Dziennikarz niedowartościowany – felieton JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Dla przeciętnego Polaka dziennikarza spełnia jakąś rolę, ale chyba  niezbyt istotną w jego życiu codziennym – tak najkrócej można skomentować pozycję zawodu dziennikarza w badaniu najbardziej poważanych zawodów.

 

Głośny przedwojenny dziennikarz Karol Zbyszewski opisując w pamflecie politycznym „Niemcewicz od przodu i od tyłu” społeczeństwo szlacheckie XVIII wieku podkreślał, że w oczach ówczesnej opinii „ceniono ludzi mogących dużo zeżreć i wypić”(…) wzorem był starosta cudnowski Iliński, serdeczny druh hetmana Branickiego. Patrzono nań powszechnie z szacunkiem; Iliński nóg swoich nie mógł obejrzeć, bo brzuszysko miał większe od kadzi, rano – przy śniadaniu – wypijał sześć butelek burgunda, przy obiedzie pół kwarty mocnej wódki i drugie sześć butelek wina, na kolację jeszcze sześć butli”.  Przypomniał mi się ten cytat ze Zbyszewskiego, gdy patrzę na wyniki badania opinii na temat zaufania do konkretnych zawodów w Polsce. Jak to się opinie zmieniały, czyżby wtedy ludzie byli głupi i cenili najbardziej wszelką bufonadę i to co im szkodzi, a dziś jest inaczej?

 

Bo co mówi nam współczesny ranking, już o zawodach a nie o gustach.  Dziennikarz w badaniu CBOS jest raczej po środku tej drabiny – 55 proc. obdarzonego zaufania, a na szczycie znajduje się strażak, pielęgniarka, nieco dalej lekarz.  Czy ten ranking coś mówi o nas dziś, pod koniec pierwszej ćwierci XXI wieku, w porównaniu na przykład do społeczeństwa właśnie XVIII wieku? Tak, cenimy sobie bezpieczeństwo oraz zdrowie i te wszystkie zawody, które dają nam ich złudną niekiedy   gwarancję. Wynika  stąd, że dziennikarz jest trochę potrzebny, ale nie niezbędny. Ale czy taki ranking nie jest równie zwodniczy w  postrzeganiu prestiżu człowieka, jak ten opis Zbyszewskiego, bo w istocie  niewiele nam mówi o rzeczywistej kondycji tego czy innego zawodu? Tak i nie.  Jest zwodniczy bo nie pokazuje różnorodności postaw w każdym zawodzie, jest prawdziwy, bo mimo wszystko mamy jakąś uśrednioną opinię o poszczególnych profesjach. Można powiedzieć, że zawód dziennikarza i tak w Polsce cieszy się dużym prestiżem w porównaniu do innych krajów. Według najnowszego badania Ipsos, jest  na dole rankingu w wybranych 22 krajach świata – 21 proc. zaufania, niżej są  tylko politycy – 9 proc.  , w krajowym rankingu na samym dole jest działacz partyjny – 20 proc.

 

Ale co się może składać na tę ocenę bycia po środku zaufania społecznego. Dla przeciętnego Polaka dziennikarza spełnia jakąś rolę, ale chyba  niezbyt istotną w jego życiu codziennym. Dostarcza mu różnorodnych informacji i opinii, ale przecież każdy rodak  sam wie o rzeczywistości dużo i nie we wszystkim musi polegać na dziennikarzu. Myśli zapewne, że  przecież dziennikarz jest często wyrazicielem  jakiejś strony, której zależy na przekonaniu odbiorcy  do określonych reakcji i zachowania. Czyli jest pośrednikiem w dostarczaniu jakiejś porcji  wiedzy, ale nie tak bezstronnym jak na przykład nauczyciel (stoi zresztą w rankingu zaufania też na szczycie). Wiedzy często  niepewnej, nieugruntowanej, która szybko może się czasem zmienić w zwykłe kłamstwo czy bzdurę. Pełni zatem na ogół  rolę usługową, choć oczywiście jest to wolny zawód, w którym  liczą się indywidualne zdolności, takie jak dociekliwość, bystrości, umiejętności nazywania rzeczywistości. Musi więc  wyróżniać się  cechami nieco wyjątkowymi na tle przeciętności.  Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że najważniejszym kryterium oceny zaufania jest praktyczna przydatność określonego zawodu, to  współczesny świat  jest niewyobrażalny bez dziennikarza, nieważne czy zawodowego czy amatora. Po prostu wymiana informacji jest istotą naszego życia. https://krootez.com/buy-real-instagram-followers/ A rola dziennikarza jest tu nieoceniona. Chyba rankingi zaufania do określonych zawodów są zwodnicze i niemiarodajne, tak jak niemiarodajne były niektóre gusta w Polsce w XVIII wieku.

 

Jerzy Kłosiński

IV POLSKO-UKRAIŃSKIE FORUM DZIENNIKARZY. Walczyć z dezinformacją, ale chronić wolność słowa

Uczestnicy IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy zaapelowali do władz Ukrainy o nieprzyjmowanie przepisów, które mogą zagrozić wolności słowa. Wcześniej zaś dyskutowali o tym jak walczyć z rosyjską manipulacją i dezinformacją oraz jak groźna może być kryminalizacja zniesławienia.  

 

„Manipulacja i dezinformacja” to był pierwszy temat drugiego dnia IV Polsko-Ukraińskie Forum Dziennikarzy, które odbywało się w Kazimierzu Dolnym.  Zorganizowali je Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy, przy udziale Instytutu Europy Środkowej.

 

O hybrydowych wyzwaniach dla Polski i Ukrainy opowiadał dr Jewhen Mahda z  Narodowego  Uniwersytetu Technicznego Ukrainy Politechniki Kijowskiej.

 

– Nasz region jest centrum aktywności hybrydowej Rosji. Państwo to kieruje się dyskursem imperialistycznym – mówił Jewhen Mahda.

