Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu JANA ŚPIEWAKA

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje wyrok skazujący publicystę i działacza społecznego Jana Śpiewaka za zniesławienie mecenas Bogumiły Górnikowskiej, córki byłego ministra sprawiedliwości i apeluje o jego ułaskawienie przez Prezydenta w przypadku złożenia przez niego skargi kasacyjnej.

 

Jan Śpiewak ma zapłacić za zniesławienie 5 tys. zł grzywny i 10 tys. zł nawiązki. 13 grudnia b.r. zdecydował o tym Sąd Okręgowy w Warszawie. Nie uwzględnił argumentów zawartych we wniosku apelacyjnym oraz opinii CMWP SDP, w której domagaliśmy się jego uniewinnienia. W ocenie CMWP SDP skazanie Jana Śpiewaka stanowi poważne naruszenie jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa.

 

Jan Śpiewak to publicysta i dziennikarz obywatelski, a także zasłużony działacz społeczny i obrońca wyrzucanych ze swoich mieszkań obywateli Warszawy. Stając w obronie słabszych i nierzadko bezbronnych wobec administracyjnych instytucji miasta stołecznego Warszawa sprawił, iż tematyka kontrowersyjnej reprywatyzacji w stolicy stała się znaną opinii publicznej w Polsce, co jest oczywistym działaniem w interesie społecznym.

 

Z niezrozumiałych powodów decyzją najpierw Sądu Rejonowego w Warszawie, a teraz Sądu Okręgowego red. Jan Śpiewak ma ponieść za to surowe konsekwencje w postaci skazania w procesie karnym. W ocenie CMWP SDP jest to naruszenie prawa red. Jana Śpiewaka do swobodnego wyrażania opinii w przestrzeni publicznej, co jest fundamentem funkcjonowania demokratycznego państwa. Bulwersujące jest w tej sprawie także to, iż uzasadnienie wyroku jest niejawne, tak jak i niejawny był cały proces.

 

Jan Śpiewak został oskarżony z art. 212 kk o to, że w 2017 r. na portalu Twitter wyraził opinię, iż mec. Górnikowska jako córka ministra przejęła w 2010 r. kamienicę „metodą na kuratora”. W połowie stycznia 2019 roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia orzekł, że działacz miejski jest winny zniesławienia mec. Górnikowskiej i nakazał mu zapłatę 5 tys. zł grzywny i 10 tys. nawiązki na jej rzecz. Uzasadnienie wyroku było niejawne. Apelacje wniosły obie strony. Na rozprawie 13 grudnia b.r. Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał wyrok sądu I instancji i zobowiązał Śpiewaka do zapłaty w/w grzywny i nawiązki, czyli łącznie 15 tys. zł. Sąd utajnił uzasadnienie wyroku. Tym razem wyrok jest już prawomocny.

 

W ocenie CMWP SDP nie można dokonywać oceny prawnokarnej opisywanego zdarzenia (“zniesławienia”) wyłącznie z punktu widzenia wersji przedstawionej przez oskarżenie, równocześnie abstrahując od realnej oceny działań oskarżycielki prywatnej (mec. Górnikowskiej), które stały się przyczyną skierowanej wobec niej krytyki, a także od szerszego kontekstu społecznego sprawy. CMWP nie podejmuje się także oceny udziału i roli oskarżycielki prywatnej w „”przekształceniach własnościowych” związanych z warszawskimi gruntami. Pragnie jednak zwrócić uwagę, że oskarżycielka wykonuje zawód adwokata, powierzono jej też funkcję we władzach samorządu adwokackiego. Jako osoba publiczna powinna liczyć się z krytyką społeczną, zwłaszcza gdy chodzi o sprawy budzące poważne kontrowersje, w tym przejęcie zarządzania nieruchomością w budzących wątpliwości okolicznościach i dokonywanie podwyżek czynszów, co powodowało opór społeczny. W tym kontekście opinie formułowane przez Jana Śpiewaka należy rozumieć jako działanie nakierowane na wyjaśnienie sprawy oraz zwrócenie na nią uwagi opinii publicznej. A warto podkreślić, że to właśnie nacisk opinii publicznej walnie przyczynił się do ujawnienia wielu poważnych nieprawidłowości oraz do powołania komisji weryfikującej kwestie związane z reprywatyzacją warszawskich gruntów.

 

Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: „Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe. ” Zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

 

W ocenie CMWP SDP wszystkie te akty prawne w/w wyrok lekceważy. CMWP SDP stoi przy tym na stanowisku, że wyrok skazujący w niniejszej sprawie stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno Jana Śpiewaka, jak i innych społeczników lub dziennikarzy, do podejmowania tematyki nieprawidłowości przy reprywatyzacji gruntów warszawskich. Skazanie Jana Śpiewaka powoduje zatem tzw. efekt mrożący. Jest to nie do pogodzenia z aktywizmem społecznym obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać trudne i kontrowersyjne sprawy, broniąc w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W ocenie CMWP SDP wyrok ten nie odpowiada międzynarodowym standardom w dziedzinie wolności słowa. Nie służy on założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, lecz tłumieniu krytyki, która stanowi niezbędny element demokratycznego państwa . Przyczynia się w ten sposób do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

 

dr Jolanta Hajdasz dyr. CMWP SDP

Warszawa, 13 grudnia 2019 r.

https://cmwp.sdp.pl/protest-cmwp-sdp-przeciwko-skazaniu-jana-spiewaka/

W rocznicę wybuchu stanu wojennego w Zamościu zniesiono cenzurę !

Sąd Okręgowy w Zamościu (odwoławczy) na posiedzeniu niejawnym 13 grudnia b.r. zmienił postanowienie Sądu I instancji i oddalił wniosek Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu o udzielenie zabezpieczenia w procesie o naruszenie dóbr osobistych przedsiębiorstwa przez publikacje na jego temat w tygodniku. Oznacza to, iż Sąd cofnął tygodnikowi zakaz publikacji na temat PGK Zamość, jaki został wydany na posiedzeniu 4 listopada. b.r. To cenzurowanie „Tygodnika Zamojskiego” w ocenie CMWP SDP było skandaliczne, dlatego objęliśmy tę sprawę monitoringiem CMWP SDP i najszybciej jak było to możliwe przesłaliśmy do Sądu nasze stanowisko . Cieszymy się, że udało się cofnąć zakaz publikacji i że Sąd podejmując dziś decyzję uwględnił argumentację CMWP SDP.

 

22 listopada 2019 r. CMWP SDP wyraziło protest przeciwko postanowieniu Sądu Okręgowego w Zamościu zakazującemu “Tygodnikowi Zamojskiemu” publikowania artykułów na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu oraz nakazującemu tygodnikowi usunięcie ze strony internetowej www.tygodnikzamojski.pl artykułów dotyczących przedsiębiorstwa. Zgodnie z postanowieniem Sądu zakaz publikacji miał obowiązywać co najmniej 11 miesięcy. W ocenie CMWP SDP było to złamanie fundamentalnej dla demokratycznego państwa zasady wolności słowa.

 

Dziennikarka tygodnika red. Jadwiga Hereta w sierpniu 2018 roku opisała w artykule “Centralne Biuro Antykorupcyjne w PGK”, że zamojska spółka PGK wybrała w przetargu na budowę farmy fotowoltaicznej ofertę miejscowej firmy za 8,5 mln zł, odrzucając o 2 mln tańszą propozycję firmy z Gdańska. Rada Nadzorcza  PGK stwierdziła nieprawidłowości w przetargu i zawiadomiła prokuraturę. Postępowanie prokuratorskie w tej sprawie trwa, jest przedłużone do 20 grudnia.

 

We wrześniu do Sądu Okręgowego w Zamościu wpłynął pozew o ochronę dóbr osobistych Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej  przeciwko wydawnictwu, redaktorowi naczelnemu Michałowi Kamińskiemu i autorce tekstów. 4 listopada b.r. Sąd Okręgowy w Zamościu wydał postanowienie zabezpieczające, zakazując “Tygodnikowi Zamojskiemu” (Wydawnictwo Zamojskie) publikacji na temat miejskiej spółki Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej (PGK) przez 11 miesięcy. Wydawca ma też usunąć ze strony internetowej artykuły na temat spółki.

 

19 listopada b.r. CMWP SDP  objęło monitoringiem sprawę z powództwa Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej (PGK) w Zamościu przeciwko “Tygodnikowi Zamojskiemu” oraz  zgłosiło  do Sądu Okręgowego w Zamościu  (22 listopada b.r.) zastrzeżenie na postanowienie Sądu zakazującego  tygodnikowi publikowania artykułów na temat PGK oraz nakaz usunięcia ze strony internetowej www.tygodnikzamojski.pl artykułów dotyczących przedsiębiorstwa. W swoim stanowisku CMWP SDP podkreśla, iż sporne artykuły powstały w ramach realizacji ochrony ważnego interesu społecznego. Poruszony w inkryminowanych artykułach “Tygodnika Zamojskiego” temat jest bardzo istotny i budzi duże zainteresowanie czytelników, ponieważ dotyczy newralgicznych i kluczowych dla opinii publicznej spraw, jakimi są zawsze procedury związane w wydatkowaniem publicznych środków finansowych. Prasa ma nie tylko prawo, ale i obowiązek informować społeczeństwo o możliwych nieprawidłowościach w tym zakresie, a wszelkie informacje na ten temat nie powinny być ukrywane przed opinią publiczną. Uzasadnionym interesem społecznym przemawiającym za publikacją artykułów jest również ochrona prawa społeczeństwa do informacji. CMWP SDP w sowim stanowisku zwróciło uwagę, iż m.in. po krytycznych artykułach “Tygodnika Zamojskiego” na temat PGK, Rada Nadzorcza tego przedsiębiorstwa stwierdziła nieprawidłowości w procedurze przetargowej i zawiadomiła o tym prokuraturę . Postępowanie w tej sprawie nadal trwa, jest przedłużone do 20 grudnia b.r. Już ten fakt jest bezspornym uzasadnieniem zainteresowania środków masowego komunikowania, w tym „Tygodnika Zamojskiego” przedsiębiorstwem PGK w Zamościu oraz czyni całkowicie niezrozumiałym zakaz jakichkolwiek publikacji na jego temat . W ocenie CMWP SDP jest to praktyka porównywalna z cenzurą prewencyjną, której stosowanie jest w Polsce konstytucyjnie zakazane. CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są wszystkie organy państwowe. Opisana praktyka sądowa budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by wskazane wyżej orzeczenie miało się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 

Źródło: CMWP SDP

Duch Jaruzelskiego – felieton TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

13 grudnia 1981 r. junta Jaruzelskiego zaczęła znów – bolszewickimi metodami – mordować Polaków. Na ulice Warszawy wyjechały czołgi. Wrócili komunistyczni patroni. A duch towarzysza generała wciąż spowija stołeczną „Łączkę”.

 

13 grudnia 1981 r. z ogarniętej wojną Warszawą solidaryzowała się okupowana Polska. 13 grudnia 2018 r. górnicy upomnieli się o ulicę Bohaterów z Kopalni Wujek, gdzie w wyniku strzałów plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników. „Jeżeli oni są Bohaterami, to kim są przywróceni przez Pana patroni ulic, przedstawiciele komunistycznego reżimu? Również są bohaterami, godnymi tego, by patronować ulicom Warszawy? (…) Przez Pańską decyzję żyjemy w schizofrenii historycznej” – media cytowały tekst opozycjonistów w PRL Krzysztofa Pluszczyka i Stanisława
Płatk
a do współczesnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.

Edukacja kolejnych pokoleń

 

Bo w miejsce zamordowanych przez sowiecką PZPR bohaterskich robotników z kopalni „Wujek”, na ulice Warszawy wrócił Wincenty Pstrowski, komunistyczny przodownik pracy, górnik,
rębacz dołowy, członek sowieckiej PPR.

Stanisław Płatek, który był ranny na „Wujku” stwierdził, że władzy Warszawy „należałoby tak długo klaskać, jak za czasów Gierka. Bo to, co zrobili, to wielkie draństwo”.

W obronie polskich bohaterów – przeciw ich komunistycznym podróbkom – wystąpiło też poprzednie pokolenie walczących o wolność. „W naszej wolnej ojczyźnie każda próba przywrócenia symboli komunistycznych przekreśla testament żołnierzy niepodległościowych, którzy tak, jak i my pragnęli nazywać rzeczy po imieniu – oddzielać dobro od zła, prawdę od fałszu
a patriotyzm od zdrady”
– podkreślił sędzia Bogusław Nizieński, żołnierz Armii Krajowej i jej największego kontynuatora w czasie okupacji sowieckiej po 1945 r. – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. W imieniu weteranów zwrócił uwagę, że patroni polscy patroni – w przeciwieństwie do ich komunistycznych podróbek – mają przede wszystkim charakter edukacyjny dla młodych pokoleń.

PZPR jak NSDAP

 

Przeciwko hańbiącej decyzji władz Warszawy o przywróceniu komunistycznych patronów ulic stolicy zaprotestowało Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych:

„Uważamy, że komunizm w Polsce w latach 1939-1989 był systemem zbrodniczym i dalsze honorowanie również w przestrzeni publicznej zbrodniarzy, funkcjonariuszy i działaczy tego okresu
nie ma jakiegokolwiek usprawiedliwienia i jest z gruntu szkodliwe dla społeczeństwa naszego kraju. Przypominamy, że propagowanie symboli i idei komunistycznych tak jak niemiecko-nazistowskich jest w Polsce zabronione i karane. Zakaz ten dotyczy również gloryfikacji osób będących funkcjonariuszami tych systemów. Podobnie jak nie wyobrażamy sobie nazywania ulic nazwiskami żołnierzy SS czy  funkcjonariuszy NSDAP, tak też nie godzimy się na nazywanie ich mianem sowieckich aparatczyków”.

