Heroina mediów społecznościowych – MIROSŁAW USIDUS o uzależnieniu od Facebooka i Messengera

Gdy czytam, że na Facebooku i Messengerze „się wysyła” jakiś kolejny wirus, „nie wiadomo jak” infekujący kolejnych użytkowników, to trzęsie mną złośliwy rechot. Bo oczywiście nie „się wysyła”, tylko za naszą, czyli użytkowników, sprawą i nie „nie wiadomo jak”, bo wiadomo jak – przez bezmyślne klikanie w cokolwiek, co podejdzie.

 

Nie umiesz korzystać z Facebooka, to z niego nie korzystaj, chciałoby się powiedzieć. Brutalnie, ale trudno znaleźć trafniejsze podsumowanie. Gdy zatrujesz się wódką, przedawkujesz narkotyki, dostaniesz raka płuc od palenia papierosów, to nie mówisz, że nie wiadomo jak i nie wiadomo skąd „się zatruło, przedawkowało, czy zachorowało”. Wszystko to, o czym dobrze wiesz, wymagało twojego czynnego udziału, świadomej woli i samodzielnych decyzji. Korzystanie z mediów społecznościowych w ogóle się od tych uzależnień nie różni. To taka sama używka jak każda inna. Pod kontrolą daje jakąś, iluzoryczną najczęściej, satysfakcję i przyjemność. Ale kontrolę stracić łatwo.

 

Błękitny wampir

 

Szczególnie twardym i groźnym narkotykiem jest towarzysząca Facebookowi aplikacja Messenger. Powtarzam to często: Facebook Messenger to czyste zło, które należy omijać szerokim łukiem. Jeśli Facebook to „miękkie dragi”, to jego komunikator jest istną heroiną social media.

 

Dealer tej groźnej substancji, platforma Zuckerberga, po tym jak użytkownicy jej „niezobowiązująco spróbowali” kilka lat temu, zmusiła ich do korzystania z aplikacji Messenger w prywatnej komunikacji, o czym być może nie pamiętają, w przekonaniu, że mają wolną wolę z jej używaniu. Z kolei wszyscy ci, którzy zaczęli używać Messengera bez zakładania profilu na głównej platformie Facebooka, od niedawna muszą to zrobić, jeśli dalej chcą korzystać z komunikatora. Tłumaczenie jest mniej więcej takie: „bo i tak większość użytkowników Messengera wchodziła przez Facebooka”. Kto chce, niech takie „wyjaśnienia” kupuje. Ja to nazywam oszustwem, bo w jakiej sytuacji są teraz ludzie, którzy nie chcieli używać Fejsa a lekki komunikator im się spodobał. O tym, że pachnie to brzydko chęcią oskubania i tak śledzonych na każdym kroku z jeszcze większej ilości prywatnych danych, nie chce mi się nawet wspominać.

 

Samą koncepcję tej apki można by opisać jako dążenie do stworzenia odrębnej, wyspecjalizowanej platformy komunikacyjnej (w odróżnieniu od „ogólnego” Facebooka, gdzie wielu użytkowników nauczyło się co nieco kontrolować dane lub wręcz ograniczyło aktywność), do wchodzenia głębiej w prywatność i wyciągania więcej z osobistych szczegółów życia użytkowników. Jest to bowiem oferta dla szukających bardziej „prywatnej” komunikacji. Szatańska strategia, jeśli zdajesz sobie sprawę, gdzie Zuckerberg i jego ludzie mają twoją prywatność.

 

Jasne. Możemy powiedzieć, że jeśli nie udowodnimy Fejsowi, że wszystko w Messengerze nagrywa, rejestruje i śledzi, to zarzuty są bezpodstawne. Jeśli chodzi o mnie, to tezę o braku zainteresowania Facebooka tymi danymi kładę między bajki, nie tylko dlatego, że już wiele razy złapano go za sięgającą po cichu po nasze wrażliwe dane, rękę, ale dlatego, że wysysanie prywatnych danych to podstawa egzystencji błękitnego „f”, tak jak podstawą egzystencji i naturą wampira jest picie krwi. Bez zasysania i trawienia naszych prywatnych danych, Facebook jako taki nie może istnieć.

 

Na początku sierpnia 2019 roku serwis Bloomberg News opublikował artykuł opowiadający o tym, jak Facebook zlecił firmie zewnętrznej transkrybowanie rozmów audio prowadzonych za pośrednictwem aplikacji Facebook Messenger. Projekt, jak podawano oficjalnie, ma na celu sprawdzenie poprawności algorytmu automatycznej transkrypcji, a firma twierdzi, że wszyscy użytkownicy, którzy zdecydowali się na korzystanie z usługi transkrypcji, byli tego świadomi i powiadomieni. Tak jak zwykle platforma Zuckerberga jest „kryta” za pomocą systemu zezwoleń udzielanych aplikacji przez użytkowników. Pozostaje tylko dziwne, albo wcale nie tak dziwne, wrażenie, że firma doskonale wie, że użytkownicy nie wszystko rozumieją w tych mechanizmach, czytają niedokładnie a w końcu nie ogarniają konsekwencji udzielanych zezwoleń. I na to właśnie firma liczy. Tak jak dealer, który zawsze podkreśla, że „to wyłącznie twój wybór, czy zażyjesz czy nie”.

 

Pozwól sobie zrobić krzywdę

 

Tak przy okazji drodzy użytkownicy Messengera. Poniżej podam listę (niepełną) rzeczy, na które pozwoliliście tej aplikacji, decydując się na jej instalację i używanie. Niech każdy powie, tak szczerze – o których z nich nie mieliście pojęcia przed zapoznaniem się z nią, a nad którymi w ogóle się zastanawialiście?

 

Podaję przy niektórych punktach kilka słów komentarza o możliwym wykorzystaniu tych możliwości w razie infekcji złośliwym oprogramowaniem, dystrybuowanym przez dobrze znane i często widziane wirusy.

 

A zatem:

 

– Pozwolenie aplikacji na zmianę statusu połączenia sieciowego.

 

– Pozwolenie aplikacji na nawiązywanie połączeń z numerami telefonicznymi bez ingerencji użytkownika. W razie infekcji wirusem, może to skutkować nieoczekiwanymi, czasem wysokimi opłatami za połączenia z płatnymi usługami.

 

– Pozwolenie aplikacji na wysyłanie wiadomości SMS. Jak wyżej. Malware może sporo zarobić na użytkowniku Messengera.

 

– Pozwolenie aplikacji na nagrywanie dźwięku za pomocą mikrofonu, bez potwierdzenia ze strony użytkownika. Szpiedzy i innego rodzaju inwigilatorzy lubią to.

 

– Pozwolenie aplikacji na wykonywanie zdjęć i nagrywanie filmów za pomocą telefonu. Jak wyżej. Szpiedzy zapewne docenią wzbogacenie materiału audio, zdjęciami a nawet filmami.

 

– Pozwolenie aplikacji na odczytywanie rejestru połączeń telefonicznych, w tym danych dotyczących połączeń przychodzących i wychodzących. To prawdziwe konfitury dla spamerów i dla autorów wirusów, którzy danych tych używają do dalszej dystrybucji swoich „produktów”.

 

– Aplikacja może odczytywać dane o kontaktach zapisanych w telefonie, w tym informacje o częstotliwości połączeń, wysyłania wiadomości e-mail lub komunikowania się w inny sposób z określonymi osobami.

 

– Pozwolenie aplikacji na odczytywanie informacji o profilu osobistym użytkownika przechowywanych w jego urządzeniu, w tym takich danych takich jak jego imię i nazwisko oraz informacje kontaktowe. Oznacza to, że aplikacja może identyfikować użytkownika i może wysyłać informacje o jego profilu do innych podmiotów.

 

– Pozwolenie aplikacji na uzyskanie dostępu listy kont zarejestrowanych w telefonie. Może ona obejmować wszystkie konta utworzone w innych zainstalowanych aplikacjach.

 

Pozwolenia udzielane Messengerowi sięgają nawet pendrive’ów podłączanych do urządzeń, bo aplikacja chce mieć prawo do odczytu i modyfikacji ich zawartości. Oczywiście sprawa ogólnie jest nieco bardziej złożona, bo jest coś takiego jak zezwolenia systemu operacyjnego urządzeń, Androida czy iOS, które nakładają się na wymagania apki. Jeśli w urządzeniu nie pozwolimy na rozpoznawanie lokalizacji, to aplikacja tego nie zrobi itd.

 

Trzeba założyć, że wszystkich tych zezwoleń udzielamy wirusom, które dystrybuują się przez bezrefleksyjne klikanie w rozsyłane przez znajomych równie bezrefleksyjnie klikających w co popadnie. Pół biedy, jeśli wirusowość polega na samonapędzającej się dystrybucji tego spamu. Gorzej, jeśli klikanie załadowuje do urządzenia dodatkowy „towar” np. głośne niedawno szpiegowskiego trojana Pegasus. Tak dla jasności, nic nie wiadomo, aby Pegasus był dystrybuowany przez Facebook Messengera, ale co do zasady jest to możliwe a poza tym złośliwe oprogramowanie to nie tylko ten izraelski produkt, ale miliony innych, mogących szkodzić na setki znanych lub nieznanych sposobów.

 

Facebook tłumaczy, że wiele podobnych do Messengera aplikacji również zyskuje dostęp do kamer urządzenia czy mikrofonu. Przy jego reputacji jednak trudno, by tego rodzaju argumentacja uspokajała. Jeśli znamy kogoś jako kieszonkowca-recydywistę, to nie jest nam łatwo uwierzyć, że jeździ autobusami z tych samych powodów, dla których tłoczą się w nich inni.

 

Warto trwale w głowie zapisać sobie jedną fundamentalną prawdę – cały model biznesowy Facebooka opiera się na tym, że ludzie gotowi są, najczęściej z niewielką tego świadomością, iść na ustępstwa w kwestii prywatności. Podobnie jak biznes narkotykowy jest oparty na założeniu, że ludzie chcą być na haju, niezależnie od tego jak dostępna jest na forum publicznym wiedza o szkodliwości tych substancji i nałogu. Zapewnienia Marka Zuckerberga, takie jak te wygłoszone podczas ubiegłorocznej konferencji F8, jakoby „przyszłość to prywatność” to tzw. „głodne kawałki” dla najdelikatniej mówiąc, najbardziej naiwnej części publiki. Dealer może ci powiedzieć, że proponuje ci „zdrowe i nie uzależniające” substancje. Możesz nawet w to uwierzyć, ale nie zmieni to prawdy o tobie i dealerze.

 

Jeśli Facebook mówi prawdę – wygrywam, jeśli kłamie – też wygrywam

 

Analogie do syndromu narkotykowego i innych rodzajów uzależnień nie są w przypadku nałogu social media bezpodstawne. W opisach naukowych pojawiają się podobne wątki i rozważania jak w literaturze poświęconej uzależnieniom, choć badacze nie chcą jeszcze ostatecznie wyrokować, czy korzystanie z mediów społecznościowych powoduje np. depresję, czy też jest może tak, że ludzie ze skłonnościami do depresji chętniej zanurzają się w cyfrowym świecie. W publicystyce zachodniej znane jest pojęcie „social media depression”, które nie ma jeszcze charakteru naukowego. Opisuje cały kompleks stresów i frustracji konsumenta internetu. Od napięcia spowodowanego brakiem mobilnego zasięgu, huśtawki nastrojów spowodowanych przerwami z działaniu sieci aż po osamotnienie, gdy w twojej sieci społecznościowej nie masz odzewu i interakcji, nikt nie komentuje, nie lubi i nie udostępnia.

 

Psycholog Jim Daley w artykule opublikowanym w 2018 r. w „The Huffington Post” nazwał ten syndrom jeszcze inaczej – DA, „disconnectivity anxiety” („diskonektofobia”?).  Choć nie jest to jeszcze oficjalnie zaburzenie psychiczne, Daley uważa, że problem narasta. „DA wiąże się narastaniem negatywnych emocji, takich jak strach, złość, frustracja, rozpacz i fizyczne cierpienie. Jedyną ulgę, choć krótkotrwałą, daje przywrócenie połączenia z internetem”. Wcześniej Holly Shakya z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego i profesor z Yale Nicholas Christakis spędzili dwa lata badając ponad pięć tysięcy pełnoletnich ludzi, z próby badawczej Gallupa, a wyniki swoich badań opublikowali w 2017 r. Naukowcy śledzili sposób korzystania przez nich z Facebooka, konfrontując te badania z diagnozami ich samopoczucia emocjonalnego i fizycznego, a także wskaźnikiem masy ciała (BMI). „Nasze wyniki wykazują, że chociaż ogólnie sieci społecznościowe były pozytywnie kojarzone, nie dotyczyło to Facebooka,” podsumowali badacze w artykule, który ukazał się w „Harvard Business Review”. „Negatywne wyniki były szczególnie wyraźne, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne”.

 

Dlaczego Facebook jest tak bardzo niekorzystny dla naszej równowagi emocjonalnej? Jeszcze wcześniejsze badania sugerowały, że serwisy te stwarzają coś w rodzaju fałszywej presji na użytkownika ze strony innych członków społeczności. Ponieważ większość ludzi unika publikowania na platformie negatywnych treści lub informacji o stresujących przeżyciach, sieć społecznościowa kreuje mylący obraz środowiska, w którym każdy wydaje się radzić sobie lepiej i mieć więcej frajdy z życia niż ty. Jak zauważają badacze, ekspozycja wyselekcjonowanych, mających „wizerunkowy” i „promocyjny” charakter, obrazów z życia innych ludzi prowadzi do porównań stawiających nasze doświadczenie życiowe w negatywnym świetle.

 

A co z magiczną zdolnością Facebooka łączenia z przyjaciółmi i rodziną, na dowolne odległości? Także to, jak wynika z badań, nie działa dobrze. Zastępowanie rzeczywistych, spotkań, rozmów, bliskości i intymności, komunikacją przez social media, nie zbliża ludzi, lecz prowadzi do dalszej alienacji. Ludzie „wytrenowani” w takich formach komunikacji, gdy się w końcu spotykają, nie potrafią odłożyć swoich telefonów i cieszyć się realnym kontaktem z drugim człowiekiem. Przecież dobrze znamy obrazki grona ludzi siedzących przy jednym stole i wgapiających się z w ekrany swoich smartfonów zamiast ze sobą rozmawiać.

 

Większość skłonna jest przyznać, że nawet jeśli społeczności takiej jak Facebook są narkotykiem, to raczej z tych lekkich, mniej wciągających i uzależniających. W świetle niektórych badań, które wskazują, że zew społeczności internetowych bywa dziś wśród młodzieży silniejszy niż popęd seksualny, trzeba chyba spojrzeć na to inaczej. Informowali o tym naukowcy z Uniwersytetu w Chicago już w 2012 roku, po przeprowadzeniu testów na grupie badawczej z Niemiec. Badania wykazały, że korzystanie z social mediów należy do najsilniejszych popędów współczesnych ludzi, znajdując się w tej samej grupie co seks, spanie, picie alkoholu lub palenie papierosów. W tym samym roku naukowcy z Uniwersytetu w Bonn wysunęli przypuszczenie, że za uzależnienie od Internetu odpowiada gen CHRNA4, ten sam, który stoi za nałogiem nikotynowym.

