Martyniuk jako oręż polityczny – felieton ŁUKASZA WARZECHY

„Pseudoelity zazdroszczą Polakom Sylwestra” – ten tekst z paska w „Wiadomościach” TVP będzie miał status kultowego. Historia – i histeria – wokół sylwestrowej imprezy TVP w Zakopanem z Zenkiem Martyniukiem w roli głównej pokazuje, do jakiego stopnia sprawy w mediach publicznych i wokół nich stoją na głowie.

 

Na początek zastrzeżenie: sam nie słucham nie tylko Martyniuka, ale w ogóle żadnej właściwie współczesnej muzyki (nie tylko rozrywkowej). Co nie znaczy, że mam coś przeciwko niej i przeciwko piosenkarzowi, który osiągnął wielki komercyjny sukces. Trudno też oczekiwać, że ludzie, którzy przychodzą na masową sylwestrową imprezę, będą się bawić przy muzyce trudnej lub po prostu ambitnej. To nie ten moment, nie ta okazja, a szukająca widzów stacja telewizyjna musi to brać pod uwagę.

 

Do tego momentu wszystko wydaje się zatem w porządku: TVP postawiła na popularnego piosenkarza i innych tego typu wykonawców, zorganizowała imprezę sylwestrową wokół nich, ludzie dobrze się bawili – tyle. Na tym temat powinien się zakończyć.

 

A jednak się nie kończy, bo Martyniuk jest dla prezesa Kurskiego narzędziem autopromocji i umacniania własnej pozycji w obozie władzy oraz elementem posuniętej do absurdu propagandy – zaś dla drugiej strony dowodem na to, jak straszne są obecne państwowe media i obecna władza w ogóle.

 

Materiał w „Wiadomościach” był odpowiedzią na łatwą do przewidzenia krytykę „Sylwestra marzeń”, w tym tę zawartą w głośnym tłicie Hanny Lis: „Sowieci i hitlerowcy wymordowali lwią cześć polskiej inteligencji. Ciąg dalszy nastąpił za komuny. Dzieło domyka towarzysz Kurski. Bez jednego wystrzału”. Trudno zrozumieć, jakie rozumowanie kazało pani Lis stworzyć ciąg myślowy, prowadzący od sowieckiego i niemieckiego ludobójstwa na polskiej inteligencji do poczynań Jacka Kurskiego, jakkolwiek krytycznie by ich nie oceniać. To absurd – w jaki niby sposób masowa zabawa na sylwestrowej imprezie miałaby dobijać polską inteligencję? Co ma piernik do wiatraka? Sam jestem admiratorem Bacha, ale przecież nie oczekuję, że Telewizja Polska zainstaluje na sylwestrowej scenie zespół Les Arts Florissants Williama Christie (jedna z najlepszych na świecie orkiestr, grających muzykę dawną) i będzie zabawiać masową publiczność Bachowskimi Suitami orkiestrowymi.

 

Jednak odpowiedź TVP jest nie lepsza. Pasek o „pseudoelitach” tworzy sylogizm: nie jesteś wielbicielem Zenka Martyniuka – nie jesteś Polakiem. Bo przecież – proszę zwrócić uwagę na tę mało subtelną manipulację – „pseudoelity” przeciwstawiono w TVP „Polakom”. Mało tego: sam prezes Kurski, zamiast traktować muzykę popularną, czy to podczas imprezy sylwestrowej czy w ramach ramówki TVP w ogóle, jako po prostu to, czym jest – jeden z elementów masowej rozrywki – uczynił z niej polityczny oręż. To przebija z wielu jego wypowiedzi, nie tylko z materiałów programów informacyjnych. Wątek przeciwstawiania „zwykłych Polaków” „zdeprawowanym elitom” jest jedną z najchętniej przywoływanych przez PiS narracji politycznych. Pozostawiam na boku kwestię jej słuszności czy zasadności, jest jednak co najmniej dziwaczne, jeśli podłącza się pod niego publiczna telewizja, która przecież ma swoją misję, dotyczącą również kultury wysokiej, a opłacana jest przez wszystkich obywateli.

 

Wygląda to na mocne zachwianie proporcji. Nadymanie i fetowanie wykonawcy popularnej muzyki jako niemalże nowego Mozarta, który pognębi złe elity, to aberracja. Telewizja publiczna powinna być dla wszystkich, a czynienie z sylwestrowej imprezy politycznej ofensywy jest głębokim nieporozumieniem.

 

Swoją drogą – ciekawe, jak w roli wiodącego prosty lud na barykady czuje się sam Martyniuk?

 

Łukasz Warzecha

Przedmiot pożądania –  dr hab. KRZYSZTOF PRENDECKI o ekspertach w mediach

O wyjaśnienie pochodzenia skąd się biorą eksperci, jest znacznie łatwiej, niż tłumaczenie pociechom skąd się biorą dzieci.

 

Dziennikarz siedzący w redakcji, nagle ni stąd ni zowąd, potrzebuje za przeproszeniem na gwałt eksperta. Tak zwanego pracownika nauki. Czy to od politologii, czy psychologii. Nie ważne. Ma być i podtrzymać główny wywód materiału i utwierdzić w przekonaniu czytelnika, widza lub radiosłuchacza. Że jest dobrze lub do bani, słusznie albo beznadziejnie. Ważne, żeby mieć w notesie, albo w telefonie specjalistę od spraw każdych, dyżurnego komentatora na telefon. Takiego, co to wypowie się o piorunach i fotoradarach, o podpitych na drodze i obszczymurkach, o Erdoganie i o władcach Bhutanu,  o sytuacji na Kamczatce i o oziębieniu klimatu, o gołej dupinie na plakacie i skłonnościach sapioseksualnych…

 

Jeżeli jest dyżurny synoptyk Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, to aż dziw, że nie ma jeszcze specjalnej posady: dyżurnego komentatora Wszelakich Problemów Społecznych i Humanistycznych.

 

Oczywiście zdarzają się perełki w postaci dajmy na to, prof. Jerzego Bralczyka czy Zbigniewa Lwa – Starowicza, którzy są fachurami z bardzo wysokiej półki. A co jeszcze istotne, do zachwyconej publiczności swym zrozumiałym przekazem docierają.

 

Bo ten spec, ma nie mówić tylko z sensem, ale jeszcze być przystępnym intelektualnie dla otoczenia.

 

Najczęściej ekspert jest naukowcem, który… no właśnie. Weźmy takich socjologów. Za co się ich krytykuje? A to za odstraszający czytelnika żargon, za podawanie banałów w szacie mętnych i napuszonych słów, za posługiwanie się technicznym dialektem, który przysporzył socjologom wątpliwej chwały.

 

Za Jonathanem Turnerem możemy powiedzieć, że każdy z nas jest socjologiem, ponieważ nieustannie analizujemy nasze zachowania, a Tadeusz Szczurkiewicz zauważył, że każdy szanujący się inteligent uważa za stosowne i konieczne interesować się tą nauką lub bodaj „socjologizować” w rozmowie z innymi. Podobno w wszyscy w kraju znają się na polityce i skokach narciarskich, to dlaczegóż nie na socjologii? Dlaczego nie na mediach?

 

A jest jeszcze jeden problem upartyjnienie niezależnego eksperta, który doradza, wspiera, zasiada albo startuje (Jacek Kurczewski, Piotr Gliński, Zdzisław Krasnodębski, Lena Kolarska-Bobińska, Ireneusz Krzemiński, Paweł Śpiewak, Janusz Czapiński, Andrzej Zybertowicz, Jadwiga Staniszkis).

 

Co wtedy z nimi począć? Czy da się wytoczyć granicę między bezstronnym mędrkowaniem a niezaangażowanym politykowaniem?

 

Albo tacy eksperci – ekonomiści. Powszechnie sądzi się, że ekonomiści istnieją po to, by na ich tle lepiej przedstawiali się metorolodzy zajmujący się prognozowaniem pogody. Przykład? Juliusz Łukasiewicz podaje za kanadyjskim dziennikiem „The Globe and Mail”, iż w ciągu 13 lat ekonomiści jako grupa zostali zaskoczeni wydarzeniami co najmniej 257 razy, czyli średnio dwa razy w miesiącu. Natomiast nie bez racji był Harry Truman. Miał on dość ekonomistów, którzy służyli radą „z jednej strony doradzałbym” i za chwilę dodawali, a z „drugiej strony…”. Thomas Carlyle powiada: „Naucz papugę mówić, co to jest podaż i popyt, a otrzymasz ekonomistę”. Albo Ryszarda Petru.

 

Gdy swego czasu pojawiał się jako ekspert od finansów, bankowości, franków, przewalutowania itp., zachwycona publika kiwała przytakującą głową, pełna zachwytu nad wiedzą profesjonalisty. Pragnienie zadziałania w świecie polityki, spowodowało, że tłumek widząc lidera Nowoczesnej nadal na niego patrzył, tylko że z politowaniem. Albo od czasu do czasu parskał śmiechem. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

 

Może bycie medialną wyrocznią czy celebrowanym erudytą jest bezpieczniejszym zajęciem? Odpowiedzialność za swe wywody znikoma, a brylowanie w mediach, przecież wystarczająco  połechtuje zakamarki próżności.

 

Alicja Majewska mogłaby dziś na nowo zaśpiewać swój wielki przebój:

Być ekspertem, być ekspertem,

Na ekranach i na łamach,

Pokazywać się codziennie,

Być ekspertem – ta tęsknota,

Się niekiedy budzi we mnie”.

