Inteligentne roboty bez twarzy – MIROSŁAW USIDUS o tym, jak maszyny zastępują dziennikarzy

Charyzmatycznego prawnika, jak ci z filmów, który potrafi pięknie i przekonująco wystąpić w mowie końcowej, maszyna nie zastąpi. Ale jego pomocników, researcherów i szperaczy, których też znamy z filmów, i owszem. Podobnie jest w dziennikarstwie. Roboty w fachu prawniczym to, przynajmniej za oceanem, rzecz już powszechna. Redakcje też zaczynają się zapełniać najnowszą technologią.

 

Według niedawno opublikowanej w „The New York Times” analizy robotyzacji w newsroomach, już mniej więcej jedna trzecia treści publikowanych przez Bloomberg News wykorzystuje jakąś formę automatyzacji. System wykorzystywany przez firmę, nazywany Cyborg, w pełnym wymiarze godzin wspiera dziennikarzy agencji w przygotowywaniu tysięcy raportów giełdowych i opracowań kwartalnych sprawozdań finansowych spółek.

 

Program analizuje raporty finansowe firm natychmiast po ich publikacji i w ekspresowym tempie generuje materiały informacyjne podające najistotniejsze fakty i dane liczbowe. Człowiekowi, nawet doświadczonemu reporterowi finansowemu, zajmuje to znacznie więcej czasu, nie mówiąc już o tym, że to robota dla ludzi zwykle niezwykle nudna, żmudna i podejmowana z niewielkim entuzjazmem.

 

Cyborg dzielnie wspomaga Bloomberga w ostrej, konkurencyjnej walce z Reutersem, głównym rywalem w branży dziennikarstwa giełdowego i finansowego, który ma swojego robota dziennikarskiego – Lynxa. Obie renomowane agencje muszą mierzyć się z nowymi graczami na rynku informacji gospodarczej, funduszami hedgingowymi, które na pełni gwizdek wykorzystują algorytmy sztucznej inteligencji, służąc swoim klientom najświeższymi danymi finansowymi.

 

Zrobotyzowana reporterka finansowa, połączona z publikacją we wszelkich dostępnych kanałach społecznościowych, to w wielu amerykańskich firmach medialnych właściwie już rutyna. Druga dziedzina, w której robo-dziennikarze od lat wykazują się szybkością i dokładnością to wyniki przeróżnych rozgrywek sportowych, oferowane już od 2014 roku przez Associated Press i „The Washington Post”.  „The Los Angeles Times” z kolei zatrudnił automat do produkcji doniesień o trzęsieniach ziemi.

 

„Washington Post” też ma własnego robota-reportera o nazwie Heliograf. Wykazał swoją przydatność w relacjonowaniu letnich igrzysk olimpijskich w 2016 roku i wyborów prezydenckich w 2016 roku. W zeszłym roku, gazeta i jej maszynowy dziennikarz zostali wyróżnieni dorocznym konkursie Global Biggies Awards, w kategorii Excellence in Use of Bots, w której nagradza się osiągnięcia w wykorzystaniu big data i sztucznej inteligencji. Nieco ironiczny, a może dla niektórych złowieszczy, wydźwięk ma fakt, że wręczenie tych nagród odbyło się w auli Uniwersytetu Columbia o nazwie Pulitzer Hall.

 

Wąchanie w poszukiwaniu tematu i podsuwanie szkiców

 

O ekspansji robotów w mediach już kiedyś na portalu SDP pisałem. Jednak wciąż pojawiają się kolejne, coraz dalej idące, pomysły na wykorzystanie maszyn w redakcjach, zatem aktualizacja w tej dziedzinie nie zaszkodzi.

 

Wspomniane AP, ale także „Washington Post” i Bloomberg stosują na przykład od niedawna wewnątrzredakcyjne systemy alarmowe sygnalizujące anomalie pojawiające się w danych. Reporterzy (wciąż ludzie), gdy widzą alarm, podejmują na podstawie tych sygnałów decyzje, czy anomalia w danych to potencjalny „temat”, czyli szansa na ciekawy materiał dziennikarski. W praktyce taki alarm może wyglądać choćby tak jak ustawiony przez „The Washington Post” podczas igrzysk olimpijskich mechanizm odnotowywania wyników o 10 proc. wyższych lub niższych od rekordów w danych konkurencjach.

 

„The Wall Street Journal” i Dow Jones eksperymentują z kolei z technologią, która ma pomóc w realizacji przeróżnych zadań redakcyjnych, np. transkrypcji wywiadów z dźwięku na tekst a nawet do pomocy w identyfikacji tzw. „deep fakes”, czyli sfabrykowanych obrazów i filmów przedstawiających postacie wygenerowane przez zaawansowane algorytmy AI.

 

Szacowny „Forbes” poinformował kilkanaście miesięcy temu, że testuje zintegrowane z systemem internetowej publikacji CMS, narzędzie o nazwie Bertie (od imienia założyciela magazynu z 1917 r.), którego celem ma być dostarczanie dziennikarzom szkiców i szablonów artykułów. Jak to działa w praktyce? Na przykład, dziennikarz „Forbesa” specjalizujący się w pisaniu o przemyśle samochodowym może od systemu otrzymać propozycję treści potencjalnego artykułu na temat, dajmy na to, Tesli. Towarzyszą jej linki do innych ważnych artykułów opublikowanych na ten temat zarówno w „Forbesie”, jak również na innych stronach internetowych, związanych z tematem. Narzędzie dostarcza również sugestii obrazów, które mogłyby ilustrować artykuł.

 

Jak zapewniał w wypowiedziach w mediach Salah Zalatimo, dyrektor ds. cyfrowych w Forbes Media, w chwili obecnej Bertie nie generuje treści, które są gotowymi i w pełni zadowalającymi materiałami do publikacji. Służy raczej jako „punkt wyjścia do dalszej pracy”. Według danych wydawnictwa, od czasu wprowadzenia nowego systemu CMS w lipcu 2018 r. portal podwoił miesięczną liczbę regularnych odwiedzających.

 

Opis robota „Forbesa” przywodzi na myśl raczej użytecznego asystenta, researchera współpracującego z autorem, niż zrobotyzowaną alternatywę dla dziennikarzy. Nie zapominajmy jednak, że firma nieomal jednocześnie z premierą Bertiego zaczęła mówić o „narzędziu AI do pisania artykułów”. Niezbyt jeszcze dokładnie określony produkt, z nieznaną jeszcze datą wprowadzenia na rynek, może pisać szkice artykułów, które trzeba po prostu trochę wypolerować i tylko w niewielkim stopniu udoskonalić przed publikacją. Nie zapominajmy, że systemu uczenia maszynowego uczą się sukcesywnie. Zdobywają nowe umiejętności także wtedy gdy doświadczony redaktor „poleruje i doskonali” zaproponowane przez nie teksty. Trudno nie zakładać, bo twórcy z pewnością o tym myślą, że z czasem same będą robić wszystko, od napisania tekstu po adiustację i korektę. Robotyzacja postępuje drogą małych kroków, ale postępuje nieubłaganie.

 

Zresztą roboty samodzielnie piszące całe artykuły już są znane na świecie. Na początku 2017 r. swój pierwszy artykuł w gazecie „Southern Metropolis Daily” opublikował inteligentny algorytm o nazwie Xiao Nan.  Na napisanie całkiem złożonego materiału o objętości około trzystu znaków pisarskich, poświęconego masowym podróżom obywateli Państwa Środka przed zbliżającym się wówczas chińskim nowym rokiem, algorytm potrzebował jednej sekundy. Komentujący osiągnięcie maszyny w chińskich mediach, profesor Xiaojun Wan z Uniwersytetu Pekińskiego, ocenił, że robot dobrze sobie radzi z zarówno drobnymi, jak i dużymi formami dziennikarskimi, analizując i porównując przy tym znacznie więcej danych niż ludzie. Redakcje korzystają z tych kompetencji z każdym kolejnym miesiącem częściej a odbiorcy treści rzadko sobie zdają sprawę, jak zrobotyzowane są już media, które codziennie konsumują.

 

Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, ale sporo wiadomości, które regularnie czytają, jest pisane przez sztuczną inteligencję,” mówił już we wrześniu 2018 r. cytowany przez „Forbesa” futurysta Stephen Ibaraki, założyciel/przewodniczący ONZ-etowskiej organizacji ITU AI For Good Global Summit we współpracy z Fundacją XPRIZE. „Wielu z nas spędza godziny na naszych telefonach komórkowych czytając aktualizacje newsów i powiadomienia o wydarzeniach, nie mając pojęcia że materiały te generuje dla nich AI”.

 

Każda organizacja, która zajmuje się tworzeniem treści, jest dziś pod przemożną presją, by generować je coraz szybciej i coraz bardziej redukować koszty,” mówił w serwisie Digiday rok temu Ron Schmelzer, główny analityk w Cognilytica, firmie badawczej zajmującej się sztuczną inteligencją. „Na rynku będzie coraz więcej takich narzędzi [zautomatyzowanych i zrobotyzowanych – red.], coraz efektywniej i wydajniej produkujących coraz większe ilości treści”.

 

Wypowiadając się w wywiadach prasowych czy w oficjalnych komunikatach kadra kierownicza środków masowego przekazu twierdzi zwyczajowo, że wprowadzanie opartych na algorytmach narzędzi nie stanowi żadnego zagrożenia dla dziennikarzy. „Chodzi raczej o to, aby dziennikarze mogli poświęcać więcej czasu na pracę merytoryczną, koncepcyjną i twórczą,” słyszymy. „Praca dziennikarza to kreatywność, ciekawość, opowiadanie historii, rozliczanie przedstawicieli władzy, krytyczne myślenie i formułowanie osądów – chcemy aby nasi dziennikarze na tym skupiali swoją energię,” mówi we wspominanym artykule w „NYT” Lisa Gibbs, jeden z dyrektorów w Associated Press.

 

Czy rzeczywiście kluczowa rola „czynnika ludzkiego” przetrwa w znajdujących się pod potężna presją mediach przekonamy się być może najszybciej w organizacjach takich jak AP. Agencja ta bowiem była prekursorką rozwiązań robotyzujących reporterkę. Od momentu gdy w 2014 r. zawarła umowę z Automated Insights, firmą IT specjalizującą się w oprogramowaniu do generowania tekstu, produkuje wielką masę maszynowych artykułów rocznie, głównie o tematyce sportowej i finansowej. Przez te wszystkie lata liczba generowanych przez automaty materiałów AP wzrosła z 300 do 3700 kwartalnie.

Skoro jest to firma prekursorska i chyba najbardziej zaawansowana we wprowadzaniu robo-dziennikarstwa, to zapewne właśnie tam zobaczymy, do czego to prowadzi.

 

Warto dodać, iż automatyzacja zawodów medialnych wychodzi poza otwarte na to Stany Zjednoczone. Kilka tygodni temu w edycji australijskiej „The Guardian” opublikowano pierwszy artykuł „wspomagany maszynowo”. Był to materiał opisujący regularne darowizny na rzecz partii politycznych w tym kraju.

 

Nie lękajcie się

 

Niestety (dla dziennikarzy) badania prowadzone w obszarach technologii i automatycznego pisania tekstów należących do różnych gatunków dziennikarskich trwają już w wielu miejscach na świecie. Wspominałem już na portalu SDP o pracach nad narzędziami takimi jak Quill, które uczą się konwertować różnorodne zbiory danych na spójne teksty, których jakość z iteracji na iterację rośnie. A czymże w końcu jest praca dziennikarska jeśli nie zbieraniem, kompilowaniem, syntezą danych w celu przygotowania treści. Quill, produkt firmy Narrative Science robi właśnie coś takiego.

 

Artykuły przygotowane przez ten system były publikowane na stronach internetowych uznanych wydawców, takich jak np. „Forbes”, „Guardian” czy „The Washington Post”, o czym piszę powyżej, a także w wielu mediach internetowych, które jednak niekoniecznie się tym chwalą. Sporo twórczości wzmiankowanego Quilla to tzw. custom publishing, czyli materiały zamawiane przez firmy do swoich wydawnictw, gazetek firmowych, marketingowych i podobnych. Nie jest to więc dziennikarstwo w sensie ścisłym, ale dziedzina pokrewna. Była to jednak często chałtura, na której dziennikarze nieoficjalnie mogli sobie dorobić. Jeśli przejmą to automaty, to będzie kolejny cios.

 

Kristian Hammond, twórca Narrative Science powtarzał wiele razy w wywiadach prasowych, że zautomatyzowane newsy w ciągu kilkunastu lat stanowić będą 90 proc. wszystkich wiadomości publikowanych w mediach, nie tylko internetowych. Co ciekawe, w jego ocenie, nie oznacza to wcale dramatu, bezrobocia i końca zawodu dziennikarskiego.

 

Uważa on, że dziennikarze nadal będą zajmować się swoją robotą, może poza prostymi informacjami, które i tak przecież nie były nigdy polem jakiejś szczególnie satysfakcjonującej zawodowej samorealizacji. Nadal będą pisać, komentować, analizować, rozmawiać. Na dobrą reporterkę, publicystykę, wywiady, zdaniem Hammonda, wciąż będzie miejsce i zapotrzebowanie. Nawet jeśli powstaną maszyny zdolne do tworzenia udanych ambitnych form dziennikarskich, to trudno się spodziewać, że ludzie będą chętni to czytać. Może inne maszyny, ale nie ludzie. Ludzie będą chcieli czytać, o tym co myślą i co wiedzą inni ludzie, mający w ich oczach autorytet lub sympatię, albo jedno i drugie.

 

Tak uważa szef Narrative Science i patrzy na sprawę nieco inaczej niż zwykle jest to postrzegane. Jego zdaniem, maszynowy, zautomatyzowany „newswriting”, poszerzy rynek informacji, Ma tak być, ponieważ komputery wydobywają i przetwarzają ogromne ilości danych w celu uzyskania bardzo dokładnych, wielostronnych raportów, do których z powodu zwykłych ludzkich ograniczeń nie byłby zdolny żaden dziennikarz. Pojawią się informacje, których wcześniej nie było, możliwości personalizowania, fragmentaryzacji, specjalizacji treści, które były dotychczas zupełnie poza zasięgiem mediów, nie tylko ogólno tematycznych, ale także tych branżowych i specjalistycznych.

 

Twój robot przeczyta ci twój dziennik

 

Google zapowiedział w ostatnim czasie, że jego znany wielu ze smartfonów cyfrowy asystent będzie stanie się „gospodarzem wiadomości” serwowanych z podłączonych urządzeń od różnych partnerów medialnych. Prowadzącego serwis wiadomości robota wywoływać będzie dostępna od kilku tygodni funkcja nazwana „Your News Update” po której uruchomieniu trzeba poprosić Asystenta Google o przeczytanie wiadomości. Automat jest nawet w pewnym sensie lepszy niż czytane serwisy radiowe i dzienniki telewizyjne, bo przedstawia serwis spersonalizowany, dostosowany do indywidualnych ustawień i historii, inaczej niż to jest w zwykłych mediach. Jest to więc nie tylko dziennikarz-robot, ale w dodatku par excellence – twój robot.

 

Funkcja ta na razie jest dostępna jedynie w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, jednak w przyszłym roku zostanie rozszerzona na inne kraje, dla osób posiadających kompatybilne smartfony i podłączone głośniki. Podobną usługę o nazwie „flash briefing” od pewnego czasu oferuje również Amazon – w swoich urządzeniach ze sztuczną inteligencja konwersacyjną Alexa. Jeśli więc dziennikarze radiowi i telewizyjni myśleli, że bój z maszynami o stanowiska pracy dotyczy jedynie redaktorów piszących, to na pewno są w błędzie.

 

Robotom tym brakuje jeszcze zwykle twarzy, choć niekiedy można natrafić na pierwsze próby nadania maszynowym pracownikom mediów wizerunku, takiego np. jak mają wygenerowani cyfrowo prezenterzy TV zademonstrowani niedawno przez chińską agencję Xinhua, w których pisałem rok temu. Jak podkreśla Xinhua, prezenter-awatar może pracować 24 godziny na dobę, bez snu, urlopu, żądań podwyżki i zapisywania się do związków zawodowych.