 

Potomkowie walczących o wolność przypomnieli, że „nie zastosowanie się do Ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez
nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli,
obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki przez władze Warszawy
dowodzi daleko posuniętej anarchii”.

 

Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych domagało się, by obecni patroni – wśród nich Żołnierze Wyklęci i działacze opozycji antykomunistycznej pozostali nadal patronami
stołecznych ulic. Niestety, polscy bohaterowie nie powrócili. Duch Jaruzelskiego – przywódcy junty wojskowej, która wprowadziła w Polsce stan wojenny – zwyciężył. Zachować się jak trzeba
Wcześniej z apelem do władz Warszawy o zatrzymanie rekomunizacji zwrócił się Instytut Pamięci Narodowej, bo „nazwy te były wyrazem hołdu dla ludzi i organizacji, które działały na rzecz
zniewolenia Polski. (…) Ich przywrócenie będzie działaniem nieprzystającym do
szacunku dla ojczystej historii – szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia
odrodzenia Państwa Polskiego”.

 

Zarząd Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność” zwrócił się do władz Warszawy o „nieprzywracanie nazw ulic i obiektów, które upamiętniają osoby, organizacje, miejsca i wydarzenia propagujące zbrodniczy system, jakim był komunizm”:Panie Prezydencie, Pani Przewodnicząca, Panie i Panowie Radni m.st. Warszawy – zachowajcie się jak trzeba”.

 

Z tego też nic nie wyszło. Współcześni włodarze stolicy nie potrafili zachować się jak trzeba. Duch
Jaruzelskiego – przywódcy związku przestępczego o charakterze zbrojnym, autora nie osądzonej zbrodni 13 grudnia 1981 r. – wciąż jest obecny w Warszawie i całej Polsce.

Nie osądzony także za „Łączkę”

 

W stanie wojennym czerwony dyktator postanowił jeszcze jedno: rozkopać doły śmierci na „Łączce”. Jednak myli się ten, kto pomyślał, że Jaruzelski zrobił to dlatego, aby pochować bohaterów. Nie, nie – sumienie „generała” nie ruszyło. Przywódca wojskowej junty postanowił zrobić ostateczny porządek z niezłomnymi antykomunistami – zniszczyć ich szczątki. W tym celu wysłał na „Łączkę” ciężki sprzęt, koparki. Obok zmasakrowanych ludzkich kości ekipa Instytutu Pamięci Narodowej znalazła ślady gąsienic. Ziemia z częścią kości została następnie wywieziona w nieznanym kierunku. Dziś wiemy, że połamane, wymieszane szczątki zrzucono do jednego dołu obok, na głębokości około trzech metrów. Tylko, czy to jedyny taki dół? Niewykluczone, że ziemię wywożono również dalej, poza teren Powązek. Jeden z tropów prowadzi ok. sto –sto pięćdziesiąt metrów dalej, a konkretnie poniżej dzisiejszego cmentarza. Ale tamtędy przebiega teraz trasa szybkiego ruchu. Ktoś zapamiętał, że przy budowie drogi odnajdywano ludzkie kości.

Pamiętając o stanie wojennym, szczególnie jego ofiarach, nie możemy zapomnieć o tym, co wówczas na „Łączce” zrobił Wojciech Jaruzelski. A towarzysz dokończył zbrodnie swoich czerwonych kolegów z lat 40. i 50. Gdyby żył, powinien być sądzony również za to.

 

Tadeusz Płużański

Dziennikarze internowani przez reżim Jaruzelskiego

W 38. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego przypominamy (alfabetycznie) nazwiska internowanych dziennikarzy:

 

Anderman Janusz – internowany i do 24 lipca 1982 więziony na warszawskiej Białołęce

 

Bartmiński Jerzy – Lublin – internowany na kilkanaście dni w grudniu 1981

 

Bartoszewski Władysław – 13 grudnia 1981 internowany – początkowo w areszcie na Białołęce, a następnie w ośrodku internowania w Jaworzu na poligonie drawskim. Z internowania zwolniono go 3 maja 1982.

 

Bartyzel Jacek – podczas stanu wojennego

 

Beylin Marek – 13 grudnia 19 81 – 26 października 1982

 

Bieliński Konrad – 13 grudnia 1981 do 12 grudnia 1982

 

Bocheński Jacek – od 1981 do 1982

 

Bogucka Teresa – po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na okres kilkunastu dni, zwolniono ją po interwencji episkopatu i środowisk literackich

 

Boguta Grzegorz – internowano go na okres od 13 grudnia 1981 do 7 grudnia 1982.

 

Cywiński Jan – po wprowadzeniu stanu wojennego pozostawał w ukryciu aż do listopada 1983

 

Czaputowicz Jacek – internowany 13 grudnia 1981, przebywał w Białołęce i Strzebielinku, został zwolniony w listopadzie 1982

 

Czuma Benedykt – w stanie wojennym został internowany w Łęczycy i w Łowiczu od 13 grudnia 1981 do 8 lipca 1982.

 

Domański Piotr – internowany 13 grudnia 1981 do 24 lipca 1982

 

Dorn Ludwik – w stanie wojennym był ścigany listem gończym, ukrywał się przez półtora roku w Gdańsku i w Warszawie

 

Drawicz Andrzej – internowany w grudniu 1981 r.

 

Drzycimski Andrzej – w stanie wojennym internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 8 lipca 1982

 

Dworak Jan – po ogłoszeniu stanu wojennego został internowany na okres do marca 1982

 

Dymarski Lech – w stanie wojennym został internowany na ponad 10 miesięcy

 

Dyner Jerzy – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na ponad cztery miesiące

 

Gauden Grzegorz – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na okres od 13 grudnia 1981 do 7 lipca 1982

 

Guzy Jarosław – w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku

 

Holzer Jerzy – w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku

 

Jankowska Janina – po wprowadzeniu stanu wojennego od lutego do sierpnia 1982 internowano ją w Olszynce Grochowskiej i Gołdapi, usunięto także z pracy w Polskim Radiu

 

Jastrun Tomasz 10 listopada 1982 do 22 grudnia 1982

 

Jedynak-Pietkiewicz Małgorzata – po wprowadzeniu stanu wojennego, jako działaczka „Solidarności” w TVP usunięta z pracy, a następnie internowana w Gołdapi

 

Karpiński Marek – 13 grudnia 1981 został internowany, zwolniono go 18 listopada 1982

 

Kijowski Andrzej Tadeusz – w sezonie 1981 dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Internowany w Jaworzu. Złożył rezygnację w związku z wprowadzeniem stanu wojennego, w lutym 1982 r. po opuszczeniu Jaworza.

 

Kinaszewski Adam – po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany do ośrodka w Strzebielinku

 

Knap Zbigniew – 13 XII 1981 – 29 IV 1982 internowany w Ośrodku Odosobnienia w Warszawie-Białołęce

 

Komar Michał – internowany

 

Końka Marek – RSW Prasa 13.12.81-3.06.82

 

Król Marek – internowany 13grudnia 1981 do 16 lutego 1982

 

Kuczyński Waldemar – internowany 13 grudnia 1981 w Białołęce, a następnie w Jaworzu. Został zwolniony 12 lutego 1982 z powodu ciężkiej choroby córki

 

Kuroń Jacek – 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, internowany, a 2 września 1982 tymczasowo aresztowany pod zarzutem próby obalenia ustroju

 

Kuroń Maciej – po ogłoszeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 został internowany w Białołęce i bezpośrednio po tym relegowany z uczelni

 

Lipski Jan Józef – po wprowadzeniu stanu wojennego udał się po południu 14 grudnia do Zakładów Mechanicznych Ursus, aby uczestniczyć w zorganizowanym tam strajku. Po jego spacyfikowaniu w tym samym dniu został zatrzymany i oskarżony o kierowanie protestem, a następnie tymczasowo aresztowany. Umieszczono go w szpitalu więziennym w związku z chorobą serca. 6 stycznia 1982 został przewieziony na rozprawę uczestników strajku. W związku z treścią orzeczenia lekarskiego o stanie zdrowia 15 stycznia 1982 jego sprawę wyłączono do odrębnego postępowania i uchylono mu tymczasowe aresztowanie. Od 19 marca 1982 przebywał jednak pod nadzorem funkcjonariuszy SB w szpitalu w Aninie

 

Lityński Jan – internowany od 13 grudnia 1981 do 3 września 1982

 

Łojek Jerzy – w nocy 12/13 grudnia 1981 w chwili wprowadzenia stanu wojennego krótkotrwale aresztowany. W 1982 zmuszony został do przejścia na wcześniejszą emeryturę.

 

Łuczywo Helena – po wprowadzeniu stanu wojennego przez ponad rok pozostawała w ukryciu

 

Łuczywo Witold – po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego pozostawał w podziemiu, w latach 1982–1984 brał udział w wydawaniu „Tygodnika Mazowsze”. Vente voiture export Rachatvotrevoiture.com Vendre voiture accidentée, Rachat de voiture HS. Ujawnił się w październiku 1984, po czym został na krótki czas aresztowany

 

Łukasiewicz Małgorzata – po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce została internowana (do 1982)

 

Macierewicz Antoni – po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 stanu wojennego wszedł w skład komitetu strajkowego w Stoczni Gdańskiej. 16 grudnia 1981, po pacyfikacji tego protestu, został internowany (w tym czasie została internowana na kilka miesięcy także jego żona). Osadzono go najpierw w zakładzie karnym w Iławie, następnie w Kielcach-Piaskach, Rzeszowie-Załężu i Łupkowie

 

Małachowski Aleksander „Kultura” – w stanie wojennym został internowany na okres około roku, później był aresztowany pod zarzutem działalności konspiracyjnej.

 

Markuszewski Jerzy – w stanie wojennym został internowany

 

Matusiak Antoni – 14 grudnia 1981 do10 grudnia 1982

 

Mazowiecki Tadeusz, naczelny „Tygodnika Solidarność” – po wprowadzeniu stanu wojennego został 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, po czym internowano go w Strzebielinku

 

Merkel Jacek – w stanie wojennym internowano go na okres ponad roku

 

Michnik Adam – internowany 13 grudnia 1981 do 3 września 1982

 

Mroczyk Piotr – od 14 grudnia 1981 do 7 grudnia 1982 internowany w Białołęce i Darłówku

 

Onyszkiewicz Janusz – po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany, zwolniono go 23 grudnia 1982

 

Pawlak Antoni – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na okres od grudnia 1981 do lipca 1982

 

Pietkiewicz Antoni – w stanie wojennym został internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 23 grudnia 1982. Ponownie aresztowano go w lipcu 1984, wkrótce zwolniono na mocy amnestii.

 

Przewłocki Janusz – internowany od 13 grudnia 1981 r. do 29 kwietnia 1982

 

Rayzacher Maciej – po wprowadzeniu stanu wojennego internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 20 marca 1982

 

Romaszewska-Guzy Agnieszka – po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na pięć miesięcy.

 

Romaszewska Zofia – uniknęła internowania po ogłoszeniu stanu wojennego, działała w ukryciu. Razem z mężem zorganizowała konspiracyjne warszawskie Radio „Solidarność”.

 

Romaszewski Zbigniew – w stanie wojennym ukrywał się, będąc poszukiwanym.

 

Rosner Andrzej – internowany w stanie wojennym od 13 grudnia 1981 do kwietnia 1982

 

Ruszar Józef – internowany 13 grudnia 1981 do 31 grudnia1982

 

Skórzyński Jan – internowany 13 grudnia 1981 i osadzony w Białołęce, zwolniono go 31 grudnia 1981

 

Skórzyński Piotr – internowany 13 grudnia 1981 do 29kwietnia 1982

 

Starczewski Stefan – od 13 grudnia 1981 r. do sierpnia 1982 r. internowany w Białołęce.

 

Szczepański Piotr – po wprowadzeniu stanu wojennego współpracował z podziemną „Solidarnością”, był zatrzymywany przez funkcjonariuszy SB

 

Szczypiorski Andrzej – pisarz 13.12.81-19.04.82

 

Szwajcer Piotr – od 13 grudnia 1981 do 10 lipca 1982 internowany.

 

Szymanderski Jacek – 20 grudnia 1981 do 7grudnia 1982

 

Śledzińska-Katarasińska Iwona – internowana od 13 do 16 grudnia 1981

 

Śliwiński Krzysztof – 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982

 

Tylko Zbigniew – 8 maja 1982 do 6października 1982

 

Tyszka Andrzej – internowany od 13 grudnia do 22 grudnia 1981 w Białołęce, od 22 grudnia 1981 do 5 maja 1982 w Jaworzu, następnie otrzymał przepustkę, formalnie decyzję o internowaniu uchylono 13 lipca 1982.

 

Wierzbicki Piotr – od 13 grudnia 1981 do 10 lipca 1982 internowany w ośrodkach w Białołęce, Jaworzu i Darłówku

 

Wolicki Krzysztof – internowany 13 lipca 1982 do 9 października 1982

 

Woroszylski Wiktor – 13 grudnia 1981 internowany w Ośrodku Odosobnienia w Warszawie-Białołęce, Jaworzu i Darłówku

 

Wóycicki Kazimierz – 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982

 

Wujec Henryk – od 13 grudnia 1981 do września 1982 internowany, następnie do 1984 i ponownie od czerwca do września 1986 więziony.

 

Wujec Ludwika – w stanie wojennym została internowana, zwolniono ją w marcu 1982.

