Apel CMWP SDP o umorzenie postępowania dyscyplinarnego wobec prof. Agnieszki Popieli

CMWP SDP z najwyższym niepokojem przyjmuje informację o prowadzeniu postępowania dyscyplinarnego wobec profesor Agnieszki Popieli z Uniwersytetu Szczecińskiego w związku z jej wypowiedziami dotyczącymi Marszałka Senatu RP profesora Tomasza Grodzkiego w mediach społecznościowych oraz apeluje do osób odpowiedzialnych o umorzenie tego postępowania. Jest ono naruszaniem zasady wolności słowa demokratycznego państwa i naruszeniem prawa każdego obywatela Polski do swobody wypowiedzi. Postępowanie to jest też swoistą próbą zastraszenia, ponieważ Pani Profesor jest świadkiem w prowadzonym postępowaniu prokuratorskim powiązanym z tą samą sprawą.

 

Sprawa ta dotyczy wpisu prof. Agnieszki Popieli na portalu społecznościowym Facebook z listopada b.r. Agnieszka Popiela napisała, że Tomasz Grodzki domagał się 21 lat temu pieniędzy za przeprowadzenie operacji jej chorej na nowotwór mamy. Marszałek Senatu zaprzeczał, a wpis na portalu został później skasowany. Po wpisie prof. Popieli ujawniły się kolejne osoby, które twierdzą, że płaciły profesowi za przeprowadzenie operacji. Obecnie w sprawie korupcji w szpitalu Szczecin-Zdunowo, gdzie obecny marszałek Senatu był dyrektorem, śledztwo prowadzi Prokuratura Regionalna w Szczecinie. Na razie nikt nie usłyszał w nim zarzutów. Rzecznik dyscyplinarny prof. Piotr Łaski z Wydziału Prawa Uniwersytetu Szczecińskiego kilka dni temu napisał list do prof. Popieli, w którym informuje, że podstawą wszczęcia postępowania dyscyplinarnego są oskarżenia pod adresem prof. Tomasza Grodzkiego o przyjęcie 500 dolarów za operację.

 

W ocenie CMWP SDP postępowanie dyscyplinarne wobec prof. Agnieszki Popieli w przedmiotowej sprawie narusza fundamentalną dla ustroju demokratycznego zasadę wolności słowa. Publikując wpisy w mediach społęcznościowych każdy ma prawo przedstawiać swój osobisty punkt widzenia. Zastosowane w tym przypadku przez władze uczelni środki są nieadekwatne do popełnionego czynu, jakim jest publikacja wpisów na FB, szczególnie w sytuacji, gdy wpisy te dotyczą doświadczeń życiowych osoby, która dokonuje wpisu i która własnym nazwiskiem poświadcza prawdziwość podanych przez siebie faktów.

 

CMWP SDP zwraca uwagę, iż karanie autora za publikowane przez niego treści, jak ma to miejsce w przypadku prof. Agnieszki Popieli, może prowadzić do uruchomienia i upowszechnienia w komunikowaniu masowym mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się innych użytkowników portali społecznościowych i nie podejmowania przez nich trudnych i kontrowersyjnych tematów społecznych. W oczywisty sposób niszczy to zasadę wolności słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi.

 

W związku z powyższym należy przypomnieć, że wolność słowa i prasy podlega ochronie zarówno na gruncie krajowego, jak i międzynarodowego porządku prawnego. W szczególności art. 14 Konstytucji RP stanowi, iż Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu. Zgodnie z art. 10 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, każdy ma prawo do swobody wypowiedzi, które obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Jak wielokrotnie podkreślał Europejski Trybunał Praw Człowieka, swoboda wypowiedzi jest jednym z filarów demokratycznego społeczeństwa. Bez wolnej prasy społeczeństwo demokratyczne nie istnieje.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 30 grudnia 2019 r.

 

Foto:wikipedia.org

Kościół zanurzony w komunikacji – głos ks. ARTURA STOPKI w sprawie projektu Benedykta XVI

Zarówno papież Franciszek, jak i Benedykt XVI rozumieją rangę problemu, jaki dzisiaj dla Kościoła katolickiego stanowi komunikacja. Dają przykład, jak szukać rozwiązań.

 

Tuż przed świętami Narodzenia Pańskiego pojawiła się wiadomość, że Papież-senior Benedykt XVI powołał fundację na rzecz dziennikarstwa katolickiego. Nazwa wskazuje, że jest ona powiązana z niemieckim katolickim tygodnikiem „Die Tagespost”, który fakt zaistnienia przedsięwzięcia ujawnił. W nazwie znalazło się też ciekawe doprecyzowanie: „dla publicystyki katolickiej”. Cel fundacji został bardzo wyraźnie doprecyzowany.

 

Nie wchodząc w toczący się od dawna spór, czy istnieje dziennikarstwo katolickie i katoliccy dziennikarze, czy też mamy do czynienia jedynie z dziennikarstwem uprawianym przez katolików, warto się zastanowić nie tylko dlaczego fundacja została powołana do życia, ale też, z jakiego powodu został w nią zaangażowany autorytet emerytowanego Papieża. Łatwo się zorientować, że dzięki włączeniu w powstające dzieło Benedykta XVI, wiadomość zostanie szeroko rozkolportowana. O wiele szerzej, niż gdyby fundację utworzyła redakcja czasopisma o nakładzie nieco przekraczającym 10 tys. egzemplarzy.

 

Powołanie fundacji i nagłośnienie tego faktu to poważny sygnał, że jest problem. Duży problem. Jego istotą jest posługiwanie się przez Kościół katolicki medialnymi narzędziami w wypełnianiu ewangelizacyjnej misji.

 

O tym, że Kościół nie tylko w wymiarze lokalnym, ale również, a może nawet przede wszystkim, w wymiarze powszechnym, ma kłopoty i trudności w przestrzeni medialnej, zdaje sobie sprawę papież Franciszek. Niemal od pierwszych chwil swego pontyfikatu usiłuje on doprowadzić do poważnych przekształceń w mediach Stolicy Apostolskiej. Kolejne zmiany strukturalne i personalne dowodzą, że nie jest to sprawa łatwa. Chodzi nie tylko o stworzenie sprawnych mechanizmów, umożliwiających szybki i profesjonalny przekaz treści. To ważne, ale istotniejsze wydaje się wypracowanie koncepcji wykorzystania mass mediów, w tym tzw. nowych mediów, do nawiązywania realnej komunikacji Kościoła ze światem współczesnym.

 

Znamienne, że właśnie temat medialnego przekazu znalazł się wśród zagadnień poruszonych przez Franciszka w dorocznym przedświątecznym przemówieniu do rzymskich kurialistów. Aktualny Następca św. Piotra uczynił z wystąpień podczas tych spotkań wysokiej rangi przemówienia programowe. Tak było i w tym roku.

 

Franciszek sporo uwagi poświęcił niedawno ustanowionej Dykasterii ds. Komunikacji. Zwrócił uwagę, że jako ludzkość znajdujemy się w perspektywie zmiany epoki. Odwołując się do swojej adhortacji „Christus vivit”, będącej owocem Synodu Biskupów na temat młodzieży, Papież skonkretyzował istotę tej zmiany. Polega ona na tym, że dziś już ogromna część mieszkańców ziemskiego globu nie ogranicza się do używania narzędzi komunikacji, ale jest w niej „zanurzona”. Miliardy ludzi funkcjonują „w kulturze głęboko skomputeryzowanej, która ma bardzo mocny wpływ na pojęcie czasu i przestrzeni, na postrzeganie siebie, innych i świata, na sposób komunikowania, uczenia się, zdobywania informacji, nawiązywania relacji z innymi”. To wpływa na ich podejście do rzeczywistości. To przejawia się m. in. skłonnością do faworyzowania obrazu, a nie słuchania i czytania. To wpływa na sposób uczenia się i rozwój zmysłu krytycznego.

 

Dziś nie ma już prostego przekazu opartego na układzie nadawca-komunikat-odbiorca. Franciszek tłumaczył swoim kurialistom, że nowa kultura, naznaczona czynnikami zbieżności i multimedialności, potrzebuje odpowiedniej reakcji Stolicy Apostolskiej w dziedzinie przekazu. „Dziś, w odniesieniu do zróżnicowanych serwisów dominuje forma multimedialna, a oznacza to także sposób ich pojmowania, myślenia i realizowania” – wyjaśniał.

 

Firmowana przez Benedykta XVI fundacja planuje zainwestować w szkolenie młodych katolickich dziennikarzy, finansować projekty badawcze z dziedziny bioetyki i pomagać katolickim mediom w osiąganiu większego zasięgu oddziaływania. „Mam nadzieję, że katolicki głos zostanie usłyszany” – zacytowała Papieża-seniora Katolicka Agencja Informacyjna. To nie od dziś jest istotny problem Kościoła w sferze medialnej. Nie bez powodu jedna z należących do Kościoła w Polsce radiostacji odwołuje się właśnie do sformułowania „katolicki głos”. Bycie słyszanym i to nie incydentalnie, od przypadku do przypadku, ale stale, to jeden z podstawowych problemów w świecie współczesnych mediów.

 

Papieże FranciszekBenedykt XVI jasno dają do zrozumienia, że bez profesjonalnej strategii komunikacyjnej (już nie tylko medialnej), Kościół ze swym ewangelicznym przekazem zostanie zagłuszony i przytłoczony. Nie będzie w stanie dobrze wypełniać powierzonej mu przez Jezusa misji głoszenia Dobrej Nowiny „aż pod krańce ziemi”. Chaos i ambicjonalne partykularne działania w tej sferze skazane są na porażkę. Warto mieć tego świadomość. Także w Kościele w Polsce.

 

ks. Artur Stopka

Wzmocnienie dziennikarstwa katolickiego – ks. MARIUSZ FRUKACZ o projekcie Benedykta XVI

„Mam nadzieję, że katolicki głos zostanie usłyszany”  – uzasadnił papież senior Benedykt XVI powołanie fundacji na rzecz dziennikarstwa katolickiego, o czym w ostatnich dniach poinformował niemiecki tygodnik katolicki „Die Tagespost” w Würzburgu. Nazwa nowej fundacji brzmi: „Fundacja Die Tagespost dla publicystyki katolickiej”.

 

Szkolenie młodych katolickich dziennikarzy i nie tylko

 

Fundacja, jak informuje tygodnik katolicki „Die Tagespost” planuje nie tylko szkolić młodych katolickich dziennikarzy, ale również finansować projekty badawcze z dziedziny bioetyki i pomagać katolickim mediom w osiąganiu większego zasięgu oddziaływania. W nadchodzącym roku fundacja chce zebrać ok. 450 tys. euro na projekty medialne i edukacyjne. Jak podaje również Katolicka Agencja Informacyjna zgromadzone środki finansowe przeznaczone będą na  szkolenie wolontariuszy, wdrażanie projektów cyfrowych, udostępnianie raportów i badań z zakresu ochrony życia i bioetyki.