 

Kto zna syntezatory mowy, takie jak nasza rodzima Ivona, ten wie, że gdy ma się gotowy spisany tekst, to wypowiedzenie go przez maszynę już nie stanowi wielkiego problemu. Wspomniany Asystent Google też czyta napisane teksty, czy to jest treść SMS-a, czy artykuł informacyjny. Tekst może napisać człowiek, ale, jak widać z wcześniejszych przykładów robotów pracujących już w redakcjach prasowych, proste teksty, informacje, depesze newsowe, piszą automaty. Zatem co maszyna napisała – maszyna może przeczytać, a wygenerowany cyfrowo awatar opatrzy to nawet uśmiechem i życzeniami miłego dnia.

 

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, to nasuwa się wniosek, że w miarę postępów zrobotyzowanej reporterki, rosnąć będzie również automatyzacja i algorytmizacja po stronie odbiorcy. Spójrzmy na to, jak działa robot takiego typu jak Google Asystent. Jeśli postawi mu się za zadanie przygotowywanie serwisów o tematyce gospodarczej na podstawie oceanu informacji, w coraz większym stopniu, jak wiemy, generowanych przez maszyny, to robot stanie się w istocie odbiorcą (czytelnikiem!) materiałów generowanych przez inne roboty, a w konsekwencji niejako pośrednikiem filtrującym, przygotowującym i odkrywającym sens w nasilającej się, masowej lawinie danych.

 

Zatem nawet ostatnia rubież dziennikarstwa i publicystyki, rola gatekeepera, komentatora, interpretatora i przywódcy opinii, może w efekcie zostać zagrożona przez wszechogarniającą robotyzację. Pozostaje mieć nadzieję, że dla ludzi, oprócz szybkości i dokładności informacji, emocjonalnie ważny pozostanie „czynnik ludzki” w mass mediach. Wydaje się jednak, że pierwszy maszynowy publicysta, który trafniej np. przewidzi wynik wyborów niż cała rzesza komentatorów z krwi i kości, może „zniszczyć system” i tę kruchą ludzką nadzieję pogrzebać.

 

Mirosław Usidus

Symptom „Borubara” – ŁUKASZ WARZECHA o dorabianiu gęby przez hejterów

Czy pamiętają państwo „Borubara”? O „Borubarze” trąbiły media nieprzychylne prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu po jednej z jego publicznych wypowiedzi, po jednym z meczów polskiej reprezentacji. Ówczesny prezydent miał takie właśnie miano nadać polskiemu bramkarzowi, Arturowi Borucowi.

 

Ileż było wtedy śmiechu! Nawet jeśli nie padało to wprost, przesłanie podających sobie dalej wieść o „Borubarze” było takie, że prezydent Kaczyński jest idiotą, nie znającym nawet nazwiska bramkarza, którego przed chwilą oglądał na boisku.

 

Tyle że, jeśli posłuchało się wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego uważnie, można było usłyszeć, że mówi on „Boruc bardzo…”, lecz jako że zmarły tragicznie prezydent miał raczej średnią dykcję, w pierwszym momencie brzmiało to zestawienie istotnie jak „Borubar”. Trudno jednak uznać, że dziennikarze, politycy czy ktokolwiek słuchający uważnie nie był w stanie rozróżnić w końcu dwóch wyrazów.

 

Wyobrażam sobie, jaką traumą musiało być dla Lecha Kaczyńskiego zmierzanie się na co dzień z masą komentarzy, robiących z niego z różnych powodów kretyna. Warszawski inteligent z dużym dorobkiem publicznym i politycznym, z dobrego domu, erudyta, był sprowadzany do jednego językowego lapsusu (a i to nieprawdziwego) jednej niezręcznej wypowiedzi czy jednego zdjęcia z trzymanym do góry nogami szalikiem z napisem „Polska” (fotografia zrobiona moment przed tym, jak Lech Kaczyński szalik przekręcił na właściwą stronę). Żeby to znosić, trzeba było mieć cierpliwość świętego. Przy czym Kaczyńskiemu było jednak o tyle łatwiej, że istniała grupa twardo go broniących. Mimo to „Borubar” trwał bardzo długo jako sztandarowy dowód na głupotę prezydenta, a myślę, że dla niektórych nadal nim jest.

 

Publicyści stają się z czasem osobami publicznymi – jedni bardziej, inni mniej. Ja przekonałem się, że w takiej sytuacji nie ma żadnej taryfy ulgowej. Że symptom „Borubara” działa tu cały czas. Przeciwnicy – dotyczy to zwłaszcza tych publicystów, którzy mają wyraziste poglądy i wielu osobom podpadli – nie będą patrzeć na nas poprzez całość naszych dokonań, wiele napisanych tekstów, dorobek. Gdy tylko nadarzy się okazja – jeden błąd, lapsus, wpadka – choćby całkowicie dęta, natychmiast ją wykorzystają, tak jak wykorzystywano „Borubara”.

 

Mnie przydarzyło się kilka takich sytuacji i chodzi za mną kilka takich „Borubarów”. Jeden, najbardziej zagadkowy, to „markiz ze Zgierza”. „Markiza” jestem jeszcze w stanie jakoś zrozumieć – to zapewne przytyk do rzekomego nadęcia (może tak mnie niektórzy odbierają). Ale Zgierza nijak nie jestem w stanie pojąć. Nie mam z tym miastem nic wspólnego, może tylko przejeżdżałem przez nie kilkakrotnie – w końcu jest położone obok mojej rodzinnej Łodzi.

 

 

Inna złośliwa ksywka to „Kierownik Jeziora”. Ją zawdzięczam Romanowi Kurkiewiczowi. Kiedyś, lata temu, podczas rozmowy w studiu TOK FM, Kurkiewicz cały czas przerywał mi, gdy mówiłem. Powiedziałem więc w końcu: „Może dałbyś mi dokończyć? Ja ci pozwoliłem mówić…” – na co Kurkiewicz: „A co ty jesteś – kierownik jeziora, żebyś mi miał pozwalać albo nie?”. Nie mam pojęcia, skąd on tego kierownika jeziora wziął, ale przylgnęło.

 

Była wreszcie najsłynniejsza bodaj sytuacja z zupą. Sprawa w istocie banalna. Na zorganizowanej przez prezydenta konferencji w sprawie projektu nowej konstytucji na Stadionie Narodowym w 2018 roku ustawiano w hallu poczęstunek dla gości. Dyskusje w podgrupach, toczone w salach, były, mówiąc szczerze, nudnawe, więc wyszedłem na korytarz, a tam postanowiłem skorzystać z bufetu. Gdy zacząłem nalewać sobie zupę, pojawił się ktoś z firmy kateringowej z komunikatem, że zupy nalewać sobie nie można, bo poczęstunek będzie dostępny dopiero za 10 minut (tyle brakowało do przerwy). Nie wiem, jak państwu, ale mnie wszystkie podobne sytuacje kojarzą się natychmiast z głęboką komuną z czasów „Misia” – „Jem przecież”, „Panie, panie, ja tu mięso mam” – albo z genialną książeczką Jacka Fedorowicza z tamtego czasu, zatytułowaną „W zasadzie tak”. Poczęstunek w bufecie, gość konferencji, który chce z niego skorzystać i pracownik obsługi, który oznajmia, że nie teraz, ale za dziesięć minut – Bareja wiecznie żywy. W tej sytuacji uznałem, że głupota ma swoje granice. Zupę nalałem i spytałem: „I co pan zrobi? Zabierze mi ten talerz?”.

 

Całe zdarzenie uznałem jednak za zabawne, właśnie barejowskie w duchu i tak je opisałem na swoim Facebooku – na profilu całkowicie prywatnym, widocznym tylko dla znajomych. Niestety, jeden z nich – zresztą do dzisiaj pracownik Kancelarii Prezydenta – postanowił wpis skopiować i wynieść na Twitter, czyli platformę całkowicie otwartą.

 

Reakcja twitterowego tłumu była łatwa do przewidzenia. Nie liczył się ani absurdalny klimat wydarzenia, ani jego peerelowski posmak – ważne było tylko to, że masa moich internetowych antyfanów dostała pożywkę. I nie miało żadnego znaczenia, że wspomniana osoba wpis po kilkunastu minutach skasowała. Od tego czasu słynna zupa pojawia się jako argument ostateczny (coś w rodzaju argumentum ad Hitlerum): Warzecha jest idiotą, bo chciał zjeść zupę za darmochę i kłócił się o to z kelnerem.

 

Można uznać, że to skrajnie niesprawiedliwe. Można się buntować, krzyczeć o nic nierozumiejących idiotach. Tłumaczyć, że miało się rację albo że chodzi o niewinną anegdotkę. To na nic, bo przecież nie mamy do czynienia z racjonalną oceną. Nie mówimy w takiej sytuacji do kogoś, kto chce posłuchać naszej wersji – tak jak nikogo kiedyś nie interesowało, jak naprawdę było z „Borubarem”. Wykorzystujący taką historyjkę, lapsus, drobny błąd, potknięcie nie dadzą się przekonać, że przesadzają – bo wcale nie chcą być przekonywani. Cieszą się tylko, że los podał im do ręki pałkę na nielubianego publicystę, polityka, osobę publiczną.

Możliwości są dwie. Albo robimy z takich sytuacji aferę, podążamy śladem szczególnie chamskich hejterów, może domagamy się od nich przeprosin, jak robią niektórzy dziennikarze, atakowani w mediach społecznościowych. Albo przyjmujemy, że tak po prostu musi być, taki jest urok naszej epoki i nic na to nie poradzimy. Ja opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem. Możemy najwyżej skorzystać z narzędzia, jakim jest blokowanie – co korzystającym z mediów społecznościowych polecam.

 

Łukasz Warzecha

Dziennikarz w roli policjanta – rozmowa z ILONĄ PTAK, reportażystką TVP3 Katowice

Naiwne poczucie zmieniania świata na lepszy towarzyszy mi od początku moich marzeń i wyobrażeń o dziennikarstwie i chciałabym, by się to nigdy nie zmieniło – mówi Ilona Ptak, dziennikarka i reportażystka TVP3 Katowice, laureatka pierwszej nagrody im. Brygidy Frosztęgi-Kmiecik dla autora najlepszego reportażu interwencyjnego w ramach 26. Przeglądu i Konkursu Dziennikarskiego Oddziałów Terenowych TVP- PiK 26, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Co dla pani znaczy ta ostatnia nagroda?

 

Mówiąc całkiem szczerze, nagrody nie mają dużego znaczenia w obliczu tego, że naszą pracą możemy komuś najzwyczajniej w świecie pomóc. Znaczenie ma to, że otrzymując taką nagrodę, możemy te tematy dalej nagłaśniać. Słowo „dziękuję” od naszych bohaterów jest stokroć więcej warte niż niejedna statuetka czy dyplom. Co nie znaczy, że oczywiście, kiedy jesteśmy doceniani za swoją pracę przez profesjonalistów, to w środku nie wybucha w nas ogromna radość, że to co robimy ma sens i jest zauważane. Przyznam, że jadąc do Poznania (tam było rozstrzygnięcie PiK 26 – przyp. red.), myślałam, że jadę po wyróżnienie, bo sądzę, że akurat w dziennikarstwie interwencyjnym, zwłaszcza ci starsi, bardziej doświadczeni koledzy po fachu, mają spore pole do popisu. Dlatego tym bardziej nagroda, i to jeszcze pierwsza, była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. A słowa od jury, które nie przyznało drugiej nagrody, na temat wysokiego poziomu reportażu, były dla mnie szalenie miłe i bardzo budujące. Nie bez znaczenia jest dla mnie też to, że tę nagrodę nazwano imieniem znakomitej dziennikarki TVP3 Katowice – Brygidy Frosztęgi-Kmiecik. Wiem, że Brygida była niesamowitym i dobrym człowiekiem, choć niestety nie zdążyłam jej poznać osobiście. Znam wiele jej reportaży, dlatego to jest dla mnie podwójny zaszczyt przyjąć nagrodę właśnie jej imienia.

 

Jak zrodził się pomysł na realizację reportażu interwencyjnego „Przekręt na remont”, za który dostała pani nagrodę?

 

Pomysły często rodzą się niespodziewanie, a jeszcze częściej są to po prostu prośby o pomoc od różnych ludzi, których spotykam na swojej drodze w trakcie pracy. Kilka miesięcy wcześniej realizowałam reportaż dotyczący placówek paramedycznych i paralekarzy naciągających seniorów na pakiety medyczne, pod którymi kryły się wysokie kredyty. Pamiętam, że wtedy prezes katowickiej Federacji Konsumentów, zwróciła się do mnie o pomoc. Później powstał reportaż „Zdrowie na kredyt”, a w trakcie jego realizacji udało się odzyskać ponad 8 tysięcy złotych dla mojej bohaterki. Nikt w to wtedy nie wierzył, nawet ja! To sprawiło, że kiedy do federacji zaczęły zgłaszać się osoby, które miały problem z odzyskaniem pieniędzy za remont, pani prezes zadzwoniła do mnie pełna nadziei z pytaniem, czy i tym razem nie mogłabym się tym zająć. Zawsze mnie rozczula jej ton, kiedy mówi:  „Ilonko, no jak nie Ty, to kto!?” Ciężko wtedy odmówić. I tak się zaczęła przygoda z „Przekrętem na remont”. Jak się później okazało temat był bardziej skomplikowany niż myślałam, a do poszkodowanych docierałam jak po nitce do kłębka. Zresztą ta nić w końcu doprowadziła mnie do samego oszusta, którego przecież udało się schwytać.

 

W jaki sposób udało się pani dotrzeć do bohaterów reportażu, czyli do osób pokrzywdzonych, oszukanych przez zagadkową firmę remontową?

 

Początkowo, dzięki pomocy prezes katowickiej Federacji Konsumenckiej, udało się namówić kilka starszych osób, aby spotkały się ze mną na herbatę. Jeździłam wtedy od domu do domu. Te rozmowy nie należały do łatwych. Ofiary były starsze i bały się oszustów, którzy znali ich adresy z umów. Niewiele z nich udało się przekonać na reportaż, część wystąpiła tylko anonimowo, dlatego musiałam sięgnąć głębiej. Długi research okazał się owocny, bo w sieci natknęłam się na różne firmy powiązane z tymi samymi nazwiskami. I tak krąg podejrzanych się zamykał, a oszukanych rozszerzał. Pomocne były nie tylko fora internetowe, ale i Facebook – wszechobecne narzędzie dobrowolnej inwigilacji, a dla nas dziennikarzy – świetne narzędzie do pracy i dokumentacji. To tam natrafiłam na grupę oszukanych przez jedną z firm. Później okazało się, że w prokuraturze toczy się postępowanie przeciwko ich dwóm właścicielom – jeden z nich był nieuchwytny od roku dla policji, dlatego śledztwo zawieszono. Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy po rozmowach z kilkunastoma poszkodowanymi, natrafiłam na akta sprawy, w których widniało osiem nazwisk –  i to żadne z tych osób, do których wcześniej dotarłam! Zdziwiło mnie to dlaczego oficjalnie postępowanie dotyczy tak małej ilości osób, podczas gdy ja co rusz docierałam do kolejnych. Pamiętam też, że wiele osób skontaktowało się ze mną właśnie przez Facebooka. Wtedy musiałam być ostrożna, bo moja interwencja wisiała na włosku, a miałam podejrzenia, że ktoś ze strony oszustów węszy moje zamiary. Pamiętam też telefony, które dzwoniły z pytaniem: „to pani zajmuje się tymi oszukanymi na remont?”–A ja wtedy „paliłam głupa”, nie wiedząc, komu mogę ufać, a komu nie. W końcu zebrała się pokaźna grupa poszkodowanych. Nie sposób było pokazać oczywiście wszystkich w materiale, bo mamy ograniczony czas. Niemniej budujące dla mnie było to, że kiedy zajęłam się tematem, oficjalnie, w prokuraturze, pokrzywdzonych było osiem osób, po emisji reportażu śledztwo ruszyło, a liczba ofiar, które włączyły się do sprawy wyniosła ponad 40 osób!

 

Często słyszymy o oszustwach „na wnuczka”, „na policjanta”, ale „metoda na remont” to coś nowego. Jak natrafiła Pani na trop oszusta, właściciela firmy remontowej z Zabrza?