 

Krzysztof Prendecki

CMWP SDP w europejskim badaniu pluralizmu mediów

Dr Jolanta Hajdasz z CMWP SDP została zaproszona do grona ekspertów europejskiego projektu badawczego Monitora Pluralizmu Mediów (MPM2020) w 2020 r.   Jest to  narzędzie, które ma badać  ryzyka i zagrożenia dla pluralizmu mediów, ma wskazywać obszary, gdzie potencjalnie występują  jakieś problemy i w jaki sposób można im zaradzić. 27 grudnia 2019 r. zostały przesłane  odpowiedzi CMWP SDP na 16 kluczowych  zdaniem autorów  platformy zagadnień  na temat szeroko rozumianego pluralizmu mediów. Szczegółowe pytania dotyczące Polski to np. : ochrona wolności wypowiedzi (ocena stopnia ew. ingerowania państwa), na ile  dostawcy usług internetowych i platformy internetowe  filtrują lub usuwają treści online w sposób arbitralny, jaki jest wpływ podmiotów komercyjnych na treści publikowane przez wydawców, niezależność mediów lokalnych (regionalnych), udział i pozycja kobiet w mediach, czy ocena wpływów politycznych. Poza opisami obecnej sytuacji mediów w Polsce, w odpowiedziach na zadawane przez ankieterów pytania CMWP SDP  przywołało m.in. kilka swoich stanowisk krytycznie odnoszących się do preferowanych przez autorów badania źródeł informacji z Polski np. apel CMWP SDP do OBWE o większy obiektywizm w raporcie na temat przebiegu wyborów do Sejmu i Senatu (2019) r., blokowanie przez You Tube  profilu Radia Maryja z homilią abpa Marka Jędraszewskiego (2019), czy blokowanie treści konserwatywnych przez platformy internetowe, protest przeciwko krzywdzącej dla Polski ocenie stanu wolności mediów w 2019 r. zawartej w raporcie organizacji “Reporterzy bez Granic”(2019), czy zwrócenie uwagi na jednostronność oceny Rady Języka Polskiego na temat „pasków” w „Wiadomościach” TVP(2019) .

 

Wg informacji ze strony internetowej Centrum Pluralizmu i Wolności Mediów (CMPF) jest ono centrum badawczo-szkoleniowym, którego celem jest rozwój  badań dotyczących wolności i pluralizmu mediów w Europie, a także zapewnienie wsparcia wiedzy w zakresie polityki międzynarodowej, europejskiej i krajowej w procesach stanowienia prawa.  Zostało założone w 2011 r. z inicjatywy Komisji Europejskiej.  Centrum jest współfinansowane przez Unię Europejską. Monitor Pluralizmu Mediów jest projektem realizowanym od 2013. W Polsce jego koordynatorem jest dr hab. Beata Klimkiewicz z Instytutu Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

Słabnie wolność słowa – MIROSŁAW USIDUS podsumowuje 2019 rok

Koniec 2019 rolu upłynął miłośnikom wolności słowa w niezbyt radosnej atmosferze, którą dodatkowo popsuły nadające ton Europie Niemcy przygotowujący się do wprowadzanie nowej odmiany cenzury politycznej, czyli przepisów zmuszających dostawców Internetu do przekazywania danych ludzi oskarżanych o „mowę nienawiści”. Podobne cenzorskie pomysły sufluje się całej UE.

 

Niemal równocześnie Zgromadzenie Ogólne Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęło upichconą przez Rosję rezolucję w sprawie proponowanej nowej konwencji ONZ na temat cyberprzestępczości, dość jednoznacznie ocenianej jako kolejna próba ograniczenia wolności w Internecie, tym razem za pomocą międzynarodowych regulacji prawnych.

 

Projekt rosyjski został poparty przez znane z zamiłowania do wolności słowa Chiny, które w 2020 roku planują powołanie grupy złożonej z międzynarodowych ekspertów, których zadaniem będzie praca nad stworzeniem rzeczonej „kompleksowej konwencji międzynarodowej w sprawie przeciwdziałania wykorzystywaniu technologii informacyjno-komunikacyjnych do celów przestępczych”.

 

Jak widać inicjatywę w kwestii międzynarodowej regulacji Internetu przejmują kraje takie jak Rosja i Chiny, wykorzystujące opresyjną retorykę stworzoną w krajach demokratycznych. Na europejskim podwórku ton nadają Niemcy, które nigdy globalnej sieci, a nade wszystko panującej w niej wolności ekspresji, nie lubiły, walczyły niejednokrotnie z panującą tu swobodą obiegu informacji i zawsze chętnie podejmowały działania ograniczające wolność elektronicznej wymiany dóbr, wartości i opinii. Nie jest zaskoczeniem wypowiedź kanclerz Merkel z listopada ze złowróżbnie brzmiącymi słowami o „kosztach wolności słowa” i konieczności ograniczeń wolności.

 

Preteksty modne wśród reżimów

 

Rosyjsko-chińska inicjatywa ma na celu przeniesienie walki z wolnością Internetu na płaszczyznę międzynarodową. Niepokojące jest to, że kraje te mogą liczyć na poparcie wielu innych rządów, które jak wynika z raportów organizacji dziennikarskich, mają na koncie kolejny rok represji, dławienia wolności słowa i niezależnych mediów. Jeśli chodzi o Internet, to bardzo chętnie przyjmują w swoich zamordystycznych działaniach retorykę „walki z cyberprzestępczością”, „terroryzmem”, „mową nienawiści”, „fake newsami” itd. To najmodniejsze obecnie preteksty używane przez reżimy, autorytarystów i dyktatorów wszelkiej maści.

 

Według organizacji Reporterzy bez Granic (RSF) od początku roku do pierwszego grudnia 2019 r. na świecie zabitych zostało 49 dziennikarzy. W tym samym czasie 389 przedstawicieli mediów było więzionych, zaś 57 – przetrzymywanych jako zakładnicy w różnych krajach, najwięcej w Syrii (30), następnie w Jemenie (15), Iraku (11) i na Ukrainie (1).

 

Trzeba przyznać, iż z opublikowanego siedemnastego grudnia przez paryską organizację raportu wynika, że liczba dziennikarzy zabitych w 2019 roku była „najniższa od 16 lat”. „Historycznie niska” liczba ofiar śmiertelnych w tym zawodzie, w porównaniu ze średnią roczną wynoszącą 80 zabitych rocznie w ciągu ostatnich dwóch dekad, jest głównie wynikiem spadku liczby dziennikarzy i innych osób zawodowo związanych z mediami, którzy zostali zabici w strefach objętych wojną. W mijającym roku, jeśli chodzi o tego rodzaju „wojenne” ofiary, to najwięcej dziennikarzy zginęło podczas relacjonowania konfliktów w Syrii (10), Afganistanie (5) i w Jemenie (2), razem siedemnastu – w porównaniu z 34 w ubiegłym roku.

 

Zarazem liczba zabitych w krajach, w których panuje „pokój” pozostała równie wysoka jak w latach poprzednich, przy czym aż dziesięciu zabitych zostało w Meksyku, gdzie pojęcie pokoju jest chyba tylko umowne. „Coraz więcej dziennikarzy jest celowo mordowanych w związku z ich pracą w krajach określanych jako demokratyczne, co stanowi prawdziwe wyzwanie dla demokracji, w których ci dziennikarze mieszkają i pracują” – skomentował sekretarz generalny RSF Christophe Deloire.

 

Choć ogólnie mniej dziennikarzy zabito, to większa niż zwykle ich liczba trafiła za kratki – o 12 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Prawie połowa z nich była więziona w trzech tylko krajach – w Chinach (120), Egipcie (34) i Arabii Saudyjskiej (32). Ponad 40 proc. z nich to tzw. dziennikarze obywatelscy, starający się rozpowszechniać informacje niezależnie od oficjalnych mediów, głównie za pośrednictwem portali społecznościowych. „Po nasileniu represji wobec mniejszości ujgurskiej, w samych Chinach znajduje się jedna trzecia wszystkich więzionych dziennikarzy na świecie” – czytamy w raporcie. Warto dodać, że do tej liczby więzionych dziennikarzy zaliczają się więzieni: na Krymie – Mykolaj Semen i w Donbasie – Stanisław Asejew, w obronie których protestowało we wrześniu Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Informacje niepomyślne władz, czyli… „fake newsy”

 

Opublikowany kilka dni przed dokumentem Reporterów bez Granic raport specjalny Committee to Protect Journalists (CPJ), autorstwa Elany Beiser, uznaje Chiny, Turcję, Arabię Saudyjską i Egipt za „najgorsze dla dziennikarzy więzienia” na świecie. Na kolejnych miejscach w tym niechlubnym rankingu są Erytrea, Wietnam i Iran. Również ten dokument mówi o rekordowej liczbie przetrzymywanych w różnych formach aresztu pracowników środków masowego przekazu w 2019 r.

 

Choć większość więzionych na świecie reporterów stoi w obliczu zarzutów związanych z działalnością antypaństwową, systematycznie rośnie liczba zarzutów dotyczących rozpowszechniania „fake news” (30 przypadków globalnie w porównaniu z 28 w roku ubiegłym). Wygląda na to, że nagłaśnianie tego problemu, także w systemach demokratycznych, zachęca represyjne reżimy do korzystania z tej kategorii oskarżeń jako doskonałego pretekstu do represji mediów.  Zaostrza się zarazem kary za rozpowszechnianie „nieprawdziwych” informacji. Np. Rosja i Singapur, wprowadziły w ostatnich miesiącach przepisy uznające publikowanie „fake newsów” za przestępstwo.

 

Naturalnie, dobrze wiemy, że w systemach autorytarnych działają mechanizmy podobne do tych, które w ZSRR pozwalały łatwo uznać każdego wyrażającego się nieprzychylnie o komunistycznym „raju” za osobę niespełna rozumu. Każdego, kto kwestionuje propagandową linię partii, rządu czy innego „umiłowanego przywódcy” można uznać za siewcę kłamstw, zwanych wygodnie „fake newsami” albo za propagatora „języka nienawiści”.

