Dziennikarze internowani przez reżim Jaruzelskiego

W 38. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego przypominamy (alfabetycznie) nazwiska internowanych dziennikarzy:

 

Anderman Janusz – internowany i do 24 lipca 1982 więziony na warszawskiej Białołęce

 

Bartmiński Jerzy – Lublin – internowany na kilkanaście dni w grudniu 1981

 

Bartoszewski Władysław – 13 grudnia 1981 internowany – początkowo w areszcie na Białołęce, a następnie w ośrodku internowania w Jaworzu na poligonie drawskim. Z internowania zwolniono go 3 maja 1982.

 

Bartyzel Jacek – podczas stanu wojennego

 

Beylin Marek – 13 grudnia 19 81 – 26 października 1982

 

Bieliński Konrad – 13 grudnia 1981 do 12 grudnia 1982

 

Bocheński Jacek – od 1981 do 1982

 

Bogucka Teresa – po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na okres kilkunastu dni, zwolniono ją po interwencji episkopatu i środowisk literackich

 

Boguta Grzegorz – internowano go na okres od 13 grudnia 1981 do 7 grudnia 1982.

 

Cywiński Jan – po wprowadzeniu stanu wojennego pozostawał w ukryciu aż do listopada 1983

 

Czaputowicz Jacek – internowany 13 grudnia 1981, przebywał w Białołęce i Strzebielinku, został zwolniony w listopadzie 1982

 

Czuma Benedykt – w stanie wojennym został internowany w Łęczycy i w Łowiczu od 13 grudnia 1981 do 8 lipca 1982.

 

Domański Piotr – internowany 13 grudnia 1981 do 24 lipca 1982

 

Dorn Ludwik – w stanie wojennym był ścigany listem gończym, ukrywał się przez półtora roku w Gdańsku i w Warszawie

 

Drawicz Andrzej – internowany w grudniu 1981 r.

 

Drzycimski Andrzej – w stanie wojennym internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 8 lipca 1982

 

Dworak Jan – po ogłoszeniu stanu wojennego został internowany na okres do marca 1982

 

Dymarski Lech – w stanie wojennym został internowany na ponad 10 miesięcy

 

Dyner Jerzy – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na ponad cztery miesiące

 

Gauden Grzegorz – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na okres od 13 grudnia 1981 do 7 lipca 1982

 

Guzy Jarosław – w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku

 

Holzer Jerzy – w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku

 

Jankowska Janina – po wprowadzeniu stanu wojennego od lutego do sierpnia 1982 internowano ją w Olszynce Grochowskiej i Gołdapi, usunięto także z pracy w Polskim Radiu

 

Jastrun Tomasz 10 listopada 1982 do 22 grudnia 1982

 

Jedynak-Pietkiewicz Małgorzata – po wprowadzeniu stanu wojennego, jako działaczka „Solidarności” w TVP usunięta z pracy, a następnie internowana w Gołdapi

 

Karpiński Marek – 13 grudnia 1981 został internowany, zwolniono go 18 listopada 1982

 

Kijowski Andrzej Tadeusz – w sezonie 1981 dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Internowany w Jaworzu. Złożył rezygnację w związku z wprowadzeniem stanu wojennego, w lutym 1982 r. po opuszczeniu Jaworza.

 

Kinaszewski Adam – po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany do ośrodka w Strzebielinku

 

Knap Zbigniew – 13 XII 1981 – 29 IV 1982 internowany w Ośrodku Odosobnienia w Warszawie-Białołęce

 

Komar Michał – internowany

 

Końka Marek – RSW Prasa 13.12.81-3.06.82

 

Król Marek – internowany 13grudnia 1981 do 16 lutego 1982

 

Kuczyński Waldemar – internowany 13 grudnia 1981 w Białołęce, a następnie w Jaworzu. Został zwolniony 12 lutego 1982 z powodu ciężkiej choroby córki

 

Kuroń Jacek – 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, internowany, a 2 września 1982 tymczasowo aresztowany pod zarzutem próby obalenia ustroju

 

Kuroń Maciej – po ogłoszeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 został internowany w Białołęce i bezpośrednio po tym relegowany z uczelni

 

Lipski Jan Józef – po wprowadzeniu stanu wojennego udał się po południu 14 grudnia do Zakładów Mechanicznych Ursus, aby uczestniczyć w zorganizowanym tam strajku. Po jego spacyfikowaniu w tym samym dniu został zatrzymany i oskarżony o kierowanie protestem, a następnie tymczasowo aresztowany. Umieszczono go w szpitalu więziennym w związku z chorobą serca. 6 stycznia 1982 został przewieziony na rozprawę uczestników strajku. W związku z treścią orzeczenia lekarskiego o stanie zdrowia 15 stycznia 1982 jego sprawę wyłączono do odrębnego postępowania i uchylono mu tymczasowe aresztowanie. Od 19 marca 1982 przebywał jednak pod nadzorem funkcjonariuszy SB w szpitalu w Aninie

 

Lityński Jan – internowany od 13 grudnia 1981 do 3 września 1982

 

Łojek Jerzy – w nocy 12/13 grudnia 1981 w chwili wprowadzenia stanu wojennego krótkotrwale aresztowany. W 1982 zmuszony został do przejścia na wcześniejszą emeryturę.

 

Łuczywo Helena – po wprowadzeniu stanu wojennego przez ponad rok pozostawała w ukryciu

 

Łuczywo Witold – po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego pozostawał w podziemiu, w latach 1982–1984 brał udział w wydawaniu „Tygodnika Mazowsze”. Vente voiture export Rachatvotrevoiture.com Vendre voiture accidentée, Rachat de voiture HS. Ujawnił się w październiku 1984, po czym został na krótki czas aresztowany

 

Łukasiewicz Małgorzata – po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce została internowana (do 1982)

 

Macierewicz Antoni – po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 stanu wojennego wszedł w skład komitetu strajkowego w Stoczni Gdańskiej. 16 grudnia 1981, po pacyfikacji tego protestu, został internowany (w tym czasie została internowana na kilka miesięcy także jego żona). Osadzono go najpierw w zakładzie karnym w Iławie, następnie w Kielcach-Piaskach, Rzeszowie-Załężu i Łupkowie

 

Małachowski Aleksander „Kultura” – w stanie wojennym został internowany na okres około roku, później był aresztowany pod zarzutem działalności konspiracyjnej.

 

Markuszewski Jerzy – w stanie wojennym został internowany

 

Matusiak Antoni – 14 grudnia 1981 do10 grudnia 1982

 

Mazowiecki Tadeusz, naczelny „Tygodnika Solidarność” – po wprowadzeniu stanu wojennego został 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, po czym internowano go w Strzebielinku

 

Merkel Jacek – w stanie wojennym internowano go na okres ponad roku

 

Michnik Adam – internowany 13 grudnia 1981 do 3 września 1982

 

Mroczyk Piotr – od 14 grudnia 1981 do 7 grudnia 1982 internowany w Białołęce i Darłówku

 

Onyszkiewicz Janusz – po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany, zwolniono go 23 grudnia 1982

 

Pawlak Antoni – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na okres od grudnia 1981 do lipca 1982

 

Pietkiewicz Antoni – w stanie wojennym został internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 23 grudnia 1982. Ponownie aresztowano go w lipcu 1984, wkrótce zwolniono na mocy amnestii.

 

Przewłocki Janusz – internowany od 13 grudnia 1981 r. do 29 kwietnia 1982

 

Rayzacher Maciej – po wprowadzeniu stanu wojennego internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 20 marca 1982

 

Romaszewska-Guzy Agnieszka – po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na pięć miesięcy.

 

Romaszewska Zofia – uniknęła internowania po ogłoszeniu stanu wojennego, działała w ukryciu. Razem z mężem zorganizowała konspiracyjne warszawskie Radio „Solidarność”.

 

Romaszewski Zbigniew – w stanie wojennym ukrywał się, będąc poszukiwanym.

 

Rosner Andrzej – internowany w stanie wojennym od 13 grudnia 1981 do kwietnia 1982

 

Ruszar Józef – internowany 13 grudnia 1981 do 31 grudnia1982

 

Skórzyński Jan – internowany 13 grudnia 1981 i osadzony w Białołęce, zwolniono go 31 grudnia 1981

 

Skórzyński Piotr – internowany 13 grudnia 1981 do 29kwietnia 1982

 

Starczewski Stefan – od 13 grudnia 1981 r. do sierpnia 1982 r. internowany w Białołęce.

 

Szczepański Piotr – po wprowadzeniu stanu wojennego współpracował z podziemną „Solidarnością”, był zatrzymywany przez funkcjonariuszy SB

 

Szczypiorski Andrzej – pisarz 13.12.81-19.04.82

 

Szwajcer Piotr – od 13 grudnia 1981 do 10 lipca 1982 internowany.

 

Szymanderski Jacek – 20 grudnia 1981 do 7grudnia 1982

 

Śledzińska-Katarasińska Iwona – internowana od 13 do 16 grudnia 1981

 

Śliwiński Krzysztof – 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982

 

Tylko Zbigniew – 8 maja 1982 do 6października 1982

 

Tyszka Andrzej – internowany od 13 grudnia do 22 grudnia 1981 w Białołęce, od 22 grudnia 1981 do 5 maja 1982 w Jaworzu, następnie otrzymał przepustkę, formalnie decyzję o internowaniu uchylono 13 lipca 1982.

 

Wierzbicki Piotr – od 13 grudnia 1981 do 10 lipca 1982 internowany w ośrodkach w Białołęce, Jaworzu i Darłówku

 

Wolicki Krzysztof – internowany 13 lipca 1982 do 9 października 1982

 

Woroszylski Wiktor – 13 grudnia 1981 internowany w Ośrodku Odosobnienia w Warszawie-Białołęce, Jaworzu i Darłówku

 

Wóycicki Kazimierz – 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982

 

Wujec Henryk – od 13 grudnia 1981 do września 1982 internowany, następnie do 1984 i ponownie od czerwca do września 1986 więziony.

 

Wujec Ludwika – w stanie wojennym została internowana, zwolniono ją w marcu 1982.

 

Wyszkowski Krzysztof – Po wprowadzeniu stanu wojennego został zatrzymany 13 grudnia 1981 w Grand Hotelu w Sopocie, następnie internowany w Strzebielinku, gdzie prowadził kilkudniową głodówkę protestacyjną. W sierpniu 1982 uciekł, pozostając w ukryciu

 

Załuski Piotr – 13 XII 1981 internowany w Ośrodku Odosobnienia we Wrocławiu, od 24 XII 1981 w Grodkowie, 2 VI 1982 zwolniony

 

Zambrowski Antoni – w stanie wojennym internowany w więzieniu w Białołęce

 

Zieliński Andrzej – internowany 13 lutego 1982 do 23 grudnia 1982

 

Zieliński Marek – internowany13 grudnia 1981do 1 grudnia 1982

 

Zimand Roman – internowany 13 grudnia 1981 do 29 IV 1982, objęty zakazem publikacji.

 

Zebrała Elżbieta Binder, Pracownia Wolnego Słowa SDP

http://old.sdp.pl/pws/dodatkowe/lista_internowanych.html

 

Fot. Wikipedia

Ziarna gniewu – JERZY SURDYKOWSKI wspomina stan wojenny

Czas drugiego obiegu uważam za najpiękniejszy okres w mojej dziennikarskiej biografii, ponieważ czułem się wtedy ludziom autentycznie potrzebny. Chociaż to, co miałem do powiedzenia, mówiłem w małym nakładzie, czasem pod pseudonimem, czasami pod nazwiskiem, ale ludzie na to czekali.

 

Dwunasty, trzynasty grudnia. Planowałem wyjazd rano jedenastego ekspresem na Kongres Kultury Polskiej w Warszawie. W przeddzień, dziesiątego grudnia, wieczorem – jak to ładnie ujęła moja żona – wysunęła się ręka Boska z Kościoła Mariackiego i rzuciła mną o oblodzony bruk krakowski. Parę dni przed stanem wojennym zrobił się cholerny mróz. Taka bezśnieżna szadź się zrobiła. I wywaliłem się dokładnie pod Kościołem Mariackim. Złamałem obojczyk. Także w stanie wojennym, jak mówili złośliwi koledzy, miałem autointernowanie, we własnym gipsie. Akurat noc z dwunastego na trzynastego była pierwszą nocą, którą w pancerzu gipsowym, to strasznie niewygodne, przespałem w domu. Przyleciał syn i mówi „tata, generał w telewizorze”. Pierwsza moja myśl była „oni tego pożałują”. Taką miałem pierwszą refleksję. Nie że strach, tylko „oni pożałują”. Potem było jak było.

 

Zawieszenie SDP stało się oczywiste, jeśli nastąpił stan wojenny to musieli nas zawiesić czy rozwiązać, to była rzecz jasna, ja nie uczestniczyłem w tych pierwszych, panicznych spotkaniach ze względu na ten gips.

 

Bardziej dramatyczne było rozbicie strajków i strzelanie u „Wujka” dzień później. Nowa Huta zaprzestała strajku po otoczeniu i po wjechaniu ZOMO przez bramę. Postanowili nie stawiać oporu, dzięki czemu tam nie było ofiar.

 

Moje odejście z „Życia Literackiego”

 

Ja nie odszedłem z „Życia Literackiego” tylko z takiego pisma „Zdanie”, które nie wydało ani jednego numeru. Wydało później, ale już w innym składzie redakcji. „Zdanie” było wydawnictwem nieperiodycznym klubu „Kuźnica”, starało się, ale nie zawsze się to udawało, być kwartalnikiem. Ukazywało się w nim wiele tekstów, które były zdejmowane przez cenzurę w normalnej prasie. Z pełną świadomością władze krakowskie tolerowały taki mały wentylik. Jak Zbyszek Regucki już wrócił od Kani, którego zastąpił Jaruzelski, to na otarcie łez przywiózł sobie zezwolenie na otwarcie nowego pisma, przydział papieru itd. – wszystko. „Zdanie” miało się stać miesięcznikiem, nawet bardzo ciekawy był skład redakcji, no to ja się przyłączyłem.

 

Machejek był do przyjęcia jeszcze jak komunizm był silny, bo się nie bał tych wielkich bonzów w Warszawie. Dzwonił Łukaszewicz z pretensjami, to on odpowiadał: „Będę w Warszawie, wódki się napijemy”. A utytułowany, doktoryzowany warszawski redaktor w garniturku, po takim telefonie spadał z krzesła ze strachu. Ale w momencie, gdy powstała „Solidarność”, Machejek z instynktem komunisty, zorientował się, że jest to dokładnie przeciwko niemu, że może dojść do sytuacji gdy on nie będzie miał redakcji, nie będzie miał sekretarki, nie będzie miał kierowcy i wtedy zaczął już od jesieni 1980 roku w różny sposób wypychać z redakcji ludzi związanych z „Solidarnością”, nie mógł tego robić w sposób oczywisty, ale stosował taki pewien rodzaj usuwania przez wypychanie. Ponieważ pozbył się w ten sposób paru ludzi, mocno się starliśmy z Machejkiem gdzieś w 1981 roku. Pomyślałem sobie – co ja się będę „kopał z koniem” pójdę do tego „Zdania”, są tam sympatyczni ludzie i sympatyczny szef i od 1 listopada 1981 roku – tak mi się zdaje – poszedłem do redakcji „Zdania” i weryfikowany byłem jako dziennikarz „Zdania”, oczywiście niezweryfikowany. Jeszcze w tym czasie wylali mnie z PZPR-u, gdzie zajęła się mną kontrola partyjna późną jesienią ‘81, a wywalili mnie tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Tak to się zbiegło z weryfikacją. Po prostu powiedziałem im co myślę; na weryfikacji byłem, na komisji kontroli partyjnej nie, napisałem im swoją odpowiedź, którą potem Krzysztof Bobiński gdzieś wywiózł do Anglii, zostało przetłumaczone i ukazało się w brytyjskim czy amerykańskim kwartalniku, tytułu nie pamiętam. To było o wszystkim, co się działo. Z tego „Zdania” to chyba więcej jak połowa nie została zweryfikowana, tam było dość dużo ludzi z Uniwersytetu, oni na Uniwersytecie zostali, ale nie pozwolono im pracować w „Zdaniu”.

