Dziennikarz to nie zawód, tylko charakter – rozmowa z MICHAŁEM KAMIŃSKIM, redaktorem naczelnym „Tygodnika Zamojskiego”

Zakazując nam publikacji na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu, sąd działał wbrew interesowi społecznemu. Jako dziennikarze mamy wręcz obowiązek, nie tylko prawo, patrzeć na to, co się dzieje z publicznymi pieniędzmi – mówi Michał Kamiński, redaktor naczelny i wydawca „Tygodnika Zamojskiego”, w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

Pierwszy numer „Tygodnika Zamojskiego” ukazał się 23 listopada 1979 roku. 40 lat później, w wolnej Polsce, 4 listopada 2019 roku dostaje Pan sądowy zakaz publikacji. Nie takiego prezentu spodziewał się Pan na czterdziestkę?

 

Nie patrzyłem na to w ten sposób, ale rzeczywiście, dzięki temu postanowieniu zaistnieliśmy praktycznie w całym kraju. Pisały o nas media branżowe, ogólnopolskie portale, były teksty w kilkudziesięciu tygodnikach lokalnych, „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Wschodnim” i „Kurierze Lubelskim”. I w tym sensie od sędzi Justyny Rzepy dostaliśmy prezent dość specyficzny, ale głośny.

 

Ale to nie tak, że wcześniej nikt o „Tygodniku Zamojskim” nie słyszał. Jesteście tytułem z długą historią i dobrymi wynikami sprzedażowymi, które też zostały zauważone.

 

To są sprawy, które niespecjalnie czytelników interesują, ale „Tygodnik Zamojski” zawsze był w czołówce. Kiedyś pokazywały to badania czytelnictwa, teraz dane sprzedażowe. Ale przez długi czas, nikogo to specjalnie nie interesowało. Teraz i owszem…

 

Wróćmy do postanowienia Sądu Okręgowego w Zamościu, który 4 listopada zakazał wam pisania przez 11 miesięcy na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu i usunięcie ze strony internetowej artykułów na temat tej spółki. Jak Pan zareagował na tą informację?

 

Byłem poirytowany, bo okazało się, że sąd wydając takie postanowienie oparł się wyłącznie na dokumentach, które przedstawiło PGK. Były tam nasze teksty i ich sprostowania.

 

Publikowaliście te sprostowania?

 

Dobrze Pan wie, że jeśli sprostowanie spełnia wymogi formalne, to redakcja ma obowiązek je opublikować, bez względu na to, jakie banialuki są w nim zawarte.

 

Natomiast nasze stanowisko prezentowaliśmy w wyjaśnieniach, które ukazywały się w gazecie. Ale tych argumentów PGK do sądu nie dostarczyło.

 

Sąd zdecydował o cenzurze prewencyjnej na podstawie twierdzeń jednej strony?

 

Tak to wyglądało, stąd irytacja. Funkcjonowanie tego typu zabezpieczeń jest prawnie uzasadnione, na przykład w sprawach finansowych. W przypadku mediów, trzeba postępować inaczej, bo zawsze można tak sformułować wniosek, by takie zabezpieczenie otrzymać.

 

Trzeba zmienić prawo?

 

Być może. Z drugiej strony kiedy bulwarówka opisuje bez zgody czyjeś życie prywatne, to zastosowanie takiego zabezpieczenia może być uzasadnione. Kluczowa jest odpowiedź na pytanie: czy istnieje interes społeczny, by pisać o danej sprawie, czy nie.

 

W przypadku pisania o spółce komunalnej sytuacja wydaje się być oczywista.

 

Zakazując nam publikacji na temat PGK, sąd ewidentnie działał wbrew interesowi społecznemu. Przecież jako dziennikarze mamy wręcz obowiązek, nie tylko prawo, patrzeć na to, co się dzieje z publicznymi pieniędzmi. Sąd jednak tego nie zauważył. W dodatku brak naszego stanowiska spowodował, że sąd mógł stwierdzić, że dobra spółki PGK zostały naruszone. Ale nigdy nie pisaliśmy, że PGK jest złą firmą, lecz opisywaliśmy decyzje kierownictwa tej spółki i ich konsekwencje. A to jest zasadnicza różnica. Nie naruszaliśmy więc dóbr osobistych spółki komunalnej i na to się powołaliśmy składając zażalenie.

 

Wtedy też pojawiła się głośna okładka w „Tygodniku Zamojskim”. W oryginalny sposób poinformowaliście o tym, że sąd zakazał wam publikacji na temat PGK. Daliście wielką ramkę w formie nekrologu opatrzoną pieczęcią „Cenzura”. Skąd taki pomysł?

 

Mieliśmy kolejny tekst na temat PGK. Konsultowałem z prawnikami jak powinniśmy się zachować, bo choć sąd w swoim postanowieniu nałożył na nas wiele ograniczeń, to do końca nie miałem jasności, o czym możemy pisać. Ostatecznie tekstu nie opublikowałem, ale pomyślałem, że forma nekrologu z napisem „Cenzura” na pierwszej stronie byłaby jasnym przedstawieniem stanowiska redakcji. Postawiliśmy sprawę na ostrzu noża.

 

W ten sposób „Tygodnik Zamojski” sam trafił na okładki.

 

Sporo tego było. O naszej sprawie podawały nawet media zagraniczne. Postanowieniem sądu zainteresował się Rzecznik Praw Obywatelskich, otrzymaliśmy wsparcie z Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, popierała nas Izba Wydawców Prasy i Stowarzyszenie Gazet Lokalnych.

 

I wtedy też pojawił się pomysł z publikacją tekstów o PGK w mediach należących do Stowarzyszenia Gazet Lokalnych?

 

To był świetny pomysł Andrzeja Andrysiaka z „Gazety Radomszczańskiej”. Jednego dnia, 12 grudnia, na znak protestu i w geście solidarności 32 lokalnych wydawców z całej Polski, skupionych w SGL, opublikowało w 56 tytułach teksty, które na postawie sądowego postanowienia musieliśmy usunąć ze strony internetowej „Tygodnika Zamojskiego”.

 

To przypomina mi sprawę „Pentagon papers”, którą zresztą niedawno Steven Spielberg opowiedział w hollywoodzkiej produkcji „Czwarta władza”. Tam też był federalny zakaz publikacji, który udało się ominąć dzięki solidarności ówczesnych mediów.

 

I to było fantastyczne! Media pokazały wielką solidarność i siłę.  Trudno powiedzieć, że właśnie dlatego, ale szybko, bo już 13 grudnia, sąd apelacyjny zdjął z nas zakaz pisania o PGK.

 

Symboliczna data.

 

Nawet tak napisaliśmy, że 13 grudnia skończyła się w Zamościu cenzura.

 

A dlaczego w ogóle podjęliście temat PGK?

 

Zaczęło się od tekstu w sierpniu 2018 roku, który dotyczył przetargu na budowę instalacji fotowoltaicznej. Wygrała go zamojska firma, ale okazało się, że jej oferta była o 2 mln zł droższa od oferty, którą złożyła – mająca duże doświadczenie w tej materii – firma z Gdańska. Pytań i niejasności wokół tego przetargu było coraz więcej. Sprawą zainteresowało się Centralne Biuro Antykorupcyjne, śledztwo wszczęła też prokuratura. Bez naszych publikacji w kolejnych tekstach sprawa mogłaby być zamieciona pod dywan. Prawda też jest taka, że gdyby nie nasi informatorzy o sprawie byśmy nie wiedzieli. Śmiem twierdzić, że tego typu afer w firmach należących do samorządów czy państwowych jest na pewno wiele. Dlatego wszelkie interesy biznesu prywatnego z  firmami samorządowymi i państwowymi powinny być pod nadzorem powołanych do tego służb. A przy okazji mediów. Bo przecież wiadomo, że dziennikarze nie dysponują takim aparatem, by zastępować te służby.

 

Sprawa przetargu PGK musiała też uderzać w prezydenta Zamościa, Andrzeja Wnuka. To były dziennikarz, a swego czasu także redaktor naczelny konkurencyjnej dla „Tygodnika Zamojskiego” „Kroniki Tygodnia”. Jakie są wasze relacje?

 

Nigdy nie były dobre, bo zawsze byliśmy krytyczni wobec prezydenta, który notabene przez kilka lat pracował w  „Tygodniku Zamojskim”. Zresztą nie tylko on, bo także zastępca prezydenta też była naszą dziennikarką, jak i jego rzecznik prasowy. Wygląda na to, że staliśmy się taką kuźnią kadr dla zamojskiego magistratu.

 

Ale dawni dziennikarze dziś niechętnie na was patrzą. Podpadliście władzy?

 

Od początku punktowaliśmy działalność prezydenta za typowe dla naszych polityków  zachowania, czyli obsadzanie stanowisk znajomymi i „rodziną królika”. Na przykład prezesem Miejskiego Zakładu Komunikacji został wuefista, z którym Wnuk jeździł na narty. Prezes PGK to też wieloletni kolega prezydenta.

 

A łączą was jakieś relacje biznesowe? Samorząd zamieszcza ogłoszenia?

 

Odkąd Andrzej Wnuk został prezydentem, a rządzi Zamościem już drugą kadencję, nigdy się u nas nie ogłaszał. Ale nie narzekam. Nie będę „sprzedawał” prawa do krytyki i patrzenia władzy na ręce. Choć ogłaszanie się w gazecie, którą się kierowało i która ma o wiele mniejszą sprzedaż – a to robi prezydent – na pewno nie idzie w parze z interesami miasta.