 

Dodał, że Moskwa będzie chciała wykorzystać energię brexitu, aby siać zamieszanie w Unii Europejskiej. Tymczasem, jego zdaniem, działania Kremla są lekceważone przez UE.

 

 

Dr Jewhen Mahda wymienił cały arsenał środków, które Rosja wykorzystuje do realizacji swoich imperialistycznych celów. Są to m.in. fake newsy, spekulacje na tematy historyczne, presja energetyczna.

 

– Rosja sieje ksenofobię i prowokuje konflikty między grupami etnicznymi. Narzędziem Kremla jest też  rosyjska Cerkiew Prawosławna – wyliczał.

 

A jakie są cele tych działań?

 

– Osłabienie, a w wersji idealnej, zniszczenie Unii Europejskiej jako konkurenta – mówił Jewhen Mahda. – Dopóki istnieje Unia, dopóty Rosja nie może odnowić swojej potęgi imperialnej.

 

Jako sposób na obronę przed Rosją dr Mahda wskazał na media, które powinny uczyć krytycznego myślenia, oraz społeczeństwo obywatelskie.

 

– Trzeba też przeciwdziałać  ksenofobii i różnym radyklanym działaniom oraz  przepracować wydarzenia historyczne. To są poważne zadanie – mówił. – Putin dołoży wszelkich skarań by zdyskredytować Polskę na arenie międzynarodowej. Szczególnie w kontekście waszych stosunków z USA i Izraelem – przestrzegał.

 

W kolejnym wystąpieniu Paweł Bobołowicz, korespondent Radia Wnet na Ukrainie, krótko przedstawił najnowszą historię stosunków polsko-rosyjskich, poczynając od procesu dekomunizacji, który rozpoczął się w Rosji w 1992 r, poprzez działalność Stowarzyszenie Memoriał, wspomniał o przekazaniu Polsce, na wyraźnie polecenie prezydenta Borysa Jelcyna, dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej.  Ta polityka otwartości skończyła się jednak po 1997 r.

 

– Rosja zaczęła powracać do gloryfikacji sowietów – mówił Bobołowicz. –  Powstał bardzo szkodliwy termin „wielka wojna ojczyźniana”, który fałszuję historię, ponieważ zrzuca ze Związku Sowieckiego współodpowiedzialność za wywołanie II wojny światowej. Otwarte w czasach Jelcyna archiwa zamknięto. Zaczęła się dokonywać rewizja historii.

 

Bobołowicz zauważył, że dziś żyjemy w świecie dezinformacji i manipulacji i aby się nim przeciwstawić Polska, Ukraina i kraje bałtyckie powinny działać wspólnie. Jego zdaniem, trzeba też mówić prawdę o historii przede wszystkim w rosyjskojęzycznych kanałach.  –  Wierzę, że tę wojnę wygramy – zakończył.

 

Wojciech Mucha z „Gazety Polskiej” próbował wytłumaczyć obecną sytuację, w jakie znajduje się Moskwa.  – Rosja utraciła zdolność kreowania polityki światowej, ale nie ma zamiaru rezygnować z prób wpływania na nią – tłumaczył.

 

Jako przykład tego podał odbywające się właśnie w Jerozolimie Światowe Forum Holokaustu.  – Rosja chce tam udowodnić światu, że wciąż jest wielka, że wraca do światowej gry – zauważył Mucha.

 

Jego zdaniem media i społeczeństwo obywatelskie, o czym mówił wcześniej dr Jewhen Mahda,  nie poradzą sobie z rosyjską propagandą i dezinformacją. – Potrzebne są działania na poziomie dyplomatyczny, służb wywiadowczych. Media mogą pełnić funkcję wspomagającą. To państwo musi uświadomić sobie, że jest atakowane – stwierdził Mucha.

 

Większą rolę dziennikarzy widzi zaś Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP. – Ta wojna toczy się głównie w głowach ludzi, jest to wojna o umysły i dziennikarze są w niej na pierwszej linii frontu – mówiła.  – Muszą oni nie tylko informować, ale też edukować społeczeństwo. Każdy obywatel powinien znać historię swojego kraju.

 

Dodała, że w relacjach z sąsiadami powinniśmy się opierać na prawdzie, bo w ten sposób  wytrącamy oręż z rąk naszych wrogów.

 

Podczas kolejnej sesji, w której uczestniczyli Serhij Tomilenko, prezes Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy NSJU, Oleksandr Hołub, szef Oddziału Regionalnego NSJU w Charkowie oraz dr Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy, poruszono bardzo ważny temat sankcji dla dziennikarzy, które grożą za zniesławienie.

 

Serhij Tomilenko, opowiadał, że na Ukrainie toczą się właśnie dyskusje nad propozycją ministerstwa kultury, które chce przeforsować ustawę o zwalczaniu dezinformacji. Idea jest słuszna, ale zdaniem dziennikarzy proponowane rozwiązania mogą znacząco ograniczyć ich niezależność.

 

– Rozumiemy potrzebę walki z dezinformacją, ale powinno to nastąpić przez uczciwe połączenie sił dziennikarzy i  państwa, a nie przed odgórne rozporządzenie, które może doprowadzić do eliminacji niewygodnych dziennikarzy. Nowe władze ukraińskie mają duże parcie na regulowanie mediów, chcą je  kontrolować za pomocą jednej instytucji – podkreślił Serhij Tomilenko.

 

Oleksandr Hołub przypomniał, że latach 90. wystąpił zmasowany atak na wolność prasy na Ukrainie, wtedy to praktycznie zniknęły takie gatunki jak felieton, czy dziennikarstwo śledcze.

 

O tym jak groźna jest kryminalizacja zniesławienie mówiła dr Jolanta Hajdasz. Przypomniała, że w Polsce obowiązuje art. 212, na podstawie którego można skazać każdego dziennikarza w procesie karnym, za to co opublikuje, na grzywnę, a nawet na rok więzienia.