 

Moim zdaniem to bardzo ważna inicjatywa papieża seniora wpisująca się bardzo dobitnie w troskę Kościoła o wzmocnienie głosu mediów katolickich. Taka instytucja jak  „Fundacja Die Tagespost dla publicystyki katolickiej” może być znakiem także dla Kościoła w innym obszarze językowym, aniżeli jedynie w niemieckojęzycznym świecie. Może być kolejnym krokiem dla wzmocnienia dziennikarstwa i publicystyki katolickiej i pomocy katolickim mediom w dotarciu do większej części społeczeństwa współczesnego i zostać usłyszanym.

 

Bardzo cenne jest to, że fundacja chce szkolić wolontariuszy, m.in. w zrozumieniu funkcjonowania współczesnych mediów. Istotnie jest również to, że fundacja chce finansować  bioetycznie projekty badawcze. Jak zauważa dr Norbert Neuhaus, reprezentujący fundację, „Benedykt XVI z wielkim zainteresowaniem śledzi dyskusje w Niemczech. Jako profesor, biskup i kardynał kurii wielokrotnie używał swojego pióra – między innymi w codziennej prasie – i wygłaszał publiczne oświadczenia z doskonałą jasnością i kompetencją na ważne tematy. Teraz jego celem jest ponowne nadanie katolickiemu dziennikarstwu mocnego statusu i skuteczności”. Zdaniem Neuhausa działalność fundacji pozwoli na jeszcze lepsze przypomnienie i przywrócenie podstawowych prawd naszej zachodniej tradycji w świeżym, współczesnym języku do świadomości ogółu społeczeństwa. Jak dodaje „jest to również zadanie współczesnego dziennikarstwa katolickiego. Jest to wkład w nową ewangelizację”.

 

Ważny głos Benedykta XVI

 

Benedykt XVI zawsze zwracał dużą uwagę na znaczenie mediów, a zwłaszcza mediów katolickich. Dla papieża seniora  jednym z zadań mediów katolickich było uwrażliwienie m. in. kapłanów na wykorzystanie nowych mediów w duszpasterstwie. Oczywiście Benedykt XVI zawsze też podkreślał, że nie zastąpią one głoszenia słowa Bożego, modlitwy, życia sakramentalnego i osobistego świadectwa, ale wydaje się, że obecność kapłana i duszpasterstwa w świecie cyfrowym, jak nazwał go Benedykt XVI „kontynencie cyfrowym”. „Rozwój nowych technologii i, ogólnie, cały świat cyfrowy stanowią wielkie bogactwo dla wszystkich ludzi razem oraz dla człowieka jako bytu indywidualnego, a także są bodźcem do spotkania i dialogu” – napisał Benedykt XVI.

 

Nowa fundacja Papieża Benedykta XVI, jak informuje tygodnik katolicki „Die Tagespost”, ma znacznie szerszy fundament: od promocji religii do sztuki i kultury i katolicyzmu, po globalne zrozumienie między narodami. Również takie tematy jak równość mężczyzn i kobiet oraz ochrona małżeństwa i rodziny znajdują odzwierciedlenie w celach fundacji.

 

Ważne jest, aby głos katolicki był słyszany w dzisiejszym zsekularyzowanym krajobrazie mediów, aby ukazać piękno i znaczenie katolika. Wymaga to wykwalifikowanych dziennikarzy, którzy są zaznajomieni z kwestiami wiary, Kościoła i historii Kościoła, ale także z kwestiami moralnymi i etycznymi. W realizacji tego celu jest bardzo ważne szkolenie wolontariuszy, dalsze szkolenia, utworzenie think tanków i baz danych informacyjnych na takie tematy, jak: bioetyka, pokój w świecie, chrześcijańska nauka społeczna” – podkreśla dr Norbert Neuhaus (https://www.die-tagespost.de/foerdern/tagespost-stiftung/interviewnorbertneuhaus/Leuchttuerme-des-Glaubens-schaffen;art4960,203997  )

 

Zrozumieć język mediów

 

Wydaje się, że fakt powołania fundacji przez papieża seniora zwraca również uwagę na to, że nie tylko Kościół musi zrozumieć nowy język mediów i jak najlepiej wykorzystać go w celach duszpasterskich, ale ważne jest również to, aby społeczeństwo współczesne, często bardzo zlaicyzowane, zrozumiało język Kościoła i język mediów katolickich. A także potrafiło dostrzec znaczenie głosu katolickiego w przestrzeni życia publicznego.

 

Dzisiaj na przykład wielu młodych ludzi to „pokolenie online”, z którym trzeba podjąć dialog. Oczywiście, na pierwszym miejscu ma być osobiste spotkanie z człowiekiem i własne świadectwo, ale w dziele ewangelizacji nie można zaniedbać takich narzędzi jak Internet, a zwłaszcza portale i serwisy społecznościowe. Na szczęście w ostatnich latach w tym względzie sporo zmieniło się na lepsze. Wielu księży można posłuchać za pośrednictwem YouTube’a, niemało korzysta również z Facebooka i Twittera. Rośnie liczba witryn z treściami religijnymi przekazywanymi w sposób dostosowany do współczesnego odbiorcy. Dlatego tak cenne w założeniach nowej fundacji jest szkolenie młodych katolickich dziennikarzy, którzy nie tylko rozumieją świat młodych ludzi, ale mogą w sposób bardzo przystępny i komunikatywny przybliżać świat Kościoła i wartości chrześcijańskich młodym ludziom. Mówiąc językiem Benedykta XVI ten wysiłek ma na celu niesienie pomocy odpowiedzialnym za życie Kościoła, by potrafili rozumieć «nowy język» mediów, interpretować go i wykorzystywać w celach duszpasterskich.

 

Moim zdaniem powołanie nowej fundacji przez Benedykta XVI przyczyni się do  wzrostu znaczenia mediów i prasy katolickiej w dyskursie publicznym.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Władza i dziennikarze – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że władza zamierza zabrać się za tłumienie wolności słowa i za dziennikarzy, opozycyjni publicyści mówią i piszą od dawna. Mówią i piszą swobodnie, więc najwyraźniej tłumienie wolności słowa jeszcze nie nastąpiło.

 

Agnieszka Kublik napisała ostatnio, że sposobem na uciszenie mediów krytycznych wobec władzy będzie uchwalenie zapowiadanej w programie PiS ustawy, powołującej obligatoryjny samorząd dziennikarski. Myślę, że się myli. Samorząd dziennikarski to jeden z tych licznych pomysłów PiS, którego medialne echo jest odwrotnie proporcjonalne do prawdopodobieństwa realizacji.

 

Często też pojawiają się porównania z sytuacją na Węgrzech, gdzie faktycznie zakres oddziaływania mediów wobec Fideszu opozycyjnych został bardzo zredukowany. Tyle że Viktor Orbán działał całkiem inaczej niż Jarosław Kaczyński. Najpierw pozwolił się swoim zaufanym kolegom wzbogacić na państwowych zamówieniach, a gdy mieli już dość pieniędzy, zaczęli przejmować media. Z punktu widzenia strategii politycznej to dobra metoda, bo te media – nawet w przypadku zmiany władzy – pozostaną w rękach obozu Fideszu. W Polsce tymczasem nie ma prywatnej elity finansowej czy wręcz oligarchii, sprzyjającej PiS. PiS jej nawet nie próbował wytworzyć, ponieważ byłoby to sprzeczne z dwoma jego opowieściami: tej o przeciwstawieniu „zwykłych Polaków” „złym elitom” i „bogaczom” oraz tej o wyższości państwowego nad prywatnym. Nie ma zatem prywatnych podmiotów, zdolnych do przejmowania mediów. Była tylko jedna taka próba, która skończyła się kompletną klęską – przejęcia Radia Zet przez grupę medialną braci Jacka i Michała Karnowskich. Ale bracia Karnowscy przy takim na przykład Andy Vajna (zmarłym w styczniu) to pikusie. Wartość majątku tego węgierskiego oligarchy, mającego także udziały w mediach, szacowano na ćwierć miliarda dolarów.

 

Jeśli ktoś odgrywa przy PiS rolę ludzi takich jak Vajna czy – od kilku już lat na kontrze wobec Orbána, ale wcześniej jego wierny towarzysz – Lajos Simicska, to są to prezesi dużych spółek skarbu państwa. Ma to tę zaletę, że jednym ruchem można ich pozbawić mocy, nie ma więc ryzyka takiego, jakie poznał Orbán w przypadku zwrotu Simicski. Z drugiej strony w razie zmiany władzy wszystko przepada.

 

Czy to znaczy, że nie ma zagrożenia? Przyjemnie byłoby tak myśleć, ale to niestety nieprawda. Zagrożenia są.

 

Pierwszym z nich, które może być motorem niekorzystnych zmian, jest niezwykle niski próg tolerancji obecnej władzy na medialną krytykę. Jasne, każda władza lubi, kiedy się jej kadzi, a nie lubi, kiedy się ją krytykuje. Platforma i Donald Tusk osobiście byli przekonani, że mają przeciwko sobie nawet te media, które powszechnie były uważane za jednoznacznie sprzyjające tej opcji. PiS jednak Platformę przebija i to tym bardziej, im dłużej rządzi. Z opowieści o ręcznym sterowaniu w mediach publicznych można by złożyć naprawdę długi tekst. Lista dziennikarzy, którzy zostali usunięci, bo choć mieli konserwatywne poglądy lub też ze wszystkich sił zachowywali neutralność, nie byli dość gorliwi w popieraniu władzy, też nie jest krótka. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, z racji podziału kompetencji zajmujący się mediami, co chwila powtarza, jak strasznie się one zachowują (te nieprzychylne), obraża dziennikarzy (kilkakrotnie w skandaliczny sposób określając dziennikarzy Onetu), a przyciśnięty do muru, jak w rozmowie z Robertem Mazurkiem, pokrzykuje, traci kontrolę nad sobą i sam się obraża. To nie wróży dobrze.

 

Drugie zagrożenie to plan dekoncentracji mediów, o którym zresztą ostatnio znów wspominał Piotr Gliński. „Sytuacja medialna w Polsce nie spełnia standardów europejskich, dlatego jak najszybciej trzeba zdekoncentrować media” – powiedział podczas spotkania sejmowej Komisji Kultury. Z pierwszą częścią zdania zdecydowanie się zgadzam – gdy idzie o media publiczne, ale obawiam się, że Gliński nie to miał na myśli. A nawet na pewno nie to, wziąwszy pod uwagę drugą część jego wypowiedzi.

 

O dekoncentracji (zwanej wcześniej repolonizacją) pisałem już wielokrotnie, w tym na portalu SDP (tutajtutaj), wyjaśniając, dlaczego uważam ją za pomysł fatalny, zagrażający realnie wolności słowa. Nie będę powtarzał swojej argumentacji – nic się w niej nie zmieniło, bo też rząd i zwolennicy dekoncentracji nie przedstawili żadnych nowych argumentów. Mogę tylko powtórzyć, że analizując pomysły dekoncentracyjne oraz ogólne nastawienie władzy wobec tych redakcji, które nie są do niej nastawione entuzjastycznie, muszę dojść do wniosku, że dekoncentracja ma za jedyny cel uderzenie w te właśnie media. Nie miałoby to natomiast nic wspólnego z uzdrawianiem sytuacji mediów w Polsce.