 

Patrząc na wyniki sprzedaży radzicie sobie całkiem nieźle. Według raportu portalu Wirtualnemedia.pl w pierwszym półroczu 2019 roku byliście liderem wśród tygodników lokalnych w Polsce. Sprzedajecie średnio 17,5 tysiąca egzemplarzy jednego wydania, przy nakładzie sięgającym 22-23 tysiące egzemplarzy. Jaka jest recepta na sukces i przetrwanie w tych trudnych dla każdego wydawcy warunkach?

 

Uściślę: jesteśmy liderem sprzedaży prawie od zawsze. Ale wracam do pytania. Robiąc gazetę trzeba mieć wyczucie i wiedzieć, co w danym momencie jest interesujące dla czytelnika. I nie zawsze są to informacje typowo lokalne, bo o nich ludzie często wiedzą więcej niż dziennikarz.

 

To o czym chcą czytać czytelnicy „Tygodnika Zamojskiego”?

 

Nie tylko czytelnicy „Tygodnika Zamojskiego” chcą czytać o aferach, przekrętach, kryminałach, ważnych sprawach gospodarczych, czy historii, zwłaszcza regionalnej. Ale poruszamy też istotne problemy społeczne, także ogólnopolskie. Tekst o misiach koala w dalekiej Australii też się u nas znalazł.

 

Lokalność nie jest dla was priorytetem?

 

Oczywiście, że jest! Ale staramy się pisać o tym, co w danym tygodniu było przedmiotem najszerszego zainteresowania. Poza tym w „Tygodniku” mamy możliwość pogłębić temat, który w innych mediach, głównie elektronicznych, potraktowany został zdawkowo.

 

Zwykle wydawcy lokalnych mediów mówią coś dokładnie odwrotnego.

 

Może dlatego jesteśmy liderem sprzedaży? Jeśli ktoś mieszka w Biłgoraju, to sprawy komunalno-samorządowe z Hrubieszowa go nie interesują. Staramy się pisać tak, by zaciekawić czytelnika z każdego z czterech powiatów, gdzie sprzedajemy „Tygodnik Zamojski”. Kolejny stereotyp, to popularność tematyki sportowej. Kiedyś mieliśmy trzy strony sportowe, od kilku lat mamy dwie. Nie zauważyłem, by gazeta na tym straciła. Sport gminno-wiejski już tak bardzo czytelników nie interesuje. Ludzie oglądają Eurosport, więc śledzimy sport z wyższej półki. Redakcja musi czuć, co ludzi w danym momencie chwyta.

 

Dlatego jest też sporo rozrywki?

 

Ogromną popularnością cieszą się nasze „Romanse niezmyślone”, czyli konkurs z ponad 30-letnią historią. Mamy już dziesiątą edycję, na którą napłynęło około 350 prac z całej Polski, opisujące miłości, zawody, zdrady. I można zapytać, jaki to ma związek z lokalnością… Oczywiście mamy też dużo krótkich informacji z regionu, które są podzielone na poszczególne powiaty i miasta. Jest ich w każdym numerze kilkadziesiąt i dobrze się to czyta. Moglibyśmy je rozdmuchiwać, wypełniając nimi gazetę. Tylko po co? Jeszcze jedno. Dobrze jest pamiętać, przynajmniej ja tak uważam, że czytelnik jest coraz bardziej wykształcony i bardzo dużo wie o tym, co się dzieje dzięki dziesiątkom kanałów TV i Internetowi. Dlatego formuła pisania głównie o sprawach lokalnych mu nie wystarcza.

 

Przepisywanie informacji ze stron internetowych i biuletynów informacji publicznych samorządów nie ma sensu?

 

Dokładnie. Dlatego ograniczam teksty o samorządach, jeśli nie są krytyczne, bo inaczej interesują tylko samych urzędników. Ale jeśli jakiś burmistrz, czy wójt kręci lody, to jak najbardziej jest to temat. Dlatego też nie chwalimy samorządowców. Jeśli coś jest rzeczywiście dobre, to samo się obroni. Gazeta nie jest od tego, by dawać władzy laurki. Zresztą, zawsze staramy się być daleko od władzy.

 

Każdej władzy?

 

Tak. Nie promujemy żadnego ugrupowania, nie faworyzujemy nikogo. Bo czytelnik od razu wyczuje, że gazeta się komuś podlizuje. Dzięki temu, że nie przechylamy się ani na prawo, ani na lewo, a nasz czytelnik jest nam wierny. Gdyby było inaczej, nie mielibyśmy ponad 5 tys. prenumeratorów. To największy poziom prenumeraty na wschód od Wisły.

 

To wynika z waszej postawy?

 

Nie ma jednego źródła sukcesu. Każde wydanie gazety trzeba traktować jakby było najważniejsze. Nie unikamy żadnych tematów, nawet tak kontrowersyjnych jak pedofilia wśród kleru. Czytelnik to na pewno odczuje i będzie chciał mieć następny numer gazety w domu.  Oczywiście, jak przychodzą wybory, to korzystamy na tym, pojawiają się reklamy i ogłoszenia wyborcze. Ale politycy, przychodząc do mnie, usłyszą: „My zarabiamy na gazecie, a wy na polityce”. I zapraszam do biura ogłoszeń.

 

Ale czy to wszystko, co Pan wie o swoich czytelnikach, wynika wyłącznie z redaktorskiego nosa i doświadczenia, czy na przykład badań opinii publicznej?

 

Ja po prostu zadaję sobie pytanie czy to co czytam zainteresuje czytelnika. Tak robimy gazetę.

 

Pan jest redaktorem naczelnym od 1991 roku.

 

Kiedy są roszady, to wtedy każdy naczelny chce się wykazać, robi rewolucje, często uzyskując efekt odwrotny od założonego. W ten sposób można wykończyć każdą gazetę, także finansowo.

 

Co Pan ma na myśli?

 

Na przykład kiedyś wiele gazet dołączało do numerów jakieś gadżety. Sprzedaż chwilowo rosła, ale gdy prezenty się kończyły, spadała do poziomu niższego niż przed akcją gadżetową. Zyskiwali tylko ich producenci. Nie kierowałem się stereotypami i do „Tygodnika Zamojskiego” nigdy nie dołączaliśmy dodatku telewizyjnego, co czyniło większość tytułów. Jak widać, nie przeszkodziło nam to w osiągnięciu największej sprzedaży wśród tygodników regionalnych.

 

Lepiej inwestować w dziennikarzy?

 

Z tego co wiem, to zarobki naszych dziennikarzy są większe niż w Lublinie.

 

W tej chwili zespół „Tygodnika Zamojskiego” tworzy sześciu dziennikarzy i ośmiu stałych współpracowników. Co usłyszy od pana człowiek, który chce zostać dziennikarzem?

 

Że dziennikarz to nie zawód tylko charakter. Dziennikarzem powinna być osoba interesująca się tym, co się dzieje dookoła, ale też niepokorna, którą denerwuje bałagan i głupota. Dziennikarz musi być krytyczny. To nie może być osoba, której wszystko się podoba, bo będzie się przewracała o tematy.

 

A u swoich dziennikarzy co Pan ceni najbardziej?

 

Warsztat dziennikarski. Dziennikarze „Tygodnika Zamojskiego” wiedzą jak podejść do tematu, co jest istotne, o co należy zapytać i jak pisać teksty. I robią to sprawnie. A pamiętam czasy kiedy składaliśmy gazetę do późnej nocy, bo czekaliśmy na teksty.  Teraz wszystko idzie szybciej. Inna rzecz, że czasy kultury obrazkowej wymusiły skracanie tekstów. Bo – jak mówił Melchior Wańkowicz – krótszy tekst, zawsze jest lepszy od dłuższego.

 

To biorąc sobie do serca te słowa i nam czas kończyć, bo trochę się rozgadaliśmy.

 

Takie czasy.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

 

Depresja, choroba zawodowa – TOMASZ PLASKOTA o jednym z najgorszych zabójców dziennikarzy

Depresja dotyka wielu dziennikarzy. Niektórzy określają ją jako chorobę zawodową dziennikarzy. Jednak o tym poważnym problemie, mówi się dopiero od niedawna.

 

Jako dziennikarz z dosyć długim stażem, a także szef dziennikarskiego związku zawodowego niejednokrotnie miałem styczność z osobami zmagającymi się z depresją. To jedna z chorób, które nieodłącznie wiążą się z zawodem dziennikarza – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz i pisarz, obecnie wydawca w programie interwencyjnym „Telekurier” TVP. Ocenia, że depresja jest skutkiem długotrwałej pracy w silnym stresie, towarzyszącej jej presji czasu, a także podejmowanej zawodowo tematyki. – Mamy częsty kontakt z ofiarami nieszczęśliwych wydarzeń i przestępstw, przebywamy na miejscach zbrodni, katastrof czy śmiertelnych wypadków – wskazuje. Powody depresji w jego ocenie są różne, od podejmowanych, traumatycznych tematów po relacje redakcyjne. – Niektórzy z nas pracują w poczuciu zagrożenia realizując tematy śledcze. Taki stan na dłuższą metę może wywoływać okresowe lub długotrwałe stany depresyjne. Zdarza się, że są one również skutkiem warunków pracy dziennikarskiej, przede wszystkim relacji z przełożonymi, które w naszym zawodzie bywa, że noszą cechy mobbingu – ocenia dziennikarz.

 

Nie jest to regułą, ale zdarza się, że depresja idzie w parze z nałogiem.

