane. Możliwości te mieszczą się w katolickiej gazecie, w katolickiej rozgłośni radiowej, w katolickim dziale telewizji czy w telewizji w ogóle. To są możliwości, które powinny być przez nas docenione” (https://www.niedziela.pl/artykul/904/Duszpasterskie-oddzialywanie-przez-media).

 

Medialny wizerunek Kościoła

 

Jednym z ważniejszych tematów przygotowywanego dokumentu jest troska o prawdziwość medialnego wizerunku Kościoła. Oczywiście  kwestie kształtowania wizerunku Kościoła w świecie medialnym, zasady „public relations” dotyczące rzeczywistości duchowej są dzisiaj niezmiernie ważne. Należy docenić fakt, ze nowy dokument będzie również mówił o rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych w Kościele.

 

Wydaje się również ważne to, że mówiąc o duszpasterstwie medialnym potrzebny jest właśnie dokument, który wyrażałby troskę Kościoła o świat mediów w Polsce. Bardzo ważna jest refleksja nad rozległą i delikatną dziedziną duszpasterstwa, jaką stanowi niewątpliwie przekaz i świat cyfrowy, które oferują kapłanom i osobom życia konsekrowanego  nowe możliwości w zakresie posługi Słowa oraz dla Słowa. Kościół ma za zadanie, pisał kiedyś Benedykt XVI,  dać adekwatną odpowiedź, chociażby na pytania młodych ludzi, którzy żyją w świecie ulegającym wielkim przemianom kulturowym. Duszpasterstwo mediów jest również odpowiedzią na konieczność korzystania z możliwości, jakie stwarzają zdobycze technologiczne. I wydaje się, że oczekiwany dokument podejmie to zagadnienie.

 

Już dzisiaj od kapłanów wymaga się, by potrafili być obecni w świecie cyfrowym, ale oczywiście  w sposób zawsze wierny przesłaniu ewangelicznemu. Na obecność kapłanów i duszpasterstwa w cyfrowym świecie wskazywał papież Benedykt XVI w orędziu na 44. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu  w 2010 r. (https://www.paulus.org.pl/223,44-sdssp-benedykt-xvi-2010 ). Warto do tego orędzia ciągle powracać, by nie tylko podejmować refleksję, ale realizować duszpasterstwo medialne, na którego konieczność Kościół w Polsce wskazuje.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Jak szukanie znajomych – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o pierwszym kroku do dobrego reportażu

Jednym z najważniejszych wyzwań, stojących przed początkującymi reportażystami radiowymi jest znalezienie odpowiedniego tematu i bohatera. Młodzi dziennikarze sięgają często po zagadnienia, które chociaż im wydają się nowatorskie, w rzeczywistości są już ograne i przez to trudne do przygotowania. Walka z nowotworem, bezdomność, doświadczenia powstańców warszawskich czy więźniów obozów koncentracyjnych to ważne i poruszające sprawy, jednak na te tematy powstało już tak wiele reportaży, że trudno znaleźć w nich jeszcze coś zaskakującego. Jak więc szukać bohaterów?

 

   „Najlepsze dokumenty są opowieścią o przepaści między marzeniami a rzeczywistością. Są o ludziach, którzy by chcieli, ale nie mogą. Albo mogą, ale nie chcą. Są o czymś, co jest niepełne, niedokończone, zdekompletowane” – powtarza belgijski mistrz reportażu Edwin Brys. Reportaże (radiowe, chociaż nie tylko), które zapadają w pamięć, pokazują ludzkie dążenia wbrew przeciwnościom, rejestrują zmianę, są zapisem pewnego napięcia pomiędzy tym, jak jest a tym jak chcieliby nasi bohaterowie, żeby było.

 