 

Dokument CPJ po raz pierwszy od czterech lat nie uznał Turcji za najbardziej represyjne na świecie miejsce dla dziennikarzy. Jednak autorzy raportu podkreślają, że spadek liczby więzionych tam przedstawicieli tej profesji do 47 z 68, bardziej niż odwilż demonstrują skuteczność rządu prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w eliminacji niezależnych mediów, w tym m. in. przez zamykanie i przejmowaniem firm medialnych przez rząd. Obecnie Turcja może „pochwalić się” rosnącą rzeszą dziennikarzy na wygnaniu, bezrobotnych lub zmuszanych do autocenzury. W październiku władze uchwaliły pakiet legislacyjny, który przyznał nowe uprawnienia do wydawania wyroków skazujących za niektóre przestępstwa, w tym za „propagandę na rzecz organizacji terrorystycznej”, ulubione oskarżenie tamtejszych prokuratorów.

 

Po fali represji i aresztowań, które nastąpiły po próbie zamachu stanu w 2016 r. wielu dziennikarzy w Turcji zostało w 2019 r. zwolnionych z aresztu, ale wciąż czeka ich proces lub apelacja a co za tym idzie – groźba powrotu do więzienia. Wielu spośród tych, którzy uciekli za granicę, zostało skazanych zaocznie i grozi im aresztowanie w przypadku powrotu do kraju. Jedna z takich niepewnych o swój los dziennikarek, Semiha Şahin, opowiedziała CPJ, jak została zwolniona do aresztu domowego w oczekiwaniu na proces, ale ponieważ nie została wyposażona w elektroniczne urządzenie monitorujące, jest faktycznie wolna. Zarazem jednak żyje w strachu przed nagłym aresztowaniem i natychmiastowym powrotem do więzienia. Utrzymywanie ludzi stanie lęku, niepewności i terroru wygląda jak celowa polityka zastraszania.

 

Dokument CPJ opisuje też sytuację w Chinach, obecnie najgorszym dla dziennikarzy reżimie na świecie. Czytamy w nim m. in. o Sophii Huang Xueqin, dziennikarce niezależnej, która wcześniej pracowała jako reporter śledczy w chińskich mediach, a która została aresztowana w październiku, po tym jak napisała na swoim blogu reportaż z demonstracji w Hongkongu. Grozi jej oskarżenie o „wszczynanie kłótni i prowokowanie kłopotów”. Choć tego rodzaju zarzuty brzmią dla nas trochę groteskowo, niemal humorystyczne, w Chinach jest to powszechny zarzut stawiany krytykom polityki państwa, których rządząca Komunistyczna Partia Chin uważa za zagrożenie. Najsilniejsze represje w Chinach nastąpiły po stłumieniu protestów muzułmańskich grup etnicznych (Ujgurów) w prowincji Sinkiang – gdzie, jak się szacuje do obozów dla internowanych zesłano ok. milion ludzi, w tym dziesiątki dziennikarzy.

 

W Arabii Saudyjskiej więzi się według różnych danych 26 do 30 dziennikarzy. Tamtejsze władze nawet nieszczególnie udają, że procesy im wytaczane są uczciwe. W 18 z nich nie ujawniono żadnych zarzutów, a sądzeni, zostali skazani w sposób tajny i często w pośpiechu. Powszechne są doniesienia o torturach. Wiosną brytyjski „The Guardian” pisał  o biciu, paleniu i głodzeniu więźniów politycznych, wśród których było czterech dziennikarzy. Według tych relacji, władca Arabii Saudyjskiej książę Mohammed bin Salman, który, według służb wywiadowczych USA i niezależnego śledztwa sprawozdawcy ONZ, jest odpowiedzialny za zabójstwo w 2018 roku felietonisty „The Washington Post” Jamala Khashoggiego, nie zamierza odejść od brutalnych metod rozprawiania się z dysydentami, także medialnymi.

 

Coraz bardziej niepokojące są również doniesienia z pobliskiego Egiptu. 12 października funkcjonariusze w nieoznakowanych pojazdach zmusili reporterkę i publicystkę Esraę Abdelfattah do zjechania z drogi w Kairze. Jak twierdzi jej przyjaciel i kolega dziennikarz Mohamed Salah, z którym podróżowała, wyciągnęli ją z samochodu i pobili. Abdelfattah utrzymuje, że została pobita po raz drugi w areszcie za odmowę odblokowania telefonu, a następnie godzinami więziona w kajdankach. Z kolei Salah, według własnej relacji, został pobity, zabrany na opuszczoną autostradę, przesłuchiwany tam przez godzinę. Służby zabrały jego kartę SIM z telefonu i zostawili go na pustkowiu. Sześć tygodni później Salah został aresztowany ponownie i pozostaje w więzieniu do dziś. Jego koledzy, np. wielokrotnie nagradzany fotoreporter Mahmoud Abou Zeid, znany jako Shawkan, oraz znana w Egipcie blogerka Alai Abdelfattah, co wieczór muszą meldować się na posterunku policji. Przy czym w Egipcie oznacza to, że funkcjonariusze mogą przetrzymać taką osobę całą noc w zamknięciu.

 

A jakie to zbrodnie według władz popełniają dziennikarze egipscy? Na przykład piszą o korupcji w wojsku. Represje nasiliły się po fali demonstracji antykorupcyjnych we wrześniu, które wzywały m. in. do rezygnacji prezydenta el-Sisi. Więzieni w Egipcie dziennikarze sądzeni są w grupowych procesach z zarzutami dotyczącymi zarówno przestępstw o charakterze terrorystycznym, jak i rozpowszechniania, jakże by inaczej, „fake newsów”.

 

W Iranie, gdzie zablokowano Internet po tym jak przez kraj przeszła fala protestów przeciwko podwyżce cen paliw, aresztowano co najmniej jedenastu dziennikarzy. Był wśród nich wybitny dziennikarz ekonomiczny Mohammad Mosaed, któremu postawiono zarzuty związane z omijaniem blokady sieci, w tym jakoby używał „42 różnych proxy”, aby wejść do Internetu. Co ciekawe, władze represjonują w Iranie ludzi również za to, że piszą o blokadzie, pod zarzutami… rozpowszechniania „fake newsów”. Jak widać, stałą cechą niedemokratycznych reżimów, jest daleko posunięta schizofrenia, co starsi zapewne pamiętają także z PRL-u.

 

Dobieranie się do monopolitystycznych molochów

 

Represje na dziennikarzach, zamykanie i przejmowanie mediów, to metody walki z wolnym słowem stosowane przez ponure reżimy i antypatycznych dyktatorów. W krajach wolnych i demokratycznych również mieliśmy do czynienia z hekatombą dziennikarzy i mediów, głównie na tle… ekonomicznym.

 

W USA np. już w styczniu ponad tysiąc dziennikarzy straciło pracę po zwolnieniach Gannetta, BuzzFeeda, AOL i HuffPosta. A to był dopiero początek. W Stanach Zjednoczonych cały 2019 rok był rokiem nieustannych doniesień o kolejnych falach redukcji personelu i zamykaniu niekiedy bardzo starych i zasłużonych tytułów. Według „The Columbia Journalism Review”, w ciągu ostatnich 12 miesięcy pracę straciło 3385 dziennikarzy. „Business Insider” oszacował, że w tym samym czasie pracę w sektorze mediów w USA mogło stracić nawet ponad 7800 osób.

 

Problemy finansowe wydawców, teraz już nie tylko tradycyjnych, prasowych, ale także tych z kategorii nowych mediów, serwisów internetowych i portali, które prowadzą do wyżej opisanych cięć, są powszechnie wiązane z rosnącym drenażem pieniędzy reklamowych z rynku przez potentatów takich jak Google i Facebook. Ich dominująca i monopolistyczna pozycja była widoczna już wcześniej, ale 2019 był rokiem, gdy dostrzegają to już wszyscy a wielu postanowiło coś z tym zrobić. Nikt już nie wierzy w stary sloganik Google’a – „Do no evil” (z ang. „Nie czyń zła”), widząc w tej firmie obecnie głównie chciwego i agresywnego wobec wszelkiej konkurencji monopolistę.

 

Był to rok, w którym na całym świecie pełną parą ruszyła wielka ofensywa antymonopolowa. Poszczególne kraje zaczynają coraz skuteczniej egzekwować podatki od unikających dotychczas haraczu gigantów internetowo-technologicznych. W 2019 r. Big Tech (czasem nazywany GAFA, od kwartetu Google, Amazon, Facebook, Apple) opodatkowały Włochy, wcześniej Francja. W obu krajach podatek jest naliczany od obrotu.

 

Walka o dane i przebudzenie prywatnościowej mocy

 

Pisałem wiele razy na portalu SDP, że kluczowe w zmaganiach z monopolami internetowymi może okazać się zrozumienie, że fundamentem potęgi Google’a, Facebooka czy Amazona, nie są wcale zaawansowane narzędzia, technologia, nie doskonałość algorytmów, lecz dane, nasze dane, które otrzymują od nas, użytkowników za „darmowe” usługi. Tu i ówdzie do zrozumienia tego już się dochodzi. Co więcej, są już konkretne projekty, które mają nasze dane uwolnić od platform GAFA.

 

W październiku ponadpartyjna grupa amerykańskich senatorów zaproponowała przepisy, które nakładają na firmy takie jak Google i Facebook obowiązek tworzenia i utrzymywania otwartych interfejsów interoperacyjnych (API), umożliwiającym użytkownikom lub delegowanym stronom trzecim dostęp do danych personalnych i ich przenoszenie. Projekt ustawy, nazwany ustawą Augmenting Compatibility and Competition by Enabling Service Switching (ACCESS) Act, ma zastosowanie wyłącznie do dostawców usług platformy komunikacyjnej z ponad 100 milionami aktywnych użytkowników dziennie na terenie USA. Jest to wyraźnie zaprojektowane z myślą o odebraniu władzy nad danymi firmom Big Tech.