 

Wyszkowski Krzysztof – Po wprowadzeniu stanu wojennego został zatrzymany 13 grudnia 1981 w Grand Hotelu w Sopocie, następnie internowany w Strzebielinku, gdzie prowadził kilkudniową głodówkę protestacyjną. W sierpniu 1982 uciekł, pozostając w ukryciu

 

Załuski Piotr – 13 XII 1981 internowany w Ośrodku Odosobnienia we Wrocławiu, od 24 XII 1981 w Grodkowie, 2 VI 1982 zwolniony

 

Zambrowski Antoni – w stanie wojennym internowany w więzieniu w Białołęce

 

Zieliński Andrzej – internowany 13 lutego 1982 do 23 grudnia 1982

 

Zieliński Marek – internowany13 grudnia 1981do 1 grudnia 1982

 

Zimand Roman – internowany 13 grudnia 1981 do 29 IV 1982, objęty zakazem publikacji.

 

Zebrała Elżbieta Binder, Pracownia Wolnego Słowa SDP

http://old.sdp.pl/pws/dodatkowe/lista_internowanych.html

 

Fot. Wikipedia

Ziarna gniewu – JERZY SURDYKOWSKI wspomina stan wojenny

Czas drugiego obiegu uważam za najpiękniejszy okres w mojej dziennikarskiej biografii, ponieważ czułem się wtedy ludziom autentycznie potrzebny. Chociaż to, co miałem do powiedzenia, mówiłem w małym nakładzie, czasem pod pseudonimem, czasami pod nazwiskiem, ale ludzie na to czekali.

 

Dwunasty, trzynasty grudnia. Planowałem wyjazd rano jedenastego ekspresem na Kongres Kultury Polskiej w Warszawie. W przeddzień, dziesiątego grudnia, wieczorem – jak to ładnie ujęła moja żona – wysunęła się ręka Boska z Kościoła Mariackiego i rzuciła mną o oblodzony bruk krakowski. Parę dni przed stanem wojennym zrobił się cholerny mróz. Taka bezśnieżna szadź się zrobiła. I wywaliłem się dokładnie pod Kościołem Mariackim. Złamałem obojczyk. Także w stanie wojennym, jak mówili złośliwi koledzy, miałem autointernowanie, we własnym gipsie. Akurat noc z dwunastego na trzynastego była pierwszą nocą, którą w pancerzu gipsowym, to strasznie niewygodne, przespałem w domu. Przyleciał syn i mówi „tata, generał w telewizorze”. Pierwsza moja myśl była „oni tego pożałują”. Taką miałem pierwszą refleksję. Nie że strach, tylko „oni pożałują”. Potem było jak było.

 

Zawieszenie SDP stało się oczywiste, jeśli nastąpił stan wojenny to musieli nas zawiesić czy rozwiązać, to była rzecz jasna, ja nie uczestniczyłem w tych pierwszych, panicznych spotkaniach ze względu na ten gips.

 

Bardziej dramatyczne było rozbicie strajków i strzelanie u „Wujka” dzień później. Nowa Huta zaprzestała strajku po otoczeniu i po wjechaniu ZOMO przez bramę. Postanowili nie stawiać oporu, dzięki czemu tam nie było ofiar.

 

Moje odejście z „Życia Literackiego”

 

Ja nie odszedłem z „Życia Literackiego” tylko z takiego pisma „Zdanie”, które nie wydało ani jednego numeru. Wydało później, ale już w innym składzie redakcji. „Zdanie” było wydawnictwem nieperiodycznym klubu „Kuźnica”, starało się, ale nie zawsze się to udawało, być kwartalnikiem. Ukazywało się w nim wiele tekstów, które były zdejmowane przez cenzurę w normalnej prasie. Z pełną świadomością władze krakowskie tolerowały taki mały wentylik. Jak Zbyszek Regucki już wrócił od Kani, którego zastąpił Jaruzelski, to na otarcie łez przywiózł sobie zezwolenie na otwarcie nowego pisma, przydział papieru itd. – wszystko. „Zdanie” miało się stać miesięcznikiem, nawet bardzo ciekawy był skład redakcji, no to ja się przyłączyłem.

 

Machejek był do przyjęcia jeszcze jak komunizm był silny, bo się nie bał tych wielkich bonzów w Warszawie. Dzwonił Łukaszewicz z pretensjami, to on odpowiadał: „Będę w Warszawie, wódki się napijemy”. A utytułowany, doktoryzowany warszawski redaktor w garniturku, po takim telefonie spadał z krzesła ze strachu. Ale w momencie, gdy powstała „Solidarność”, Machejek z instynktem komunisty, zorientował się, że jest to dokładnie przeciwko niemu, że może dojść do sytuacji gdy on nie będzie miał redakcji, nie będzie miał sekretarki, nie będzie miał kierowcy i wtedy zaczął już od jesieni 1980 roku w różny sposób wypychać z redakcji ludzi związanych z „Solidarnością”, nie mógł tego robić w sposób oczywisty, ale stosował taki pewien rodzaj usuwania przez wypychanie. Ponieważ pozbył się w ten sposób paru ludzi, mocno się starliśmy z Machejkiem gdzieś w 1981 roku. Pomyślałem sobie – co ja się będę „kopał z koniem” pójdę do tego „Zdania”, są tam sympatyczni ludzie i sympatyczny szef i od 1 listopada 1981 roku – tak mi się zdaje – poszedłem do redakcji „Zdania” i weryfikowany byłem jako dziennikarz „Zdania”, oczywiście niezweryfikowany. Jeszcze w tym czasie wylali mnie z PZPR-u, gdzie zajęła się mną kontrola partyjna późną jesienią ‘81, a wywalili mnie tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Tak to się zbiegło z weryfikacją. Po prostu powiedziałem im co myślę; na weryfikacji byłem, na komisji kontroli partyjnej nie, napisałem im swoją odpowiedź, którą potem Krzysztof Bobiński gdzieś wywiózł do Anglii, zostało przetłumaczone i ukazało się w brytyjskim czy amerykańskim kwartalniku, tytułu nie pamiętam. To było o wszystkim, co się działo. Z tego „Zdania” to chyba więcej jak połowa nie została zweryfikowana, tam było dość dużo ludzi z Uniwersytetu, oni na Uniwersytecie zostali, ale nie pozwolono im pracować w „Zdaniu”.

 

„Zdanie” się potem ukazywało w mocno innym zespole do 1989 czy 1990 roku, to już mnie nie interesowało specjalnie.

 

Weryfikacja

 

Napisałem kiedyś tekst „Nadzwyczajny Zjazd SDP po ćwierćwieczu” z podtytułem refleksje osobiste, zacytuję fragment: „Jednym z najbardziej paskudnych poczynań reżimu generalskiego była weryfikacja dziennikarzy. Specjalne partyjno-bezpieczniackie komisje w sposób pozbawiony podstaw prawnych, oceniały czy dana osoba godna jest dalszego zatrudnienia. Jeśli ktoś z nas z własnej woli nie zrezygnował z pracy w mediach – tak jak Dariusz Fikus czy Maciej Iłowiecki, którzy odeszli z „Polityki” – znajdował się na bruku. Stefan Bratkowski jakiś czas się ukrywał, potem zaczął nielegalnie wydawać na kasetach swoje niezapomniane gazetki dźwiękowe. Ja jakoś utrzymywałem się z publikowania tekstów przemycanych za granicę, głównie do USA. Maciej Szumowski został nocnym stróżem, Maciej Wierzyński – taksówkarzem, Jacek Maziarski – antykwariuszem. I tak dalej, i tak dalej… Wszyscy pisaliśmy do prasy podziemnej. A jeszcze iluż naszych koleżanek i kolegów przewinęło się przez obozy internowania i więzienia. Ale był to dla nas niezapomniany i może nawet najbardziej owocny czas w życiu. Kadencja naszego zarządu, który – nigdy nie przerwał działalności – skończyła się dopiero na zjeździe relegalizowanego SDP w 1990 roku. Nigdy nie miałem poczucia, że jestem tak bardzo ludziom potrzebny jak wtedy i nigdy moje myśli – drukowane w małym nakładzie na byle powielaczu – nie były tak uważnie czytane. Dlatego dziękuję panu, generale Jaruzelski za te trudne, lecz owocne lata! Bez pana i bez robienia panu za złość nigdy bym się tego nie nauczył, co dziś umiem i nigdy bym nie rozumiał tego, co przez te lata zrozumiałem”.

 

Do tego fragmentu dodam taką rzecz osobistą: Przeżyłem wspaniałe satysfakcje zawodowe w okresie, kiedy funkcjonował drugi obieg, kiedy nie było mnie jako autora, z wyjątkiem „Tygodnika Powszechnego”, gdzie czasem ukazywało się tylko nazwisko i zaznaczenie ingerencji Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, a nawet i to nie, bo były tam różne targi, jeśli było dużo ingerencji, np. „to my puścimy wam trzy ingerencje, pięciu wam nie pozwolimy, dwie musicie zamilczeć”. Takie były nieformalne rozmówki.

 

Powtórzę: uważam tamten czas drugiego obiegu za najbardziej owocny, efektywny, za najpiękniejszy okres w mojej dziennikarskiej biografii, ponieważ czułem się wtedy ludziom autentycznie potrzebny. Chociaż to, co miałem do powiedzenia, mówiłem w małym nakładzie, czasem pod pseudonimem, czasami pod nazwiskiem. Ale ludzie na to czekali. A tego nie było ani przedtem, ani potem, a nie ma tego zwłaszcza teraz.

 

Wizyta papieża

 

Pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny w stanie wojennym, ta w czerwcu 1983 roku, była bardzo poruszająca, bo papież odwiedził Mistrzejowice, a kościół na Mistrzejowicach to była prawdziwa twierdza „Solidarności”, gdzie pierwsze skrzypce odgrywał ksiądz – on nie był proboszczem był wikarym, ale robił co chciał – nieżyjący już Kazimierz Jancarz, zwany przez kolegów „jajcarzem”, jego czwartkowe Msze za Ojczyznę, to były spektakle antykomunizmu. Olbrzymia sala zawsze nabita.

 

Tam poza tym działała bardzo ważna inicjatywa. Już nie wiem, kto wymyślił, bo ja wszedłem do już istniejącej, funkcjonującej instytucji – Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy (ChUR).

 

To była taka jakby szkoła aktywu, szkoła działaczy, gdzie zwykli ludzie, robotnicy, pracownicy nie tylko Huty ale i innych zakładów związani z „Solidarnością” przychodzili, żeby się uczyć. Najróżniejsi ludzie tam byli, paru dziennikarzy, ja, Kasprzyk, czasami Szumowski, przychodziło trochę ludzi z Uniwersytetu, przede wszystkim bardzo aktywny był Rysiek Terlecki, historyk. Mówiliśmy im o historii, polityce, ekonomii, nawet były wykłady i zajęcia praktyczne ze sztuki negocjacji. Myślę, że ci ludzie, którzy przeszli przez ten ChUR wiele na tym zyskali. Oczywiście były tam też bardziej konfesyjne zajęcia, choćby „O nauce społecznej Kościoła”, ale przekazywana była zupełnie świecka, przydatna wiedza, której ci ludzie gdzie indziej by nie zdobyli, bo była ona ocenzurowana.

 

I do tej twierdzy „Solidarności” przyjechał Ojciec św. Dookoła były olbrzymie tłumy, oczywiście wszyscy z palcami do góry, transparenty. Stała milicja czy też ZOMO, dość daleko, nie zbliżali się, tyle że było ich widać, pewno było ich wielu po cywilnemu. Idzie papież pozdrawia wszystkich, śmieje się, widać, że jest w swoim żywiole, za nim sznur smutnych kardynałów i biskupów z całego świata, którzy w ogóle nie wiedzą o co chodzi, modlą się albo drzemią, i jeden, który wiedział o co chodzi – kardynał Jan Król, Polak amerykański, z Filadelfii, który też znak Victorii pokazuje. Ten moment przypomniałem mu, gdy miałem przyjemność kardynała Króla uhonorować odznaczeniem państwowym. Doskonale tamto wydarzenie pamiętał, dokładnie tak jak ja.

 

Wizyta w 1983 roku, była jakby ważniejsza niż następne, była jakby kawałkiem nagle wolnej Polski. W 1987 roku, drugi obieg był już rozbudowany. Było bardzo ważne, że papież przyjechał. Byłem na Błoniach. Mnóstwo ludzi, bardzo ostra kontrola, żeby transparentów nie wnosić. Przede wszystkim oni się pokapowali, że żeby mieć transparent no to trzeba mieć kije. Jakiekolwiek laski były zakazane, przychodził dziadek o lasce, to mu laskę zabierali. Jeśli ktoś przyniósł transparent, to mógł go tylko pokazać na ręku. Ta wizyta Ojca św. w Polsce w stanie wojennym podziałała na mnie najbardziej.

 

Władze SDP w podziemiu

 

Nasz sposób komunikowania się? O dokumentach nie będę mówił, bo te wytworzone, były w Warszawie gdzieś melinowane i trzeba trafić na ich ślad. Bratkowski może pamiętać, na pewno nie w jego mieszkaniu. Pani Anna Borkowska wynosiła w niedzielę pierwszego dnia stanu wojennego jakieś dokumenty z lokalu SDP-u razem z Jackiem Kalabińskim. Była sekretarzem Oddziału Warszawskiego. Jacek – prezesem. Ona wiedziała. Wielu innych ludzi. Szkoda, że taki sympatyczny człowiek, sekretarz – ale nie generalny sekretarz jak nieżyjący już FikusJacek Ratajczak jest w Kanadzie. Odwiedziłem go w latach osiemdziesiątych w Kanadzie. Fikus bardzo się obawiał rewizji i starał się nie trzymać u siebie w domu dokumentów, ale musiał mieć miejsce, gdzie je trzymał. Może one wróciły do ich mieszkania. Nie wiem.