Kilka lat temu pracowałam na przykład nad reportażem „Niezłomny”, który został potem wyemitowany w radiowej Trójce. Słowem, które jednocześnie stało się tytułem reportażu, określił mojego bohatera jego znajomy. Pasją Damiana Kądzielewskiego jest sport. Kiedy spotykaliśmy się na nagrania, przygotowywał się właśnie do wyjątkowo trudnych zawodów – triathlonu na dystansie Iron Man. Damian jest niepełnosprawny. Wiele lat spędził w różnych szpitalach, miał wypadek, odkryto u niego nieuleczalną chorobę Huntingtona. Ale nie poddawał się. Zarejestrowałam kilka godzin jego treningu, pojechaliśmy też razem do Świdnika, z którego pochodzi Damian i gdzie mieszka jego rodzina. Matka, sama była pływaczka, wzruszyła się, opowiadając o pasji syna i jednocześnie o jego chorobach. Wszyscy wiedzieliśmy, że Damian nigdy nie wyzdrowieje, a pasja do sportu nadaje jego życiu sens. Co więcej, rodzina Damiana nie była zamożna, tymczasem wymarzone starty i treningi wiązały się z ogromnymi kosztami. Reportaż opierał się więc na kontraście pomiędzy wspaniałymi planami Damiana i jego ogromną zawziętością a bezwzględną rzeczywistością, z którą przyszło mu się mierzyć. To właśnie sprawiło, że ta prosta w sumie historia wielu osobom bardzo zapadła w pamięć. Między innymi była inspiracją dla innego niepełnosprawnego, który po emisji reportażu wysłał do nas wiadomość z podziękowaniem i obietnicą, że sam zacznie realizować swoje marzenia. Nawiasem mówiąc, Damianowi jakiś czas później udało się ukończyć zawody na dystansie Iron Man – prawie cztery kilometry wpław, sto osiemdziesiąt na rowerze i maraton!

 

No dobrze, ale skąd w ogóle czerpać informacje o tego typu historiach?

 

Zdarza mi się czasem szkolić praktykantów w radiu. Jednym z ćwiczeń, które im zadaję, jest znalezienie tematów, które ich zdaniem nadają się na reportaż. Okazuje się, że młodzi ludzie, najczęściej studenci dziennikarstwa, mają z tym ogromny problem, a to przecież dopiero pierwsza trudność, z którą muszą się mierzyć podczas pracy nad własnym materiałem. Tymczasem sposobów na znalezienie bohatera reportażu jest mnóstwo. Oto kilka przykładów.

 

  •    Poczta pantoflowa – sposób, z którego chętnie korzystam. Jeśli znajomi i znajomi znajomych wiedzą, że robię reportaże, sami chętnie podsyłają mi ciekawe tematy. I z drugiej strony – jeśli szukam konkretnej osoby do reportażu, myślę najpierw, kto mógłby mi podać kontakt do takiego człowieka. Przykładem jest historia powstawania reportażu „Saidali”. Tytułowym bohaterem był tadżycki opozycjonista, który uciekł ze swojego kraju, ściągnął do Polski rodzinę (po wielu perypetiach) i od jakiegoś czasu próbuje tu sobie ułożyć życie. Saidali, człowiek niezwykle wykształcony, musiał się mierzyć z tym, jak zarobić na rodzinę bez znajomości języka i jak odnaleźć się w zupełnie innej kulturze (gdy tymczasem on i jego żona zawarli kojarzone małżeństwo – nie znali się przed ślubem; są muzułmanami; nie mówią po polsku, itd.). Trafiłam na tego człowieka przez zupełny przypadek. Robiłam reportaż o ludziach, którzy mierzą się z biedą i korzystają z pomocy pewnej organizacji pozarządowej. Jeden z wolontariuszy zaproponował, żebym spotkała się z Saidalim. Kiedy porozmawialiśmy, zrozumiałam od razu, że jego historia zasługuje na oddzielny reportaż.

 

  •    Inne media – dziennikarstwo stadne to zmora dzisiejszych czasów i w żadnym przypadku nie zachęcam do kopiowania tematów innych redakcji, ale szeroko rozumiany internet to kopalnia! Kiedyś jedna z moich bliskich koleżanek, młoda i wydawać by się mogło, zupełnie zdrowa osoba, miała udar. Mogła mówić o szczęściu – przeżyła i jest obecnie w zupełnie dobrym stanie, jednak nie musiało tak być. Zaczęłam wtedy szukać informacji o chorobie i trafiłam na blog Lewaczka.pl. Prowadziła go Kasia ze Szczecina, która jeszcze przed trzydziestką miała udar i z aktywnej, zdrowej i sprawnej dziewczyny zamieniła się w osobę, która na nowo musi ćwiczyć podstawowe umiejętności. Ponieważ urzekło mnie to, jak pisała o swojej chorobie, postanowiłam zrobić o niej reportaż. Spotkanie z nią pamiętam do tej pory, a po emisji reportażu dostawałam wiadomości od słuchaczy, że poruszyła ich ta audycja.