 

„Zdanie” się potem ukazywało w mocno innym zespole do 1989 czy 1990 roku, to już mnie nie interesowało specjalnie.

 

Weryfikacja

 

Napisałem kiedyś tekst „Nadzwyczajny Zjazd SDP po ćwierćwieczu” z podtytułem refleksje osobiste, zacytuję fragment: „Jednym z najbardziej paskudnych poczynań reżimu generalskiego była weryfikacja dziennikarzy. Specjalne partyjno-bezpieczniackie komisje w sposób pozbawiony podstaw prawnych, oceniały czy dana osoba godna jest dalszego zatrudnienia. Jeśli ktoś z nas z własnej woli nie zrezygnował z pracy w mediach – tak jak Dariusz Fikus czy Maciej Iłowiecki, którzy odeszli z „Polityki” – znajdował się na bruku. Stefan Bratkowski jakiś czas się ukrywał, potem zaczął nielegalnie wydawać na kasetach swoje niezapomniane gazetki dźwiękowe. Ja jakoś utrzymywałem się z publikowania tekstów przemycanych za granicę, głównie do USA. Maciej Szumowski został nocnym stróżem, Maciej Wierzyński – taksówkarzem, Jacek Maziarski – antykwariuszem. I tak dalej, i tak dalej… Wszyscy pisaliśmy do prasy podziemnej. A jeszcze iluż naszych koleżanek i kolegów przewinęło się przez obozy internowania i więzienia. Ale był to dla nas niezapomniany i może nawet najbardziej owocny czas w życiu. Kadencja naszego zarządu, który – nigdy nie przerwał działalności – skończyła się dopiero na zjeździe relegalizowanego SDP w 1990 roku. Nigdy nie miałem poczucia, że jestem tak bardzo ludziom potrzebny jak wtedy i nigdy moje myśli – drukowane w małym nakładzie na byle powielaczu – nie były tak uważnie czytane. Dlatego dziękuję panu, generale Jaruzelski za te trudne, lecz owocne lata! Bez pana i bez robienia panu za złość nigdy bym się tego nie nauczył, co dziś umiem i nigdy bym nie rozumiał tego, co przez te lata zrozumiałem”.

 

Do tego fragmentu dodam taką rzecz osobistą: Przeżyłem wspaniałe satysfakcje zawodowe w okresie, kiedy funkcjonował drugi obieg, kiedy nie było mnie jako autora, z wyjątkiem „Tygodnika Powszechnego”, gdzie czasem ukazywało się tylko nazwisko i zaznaczenie ingerencji Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, a nawet i to nie, bo były tam różne targi, jeśli było dużo ingerencji, np. „to my puścimy wam trzy ingerencje, pięciu wam nie pozwolimy, dwie musicie zamilczeć”. Takie były nieformalne rozmówki.

 

Powtórzę: uważam tamten czas drugiego obiegu za najbardziej owocny, efektywny, za najpiękniejszy okres w mojej dziennikarskiej biografii, ponieważ czułem się wtedy ludziom autentycznie potrzebny. Chociaż to, co miałem do powiedzenia, mówiłem w małym nakładzie, czasem pod pseudonimem, czasami pod nazwiskiem. Ale ludzie na to czekali. A tego nie było ani przedtem, ani potem, a nie ma tego zwłaszcza teraz.

 

Wizyta papieża

 

Pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny w stanie wojennym, ta w czerwcu 1983 roku, była bardzo poruszająca, bo papież odwiedził Mistrzejowice, a kościół na Mistrzejowicach to była prawdziwa twierdza „Solidarności”, gdzie pierwsze skrzypce odgrywał ksiądz – on nie był proboszczem był wikarym, ale robił co chciał – nieżyjący już Kazimierz Jancarz, zwany przez kolegów „jajcarzem”, jego czwartkowe Msze za Ojczyznę, to były spektakle antykomunizmu. Olbrzymia sala zawsze nabita.

 

Tam poza tym działała bardzo ważna inicjatywa. Już nie wiem, kto wymyślił, bo ja wszedłem do już istniejącej, funkcjonującej instytucji – Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy (ChUR).

 

To była taka jakby szkoła aktywu, szkoła działaczy, gdzie zwykli ludzie, robotnicy, pracownicy nie tylko Huty ale i innych zakładów związani z „Solidarnością” przychodzili, żeby się uczyć. Najróżniejsi ludzie tam byli, paru dziennikarzy, ja, Kasprzyk, czasami Szumowski, przychodziło trochę ludzi z Uniwersytetu, przede wszystkim bardzo aktywny był Rysiek Terlecki, historyk. Mówiliśmy im o historii, polityce, ekonomii, nawet były wykłady i zajęcia praktyczne ze sztuki negocjacji. Myślę, że ci ludzie, którzy przeszli przez ten ChUR wiele na tym zyskali. Oczywiście były tam też bardziej konfesyjne zajęcia, choćby „O nauce społecznej Kościoła”, ale przekazywana była zupełnie świecka, przydatna wiedza, której ci ludzie gdzie indziej by nie zdobyli, bo była ona ocenzurowana.

 

I do tej twierdzy „Solidarności” przyjechał Ojciec św. Dookoła były olbrzymie tłumy, oczywiście wszyscy z palcami do góry, transparenty. Stała milicja czy też ZOMO, dość daleko, nie zbliżali się, tyle że było ich widać, pewno było ich wielu po cywilnemu. Idzie papież pozdrawia wszystkich, śmieje się, widać, że jest w swoim żywiole, za nim sznur smutnych kardynałów i biskupów z całego świata, którzy w ogóle nie wiedzą o co chodzi, modlą się albo drzemią, i jeden, który wiedział o co chodzi – kardynał Jan Król, Polak amerykański, z Filadelfii, który też znak Victorii pokazuje. Ten moment przypomniałem mu, gdy miałem przyjemność kardynała Króla uhonorować odznaczeniem państwowym. Doskonale tamto wydarzenie pamiętał, dokładnie tak jak ja.

 

Wizyta w 1983 roku, była jakby ważniejsza niż następne, była jakby kawałkiem nagle wolnej Polski. W 1987 roku, drugi obieg był już rozbudowany. Było bardzo ważne, że papież przyjechał. Byłem na Błoniach. Mnóstwo ludzi, bardzo ostra kontrola, żeby transparentów nie wnosić. Przede wszystkim oni się pokapowali, że żeby mieć transparent no to trzeba mieć kije. Jakiekolwiek laski były zakazane, przychodził dziadek o lasce, to mu laskę zabierali. Jeśli ktoś przyniósł transparent, to mógł go tylko pokazać na ręku. Ta wizyta Ojca św. w Polsce w stanie wojennym podziałała na mnie najbardziej.

 

Władze SDP w podziemiu

 

Nasz sposób komunikowania się? O dokumentach nie będę mówił, bo te wytworzone, były w Warszawie gdzieś melinowane i trzeba trafić na ich ślad. Bratkowski może pamiętać, na pewno nie w jego mieszkaniu. Pani Anna Borkowska wynosiła w niedzielę pierwszego dnia stanu wojennego jakieś dokumenty z lokalu SDP-u razem z Jackiem Kalabińskim. Była sekretarzem Oddziału Warszawskiego. Jacek – prezesem. Ona wiedziała. Wielu innych ludzi. Szkoda, że taki sympatyczny człowiek, sekretarz – ale nie generalny sekretarz jak nieżyjący już FikusJacek Ratajczak jest w Kanadzie. Odwiedziłem go w latach osiemdziesiątych w Kanadzie. Fikus bardzo się obawiał rewizji i starał się nie trzymać u siebie w domu dokumentów, ale musiał mieć miejsce, gdzie je trzymał. Może one wróciły do ich mieszkania. Nie wiem.

 

Miejsce spotkań – różne. Bywało u Anki Borkowskiej, bywało u Paszyńskiego też świętej pamięci, tylko jego żona strasznie się denerwowała jak były spotkania u Paszyńskiego. Kiedyś spotkaliśmy się w Kazimierzu, u Iłowieckiego. Raz czy dwa razy, już nie pamiętam.

 

Cały Zarząd Główny nie mógł się często zbierać w warunkach konspiracji. W całym zespole Zarządu Głównego wszyscy opowiedzieli się za kontynuacją pracy z wyjątkiem Ryszarda Niemca, który potem wstąpił do esduperelu, więc myśmy go skreślili. No i zdecydowanie po stronie władzy zaangażował się Róg-Świostek.

 

Inni bardziej lub mniej aktywnie, ale działali. Krzysztof Klinger, on dość szybko umarł, był sekretarzem.

 

Były spotkania raz na miesiąc, na dwa miesiące, ale w mniejszym gronie. Już nie pamiętam, jaki był sygnał telefoniczny: coś tam o jakiejś cioci, czy Basi, coś takiego, że wiedziałem, że trzeba przyjechać do Warszawy. W mniejszym gronie omawialiśmy, co było do załatwienia dla mnie czy dwóch, trzech osób. Spotkania w dużym gronie były bardziej niebezpieczne, ale bywały, zwłaszcza gdy trzeba było coś podpisać, to one były.

 

W pierwszym okresie wszyscy się pilnowali, później już nie, ale nigdy nie było tak, żeby ktoś przez telefon powiedział, że będzie spotkanie Zarządu. Nie pamiętam, jakie sygnały myśmy ustalali, może ustalaliśmy na spotkaniu na następne co się powie, te reguły konspiracji w latach następnych rwały się. Większa była konspiracja, jeśli chodziło o prasę podziemną, zwłaszcza taką, jak „Hutnik”, na której rozbiciu esebecji bardzo zależało.

 

Jeszcze jedna rzecz, o której nie mówiliśmy i która mi przyszła do głowy, pani pytała, czy były jakieś tytuły prasy podziemnej wydawane przez SDP: nigdy nie było prasy, którą wydawało podziemne SDP. Ale świadomie, nie usiłowaliśmy w Krakowie – wiem, że w Warszawie były jakieś próby – nie robić niczego takiego, z dwóch powodów:

raz – że lepiej by było, jeżeli ci dziennikarze, którzy chcą i potrafią się na to zdobyć, współpracują z już istniejącymi tytułami czy współtworzą nowe tytuły prasy podziemnej, ale żeby te działania były zdecentralizowane, rozśrodkowane;

dwa – to były efekty wiadomości z różnych przesłuchań. Ja zresztą też byłem przesłuchiwany, do wyjazdu mojego do Stanów na początku 1985 roku w pierwszych dniach stycznia 1985 roku, wielokrotnie zdejmowano mnie z ulicy na takie doraźne improwizowane – może nie, może oni to sobie wcześniej przygotowywali – przesłuchania godzinne, dwugodzinne, trzygodzinne, różne. Tematem, który się ciągle powtarzał, chyba mieli hopla na tym punkcie – w przesłuchaniach kolegów, jak ktoś był zatrzymany i przesłuchiwany, wzięty z ulicy, to się powtarzało, myśmy wymieniali informacje o przesłuchaniach, to ważne, o co się pytają – były dwie sprawy: działalność podziemna: „wy nie zaprzestaliście działania” oczywiście oni to wiedzieli, czy się domyślali, czy mieli dowody i drugi taki konik: Polska Parta Socjalistyczna, wmawiali, że SDP chce powołać PPS.

 

Lepiej więc byłoby, żeby SDP nie miało jakiegoś pisma, które by z tym było kojarzone, lepiej żeby członkowie nasi współpracowali z prasą podziemną i trzeba im w tym pomagać i tych, którzy chcą, nie na siłę, ale trzeba ich do tej działalności wciągać. Taką mięliśmy politykę, przynajmniej tu w Krakowie. Wiem, że w Gdańsku było podobnie. Te tematy się powtarzały na przesłuchaniach po za Warszawą i Krakowem, dość dobrze znam środowisko gdańskie i to wiem. Tak sobie zresztą ustaliłem, podzieliliśmy się między członków Zarządu, co do legalnego działania, kto się będzie opiekował jakimi oddziałami wojewódzkimi, ja sobie wziąłem Wybrzeże i oczywiście Kraków oraz Rzeszów. Wybrzeże – oczywiście dotyczyło to Gdańska, no i Szczecina, gdzie było dużo mniej ludzi, dużo mniejsza aktywność, ale też była.

 

W Szczecinie grono tych, którzy dochowali wierności SDP i „Solidarności” skupiło się wokół nieżyjącej już Anki Machay, której trzeba oddać szacunek za odwagę. Po upadku komunizmu była naczelną „Kuriera Szczecińskiego”.

 

Dziennikarze SDP-u w podziemiu

 

Może się okazać, że było więcej ludzi, którzy pisali w drugim obiegu, niż wymieniam. Maria de Hernandez-Paluch, bardzo aktywna, ona prowadziła pismo opinii „Bez dekretu”, oboje Szumowscy, czyli Maciek i Dorota Terakowska, Tadeusz Pikulicki, Jerzy Sadecki, Zbigniew Ringer, emeryt, dziennikarz sportowy, on pisywał od czasu do czasu, Lusia czyli Helena Lazar, wyrzucona dziennikarka od Szumowskiego, być może Ewa Owsiany coś pisywała, nie jestem pewien, to jest też dziennikarka od Szumowskiego, reportażystka, Andrzej Sabatowski sekretarz redakcji „Życia Literackiego”, on pracował a jednocześnie przez dwa lata redagował pisemko „Tymczasem”. Elżbieta Morawiec, Maria Palatyńska i Bogusław Rogatko, wyrzuceni z „Życia Literackiego”, na pewno Tadeusz Nyczek, krytyk, Maria Przełomiec, pracowała chyba w Radiu i pisywała do „Hutnika”, Wojtek Marchewczyk, redagował „Hutnika”, ukrywał się, bardzo ważna postać.

 

Stefan Maciejewski, na przykład nie miał żadnego kontaktu z prasą podziemną, nie wiedziałem, że tak dokładnie spisywał „czyny i rozmowy”. Z „Tygodnika Powszechnego” spływały do prasy podziemnej teksty zdjęte przez cenzurę; nie pisały do niej osoby z głównego trzonu „Tygodnika”, ale pisywali ludzie, którzy byli wokół nich. Oni mieli taką zasadę, że nie powinni się dać złapać, nie powinni dawać okazji bezpiece, ale różni ludzie, którzy się koło „Tygodnika” kręcili, czy byli na jakiś mniejszych etatach pisywali. Roman Graczyk, Jan Rogóż, Pilch coś pisywał, ale Pilch się pokazał w późniejszym okresie, Burnetko, coś robił. Wielcy może wiedzieli, że oni piszą i mieli nad nimi pewien parasol, ale sami się nie angażowali, chyba słusznie.

 

Ja uważałem, że nazwiska, adresy, co wiedziałem należy zapomnieć. Po prostu, po co pamiętać. Nigdy nie wiedziałem, kiedy wezmą na porządne spytki do bezpieki. Mnie nigdy fizycznie nie atakowano, nie było pobicia.

 

Ale są dziennikarze, których bito. Np. Tadeusza Pikulickiego pobito na ubecji. Wiedzieć tylko to, co mnie dotyczy, co ja muszę wiedzieć, żeby móc swoje robić.

 

To, że Lusia Lazar pisywała nie wiedziałem, niejednokrotnie podrzucałem jej dary, i nie wiedziałem tego. Pisywaliśmy do tego samego „Hutnika”. I bardzo dobrze, żeśmy nie wiedzieli. Ja w dalszym ciągu pewno nie wiem o wielu ludziach, którzy coś robili.

 

Była w Warszawie w połowie lat osiemdziesiątych niezależna agencja informacyjna, którą prowadził Jacek Maziarski. Pracował tam Arendarski. Przepisywał na komputerze biuletyn, który był bardzo przydatny gazetkom podziemnym, pod warunkiem, że do nich dotarł. Był problem jak ten biuletyn regularnie przewozić. Przez znajomych akurat dowiedziałem się, że postać wówczas z Piwnicy, a dziś światowej rangi – kompozytor Zbigniew Preisner jeździ co tydzień do Warszawy. Akurat jego regularne wyjazdy zbiegały się z wydaniem biuletynu, raz na tydzień. On go przywoził, wkładał do ustalonej skrytki, bardzo dzielnie to robił, bardzo regularnie. To było bezcenne dla różnych tytułów podziemnych.