 

Pytanie brzmi: czy któryś z pomysłów zostanie faktycznie zrealizowany. Są argumenty przeciw i za. Przeciw przemawia fakt, że musiałoby to oznaczać nie tylko impuls dla mobilizacji opozycji, ale i początek nowego, niewykluczone że najostrzejszego dotąd konfliktu z Brukselą – a tymczasem właśnie zaczyna się kolejny, tradycyjnie już o sądownictwo. Sprawa mediów otwierałaby całkiem nowy front. Trzeba też pamiętać, że reguły dekoncentracyjne uderzyłyby identycznie we wszystkie media, nie tylko w będące niemiecką własnością, choć te są przywoływane przez władzę jako chłopiec do bicia. A to już mocno komplikuje sytuację, choć nie ma pewności, czy struktura właścicielska mediów innych niż niemieckie pozostanie taka, jak jest teraz. Bez wnikania w detale powiedzieć można, że różne rzeczy mówi się o tym „na mieście”.

 

Za przemawia kalendarz wyborczy – po wyborach prezydenckich są potencjalne trzy lata spokoju dla rządzących, zakładając oczywiście, że wygrywa Andrzej Duda, a PiS przetrwa całą kadencję. Problemem może być również pogarszająca się sytuacja gospodarcza. Wtedy uderzenie w prywatne media pozwoliłoby przyrządzić dwie pieczenie na jednym ogniu: po pierwsze – napędzi się awanturę, która odciągnie uwagę od problemów gospodarczych; po drugie – w razie sukcesu operacji – sprawi się, że zmaleje liczba mediów krytycznych wobec sytuacji w kraju.

 

Przy czym wariant z samorządem dziennikarskim wydaje się znacznie mniej prawdopodobny, bo wymagałoby to zachowania pozorów dialogu ze środowiskiem, a żeby osiągnąć rezultat, o jakim pisze Agnieszka Kublik, trzeba by zadziałać w tej sprawie już naprawdę brutalnie. Dziennikarze zaś to mimo wszystko nie sędziowie.

 

Tak czy owak, podejście władzy do tych spraw można by określić jako „chciałabym i boję się”. Możemy sobie tylko życzyć, żeby strach przeważył.

 

Łukasz Warzecha

Żądajmy jawności rozpraw z art. 212 kk – postuluje ADAM SOCHA

Wyrok w sprawie Jana Śpiewaka jeszcze raz pokazał, że konieczne jest zniesienie klauzuli tajności w sprawach z art. 212. Okazuje się bowiem, że dla „Gazety Wyborczej” tajne akta sprawy są jawne. W tej gazecie ukazał się artykuł Wojciecha Czuchnowskiego pt. „Wyborcza” ujawnia szczegóły wyroku ws. Jana Śpiewaka. To były „skróty myślowe” (18.12.).

 

Przypominam, iż Jan Śpiewak został oskarżony z powodu wpisu w 2017 roku na Twitterze: „Boom. Córka ministra Ćwiąkalskiego przejęła w 2010 roku metodą na 118-letniego kuratora kamienice na Ochocie”.

 

„Wyborcza” zajęła się tym tematem, gdyż sprawa Śpiewaka stała się polityczna. Dla polityków obozu rządowego wyrok na Śpiewaka stał się jeszcze jednym przykładem istnienia patologicznego układu w sądach. Dlatego premier Mateusz Morawiecki  napisał: „Z Janem Śpiewakiem jestem sercem i umysłem”  i dalej: „uznanie go winnym  i zasądzenie wobec niego kary stoi w jaskrawej sprzeczności ze społecznym po czuciem sprawiedliwości”. Jana Śpiewaka przyjął prezydent RP Andrzej Duda, po tym spotkaniu działacz społeczny poinformował, iż prezydent wystąpi o jego ułaskawienie. Oświadczył też, że dwa lata temu protestował pod sądami w obronie sędziów. Teraz zmienił na ich temat zdanie.

 

O ułaskawienie Śpiewaka zaapelowało również CMWP SDP.

 

Do akcji wkracza „pistolet” „GW”, by wykazać, że wyrok był sprawiedliwy a Śpiewak nieprawdziwie oskarżał. Wojciech Czuchnowski informuje, że  uzyskał kopie akt tej sprawy „ze źródeł sądowych”.  Dziennikarz twierdzi, że sprawa kamienicy przy ul. Joteyki 13 w chwili wpisu Śpiewaka już dawno była zamknięta. Po jego pierwszym wpisie nastąpiły kolejne, wiążące dramatyczną sytuację lokatorów „z przejęciem kamienicy metodą na kuratora przez córkę ministra” oraz konferencja prasowa pod tą kamienicą 19.10.2017 roku (w momencie gdy Śpiewak startował w wyborach na prezydenta Warszawy), gdzie miał powtarzać to oskarżenie.

 

Po tej konferencji  prawniczka Bogumiła Górnikowska-Ćwiąkalska miała pisemnie zażądać zaprzestania jej oskarżania. Na rozprawie, miała zaproponować ugodę, ale Śpiewak miał tę propozycje odrzucić. Górnikowska miała wyjaśnić w sądzie, że kuratorem  Aleksandra Piekarskiego, właściciela połowy kamienicy, stała się przypadkiem, w 2008 roku. O przejęcie kurateli miał ją poprosić kolega prawnik pracujący w krakowskiej kancelarii. Poprzedni kurator ustalił, że Piekarski zmarł w 1959 roku, ale żyją jego spadkobiercy. Prawniczka, tak jak poprzedni kurator, miała zaangażować się w poszukiwanie spadkobierców, co się powiodło. Pierwszy z nich wniósł o uchylenie kurateli i 21 grudnia 2011 roku rola Górnikowskiej się kończy.

 

Z kolei Jan Śpiewak miał na rozprawie tłumaczyć, że jego zarzut dotyczył ciągnięcia tej sprawy przez 3 lata i w tym czasie podwyższanie czynszu lokatorom, do czego kurator nie miała prawa. Miał się bronić, że jego oskarżenia były wyłącznie opiniami i hipotezami, skrótami myślowymi i nigdy nie twierdził, iż Górnikowska popełniła przestępstwo.

 

Sąd I instancji skazał Śpiewaka, gdyż miał uznać, iż jego zarzuty były nieprawdziwe i miał mieć tego świadomość, a zaatakował dla korzyści politycznych (start w wyborach na prezydenta Warszawy). W rzeczywistości Górnikowska została ustanowiona kuratorem dla osoby nieznanej z miejsca pobytu , której daty urodzenia nie znała – miał ustalić sąd. – Nigdy też nie przejęła na własność kamienicy ani nie czerpała z niej korzyści. Jej honorarium miało wynieść zaledwie 180 zł.  Sąd apelacyjny utrzymał wyrok w mocy.

 

Na ten artykuł zareagował Jan Śpiewak wpisem: „Jestem wzruszony zainteresowaniem @gazeta_wyborcza moją sprawą. Ogromny tekst na całą stronę gazety a redaktor Czuchnowski nie znalazł chwilki czasu, żeby do mnie zadzwonić. Wyszło z tego to co musiało wyjść. Paszkwil. Będę walczył o odtajnienie całego materiału dowodowego”.

 

Tuż po wyroku z 13 grudnia Śpiewak napisał na fb: „Dzisiaj sad skazał mnie prawomocnym wyrokiem na 5 tys. zł grzywny i 10 tys. zł nawiązki na rzecz córki ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego” (w rządzie PO-PSL – przyp. A.Socha). Za co? Ujawniliśmy, że mec. Górnikowskabyła kuratorem 120-latka w nielegalnej reprywatyzacji kamienicy na Ochocie”. „Na jej skutek doszło do dramatu lokatorów i czterech przedwczesnych zgonów. Zostałem skazany za to, że walczyłem po stronie słabszych i sprawiedliwości”.

 

My, jako opinia publiczna, jesteśmy bezradni. Z jednej strony mamy narrację Czuchnowskiego, który nie jest wzorem rzetelności dziennikarskiej,  a z drugiej strony Jan Śpiewak podtrzymuje swój zarzut i przedstawia się jako jedyna osoba skazana w aferze reprywatyzacyjnej.

 

Sprawa jest bardzo istotna. Musimy być bowiem pewni, iż do ułaskawienia doszło, nie z powodu politycznego, instrumentalnego wykorzystania sprawy wyroku a z powodu krzyczącej niesprawiedliwości.

 

Od 30 lat środowisko dziennikarskie wszystkich opcji i odłamów zgodnie walczy o zniesienie art. 212, który umożliwia karanie więzieniem za słowa. Wszystkie po kolei rządy obiecywały jego zniesienie, ale gdy kolejna partia dochodziła do władzy, zmieniała zdanie. Tak też postąpił rząd PiS, który chciał nawet zaostrzenia tego artykułu. Według nowego zapisu pomówienie miało być ścigane nawet z urzędu. Dopiero po protestach środowisk dziennikarskich, w tym ZG SDP i Rzecznika Praw Obywatelskich, minister Zbigniew Ziobro wycofał się w maju 2019 roku z tego pomysłu.  Wówczas minister obiecywał dziennikarzom, że ich zaprosi po jesiennych wyborach na spotkanie, żeby „podyskutować jak ten przepis wyglądałby w przyszłości, czy jak go zmienić”.

 

ZG SDP powinien wyegzekwować od ministra tę obietnice i spotkać się w tej sprawie. Sprawa Jana Śpiewaka jest znakomitym do takiego spotkania powodem. Osobiście jestem realistą i wiem, że politycy nie wypuszczą z rąk tej pałki na dziennikarzy w postaci art. 212. Dlatego uważam, że trzeba chociaż wywalczyć zniesienie tajności w procesach dotyczących dziennikarzy. Sąd opinii publicznej musi mieć prawo do wyrobienia sobie własnego zdania, gdy rzecz idzie o wolność słowa, tej ostatniej barykady wolności człowieka.

 

Adam Socha

Inteligentne roboty bez twarzy – MIROSŁAW USIDUS o tym, jak maszyny zastępują dziennikarzy

Charyzmatycznego prawnika, jak ci z filmów, który potrafi pięknie i przekonująco wystąpić w mowie końcowej, maszyna nie zastąpi. Ale jego pomocników, researcherów i szperaczy, których też znamy z filmów, i owszem. Podobnie jest w dziennikarstwie. Roboty w fachu prawniczym to, przynajmniej za oceanem, rzecz już powszechna. Redakcje też zaczynają się zapełniać najnowszą technologią.