 

– SDP wielokrotnie występowało przeciwko takim przepisom, ale bez względu na to jaka opcja polityczna jest przy władzy, nie udaje się tego zmienić – mówiła Jolanta Hajdasz.

 

CMWP SDP bardzo często wspiera dziennikarzy, którym wytoczono proces z art. 212.

 

– Analizy tych spraw pokazują, że wynik rozprawy jest kompletnie nieprzewidywalny, sędziowie nie rozumieją specyfiki zawodu dziennikarskiego – tłumaczyła dyrektor Hajdasz.

 

Najczęściej dziennikarze skazywani są na grzywny i zwrot kosztów procesów. Najbardziej niebezpieczne dla wolności słowa jest jednak to, że przepis ten ma tzw. efekt mrożący.

 

– Działa na innych dziennikarzy, którzy nie chcą ryzykować i nie zajmują się pewnymi tematami, aby nie mieć problemów – zauważyła szefowa CMWP SDP.

 

Zwróciła się do ukraińskich dziennikarzy, aby nie zgadzali się na wprowadzenie tego typu przepisów w ich kraju.

 

– Będziemy wspólnie chronić, aby na Ukrainie nie doszło do uchwalenia takiego prawa – zadeklarował Krzysztof Skowroński, prezes SDP.

 

Na koniec uczestnicy IV Polsko-Ukraińskie Forum Dziennikarzy, zwrócili się z apelem do władz Ukrainy, aby nie przyjmowały przepisów, które mogłyby zagrozić wolności słowa i niezależności dziennikarzy.

jka

 

Apel Uczestników  IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy

My, polscy i ukraińscy dziennikarze  apelujemy do władz Ukrainy o nie wprowadzanie do ukraińskiego systemu prawnego przepisów przewidujących kary grzywny, a nawet więzienia dla dziennikarzy. Wprowadzenie tych przepisów zapowiedziane jest w projekcie ustawy o zwalczaniu dezinformacji, który przedstawił 20 stycznia b.r. minister  kultury, młodzieży i sportu Ukrainy Wołodymyr Borodiański.  W naszej ocenie w  inicjatywie, jaką jest obrona przed dezinformacją, atakami hybrydowymi i fake newsami nie powinny się znaleźć  instrumenty zagrażające wolności słowa.  W obecnej sytuacji wojny hybrydowej, szczególnie po aneksji Krymu przez Rosję  i wojny  na wschodzie Ukrainy, warto  zdawać sobie sprawę z tego, iż dziennikarze  i środki masowego komunikowania są sojusznikami każdego, kto chce chronić krajową przestrzeń informacyjną Ukrainy przed kłamstwami i manipulacją. Straszenie dziennikarzy sankcjami karnymi jest sprzeczne z zasadą wolności słowa demokratycznego państwa. W Polsce takie przepisy obowiązują i zostały wprowadzone przez władze komunistyczne w celu represjonowania dziennikarzy. Mimo iż od okresu transformacji ustrojowej minęło ponad 30 lat, nie udało ich się usunąć z polskiego prawa. Szkodzi to realizacji zasady wolności słowa i swobody wypowiedzi. Uchwalenie podobnych przepisów na Ukrainie obecnie byłoby jedynie powtórzeniem tych samych błędów.

 

Uczestnicy IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  i Narodowego  Związku Dziennikarzy Ukrainy

 

Kazimierz Dolny, 23 stycznia 2020 r.

 

Ми, польські та українські журналісти, звертаємось до української влади  не впроваджувати до українського законодавства норми, що передбачають штрафи і навіть ув’язнення для журналістів. Впровадження цих норм  міститься в законопроекті про боротьбу з дезінформацією, який представив 20 січня міністр культури, молоді та спорту України Володимир Бородянський.  За нашою оцінкою, ініціатива, спрямована на захист від  дезінформації, гібридних атак і фейк-новин, не повинна містити інструменти, що загрожують  свободі слова. У сучасній ситуації гібридної війни,  особливо після анексії Криму Росією та війни на сході України, варто усвідомлювати, що журналісти та засоби масової інформації – це союзники кожного, хто хоче захистити національний інформаційний простір  України від брехні та маніпуляцій.  Залякування журналістів кримінальними санкціями суперечить засадам свободи слова в демократичній  державі. У Польщі такі норми діють і були впроваджені комуністичною владою, щоби переслідувати журналістів. І хоча з часу політичних перетворень минуло понад 30 років,  вилучити їх з польського  законодавства не вдалося. Це шкодить реалізації засад свободи слова і свободи вираження поглядів. Ухвалення нині подібних положень в Україні було би лише повторенням тих же самих помилок.

 

Учасники 4-го польсько-українського журналістського форуму Асоціації польських журналістів та Національної спілки журналістів України.

 

Relacja  z pierwszego dnia IV Polsko-Ukraińskie Forum Dziennikarzy

 

 

IV POLSKO-UKRAIŃSKIE FORUM DZIENNIKARZY. Dialog o trudnej historii

Nie możemy zapomnieć o bolesnych sprawach, musimy o tym rozmawiać, bo inaczej one kiedyś do nas powrócą – powiedział wiceprezes IPN prof. Krzysztof Szwagrzyk, podczas IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy, które w środę, 22 stycznia, rozpoczęło się w Kazimierzu Dolnym.

 

W dwudniowym wydarzeniu, zorganizowanym przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy, przy udziale Instytutu Europy Środkowej, bierze udział ok. 50 dziennikarzy z Polski i Ukrainy. Tematem pierwszego dnia była „Polityka historyczna w mediach” . Dr Rafał Leśkiewicz, zastępca dyrektora Biura Badań Historycznych Instytutu Pamięci Narodowej, zaprezentował jak może wyglądać realizacja polityki historycznej z wykorzystaniem nowych technologii. Przykładem był stworzony przed miesiącem  portal IPN Przystanekhistoria.pl.