 

Warto też czytać coś poza największymi dziennikami i tygodnikami. Czasem mała wzmianka w lokalnej prasie może dostarczyć informacji o ciekawym temacie. Tak było, kiedy wraz z Norbertem Frątczakiem robiliśmy reportaż o Marku Szablińskim, współczesnym wikingu. Norbert przyniósł krótki wywiad z małej, lokalnej gazety, przeprowadzony z panem Markiem. Niewiele tam było informacji poza tym, że pan Marek od dziesięcioleci zajmuje się rekonstruowaniem łodzi wikingów. Nie wydawało mi się to szczególnie ciekawe, ale ponieważ nie chciałam robić przykrości Norbertowi, zgodziłam się, żebyśmy spróbowali zrobić ten reportaż, co finalnie było strzałem w dziesiątkę. Pan Marek nie tylko miał w zanadrzu mnóstwo anegdot. Okazało się, że dla niego pasja to sposób na zachowanie godności w różnych trudnych momentach życia. Za ten reportaż dostaliśmy drugą nagrodę w konkursie Bałtyk 2018.

 

  •  Powrót do dawnych bohaterów reportaży – tak zrobiłam reportaż „Korona” o Miłce Raulin, najmłodszej Polce, która zdobyła Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Pierwszy reportaż powstał prawie trzy lata temu. Tematem było wtedy to, jak Miłka, która nie jest profesjonalnym sportowcem, łączy pasję z życiem rodzinnym i zawodowym. Jednak po skończonych nagraniach wracałam do niej wielokrotnie. Po ponad dwóch latach spotkań połączyłam wszystkie nagrania w jeden duży reportaż, pokazujący różne etapy i aspekty przygotowań do zdobycia Korony Ziemi. Miałam poczucie, że naprawdę dobrze udokumentowałam ten proces. Chciałabym tak pracować częściej! A reportaż reprezentował Polskę w międzynarodowym konkursie w Barcelonie.

 

  • Wewnętrzny radar – nazwałam tę metodę w ten sposób, bo dziennikarstwo kojarzy mi się z ciągłą gotowością do „wysłyszenia” historii. Nie da się uprawiać tego zawodu przez osiem godzin dziennie, a potem wrócić do domu i zapomnieć o pracy. Warto ciągle mieć w tyle głowy, że ktoś, z kim akurat rozmawiamy, może być bohaterem reportażu. Zdarzało mi się tak wielokrotnie, na przykład kiedy pracowałam nad audycją „Więcej niż piasek” o otwockich Żydach, wymordowanych w czasie wojny. Jeden z moich rozmówców, który w tym reportażu pojawił się dosłownie na chwilę, stał się głównym bohaterem innej historii. Była to opowieść o jego rodzinie, polsko-żydowskiej, w której dwie religie i dwie tradycje przeplatały się przez kilka pokoleń.

 

  • Specjalizacja, znajomość danej branży – jeśli jesteśmy zafascynowani jakąś dziedziną, prawdopodobnie wiemy o niej więcej, niż przeciętny Kowalski. Oznacza to także, że spotykamy ludzi, którzy nie są znani szerokiemu gronu osób, a o których warto opowiedzieć. Dzięki temu, że od lat żegluję, zrobiłam kilka reportaży o żeglarzach, na przykład o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Pani kapitan jako pierwsza kobieta w historii opłynęła świat i mimo poważnego wieku dalej pływa po Bałtyku. Kiedyś była postacią bardzo znaną, dziś – nieco zapomnianą. Gdyby nie to, że zupełnie prywatnie zaczęłam o niej czytać, nie powstałby reportaż „Pierwsza Dama Oceanów”.

 

  •   Sposobów na znalezienie bohatera reportażu jest na pewno jeszcze więcej. Co ważne, w przypadku reportażu radiowego warto dbać o to, żeby dany człowiek nie tylko miał do opowiedzenia ciekawą historię, ale też żeby dobrze mówił, żeby chciało się go słuchać. Miałam kiedyś szczęście zrobić audycję o człowieku, który kolekcjonuje ludzkie wspomnienia. To były archeolog, który zrezygnował z wyjazdów badawczych po narodzinach dziecka, nie chciał bowiem, aby omijały go najważniejsze momenty z życia córki. Nie stracił jednak pasji do odkrywania tego, co nieznane. Ma nietypowe hobby – chodzi z aparatem po ulicach, zaczepia ludzi, robi im zdjęcia i prosi o to, aby opowiedzieli mu o fragmencie swojego życia. Mnóstwo osób już się na to zgodziło, a on przechowuje w pamięci (i na blogu) ich wspomnienia. Piotr ma w sobie ogromną wrażliwość, potrafi też wspaniale, plastycznie opowiadać. Jak widać, bohaterem nie musi być tylko człowiek nieszczęśliwy, poraniony przez los, ale z całą pewnością musi być to ktoś z niebanalną historią.