 

Według niedawno opublikowanej w „The New York Times” analizy robotyzacji w newsroomach, już mniej więcej jedna trzecia treści publikowanych przez Bloomberg News wykorzystuje jakąś formę automatyzacji. System wykorzystywany przez firmę, nazywany Cyborg, w pełnym wymiarze godzin wspiera dziennikarzy agencji w przygotowywaniu tysięcy raportów giełdowych i opracowań kwartalnych sprawozdań finansowych spółek.

 

Program analizuje raporty finansowe firm natychmiast po ich publikacji i w ekspresowym tempie generuje materiały informacyjne podające najistotniejsze fakty i dane liczbowe. Człowiekowi, nawet doświadczonemu reporterowi finansowemu, zajmuje to znacznie więcej czasu, nie mówiąc już o tym, że to robota dla ludzi zwykle niezwykle nudna, żmudna i podejmowana z niewielkim entuzjazmem.

 

Cyborg dzielnie wspomaga Bloomberga w ostrej, konkurencyjnej walce z Reutersem, głównym rywalem w branży dziennikarstwa giełdowego i finansowego, który ma swojego robota dziennikarskiego – Lynxa. Obie renomowane agencje muszą mierzyć się z nowymi graczami na rynku informacji gospodarczej, funduszami hedgingowymi, które na pełni gwizdek wykorzystują algorytmy sztucznej inteligencji, służąc swoim klientom najświeższymi danymi finansowymi.

 

Zrobotyzowana reporterka finansowa, połączona z publikacją we wszelkich dostępnych kanałach społecznościowych, to w wielu amerykańskich firmach medialnych właściwie już rutyna. Druga dziedzina, w której robo-dziennikarze od lat wykazują się szybkością i dokładnością to wyniki przeróżnych rozgrywek sportowych, oferowane już od 2014 roku przez Associated Press i „The Washington Post”.  „The Los Angeles Times” z kolei zatrudnił automat do produkcji doniesień o trzęsieniach ziemi.

 

„Washington Post” też ma własnego robota-reportera o nazwie Heliograf. Wykazał swoją przydatność w relacjonowaniu letnich igrzysk olimpijskich w 2016 roku i wyborów prezydenckich w 2016 roku. W zeszłym roku, gazeta i jej maszynowy dziennikarz zostali wyróżnieni dorocznym konkursie Global Biggies Awards, w kategorii Excellence in Use of Bots, w której nagradza się osiągnięcia w wykorzystaniu big data i sztucznej inteligencji. Nieco ironiczny, a może dla niektórych złowieszczy, wydźwięk ma fakt, że wręczenie tych nagród odbyło się w auli Uniwersytetu Columbia o nazwie Pulitzer Hall.

 

Wąchanie w poszukiwaniu tematu i podsuwanie szkiców

 

O ekspansji robotów w mediach już kiedyś na portalu SDP pisałem. Jednak wciąż pojawiają się kolejne, coraz dalej idące, pomysły na wykorzystanie maszyn w redakcjach, zatem aktualizacja w tej dziedzinie nie zaszkodzi.

 

Wspomniane AP, ale także „Washington Post” i Bloomberg stosują na przykład od niedawna wewnątrzredakcyjne systemy alarmowe sygnalizujące anomalie pojawiające się w danych. Reporterzy (wciąż ludzie), gdy widzą alarm, podejmują na podstawie tych sygnałów decyzje, czy anomalia w danych to potencjalny „temat”, czyli szansa na ciekawy materiał dziennikarski. W praktyce taki alarm może wyglądać choćby tak jak ustawiony przez „The Washington Post” podczas igrzysk olimpijskich mechanizm odnotowywania wyników o 10 proc. wyższych lub niższych od rekordów w danych konkurencjach.

 

„The Wall Street Journal” i Dow Jones eksperymentują z kolei z technologią, która ma pomóc w realizacji przeróżnych zadań redakcyjnych, np. transkrypcji wywiadów z dźwięku na tekst a nawet do pomocy w identyfikacji tzw. „deep fakes”, czyli sfabrykowanych obrazów i filmów przedstawiających postacie wygenerowane przez zaawansowane algorytmy AI.

 

Szacowny „Forbes” poinformował kilkanaście miesięcy temu, że testuje zintegrowane z systemem internetowej publikacji CMS, narzędzie o nazwie Bertie (od imienia założyciela magazynu z 1917 r.), którego celem ma być dostarczanie dziennikarzom szkiców i szablonów artykułów. Jak to działa w praktyce? Na przykład, dziennikarz „Forbesa” specjalizujący się w pisaniu o przemyśle samochodowym może od systemu otrzymać propozycję treści potencjalnego artykułu na temat, dajmy na to, Tesli. Towarzyszą jej linki do innych ważnych artykułów opublikowanych na ten temat zarówno w „Forbesie”, jak również na innych stronach internetowych, związanych z tematem. Narzędzie dostarcza również sugestii obrazów, które mogłyby ilustrować artykuł.

 

Jak zapewniał w wypowiedziach w mediach Salah Zalatimo, dyrektor ds. cyfrowych w Forbes Media, w chwili obecnej Bertie nie generuje treści, które są gotowymi i w pełni zadowalającymi materiałami do publikacji. Służy raczej jako „punkt wyjścia do dalszej pracy”. Według danych wydawnictwa, od czasu wprowadzenia nowego systemu CMS w lipcu 2018 r. portal podwoił miesięczną liczbę regularnych odwiedzających.

 

Opis robota „Forbesa” przywodzi na myśl raczej użytecznego asystenta, researchera współpracującego z autorem, niż zrobotyzowaną alternatywę dla dziennikarzy. Nie zapominajmy jednak, że firma nieomal jednocześnie z premierą Bertiego zaczęła mówić o „narzędziu AI do pisania artykułów”. Niezbyt jeszcze dokładnie określony produkt, z nieznaną jeszcze datą wprowadzenia na rynek, może pisać szkice artykułów, które trzeba po prostu trochę wypolerować i tylko w niewielkim stopniu udoskonalić przed publikacją. Nie zapominajmy, że systemu uczenia maszynowego uczą się sukcesywnie. Zdobywają nowe umiejętności także wtedy gdy doświadczony redaktor „poleruje i doskonali” zaproponowane przez nie teksty. Trudno nie zakładać, bo twórcy z pewnością o tym myślą, że z czasem same będą robić wszystko, od napisania tekstu po adiustację i korektę. Robotyzacja postępuje drogą małych kroków, ale postępuje nieubłaganie.

 

Zresztą roboty samodzielnie piszące całe artykuły już są znane na świecie. Na początku 2017 r. swój pierwszy artykuł w gazecie „Southern Metropolis Daily” opublikował inteligentny algorytm o nazwie Xiao Nan.  Na napisanie całkiem złożonego materiału o objętości około trzystu znaków pisarskich, poświęconego masowym podróżom obywateli Państwa Środka przed zbliżającym się wówczas chińskim nowym rokiem, algorytm potrzebował jednej sekundy. Komentujący osiągnięcie maszyny w chińskich mediach, profesor Xiaojun Wan z Uniwersytetu Pekińskiego, ocenił, że robot dobrze sobie radzi z zarówno drobnymi, jak i dużymi formami dziennikarskimi, analizując i porównując przy tym znacznie więcej danych niż ludzie. Redakcje korzystają z tych kompetencji z każdym kolejnym miesiącem częściej a odbiorcy treści rzadko sobie zdają sprawę, jak zrobotyzowane są już media, które codziennie konsumują.

 

Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, ale sporo wiadomości, które regularnie czytają, jest pisane przez sztuczną inteligencję,” mówił już we wrześniu 2018 r. cytowany przez „Forbesa” futurysta Stephen Ibaraki, założyciel/przewodniczący ONZ-etowskiej organizacji ITU AI For Good Global Summit we współpracy z Fundacją XPRIZE. „Wielu z nas spędza godziny na naszych telefonach komórkowych czytając aktualizacje newsów i powiadomienia o wydarzeniach, nie mając pojęcia że materiały te generuje dla nich AI”.

 

Każda organizacja, która zajmuje się tworzeniem treści, jest dziś pod przemożną presją, by generować je coraz szybciej i coraz bardziej redukować koszty,” mówił w serwisie Digiday rok temu Ron Schmelzer, główny analityk w Cognilytica, firmie badawczej zajmującej się sztuczną inteligencją. „Na rynku będzie coraz więcej takich narzędzi [zautomatyzowanych i zrobotyzowanych – red.], coraz efektywniej i wydajniej produkujących coraz większe ilości treści”.

 

Wypowiadając się w wywiadach prasowych czy w oficjalnych komunikatach kadra kierownicza środków masowego przekazu twierdzi zwyczajowo, że wprowadzanie opartych na algorytmach narzędzi nie stanowi żadnego zagrożenia dla dziennikarzy. „Chodzi raczej o to, aby dziennikarze mogli poświęcać więcej czasu na pracę merytoryczną, koncepcyjną i twórczą,” słyszymy. „Praca dziennikarza to kreatywność, ciekawość, opowiadanie historii, rozliczanie przedstawicieli władzy, krytyczne myślenie i formułowanie osądów – chcemy aby nasi dziennikarze na tym skupiali swoją energię,” mówi we wspominanym artykule w „NYT” Lisa Gibbs, jeden z dyrektorów w Associated Press.

 

Czy rzeczywiście kluczowa rola „czynnika ludzkiego” przetrwa w znajdujących się pod potężna presją mediach przekonamy się być może najszybciej w organizacjach takich jak AP. Agencja ta bowiem była prekursorką rozwiązań robotyzujących reporterkę. Od momentu gdy w 2014 r. zawarła umowę z Automated Insights, firmą IT specjalizującą się w oprogramowaniu do generowania tekstu, produkuje wielką masę maszynowych artykułów rocznie, głównie o tematyce sportowej i finansowej. Przez te wszystkie lata liczba generowanych przez automaty materiałów AP wzrosła z 300 do 3700 kwartalnie.

Skoro jest to firma prekursorska i chyba najbardziej zaawansowana we wprowadzaniu robo-dziennikarstwa, to zapewne właśnie tam zobaczymy, do czego to prowadzi.

 

Warto dodać, iż automatyzacja zawodów medialnych wychodzi poza otwarte na to Stany Zjednoczone. Kilka tygodni temu w edycji australijskiej „The Guardian” opublikowano pierwszy artykuł „wspomagany maszynowo”. Był to materiał opisujący regularne darowizny na rzecz partii politycznych w tym kraju.

 

Nie lękajcie się

 

Niestety (dla dziennikarzy) badania prowadzone w obszarach technologii i automatycznego pisania tekstów należących do różnych gatunków dziennikarskich trwają już w wielu miejscach na świecie. Wspominałem już na portalu SDP o pracach nad narzędziami takimi jak Quill, które uczą się konwertować różnorodne zbiory danych na spójne teksty, których jakość z iteracji na iterację rośnie. A czymże w końcu jest praca dziennikarska jeśli nie zbieraniem, kompilowaniem, syntezą danych w celu przygotowania treści. Quill, produkt firmy Narrative Science robi właśnie coś takiego.