 

Miejsca spotkań

 

Klub „Pod gruszką” funkcjonował początkowo w pierwszym okresie, dopóki nie powstał esduperel. Oczywiście byli tam różni tajniacy. Ale była to taka kawiarnia dziennikarska z wymianą plotek: ten to, ten tamto. Potem, jak powstał esduperel, to tam już się nie chodziło. Ja zresztą rzadko bywałem „Pod gruszką”. Była kawiarnia w Domu Literatów na Kanoniczej, gdzie mieliśmy spotkania. Potem jak powstał neo-ZLP i przejął ten dom, to w każdą środę czy czwartek ci, którzy nie wstąpili do neo-ZLP, siadywali sobie przy jednym stoliku na godzinkę czy półtorej, żeby pokazać, że jesteśmy. To Szymborska zwłaszcza organizowała, jej zależało, żeby jak najwięcej ludzi przychodziło. Klub Inteligencji Katolickiej, był ośrodkiem ważnym, tam się odbywały spotkania literackie, takie mówione pismo „Na Głos”, które po pewnym czasie było drukowane.

 

Zasady Postępowania i Zaleceń Koleżeńskich władz SDP

 

Wiele rozmów było z dziennikarzami mającymi rozterki moralne w związku z podejmowaniem pracy lub jej kontynuowaniem w reżimowej prasie. Przychodzili do mnie czy nawet dzwonili różni ludzie, na ogół to byli znani mi, którzy tak jakoś chcieli się wyspowiadać albo powiedzieć: „ja muszę, ja nie mam wyjścia, bo żona, dzieci”, albo „tak się moje życie ułożyło”.

 

Ale też sporo ludzi, którzy formalnie byli po tamtej stronie, starało się w czymś nam pomóc, przykładów parę podam. Na przykład, jak się później okazało „tajny i świadomy”, prof. Goban-Klas, medioznawca z Krakowa, potrafił przy kawce – nie w pierwszym okresie, trochę później – podrzucić mi szereg informacji ze swoich źródeł i szereg tematów, które ja potem wykorzystywałem w drugim obiegu, bo to były niegłupie rzeczy. On wiedział, że to pójdzie, miał tego pełną świadomość. Nie wiem, czy on nie pisał później sprawozdań z tych naszych spotkań, ale tematy były niegłupie i ja to wykorzystywałem. Może nie wszystko, ale bardzo wiele.

 

Przewodniczący tego powstałego w Krakowie – jak to się mówi – esduperelu – Andrzej Magdoń dawał mi z jakiś tam zasobów, które oni mieli, bony benzynowe i za te bony benzynowe myśmy z Marią de Hernandez-Paluch, głównie jej samochodem, bo ona miała dużego fiata a ja malucha, przywozili z Warszawy dary. W Warszawie był większy dostęp do darów i myśmy rozdzielali je dla środowiska dziennikarskiego i niektórych biedniejszych literatów i rodzin uwięzionych działaczy „Solidarności”. W pewnym momencie było tego dosyć dużo, mogliśmy te dary szeroko rozdawać. A benzyna była z esduperelu. Bardzo wielu dziennikarzy, nazwisk może nie będę ich wymieniał, bo było ich bardzo dużo, jedno tylko – Jerzy Sadecki. To był dobry przykład dziennikarza, który cały czas pracował, był pozytywnie zweryfikowany, ale który świadomie wszedł, ja go zresztą wciągnąłem do współpracy z drugim obiegiem, potem namówiłem go na napisanie książki o oporze w Hucie, pod pseudonimem Marian Garden „Nowa Huta: ziarna gniewu, ziarna nadziei” o tych wszystkich strajkach, demonstracjach, Włosiku itd. On cały czas tam był. Potem zresztą z Sadeckim, jak już komunizm upadł, i były wybory ‘89, razem robiliśmy pierwsze legalne pismo „Głos Wyborczy Solidarności”, który miał się potem przekształcić w tygodnik Solidarności, ale zaczęły się różne nienawiści, różne rozróbki i wykolegowano mnie po wyborach. Udało nam się nawet wydać ten pierwszy numer na tydzień przed „Gazetą Wyborczą” Michnika, ale tygodnik łatwiej było zrobić niż dziennik.

 

Wielu dziennikarzy dostarczało informacje różnego rodzaju, które mieli, wiedzieli, że można do mnie przyjść: Bogusia Pałczyńska, pracowała w „Echu Krakowa”, tenże Magdoń, był taki Ośrodek Badań Prasoznawczych – Pisarek, Bajka, Bralczyk obecny telewizyjny językoznawca, przychodziłem do nich po utajnione wyniki badań bądź ich, bądź socjologicznych z Uniwersytetu, które oni mieli. Także od wielu ludzi dostawaliśmy jakieś namiary, czy jakieś rzeczy, które warto było wykorzystać w prasie bezdebitowej.

 

Ludzi, którzy czuli ciśnienie, mieli nieczyste sumienie, że pracowali w prasie, radiu, telewizji reżimowej czy satelitarnej było wielu.

Taki Zbyszek Jurkowski, świetny alpinista, pracował w gazecie „Słowo Powszechne”, była taka paxowska gazeta – strasznie mi się wypłakiwał, nie każdy może być odważnym alpinistą, nie każdy musi być odważnym dziennikarzem.

Oczywiście z jednej strony trzeba było wykazać pewien ludzki stosunek, a z drugiej strony były zachowania, które trzeba było wprost potępić.

 

Obowiązek pracy

 

Padł blady strach, oczywiście. Ciekawa rzecz, wyrzuceni po weryfikacji z RSW Prasa, czy jak mówiono złośliwie MSW Prasa odwoływali się do Sądu Pracy i wygrywali proces. Myśmy się też odwołali do Sądu Pracy i wygraliśmy, musieli nam zapłacić odszkodowanie. Dwudziestu pięciu dziennikarzy. Nie pamiętam już, czegośmy się uczepili, w każdym razie wykazaliśmy, że to było niezgodne z Kodeksem pracy i Sąd – powiem pani – wręcz robił do nas oko, pani sędzia. To był ten pierwszy okres.

 

Potem zaczęło być już groźnie, bo obowiązek został wprowadzony, ale jak ktoś nie miał pracy – dotyczyło to mężczyzn – były przypadki, że różne firmy fikcyjnie przyjmowały do pracy takich ludzi. Ja miałem rentę. Zresztą członkowie związków twórczych byli od tego obowiązku zwolnieni. Ja byłem członkiem Związku Literatów, do rozwiązania. A później, jak już było rozwiązane ZLP, wyszło takie rozporządzenie w życie, że ci, którzy nie zapisali się do neo-ZLP mogli otrzymać w dowodzie osobistym taki wpis: „wykonuje zawód literata”. Ja w starym dowodzie mam taki wpis: „wykonuje zawód literata”.

 

Część ludzi pozakładała jakieś warsztaciki, jakieś firemki, na tym zresztą na ogół dobrze wyszli. Tadeusz Pikulicki z „Gazety Krakowskiej” wymyślił sobie, że będzie jednorazowe zapalniczki przerabiał na wielorazowe, nawet kogoś fikcyjnie zatrudnił, a teraz jest biznesmenem. Od łyczka do rzemyczka jakoś im to wyszło, tym ludziom te biznesy. Parę osób wyjechało z tych wyrzuconych. Także ta ustawa o pasożytnictwie służyła zastraszeniu osób wyrzuconych z pracy.

 

Wyjechali: Andrzej Warchałowski z Telewizji (był członkiem Komisji Krajowej „Solidarności”), Milada Zapolnik z „Dziennika Polskiego”, Jacek Pałamarz z „Gazety Krakowskiej”, Maciejewski był parę lat w Australii, takie małżeństwo, nie pamiętam ich nazwiska (chyba Wcisło), wyjechało do Australii – bardzo sympatyczni, młodzi ludzie z „Gazety Krakowskiej”. Wiele jest osób, których nie pamiętam.

 

Duszpasterstwo

 

Ostoje „Solidarności” to były Mistrzejowice, kościół św. Józefa na Podgórzu, Karmelitan na Piasku, Dominikanie. Mistrzejowice były o tyle ważne, że był to ośrodek robotniczy, podobnie jak św. Józefa na Podgórzu. Dominikanie to było duszpasterstwo akademickie, tam się odbywały bardziej intelektualne dyskusje. U Karmelitów na Piasku też czasem coś ChUR robił, już nie pamiętam. ChUR również działał u św. Józefa. To były te – według mnie – najważniejsze ośrodki kościelne w Krakowie. W całej Polsce było podobnie.

Kiedyś byłem w „Wyborczej” i Jarek Kurski mówi „ja byłem na pana zajęciach w Gdańsku”. Było bardzo mi miło, że pamięta. W Krakowie też zajęcia miałem parę razy, starałem się by słuchacze napisali jakieś teksty, które później ocenię, odbywało się to zdaje się u Dominikanów, w każdym razie w jakimś kościelnym pomieszczeniu.

Oczywiście trwała akcja odczytowa, miałem różne doraźne prelekcje i spotkania. Kontakt był nawiązywany przez „Tygodnik Powszechny”. Ktoś pytał: nie pojechałbyś do Łańcuta, bo tam jest zapotrzebowanie? No to jedziemy, np. z Tadeuszem Szymą. Szyma o poezji, ja o ekonomii czy polityce. Czy do Łodzi wyjazd. To już po linii esdepowskiej, bo tam Katarasińscy działali. Jerzy Katarasiński, nieżyjący już, znakomity facet, mąż obecnej posłanki Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej. Olbrzymia sala przykościelna, nieprawdopodobnie dużo ludzi, w oknach siedzieli, te spotkania były wspaniałe, bo ludzie się nimi naprawdę interesowali. W Kielcach coś miałem. Organizował Juliusz Braun, późniejszy przewodniczący KRRiTV. W Rzeszowie, w Szczecinie, w Gdańsku wiele razy, w wielu miejscach.

 

Wychodzenia z podziemia 1988-1989

 

Aktywność SDP-u osłabła po 1985 roku, już się nie pisało Listów, Oświadczeń, rzadziej się spotykaliśmy. Ale jeszcze jedna, znacząca, akcja była w Polsce w czasach późniejszych w okresie 1987 do początków 1989 roku. Było to konspiracyjne szkolenie dziennikarzy prasy podziemnej. Ja cały 1988 rok spędziłem w Ameryce. Tam był jeden moment esdepowski – ważny. Nie pamiętam, od kogo przyszło zapotrzebowanie, żeby działacze SDP, przebywający w Stanach napisali do FIJ-u w Brukseli, że proszą o przyjęcie. Być może był taki sam list od działaczy SDP-u przebywających we Francji. Byłem ja, Jacek Kalabiński, Janka Jankowska. Napisaliśmy takie pismo po angielsku. To był ten okres, kiedy nas przyjmowano do FIJ-u. SDP nie był jeszcze relegalizowany, przyjęcie do FIJ-u było bardzo ważnym momentem do relegalizacji, bo pokazało, że jesteśmy.

 

Przyjechałem do Polski na Sylwestra, ‘88/’89. W styczniu, na początku roku odbył się nielegalny, ale już zupełnie bez żadnej konspiracji, zjazd SDP-u. Nie wiem w jakiej sali, była to dość duża sala o niskim suficie, gdzie otwarcie mówiliśmy, co chcemy. Podpisaliśmy List Otwarty z żądaniem relegalizacji SDP. Janka Jankowska, Kasia Kołodziejczyk, Bratkowski, Iłowiecki, cały zarząd, Paszyński, Jacek Moskwa. Nie wiem, czy Szumowski wtedy był.

 

Wierzbiański

 

Bolka Wierzbiańskiego bardzo wysoko oceniam. To był wspaniały człowiek. Dostał w 1999 r. Orła Białego. Chociaż moim zdaniem Orzeł Biały został trochę zdeprecjonowany, bo w zasadzie on powinien się należeć za zasługi wojskowe i cywilne – jednocześnie. A Bolek miał zasługi cywilne ogromne, a wojskowych żadnych.

 

To już nie moja sprawa. Ja miałem przyjemność wręczyć mu w 1994 r. w imieniu Prezydenta RP Lecha Wałęsy Krzyż Komandorski z Gwiazdą Polonia Restituta za wybitne zasługi na polu pisarskim i dziennikarskim w obronie kultury polskiej.

Oprócz tego, że robił dobrą gazetę, to jeszcze starał się opiekować SDP-em, zawsze jakieś pieniądze podrzucał dla SDP-u, dużo tego nie miał, ale zawsze coś było. No i zatrudniał. Specjalnie powołał do tego celu fundację. Poprzez fundacje można było zatrudniać dziennikarzy na pół roku na zasadzie non profit i nie płacić od tego podatków. Ja tam byłem zatrudniony w drugim półroczu ‘88-ego, w pierwszym miałem stypendium Kościuszki. Zatrudniał wybitnych dziennikarzy. Przede mną był Kłopotowski, po mnie Adamiecki, wielu ludzi przewinęło się przez „Nowy Dziennik”. Maciej Wierzyński, Piotr Stasiński, Małgorzata Szejnert. On miał do dyspozycji przez pół roku dobre pióra, a dziennikarze mogli normalnie zarobić. I prócz tego Wierzbiański zawsze jakieś pieniądze dla SDP-u organizował. Z „Nowym Dziennikiem” to trochę tak się stało jak z „Tygodnikiem Powszechnym”, póki była cenzura to mieli do dyspozycji najlepsze pióra kraju. Kiedy w Polsce komunizm upadł sytuacja zmieniła się. Honoraria przestały być atrakcyjne – w „Nowym Dzienniku” na niekorzyść jeszcze działało to, że złotówka poszła do góry, a dolar spadł w dół. Na stosunki amerykańskie honoraria nasze były znikome, ale kiedy w połowie lat osiemdziesiątych płacono mi za nieduże teksty 25 czy 30 dolarów to była równowartość średniej miesięcznej pensji, po czarnorynkowym kursie dolara to można było z tego miesiąc przeżyć, a ta sama suma w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dolar był poniżej 3 zł, to była już suma śmieszna, niższa od jakiegokolwiek honorarium w Polsce. Na emigracji było wielu dziennikarzy, z których część wróciła potem do Polski, część nie, a pisma krajowe po upadku komunizmu były nie tylko wolne, ale atrakcyjniejsze finansowo. Tak więc „Nowy Dziennik” uległ normalizacji wrócił do swojej normalnej roli – gazetki pewnej grupy etnicznej w Stanach Zjednoczonych. I to wszystko.

 

Wierzbiański, na pewno był wielkim człowiekiem i cześć Jego pamięci.

 

Odczyty i wykłady w Stanach Zjednoczonych

 

W 1985 roku jeszcze tylko polonijne, a w 1988 też polonijne ale głównie na uniwersytetach amerykańskich.

Przyjmowałem propozycje wykładów bardzo chętnie, chociaż bywało, że nie płacili, a jednak to dla mnie było ważne, żeby z jakimiś pieniędzmi wrócić. Miałem wykłady na Harvardzie, w Yale, na Washington University, w Berkeley, w Kanadzie również. Tematy tych wykładów były dwa: „Prasa podziemna w Polsce jako największe osiągniecie Solidarności” oraz „Sekwencja polskich kryzysów politycznych od ‘56”.

Do Stanów docierała prasa podziemna. W 1988 roku była wystawa polskich druków bezdebitowych w Bostonie, pokazywana również w innych ośrodkach. Kilka ośrodków gromadziło prasę podziemną. Jeden, może największy istnieje w Instytucie Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii. Tam pracowało dwóch Polaków Maciej M. Skierski, kurator oraz Zbigniew Stańczyk. Stworzyli te zbiory.

Drugi to Uniwersytet Yale, trzeci był w Bostonie, ale nie na Harvardzie, w mniejszym ośrodku.

 

„Kontakt”

 

Bardzo ważny dla dziennikarzy był ośrodek Chojeckiego w Paryżu i kontakt w „Kontakcie”. Wielu tam pisywało. Był albo szmuglowany do kraju w postaci takich małych zeszycików, albo był dodrukowywany w kraju. Szerzej rozchodził się w tym czasie niż „Kultura” paryska. Tamten ośrodek Chojecki-Chruszczyński przeszmuglował wiele maszyn drukarskich do kraju, trzeba to powiedzieć i powtarzać, żeby zostało zapamiętane, bo te maszyny były naprawdę w kraju potrzebne. Zanim taka maszyna dotarła tam, gdzie miała dotrzeć, nieraz wpadała po drodze, może co druga docierała, a może mniej.