 

Dane użytkowników to istota ich biznesu, więc „uwolnienie” ich będzie dla potentatów ogromnym ciosem – rozumują zwolennicy tego rozwiązania. Jednak prawodawcy zdają sobie sprawę, że samo udostępnianie danych i możliwość skopiowania, i zapisania ich w jakiejś postaci to wciąż za mało. Te dane byłyby użyteczne jedynie w kontekście platformy Facebooka czy Google’a. Dlatego kładą nacisk na „interoperacyjność” (czytaj: będzie można je przenieść na inne platformy i korzystać z nich swobodnie w innych niż googlowe czy facebookowe, aplikacjach). Inicjatywę wyrwania naszych danych w potężnych kończyn Big Tech, która pojawiła się w ostatnich miesiącach 2019 r., warto śledzić, zdając sobie jednak sprawę, że nie będzie to łatwe, bo wszyscy doskonale rozumieją w co się tu gra i na czym polega ten biznes. Inaczej mówiąc, GAFA tak łatwo danych nie odda.

 

Pojawiły się oznaki coraz bardziej agresywnej polityki Big Tech. Np. Google sposób coraz bardziej bezpardonowy walczy z blokowaniem reklam. Jesienią 2019 r. po wielkiej awanturze ze środowiskiem deweloperskim Google utrzymało stanowisko, że trzeci manifest rozszerzeń przeglądarki Chrome będzie uniemożliwiał działanie najważniejszych adblockerów. Oznacza to w praktyce blokadę blokady reklam w przeglądarce. Skoro  w tej sprawie, pomimo rewolty deweloperów na których opiera się cała siła Chrome’a, jest tak uparte, to chyba jasny sygnał, że blokowanie reklam Google’a bardzo boli i bardzo dużo kosztuje. Osoby mniej podatne na PR „fajnej firmy” która robi różne innowacyjne i imponujące rzeczy, widzą dobrze w co tu się gra i co jest najczarniejszym koszmarem Google’a.

 

Zresztą ostatnie poczynania Google’a na wiecznie deficytowej platformie YouTube, gdzie zmienił regulamin, przewidując zamykanie „niedochodowych” kanałów i bany za korzystanie z blokowania reklam, też mają swoją wymowę. Do tego dochodzi Premium, czyli płatne YT bez reklam. Robi się coraz mniej miło. Narasta niezadowolenie youtuberów, którym Google jakoś nie umie wprost powiedzieć, że chciałoby wreszcie zacząć zarabiać na serwisie, który kupiło kilkanaście lat temu. Zaostrzające się w 2019 roku konflikty pomiędzy właścicielami platform a użytkownikami i dostawcami treści to chyba tylko preludium, bo poddana coraz silniejszej presji GAFA, prawnej, fiskalnej, finansowej, będzie coraz agresywniej szukać przychodów.

 

Ostatni rok można nazwać rokiem „prywatnościowego przebudzenia” na masową skalę, co w świetle omawianych bojów o dane użytkowników ma kluczowe znaczenie. Już wcześniej na aktualności zaczął tracić dawny układ, nie spisany ale obowiązujący przez lata – pomiędzy Google’m a użytkownikami, którzy przez lata mniej lub bardziej świadomie sprzedawali gigantowi swoje dane prywatne w zamian za „darmowe” usługi. Produkty Google tradycyjnie były bezpłatne, innowacyjne i używane przez miliardy ludzi. Aby uzyskać dostęp do tych darmowych produktów, ludzie musieli zrezygnować ze swoich danych osobowych i poświęcić nieco czasu i uwagi na reklamy.

 

Te ostatnie oczywiście nigdy nie były czymś, co z chęcią przyjmowali użytkownicy usług Google’a – były one po prostu przykrą koniecznością, podatkiem nałożonym na dostęp do ekosystemu Google. Google zachęcał ludzi do handlu ich prywatnością, danymi i czasem dając w zamian bardzo dobrej jakości, „darmowe” produkty i usługi,  które często nie miały dobrych alternatyw. Każdy składnik tego ekosystemu zbiera pracowicie dane o każdej wykonanej przez użytkownika operacji, zamówieniu, wypowiedzianym lub zapisanym słowie. Wszystko to pracuje przede wszystkim w celu lepszego, dokładniejszego kierowania reklam i wykrywania ich skuteczności, np. przez rejestrację zakupów i zamówień.

 

Obecnie nastawienia użytkowników zmieniają się. Sprzyjają temu kolejne głośne skandale związane z nieuprawnionym wykorzystaniem prywatnych danych, niekoniecznie zresztą przez Google, bo akurat tu na sumieniu więcej ma inny potentat, Facebook. Obie firmy mają problemy związane z „przebudzeniem” użytkowników w dziedzinie ochrony prywatnych danych. Dochodzą do tego powiązane z owym „przebudzeniem” kłopoty z władzami państw, będącymi z kolei pod naciskiem wyborców, i przepisami chroniącymi użytkowników lub rynek przed dominującymi graczami Big Tech.

 

Bicz na Google’a a Facebookowi figa, a nie waluta

 

Przeciwko Facebookowi i Google ruszył w mijającym roku szeroki front dochodzeń antymonopolowych prowadzonych przez organy wymiaru sprawiedliwości w USA. Donosił o tym jako pierwszy w sierpniu dziennik „The Wall Street Journal”. Kilka miesięcy wcześniej Federalnej Komisji Handlu USA nałożyła na Facebooka karę grzywny w wysokości pięciu miliardów dolarów grzywny za brak ochrony danych użytkowników w związku ze skandalem Cambridge Analytica. Na początku września pojawiła się informacja, że wszystkie stany USA, pod przewodnictwem Teksasu, rozpoczęły dochodzenia w sprawie „potencjalnych monopolistycznych zachowań Google’a”. Europa była szybsza – organy regulacyjne ds. ochrony konkurencji UE już w marcu 2019 r. nałożyły na Google grzywnę w wysokości 1,7 mld USD za nieuczciwe umieszczanie klauzul o wyłączności w umowach z reklamodawcami, co stawiało konkurentów w branży reklam internetowych w niekorzystnej sytuacji.

 

Jednym z możliwych efektów dochodzeń organów ds. przeciwdziałania praktykom monopolistycznym, jest zmuszenie Google do wydzielenia wyszukiwarki internetowej jako oddzielnej firmy.

 

Tracący aktywnych, młodych użytkowników Facebook wpadł około dwa lata temu na pomysł ożywienia biznesu przez wprowadzenie własnej waluty opartej na łańcuchach blokowych jak bitcoin. Pomysł na walutę Libra zapewne wydawał się Zuckerbergowi i kolegom genialny. I może taki był, gdyby nie to, że wchodzi na teren, którego państwa i establishment finansowy pilnują jak oka w głowie, a z głowy Zucekrberga pomysł ten chyba wybito na dobrze w drugiej połowie 2019 r. Po skandalu związanym z wyciekiem danych użytkowników do Cambridge Analytica i dowodach niezdolności platformy Zuckerberga do odpowiedniego zabezpieczenia własnej platformy, władze USA i wielu innych państw traktują Facebooka jako podmiot o bardzo niskiej wiarygodności. Już w ciągu doby od chwili ogłoszenia planu wprowadzenia Libry na Facebooku (czerwiec 2019) zaczęły nadchodzić sygnały zaniepokojenia ze strony rządów całego świata. W Europie politycy podkreślali, że nie można pozwolić, by stała się ona „suwerenną walutą”. Amerykańscy senatorowie wezwali Facebooka do natychmiastowego wstrzymania projektu i wezwali kierownictwo Facebooka na przesłuchanie.

 

„Projekt Facebooka przewidujący wprowadzenie kryptowaluty Libra nie może być realizowany w formie, w jakiej był dotąd prezentowany” –  oświadczył w lipcu francuski minister finansów Bruno Le Maire. Nawiązał też do planów opodatkowania wielkich firm technologicznych. „Nie możemy pozwolić przedsiębiorstwom, które kierują się prywatnym interesem, na wyposażenie się w środki suwerenności monetarnej. Musimy działać.”

 

Z kolei, według amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, Libra może stać się narzędziem ludzi finansujących terrorystów i zajmujących się praniem brudnych pieniędzy, w związku z czym stanowi problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jego zdaniem wirtualne pieniądze takie jak bitcoin „były już wykorzystywane do wspierania nielegalnego obrotu miliardami dolarów w ramach cyberprzestępczości, unikania podatków, sprzedaży nielegalnych substancji i narkotyków oraz handlu ludźmi”. Niemiecki minister finansów Olaf Scholz powiedział, że musi być gwarancja prawna, że kryptowaluty, takie jak Libra, nie będą stanowić zagrożenia dla stabilności finansowej ani prywatności konsumentów.

 

W końcu sam prezydent USA Donald Trump skrytykował na Twitterze kryptowaluty w tym bitcoina, oraz zapowiedzianą przez Facebooka Librę. „Jeśli Facebook i inne firmy chcą zostać bankami, muszą starać się o licencję bankową i podporządkować się wszystkim przepisom prawa bankowego, jak każdy inny krajowy czy międzynarodowy bank” – napisał.

 

Na początku października PayPal opuścił Stowarzyszenie Libra, co było poważnym osłabieniem dla projektu. Potem ze stowarzyszenia wycofywać zaczęły się inne znane firmy, w tym eBay, Visa i MasterCard.

 

Wygląda na to, że amerykańskie organy regulacyjne nie pozwolą na uruchomienie Libry. Ludzie Zuckerberga pracują jednak wciąż nad projektem. W połowie listopada pojawiły się informacje o tworzeniu sieci testowych i portfeli, na których przeprowadzono dziesiątki tysięcy pozorowanych transakcji. Infrastruktura techniczna facebookowej waluty może być gotowa w 2020 roku, jak zakładał plan. Być może Facebook liczy, że kryptowalutę tego rodzaju zaproponują Chiny, co zmusi USA do przeciwdziałania, a błękitna platforma będzie mieć gotowe rozwiązanie dla władz amerykańskich.