 

Artykuły przygotowane przez ten system były publikowane na stronach internetowych uznanych wydawców, takich jak np. „Forbes”, „Guardian” czy „The Washington Post”, o czym piszę powyżej, a także w wielu mediach internetowych, które jednak niekoniecznie się tym chwalą. Sporo twórczości wzmiankowanego Quilla to tzw. custom publishing, czyli materiały zamawiane przez firmy do swoich wydawnictw, gazetek firmowych, marketingowych i podobnych. Nie jest to więc dziennikarstwo w sensie ścisłym, ale dziedzina pokrewna. Była to jednak często chałtura, na której dziennikarze nieoficjalnie mogli sobie dorobić. Jeśli przejmą to automaty, to będzie kolejny cios.

 

Kristian Hammond, twórca Narrative Science powtarzał wiele razy w wywiadach prasowych, że zautomatyzowane newsy w ciągu kilkunastu lat stanowić będą 90 proc. wszystkich wiadomości publikowanych w mediach, nie tylko internetowych. Co ciekawe, w jego ocenie, nie oznacza to wcale dramatu, bezrobocia i końca zawodu dziennikarskiego.

 

Uważa on, że dziennikarze nadal będą zajmować się swoją robotą, może poza prostymi informacjami, które i tak przecież nie były nigdy polem jakiejś szczególnie satysfakcjonującej zawodowej samorealizacji. Nadal będą pisać, komentować, analizować, rozmawiać. Na dobrą reporterkę, publicystykę, wywiady, zdaniem Hammonda, wciąż będzie miejsce i zapotrzebowanie. Nawet jeśli powstaną maszyny zdolne do tworzenia udanych ambitnych form dziennikarskich, to trudno się spodziewać, że ludzie będą chętni to czytać. Może inne maszyny, ale nie ludzie. Ludzie będą chcieli czytać, o tym co myślą i co wiedzą inni ludzie, mający w ich oczach autorytet lub sympatię, albo jedno i drugie.

 

Tak uważa szef Narrative Science i patrzy na sprawę nieco inaczej niż zwykle jest to postrzegane. Jego zdaniem, maszynowy, zautomatyzowany „newswriting”, poszerzy rynek informacji, Ma tak być, ponieważ komputery wydobywają i przetwarzają ogromne ilości danych w celu uzyskania bardzo dokładnych, wielostronnych raportów, do których z powodu zwykłych ludzkich ograniczeń nie byłby zdolny żaden dziennikarz. Pojawią się informacje, których wcześniej nie było, możliwości personalizowania, fragmentaryzacji, specjalizacji treści, które były dotychczas zupełnie poza zasięgiem mediów, nie tylko ogólno tematycznych, ale także tych branżowych i specjalistycznych.

 

Twój robot przeczyta ci twój dziennik

 

Google zapowiedział w ostatnim czasie, że jego znany wielu ze smartfonów cyfrowy asystent będzie stanie się „gospodarzem wiadomości” serwowanych z podłączonych urządzeń od różnych partnerów medialnych. Prowadzącego serwis wiadomości robota wywoływać będzie dostępna od kilku tygodni funkcja nazwana „Your News Update” po której uruchomieniu trzeba poprosić Asystenta Google o przeczytanie wiadomości. Automat jest nawet w pewnym sensie lepszy niż czytane serwisy radiowe i dzienniki telewizyjne, bo przedstawia serwis spersonalizowany, dostosowany do indywidualnych ustawień i historii, inaczej niż to jest w zwykłych mediach. Jest to więc nie tylko dziennikarz-robot, ale w dodatku par excellence – twój robot.

 

Funkcja ta na razie jest dostępna jedynie w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, jednak w przyszłym roku zostanie rozszerzona na inne kraje, dla osób posiadających kompatybilne smartfony i podłączone głośniki. Podobną usługę o nazwie „flash briefing” od pewnego czasu oferuje również Amazon – w swoich urządzeniach ze sztuczną inteligencja konwersacyjną Alexa. Jeśli więc dziennikarze radiowi i telewizyjni myśleli, że bój z maszynami o stanowiska pracy dotyczy jedynie redaktorów piszących, to na pewno są w błędzie.

 

Robotom tym brakuje jeszcze zwykle twarzy, choć niekiedy można natrafić na pierwsze próby nadania maszynowym pracownikom mediów wizerunku, takiego np. jak mają wygenerowani cyfrowo prezenterzy TV zademonstrowani niedawno przez chińską agencję Xinhua, w których pisałem rok temu. Jak podkreśla Xinhua, prezenter-awatar może pracować 24 godziny na dobę, bez snu, urlopu, żądań podwyżki i zapisywania się do związków zawodowych.

 

Kto zna syntezatory mowy, takie jak nasza rodzima Ivona, ten wie, że gdy ma się gotowy spisany tekst, to wypowiedzenie go przez maszynę już nie stanowi wielkiego problemu. Wspomniany Asystent Google też czyta napisane teksty, czy to jest treść SMS-a, czy artykuł informacyjny. Tekst może napisać człowiek, ale, jak widać z wcześniejszych przykładów robotów pracujących już w redakcjach prasowych, proste teksty, informacje, depesze newsowe, piszą automaty. Zatem co maszyna napisała – maszyna może przeczytać, a wygenerowany cyfrowo awatar opatrzy to nawet uśmiechem i życzeniami miłego dnia.

 

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, to nasuwa się wniosek, że w miarę postępów zrobotyzowanej reporterki, rosnąć będzie również automatyzacja i algorytmizacja po stronie odbiorcy. Spójrzmy na to, jak działa robot takiego typu jak Google Asystent. Jeśli postawi mu się za zadanie przygotowywanie serwisów o tematyce gospodarczej na podstawie oceanu informacji, w coraz większym stopniu, jak wiemy, generowanych przez maszyny, to robot stanie się w istocie odbiorcą (czytelnikiem!) materiałów generowanych przez inne roboty, a w konsekwencji niejako pośrednikiem filtrującym, przygotowującym i odkrywającym sens w nasilającej się, masowej lawinie danych.

 

Zatem nawet ostatnia rubież dziennikarstwa i publicystyki, rola gatekeepera, komentatora, interpretatora i przywódcy opinii, może w efekcie zostać zagrożona przez wszechogarniającą robotyzację. Pozostaje mieć nadzieję, że dla ludzi, oprócz szybkości i dokładności informacji, emocjonalnie ważny pozostanie „czynnik ludzki” w mass mediach. Wydaje się jednak, że pierwszy maszynowy publicysta, który trafniej np. przewidzi wynik wyborów niż cała rzesza komentatorów z krwi i kości, może „zniszczyć system” i tę kruchą ludzką nadzieję pogrzebać.

 

Mirosław Usidus

Symptom „Borubara” – ŁUKASZ WARZECHA o dorabianiu gęby przez hejterów

Czy pamiętają państwo „Borubara”? O „Borubarze” trąbiły media nieprzychylne prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu po jednej z jego publicznych wypowiedzi, po jednym z meczów polskiej reprezentacji. Ówczesny prezydent miał takie właśnie miano nadać polskiemu bramkarzowi, Arturowi Borucowi.

 

Ileż było wtedy śmiechu! Nawet jeśli nie padało to wprost, przesłanie podających sobie dalej wieść o „Borubarze” było takie, że prezydent Kaczyński jest idiotą, nie znającym nawet nazwiska bramkarza, którego przed chwilą oglądał na boisku.

 

Tyle że, jeśli posłuchało się wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego uważnie, można było usłyszeć, że mówi on „Boruc bardzo…”, lecz jako że zmarły tragicznie prezydent miał raczej średnią dykcję, w pierwszym momencie brzmiało to zestawienie istotnie jak „Borubar”. Trudno jednak uznać, że dziennikarze, politycy czy ktokolwiek słuchający uważnie nie był w stanie rozróżnić w końcu dwóch wyrazów.

 

Wyobrażam sobie, jaką traumą musiało być dla Lecha Kaczyńskiego zmierzanie się na co dzień z masą komentarzy, robiących z niego z różnych powodów kretyna. Warszawski inteligent z dużym dorobkiem publicznym i politycznym, z dobrego domu, erudyta, był sprowadzany do jednego językowego lapsusu (a i to nieprawdziwego) jednej niezręcznej wypowiedzi czy jednego zdjęcia z trzymanym do góry nogami szalikiem z napisem „Polska” (fotografia zrobiona moment przed tym, jak Lech Kaczyński szalik przekręcił na właściwą stronę). Żeby to znosić, trzeba było mieć cierpliwość świętego. Przy czym Kaczyńskiemu było jednak o tyle łatwiej, że istniała grupa twardo go broniących. Mimo to „Borubar” trwał bardzo długo jako sztandarowy dowód na głupotę prezydenta, a myślę, że dla niektórych nadal nim jest.

 

Publicyści stają się z czasem osobami publicznymi – jedni bardziej, inni mniej. Ja przekonałem się, że w takiej sytuacji nie ma żadnej taryfy ulgowej. Że symptom „Borubara” działa tu cały czas. Przeciwnicy – dotyczy to zwłaszcza tych publicystów, którzy mają wyraziste poglądy i wielu osobom podpadli – nie będą patrzeć na nas poprzez całość naszych dokonań, wiele napisanych tekstów, dorobek. Gdy tylko nadarzy się okazja – jeden błąd, lapsus, wpadka – choćby całkowicie dęta, natychmiast ją wykorzystają, tak jak wykorzystywano „Borubara”.

 

Mnie przydarzyło się kilka takich sytuacji i chodzi za mną kilka takich „Borubarów”. Jeden, najbardziej zagadkowy, to „markiz ze Zgierza”. „Markiza” jestem jeszcze w stanie jakoś zrozumieć – to zapewne przytyk do rzekomego nadęcia (może tak mnie niektórzy odbierają). Ale Zgierza nijak nie jestem w stanie pojąć. Nie mam z tym miastem nic wspólnego, może tylko przejeżdżałem przez nie kilkakrotnie – w końcu jest położone obok mojej rodzinnej Łodzi.

 

 

Inna złośliwa ksywka to „Kierownik Jeziora”. Ją zawdzięczam Romanowi Kurkiewiczowi. Kiedyś, lata temu, podczas rozmowy w studiu TOK FM, Kurkiewicz cały czas przerywał mi, gdy mówiłem. Powiedziałem więc w końcu: „Może dałbyś mi dokończyć? Ja ci pozwoliłem mówić…” – na co Kurkiewicz: „A co ty jesteś – kierownik jeziora, żebyś mi miał pozwalać albo nie?”. Nie mam pojęcia, skąd on tego kierownika jeziora wziął, ale przylgnęło.