 

Sama metoda również mnie zdziwiła i wydała się bardzo cwana i przemyślana. Dotarcie do poszukiwanego przez policję mężczyzny, to nie była łatwa droga. Co prawda nie trudno było znaleźć jego imię i nazwisko – to informacje z akt sprawy. Ciężej przyszło ustalenie, gdzie teraz faktycznie on jest – nie wszystkie dane mamy na tacy. Myślę, że my dziennikarze mamy swoje sposoby, których nie powinniśmy tutaj zdradzać dla dobra naszej pracy. Często przydają się też nasi informatorzy, których chroni ustawa i którzy wiedzą, że mogą nam ufać. Dodam tylko, że nie obyło się bez wizyt w miejscach działania różnych firm. Zanim pojechaliśmy tam z kamerą, oczywiście zrobiłam dobry wywiad środowiskowy. Myślę, że człowieka, który wpadł w moją prowokację dziennikarską zgubiła jego chęć żerowania na innych i żądza pieniądza. Pamiętam, że kilkanaście minut przed umówionym spotkaniem, „przedsiębiorca” zadzwonił, żeby je odwołać. Zrobiło się niebezpiecznie i prowokacja wisiała na włosku. Wiedziałam wtedy na czym zależy oszustom i wyciągnęłam argument najmocniejszego kalibru – wspomniałam o wysokiej zaliczce za remont, którą już przecież wypłaciłam z banku i czekam na niego (oczywiście blefowałam). Za kilkanaście minut oszust był już na miejscu!

 

W reportażu niektórzy z bohaterów ukrywają twarze przed kamerą – ze wstydu, bo ulegli manipulacji oszusta, a może ze strachu? Z kolei innych bohaterów przedstawia pani z imienia i nazwiska. Czy to prawdziwe twarze i nazwiska osób pokrzywdzonych?

 

Oczywiście, wszystkie osoby, które występują z twarzy oraz z nazwisk to prawdziwe poszkodowane osoby. Są to głównie ci, którzy nie bali się i zgłosili sprawy na policję. Niemniej było też wiele osób, które godziły się tylko na rozmowy telefoniczne lub właśnie wystąpienia anonimowe. W przypadku starszych osób w grę wchodził strach, bo wiedziały, że firma ma ich dane osobowe i adresy, które były wpisywane w umowę. Czasem była też taka naiwność – mimo oczekiwań wielu miesięcy bez remontu, bez pieniędzy – często słyszałam: „A może jeszcze wrócą i wyremontują? Jak mnie zobaczą w telewizji to już nigdy nie wrócą”. W grę oczywiście wchodziło też poczucie wstydu. Każdy z tych powodów był dla mnie tak samo ważny, bo bez względu na to, kto był po drugiej stronie, najważniejsze było dla mnie jego bezpieczeństwo i to że może mi zaufać.

 

Dlaczego wybrała Pani tak trudny gatunek dziennikarski, jakim jest reportaż interwencyjny?

 

Właściwie reportaże interwencyjne to nie jedyne, którymi się zajmuję, choć sprawiedliwie byłoby w tym miejscu się przyznać, że aż tak wielu nie mam ich jeszcze na swoim koncie, bo moja przygoda z Telewizją Katowice trwa dopiero od 2016 roku. Tworzę też materiały społeczne np. o niepełnosprawnych, o ludziach z wyjątkowymi pasjami, czy wcześniej także o zaginionych. Ale muszę powiedzieć, że reportaż interwencyjny, śledczy, to jednak mój ulubiony gatunek. Myślę, że to on mnie wybrał do współpracy, a nie ja jego, bo to właśnie interwencja w czyjejś sprawie daje mi poczucie robienia czegoś dobrego, obnażania nieuczciwych praktyk, pomagania słabszym. To naiwne poczucie zmieniania świata na lepszy towarzyszy mi właściwie od początku moich marzeń i wyobrażeń o dziennikarstwie i chciałabym, by się to nigdy nie zmieniło.

 

Na czym polega fenomen reportażu interwencyjnego? Czy można powiedzieć, że reportażysta przekraczając pewne granice, wchodzi w rolę śledczego, a może bardziej detektywa?

 

Ciężko powiedzieć skąd ten fenomen i dlaczego teraz współcześnie chyba częściej wracamy do tej trudnej formy jaką jest reportaż interwencyjny, śledczy. Moim zdaniem to życie generuje tę potrzebę, a nie my – dziennikarze. Jeśli pod nasze stopy spadają tematy mocne, interwencyjne, to warto po nie sięgnąć. Może w takich właśnie czasach żyjemy, że te tematy spadają nam dość często. Myślę, że czasem dziennikarz balansuje na granicy, a może i nawet przekracza tę, w której powoli przestaje być już tylko dziennikarzem. Nam zapewne jest ciężej działać, bo nie mamy takich narzędzi jak policja, czy detektywi. Ale wtedy, gdy zawodzą organy ścigania, to jak inaczej pomóc, niż samemu wcielić się trochę w rolę takiego właśnie policjanta, który w ramach prowokacji doprowadza do zatrzymania oszusta. Nie twierdzę do końca, że jest to dobre, bo wszystko powinno mieć swoje granice i przede wszystkim trzeba wtedy pamiętać o bezpieczeństwie, nie tylko swoim, ale i swojej rodziny, ludzi, z którymi pracujemy, rozmawiamy. Łatwiej by było, gdybyśmy nie musieli przekraczać tych granic, ale czasem życie to weryfikuje i wymusza. A i przyznać trzeba, że przybieranie tych ról jest niezwykle intrygujące i ciekawe, może też czasem jest to powód, dla którego to robimy.

 

Na oczach kamery udało się pani przyłapać na gorącym uczynku właściciela firmy, która oszukała bohaterów reportażu,. Na czym polegała współpraca reportażysty z organami ścigania? Czy to była „ukartowana intryga”?

 

Właściwie współpraca z policją pojawiła się tu z rozsądku, ale już na etapie końcowym. Początkowo celem było samo obnażenie intrygi, dlatego, kiedy udało mi się umówić z oszustem na spotkanie, wiedziałam, że najwłaściwszym będzie oddanie go w ręce policji.  Oczywiście nastąpiło to już po tym, kiedy zebrałam dostateczne dowody, porozmawiałam i ponagrywałam wiele rozmów z poszkodowanymi. Postanowiłam dać poszukiwanemu swobodę w wyborze dnia i godziny spotkania, aby nie wzbudzać podejrzeń, niemniej musiałam naprowadzić go na miejsce, w którym się spotkamy, najlepiej publiczne – dziennikarze znający realia telewizyjne wiedzą, że nie mogłam sobie pozwolić na wynajem mieszkania do remontu. Musiałam stworzyć do tej historii odpowiednią „legendę”, czyli wiarygodny powód, dla którego wyjątkowo porozmawiamy w barze, a nie w mieszkaniu, gdzie miałby odbyć się „remont”. Przy kolejnym przekładaniu spotkań przez mężczyznę, musiałam na bieżąco reagować i przesuwać kamerę. W końcu zapadła data i godzina. I choć rozmowy z policją toczyły się już od tygodni, do ostatniego dnia nie podawałam konkretów, bo wiedziałam, że lada dzień organy ścigania, które dotychczas przez rok nie schwytały oszusta, mogą mnie wyprzedzić. Rano przed prowokacją mieliśmy spotkanie z komendantem, któremu dopiero wtedy przekazaliśmy szczegóły, choć zaproponowane  miejsce od kilku dni było już sprawdzane przez policję. Co prawda swoimi kanałami dowiedziałam się, że w tym samym dniu, gdyby moja prowokacja się nie powiodła, ustawiona była za kilka godzin kolejna – policyjna, ale to jeszcze bardziej zmotywowało mnie do działania i świadczyło już tylko o tym, że poszukiwany mężczyzna prędzej czy później padnie ofiarą swoich oszustw. Zdradzę także, że dla dobra sprawy sam właściciel lokalu nie był poinformowany o tej interwencji, więc, gdy nagle policja i kamery pojawiły się w barze był nie mniej zaskoczony niż sam zakuwany mężczyzna. Muszę przyznać, że od momentu, kiedy policja włączyła się w rozmowy o prowokacji ich działania były bardzo profesjonalne i przede wszystkim nastawione także na nasze bezpieczeństwo. Wskazany lokal był obstawiony funkcjonariuszami operacyjnymi jeszcze na kilka godzin przed akcją. Policja miała też w zanadrzu swoje scenariusze, co jeśli na spotkanie nie przyjdzie prawdziwy poszukiwany, tylko kogoś wystawi. Ten jednak wpadł w sidła. Naprawdę wielkie podziękowania należą się tu komendantowi Komisariatu III Policji w Katowicach, który dowodził akcją oraz Komendzie Miejskiej Policji w Katowicach za zrozumienie. Ponieważ, szanując pracę, którą wykonałam, cierpliwie zaczekali, aż wypytam poszukiwanego o wszystko, o co chciałam i dam sygnał do działania, a moje kamery zdążą wszystko zarejestrować. Mogliby przecież zaraz po jego wejściu do baru zakuć mężczyznę i wyprowadzić, nie zważając na moją prowokację, ale okazali się profesjonalistami, którzy zrozumieli, że każdy z nas miał tu swoją rolę do odegrania.

 

Wspominała pani, że sprawa jest w toku. Dziennikarskie śledztwo doprowadziło do zatrzymania przestępcy. Czy przewiduje Pani ciąg dalszy tej historii?

 

Po tym jak w trakcie prowokacji zatrzymano poszukiwanego przez policję mężczyznę, trafił on do aresztu na trzy miesiące, a na drugi dzień ruszyło śledztwo. Obecnie został z niego zwolniony, jednak ma dozór policyjny i wraz ze wspólnikami, którzy także są oskarżeni o wyłudzenia kwot sięgających kilkuset tysięcy złotych, oczekuje na rozprawę. Grozi im do ośmiu lat więzienia. To co dla mnie jest jednak najważniejsze to to, że po emisji reportażu przybyło poszkodowanych, których oficjalnie włączono w sprawę – z ośmiu do ponad 40 osób. Myślę, że ta historia zasługuje na kontynuację zwłaszcza wtedy, gdy znajdzie swój finał w sądzie, a poszkodowani odetchną z ulgą i zostaną im zwrócone pieniądze. A jeśli to się z jakiś powodów nie stanie… to kontynuacja będzie już wtedy wręcz wskazana.

 

Praca reportażysty to niewątpliwie praca zespołowa. Kto odpowiada za sukces tej dziennikarskiej prowokacji? Z jakimi trudami musiała się Pani zmagać przy realizacji reportażu?

 

Ten nagrodzony reportaż nie jest tylko moją zasługą. To co najważniejsze przy takich interwencjach, które przecież nie należą do łatwych, to także zgrany zespół, który zabieramy ze sobą. Nie byłoby całej tej prowokacji i jej sukcesu, gdyby nie współpraca  ekipy, a przede wszystkim tych ludzi, którzy byli tam ze mną na miejscu. Nie byli tylko wsparciem technicznym, ale też mentalnym i dodawali otuchy w stresujących momentach. Przede wszystkim wielkie podziękowania należą się bardzo zdolnemu operatorowi kamery – Kamilowi Szołtysikowi, który pod pretekstem zamówienia pizzy wspólnie z koleżanką – Karoliną Machurą, rozeznawał teren i ustawiał mi stół do prowokacji. Nie mogłam pojawić się za wcześnie w barze, na wypadek, gdyby lokal był wcześniej obserwowany, a właściciel baru także nie mógł się zorientować, by nie wypłoszyć oszusta. Karolina była moją awaryjną kamerą z telefonu, która obserwowała wszystko z odległości jako niewinna studentka z notatkami, ale w najważniejszym momencie okazała się niezastąpiona i nagrała zakuwanie mężczyzny w kajdanki. Wspaniały i doświadczony dźwiękowiec – Andrzej Sęk, oprócz mojego bijącego serca słyszał też doskonale to, o czym rozmawiamy i wiedział, że musi czekać na sygnał, w którym pociągnie za sobą operatora, policjantów i wejdzie w centrum akcji. A jeśli o akcji już mowa, to tej w trakcie montażu dodawał mój montażysta – Bartłomiej Jarząb – poprzez zgrabne pomysły, efekty i odpowiednią muzykę, dobieraną wspólnie z ilustratorem Łukaszem Kozerą. Nie byłoby też tego, gdyby nie zaufanie szefostwa z ośrodka i kierownika produkcji, którzy pomimo wielu „przeciw” wypuścili mnie na tę prowokację. I oczywiście całej opieki redakcyjnej sprawowanej przez wydawców – Marię Stepan na szczeblu ogólnopolskim, czy Aleksandrę Rek w regionie, które uwierzyły, że „Ptak” z tak niewielkim doświadczeniem, jak ja, może wzbić się na swoich niewielkich skrzydłach i doprowadzić ten reportaż od początku do końca. W tym miejscu dla wszystkich należą się podziękowania, bo nie ma nic piękniejszego niż pracować w tak świetnym zespole!

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska, fot. Bartosz Dominik

 


 

Ilona Ptak

Rocznik 1992. Pochodzi z Dąbrowy Górniczej,  absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Ekonomicznym i Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Od najmłodszych lat chciała zostać dziennikarzem. W czasie studiów redagowała magazyny studenckie „Suplement” oraz „Nowy Gwóźdź Programu”. Od 2012 do 2016 r. pracowała w public relations. Karierę w Telewizji Katowice rozpoczęła w 2016 r. w redakcji „Aktualności”. W tym samym roku trafiła do redakcji programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…” realizowanym dla TVP1, a później TVP3, gdzie spędziła ponad dwa lata. Od maja 2018 roku współpracuje z regionalną redakcją reportażu TVP3 Katowice. Jej materiały można oglądać też na antenach ogólnopolskich, m.in. w programach Magazyn Ekspresu Reporterów (TVP2), Alarm (TVP1), Głębia Ostrości (TVP1/TVP Info), Telekurier (TVP3).

W 2018 r. wyróżniona w konkursie Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka w kategorii „Debiut Publicystyczny Roku” za reportaż pt. „On musi wrócić” o zaginionym Piotrze Kijance z Krakowa. W tym samym roku zdobyła nagrodę Rady Programowej TVP3 Katowice dla Młodych Dziennikarzy za reportaż „Bohaterowie pod ziemią” o najważniejszych akcjach ratownictwa górniczego na przestrzeni ostatnich 50 lat na Śląsku i w Zagłębiu. W 2019 r. zajęła II miejsce na I Festiwalu Reportażu Sportowego Patyk za reportaż „Tam, gdzie ściany zrzucają skórę”, a także zdobyła pierwszą nagrodę im. Brygidy Frosztęgi-Kmiecik dla Najlepszego Reportażu Interwencyjnego podczas 26. Przeglądu i Konkursu Dziennikarskiego Oddziałów Terenowych Telewizji Polskiej za reportaż „Przekręt na remont”.

 

 

Wolności słowa w Lidzbarku Warmińskim wygrała – ADAM SOCHA o kolejnym uniewinnieniu ANDRZEJA PIEŚLAKA

Kolejne uniewinnienie dziennikarza obywatelskiego z Lidzbarka Warmińskiego Andrzeja Pieślaka. Redaktor portalu naszlidzbark.pl był skazany z art. 212 za pomówienie radcy prawnego Waldemara Żbikowskiego na wysoką karę grzywny. Sąd Okręgowy w Olsztynie w rozprawie odwoławczej uchylił wyrok lidzbarskiego sądu. Wyrok jest prawomocny.

 

Waldemar Żbikowski to radca prawny w Urzędzie Miasta Lidzbark Warmiński. Andrzej Pieślak – jako jedyny dziennikarz w Lidzbarku (w mieście ukazuje się także tygodnik niemieckiego koncernu) –  monitoruje pracę władzy samorządowej. Wypatrzył w Internecie, iż radca złożył zgodnie z wymaganiami pozytywne oświadczenie lustracyjne. Oznaczało to, że musiał współpracować z organami służb bezpieczeństwa. Idąc tym tropem, Andrzej Pieślak wielokrotnie i niestety bezskutecznie usiłował pozyskać od IPN kopię oświadczenia lustracyjnego, spotykając się z niezrozumiałą odmową. Burmistrz Miasta i Okręgowa Izba Radców Prawnych także nie posiadały kopi oświadczenia lustracyjnego. Wówczas skierował maila do Burmistrza Miasta, aby rozważył etyczny aspekt zatrudniania osoby, tajnego współpracownika SB.