 

  •   I wreszcie ostatni warunek – chemia pomiędzy autorem i bohaterem reportażu. Może być tak, że temat wydaje się świetny, bohater mówi dobrze, ma ciekawą historię i… reportaż z różnych powodów nie wychodzi. Pamiętam, jak kilka lat temu próbowałam zrobić audycję o jednym z warszawskim skłotów. Mieścił się w centrum, w przepięknej, opuszczonej kamienicy. Wspólnotę tworzyły niezwykle barwne postacie – młodzi ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie karmili potrzebujących (w każdą niedzielę można było przyjść do nich na wegetariański obiad), pomagali dzieciom z biednych rodzin w odrabianiu lekcji, wspierali lokatorów w walce z czyścicielami kamienic. Byłam pewna, że kiedy zaczniemy nagrywać, usłyszę mnóstwo fascynujących opowieści. Tak się jednak nie stało. Mieszkańcy skłotu nie byli szczególnie zainteresowani reportażem. Nie zależało im na rozgłosie. Tworzyli własne gazety i portale internetowe, więc media głównego nurtu nie były im do niczego potrzebne. W dodatku nie ufali mi do końca. Postawili warunek, że zgodzą się na nagrywanie tylko wtedy, kiedy dowiodę że jestem po ich stronie, pomogę im w przygotowaniu transparentów na manifestację oraz wezmę udział w proteście – nie jako dziennikarz, tylko jako zwykły uczestnik. I chociaż prywatnie cel protestu był mi bliski, nie zgodziłam się na takie zatarcie granic. Reportaż nie powstał.

 

Jak więc widać, nie ma jednej, prostej recepty na znalezienie bohatera idealnego. Cały ten proces jest jednak fascynujący i przypomina trochę szukanie znajomych lub przyjaciół. Z niektórymi łączą nas mocne więzy na całe życie, inni pojawią się w naszym życiu na chwilę, ale mimo to wywrą na nas wpływ. Tu i tam przydaje się umiejętność rozmowy z ludźmi, empatia i znajomość psychologii. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Oceniać, a nie tłumaczyć – RAFAŁ BUBNICKI o pisaniu z pasją recenzji filmowych

Postmodernizm, a potem globalizacja – tutaj rozumiana jako pojawienie się i rozwój wielu kin „narodowych” – znacznie utrudnił zadanie krytykom filmowym.

 

Jak pisać z pasją recenzje filmowe? Nigdy z pasją takiej recenzji nie napisałem. Ponad dziesięć lat temu „popełniłem”, z pasją, trzy recenzje teatralne – dwie z nich były bardzo krytyczne, w jednym wypadku recenzja była nader pochwalna. Czas pozytywnie zweryfikował te ówczesne oceny. W ostatnim dziesięcioleciu przewodnicząc komisji konkursowej Dolnośląskiego Funduszu Filmowego uczestniczyłem w ocenie ok. trzystu projektów filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych, a potem w ocenach kolaudacyjnych  ponad sześćdziesięciu filmów, które  otrzymały dofinansowanie w Dolnośląskim Konkursie Filmowym. Na palcach jednej ręki mogę policzyć projekty, a potem realizacje, które wywoływały pasję, przede wszystkim z powodu merytorycznych błędów – nie zapowiadały się dobrze i tak wypadły w realizacji. O tym, że powstały zdecydowała większość głosów członków komisji. Co z tego wynika? To, że trochę rozumiem dlaczego nie tylko sam nie piszę (nie pisałbym?) z pasją recenzji filmowych, ale też dlaczego takich recenzji prawie dzisiaj nie spotykam.

 