 

Była wreszcie najsłynniejsza bodaj sytuacja z zupą. Sprawa w istocie banalna. Na zorganizowanej przez prezydenta konferencji w sprawie projektu nowej konstytucji na Stadionie Narodowym w 2018 roku ustawiano w hallu poczęstunek dla gości. Dyskusje w podgrupach, toczone w salach, były, mówiąc szczerze, nudnawe, więc wyszedłem na korytarz, a tam postanowiłem skorzystać z bufetu. Gdy zacząłem nalewać sobie zupę, pojawił się ktoś z firmy kateringowej z komunikatem, że zupy nalewać sobie nie można, bo poczęstunek będzie dostępny dopiero za 10 minut (tyle brakowało do przerwy). Nie wiem, jak państwu, ale mnie wszystkie podobne sytuacje kojarzą się natychmiast z głęboką komuną z czasów „Misia” – „Jem przecież”, „Panie, panie, ja tu mięso mam” – albo z genialną książeczką Jacka Fedorowicza z tamtego czasu, zatytułowaną „W zasadzie tak”. Poczęstunek w bufecie, gość konferencji, który chce z niego skorzystać i pracownik obsługi, który oznajmia, że nie teraz, ale za dziesięć minut – Bareja wiecznie żywy. W tej sytuacji uznałem, że głupota ma swoje granice. Zupę nalałem i spytałem: „I co pan zrobi? Zabierze mi ten talerz?”.

 

Całe zdarzenie uznałem jednak za zabawne, właśnie barejowskie w duchu i tak je opisałem na swoim Facebooku – na profilu całkowicie prywatnym, widocznym tylko dla znajomych. Niestety, jeden z nich – zresztą do dzisiaj pracownik Kancelarii Prezydenta – postanowił wpis skopiować i wynieść na Twitter, czyli platformę całkowicie otwartą.

 

Reakcja twitterowego tłumu była łatwa do przewidzenia. Nie liczył się ani absurdalny klimat wydarzenia, ani jego peerelowski posmak – ważne było tylko to, że masa moich internetowych antyfanów dostała pożywkę. I nie miało żadnego znaczenia, że wspomniana osoba wpis po kilkunastu minutach skasowała. Od tego czasu słynna zupa pojawia się jako argument ostateczny (coś w rodzaju argumentum ad Hitlerum): Warzecha jest idiotą, bo chciał zjeść zupę za darmochę i kłócił się o to z kelnerem.

 

Można uznać, że to skrajnie niesprawiedliwe. Można się buntować, krzyczeć o nic nierozumiejących idiotach. Tłumaczyć, że miało się rację albo że chodzi o niewinną anegdotkę. To na nic, bo przecież nie mamy do czynienia z racjonalną oceną. Nie mówimy w takiej sytuacji do kogoś, kto chce posłuchać naszej wersji – tak jak nikogo kiedyś nie interesowało, jak naprawdę było z „Borubarem”. Wykorzystujący taką historyjkę, lapsus, drobny błąd, potknięcie nie dadzą się przekonać, że przesadzają – bo wcale nie chcą być przekonywani. Cieszą się tylko, że los podał im do ręki pałkę na nielubianego publicystę, polityka, osobę publiczną.

Możliwości są dwie. Albo robimy z takich sytuacji aferę, podążamy śladem szczególnie chamskich hejterów, może domagamy się od nich przeprosin, jak robią niektórzy dziennikarze, atakowani w mediach społecznościowych. Albo przyjmujemy, że tak po prostu musi być, taki jest urok naszej epoki i nic na to nie poradzimy. Ja opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem. Możemy najwyżej skorzystać z narzędzia, jakim jest blokowanie – co korzystającym z mediów społecznościowych polecam.

 

Łukasz Warzecha

Dziennikarz w roli policjanta – rozmowa z ILONĄ PTAK, reportażystką TVP3 Katowice

Naiwne poczucie zmieniania świata na lepszy towarzyszy mi od początku moich marzeń i wyobrażeń o dziennikarstwie i chciałabym, by się to nigdy nie zmieniło – mówi Ilona Ptak, dziennikarka i reportażystka TVP3 Katowice, laureatka pierwszej nagrody im. Brygidy Frosztęgi-Kmiecik dla autora najlepszego reportażu interwencyjnego w ramach 26. Przeglądu i Konkursu Dziennikarskiego Oddziałów Terenowych TVP- PiK 26, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Co dla pani znaczy ta ostatnia nagroda?

 

Mówiąc całkiem szczerze, nagrody nie mają dużego znaczenia w obliczu tego, że naszą pracą możemy komuś najzwyczajniej w świecie pomóc. Znaczenie ma to, że otrzymując taką nagrodę, możemy te tematy dalej nagłaśniać. Słowo „dziękuję” od naszych bohaterów jest stokroć więcej warte niż niejedna statuetka czy dyplom. Co nie znaczy, że oczywiście, kiedy jesteśmy doceniani za swoją pracę przez profesjonalistów, to w środku nie wybucha w nas ogromna radość, że to co robimy ma sens i jest zauważane. Przyznam, że jadąc do Poznania (tam było rozstrzygnięcie PiK 26 – przyp. red.), myślałam, że jadę po wyróżnienie, bo sądzę, że akurat w dziennikarstwie interwencyjnym, zwłaszcza ci starsi, bardziej doświadczeni koledzy po fachu, mają spore pole do popisu. Dlatego tym bardziej nagroda, i to jeszcze pierwsza, była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. A słowa od jury, które nie przyznało drugiej nagrody, na temat wysokiego poziomu reportażu, były dla mnie szalenie miłe i bardzo budujące. Nie bez znaczenia jest dla mnie też to, że tę nagrodę nazwano imieniem znakomitej dziennikarki TVP3 Katowice – Brygidy Frosztęgi-Kmiecik. Wiem, że Brygida była niesamowitym i dobrym człowiekiem, choć niestety nie zdążyłam jej poznać osobiście. Znam wiele jej reportaży, dlatego to jest dla mnie podwójny zaszczyt przyjąć nagrodę właśnie jej imienia.

 

Jak zrodził się pomysł na realizację reportażu interwencyjnego „Przekręt na remont”, za który dostała pani nagrodę?

 

Pomysły często rodzą się niespodziewanie, a jeszcze częściej są to po prostu prośby o pomoc od różnych ludzi, których spotykam na swojej drodze w trakcie pracy. Kilka miesięcy wcześniej realizowałam reportaż dotyczący placówek paramedycznych i paralekarzy naciągających seniorów na pakiety medyczne, pod którymi kryły się wysokie kredyty. Pamiętam, że wtedy prezes katowickiej Federacji Konsumentów, zwróciła się do mnie o pomoc. Później powstał reportaż „Zdrowie na kredyt”, a w trakcie jego realizacji udało się odzyskać ponad 8 tysięcy złotych dla mojej bohaterki. Nikt w to wtedy nie wierzył, nawet ja! To sprawiło, że kiedy do federacji zaczęły zgłaszać się osoby, które miały problem z odzyskaniem pieniędzy za remont, pani prezes zadzwoniła do mnie pełna nadziei z pytaniem, czy i tym razem nie mogłabym się tym zająć. Zawsze mnie rozczula jej ton, kiedy mówi:  „Ilonko, no jak nie Ty, to kto!?” Ciężko wtedy odmówić. I tak się zaczęła przygoda z „Przekrętem na remont”. Jak się później okazało temat był bardziej skomplikowany niż myślałam, a do poszkodowanych docierałam jak po nitce do kłębka. Zresztą ta nić w końcu doprowadziła mnie do samego oszusta, którego przecież udało się schwytać.

 

W jaki sposób udało się pani dotrzeć do bohaterów reportażu, czyli do osób pokrzywdzonych, oszukanych przez zagadkową firmę remontową?

 

Początkowo, dzięki pomocy prezes katowickiej Federacji Konsumenckiej, udało się namówić kilka starszych osób, aby spotkały się ze mną na herbatę. Jeździłam wtedy od domu do domu. Te rozmowy nie należały do łatwych. Ofiary były starsze i bały się oszustów, którzy znali ich adresy z umów. Niewiele z nich udało się przekonać na reportaż, część wystąpiła tylko anonimowo, dlatego musiałam sięgnąć głębiej. Długi research okazał się owocny, bo w sieci natknęłam się na różne firmy powiązane z tymi samymi nazwiskami. I tak krąg podejrzanych się zamykał, a oszukanych rozszerzał. Pomocne były nie tylko fora internetowe, ale i Facebook – wszechobecne narzędzie dobrowolnej inwigilacji, a dla nas dziennikarzy – świetne narzędzie do pracy i dokumentacji. To tam natrafiłam na grupę oszukanych przez jedną z firm. Później okazało się, że w prokuraturze toczy się postępowanie przeciwko ich dwóm właścicielom – jeden z nich był nieuchwytny od roku dla policji, dlatego śledztwo zawieszono. Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy po rozmowach z kilkunastoma poszkodowanymi, natrafiłam na akta sprawy, w których widniało osiem nazwisk –  i to żadne z tych osób, do których wcześniej dotarłam! Zdziwiło mnie to dlaczego oficjalnie postępowanie dotyczy tak małej ilości osób, podczas gdy ja co rusz docierałam do kolejnych. Pamiętam też, że wiele osób skontaktowało się ze mną właśnie przez Facebooka. Wtedy musiałam być ostrożna, bo moja interwencja wisiała na włosku, a miałam podejrzenia, że ktoś ze strony oszustów węszy moje zamiary. Pamiętam też telefony, które dzwoniły z pytaniem: „to pani zajmuje się tymi oszukanymi na remont?”–A ja wtedy „paliłam głupa”, nie wiedząc, komu mogę ufać, a komu nie. W końcu zebrała się pokaźna grupa poszkodowanych. Nie sposób było pokazać oczywiście wszystkich w materiale, bo mamy ograniczony czas. Niemniej budujące dla mnie było to, że kiedy zajęłam się tematem, oficjalnie, w prokuraturze, pokrzywdzonych było osiem osób, po emisji reportażu śledztwo ruszyło, a liczba ofiar, które włączyły się do sprawy wyniosła ponad 40 osób!

 

Często słyszymy o oszustwach „na wnuczka”, „na policjanta”, ale „metoda na remont” to coś nowego. Jak natrafiła Pani na trop oszusta, właściciela firmy remontowej z Zabrza?

 

Sama metoda również mnie zdziwiła i wydała się bardzo cwana i przemyślana. Dotarcie do poszukiwanego przez policję mężczyzny, to nie była łatwa droga. Co prawda nie trudno było znaleźć jego imię i nazwisko – to informacje z akt sprawy. Ciężej przyszło ustalenie, gdzie teraz faktycznie on jest – nie wszystkie dane mamy na tacy. Myślę, że my dziennikarze mamy swoje sposoby, których nie powinniśmy tutaj zdradzać dla dobra naszej pracy. Często przydają się też nasi informatorzy, których chroni ustawa i którzy wiedzą, że mogą nam ufać. Dodam tylko, że nie obyło się bez wizyt w miejscach działania różnych firm. Zanim pojechaliśmy tam z kamerą, oczywiście zrobiłam dobry wywiad środowiskowy. Myślę, że człowieka, który wpadł w moją prowokację dziennikarską zgubiła jego chęć żerowania na innych i żądza pieniądza. Pamiętam, że kilkanaście minut przed umówionym spotkaniem, „przedsiębiorca” zadzwonił, żeby je odwołać. Zrobiło się niebezpiecznie i prowokacja wisiała na włosku. Wiedziałam wtedy na czym zależy oszustom i wyciągnęłam argument najmocniejszego kalibru – wspomniałam o wysokiej zaliczce za remont, którą już przecież wypłaciłam z banku i czekam na niego (oczywiście blefowałam). Za kilkanaście minut oszust był już na miejscu!