 

Miejsce spotkań – różne. Bywało u Anki Borkowskiej, bywało u Paszyńskiego też świętej pamięci, tylko jego żona strasznie się denerwowała jak były spotkania u Paszyńskiego. Kiedyś spotkaliśmy się w Kazimierzu, u Iłowieckiego. Raz czy dwa razy, już nie pamiętam.

 

Cały Zarząd Główny nie mógł się często zbierać w warunkach konspiracji. W całym zespole Zarządu Głównego wszyscy opowiedzieli się za kontynuacją pracy z wyjątkiem Ryszarda Niemca, który potem wstąpił do esduperelu, więc myśmy go skreślili. No i zdecydowanie po stronie władzy zaangażował się Róg-Świostek.

 

Inni bardziej lub mniej aktywnie, ale działali. Krzysztof Klinger, on dość szybko umarł, był sekretarzem.

 

Były spotkania raz na miesiąc, na dwa miesiące, ale w mniejszym gronie. Już nie pamiętam, jaki był sygnał telefoniczny: coś tam o jakiejś cioci, czy Basi, coś takiego, że wiedziałem, że trzeba przyjechać do Warszawy. W mniejszym gronie omawialiśmy, co było do załatwienia dla mnie czy dwóch, trzech osób. Spotkania w dużym gronie były bardziej niebezpieczne, ale bywały, zwłaszcza gdy trzeba było coś podpisać, to one były.

 

W pierwszym okresie wszyscy się pilnowali, później już nie, ale nigdy nie było tak, żeby ktoś przez telefon powiedział, że będzie spotkanie Zarządu. Nie pamiętam, jakie sygnały myśmy ustalali, może ustalaliśmy na spotkaniu na następne co się powie, te reguły konspiracji w latach następnych rwały się. Większa była konspiracja, jeśli chodziło o prasę podziemną, zwłaszcza taką, jak „Hutnik”, na której rozbiciu esebecji bardzo zależało.

 

Jeszcze jedna rzecz, o której nie mówiliśmy i która mi przyszła do głowy, pani pytała, czy były jakieś tytuły prasy podziemnej wydawane przez SDP: nigdy nie było prasy, którą wydawało podziemne SDP. Ale świadomie, nie usiłowaliśmy w Krakowie – wiem, że w Warszawie były jakieś próby – nie robić niczego takiego, z dwóch powodów:

raz – że lepiej by było, jeżeli ci dziennikarze, którzy chcą i potrafią się na to zdobyć, współpracują z już istniejącymi tytułami czy współtworzą nowe tytuły prasy podziemnej, ale żeby te działania były zdecentralizowane, rozśrodkowane;

dwa – to były efekty wiadomości z różnych przesłuchań. Ja zresztą też byłem przesłuchiwany, do wyjazdu mojego do Stanów na początku 1985 roku w pierwszych dniach stycznia 1985 roku, wielokrotnie zdejmowano mnie z ulicy na takie doraźne improwizowane – może nie, może oni to sobie wcześniej przygotowywali – przesłuchania godzinne, dwugodzinne, trzygodzinne, różne. Tematem, który się ciągle powtarzał, chyba mieli hopla na tym punkcie – w przesłuchaniach kolegów, jak ktoś był zatrzymany i przesłuchiwany, wzięty z ulicy, to się powtarzało, myśmy wymieniali informacje o przesłuchaniach, to ważne, o co się pytają – były dwie sprawy: działalność podziemna: „wy nie zaprzestaliście działania” oczywiście oni to wiedzieli, czy się domyślali, czy mieli dowody i drugi taki konik: Polska Parta Socjalistyczna, wmawiali, że SDP chce powołać PPS.

 

Lepiej więc byłoby, żeby SDP nie miało jakiegoś pisma, które by z tym było kojarzone, lepiej żeby członkowie nasi współpracowali z prasą podziemną i trzeba im w tym pomagać i tych, którzy chcą, nie na siłę, ale trzeba ich do tej działalności wciągać. Taką mięliśmy politykę, przynajmniej tu w Krakowie. Wiem, że w Gdańsku było podobnie. Te tematy się powtarzały na przesłuchaniach po za Warszawą i Krakowem, dość dobrze znam środowisko gdańskie i to wiem. Tak sobie zresztą ustaliłem, podzieliliśmy się między członków Zarządu, co do legalnego działania, kto się będzie opiekował jakimi oddziałami wojewódzkimi, ja sobie wziąłem Wybrzeże i oczywiście Kraków oraz Rzeszów. Wybrzeże – oczywiście dotyczyło to Gdańska, no i Szczecina, gdzie było dużo mniej ludzi, dużo mniejsza aktywność, ale też była.

 

W Szczecinie grono tych, którzy dochowali wierności SDP i „Solidarności” skupiło się wokół nieżyjącej już Anki Machay, której trzeba oddać szacunek za odwagę. Po upadku komunizmu była naczelną „Kuriera Szczecińskiego”.

 

Dziennikarze SDP-u w podziemiu

 

Może się okazać, że było więcej ludzi, którzy pisali w drugim obiegu, niż wymieniam. Maria de Hernandez-Paluch, bardzo aktywna, ona prowadziła pismo opinii „Bez dekretu”, oboje Szumowscy, czyli Maciek i Dorota Terakowska, Tadeusz Pikulicki, Jerzy Sadecki, Zbigniew Ringer, emeryt, dziennikarz sportowy, on pisywał od czasu do czasu, Lusia czyli Helena Lazar, wyrzucona dziennikarka od Szumowskiego, być może Ewa Owsiany coś pisywała, nie jestem pewien, to jest też dziennikarka od Szumowskiego, reportażystka, Andrzej Sabatowski sekretarz redakcji „Życia Literackiego”, on pracował a jednocześnie przez dwa lata redagował pisemko „Tymczasem”. Elżbieta Morawiec, Maria Palatyńska i Bogusław Rogatko, wyrzuceni z „Życia Literackiego”, na pewno Tadeusz Nyczek, krytyk, Maria Przełomiec, pracowała chyba w Radiu i pisywała do „Hutnika”, Wojtek Marchewczyk, redagował „Hutnika”, ukrywał się, bardzo ważna postać.

 

Stefan Maciejewski, na przykład nie miał żadnego kontaktu z prasą podziemną, nie wiedziałem, że tak dokładnie spisywał „czyny i rozmowy”. Z „Tygodnika Powszechnego” spływały do prasy podziemnej teksty zdjęte przez cenzurę; nie pisały do niej osoby z głównego trzonu „Tygodnika”, ale pisywali ludzie, którzy byli wokół nich. Oni mieli taką zasadę, że nie powinni się dać złapać, nie powinni dawać okazji bezpiece, ale różni ludzie, którzy się koło „Tygodnika” kręcili, czy byli na jakiś mniejszych etatach pisywali. Roman Graczyk, Jan Rogóż, Pilch coś pisywał, ale Pilch się pokazał w późniejszym okresie, Burnetko, coś robił. Wielcy może wiedzieli, że oni piszą i mieli nad nimi pewien parasol, ale sami się nie angażowali, chyba słusznie.

 

Ja uważałem, że nazwiska, adresy, co wiedziałem należy zapomnieć. Po prostu, po co pamiętać. Nigdy nie wiedziałem, kiedy wezmą na porządne spytki do bezpieki. Mnie nigdy fizycznie nie atakowano, nie było pobicia.

 

Ale są dziennikarze, których bito. Np. Tadeusza Pikulickiego pobito na ubecji. Wiedzieć tylko to, co mnie dotyczy, co ja muszę wiedzieć, żeby móc swoje robić.

 

To, że Lusia Lazar pisywała nie wiedziałem, niejednokrotnie podrzucałem jej dary, i nie wiedziałem tego. Pisywaliśmy do tego samego „Hutnika”. I bardzo dobrze, żeśmy nie wiedzieli. Ja w dalszym ciągu pewno nie wiem o wielu ludziach, którzy coś robili.

 

Była w Warszawie w połowie lat osiemdziesiątych niezależna agencja informacyjna, którą prowadził Jacek Maziarski. Pracował tam Arendarski. Przepisywał na komputerze biuletyn, który był bardzo przydatny gazetkom podziemnym, pod warunkiem, że do nich dotarł. Był problem jak ten biuletyn regularnie przewozić. Przez znajomych akurat dowiedziałem się, że postać wówczas z Piwnicy, a dziś światowej rangi – kompozytor Zbigniew Preisner jeździ co tydzień do Warszawy. Akurat jego regularne wyjazdy zbiegały się z wydaniem biuletynu, raz na tydzień. On go przywoził, wkładał do ustalonej skrytki, bardzo dzielnie to robił, bardzo regularnie. To było bezcenne dla różnych tytułów podziemnych.

 

Miejsca spotkań

 

Klub „Pod gruszką” funkcjonował początkowo w pierwszym okresie, dopóki nie powstał esduperel. Oczywiście byli tam różni tajniacy. Ale była to taka kawiarnia dziennikarska z wymianą plotek: ten to, ten tamto. Potem, jak powstał esduperel, to tam już się nie chodziło. Ja zresztą rzadko bywałem „Pod gruszką”. Była kawiarnia w Domu Literatów na Kanoniczej, gdzie mieliśmy spotkania. Potem jak powstał neo-ZLP i przejął ten dom, to w każdą środę czy czwartek ci, którzy nie wstąpili do neo-ZLP, siadywali sobie przy jednym stoliku na godzinkę czy półtorej, żeby pokazać, że jesteśmy. To Szymborska zwłaszcza organizowała, jej zależało, żeby jak najwięcej ludzi przychodziło. Klub Inteligencji Katolickiej, był ośrodkiem ważnym, tam się odbywały spotkania literackie, takie mówione pismo „Na Głos”, które po pewnym czasie było drukowane.

 

Zasady Postępowania i Zaleceń Koleżeńskich władz SDP

 

Wiele rozmów było z dziennikarzami mającymi rozterki moralne w związku z podejmowaniem pracy lub jej kontynuowaniem w reżimowej prasie. Przychodzili do mnie czy nawet dzwonili różni ludzie, na ogół to byli znani mi, którzy tak jakoś chcieli się wyspowiadać albo powiedzieć: „ja muszę, ja nie mam wyjścia, bo żona, dzieci”, albo „tak się moje życie ułożyło”.

 

Ale też sporo ludzi, którzy formalnie byli po tamtej stronie, starało się w czymś nam pomóc, przykładów parę podam. Na przykład, jak się później okazało „tajny i świadomy”, prof. Goban-Klas, medioznawca z Krakowa, potrafił przy kawce – nie w pierwszym okresie, trochę później – podrzucić mi szereg informacji ze swoich źródeł i szereg tematów, które ja potem wykorzystywałem w drugim obiegu, bo to były niegłupie rzeczy. On wiedział, że to pójdzie, miał tego pełną świadomość. Nie wiem, czy on nie pisał później sprawozdań z tych naszych spotkań, ale tematy były niegłupie i ja to wykorzystywałem. Może nie wszystko, ale bardzo wiele.

 

Przewodniczący tego powstałego w Krakowie – jak to się mówi – esduperelu – Andrzej Magdoń dawał mi z jakiś tam zasobów, które oni mieli, bony benzynowe i za te bony benzynowe myśmy z Marią de Hernandez-Paluch, głównie jej samochodem, bo ona miała dużego fiata a ja malucha, przywozili z Warszawy dary. W Warszawie był większy dostęp do darów i myśmy rozdzielali je dla środowiska dziennikarskiego i niektórych biedniejszych literatów i rodzin uwięzionych działaczy „Solidarności”. W pewnym momencie było tego dosyć dużo, mogliśmy te dary szeroko rozdawać. A benzyna była z esduperelu. Bardzo wielu dziennikarzy, nazwisk może nie będę ich wymieniał, bo było ich bardzo dużo, jedno tylko – Jerzy Sadecki. To był dobry przykład dziennikarza, który cały czas pracował, był pozytywnie zweryfikowany, ale który świadomie wszedł, ja go zresztą wciągnąłem do współpracy z drugim obiegiem, potem namówiłem go na napisanie książki o oporze w Hucie, pod pseudonimem Marian Garden „Nowa Huta: ziarna gniewu, ziarna nadziei” o tych wszystkich strajkach, demonstracjach, Włosiku itd. On cały czas tam był. Potem zresztą z Sadeckim, jak już komunizm upadł, i były wybory ‘89, razem robiliśmy pierwsze legalne pismo „Głos Wyborczy Solidarności”, który miał się potem przekształcić w tygodnik Solidarności, ale zaczęły się różne nienawiści, różne rozróbki i wykolegowano mnie po wyborach. Udało nam się nawet wydać ten pierwszy numer na tydzień przed „Gazetą Wyborczą” Michnika, ale tygodnik łatwiej było zrobić niż dziennik.

 

Wielu dziennikarzy dostarczało informacje różnego rodzaju, które mieli, wiedzieli, że można do mnie przyjść: Bogusia Pałczyńska, pracowała w „Echu Krakowa”, tenże Magdoń, był taki Ośrodek Badań Prasoznawczych – Pisarek, Bajka, Bralczyk obecny telewizyjny językoznawca, przychodziłem do nich po utajnione wyniki badań bądź ich, bądź socjologicznych z Uniwersytetu, które oni mieli. Także od wielu ludzi dostawaliśmy jakieś namiary, czy jakieś rzeczy, które warto było wykorzystać w prasie bezdebitowej.