 

Napisał w nim:

„Panie Burmistrzu, ustawa lustracyjna ma zapewniać, aby ważne funkcje publiczne w Polsce pełniły osoby, które nie były uwikłane np. we współpracę z organami bezpieczeństwa PRL i które przez to – jak zapisano w preambule ustawy – dają gwarancję uczciwości, szlachetności, poczucia odpowiedzialności za własne słowa i czyny, odwagi cywilnej i prawości. W związku z powyższym niepokojącym jest fakt, iż wynajął pan do obsługi prawnej gminy pana Waldemara Żbikowskiego, byłego tajnego współpracownika służb bezpieczeństwa PRL. Czy były konfident, zasługuje na pełnienie tejże ważnej funkcji, czy daje gwarancję uczciwości i szlachetności w postępowaniu? Pozostawiam to panu do rozważenia. Proszę o odpowiedź mailem, szkoda papieru”.

 

Dziennikarz swoimi wątpliwościami na temat zatrudniania przez urząd prawnika z taką przeszłością podzielił się też z czytelnikami swojego portalu. W rozmowie ze mną podkreśla, że

wysyłając maila i dokonując wpisu był przekonany (analizując dostępne materiały), że Waldemar Żbikowski był tylko i wyłącznie tajnym współpracownikiem SB. Odpowiedzi na maila nie otrzymał.

 

Za to Waldemar Żbikowski poczuł się znieważony i poniżony w oczach opinii publicznej oraz narażony na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu radcy prawnego. Złożył pozew o zniesławienie z art. 212 k.k.. Pierwsza rozprawa miała miejsce 6 lutego 2019 r. Kolejne, 19 czerwca, 12 lipca, 19 lipca, 28 sierpnia. Ostatecznie 6 września sędzia Marta Banaś-Grabek uznała redaktora winnym zarzucanych czynów i skazała na karę grzywny, w sumie 4050 zł uwzględniając znaczny stopień społecznej szkodliwości popełnionych przestępstw.

 

Od tego wyroku Andrzej Pieślak złożył odwołanie do Sądu Okręgowego w Olsztynie. W tym czasie ustalił, że faktycznie pomylił się. Waldemar Żbikowski nie był tajnym współpracownikiem SB, był etatowym pracownikiem SB.

 

Sędzia Sądu Okręgowego Anna Górczyńska uniewinniła oskarżonego. Jako że rozprawy z art. 212 kk odbywają się z wyłączeniem jawności, więc red. Pieślak przekazał mi jedynie, iż sędzia Górczyńska w uzasadnieniu wyroku „zmiażdżyła” wyrok lidzbarskiego sądu.

 

Zadzwoniłem do radcy Waldemara Żbikowskiego informując o wyroku i prosząc o komentarz. Nie chciał rozmawiać, tłumacząc się, że prowadzi auto.

– Ale ja ma jedno krótkie pytanie: czy był pan pracownikiem SB. Tak czy nie?

Radca rozłączył się. Wysłałem pytania mailem. Nie odpowiedział.

Zadzwoniłem też do burmistrza Lidzbarka Warmińskiego Jacka Wiśniowskiego. Odpowiedział, że przeszłość radcy mu nie przeszkadza. Dla niego najważniejsze jest, jak teraz wywiązuje się z umowy wobec urzędu, a wywiązuje się dobrze.

 

Zapytałem też burmistrza, czy pochwala nagonkę na dziennikarza obywatelskiego, non stop składanie doniesień do prokuratury, wnoszenie oskarżeń do sądu przez przedstawicieli władzy samorządowej? Burmistrz stwierdził, że nic nie wie o prześladowaniu dziennikarza, on Andrzeja Pieślaka nie prześladuje.

 

KOMENTARZ

 

Ten wyrok pokazuje, jak heroicznej roli podejmują się tacy dziennikarze obywatelscy jak Andrzej Pieślak, którzy kontrolują władzę w małych miejscowościach. Zwłaszcza tych, w których starosta powiatowy, burmistrz, komendant policji, prokurator i prezes sądu to jedna rodzina. Andrzej Pieślak przeżył już w swojej karierze nalot policji, rewizję i zajęcie komputera pod pretekstem poszukiwania materiałów pedofilskich. Wcześniej cztery razy przegrał w lidzbarskim sądzie sprawy wytaczane przez władze samorządowe i cztery razy Sąd Okręgowy w Olsztynie te wyroki uchylił. Tak było i tym razem.

Swoją misję pełnił kosztem rodziny, bo portal praktycznie nie przynosi żadnych dochodów. Miejscowe urzędy, instytucje i lokalni przedsiębiorcy zlecają płatne ogłoszenia i reklamy tygodnikowi należącemu do koncernu niemieckiego, który jest słupem ogłoszeniowym władzy i niczym więcej. W końcu Pieślak musiał ograniczyć pracę dziennikarską i zająć się pracą zawodową, by utrzymać rodzinę.

ZG SDP powinien zainicjować powołanie fundacji, której zadaniem byłoby wspieranie demokracji lokalnej poprzez dofinansowywanie takich lokalnych portali internetowych w formie grantów. Fundacją powinna kierować apolityczna Rada Powiernicza złożona z autorytetów życia publicznego, nieuwikłanych w partyjną wojnę. Finansowanie takiej fundacji powinno pochodzić ze specjalnego podatku, który płaciłyby prywatne koncerny medialne. Po prostu musiałyby przekazać jakiś procent zysków pochodzących z płatnych ogłoszeń od instytucji państwowych i samorządowych.

 

Wiem, że to utopia, ale chociaż należałoby ufundować nagrodę GRAND PRIX tylko dla takich lokalnych dziennikarzy obywatelskich jak Andrzej Pieślak równą finansowo nagrodzie głównej SDP, żeby chociaż w ten sposób zrekompensować im ich wydatki. Bez takich dziennikarzy demokracja w wydaniu lokalnym to fikcja. A takich dziennikarzy jak Andrzej Pieślak w miastach powiatowych woj. warmińsko-mazurskiego ze świecą szukać. Z reguły portale i gazetki siedzą w kieszeni miejscowego burmistrza i starosty.

 

Adam Socha

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu JANA ŚPIEWAKA

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje wyrok skazujący publicystę i działacza społecznego Jana Śpiewaka za zniesławienie mecenas Bogumiły Górnikowskiej, córki byłego ministra sprawiedliwości i apeluje o jego ułaskawienie przez Prezydenta w przypadku złożenia przez niego skargi kasacyjnej.

 

Jan Śpiewak ma zapłacić za zniesławienie 5 tys. zł grzywny i 10 tys. zł nawiązki. 13 grudnia b.r. zdecydował o tym Sąd Okręgowy w Warszawie. Nie uwzględnił argumentów zawartych we wniosku apelacyjnym oraz opinii CMWP SDP, w której domagaliśmy się jego uniewinnienia. W ocenie CMWP SDP skazanie Jana Śpiewaka stanowi poważne naruszenie jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa.

 

Jan Śpiewak to publicysta i dziennikarz obywatelski, a także zasłużony działacz społeczny i obrońca wyrzucanych ze swoich mieszkań obywateli Warszawy. Stając w obronie słabszych i nierzadko bezbronnych wobec administracyjnych instytucji miasta stołecznego Warszawa sprawił, iż tematyka kontrowersyjnej reprywatyzacji w stolicy stała się znaną opinii publicznej w Polsce, co jest oczywistym działaniem w interesie społecznym.

 

Z niezrozumiałych powodów decyzją najpierw Sądu Rejonowego w Warszawie, a teraz Sądu Okręgowego red. Jan Śpiewak ma ponieść za to surowe konsekwencje w postaci skazania w procesie karnym. W ocenie CMWP SDP jest to naruszenie prawa red. Jana Śpiewaka do swobodnego wyrażania opinii w przestrzeni publicznej, co jest fundamentem funkcjonowania demokratycznego państwa. Bulwersujące jest w tej sprawie także to, iż uzasadnienie wyroku jest niejawne, tak jak i niejawny był cały proces.

 

Jan Śpiewak został oskarżony z art. 212 kk o to, że w 2017 r. na portalu Twitter wyraził opinię, iż mec. Górnikowska jako córka ministra przejęła w 2010 r. kamienicę „metodą na kuratora”. W połowie stycznia 2019 roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia orzekł, że działacz miejski jest winny zniesławienia mec. Górnikowskiej i nakazał mu zapłatę 5 tys. zł grzywny i 10 tys. nawiązki na jej rzecz. Uzasadnienie wyroku było niejawne. Apelacje wniosły obie strony. Na rozprawie 13 grudnia b.r. Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał wyrok sądu I instancji i zobowiązał Śpiewaka do zapłaty w/w grzywny i nawiązki, czyli łącznie 15 tys. zł. Sąd utajnił uzasadnienie wyroku. Tym razem wyrok jest już prawomocny.

 

W ocenie CMWP SDP nie można dokonywać oceny prawnokarnej opisywanego zdarzenia (“zniesławienia”) wyłącznie z punktu widzenia wersji przedstawionej przez oskarżenie, równocześnie abstrahując od realnej oceny działań oskarżycielki prywatnej (mec. Górnikowskiej), które stały się przyczyną skierowanej wobec niej krytyki, a także od szerszego kontekstu społecznego sprawy. CMWP nie podejmuje się także oceny udziału i roli oskarżycielki prywatnej w „”przekształceniach własnościowych” związanych z warszawskimi gruntami. Pragnie jednak zwrócić uwagę, że oskarżycielka wykonuje zawód adwokata, powierzono jej też funkcję we władzach samorządu adwokackiego. Jako osoba publiczna powinna liczyć się z krytyką społeczną, zwłaszcza gdy chodzi o sprawy budzące poważne kontrowersje, w tym przejęcie zarządzania nieruchomością w budzących wątpliwości okolicznościach i dokonywanie podwyżek czynszów, co powodowało opór społeczny. W tym kontekście opinie formułowane przez Jana Śpiewaka należy rozumieć jako działanie nakierowane na wyjaśnienie sprawy oraz zwrócenie na nią uwagi opinii publicznej. A warto podkreślić, że to właśnie nacisk opinii publicznej walnie przyczynił się do ujawnienia wielu poważnych nieprawidłowości oraz do powołania komisji weryfikującej kwestie związane z reprywatyzacją warszawskich gruntów.

 

Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: „Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe. ” Zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

 

W ocenie CMWP SDP wszystkie te akty prawne w/w wyrok lekceważy. CMWP SDP stoi przy tym na stanowisku, że wyrok skazujący w niniejszej sprawie stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno Jana Śpiewaka, jak i innych społeczników lub dziennikarzy, do podejmowania tematyki nieprawidłowości przy reprywatyzacji gruntów warszawskich. Skazanie Jana Śpiewaka powoduje zatem tzw. efekt mrożący. Jest to nie do pogodzenia z aktywizmem społecznym obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać trudne i kontrowersyjne sprawy, broniąc w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W ocenie CMWP SDP wyrok ten nie odpowiada międzynarodowym standardom w dziedzinie wolności słowa. Nie służy on założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, lecz tłumieniu krytyki, która stanowi niezbędny element demokratycznego państwa . Przyczynia się w ten sposób do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

 

dr Jolanta Hajdasz dyr. CMWP SDP

Warszawa, 13 grudnia 2019 r.

https://cmwp.sdp.pl/protest-cmwp-sdp-przeciwko-skazaniu-jana-spiewaka/

W rocznicę wybuchu stanu wojennego w Zamościu zniesiono cenzurę !

Sąd Okręgowy w Zamościu (odwoławczy) na posiedzeniu niejawnym 13 grudnia b.r. zmienił postanowienie Sądu I instancji i oddalił wniosek Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu o udzielenie zabezpieczenia w procesie o naruszenie dóbr osobistych przedsiębiorstwa przez publikacje na jego temat w tygodniku. Oznacza to, iż Sąd cofnął tygodnikowi zakaz publikacji na temat PGK Zamość, jaki został wydany na posiedzeniu 4 listopada. b.r. To cenzurowanie „Tygodnika Zamojskiego” w ocenie CMWP SDP było skandaliczne, dlatego objęliśmy tę sprawę monitoringiem CMWP SDP i najszybciej jak było to możliwe przesłaliśmy do Sądu nasze stanowisko . Cieszymy się, że udało się cofnąć zakaz publikacji i że Sąd podejmując dziś decyzję uwględnił argumentację CMWP SDP.

 

22 listopada 2019 r. CMWP SDP wyraziło protest przeciwko postanowieniu Sądu Okręgowego w Zamościu zakazującemu “Tygodnikowi Zamojskiemu” publikowania artykułów na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu oraz nakazującemu tygodnikowi usunięcie ze strony internetowej www.tygodnikzamojski.pl artykułów dotyczących przedsiębiorstwa. Zgodnie z postanowieniem Sądu zakaz publikacji miał obowiązywać co najmniej 11 miesięcy. W ocenie CMWP SDP było to złamanie fundamentalnej dla demokratycznego państwa zasady wolności słowa.

 

Dziennikarka tygodnika red. Jadwiga Hereta w sierpniu 2018 roku opisała w artykule “Centralne Biuro Antykorupcyjne w PGK”, że zamojska spółka PGK wybrała w przetargu na budowę farmy fotowoltaicznej ofertę miejscowej firmy za 8,5 mln zł, odrzucając o 2 mln tańszą propozycję firmy z Gdańska. Rada Nadzorcza  PGK stwierdziła nieprawidłowości w przetargu i zawiadomiła prokuraturę. Postępowanie prokuratorskie w tej sprawie trwa, jest przedłużone do 20 grudnia.

 

We wrześniu do Sądu Okręgowego w Zamościu wpłynął pozew o ochronę dóbr osobistych Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej  przeciwko wydawnictwu, redaktorowi naczelnemu Michałowi Kamińskiemu i autorce tekstów. 4 listopada b.r. Sąd Okręgowy w Zamościu wydał postanowienie zabezpieczające, zakazując “Tygodnikowi Zamojskiemu” (Wydawnictwo Zamojskie) publikacji na temat miejskiej spółki Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej (PGK) przez 11 miesięcy. Wydawca ma też usunąć ze strony internetowej artykuły na temat spółki.

 

19 listopada b.r. CMWP SDP  objęło monitoringiem sprawę z powództwa Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej (PGK) w Zamościu przeciwko “Tygodnikowi Zamojskiemu” oraz  zgłosiło  do Sądu Okręgowego w Zamościu  (22 listopada b.r.) zastrzeżenie na postanowienie Sądu zakazującego  tygodnikowi publikowania artykułów na temat PGK oraz nakaz usunięcia ze strony internetowej www.tygodnikzamojski.pl artykułów dotyczących przedsiębiorstwa. W swoim stanowisku CMWP SDP podkreśla, iż sporne artykuły powstały w ramach realizacji ochrony ważnego interesu społecznego. Poruszony w inkryminowanych artykułach “Tygodnika Zamojskiego” temat jest bardzo istotny i budzi duże zainteresowanie czytelników, ponieważ dotyczy newralgicznych i kluczowych dla opinii publicznej spraw, jakimi są zawsze procedury związane w wydatkowaniem publicznych środków finansowych. Prasa ma nie tylko prawo, ale i obowiązek informować społeczeństwo o możliwych nieprawidłowościach w tym zakresie, a wszelkie informacje na ten temat nie powinny być ukrywane przed opinią publiczną. Uzasadnionym interesem społecznym przemawiającym za publikacją artykułów jest również ochrona prawa społeczeństwa do informacji. CMWP SDP w sowim stanowisku zwróciło uwagę, iż m.in. po krytycznych artykułach “Tygodnika Zamojskiego” na temat PGK, Rada Nadzorcza tego przedsiębiorstwa stwierdziła nieprawidłowości w procedurze przetargowej i zawiadomiła o tym prokuraturę . Postępowanie w tej sprawie nadal trwa, jest przedłużone do 20 grudnia b.r. Już ten fakt jest bezspornym uzasadnieniem zainteresowania środków masowego komunikowania, w tym „Tygodnika Zamojskiego” przedsiębiorstwem PGK w Zamościu oraz czyni całkowicie niezrozumiałym zakaz jakichkolwiek publikacji na jego temat . W ocenie CMWP SDP jest to praktyka porównywalna z cenzurą prewencyjną, której stosowanie jest w Polsce konstytucyjnie zakazane. CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są wszystkie organy państwowe. Opisana praktyka sądowa budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by wskazane wyżej orzeczenie miało się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 

Źródło: CMWP SDP

Duch Jaruzelskiego – felieton TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

13 grudnia 1981 r. junta Jaruzelskiego zaczęła znów – bolszewickimi metodami – mordować Polaków. Na ulice Warszawy wyjechały czołgi. Wrócili komunistyczni patroni. A duch towarzysza generała wciąż spowija stołeczną „Łączkę”.