 

W Polsce – czas batalii prawnych z Facebookiem

 

W Polce rok 2019 był okresem walki z facebookową cenzurą w sądach. Komentowałem na portalu SDP pozew Macieja Świrskiego, zarzucającego platformie Zuckerberga dyskryminację i cenzurę prewencyjną, starając się umieścić tę akcję w szerszym kontekście zmagań z jej monopolistycznymi i cenzorskimi praktykami.

We wrześniu pozew przeciwko Facebookowi zapowiedział przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, również wskazujący na możliwość konstytucyjnej zasady wolności słowa w Polsce przez ten serwis. „Facebook stał się miejscem, gdzie można oczernić każdego bez żadnych konsekwencjo” – mówił w Polsatnews.pl Patryk Jaki, który w listopadzie w Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga złożył skargę na Facebooka za brak reakcji na rażącego fake newsa dotyczącego europosła PiS.

 

Spore znaczenie może mieć w takich sprawach orzeczenie TSUE z października, w którym  w odpowiedzi na pytania Sądu Najwyższego Austrii, trybunał uznał, że dyrektywa o handlu elektronicznym nie stoi na przeszkodzie, aby „sąd państwa członkowskiego mógł nakazać dostawcy usług hostingowych [w tym przypadku Facebookowi – red.] usunięcie informacji, które dostawca ten przechowuje i których treść jest identyczna z treścią informacji uprzednio uznanej za mającą bezprawny charakter, lub zablokowanie dostępu do tych informacji, niezależnie od tego, kto wnioskował o przechowywanie tych informacji”. Oznacza to m. in. że orzeczenia sądów krajów UE muszą być respektowane przez błękitną platformę.

 

ACTA2 przepchnięta lobbystycznym kolanem, ale zaskarżona

 

Zawsze piszę, że myli się ten, kto widzi niebezpieczeństwa dla wolności słowa w mediach i w Internecie tylko w krajach uznawanych powszechnie za niedemokratyczne. Niestety również w świecie, nazywającym się „wolnym”, przez cały 2019 r. zasadzano się bez wytchnienia na wolność słowa. Oczywiście na wiele „eleganckich” sposobów, najczęściej opakowanych w kwieciste wystąpienia pełne frazesów i zapewnień, że robi się to „co konieczne” dla naszego „dobra”. Jednak maskowana tym teatrzykiem pięknych słów brzydka gęba cenzury była wyraźnie widoczna dla tych, którzy chcą ją widzieć

 

Rok 2019 zaczął się od dobrej informacji o zablokowaniu w  młynach prawodawczych Unii eurodyrektywy o prawach autorskich zwanej nie bez sensu ACTA2. Przedstawiciele państw członkowskich w Radzie Europejskiej, którzy zebrali się 22 stycznia, aby zatwierdzić nową wersję dyrektywy przygotowaną przez Rumunię nic nie postanowili, gdyż, według nieoficjalnych informacji, jedenaście krajów sprzeciwiło się temu tekstowi, niektóre, powołując się na znane już obawy dotyczące dwóch kontrowersyjnych artykułów, inne mają nowe zastrzeżenia. Przeciwko były: Niemcy, Belgia, Holandia, Finlandia, Słowenia, Włochy, Polska, Szwecja, Chorwacja, Luksemburg i Portugalia. Efekt, niestety chwilowy, był taki, że ACTA2 wydawała się być odłożona, powiedzmy, „ad acta”.

 

Jak się potem okazało, nadzieje te były płonne. Silna presja lobbystów biznesu zarządzającego prawami autorskimi doprowadziła do uchwalenia dyrektywy przez Europarlament w kwietniu. Przyjęte brzmienie nie było, wbrew zapewnieniom niektórych polskich polityków, którzy poparli ACTA2, „złagodzone”. Wszystkie najbardziej represyjne i bezsensowne sformułowania w tekście zostały, choć poprzenoszono je pomiędzy artykułami.

 

O konsekwencjach ACTA2 pisałem na portalu SDP niejeden raz. Na przykład o tym jak eurodyrektywa stosunkowo łatwo może doprowadzić do zamordyzmu i cenzury. Pisałem w marcu nawet o tym, jak regulacja ta prowadzi do łamania polskiej konstytucji. Ostatecznie, jeszcze przed wyborami do Europarlamentu, dyrektywa o prawach autorskich została przyjęta a Polska zaskarżyła ją do TSUE, co również skomentowałem, wskazując na pierwsze sygnały negatywnych skutków topornych regulacji tego rodzaju.

 

Skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w pełnej nazwie dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze pisały liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa. Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Mniej nagłośnione niż dyrektywa ACTA2 były niemal równocześnie prowadzone w kręgach brukselsko-strasburskich prace nad rozporządzeniem w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, o czym pisałem już wiosną 2019 r.przypomniałem kilka tygodni temu, bo kolejne elementy machiny do cenzurowania sieci w każdym jej aspekcie są konsekwentnie i bez wytchnienia budowane w kręgach prawodawczych UE.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne.

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”. Cóż, niedawne rosyjsko-chińskie propozycje międzynarodowej konwencji przeciw cyberprzestępczości też otwarcie nie mówią o planie wprowadzenia cenzury na poziomie międzynarodowym, ani o dawaniu zamordystom narzędzi prawnych wspierających zaostrzanie zamordyzmu.

 

Unia Europejska ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci a 2019 był ważnym rokiem w procesie wdrażania tego planu, nie tylko dlatego, że postawiono w nim prawno-autorską nogę tej konstrukcji, czyli dyrektywę ACTA2. Od lata głośno mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”, czyli to co Niemcy zapowiedzieli w ostatnich dniach 2019 r. u siebie.

 

Komisja bada także możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Bo przecież skoro ma istnieć restrykcyjne prawo, to musi być też urząd i armia euro funkcjonariuszy do egzekwowania tych przepisów.

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich, czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej lub pewnych polityków (oczywiście tylko niektórych) to „mowa nienawiści”. Co do ACTA2 i przygotowanych przepisów o treściach terrorystycznych, to wiemy, że przewidywane są do tego środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze.

 

Taki oto kierunek zmian w obszarze mediów, Internetu i wolności wypowiedzi w Europie ukształtował się w mijającym roku. Jest on, jeśli chodzi o zawarty w nim „kontent”, czyli opis pretekstów służących do represjonowania ludzi, którzy nie chcą się podporządkować, zadziwiająco zbieżny z treściami zwalczającej brutalnie wolność propagandy autorytarnych reżimów.

 

Jeśli wolność słowa zagraża zarówno dyktaturom jak i demokracjom (jak zdaje się uważać choćby Merkel), to wygląda to tak jakby nie było różnicy pomiędzy tymi systemami. Dyktaturom to chyba wszystko jedno, ale dla demokracji to nie jest dobra wiadomość.

 

Mirosław Usidus

 

Apel CMWP SDP o umorzenie postępowania dyscyplinarnego wobec prof. Agnieszki Popieli

CMWP SDP z najwyższym niepokojem przyjmuje informację o prowadzeniu postępowania dyscyplinarnego wobec profesor Agnieszki Popieli z Uniwersytetu Szczecińskiego w związku z jej wypowiedziami dotyczącymi Marszałka Senatu RP profesora Tomasza Grodzkiego w mediach społecznościowych oraz apeluje do osób odpowiedzialnych o umorzenie tego postępowania. Jest ono naruszaniem zasady wolności słowa demokratycznego państwa i naruszeniem prawa każdego obywatela Polski do swobody wypowiedzi. Postępowanie to jest też swoistą próbą zastraszenia, ponieważ Pani Profesor jest świadkiem w prowadzonym postępowaniu prokuratorskim powiązanym z tą samą sprawą.

 

Sprawa ta dotyczy wpisu prof. Agnieszki Popieli na portalu społecznościowym Facebook z listopada b.r. Agnieszka Popiela napisała, że Tomasz Grodzki domagał się 21 lat temu pieniędzy za przeprowadzenie operacji jej chorej na nowotwór mamy. Marszałek Senatu zaprzeczał, a wpis na portalu został później skasowany. Po wpisie prof. Popieli ujawniły się kolejne osoby, które twierdzą, że płaciły profesowi za przeprowadzenie operacji. Obecnie w sprawie korupcji w szpitalu Szczecin-Zdunowo, gdzie obecny marszałek Senatu był dyrektorem, śledztwo prowadzi Prokuratura Regionalna w Szczecinie. Na razie nikt nie usłyszał w nim zarzutów. Rzecznik dyscyplinarny prof. Piotr Łaski z Wydziału Prawa Uniwersytetu Szczecińskiego kilka dni temu napisał list do prof. Popieli, w którym informuje, że podstawą wszczęcia postępowania dyscyplinarnego są oskarżenia pod adresem prof. Tomasza Grodzkiego o przyjęcie 500 dolarów za operację.

 

W ocenie CMWP SDP postępowanie dyscyplinarne wobec prof. Agnieszki Popieli w przedmiotowej sprawie narusza fundamentalną dla ustroju demokratycznego zasadę wolności słowa. Publikując wpisy w mediach społęcznościowych każdy ma prawo przedstawiać swój osobisty punkt widzenia. Zastosowane w tym przypadku przez władze uczelni środki są nieadekwatne do popełnionego czynu, jakim jest publikacja wpisów na FB, szczególnie w sytuacji, gdy wpisy te dotyczą doświadczeń życiowych osoby, która dokonuje wpisu i która własnym nazwiskiem poświadcza prawdziwość podanych przez siebie faktów.