 

1990 rok

 

Zrezygnowałem z kandydowania na prezesa na Zjeździe SDP w 1990, bo wiedziałem, że wyjadę do Ameryki. Do Zarządu weszli na zasadzie kooptacji ci, którzy nie zdradzili i pracowali w okresie konspiracyjnym mniej lub bardziej, doszedł Jacek Żakowski, Konstanty Gebert. Te dwie osoby pamiętam.

 

W momencie, jak stanął problem Domu Dziennikarza na Foksal, nachalnie włączył się w to Jaruzelski, który chciał mediować – no, był prezydentem – miedzy dwoma organizacjami dziennikarskimi. Były nawet dwa spotkania z udziałem Jaruzelskiego. Bratkowski nie chciał na to iść, posłał mnie i Iłowieckiego, nie pamiętam kogo jeszcze, trzech nas było ze strony SDP-u. Ale nic z tego nie wyszło, gadał, gadał, gadał. Przyznawał nam rację, ale nie miało to żadnego dalszego ciągu.

 

Pamiętam jak nas relegalizowano, byliśmy strasznie szczęśliwi, strasznie pełni zapału. Pamiętam też taki wyjazd do Brukseli i rozmowę z Leopoldem Ungerem, który mówił: „puknijcie się w głowę, co wy sobie wyobrażacie!” Było nas kilku z SDP-u. „U nas w Belgii jest kilka organizacji dziennikarskich, wszystkie ze sobą skłócone i żadna nic nie ma do gadania. U was też tak będzie”. I miał rację.

 

Spisała Elżbieta Binder

 

Tekst za zasobów Pracowni Wolnego Słowa SDP, tytuł i lead od redakcji portalu sdp.pl

 

Od dwutygodnika do portalu – RAFAŁ WĘGLEWSKI o „Podwarszawskim Życiu Pruszkowa”

Dzisiaj mam osiemdziesiąt osiem lat, dołożyłem do wydawnictwa 250 tys. zł i nie żałuję. Mam satysfakcje, że mogłem poprzez prasę przybliżać prawdę i że mogłem komuś pomóc – zauważa Edward Besiński, przewodniczący kolegium redakcyjnego „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”.

 

Na początek trochę z historii…

 

Początek „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa” sięga 1991 roku, Tytuł Prasowy ukazywał się pierwotnie pod nazwą „Życie Pruszkowa”. Tamtejsze czasopismo zostało, odkupione przez Edwarda Besińskiego od red. Zbigniewa Ziółkowskiego, który mimo, że sprzedał tytuł został pierwszym red. naczelnym, w nowej odsłonie gazety. W skład redakcji weszli, Edward Besiński, ekonomista, elektronik; lek.med. Witold Kuch i mgr. Inż. Geodeta Tadeusz Topolski. Po roku nastąpiła zmiana na stanowisku red. naczelnego, którym został w wyniku losowania Edward Besiński.

 

Na początku lat dziewięćdziesiątych pismo ukazywało się dalej pod nazwą „Życie Pruszkowa”, później pod nazwą „Podstołeczne Życie Pruszkowa”, ostatecznie nastąpiła zmiana tytułu na „Podwarszawskie Życie Pruszkowa”, pod którą ukazywało się do października 2016 roku.

 

Gazeta ukształtowała się jako dwutygodnik, zajmujący się szeroką tematyką lokalną i krajową. Na łamach gazety można było przeczytać o bieżących wydarzeniach, dziejących się lokalnie jak i w Polsce. Były również strony poświęcone, kulturze , historii, gospodarce. Swoje miejsce na kolumnach gazety miały wydarzenia związane z wiara i Kościołem Katolickim. Pismo swoim charakterem reprezentowało wartości patriotyczne i lokowało się po prawicy. Miało jednocześnie całkowicie niezależny i unikatowy charakter merytoryczny.

Edward Besiński urodził się w Pruszkowie 2 stycznia 1931.,był harcerzem Szarych Szeregów, Odznaczony Medalem Pro Patria, Kombatanckim Krzyżem Zasługi i Złotym Krzyżem Zasługi, należał również do NSZZ Solidarność.

 

„Chciałem opisywać prawdę, moja dewizą, w czasie wojny, było służyć Polsce. W PRL-u chciałem być Polakiem i dalej służyć Ojczyźnie, jednak tej spod znaku Orła w Koronie – podkreśla Edward Besiński.
– Dzisiaj mam osiemdziesiąt osiem lat, dołożyłem do tego wydawnictwa 250 tys. zł i nie żałuje. Mam satysfakcje, że mogłem przybliżać prawdę i że mogłem komuś pomóc” – opowiada.

 

Edwardem Besińskim poznaliśmy się kilka lat temu na Spotkaniu Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego. Jest człowiekiem, niezwykle pogodnym i skromnym. Dziennikarz pasjonat, zasłużony dla Polski i Pruszkowa.
Dokładnie 31 października 2016 r. ukazał się ostatni numer „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”. Znamienna data dla historii pruszkowskiej prasy.

 

W 2014 roku powstaje Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne organizacja NGO bazująca na pracy własnej swoich członków. Które jako organ założycielski podejmuje uchwałę o wznowienie wydawania tytułu, tym razem jako portal internetowy. Edward Besiński przekazuje prawo do tytułu na rzecz Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego w 2018 r. Dokładnie 22 lutego ukazuje się, pierwszy artykuł, a właściwie rys autobiograficzny, redaktora „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”. Wkrótce Besiński wybrany zostaje na honorowego redaktora, i przewodniczącego kolegium redakcyjnego, zaś redaktorem naczelnym zostaje Edward Radziejewski, z wykształcenia prawnik, działający w naszym stowarzyszeniu jako doradca zarządu PSP. Należy zaznaczyć, że nie doszłoby do powstania portalu, gdyby nie wcześniejsza działalność Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego. Warto tutaj przytoczyć fragment deklaracji stowarzyszenia – „Społeczeństwo oddala się od wspólnych ideałów, takich jak prawda, wolność, godność jednostki ludzkiej. Zaczynają umykać prawa i interesy Narodu Polskiego, dla niego najpotrzebniejsze, będące podstawą jego żywotności i dostatku, pomyślności naszego życia i życia przyszłych pokoleń.

 

Ten niszczący Polskę i każdego z nas trend należy zatrzymać i za wszelka cenę odwrócić. Jeśli chcemy pomyślnej przyszłości dla nasz naszych dzieci i wnuków, musi podjąć trud nakierowany na pozytywne zmiany – zaczynając od swojego podwórka”- choćby małymi kroczkami, choćby pracą u podstaw i pod prąd. To jest dla nas wyzwanie patriotyczne i pragmatyczne.

Kontynuując walkę wielu pokoleń Polaków o Ojczyznę wolną, wyrażamy potrzebę utworzenia ruchu politycznego, który wznowiłby wysiłek odbudowy najważniejszych dla Narodu Polskiego wartości – zawiązujemy „Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne”.

 

Jaki jest nasz pruszkowski i podwarszawski portal? Otóż nawiązuje oczywiście do gazety Edwarda Besińskiego. Jest przede wszystkim portalem społecznym, funkcjonującym bez dofinansowań. W zamiarze zasięgiem tematyki ma obejmować obszar powiatu pruszkowskiego, ale nie tylko.

Skupia się głównie na tematyce lokalnej, ale i fragmentarycznie krajowej. Sporo miejsca jest poświęcone dla historii, zarówno Pruszkowa, okolic jak i tematów szerzej pojmowanych w tym zakresie np. „Pamięć Kresów”. Dotykamy również polityki lokalnej i krajowej czy kultury. Publikują i publikowali dla nas m.in. Piotr Janusz Czarniawski, doradca zarządu Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego, publicysta mieszkający od dawna w Pruszkowie, a urodzony w Wilnie, dr Bolesław Jabłoński, Andrzej Rzewnicki, Wojciech Piotr Kwiatek oraz inni… Naszą naczelną misją jest szerzenie wolności słowa i wartości chrześcijańskich zgodnych z przesłaniem św. Jana Pawła II. Jakie mamy dalsze cele? Jest nimi na pewno zwiększenie poczytności, docieranie do nowych czytelników, poprawa promocji w social mediach. Zależy nam bardzo, aby portal był dynamiczny, by można było publikować większą ilość informacji newsowych, ale także aby i pozostałe działy były zagospodarowane. Portal utrzymywany jest ze składek członków PSP i drobnych darowizn – to wszystko jeśli chodzi o finansowanie.

 

– Naszym dążeniem jest pokazywanie lokalnej rzeczywistości taką jaką ona jest – tej politycznej również. Zamieszczane relacje filmowe są odzwierciedleniem tego co widzi kamera, bez retuszu, bez cięć, 1 : 1. Mam nadzieję, że swą pracą wypełnimy pewną część lokalnej przestrzeni medialnej, która nie była i nie jest tak bardzo eksponowana przez inne lokalne pruszkowskie media. Portal „Podwarszawskie Życie Pruszkowa” powstał także dla potrzeb innych pruszkowskich organizacji NGO, promowania i przybliżania ich działalności mieszkańcom Pruszkowa. Na naszym portalu nie umieszczamy reklam. Być może jest to z punktu widzenia finansowego utrzymania portalu działaniem niesłusznym, nieroztropnym, ale jak na dziś nie będziemy tego zmieniać. Jeśli rozwój portalu będzie znaczny, wprowadzimy pewne korekty w jego działaniu. Może to naiwne, ale liczymy na ofiarność czytelników – podkreślił red. Edward Radziejewski.

 

Czy mamy lokalną konkurencję? Lepiej będzie zapytać, dla kogo my stanowimy konkurencję. Na lokalnym rynku medialnym funkcjonują jeszcze poza nami „Głos Pruszkowa” z wydaniem Papierowym i w internecie jako GPR24.pl,Gazeta WPR z portalem WPR24.pl i portal PruszkówMówi.pl oraz lokalna telewizja kablowa Tel-Kab.

 

Wiemy, ze warto kontynuować naszą misję i wierzymy, że znajdziemy nowych współpracowników w szczególności młodych!

 

Rafał Węglewski

Strona główna

https://pruszkowskiesp.pl/

Trzeba nauczyć się czytać znaki – przypominamy tekst DAGMARY DRZAZGI, wybitnej autorki filmów dokumentalnych

Jak to się dzieje, że realizuję właśnie taki, a nie inny film dokumentalny? Że w którymś momencie następuje owo „sekretne porozumienie” z Nieznanym, decyzja zostaje podjęta i wyruszam w długą podróż? Od prawie dwudziestu lat kręcę filmy i dla mnie samej wybór tematu jest jedną z największych zagadek. Coś na skraju realności i metafizyki, co trudno wyjaśnić i nad czym – przyznaję – chyba nie do końca panuję.

 

Na potrzeby tej publikacji, sięgając też do własnych notatek, wracam do przeżyć sprzed ponad trzech lat. Nie jest to, oczywiście, łatwe. Natychmiast włącza się mechanizm autocenzury. Można pisać o filmie na sto sposobów, analizować warsztat, pokazywać zastosowane środki narracyjne oraz techniczne – czyli wziąć przysłowiowe „szkiełko” i dokładnie przyjrzeć się całości. I to jest bardzo dobre. Ja jednak pójdę tu inną ścieżką. Dla mnie kino jest nie tylko profesją czy pasją. Jest czymś więcej. To proces intymny. Jeśli zatem obiecałam szczerze opowiedzieć o początkach pracy nad Martwym sezonem, słowo się rzekło. Mam wrażenie, że wchodzę na drogę prowadzącą do mniej oświetlonych części głębokiego wąwozu.

 

Pierwszy raz pomyślałam o tym, żeby zrobić film o Rafale Wojaczku kilka lat temu. Byłam wtedy uczestnikiem festiwalu telewizji regionalnych w Koszycach na Słowacji. Tam poznałam Żmiciera Wajciuszkiewicza, białoruskiego barda, który śpiewał poezję Rafała. Powiedzieć „śpiewał”, to powiedzieć niewiele! Żmicier jest wspaniałym artystą, jego interpretacje nie mają równych sobie. Pamiętam tamto wzruszenie, kiedy słuchałam Wojaczka w jego wykonaniu! Zaprzyjaźniliśmy się ze Żmicierem, a on przyznał, że nauczył się języka polskiego ze względu na autora Innej bajki! Jednak myśl o zrealizowaniu dokumentu o Poecie tak jak nagle przyszła, tak i odeszła. I choć czasem powracała, szybko karcona była przez własne, osobiste „nie”! Dlaczego? Po pierwsze: o Wojaczku napisano już tak wiele książek, rozpraw, artykułów i analiz naukowych. Po drugie, powstały o nim filmy dokumentalne, reportaże, programy poetyckie, a także hipnotyzująca fabuła Lecha Majewskiego. Po trzecie i najważniejsze – jak tu się mierzyć z legendą i po co? Każdy z miłośników Rafała ma „swojego” Wojaczka, zatem co ja mogę jeszcze nowego dopowiedzieć? Nie ma sensu pakować się w projekt, który już na samym początku wydaje się być skazany na porażkę. Tak właśnie wówczas myślałam. Czasem jednak – zupełnie znienacka – dopisywałam kolejne sceny nieistniejącego filmu. Pojawiały się obrazy, wracałam do wierszy. Wątpliwości nie zmniejszały się ani na jotę. Mijały kolejne miesiące. Film we mnie rósł. I nagle poczułam, że dosyć tego! Nie można tak w nieskończoność! Potrzebny jest jakiś przełom. Moment, w którym wszystko się rozstrzygnie. Robię ten film, albo nie robię. I już! A jeśli nie robię, najwyższy czas to wszystko z siebie wyrzucić i zająć myśli czymś innym. Koniec. Kropka.

 

To był jeden z tych depresyjnych dni. Jesień albo wiosna, nie pamiętam. Na pewno szara, dżdżysta i zimna. Kilka godzin wcześniej przyjechałam do Biblioteki Śląskiej w Katowicach, a wizyta ta nosiła w mojej głowie znamiona czegoś prawie ostatecznego. Scenariusz był właściwie gotowy, nie szukałam więc biograficznych tropów. Chciałam, po prostu, wziąć do ręki „tamte” egzemplarze – Poezję z 1965 roku, w której debiutował, a potem majową Odrę z 1971 z jego ostatnimi wierszami. Na pewno ją czytał, bo kiedy umierał była już w kioskach. Wszystko to dobrze wiedziałam, ale musiałam dotknąć „autentyku”. Zauważyłam, że w jakiś dziwny sposób mam ten zmysł wyczulony. Gdziekolwiek jestem, przesuwam palcami po kamieniach, przedmiotach, drzewach. Widocznie jest mi to potrzebne; jakiś kontakt zmysłowy, pozawerbalny, instynktowny….

 

A zatem – pożółkły papier, podniszczone okładki, zagięte rogi stron. Szelest. Zapach druku przefiltrowany przez czas. Tylko tyle, albo aż tyle. Nic jednak się nie wyjaśniło. Widocznie „seans spirytystyczny” się nie powiódł. Duch nie zechciał się zmaterializować. Kompletna porażka. Niby czego się spodziewałam?

 

Znowu stałam na przystanku autobusowym. Zaczynały się popołudniowe godziny szczytu, tłum gęstniał, a ja chciałam już tylko wrócić do domu. Rafał, czy chcesz, żebym to ja zrobiła ten film?

 

Pytanie, śmieszne i może nie aż tak dosłownie, powracało przecież od jakiegoś czasu. Komu, tak naprawdę, je zadawałam? Na pewno było świadectwem mojego lęku. Jakkolwiek nie będę drążyć i dociekać „istoty rzeczy”, zawsze będzie to portret Rafała niepełny. Zbyt długo pracuję w dokumencie, żeby tego nie wiedzieć.

 

– No więc, chcesz? – powtórzyłam szurając czubkiem buta po mokrym asfalcie. – Jeśli tak, to daj mi jakiś znak!

 

A potem roześmiałam się z sama z siebie i swojej zuchwałości!