 

Fot. Pixabay

Niestety, często depresji dziennikarzy towarzyszy nadużywanie alkoholu czy stosowanie narkotyków lub farmaceutyków o podobnym jak one działaniu. Jest to próba ratunku przed stanami depresyjnymi, która jednak tylko pogłębia problem. Dopiero od niedawno mówi się wśród dziennikarzy o depresji, na ogół jednak dotknięte nią osoby wciąż ukrywają, że same z nią się zmagają lub bagatelizują swoje dolegliwości – podkreśla Kaźmierczak.

 

Większość ludzi i dziennikarzy, którzy mają depresje, nie chce o tym mówić. Nie przyznają się do cierpienia. Znoszą swoją chorobę w milczeniu. To błąd. Bo depresja jest jednym z najgorszych, bo cichym zabójcą – mówi 54-letni dziennikarz, kiedyś wydawca jednego z największych dzienników regionalnych, obecnie pracuje w prasie ogólnopolskiej. Na potrzeby tego artykułu nazwijmy go T. – Nie obnoszę się ze swoim problemem, ale skoro rozmawiamy, to znaczy, że nie boję się o tym mówić – kontynuuje swoją opowieść i dodaje: – Nie mówię o tym pod nazwiskiem, bo nie jestem celebrytą. Nie chcę kierować świateł reflektorów na siebie. Nie potrzebuję tego.

 

Ocenia, że na jego depresję wpłynęła niestabilność w pracy. Wydawca zaczął mieć więcej obowiązków. Jego obowiązki rozszerzono o zdobywanie newsów, czyli informacji. Część stanowisk zredukowano, więc pojawił się strach przed utratą pracy i obawa o odnalezienie nowego miejsca zatrudnienia.

 

Czasem depresję można pomylić z długotrwałym napięciem nerwowym i emocjonalnym. – Czułem ciągły niepokój. Nie byłem w stanie skupić się w pracy. Pracowałem przy komputerze, po chwili miałem wrażenie, że muszę wstać i wyjść. Kiedy szedłem, miałem obawy, że się przewrócę. Dziwnie się czułem – wspomina  T. Dodaje, że bał się wychodzić z domu. Lęk był irracjonalny. Nie wynikał z zajmowania się niebezpiecznymi tematami. U każdego jednak depresja działa inaczej. – Jestem introwertykiem. To też ma znaczenie. Wykrzykując złe emocje, łatwiej ich się pozbyć – mówi.

 

Osoby z depresją z reguły nie są agresywne. – Byłem bardziej wycofany niż zwykle. Nie krzyczałem na nikogo. Przeżywałem problem w samotności. Dusiłem wszystko w sobie, spinałem się i cały czas pracowałem. Nie brałem wolnego. Ukrywałem problem i przez dłuższy czas jakoś funkcjonowałem – opowiada T. Ale w pewnym momencie żona zauważyła, że ma problem. – Po długiej rozmowie uznaliśmy, że powinienem iść do lekarza – dodaje T. Lekarka przepisała mu antydepresanty. Kuracja trwała prawie rok. Była skuteczna, dziś czuje się dobrze, cały czas pracuje. Dostał też skierowanie do poradni psychologicznej. – Nie lubiłem tam chodzić, bo czułem się jak w „Locie nad kukułczym gniazdem” – wspomina. Po kuracji farmakologicznej, jak mówi, wrócił do normy. Przestał silnie reagować na sytuacje stresowe, chociaż w pracy ich nie ubyło. Jest wdzięczny żonie i lekarzowi za pomoc. – Samemu trudno sobie poradzić z depresją, bo człowiek zawija się w kokon. Mi pomogła żona – podkreśla. Konieczna jest też szybka reakcja. – Pójście do psychologa nie jest powodem do wstydu. Im szybciej to zrobisz, jeżeli źle się czujesz ze sobą, tym lepiej – zaznacza.

 

Wcześniej nie miałam depresji. Zaczęła się, kiedy po kilku latach przerwy wróciłam do zawodu – mówi była dziennikarka jednego z tabloidów. – Czasem  jest mi bardzo ciężko normalnie funkcjonować, ale da się żyć z depresją – podkreśla. Niewątpliwie depresja to schorzenie ściśle związane z pracą dziennikarską. – Nasz zawód jest mocno stresujący – zaznacza i wskazuje, że jest to wynikiem połączenia różnych czynników. – Problemem jest m.in. mieszanie życia zawodowego z prywatnym. Wielu dziennikarzy nie ma życia poza pracą. Niestety, też do nich należę. 90 proc. moich znajomych to informatorzy oraz osoby z poprzednich albo z obecnej redakcji. Zamiast po pracy zająć się tym, czym ludzie powinni zająć się w wolnym czasie, czyli iść do kina, zjeść dobrą kolację z przyjaciółmi, toczę dyskusje na tematy zawodowe czy okołozawodowe. 24 godziny na dobę jestem pod telefonem. W domu słucham jednocześnie TOK FM i oglądam TVP Info. Czy to już uzależnienie? Coś w tym rodzaju – opowiada.

 

Do czynników, które są przyczyną depresji wśród dziennikarzy, rozmówczyni portalu sdp.pl zalicza również zły klimat w miejscu pracy, niskie zarobki, umowy śmieciowe i towarzystwo wzajemnej adoracji funkcjonujące w środowisku zawodowym. – Praca w redakcji, gdzie nie możesz publikować tego co chcesz, nie jest, delikatnie mówiąc, komfortowa. W Polsce na ten moment nie ma mediów wolnych. Takie zjawisko nie występuje. Wszystkie są zależne od władzy albo sponsorów. Zawsze, kiedy partia rządząca zakorzenia się na dłużej niż na jedną kadencję zaczyna występować taki problem, że przejmuje media także te niezależne – wskazuje. Można być wolnym strzelcem, czyli publikować w różnych redakcjach. – Wtedy trzeba się wiecznie zastanawiać, gdzie oddać który artykuł, żeby żadna z redakcji, z którą współpracuję, nie poczuła się urażona, albo nie zobaczyła w takim działaniu spisku – podkreśla i dodaje, że z bycia freelancerem ciężko wyżyć.

 

Ocenia, że w środowisku dziennikarskim istnieje nieformalna grupa, którą można określić towarzystwem wzajemnej adoracji.

 

Dziennikarze są hermetycznym środowiskiem. Jest sporo ludzi, którzy znają się z dawnych czasów, albo łączy ich wspólne źródło, o którego to źródła interesy nieformalnie dbają, otrzymując w zamian atrakcyjne informacje. Ci ludzie trzymają się razem i nie wpuszczają nikogo z zewnątrz – mówi. – Jak ktoś taki wejdzie im w drogę, np. przez wpuszczenie tekstu, który jest nie po ich myśli, będą go bagatelizować, udawać, że go nie ma, albo za pomocą mediów społecznościowych pokażą go jako zagubionego wariata, który nie wie co czyni – dodaje.

 

Kolejna sprawa, która przyczynia się do popadania w depresję w tym zawodzie to niskie zarobki. Przynajmniej w prasie, póki nie osiągnie się stanowiska szefa działu, zastępcy naczelnego albo funkcji redaktora naczelnego ta sprawa się nie zmienia. Ale nie ma się co łudzić. Większość z nas nigdy takich stanowisk nie osiągnie, więc właściwie nie ma szans na poprawienie swojej sytuacji materialnej – mówi i podkreśla, że wiele osób pracuje na umowach śmieciowych, bez ubezpieczenia i możliwości pójścia na zwolnienie lekarskie i urlop.

 

Dziennikarze problemy topią w alkoholu, który jest nieodłącznym elementem ich pracy. „Chcesz się tego dowiedzieć? To chodź, napij się z nami, wszystko ci opowiemy”. Tak to w praktyce wygląda – podsumowuje dziennikarka.

 

Tomasz Plaskota, dziennikarz portalu wPolityce.pl.

Dziennikarze w poważaniu – ks. ARTUR STOPKA o sondażu CBOS

Ponad połowa rodaków podchodzi do dziennikarzy z szacunkiem i docenia ich rolę w funkcjonowaniu społeczeństwa. Jakie to ma znaczenie i co z tego wynika?

 

Jak pokazują badania CBOS, 55 proc. Polaków uznało zawód dziennikarza za bardzo poważany, 35 proc., że średnio, a tylko 8 proc. określiło tę profesję jako słabo poważaną. To dobrze czy źle? Jeśli zestawić ten wynik ze strażakiem ((94 proc. uznało go za bardzo poważany), pielęgniarką (89 proc.) i robotnikiem wykwalifikowanym (84 proc.), powodów do wielkiej satysfakcji nie ma. Jeśli porównać prestiż dziennikarzy np. z poważaniem dla partyjnych działaczy, polityków czy księży, można powiedzieć, że jest całkiem nieźle. Zwłaszcza, że w ciągu minionych sześciu lat, od poprzedniego badania, poważanie dla zawodu dziennikarza wzrosło o pięć procent.

 

To bardzo interesujący sygnał. Zwłaszcza w kontekście powtarzających się głosów mówiących o końcu tego zawodu i całej serii odejść do innej pracy dziennikarzy o niejednokrotnie bardzo znanych nazwiskach i sporych dokonaniach. Ponad połowa rodaków podchodzi do dziennikarzy z szacunkiem i docenia ich rolę w funkcjonowaniu społeczeństwa. Uznaje ich działania i wysiłki za potrzebne. Jest to ważne w sytuacji, gdy niemal każdy w jakiś sposób może dzisiaj uprawiać dziennikarstwo korzystając z ogólnodostępnych środków, jakie dostarczają tzw. nowe media. Widać zapotrzebowanie na profesjonalizm w sferze opowiadania i wyjaśniania świata. Wystarczyło niewiele czasu, aby również w Polsce zorientowano się, że blogerzy i vlogerzy nie są w stanie zastąpić zawodowych reporterów, komentatorów, publicystów, wydawców.