 

CMWP SDP zwraca uwagę, iż karanie autora za publikowane przez niego treści, jak ma to miejsce w przypadku prof. Agnieszki Popieli, może prowadzić do uruchomienia i upowszechnienia w komunikowaniu masowym mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się innych użytkowników portali społecznościowych i nie podejmowania przez nich trudnych i kontrowersyjnych tematów społecznych. W oczywisty sposób niszczy to zasadę wolności słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi.

 

W związku z powyższym należy przypomnieć, że wolność słowa i prasy podlega ochronie zarówno na gruncie krajowego, jak i międzynarodowego porządku prawnego. W szczególności art. 14 Konstytucji RP stanowi, iż Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, każdy ma prawo do swobody wypowiedzi, które obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Jak wielokrotnie podkreślał Europejski Trybunał Praw Człowieka, swoboda wypowiedzi jest jednym z filarów demokratycznego społeczeństwa. Bez wolnej prasy społeczeństwo demokratyczne nie istnieje.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 30 grudnia 2019 r.

 

Foto:wikipedia.org

Kościół zanurzony w komunikacji – głos ks. ARTURA STOPKI w sprawie projektu Benedykta XVI

Zarówno papież Franciszek, jak i Benedykt XVI rozumieją rangę problemu, jaki dzisiaj dla Kościoła katolickiego stanowi komunikacja. Dają przykład, jak szukać rozwiązań.

 

Tuż przed świętami Narodzenia Pańskiego pojawiła się wiadomość, że Papież-senior Benedykt XVI powołał fundację na rzecz dziennikarstwa katolickiego. Nazwa wskazuje, że jest ona powiązana z niemieckim katolickim tygodnikiem „Die Tagespost”, który fakt zaistnienia przedsięwzięcia ujawnił. W nazwie znalazło się też ciekawe doprecyzowanie: „dla publicystyki katolickiej”. Cel fundacji został bardzo wyraźnie doprecyzowany.

 

Nie wchodząc w toczący się od dawna spór, czy istnieje dziennikarstwo katolickie i katoliccy dziennikarze, czy też mamy do czynienia jedynie z dziennikarstwem uprawianym przez katolików, warto się zastanowić nie tylko dlaczego fundacja została powołana do życia, ale też, z jakiego powodu został w nią zaangażowany autorytet emerytowanego Papieża. Łatwo się zorientować, że dzięki włączeniu w powstające dzieło Benedykta XVI, wiadomość zostanie szeroko rozkolportowana. O wiele szerzej, niż gdyby fundację utworzyła redakcja czasopisma o nakładzie nieco przekraczającym 10 tys. egzemplarzy.

 

Powołanie fundacji i nagłośnienie tego faktu to poważny sygnał, że jest problem. Duży problem. Jego istotą jest posługiwanie się przez Kościół katolicki medialnymi narzędziami w wypełnianiu ewangelizacyjnej misji.

 

O tym, że Kościół nie tylko w wymiarze lokalnym, ale również, a może nawet przede wszystkim, w wymiarze powszechnym, ma kłopoty i trudności w przestrzeni medialnej, zdaje sobie sprawę papież Franciszek. Niemal od pierwszych chwil swego pontyfikatu usiłuje on doprowadzić do poważnych przekształceń w mediach Stolicy Apostolskiej. Kolejne zmiany strukturalne i personalne dowodzą, że nie jest to sprawa łatwa. Chodzi nie tylko o stworzenie sprawnych mechanizmów, umożliwiających szybki i profesjonalny przekaz treści. To ważne, ale istotniejsze wydaje się wypracowanie koncepcji wykorzystania mass mediów, w tym tzw. nowych mediów, do nawiązywania realnej komunikacji Kościoła ze światem współczesnym.

 

Znamienne, że właśnie temat medialnego przekazu znalazł się wśród zagadnień poruszonych przez Franciszka w dorocznym przedświątecznym przemówieniu do rzymskich kurialistów. Aktualny Następca św. Piotra uczynił z wystąpień podczas tych spotkań wysokiej rangi przemówienia programowe. Tak było i w tym roku.

 

Franciszek sporo uwagi poświęcił niedawno ustanowionej Dykasterii ds. Komunikacji. Zwrócił uwagę, że jako ludzkość znajdujemy się w perspektywie zmiany epoki. Odwołując się do swojej adhortacji „Christus vivit”, będącej owocem Synodu Biskupów na temat młodzieży, Papież skonkretyzował istotę tej zmiany. Polega ona na tym, że dziś już ogromna część mieszkańców ziemskiego globu nie ogranicza się do używania narzędzi komunikacji, ale jest w niej „zanurzona”. Miliardy ludzi funkcjonują „w kulturze głęboko skomputeryzowanej, która ma bardzo mocny wpływ na pojęcie czasu i przestrzeni, na postrzeganie siebie, innych i świata, na sposób komunikowania, uczenia się, zdobywania informacji, nawiązywania relacji z innymi”. To wpływa na ich podejście do rzeczywistości. To przejawia się m. in. skłonnością do faworyzowania obrazu, a nie słuchania i czytania. To wpływa na sposób uczenia się i rozwój zmysłu krytycznego.

 

Dziś nie ma już prostego przekazu opartego na układzie nadawca-komunikat-odbiorca. Franciszek tłumaczył swoim kurialistom, że nowa kultura, naznaczona czynnikami zbieżności i multimedialności, potrzebuje odpowiedniej reakcji Stolicy Apostolskiej w dziedzinie przekazu. „Dziś, w odniesieniu do zróżnicowanych serwisów dominuje forma multimedialna, a oznacza to także sposób ich pojmowania, myślenia i realizowania” – wyjaśniał.

 

Firmowana przez Benedykta XVI fundacja planuje zainwestować w szkolenie młodych katolickich dziennikarzy, finansować projekty badawcze z dziedziny bioetyki i pomagać katolickim mediom w osiąganiu większego zasięgu oddziaływania. „Mam nadzieję, że katolicki głos zostanie usłyszany” – zacytowała Papieża-seniora Katolicka Agencja Informacyjna. To nie od dziś jest istotny problem Kościoła w sferze medialnej. Nie bez powodu jedna z należących do Kościoła w Polsce radiostacji odwołuje się właśnie do sformułowania „katolicki głos”. Bycie słyszanym i to nie incydentalnie, od przypadku do przypadku, ale stale, to jeden z podstawowych problemów w świecie współczesnych mediów.

 

Papieże FranciszekBenedykt XVI jasno dają do zrozumienia, że bez profesjonalnej strategii komunikacyjnej (już nie tylko medialnej), Kościół ze swym ewangelicznym przekazem zostanie zagłuszony i przytłoczony. Nie będzie w stanie dobrze wypełniać powierzonej mu przez Jezusa misji głoszenia Dobrej Nowiny „aż pod krańce ziemi”. Chaos i ambicjonalne partykularne działania w tej sferze skazane są na porażkę. Warto mieć tego świadomość. Także w Kościele w Polsce.

 

ks. Artur Stopka

Wzmocnienie dziennikarstwa katolickiego – ks. MARIUSZ FRUKACZ o projekcie Benedykta XVI

„Mam nadzieję, że katolicki głos zostanie usłyszany”  – uzasadnił papież senior Benedykt XVI powołanie fundacji na rzecz dziennikarstwa katolickiego, o czym w ostatnich dniach poinformował niemiecki tygodnik katolicki „Die Tagespost” w Würzburgu. Nazwa nowej fundacji brzmi: „Fundacja Die Tagespost dla publicystyki katolickiej”.

 

Szkolenie młodych katolickich dziennikarzy i nie tylko

 

Fundacja, jak informuje tygodnik katolicki „Die Tagespost” planuje nie tylko szkolić młodych katolickich dziennikarzy, ale również finansować projekty badawcze z dziedziny bioetyki i pomagać katolickim mediom w osiąganiu większego zasięgu oddziaływania. W nadchodzącym roku fundacja chce zebrać ok. 450 tys. euro na projekty medialne i edukacyjne. Jak podaje również Katolicka Agencja Informacyjna zgromadzone środki finansowe przeznaczone będą na  szkolenie wolontariuszy, wdrażanie projektów cyfrowych, udostępnianie raportów i badań z zakresu ochrony życia i bioetyki.

 

Moim zdaniem to bardzo ważna inicjatywa papieża seniora wpisująca się bardzo dobitnie w troskę Kościoła o wzmocnienie głosu mediów katolickich. Taka instytucja jak  „Fundacja Die Tagespost dla publicystyki katolickiej” może być znakiem także dla Kościoła w innym obszarze językowym, aniżeli jedynie w niemieckojęzycznym świecie. Może być kolejnym krokiem dla wzmocnienia dziennikarstwa i publicystyki katolickiej i pomocy katolickim mediom w dotarciu do większej części społeczeństwa współczesnego i zostać usłyszanym.

 

Bardzo cenne jest to, że fundacja chce szkolić wolontariuszy, m.in. w zrozumieniu funkcjonowania współczesnych mediów. Istotnie jest również to, że fundacja chce finansować  bioetycznie projekty badawcze. Jak zauważa dr Norbert Neuhaus, reprezentujący fundację, „Benedykt XVI z wielkim zainteresowaniem śledzi dyskusje w Niemczech. Jako profesor, biskup i kardynał kurii wielokrotnie używał swojego pióra – między innymi w codziennej prasie – i wygłaszał publiczne oświadczenia z doskonałą jasnością i kompetencją na ważne tematy. Teraz jego celem jest ponowne nadanie katolickiemu dziennikarstwu mocnego statusu i skuteczności”. Zdaniem Neuhausa działalność fundacji pozwoli na jeszcze lepsze przypomnienie i przywrócenie podstawowych prawd naszej zachodniej tradycji w świeżym, współczesnym języku do świadomości ogółu społeczeństwa. Jak dodaje „jest to również zadanie współczesnego dziennikarstwa katolickiego. Jest to wkład w nową ewangelizację”.