 

Ludzi, którzy czuli ciśnienie, mieli nieczyste sumienie, że pracowali w prasie, radiu, telewizji reżimowej czy satelitarnej było wielu.

Taki Zbyszek Jurkowski, świetny alpinista, pracował w gazecie „Słowo Powszechne”, była taka paxowska gazeta – strasznie mi się wypłakiwał, nie każdy może być odważnym alpinistą, nie każdy musi być odważnym dziennikarzem.

Oczywiście z jednej strony trzeba było wykazać pewien ludzki stosunek, a z drugiej strony były zachowania, które trzeba było wprost potępić.

 

Obowiązek pracy

 

Padł blady strach, oczywiście. Ciekawa rzecz, wyrzuceni po weryfikacji z RSW Prasa, czy jak mówiono złośliwie MSW Prasa odwoływali się do Sądu Pracy i wygrywali proces. Myśmy się też odwołali do Sądu Pracy i wygraliśmy, musieli nam zapłacić odszkodowanie. Dwudziestu pięciu dziennikarzy. Nie pamiętam już, czegośmy się uczepili, w każdym razie wykazaliśmy, że to było niezgodne z Kodeksem pracy i Sąd – powiem pani – wręcz robił do nas oko, pani sędzia. To był ten pierwszy okres.

 

Potem zaczęło być już groźnie, bo obowiązek został wprowadzony, ale jak ktoś nie miał pracy – dotyczyło to mężczyzn – były przypadki, że różne firmy fikcyjnie przyjmowały do pracy takich ludzi. Ja miałem rentę. Zresztą członkowie związków twórczych byli od tego obowiązku zwolnieni. Ja byłem członkiem Związku Literatów, do rozwiązania. A później, jak już było rozwiązane ZLP, wyszło takie rozporządzenie w życie, że ci, którzy nie zapisali się do neo-ZLP mogli otrzymać w dowodzie osobistym taki wpis: „wykonuje zawód literata”. Ja w starym dowodzie mam taki wpis: „wykonuje zawód literata”.

 

Część ludzi pozakładała jakieś warsztaciki, jakieś firemki, na tym zresztą na ogół dobrze wyszli. Tadeusz Pikulicki z „Gazety Krakowskiej” wymyślił sobie, że będzie jednorazowe zapalniczki przerabiał na wielorazowe, nawet kogoś fikcyjnie zatrudnił, a teraz jest biznesmenem. Od łyczka do rzemyczka jakoś im to wyszło, tym ludziom te biznesy. Parę osób wyjechało z tych wyrzuconych. Także ta ustawa o pasożytnictwie służyła zastraszeniu osób wyrzuconych z pracy.

 

Wyjechali: Andrzej Warchałowski z Telewizji (był członkiem Komisji Krajowej „Solidarności”), Milada Zapolnik z „Dziennika Polskiego”, Jacek Pałamarz z „Gazety Krakowskiej”, Maciejewski był parę lat w Australii, takie małżeństwo, nie pamiętam ich nazwiska (chyba Wcisło), wyjechało do Australii – bardzo sympatyczni, młodzi ludzie z „Gazety Krakowskiej”. Wiele jest osób, których nie pamiętam.

 

Duszpasterstwo

 

Ostoje „Solidarności” to były Mistrzejowice, kościół św. Józefa na Podgórzu, Karmelitan na Piasku, Dominikanie. Mistrzejowice były o tyle ważne, że był to ośrodek robotniczy, podobnie jak św. Józefa na Podgórzu. Dominikanie to było duszpasterstwo akademickie, tam się odbywały bardziej intelektualne dyskusje. U Karmelitów na Piasku też czasem coś ChUR robił, już nie pamiętam. ChUR również działał u św. Józefa. To były te – według mnie – najważniejsze ośrodki kościelne w Krakowie. W całej Polsce było podobnie.

Kiedyś byłem w „Wyborczej” i Jarek Kurski mówi „ja byłem na pana zajęciach w Gdańsku”. Było bardzo mi miło, że pamięta. W Krakowie też zajęcia miałem parę razy, starałem się by słuchacze napisali jakieś teksty, które później ocenię, odbywało się to zdaje się u Dominikanów, w każdym razie w jakimś kościelnym pomieszczeniu.

Oczywiście trwała akcja odczytowa, miałem różne doraźne prelekcje i spotkania. Kontakt był nawiązywany przez „Tygodnik Powszechny”. Ktoś pytał: nie pojechałbyś do Łańcuta, bo tam jest zapotrzebowanie? No to jedziemy, np. z Tadeuszem Szymą. Szyma o poezji, ja o ekonomii czy polityce. Czy do Łodzi wyjazd. To już po linii esdepowskiej, bo tam Katarasińscy działali. Jerzy Katarasiński, nieżyjący już, znakomity facet, mąż obecnej posłanki Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej. Olbrzymia sala przykościelna, nieprawdopodobnie dużo ludzi, w oknach siedzieli, te spotkania były wspaniałe, bo ludzie się nimi naprawdę interesowali. W Kielcach coś miałem. Organizował Juliusz Braun, późniejszy przewodniczący KRRiTV. W Rzeszowie, w Szczecinie, w Gdańsku wiele razy, w wielu miejscach.

 

Wychodzenia z podziemia 1988-1989

 

Aktywność SDP-u osłabła po 1985 roku, już się nie pisało Listów, Oświadczeń, rzadziej się spotykaliśmy. Ale jeszcze jedna, znacząca, akcja była w Polsce w czasach późniejszych w okresie 1987 do początków 1989 roku. Było to konspiracyjne szkolenie dziennikarzy prasy podziemnej. Ja cały 1988 rok spędziłem w Ameryce. Tam był jeden moment esdepowski – ważny. Nie pamiętam, od kogo przyszło zapotrzebowanie, żeby działacze SDP, przebywający w Stanach napisali do FIJ-u w Brukseli, że proszą o przyjęcie. Być może był taki sam list od działaczy SDP-u przebywających we Francji. Byłem ja, Jacek Kalabiński, Janka Jankowska. Napisaliśmy takie pismo po angielsku. To był ten okres, kiedy nas przyjmowano do FIJ-u. SDP nie był jeszcze relegalizowany, przyjęcie do FIJ-u było bardzo ważnym momentem do relegalizacji, bo pokazało, że jesteśmy.

 

Przyjechałem do Polski na Sylwestra, ‘88/’89. W styczniu, na początku roku odbył się nielegalny, ale już zupełnie bez żadnej konspiracji, zjazd SDP-u. Nie wiem w jakiej sali, była to dość duża sala o niskim suficie, gdzie otwarcie mówiliśmy, co chcemy. Podpisaliśmy List Otwarty z żądaniem relegalizacji SDP. Janka Jankowska, Kasia Kołodziejczyk, Bratkowski, Iłowiecki, cały zarząd, Paszyński, Jacek Moskwa. Nie wiem, czy Szumowski wtedy był.

 

Wierzbiański

 

Bolka Wierzbiańskiego bardzo wysoko oceniam. To był wspaniały człowiek. Dostał w 1999 r. Orła Białego. Chociaż moim zdaniem Orzeł Biały został trochę zdeprecjonowany, bo w zasadzie on powinien się należeć za zasługi wojskowe i cywilne – jednocześnie. A Bolek miał zasługi cywilne ogromne, a wojskowych żadnych.

 

To już nie moja sprawa. Ja miałem przyjemność wręczyć mu w 1994 r. w imieniu Prezydenta RP Lecha Wałęsy Krzyż Komandorski z Gwiazdą Polonia Restituta za wybitne zasługi na polu pisarskim i dziennikarskim w obronie kultury polskiej.

Oprócz tego, że robił dobrą gazetę, to jeszcze starał się opiekować SDP-em, zawsze jakieś pieniądze podrzucał dla SDP-u, dużo tego nie miał, ale zawsze coś było. No i zatrudniał. Specjalnie powołał do tego celu fundację. Poprzez fundacje można było zatrudniać dziennikarzy na pół roku na zasadzie non profit i nie płacić od tego podatków. Ja tam byłem zatrudniony w drugim półroczu ‘88-ego, w pierwszym miałem stypendium Kościuszki. Zatrudniał wybitnych dziennikarzy. Przede mną był Kłopotowski, po mnie Adamiecki, wielu ludzi przewinęło się przez „Nowy Dziennik”. Maciej Wierzyński, Piotr Stasiński, Małgorzata Szejnert. On miał do dyspozycji przez pół roku dobre pióra, a dziennikarze mogli normalnie zarobić. I prócz tego Wierzbiański zawsze jakieś pieniądze dla SDP-u organizował. Z „Nowym Dziennikiem” to trochę tak się stało jak z „Tygodnikiem Powszechnym”, póki była cenzura to mieli do dyspozycji najlepsze pióra kraju. Kiedy w Polsce komunizm upadł sytuacja zmieniła się. Honoraria przestały być atrakcyjne – w „Nowym Dzienniku” na niekorzyść jeszcze działało to, że złotówka poszła do góry, a dolar spadł w dół. Na stosunki amerykańskie honoraria nasze były znikome, ale kiedy w połowie lat osiemdziesiątych płacono mi za nieduże teksty 25 czy 30 dolarów to była równowartość średniej miesięcznej pensji, po czarnorynkowym kursie dolara to można było z tego miesiąc przeżyć, a ta sama suma w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dolar był poniżej 3 zł, to była już suma śmieszna, niższa od jakiegokolwiek honorarium w Polsce. Na emigracji było wielu dziennikarzy, z których część wróciła potem do Polski, część nie, a pisma krajowe po upadku komunizmu były nie tylko wolne, ale atrakcyjniejsze finansowo. Tak więc „Nowy Dziennik” uległ normalizacji wrócił do swojej normalnej roli – gazetki pewnej grupy etnicznej w Stanach Zjednoczonych. I to wszystko.

 

Wierzbiański, na pewno był wielkim człowiekiem i cześć Jego pamięci.

 

Odczyty i wykłady w Stanach Zjednoczonych

 

W 1985 roku jeszcze tylko polonijne, a w 1988 też polonijne ale głównie na uniwersytetach amerykańskich.

Przyjmowałem propozycje wykładów bardzo chętnie, chociaż bywało, że nie płacili, a jednak to dla mnie było ważne, żeby z jakimiś pieniędzmi wrócić. Miałem wykłady na Harvardzie, w Yale, na Washington University, w Berkeley, w Kanadzie również. Tematy tych wykładów były dwa: „Prasa podziemna w Polsce jako największe osiągniecie Solidarności” oraz „Sekwencja polskich kryzysów politycznych od ‘56”.

Do Stanów docierała prasa podziemna. W 1988 roku była wystawa polskich druków bezdebitowych w Bostonie, pokazywana również w innych ośrodkach. Kilka ośrodków gromadziło prasę podziemną. Jeden, może największy istnieje w Instytucie Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii. Tam pracowało dwóch Polaków Maciej M. Skierski, kurator oraz Zbigniew Stańczyk. Stworzyli te zbiory.

Drugi to Uniwersytet Yale, trzeci był w Bostonie, ale nie na Harvardzie, w mniejszym ośrodku.

 

„Kontakt”

 

Bardzo ważny dla dziennikarzy był ośrodek Chojeckiego w Paryżu i kontakt w „Kontakcie”. Wielu tam pisywało. Był albo szmuglowany do kraju w postaci takich małych zeszycików, albo był dodrukowywany w kraju. Szerzej rozchodził się w tym czasie niż „Kultura” paryska. Tamten ośrodek Chojecki-Chruszczyński przeszmuglował wiele maszyn drukarskich do kraju, trzeba to powiedzieć i powtarzać, żeby zostało zapamiętane, bo te maszyny były naprawdę w kraju potrzebne. Zanim taka maszyna dotarła tam, gdzie miała dotrzeć, nieraz wpadała po drodze, może co druga docierała, a może mniej.

 

1990 rok

 

Zrezygnowałem z kandydowania na prezesa na Zjeździe SDP w 1990, bo wiedziałem, że wyjadę do Ameryki. Do Zarządu weszli na zasadzie kooptacji ci, którzy nie zdradzili i pracowali w okresie konspiracyjnym mniej lub bardziej, doszedł Jacek Żakowski, Konstanty Gebert. Te dwie osoby pamiętam.

 

W momencie, jak stanął problem Domu Dziennikarza na Foksal, nachalnie włączył się w to Jaruzelski, który chciał mediować – no, był prezydentem – miedzy dwoma organizacjami dziennikarskimi. Były nawet dwa spotkania z udziałem Jaruzelskiego. Bratkowski nie chciał na to iść, posłał mnie i Iłowieckiego, nie pamiętam kogo jeszcze, trzech nas było ze strony SDP-u. Ale nic z tego nie wyszło, gadał, gadał, gadał. Przyznawał nam rację, ale nie miało to żadnego dalszego ciągu.

 

Pamiętam jak nas relegalizowano, byliśmy strasznie szczęśliwi, strasznie pełni zapału. Pamiętam też taki wyjazd do Brukseli i rozmowę z Leopoldem Ungerem, który mówił: „puknijcie się w głowę, co wy sobie wyobrażacie!” Było nas kilku z SDP-u. „U nas w Belgii jest kilka organizacji dziennikarskich, wszystkie ze sobą skłócone i żadna nic nie ma do gadania. U was też tak będzie”. I miał rację.