 

– Jest to cyfrowa, wirtualna podróż przez historię. Chcieliśmy przy użyciu nowych technologii pokazać najistotniejsze wydarzenia historyczne – tłumaczył Rafał Leśkiewicz.

 

Celem, jaki miał zespół tworzący portal, było przedstawienie w atrakcyjny sposób ważnych tematów.  Główną osią przekazu miały być artykuły popularno-naukowe, ale obudowane multimediami oraz elementami ubogacającymi treść, takimi jak  quizy, konkursy historyczne czy interaktywna mapa wydarzeń.

 

Pomysły te okazały się trafione, serwis działa dopiero miesiąc, a już zdobył ćwierć miliona użytkowników.

 

Jak się tworzy w praktyce politykę historyczną pokazał Adam Hlebowicz, dyrektor Biura Edukacji Narodowej Instytutu Pamięci Narodowej.   – Prowadzimy zarówno tradycyjną edukację, wydajemy podręczniki, organizujemy  warsztaty dla uczniów, nauczycieli, ale jesteśmy świadomi, że młode pokolenie potrzebuje też nowych narzędzi, takich jak gry planszowe, komputerowe, aplikacje, social media  – opowiadał Hlebowicz.

 

Jako przykład wykorzystania współczesnych środków oddziaływania, podał kampanię zorganizowaną z okazji 100-lecia Niepodległości Polski „Moja Niepodległa”.

 

Trudne i bolesne tematy wspólnej historii Polski i Ukrainy poruszył w swoim wystąpieniu prof. Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes IPN, dyrektor Biura Poszukiwań i Identyfikacji.  – Gdyby zapytać co nas łączy, to byłaby to historia –  długa, bogata. Ale kiedy zapytamy co nas dzieli, to również odpowiemy: historia. Ta związana z II wojną światową, zbrodnia wołyńska po stronie ukraińskiej, akcja „Wisła” po stronie polskiej – mówił prof. Szwagrzyk. – Wydawałoby się, że 30 lat po upadku komunizmu powinniśmy być już w innym miejscu niż jesteśmy.

 

Podkreślił, że nierozwiązaną kwestą wciąż pozostaje sprawa upamiętnienia ofiar tragicznych wydarzeń naszej wspólnej historii.

 

– Nie ma naukowców, instytucji, którzy by powiedzieli ile jest miejsc pochówków polskich ofiar na Ukrainie i ukraińskich w Polsce – zauważył wiceprezes IPN.

 

Niepokojący, jego zdaniem, jest też wzrost mitu Stefana Bandery na Ukrainie . –  Dla nas Polaków Bandera nigdy nie był i nie będzie bohaterem – podkreślił.

 

Tymczasem wizerunki Bandery można spotkać w wielu ukraińskich miastach  – Ideologia banderowska tworzyła i tworzy zło, ona nigdy nie przyniesie dobrego ziarna – przestrzegał Krzysztof Szwagrzyk.

 

Dużym problemem był też wprowadzony przez Ukrainę zakaz poszukiwań i ekshumacji polskich ofiar na terenie tego kraju.  – Zakaz ten stworzył w naszych relacjach ogromne szkody. Nikt w Polsce nie rozumiał, jak bliskie nam państwo, z którym współpracujemy na wielu płaszczyznach, może zabronić poszukiwań grobów – mówił Szwagrzyk.

 

Wyraził jednak nadzieję, że  w tym roku będzie można bez trudności prowadzić na terenie Ukrainy prace poszukiwawcze i ekshumacyjne.

 

Podczas burzliwej dyskusji, która wywiązała się po wystąpieniu wiceprezesa IPN , jeden z ukraińskich dziennikarzy tłumaczył, że nieporozumienia mogą wynikać z innego poziomu świadomości historii na Ukrainie niż w Polsce.  – My nie znamy ile było ofiar wielkiego głodu,  ofiar stalinowskich represji, II wojny światowej. Polska poszła o wiele dalej w uświadamianiu swojej historii niż my. Oczywiście, to ukraiński problem, że nie badaliśmy swojej historii tak szczegółowo – tłumaczył.

 

Zwrócono uwagę także na ogromne dysproporcje między środkami jakie dysponuje polski, a ukraiński Instytut Pamięci Narodowej.

 

 – Odwołujmy się do zdarzeń, które nam i wam przyniosły chwałę, takich jak sojusz Piłsudskiego z Petlurą. Ale nie możemy też zapomnieć o bolesnych sprawach, musimy o tym rozmawiać, bo inaczej one kiedyś do nas powrócą – zauważył Krzysztof Szwagrzyk.

 

 

Sojuszowi Piłsudski – Petlura, jako lekcji dla współczesnych stosunków polsko – ukraińskich poświęcona była kolejna sesja IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy.  W dyskusji, którą moderował dr hab. Tomasz Stępniewski z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uczestniczyli prof. Walenty Baluk z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, prof. Andrzej Gil z KUL-u,  dr Jakub Olchowski z Instytutu Europy Środkowej i UMCS-u oraz dr Andrzej Szabaciuk z Instytutu Europy Środkowej i KUL-u.

 

W tym roku będziemy obchodzić 100-lecie zawarcia sojuszu, który miał pomóc we wspólnej walce z bolszewicką Rosją. Prof. Andrzej Gil szczegółowo opowiadał o uwarunkowaniach tego sojuszu. Podsumowując zauważył, że po październiku 1917 r. dla Ukrainy nie było miejsca w innym wariancie niż radziecki. –  Sojusz ten jest jednak ważnym wydarzeniem w sensie pamięci historycznej, pewnym fundamentem, na którym dzisiaj można budować porozumienie, ale jest to trudne – podkreślił.