 

Nawet niektórych przedstawicieli Facebooka zaczął w końcu przerażać potwór, którego stworzyli. W 2017 Chamath Palihapitiya, były wiceprezes Facebooka, powiedział: „Krótkotrwałe, napędzane dopaminą pętle zwrotne, które stworzyliśmy w Facebooku, niszczą społeczeństwo, jakie znamy. Brak dyskursu obywatelskiego, brak współpracy, dezinformacja, błędy”. Podczas wystąpienia na Uniwersytecie Stanforda mówił też o „pielęgnowaniu naszego życia na podstawie społecznościowych wyobrażeń o doskonałości” i „natychmiastowych nagrodach – sygnałach społecznościowych, serduszkach, lubisiach, kciukach do góry” które otrzymujemy. „Chętnie i bezkrytycznie łączymy to wszystko z wartościami i z prawdą, choć to tylko krótkotrwała i niemal natychmiast przemijająca popularność. Gdy zastrzyk dopaminy instant przestaje działa, zostaje pustka,” podsumował Palihapitiya.

 

Napisałem na początku, że jeśli ktoś nie umie, nie powinien korzystać z Facebooka, Messengera i podobnych. Z późniejszych rozważań wynika, że wielu, zapewne ogromna większość, MUSI korzystać, bo jest uzależniona i ma cały kompleks o psychiatrycznym nieomal charakterze na tym punkcie.

 

Czy jest w ogóle możliwe bezpieczne zażywanie social mediów? Ja osobiście wierzę, że tak. Wierzę, że jeśli nie będę w ogóle używał inwazyjnego Messengera a z publicznie widocznych działań na Facebooku całkowicie eliminował prywatną stronę swojego życia, to sobie nie zaszkodzę. Odstawiłem kiedyś Facebooka na ponad rok i nie była mi potrzebna specjalistyczna opieka. Powróciłem, bo miałem w tym określony cel i plan, bez związku z życiem prywatnym.

 

Wierzę więc, że w moim przypadku nie jest to nałóg. Wierzę, że Facebook wie o mnie dokładnie to, co ja chcę, aby o mnie wiedział. Jeśli tak rzeczywiście jest, to w moim pojęciu znaczy, że umiem korzystać z tego serwisu. Jest tak, jeśli błękitna platforma mówi prawdę i robi tylko to, o czym oficjalnie zapewnia. Jeśli się mylę i Facebook w rzeczywistości wie znacznie więcej, to i tak w pewnym sensie wygrywam, bo potwierdziłoby to moje najgorsze podejrzenia wobec Zuckerbergowej platformy, czyli wszystko to do czego się nie przyznaje. W tym sensie też jestem do przodu, bo mam satysfakcję, że słusznie podejrzewam kłamstwo Facebooka.

 

Mirosław Usidus

Rozmowa za płotem – ks. ARTUR STOPKA o mediach katolickich w czasie kryzysu w Kościele

Czy w diecezjalnym tygodniku albo w kościelnej stacji radiowej można skrytykować biskupa? Albo przynajmniej wytknąć błąd jakiemuś księdzu lub kościelnej instytucji? To bardzo ważne pytania dla Kościoła katolickiego w Polsce. W ich tle stoi poważny problem: jaką rolę mają do spełnienia w obecnej sytuacji katolickie media w Polsce?

 

Nie trzeba być ekspertem, żeby zauważyć, że liczba kłopotów, z którymi musi się obecnie mierzyć Kościół w naszym kraju (zarówno jako wspólnota ludzi złączonych wiarą, jak i jako instytucja) jest spora. Coraz liczniejsze analizy mówią o nadchodzącym, a nawet już trwającym kryzysie. Coraz częściej sięgają po to słowo również komentatorzy określani jako „katoliccy”. Tyle, że te ich wypowiedzi (z niewielkimi wyjątkami) pojawiają się w mediach wcale z Kościołem nie związanych. Czy to oznacza, że należy je traktować jak głosy z zewnątrz? Jako element medialnej nagonki na Kościół, o której można raz po raz usłyszeć z ust także jego bardzo wysokich rangą przedstawicieli? Przyjęcie takiej interpretacji jest wygodne. Ale niekoniecznie oddaje stan faktyczny.

 

Rozmowa i wolność

 

Jednym z najpoważniejszych problemów dotykających Kościół w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach jest brak wewnętrznej rozmowy. Na dodatek jest to problem bardzo bagatelizowany. Mało kto go w ogóle dostrzega i wskazuje dialog, jako środek zaradczy w sytuacjach kryzysowych Kościół dotykających. Na szczęście są wciąż w Polsce katolicy, którzy potrzebę rozmowy o Kościele dostrzegają i chcą w niej wziąć udział. Jednym z naturalnych miejsc do jej prowadzenia wydają się katolickie, a zwłaszcza należące do Kościoła, media.

 

Kościół wciąż może się pochwalić sporą ich ilością, szczególnie tzw. mediów tradycyjnych. Jednak wystarczy rzucić okiem na ich zawartość, aby zauważyć, że niewiele tam wewnątrzkościelnego dialogu, rzetelnych debat, poważnych dyskusji o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Kościoła na polskiej ziemi, ścierania się różnych koncepcji, ocen, propozycji. Można odnieść wrażenie, że nie są one zainteresowane nie tylko uczestnictwem w tej rozmowie, ale nawet udostępnianiem na nie miejsca i czasu. Taka sytuacja może rodzić pytania o zakres rzeczywistej wolności słowa w Kościele w Polsce.

 

Blisko, ale…

 

Efekt jest do przewidzenia. Ci, którzy chcą o Kościele rozmawiać, korzystają z innych środków komunikowania. W rezultacie faktyczna rozmowa o realnych problemach Kościoła w naszej Ojczyźnie toczy się w formie mocno okrojonej, by nie powiedzieć, szczątkowej, w świeckich mediach. Toczą ją w przeważającej mierze katolicy, którzy nie mogą znaleźć miejsca w kościelnych mediach. Nie prowadzą jej całkowicie poza Kościołem, ale jednak nie bezpośrednio na jego terenie. Można powiedzieć, że są blisko, ale jednak za płotem.

 

Odrobinę inaczej wygląda sytuacja w będących w dyspozycji Kościoła tzw. nowych mediach. W Internecie zdarzają się firmowane przez kościelne instytucje miejsca, gdzie podejmowane są z mniejszym lub większym zaangażowaniem próby rozmowy. Są to jednak inicjatywy zasługujące na miano jaskółek, które mogą, ale nie muszą zwiastować wiosnę i gwałtowną odwilż w całej pozostałej sferze komunikacyjnej, którą dysponuje Kościół w Polsce.

 

Trzeba też zauważyć, że nie wszystkie media uważane za katolickie w Polsce są własnością instytucji kościelnych. Istnieją też inicjatywy funkcjonujące poza jego strukturami. Ich głos jednak w niewielkim stopniu przebija się do świadomości większości katolików.

 

Wyjście

 

Kto jest dzisiaj w Polsce adresatem katolickich, a zwłaszcza kościelnych mediów? To podstawowe pytanie, ponieważ odpowiedź na nie pozwala zrozumieć ich rzeczywistą sytuację. Łatwo zauważyć, że głównie kierują się one do systematycznie praktykujących katolików. Szczególnie dobitnie widać to w sferze czasopism. Znaczna część ich nakładu sprzedawana jest w niedziele w kościołach wiernym wychodzącym po Mszy św. Co prawda są one dostępne także w innych sieciach dystrybucji, ale to sprzedaż w parafiach stanowi podstawę ich egzystencji. Równocześnie ten fakt definiuje głównego odbiorcę ich treści i wyznacza misję, którą starają się wypełnić. Tą misją jest przede wszystkim umacnianie w wierze i w pewnych utrwalonych wzorcach postępowania.

 

To jeden z bardzo ważnych elementów ewangelizacyjnego zadania Kościoła. Jednak nie jedyny. Potrzebne, a raczej niezbędne jest również to, o czym od pierwszych dni swego pontyfikatu mówi papież Franciszek – wyjście na zewnątrz. Dotarcie do tych, którzy z różnych przyczyn znaleźli się na obrzeżach Kościoła lub poza nim. Kościół jest ze swej natury misyjny i nie może ograniczać się jedynie do działań na rzecz zachowania i konserwacji „stanu posiadania”. Musi głosić Dobrą Nowinę wszystkim, nie tylko tym, którzy już ją znają i w różnym stopniu wpływa ona na ich codzienne życie. Dotyczy to również będących w gestii Kościoła mediów.

 

Nie tylko przekaz

 

Aktualny Następca św. Piotra świetnie zdaje sobie z tego sprawę i od dawna prowadzi działania zmierzające do gruntownej reformy i przebudowy mediów watykańskich. Minione lata jego pontyfikatu pokazują, jak trudne jest to zadanie i jak liczne opory trzeba pokonać. Franciszek wprost mówi, że media nie są dzisiaj dla Kościoła narzędziem przekazu, lecz są narzędziem komunikacji. Świadczy o tym nie tylko nazwa utworzonej przez niego w czerwcu 2015 r. nowej Dykasterii ds. Komunikacji Stolicy Apostolskiej. Świadczą o tym również gorące dyskusje, jakie wywołują materiały publikowane np. w „L’Osservatore Romano”. Na przykład te dotyczące kobiet w Kościele.

 

Jeśli z nadchodzącego (wg jednych) lub już obecnego (wg innych) kryzysu Kościół katolicki w Polsce ma wyjść wzmocniony, a nie osłabiony, niezbędne jest zweryfikowanie dotychczasowego sposobu traktowania posiadanych przez niego mediów i odkrycie, że są one w swej istocie narzędziem komunikacji, a więc nie tylko mówienia, lecz również słuchania. Potrzebne jest całościowe spojrzenie na kościelne i inne katolickie media, odejście od ambicjonalnych rywalizacji o tego samego odbiorcę, docenienie mediów o wydawałoby się niewielkim zasięgu, ale znacznym oddziaływaniu.

 

 

Nie ma czasu

 

Przede wszystkim konieczne jest przyjęcie do wiadomości, że w nadchodzącym czasie ewangelizacyjna rola mediów (zwłaszcza nowych mediów) będzie rosła i potrzeba jest dalekosiężna strategia korzystania z ogromnych możliwości docierania z Ewangelią i prowadzenia ludzi do Jezusa Chrystusa, jakie one niosą ze sobą. Nie ma już czasu na indywidualne eksperymentalne inicjatywy. Trzeba po prostu szeroko pojętą sferę komunikacyjną uwzględniać zarówno w dorocznych, jak i długofalowych programach duszpasterskich.

 

Brzmi to trochę urzędowo, ale im szybciej na poziomie decyzyjnym w Kościele w Polsce pojawi się zrozumienie dla znaczenia, jakie zmieniające się sposoby międzyludzkiej komunikacji mają dla realnego wypełniania ewangelizacyjnej misji, tym większa szansa, że w przyszłości nie trzeba się będzie tłumaczyć z poważnego grzechu zaniedbania w tej sferze.

 

Artur Stopka

 

Kuszące miliardy od Putina – WOJCIECH POKORA o inwazji propagandowej Rosji

Przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin uważa, że to nie przypadek, iż w Polsce powstały obozy zagłady. Było to, jego zdaniem, ułatwione przedwojenną atmosferą w Polsce, która torowała drogę do późniejszego ludobójstwa. Dlatego dzisiaj Polski rząd musi przeprosić Żydów i cały świat. Bzdura? Oczywista, ale ważne kto w nią uwierzy. Wcześniej Władimir Putin obciążył Polskę odpowiedzialnością za wybuch II wojny światowej. Spotkało się to ze zdecydowaną reakcją władz naszego kraju. Rodzi się tu pytanie, czy tak powinno wyglądać kształtowanie polityki historycznej w przekazie medialnym?

 

To, że Polska powinna reagować na jawne kłamstwa to fakt. I czasem, jak w przypadku wypowiedzi Putina, dobrze gdy odpowie mu premier. Jednak kłamstwa na temat Polski, w tym historyczne, sączone są do przestrzeni medialnej każdego dnia. Czy ktoś powinien na nie reagować? Jeśli tak, to kto? Premier? Parlamentarzyści? Historycy? A może dziennikarze?

 

Niespełna miesiąc temu na Twitterowym koncie telewizji Euronews pojawił się quiz w następującym brzmieniu: „Polska i Rosja wzajemnie oskarżają się o współpracę z hitlerowskimi Niemcami, czyjej <<prawdzie>> o II Wojnie Światowej wierzysz bardziej?”. Tym razem wygrała prawda i ponad 50% internautów opowiedziało się za Polską. Czy jednak twórcom tego typu testów chodzi o dotarcie do prawdy czy wrzucenie w przestrzeń medialną siejących wątpliwość stwierdzeń? Historia staje się relatywna, a fakty są przyjmowane na wiarę? Czy chodzi bardziej o efekt – już gdzieś czytałem, że Polska jest oskarżana o współpracę z Niemcami? Może jednak jest, skoro tak jest napisane w wielu miejscach? Przy okazji pojawia się pytanie, ile osób ma świadomość, że Euronews, będąca finansowana w dużej mierze przez Unię Europejską, jest stacją prorosyjską?

 

4 stycznia na tym samym koncie w mediach społecznościowych pojawiła się kolejna sonda – „W Polsce pakt Ribbentrop-Mołotow nazywa się <<sojuszem Hitlera i Stalina, który doprowadził do ohydnych zbrodni>>. W Rosji mówią, że jest to wymuszony krok, który opóźnił II wojnę światową o 2 lata. Twoim zdaniem ten pakt … Wymuszony krok, czy sojusz Stalina z Hitlerem?” Czy to przypadek? Zabawa obsługującego profil na Twitterze dziennikarza czy przygotowana i opłacona przez kogoś akcja? Skłaniam się ku drugiej opcji.

 

Ta narracja pojawia się w Rosji nie od dzisiaj – mówił już w 2018 roku Wojciech Mucha, szef publicystyki Gazety Polskiej i jeden z twórców polskiego Stop Fake. – Już w okresie II Rzeczpospolitej przyczepiano Polsce łatkę państwa agresywnego. Narracja ta jest utrzymana na rynek wewnętrzny, do odbiorcy wewnętrznego. Ma ona pokazać Rosję jako kraj, który zawsze walczył z faszyzmem, niezależnie czy to był faszyzm niemiecki, włoski czy jak chcą Rosjanie faszyzm polski. Niestety te informacje powtarzane są przez media w Polsce, czy raczej przez polskojęzyczne przekaźniki, takie jak chociażby portal Sputnik czy inne zarządzane przez ludzi związanych z Federacją Rosyjską ośrodki dezinformacji. Jest to obliczone na dezinformację, dzielenie społeczeństwa czy wreszcie na wprowadzenie zamętu. Zamęt jest po to, żebyśmy o tym mówili, żebyśmy się sprzeciwiali tak, by ten temat był jak najdłużej nośny.