 

Spisała Elżbieta Binder

 

Tekst za zasobów Pracowni Wolnego Słowa SDP, tytuł i lead od redakcji portalu sdp.pl

 

Od dwutygodnika do portalu – RAFAŁ WĘGLEWSKI o „Podwarszawskim Życiu Pruszkowa”

Dzisiaj mam osiemdziesiąt osiem lat, dołożyłem do wydawnictwa 250 tys. zł i nie żałuję. Mam satysfakcje, że mogłem poprzez prasę przybliżać prawdę i że mogłem komuś pomóc – zauważa Edward Besiński, przewodniczący kolegium redakcyjnego „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”.

 

Na początek trochę z historii…

 

Początek „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa” sięga 1991 roku, Tytuł Prasowy ukazywał się pierwotnie pod nazwą „Życie Pruszkowa”. Tamtejsze czasopismo zostało, odkupione przez Edwarda Besińskiego od red. Zbigniewa Ziółkowskiego, który mimo, że sprzedał tytuł został pierwszym red. naczelnym, w nowej odsłonie gazety. W skład redakcji weszli, Edward Besiński, ekonomista, elektronik; lek.med. Witold Kuch i mgr. Inż. Geodeta Tadeusz Topolski. Po roku nastąpiła zmiana na stanowisku red. naczelnego, którym został w wyniku losowania Edward Besiński.

 

Na początku lat dziewięćdziesiątych pismo ukazywało się dalej pod nazwą „Życie Pruszkowa”, później pod nazwą „Podstołeczne Życie Pruszkowa”, ostatecznie nastąpiła zmiana tytułu na „Podwarszawskie Życie Pruszkowa”, pod którą ukazywało się do października 2016 roku.

 

Gazeta ukształtowała się jako dwutygodnik, zajmujący się szeroką tematyką lokalną i krajową. Na łamach gazety można było przeczytać o bieżących wydarzeniach, dziejących się lokalnie jak i w Polsce. Były również strony poświęcone, kulturze , historii, gospodarce. Swoje miejsce na kolumnach gazety miały wydarzenia związane z wiara i Kościołem Katolickim. Pismo swoim charakterem reprezentowało wartości patriotyczne i lokowało się po prawicy. Miało jednocześnie całkowicie niezależny i unikatowy charakter merytoryczny.

Edward Besiński urodził się w Pruszkowie 2 stycznia 1931.,był harcerzem Szarych Szeregów, Odznaczony Medalem Pro Patria, Kombatanckim Krzyżem Zasługi i Złotym Krzyżem Zasługi, należał również do NSZZ Solidarność.

 

„Chciałem opisywać prawdę, moja dewizą, w czasie wojny, było służyć Polsce. W PRL-u chciałem być Polakiem i dalej służyć Ojczyźnie, jednak tej spod znaku Orła w Koronie – podkreśla Edward Besiński.
– Dzisiaj mam osiemdziesiąt osiem lat, dołożyłem do tego wydawnictwa 250 tys. zł i nie żałuje. Mam satysfakcje, że mogłem przybliżać prawdę i że mogłem komuś pomóc” – opowiada.

 

Edwardem Besińskim poznaliśmy się kilka lat temu na Spotkaniu Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego. Jest człowiekiem, niezwykle pogodnym i skromnym. Dziennikarz pasjonat, zasłużony dla Polski i Pruszkowa.
Dokładnie 31 października 2016 r. ukazał się ostatni numer „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”. Znamienna data dla historii pruszkowskiej prasy.

 

W 2014 roku powstaje Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne organizacja NGO bazująca na pracy własnej swoich członków. Które jako organ założycielski podejmuje uchwałę o wznowienie wydawania tytułu, tym razem jako portal internetowy. Edward Besiński przekazuje prawo do tytułu na rzecz Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego w 2018 r. Dokładnie 22 lutego ukazuje się, pierwszy artykuł, a właściwie rys autobiograficzny, redaktora „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”. Wkrótce Besiński wybrany zostaje na honorowego redaktora, i przewodniczącego kolegium redakcyjnego, zaś redaktorem naczelnym zostaje Edward Radziejewski, z wykształcenia prawnik, działający w naszym stowarzyszeniu jako doradca zarządu PSP. Należy zaznaczyć, że nie doszłoby do powstania portalu, gdyby nie wcześniejsza działalność Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego. Warto tutaj przytoczyć fragment deklaracji stowarzyszenia – „Społeczeństwo oddala się od wspólnych ideałów, takich jak prawda, wolność, godność jednostki ludzkiej. Zaczynają umykać prawa i interesy Narodu Polskiego, dla niego najpotrzebniejsze, będące podstawą jego żywotności i dostatku, pomyślności naszego życia i życia przyszłych pokoleń.

 

Ten niszczący Polskę i każdego z nas trend należy zatrzymać i za wszelka cenę odwrócić. Jeśli chcemy pomyślnej przyszłości dla nasz naszych dzieci i wnuków, musi podjąć trud nakierowany na pozytywne zmiany – zaczynając od swojego podwórka”- choćby małymi kroczkami, choćby pracą u podstaw i pod prąd. To jest dla nas wyzwanie patriotyczne i pragmatyczne.

Kontynuując walkę wielu pokoleń Polaków o Ojczyznę wolną, wyrażamy potrzebę utworzenia ruchu politycznego, który wznowiłby wysiłek odbudowy najważniejszych dla Narodu Polskiego wartości – zawiązujemy „Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne”.

 

Jaki jest nasz pruszkowski i podwarszawski portal? Otóż nawiązuje oczywiście do gazety Edwarda Besińskiego. Jest przede wszystkim portalem społecznym, funkcjonującym bez dofinansowań. W zamiarze zasięgiem tematyki ma obejmować obszar powiatu pruszkowskiego, ale nie tylko.

Skupia się głównie na tematyce lokalnej, ale i fragmentarycznie krajowej. Sporo miejsca jest poświęcone dla historii, zarówno Pruszkowa, okolic jak i tematów szerzej pojmowanych w tym zakresie np. „Pamięć Kresów”. Dotykamy również polityki lokalnej i krajowej czy kultury. Publikują i publikowali dla nas m.in. Piotr Janusz Czarniawski, doradca zarządu Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego, publicysta mieszkający od dawna w Pruszkowie, a urodzony w Wilnie, dr Bolesław Jabłoński, Andrzej Rzewnicki, Wojciech Piotr Kwiatek oraz inni… Naszą naczelną misją jest szerzenie wolności słowa i wartości chrześcijańskich zgodnych z przesłaniem św. Jana Pawła II. Jakie mamy dalsze cele? Jest nimi na pewno zwiększenie poczytności, docieranie do nowych czytelników, poprawa promocji w social mediach. Zależy nam bardzo, aby portal był dynamiczny, by można było publikować większą ilość informacji newsowych, ale także aby i pozostałe działy były zagospodarowane. Portal utrzymywany jest ze składek członków PSP i drobnych darowizn – to wszystko jeśli chodzi o finansowanie.

 

– Naszym dążeniem jest pokazywanie lokalnej rzeczywistości taką jaką ona jest – tej politycznej również. Zamieszczane relacje filmowe są odzwierciedleniem tego co widzi kamera, bez retuszu, bez cięć, 1 : 1. Mam nadzieję, że swą pracą wypełnimy pewną część lokalnej przestrzeni medialnej, która nie była i nie jest tak bardzo eksponowana przez inne lokalne pruszkowskie media. Portal „Podwarszawskie Życie Pruszkowa” powstał także dla potrzeb innych pruszkowskich organizacji NGO, promowania i przybliżania ich działalności mieszkańcom Pruszkowa. Na naszym portalu nie umieszczamy reklam. Być może jest to z punktu widzenia finansowego utrzymania portalu działaniem niesłusznym, nieroztropnym, ale jak na dziś nie będziemy tego zmieniać. Jeśli rozwój portalu będzie znaczny, wprowadzimy pewne korekty w jego działaniu. Może to naiwne, ale liczymy na ofiarność czytelników – podkreślił red. Edward Radziejewski.

 

Czy mamy lokalną konkurencję? Lepiej będzie zapytać, dla kogo my stanowimy konkurencję. Na lokalnym rynku medialnym funkcjonują jeszcze poza nami „Głos Pruszkowa” z wydaniem Papierowym i w internecie jako GPR24.pl,Gazeta WPR z portalem WPR24.pl i portal PruszkówMówi.pl oraz lokalna telewizja kablowa Tel-Kab.

 

Wiemy, ze warto kontynuować naszą misję i wierzymy, że znajdziemy nowych współpracowników w szczególności młodych!

 

Rafał Węglewski

Strona główna

https://pruszkowskiesp.pl/

Trzeba nauczyć się czytać znaki – przypominamy tekst DAGMARY DRZAZGI, wybitnej autorki filmów dokumentalnych

Jak to się dzieje, że realizuję właśnie taki, a nie inny film dokumentalny? Że w którymś momencie następuje owo „sekretne porozumienie” z Nieznanym, decyzja zostaje podjęta i wyruszam w długą podróż? Od prawie dwudziestu lat kręcę filmy i dla mnie samej wybór tematu jest jedną z największych zagadek. Coś na skraju realności i metafizyki, co trudno wyjaśnić i nad czym – przyznaję – chyba nie do końca panuję.

 

Na potrzeby tej publikacji, sięgając też do własnych notatek, wracam do przeżyć sprzed ponad trzech lat. Nie jest to, oczywiście, łatwe. Natychmiast włącza się mechanizm autocenzury. Można pisać o filmie na sto sposobów, analizować warsztat, pokazywać zastosowane środki narracyjne oraz techniczne – czyli wziąć przysłowiowe „szkiełko” i dokładnie przyjrzeć się całości. I to jest bardzo dobre. Ja jednak pójdę tu inną ścieżką. Dla mnie kino jest nie tylko profesją czy pasją. Jest czymś więcej. To proces intymny. Jeśli zatem obiecałam szczerze opowiedzieć o początkach pracy nad Martwym sezonem, słowo się rzekło. Mam wrażenie, że wchodzę na drogę prowadzącą do mniej oświetlonych części głębokiego wąwozu.

 

Pierwszy raz pomyślałam o tym, żeby zrobić film o Rafale Wojaczku kilka lat temu. Byłam wtedy uczestnikiem festiwalu telewizji regionalnych w Koszycach na Słowacji. Tam poznałam Żmiciera Wajciuszkiewicza, białoruskiego barda, który śpiewał poezję Rafała. Powiedzieć „śpiewał”, to powiedzieć niewiele! Żmicier jest wspaniałym artystą, jego interpretacje nie mają równych sobie. Pamiętam tamto wzruszenie, kiedy słuchałam Wojaczka w jego wykonaniu! Zaprzyjaźniliśmy się ze Żmicierem, a on przyznał, że nauczył się języka polskiego ze względu na autora Innej bajki! Jednak myśl o zrealizowaniu dokumentu o Poecie tak jak nagle przyszła, tak i odeszła. I choć czasem powracała, szybko karcona była przez własne, osobiste „nie”! Dlaczego? Po pierwsze: o Wojaczku napisano już tak wiele książek, rozpraw, artykułów i analiz naukowych. Po drugie, powstały o nim filmy dokumentalne, reportaże, programy poetyckie, a także hipnotyzująca fabuła Lecha Majewskiego. Po trzecie i najważniejsze – jak tu się mierzyć z legendą i po co? Każdy z miłośników Rafała ma „swojego” Wojaczka, zatem co ja mogę jeszcze nowego dopowiedzieć? Nie ma sensu pakować się w projekt, który już na samym początku wydaje się być skazany na porażkę. Tak właśnie wówczas myślałam. Czasem jednak – zupełnie znienacka – dopisywałam kolejne sceny nieistniejącego filmu. Pojawiały się obrazy, wracałam do wierszy. Wątpliwości nie zmniejszały się ani na jotę. Mijały kolejne miesiące. Film we mnie rósł. I nagle poczułam, że dosyć tego! Nie można tak w nieskończoność! Potrzebny jest jakiś przełom. Moment, w którym wszystko się rozstrzygnie. Robię ten film, albo nie robię. I już! A jeśli nie robię, najwyższy czas to wszystko z siebie wyrzucić i zająć myśli czymś innym. Koniec. Kropka.

 

To był jeden z tych depresyjnych dni. Jesień albo wiosna, nie pamiętam. Na pewno szara, dżdżysta i zimna. Kilka godzin wcześniej przyjechałam do Biblioteki Śląskiej w Katowicach, a wizyta ta nosiła w mojej głowie znamiona czegoś prawie ostatecznego. Scenariusz był właściwie gotowy, nie szukałam więc biograficznych tropów. Chciałam, po prostu, wziąć do ręki „tamte” egzemplarze – Poezję z 1965 roku, w której debiutował, a potem majową Odrę z 1971 z jego ostatnimi wierszami. Na pewno ją czytał, bo kiedy umierał była już w kioskach. Wszystko to dobrze wiedziałam, ale musiałam dotknąć „autentyku”. Zauważyłam, że w jakiś dziwny sposób mam ten zmysł wyczulony. Gdziekolwiek jestem, przesuwam palcami po kamieniach, przedmiotach, drzewach. Widocznie jest mi to potrzebne; jakiś kontakt zmysłowy, pozawerbalny, instynktowny….

 

A zatem – pożółkły papier, podniszczone okładki, zagięte rogi stron. Szelest. Zapach druku przefiltrowany przez czas. Tylko tyle, albo aż tyle. Nic jednak się nie wyjaśniło. Widocznie „seans spirytystyczny” się nie powiódł. Duch nie zechciał się zmaterializować. Kompletna porażka. Niby czego się spodziewałam?