 

W reportażu niektórzy z bohaterów ukrywają twarze przed kamerą – ze wstydu, bo ulegli manipulacji oszusta, a może ze strachu? Z kolei innych bohaterów przedstawia pani z imienia i nazwiska. Czy to prawdziwe twarze i nazwiska osób pokrzywdzonych?

 

Oczywiście, wszystkie osoby, które występują z twarzy oraz z nazwisk to prawdziwe poszkodowane osoby. Są to głównie ci, którzy nie bali się i zgłosili sprawy na policję. Niemniej było też wiele osób, które godziły się tylko na rozmowy telefoniczne lub właśnie wystąpienia anonimowe. W przypadku starszych osób w grę wchodził strach, bo wiedziały, że firma ma ich dane osobowe i adresy, które były wpisywane w umowę. Czasem była też taka naiwność – mimo oczekiwań wielu miesięcy bez remontu, bez pieniędzy – często słyszałam: „A może jeszcze wrócą i wyremontują? Jak mnie zobaczą w telewizji to już nigdy nie wrócą”. W grę oczywiście wchodziło też poczucie wstydu. Każdy z tych powodów był dla mnie tak samo ważny, bo bez względu na to, kto był po drugiej stronie, najważniejsze było dla mnie jego bezpieczeństwo i to że może mi zaufać.

 

Dlaczego wybrała Pani tak trudny gatunek dziennikarski, jakim jest reportaż interwencyjny?

 

Właściwie reportaże interwencyjne to nie jedyne, którymi się zajmuję, choć sprawiedliwie byłoby w tym miejscu się przyznać, że aż tak wielu nie mam ich jeszcze na swoim koncie, bo moja przygoda z Telewizją Katowice trwa dopiero od 2016 roku. Tworzę też materiały społeczne np. o niepełnosprawnych, o ludziach z wyjątkowymi pasjami, czy wcześniej także o zaginionych. Ale muszę powiedzieć, że reportaż interwencyjny, śledczy, to jednak mój ulubiony gatunek. Myślę, że to on mnie wybrał do współpracy, a nie ja jego, bo to właśnie interwencja w czyjejś sprawie daje mi poczucie robienia czegoś dobrego, obnażania nieuczciwych praktyk, pomagania słabszym. To naiwne poczucie zmieniania świata na lepszy towarzyszy mi właściwie od początku moich marzeń i wyobrażeń o dziennikarstwie i chciałabym, by się to nigdy nie zmieniło.

 

Na czym polega fenomen reportażu interwencyjnego? Czy można powiedzieć, że reportażysta przekraczając pewne granice, wchodzi w rolę śledczego, a może bardziej detektywa?

 

Ciężko powiedzieć skąd ten fenomen i dlaczego teraz współcześnie chyba częściej wracamy do tej trudnej formy jaką jest reportaż interwencyjny, śledczy. Moim zdaniem to życie generuje tę potrzebę, a nie my – dziennikarze. Jeśli pod nasze stopy spadają tematy mocne, interwencyjne, to warto po nie sięgnąć. Może w takich właśnie czasach żyjemy, że te tematy spadają nam dość często. Myślę, że czasem dziennikarz balansuje na granicy, a może i nawet przekracza tę, w której powoli przestaje być już tylko dziennikarzem. Nam zapewne jest ciężej działać, bo nie mamy takich narzędzi jak policja, czy detektywi. Ale wtedy, gdy zawodzą organy ścigania, to jak inaczej pomóc, niż samemu wcielić się trochę w rolę takiego właśnie policjanta, który w ramach prowokacji doprowadza do zatrzymania oszusta. Nie twierdzę do końca, że jest to dobre, bo wszystko powinno mieć swoje granice i przede wszystkim trzeba wtedy pamiętać o bezpieczeństwie, nie tylko swoim, ale i swojej rodziny, ludzi, z którymi pracujemy, rozmawiamy. Łatwiej by było, gdybyśmy nie musieli przekraczać tych granic, ale czasem życie to weryfikuje i wymusza. A i przyznać trzeba, że przybieranie tych ról jest niezwykle intrygujące i ciekawe, może też czasem jest to powód, dla którego to robimy.

 

Na oczach kamery udało się pani przyłapać na gorącym uczynku właściciela firmy, która oszukała bohaterów reportażu,. Na czym polegała współpraca reportażysty z organami ścigania? Czy to była „ukartowana intryga”?

 

Właściwie współpraca z policją pojawiła się tu z rozsądku, ale już na etapie końcowym. Początkowo celem było samo obnażenie intrygi, dlatego, kiedy udało mi się umówić z oszustem na spotkanie, wiedziałam, że najwłaściwszym będzie oddanie go w ręce policji.  Oczywiście nastąpiło to już po tym, kiedy zebrałam dostateczne dowody, porozmawiałam i ponagrywałam wiele rozmów z poszkodowanymi. Postanowiłam dać poszukiwanemu swobodę w wyborze dnia i godziny spotkania, aby nie wzbudzać podejrzeń, niemniej musiałam naprowadzić go na miejsce, w którym się spotkamy, najlepiej publiczne – dziennikarze znający realia telewizyjne wiedzą, że nie mogłam sobie pozwolić na wynajem mieszkania do remontu. Musiałam stworzyć do tej historii odpowiednią „legendę”, czyli wiarygodny powód, dla którego wyjątkowo porozmawiamy w barze, a nie w mieszkaniu, gdzie miałby odbyć się „remont”. Przy kolejnym przekładaniu spotkań przez mężczyznę, musiałam na bieżąco reagować i przesuwać kamerę. W końcu zapadła data i godzina. I choć rozmowy z policją toczyły się już od tygodni, do ostatniego dnia nie podawałam konkretów, bo wiedziałam, że lada dzień organy ścigania, które dotychczas przez rok nie schwytały oszusta, mogą mnie wyprzedzić. Rano przed prowokacją mieliśmy spotkanie z komendantem, któremu dopiero wtedy przekazaliśmy szczegóły, choć zaproponowane  miejsce od kilku dni było już sprawdzane przez policję. Co prawda swoimi kanałami dowiedziałam się, że w tym samym dniu, gdyby moja prowokacja się nie powiodła, ustawiona była za kilka godzin kolejna – policyjna, ale to jeszcze bardziej zmotywowało mnie do działania i świadczyło już tylko o tym, że poszukiwany mężczyzna prędzej czy później padnie ofiarą swoich oszustw. Zdradzę także, że dla dobra sprawy sam właściciel lokalu nie był poinformowany o tej interwencji, więc, gdy nagle policja i kamery pojawiły się w barze był nie mniej zaskoczony niż sam zakuwany mężczyzna. Muszę przyznać, że od momentu, kiedy policja włączyła się w rozmowy o prowokacji ich działania były bardzo profesjonalne i przede wszystkim nastawione także na nasze bezpieczeństwo. Wskazany lokal był obstawiony funkcjonariuszami operacyjnymi jeszcze na kilka godzin przed akcją. Policja miała też w zanadrzu swoje scenariusze, co jeśli na spotkanie nie przyjdzie prawdziwy poszukiwany, tylko kogoś wystawi. Ten jednak wpadł w sidła. Naprawdę wielkie podziękowania należą się tu komendantowi Komisariatu III Policji w Katowicach, który dowodził akcją oraz Komendzie Miejskiej Policji w Katowicach za zrozumienie. Ponieważ, szanując pracę, którą wykonałam, cierpliwie zaczekali, aż wypytam poszukiwanego o wszystko, o co chciałam i dam sygnał do działania, a moje kamery zdążą wszystko zarejestrować. Mogliby przecież zaraz po jego wejściu do baru zakuć mężczyznę i wyprowadzić, nie zważając na moją prowokację, ale okazali się profesjonalistami, którzy zrozumieli, że każdy z nas miał tu swoją rolę do odegrania.

 

Wspominała pani, że sprawa jest w toku. Dziennikarskie śledztwo doprowadziło do zatrzymania przestępcy. Czy przewiduje Pani ciąg dalszy tej historii?

 

Po tym jak w trakcie prowokacji zatrzymano poszukiwanego przez policję mężczyznę, trafił on do aresztu na trzy miesiące, a na drugi dzień ruszyło śledztwo. Obecnie został z niego zwolniony, jednak ma dozór policyjny i wraz ze wspólnikami, którzy także są oskarżeni o wyłudzenia kwot sięgających kilkuset tysięcy złotych, oczekuje na rozprawę. Grozi im do ośmiu lat więzienia. To co dla mnie jest jednak najważniejsze to to, że po emisji reportażu przybyło poszkodowanych, których oficjalnie włączono w sprawę – z ośmiu do ponad 40 osób. Myślę, że ta historia zasługuje na kontynuację zwłaszcza wtedy, gdy znajdzie swój finał w sądzie, a poszkodowani odetchną z ulgą i zostaną im zwrócone pieniądze. A jeśli to się z jakiś powodów nie stanie… to kontynuacja będzie już wtedy wręcz wskazana.

 

Praca reportażysty to niewątpliwie praca zespołowa. Kto odpowiada za sukces tej dziennikarskiej prowokacji? Z jakimi trudami musiała się Pani zmagać przy realizacji reportażu?