 

Żeby propaganda była skuteczna musi być wspierana przez jakiś silny i bogaty ośrodek. W przypadku Federacji Rosyjskiej jest to aparat państwowy. Szacuje się, że w 2020 roku Kreml przeznaczy na wsparcie mediów propagujących rosyjską narrację nawet 1.3 mld euro! 300 mln euro trafi z tej puli do RT – rosyjskiej stacji telewizyjnej należącej do RIA Nowosti, tzw agencji informacyjnej, która sięga swoimi korzeniami 24 czerwca 1941 roku, gdy Rada Komisarzy Ludowych ZSRR i Komitet Centralny Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) utworzyły Sowinformbiuro. W 1944 w ramach Sowinformbiura powstało specjalne biuro propagandy dla krajów zagranicznych. W 1961 roku przekształcono je w Agencję Prasową „Novosti” a następnie w RIA Novosti. Jak widzimy, nawet historycznie ta pseudoagencja z podległymi jej podmiotami predestynowana jest do uprawiania propagandy. RIA Novosti miała chwilową przerwę w funkcjonowaniu w 2013 roku. Wówczas Władimir Putin kazał ją zlikwidować tworząc w jej miejsce agencję Rossija siegodnia. Agencję powołał dekretem w sprawie podwyższenia poziomu efektywności państwowych środków masowego przekazu. W 2014 roku RIA Novosti wznowiła działanie, a Rossija siegodnia uruchomiła zaś inną, znaną także w Polsce agencję – Sputnik. W polskiej redakcji Sputnika pracuje propagandysta Leonid Sigan. Jak czytamy w jego notce biograficznej na portalu Sputnik: „W 1943 roku 20-letni student Moskiewskiego Instytutu Stali Leonid Sigan w wyniku konkursu został pierwszym speakerem rozgłośni Związku Patriotów Polskich w Związku Radzieckim. Polski znał, był bowiem wychowankiem Liceum Krzemienieckiego. Po likwidacji tej rozgłośni Leonid Sigan podjął pracę w tym samym charakterze w polskiej redakcji Radia Moskwa. W swej radiowej karierze szczyci się faktem, że to jemu przypadł w udziale zaszczyt jako pierwszemu odczytać komunikat, że 17 stycznia 1945 roku została wyzwolona Warszawa. Przez kilka lat Leonid Sigan łączył zawód speakera i reportera. Już jako korespondent relacjonował kontakty radziecko-polskie na najwyższym szczeblu. W 1964 roku został kierownikiem polskiej redakcji Radia Moskwa. Nadal występuje z komentarzami, dziennikarstwo uprawia i po dziś dzień jako komentator Sputnika. Leonid Sigan ma tytuł „Zasłużonego dla kultury polskiej”, tytuł zasłużonego działacza kultury Federacji Rosyjskiej”.

 

W wielu krajach europejskich pracownicy telewizji RT i agencji Sputnik już dawno zostali zdemaskowani jako propagandyści. We Francji nie wpuszcza się nikogo z RT do Pałacu Elizejskiego a na początku 2020 roku Estonia zakazała działalności Sputnikowi. W Polsce nadal są niestety politycy, także czynni parlamentarzyści, którzy Sputnikowi udzielają obfitych komentarzy. I tu szukać trzeba źródeł powodzenia projektów dezinformacyjnych. W wojnie polsko-polskiej. Badania pokazują bowiem, że fake newsy rozpowszechnia się coraz częściej świadomie. Działa tu mechanizm „dokopania” konkurentom politycznym. I nie dotyczy on niestety jedynie polityków, ale także, a może przede wszystkim ich kibiców, czyli wyborców. W tak spolaryzowanym społeczeństwie jak polskie, bardzo łatwo grać tym narzędziem. Więc zainteresowane strony, w tym Rosja, chętnie nim grają. Gdy dodamy do tego armię trolli, nie trudno o skuteczny efekt.

 

Wracając do postawionego na początku pytania, kto ma przeciwdziałać propagandzie i dezinformacji, na którą wydawane są miliardy euro? Wydawać by się mogło, że w obliczu takiej skali problemu my nic z tym zrobić nie możemy, musi to robić państwo. Ale jak? Poprzez komunikaty premiera? Bez szans. Jednak państwo ma w tym zakresie narzędzia. Najważniejszym jest edukacja. Eksperci na całym świecie wskazują, że społeczeństwo świadome zagrożeń doskonale im się przeciwstawia. Zresztą, nie trzeba do tego zachodnich ekspertów by wiedzieć, że w obliczu wojny ważne jest by nie mieć V kolumny we własnych szeregach. Społeczeństwo, które nie jest edukowane medialnie, niewątpliwie jest łatwym celem medialnych ataków. Szczególnie w erze mediów społecznościowych, w których każdy nie tylko dystrybuuje ale także tworzy informację. Z jakiegoś powodu jednak postulaty wielu środowisk, w tym dziennikarskich, by wprowadzić edukację medialną na wszystkich szczeblach edukacji trafiają w próżnię. Nie tylko w Polsce. Dlaczego? Drugą skuteczną metodą zwalczania dezinformacji jest sumienna praca dziennikarzy. Powrót do podstawowych zasad dziennikarskiego ABC. Sprawdzanie i weryfikowanie każdej informacji, którą przekazujemy dalej oraz bezstronność w przygotowywaniu materiałów. Nie wspomnę o służbie prawdzie bo to zabrzmi jak truizm. Nie ma innej metody. Gdy my będziemy stosować te metody to żaden polityk czy użytkownik Internetu nie powieli po nas fake newsa, a to już całkiem wiele. Gdyby udało się od dezinformacji uwolnić media, uwolnienie od niej reszty medialnej przestrzeni byłoby tylko kwestią czasu. Ale te miliardy euro zbyt kuszą, prawda?

 

Wojciech Pokora

Putina atakować Pileckim  – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o tym jak media mogą walczyć z kremlowskim kłamstwem

Najpierw spytajmy: kto powinien na kłamstwa Putina odpowiadać? To oczywiste: polskie państwo, Rzeczpospolita. W jaki sposób? Kompleksowy. Państwo, jego urzędy i instytucje, a także jakże istotny i niezbędny składnik – media muszą prowadzić coś, co nazywane jest polityką historyczną, czy polityką pamięci.

 

Jest jednak jeden podstawowy warunek: do prowadzenia polityki historycznej niezbędne jest zdefiniowanie wartości, które chce się kształtować. Określenie, jakie tradycje, wydarzenia i ludzie z przeszłości są godni promowania i naśladowania. Z drugiej strony konieczne jest ustalenie, do jakich wartości nie należy się odwoływać. Jeśli zatem jesteśmy w stanie zdefiniować, kto jest naszym bohaterem narodowym, powinniśmy też umieć wskazać, kto jest antybohaterem. Odwołując się do II wojny światowej i okresu następującego zaraz po nim, ujmę to tak: bohaterami są polscy Niezłomni (żołnierze, działacze polityczni i niepodległościowi), którzy kontynuowali walkę z sowieckimi oprawcami, czerwonymi bestiami.

 

Honory dla Baumana

 

Nie zawsze jednak Rzeczpospolita prowadziła spójną politykę historyczną. Przejawiało się to m.in. tym, że bohaterowie nie byli obdarzani należnym szacunkiem, a mordercy i zdrajcy nie byli napiętnowani. Przykłady można mnożyć. To były minister kultury Bogdan Zdrojewski, który z jednej strony oddawał hołdy stalinowskiemu zbrodniarzowi Zygmuntowi Baumanowi, a z drugiej strony jego resort odmówił dotacji na Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Taka polityka była poniekąd logiczna: bohaterom mówiło się „nie”, a zdrajcom polskiej sprawy „tak”. Media lewicowo-liberalne wychwalały Baumana, przeprowadzając z  nim wywiady, jak np. 16 lipca 2016 r. „Gazeta Wyborcza” („Zygmunt Bauman: Nadzieja, miłość i papierosy”).

 

Nie lepiej było w sferze kultury. Polski Instytut Sztuki Filmowej, który dotował takie filmy jak „Pokłosie” czy „Ida”, a żałował środków na produkcje opowiadające o polskich bohaterach (fundusze trzeba było zbierać do kapelusza). Podobnie TVP, która kupowała seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”. To dowodziło braku polityki historycznej albo inaczej: prowadzenia polityki historycznej, tylko że antypolskiej. I znów lewicowo-liberalne media przyklaskiwały tym pomysłom. W rozmowie z TVP Info (23 luty 2015 r.) ówczesny prezydent Bronisław Komorowski po otrzymaniu przez „Idę” Oscara stwierdził: „Dzisiaj jest szczególny dzień. Ważny dla wszystkich, którzy chcą dostrzegać ten niebywały postęp, jaki dokonuje się w zakresie promocji Polski, promocji polskiej kultury i dostępności do wiedzy o Polsce dla całej reszty świata”. Antypolska „Ida” była promocją Polski także dla ówczesnej premier Ewy Kopacz, która z okazji przyznania nagrody przez Amerykańską Akademię Filmową nagrała filmik z gratulacjami.

 

W ostatnich dniach TVP Info dzieliło się z widzami pomysłem zupełnie innym. Zaproszeniem przez wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła przedstawicieli Komisji Weneckiej do Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Placówka ta powstaje decyzją rządu Zjednoczonej Prawicy. Przez wcześniejsze lata III RP nie było to możliwe, prócz kabaretowych deklaracji wspomnianego już prezydenta Komorowskiego czy ówczesnego ministra Marka Biernackiego, że wystarczy w czynnym więzieniu wygospodarować jakąś salę i wstawić tam kilka gablot.

 

Antidotum Pilecki

 

A czy promowanie przez Bronisława Komorowskiego – także za pośrednictwem przychylnych mu mediów  takich osób jak dyktator stanu wojennego Wojciech Jaruzelski licowało z polską polityką historyczną? Czy wpisywało się w nią również czapkowanie wrogowi Polski i Polaków – oficerowi Wehrmachtu Clausowi von Stauffenbergowi? Czy też działalność Kapituły Orderu Orła Białego, która w osobach: Władysława Bartoszewskiego, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztofa Skubiszewskiego, odmówiła tego najwyższego polskiego odznaczenia polskiemu bohaterowi najwyższej próby: Witoldowi Pileckiemu. A skoro mowa o rotmistrzu, to przejawem podobnej polityki było niezaproszenie jego rodziny na międzynarodowe obchody 70. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Protestowałem przeciwko temu w mediach, np. w „Super Expressie” (27 stycznia 2015 r.)

 

A jak ważny dla polskiej pamięci i walki o tę pamięć – również z Putinem – jest Pilecki, niech świadczy wypowiedź sprzed kilku dni byłego doradcy prezydenta Rosji (w latach 2000-2005) Andrieja Iłłarionowa: „Wydaje się, że jest to właśnie perspektywa ustanowienia Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – ku pamięci Witolda Pileckiego, niezrównanego bohatera ruchu oporu, który walczył o niepodległą Polskę, o uratowanie Żydów przed zagładą, o wolność całej ludzkości od przemocy i terroru, 25 maja, w dniu jego egzekucji dokonanej przez „polskie NKWD”, przede wszystkim przeraża Władimira Putina. To ona zmusza go do prowadzenia kampanii wojskowej dezinformacji nie tylko przeciwko bojownikom przeciwko tyranii, ale także przeciwko pamięci prawdziwych bohaterów tej walki”. Czyli – idąc tym tropem – Putina należy atakować Pileckim. W mediach, kinematografii (wielka polska superprodukcja o rotmistrzu szczęśliwie powstaje).

 

Kto ma to robić?

 

Oczywiście władze Rzeczpospolitej. I to się dzieje: w konsultowanym z prezydentem Andrzejem Dudą oświadczeniu premiera Mateusza Morawieckiego przeciw kłamstwom Rosji, w podobnie brzmiącej uchwale Sejmu RP. Na bieżąco powinny się tym zajmować takie instytucje, jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Instytut Pamięci Narodowej, czy Polska Fundacja Narodowa.

 

W końcu media. Powinny wspierać państwo, również w szlachetnym dziele polityki historycznej. Więcej, same mogłyby kształtować wartości patriotyczne. Przede wszystkim media publiczne, ale też komercyjnie. Przez większość lat III RP tak to niestety nie działało: w przekazie głównego nurtu takich treści próżno było szukać. Mainstream z zasady nie informował o wydarzeniach związanych z naszą historią (przełomowych momentach, rocznicach wydarzeń czy datach urodzin lub śmierci bohaterów). O 1 marca – Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych – też nie można było znaleźć choćby podstawowych wiadomości (jak w takim razie to młode – ustanowione w 2010 r. święto miało przebić się do zbiorowej świadomości Polaków?).

 

Często bywało tak, że podczas odbywających się jeszcze szczątkowo procesów komunistycznych zbrodniarzy byłem jedynym dziennikarzem. Bo tematy te uważano za „niebezpieczne” czy przynajmniej kontrowersyjne i jako takie celowo przemilczano. A jeśli już przemilczeć się nie dało, dziennikarze (a właściwie propagandyści) sięgali po inną broń: relatywizowanie i opluwanie. Podstawowy cel mediów: informowanie zastępowało dezinformowanie. Nakładają się na to problemy własnościowe, wobec czego aktualnym postulatem pozostaje repolonizacja mediów, tak aby docelowo włączyły się one w proces budowy świadomości historycznej i patriotycznej wśród Polaków.

 

Renesans wśród młodzieży

 

W Europie czy USA narodowa historia nie jest traktowana jako obciach. Nasi sąsiedzi – Niemcy czy Rosja – prowadzą własną politykę historyczną i są ze swojej historii dumni, szczycą się nią. Niestety ta polityka – szczególnie w przypadku Putina – jest bardzo często budowana na antypolskich kłamstwach.

 

Tylko Polakom przez te wszystkie lata wmawiało się (a robiły to w dużej mierze media), że nie warto „grzebać się” w przeszłości, że należy bezrefleksyjnie patrzeć w przyszłość. Ale dzięki śp. prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu kilka lat temu pojawiło się światełko w tunelu. Byłemu prezydentowi udało się stworzyć modę na patriotyzm wśród młodych Polaków. I tej tendencji nikt i nic już nie zatrzyma. A naszym obowiązkiem – polityków, dziennikarzy – jest wzmacnianie wartości patriotycznych i ducha narodowego wśród kolejnych pokoleń polskiej młodzieży. Zaczynając od zdefiniowania podstawowych wartości, takich jak dobro-zło, bohater-zdrajca, niepodległościowiec-okupant. I będąc uzbrojonymi w taką broń możemy – dzięki przychylnym mediom publicznym, a miejmy nadzieję również komercyjnym – odpowiadać na kłamstwa Władimira Putina.

 

Tadeusz Płużański

 

Dżentelmeni o danych nie dyskutują, dżentelmeni je znają – MIROSŁAW USIDUS o dziennikarstwie danych

Jest stara anegdota o człowieku na dachu swego domu, wśród strasznej powodzi, który modli się do Boga o ratunek. Odprawia jednak łódź a potem helikopter ratunkowy, twierdząc, że Bóg go uratuje. Podobnie do prasy i dziennikarzy znajdujących się również w niewesołej sytuacji Najwyższy kieruje rozmaite pomysły ratunkowe… np. tzw. data journalism, czyli dziennikarstwo danych. Czy ta nieoczywista pomoc od opatrzności zostanie przyjęta przez ludzi mediów?