 

Autobus wreszcie podjechał. Był tak pełny, że ledwo weszłam do środka. Drzwi się zamknęły, ruszyliśmy. Stojący obok mężczyzna wydychał resztki przetrawionej wódki. Zrobiło mi się słabo i zaczęło mnie mdlić, pomyślałam, że zaraz zemdleję. Oby tylko dojechać do następnego przystanku! I nagle stało się coś, w co trudno mi do dzisiaj uwierzyć. Młody chłopak, chyba student, wyjął z kieszeni smartfona i zaczął swojej dziewczynie czytać na głos wiersze! Jechaliśmy, a on nie przestawał. Czasem tylko mówił: „Kochanie, posłuchaj, to takie piękne!” i czytał dalej. Od razu wyjaśnię: nie – nie był to Wojaczek, na moje ucho – Baczyński. Jakie to jednak mogło mieć znaczenie? W jednej sekundzie zostałam wyrwana z gorącego, cuchnącego wnętrza na inną orbitę.  Nie było już autobusu, ludzi, kwaśnego zapachu alkoholu. Istniała najczystsza, najprawdziwsza Poezja. Dlatego, kiedy wysiadałam, pomyślałam tylko: Rafał, dziękuję!

 

I już wiedziałam, że muszę zrobić ten film.

 

To wszystko mogłoby być literacką fikcją, albo sceną z filmu. Nie jest ani jednym, ani drugim. Życie napisało taki scenariusz. Kto wie, może gdybym wsiadła do innego autobusu, nigdy nie zrobiłabym filmu o Rafale?

 

Mówię o tym, żeby podkreślić, jak niewiele – przy całej wiedzy, doświadczeniu i umiejętnościach – znaczymy wobec rzeczywistości, która jest najlepszym reżyserem. Nasza rola polega na tym, aby się na nią otworzyć, zacząć „rezonować”. Trzeba nauczyć się czytać znaki, które są nam dane. One są jak ptaki. Jeśli ich nie zauważymy, za chwilę odfruną.

 

Praca nad Martwym sezonem trwała trzy lata. To był wspaniały czas spotkań z ludźmi, którzy  Rafała Wojaczka znali, przemierzania dróg, którymi się kiedyś poruszał i odkrywania na nowo jego wierszy. To była epoka wielkich emocji i świadomość ciągłego dotykania tajemnicy. Jeśli choć trochę z tego, czego doświadczyłam udało mi się przekuć w filmowe kadry, mogę czuć się zwyczajnie szczęśliwa.

 

Dagmara Drzazga

Ostatni (taki) numer? – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o ciekawej transakcji na polskim rynku prasowym

Kupno „Twojego Weekendu” z zamiarem likwidacji pisma to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń na polskim rynku prasy mijającego roku. Wbrew pozorom trudno jednak o jego jednoznaczną ocenę, która oscyluje od międzynarodowych zachwytów po oskarżenie o hipokryzję i przemoc ekonomiczną. Zastanówmy się nad tym, co się właściwie wydarzyło?

 

Kupno z zamiarem likwidacji

 

Taka postawa przypomina siermiężne początki polskiej gospodarki rynkowej i pozbywania się potencjalnej konkurencji. Samo wejście na tę ścieżkę przez podmioty prorynkowe musi budzić zastanowienie. Na początku przypomnijmy fakty. Według portalu WirtualneMedia[1] w grudniu 2018 roku spółka Fire Wall wystawiła magazyn „Twój Weekend” (nazwa, domena internetowa, mutacje pisma) na sprzedaż w serwisie aukcyjnym Allegro. Pismo miało wówczas nakład na poziomie 23.000 egzemplarzy i sprzedaż przekraczającą 15.000. Według cytowanego portalu wysokość licytacji przekroczyła 50.000 zł, gdy oferta zniknęła, a prowadzący do niej link informował: „Sprzedaż zakończona. Nie było ofert kupna”[2]. A jednak „Twój Weekend”, czyli magazyn erotyczny wydawany od 1992 roku, został kupiony. Prawa trafiły do Pride and Glory Interactive, należącej do grupy reklamowej VMLY&R. Jeśli sięgniemy po takie lektury jak: „Monopol, pluralizm, koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989–2006” lub „Raport o śmierci polskich gazet” prof. Tomasza Mielczarka, okaże się, że rodzimy rynek nie takie historie oglądał, ta jednak jest inna, bo uznana i nagradzana.

 

Szczytne deklaracje

 

W artykule podpisanym: „Gazeta.PL i partnerzy”, poinformowano czytelników o kulisach kupienia pisma i złożono przy tym kilka deklaracji. Czytamy w nim m.in.: Gdy inni pisali teksty i śmieszkowali (na temat wystawienia „Twojego Weekendu” na sprzedaż – przyp. Autora), kilka osób z agencji VMLY&R, portalu Gazeta.pl i studia produkcyjnego Papaya Films nie próżnowało. Po paru telefonach dołączyli do nich przedstawiciele i przedstawicielki fundacji Sukces pisany Szminką, agencji Wavemaker, banku BGŻ BNP Paribas i firmy Mastercard. Decyzja zapadła – kupujemy. Po to, żeby zamknąć! Bo to dobra okazja, żeby pokazać, że nikt więcej nie powinien czerpać wiedzy o kobietach, partnerstwie, seksie i relacjach tylko z takich magazynów.[3]

 

W tym miejscu warto zauważyć, że nikt nikomu i nigdy nie kazał czerpać wiedzy na temat kobiet, czy partnerstwa, „tylko z takich magazynów”. Bez wątpienia można więc rozważać to zagadnienie w kategoriach wolności prasy, wolności słowa i prawa do swobody wypowiedzi, ale idźmy dalej.

 

W artykule zapowiedziano słynny ostatni numer „Twojego Weekendu” z hasłem „48 stron bez seksizmu”. W przywołanym tekście dodano, że to jednak nie wszystko. Autorzy zadeklarowali: będziemy kontynuować dyskusję i publikować teksty, które chcielibyśmy, żeby czytali nasi mężczyźni, inspirowały kobiety. Wszystko to miało się dziać na specjalnym portalu: twojweekend.gazeta.pl.

 

Hipokryzja?

 

W dyskusjach na temat kupna z zamiarem likwidacji i złożonej deklaracji dotyczącej wyjątkowego ostatniego numeru pisma oraz portalu inicjującego dyskusję na temat nieprzedmiotowego postrzegania kobiet, czy partnerstwa, od początku pojawiły się głosy o hipokryzji. Zdanie takie wyraził na przykład Jakub Kralka na Spider’s Web, zarzucając przy okazji pomysłodawcom akcji przemoc ekonomiczną.

 

Zacytujmy fragment: przypływ medialnej hipokryzji trudno jednak usprawiedliwiać w przypadku Agory, która walczy z uprzedmiotowieniem kobiet robiąc kilkanaście slajdów w quizie „Komu wypadła pierś”, każe nam rozpoznać biust Ilony Felicjańskiej spod jeansowej kurtki, a nawet potrafi się zachwycić całkowicie zakrytym i obudowanym bluzką biustem dziewczyny Tomasza Kammela. Agora wyjaśni nam, „które piersi nie mieszczą się w bluzce” i zrobi zestawienie „piersi polskiego showbiznesu”.[4]

 

Rodzi się pytanie, dlaczego wobec tego kupiono „Twój Weekend”, a nie serwis Plotek? Przecież łatwiej uprawia się krytykę bałaganu u sąsiada z perspektywy własnego zadbanego ogródka? Cóż, może po prostu Plotek był za drogi, no i oczywiście nie był wystawiony na sprzedaż.

 

Opinia medioznawcy

 

Sprawa nie wygląda jednoznacznie, wydaje się więc, że najlepiej wystąpić o ocenę do świata nauki. Piszący te słowa zwrócił się więc z pytaniem do szanownego prasoznawcy. Na kontakt trzeba było poczekać, gdyż uczony przebywał za granicą. Po powrocie Pan Profesor odpisał, że sprawy nie zna, więc jej nie skomentuje. Po wyrażonym zdumieniu (kontakt miał miejsce już po pierwszych nagrodach przyznanych akcji „Ostatni numer”) i przesłaniu linków nadeszła odpowiedź numer dwa: „sprawę znam, ale nie chcę jej komentować”.

 

Cóż, najwidoczniej na świat uczonych będzie można liczyć w tej sprawie dopiero, kiedy wszyscy uczestnicy wydarzeń wymrą, niestety wraz z profesorem i piszącym te słowa. Zostawieni przez naukę sami sobie, spójrzmy na nagrody.

 

Słowo o nagrodach

 

W czerwcu agencja VMLY&R Poland na słynnym festiwalu Cannes Lions zdobyła za akcję „Ostatni Numer” Grand Prix w kategorii Glass: The Lion for Change oraz nagrodę Tytanowego Lwa. Jaka jest waga tych wyróżnień? Gigantyczna! Dość powiedzieć, że dotąd żaden reprezentant polskiej reklamy nie otrzymał tak prestiżowego i cieszącego się powszechnym uznaniem wyróżnienia[5]. Kategoria Glass odnosi się projektów poruszających kwestie uprzedzeń lub nierówności płci. Druga z kategorii dotyczy najlepszych przedsięwzięć marketingowych mijającego roku. Sukces akcji na rynku reklamy jest niekwestionowany, niepodlegający dyskusji i godzien gratulacji we wszelkiej możliwej formie.

 

Akcja „Ostatni Numer” otrzymała też pierwszą nagrodę w międzynarodowym konkursie Print Innovation Awards. Te laury przyznaje stowarzyszenie World Association of Newspapers and News Publishers, a dokładnie społeczność drukarska związana z WAN-IFRA, doceniająca najlepsze i najbardziej innowacyjne rozwiązania w prasie drukowanej. W tym wypadku złoty medal przyznany został w kategorii: redesigneds products, czyli odświeżenie produktu.

 

Ze świata reklamy warto jeszcze podkreślić dwa brązowe medale London International Awards, w kategoriach: Native Advertising, Business-to-Consumer, czyli reklamy natywnej i komunikacji marketingowej B2C[6].

 

Akcja zdobyła więc uznanie w świecie reklamy i druku. A co z nagrodami dziennikarskimi? Projekt zrealizowany przez VMLY&R Poland, Wavemaker, Papaya Films i Facebook dla Gazeta.pl i partnerów – Mastercard, BNP Paribas Bank Polska i Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką, otrzymał złoto w kategorii Public Interest – Gender Equality w konkursie Epica Awards. Nagrodę tę przyznają dziennikarze zajmujący się… tematyką reklamy i marketingu[7].

 

Owoce

 

Ostatni numeru „Twojego Weekendu” miał nakład 20.000 egzemplarzy. Dziś jest nie do kupienia ani w wersji papierowej[8], ani nawet w elektronicznej[9]. Na portalu TwojWeekend.Gazeta.PL nie ukazał się żaden tekst po marcu 2019 roku. Nie ma ani zapowiedzianej dyskusji, ani wysypu inspirujących dla obu płci tekstów. Wita nas reklama, że ostatni numer jest już w kioskach z linkami prowadzącymi dziś donikąd. Wszystkich artykułów jest tylko osiemnaście, a zamieszczono je między 7 a 15 marca 2019 roku[10].

 

Z czym mieliśmy do czynienia?

 

To pytanie będzie powracało. Z jednej strony mamy wyjątkową kampanię marketingową, która odniosła niespotykany dotychczas międzynarodowy sukces, z czego powinniśmy się cieszyć, a realizatorom należą się najszczersze gratulacje. Z drugiej strony kupiono tytuł prasowy z zamiarem jego likwidacji. To może rodzić obawy, ponieważ ten akt został przyjęty z akceptacją i bez wystarczającej refleksji o dyskusji nie wspominając. Cisza może pociągnąć za sobą kolejne takie ruchy. Szczytny powód i uzasadnienie zawsze się znajdą. Smuci niewypełnienie obietnicy, czyli szybkie zaniechanie tak dystrybucji, jak i ucięcie dyskusji tuż po jej zainicjowaniu. Należy się w związku z tym spodziewać i rychłej likwidacji niepotrzebnej witryny.

 

Zamiast zakończenia

 

Z polski znika „Playboy” – bez ideologii, po prostu: business is business[11]. Na Gazeta.PL (w części: Plotek) można dziś przeczytać lead: „Aneta Zając pozuje w seksownej mini. Trudno uwierzyć, że urodziła bliźnięta! Co za nogi!”. W życiu tyle osób nie odmówiło mi komentarza, co przy powstawaniu niniejszego tekstu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/vmly-r-i-gazeta-pl-ostatni-numer-koniec-magazynu-twojego-weekendu-sprzeciw-wobec-seksizmu – dostęp: 06.12.2019 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/twoj-weekend-magazyn-sprzedaz-na-allegro-przez-fire-wall-kto-nowym-wydawca – dostęp 06.12.2019 r.

[3] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend_kobieta/7,168433,24517128,ostatni-twoj-weekend-kupilismy-kultowy-magazyn-po-to-zeby.html – dostęp: 06.12.2019 r.

[4] https://www.spidersweb.pl/2019/03/gazeta-wyborcza-kupila-twoj-weekend-zeby-go-zamknac.html – dostęp 06.12.2019 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ostatni-twoj-weekend-z-grand-prix-i-tytanowym-lwem-na-cannes-lions – dostęp 06.12.2019 r.

[6] https://www.press.pl/tresc/59219,projekt-_ostatni-twoj-weekend—-nagrodzony-na-festiwalu-w-londynie – dostęp 06.12.2019 r.

[7] http://biuroprasowe.vmlyrpoland.com/79330-ostatni-twoj-weekend-ze-zlotem-w-konkursie-epica-awards – dostęp 06.12.2019 r.

[8] https://kulturalnysklep.pl/numer-specjalny/twoj-weekend-2-2019-twoj?utm_source=gaze – dostęp 06.12.2019 r.

[9] http://www.publio.pl/twoj-weekend,p188579.html?utm_source=jwlink&utm_medium=AutopromoINT&utm_campaign=a_Publio_070319&utm_term=twoj_weekend&utm_content=link_tekst – dostęp 06.12.2019 r.

[10] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend/0,0.html – dostęp 06.12.2019 r.

[11] https://antyweb.pl/koniec-playboy-ckm-joy/# – dostęp 06.12.2019 r.

Nie karać dziennikarzy za podanie nieprawdy – ŁUKASZ WARZECHA wsadza kij w mrowisko

Wiceminister Bertold Kittel i Anna Marszałek dochowali należytej staranności, tworząc swój materiał „Kasjer z MON” w 2001 r. i w związku z tym nie muszą przepraszać za zawarte w tekście stwierdzenie, że Romuald Szeremietiew, na początku ubiegłej dekady wiceminister obrony, nie potrafił wytłumaczyć się ze swojego majątku.

 

Dokładny opis sprawy znajdą państw na portalu Wirtualne Media. Z kolei sam Szeremietiew jest z wyroku – co zrozumiałe – niezadowolony i wskazuje na jego rzekomą niespójność z oczyszczającym wyrokiem karnym w swojej sprawie. Były wiceminister obrony podchodzi do sprawy – i do osoby Bertolda Kittela – bardzo emocjonalnie i trudno mu się dziwić. Twierdzi też, że w tej kwestii Kittela bronię. Otóż nie – nie bronię i w ogóle nie chcę się do konkretnej sprawy odnosić. Nie będę oceniał, czy sąd (w drugiej już instancji) słusznie ocenił, że dziennikarze dochowali należytej staranności. Obie strony mają argumenty na obronę swojego stanowiska.

 

Trzeba natomiast koniecznie rozprawić się z bardzo groźnym przekonaniem, że sąd powinien oceniać w tego typu sytuacji dziennikarza za to, czy napisał prawdę, a nie za to, czy dochował należytej staranności (przy czym „należyta staranność” jest pojęciem szeroko obecnym w doktrynie, sędziowie mają do dyspozycji obszerne orzecznictwo). Powszechna reakcja w czasie internetowych dyskusji jest łatwa do przewidzenia: „Jak to?! To dziennikarz nakłamał i ma za to nie odpowiadać? Czyli będzie mógł kłamać do woli, byle był »rzetelny«?” – piszą oburzeni internauci, a ja mam nieodparte wrażenie, że piszą to głównie dlatego, że po jednej stronie konkretnego przypadku jest „dobrySzeremietiew, a po drugiej – „złyKittel. Gdyby konfiguracja była inna – na przykład po jednej stronie byłby „dobry” dziennikarz mediów prawicy, a po drugiej – „zły” polityk opozycji, nie byliby tak skorzy do żądania, aby karać dziennikarza za pisanie nieprawdy. Ale to oczywiście tylko moja spekulacja.