 

13 grudnia 1981 r. z ogarniętej wojną Warszawą solidaryzowała się okupowana Polska. 13 grudnia 2018 r. górnicy upomnieli się o ulicę Bohaterów z Kopalni Wujek, gdzie w wyniku strzałów plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników. „Jeżeli oni są Bohaterami, to kim są przywróceni przez Pana patroni ulic, przedstawiciele komunistycznego reżimu? Również są bohaterami, godnymi tego, by patronować ulicom Warszawy? (…) Przez Pańską decyzję żyjemy w schizofrenii historycznej” – media cytowały tekst opozycjonistów w PRL Krzysztofa Pluszczyka i Stanisława
Płatk
a do współczesnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.

Edukacja kolejnych pokoleń

 

Bo w miejsce zamordowanych przez sowiecką PZPR bohaterskich robotników z kopalni „Wujek”, na ulice Warszawy wrócił Wincenty Pstrowski, komunistyczny przodownik pracy, górnik,
rębacz dołowy, członek sowieckiej PPR.

Stanisław Płatek, który był ranny na „Wujku” stwierdził, że władzy Warszawy „należałoby tak długo klaskać, jak za czasów Gierka. Bo to, co zrobili, to wielkie draństwo”.

W obronie polskich bohaterów – przeciw ich komunistycznym podróbkom – wystąpiło też poprzednie pokolenie walczących o wolność. „W naszej wolnej ojczyźnie każda próba przywrócenia symboli komunistycznych przekreśla testament żołnierzy niepodległościowych, którzy tak, jak i my pragnęli nazywać rzeczy po imieniu – oddzielać dobro od zła, prawdę od fałszu
a patriotyzm od zdrady”
– podkreślił sędzia Bogusław Nizieński, żołnierz Armii Krajowej i jej największego kontynuatora w czasie okupacji sowieckiej po 1945 r. – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. W imieniu weteranów zwrócił uwagę, że patroni polscy patroni – w przeciwieństwie do ich komunistycznych podróbek – mają przede wszystkim charakter edukacyjny dla młodych pokoleń.

PZPR jak NSDAP

 

Przeciwko hańbiącej decyzji władz Warszawy o przywróceniu komunistycznych patronów ulic stolicy zaprotestowało Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych:

„Uważamy, że komunizm w Polsce w latach 1939-1989 był systemem zbrodniczym i dalsze honorowanie również w przestrzeni publicznej zbrodniarzy, funkcjonariuszy i działaczy tego okresu
nie ma jakiegokolwiek usprawiedliwienia i jest z gruntu szkodliwe dla społeczeństwa naszego kraju. Przypominamy, że propagowanie symboli i idei komunistycznych tak jak niemiecko-nazistowskich jest w Polsce zabronione i karane. Zakaz ten dotyczy również gloryfikacji osób będących funkcjonariuszami tych systemów. Podobnie jak nie wyobrażamy sobie nazywania ulic nazwiskami żołnierzy SS czy  funkcjonariuszy NSDAP, tak też nie godzimy się na nazywanie ich mianem sowieckich aparatczyków”.

 

Potomkowie walczących o wolność przypomnieli, że „nie zastosowanie się do Ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez
nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli,
obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki przez władze Warszawy
dowodzi daleko posuniętej anarchii”.

 

Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych domagało się, by obecni patroni – wśród nich Żołnierze Wyklęci i działacze opozycji antykomunistycznej pozostali nadal patronami
stołecznych ulic. Niestety, polscy bohaterowie nie powrócili. Duch Jaruzelskiego – przywódcy junty wojskowej, która wprowadziła w Polsce stan wojenny – zwyciężył. Zachować się jak trzeba
Wcześniej z apelem do władz Warszawy o zatrzymanie rekomunizacji zwrócił się Instytut Pamięci Narodowej, bo „nazwy te były wyrazem hołdu dla ludzi i organizacji, które działały na rzecz
zniewolenia Polski. (…) Ich przywrócenie będzie działaniem nieprzystającym do
szacunku dla ojczystej historii – szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia
odrodzenia Państwa Polskiego”.

 

Zarząd Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność” zwrócił się do władz Warszawy o „nieprzywracanie nazw ulic i obiektów, które upamiętniają osoby, organizacje, miejsca i wydarzenia propagujące zbrodniczy system, jakim był komunizm”:Panie Prezydencie, Pani Przewodnicząca, Panie i Panowie Radni m.st. Warszawy – zachowajcie się jak trzeba”.

 

Z tego też nic nie wyszło. Współcześni włodarze stolicy nie potrafili zachować się jak trzeba. Duch
Jaruzelskiego – przywódcy związku przestępczego o charakterze zbrojnym, autora nie osądzonej zbrodni 13 grudnia 1981 r. – wciąż jest obecny w Warszawie i całej Polsce.

Nie osądzony także za „Łączkę”

 

W stanie wojennym czerwony dyktator postanowił jeszcze jedno: rozkopać doły śmierci na „Łączce”. Jednak myli się ten, kto pomyślał, że Jaruzelski zrobił to dlatego, aby pochować bohaterów. Nie, nie – sumienie „generała” nie ruszyło. Przywódca wojskowej junty postanowił zrobić ostateczny porządek z niezłomnymi antykomunistami – zniszczyć ich szczątki. W tym celu wysłał na „Łączkę” ciężki sprzęt, koparki. Obok zmasakrowanych ludzkich kości ekipa Instytutu Pamięci Narodowej znalazła ślady gąsienic. Ziemia z częścią kości została następnie wywieziona w nieznanym kierunku. Dziś wiemy, że połamane, wymieszane szczątki zrzucono do jednego dołu obok, na głębokości około trzech metrów. Tylko, czy to jedyny taki dół? Niewykluczone, że ziemię wywożono również dalej, poza teren Powązek. Jeden z tropów prowadzi ok. sto –sto pięćdziesiąt metrów dalej, a konkretnie poniżej dzisiejszego cmentarza. Ale tamtędy przebiega teraz trasa szybkiego ruchu. Ktoś zapamiętał, że przy budowie drogi odnajdywano ludzkie kości.

Pamiętając o stanie wojennym, szczególnie jego ofiarach, nie możemy zapomnieć o tym, co wówczas na „Łączce” zrobił Wojciech Jaruzelski. A towarzysz dokończył zbrodnie swoich czerwonych kolegów z lat 40. i 50. Gdyby żył, powinien być sądzony również za to.

 

Tadeusz Płużański

Dziennikarze internowani przez reżim Jaruzelskiego

W 38. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego przypominamy (alfabetycznie) nazwiska internowanych dziennikarzy:

 

Anderman Janusz – internowany i do 24 lipca 1982 więziony na warszawskiej Białołęce

 

Bartmiński Jerzy – Lublin – internowany na kilkanaście dni w grudniu 1981

 

Bartoszewski Władysław – 13 grudnia 1981 internowany – początkowo w areszcie na Białołęce, a następnie w ośrodku internowania w Jaworzu na poligonie drawskim. Z internowania zwolniono go 3 maja 1982.

 

Bartyzel Jacek – podczas stanu wojennego

 

Beylin Marek – 13 grudnia 19 81 – 26 października 1982

 

Bieliński Konrad – 13 grudnia 1981 do 12 grudnia 1982

 

Bocheński Jacek – od 1981 do 1982

 

Bogucka Teresa – po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na okres kilkunastu dni, zwolniono ją po interwencji episkopatu i środowisk literackich

 

Boguta Grzegorz – internowano go na okres od 13 grudnia 1981 do 7 grudnia 1982.

 

Cywiński Jan – po wprowadzeniu stanu wojennego pozostawał w ukryciu aż do listopada 1983

 

Czaputowicz Jacek – internowany 13 grudnia 1981, przebywał w Białołęce i Strzebielinku, został zwolniony w listopadzie 1982

 

Czuma Benedykt – w stanie wojennym został internowany w Łęczycy i w Łowiczu od 13 grudnia 1981 do 8 lipca 1982.

 

Domański Piotr – internowany 13 grudnia 1981 do 24 lipca 1982

 

Dorn Ludwik – w stanie wojennym był ścigany listem gończym, ukrywał się przez półtora roku w Gdańsku i w Warszawie

 

Drawicz Andrzej – internowany w grudniu 1981 r.

 

Drzycimski Andrzej – w stanie wojennym internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 8 lipca 1982

 

Dworak Jan – po ogłoszeniu stanu wojennego został internowany na okres do marca 1982

 

Dymarski Lech – w stanie wojennym został internowany na ponad 10 miesięcy

 

Dyner Jerzy – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na ponad cztery miesiące

 

Gauden Grzegorz – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na okres od 13 grudnia 1981 do 7 lipca 1982

 

Guzy Jarosław – w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku

 

Holzer Jerzy – w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku

 

Jankowska Janina – po wprowadzeniu stanu wojennego od lutego do sierpnia 1982 internowano ją w Olszynce Grochowskiej i Gołdapi, usunięto także z pracy w Polskim Radiu

 

Jastrun Tomasz 10 listopada 1982 do 22 grudnia 1982

 

Jedynak-Pietkiewicz Małgorzata – po wprowadzeniu stanu wojennego, jako działaczka „Solidarności” w TVP usunięta z pracy, a następnie internowana w Gołdapi

 

Karpiński Marek – 13 grudnia 1981 został internowany, zwolniono go 18 listopada 1982

 

Kijowski Andrzej Tadeusz – w sezonie 1981 dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Internowany w Jaworzu. Złożył rezygnację w związku z wprowadzeniem stanu wojennego, w lutym 1982 r. po opuszczeniu Jaworza.

 

Kinaszewski Adam – po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany do ośrodka w Strzebielinku

 

Knap Zbigniew – 13 XII 1981 – 29 IV 1982 internowany w Ośrodku Odosobnienia w Warszawie-Białołęce

 

Komar Michał – internowany

 

Końka Marek – RSW Prasa 13.12.81-3.06.82

 

Król Marek – internowany 13grudnia 1981 do 16 lutego 1982

 

Kuczyński Waldemar – internowany 13 grudnia 1981 w Białołęce, a następnie w Jaworzu. Został zwolniony 12 lutego 1982 z powodu ciężkiej choroby córki

 

Kuroń Jacek – 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, internowany, a 2 września 1982 tymczasowo aresztowany pod zarzutem próby obalenia ustroju

 

Kuroń Maciej – po ogłoszeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 został internowany w Białołęce i bezpośrednio po tym relegowany z uczelni

 

Lipski Jan Józef – po wprowadzeniu stanu wojennego udał się po południu 14 grudnia do Zakładów Mechanicznych Ursus, aby uczestniczyć w zorganizowanym tam strajku. Po jego spacyfikowaniu w tym samym dniu został zatrzymany i oskarżony o kierowanie protestem, a następnie tymczasowo aresztowany. Umieszczono go w szpitalu więziennym w związku z chorobą serca. 6 stycznia 1982 został przewieziony na rozprawę uczestników strajku. W związku z treścią orzeczenia lekarskiego o stanie zdrowia 15 stycznia 1982 jego sprawę wyłączono do odrębnego postępowania i uchylono mu tymczasowe aresztowanie. Od 19 marca 1982 przebywał jednak pod nadzorem funkcjonariuszy SB w szpitalu w Aninie

 

Lityński Jan – internowany od 13 grudnia 1981 do 3 września 1982

 

Łojek Jerzy – w nocy 12/13 grudnia 1981 w chwili wprowadzenia stanu wojennego krótkotrwale aresztowany. W 1982 zmuszony został do przejścia na wcześniejszą emeryturę.

 

Łuczywo Helena – po wprowadzeniu stanu wojennego przez ponad rok pozostawała w ukryciu

 

Łuczywo Witold – po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego pozostawał w podziemiu, w latach 1982–1984 brał udział w wydawaniu „Tygodnika Mazowsze”. Vente voiture export Rachatvotrevoiture.com Vendre voiture accidentée, Rachat de voiture HS. Ujawnił się w październiku 1984, po czym został na krótki czas aresztowany

 

Łukasiewicz Małgorzata – po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce została internowana (do 1982)

 

Macierewicz Antoni – po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 stanu wojennego wszedł w skład komitetu strajkowego w Stoczni Gdańskiej. 16 grudnia 1981, po pacyfikacji tego protestu, został internowany (w tym czasie została internowana na kilka miesięcy także jego żona). Osadzono go najpierw w zakładzie karnym w Iławie, następnie w Kielcach-Piaskach, Rzeszowie-Załężu i Łupkowie

 

Małachowski Aleksander „Kultura” – w stanie wojennym został internowany na okres około roku, później był aresztowany pod zarzutem działalności konspiracyjnej.

 

Markuszewski Jerzy – w stanie wojennym został internowany

 

Matusiak Antoni – 14 grudnia 1981 do10 grudnia 1982

 

Mazowiecki Tadeusz, naczelny „Tygodnika Solidarność” – po wprowadzeniu stanu wojennego został 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, po czym internowano go w Strzebielinku

 

Merkel Jacek – w stanie wojennym internowano go na okres ponad roku

 

Michnik Adam – internowany 13 grudnia 1981 do 3 września 1982

 

Mroczyk Piotr – od 14 grudnia 1981 do 7 grudnia 1982 internowany w Białołęce i Darłówku

 

Onyszkiewicz Janusz – po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany, zwolniono go 23 grudnia 1982

 

Pawlak Antoni – po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na okres od grudnia 1981 do lipca 1982

 

Pietkiewicz Antoni – w stanie wojennym został internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 23 grudnia 1982. Ponownie aresztowano go w lipcu 1984, wkrótce zwolniono na mocy amnestii.

 

Przewłocki Janusz – internowany od 13 grudnia 1981 r. do 29 kwietnia 1982

 

Rayzacher Maciej – po wprowadzeniu stanu wojennego internowany na okres od 13 grudnia 1981 do 20 marca 1982

 

Romaszewska-Guzy Agnieszka – po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na pięć miesięcy.

 

Romaszewska Zofia – uniknęła internowania po ogłoszeniu stanu wojennego, działała w ukryciu. Razem z mężem zorganizowała konspiracyjne warszawskie Radio „Solidarność”.

 

Romaszewski Zbigniew – w stanie wojennym ukrywał się, będąc poszukiwanym.

 

Rosner Andrzej – internowany w stanie wojennym od 13 grudnia 1981 do kwietnia 1982

 

Ruszar Józef – internowany 13 grudnia 1981 do 31 grudnia1982

 

Skórzyński Jan – internowany 13 grudnia 1981 i osadzony w Białołęce, zwolniono go 31 grudnia 1981

 

Skórzyński Piotr – internowany 13 grudnia 1981 do 29kwietnia 1982

 

Starczewski Stefan – od 13 grudnia 1981 r. do sierpnia 1982 r. internowany w Białołęce.

 

Szczepański Piotr – po wprowadzeniu stanu wojennego współpracował z podziemną „Solidarnością”, był zatrzymywany przez funkcjonariuszy SB

 

Szczypiorski Andrzej – pisarz 13.12.81-19.04.82

 

Szwajcer Piotr – od 13 grudnia 1981 do 10 lipca 1982 internowany.

 

Szymanderski Jacek – 20 grudnia 1981 do 7grudnia 1982

 

Śledzińska-Katarasińska Iwona – internowana od 13 do 16 grudnia 1981

 

Śliwiński Krzysztof – 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982

 

Tylko Zbigniew – 8 maja 1982 do 6października 1982

 

Tyszka Andrzej – internowany od 13 grudnia do 22 grudnia 1981 w Białołęce, od 22 grudnia 1981 do 5 maja 1982 w Jaworzu, następnie otrzymał przepustkę, formalnie decyzję o internowaniu uchylono 13 lipca 1982.

 

Wierzbicki Piotr – od 13 grudnia 1981 do 10 lipca 1982 internowany w ośrodkach w Białołęce, Jaworzu i Darłówku

 

Wolicki Krzysztof – internowany 13 lipca 1982 do 9 października 1982

 

Woroszylski Wiktor – 13 grudnia 1981 internowany w Ośrodku Odosobnienia w Warszawie-Białołęce, Jaworzu i Darłówku

 

Wóycicki Kazimierz – 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982

 

Wujec Henryk – od 13 grudnia 1981 do września 1982 internowany, następnie do 1984 i ponownie od czerwca do września 1986 więziony.