 

– Pamiętamy jakie były początki Piłsudskiego, traktowano go jako marzyciela, a dla większości niepoległa Polska była nierealna. Tym większa była radość, gdy okazało się, że jednak było to możliwe. Podobnie było z Petrulą , też był takim marzycielem, ale jemu się nie udało – podkreślał  Andrzej Szabaciuk.

 

Przed błędami, które popełniają zarówno dziennikarze jak i naukowcy przy relacjonowaniu spraw międzynarodowych przestrzegał dr Jakub Olchowski.

 

Na koniec pierwszego dnia Forum, o problematyce historycznej w ukraińskich mediach opowiadali  Volodymyr Danyluk, redaktor naczelny „Gazety Wołyńskiej”, oraz Zoia Sharykova, rzeczniczka prasowa Biblioteki Narodowej Ukrainy im. Władimira Wiernadskiego.

 

– Odbiorcy mediów są bardziej zainteresowani bieżącymi problemami niż tematami historycznymi  – mówiła Zoia Sharykova. Zauważyła, że ukraińskie media przechodzą transformację, zmieniają właścicieli, zamykane są wydania papierowe gazet i czasopism, wiele z nich przenosi się do internetu, który rządzi się swoimi prawami. W sieci jednak również zaczynają powstawać wartościowe projekty, które poruszają tematy historyczne, jako przykład podała portal Historyczna Prawda.

 

Na koniec zapewniła, że Ukraińcy pamiętają, że Polska razem z Kanadą, jako pierwsze uznały niepodległość Ukrainy. – Powinniśmy się tego trzymać, zamiast wzajemnie się oskarżać – podkreśliła Zoia Sharykova.

 

jka

 

Relacja z drugiego dnia IV Polsko-Ukraińskiego Forum Dziennikarzy

 

 

 

Protest CMWP SDP przeciwko próbom wykluczenia katolików z debaty publicznej

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje rezygnację Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK i Galerii Sztuki Bunkier w Krakowie ze stałego patronatu medialnego lokalnej rozgłośni Polskiego Radia – Radia Kraków z powodu obecności na jego antenie audycji z udziałem ks. abp. Marka Jędraszewskiego. Jest to zaskakująca i zdumiewająca próba kwestionowania autonomii programowej tego radia, ponieważ jej źródłem są osobiste zastrzeżenia dyrektor w/w instytucji kultury dotyczące pojawiającego się w Radiu Kraków katolickiego duchownego. Sytuacja ta prowadzi do naruszenia zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa .

 

20 stycznia b.r. Mariusz Bartkowicz prezes zarządu – redaktor naczelny Radia Kraków S.A. poinformował, iż Maria Anna Potocka, dyrektor MOCAK-u i Bunkra Sztuki, zdecydowała o rezygnacji ze stałego patronatu medialnego Radia Kraków nad kierowanymi przez siebie miejskimi instytucjami kultury w Krakowie. Jedynym znanym opinii publicznej uzasadnieniem tej decyzji jest tłumaczenie, iż dyrektor w/w instytucji kultury uczyniła tak w proteście przeciwko obecności na antenie Radia Kraków audycji z udziałem metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego.

 

CMWP SDP pragnie podkreślić iż szanuje prawo każdej instytucji, w tym oczywiście także publicznych instytucji kultury, do samodzielnego wyboru patronów medialnych prowadzonej przez siebie działalności, w/ opisana sytuacja wykracza jednak poza ramy standardowego „patronatu medialnego” ze względu na społeczne oddziaływanie instytucji kultury na życie publiczne i kształtowanie przez nie postaw społecznych. CMWP SDP zwraca uwagę dziennikarzom i odbiorcom mediów, że jest to sytuacja precedensowa – utrzymywana z funduszy publicznych instytucja jaką jest Muzeum Sztuki Współczesnej poprzez swoje działanie stara się usunąć z przestrzeni publicznej osoby wyrażające ważne i dla wielu Polaków fundamentalne treści w momencie ostrego sporu ideologicznego, jaki obecnie toczy się w Polsce w związku np. z promocją ideologii LGBT prowadzoną nieskrępowanie w różnych środkach masowego komunikowania. CMWP SDP podkreśla, iż to swoiste „ukaranie” publicznego radia w Krakowie za audycje z abpem Markiem Jędraszewskim jest niebezpiecznym przykładem działań o charakterze cenzorskim i narusza polską Konstytucję oraz polskie Prawo Prasowe.

 

CMWP SDP apeluje do kierownictwa Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK i Galerii Sztuki Bunkier w Krakowie o cofnięcie w/ opisanej decyzji oraz zaniechanie takiego działania w przyszłości. CMWP SDP zapewnia, że w pełni wspiera Radio Kraków S. A. , które publicznie deklaruje gotowość utrzymania na antenie rozmów z abpem Markiem Jędraszewskim mimo utraty przez to możliwości współpracy z niektórymi instytucjami kultury finansowanymi przez miasto Kraków. Szukasz przechowalni bagażu czy schowku na bagaż? Jeśli jesteś w Kraków, pamiętaj, że iLuggage jest tuta!

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 22 stycznia 2020

Dziennikarz mniej prestiżowy niż pani sprzątająca, bardziej niż poseł – ŁUKASZ WARZECHA o najnowszym sondażu CBOS

Zła wiadomość jest taka, że większym szacunkiem niż dziennikarze cieszą się szewcy, pracownicy sprzątający, a nawet sędziowie – mimo nieustannego młotkowania przez obecną władzę. Dobra wiadomość jest natomiast ta, że niewiele się pod tym względem zmieniło od lat. Niestety, tradycyjne badanie poważania dla poszczególnych profesji w obecnej sytuacji daje nam tylko szczątkowy obraz sytuacji.