 

Dziennikarstwo oparte na danych w nowoczesnym, opartym na wielkich mocach obliczeniowych, zaawansowanym oprogramowaniu analitycznym i wreszcie – niezwykłych narzędziach wizualizujących, które pozwalają przygotowane przez ludzi i system dane atrakcyjnie sprzedać – to ani jedyny, ani uniwersalny, ani tym bardziej „cudowny” sposób na odnowienie medialnego biznesu. Niewątpliwie jest to jednak ciekawy nurt innowacji.

 

Warto uświadomić sobie, że w cyberprzestrzeni coraz większa liczba nie tylko firm i organizacji, ale również zwykłych ludzi poszukuje nie tyle tekstów, artykułów, lecz danych. Te z kolei tylko dla niewielu są strawne na surowo. Kto ma je przyrządzić, zrobić z nich pożywne i smaczne dania, poporcjować je i estetycznie podać? Kto, jeśli nie dziennikarze i redakcje?

 

Gdyby się nad tym zastanowić, to praca środków masowego przekazu od zawsze polegała na przetwarzaniu zgodnie z redaktorską wiedzą i umiejętnościami, redagowaniu i serwowaniu danych w postaciach, które były przyswajalne dla czytelnika, słuchacza, widza. Różnica związana z upowszechnianiem się pojęcia „data journalism” w ostatnich latach ma charakter poniekąd ilościowy, bowiem w tym nowym sensie chodzi o przetwarzanie ogromnych ilości danych (big data), z czym człowiek z natury rzeczy nie umiałby sobie poradzić.

 

W przykładach, które podaję, także część zadań „ludzkich”, związanych analizą, syntezą, skrótem a nawet interpretacją danych, jest przejmowana przez maszyny. Wciąż jednak kluczowy jest czynnik ludzki, redakcja, decyzje, pomysły i koncepcje. Choć tak bardzo „data”, to jednak wciąż „journalism”.

 

Dziennikarstwo z szafy

 

Może trzeba zacząć od tego, że „data journalism” nie jest wcale taką nowinką, jak niektórzy mogliby pomyśleć. Jeden z pierwszych przykładów wykorzystania komputerów w dziennikarstwie pochodzi już z 1952 roku, kiedy stacja CBS podjęła próby wykorzystania komputera typu mainframe do przewidywania wyników wyborów prezydenckich.

 

Dopiero w 1967 r. zaczęto powszechniej stosować komputery do analizy danych. Pracujący dla „Detroit Free Press”, Philip Meyer używał w późniejszych latach komputerów typu mainframe (czyli zestawu wielkich szaf – pecetów wtedy nie było) do przetwarzania danych na temat zamieszek w mieście i zapadających w związku z nimi wyroków skazujących. Meyer napisał później książkę „Precision Journalism” (Dziennikarstwo precyzyjne), w której rekomendował  wykorzystanie komputerowych technik syntezy i analizy danych w dziennikarstwie.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku dziedzina dziennikarstwa wspomaganego komputerowo zaczęła przyspieszać. W 1989 r. reporter śledczy Bill Dedman z „The Atlanta Journal-Constitution” zdobył nagrodę Pulitzera za zbiór reportaży pt. „Kolor pieniędzy”. Dzięki technikom komputerowej obróbki dużych zasobów danych zebrał dowody na praktyki dyskryminacji rasowej, z jakimi mają do czynienia kolorowi w bankach i innych instytucjach udzielających kredytów.

 

Pierwszą odnotowaną historycznie formą wykorzystania wielkich danych przez dużą organizację informacyjną jest inicjatywa „The Guardiana”, który w marcu 2009 roku uruchomił Datablog, określany oficjalnie jako „pierwszy systematyczny projekt polegający na włączeniu publicznie dostępnych źródeł danych do serwisów prasowych i newsowych”.

 

Zawiera teraz całą sekcję wiadomości, w której znajdują się historie napędzane danymi, bazy danych z możliwością wyszukiwania, wizualizacje danych oraz narzędzia do ich eksploracji. Opisy Dzienników Wojennych Strażnika wykorzystywały bezpłatne narzędzia do wizualizacji danych, takie jak Google Fusion Tables, kolejny popularny aspekt dziennikarstwa danych. Fakty są święte dla redaktora The Guardian’s Datablog, Simona Rogersa, który tak opisuje dziennikarstwo danych. Dziennikarze Datablog używają arkuszy kalkulacyjnych Google, aby dzielić się pełnymi danymi, które kryją się za ich pracą, wizualizować i analizować te dane oraz dostarczać historie dla gazety i strony internetowej. „The Guardian” włączył dane do procesu produkcji wiadomości w sposób, który odróżnia je od wielu innych gazet. Poprzez Datablog, Guardian zapewnia dostęp do surowych statystyk stojących za wiadomościami i sprawia, że można je eksportować w dowolnej formie, jakiej życzy sobie użytkownik.

 

Według założyciela Datablog, Simona Rogersa, dziennikarstwo danych może być wszystkim, gdy tylko zechce być. „To mogą być te ogromne projekty analizy danych. Czasem może to być po prostu znajdowanie określonych danych do prezentacji czytelnikom. Nie różni się to w żadnym razie od podstaw warsztatu dziennikarskiego polegającego na pozyskiwaniu i poszukiwaniu informacji”.

 

Argentyńska mapa korupcji

 

Wspominałem o wizualizacji danych, które można wykorzystać w praktyce w publikacjach, czy to tradycyjnym czy też o cyfrowym charakterze. Nie chodzi o efekciarstwo i urozmaicanie monotonnych „blach tekstowych”, lecz o programowe wizualizowanie informacji, które z jednej strony wychodzi naprzeciwko współczesnej kulturze obrazkowej, z drugiej – sprawia, że najtrudniejsze, najcięższe tematy zyskują na czytelniczej atrakcyjności. Z Argentyny pochodzi przykład, w którym dziennikarze śledczy wykorzystali nie tylko techniki „data journalism”, ale również działające na wyobraźnię wizualizacje, aby zwiększyć siłę rażenia swoich demaskujących publikacji.

 

„La Nación”, największa gazeta codzienna w Argentynie, od kilku lat korzysta z technik przetwarzania danych. Pełną garścią sięgnęła po nowe środki pozyskiwania informacji i ich prezentowania w szeroko zakrojonym śledztwie dziennikarskim dotyczącym korupcji. Więcej na jego temat można się dowiedzieć, zapuszczając w Google hasło „La Nacion The notes of bribes”.

 

Rzecz zaczęła się w styczniu 2018 roku, kiedy to w ręce Diego Cabota, dziennikarza śledczego „La Nación”, trafiło osiem zeszytów/notesów, z notatkami kierowcy Roberto Baratty, argentyńskiego sekretarza ds. energii. Ministrem odpowiedzialnym za kierowaną przez niego agencję był Julio De Vido, znany urzędnik administracji prezydenta Kirchnera (w latach 2003 – 2015 r.). Zespół „La Nación” od samego początku widział, że notatniki zawierają interesujące informacje – szczegółowe opisy tras, którą kierowca pokonał w ciągu ostatnich dziesięciu lat, wożąc Barattę i innych urzędników do miejsc, w których podrzucano worki z gotówką, czyli łapówki od dużych przedsiębiorstw, otrzymujących duże zamówienia publiczne.

 

Redakcja „La Nación”, jak każe rzemiosło, przede wszystkim chciała zweryfikować wszystkie wynikające z notatek informacje. Doprowadziło to do problemu, z którym muszą się zmierzyć wszystkie przedsiębiorstwa zajmujące się przetwarzaniem danych – co robić, gdy najważniejsze dane są w problematycznej formie? W tym świecie nie ma magicznych różdżek tylko żmudna praca. I zespół Cabota ją podjął, transkrybując z mozołem, ale systematycznie każdy wiersz do arkuszy kalkulacyjnych Excela, dzieląc na kolumny z nazwiskami i stanowiskami, adresami, danymi rejestracyjnymi samochodów, nazwami przedsiębiorstw, miejscami dostaw, danymi osobowym osób zidentyfikowanych w momencie wypłaty łapówki i kwotami łapówek.

 

Wszystkie informacje dotyczące płatności zostały skorelowane z listą przetargów i zamówień publicznych. W pewnym momencie redakcja „La Nación”, jak sama napisała, „zrozumiała, że pracuje nad największą siecią korupcji, jaką kiedykolwiek ujawniono w Argentynie”. Po siedmiu miesiącach śledztwa dziennikarskiego i żmudnej analizy danych, jego wyniki zostały opublikowane. Obecnie prowadzonych jest kilkadziesiąt dochodzeń organów ścigania w tej sprawie, w tym przeciw byłemu prezydentowi Argentyny. Czterdzieści osób jest już w areszcie. Odzyskano 600 milionów dolarów  pieniędzy z łapówek.

 

Zgromadzone dane są prezentowane a przede wszystkim wizualizowane w formie map w ramach projektu Open Data Journalism for Change. Jeśli o czymś mówi się, że jest „porażające” to dane prezentowane przez „La Nación”, wizualizowane jako „mapy korupcji” są porażające tym bardziej. Każdy obywatel może sprawdzić jak jego miasto czy okręg został przeżarty tym zjawiskiem.

 

Pozyskane w tym wielkim projekcie know-how informacje gazeta wykorzystuje teraz do innych projektów „data journalism”, dotyczących m. in. kwestii zmian klimatu i ich wpływu na różne regiony Argentyny, zanieczyszczeń w poszczególnych okręgach lub ubóstwa dotykającego dzieci. Warto dodać, że „La Nación” udaje się pozyskiwać z zewnątrz finansowanie dla swoich projektów. W 2018 roku zebrano ponad pół miliona dolarów na analizy danych dotyczących ubóstwa.

 

Jest tu wszystko, co definiuje poważne i liczące się dziennikarstwo. Ważne tematy, dochodzenia, wytrwałe i bezkompromisowe odkrywanie prawdy, zaangażowanie społeczne i ogromny oddźwięk społeczny. Widać nawet rozwiązanie problemu opłacalności podejmowanych działań, gdyż takie zbiory danych mają wartość wykraczającą poza jednorazową sprzedaż publikacji. Z tym tylko, że wszystko to dotyczy nie tradycyjnie rozumianej reporterki, lecz przetwarzania big data.

 

Ciekawa rozmowa to wciąż podstawa

 

Praktyk „data journalism” Ben Casselman, dziennikarz ekonomiczny redakcji „The New York Times”, opowiadał w listopadowym wydaniu swojej gazety, o tym jak używa języka programowania o nazwie R i pracuje z ogromnymi zbiorami danych. Owszem, warsztat dziennikarza zajmującego się przetwarzaniem danych to narzędzia informatyczne. Casselman podkreślał jednak, że najlepsze materiały powstają wciąż dzięki rozmowom z ludźmi.

 

Myślę, że niektórzy ludzie mają takie wyobrażenie, że „data journalism” oznacza wpatrywanie się w arkusze kalkulacyjne aż do momentu, w którym magicznie pojawia się materiał do publikacji, jednak w prawdziwym świecie, niemal nigdy nie dochodzi do takiej sytuacji. Najlepsze artykuły prawie zawsze wyłaniają się z rozmów z ludźmi, niezależnie od tego, czy są oni ekspertami, czy po prostu zwykłymi ludźmi, których dotyczą sprawy, o których piszemy. To oni zadają pytania, na które dane mogą pomóc odpowiedzieć, wyjaśniają tendencje, które dane ujawniają, lub też mogą dostarczyć zmarszczek i niuansów, które dane przyćmiewają” – mówił.

 

Jego redakcja prowadzi kursy dla reporterów i redaktorów, które mają na celu przekazanie im podstawowych umiejętności dotyczących rozumienia i przetwarzania danych, w tym sztuki sprawdzania ich wiarygodności, oceny twierdzeń statystycznych i korzystania z arkuszy kalkulacyjnych w celu analizy zbiorów danych. Rośnie przekonanie, że w obecnym świecie coraz trudniej będzie zajmować się żurnalistyką bez umiejętności w tej dziedzinie. Od dziennikarzy będzie się tego oczekiwać.

 

Można to ująć inaczej. Kiedyś od dziennikarza oczekiwano, aby był dobrze poinformowany, czyli znał fakty, jak prawdziwy dżentelmen, który o faktach nie dyskutuje, bo fakty zna. Dziś można już rozciągnąć te oczekiwania na nieco szersze niż fakty pojęcie danych. Nie dyskutujemy o danych. Znamy je, rozumiemy i wiemy, co z nich wynika.

 

Mirosław Usidus

WOŚP traktujmy normalnie – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest dzisiaj traktowana przez państwo tak jak zawsze twierdziłem, że traktowana być powinna. Po latach bezprecedensowego uprzywilejowania, mającego źródło w politycznej przydatności Jerzego Owsiaka – którego niezmiennie uznawałem po prostu za polityka, zakamuflowanego w roli działacza społecznego – WOŚP ma w końcu status taki, jak każda inna podobna impreza.

 

Nie miejsce tutaj, żeby analizować skutki takiej sytuacji. W największym skrócie – Jerzy Owsiak i jego inicjatywa są w dużej mierze imprezą wyraźnie wpisującą się w polityczny podział, więc im bardziej zaogniona sytuacja polityczna, tym wytrwalej będzie przy nim stać grupa fanatycznych zwolenników. Parcie na rekordy zbiórki w kolejnych latach i chwalenie się nimi jest absurdem, ponieważ z raportów nie dowiadujemy się, ile z zebranych pieniędzy pochodzi od fizycznych darczyńców, ze zbiórki prowadzonej na ulicach w dniu Wielkiego Finału (co jest najbardziej miarodajnym probierzem poparcia), a ile od firm, zwłaszcza wielkich, które od lat mają wobec Owsiakowej imprezy utrwalony stosunek (traktują to po prostu jako element politycznie poprawnego piaru) i obracają cudzymi pieniędzmi.

 

Po raz pierwszy krytycznie o WOŚP mówiłem i pisałem chyba jako pierwszy z publicystów, gdy w głównym nurcie Owsiak uchodził za postać wyłącznie chwalebną i całkowicie niekontrowersyjną – już kilkanaście lat temu. Od tego czasu zdania nie zmieniłem, Owsiak zaś w swoich wypowiedziach poszedł w stronę wielokrotnie jawnego politycznego zaangażowania.

 

Przy tym wszystkim trudno jednak nie dostrzegać, że WOŚP jest trwałym elementem polskiej rzeczywistości, podobnie jak jej twórca. Byłem zawsze przeciwnikiem uprzywilejowania tej imprezy przez publiczne media i uważałem, że poświęcanie jej długich godzin czasu antenowego przez TVP w dniu finału, nie ma uzasadnienia. Również tutaj zdania nie zmieniam – WOŚP znalazł sobie ostatecznie miejsce w TVN, prywatnej stacji, pod względem programowym zbliżonej do poglądów Owsiaka – i dobrze. Tak właśnie powinno być.

 

Nie znaczy to jednak, że media publiczne nie powinny o imprezie informować, bo nawet jeśli jej obecna skala jest skutkiem wielu lat bezzasadnego preferencyjnego traktowania na poziomie państwa (zdarzyło się nawet, że samolot, którym w czasie jednego z finałów przemieszczał się Owsiak, eskortowały myśliwce Sił Powietrznych), to jednak jest, jaka jest. Poza tym, jak mówi znane powiedzenie, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Traktowanie WOŚP na zasadzie uprzywilejowania jest równie absurdalne co udawanie, że nic się nie dzieje. A tak właśnie robi państwowa telewizja za czasów Jacka Kurskiego.