 

Wujec Ludwika – w stanie wojennym została internowana, zwolniono ją w marcu 1982.

 

Wyszkowski Krzysztof – Po wprowadzeniu stanu wojennego został zatrzymany 13 grudnia 1981 w Grand Hotelu w Sopocie, następnie internowany w Strzebielinku, gdzie prowadził kilkudniową głodówkę protestacyjną. W sierpniu 1982 uciekł, pozostając w ukryciu

 

Załuski Piotr – 13 XII 1981 internowany w Ośrodku Odosobnienia we Wrocławiu, od 24 XII 1981 w Grodkowie, 2 VI 1982 zwolniony

 

Zambrowski Antoni – w stanie wojennym internowany w więzieniu w Białołęce

 

Zieliński Andrzej – internowany 13 lutego 1982 do 23 grudnia 1982

 

Zieliński Marek – internowany13 grudnia 1981do 1 grudnia 1982

 

Zimand Roman – internowany 13 grudnia 1981 do 29 IV 1982, objęty zakazem publikacji.

 

Zebrała Elżbieta Binder, Pracownia Wolnego Słowa SDP

http://old.sdp.pl/pws/dodatkowe/lista_internowanych.html

 

Fot. Wikipedia

Ziarna gniewu – JERZY SURDYKOWSKI wspomina stan wojenny

Czas drugiego obiegu uważam za najpiękniejszy okres w mojej dziennikarskiej biografii, ponieważ czułem się wtedy ludziom autentycznie potrzebny. Chociaż to, co miałem do powiedzenia, mówiłem w małym nakładzie, czasem pod pseudonimem, czasami pod nazwiskiem, ale ludzie na to czekali.

 

Dwunasty, trzynasty grudnia. Planowałem wyjazd rano jedenastego ekspresem na Kongres Kultury Polskiej w Warszawie. W przeddzień, dziesiątego grudnia, wieczorem – jak to ładnie ujęła moja żona – wysunęła się ręka Boska z Kościoła Mariackiego i rzuciła mną o oblodzony bruk krakowski. Parę dni przed stanem wojennym zrobił się cholerny mróz. Taka bezśnieżna szadź się zrobiła. I wywaliłem się dokładnie pod Kościołem Mariackim. Złamałem obojczyk. Także w stanie wojennym, jak mówili złośliwi koledzy, miałem autointernowanie, we własnym gipsie. Akurat noc z dwunastego na trzynastego była pierwszą nocą, którą w pancerzu gipsowym, to strasznie niewygodne, przespałem w domu. Przyleciał syn i mówi „tata, generał w telewizorze”. Pierwsza moja myśl była „oni tego pożałują”. Taką miałem pierwszą refleksję. Nie że strach, tylko „oni pożałują”. Potem było jak było.

 

Zawieszenie SDP stało się oczywiste, jeśli nastąpił stan wojenny to musieli nas zawiesić czy rozwiązać, to była rzecz jasna, ja nie uczestniczyłem w tych pierwszych, panicznych spotkaniach ze względu na ten gips.

 

Bardziej dramatyczne było rozbicie strajków i strzelanie u „Wujka” dzień później. Nowa Huta zaprzestała strajku po otoczeniu i po wjechaniu ZOMO przez bramę. Postanowili nie stawiać oporu, dzięki czemu tam nie było ofiar.

 

Moje odejście z „Życia Literackiego”

 

Ja nie odszedłem z „Życia Literackiego” tylko z takiego pisma „Zdanie”, które nie wydało ani jednego numeru. Wydało później, ale już w innym składzie redakcji. „Zdanie” było wydawnictwem nieperiodycznym klubu „Kuźnica”, starało się, ale nie zawsze się to udawało, być kwartalnikiem. Ukazywało się w nim wiele tekstów, które były zdejmowane przez cenzurę w normalnej prasie. Z pełną świadomością władze krakowskie tolerowały taki mały wentylik. Jak Zbyszek Regucki już wrócił od Kani, którego zastąpił Jaruzelski, to na otarcie łez przywiózł sobie zezwolenie na otwarcie nowego pisma, przydział papieru itd. – wszystko. „Zdanie” miało się stać miesięcznikiem, nawet bardzo ciekawy był skład redakcji, no to ja się przyłączyłem.

 

Machejek był do przyjęcia jeszcze jak komunizm był silny, bo się nie bał tych wielkich bonzów w Warszawie. Dzwonił Łukaszewicz z pretensjami, to on odpowiadał: „Będę w Warszawie, wódki się napijemy”. A utytułowany, doktoryzowany warszawski redaktor w garniturku, po takim telefonie spadał z krzesła ze strachu. Ale w momencie, gdy powstała „Solidarność”, Machejek z instynktem komunisty, zorientował się, że jest to dokładnie przeciwko niemu, że może dojść do sytuacji gdy on nie będzie miał redakcji, nie będzie miał sekretarki, nie będzie miał kierowcy i wtedy zaczął już od jesieni 1980 roku w różny sposób wypychać z redakcji ludzi związanych z „Solidarnością”, nie mógł tego robić w sposób oczywisty, ale stosował taki pewien rodzaj usuwania przez wypychanie. Ponieważ pozbył się w ten sposób paru ludzi, mocno się starliśmy z Machejkiem gdzieś w 1981 roku. Pomyślałem sobie – co ja się będę „kopał z koniem” pójdę do tego „Zdania”, są tam sympatyczni ludzie i sympatyczny szef i od 1 listopada 1981 roku – tak mi się zdaje – poszedłem do redakcji „Zdania” i weryfikowany byłem jako dziennikarz „Zdania”, oczywiście niezweryfikowany. Jeszcze w tym czasie wylali mnie z PZPR-u, gdzie zajęła się mną kontrola partyjna późną jesienią ‘81, a wywalili mnie tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Tak to się zbiegło z weryfikacją. Po prostu powiedziałem im co myślę; na weryfikacji byłem, na komisji kontroli partyjnej nie, napisałem im swoją odpowiedź, którą potem Krzysztof Bobiński gdzieś wywiózł do Anglii, zostało przetłumaczone i ukazało się w brytyjskim czy amerykańskim kwartalniku, tytułu nie pamiętam. To było o wszystkim, co się działo. Z tego „Zdania” to chyba więcej jak połowa nie została zweryfikowana, tam było dość dużo ludzi z Uniwersytetu, oni na Uniwersytecie zostali, ale nie pozwolono im pracować w „Zdaniu”.

 

„Zdanie” się potem ukazywało w mocno innym zespole do 1989 czy 1990 roku, to już mnie nie interesowało specjalnie.

 

Weryfikacja

 

Napisałem kiedyś tekst „Nadzwyczajny Zjazd SDP po ćwierćwieczu” z podtytułem refleksje osobiste, zacytuję fragment: „Jednym z najbardziej paskudnych poczynań reżimu generalskiego była weryfikacja dziennikarzy. Specjalne partyjno-bezpieczniackie komisje w sposób pozbawiony podstaw prawnych, oceniały czy dana osoba godna jest dalszego zatrudnienia. Jeśli ktoś z nas z własnej woli nie zrezygnował z pracy w mediach – tak jak Dariusz Fikus czy Maciej Iłowiecki, którzy odeszli z „Polityki” – znajdował się na bruku. Stefan Bratkowski jakiś czas się ukrywał, potem zaczął nielegalnie wydawać na kasetach swoje niezapomniane gazetki dźwiękowe. Ja jakoś utrzymywałem się z publikowania tekstów przemycanych za granicę, głównie do USA. Maciej Szumowski został nocnym stróżem, Maciej Wierzyński – taksówkarzem, Jacek Maziarski – antykwariuszem. I tak dalej, i tak dalej… Wszyscy pisaliśmy do prasy podziemnej. A jeszcze iluż naszych koleżanek i kolegów przewinęło się przez obozy internowania i więzienia. Ale był to dla nas niezapomniany i może nawet najbardziej owocny czas w życiu. Kadencja naszego zarządu, który – nigdy nie przerwał działalności – skończyła się dopiero na zjeździe relegalizowanego SDP w 1990 roku. Nigdy nie miałem poczucia, że jestem tak bardzo ludziom potrzebny jak wtedy i nigdy moje myśli – drukowane w małym nakładzie na byle powielaczu – nie były tak uważnie czytane. Dlatego dziękuję panu, generale Jaruzelski za te trudne, lecz owocne lata! Bez pana i bez robienia panu za złość nigdy bym się tego nie nauczył, co dziś umiem i nigdy bym nie rozumiał tego, co przez te lata zrozumiałem”.

 

Do tego fragmentu dodam taką rzecz osobistą: Przeżyłem wspaniałe satysfakcje zawodowe w okresie, kiedy funkcjonował drugi obieg, kiedy nie było mnie jako autora, z wyjątkiem „Tygodnika Powszechnego”, gdzie czasem ukazywało się tylko nazwisko i zaznaczenie ingerencji Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, a nawet i to nie, bo były tam różne targi, jeśli było dużo ingerencji, np. „to my puścimy wam trzy ingerencje, pięciu wam nie pozwolimy, dwie musicie zamilczeć”. Takie były nieformalne rozmówki.

 

Powtórzę: uważam tamten czas drugiego obiegu za najbardziej owocny, efektywny, za najpiękniejszy okres w mojej dziennikarskiej biografii, ponieważ czułem się wtedy ludziom autentycznie potrzebny. Chociaż to, co miałem do powiedzenia, mówiłem w małym nakładzie, czasem pod pseudonimem, czasami pod nazwiskiem. Ale ludzie na to czekali. A tego nie było ani przedtem, ani potem, a nie ma tego zwłaszcza teraz.

 

Wizyta papieża

 

Pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny w stanie wojennym, ta w czerwcu 1983 roku, była bardzo poruszająca, bo papież odwiedził Mistrzejowice, a kościół na Mistrzejowicach to była prawdziwa twierdza „Solidarności”, gdzie pierwsze skrzypce odgrywał ksiądz – on nie był proboszczem był wikarym, ale robił co chciał – nieżyjący już Kazimierz Jancarz, zwany przez kolegów „jajcarzem”, jego czwartkowe Msze za Ojczyznę, to były spektakle antykomunizmu. Olbrzymia sala zawsze nabita.

 

Tam poza tym działała bardzo ważna inicjatywa. Już nie wiem, kto wymyślił, bo ja wszedłem do już istniejącej, funkcjonującej instytucji – Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy (ChUR).

 

To była taka jakby szkoła aktywu, szkoła działaczy, gdzie zwykli ludzie, robotnicy, pracownicy nie tylko Huty ale i innych zakładów związani z „Solidarnością” przychodzili, żeby się uczyć. Najróżniejsi ludzie tam byli, paru dziennikarzy, ja, Kasprzyk, czasami Szumowski, przychodziło trochę ludzi z Uniwersytetu, przede wszystkim bardzo aktywny był Rysiek Terlecki, historyk. Mówiliśmy im o historii, polityce, ekonomii, nawet były wykłady i zajęcia praktyczne ze sztuki negocjacji. Myślę, że ci ludzie, którzy przeszli przez ten ChUR wiele na tym zyskali. Oczywiście były tam też bardziej konfesyjne zajęcia, choćby „O nauce społecznej Kościoła”, ale przekazywana była zupełnie świecka, przydatna wiedza, której ci ludzie gdzie indziej by nie zdobyli, bo była ona ocenzurowana.

 

I do tej twierdzy „Solidarności” przyjechał Ojciec św. Dookoła były olbrzymie tłumy, oczywiście wszyscy z palcami do góry, transparenty. Stała milicja czy też ZOMO, dość daleko, nie zbliżali się, tyle że było ich widać, pewno było ich wielu po cywilnemu. Idzie papież pozdrawia wszystkich, śmieje się, widać, że jest w swoim żywiole, za nim sznur smutnych kardynałów i biskupów z całego świata, którzy w ogóle nie wiedzą o co chodzi, modlą się albo drzemią, i jeden, który wiedział o co chodzi – kardynał Jan Król, Polak amerykański, z Filadelfii, który też znak Victorii pokazuje. Ten moment przypomniałem mu, gdy miałem przyjemność kardynała Króla uhonorować odznaczeniem państwowym. Doskonale tamto wydarzenie pamiętał, dokładnie tak jak ja.

 

Wizyta w 1983 roku, była jakby ważniejsza niż następne, była jakby kawałkiem nagle wolnej Polski. W 1987 roku, drugi obieg był już rozbudowany. Było bardzo ważne, że papież przyjechał. Byłem na Błoniach. Mnóstwo ludzi, bardzo ostra kontrola, żeby transparentów nie wnosić. Przede wszystkim oni się pokapowali, że żeby mieć transparent no to trzeba mieć kije. Jakiekolwiek laski były zakazane, przychodził dziadek o lasce, to mu laskę zabierali. Jeśli ktoś przyniósł transparent, to mógł go tylko pokazać na ręku. Ta wizyta Ojca św. w Polsce w stanie wojennym podziałała na mnie najbardziej.

 

Władze SDP w podziemiu

 

Nasz sposób komunikowania się? O dokumentach nie będę mówił, bo te wytworzone, były w Warszawie gdzieś melinowane i trzeba trafić na ich ślad. Bratkowski może pamiętać, na pewno nie w jego mieszkaniu. Pani Anna Borkowska wynosiła w niedzielę pierwszego dnia stanu wojennego jakieś dokumenty z lokalu SDP-u razem z Jackiem Kalabińskim. Była sekretarzem Oddziału Warszawskiego. Jacek – prezesem. Ona wiedziała. Wielu innych ludzi. Szkoda, że taki sympatyczny człowiek, sekretarz – ale nie generalny sekretarz jak nieżyjący już FikusJacek Ratajczak jest w Kanadzie. Odwiedziłem go w latach osiemdziesiątych w Kanadzie. Fikus bardzo się obawiał rewizji i starał się nie trzymać u siebie w domu dokumentów, ale musiał mieć miejsce, gdzie je trzymał. Może one wróciły do ich mieszkania. Nie wiem.

 

Miejsce spotkań – różne. Bywało u Anki Borkowskiej, bywało u Paszyńskiego też świętej pamięci, tylko jego żona strasznie się denerwowała jak były spotkania u Paszyńskiego. Kiedyś spotkaliśmy się w Kazimierzu, u Iłowieckiego. Raz czy dwa razy, już nie pamiętam.

 

Cały Zarząd Główny nie mógł się często zbierać w warunkach konspiracji. W całym zespole Zarządu Głównego wszyscy opowiedzieli się za kontynuacją pracy z wyjątkiem Ryszarda Niemca, który potem wstąpił do esduperelu, więc myśmy go skreślili. No i zdecydowanie po stronie władzy zaangażował się Róg-Świostek.

 

Inni bardziej lub mniej aktywnie, ale działali. Krzysztof Klinger, on dość szybko umarł, był sekretarzem.

 

Były spotkania raz na miesiąc, na dwa miesiące, ale w mniejszym gronie. Już nie pamiętam, jaki był sygnał telefoniczny: coś tam o jakiejś cioci, czy Basi, coś takiego, że wiedziałem, że trzeba przyjechać do Warszawy. W mniejszym gronie omawialiśmy, co było do załatwienia dla mnie czy dwóch, trzech osób. Spotkania w dużym gronie były bardziej niebezpieczne, ale bywały, zwłaszcza gdy trzeba było coś podpisać, to one były.

 

W pierwszym okresie wszyscy się pilnowali, później już nie, ale nigdy nie było tak, żeby ktoś przez telefon powiedział, że będzie spotkanie Zarządu. Nie pamiętam, jakie sygnały myśmy ustalali, może ustalaliśmy na spotkaniu na następne co się powie, te reguły konspiracji w latach następnych rwały się. Większa była konspiracja, jeśli chodziło o prasę podziemną, zwłaszcza taką, jak „Hutnik”, na której rozbiciu esebecji bardzo zależało.