 

CBOS bada szacunek dla zawodów w kilkuletnich odstępach od połowy lat 90. W najnowszym rankingu dziennikarze otrzymali 55 proc. ocen zdecydowanie na „tak” i 35 proc. „średnio”. O małym poważaniu wspomniało 8 proc. Gdyby pogrupować profesje pod względem odsetka deklaracji o dużym prestiżu, nasz zawód znalazłby się na 23. miejscu. To dolna część stawki złożonej z 31 pozycji, przy czym na samym dnie jest „działacz partii politycznej” (tylko 18 proc. mówi tu o wysokim prestiżu, 43 – o średnim, zaś aż 34 o niskim).

 

Czy powinniśmy się martwić? Sentencjonalnie mógłbym odpowiedzieć: tak, zawsze. Bo zawsze mogą być powody – a dzisiaj jest ich wyjątkowo wiele – żeby to, jak oceniają nas ludzie, potraktować jako ostrzeżenie dotyczące jakości naszej pracy. Jednak wyniki powinniśmy widzieć w kontekście.

 

Pierwszym elementem kontekstu jest ocena innych zawodów. Tak się składa, że Polacy na górze zestawienia nie sytuują zajęć umysłowych – pierwsze cztery miejsca to strażak, pielęgniarka, robotnik wykwalifikowany i górnik. Dopiero piąty jest profesor uniwersytetu. To zresztą asumpt do osobnych rozważań, bo mam wrażenie, że nie jest to jednak zdrowa hierarchia.

 

Drugi element kontekstu to zmiany na przestrzeni lat, począwszy od pierwszego badania w 1995 r. Profesja „robotnik wykwalifikowany” wystrzeliła w rankingu prestiżu w górę – z 41 proc. dużego prestiżu w pierwszym badaniu do 84 teraz. Podobnie rolnik: z 47 na 76 proc., ale też przedsiębiorca: z 45 do 65 proc. W tym samym czasie niemal bez zmian był prestiż nauczyciela (73 do 77), lekarza (79 do 80) czy profesora (84 do 83). Spadek odnotowali sędziowie – z 68 do 58, księża – z 42 do 36, posłowie – z 45 do zaledwie 27.

 

W tym czasie dziennikarze trzymali się mniej więcej podobnie, choć z lekką tendencją spadkową. W 1995 r. o wysokim prestiżu mówiło 60 proc. badanych – dziś 55 proc. Za to poprawiły się notowania dziennikarzy w stosunku do poprzedniego sondażu z 2013 r. Wtedy o wysokim prestiżu dziennikarzy mówiło 50 proc., o średnim – 40 proc. Pięć punktów przepłynęło od tego czasu od średniego do wysokiego prestiżu. Trudno więc mówić o postępującym upadku.

 

Tyle że ważne byłoby dzisiaj rozbić te odpowiedzi na bardziej szczegółowe dane. Dowiedzieć się na przykład, kogo pytani uważają w ogóle za dziennikarza – bo być może tutaj leży klucz do w miarę stabilnej pozycji naszego zawodu w rankingu. Czy jako dziennikarzy traktują również pracowników wielkich portali, przepisujących informacje, podawane przez innych, w dodatku wielokrotnie z rażącymi błędami, nawet ortograficznymi? Czy za dziennikarzy uważają faktycznych pracowników aparatu propagandy, czy to rządu czy opozycji, którzy po prostu podają dalej przekaz partyjny? A jeśli w obu przypadkach odpowiedzi są twierdzące, to jak odpowiadaliby, gdyby te osoby wyjąć poza nawias i umówić się, że nie są to dziennikarze?

 

Interesująco byłoby też dowiedzieć się, co sprawiłoby, żeby respondenci byli skłonni uznać dziennikarstwo za profesję bardziej godną poważania. Mam zresztą wrażenie, że jedną z odpowiedzi znam: wiele osób powiedziałoby zapewne, że dziennikarze musieliby być bardziej „obiektywni” – z tym że mnóstwo odbiorców pod pojęciem „obiektywizmu” rozumie po prostu mówienie i pisanie tego, co im pasuje.

 

Warto by także poznać opinię pytanych w rozbiciu na sympatie polityczne i poszczególne media. Ciekaw jestem, jak z pytania o prestiż zawodu dziennikarza próbują wybrnąć ci, którzy zdecydowanie sytuują się po jednej stronie w politycznym konflikcie i o dziennikarzach choćby tylko lekko wobec niej krytycznych mają jak najgorsze zdanie, podczas gdy „swoich” uznają za bohaterów dziennikarstwa. Czy uznają po prostu, odpowiadając na pytanie ankietera, że ci drudzy nie są dziennikarzami? Czy może jakoś uśredniają swoją opinię?

 

Mam jednak wrażenie, że w tym momencie zarysowuję już scenariusz innego badania, które faktycznie należałoby przeprowadzić. A jeśli ktoś miałby takie badanie zamówić – sondaż szczegółowo sprawdzający opinię Polaków o dziennikarzach i mediach – to kto miałby to zrobić, jeśli nie SDP? Proszę to potraktować jako mój postulat, skierowany do władz stowarzyszenia.

 

Łukasz Warzecha

Apel CMWP SDP   o przywrócenie red. Dariusza Rosiaka do pracy w Polskim Radiu

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z najwyższym niepokojem przyjmuje informacje o odsunięciu od pracy w Polskim Radiu S.A. red. Dariusza Rosiaka i apeluje do kierownictwa Polskiego Radia S.A. o przywrócenie go do pracy dziennikarza w publicznym radiu.

 

Red. Dariusz Rosiak jest związany z Programem III Polskiego Radia od 2006 roku, zajmował się przede wszystkim tematyką międzynarodową. Jest uznanym w środowisku dziennikarskim autorem audycji „Raport o stanie świata” emitowanej w Programie III PR. Spółka nie przedłużyła z nim umowy o pracę obowiązującej do końca stycznia 2020 roku. Kierownictwo Polskiego Radia nie podało powodów rezygnacji anteny ze współpracy z dziennikarzem, co jest wyjątkowo dokuczliwą represją dla red. Dariusza Rosiaka, który jak każdy dziennikarz wykonuje zawód wymagający transparentności i zaufania wśród odbiorców. Nie kwestionując prawa każdego pracodawcy do prowadzenia własnej polityki kadrowej w zarządzanej firmie, CMWP SDP apeluje do kierownictwa Polskiego Radia S.A. o przywrócenie go do pracy dziennikarza w publicznym radiu ze względu na jego wiedzę, doświadczenie i osiągnięcia zawodowe.