 

Ważny głos Benedykta XVI

 

Benedykt XVI zawsze zwracał dużą uwagę na znaczenie mediów, a zwłaszcza mediów katolickich. Dla papieża seniora  jednym z zadań mediów katolickich było uwrażliwienie m. in. kapłanów na wykorzystanie nowych mediów w duszpasterstwie. Oczywiście Benedykt XVI zawsze też podkreślał, że nie zastąpią one głoszenia słowa Bożego, modlitwy, życia sakramentalnego i osobistego świadectwa, ale wydaje się, że obecność kapłana i duszpasterstwa w świecie cyfrowym, jak nazwał go Benedykt XVI „kontynencie cyfrowym”. „Rozwój nowych technologii i, ogólnie, cały świat cyfrowy stanowią wielkie bogactwo dla wszystkich ludzi razem oraz dla człowieka jako bytu indywidualnego, a także są bodźcem do spotkania i dialogu” – napisał Benedykt XVI.

 

Nowa fundacja Papieża Benedykta XVI, jak informuje tygodnik katolicki „Die Tagespost”, ma znacznie szerszy fundament: od promocji religii do sztuki i kultury i katolicyzmu, po globalne zrozumienie między narodami. Również takie tematy jak równość mężczyzn i kobiet oraz ochrona małżeństwa i rodziny znajdują odzwierciedlenie w celach fundacji.

 

Ważne jest, aby głos katolicki był słyszany w dzisiejszym zsekularyzowanym krajobrazie mediów, aby ukazać piękno i znaczenie katolika. Wymaga to wykwalifikowanych dziennikarzy, którzy są zaznajomieni z kwestiami wiary, Kościoła i historii Kościoła, ale także z kwestiami moralnymi i etycznymi. W realizacji tego celu jest bardzo ważne szkolenie wolontariuszy, dalsze szkolenia, utworzenie think tanków i baz danych informacyjnych na takie tematy, jak: bioetyka, pokój w świecie, chrześcijańska nauka społeczna” – podkreśla dr Norbert Neuhaus (https://www.die-tagespost.de/foerdern/tagespost-stiftung/interviewnorbertneuhaus/Leuchttuerme-des-Glaubens-schaffen;art4960,203997  )

 

Zrozumieć język mediów

 

Wydaje się, że fakt powołania fundacji przez papieża seniora zwraca również uwagę na to, że nie tylko Kościół musi zrozumieć nowy język mediów i jak najlepiej wykorzystać go w celach duszpasterskich, ale ważne jest również to, aby społeczeństwo współczesne, często bardzo zlaicyzowane, zrozumiało język Kościoła i język mediów katolickich. A także potrafiło dostrzec znaczenie głosu katolickiego w przestrzeni życia publicznego.

 

Dzisiaj na przykład wielu młodych ludzi to „pokolenie online”, z którym trzeba podjąć dialog. Oczywiście, na pierwszym miejscu ma być osobiste spotkanie z człowiekiem i własne świadectwo, ale w dziele ewangelizacji nie można zaniedbać takich narzędzi jak Internet, a zwłaszcza portale i serwisy społecznościowe. Na szczęście w ostatnich latach w tym względzie sporo zmieniło się na lepsze. Wielu księży można posłuchać za pośrednictwem YouTube’a, niemało korzysta również z Facebooka i Twittera. Rośnie liczba witryn z treściami religijnymi przekazywanymi w sposób dostosowany do współczesnego odbiorcy. Dlatego tak cenne w założeniach nowej fundacji jest szkolenie młodych katolickich dziennikarzy, którzy nie tylko rozumieją świat młodych ludzi, ale mogą w sposób bardzo przystępny i komunikatywny przybliżać świat Kościoła i wartości chrześcijańskich młodym ludziom. Mówiąc językiem Benedykta XVI ten wysiłek ma na celu niesienie pomocy odpowiedzialnym za życie Kościoła, by potrafili rozumieć «nowy język» mediów, interpretować go i wykorzystywać w celach duszpasterskich.

 

Moim zdaniem powołanie nowej fundacji przez Benedykta XVI przyczyni się do  wzrostu znaczenia mediów i prasy katolickiej w dyskursie publicznym.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Władza i dziennikarze – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że władza zamierza zabrać się za tłumienie wolności słowa i za dziennikarzy, opozycyjni publicyści mówią i piszą od dawna. Mówią i piszą swobodnie, więc najwyraźniej tłumienie wolności słowa jeszcze nie nastąpiło.

 

Agnieszka Kublik napisała ostatnio, że sposobem na uciszenie mediów krytycznych wobec władzy będzie uchwalenie zapowiadanej w programie PiS ustawy, powołującej obligatoryjny samorząd dziennikarski. Myślę, że się myli. Samorząd dziennikarski to jeden z tych licznych pomysłów PiS, którego medialne echo jest odwrotnie proporcjonalne do prawdopodobieństwa realizacji.

 

Często też pojawiają się porównania z sytuacją na Węgrzech, gdzie faktycznie zakres oddziaływania mediów wobec Fideszu opozycyjnych został bardzo zredukowany. Tyle że Viktor Orbán działał całkiem inaczej niż Jarosław Kaczyński. Najpierw pozwolił się swoim zaufanym kolegom wzbogacić na państwowych zamówieniach, a gdy mieli już dość pieniędzy, zaczęli przejmować media. Z punktu widzenia strategii politycznej to dobra metoda, bo te media – nawet w przypadku zmiany władzy – pozostaną w rękach obozu Fideszu. W Polsce tymczasem nie ma prywatnej elity finansowej czy wręcz oligarchii, sprzyjającej PiS. PiS jej nawet nie próbował wytworzyć, ponieważ byłoby to sprzeczne z dwoma jego opowieściami: tej o przeciwstawieniu „zwykłych Polaków” „złym elitom” i „bogaczom” oraz tej o wyższości państwowego nad prywatnym. Nie ma zatem prywatnych podmiotów, zdolnych do przejmowania mediów. Była tylko jedna taka próba, która skończyła się kompletną klęską – przejęcia Radia Zet przez grupę medialną braci Jacka i Michała Karnowskich. Ale bracia Karnowscy przy takim na przykład Andy Vajna (zmarłym w styczniu) to pikusie. Wartość majątku tego węgierskiego oligarchy, mającego także udziały w mediach, szacowano na ćwierć miliarda dolarów.

 

Jeśli ktoś odgrywa przy PiS rolę ludzi takich jak Vajna czy – od kilku już lat na kontrze wobec Orbána, ale wcześniej jego wierny towarzysz – Lajos Simicska, to są to prezesi dużych spółek skarbu państwa. Ma to tę zaletę, że jednym ruchem można ich pozbawić mocy, nie ma więc ryzyka takiego, jakie poznał Orbán w przypadku zwrotu Simicski. Z drugiej strony w razie zmiany władzy wszystko przepada.

 

Czy to znaczy, że nie ma zagrożenia? Przyjemnie byłoby tak myśleć, ale to niestety nieprawda. Zagrożenia są.

 

Pierwszym z nich, które może być motorem niekorzystnych zmian, jest niezwykle niski próg tolerancji obecnej władzy na medialną krytykę. Jasne, każda władza lubi, kiedy się jej kadzi, a nie lubi, kiedy się ją krytykuje. Platforma i Donald Tusk osobiście byli przekonani, że mają przeciwko sobie nawet te media, które powszechnie były uważane za jednoznacznie sprzyjające tej opcji. PiS jednak Platformę przebija i to tym bardziej, im dłużej rządzi. Z opowieści o ręcznym sterowaniu w mediach publicznych można by złożyć naprawdę długi tekst. Lista dziennikarzy, którzy zostali usunięci, bo choć mieli konserwatywne poglądy lub też ze wszystkich sił zachowywali neutralność, nie byli dość gorliwi w popieraniu władzy, też nie jest krótka. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, z racji podziału kompetencji zajmujący się mediami, co chwila powtarza, jak strasznie się one zachowują (te nieprzychylne), obraża dziennikarzy (kilkakrotnie w skandaliczny sposób określając dziennikarzy Onetu), a przyciśnięty do muru, jak w rozmowie z Robertem Mazurkiem, pokrzykuje, traci kontrolę nad sobą i sam się obraża. To nie wróży dobrze.

 

Drugie zagrożenie to plan dekoncentracji mediów, o którym zresztą ostatnio znów wspominał Piotr Gliński. „Sytuacja medialna w Polsce nie spełnia standardów europejskich, dlatego jak najszybciej trzeba zdekoncentrować media” – powiedział podczas spotkania sejmowej Komisji Kultury. Z pierwszą częścią zdania zdecydowanie się zgadzam – gdy idzie o media publiczne, ale obawiam się, że Gliński nie to miał na myśli. A nawet na pewno nie to, wziąwszy pod uwagę drugą część jego wypowiedzi.

 

O dekoncentracji (zwanej wcześniej repolonizacją) pisałem już wielokrotnie, w tym na portalu SDP (tutajtutaj), wyjaśniając, dlaczego uważam ją za pomysł fatalny, zagrażający realnie wolności słowa. Nie będę powtarzał swojej argumentacji – nic się w niej nie zmieniło, bo też rząd i zwolennicy dekoncentracji nie przedstawili żadnych nowych argumentów. Mogę tylko powtórzyć, że analizując pomysły dekoncentracyjne oraz ogólne nastawienie władzy wobec tych redakcji, które nie są do niej nastawione entuzjastycznie, muszę dojść do wniosku, że dekoncentracja ma za jedyny cel uderzenie w te właśnie media. Nie miałoby to natomiast nic wspólnego z uzdrawianiem sytuacji mediów w Polsce.