 

Jeszcze jedna rzecz, o której nie mówiliśmy i która mi przyszła do głowy, pani pytała, czy były jakieś tytuły prasy podziemnej wydawane przez SDP: nigdy nie było prasy, którą wydawało podziemne SDP. Ale świadomie, nie usiłowaliśmy w Krakowie – wiem, że w Warszawie były jakieś próby – nie robić niczego takiego, z dwóch powodów:

raz – że lepiej by było, jeżeli ci dziennikarze, którzy chcą i potrafią się na to zdobyć, współpracują z już istniejącymi tytułami czy współtworzą nowe tytuły prasy podziemnej, ale żeby te działania były zdecentralizowane, rozśrodkowane;

dwa – to były efekty wiadomości z różnych przesłuchań. Ja zresztą też byłem przesłuchiwany, do wyjazdu mojego do Stanów na początku 1985 roku w pierwszych dniach stycznia 1985 roku, wielokrotnie zdejmowano mnie z ulicy na takie doraźne improwizowane – może nie, może oni to sobie wcześniej przygotowywali – przesłuchania godzinne, dwugodzinne, trzygodzinne, różne. Tematem, który się ciągle powtarzał, chyba mieli hopla na tym punkcie – w przesłuchaniach kolegów, jak ktoś był zatrzymany i przesłuchiwany, wzięty z ulicy, to się powtarzało, myśmy wymieniali informacje o przesłuchaniach, to ważne, o co się pytają – były dwie sprawy: działalność podziemna: „wy nie zaprzestaliście działania” oczywiście oni to wiedzieli, czy się domyślali, czy mieli dowody i drugi taki konik: Polska Parta Socjalistyczna, wmawiali, że SDP chce powołać PPS.

 

Lepiej więc byłoby, żeby SDP nie miało jakiegoś pisma, które by z tym było kojarzone, lepiej żeby członkowie nasi współpracowali z prasą podziemną i trzeba im w tym pomagać i tych, którzy chcą, nie na siłę, ale trzeba ich do tej działalności wciągać. Taką mięliśmy politykę, przynajmniej tu w Krakowie. Wiem, że w Gdańsku było podobnie. Te tematy się powtarzały na przesłuchaniach po za Warszawą i Krakowem, dość dobrze znam środowisko gdańskie i to wiem. Tak sobie zresztą ustaliłem, podzieliliśmy się między członków Zarządu, co do legalnego działania, kto się będzie opiekował jakimi oddziałami wojewódzkimi, ja sobie wziąłem Wybrzeże i oczywiście Kraków oraz Rzeszów. Wybrzeże – oczywiście dotyczyło to Gdańska, no i Szczecina, gdzie było dużo mniej ludzi, dużo mniejsza aktywność, ale też była.

 

W Szczecinie grono tych, którzy dochowali wierności SDP i „Solidarności” skupiło się wokół nieżyjącej już Anki Machay, której trzeba oddać szacunek za odwagę. Po upadku komunizmu była naczelną „Kuriera Szczecińskiego”.

 

Dziennikarze SDP-u w podziemiu

 

Może się okazać, że było więcej ludzi, którzy pisali w drugim obiegu, niż wymieniam. Maria de Hernandez-Paluch, bardzo aktywna, ona prowadziła pismo opinii „Bez dekretu”, oboje Szumowscy, czyli Maciek i Dorota Terakowska, Tadeusz Pikulicki, Jerzy Sadecki, Zbigniew Ringer, emeryt, dziennikarz sportowy, on pisywał od czasu do czasu, Lusia czyli Helena Lazar, wyrzucona dziennikarka od Szumowskiego, być może Ewa Owsiany coś pisywała, nie jestem pewien, to jest też dziennikarka od Szumowskiego, reportażystka, Andrzej Sabatowski sekretarz redakcji „Życia Literackiego”, on pracował a jednocześnie przez dwa lata redagował pisemko „Tymczasem”. Elżbieta Morawiec, Maria Palatyńska i Bogusław Rogatko, wyrzuceni z „Życia Literackiego”, na pewno Tadeusz Nyczek, krytyk, Maria Przełomiec, pracowała chyba w Radiu i pisywała do „Hutnika”, Wojtek Marchewczyk, redagował „Hutnika”, ukrywał się, bardzo ważna postać.

 

Stefan Maciejewski, na przykład nie miał żadnego kontaktu z prasą podziemną, nie wiedziałem, że tak dokładnie spisywał „czyny i rozmowy”. Z „Tygodnika Powszechnego” spływały do prasy podziemnej teksty zdjęte przez cenzurę; nie pisały do niej osoby z głównego trzonu „Tygodnika”, ale pisywali ludzie, którzy byli wokół nich. Oni mieli taką zasadę, że nie powinni się dać złapać, nie powinni dawać okazji bezpiece, ale różni ludzie, którzy się koło „Tygodnika” kręcili, czy byli na jakiś mniejszych etatach pisywali. Roman Graczyk, Jan Rogóż, Pilch coś pisywał, ale Pilch się pokazał w późniejszym okresie, Burnetko, coś robił. Wielcy może wiedzieli, że oni piszą i mieli nad nimi pewien parasol, ale sami się nie angażowali, chyba słusznie.

 

Ja uważałem, że nazwiska, adresy, co wiedziałem należy zapomnieć. Po prostu, po co pamiętać. Nigdy nie wiedziałem, kiedy wezmą na porządne spytki do bezpieki. Mnie nigdy fizycznie nie atakowano, nie było pobicia.

 

Ale są dziennikarze, których bito. Np. Tadeusza Pikulickiego pobito na ubecji. Wiedzieć tylko to, co mnie dotyczy, co ja muszę wiedzieć, żeby móc swoje robić.

 

To, że Lusia Lazar pisywała nie wiedziałem, niejednokrotnie podrzucałem jej dary, i nie wiedziałem tego. Pisywaliśmy do tego samego „Hutnika”. I bardzo dobrze, żeśmy nie wiedzieli. Ja w dalszym ciągu pewno nie wiem o wielu ludziach, którzy coś robili.

 

Była w Warszawie w połowie lat osiemdziesiątych niezależna agencja informacyjna, którą prowadził Jacek Maziarski. Pracował tam Arendarski. Przepisywał na komputerze biuletyn, który był bardzo przydatny gazetkom podziemnym, pod warunkiem, że do nich dotarł. Był problem jak ten biuletyn regularnie przewozić. Przez znajomych akurat dowiedziałem się, że postać wówczas z Piwnicy, a dziś światowej rangi – kompozytor Zbigniew Preisner jeździ co tydzień do Warszawy. Akurat jego regularne wyjazdy zbiegały się z wydaniem biuletynu, raz na tydzień. On go przywoził, wkładał do ustalonej skrytki, bardzo dzielnie to robił, bardzo regularnie. To było bezcenne dla różnych tytułów podziemnych.

 

Miejsca spotkań

 

Klub „Pod gruszką” funkcjonował początkowo w pierwszym okresie, dopóki nie powstał esduperel. Oczywiście byli tam różni tajniacy. Ale była to taka kawiarnia dziennikarska z wymianą plotek: ten to, ten tamto. Potem, jak powstał esduperel, to tam już się nie chodziło. Ja zresztą rzadko bywałem „Pod gruszką”. Była kawiarnia w Domu Literatów na Kanoniczej, gdzie mieliśmy spotkania. Potem jak powstał neo-ZLP i przejął ten dom, to w każdą środę czy czwartek ci, którzy nie wstąpili do neo-ZLP, siadywali sobie przy jednym stoliku na godzinkę czy półtorej, żeby pokazać, że jesteśmy. To Szymborska zwłaszcza organizowała, jej zależało, żeby jak najwięcej ludzi przychodziło. Klub Inteligencji Katolickiej, był ośrodkiem ważnym, tam się odbywały spotkania literackie, takie mówione pismo „Na Głos”, które po pewnym czasie było drukowane.

 

Zasady Postępowania i Zaleceń Koleżeńskich władz SDP

 

Wiele rozmów było z dziennikarzami mającymi rozterki moralne w związku z podejmowaniem pracy lub jej kontynuowaniem w reżimowej prasie. Przychodzili do mnie czy nawet dzwonili różni ludzie, na ogół to byli znani mi, którzy tak jakoś chcieli się wyspowiadać albo powiedzieć: „ja muszę, ja nie mam wyjścia, bo żona, dzieci”, albo „tak się moje życie ułożyło”.

 

Ale też sporo ludzi, którzy formalnie byli po tamtej stronie, starało się w czymś nam pomóc, przykładów parę podam. Na przykład, jak się później okazało „tajny i świadomy”, prof. Goban-Klas, medioznawca z Krakowa, potrafił przy kawce – nie w pierwszym okresie, trochę później – podrzucić mi szereg informacji ze swoich źródeł i szereg tematów, które ja potem wykorzystywałem w drugim obiegu, bo to były niegłupie rzeczy. On wiedział, że to pójdzie, miał tego pełną świadomość. Nie wiem, czy on nie pisał później sprawozdań z tych naszych spotkań, ale tematy były niegłupie i ja to wykorzystywałem. Może nie wszystko, ale bardzo wiele.

 

Przewodniczący tego powstałego w Krakowie – jak to się mówi – esduperelu – Andrzej Magdoń dawał mi z jakiś tam zasobów, które oni mieli, bony benzynowe i za te bony benzynowe myśmy z Marią de Hernandez-Paluch, głównie jej samochodem, bo ona miała dużego fiata a ja malucha, przywozili z Warszawy dary. W Warszawie był większy dostęp do darów i myśmy rozdzielali je dla środowiska dziennikarskiego i niektórych biedniejszych literatów i rodzin uwięzionych działaczy „Solidarności”. W pewnym momencie było tego dosyć dużo, mogliśmy te dary szeroko rozdawać. A benzyna była z esduperelu. Bardzo wielu dziennikarzy, nazwisk może nie będę ich wymieniał, bo było ich bardzo dużo, jedno tylko – Jerzy Sadecki. To był dobry przykład dziennikarza, który cały czas pracował, był pozytywnie zweryfikowany, ale który świadomie wszedł, ja go zresztą wciągnąłem do współpracy z drugim obiegiem, potem namówiłem go na napisanie książki o oporze w Hucie, pod pseudonimem Marian Garden „Nowa Huta: ziarna gniewu, ziarna nadziei” o tych wszystkich strajkach, demonstracjach, Włosiku itd. On cały czas tam był. Potem zresztą z Sadeckim, jak już komunizm upadł, i były wybory ‘89, razem robiliśmy pierwsze legalne pismo „Głos Wyborczy Solidarności”, który miał się potem przekształcić w tygodnik Solidarności, ale zaczęły się różne nienawiści, różne rozróbki i wykolegowano mnie po wyborach. Udało nam się nawet wydać ten pierwszy numer na tydzień przed „Gazetą Wyborczą” Michnika, ale tygodnik łatwiej było zrobić niż dziennik.

 

Wielu dziennikarzy dostarczało informacje różnego rodzaju, które mieli, wiedzieli, że można do mnie przyjść: Bogusia Pałczyńska, pracowała w „Echu Krakowa”, tenże Magdoń, był taki Ośrodek Badań Prasoznawczych – Pisarek, Bajka, Bralczyk obecny telewizyjny językoznawca, przychodziłem do nich po utajnione wyniki badań bądź ich, bądź socjologicznych z Uniwersytetu, które oni mieli. Także od wielu ludzi dostawaliśmy jakieś namiary, czy jakieś rzeczy, które warto było wykorzystać w prasie bezdebitowej.

 

Ludzi, którzy czuli ciśnienie, mieli nieczyste sumienie, że pracowali w prasie, radiu, telewizji reżimowej czy satelitarnej było wielu.

Taki Zbyszek Jurkowski, świetny alpinista, pracował w gazecie „Słowo Powszechne”, była taka paxowska gazeta – strasznie mi się wypłakiwał, nie każdy może być odważnym alpinistą, nie każdy musi być odważnym dziennikarzem.

Oczywiście z jednej strony trzeba było wykazać pewien ludzki stosunek, a z drugiej strony były zachowania, które trzeba było wprost potępić.

 

Obowiązek pracy

 

Padł blady strach, oczywiście. Ciekawa rzecz, wyrzuceni po weryfikacji z RSW Prasa, czy jak mówiono złośliwie MSW Prasa odwoływali się do Sądu Pracy i wygrywali proces. Myśmy się też odwołali do Sądu Pracy i wygraliśmy, musieli nam zapłacić odszkodowanie. Dwudziestu pięciu dziennikarzy. Nie pamiętam już, czegośmy się uczepili, w każdym razie wykazaliśmy, że to było niezgodne z Kodeksem pracy i Sąd – powiem pani – wręcz robił do nas oko, pani sędzia. To był ten pierwszy okres.

 

Potem zaczęło być już groźnie, bo obowiązek został wprowadzony, ale jak ktoś nie miał pracy – dotyczyło to mężczyzn – były przypadki, że różne firmy fikcyjnie przyjmowały do pracy takich ludzi. Ja miałem rentę. Zresztą członkowie związków twórczych byli od tego obowiązku zwolnieni. Ja byłem członkiem Związku Literatów, do rozwiązania. A później, jak już było rozwiązane ZLP, wyszło takie rozporządzenie w życie, że ci, którzy nie zapisali się do neo-ZLP mogli otrzymać w dowodzie osobistym taki wpis: „wykonuje zawód literata”. Ja w starym dowodzie mam taki wpis: „wykonuje zawód literata”.

 

Część ludzi pozakładała jakieś warsztaciki, jakieś firemki, na tym zresztą na ogół dobrze wyszli. Tadeusz Pikulicki z „Gazety Krakowskiej” wymyślił sobie, że będzie jednorazowe zapalniczki przerabiał na wielorazowe, nawet kogoś fikcyjnie zatrudnił, a teraz jest biznesmenem. Od łyczka do rzemyczka jakoś im to wyszło, tym ludziom te biznesy. Parę osób wyjechało z tych wyrzuconych. Także ta ustawa o pasożytnictwie służyła zastraszeniu osób wyrzuconych z pracy.

 

Wyjechali: Andrzej Warchałowski z Telewizji (był członkiem Komisji Krajowej „Solidarności”), Milada Zapolnik z „Dziennika Polskiego”, Jacek Pałamarz z „Gazety Krakowskiej”, Maciejewski był parę lat w Australii, takie małżeństwo, nie pamiętam ich nazwiska (chyba Wcisło), wyjechało do Australii – bardzo sympatyczni, młodzi ludzie z „Gazety Krakowskiej”. Wiele jest osób, których nie pamiętam.

 

Duszpasterstwo

 

Ostoje „Solidarności” to były Mistrzejowice, kościół św. Józefa na Podgórzu, Karmelitan na Piasku, Dominikanie. Mistrzejowice były o tyle ważne, że był to ośrodek robotniczy, podobnie jak św. Józefa na Podgórzu. Dominikanie to było duszpasterstwo akademickie, tam się odbywały bardziej intelektualne dyskusje. U Karmelitów na Piasku też czasem coś ChUR robił, już nie pamiętam. ChUR również działał u św. Józefa. To były te – według mnie – najważniejsze ośrodki kościelne w Krakowie. W całej Polsce było podobnie.

Kiedyś byłem w „Wyborczej” i Jarek Kurski mówi „ja byłem na pana zajęciach w Gdańsku”. Było bardzo mi miło, że pamięta. W Krakowie też zajęcia miałem parę razy, starałem się by słuchacze napisali jakieś teksty, które później ocenię, odbywało się to zdaje się u Dominikanów, w każdym razie w jakimś kościelnym pomieszczeniu.

Oczywiście trwała akcja odczytowa, miałem różne doraźne prelekcje i spotkania. Kontakt był nawiązywany przez „Tygodnik Powszechny”. Ktoś pytał: nie pojechałbyś do Łańcuta, bo tam jest zapotrzebowanie? No to jedziemy, np. z Tadeuszem Szymą. Szyma o poezji, ja o ekonomii czy polityce. Czy do Łodzi wyjazd. To już po linii esdepowskiej, bo tam Katarasińscy działali. Jerzy Katarasiński, nieżyjący już, znakomity facet, mąż obecnej posłanki Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej. Olbrzymia sala przykościelna, nieprawdopodobnie dużo ludzi, w oknach siedzieli, te spotkania były wspaniałe, bo ludzie się nimi naprawdę interesowali. W Kielcach coś miałem. Organizował Juliusz Braun, późniejszy przewodniczący KRRiTV. W Rzeszowie, w Szczecinie, w Gdańsku wiele razy, w wielu miejscach.