 

Red. Dariusz Rosiak posiada niemal 30-letnie doświadczenie pracy w mediach. Z wykształcenia jest anglistą. Był wieloletnim pracownikiem francuskiego  radia RFI i polskiej sekcji BBC. W latach 90. był korespondentem w Londynie, pisał dla „Życia”, „Życia Warszawy”, „Tygodnika Powszechnego”. Był także zastępcą redaktora naczelnego „Newsweek Polska”, pierwszym redaktorem naczelnym tygodnika „Ozon”, publikował w „Polityce”, pracował w BBC oraz „Rzeczpospolitej”. Jest także laureatem Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego, w 2016 r. był nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” za książkę „Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan” oraz otrzymał Nagrodę im. Beaty Pawlak.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

Ile wolno dziennikarzom – pyta WOJCIECH POKORA

„Członkowie KO to zdecydowanie za mało. Muszą pracować wszyscy, w tym Pan Redaktor, jak dojedzie do pełni zdrowia, którym zależy na powstrzymaniu niszczenia naszego kraju: samorządności, praworządności i trójpodziału władzy”. Te słowa do redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa na Twitterze skierował prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski.

 

Apel prezydenta był odpowiedzią na wpis redaktora Lisa, w którym stwierdzał on: „Pani Kidawa- Błońska ma szansę wygrać wybory, jeśli każdy członek KO będzie w kampanii pracował tak, jak by sam w nich startował„. Na tę wymianę myśli zareagował Tomasz Żółciak z „Dziennika Gazety Prawnej”: „Z całym szacunkiem, Panie Prezydencie, ale dziennikarz jest od relacjonowania, opisywania rzeczywistości i ujawniania ważnych tematów, a nie angażowania się w kampanię któregokolwiek z kandydatów. Wtedy z automatu przestaje być dziennikarzem, a zaczyna być funkcjonariuszem„. Prezydent Truskolaski nie odpuścił. Skwitował wypowiedź dziennikarza słowami: „Wiem, ale jest druga strona, która tych reguł w ogóle nie przestrzega. Trudno jest wygrać, gdy zasady przez jedną ze stron są ignorowane. Moim zdaniem nie ma w Polsce prawdziwego dziennikarstwa, zostało ono zniszczone przez funkcjonariuszy PiS mieniących się dziennikarzami„.

 

W jednej z internetowych dyskusji zwróciłem uwagę facebookowemu znajomemu, że udostępnianie fejkowych memów nie mieści się w standardzie uczciwej debaty. Chodziło o wkładanie w usta PRL-owskiego polityka słów obecnego prezydenta Andrzeja Dudy. W odpowiedzi usłyszałem, że przecież w „demokratycznym i cywilizowanym dyskursie nie mieści się zamach na niezależność sądów i ataki na wyrok TSUE a heheszki z PiS-owskich polityków – takich dulskich, dewocyjnych i nachalnie nadmuchanych, nieporadnych, zagubionych, wystraszonych, nierozgarniętych, nieustępliwych w wykrzykiwaniu swojej >>prawdy<<, a jednocześnie tchórzliwych i urobionych jak plastelina, jak najbardziej się mieszczą w cywilizowanych dyskursie”. Odpowiedziałem, że skoro wszystkie chwyty są dozwolone i fejki też, to w takim razie nie rozumiem zgorszenia działaniami tych PiS-owskich polityków. Skoro w walce można używać jako argumentów także kłamstw, to zamykamy sobie pole do dyskusji. Tu na szczęście wrócił rozsądek i znajomy się wycofał. Jednak ten relatywizm gdzieś tam w nas drzemie. Wystarczy zrobić mały test i zastanowić się czy podczas czytania powyższych epitetów towarzyszyły nam jakieś emocje. Czy kibicowaliśmy mojemu internetowemu znajomemu czy przeciwnie, podniosło nam się ciśnienie. A gdybyśmy odwrócili role i ta tyrada dotyczyłaby np. Donalda Tuska? Zmieniłyby się wrażenia? To test szczególnie dla dziennikarzy, którzy w swojej pracy powinni jednak trzymać emocje na wodzy, mimo posiadanych poglądów.

 

Tu dochodzimy do sedna problemu, czy dziennikarz powinien posiadać swoje poglądy? Od razu zaznaczam, że nie czuję się upoważniony do rozstrzygnięć w tej kwestii. To jak z księdzem. Wierni lubią słuchać tych, o wyrazistych poglądach ale czy wszystkie swoje poglądy ksiądz powinien wygłaszać z ambony bądź, co przecież nierzadkie, z ekranu telewizora? Wydaje się, że nie tego od niego oczekujemy, podobnie jest z dziennikarzami. Spodziewamy się po nich przede wszystkim trzymania się faktów. Od publicystów możemy spodziewać się tych ocen, ale czy powinniśmy wiedzieć na kogo dany dziennikarz głosuje? Albo komu kibicuje w politycznej wojnie? Myślę, że nie. A niestety coraz częściej zbyt szybko się tego dowiaduję, czasem w sposób nachalny.