 

Ten nagrodzony reportaż nie jest tylko moją zasługą. To co najważniejsze przy takich interwencjach, które przecież nie należą do łatwych, to także zgrany zespół, który zabieramy ze sobą. Nie byłoby całej tej prowokacji i jej sukcesu, gdyby nie współpraca  ekipy, a przede wszystkim tych ludzi, którzy byli tam ze mną na miejscu. Nie byli tylko wsparciem technicznym, ale też mentalnym i dodawali otuchy w stresujących momentach. Przede wszystkim wielkie podziękowania należą się bardzo zdolnemu operatorowi kamery – Kamilowi Szołtysikowi, który pod pretekstem zamówienia pizzy wspólnie z koleżanką – Karoliną Machurą, rozeznawał teren i ustawiał mi stół do prowokacji. Nie mogłam pojawić się za wcześnie w barze, na wypadek, gdyby lokal był wcześniej obserwowany, a właściciel baru także nie mógł się zorientować, by nie wypłoszyć oszusta. Karolina była moją awaryjną kamerą z telefonu, która obserwowała wszystko z odległości jako niewinna studentka z notatkami, ale w najważniejszym momencie okazała się niezastąpiona i nagrała zakuwanie mężczyzny w kajdanki. Wspaniały i doświadczony dźwiękowiec – Andrzej Sęk, oprócz mojego bijącego serca słyszał też doskonale to, o czym rozmawiamy i wiedział, że musi czekać na sygnał, w którym pociągnie za sobą operatora, policjantów i wejdzie w centrum akcji. A jeśli o akcji już mowa, to tej w trakcie montażu dodawał mój montażysta – Bartłomiej Jarząb – poprzez zgrabne pomysły, efekty i odpowiednią muzykę, dobieraną wspólnie z ilustratorem Łukaszem Kozerą. Nie byłoby też tego, gdyby nie zaufanie szefostwa z ośrodka i kierownika produkcji, którzy pomimo wielu „przeciw” wypuścili mnie na tę prowokację. I oczywiście całej opieki redakcyjnej sprawowanej przez wydawców – Marię Stepan na szczeblu ogólnopolskim, czy Aleksandrę Rek w regionie, które uwierzyły, że „Ptak” z tak niewielkim doświadczeniem, jak ja, może wzbić się na swoich niewielkich skrzydłach i doprowadzić ten reportaż od początku do końca. W tym miejscu dla wszystkich należą się podziękowania, bo nie ma nic piękniejszego niż pracować w tak świetnym zespole!

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska, fot. Bartosz Dominik

 


 

Ilona Ptak

Rocznik 1992. Pochodzi z Dąbrowy Górniczej,  absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Ekonomicznym i Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Od najmłodszych lat chciała zostać dziennikarzem. W czasie studiów redagowała magazyny studenckie „Suplement” oraz „Nowy Gwóźdź Programu”. Od 2012 do 2016 r. pracowała w public relations. Karierę w Telewizji Katowice rozpoczęła w 2016 r. w redakcji „Aktualności”. W tym samym roku trafiła do redakcji programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…” realizowanym dla TVP1, a później TVP3, gdzie spędziła ponad dwa lata. Od maja 2018 roku współpracuje z regionalną redakcją reportażu TVP3 Katowice. Jej materiały można oglądać też na antenach ogólnopolskich, m.in. w programach Magazyn Ekspresu Reporterów (TVP2), Alarm (TVP1), Głębia Ostrości (TVP1/TVP Info), Telekurier (TVP3).

W 2018 r. wyróżniona w konkursie Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka w kategorii „Debiut Publicystyczny Roku” za reportaż pt. „On musi wrócić” o zaginionym Piotrze Kijance z Krakowa. W tym samym roku zdobyła nagrodę Rady Programowej TVP3 Katowice dla Młodych Dziennikarzy za reportaż „Bohaterowie pod ziemią” o najważniejszych akcjach ratownictwa górniczego na przestrzeni ostatnich 50 lat na Śląsku i w Zagłębiu. W 2019 r. zajęła II miejsce na I Festiwalu Reportażu Sportowego Patyk za reportaż „Tam, gdzie ściany zrzucają skórę”, a także zdobyła pierwszą nagrodę im. Brygidy Frosztęgi-Kmiecik dla Najlepszego Reportażu Interwencyjnego podczas 26. Przeglądu i Konkursu Dziennikarskiego Oddziałów Terenowych Telewizji Polskiej za reportaż „Przekręt na remont”.

 

 

Wolności słowa w Lidzbarku Warmińskim wygrała – ADAM SOCHA o kolejnym uniewinnieniu ANDRZEJA PIEŚLAKA

Kolejne uniewinnienie dziennikarza obywatelskiego z Lidzbarka Warmińskiego Andrzeja Pieślaka. Redaktor portalu naszlidzbark.pl był skazany z art. 212 za pomówienie radcy prawnego Waldemara Żbikowskiego na wysoką karę grzywny. Sąd Okręgowy w Olsztynie w rozprawie odwoławczej uchylił wyrok lidzbarskiego sądu. Wyrok jest prawomocny.

 

Waldemar Żbikowski to radca prawny w Urzędzie Miasta Lidzbark Warmiński. Andrzej Pieślak – jako jedyny dziennikarz w Lidzbarku (w mieście ukazuje się także tygodnik niemieckiego koncernu) –  monitoruje pracę władzy samorządowej. Wypatrzył w Internecie, iż radca złożył zgodnie z wymaganiami pozytywne oświadczenie lustracyjne. Oznaczało to, że musiał współpracować z organami służb bezpieczeństwa. Idąc tym tropem, Andrzej Pieślak wielokrotnie i niestety bezskutecznie usiłował pozyskać od IPN kopię oświadczenia lustracyjnego, spotykając się z niezrozumiałą odmową. Burmistrz Miasta i Okręgowa Izba Radców Prawnych także nie posiadały kopi oświadczenia lustracyjnego. Wówczas skierował maila do Burmistrza Miasta, aby rozważył etyczny aspekt zatrudniania osoby, tajnego współpracownika SB.

 

Napisał w nim:

„Panie Burmistrzu, ustawa lustracyjna ma zapewniać, aby ważne funkcje publiczne w Polsce pełniły osoby, które nie były uwikłane np. we współpracę z organami bezpieczeństwa PRL i które przez to – jak zapisano w preambule ustawy – dają gwarancję uczciwości, szlachetności, poczucia odpowiedzialności za własne słowa i czyny, odwagi cywilnej i prawości. W związku z powyższym niepokojącym jest fakt, iż wynajął pan do obsługi prawnej gminy pana Waldemara Żbikowskiego, byłego tajnego współpracownika służb bezpieczeństwa PRL. Czy były konfident, zasługuje na pełnienie tejże ważnej funkcji, czy daje gwarancję uczciwości i szlachetności w postępowaniu? Pozostawiam to panu do rozważenia. Proszę o odpowiedź mailem, szkoda papieru”.

 

Dziennikarz swoimi wątpliwościami na temat zatrudniania przez urząd prawnika z taką przeszłością podzielił się też z czytelnikami swojego portalu. W rozmowie ze mną podkreśla, że

wysyłając maila i dokonując wpisu był przekonany (analizując dostępne materiały), że Waldemar Żbikowski był tylko i wyłącznie tajnym współpracownikiem SB. Odpowiedzi na maila nie otrzymał.

 

Za to Waldemar Żbikowski poczuł się znieważony i poniżony w oczach opinii publicznej oraz narażony na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu radcy prawnego. Złożył pozew o zniesławienie z art. 212 k.k.. Pierwsza rozprawa miała miejsce 6 lutego 2019 r. Kolejne, 19 czerwca, 12 lipca, 19 lipca, 28 sierpnia. Ostatecznie 6 września sędzia Marta Banaś-Grabek uznała redaktora winnym zarzucanych czynów i skazała na karę grzywny, w sumie 4050 zł uwzględniając znaczny stopień społecznej szkodliwości popełnionych przestępstw.

 

Od tego wyroku Andrzej Pieślak złożył odwołanie do Sądu Okręgowego w Olsztynie. W tym czasie ustalił, że faktycznie pomylił się. Waldemar Żbikowski nie był tajnym współpracownikiem SB, był etatowym pracownikiem SB.

 

Sędzia Sądu Okręgowego Anna Górczyńska uniewinniła oskarżonego. Jako że rozprawy z art. 212 kk odbywają się z wyłączeniem jawności, więc red. Pieślak przekazał mi jedynie, iż sędzia Górczyńska w uzasadnieniu wyroku „zmiażdżyła” wyrok lidzbarskiego sądu.

 

Zadzwoniłem do radcy Waldemara Żbikowskiego informując o wyroku i prosząc o komentarz. Nie chciał rozmawiać, tłumacząc się, że prowadzi auto.

– Ale ja ma jedno krótkie pytanie: czy był pan pracownikiem SB. Tak czy nie?

Radca rozłączył się. Wysłałem pytania mailem. Nie odpowiedział.

Zadzwoniłem też do burmistrza Lidzbarka Warmińskiego Jacka Wiśniowskiego. Odpowiedział, że przeszłość radcy mu nie przeszkadza. Dla niego najważniejsze jest, jak teraz wywiązuje się z umowy wobec urzędu, a wywiązuje się dobrze.

 

Zapytałem też burmistrza, czy pochwala nagonkę na dziennikarza obywatelskiego, non stop składanie doniesień do prokuratury, wnoszenie oskarżeń do sądu przez przedstawicieli władzy samorządowej? Burmistrz stwierdził, że nic nie wie o prześladowaniu dziennikarza, on Andrzeja Pieślaka nie prześladuje.

 

KOMENTARZ

 

Ten wyrok pokazuje, jak heroicznej roli podejmują się tacy dziennikarze obywatelscy jak Andrzej Pieślak, którzy kontrolują władzę w małych miejscowościach. Zwłaszcza tych, w których starosta powiatowy, burmistrz, komendant policji, prokurator i prezes sądu to jedna rodzina. Andrzej Pieślak przeżył już w swojej karierze nalot policji, rewizję i zajęcie komputera pod pretekstem poszukiwania materiałów pedofilskich. Wcześniej cztery razy przegrał w lidzbarskim sądzie sprawy wytaczane przez władze samorządowe i cztery razy Sąd Okręgowy w Olsztynie te wyroki uchylił. Tak było i tym razem.

Swoją misję pełnił kosztem rodziny, bo portal praktycznie nie przynosi żadnych dochodów. Miejscowe urzędy, instytucje i lokalni przedsiębiorcy zlecają płatne ogłoszenia i reklamy tygodnikowi należącemu do koncernu niemieckiego, który jest słupem ogłoszeniowym władzy i niczym więcej. W końcu Pieślak musiał ograniczyć pracę dziennikarską i zająć się pracą zawodową, by utrzymać rodzinę.

ZG SDP powinien zainicjować powołanie fundacji, której zadaniem byłoby wspieranie demokracji lokalnej poprzez dofinansowywanie takich lokalnych portali internetowych w formie grantów. Fundacją powinna kierować apolityczna Rada Powiernicza złożona z autorytetów życia publicznego, nieuwikłanych w partyjną wojnę. Finansowanie takiej fundacji powinno pochodzić ze specjalnego podatku, który płaciłyby prywatne koncerny medialne. Po prostu musiałyby przekazać jakiś procent zysków pochodzących z płatnych ogłoszeń od instytucji państwowych i samorządowych.

 

Wiem, że to utopia, ale chociaż należałoby ufundować nagrodę GRAND PRIX tylko dla takich lokalnych dziennikarzy obywatelskich jak Andrzej Pieślak równą finansowo nagrodzie głównej SDP, żeby chociaż w ten sposób zrekompensować im ich wydatki. Bez takich dziennikarzy demokracja w wydaniu lokalnym to fikcja. A takich dziennikarzy jak Andrzej Pieślak w miastach powiatowych woj. warmińsko-mazurskiego ze świecą szukać. Z reguły portale i gazetki siedzą w kieszeni miejscowego burmistrza i starosty.

 

Adam Socha