 

Wychodzenia z podziemia 1988-1989

 

Aktywność SDP-u osłabła po 1985 roku, już się nie pisało Listów, Oświadczeń, rzadziej się spotykaliśmy. Ale jeszcze jedna, znacząca, akcja była w Polsce w czasach późniejszych w okresie 1987 do początków 1989 roku. Było to konspiracyjne szkolenie dziennikarzy prasy podziemnej. Ja cały 1988 rok spędziłem w Ameryce. Tam był jeden moment esdepowski – ważny. Nie pamiętam, od kogo przyszło zapotrzebowanie, żeby działacze SDP, przebywający w Stanach napisali do FIJ-u w Brukseli, że proszą o przyjęcie. Być może był taki sam list od działaczy SDP-u przebywających we Francji. Byłem ja, Jacek Kalabiński, Janka Jankowska. Napisaliśmy takie pismo po angielsku. To był ten okres, kiedy nas przyjmowano do FIJ-u. SDP nie był jeszcze relegalizowany, przyjęcie do FIJ-u było bardzo ważnym momentem do relegalizacji, bo pokazało, że jesteśmy.

 

Przyjechałem do Polski na Sylwestra, ‘88/’89. W styczniu, na początku roku odbył się nielegalny, ale już zupełnie bez żadnej konspiracji, zjazd SDP-u. Nie wiem w jakiej sali, była to dość duża sala o niskim suficie, gdzie otwarcie mówiliśmy, co chcemy. Podpisaliśmy List Otwarty z żądaniem relegalizacji SDP. Janka Jankowska, Kasia Kołodziejczyk, Bratkowski, Iłowiecki, cały zarząd, Paszyński, Jacek Moskwa. Nie wiem, czy Szumowski wtedy był.

 

Wierzbiański

 

Bolka Wierzbiańskiego bardzo wysoko oceniam. To był wspaniały człowiek. Dostał w 1999 r. Orła Białego. Chociaż moim zdaniem Orzeł Biały został trochę zdeprecjonowany, bo w zasadzie on powinien się należeć za zasługi wojskowe i cywilne – jednocześnie. A Bolek miał zasługi cywilne ogromne, a wojskowych żadnych.

 

To już nie moja sprawa. Ja miałem przyjemność wręczyć mu w 1994 r. w imieniu Prezydenta RP Lecha Wałęsy Krzyż Komandorski z Gwiazdą Polonia Restituta za wybitne zasługi na polu pisarskim i dziennikarskim w obronie kultury polskiej.

Oprócz tego, że robił dobrą gazetę, to jeszcze starał się opiekować SDP-em, zawsze jakieś pieniądze podrzucał dla SDP-u, dużo tego nie miał, ale zawsze coś było. No i zatrudniał. Specjalnie powołał do tego celu fundację. Poprzez fundacje można było zatrudniać dziennikarzy na pół roku na zasadzie non profit i nie płacić od tego podatków. Ja tam byłem zatrudniony w drugim półroczu ‘88-ego, w pierwszym miałem stypendium Kościuszki. Zatrudniał wybitnych dziennikarzy. Przede mną był Kłopotowski, po mnie Adamiecki, wielu ludzi przewinęło się przez „Nowy Dziennik”. Maciej Wierzyński, Piotr Stasiński, Małgorzata Szejnert. On miał do dyspozycji przez pół roku dobre pióra, a dziennikarze mogli normalnie zarobić. I prócz tego Wierzbiański zawsze jakieś pieniądze dla SDP-u organizował. Z „Nowym Dziennikiem” to trochę tak się stało jak z „Tygodnikiem Powszechnym”, póki była cenzura to mieli do dyspozycji najlepsze pióra kraju. Kiedy w Polsce komunizm upadł sytuacja zmieniła się. Honoraria przestały być atrakcyjne – w „Nowym Dzienniku” na niekorzyść jeszcze działało to, że złotówka poszła do góry, a dolar spadł w dół. Na stosunki amerykańskie honoraria nasze były znikome, ale kiedy w połowie lat osiemdziesiątych płacono mi za nieduże teksty 25 czy 30 dolarów to była równowartość średniej miesięcznej pensji, po czarnorynkowym kursie dolara to można było z tego miesiąc przeżyć, a ta sama suma w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dolar był poniżej 3 zł, to była już suma śmieszna, niższa od jakiegokolwiek honorarium w Polsce. Na emigracji było wielu dziennikarzy, z których część wróciła potem do Polski, część nie, a pisma krajowe po upadku komunizmu były nie tylko wolne, ale atrakcyjniejsze finansowo. Tak więc „Nowy Dziennik” uległ normalizacji wrócił do swojej normalnej roli – gazetki pewnej grupy etnicznej w Stanach Zjednoczonych. I to wszystko.

 

Wierzbiański, na pewno był wielkim człowiekiem i cześć Jego pamięci.

 

Odczyty i wykłady w Stanach Zjednoczonych

 

W 1985 roku jeszcze tylko polonijne, a w 1988 też polonijne ale głównie na uniwersytetach amerykańskich.

Przyjmowałem propozycje wykładów bardzo chętnie, chociaż bywało, że nie płacili, a jednak to dla mnie było ważne, żeby z jakimiś pieniędzmi wrócić. Miałem wykłady na Harvardzie, w Yale, na Washington University, w Berkeley, w Kanadzie również. Tematy tych wykładów były dwa: „Prasa podziemna w Polsce jako największe osiągniecie Solidarności” oraz „Sekwencja polskich kryzysów politycznych od ‘56”.

Do Stanów docierała prasa podziemna. W 1988 roku była wystawa polskich druków bezdebitowych w Bostonie, pokazywana również w innych ośrodkach. Kilka ośrodków gromadziło prasę podziemną. Jeden, może największy istnieje w Instytucie Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii. Tam pracowało dwóch Polaków Maciej M. Skierski, kurator oraz Zbigniew Stańczyk. Stworzyli te zbiory.

Drugi to Uniwersytet Yale, trzeci był w Bostonie, ale nie na Harvardzie, w mniejszym ośrodku.

 

„Kontakt”

 

Bardzo ważny dla dziennikarzy był ośrodek Chojeckiego w Paryżu i kontakt w „Kontakcie”. Wielu tam pisywało. Był albo szmuglowany do kraju w postaci takich małych zeszycików, albo był dodrukowywany w kraju. Szerzej rozchodził się w tym czasie niż „Kultura” paryska. Tamten ośrodek Chojecki-Chruszczyński przeszmuglował wiele maszyn drukarskich do kraju, trzeba to powiedzieć i powtarzać, żeby zostało zapamiętane, bo te maszyny były naprawdę w kraju potrzebne. Zanim taka maszyna dotarła tam, gdzie miała dotrzeć, nieraz wpadała po drodze, może co druga docierała, a może mniej.

 

1990 rok

 

Zrezygnowałem z kandydowania na prezesa na Zjeździe SDP w 1990, bo wiedziałem, że wyjadę do Ameryki. Do Zarządu weszli na zasadzie kooptacji ci, którzy nie zdradzili i pracowali w okresie konspiracyjnym mniej lub bardziej, doszedł Jacek Żakowski, Konstanty Gebert. Te dwie osoby pamiętam.

 

W momencie, jak stanął problem Domu Dziennikarza na Foksal, nachalnie włączył się w to Jaruzelski, który chciał mediować – no, był prezydentem – miedzy dwoma organizacjami dziennikarskimi. Były nawet dwa spotkania z udziałem Jaruzelskiego. Bratkowski nie chciał na to iść, posłał mnie i Iłowieckiego, nie pamiętam kogo jeszcze, trzech nas było ze strony SDP-u. Ale nic z tego nie wyszło, gadał, gadał, gadał. Przyznawał nam rację, ale nie miało to żadnego dalszego ciągu.

 

Pamiętam jak nas relegalizowano, byliśmy strasznie szczęśliwi, strasznie pełni zapału. Pamiętam też taki wyjazd do Brukseli i rozmowę z Leopoldem Ungerem, który mówił: „puknijcie się w głowę, co wy sobie wyobrażacie!” Było nas kilku z SDP-u. „U nas w Belgii jest kilka organizacji dziennikarskich, wszystkie ze sobą skłócone i żadna nic nie ma do gadania. U was też tak będzie”. I miał rację.

 

Spisała Elżbieta Binder

 

Tekst za zasobów Pracowni Wolnego Słowa SDP, tytuł i lead od redakcji portalu sdp.pl

 

Od dwutygodnika do portalu – RAFAŁ WĘGLEWSKI o „Podwarszawskim Życiu Pruszkowa”

Dzisiaj mam osiemdziesiąt osiem lat, dołożyłem do wydawnictwa 250 tys. zł i nie żałuję. Mam satysfakcje, że mogłem poprzez prasę przybliżać prawdę i że mogłem komuś pomóc – zauważa Edward Besiński, przewodniczący kolegium redakcyjnego „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”.

 

Na początek trochę z historii…

 

Początek „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa” sięga 1991 roku, Tytuł Prasowy ukazywał się pierwotnie pod nazwą „Życie Pruszkowa”. Tamtejsze czasopismo zostało, odkupione przez Edwarda Besińskiego od red. Zbigniewa Ziółkowskiego, który mimo, że sprzedał tytuł został pierwszym red. naczelnym, w nowej odsłonie gazety. W skład redakcji weszli, Edward Besiński, ekonomista, elektronik; lek.med. Witold Kuch i mgr. Inż. Geodeta Tadeusz Topolski. Po roku nastąpiła zmiana na stanowisku red. naczelnego, którym został w wyniku losowania Edward Besiński.

 

Na początku lat dziewięćdziesiątych pismo ukazywało się dalej pod nazwą „Życie Pruszkowa”, później pod nazwą „Podstołeczne Życie Pruszkowa”, ostatecznie nastąpiła zmiana tytułu na „Podwarszawskie Życie Pruszkowa”, pod którą ukazywało się do października 2016 roku.

 

Gazeta ukształtowała się jako dwutygodnik, zajmujący się szeroką tematyką lokalną i krajową. Na łamach gazety można było przeczytać o bieżących wydarzeniach, dziejących się lokalnie jak i w Polsce. Były również strony poświęcone, kulturze , historii, gospodarce. Swoje miejsce na kolumnach gazety miały wydarzenia związane z wiara i Kościołem Katolickim. Pismo swoim charakterem reprezentowało wartości patriotyczne i lokowało się po prawicy. Miało jednocześnie całkowicie niezależny i unikatowy charakter merytoryczny.

Edward Besiński urodził się w Pruszkowie 2 stycznia 1931.,był harcerzem Szarych Szeregów, Odznaczony Medalem Pro Patria, Kombatanckim Krzyżem Zasługi i Złotym Krzyżem Zasługi, należał również do NSZZ Solidarność.

 

„Chciałem opisywać prawdę, moja dewizą, w czasie wojny, było służyć Polsce. W PRL-u chciałem być Polakiem i dalej służyć Ojczyźnie, jednak tej spod znaku Orła w Koronie – podkreśla Edward Besiński.
– Dzisiaj mam osiemdziesiąt osiem lat, dołożyłem do tego wydawnictwa 250 tys. zł i nie żałuje. Mam satysfakcje, że mogłem przybliżać prawdę i że mogłem komuś pomóc” – opowiada.

 

Edwardem Besińskim poznaliśmy się kilka lat temu na Spotkaniu Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego. Jest człowiekiem, niezwykle pogodnym i skromnym. Dziennikarz pasjonat, zasłużony dla Polski i Pruszkowa.
Dokładnie 31 października 2016 r. ukazał się ostatni numer „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”. Znamienna data dla historii pruszkowskiej prasy.

 

W 2014 roku powstaje Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne organizacja NGO bazująca na pracy własnej swoich członków. Które jako organ założycielski podejmuje uchwałę o wznowienie wydawania tytułu, tym razem jako portal internetowy. Edward Besiński przekazuje prawo do tytułu na rzecz Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego w 2018 r. Dokładnie 22 lutego ukazuje się, pierwszy artykuł, a właściwie rys autobiograficzny, redaktora „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”. Wkrótce Besiński wybrany zostaje na honorowego redaktora, i przewodniczącego kolegium redakcyjnego, zaś redaktorem naczelnym zostaje Edward Radziejewski, z wykształcenia prawnik, działający w naszym stowarzyszeniu jako doradca zarządu PSP. Należy zaznaczyć, że nie doszłoby do powstania portalu, gdyby nie wcześniejsza działalność Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego. Warto tutaj przytoczyć fragment deklaracji stowarzyszenia – „Społeczeństwo oddala się od wspólnych ideałów, takich jak prawda, wolność, godność jednostki ludzkiej. Zaczynają umykać prawa i interesy Narodu Polskiego, dla niego najpotrzebniejsze, będące podstawą jego żywotności i dostatku, pomyślności naszego życia i życia przyszłych pokoleń.

 

Ten niszczący Polskę i każdego z nas trend należy zatrzymać i za wszelka cenę odwrócić. Jeśli chcemy pomyślnej przyszłości dla nasz naszych dzieci i wnuków, musi podjąć trud nakierowany na pozytywne zmiany – zaczynając od swojego podwórka”- choćby małymi kroczkami, choćby pracą u podstaw i pod prąd. To jest dla nas wyzwanie patriotyczne i pragmatyczne.

Kontynuując walkę wielu pokoleń Polaków o Ojczyznę wolną, wyrażamy potrzebę utworzenia ruchu politycznego, który wznowiłby wysiłek odbudowy najważniejszych dla Narodu Polskiego wartości – zawiązujemy „Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne”.

 

Jaki jest nasz pruszkowski i podwarszawski portal? Otóż nawiązuje oczywiście do gazety Edwarda Besińskiego. Jest przede wszystkim portalem społecznym, funkcjonującym bez dofinansowań. W zamiarze zasięgiem tematyki ma obejmować obszar powiatu pruszkowskiego, ale nie tylko.

Skupia się głównie na tematyce lokalnej, ale i fragmentarycznie krajowej. Sporo miejsca jest poświęcone dla historii, zarówno Pruszkowa, okolic jak i tematów szerzej pojmowanych w tym zakresie np. „Pamięć Kresów”. Dotykamy również polityki lokalnej i krajowej czy kultury. Publikują i publikowali dla nas m.in. Piotr Janusz Czarniawski, doradca zarządu Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego, publicysta mieszkający od dawna w Pruszkowie, a urodzony w Wilnie, dr Bolesław Jabłoński, Andrzej Rzewnicki, Wojciech Piotr Kwiatek oraz inni… Naszą naczelną misją jest szerzenie wolności słowa i wartości chrześcijańskich zgodnych z przesłaniem św. Jana Pawła II. Jakie mamy dalsze cele? Jest nimi na pewno zwiększenie poczytności, docieranie do nowych czytelników, poprawa promocji w social mediach. Zależy nam bardzo, aby portal był dynamiczny, by można było publikować większą ilość informacji newsowych, ale także aby i pozostałe działy były zagospodarowane. Portal utrzymywany jest ze składek członków PSP i drobnych darowizn – to wszystko jeśli chodzi o finansowanie.

 

– Naszym dążeniem jest pokazywanie lokalnej rzeczywistości taką jaką ona jest – tej politycznej również. Zamieszczane relacje filmowe są odzwierciedleniem tego co widzi kamera, bez retuszu, bez cięć, 1 : 1. Mam nadzieję, że swą pracą wypełnimy pewną część lokalnej przestrzeni medialnej, która nie była i nie jest tak bardzo eksponowana przez inne lokalne pruszkowskie media. Portal „Podwarszawskie Życie Pruszkowa” powstał także dla potrzeb innych pruszkowskich organizacji NGO, promowania i przybliżania ich działalności mieszkańcom Pruszkowa. Na naszym portalu nie umieszczamy reklam. Być może jest to z punktu widzenia finansowego utrzymania portalu działaniem niesłusznym, nieroztropnym, ale jak na dziś nie będziemy tego zmieniać. Jeśli rozwój portalu będzie znaczny, wprowadzimy pewne korekty w jego działaniu. Może to naiwne, ale liczymy na ofiarność czytelników – podkreślił red. Edward Radziejewski.

 

Czy mamy lokalną konkurencję? Lepiej będzie zapytać, dla kogo my stanowimy konkurencję. Na lokalnym rynku medialnym funkcjonują jeszcze poza nami „Głos Pruszkowa” z wydaniem Papierowym i w internecie jako GPR24.pl,Gazeta WPR z portalem WPR24.pl i portal PruszkówMówi.pl oraz lokalna telewizja kablowa Tel-Kab.

 

Wiemy, ze warto kontynuować naszą misję i wierzymy, że znajdziemy nowych współpracowników w szczególności młodych!

 

Rafał Węglewski

Strona główna

https://pruszkowskiesp.pl/