 

Kurs wyznaczono podczas finału w 2017 r. Najpierw Kurski w liście do Owsiaka w październiku 2016 r. zapewniał, że TVP będzie informować o zbiórce, by potem, w jej dniu, poświęcić jej w „Wiadomościach” kilkanaście sekund. Jak skrupulatnie zliczyli wielbiciele Jerzego Owsiaka, w sumie w programach informacyjnych TVP poświęcono wtedy WOŚP minutę – przez cały dzień. Jednak prawdziwą furorę zrobiła akcja zamazywania charakterystycznych czerwonych serduszek. Najpierw wymazano je na ubraniu posła PO Arkadiusza Myrchy. TVP tłumaczyła, że to „błąd techniczny” – zaiste, zadziwiający. Potem okazało się, że ten „błąd techniczny” powtórzył się jeszcze w innych miejscach.

 

Krytyka, która wtedy spadła na TVP, odniosła chyba jakiś skutek, bo w kolejnym roku w głównym wydaniu „Wiadomości” ukazał się materiał, rozpoczynający się od krótkiej relacji z finału, a później opowiadający o innych akcjach pomocowych, popularnych wśród Polaków. Podobnie postąpiono w kolejnym roku: rozpoczęto od WOŚP (nie pokazując Owsiaka), żeby później znacznie więcej czasu poświęcić na opowieść o innych akcjach. Był to siódmy w kolejności materiał w tamtym wydaniu, przy czym nie wydarzyło się tego dnia nic szczególnej wagi.

 

Co jest nie tak? Jako wieloletni krytyk Jerzego Owsiaka mogę stwierdzić, że wyznaczenie WOŚP właściwego miejsca nie powinno polegać na robieniu z jej szefa ofiary, bo jest to zwyczajnie kontrproduktywne. Owsiak miał w polskich mediach przez lata status świętej krowy i świeckiego świętego. Taki ma nadal w ich części, w mediach państwowych natomiast jest ignorowany. Jak zresztą wiele innych niewygodnych dla władzy spraw. To jest najgorsza metoda. Nie ma żadnego powodu, żeby TVP promowała Owsiakową zbiórkę, szczególnie gdy jej partnerem jest jedna z prywatnych stacji. Ale też nie ma powodu, żeby udawała, że nic się nie dzieje.

 

Wbrew temu, co twierdzili fani Owsiaka (a wielu z nich ma nastawienie naprawdę skrajnie fanatyczne) – cała rzekoma „wojna” z WOŚP miała tylko jeden cel: żeby w końcu tę imprezę traktować normalnie. Nie prześladować, gnębić czy deprecjonować, zwłaszcza że w WOŚP bierze wciąż udział sporo osób, mających dobrą wolę. Jedynie, aby Owsiakowe przedsięwzięcie przestało działać na specjalnych prawach. Sam Owsiak jest przy tym takim egocentrykiem, przywykłym do swojego statusu gwiazdy salonów, że zawsze, gdy nie poświęca mu się dość uwagi, będzie lamentował o prześladowaniu. Ten typ tak ma. Tym nie należy się przejmować.

 

Niestety, TVP przegięło w drugą stronę, dając obrońcom Owsiaka asumpt do twierdzenia, że władza się na niego uwzięła. Po co?

 

Łukasz Warzecha

Kliknij, bo się nie dowiesz – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o wyścigu redakcji na odsłony

Czy zbliżamy się do miejsca, w którym rolą dzieła dziennikarskiego będzie już tylko przyciągnięcie uwagi czytelnika na nie więcej niż pół minuty?

 

W październiku odwiedziłem obie Irlandie. Na ulicach nie czuło się atmosfery nadchodzących istotnych zmian politycznych i związanej z nimi niepewności. Zupełnie jakby w rozwód z Unią Europejską nie wierzono albo nie uznawano, że ma on jakiekolwiek znaczenie. Życie toczyło się swoim rytmem, a w stolicach dekoracje hucznie tam obchodzonego halloween rywalizowały z pierwszymi ozdobami świątecznymi. W hotelach w Dublinie i Belfaście leciały telewizje newsowe. Licznik w lewym, górnym rogu ekranu informował: „do brexitu 3 dni 12 godzin i 18 minut”. Media żyły jednak Mistrzostwami Świata w Rugby, w których Anglia nieoczekiwania pokonała Nową Zelandię (26.10.2019 r.) i liczono, że Walia wygra z RPA, dając Wyspom brytyjski finał.

 

Ani kanały newsowe, ani nawet bezpłatna gazeta rozdawana w dublińskim supermarkecie nie próbowały mnie do niczego zmuszać, czy skłaniać. Odetchnąć od codziennego natłoku złych komunikatów pozwalał też zapewne brak silnego zaangażowania emocjonalnego w odbierane informacje, chociaż, przyznaję, trudno było nie życzyć wygranej Walii, której sympatycznych kibiców pokazywano w co drugim materiale.

 

Welcome home

 

Po powrocie do kraju zacząłem nadrabiać zaległości. Uruchomiłem najpoczytniejszy wówczas portal ogólnoinformacyjny i przeczytałem: „Masz dłuższy środkowy palec u stopy? Sprawdź koniecznie, co to oznacza!”. Witamy w domu… W mediach społecznościowych silniej niż zwykle zaczęły rzucać mi się w oczy komunikaty na profilach redakcji, których celem było wyciągnięcie mnie na stronę medium. Dawniej po takich zagraniach, rezygnowałem z dalszego obserwowania kanału, zostawiając na pożegnanie komentarz, objaśniający motywy mojego odejścia. Niebawem chyba przyjdzie nam jednak przywyknąć, że nawet poważne redakcje co jakiś czas zamieszczą komunikat w stylu: „Skończył się mecz. Znamy wynik!”, czyli – kliknij, bo się nie dowiesz. Zaczyna to przybierać chwilami karykaturalną postać: „Znany artysta nie żyje”, czyli – sprawdź, czy tobie też był znany, bo może jednak nie… Zdaje się, że jako konsumenci mediów, zaczynamy rozróżniać, że gdy odchodzi z tego świata ktoś powszechnie znany, to w tytule pojawia się nazwisko, a gdy nieco mniej, to już nie. Czekam na moment, w którym od postawy „wiemy, kto umarł”, zaczniemy przesuwać się w stronę: „wiemy, kto umrze”…

 

Klikalność

 

Czym jest „klikalność”? Termin ten wywodzi się z języka angielskiego i z marketingu. Współczynnik klikalności to: stosunek pomiędzy liczbą klików a wyświetleniami reklamy internetowej, wyrażony w procentach. Słownik Języka Polskiego PWN już od 2016 roku podaje też drugie znaczenie: cecha tego, co da się kliknąć[1]. W niniejszym tekście posługujemy się wariantem numer dwa, rozumianym, jako przyciąganie do dzieła dziennikarskiego. Nie wolno jednak zapominać o marketingowych podstawach pojęcia, bo tu jedno splata się z drugim.

 

Dziennikarze w social mediach

 

Ten wątek był już wielokrotnie badany, a analizy tego typu zapoczątkowało na polskim gruncie Multi Communications (obecnie OneMulti) raportem „Dziennikarze i social media” opublikowanym 16 grudnia 2011 roku. Wiemy więc, że dziennikarze więcej z socialmediowego wora wyjmują, niż do niego wkładają, czyli szukają inspiracji i kontaktów. Ciekawe byłoby powracające badanie aktywności samych redakcji w mediach społecznościowych i przyjętych przez nie strategii postępowania.

 

Zapytany o to, czy social media odgrywają dla redakcji rolę dawnego gazeciarza, chłopca, który biegnie z gazetami pod pachą, krzycząc: „sensacja, rewelacja!”, ekspert w dziedzinie Internetu społecznościowego Mirosław Usidus odpowiedział: w pewnym sensie można ich rolę tak ująć, ale gazeciarze nie szpiegowali kupujących gazety, a i dla sprzedaży gazet social media zdają się robić mniej niż te dawne urocze dzieci z ulicy. Czar dawno już prysł.

 

Przyciąganie uwagi

 

Oczywiście zwrócenie uwagi na swoje materiały jest ważne. Gazety od wieków walczą o zainteresowanie odbiorców, pierwszeństwo w informacji, najtrafniejszy komentarz i tak dalej. To zjawisko nie tylko normalne, ale i pożyteczne. Pluralizm jest w świecie komunikacji równie pożądany, jak dywersyfikacja dostaw strategicznych surowców. Widoczny od lat napis na murze bloku przy kieleckiej ul. Żeromskiego brzmi: „Czy oglądając stale ten sam program, nauczysz się odróżniać dobro od zła?”.

 

Tak jak słupki nakładu i sprzedaży, czy liczby radiosłuchaczy i widzów mają istotne znaczenie dla mediów zwanych tradycyjnymi, tak dla internetowych odpowiedników liczy się zasięg, unikatowi użytkownicy, ruch na stronie. Celem każdego tytułu i nagłówka jest zwrócenie uwagi na treść, zachęcenie do sięgania po więcej. W świecie reklamy używa się schematu ukrytego za skrótem AIDA, czyli celem akcji powinno być: zwrócenie uwagi, wzbudzenie zainteresowania, rozpalenie pożądania i skłonienie odbiorcy komunikatu do działania, ot – wejście Telimeny na bal na zamku.

 

Wydaje się jednak, że działanie w przywołanym powyżej stylu („znamy wynik” i „wiemy, kto umarł”) to sukces pozorny. Poirytowany odbiorca kliknie link. Zobaczy, że był remis 1 : 1 i wyjdzie. Można oczywiście uznać, że to bez znaczenia, bo przecież był i się tego nie wyprze, ale to może się okazać krótkowzroczne.

 

Utrzymywanie uwagi

 

W „Raporcie o śmierci polskich gazet” Tomasz Mielczarek zwraca uwagę, że z kupioną gazetą obcujemy przez mniej więcej czterdzieści minut, a z portalem ogólnoinformacyjnym około półtora minuty. Profesor postawił tę tezę na podstawie badań włoskich, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że i my skanujemy wzrokiem strony redakcyjne i jeśli nic nas nie zainteresuje, to po prostu wychodzimy. W tym miejscu dochodzimy do sedna – złowienie uwagi to jedno, jej utrzymanie to zupełnie co innego. To tak jak złowienie niewymiarowej ryby, którą trzeba szybko wypuścić do wody.

 

Szef promocji dużego medium (pragnie zachować anonimowość) podzielił się z piszącym te słowa następującą uwagą: moim, ale nie tylko mim zdaniem, dla reklamodawców coraz większego znaczenia będzie nabierał „współczynnik odrzuceń”. Dziś wystarczy na początek informacja o zasięgach, unikatowych użytkownikach. W końcu ludzie zaczną o to pytać.

 

Czy jest ów: „współczynnik odrzuceń”?

 

 

Google Analytics definiuje to tak: Odrzucenie to sesja w witrynie ograniczona do jednej strony. W Analytics do odrzuceń zalicza się konkretnie te sesje, podczas których zostało uruchomione tylko jedno żądanie do serwera Analytics, np. gdy użytkownik wyświetla pojedynczą stronę w witrynie, a następnie opuszcza ją (…)[2].

Czy to zjawisko negatywne?

 

Jeśli powodzenie Twojej witryny wymaga, by użytkownicy wyświetlali więcej niż jedną stronę, odpowiedź brzmi: Tak, wysoki współczynnik odrzuceń jest niekorzystny. Jeśli np. strona główna pełni funkcję bramy do pozostałej części witryny (np. artykułów na bieżące tematy, stron o produktach, strony finalizacji zakupów), a duży odsetek użytkowników ogląda tylko stronę główną, w takiej sytuacji należy unikać wysokiego współczynnika odrzuceń[3].

 

Atrakcyjne treści

 

Paradoksalnie to ze świata reklamy może przyjść głos o wysoką jakoś publikowanych treści. Dziś upatrujemy w reklamie jedno ze źródeł problemów, a złośliwi mówią nawet, że treści dziennikarskie powstają tylko po to, by utrzymać atrakcyjność sprzedaży powierzchni, czyli odpowiedni zasięg kampanii marketingowych.

 

Atrakcyjny tytuł i lead złowi czytelnika, rzecz w tym, by poświęcił czas na lekturę lub recepcję innej formy materiału. To przynieść mogą przede wszystkim atrakcyjne treści i to pojawiające się często.

 

Podczas konferencji FlexiForm, za którą w Kielcach odpowiadał dziennik „Echo Dnia” (07.06.2017 r.), podano dane serwisów Polska Press. Wynikało z nich m.in., że użycie w tytule artykułu słowa: „video”, sprawiało, że otwartych było 19% więcej materiałów, wzrastała też znacznie liczba przekliknięć do strony (o 65%).

 

Pytanie – czego będzie oczekiwał konsument przyszłości? pozostawiam w tym miejscu otwarte.

 

Klikanie w papier

 

Czy nacisk na „klikalność” i uciekanie się w związku z tym do różnych nieciekawych zagrywek, to jednak tylko choroba dziennikarstwa internetowego, które zaniża poziom? Paradoksalnie nie.

 

Jak zauważył Marcin Kowalczyk, redaktor naczelny „Dziennika Łódzkiego” i „Expressu Ilustrowanego” w dyskusji na temat zarówno jakości, jak i przyszłości dziennikarstwa powinno się unikać uogólnień, stawiających w opozycji media drukowane z wirtualnymi: Internet pełen jest szalenie wartościowych treści, obrazów i filmów, których nigdy nie doświadczyłbym pozostając jedynie w sferze drukowanej. Trzeba tylko nieco wysiłku, a czasem parę groszy, by do nich dotrzeć. Z drugiej strony, w papierowych mediach też nie brakuje bezrefleksyjnie publikowanych fake newsów czy wywołujących zjawisko facepalmu (facepalm – gest zażenowania polegający na przyłożeniu dłoni do czoła – przyp. ZB) zabiegów redakcyjnych.

 

Lektura obowiązkowa

 

Czy zatem „klikalność” jest zła? Nie jest, bo przecież ma przyciągać uwagę czytelnika do treści. Złe jest jej nienaturalne wymuszanie, zwłaszcza gdy nie mamy nic atrakcyjnego do powiedzenia. W 2020 roku ludzie w mediach społecznościowych mogą obserwować różne redakcje. Znajdą się wśród nich i takie, które już w tytule podadzą wynik meczu i poinformują, kto umarł. Wtedy próba wymuszenia kliknięcia w opisany powyżej sposób zostania potraktowana jako pożałowania godna.

 

Wydaje się też, że do lektur obowiązkowych dla dziennikarzy, redaktorów, wydawców i przede wszystkim studentów, powinna należeć Bajka Ezopa o chłopcu, który zbyt często wołał, że napadł go wilk, aż przestało to kogokolwiek obchodzić. Gdy więc faktycznie miał coś ważnego do powiedzenia, nikt już go nie chciał słuchać. Nie zaszkodziłyby też w programach studiów zajęcia z tego, jak umiejętnie przyciągnąć uwagę odbiorcy bez poniżania siebie lub tematu.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] https://sjp.pl/klikalność

[2] https://support.google.com/analytics/answer/1009409?hl=pl

[3] Ibidem.