 

Nie będę się zagłębiał w kwestie prawne, ale dla porządku trzeba wskazać, że zasadę należytej staranności w przypadku dziennikarza reguluje przede wszystkim prawo prasowe w art. 12., pkt 1., zgodnie z którym dziennikarz ma obowiązek „zachować szczególna staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”. W sprawach z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych (lub ewentualnie karnych) wchodzi zatem w grę wykazanie, że dziennikarz złamał prawo prasowe, nie dochowując „szczególnej staranności i rzetelności”.

 

Można zrozumieć instynktowne oczekiwanie publiczności, że dziennikarz będzie karany po prostu za napisanie nieprawdy. Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zróbmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie następującą sytuację.

 

Oto dociekliwy dziennikarz dociera do informacji, że prominentny polityk obecnej opozycji był przez lata tajnym współpracownikiem SB i wyrządził wiele szkód różnym ludziom. Dziennikarz informacje sprawdza, odnajduje dokumenty, które pośrednio potwierdzają taką tezę, rozmawia z ludźmi, dociera nawet do domniemanego oficera prowadzącego, który potwierdza informacje. Polityk, zapytany o sprawę, oczywiście zaprzecza, ale większość TW zaprzecza lub minimalizuje swoje znaczenie w takich sytuacjach. Ukazuje się tekst, przedstawiający tę osobę jako TW. Oczywiście zawierający też jej zaprzeczenia i krótko omawiający możliwe wątpliwości.

 

Rok później wychodzą na jaw dokumenty, dowodzące bez najmniejszej wątpliwości, że sprawa była sfingowana, a polityk w żadnym wypadku z SB nie współpracował. Dziennikarz w momencie pisania tekstu ich nie znał i nie miał możliwości do nich dotrzeć, choćby dlatego, że były to dokumenty w jednym egzemplarzu w prywatnej „kolekcji” byłego peerelowskiego kacyka (mieliśmy już taką sytuację). Polityk wytacza dziennikarzowi proces. Gdyby sąd miał się zająć tylko tym – jak postulują wzburzeni sytuacją z SzeremietiewemKittelem – czy tekst zawiera prawdę, musiałby dziennikarza skazać – bo przecież obiektywnie napisał nieprawdę. Czy to byłoby w porządku? Oczywiście – nie. Dziennikarz dołożył bowiem wszelkich starań, żeby fakty zweryfikować. Uznał też, że publikując materiały, działa w ważnym interesie społecznym, a przewaga informacji potwierdzających tezę, że polityk był TW, nad wątpliwościami jest ogromna.

 

Czy w podanym przykładzie dziennikarz „kłamał”? W krążących po sieci wypowiedziach przewija się bowiem nieustannie słowo „kłamstwo” i pytanie, czy dziennikarze mogą w takim razie do woli „kłamać”. We wspomnianym wcześniej, bardzo emocjonalnym tekście sam Szeremietiew pisze: „Wynikałoby z tego, że dziennikarz może łgać, byle robił to »starannie« i »rzetelnie«”. Zakładam, że emocje, związane z jego własną sprawą, nie pozwalają byłemu wiceministrowi obrony spojrzeć na problem z dystansu i zrozumieć, w czym rzecz.

 

Przepisy prawa nie posługują się pojęciem „kłamstwa”, ale jego znaczenie jest jasne: kłamstwo ma miejsce wtedy, gdy podaje się nieprawdę ze świadomością, że jest to nieprawda. Nie ma czegoś takiego jak nieświadome kłamstwo. Pojęcia nieprawdy i kłamstwa nie są tożsame. Każde kłamstwo zawiera nieprawdę, ale nie każda nieprawda jest kłamstwem. I to jest istota sprawy.

 

Gdyby do informacji dziennikarskich podchodzić tak, jak domaga się część publiczności, oznaczałoby to potężny efekt mrożący – jeszcze mocniejszy niż w przypadku art. 212 kodeksu karnego – oraz poważne zagrożenie dla wolności słowa. Dziennikarz bowiem – zwłaszcza w przypadku pracy nad trudnym tematem – nigdy nie może mieć stuprocentowej pewności, nawet dokonawszy wielu sprawdzeń posiadanych informacji, że są one zgodne z prawdą. A przecież nie może sprawdzać w nieskończoność, bo wtedy nigdy nie opublikowałby materiału. Tymczasem za jego upowszechnieniem stoi często ważny interes społeczny. Co więcej, w przypadku spraw, gdzie ważne są dokumenty z przeszłości, nigdy nie mamy pewności, że stan wiedzy na dany moment jest ostateczny. Ale też nawet najrzetelniejszy dziennikarz nie może zawsze przewidzieć, że pojawi się coś, co może jego dotychczasowe ustalenia wywrócić do góry nogami. Dlatego gdyby dziennikarz miał być karany po prostu za podanie nieprawdy, a nie za dochowanie należytej staranności w znajdowaniu i sprawdzaniu informacji, za dziennikarskie śledztwa i trudne tematy zabieraliby się jedynie najwięksi dziennikarscy kamikadze.

 

Co więcej, powstałby instrument do „odstrzelenia” niewygodnych dziennikarzy. Sprawiającemu problemy dziennikarzowi należałoby podsunąć wciągający i wyglądający prawdopodobnie trop, zadbać, żeby trafiły do niego odpowiednio spreparowane dokumenty i żeby znaleźli się potwierdzający swoje wersje pozornie niezależni informatorzy. Po opublikowaniu powstałego w ten sposób materiału wystarczyłoby ujawnić prawdę i dziennikarza pozwać lub oskarżyć z art. 212. Tego typu operacje najłatwiej byłoby oczywiście przeprowadzić rządzącym.

 

Trzeba też rozumieć, że dziennikarz nie dysponuje takimi instrumentami dochodzenia do prawdy materialnej, jakie ma potem badający ewentualnie sprawę sąd, który – w przypadku procesu karnego – może mieć do dyspozycji materiały dostarczone przez prokuraturę, a w przypadku każdego procesu – rzeczoznawców, świadków, których stawiennictwo jest obowiązkowe, oraz zeznania składane pod przysięgą. Może zatem być tak, że dopiero przed sądem wyjdzie na jaw prawda, której dziennikarz nie miał szans odkryć swoimi środkami nawet przy włożeniu w to maksymalnego wysiłku.

 

Wszystko to nie oznacza, że podać można wszystko, a „należyta staranność” to formalność. Przy skomplikowanych sprawach należyta staranność powinna oznaczać dokumenty, krzyżowe weryfikowanie informacji, wypowiedzi świadków oraz oczywiście przedstawienie wersji zainteresowanego, jeśli chce ją przedstawić. Rzecz jasna – mówimy o teorii, natomiast sprawą sądu, orzekającego w danej sprawie jest, jak potraktuje sytuację i czy działania dziennikarza uzna za wystarczające.

 

Jedno powinno być jasne: media mają do wypełnienia rolę kontrolną. Dziennikarzy z tego właśnie powodu nie można karać za podanie nieprawdy, o ile uczynili wszystko, co w rozsądnych granicach było możliwe, aby do prawdy zbliżyć się jak najbardziej.

 

Łukasz Warzecha

Protest CMWP SDP przeciwko atakom prezydenta Sopotu na red. Jakuba Świderskiego z TVP3 Gdańsk

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego przykładem jest zachowanie prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego wobec reportera i współpracownika TVP3 Gdańsk S.A. red. Jakuba Świderskiego, jakie miało miejsce w czasie spotkania z mieszkańcami Gdańska i Sopotu 3. grudnia b.r.  Spotkanie dotyczyło planów zagospodarowania przestrzennego terenów wokół Ergo Areny, hali widowiskowo-sportowej położonej na granicy obu miast. Prezydent Sopotu odmówił udzielenia odpowiedzi dziennikarzowi na zadanie pytanie, a w kolejnej wypowiedzi powiązał go ze śmiercią prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Red. Jakub Świderski nagrywał wystąpienia przemawiających osób telefonem komórkowym. Gdy pozwolono mieszkańcom zadawać pytania, red. Świderski zabrał głos, dopytując się o tereny zielone, na których miałaby powstać zabudowa mieszkaniowa. Prezydent nie udzielił odpowiedzi i usiłował odebrać mu mikrofon, co widać na opublikowanym w mediach społecznościowych i na portalu Radia Gdańsk filmie. Red. Jakub Świderski od 3 lat realizuje na antenie TVP 3 Gdańsk programy w ramach cyklu “W imieniu Sopocian”. Prezydent Jacek Karnowski nie udziela dziennikarzowi wywiadów, zabronił także wypowiadać się w jego programie swoim podwładnym i niektórym radnym. Wielokrotnie w sytuacjach publicznych używał wobec dziennikarza słów uważanych powszechnie za obraźliwe.

 

CMWP SDP przypomina, że w celu uzyskania informacji dziennikarz ma prawo zadawać przedstawicielowi władzy publicznej pytania w sposób, jaki uznaje za skuteczny, szczególnie w sytuacji, w której polityk unika odpowiedzi na pytania ważne z punktu widzenia interesu społecznego. Słowne i fizyczne ataki na dziennikarzy są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa 6 grudnia 2019 r.

 

Film ze zdarzenia: https://www.youtube.com/watch?time_continue=153&v=-dieDVrnPKY&feature=emb_title

 

Dodatkowe informacje  na ten temat : https://radiogdansk.pl/wiadomosci/item/103204-skandaliczne-zachowanie-prezydenta-sopotu-ublizyl-i-chcial-odebrac-mikrofon-dziennikarzowi-ktory-zadal-mu-pytanie-film?fbclid=IwAR2MqdKmKCA_Xq_DCaofIMT2i7ARLGpu91YrX6hFM_-3-B8EpGcs6DfO3Mk

Coraz mniej dobrego dziennikarstwa – rozmowa z ANDREW NAGORSKIM, wieloletnim korespondentem „Newsweeka”

Media wpadły w pułapkę wspierania jednej lub drugiej strony politycznego sporu. Dziennikarzom zaś trudno się „odkleić” od komputera i zobaczyć coś na własne oczy – mówi Andrew Nagorski, dziennikarz i pisarz w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Za jaki tekst dla amerykańskiego „Newsweeka” wyrzucono pana ze Związku Radzieckiego?

 

Nie chodziło tylko o jeden tekst. Władzom Związku Radzieckiego nie spodobało się kilka moich artykułów, które opublikowałem w amerykańskim „Newsweeku”, będąc korespondentem zagranicznym tego tygodnika w Moskwie. Krytykowana była również okładka „Newsweeka” z tytułem „Ostatnie dni Breżniewa”. Słowa z okładki były przesadzone. Kiedy czytelnik kupił „Newsweek” z tym tekstem na okładce, mógł mieć wrażenie, że za tydzień Breżniew już nie będzie żył. A przeżył jeszcze pół roku.

 

Cofnijmy się trochę. Kiedy pan przyjechał do Sowietów?

 

Pojawiłem się w Moskwie w 1981 r.  Związek Radziecki był w tamtym czasie fascynującym miejscem do pracy. Zdawałem sobie sprawę, że są tam naciski na korespondentów zagranicznych. Niektórzy dziennikarze zagraniczni sami decydowali nie puszczać części materiałów, żeby nie drażnić władz. Nie chciałem grać w tę grę, nie godziłem się na autocenzurę. Chciałem rzetelnie wykonywać pracę reporterską, pracować tak, jakbym był korespondentem w każdym innym miejscu świecie. Nie chciałem zatrzymywać informacji dla siebie, nawet gdybym wiedział, że przywódcy na Kremlu będą niezadowoleni z moich artykułów. Jeden z moich pierwszych tekstów przygotowywałem latem 1981 r. na Litwie. Chciałem sprawdzić, jaki jest oddźwięk ruchu „Solidarności” na Litwie.

 

Wśród Polaków czy wśród Litwinów?

 

Bardziej wśród Litwinów. Chciałem sprawdzić co myślą o „Solidarności”. Litwini mieli dużo informacji z Polski, wielu z nich oglądało polską telewizję i słuchało polskiego radia. Spotkałem kilka kobiet, których mężowie byli w GUŁAGu. Kiedy reportaż o Litwie ukazał w „Newsweeku”, dałem go do przeczytania rosyjskiemu pisarzowi, który tworzył teksty do szuflady. Po lekturze powiedział: jak będziesz pisał takie artykuły, to po roku wyrzucą cię ze  Związku Radzieckiego.

 

Przepowiednia się spełniła?

 

Musiałem wyjechać po czternastu miesiącach. W 1982 r.

 

Może pan podać nazwisko tego pisarza?

 

Teraz już tak. Wiktor Jerofiejew. Dalej mamy ze sobą kontakt.

 

Które republiki Związku Radzieckiego odwiedził pan poza Litwą?

 

Byłem m. in. w Tadżykistanie, gdzie rozmawiałem z młodymi muzułmanami o wojnie w Afganistanie.

 

Sowieckie służby śledziły korespondentów zagranicznych? Obserwowały z kim się spotykają, gdzie bywają, jakie tematy poruszają. KGB dawało panu odczuć swoją obecność?

 

Na początku nie, ale czasem obserwacja KGB stawała się bardziej widoczna. Zawsze obserwowali zachodnich dziennikarzy, ale nie zawsze pokazywali się. Nie podobały im się też moje częste wyjazdy poza Moskwę.

 

Dawali odczuć swoją niechęć?

 

Robili różne prowokacje. Przecięli mi oponę w aucie. Wydarzyło się to, kiedy pojechałem w okolice Moskwy, porozmawiać z Niemcem pochodzącym z jednej z bałtyckich republik, który pod koniec II wojny światowej jako bardzo młody człowiek uciekł z rodziną do Niemiec. Dał się jednak przekonać Sowietom do powrotu i trafił do obozu. W końcu go wypuszczono, ale musiał zostać w Związku Radzieckim. Często KGB wypytywało o mnie ludzi, z którymi rozmawiałem przygotowując reportaże i wywiady.

 

Miał pan jako korespondent „Newsweeka” automatyczne pozwolenie na podróżowanie po całych Sowietach, czy przy każdym wyjeździe z Moskwy musiał pan starać się o przepustkę?

 

Było to regulowane przez umowy helsińskie z 1975 r. O wyjeździe do miejsca oddalonego ponad czterdzieści kilometrów od Moskwy trzeba było informować dział prasowy ministerstwa spraw zagranicznych Związku Radzieckiego. W informacji należało przedstawić dokładne miejsce wyjazdu. Były zamknięte części kraju, do których dziennikarze nie mieli wstępu. Ale większość terytorium Związku Radzieckiego była niechętnie otwarta dla korespondentów zagranicznych. Jeżeli w ciągu czterdziestuośmiu godzin MSZ nie wydał decyzji odmownej, można było jechać. Zmuszało to władze radzieckie do mówienia nie. A oni woleli nie zgodzić się, niż powiedzieć nie. Jeżeli powiedzieli nie korespondentowi „Newsweeka”, w ramach reperkusji władze amerykańskie nie wydawały pozwolenia korespondentowi radzieckiej „Izwiestii” w Waszyngtonie na odwiedzenie np. Baltimore. Amerykanie z czasem zaczęli dobrze grać w tę grę. Jeżeli Rosjanom nie podobało się miejsce wyjazdu, robili wszystko, żeby podróż była nieprzyjemna. Obserwacja KGB stawała się wtedy bardzo widoczna i nachalna.

 

Prowadził pan kurs pisania o sprawach międzynarodowych? Czego pan na nim uczył?