 

Także w internecie coraz więcej osób szuka nie amatorskich czy półprofesjonalnych materiałów, lecz treści przygotowanych przez zawodowców. To daje nadzieję na przyszłość. Nie tylko dziennikarzom, że przetrwają jako grupa zawodowa, ale także społeczeństwu, że nadal będzie miało dostęp do rzetelnych materiałów dziennikarskich, zrobionych zgodnie z wszystkimi zasadami konstytutywnymi dla tej profesji. Byłoby fatalnie, gdyby wpadło bez alternatywy w ręce propagandystów (niezależnie od tego, jak się ich teraz nazywa) i skazane było wyłącznie na komunikację przez nich organizowaną.

 

Utrzymujący się, a nawet rosnący społeczny status dziennikarzy pozwala również mieć nadzieję, że do tego – pod wieloma względami coraz trudniejszego i coraz bardziej wymagającego – zawodu, będą przychodzić ludzie wybitni, utalentowani, pracowici, opierający się na rzeczywistych wartościach, rozumiejący zarówno związaną z pracą w mass mediach odpowiedzialność, jak i służebność swojej funkcji. To istotne, ponieważ wiele wskazuje na to, że poziom profesjonalny i moralny w takich zawodach, jak dziennikarstwo, ma i będzie miał znaczenie dla kształtowania systemu wartości przyjmowanego przez znaczącą część społeczeństwa.

 

W połowie ubiegłego roku opublikowano wyniki międzynarodowych badań, pokazujących, że Polacy niezbyt ufają mediom. Medioznawca Maciej Myśliwiec komentował, że brak zaufania w ogóle do mediów może wynikać z rozczarowania odbiorców informacją otrzymywaną z kanałów masowych. „Ta informacja jest szybka, niesprawdzona, bo zależy autorowi na czasie. Często jest przygotowana niechlujnie” – wskazywał. Profesjonalizm wpływa na poziom zaufania odbiorców. Im wyższy, tym większe zaufanie. Pojawia się pytanie, czy rosnący powolutku społeczny prestiż zawodu dziennikarza nie jest mimowolnym wyrazem tęsknoty odbiorców za dobrze i rzetelnie przygotowywanymi treściami oraz mediami, którym można bezpiecznie zaufać? Budowanie i kształtowanie każdej społeczności wymaga zaufania, a media mają w tej sferze mnóstwo realnych możliwości i wręcz niezbędnych zadań do wykonania. Trudno dziś w ogóle wyobrazić sobie społeczeństwo tworzone bez udziału środków komunikacji. Ich jakość ma więc ogromne znaczenie dla milionów ludzi. Także w Polsce.

 

Co roku 24 stycznia, we wspomnienie św. Franciszka Salezego, ogłaszane jest papieskie orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. W tym roku (zgodnie z zapowiedzią podaną do publicznej wiadomości 29 września ub. r.) temat orędzia będzie brzmiał: „«Abyś opowiadał dzieciom twoim i wnukom» (Wj 10,2). Życie staje się historią”. Wybierając właśnie taki temat papież Franciszek podkreślił, że dziedzictwo pamięci jest szczególnie cenne w komunikacji. W komentarzu opublikowanym przez Stolicę Apostolską zwrócono uwagę, że środki przekazu są powołane do łączenia poprzez opis pamięci i życia. Wskazano też, że po raz kolejny Papież w centrum refleksji stawia osobę w jej relacjach i wrodzonej zdolności do komunikowania się. „Papież prosi wszystkich, bez wyjątku, aby ten talent przyniósł owoce: uczynienie komunikacji narzędziem budowania mostów, zjednoczenia i dzielenia się pięknem bycia braćmi w czasach naznaczonych sprzecznościami i podziałami” – czytamy w watykańskim komentarzu.

 

Jeśli spojrzeć na prestiż zawodu dziennikarza z perspektywy prośby papieża Franciszka, łatwo dostrzec, jak wiele zaufania wiąże się z jej faktycznym wypełnieniem. Ale też widać wyraźnie, że potrzeba dużego profesjonalizmu i odpowiedzialności za to, co się w sferze międzyludzkiej komunikacji robi, ponieważ skutki tych działań mają nie tylko wymiar doraźny, ale również dotykają przeszłości i przyszłości. Przekonujemy się o tym w Polsce w ostatnim czasie aż nadto dobitnie.

 

Artur Stopka

Dziennikarz niedowartościowany – felieton JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Dla przeciętnego Polaka dziennikarza spełnia jakąś rolę, ale chyba  niezbyt istotną w jego życiu codziennym – tak najkrócej można skomentować pozycję zawodu dziennikarza w badaniu najbardziej poważanych zawodów.

 

Głośny przedwojenny dziennikarz Karol Zbyszewski opisując w pamflecie politycznym „Niemcewicz od przodu i od tyłu” społeczeństwo szlacheckie XVIII wieku podkreślał, że w oczach ówczesnej opinii „ceniono ludzi mogących dużo zeżreć i wypić”(…) wzorem był starosta cudnowski Iliński, serdeczny druh hetmana Branickiego. Patrzono nań powszechnie z szacunkiem; Iliński nóg swoich nie mógł obejrzeć, bo brzuszysko miał większe od kadzi, rano – przy śniadaniu – wypijał sześć butelek burgunda, przy obiedzie pół kwarty mocnej wódki i drugie sześć butelek wina, na kolację jeszcze sześć butli”.  Przypomniał mi się ten cytat ze Zbyszewskiego, gdy patrzę na wyniki badania opinii na temat zaufania do konkretnych zawodów w Polsce. Jak to się opinie zmieniały, czyżby wtedy ludzie byli głupi i cenili najbardziej wszelką bufonadę i to co im szkodzi, a dziś jest inaczej?

 

Bo co mówi nam współczesny ranking, już o zawodach a nie o gustach.  Dziennikarz w badaniu CBOS jest raczej po środku tej drabiny – 55 proc. obdarzonego zaufania, a na szczycie znajduje się strażak, pielęgniarka, nieco dalej lekarz.  Czy ten ranking coś mówi o nas dziś, pod koniec pierwszej ćwierci XXI wieku, w porównaniu na przykład do społeczeństwa właśnie XVIII wieku? Tak, cenimy sobie bezpieczeństwo oraz zdrowie i te wszystkie zawody, które dają nam ich złudną niekiedy   gwarancję. Wynika  stąd, że dziennikarz jest trochę potrzebny, ale nie niezbędny. Ale czy taki ranking nie jest równie zwodniczy w  postrzeganiu prestiżu człowieka, jak ten opis Zbyszewskiego, bo w istocie  niewiele nam mówi o rzeczywistej kondycji tego czy innego zawodu? Tak i nie.  Jest zwodniczy bo nie pokazuje różnorodności postaw w każdym zawodzie, jest prawdziwy, bo mimo wszystko mamy jakąś uśrednioną opinię o poszczególnych profesjach. Można powiedzieć, że zawód dziennikarza i tak w Polsce cieszy się dużym prestiżem w porównaniu do innych krajów. Według najnowszego badania Ipsos, jest  na dole rankingu w wybranych 22 krajach świata – 21 proc. zaufania, niżej są  tylko politycy – 9 proc.  , w krajowym rankingu na samym dole jest działacz partyjny – 20 proc.

 

Ale co się może składać na tę ocenę bycia po środku zaufania społecznego. Dla przeciętnego Polaka dziennikarza spełnia jakąś rolę, ale chyba  niezbyt istotną w jego życiu codziennym. Dostarcza mu różnorodnych informacji i opinii, ale przecież każdy rodak  sam wie o rzeczywistości dużo i nie we wszystkim musi polegać na dziennikarzu. Myśli zapewne, że  przecież dziennikarz jest często wyrazicielem  jakiejś strony, której zależy na przekonaniu odbiorcy  do określonych reakcji i zachowania. Czyli jest pośrednikiem w dostarczaniu jakiejś porcji  wiedzy, ale nie tak bezstronnym jak na przykład nauczyciel (stoi zresztą w rankingu zaufania też na szczycie). Wiedzy często  niepewnej, nieugruntowanej, która szybko może się czasem zmienić w zwykłe kłamstwo czy bzdurę. Pełni zatem na ogół  rolę usługową, choć oczywiście jest to wolny zawód, w którym  liczą się indywidualne zdolności, takie jak dociekliwość, bystrości, umiejętności nazywania rzeczywistości. Musi więc  wyróżniać się  cechami nieco wyjątkowymi na tle przeciętności.  Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że najważniejszym kryterium oceny zaufania jest praktyczna przydatność określonego zawodu, to  współczesny świat  jest niewyobrażalny bez dziennikarza, nieważne czy zawodowego czy amatora. Po prostu wymiana informacji jest istotą naszego życia. https://krootez.com/buy-real-instagram-followers/ A rola dziennikarza jest tu nieoceniona. Chyba rankingi zaufania do określonych zawodów są zwodnicze i niemiarodajne, tak jak niemiarodajne były niektóre gusta w Polsce w XVIII wieku.

 

Jerzy Kłosiński

IV POLSKO-UKRAIŃSKIE FORUM DZIENNIKARZY. Walczyć z dezinformacją, ale chronić wolność słowa

Uczestnicy IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy zaapelowali do władz Ukrainy o nieprzyjmowanie przepisów, które mogą zagrozić wolności słowa. Wcześniej zaś dyskutowali o tym jak walczyć z rosyjską manipulacją i dezinformacją oraz jak groźna może być kryminalizacja zniesławienia.  