 

Znowu stałam na przystanku autobusowym. Zaczynały się popołudniowe godziny szczytu, tłum gęstniał, a ja chciałam już tylko wrócić do domu. Rafał, czy chcesz, żebym to ja zrobiła ten film?

 

Pytanie, śmieszne i może nie aż tak dosłownie, powracało przecież od jakiegoś czasu. Komu, tak naprawdę, je zadawałam? Na pewno było świadectwem mojego lęku. Jakkolwiek nie będę drążyć i dociekać „istoty rzeczy”, zawsze będzie to portret Rafała niepełny. Zbyt długo pracuję w dokumencie, żeby tego nie wiedzieć.

 

– No więc, chcesz? – powtórzyłam szurając czubkiem buta po mokrym asfalcie. – Jeśli tak, to daj mi jakiś znak!

 

A potem roześmiałam się z sama z siebie i swojej zuchwałości!

 

Autobus wreszcie podjechał. Był tak pełny, że ledwo weszłam do środka. Drzwi się zamknęły, ruszyliśmy. Stojący obok mężczyzna wydychał resztki przetrawionej wódki. Zrobiło mi się słabo i zaczęło mnie mdlić, pomyślałam, że zaraz zemdleję. Oby tylko dojechać do następnego przystanku! I nagle stało się coś, w co trudno mi do dzisiaj uwierzyć. Młody chłopak, chyba student, wyjął z kieszeni smartfona i zaczął swojej dziewczynie czytać na głos wiersze! Jechaliśmy, a on nie przestawał. Czasem tylko mówił: „Kochanie, posłuchaj, to takie piękne!” i czytał dalej. Od razu wyjaśnię: nie – nie był to Wojaczek, na moje ucho – Baczyński. Jakie to jednak mogło mieć znaczenie? W jednej sekundzie zostałam wyrwana z gorącego, cuchnącego wnętrza na inną orbitę.  Nie było już autobusu, ludzi, kwaśnego zapachu alkoholu. Istniała najczystsza, najprawdziwsza Poezja. Dlatego, kiedy wysiadałam, pomyślałam tylko: Rafał, dziękuję!

 

I już wiedziałam, że muszę zrobić ten film.

 

To wszystko mogłoby być literacką fikcją, albo sceną z filmu. Nie jest ani jednym, ani drugim. Życie napisało taki scenariusz. Kto wie, może gdybym wsiadła do innego autobusu, nigdy nie zrobiłabym filmu o Rafale?

 

Mówię o tym, żeby podkreślić, jak niewiele – przy całej wiedzy, doświadczeniu i umiejętnościach – znaczymy wobec rzeczywistości, która jest najlepszym reżyserem. Nasza rola polega na tym, aby się na nią otworzyć, zacząć „rezonować”. Trzeba nauczyć się czytać znaki, które są nam dane. One są jak ptaki. Jeśli ich nie zauważymy, za chwilę odfruną.

 

Praca nad Martwym sezonem trwała trzy lata. To był wspaniały czas spotkań z ludźmi, którzy  Rafała Wojaczka znali, przemierzania dróg, którymi się kiedyś poruszał i odkrywania na nowo jego wierszy. To była epoka wielkich emocji i świadomość ciągłego dotykania tajemnicy. Jeśli choć trochę z tego, czego doświadczyłam udało mi się przekuć w filmowe kadry, mogę czuć się zwyczajnie szczęśliwa.

 

Dagmara Drzazga

Ostatni (taki) numer? – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o ciekawej transakcji na polskim rynku prasowym

Kupno „Twojego Weekendu” z zamiarem likwidacji pisma to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń na polskim rynku prasy mijającego roku. Wbrew pozorom trudno jednak o jego jednoznaczną ocenę, która oscyluje od międzynarodowych zachwytów po oskarżenie o hipokryzję i przemoc ekonomiczną. Zastanówmy się nad tym, co się właściwie wydarzyło?

 

Kupno z zamiarem likwidacji

 

Taka postawa przypomina siermiężne początki polskiej gospodarki rynkowej i pozbywania się potencjalnej konkurencji. Samo wejście na tę ścieżkę przez podmioty prorynkowe musi budzić zastanowienie. Na początku przypomnijmy fakty. Według portalu WirtualneMedia[1] w grudniu 2018 roku spółka Fire Wall wystawiła magazyn „Twój Weekend” (nazwa, domena internetowa, mutacje pisma) na sprzedaż w serwisie aukcyjnym Allegro. Pismo miało wówczas nakład na poziomie 23.000 egzemplarzy i sprzedaż przekraczającą 15.000. Według cytowanego portalu wysokość licytacji przekroczyła 50.000 zł, gdy oferta zniknęła, a prowadzący do niej link informował: „Sprzedaż zakończona. Nie było ofert kupna”[2]. A jednak „Twój Weekend”, czyli magazyn erotyczny wydawany od 1992 roku, został kupiony. Prawa trafiły do Pride and Glory Interactive, należącej do grupy reklamowej VMLY&R. Jeśli sięgniemy po takie lektury jak: „Monopol, pluralizm, koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989–2006” lub „Raport o śmierci polskich gazet” prof. Tomasza Mielczarka, okaże się, że rodzimy rynek nie takie historie oglądał, ta jednak jest inna, bo uznana i nagradzana.

 

Szczytne deklaracje

 

W artykule podpisanym: „Gazeta.PL i partnerzy”, poinformowano czytelników o kulisach kupienia pisma i złożono przy tym kilka deklaracji. Czytamy w nim m.in.: Gdy inni pisali teksty i śmieszkowali (na temat wystawienia „Twojego Weekendu” na sprzedaż – przyp. Autora), kilka osób z agencji VMLY&R, portalu Gazeta.pl i studia produkcyjnego Papaya Films nie próżnowało. Po paru telefonach dołączyli do nich przedstawiciele i przedstawicielki fundacji Sukces pisany Szminką, agencji Wavemaker, banku BGŻ BNP Paribas i firmy Mastercard. Decyzja zapadła – kupujemy. Po to, żeby zamknąć! Bo to dobra okazja, żeby pokazać, że nikt więcej nie powinien czerpać wiedzy o kobietach, partnerstwie, seksie i relacjach tylko z takich magazynów.[3]

 

W tym miejscu warto zauważyć, że nikt nikomu i nigdy nie kazał czerpać wiedzy na temat kobiet, czy partnerstwa, „tylko z takich magazynów”. Bez wątpienia można więc rozważać to zagadnienie w kategoriach wolności prasy, wolności słowa i prawa do swobody wypowiedzi, ale idźmy dalej.

 

W artykule zapowiedziano słynny ostatni numer „Twojego Weekendu” z hasłem „48 stron bez seksizmu”. W przywołanym tekście dodano, że to jednak nie wszystko. Autorzy zadeklarowali: będziemy kontynuować dyskusję i publikować teksty, które chcielibyśmy, żeby czytali nasi mężczyźni, inspirowały kobiety. Wszystko to miało się dziać na specjalnym portalu: twojweekend.gazeta.pl.

 

Hipokryzja?

 

W dyskusjach na temat kupna z zamiarem likwidacji i złożonej deklaracji dotyczącej wyjątkowego ostatniego numeru pisma oraz portalu inicjującego dyskusję na temat nieprzedmiotowego postrzegania kobiet, czy partnerstwa, od początku pojawiły się głosy o hipokryzji. Zdanie takie wyraził na przykład Jakub Kralka na Spider’s Web, zarzucając przy okazji pomysłodawcom akcji przemoc ekonomiczną.

 

Zacytujmy fragment: przypływ medialnej hipokryzji trudno jednak usprawiedliwiać w przypadku Agory, która walczy z uprzedmiotowieniem kobiet robiąc kilkanaście slajdów w quizie „Komu wypadła pierś”, każe nam rozpoznać biust Ilony Felicjańskiej spod jeansowej kurtki, a nawet potrafi się zachwycić całkowicie zakrytym i obudowanym bluzką biustem dziewczyny Tomasza Kammela. Agora wyjaśni nam, „które piersi nie mieszczą się w bluzce” i zrobi zestawienie „piersi polskiego showbiznesu”.[4]

 

Rodzi się pytanie, dlaczego wobec tego kupiono „Twój Weekend”, a nie serwis Plotek? Przecież łatwiej uprawia się krytykę bałaganu u sąsiada z perspektywy własnego zadbanego ogródka? Cóż, może po prostu Plotek był za drogi, no i oczywiście nie był wystawiony na sprzedaż.

 

Opinia medioznawcy

 

Sprawa nie wygląda jednoznacznie, wydaje się więc, że najlepiej wystąpić o ocenę do świata nauki. Piszący te słowa zwrócił się więc z pytaniem do szanownego prasoznawcy. Na kontakt trzeba było poczekać, gdyż uczony przebywał za granicą. Po powrocie Pan Profesor odpisał, że sprawy nie zna, więc jej nie skomentuje. Po wyrażonym zdumieniu (kontakt miał miejsce już po pierwszych nagrodach przyznanych akcji „Ostatni numer”) i przesłaniu linków nadeszła odpowiedź numer dwa: „sprawę znam, ale nie chcę jej komentować”.

 

Cóż, najwidoczniej na świat uczonych będzie można liczyć w tej sprawie dopiero, kiedy wszyscy uczestnicy wydarzeń wymrą, niestety wraz z profesorem i piszącym te słowa. Zostawieni przez naukę sami sobie, spójrzmy na nagrody.

 

Słowo o nagrodach

 

W czerwcu agencja VMLY&R Poland na słynnym festiwalu Cannes Lions zdobyła za akcję „Ostatni Numer” Grand Prix w kategorii Glass: The Lion for Change oraz nagrodę Tytanowego Lwa. Jaka jest waga tych wyróżnień? Gigantyczna! Dość powiedzieć, że dotąd żaden reprezentant polskiej reklamy nie otrzymał tak prestiżowego i cieszącego się powszechnym uznaniem wyróżnienia[5]. Kategoria Glass odnosi się projektów poruszających kwestie uprzedzeń lub nierówności płci. Druga z kategorii dotyczy najlepszych przedsięwzięć marketingowych mijającego roku. Sukces akcji na rynku reklamy jest niekwestionowany, niepodlegający dyskusji i godzien gratulacji we wszelkiej możliwej formie.

 

Akcja „Ostatni Numer” otrzymała też pierwszą nagrodę w międzynarodowym konkursie Print Innovation Awards. Te laury przyznaje stowarzyszenie World Association of Newspapers and News Publishers, a dokładnie społeczność drukarska związana z WAN-IFRA, doceniająca najlepsze i najbardziej innowacyjne rozwiązania w prasie drukowanej. W tym wypadku złoty medal przyznany został w kategorii: redesigneds products, czyli odświeżenie produktu.

 

Ze świata reklamy warto jeszcze podkreślić dwa brązowe medale London International Awards, w kategoriach: Native Advertising, Business-to-Consumer, czyli reklamy natywnej i komunikacji marketingowej B2C[6].

 

Akcja zdobyła więc uznanie w świecie reklamy i druku. A co z nagrodami dziennikarskimi? Projekt zrealizowany przez VMLY&R Poland, Wavemaker, Papaya Films i Facebook dla Gazeta.pl i partnerów – Mastercard, BNP Paribas Bank Polska i Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką, otrzymał złoto w kategorii Public Interest – Gender Equality w konkursie Epica Awards. Nagrodę tę przyznają dziennikarze zajmujący się… tematyką reklamy i marketingu[7].

 

Owoce

 

Ostatni numeru „Twojego Weekendu” miał nakład 20.000 egzemplarzy. Dziś jest nie do kupienia ani w wersji papierowej[8], ani nawet w elektronicznej[9]. Na portalu TwojWeekend.Gazeta.PL nie ukazał się żaden tekst po marcu 2019 roku. Nie ma ani zapowiedzianej dyskusji, ani wysypu inspirujących dla obu płci tekstów. Wita nas reklama, że ostatni numer jest już w kioskach z linkami prowadzącymi dziś donikąd. Wszystkich artykułów jest tylko osiemnaście, a zamieszczono je między 7 a 15 marca 2019 roku[10].

 

Z czym mieliśmy do czynienia?

 

To pytanie będzie powracało. Z jednej strony mamy wyjątkową kampanię marketingową, która odniosła niespotykany dotychczas międzynarodowy sukces, z czego powinniśmy się cieszyć, a realizatorom należą się najszczersze gratulacje. Z drugiej strony kupiono tytuł prasowy z zamiarem jego likwidacji. To może rodzić obawy, ponieważ ten akt został przyjęty z akceptacją i bez wystarczającej refleksji o dyskusji nie wspominając. Cisza może pociągnąć za sobą kolejne takie ruchy. Szczytny powód i uzasadnienie zawsze się znajdą. Smuci niewypełnienie obietnicy, czyli szybkie zaniechanie tak dystrybucji, jak i ucięcie dyskusji tuż po jej zainicjowaniu. Należy się w związku z tym spodziewać i rychłej likwidacji niepotrzebnej witryny.

 

Zamiast zakończenia

 

Z polski znika „Playboy” – bez ideologii, po prostu: business is business[11]. Na Gazeta.PL (w części: Plotek) można dziś przeczytać lead: „Aneta Zając pozuje w seksownej mini. Trudno uwierzyć, że urodziła bliźnięta! Co za nogi!”. W życiu tyle osób nie odmówiło mi komentarza, co przy powstawaniu niniejszego tekstu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/vmly-r-i-gazeta-pl-ostatni-numer-koniec-magazynu-twojego-weekendu-sprzeciw-wobec-seksizmu – dostęp: 06.12.2019 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/twoj-weekend-magazyn-sprzedaz-na-allegro-przez-fire-wall-kto-nowym-wydawca – dostęp 06.12.2019 r.