 

Pracę z młodymi ludźmi zawsze zaczynam od wyjaśnienia, czym jest reportaż. W internecie jest masa materiałów dziennikarskich. Ale większość z nich to opinie i komentarze, które nie są oddzielone od informacji. Zawsze powtarzam, że dobry dziennikarz powinien rozpoczynać pracę od obserwowania rzeczywistości i ludzi, następnie przechodzić do robienia wywiadów, które polegają na bezpośredniej rozmowie. Podczas wywiadów należy patrzeć rozmówcom w oczy i obserwować ich reakcje. Nie można opierać się na kontakcie przez internet. Kiedy prowadziłem zajęcia w Nowym Jorku, mówiłem moim studentom: traktujcie to miasto, jako obce państwo i znajdujcie w nim tematy i rozmówców do reportaży. Kiedy mówiłem czym jest wywiad, słyszałem od młodych ludzi, że wyślą do rozmówców kilka pytań emailem.

 

Zgadzał się pan na ich propozycję?

 

Nie. Tłumaczyłem, że odpowiedzi, które otrzymają szczególnie od znanych publicznie osób, będą bardzo nudne. Zawsze lepiej spotkać się i porozmawiać. Można wyczuć sytuację, zapytać o rzeczy, o które przez email by się nie zapytało i usłyszeć bardziej spontaniczne wypowiedzi.

 

A jeżeli nie można spotkać się i porozmawiać w cztery oczy, jak wtedy przeprowadzić wywiad?

 

Można porozmawiać przez skype’a. Gdy taka forma kontaktu też nie jest możliwa, zostaje telefon. Email to ostateczność. Podkreślę to po raz kolejny: rozmowy i bezpośrednie obserwacje to podstawowe narzędzia pracy dziennikarskiej.

 

Po zgromadzeniu materiału i wstępnym opracowaniu go, przychodzi czas na pisanie. Jak pisać, żeby ludzie chcieli czytać to, co piszemy i czas poświęcony lekturze nie był dla nich stracony?

 

Pracując w „Newsweeku” nauczyłem się, jak pisać dla ludzi, którzy znają temat i dla tych, którzy niewiele albo nic o nim nie wiedzą. Tekst nie może być zbyt dydaktyczny i zbyt prosty, a jednocześnie musi być przystępny dla czytelników. Można to osiągnąć poprzez indywidualne postacie, sylwetki i wydarzenia umieszczone w reportażu. Narracja musi przyciągnąć czytelnika bez względu na poziom znajomości tematu. Uczyłem studentów, że w tekście ważny jest wstęp, który musi zainteresować czytelnika tematem. Tłumaczyłem, jak rozwijać go w tekście i w jaki sposób kończyć puentą. Wyjaśniałem, jak się pisze opinie i teksty, w których pragnie się zaprezentować określony punkt widzenia. Punkt widzenia przedstawiony w artykule powinien mieć podstawę w tym, co dziennikarz zaobserwował i usłyszał od swoich rozmówców. Nie powinien wynikać z tego, w co wierzy i co już wie. Każdy z nas ma swoje przekonania, ale to nie powinno wpłynąć na treść artykułu.

 

Jak pan postrzega współczesne media?

 

We współczesnych mediach z różnych powodów nastąpiła defragmentacja. Prawie każde medium chce dawać czytelnikom i widzom to, w co oni już wierzą i utwierdzać ich w wyznawanych poglądach. W Stanach Zjednoczonych część mediów przekonuje, że Trump jest zły, reszta twierdzi, że jest świetny. Media wpadły w pułapkę wspierania jednej lub drugiej strony politycznego sporu. Uwikłane w spory polityczne starają się utrzymać przy sobie widzów i czytelników. W Polsce jest podobnie. Jedną z najciekawszych rzeczy, którą można zrobić dla czytelnika czy widza to zaprezentować mu przynajmniej jeden lub dwa materiały, w bloku telewizyjnym czy w gazecie, które go zaskoczą. Niech czytelnik czy widz dowie się czegoś nowego o temacie, o którym myślał, że wie wszystko. Należy pokazywać problem z perspektywy, która nie pasuje do czarno-białej analizy i przedstawiać temat w innym świetle. Na tym polega dobre dziennikarstwo. Ale jest go coraz mniej we współczesnych mediach.

 

Czy na takie dziennikarstwo jest jeszcze miejsce we współczesnych  mediach? Czy jest jeszcze potrzebne czytelnikom?

 

Mam nadzieję, że jest miejsce na dobre dziennikarstwo. Pojawiają sie próby, które zmierzają do wytworzenia nowych form dziennikarstwa. Powstają nowe portalem, które są trochę mniej przewidywalne niż istniejące media. Trzeba jednak wypracować dla nich model skutecznego finansowania, bo bez pieniędzy żadne medium nie jest w stanie funkcjonować. To poważny problem, także w Stanach Zjednoczonych. Interesująco rozwija się „Political”, który stał się dość potężnym medium, stanowiącym kombinację dziennikarstwa, działów specjalistycznych oraz rzeczy robionych na zamówienie. Trzeba jednak odróżniać te sprawy, wtedy wszystko jest w porządku.

 

Jakie widzi pan we współczesnym świecie mediów wyzwania dla dziennikarzy?

 

Nowe pokolenie dziennikarzy musi wytworzyć inne modele funkcjonowania  mediów, ponieważ obecnie istniejące rozwiązania już się wyczerpały. Jestem szczęśliwy, że byłem dziennikarzem w czasach, kiedy korespondent zagraniczny mógł  jeździć po świecie, pisać o tym, co widzi i utrzymać się ze swojej pracy na przyzwoitym poziomie. Niestety, teraz coraz trudniej dziennikarzom „odkleić” się od komputera i zobaczyć coś na własne oczy. Amerykańskie sondaże pokazują, że opinie o dziennikarzach są coraz gorsze. Niestety, dziennikarze w znacznym stopniu przyczynili się do powstania takich opinii. Mają dużo na sumieniu, często wikłają się w działalność polityczną, publikują informacje bez sprawdzenia, nie proszą o komentarz osób, o których piszą. Jeżeli dziennikarstwo ma mieć przyszłość, trzeba wrócić do podstawowych zasad kształtujących ten zawód. Inną kwestią natomiast jest to, jak będzie zmieniać się przyjmowanie przez ludzi informacji.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl.

 


 

Andrew Nagorski

Pisarz, dziennikarz, ur. 1947 r. w szkockim Edynburgu. Przez wiele lat związany z „Newsweekiem” jako dziennikarz, korespondent i szef biura tygodnika w Honkongu, Moskwie, Rzymie, Bonn, Warszawie i Berlinie. Trzykrotnie wyróżniony przez Overseas Press Club za swoje relacje. Od stycznia 2000 r. do lipca 2008 r. Andrew Nagorski pełnił funkcję starszego redaktora Newsweek International, zajmował się współpracą redakcyjną między magazynem macierzystym a rozwijającą się siecią wydawnictw w językach obcych. Nowymi czasopismami, które ukazały się podczas jego kadencji były: Newsweek Arabski (2000 r.), Newsweek Polska (2001 r.), Newsweek Rosja (2004 r.), Newsweek Argentina (2006 r.).

Jesienią 2019 r. w Polsce nakładem poznańskiego wydawnictwa Rebis ukazała się jego najnowsza książka zatytułowana „1941. Rok, w którym Niemcy przegrały wojnę”.

Źródło: www.andrewnagorski.com, fot.Twitter/Andrew Nagorski

 

 

 

 

 

 

 

 

Powstaje europejska infrastruktura cenzury – alarmuje MIROSŁAW USIDUS

Zarówno słynna dyrektywa ACTA2 jak i rozporządzenie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, które, choć o nim nieco ciszej, jest gorliwie mielone przez młyny prawodawcze Unii Europejskiej, to kolejne elementy konsekwentnie budowanej w Brukseli machiny do cenzorowania sieci w każdym jej aspekcie.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne

 

Takie np. „treści terrorystyczne” miałoby zwalczać rozporządzenie, które w tekście opublikowanym na portalu SDP kilka miesięcy temu nazywałem TERREG (zbitka od osłów „terroryzm” i „regulacja”), to potencjalnie całkiem pojemny worek pojęciowy. Lewica od dawna sugeruje, że tak należałoby rozumieć bardzo szeroki zakres poglądów politycznych wykraczających poza „akceptowalny nurt” (zasłyszane od szwedzkiej socjalistki). Prawica z kolei ma tendencję do dostrzegania wyłącznie terroryzmu islamistycznego, co nie jest zgodne z rzeczywistością, bo terrorem posługują się różne grupy i jednostki, także te o prawicowych poglądach.

 

Usuń natychmiast, potem możesz się skarżyć

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”.

 

Gwarancje większej wolności wypowiedzi przez wprowadzenie mechanizmów cenzury? Jasne. Znamy to. Demokracja socjalistyczna w propagandzie PRL też była „demokracją bardziej” niż po prostu demokracje w krajach zachodnich. Mówiąc wprost: „demokracja socjalistyczna” tym różniła się od demokracji, czym krzesło elektryczne od zwykłego krzesła.

 

Przesadzam? To spójrzmy, co euro-urzędnicy szykują firmom internetowym i nam wszystkim.

 

W projekcie rozporządzenia proponuje się np. jednogodzinny termin usunięcia treści po wydaniu przez wskazane organy nakazu. Oczywiście dla dostawców i administratorów jest to prawo drakońskie, zwłaszcza, że władza chce od nich „punktów kontaktowych” dostępnych całą dobę, siedem dni w tygodniu, co w praktyce będzie zmuszało ich do zwiększenia nakładów na zarządzanie serwisami a niektórym może zwiększyć koszty poza granicę opłacalności biznesu. Przy tak krótkim terminie nie ma czasu na dyskusje, interpretacje, wątpliwości, ekspertyzy i podobne mechanizmy obrony wypowiedzi, która nie musi wcale być jednoznaczna. Jest to po prostu szybka administracyjna pałka państwowego cenzora.

 

Oczywiście proponowana w rozporządzeniu definicja treści terrorystycznych, ograniczająca je do przekazów zachęcających lub popierających akty terrorystyczne, promujących działalność grup terrorystycznych lub też zawierających instrukcje i techniki przeprowadzania ataków, może chwilowo kogoś uspokoić. Gdy jednak uświadomimy sobie, że to urzędnik ze szczegółowymi instrukcjami niekoniecznie jawnymi i znanymi opinii publicznej, decyduje o tym, czy to, co napisaliśmy „zachęca”, „popiera” lub „promuje” ugrupowania terrorystyczne a na obronę przed uznaniową decyzją nie ma praktycznie czasu, to wygląda to już znacznie bardziej niepokojąco.

 

Zwłaszcza, że dobrze wiemy o przypadkach określania jako „terrorystyczne” różnych działań i grup, niewygodnych lub nieposłusznych wobec władz. Chiny nazywają terrorystami walczących o niezależność Ujgurów, uzasadniając w ten sposób niezwykle agresywne represje jakim poddały tę mniejszość narodową. Turcja terrorystami nazywa Kurdów a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy i ma inne poglądy.

 

Wśród proponowanych sformułowań rozporządzenia jest także, jak donoszą media, „obowiązek” ostrożności na internetowych platformach i upewnienia się, że nie służą do rozpowszechniania treści terrorystycznych. Miałby on spoczywać na użytkowniku! Ale przecież tego rodzaju wezwania w stylu – „Obywatelu, bądź czujny. Wróg nie śpi!” – przywodzą na myśl komunizm i w ogóle totalitaryzm. Od kiedy to w wolnym, demokratycznym kraju obywatel ma obowiązek uważać, czy w miejscu, które odwiedza, ktoś przypadkiem nie publikuje czegoś niewłaściwego?

 

Jasne, projekt rozporządzenia przewiduje składanie skarg i odwołań przez użytkowników, którzy nie zgadzają się na kwalifikowanie tego co opublikowali jako „treści terrorystyczne”. Jednak, oprócz kolejnego obowiązku jaki w związku tym dochodzi dostawcom sieci i platform – bo to oni muszą stworzyć i obsłużyć mechanizmy odwoławcze – znów dzwoni tu głośno alarm, że mechanizm to nic innego jak infrastruktura cenzury. Powstaje procedura, w której „zdejmuje się” coś w trybie natychmiastowym na podstawie administracyjnego żądania, zaś przywrócenie może potrwać znacznie dłużej, jest kłopotliwe i opiera się… znów na administracyjnej uznaniowości.

 

Chcesz dołożyć terrorystom, obrywają dostawcy usług w chmurach

 

Projekt rozporządzenia o treściach terrorystycznych jest obiektem krytyki ze strony wielu organizacji i aktywistów od około roku. Pisałem w swoim tekście z kwietnia o negatywnej opinii Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej (FRA) na temat szykowanego rozporządzenia.

 

Tworzona przez firmy i aktywistów internetowych organizacja Global Network Initiative już w styczniu 2019 przyjęła stanowisko, w którym stwierdza m. in.: „Proponowane rozporządzenie europejskie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych mogłoby mimowolnie zaszkodzić prawom użytkowników i podważyć uzasadnione wysiłki na rzecz dokumentowania i przeciwdziałania działalności ekstremistów w Internecie”. Dalej czytamy, że „członkowie GNI zwracają uwagę na niejasne definicje treści o charakterze terrorystycznym, szybkie terminy, w których firmy muszą stosować się do nakazów usunięcia treści, naciski na kształtowanie warunków świadczenia usług przez firmy internetowe a zarazem odnoszenie spraw o usunięcie treści do tych warunków, a nie przepisów prawa krajowego lub unijnego”.

 

GNI wskazuje, że przepisy zakazujące nawoływania do terroryzmu „powinny być ukierunkowane jedynie na bezprawne wypowiedzi, mające na celu podżeganie do popełnienia przestępstwa i które powodują niebezpieczeństwo popełnienia aktu terrorystycznego lub aktu przemocy”. Rozporządzenie odwołuje się do definicji „treści terrorystycznych” zawartej w dyrektywie UE 2017/541, która wielokrotnie została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka i niezależnych ekspertów. Ponadto, ponieważ definicja ta opiera się na dyrektywie unijnej, powstaje możliwość, że będzie interpretowana na wiele różnych sposobów we wszystkich państwach członkowskich.  Zdaniem GNI powstała w ten sposób sfera niepewności prowadzi zagrożenia zbyt gorliwej polityki ze strony firm internetowych, które będą myśleć głównie o swoim bezpieczeństwie prawnym.

 

W opracowanym przez pozarządowych ekspertów GNI pt. „Extremist Content and the ICT Sector” pisze się o obawach „ustanowienia precedensów pozasądowej cenzury administracyjnej bez odpowiedniego dostępu do środków odwoławczych, bez jasno określonej odpowiedzialności i przejrzystości regulacji dla użytkowników i społeczeństwa”.

 

Organizacjom takim jak GNI w krytyce projektu rozporządzenia o treściach terrorystycznych, wtórują liczni eksperci i przedstawiciele środowisk akademickich. „Projekt rozporządzenia stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa. Przepisy te mogą być stosowane w odniesieniu do dziennikarzy, organizacji pozarządowych, partii politycznych, związków zawodowych, ludności autochtonicznej, historyków lub przedstawicieli nauk społecznych, pisarzy, rysowników, fotografów i filmowców. Transgraniczne stosowanie tych przepisów sprawia, że może stać się ono strasznym narzędziem w rękach reżimów autorytarnych lub nieuczciwych urzędników”, napisał niedawno na swoim blogu Martin Scheininin, profesor prawa międzynarodowego i praw człowieka na Wydziale Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji.

 

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że projektowane regulacje ostro krytykowane są przez przedstawicieli sektora technologii i dostawców usług internetowych. Zwiększają przecież znacząco koszty prowadzenia biznesu i odpowiedzialność. Ponadto zwraca się uwagę na to, jak bezrefleksyjnie wprowadzane nowe przepisy mogą zagrażać całym nowym gałęziom biznesu, np. dostawcom infrastruktury w chmurze.

 

Po spotkaniu pt. „Fighting Terrorist Propaganda Online”, które odbyło się w Parlamencie Europejskim 13 listopada Alban Schmutz, przewodniczący stowarzyszenia dostawców usług infrastrukturalnych w chmurze w Europie (CISPE), ostrzegł, że jeśli firmy tego typu nie zostaną usunięte z zakresu rozporządzenia UE w sprawie treści terrorystycznych online, może mieć to poważne niezamierzone konsekwencje dla całego przemysłu, wielu innych przedsiębiorstw i konsumentów. „Wyobraźmy sobie, jaki wpływ na ludzi, usługi publiczne i przedsiębiorstwa miałoby zamknięcie usług związanych z infrastrukturą chmury, a w konsekwencji dostępu do całych platform internetowych, na których się opierają”, wskazywał Schmutz.