 

„Manipulacja i dezinformacja” to był pierwszy temat drugiego dnia IV Polsko-Ukraińskie Forum Dziennikarzy, które odbywało się w Kazimierzu Dolnym.  Zorganizowali je Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy, przy udziale Instytutu Europy Środkowej.

 

O hybrydowych wyzwaniach dla Polski i Ukrainy opowiadał dr Jewhen Mahda z  Narodowego  Uniwersytetu Technicznego Ukrainy Politechniki Kijowskiej.

 

– Nasz region jest centrum aktywności hybrydowej Rosji. Państwo to kieruje się dyskursem imperialistycznym – mówił Jewhen Mahda.

 

Dodał, że Moskwa będzie chciała wykorzystać energię brexitu, aby siać zamieszanie w Unii Europejskiej. Tymczasem, jego zdaniem, działania Kremla są lekceważone przez UE.

 

 

Dr Jewhen Mahda wymienił cały arsenał środków, które Rosja wykorzystuje do realizacji swoich imperialistycznych celów. Są to m.in. fake newsy, spekulacje na tematy historyczne, presja energetyczna.

 

– Rosja sieje ksenofobię i prowokuje konflikty między grupami etnicznymi. Narzędziem Kremla jest też  rosyjska Cerkiew Prawosławna – wyliczał.

 

A jakie są cele tych działań?

 

– Osłabienie, a w wersji idealnej, zniszczenie Unii Europejskiej jako konkurenta – mówił Jewhen Mahda. – Dopóki istnieje Unia, dopóty Rosja nie może odnowić swojej potęgi imperialnej.

 

Jako sposób na obronę przed Rosją dr Mahda wskazał na media, które powinny uczyć krytycznego myślenia, oraz społeczeństwo obywatelskie.

 

– Trzeba też przeciwdziałać  ksenofobii i różnym radyklanym działaniom oraz  przepracować wydarzenia historyczne. To są poważne zadanie – mówił. – Putin dołoży wszelkich skarań by zdyskredytować Polskę na arenie międzynarodowej. Szczególnie w kontekście waszych stosunków z USA i Izraelem – przestrzegał.

 

W kolejnym wystąpieniu Paweł Bobołowicz, korespondent Radia Wnet na Ukrainie, krótko przedstawił najnowszą historię stosunków polsko-rosyjskich, poczynając od procesu dekomunizacji, który rozpoczął się w Rosji w 1992 r, poprzez działalność Stowarzyszenie Memoriał, wspomniał o przekazaniu Polsce, na wyraźnie polecenie prezydenta Borysa Jelcyna, dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej.  Ta polityka otwartości skończyła się jednak po 1997 r.

 

– Rosja zaczęła powracać do gloryfikacji sowietów – mówił Bobołowicz. –  Powstał bardzo szkodliwy termin „wielka wojna ojczyźniana”, który fałszuję historię, ponieważ zrzuca ze Związku Sowieckiego współodpowiedzialność za wywołanie II wojny światowej. Otwarte w czasach Jelcyna archiwa zamknięto. Zaczęła się dokonywać rewizja historii.

 

Bobołowicz zauważył, że dziś żyjemy w świecie dezinformacji i manipulacji i aby się nim przeciwstawić Polska, Ukraina i kraje bałtyckie powinny działać wspólnie. Jego zdaniem, trzeba też mówić prawdę o historii przede wszystkim w rosyjskojęzycznych kanałach.  –  Wierzę, że tę wojnę wygramy – zakończył.

 

Wojciech Mucha z „Gazety Polskiej” próbował wytłumaczyć obecną sytuację, w jakie znajduje się Moskwa.  – Rosja utraciła zdolność kreowania polityki światowej, ale nie ma zamiaru rezygnować z prób wpływania na nią – tłumaczył.

 

Jako przykład tego podał odbywające się właśnie w Jerozolimie Światowe Forum Holokaustu.  – Rosja chce tam udowodnić światu, że wciąż jest wielka, że wraca do światowej gry – zauważył Mucha.

 

Jego zdaniem media i społeczeństwo obywatelskie, o czym mówił wcześniej dr Jewhen Mahda,  nie poradzą sobie z rosyjską propagandą i dezinformacją. – Potrzebne są działania na poziomie dyplomatyczny, służb wywiadowczych. Media mogą pełnić funkcję wspomagającą. To państwo musi uświadomić sobie, że jest atakowane – stwierdził Mucha.

 

Większą rolę dziennikarzy widzi zaś Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP. – Ta wojna toczy się głównie w głowach ludzi, jest to wojna o umysły i dziennikarze są w niej na pierwszej linii frontu – mówiła.  – Muszą oni nie tylko informować, ale też edukować społeczeństwo. Każdy obywatel powinien znać historię swojego kraju.

 

Dodała, że w relacjach z sąsiadami powinniśmy się opierać na prawdzie, bo w ten sposób  wytrącamy oręż z rąk naszych wrogów.

 

Podczas kolejnej sesji, w której uczestniczyli Serhij Tomilenko, prezes Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy NSJU, Oleksandr Hołub, szef Oddziału Regionalnego NSJU w Charkowie oraz dr Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy, poruszono bardzo ważny temat sankcji dla dziennikarzy, które grożą za zniesławienie.

 

Serhij Tomilenko, opowiadał, że na Ukrainie toczą się właśnie dyskusje nad propozycją ministerstwa kultury, które chce przeforsować ustawę o zwalczaniu dezinformacji. Idea jest słuszna, ale zdaniem dziennikarzy proponowane rozwiązania mogą znacząco ograniczyć ich niezależność.

 

– Rozumiemy potrzebę walki z dezinformacją, ale powinno to nastąpić przez uczciwe połączenie sił dziennikarzy i  państwa, a nie przed odgórne rozporządzenie, które może doprowadzić do eliminacji niewygodnych dziennikarzy. Nowe władze ukraińskie mają duże parcie na regulowanie mediów, chcą je  kontrolować za pomocą jednej instytucji – podkreślił Serhij Tomilenko.

 

Oleksandr Hołub przypomniał, że latach 90. wystąpił zmasowany atak na wolność prasy na Ukrainie, wtedy to praktycznie zniknęły takie gatunki jak felieton, czy dziennikarstwo śledcze.

 

O tym jak groźna jest kryminalizacja zniesławienie mówiła dr Jolanta Hajdasz. Przypomniała, że w Polsce obowiązuje art. 212, na podstawie którego można skazać każdego dziennikarza w procesie karnym, za to co opublikuje, na grzywnę, a nawet na rok więzienia.

 

– SDP wielokrotnie występowało przeciwko takim przepisom, ale bez względu na to jaka opcja polityczna jest przy władzy, nie udaje się tego zmienić – mówiła Jolanta Hajdasz.

 

CMWP SDP bardzo często wspiera dziennikarzy, którym wytoczono proces z art. 212.

 

– Analizy tych spraw pokazują, że wynik rozprawy jest kompletnie nieprzewidywalny, sędziowie nie rozumieją specyfiki zawodu dziennikarskiego – tłumaczyła dyrektor Hajdasz.

 

Najczęściej dziennikarze skazywani są na grzywny i zwrot kosztów procesów. Najbardziej niebezpieczne dla wolności słowa jest jednak to, że przepis ten ma tzw. efekt mrożący.

 

– Działa na innych dziennikarzy, którzy nie chcą ryzykować i nie zajmują się pewnymi tematami, aby nie mieć problemów – zauważyła szefowa CMWP SDP.

 

Zwróciła się do ukraińskich dziennikarzy, aby nie zgadzali się na wprowadzenie tego typu przepisów w ich kraju.

 

– Będziemy wspólnie chronić, aby na Ukrainie nie doszło do uchwalenia takiego prawa – zadeklarował Krzysztof Skowroński, prezes SDP.

 

Na koniec uczestnicy IV Polsko-Ukraińskie Forum Dziennikarzy, zwrócili się z apelem do władz Ukrainy, aby nie przyjmowały przepisów, które mogłyby zagrozić wolności słowa i niezależności dziennikarzy.

jka

 

Apel Uczestników  IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy

My, polscy i ukraińscy dziennikarze  apelujemy do władz Ukrainy o nie wprowadzanie do ukraińskiego systemu prawnego przepisów przewidujących kary grzywny, a nawet więzienia dla dziennikarzy. Wprowadzenie tych przepisów zapowiedziane jest w projekcie ustawy o zwalczaniu dezinformacji, który przedstawił 20 stycznia b.r. minister  kultury, młodzieży i sportu Ukrainy Wołodymyr Borodiański.  W naszej ocenie w  inicjatywie, jaką jest obrona przed dezinformacją, atakami hybrydowymi i fake newsami nie powinny się znaleźć  instrumenty zagrażające wolności słowa.  W obecnej sytuacji wojny hybrydowej, szczególnie po aneksji Krymu przez Rosję  i wojny  na wschodzie Ukrainy, warto  zdawać sobie sprawę z tego, iż dziennikarze  i środki masowego komunikowania są sojusznikami każdego, kto chce chronić krajową przestrzeń informacyjną Ukrainy przed kłamstwami i manipulacją. Straszenie dziennikarzy sankcjami karnymi jest sprzeczne z zasadą wolności słowa demokratycznego państwa. W Polsce takie przepisy obowiązują i zostały wprowadzone przez władze komunistyczne w celu represjonowania dziennikarzy. Mimo iż od okresu transformacji ustrojowej minęło ponad 30 lat, nie udało ich się usunąć z polskiego prawa. Szkodzi to realizacji zasady wolności słowa i swobody wypowiedzi. Uchwalenie podobnych przepisów na Ukrainie obecnie byłoby jedynie powtórzeniem tych samych błędów.