Etyka jest najważniejsza – rozmowa z ADAMEM CHMIELECKIM, redaktorem naczelnym Radia Gdańsk

Niezależność dziennikarska wynika ze świadomości i odpowiedzialności osób wykonujących zawód dziennikarza, a nie kwestii regulacji prawnych czy charakteru i liczby organizacji branżowych oraz zawodowych – mówi Adam Chmielecki prezes zarządu, redaktor naczelny Radia Gdańsk, dziennikarz i autor książek w rozmowie z Marią Giedz.

 

Od 23 września pełnisz funkcję prezesa Radia Gdańsk, gdzie pracuje spore grono dziennikarzy. Sam jesteś dziennikarzem, a także członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, podobnie jak niektórzy twoi podwładni. Nie obca jest ci informacja zapowiadająca opracowanie ustawy regulującej status zawodu dziennikarza, a w dalszej konsekwencji utworzenie samorządu dziennikarskiego. Jak odnosisz się do takiego zamiaru i czy warto o tym dyskutować?

 

Dyskutować na pewno warto. Zawód dziennikarza jest bardzo ważny, to jest zawód zaufania publicznego, dlatego przy jego wykonywaniu powinny być zachowywane wszystkie reguły etyki zawodowej. Ale tego nie da się uregulować tylko i wyłącznie prawnie. Prawo nigdy nie nadąży za rzeczywistością, zwłaszcza w dobie dziennikarstwa obywatelskiego, internetu, mediów społecznościowych, gdzie granica między zawodowym dziennikarzem a przypadkowym autorem informacji ciągle jest płynna. Trzeba prowadzić taką dyskusję, rozpocząć ją, mając świadomość, że może powstać ogólnopolski samorząd dziennikarski. Ale istnieje swoboda zrzeszania się, jest też pluralizm na rynku dziennikarskim i zawsze będzie. Obecnie organizacją dziennikarską z największym dorobkiem i prestiżem jest Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które można odbierać jako rdzeń reprezentacji środowiska dziennikarskiego.

 

Czy Twoim zdaniem wprowadzenie ustawy o zawodzie dziennikarza nie naruszy niezależności dziennikarskiej, a przede wszystkim wolności słowa?

 

Nie, bo mówimy o sytuacji trochę podobnej do przypadku niezawisłości sędziowskiej. Niezależnie od tego, kto w danym okresie sprawuje władzę ustawodawczą i wykonawczą oraz jakie są szczegółowe rozwiązania prawne, w przypadku zawodów zaufania publicznego większość zależy od konstrukcji osobowości i takiej mentalnej niezależności osób, które ten zawód wykonują. A takie zawody to m.in. prawnik, lekarz i właśnie dziennikarz. Podsumowując, niezależność dziennikarska wynika przede wszystkim ze świadomości, odpowiedzialności osób wykonujących zawód dziennikarza, a nie kwestii regulacji prawnych czy charakteru i liczby organizacji branżowych.

 

Często słyszy się stwierdzenie, że media kłamią. Może więc uregulowanie statusu zawodu dziennikarza pomogłoby odzyskać wiarygodność mass mediom?

 

Najczęściej zarzuty o kłamstwa lub stronniczość mediów są kierowane nie w tę stronę, w którą powinny być i nie przez tych, którzy powinni pouczać w tej kwestii. Żyjemy w czasach dziennikarstwa tożsamościowego, zmienia się pojęcie tego zawodu. Chodzi mi o restrykcyjnie rozumianą bezstronność. Dziennikarze coraz częściej przekraczają tę granicę bezstronności, granicę między informacją a opinią, komentarzem i nie kryją swoich poglądów. Wrócę więc do kwestii podstawowej. Profesjonalizm i uczciwość zawodowa dziennikarzy zawsze się obronią, niezależnie od uregulowań prawnych, nacisków zewnętrznych czy opinii otoczenia.

 

Dzisiaj dziennikarz znajduje się w trudnej sytuacji. Brakuje definicji zawodu dziennikarza. Każdy może nim zostać. Brakuje przestrzegania standardów pracy dziennikarza. Brakuje stawiania wymagań dziennikarzowi zarówno etycznych, jak i merytorycznych. Dziennikarz nie ma ochrony prawnej, nie stosuje się żadnego standardu ubezpieczeń, a przecież to zawód podwyższonego ryzyka, łącznie z utratą życia. Wynagrodzenia nie są adekwatne do czasu poświęconego na pracę. Wielu dziennikarzy przymiera głodem, nic więc dziwnego, że w środowisku mile widziane są dodatkowe gratyfikacje, nie zawsze idące w parze z uczciwością zawodową. Może warto wprowadzić kryteria przyjmowania danej osoby do tego zawodu?

 

Zgadzam się z tezą co do trudnych warunków pracy dziennikarzy. Jednak trudno to uregulować odgórnie. Jest to zawód bardzo wymagający w obecnych czasach. Widzimy wielu dziennikarzy, którzy przechodzą do branży PR, komunikacji strategicznej prywatnych biznesów, bo bardzo trudno się utrzymać z dziennikarstwa. Mimo, że co do zasady od kilku lat mamy w Polsce rynek pracownika, to w dziennikarstwie wielu pracowników nie posiada stabilnych warunków pracy, co utrudnia planowanie życia i utrzymanie rodziny. Brak stabilizacji jest jedną z przyczyn, dla której ludzie odchodzą z tego zawodu. Jest to również zawód niebezpieczny. Statystyki co roku pokazują, że ciągle bardzo dużo dziennikarzy ginie lub jest represjonowanych.

 

Na terenie Turcji mamy ponad 150 dziennikarzy w więzieniach.

 

Właśnie. Dziennikarze są represjonowani w bardzo różny sposób, szykanowani, są wywierane na nich różne naciski. To wymaga dużej odwagi, silnego kręgosłupa moralnego i to nie zawsze jest adekwatnie wynagradzane przez pracodawców. Zmienia się też struktura właścicielska w mediach. Również po stronie właścicieli coraz mniej jest misji, a coraz częściej media są traktowane jako klasyczny biznes, na którym trzeba zarobić. Skoro trzeba zarobić, to pracodawca podejmuje decyzje niekoniecznie zgodne ze standardami dziennikarskimi.

 

Czy więc przynależność do samorządu dziennikarskiego usprawniłoby funkcjonowanie dziennikarzy chociażby w mediach publicznych?

 

Rzeczywiście są takie głosy. Istnieje potrzeba przeprowadzenia pewnych zmian, ale to jest wolny zawód. Zawsze będą go też wykonywały osoby, które niekoniecznie zechcą w tym samorządzie formalnie uczestniczyć. Praktyka III RP pokazuje, że samorząd branżowy czy zawodowy nie zawsze się sprawdza. Powstają enklawy, kasty, które nie są kontrolowane ani przez państwo, ani przez społeczeństwo. Są enklawami na mapie społeczeństwa obywatelskiego.

 

Z drugiej strony potrzeba instytucji stawiającej na podnoszenie standardów etyki zawodowej i ich popularyzację. Być może powinna powstać organizacja potwierdzająca formalną przynależność danej osoby do grupy zawodowych dziennikarzy, ich podstawowe kompetencje, chociażby znajomość prawa i etyki zawodowej?  Dzisiaj każdy może z dnia na dzień powołać jakieś „medium” w internecie, wydrukować „legitymację dziennikarską”, samemu sobie ją podpisać i przyjść na jakieś wydarzenie jako „dziennikarz”. Ale etyka zawodowa nie zawsze idzie z tym w parze.

 

Ważną sprawą jest finansowanie mediów publicznych przy zapowiedzi zniesienia abonamentu i stałych dotacji. Skąd weźmie się pieniądze na funkcjonowanie Radia Gdańsk?

 

Rynek medialny od strony biznesowej jest trudny, a jego koszty stale rosną. Mają tego świadomość wszyscy uczestnicy rynku medialnego, a także, mam wrażenie, obecny obóz rządzący. Jak wynika z wypowiedzi jego przedstawicieli, wiedzą oni, że jakaś stabilna forma finansowania mediów publicznych, narodowych ze strony budżetu państwa, ze środków publicznych jest konieczna. Bez tego te media nie przetrwają, a z kolei bez mediów publicznych trudno jest mówić o wiarygodnym i pełnym rynku medialnym, o wolności słowa, a tym samym o funkcjonowaniu demokratycznego systemu politycznego. Czy to będzie w formie abonamentu, czy to będzie wprost finansowane z budżetu, to już sprawa techniczna i drugorzędna. Pozytywne jest to, że obecna ekipa rządząca ma tego świadomość i taką wolę, aby utrzymać finansowanie mediów narodowych.

 

A jak to jest z Radiem Gdańsk? Czy finansowanie, które otrzymuje ono z budżetu państwa jest wystarczające?

 

Nie mogę powiedzieć, że jest wystarczające, zresztą to żadna tajemnica, wskazują na to liczby, które są powszechnie dostępne w internecie w naszych corocznych sprawozdaniach finansowych. Ale nie narzekamy, robimy swoje. Z jednej strony Radio Gdańsk działa na bardzo konkurencyjnym regionalnym rynku medialnym. Z drugiej Pomorze to jeden z najbardziej prężnych regionów gospodarczych Polski.

 

Radio utrzymuje się z dofinansowania, ale są też środki z działalności komercyjnej (reklamy, akcje marketingowe, wynajem sali) i to są pieniądze od najróżniejszych instytucji. Czy to może się wiązać z zasadą „płacę, więc wymagam”? Czy można Radiu Gdańsk zarzucić uzależnienia od grup biznesowych, politycznych?

 

Nie, absolutnie nie. Jeśli ktoś nam coś takiego zarzuca, to jest to bezpodstawne. Nasza działalność podlega bardzo dokładnej sprawozdawczości, a później kontroli ze strony Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Rady Mediów Narodowych, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jesteśmy na bieżąco kontrolowani. Z przepisów ustawy o radiofonii i telewizji bardzo wyraźnie wynika rozumienie misji publicznej. I to realizujemy w ramach niezależności dziennikarskiej od różnych sił politycznych i grup nacisku, również biznesowych.

 

A ja ostatnio słyszałam, i to właśnie w kontekście Radia Gdańsk, że jedno z mediów zarzuca Radiu stronniczość.

 

Nie ma potrzeby ukrywać nazwy tego medium, to jest „Gazeta Wyborcza”. Na łamach tej gazety różne osoby i środowiska zarzuciły Radiu Gdańsk nierzetelność dziennikarską. Dotyczyło to wydarzenia z 3 listopada 2019 r., kiedy to odbył się protest pod kurią gdańską. Nie było to wydarzenie o wielkim zasięgu i na tyle ważne, aby obecność dziennikarza była konieczna. Przynajmniej jeden ze współorganizatorów tego wydarzenia poczuł się urażony i złożył personalny protest do mnie jako do prezesa Radia Gdańsk. Podobno podjąłem ingerencję w pracę dziennikarzy, wprowadziłem cenzurę i zakazałem relacjonowania tego protestu. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca, co potwierdzili podczas wewnętrznego spotkania członkowie kolegium redakcyjnego. Ponieważ osoba zgłaszająca takie zarzuty przez wiele lat była lokalnym politykiem na Pomorzu i, jak tajemnica poliszynela głosi, mimo porażki w ostatnich wyborach samorządowych chce wrócić do tej roli, odebrałem to jako nieuprawnione naciski pewnych środowisk politycznych na media. Ponadto jako prezes zarządu jestem zobowiązany do ochrony interesu spółki, w tym ochrony jej dobrego imienia, dlatego zareagowałem stanowczym komunikatem. Na tym sprawę uznałem za zakończoną, ponieważ osoba stawiająca zarzuty przysłała w odpowiedzi list wyjaśniający do radia. Poza tym nie chcę wikłać Radia Gdańsk w lokalne rozgrywki polityczne i dawać okazji do robienia medialnego szumu. Media są od kontroli polityków, a nie robienia im promocji.

 

Ale jedną z osób, które podnoszą ten problem, jest też była pracownica Radia Gdańsk.

 

Tak i tu również nie ma powodu ukrywać jej danych, ponieważ swoje zarzuty postawiła publicznie za pośrednictwem jednego z serwisów społecznościowych. To pani Agnieszka Michajłow, która napisała, oceniając okres, w którym kieruję radiem, że „Radio Gdańsk to czysta ubecja”. To również odbieram jako naruszenie dobrego imienia Radia Gdańsk. Moim zdaniem niedopuszczalne jest przyrównywanie medium narodowego wolnego państwa, jakim jest Rzeczpospolita Polska, do instytucji aparatu represji funkcjonującego w ramach państwa totalitarnego lub autorytarnego, jakim była PRL. Nasza rozmowa dotyczy głównie etyki, a zachowanie pani Agnieszki Michajłow w tym konkretnym przypadku było szczególnie nieetyczne. Niewiele wcześniej rozstała się ona z naszą firmą. Wbrew sugestiom medialnym nie została zwolniona dyscyplinarnie, tylko rozstała się z Radiem Gdańsk na mocy bardzo korzystnego dla niej, w mojej ocenie, porozumienia. Radio Gdańsk i poprzedni zarząd spółki bardzo poszedł na rękę pani Michajłow. W mojej ocenie nie ma ona moralnego prawa, żeby tak bezzasadnie krytykować Radio Gdańsk i robić z siebie „męczennika”. Jeśli już, to jak to się często zdarza, męczennika na pluszowym krzyżu.

 

Podczas wysłuchania przed Radą Mediów Narodowych przedstawiłeś swój program dla Radia Gdańsk. Czy możesz podać co w tym programie jest najważniejsze, aby to radio regionalne miało swój wkład również w media narodowe?

 

Wypełnianie misji publicznej rozumiem przede wszystkim jako dostarczanie bezstronnej, wszechstronnej i rzetelnej informacji z zakresu m.in. najświeższych wydarzeń, kultury, edukacji, nauki, sportu, także dotyczących mniejszości etnicznych i narodowych, które występują na terenie Pomorza. Kolejny obszar to rozwój nowych mediów, nowych technologii, bo jesteśmy w XXI wieku. Ten kto się nie rozwija, to nawet nie stoi w miejscu, tylko się cofa. Wprowadzimy zatem nową stronę internetową i aplikację Radia Gdańsk. Zamierzamy także rozpocząć produkcję profesjonalnego kontentu wideo. Chcemy też dać szansę nauki zawodu i zdobycia doświadczenia młodym adeptom sztuki dziennikarskiej, bo tych szans mają coraz mniej. W Radiu Gdańsk młodzi ludzie chcący pracować w mediach, zwłaszcza w dziennikarstwie radiowym, które jest szczególną forma sztuki dziennikarskiej, znajdą miejsce, w którym pod okiem doświadczonych dziennikarzy będą mieli możliwość zdobycia doświadczenia i zadebiutowania na antenie. Sprawdzenia się. Tak też rozumiem misję publiczną w rozgłośni regionalnej.