Kiedy myślę o recenzentach filmowych piszących „z pasją” automatyzm skojarzeń kieruje myśli ku przeszłości, ku prof. Aleksandrowi Jackiewiczowi czy ku Zygmuntowi Kałużyńskiemu (by podać skrajne przykłady krytyków piszących różnie w formie, stylu i sposobie wartościowania). Czytając ich recenzje można było orientować się w świecie filmu, akceptować lub negować ich oceny, ale wybór który robili był czytelny, oparty na wybranej aksjologii. Wydaje mi się jednak, że im łatwiej było pisać z pasją. Bo świat filmu był w latach 60., 70. i nawet 80. po prostu mniejszy. Łatwiejszy do ogarnięcia i ujęcia w jednolite normy estetyczne. Łatwiej też było, w konsekwencji,  przyjąć wspólne normy wartościowania. Krytycy ci mieli w małym palcu historię filmu, europejskiego i amerykańskiego, a na ich oczach rozgrywał się przełom w sposobach narracji filmowej naznaczony nazwiskami Bergmana, Antonioniego, Felliniego, Viscontiego i francuskiej „nowej fali”. Postmodernizm, a potem globalizacja – tutaj rozumiana jako pojawienie się i rozwój wielu kin „narodowych” – znacznie utrudnił zadanie krytykom filmowym. To co stało się – i nadal dzieje się – w kinie od lat 80. to eksplozja nowych form narracji i tematów. Nie powinno nas łudzić, że nie każdy rok przynosi odkrycia w tym zakresie. Proszę jednak spojrzeć perspektywicznie na to jak „przyspieszało”  tempo narracji, przede wszystkim dzięki montażowi, i jak – równocześnie – zdobywało uznanie kino „slow”, które preferuje bardzo spokojnie, można rzec leniwie rozwijający się tok filmowego opowiadania. Z jednej strony mamy narracje z jednego punktu widzenia (bohatera lub narratora-reżysera), z drugiej różne warianty opowiadania z różnych punktów widzenia lub z jednego punktu widzenia „przełamanego” nagle przez wersję „z innej strony”. To nas nie dziwi, nie zaskakuje jak niegdyś w „Rashomonie” Kurosawy – stało się  chlebem codziennym współczesnego kina. I druga, obok rozbudowanych, różnorodnych form narracji, cecha współczesnej X Muzy czyli multikulturowość. W latach 60. odkryciem dla Europejczyków było kino japońskie z filmami jego lidera Akiry Kurosawy, później kino australijskie. W ostatnim trzydziestoleciu tych fal „narodowych” było znacznie więcej. Kino tureckie, irańskie, izraelskie,  chińskie, kino Indii (nie tylko z Bollywoodu), kino krajów południowoamerykańskich, kino krajów afrykańskich – długo można by wyliczać. Kinematografie tych krajów emancypowały się, a powstające tam filmy były nowatorskie zarówno tematycznie jak ze względu na formę filmową. Obok specyficznej tematyki, wyrastającej z historii, kultury i obyczajowości filmy z tych krajów niosły często, wyrastające z odrębności kulturowych, nowe formy narracji np. kino irańskie. I tak jak w innych dziedzinach np. w teatrze i literaturze, pojawienie się tych fal „narodowych”, skutkowało rosnącą specjalizacją krytyki filmowej.

 

Aby  dzisiaj „z pasją” pisać o filmie trzeba z jednej strony znać historię i warsztat filmu, skomplikowany, różnorodny i stale zmieniający się, z drugiej „ogarniać” kino różnych kultur i tradycji. Wiedza to rozległa i obszerna, nierzadko szczegółowa, w dodatku wymagająca stałego aktualizowania i śledzenia zmian. Ponieważ wielość stylów narracji filmowej z jednej strony, a multikulturowość z drugiej, to również wielość systemów wartościowania, bez których nie ma dobrej recenzji, nietrudno domyślić się dlaczego tak mało jest dzisiaj recenzji filmowych pisanych „z pasją”. Z jednej strony inteligentni recenzenci, wiedząc to co napisałem powyżej, zdają sobie sprawę jak łatwo „wyjść” na ignoranta i głupka. Z drugiej, i to chyba najważniejsze, mało kto z piszących o filmie wypracował skalę wartości i przemyślał ją w odniesieniu do współczesnej produkcji filmowej w taki sposób, aby zdecydować się na wyrażane z pasją oceny pochodzących z „różnych parafii” formalnych i kulturowych premier filmowych. Dlatego też tak wielu recenzentów zamiast wartościować i oceniać filmy, raczej je opisuje i tłumaczy, a sukcesem jest kiedy nie „pali ich” lub nie „spojluje” opowiadając jak się kończą.

 

Chciałbym, aby recenzenci filmowi pisali o kinie z pasją. Chciałbym trafić na takiego recenzenta, którego punkt widzenia byłby mi bliski niezależnie od tego czy pisze o Woodym Allenie, czy o Yorgosie Lanthimosie, o Bradleyu Cooperze czy o Pedro Almodovarze, niezależnie od tego czy będę zgadzał się czy polemizował z jego opiniami. No cóż, to tylko marzenia…