 

Uczestnicy IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  i Narodowego  Związku Dziennikarzy Ukrainy

 

Kazimierz Dolny, 23 stycznia 2020 r.

 

Ми, польські та українські журналісти, звертаємось до української влади  не впроваджувати до українського законодавства норми, що передбачають штрафи і навіть ув’язнення для журналістів. Впровадження цих норм  міститься в законопроекті про боротьбу з дезінформацією, який представив 20 січня міністр культури, молоді та спорту України Володимир Бородянський.  За нашою оцінкою, ініціатива, спрямована на захист від  дезінформації, гібридних атак і фейк-новин, не повинна містити інструменти, що загрожують  свободі слова. У сучасній ситуації гібридної війни,  особливо після анексії Криму Росією та війни на сході України, варто усвідомлювати, що журналісти та засоби масової інформації – це союзники кожного, хто хоче захистити національний інформаційний простір  України від брехні та маніпуляцій.  Залякування журналістів кримінальними санкціями суперечить засадам свободи слова в демократичній  державі. У Польщі такі норми діють і були впроваджені комуністичною владою, щоби переслідувати журналістів. І хоча з часу політичних перетворень минуло понад 30 років,  вилучити їх з польського  законодавства не вдалося. Це шкодить реалізації засад свободи слова і свободи вираження поглядів. Ухвалення нині подібних положень в Україні було би лише повторенням тих же самих помилок.

 

Учасники 4-го польсько-українського журналістського форуму Асоціації польських журналістів та Національної спілки журналістів України.

 

Relacja  z pierwszego dnia IV Polsko-Ukraińskie Forum Dziennikarzy

 

 

IV POLSKO-UKRAIŃSKIE FORUM DZIENNIKARZY. Dialog o trudnej historii

Nie możemy zapomnieć o bolesnych sprawach, musimy o tym rozmawiać, bo inaczej one kiedyś do nas powrócą – powiedział wiceprezes IPN prof. Krzysztof Szwagrzyk, podczas IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy, które w środę, 22 stycznia, rozpoczęło się w Kazimierzu Dolnym.

 

W dwudniowym wydarzeniu, zorganizowanym przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy, przy udziale Instytutu Europy Środkowej, bierze udział ok. 50 dziennikarzy z Polski i Ukrainy. Tematem pierwszego dnia była „Polityka historyczna w mediach” . Dr Rafał Leśkiewicz, zastępca dyrektora Biura Badań Historycznych Instytutu Pamięci Narodowej, zaprezentował jak może wyglądać realizacja polityki historycznej z wykorzystaniem nowych technologii. Przykładem był stworzony przed miesiącem  portal IPN Przystanekhistoria.pl.

 

– Jest to cyfrowa, wirtualna podróż przez historię. Chcieliśmy przy użyciu nowych technologii pokazać najistotniejsze wydarzenia historyczne – tłumaczył Rafał Leśkiewicz.

 

Celem, jaki miał zespół tworzący portal, było przedstawienie w atrakcyjny sposób ważnych tematów.  Główną osią przekazu miały być artykuły popularno-naukowe, ale obudowane multimediami oraz elementami ubogacającymi treść, takimi jak  quizy, konkursy historyczne czy interaktywna mapa wydarzeń.

 

Pomysły te okazały się trafione, serwis działa dopiero miesiąc, a już zdobył ćwierć miliona użytkowników.

 

Jak się tworzy w praktyce politykę historyczną pokazał Adam Hlebowicz, dyrektor Biura Edukacji Narodowej Instytutu Pamięci Narodowej.   – Prowadzimy zarówno tradycyjną edukację, wydajemy podręczniki, organizujemy  warsztaty dla uczniów, nauczycieli, ale jesteśmy świadomi, że młode pokolenie potrzebuje też nowych narzędzi, takich jak gry planszowe, komputerowe, aplikacje, social media  – opowiadał Hlebowicz.

 

Jako przykład wykorzystania współczesnych środków oddziaływania, podał kampanię zorganizowaną z okazji 100-lecia Niepodległości Polski „Moja Niepodległa”.

 

Trudne i bolesne tematy wspólnej historii Polski i Ukrainy poruszył w swoim wystąpieniu prof. Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes IPN, dyrektor Biura Poszukiwań i Identyfikacji.  – Gdyby zapytać co nas łączy, to byłaby to historia –  długa, bogata. Ale kiedy zapytamy co nas dzieli, to również odpowiemy: historia. Ta związana z II wojną światową, zbrodnia wołyńska po stronie ukraińskiej, akcja „Wisła” po stronie polskiej – mówił prof. Szwagrzyk. – Wydawałoby się, że 30 lat po upadku komunizmu powinniśmy być już w innym miejscu niż jesteśmy.

 

Podkreślił, że nierozwiązaną kwestą wciąż pozostaje sprawa upamiętnienia ofiar tragicznych wydarzeń naszej wspólnej historii.

 

– Nie ma naukowców, instytucji, którzy by powiedzieli ile jest miejsc pochówków polskich ofiar na Ukrainie i ukraińskich w Polsce – zauważył wiceprezes IPN.

 

Niepokojący, jego zdaniem, jest też wzrost mitu Stefana Bandery na Ukrainie . –  Dla nas Polaków Bandera nigdy nie był i nie będzie bohaterem – podkreślił.

 

Tymczasem wizerunki Bandery można spotkać w wielu ukraińskich miastach  – Ideologia banderowska tworzyła i tworzy zło, ona nigdy nie przyniesie dobrego ziarna – przestrzegał Krzysztof Szwagrzyk.

 

Dużym problemem był też wprowadzony przez Ukrainę zakaz poszukiwań i ekshumacji polskich ofiar na terenie tego kraju.  – Zakaz ten stworzył w naszych relacjach ogromne szkody. Nikt w Polsce nie rozumiał, jak bliskie nam państwo, z którym współpracujemy na wielu płaszczyznach, może zabronić poszukiwań grobów – mówił Szwagrzyk.

 

Wyraził jednak nadzieję, że  w tym roku będzie można bez trudności prowadzić na terenie Ukrainy prace poszukiwawcze i ekshumacyjne.

 

Podczas burzliwej dyskusji, która wywiązała się po wystąpieniu wiceprezesa IPN , jeden z ukraińskich dziennikarzy tłumaczył, że nieporozumienia mogą wynikać z innego poziomu świadomości historii na Ukrainie niż w Polsce.  – My nie znamy ile było ofiar wielkiego głodu,  ofiar stalinowskich represji, II wojny światowej. Polska poszła o wiele dalej w uświadamianiu swojej historii niż my. Oczywiście, to ukraiński problem, że nie badaliśmy swojej historii tak szczegółowo – tłumaczył.

 

Zwrócono uwagę także na ogromne dysproporcje między środkami jakie dysponuje polski, a ukraiński Instytut Pamięci Narodowej.

 

 – Odwołujmy się do zdarzeń, które nam i wam przyniosły chwałę, takich jak sojusz Piłsudskiego z Petlurą. Ale nie możemy też zapomnieć o bolesnych sprawach, musimy o tym rozmawiać, bo inaczej one kiedyś do nas powrócą – zauważył Krzysztof Szwagrzyk.

 

 

Sojuszowi Piłsudski – Petlura, jako lekcji dla współczesnych stosunków polsko – ukraińskich poświęcona była kolejna sesja IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy.  W dyskusji, którą moderował dr hab. Tomasz Stępniewski z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uczestniczyli prof. Walenty Baluk z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, prof. Andrzej Gil z KUL-u,  dr Jakub Olchowski z Instytutu Europy Środkowej i UMCS-u oraz dr Andrzej Szabaciuk z Instytutu Europy Środkowej i KUL-u.

 

W tym roku będziemy obchodzić 100-lecie zawarcia sojuszu, który miał pomóc we wspólnej walce z bolszewicką Rosją. Prof. Andrzej Gil szczegółowo opowiadał o uwarunkowaniach tego sojuszu. Podsumowując zauważył, że po październiku 1917 r. dla Ukrainy nie było miejsca w innym wariancie niż radziecki. –  Sojusz ten jest jednak ważnym wydarzeniem w sensie pamięci historycznej, pewnym fundamentem, na którym dzisiaj można budować porozumienie, ale jest to trudne – podkreślił.

 

– Pamiętamy jakie były początki Piłsudskiego, traktowano go jako marzyciela, a dla większości niepoległa Polska była nierealna. Tym większa była radość, gdy okazało się, że jednak było to możliwe. Podobnie było z Petrulą , też był takim marzycielem, ale jemu się nie udało – podkreślał  Andrzej Szabaciuk.

 

Przed błędami, które popełniają zarówno dziennikarze jak i naukowcy przy relacjonowaniu spraw międzynarodowych przestrzegał dr Jakub Olchowski.

 

Na koniec pierwszego dnia Forum, o problematyce historycznej w ukraińskich mediach opowiadali  Volodymyr Danyluk, redaktor naczelny „Gazety Wołyńskiej”, oraz Zoia Sharykova, rzeczniczka prasowa Biblioteki Narodowej Ukrainy im. Władimira Wiernadskiego.

 

– Odbiorcy mediów są bardziej zainteresowani bieżącymi problemami niż tematami historycznymi  – mówiła Zoia Sharykova. Zauważyła, że ukraińskie media przechodzą transformację, zmieniają właścicieli, zamykane są wydania papierowe gazet i czasopism, wiele z nich przenosi się do internetu, który rządzi się swoimi prawami. W sieci jednak również zaczynają powstawać wartościowe projekty, które poruszają tematy historyczne, jako przykład podała portal Historyczna Prawda.