 

Ponadto moją ambicją jest, żeby Radio Gdańsk stało się ośrodkiem, który będzie włączał do współpracy bardzo wiele podmiotów o różnym charakterze. Przecież można łączyć siły i tworzyć wspólne duże projekty. Już współpracujemy m.in. z Muzeum II Wojny Światowej, Zarządem Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, Instytutem Pamięci Narodowej i będziemy zapraszali kolejne instytucje do współpracy.

 

Czy to jest to novum w Radiu Gdańsk, o którym sporo mówi się w kuluarach?

 

To tylko część tego novum, chociaż w tych kwestiach ja podlegam ocenom, a nie je wystawiam. Chcemy także przełamać coś, co było taką niemocą radiową, a mianowicie przez wiele lat przyczepiano Radiu Gdańsk łatkę „radia do obwodnicy”. Chodzi o obwodnicę Trójmiasta. Gros programów skupia się na wydarzeniach z Trójmiasta. Oczywiście nie uciekniemy od tego, bo Gdańsk jest stolicą województwa i tutaj się najwięcej dzieje pod względem gospodarczym, biznesowym, politycznym. Trójmiasto to jeden z najsilniejszych ośrodków gospodarczych, społecznych i kulturalnych w całej Polsce i zawsze będzie bardzo silnie zauważane na antenie Radia Gdańsk. Nie chcemy przeciwstawiać wojewódzkiej metropolii bardziej odległych części regionu. Natomiast nie wolno abstrahować od faktu, że na terenach oddalonych od stolicy województwa też są ciekawe tematy, ciekawi ludzie, których można zaprosić na antenę, a także są partnerzy do współpracy biznesowej czy projektowej. Chcemy być jednocześnie Radiem Gdańsk, ale i radiem Pomorza. Chcemy towarzyszyć Pomorzu w szybkim i zrównoważonym rozwoju.

 

Konkretnie jak można to zmienić?

 

Konkretnie – z początkiem 2020 roku powołałem nową Redakcję Kaszubską, Mniejszości Narodowych i Etnicznych, ponieważ nie ma co się oszukiwać, że najsilniejszym regionalnym etnosem na Pomorzu jest ten związany z tożsamością kaszubską. Także w serwisach informacyjnych i innych programach będzie więcej tematów z poszczególnych subregionów Pomorza. W nowej ramówce, która wystartowała 2 stycznia, wprowadziliśmy wiadomości regionalne – codziennie o godz. 14.30. W każdy dzień tygodnia są poświęcone innej części województwa. Poniedziałki i piątki to czas na wiadomości z Kaszub, wtorki – z Kociewia, środa – Ziemi Słupskiej, a czwartki – wiadomości z Powiśla, Żuław i Elbląga. Oczywiście ważne informacje z tych miejsc nie będą czekały na „swoją kolej” w tygodniu, ale będą podawane na bieżąco.

 

Skoro już mowa o nowej ramówce Radia Gdańsk, co jeszcze w niej znajdziemy?

 

Nie sposób wymienić wszystkich nowości, po szczegóły odsyłam na stronę internetową Radia Gdańsk. Planujemy m.in. zmniejszyć taką naturalną nierównowagę, która występuje w relacjach społecznych na linii pracownik – pracodawca. Przedstawiciele pracodawców są częściej zapraszani do różnych audycji społecznych i gospodarczych. Z jednej strony to naturalne, bo to oni są wpływowymi ekspertami i decydentami w najważniejszych kwestiach, ale ta nierównowaga nie może być w ten sposób stale powiększana. Dlatego stworzyliśmy specjalny program poświęcony przede wszystkim sprawom pracowniczym i związkowym. To dotyczy właściwie wszystkich Polaków, bo większość z nas jest i będzie pracownikami.

 

O prawach i obowiązkach pracowników, nowościach na rynku pracy, trendach, przepisach, praktyce poszczególnych itp. opowiemy zatem w każdy poniedziałek o godz. 12.30 w „Głosie pracownika”. Ten program będzie miał też swój wymiar poradnikowy i interwencyjny. Z kolei w czwartki wprowadziliśmy nowy program motoryzacyjny – w naprawdę zaskakującej formule – „Autocooltura”, a w piątki zupełnie nowy format – „Studio polityka”, czyli publicystyczne podsumowanie tygodnia z błyskiem w oku i nieco lżejszej formule. Z kolei „Kresowy salonik”, bardzo popularny wśród mieszkańców Pomorza mających kresowe korzenie (a takich jest bardzo wielu) lub po prostu zainteresowanych Kresami, wydłużyliśmy i przenieśliśmy z czwartku na sobotę. Z kolei w niedzielny poranek w ramówce Radia Gdańsk pojawił się nowy program religijny, w którym będziemy pokazywali m.in. pozytywne przykłady działalności poszczególnych wspólnot i osób świeckich. Tych, które po cichu wykonują na co dzień dobrą pracę. Stąd tytuł „Spotkania” – spotkania naszych bohaterów z Bogiem i innymi ludźmi. Chcemy pokazać, że można przełamać nieszczęsną medialną zasadę  „bad news is good news”. Dobre wiadomości też są ciekawym tematem.

 

Poza tym w tym roku czeka nas wiele okrągłych rocznic ważnych dla polskiej tożsamości wydarzeń historycznych. Opowiemy o nich m.in. co środę w wieczornym bloku „Strefa historii”, który będzie miał swoją gwiazdę, ale o tym powiemy wkrótce. Wreszcie nie można zapominać o kontrolnej funkcji mediów. Dlatego już niedługo ruszy program interwencyjno-śledczy Radia Gdańsk „SOS Reporterzy”. Jeśli ktoś, zwłaszcza z polityków, ma coś za uszami, już może zacząć się bać.

 


 

Adam Chmielecki

Z wykształcenia politolog. W mediach pracuje od 2003 r. Publikował na łamach m.in. „Biuletynu IPN”, „Do Rzeczy”, „Gazety Polskiej”, „Magazynu Solidarność”, „Naszego Dziennika”, „Sieci”, „Tygodnika Solidarność”, „Wprost”, „Życia”. Pracował m.in. w Komisji ds. Likwidacji WSI, gdańskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej, Media SKOK, Radio Kaszëbë, Regionie Gdańskim NSZZ „Solidarność”. Od 2010 r. prowadził wydawnictwo Patria Media. W latach 2017–2019 był członkiem Rady Programowej Radia Gdańsk i komentatorem na antenie gdańskiej rozgłośni. Jest członkiem m.in. Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Rady Instytutu Dziedzictwa Solidarności. Prywatnie mieszka w Gdańsku, ma żonę i trójkę dzieci. Wakacje spędza głównie na Kaszubach i Podlasiu.

Jest autorem i współautorem dziesięciu książek, w tym m.in. „Solidarni i niepodlegli”, „Stowarzyszenie »Godność« 1993–2018”, „Anna Walentynowicz 1929–2010”, „Prezydent Lech Kaczyński 2005–2010”, „Lech Kaczyński. Biografia polityczna 1949–2005”, „Moim powołaniem jest służba publiczna. Rzecz o Macieju Płażyńskim”, oraz publikacji naukowych z zakresu historii najnowszej Polski, transformacji ustrojowej i systemu politycznego III RP. Posiada otwarty przewód doktorski z zakresu nauk politycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

 

Był chodzącą Wikipedią – dziennikarze wspominają KRZYSZTOFA LESKIEGO

Dziennikarze wspominają zamordowanego Krzysztofa Leskiego: „To jeden z ważniejszych dziennikarzy sejmowych”. „Zapisał swoją kartę w historii”. „Merytoryczny, obiektywny”.”Chodząca Wikipedia”.

 

Dziennikarz Krzysztof Leski został zamordowany. Ta wiadomość we wtorkowe popołudnie zelektryzowała środowisko dziennikarskie. Chociaż od lat nie pracował już w zawodzie, opinie dziennikarzy pokazują, jak ważną był postacią dla środowiska dziennikarskiego.

 

Fot. YouTube/Zwierciadło

Maria Wiernikowska

Niepokorny, uparty, potrafił kłócić się z redaktorami naczelnymi „Gazety Wyborczej”. Takim go zapamiętam.

 

 

Piotr Legutko

Krzysztof Leski był profesjonalistą rzadko w Polsce spotykanym. To absolutny fenomen lat 90. Nie sądzę, żeby był drugi dziennikarz w naszym kraju, który podjąłby się takiego wyzwania, jakiego on się podjął. Prowadził praktycznie jednoosobową agencję informacyjną. Czasem w pracy pomagała mu żona, która przygotowywała część informacji lifestylowych. Ale cały ciężar zdobywania informacji on brał na siebie. Obsługiwał kilka albo nawet kilkanaście tytułów prasowych, nie jestem stanie w tej chwili precyzyjnie tego wskazać. Byłem wtedy wydawcą „Czasu Krakowskiego”, więc miałem z nim bezpośredni kontakt, czasem nawet kilka razy w tygodniu. Dziennie był w stanie przesłać kilka informacji na temat różnych wydarzeń i konferencji prasowych. Czasem dołączał krótki komentarz. To był jeszcze dobry czas, kiedy informacje oddzielano od komentarzy.

 

W przygotowanych przez niego informacjach nie trzeba było zmieniać nawet przecinka. Były doskonale napisane, świetną polszczyzną. Posiadał niezwykłą zdolność ujmowania w krótkim tekście wszystkich najważniejszych informacji opisujących wydarzenie. W sposób podręcznikowy przygotowywał informacje prasowe.  Nie wiem, jak był w stanie to fizycznie ogarnąć.

 

Być może inaczej potoczyłyby się jego losy, gdyby nie skończył się rynek dla mediów dla którego on pracował. Wejście na rynek dzienników regionalnych najpierw Hersanta, potem Orkli i Passauera praktycznie zniszczyło dzienniki regionalne jako osobne podmioty. Dzienniki regionalne już  nie potrzebowały korespondencji, którą on przygotowywał, nie miał więc dla kogo pisać. Kiedy zostałem redaktorem naczelnym krakowskiego „Dziennika Polskiego” w 2007 r. nawiązałem z nim kontakt, bo byłem ciekawy, co robi. Był wówczas po niezbyt udanym epizodzie powrotu do TVP. Nie potrafił się tam odnaleźć po krótkich próbach współpracy z Polskim Radiem. Udało mi się namówić go na korespondencje z Warszawy dla „Dziennika Polskiego”. Dla niego to był trochę powrót do przeszłości. Dobrze wspominał naszą współpracę. Sądzę, że  była bardzo owocna dla obu stron. Nie wiem, czy „Dziennik Polski” nie był ostatnim tytułem, z którym Krzysztof Leski regularnie współpracował.

 

Fot. Mariusz Kubik/Wikipedia

Jan Ordyński

Współpracowałem  z Krzysztofem w drugiej połowie lat 90. Prowadziliśmy w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym „Rozmowę dnia”. Krzysztof prowadził ten program we wtorek, ja w czwartek, Monika Olejnik w środy, Zbigniew Nosowski w piątki, a Krzysztof Skowroński w poniedziałki. Nasze kontakty nie były specjalnie bliskie, ale lubiliśmy się. Zawsze mieliśmy sobie coś ciekawego do powiedzenia. Był dobrym kolegą. Słyszałem, że miał kłopoty osobiste. Kiedyś miałem mu pomóc w znalezieniu mieszkania, bo akurat stracił swoje lokum. Ale na szczęście jego sytuacja się ustabilizowała, a potem Krzysztof zniknął. We wtorek popołudniu przeczytałem tragiczną wiadomość o jego śmierci. Jestem nią bardzo zasmucony.

 

Był zawsze przygotowany do programu, inteligentny. Rozmawialiśmy z bardzo różnymi ludźmi, z  politykami, z uczonymi. Tematy spotkań i osoby, które zapraszaliśmy do programu wyznaczał czas oraz wydarzenia w Polsce i na świecie. „Rozmowa dnia” była wtedy jednym z najbardziej oglądanych programów TVP. Ośrodek warszawski TVP miał wówczas ogromny zasięg. Rozmowa była też retransmitowana przez TV Polonię. Miało to swój ciężar gatunkowy. Obecność Krzysztofa wzmacniała nasz zespół. Dał się poznać jako bardzo sumienny, dobrze przygotowany, solidny i inteligentny dziennikarz. Nie „kuł” tematu rozmowy na pamięć. Był przygotowany, ale widać było, że korzysta z ugruntowanego zasobu wiedzy.

 

Fot. Jacek Herok

Witold Gadowski

Krzysiek Leski był dziennikarzem niezależnym. Wyrósł ze środowiska „Gazety Wyborczej”, posiadał własne poglądy, chociaż były często irytujące i denerwujace. Był uparty. Ale niewątpliwie była to osobowość dziennikarska. Prawy człowiek w środowisku dziennikarskim.

 

Fot. Goldenline

Anna Sarzyńska

Ważna postać w naszej branży. Zapisał swoją kartę w historii dziennikarstwa. Był chodzącą Wikipedią w czasach, kiedy Wikipedia nie była znana. Kiedy ktoś chciał dowiedzieć się o jakimś fakcie, dacie lub kontekście wydarzenia, pytał Krzysztofa. Nawet, jeżeli nie pisał o tym, miał wiedzę na ten temat. Sypał faktami i datami z głowy. Był niezwykle inteligentnym, sympatycznym i otwartym człowiekiem. Spędziłam z nim masę czasu na rozmowach, kiedy w latach rządów AWS-UW(1997-2001) i w latach dwutysięcznych pracowałam jako dziennikarka w Sejmie. Rozmawialiśmy o  wydarzeniach politycznych i towarzyskich. Był świetnym rozmówcą. Pasjonował się nowinkami technicznymi. Szedł z duchem czasu. Był jednym z pierwszych dziennikarzy, który korzystał w pracy z elektronicznego notatnika, laptopa i komórki.

 

Był dość emocjonalny. Nie lubił, kiedy wchodziło się z nim w spory merytoryczne. Uważał się, zresztą niebezpodstawnie, za autorytet w wielu dziedzinach.

 

Byłam od niego kilkanaście lat młodsza, ale traktował mnie bardzo życzliwie. Traktowałam go jako wzór. Warto było się od niego uczyć zawodu. Merytoryczny, bardzo obiektywny, odróżniał i oddzielał informację od komentarza i od publicystyki. Zawsze mogłam liczyć na jego pomoc. Różnice polityczne między nami nie miały żadnego znaczenia. Zresztą w czasach, kiedy uprawiałam dziennikarstwo sejmowe, nie manifestowało się tak ostro, jak teraz swoich poglądów.  Nie był to czas podziału na obozy polityczne, jaki nastąpił w ostatnich latach. Wiem, że Krzysztof w ostatnich latach też się mocno zradykalizował.

 

Krzysztof Leski to jeden z ważniejszych dziennikarzy sejmowych z lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Będzie go bardzo brakowało. Zresztą brakowało już w ostatnich latach, bo przecież wycofał się z czynnego dziennikarstwa w ostatnich latach.