 

Pytanie brzmi: czy któryś z pomysłów zostanie faktycznie zrealizowany. Są argumenty przeciw i za. Przeciw przemawia fakt, że musiałoby to oznaczać nie tylko impuls dla mobilizacji opozycji, ale i początek nowego, niewykluczone że najostrzejszego dotąd konfliktu z Brukselą – a tymczasem właśnie zaczyna się kolejny, tradycyjnie już o sądownictwo. Sprawa mediów otwierałaby całkiem nowy front. Trzeba też pamiętać, że reguły dekoncentracyjne uderzyłyby identycznie we wszystkie media, nie tylko w będące niemiecką własnością, choć te są przywoływane przez władzę jako chłopiec do bicia. A to już mocno komplikuje sytuację, choć nie ma pewności, czy struktura właścicielska mediów innych niż niemieckie pozostanie taka, jak jest teraz. Bez wnikania w detale powiedzieć można, że różne rzeczy mówi się o tym „na mieście”.

 

Za przemawia kalendarz wyborczy – po wyborach prezydenckich są potencjalne trzy lata spokoju dla rządzących, zakładając oczywiście, że wygrywa Andrzej Duda, a PiS przetrwa całą kadencję. Problemem może być również pogarszająca się sytuacja gospodarcza. Wtedy uderzenie w prywatne media pozwoliłoby przyrządzić dwie pieczenie na jednym ogniu: po pierwsze – napędzi się awanturę, która odciągnie uwagę od problemów gospodarczych; po drugie – w razie sukcesu operacji – sprawi się, że zmaleje liczba mediów krytycznych wobec sytuacji w kraju.

 

Przy czym wariant z samorządem dziennikarskim wydaje się znacznie mniej prawdopodobny, bo wymagałoby to zachowania pozorów dialogu ze środowiskiem, a żeby osiągnąć rezultat, o jakim pisze Agnieszka Kublik, trzeba by zadziałać w tej sprawie już naprawdę brutalnie. Dziennikarze zaś to mimo wszystko nie sędziowie.

 

Tak czy owak, podejście władzy do tych spraw można by określić jako „chciałabym i boję się”. Możemy sobie tylko życzyć, żeby strach przeważył.

 

Łukasz Warzecha

Żądajmy jawności rozpraw z art. 212 kk – postuluje ADAM SOCHA

Wyrok w sprawie Jana Śpiewaka jeszcze raz pokazał, że konieczne jest zniesienie klauzuli tajności w sprawach z art. 212. Okazuje się bowiem, że dla „Gazety Wyborczej” tajne akta sprawy są jawne. W tej gazecie ukazał się artykuł Wojciecha Czuchnowskiego pt. „Wyborcza” ujawnia szczegóły wyroku ws. Jana Śpiewaka. To były „skróty myślowe” (18.12.).

 

Przypominam, iż Jan Śpiewak został oskarżony z powodu wpisu w 2017 roku na Twitterze: „Boom. Córka ministra Ćwiąkalskiego przejęła w 2010 roku metodą na 118-letniego kuratora kamienice na Ochocie”.

 

„Wyborcza” zajęła się tym tematem, gdyż sprawa Śpiewaka stała się polityczna. Dla polityków obozu rządowego wyrok na Śpiewaka stał się jeszcze jednym przykładem istnienia patologicznego układu w sądach. Dlatego premier Mateusz Morawiecki  napisał: „Z Janem Śpiewakiem jestem sercem i umysłem”  i dalej: „uznanie go winnym  i zasądzenie wobec niego kary stoi w jaskrawej sprzeczności ze społecznym po czuciem sprawiedliwości”. Jana Śpiewaka przyjął prezydent RP Andrzej Duda, po tym spotkaniu działacz społeczny poinformował, iż prezydent wystąpi o jego ułaskawienie. Oświadczył też, że dwa lata temu protestował pod sądami w obronie sędziów. Teraz zmienił na ich temat zdanie.

 

O ułaskawienie Śpiewaka zaapelowało również CMWP SDP.

 

Do akcji wkracza „pistolet” „GW”, by wykazać, że wyrok był sprawiedliwy a Śpiewak nieprawdziwie oskarżał. Wojciech Czuchnowski informuje, że  uzyskał kopie akt tej sprawy „ze źródeł sądowych”.  Dziennikarz twierdzi, że sprawa kamienicy przy ul. Joteyki 13 w chwili wpisu Śpiewaka już dawno była zamknięta. Po jego pierwszym wpisie nastąpiły kolejne, wiążące dramatyczną sytuację lokatorów „z przejęciem kamienicy metodą na kuratora przez córkę ministra” oraz konferencja prasowa pod tą kamienicą 19.10.2017 roku (w momencie gdy Śpiewak startował w wyborach na prezydenta Warszawy), gdzie miał powtarzać to oskarżenie.

 

Po tej konferencji  prawniczka Bogumiła Górnikowska-Ćwiąkalska miała pisemnie zażądać zaprzestania jej oskarżania. Na rozprawie, miała zaproponować ugodę, ale Śpiewak miał tę propozycje odrzucić. Górnikowska miała wyjaśnić w sądzie, że kuratorem  Aleksandra Piekarskiego, właściciela połowy kamienicy, stała się przypadkiem, w 2008 roku. O przejęcie kurateli miał ją poprosić kolega prawnik pracujący w krakowskiej kancelarii. Poprzedni kurator ustalił, że Piekarski zmarł w 1959 roku, ale żyją jego spadkobiercy. Prawniczka, tak jak poprzedni kurator, miała zaangażować się w poszukiwanie spadkobierców, co się powiodło. Pierwszy z nich wniósł o uchylenie kurateli i 21 grudnia 2011 roku rola Górnikowskiej się kończy.

 

Z kolei Jan Śpiewak miał na rozprawie tłumaczyć, że jego zarzut dotyczył ciągnięcia tej sprawy przez 3 lata i w tym czasie podwyższanie czynszu lokatorom, do czego kurator nie miała prawa. Miał się bronić, że jego oskarżenia były wyłącznie opiniami i hipotezami, skrótami myślowymi i nigdy nie twierdził, iż Górnikowska popełniła przestępstwo.

 

Sąd I instancji skazał Śpiewaka, gdyż miał uznać, iż jego zarzuty były nieprawdziwe i miał mieć tego świadomość, a zaatakował dla korzyści politycznych (start w wyborach na prezydenta Warszawy). W rzeczywistości Górnikowska została ustanowiona kuratorem dla osoby nieznanej z miejsca pobytu , której daty urodzenia nie znała – miał ustalić sąd. – Nigdy też nie przejęła na własność kamienicy ani nie czerpała z niej korzyści. Jej honorarium miało wynieść zaledwie 180 zł.  Sąd apelacyjny utrzymał wyrok w mocy.

 

Na ten artykuł zareagował Jan Śpiewak wpisem: „Jestem wzruszony zainteresowaniem @gazeta_wyborcza moją sprawą. Ogromny tekst na całą stronę gazety a redaktor Czuchnowski nie znalazł chwilki czasu, żeby do mnie zadzwonić. Wyszło z tego to co musiało wyjść. Paszkwil. Będę walczył o odtajnienie całego materiału dowodowego”.

 

Tuż po wyroku z 13 grudnia Śpiewak napisał na fb: „Dzisiaj sad skazał mnie prawomocnym wyrokiem na 5 tys. zł grzywny i 10 tys. zł nawiązki na rzecz córki ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego” (w rządzie PO-PSL – przyp. A.Socha). Za co? Ujawniliśmy, że mec. Górnikowskabyła kuratorem 120-latka w nielegalnej reprywatyzacji kamienicy na Ochocie”. „Na jej skutek doszło do dramatu lokatorów i czterech przedwczesnych zgonów. Zostałem skazany za to, że walczyłem po stronie słabszych i sprawiedliwości”.

 

My, jako opinia publiczna, jesteśmy bezradni. Z jednej strony mamy narrację Czuchnowskiego, który nie jest wzorem rzetelności dziennikarskiej,  a z drugiej strony Jan Śpiewak podtrzymuje swój zarzut i przedstawia się jako jedyna osoba skazana w aferze reprywatyzacyjnej.

 

Sprawa jest bardzo istotna. Musimy być bowiem pewni, iż do ułaskawienia doszło, nie z powodu politycznego, instrumentalnego wykorzystania sprawy wyroku a z powodu krzyczącej niesprawiedliwości.

 

Od 30 lat środowisko dziennikarskie wszystkich opcji i odłamów zgodnie walczy o zniesienie art. 212, który umożliwia karanie więzieniem za słowa. Wszystkie po kolei rządy obiecywały jego zniesienie, ale gdy kolejna partia dochodziła do władzy, zmieniała zdanie. Tak też postąpił rząd PiS, który chciał nawet zaostrzenia tego artykułu. Według nowego zapisu pomówienie miało być ścigane nawet z urzędu. Dopiero po protestach środowisk dziennikarskich, w tym ZG SDP i Rzecznika Praw Obywatelskich, minister Zbigniew Ziobro wycofał się w maju 2019 roku z tego pomysłu.  Wówczas minister obiecywał dziennikarzom, że ich zaprosi po jesiennych wyborach na spotkanie, żeby „podyskutować jak ten przepis wyglądałby w przyszłości, czy jak go zmienić”.

 

ZG SDP powinien wyegzekwować od ministra tę obietnice i spotkać się w tej sprawie. Sprawa Jana Śpiewaka jest znakomitym do takiego spotkania powodem. Osobiście jestem realistą i wiem, że politycy nie wypuszczą z rąk tej pałki na dziennikarzy w postaci art. 212. Dlatego uważam, że trzeba chociaż wywalczyć zniesienie tajności w procesach dotyczących dziennikarzy. Sąd opinii publicznej musi mieć prawo do wyrobienia sobie własnego zdania, gdy rzecz idzie o wolność słowa, tej ostatniej barykady wolności człowieka.

 

Adam Socha