 

Na koniec zapewniła, że Ukraińcy pamiętają, że Polska razem z Kanadą, jako pierwsze uznały niepodległość Ukrainy. – Powinniśmy się tego trzymać, zamiast wzajemnie się oskarżać – podkreśliła Zoia Sharykova.

 

jka

 

Relacja z drugiego dnia IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy

 

 

 

Protest CMWP SDP przeciwko próbom wykluczenia katolików z debaty publicznej

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje rezygnację Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK i Galerii Sztuki Bunkier w Krakowie ze stałego patronatu medialnego lokalnej rozgłośni Polskiego Radia – Radia Kraków z powodu obecności na jego antenie audycji z udziałem ks. abp. Marka Jędraszewskiego. Jest to zaskakująca i zdumiewająca próba kwestionowania autonomii programowej tego radia, ponieważ jej źródłem są osobiste zastrzeżenia dyrektor w/w instytucji kultury dotyczące pojawiającego się w Radiu Kraków katolickiego duchownego. Sytuacja ta prowadzi do naruszenia zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa .

 

20 stycznia b.r. Mariusz Bartkowicz prezes zarządu – redaktor naczelny Radia Kraków S.A. poinformował, iż Maria Anna Potocka, dyrektor MOCAK-u i Bunkra Sztuki, zdecydowała o rezygnacji ze stałego patronatu medialnego Radia Kraków nad kierowanymi przez siebie miejskimi instytucjami kultury w Krakowie. Jedynym znanym opinii publicznej uzasadnieniem tej decyzji jest tłumaczenie, iż dyrektor w/w instytucji kultury uczyniła tak w proteście przeciwko obecności na antenie Radia Kraków audycji z udziałem metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego.

 

CMWP SDP pragnie podkreślić iż szanuje prawo każdej instytucji, w tym oczywiście także publicznych instytucji kultury, do samodzielnego wyboru patronów medialnych prowadzonej przez siebie działalności, w/ opisana sytuacja wykracza jednak poza ramy standardowego „patronatu medialnego” ze względu na społeczne oddziaływanie instytucji kultury na życie publiczne i kształtowanie przez nie postaw społecznych. CMWP SDP zwraca uwagę dziennikarzom i odbiorcom mediów, że jest to sytuacja precedensowa – utrzymywana z funduszy publicznych instytucja jaką jest Muzeum Sztuki Współczesnej poprzez swoje działanie stara się usunąć z przestrzeni publicznej osoby wyrażające ważne i dla wielu Polaków fundamentalne treści w momencie ostrego sporu ideologicznego, jaki obecnie toczy się w Polsce w związku np. z promocją ideologii LGBT prowadzoną nieskrępowanie w różnych środkach masowego komunikowania. CMWP SDP podkreśla, iż to swoiste „ukaranie” publicznego radia w Krakowie za audycje z abpem Markiem Jędraszewskim jest niebezpiecznym przykładem działań o charakterze cenzorskim i narusza polską Konstytucję oraz polskie Prawo Prasowe.

 

CMWP SDP apeluje do kierownictwa Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK i Galerii Sztuki Bunkier w Krakowie o cofnięcie w/ opisanej decyzji oraz zaniechanie takiego działania w przyszłości. CMWP SDP zapewnia, że w pełni wspiera Radio Kraków S. A. , które publicznie deklaruje gotowość utrzymania na antenie rozmów z abpem Markiem Jędraszewskim mimo utraty przez to możliwości współpracy z niektórymi instytucjami kultury finansowanymi przez miasto Kraków. Szukasz przechowalni bagażu czy schowku na bagaż? Jeśli jesteś w Kraków, pamiętaj, że iLuggage jest tuta!

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 22 stycznia 2020

Dziennikarz mniej prestiżowy niż pani sprzątająca, bardziej niż poseł – ŁUKASZ WARZECHA o najnowszym sondażu CBOS

Zła wiadomość jest taka, że większym szacunkiem niż dziennikarze cieszą się szewcy, pracownicy sprzątający, a nawet sędziowie – mimo nieustannego młotkowania przez obecną władzę. Dobra wiadomość jest natomiast ta, że niewiele się pod tym względem zmieniło od lat. Niestety, tradycyjne badanie poważania dla poszczególnych profesji w obecnej sytuacji daje nam tylko szczątkowy obraz sytuacji.

 

CBOS bada szacunek dla zawodów w kilkuletnich odstępach od połowy lat 90. W najnowszym rankingu dziennikarze otrzymali 55 proc. ocen zdecydowanie na „tak” i 35 proc. „średnio”. O małym poważaniu wspomniało 8 proc. Gdyby pogrupować profesje pod względem odsetka deklaracji o dużym prestiżu, nasz zawód znalazłby się na 23. miejscu. To dolna część stawki złożonej z 31 pozycji, przy czym na samym dnie jest „działacz partii politycznej” (tylko 18 proc. mówi tu o wysokim prestiżu, 43 – o średnim, zaś aż 34 o niskim).

 

Czy powinniśmy się martwić? Sentencjonalnie mógłbym odpowiedzieć: tak, zawsze. Bo zawsze mogą być powody – a dzisiaj jest ich wyjątkowo wiele – żeby to, jak oceniają nas ludzie, potraktować jako ostrzeżenie dotyczące jakości naszej pracy. Jednak wyniki powinniśmy widzieć w kontekście.

 

Pierwszym elementem kontekstu jest ocena innych zawodów. Tak się składa, że Polacy na górze zestawienia nie sytuują zajęć umysłowych – pierwsze cztery miejsca to strażak, pielęgniarka, robotnik wykwalifikowany i górnik. Dopiero piąty jest profesor uniwersytetu. To zresztą asumpt do osobnych rozważań, bo mam wrażenie, że nie jest to jednak zdrowa hierarchia.

 

Drugi element kontekstu to zmiany na przestrzeni lat, począwszy od pierwszego badania w 1995 r. Profesja „robotnik wykwalifikowany” wystrzeliła w rankingu prestiżu w górę – z 41 proc. dużego prestiżu w pierwszym badaniu do 84 teraz. Podobnie rolnik: z 47 na 76 proc., ale też przedsiębiorca: z 45 do 65 proc. W tym samym czasie niemal bez zmian był prestiż nauczyciela (73 do 77), lekarza (79 do 80) czy profesora (84 do 83). Spadek odnotowali sędziowie – z 68 do 58, księża – z 42 do 36, posłowie – z 45 do zaledwie 27.

 

W tym czasie dziennikarze trzymali się mniej więcej podobnie, choć z lekką tendencją spadkową. W 1995 r. o wysokim prestiżu mówiło 60 proc. badanych – dziś 55 proc. Za to poprawiły się notowania dziennikarzy w stosunku do poprzedniego sondażu z 2013 r. Wtedy o wysokim prestiżu dziennikarzy mówiło 50 proc., o średnim – 40 proc. Pięć punktów przepłynęło od tego czasu od średniego do wysokiego prestiżu. Trudno więc mówić o postępującym upadku.

 

Tyle że ważne byłoby dzisiaj rozbić te odpowiedzi na bardziej szczegółowe dane. Dowiedzieć się na przykład, kogo pytani uważają w ogóle za dziennikarza – bo być może tutaj leży klucz do w miarę stabilnej pozycji naszego zawodu w rankingu. Czy jako dziennikarzy traktują również pracowników wielkich portali, przepisujących informacje, podawane przez innych, w dodatku wielokrotnie z rażącymi błędami, nawet ortograficznymi? Czy za dziennikarzy uważają faktycznych pracowników aparatu propagandy, czy to rządu czy opozycji, którzy po prostu podają dalej przekaz partyjny? A jeśli w obu przypadkach odpowiedzi są twierdzące, to jak odpowiadaliby, gdyby te osoby wyjąć poza nawias i umówić się, że nie są to dziennikarze?

 

Interesująco byłoby też dowiedzieć się, co sprawiłoby, żeby respondenci byli skłonni uznać dziennikarstwo za profesję bardziej godną poważania. Mam zresztą wrażenie, że jedną z odpowiedzi znam: wiele osób powiedziałoby zapewne, że dziennikarze musieliby być bardziej „obiektywni” – z tym że mnóstwo odbiorców pod pojęciem „obiektywizmu” rozumie po prostu mówienie i pisanie tego, co im pasuje.

 

Warto by także poznać opinię pytanych w rozbiciu na sympatie polityczne i poszczególne media. Ciekaw jestem, jak z pytania o prestiż zawodu dziennikarza próbują wybrnąć ci, którzy zdecydowanie sytuują się po jednej stronie w politycznym konflikcie i o dziennikarzach choćby tylko lekko wobec niej krytycznych mają jak najgorsze zdanie, podczas gdy „swoich” uznają za bohaterów dziennikarstwa. Czy uznają po prostu, odpowiadając na pytanie ankietera, że ci drudzy nie są dziennikarzami? Czy może jakoś uśredniają swoją opinię?

 

Mam jednak wrażenie, że w tym momencie zarysowuję już scenariusz innego badania, które faktycznie należałoby przeprowadzić. A jeśli ktoś miałby takie badanie zamówić – sondaż szczegółowo sprawdzający opinię Polaków o dziennikarzach i mediach – to kto miałby to zrobić, jeśli nie SDP? Proszę to potraktować jako mój postulat, skierowany do władz stowarzyszenia.