 

Od wrzuconych do jednego worka z firmami hostingowymi europejskich dostawców usług w infrastrukturze chmury na  mocy rozporządzenia oczekuje się rzeczy niewykonalnych. W przeciwieństwie do platform, nie mają oni dostępu do danych i treści swoich klientów umieszczanych w sieci. Ile jest jeszcze szczególnych, wynikających w zaawansowania technologii i rosnącej jej komplikacji, przypadków, które euro-urzędnikom nawet nie przyszły do głowy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Unia ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci. Od pewnego czasu mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, zwanej u nas ACTA2, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”.

 

Komisja bada, a jakże, możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Co sobie urzędnicy będą odmawiać, skoro można wymyślić nowy urząd, w dodatku z potężnymi uprawnieniami kontrolno-egzekucyjnymi?

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej to „mowa nienawiści”.  A kto wie, na jakie jeszcze pomysły wpadną urzędnicy.

 

O ACTA2 i przygotowanych przepisach o treściach terrorystycznych wiemy, że są to środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze. Choć wydaje się, że nawet przy wszystkich wyżej opisanych zastrzeżeniach, kategorie te są mniej więcej obiektywne. Ale co, gdy ktoś oskarży cię o „mowę nienawiści” np. z powodu dowcipu, memu lub niewłaściwej rzekomo emotikonki. Jak się przed tym bronić?

 

A jestem dziwnie pewien, że z czasem możliwości obrony będą słabnąć jeszcze bardziej. Rozszerzane za to będą i rozbudowywane definicje „praw autorskich”, „treści terrorystycznych” i zmanipulowanego już do granic wytrzymałości pojęcia „mowy nienawiści”. Założymy się?

 

Mirosław Usidus

Odważny jak cenzor – JAN PICHETA o granicy wolności słowa

Niebawem minie 41 lat od mojego dziennikarskiego debiutu. 40 lat odnajdywania i korzystania z wolności. W roku 1979 nikt o wolności nie mówił. Była w redakcji… czasopisma „Rębacz”, które pisało o sześciu katowickich kopalniach: Gottwald, Katowice, Murcki, Staszic, Wieczorek i Wujek. Redakcja mieściła się w podziemiach Domu Kultury KWK Wujek. „Rębacz” był dwutygodnikiem górniczych intelektualistów, więc aby rozwijać intelekt, przez dwa tygodnie graliśmy na okrągło w szachy, po każdym dobrym ruchu wznosząc toast kieliszkiem czystej z czerwoną kartką. Szachistów było czterech, więc i gier, i toastów mnóstwo. Ponieważ wszystko było na kartki, łącznie z wódką, a fluktuacja 10-tysięcznej załogi Wujka sięgała 50 proc. miesięcznie, znajomy naczelnego, kierownik referatu, miał zawsze parę tysięcy nieodebranych kartek do swojej dyspozycji. Jeśli był sprytny, mógł zbić na handlu kartkami majątek. Żurnalistom wódki też nie brakowało. Po dwóch tygodniach intensywnych gier redaktor naczelny orientował się, że właśnie nadszedł termin oddania numeru do druku. Brał jakieś gotowce, posyłał nas do znajomych kierowników działów, a mnie kazał pisać list do redakcji (wraz z odpowiedzią), żeby choć jeden się na łamach pojawił. Gdy tylko oddaliśmy numer do druku, powracaliśmy do szachowych rozgrywek w oparach alkoholu i tytoniowego dymu.

 

Nikt z nas nie pracował na dziennikarskim etacie, bo takich w kopalniach nie przewidziano. Każdy był więc zatrudniony jako pracownik powierzchni. Mnie udało się dostać angaż w łaźni łańcuszkowej KWK Wujek. Byłem tam specjalistą o najwyższych kwalifikacjach, innymi słowy – brygadzistą hydraulików… Raz nawet poszedłem zobaczyć, gdzie pracuję. Nozdrza ranił zaduch spoconych łachów na łańcuchach. Więcej tam nie wróciłem. Do takiej pracy w kopalni byłem zresztą przyzwyczajony. Wcześniej byłem piłkarzem GKS Katowice. Zatrudniano mnie jako specjalistę od ciężkich robót w KWK Kleofas.

 

O wolności zaczęto mówić, gdy nastała „Solidarność”. Wszyscy się do niej zapisaliśmy poza naczelnym. On pisał więc o dyrekcji, związkach branżowych i partii, a my o „Solidarności”. Nagle można było pisać prawie o wszystkim, poza tym, o czym wszyscy się napisać bali. Najbardziej łaskawy dla nas był czas po wydarzeniach bydgoskich w marcu 1981 r. Jan Rulewski został poturbowany przez milicję i dał sobie zrobić zdjęcie bez sztucznej szczęki. Nastroje społeczne się zradykalizowały. Cenzura praktycznie nie działała. Gdy przychodziło się do drukarni, cenzor tylko pytał: – A nie piszecie, że Związek Radziecki to skurwysyny? – i podpisywał periodyk do druku.

 

W grudniu 1981 straciliśmy wszystko. Redakcje, czasopisma et cetera. Przestała działać nawet ustawa o cenzurze. O wolności znów nikt nie mówił. Zdarzały się kontrolowane wyjątki. Gdy w marcowym numerze Informatora Kulturalnego Województwa Bielskiego w 1983 r. zapytałem śp. Macieja Zembatego, jak przyjął internowanie, odparł:

   

– Było to bardzo interesujące doświadczenie. Te doświadczenia się liczą, które pozbawiają nas złudzeń. Dzięki internowaniu pozbyłem się wielu z nich.

 

Jak jest możliwa obecnie satyra w PRL?

   

– Nie jest w tej chwili możliwa. Dopóki nie zacznie funkcjonować ustawa o cenzurze. Przez 18 miesięcy względnej wolności słowa odzwyczailiśmy się od aluzji, uników. Trzeba by było się cofnąć, a cóż bylibyśmy warci, gdybyśmy się cofnęli?

 

Na pytanie o różnice w występach przed publicznością w ostatnich latach stwierdził:

   

– Przed trzema laty szukałem, przed dwoma znalazłem, a teraz straciłem…

   

– Zakończymy tak smutno?

   

– (…) czasy są takie, że smutek jest na miejscu.

 

Parafując stronę z wywiadem, cenzor kręcił głową. Czytał kilka razy jedno i to samo, ale w końcu podpisał tekst do druku bez żadnych zmian.

 

Gdy przyszedłem do niego w następnym miesiącu z kolejnym wydaniem, od razu zapytał, czy mam coś równie drastycznego, co wywiad z Maćkiem Zembatym?

   

– Tym razem już tak odważny nie będę… – przyznał, wypiąwszy pierś jak do orderu!

 

Zamurowało mnie. Nigdy nie sądziłem, że jego pracę można określać w kategoriach odwagi.

 

Czyli jednak można być odważnym jak cenzor? Zwłaszcza wobec dzieci, gdyż później skreślał całe artykuły moich uczniów ze szkółki literackiej, którzy wydawali pismo „Wiosna Nasza”?

 

Wolności mogłem zażyć, współpracując z pismami podziemnymi. Do czasu. Napisałem tekst w obronie wycinanych drzew. Nie ukazał się. Zakwestionował go wydawca. Po latach okazało się, że był związany z osobami, które te drzewa fizycznie wycięli…

 

W nowej Polsce początkowo miałem więcej szczęścia do swobody. Najpierw stworzyliśmy z grupą ludzi ceniących wolność „Gazetę Prowincjonalną”. Na dowód, że wolność w Polsce istnieje (tak wówczas, jak dziś) wystarczy wymienić ludzi, którzy tworzyli „Czas Krakowski”. Jan Polkowski i Wojtek Czuchnowski, Witek Gadowski i Mieczysław Gil, Jan Maria Rokita i Katarzyna Kolenda-Zaleska, Ryszard Terlecki i ks. Kazio Sowa, Jarosław Szarek z żoną, Marta i Marek Stremeccy, prof. Maciej Malinowski i prof. Janusz Majcherek, Piotrek Legutko i Marek Bartosik, Marek Halberda i Marek Kęskrawiec, Anna Lubertowicz-Sztorc i Zygmunt Fura, Maciej Kwaśniewski i Włodek Jurasz, Zygmunt Moszkowicz i Krzysztof Gurba, Marek Oramus i Artur Pałyga, Patrycjusz Pająk i Monika Nowak, Jacek Fedorowicz i Leszek Długosz, Ewa Włodkowa i Aśka Oparek, Teresa Bochwic i Marek Żukow-Karczewski, Krzysiek Dawidowicz i Tomek Giżyński, a gdzieś tam jeszcze między nimi ja z bielskiej prowincji. Co to było za wolnościowe i dowcipne panopticum!? Nie do powtórzenia. Zwłaszcza, że – jak mi się wtedy wydawało – wszyscy się bardzo lubili.

 

Początkowo jednak i tam się piło. Przynajmniej w siedzibie przy Rynku Kleparskim alkohol musiał lać się nie tylko po kropelce, skoro naczelny ogłosił na tablicy, że pierwszy wybryk oznacza 500 zł kary, a drugi już dyscyplinarkę. Odtąd na piwo chodziło się już do knajpy. Każdy bowiem cenił sobie pracę w tak nadzwyczajnym piśmie.

 

Cudowną wolnością rozkoszowałem się w Radiu Bielsko, zwłaszcza, że w eterze stosowałem sporo środków dźwiękowych czy muzycznych, nie tylko pisarskich, oraz że w pobliżu mieścił się lokal o nazwie „Admiral”, gdzie można się było świetnie przygotować do licznych programów, pisać komentarze, felietony literackie, sportowe, społeczne i przemyśliwać reportaże. Mój szef, niezwykły radiowiec „urodzony w eterze” Maciej Szklarz częsty pobyt u „Admirała” przypłacił przeszczepem wątroby. Na szczęście udanym – od 20 lat operuje swym czarującym głosem w Teleekspresie.

 

Do „Trybuny Śląskiej” przeszedłem niepotrzebnie. Nie tylko dlatego, że towarzystwo było już wybitnie abstynenckie, nastawione głównie na robienie kariery. Tam po raz pierwszy spotkałem się z zakazem pisania o niektórych ludziach czy sprawach, zwłaszcza aferalnych. Gdy, uśpiwszy rewolucyjną czujność naczelnego, przemyciłem jeden z tekstów, których nie wolno było napisać, kazano mi się zwolnić. Skorzystałem z propozycji ochoczo, gdyż miałem na oku równie dobrze płatną pracę w piśmie samorządowym. Nie musiałem siedzieć w redakcji codziennie, lecz tylko wtedy, gdy umawiałem się z rozmówcami. Gdy pojechałem z synem na żagle, wydawca nie zauważył, że nie było mnie w redakcji przez 10 dni. Oczywiście o autentycznej wolności dziennikarskiej nie można było mówić. Trzeba było spełniać niektóre przynajmniej życzenia powiatowych bossów. Mnie było łatwiej, gdyż większość z nich znałem już od lat i z wieloma byłem w stanie się identyfikować – politycznie czy mentalnie.

 

Prawdziwą wolność odnajdywałem jednak w publicystyce kulturalnej. Przez ponad 20 lat współpracowałem z redakcją „Śląska” Tadeusza Kijonki. Pisałem co miesiąc felietony, recenzje, reportaże, wywiady, teksty krytyczne. Tylko raz zdarzyło się, że bez mojej zgody i wiedzy mój najlepszy kolega redakcyjny usunął kilka fragmentów tekstu, z którym się nie zgadzał. Przesłałem mu wywiad z Krzyśkiem Mieszkowskim, któremu nie podobała się – zdaniem Ślązaków rewelacyjna – realizacja pewnej powieści Janoscha wystawiona przez śląski teatr. Związek między kolegą redakcyjnym a teatrem był taki, że kolega redakcyjny pracował w tym teatrze jako kierownik literacki. Krytyczna ocena Krzysztofa Mieszkowskiego uderzała więc po części w niego i w jego współpracowników.

 

Przez ostatnie dziesięciolecie zwolniłem tempo swej żurnalistyki. Pracując w dziennikach czy tygodnikach, marzyłem o redakcji rocznika. Ponieważ niektóre modlitwy bywają wysłuchane, od ośmiu lat redaguję „Kalendarz Beskidzki”. Wydaje go Towarzystwo Przyjaciół Bielska-Białej i Podbeskidzia pod kierunkiem Grażyny Staniszewskiej, która zdobywa pieniądze od prywatnych sponsorów i nie ingeruje w pracę redakcji. Rocznik czyta dopiero po wydrukowaniu. Daje mi niezwykłą, jak mniemam, w dzisiejszych czasach wolność w kształtowaniu pisma. Nie wiem, jak jednak wyglądałaby moja wolność, gdybyśmy w naszym roczniku podejmowali kwestie wojny plemiennej w państwie Polaków.

 

Ostatnie dni zamykają zresztą zadziwiającą klamrą moją 40-letnią „drogę przez mękę”.

 

W czerwcu 1980 r. spędzono nas, dziennikarzy prasy regionalnej, na spotkanie w zamku Książ z ówczesnym ministrem gospodarki materiałowej Eugeniuszem Szyrem. Tłumaczył nam, co z polską gospodarką trzeba natychmiast zrobić, żeby po 40 latach nasz kraj mógł kwitnąć jak kraje Zachodu. Po pierwsze musimy zrezygnować z wydobywczego i ciężkiego przemysłu na rzecz przetwórczego. Przemysł wydobywczy i ciężki są bowiem nieekonomiczne, zużywają za dużo tlenu i wody, degradują człowieka, a więc górnika, hutnika itd. oraz środowisko naturalne. Po drugie musimy gospodarkę przeprowadzić na tory energooszczędne. Tracimy niezwykle dużo energii nie tylko ze względu na dominację przemysłu wydobywczego i ciężkiego. Oszczędność dają przede wszystkim odnawialne źródła energii, słońce, ciepłe wody, wiatr, woda itd. Po trzecie – żeby to wszystko wprowadzić, trzeba zmienić kadry. W Polsce dominowała wówczas nomenklatura. Jak powszechnie wiadomo, najważniejsze stanowiska obsadzano ludźmi miernymi, biernymi, ale wiernymi. Obowiązywała selekcja negatywna. Eugeniusz Szyr dał do zrozumienia, że właściwi ludzie muszą pracować na właściwych miejscach.

 

Jeśli nie dokonamy tych trzech zmian teraz, nie mamy szans dogonić Zachodu kiedykolwiek. Groził nam będzie trzeci świat! Prelegent na odchodne stwierdził, że doskonale wie, iż nie będziemy mogli tego wprost napisać. Nie pozwoli nam cenzura. Dlaczego zatem to mówił? Chyba dlatego, żeby – nie podając przyczyn, opisywać tragiczne skutki polityki PZPR – tak aby utrzymać ją przy władzy…

 

Poza wolnością słowa mamy dziś w Polsce podobną sytuację do tej z 1980 roku. Gdy słyszę prezydenta państwa, który powiada, że nie zrezygnujemy z czarnego złota, gdyż będzie to nasze bogactwo jeszcze przez 200 lat, gdy słyszę ministra, który obiecuje, że emitujące tanią energię wiatraki przeznaczy na złom  – przypomina mi się kontekst wystąpienia min. Eugeniusza Szyra. Był czerwiec 1980 roku. Właśnie wtedy na Lubelszczyźnie zaczynały się już pierwsze strajki, które doprowadziły do bezkrwawej solidarnościowej rewolucji.

 

Niestety bezkrwawa rewolucja znów jest potrzebna. Już nie tylko dla Polski, ale dla świata. O tym mówią ekolodzy na katowickim szczycie. Jeśli na skutek chorobliwej gospodarki polskiej i wielu innych państw naszego globu, o kilka stopni podniesie się temperatura Ziemi, za 40 następnych lat nie powinno już być ludzkości, co wieszczy niżej podpisany. Wolność zatem okaże się nic nieznaczącą aberracją ostatnich lat. Z drugiej strony łudzę się nadzieją, że najlepsze proroctwa to te, które się nie sprawdzają.

 

Jan Picheta