 

Fot. YouTube

Roman Graczyk

Krzysztof Leski był prawdopodobnie pierwszym dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, który odszedł czy też został zmuszony do odejścia z pracy. Nie umiem dokładnie określić tej granicy. Powodem była różnica poglądów na temat tego, czym jest informacja. To było w czasie pierwszej prezydenckiej kampanii wyborczej w 1990 r. Wtedy Krzysztof Leski jako urodzony dziennikarz, czyli człowiek, który informuje, uznał, że jest nadmiernie naciskany przez własną redakcję, ponad to, na co zdrowy rozsądek pozwala, żeby kampanię wyborczą przedstawiać w świetle raczej korzystnym dla Tadeusza Mazowiecką i raczej niekorzystnym dla Lecha Wałęsy. Wkrótce po tym wydarzeniu odszedł albo został odsunięty od pracy w „Gazecie Wyborczej”. Potem były dziesiątki czy setki osób, które gazetę opuściły z podobnych powodów. Ale zaczęło się od Leskiego.

 

Krzysztof Leski najpierw wahał się czy udzielić mi wypowiedzi do książki o Adamie Michniku (biografię redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Roman Graczyk planuje wydać w tym roku – dop. SDP), a później zgodził się na rozmowę. Postawił jednak warunki trochę trudne do spełnienia. Powiedział, że jest w stanie rozmawiać tylko w nocy. Zastanawialiśmy się, jak zorganizować mój przyjazd z Krakowa do Warszawy, żebym mógł z nim w nocy porozmawiać i od razu wrócić. Ale logistyczne przeszkody przeważyły i nie doszło do rozmowy. Dlatego w biografii Michnika nie ma jego relacji.

 

Krzysztof Karwowski

Poznałem go w 1982 lub w 1983 r. Wspólnie organizowaliśmy samorząd studencki na Politechnice Warszawskiej. Łączy mnie z nim cała masa wspomnień. Dzięki niemu trafiłem w latach 80. do PPS. On mnie poznał z Grześkiem Ilką, który zmarł w zeszłym roku. Byłem brydżystą. Zaciągnąłem go na mistrzostwa Polski w brydżu. Wspominał ten turniej nawet 30 lat później. Kiedy pracowałem w Telekomunikacji Polskiej zapraszałem go, żeby uczył młodych dziennikarzy, bo stworzyłem tam  newsroom dla korespondentów.

 

W stanie wojennym był jednym z redaktorów „Tygodnika Mazowsze”. Przyjaźniliśmy się, chociaż często się nie zgadzaliśmy. Często się kłóciliśmy, bo w 1989 r. on poszedł pracować do „Gazety Wyborczej”, a ja do „Nowego Światu”. Pamiętam go z pierwszych konferencji prasowych jeszcze przy okrągłym stole, który organizowano w Hotelu Europejskim w Warszawie. Wielu dziennikarzy na początku lat 90. nie miało nawet dyktafonów, a on już wtedy spisywał wypowiedzi z konferencji na notebooku. Fascynat komputerów i wszystkich rzeczy związanych z technologią cyfrową.

 

Żył trzema rzeczami: papierosami, czekoladą i internetem. Tylko tego potrzebował do życia. Gdy którejś z tych rzeczy mu zabrakło, czuł się źle. Chyba nawet nie potrzebował jedzenia.

 

Był cholernym pasjonatem dziennikarstwa. Miał nieprawdopodobną energię. Był prezenterem „Wiadomości” TVP. Wyleciał, ale nie pamiętam za co, chyba za jakiś głupi żart. Znany był z tego, że ni stąd ni zowąd, z czymś wystrzelił. Jako dziennikarz był niesamowicie skrupulatny i precyzyjny. Biegle władał angielskim. Był korespondentem BBC. Do bólu logiczny. Nie znosił sprzeciwu. Najgorzej, jak trafił na kogoś takiego jak ja, kto też uważał, że też się nigdy nie myli. To już było ostro. Każdy z nas wywodził logiczne racje, ale one były przeciwstawne. Nieprawdopodobny gawędziarz.

 

Ostatni raz widziałem go dwa lata temu. Mieszkał na Ursynowie. Zaprowadziła mnie do niego koleżanka. Obecni działacze NZS pomagali dawnym działaczom związku, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. Dzięki wsparciu NZS Krzysztof otrzymał od premiera rentę.

 

Jego ojcem był asem wywiadu Polskiego Państwa Podziemnego – Kazimierz Leski „Bradl”. Krzysztof miał z nim trudne relacje. Pierwszy kontakt z ojcem miał w wieku 17 czy 18 lat. Nie znam szczegółów, bo nie chciałem go dopytywać. Ale miał żal do ojca.

 

Fot.YouTube/Polskie Radio

Janina Jankowska

Bardzo mi szkoda Krzysia. Jest częścią mojego świata dziennikarskiego i opozycyjnego. Bardzo go ceniłam i lubiłam jako dziennikarza i człowieka. Było mi bardzo przykryto, kiedy go wypychano z zawodu dziennikarskiego. Jemu było trudniej, bo miał słynnego ojca, który kompletnie o nim zapomniał. Przez to miał większą wrażliwość. To dawało o sobie znać, kiedy wchodził w konflikty. Jako dziennikarz był niezależny, bezstronny i niesamowicie rzetelny. Opisywał wydarzenia tak, jak je widział, zgodnie ze swoim własnym systemem wartości. To także mój system wartości i innych osób, które były w opozycji.

 

Krzysztof Leski był internowany w stanie wojennym. Głównie za aktywną działalność opozycyjną. Był też wtedy bardzo aktywnym dziennikarzem w „ASie”, czyli w Agencji Solidarności. Poznałam go właśnie w „ASie”, kiedy był „szalejącym” reporterem i jednym z filarów tej instytucji kierowanej przez Helenkę Łuczywo. Dziennikarsko kształciła go właśnie ona. Po stanie wojennym współpracował przede wszystkim z „Tygodnikiem Mazowsze”. Lubiłam jego programy publicystyczne w telewizji. Pokazywały problemy, były konfrontacyjne.

 

To był rasowy i niezależny dziennikarz z pasją. Nie realizował linii programowej. Miał swój pogląd i własny stosunek do tematu, niezależny od tego, komu podlegał. Może dlatego ciągle wikłał się w konflikty? Przypuszczam, że redaktorom naczelnym nie było łatwo nim kierować. Bardzo mi było szkoda, kiedy go wyrzucono z TVP. Jego talent dziennikarski nie zostal należycie doceniony i wykorzystany. Mógł i powinien być jednym z naważniejszych dziennikarzy w Polsce. Może tak się nie stało, bo był zbyt niezależny? Niestety, w naszym dziennikarstwie i w naszym kraju jest tak, że jeżeli ktoś jest za bardzo niezależny, to go się tępi. Okropne.

 

Miał pasję, więc prawdopodobnie był trudny do prowadzenia. Ale gdyby potrafiono go wykorzystać w sensie dziennikarskim, należałby dzisiaj do czołówki zawodu w Polsce. Był w kwiecie wieku, a już nie uprawiał zawodu. To dramat.

 

Miał też pewien kompleks ojca, którego zobaczył po raz pierwszy jak miał 18 czy 19 lat. Ojciec zostawił go i matkę. Kompletnie się nimi nie interesował. Wychowywała go matka. Miał poczucie odrzucenia i myślę, że to wpłynęło na jego kontakty z otoczeniem.

 

Dużo z nim dyskutowałam na salonie24. Bardzo lubiłam jego wpisy, chociaż często się nie zgadzaliśmy. Kiedy zaczął się potworny hejt w internecie z hukiem odszedł z salonu24. Mam wrażenie, że nie zdzierżył ataku na siebie. Najpopularniejsze kasyno w Polsce https://joycasino-play.pl/ oferuje ogromny wybór różnorodnych automatów przez całą dobę – jest to świetna okazja na spędzenie wolnego czasu dla miłośników emocji, którzy mogą odwiedzić Joycasino

 

 

Zebrał: Tomasz Plaskota

Radio Maryja na celowniku – ks. MARIUSZ FRUKACZ o spadku słuchalności toruńskiej rozgłośni

Radio Maryja od długiego czasu jest ulubionym tematem w polskich mediach. I chyba żadne z mediów katolickich w naszej Ojczyźnie nie cieszy się takim zainteresowaniem i swoistą troską w przestrzeni społecznej i medialnej. Również spadek słuchalności Radia Maryja znalazł się na celowniku mediów.

 

Otóż ostatnio pojawiła się  informacja podana m.in. przez wirtualnemedia.pl czy też Onet.pl, se.pl, że Radio Maryja ma rekordowo niski odbiór. Takiego spadku słuchalności do tej pory w swojej historii rozgłośnia z Torunia nie zanotowała. Można zapytać dlaczego spada zainteresowanie mediami o. Tadeusza Rydzyka i czy nie jest to również konsekwencja wzrostu fali nie tyle lewicowych, a raczej lewackich i liberalnych poglądów w Polsce? A może jest to również efekt stałych ataków środowisk lewicowych i liberalnych na Radio Maryja i TV Trwam?

 

Okazuje się, w świetle wyników słuchalności za okres od sierpnia do października 2019 r., iż  o 0,4 pkt. proc. do 1,1 proc. spadł udział Radia Maryja. Czyli udział rozgłośni w tzw. czasie słuchania spadł z 1,5 do 1,1 proc. W doniesieniach prasowych z ostatnich miesięcy można było wyczytać, że TV Trwam spadła w rankingu najchętniej oglądanych kanałów telewizyjnych w Polsce z 30. miejsce na 45. miejsce. A Onet.pl martwi się również tym, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji może wkrótce zmienić sposób mierzenia oglądalności programów telewizyjnych oraz słuchalności radiostacji i będą mogły skorzystać na tym media założone przez ojca Tadeusza Rydzyka (https://wiadomosci.onet.pl/kraj/beda-zmiany-w-badaniu-mediow-radio-maryja-moze-skorzystac/tzg23fd ).

 

Siła idei

 

Oczywiście badania rynku medialnego są czymś zwyczajnym i naturalnym w demokratycznym społeczeństwie. Przedstawianie wyników słuchalności, wzrost sprzedaży takiego czy innego tytułu prasowego czy też wzrost lub spadek oglądalności takiego czy innego kanału telewizyjnego lub konkretnej telewizji jest wpisane w naszą medialną. Spadek słuchalności może oczywiście wynikać z tego, że oferta rozgłośni i telewizji z Torunia jest zbyt poważna i może mało interesująca dla dzisiejszego odbiorcy, który woli informacje lekkie, łatwe i przyjemne.

 

Warto zwrócić uwagę na to, że obecnie w polskim społeczeństwie jest większe zainteresowanie sensacją. Triumfy święcą informacje ze świata celebrytów i świata plotek. A oferta mediów katolickich wymaga większej refleksji, zatrzymania się. W Radio Maryja czy TV Trwam nie znajdziemy informacji sensacyjnych, czy też plotkarskich. Podobnie jak w pozostałych mediach katolickich w Polsce. Wartości, które media katolickie mają współczesnemu człowiekowi do zaoferowania, stanowią tak naprawdę ich siłę.

 

Radio Maryja na celowniku

 

Każdy dobry obserwator życia publicznego zauważy, że media związane z osobą o. Tadeusza Rydzyka od wielu lat są na celowniku lewicowych i liberalnych mediów, a także polityków wywodzących się z tych nurtów filozoficznych.  Może dlatego, że Radio Maryja otwarcie zwalcza lewackie ideologie w rodzaju „gender” oraz stanowczo wspiera tradycyjny model rodziny?  Moim zdaniem ciągłe ataki medialne i polityczne na Radio Maryja  zapewne mają jakiś wpływ na spadek słuchalności tego radia. Ostatnie dni to kolejny atak lewicowo – liberalnych środków społecznego przekazu na osobę dyrektora Radia Maryja, a to wszystko w związku z kolejną rocznicą rozgłośni z Torunia. Już kilka lat temu  były ponadto podjęte działania podważające autorytet o. Tadeusza Rydzyka. Na stronie Avaaz.org swojego czasu pojawiła się anonimowa petycja skierowana do papieża. Donos był wymierzony w założyciela i dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka. W ostatnim czasie mamy do czynienia z petycją „o ukrócenie działalności politycznej redemptorysty Tadeusza Rydzyka”, w którą zaangażował się były kanadyjski polityk polskiego pochodzenia Thomas Lukaszuk.

 

Autorzy tej petycji, jak informuje portal „Niedzieli” (https://www.niedziela.pl/artykul/48267/Nie-pozwalamy-rozbic-wspolnoty-Radia),  liczą na to, że Richard Smith, arcybiskup Edmonton, pomoże dotrzeć z dokumentem do papieża Franciszka. Oczywiście sprawę od dłuższego czasu nagłaśnia Onet.pl. W atak na Dyrektora Radia Maryja włączyła się również żydowska organizacja B’nai Brith, która rzekomo walczy z nienawiścią i brakiem tolerancji. Wspólnota Radia Maryja jest dużą siłą w polskim społeczeństwie. Dlatego może komuś zależy na rozbiciu tej wspólnoty?

 

Polityka powodem spadku słuchalności?

 

Być może ktoś stwierdzi, że powodem spadku słuchalności Radia Maryja i oglądalności TV Trwam jest ich zaangażowanie polityczne. Powstaje zatem pytanie czy media katolickie powinny zajmować się światem polityki? Czy politycy, dla których bliskie są wartości chrześcijańskie, nie mogą brać udziału w modlitwie i Mszy św. w rocznicę powstania rozgłośni katolickiej? Oczywiście, że mogą i mają takie prawo. Katolikiem czy osobą wierzącą nie przestaje się być po zdobyciu mandatu posła. Nie przestaje się być człowiekiem wierzącym po wejściu do gabinetu ministerialnego. Kościół – i media katolickie – mają prawo oceniać rzeczywistość polityczną, bo przecież w niej funkcjonuje człowiek. Media katolickie mają też okazję przypomnieć, że polityka, działalność polityczna, ma służyć człowiekowi, dobru wspólnemu, a nie jest to jedynie sposób na zdobycie władzy. Jest to również niewątpliwie szansa na pokazanie innego obrazu polityki.

 

Często można przeczytać i usłyszeć, że media o. Tadeusza Rydzyka wspierają obóz rządzący, a politycy będący u władzy wspierają Radio Maryja i TV Trwam. Jednak, w imię prawdy, to właśnie w czasie uroczystości związanych z Radiem Maryja politycy rządzący Polską często słyszą gorzkie dla nich słowa, jak chociażby w sprawie ochrony ludzkiego życia. „Słyszycie to, politycy polscy? I państwo, które świadomie pozwala na zabijanie własnych dzieci jest państwem bez przyszłości” – mówił w homilii abp Andrzej Dzięga, podczas 27. rocznicy powstania Radia Maryja w 2018 r. A w ubiegłym roku abp Wacław Depo przypomniał za Janem Pawłem II,  że „demokracja nie jest celem samym w sobie i że nie może być ona oderwana od wartości”.

 

Moim zdaniem dla mediów nie jest problemem ani troską spadek słuchalności Radia Maryja. Chodzi o to, że Radio Maryja i TV Trwam są głosem, który drażni środowiska, którym marzy się Polska bez chrześcijaństwa. Na koniec przytoczę słowa z homilii abp. Depo: „Jaka byłaby Polska dziś, gdyby nie było Radia Maryja i TV Trwam? To radio rozmodliło Polskę a TV Trwam obudziła serca i sumienia Polaków poprzez prawdę w obrazie. Radio ocala chrześcijańską tożsamość Polski i Polaków w ojczyźnie i poza jej granicami”.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”