 

Łukasz Warzecha

Apel CMWP SDP   o przywrócenie red. Dariusza Rosiaka do pracy w Polskim Radiu

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z najwyższym niepokojem przyjmuje informacje o odsunięciu od pracy w Polskim Radiu S.A. red. Dariusza Rosiaka i apeluje do kierownictwa Polskiego Radia S.A. o przywrócenie go do pracy dziennikarza w publicznym radiu.

 

Red. Dariusz Rosiak jest związany z Programem III Polskiego Radia od 2006 roku, zajmował się przede wszystkim tematyką międzynarodową. Jest uznanym w środowisku dziennikarskim autorem audycji „Raport o stanie świata” emitowanej w Programie III PR. Spółka nie przedłużyła z nim umowy o pracę obowiązującej do końca stycznia 2020 roku. Kierownictwo Polskiego Radia nie podało powodów rezygnacji anteny ze współpracy z dziennikarzem, co jest wyjątkowo dokuczliwą represją dla red. Dariusza Rosiaka, który jak każdy dziennikarz wykonuje zawód wymagający transparentności i zaufania wśród odbiorców. Nie kwestionując prawa każdego pracodawcy do prowadzenia własnej polityki kadrowej w zarządzanej firmie, CMWP SDP apeluje do kierownictwa Polskiego Radia S.A. o przywrócenie go do pracy dziennikarza w publicznym radiu ze względu na jego wiedzę, doświadczenie i osiągnięcia zawodowe.

 

Red. Dariusz Rosiak posiada niemal 30-letnie doświadczenie pracy w mediach. Z wykształcenia jest anglistą. Był wieloletnim pracownikiem francuskiego  radia RFI i polskiej sekcji BBC. W latach 90. był korespondentem w Londynie, pisał dla „Życia”, „Życia Warszawy”, „Tygodnika Powszechnego”. Był także zastępcą redaktora naczelnego „Newsweek Polska”, pierwszym redaktorem naczelnym tygodnika „Ozon”, publikował w „Polityce”, pracował w BBC oraz „Rzeczpospolitej”. Jest także laureatem Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego, w 2016 r. był nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” za książkę „Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan” oraz otrzymał Nagrodę im. Beaty Pawlak.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

Ile wolno dziennikarzom – pyta WOJCIECH POKORA

„Członkowie KO to zdecydowanie za mało. Muszą pracować wszyscy, w tym Pan Redaktor, jak dojedzie do pełni zdrowia, którym zależy na powstrzymaniu niszczenia naszego kraju: samorządności, praworządności i trójpodziału władzy”. Te słowa do redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa na Twitterze skierował prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski.

 

Apel prezydenta był odpowiedzią na wpis redaktora Lisa, w którym stwierdzał on: „Pani Kidawa- Błońska ma szansę wygrać wybory, jeśli każdy członek KO będzie w kampanii pracował tak, jak by sam w nich startował„. Na tę wymianę myśli zareagował Tomasz Żółciak z „Dziennika Gazety Prawnej”: „Z całym szacunkiem, Panie Prezydencie, ale dziennikarz jest od relacjonowania, opisywania rzeczywistości i ujawniania ważnych tematów, a nie angażowania się w kampanię któregokolwiek z kandydatów. Wtedy z automatu przestaje być dziennikarzem, a zaczyna być funkcjonariuszem„. Prezydent Truskolaski nie odpuścił. Skwitował wypowiedź dziennikarza słowami: „Wiem, ale jest druga strona, która tych reguł w ogóle nie przestrzega. Trudno jest wygrać, gdy zasady przez jedną ze stron są ignorowane. Moim zdaniem nie ma w Polsce prawdziwego dziennikarstwa, zostało ono zniszczone przez funkcjonariuszy PiS mieniących się dziennikarzami„.

 

W jednej z internetowych dyskusji zwróciłem uwagę facebookowemu znajomemu, że udostępnianie fejkowych memów nie mieści się w standardzie uczciwej debaty. Chodziło o wkładanie w usta PRL-owskiego polityka słów obecnego prezydenta Andrzeja Dudy. W odpowiedzi usłyszałem, że przecież w „demokratycznym i cywilizowanym dyskursie nie mieści się zamach na niezależność sądów i ataki na wyrok TSUE a heheszki z PiS-owskich polityków – takich dulskich, dewocyjnych i nachalnie nadmuchanych, nieporadnych, zagubionych, wystraszonych, nierozgarniętych, nieustępliwych w wykrzykiwaniu swojej >>prawdy<<, a jednocześnie tchórzliwych i urobionych jak plastelina, jak najbardziej się mieszczą w cywilizowanych dyskursie”. Odpowiedziałem, że skoro wszystkie chwyty są dozwolone i fejki też, to w takim razie nie rozumiem zgorszenia działaniami tych PiS-owskich polityków. Skoro w walce można używać jako argumentów także kłamstw, to zamykamy sobie pole do dyskusji. Tu na szczęście wrócił rozsądek i znajomy się wycofał. Jednak ten relatywizm gdzieś tam w nas drzemie. Wystarczy zrobić mały test i zastanowić się czy podczas czytania powyższych epitetów towarzyszyły nam jakieś emocje. Czy kibicowaliśmy mojemu internetowemu znajomemu czy przeciwnie, podniosło nam się ciśnienie. A gdybyśmy odwrócili role i ta tyrada dotyczyłaby np. Donalda Tuska? Zmieniłyby się wrażenia? To test szczególnie dla dziennikarzy, którzy w swojej pracy powinni jednak trzymać emocje na wodzy, mimo posiadanych poglądów.

 

Tu dochodzimy do sedna problemu, czy dziennikarz powinien posiadać swoje poglądy? Od razu zaznaczam, że nie czuję się upoważniony do rozstrzygnięć w tej kwestii. To jak z księdzem. Wierni lubią słuchać tych, o wyrazistych poglądach ale czy wszystkie swoje poglądy ksiądz powinien wygłaszać z ambony bądź, co przecież nierzadkie, z ekranu telewizora? Wydaje się, że nie tego od niego oczekujemy, podobnie jest z dziennikarzami. Spodziewamy się po nich przede wszystkim trzymania się faktów. Od publicystów możemy spodziewać się tych ocen, ale czy powinniśmy wiedzieć na kogo dany dziennikarz głosuje? Albo komu kibicuje w politycznej wojnie? Myślę, że nie. A niestety coraz częściej zbyt szybko się tego dowiaduję, czasem w sposób nachalny.

 

3 lipca 1989 roku w „Gazecie Wyborczej” pojawił się ważny tekst. Napisał go Adam Michnik, redaktor naczelny tego dziennika, a dotyczył on spraw czysto politycznych. Nosił tytuł „Wasz prezydent, nasz premier”. Myślę, że ten artykuł odcisnął piętno na całym współczesnym dziennikarstwie. Oto w najważniejszym tytule tzw. wolnych mediów pojawia się tekst głęboko zaangażowany politycznie, w którym redaktor naczelny bez ogródek opowiada się po jednej stronie sceny politycznej. Tak, tak, rozumiem, tu nie było wyboru, tu szło o walkę z komunistami, tu człowiek uczciwy bezwiednie opowiadał się po „jasnej stronie mocy” i wcale wówczas nie raziło, że do jednej strony sceny politycznej pisze się we wstępniaku – Wy i Wasz prezydent, a do drugiej – My i Nasz premier. Czy na pewno? Czy to nie wyznaczyło standardu na kolejne lata, odbijając się czkawką w tytułach dzisiejszych gazet? Czy to nie powoduje w nas poczucia wewnętrznego przekonania, że stoimy po słusznej stronie i od naszych działań zależy polska racja stanu? Przecież jesteśmy czytani, stoją za nami wielkie tytuły, ogląda nas lub czyta kilka milionów obywateli, czy to nie kusi, żeby ugrać coś dla opcji politycznej, której kibicujemy? A jak jeszcze za to zapłacą? Musi kusić. I kusi.

 

Kilka dni temu pojawiła się informacja, że portal Wirtualna Polska jest opłacany przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Według ustaleń dziennikarzy portalu OKO.press, Tomasz Machała, wiceszef Wirtualnej Polski, miał przyznać publicznie, że „WP wiąże z Ministerstwem Sprawiedliwości >>wiele interesów<<. I że nie będzie demolował tych >>interesów<<, bo >>wiszą na tym<< pensje pracowników WP”. Wcześniej, jeszcze w redakcji naTemat.pl, Machała zasłynął tym, że „słabo oznaczał materiały sponsorowane”. Wtedy powstała mało pochlebna nazwa dla portalu naTemat – portal parówkowy, która wzięła się od nachalnego promowania hot-dogów serwowanych na stacjach Orlen. Dziś wygląda na to, że sytuacja może być podobna, materiały promujące ministerstwo są słabo lub zupełnie nieoznaczane w zamian za finansowe wsparcie tytułu. I tu znowu pojawia się pytanie, co nas w tej historii oburza. Czy tak, jak w przypadku księży i dziennikarzy, wygłaszających swoje poglądy, oburza nas, że mają poglądy inne od naszych, czy oburza nas, że wygłaszają jakiekolwiek? Czy w sprawie Wirtualnej Polski oburza nas fakt, że media są finansowane z kieszeni podatników poprzez ministerstwa, spółki skarbu itp. (nie wnikam czy formalnie czy nieformalnie, czy poprzez granty, reklamy czy działania PR-owe) czy oburza nas, że Machała, to raczej nie jest z tego obozu, który powinien za PiS dostawać publiczne pieniądze. Przecież oni już byli, dziś nie ich zmiana przy korycie. No jak to jest? Co nas najbardziej w tej historii boli?

 

Wojciech Pokora