[3] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend_kobieta/7,168433,24517128,ostatni-twoj-weekend-kupilismy-kultowy-magazyn-po-to-zeby.html – dostęp: 06.12.2019 r.

[4] https://www.spidersweb.pl/2019/03/gazeta-wyborcza-kupila-twoj-weekend-zeby-go-zamknac.html – dostęp 06.12.2019 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ostatni-twoj-weekend-z-grand-prix-i-tytanowym-lwem-na-cannes-lions – dostęp 06.12.2019 r.

[6] https://www.press.pl/tresc/59219,projekt-_ostatni-twoj-weekend—-nagrodzony-na-festiwalu-w-londynie – dostęp 06.12.2019 r.

[7] http://biuroprasowe.vmlyrpoland.com/79330-ostatni-twoj-weekend-ze-zlotem-w-konkursie-epica-awards – dostęp 06.12.2019 r.

[8] https://kulturalnysklep.pl/numer-specjalny/twoj-weekend-2-2019-twoj?utm_source=gaze – dostęp 06.12.2019 r.

[9] http://www.publio.pl/twoj-weekend,p188579.html?utm_source=jwlink&utm_medium=AutopromoINT&utm_campaign=a_Publio_070319&utm_term=twoj_weekend&utm_content=link_tekst – dostęp 06.12.2019 r.

[10] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend/0,0.html – dostęp 06.12.2019 r.

[11] https://antyweb.pl/koniec-playboy-ckm-joy/# – dostęp 06.12.2019 r.

Nie karać dziennikarzy za podanie nieprawdy – ŁUKASZ WARZECHA wsadza kij w mrowisko

Wiceminister Bertold Kittel i Anna Marszałek dochowali należytej staranności, tworząc swój materiał „Kasjer z MON” w 2001 r. i w związku z tym nie muszą przepraszać za zawarte w tekście stwierdzenie, że Romuald Szeremietiew, na początku ubiegłej dekady wiceminister obrony, nie potrafił wytłumaczyć się ze swojego majątku.

 

Dokładny opis sprawy znajdą państw na portalu Wirtualne Media. Z kolei sam Szeremietiew jest z wyroku – co zrozumiałe – niezadowolony i wskazuje na jego rzekomą niespójność z oczyszczającym wyrokiem karnym w swojej sprawie. Były wiceminister obrony podchodzi do sprawy – i do osoby Bertolda Kittela – bardzo emocjonalnie i trudno mu się dziwić. Twierdzi też, że w tej kwestii Kittela bronię. Otóż nie – nie bronię i w ogóle nie chcę się do konkretnej sprawy odnosić. Nie będę oceniał, czy sąd (w drugiej już instancji) słusznie ocenił, że dziennikarze dochowali należytej staranności. Obie strony mają argumenty na obronę swojego stanowiska.

 

Trzeba natomiast koniecznie rozprawić się z bardzo groźnym przekonaniem, że sąd powinien oceniać w tego typu sytuacji dziennikarza za to, czy napisał prawdę, a nie za to, czy dochował należytej staranności (przy czym „należyta staranność” jest pojęciem szeroko obecnym w doktrynie, sędziowie mają do dyspozycji obszerne orzecznictwo). Powszechna reakcja w czasie internetowych dyskusji jest łatwa do przewidzenia: „Jak to?! To dziennikarz nakłamał i ma za to nie odpowiadać? Czyli będzie mógł kłamać do woli, byle był »rzetelny«?” – piszą oburzeni internauci, a ja mam nieodparte wrażenie, że piszą to głównie dlatego, że po jednej stronie konkretnego przypadku jest „dobrySzeremietiew, a po drugiej – „złyKittel. Gdyby konfiguracja była inna – na przykład po jednej stronie byłby „dobry” dziennikarz mediów prawicy, a po drugiej – „zły” polityk opozycji, nie byliby tak skorzy do żądania, aby karać dziennikarza za pisanie nieprawdy. Ale to oczywiście tylko moja spekulacja.

 

Nie będę się zagłębiał w kwestie prawne, ale dla porządku trzeba wskazać, że zasadę należytej staranności w przypadku dziennikarza reguluje przede wszystkim prawo prasowe w art. 12., pkt 1., zgodnie z którym dziennikarz ma obowiązek „zachować szczególna staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”. W sprawach z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych (lub ewentualnie karnych) wchodzi zatem w grę wykazanie, że dziennikarz złamał prawo prasowe, nie dochowując „szczególnej staranności i rzetelności”.

 

Można zrozumieć instynktowne oczekiwanie publiczności, że dziennikarz będzie karany po prostu za napisanie nieprawdy. Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zróbmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie następującą sytuację.

 

Oto dociekliwy dziennikarz dociera do informacji, że prominentny polityk obecnej opozycji był przez lata tajnym współpracownikiem SB i wyrządził wiele szkód różnym ludziom. Dziennikarz informacje sprawdza, odnajduje dokumenty, które pośrednio potwierdzają taką tezę, rozmawia z ludźmi, dociera nawet do domniemanego oficera prowadzącego, który potwierdza informacje. Polityk, zapytany o sprawę, oczywiście zaprzecza, ale większość TW zaprzecza lub minimalizuje swoje znaczenie w takich sytuacjach. Ukazuje się tekst, przedstawiający tę osobę jako TW. Oczywiście zawierający też jej zaprzeczenia i krótko omawiający możliwe wątpliwości.

 

Rok później wychodzą na jaw dokumenty, dowodzące bez najmniejszej wątpliwości, że sprawa była sfingowana, a polityk w żadnym wypadku z SB nie współpracował. Dziennikarz w momencie pisania tekstu ich nie znał i nie miał możliwości do nich dotrzeć, choćby dlatego, że były to dokumenty w jednym egzemplarzu w prywatnej „kolekcji” byłego peerelowskiego kacyka (mieliśmy już taką sytuację). Polityk wytacza dziennikarzowi proces. Gdyby sąd miał się zająć tylko tym – jak postulują wzburzeni sytuacją z SzeremietiewemKittelem – czy tekst zawiera prawdę, musiałby dziennikarza skazać – bo przecież obiektywnie napisał nieprawdę. Czy to byłoby w porządku? Oczywiście – nie. Dziennikarz dołożył bowiem wszelkich starań, żeby fakty zweryfikować. Uznał też, że publikując materiały, działa w ważnym interesie społecznym, a przewaga informacji potwierdzających tezę, że polityk był TW, nad wątpliwościami jest ogromna.

 

Czy w podanym przykładzie dziennikarz „kłamał”? W krążących po sieci wypowiedziach przewija się bowiem nieustannie słowo „kłamstwo” i pytanie, czy dziennikarze mogą w takim razie do woli „kłamać”. We wspomnianym wcześniej, bardzo emocjonalnym tekście sam Szeremietiew pisze: „Wynikałoby z tego, że dziennikarz może łgać, byle robił to »starannie« i »rzetelnie«”. Zakładam, że emocje, związane z jego własną sprawą, nie pozwalają byłemu wiceministrowi obrony spojrzeć na problem z dystansu i zrozumieć, w czym rzecz.

 

Przepisy prawa nie posługują się pojęciem „kłamstwa”, ale jego znaczenie jest jasne: kłamstwo ma miejsce wtedy, gdy podaje się nieprawdę ze świadomością, że jest to nieprawda. Nie ma czegoś takiego jak nieświadome kłamstwo. Pojęcia nieprawdy i kłamstwa nie są tożsame. Każde kłamstwo zawiera nieprawdę, ale nie każda nieprawda jest kłamstwem. I to jest istota sprawy.

 

Gdyby do informacji dziennikarskich podchodzić tak, jak domaga się część publiczności, oznaczałoby to potężny efekt mrożący – jeszcze mocniejszy niż w przypadku art. 212 kodeksu karnego – oraz poważne zagrożenie dla wolności słowa. Dziennikarz bowiem – zwłaszcza w przypadku pracy nad trudnym tematem – nigdy nie może mieć stuprocentowej pewności, nawet dokonawszy wielu sprawdzeń posiadanych informacji, że są one zgodne z prawdą. A przecież nie może sprawdzać w nieskończoność, bo wtedy nigdy nie opublikowałby materiału. Tymczasem za jego upowszechnieniem stoi często ważny interes społeczny. Co więcej, w przypadku spraw, gdzie ważne są dokumenty z przeszłości, nigdy nie mamy pewności, że stan wiedzy na dany moment jest ostateczny. Ale też nawet najrzetelniejszy dziennikarz nie może zawsze przewidzieć, że pojawi się coś, co może jego dotychczasowe ustalenia wywrócić do góry nogami. Dlatego gdyby dziennikarz miał być karany po prostu za podanie nieprawdy, a nie za dochowanie należytej staranności w znajdowaniu i sprawdzaniu informacji, za dziennikarskie śledztwa i trudne tematy zabieraliby się jedynie najwięksi dziennikarscy kamikadze.

 

Co więcej, powstałby instrument do „odstrzelenia” niewygodnych dziennikarzy. Sprawiającemu problemy dziennikarzowi należałoby podsunąć wciągający i wyglądający prawdopodobnie trop, zadbać, żeby trafiły do niego odpowiednio spreparowane dokumenty i żeby znaleźli się potwierdzający swoje wersje pozornie niezależni informatorzy. Po opublikowaniu powstałego w ten sposób materiału wystarczyłoby ujawnić prawdę i dziennikarza pozwać lub oskarżyć z art. 212. Tego typu operacje najłatwiej byłoby oczywiście przeprowadzić rządzącym.

 

Trzeba też rozumieć, że dziennikarz nie dysponuje takimi instrumentami dochodzenia do prawdy materialnej, jakie ma potem badający ewentualnie sprawę sąd, który – w przypadku procesu karnego – może mieć do dyspozycji materiały dostarczone przez prokuraturę, a w przypadku każdego procesu – rzeczoznawców, świadków, których stawiennictwo jest obowiązkowe, oraz zeznania składane pod przysięgą. Może zatem być tak, że dopiero przed sądem wyjdzie na jaw prawda, której dziennikarz nie miał szans odkryć swoimi środkami nawet przy włożeniu w to maksymalnego wysiłku.

 

Wszystko to nie oznacza, że podać można wszystko, a „należyta staranność” to formalność. Przy skomplikowanych sprawach należyta staranność powinna oznaczać dokumenty, krzyżowe weryfikowanie informacji, wypowiedzi świadków oraz oczywiście przedstawienie wersji zainteresowanego, jeśli chce ją przedstawić. Rzecz jasna – mówimy o teorii, natomiast sprawą sądu, orzekającego w danej sprawie jest, jak potraktuje sytuację i czy działania dziennikarza uzna za wystarczające.

 

Jedno powinno być jasne: media mają do wypełnienia rolę kontrolną. Dziennikarzy z tego właśnie powodu nie można karać za podanie nieprawdy, o ile uczynili wszystko, co w rozsądnych granicach było możliwe, aby do prawdy zbliżyć się jak najbardziej.

 

Łukasz Warzecha

Protest CMWP SDP przeciwko atakom prezydenta Sopotu na red. Jakuba Świderskiego z TVP3 Gdańsk

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego przykładem jest zachowanie prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego wobec reportera i współpracownika TVP3 Gdańsk S.A. red. Jakuba Świderskiego, jakie miało miejsce w czasie spotkania z mieszkańcami Gdańska i Sopotu 3. grudnia b.r.  Spotkanie dotyczyło planów zagospodarowania przestrzennego terenów wokół Ergo Areny, hali widowiskowo-sportowej położonej na granicy obu miast. Prezydent Sopotu odmówił udzielenia odpowiedzi dziennikarzowi na zadanie pytanie, a w kolejnej wypowiedzi powiązał go ze śmiercią prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Red. Jakub Świderski nagrywał wystąpienia przemawiających osób telefonem komórkowym. Gdy pozwolono mieszkańcom zadawać pytania, red. Świderski zabrał głos, dopytując się o tereny zielone, na których miałaby powstać zabudowa mieszkaniowa. Prezydent nie udzielił odpowiedzi i usiłował odebrać mu mikrofon, co widać na opublikowanym w mediach społecznościowych i na portalu Radia Gdańsk filmie. Red. Jakub Świderski od 3 lat realizuje na antenie TVP 3 Gdańsk programy w ramach cyklu “W imieniu Sopocian”. Prezydent Jacek Karnowski nie udziela dziennikarzowi wywiadów, zabronił także wypowiadać się w jego programie swoim podwładnym i niektórym radnym. Wielokrotnie w sytuacjach publicznych używał wobec dziennikarza słów uważanych powszechnie za obraźliwe.

 

CMWP SDP przypomina, że w celu uzyskania informacji dziennikarz ma prawo zadawać przedstawicielowi władzy publicznej pytania w sposób, jaki uznaje za skuteczny, szczególnie w sytuacji, w której polityk unika odpowiedzi na pytania ważne z punktu widzenia interesu społecznego. Słowne i fizyczne ataki na dziennikarzy są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa 6 grudnia 2019 r.

 

Film ze zdarzenia: https://www.youtube.com/watch?time_continue=153&v=-dieDVrnPKY&feature=emb_title

 

Dodatkowe informacje  na ten temat : https://radiogdansk.pl/wiadomosci/item/103204-skandaliczne-zachowanie-prezydenta-sopotu-ublizyl-i-chcial-odebrac-mikrofon-dziennikarzowi-ktory-zadal-mu-pytanie-film?fbclid=IwAR2MqdKmKCA_Xq_DCaofIMT2i7ARLGpu91YrX6hFM_-3-B8EpGcs6DfO3Mk