 

3 lipca 1989 roku w „Gazecie Wyborczej” pojawił się ważny tekst. Napisał go Adam Michnik, redaktor naczelny tego dziennika, a dotyczył on spraw czysto politycznych. Nosił tytuł „Wasz prezydent, nasz premier”. Myślę, że ten artykuł odcisnął piętno na całym współczesnym dziennikarstwie. Oto w najważniejszym tytule tzw. wolnych mediów pojawia się tekst głęboko zaangażowany politycznie, w którym redaktor naczelny bez ogródek opowiada się po jednej stronie sceny politycznej. Tak, tak, rozumiem, tu nie było wyboru, tu szło o walkę z komunistami, tu człowiek uczciwy bezwiednie opowiadał się po „jasnej stronie mocy” i wcale wówczas nie raziło, że do jednej strony sceny politycznej pisze się we wstępniaku – Wy i Wasz prezydent, a do drugiej – My i Nasz premier. Czy na pewno? Czy to nie wyznaczyło standardu na kolejne lata, odbijając się czkawką w tytułach dzisiejszych gazet? Czy to nie powoduje w nas poczucia wewnętrznego przekonania, że stoimy po słusznej stronie i od naszych działań zależy polska racja stanu? Przecież jesteśmy czytani, stoją za nami wielkie tytuły, ogląda nas lub czyta kilka milionów obywateli, czy to nie kusi, żeby ugrać coś dla opcji politycznej, której kibicujemy? A jak jeszcze za to zapłacą? Musi kusić. I kusi.

 

Kilka dni temu pojawiła się informacja, że portal Wirtualna Polska jest opłacany przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Według ustaleń dziennikarzy portalu OKO.press, Tomasz Machała, wiceszef Wirtualnej Polski, miał przyznać publicznie, że „WP wiąże z Ministerstwem Sprawiedliwości >>wiele interesów<<. I że nie będzie demolował tych >>interesów<<, bo >>wiszą na tym<< pensje pracowników WP”. Wcześniej, jeszcze w redakcji naTemat.pl, Machała zasłynął tym, że „słabo oznaczał materiały sponsorowane”. Wtedy powstała mało pochlebna nazwa dla portalu naTemat – portal parówkowy, która wzięła się od nachalnego promowania hot-dogów serwowanych na stacjach Orlen. Dziś wygląda na to, że sytuacja może być podobna, materiały promujące ministerstwo są słabo lub zupełnie nieoznaczane w zamian za finansowe wsparcie tytułu. I tu znowu pojawia się pytanie, co nas w tej historii oburza. Czy tak, jak w przypadku księży i dziennikarzy, wygłaszających swoje poglądy, oburza nas, że mają poglądy inne od naszych, czy oburza nas, że wygłaszają jakiekolwiek? Czy w sprawie Wirtualnej Polski oburza nas fakt, że media są finansowane z kieszeni podatników poprzez ministerstwa, spółki skarbu itp. (nie wnikam czy formalnie czy nieformalnie, czy poprzez granty, reklamy czy działania PR-owe) czy oburza nas, że Machała, to raczej nie jest z tego obozu, który powinien za PiS dostawać publiczne pieniądze. Przecież oni już byli, dziś nie ich zmiana przy korycie. No jak to jest? Co nas najbardziej w tej historii boli?

 

Wojciech Pokora

Media posłuszne władzy – ADAM SOCHA o niebezpiecznych związkach dziennikarzy ze sponsorami

OKOpress opublikowało ogromny materiał o tym, „Jak Wirtualna Polska promuje Ziobrę”. Autor artykułu twierdzi, że portal cenzuruje i blokuje teksty krytyczne wobec resortu sprawiedliwości, gdyż ma otrzymywać od niego – za pośrednictwem agencji marketingowych – znaczące kwoty w zamian za pozytywny PR. Autorzy takich tekstów muszą je konsultować z Patrycją Kotecką, żoną ministra Zbigniewa Ziobry.

 

Według anonimowych informatorów OKO.press sterować miał tym Tomasz Machała, redaktor naczelny i wiceprezes Wirtualna Polska Media ds. wydawniczych. We wrześniu 2019 roku na spotkaniu z wydawcami miał oznajmić: „- Łączy nas z Ministerstwem Sprawiedliwości wiele biznesowych interesów, które z przyjemnością będę przecinał, jeśli obali to pana Piebiaka, pana Ziobrę, pana Wosia. Ale nie będę demolował (interesów – przyp. mój) – dlatego, że wisi na tym twoja pensja, twoja pensja i jeszcze pensje 25 innych osób w pionie wydawniczym – dla tematu, ile sushi zamówił Ziobro” – miał powiedzieć Machała.
Szefowie holdingu najpierw stanęli murem za Machałą, wszystkiemu zaprzeczając. Jednak w czwartek, 16 stycznia, powołano zespół „w celu jak najszybszego zbadania tez pojawiających się w mediach od wczoraj, dotyczących postępowania redaktora Tomasza Machały”. Machała poprosił o urlop, jednocześnie kategorycznie zaprzeczając, aby dziennikarze Wirtualnej Polski konsultowali swoje artykuły z osobami wskazanymi w publikacjach medialnych.

 

W tym tekście Oko.press zaskoczyło, mnie jedynie to, że wp.pl jest na garnuszku resortu sprawiedliwości, dlatego że postrzegałem ten najstarszy w Polsce portal jako antyrządowy, może nie tak ostry jak onet.pl, ale jednak. Tym bardziej tak postrzegałem twórcę (wraz z Tomaszem Lisem) portalu NaTemat.pl – Tomasza Machałę.

 

Oczywista oczywistość, że bez kasy z reklam media nie byłyby w stanie się utrzymać. To drogi biznes. Na świecie jedynie takie tabloidy jak The Sun, czy Bild, które sprzedają się w milionach egzemplarzy, byłyby w stanie utrzymać się z samej sprzedaży egzemplarzowej.

 

Toteż praktycznie wszystkie media siedziały lub siedzą w kieszeni władzy. Jak głęboko, pokazuje stan finansów „Gazety Wyborczej” w okresie rządów PO-PSL i obecnie, gdy ciągle muszą się odchudzać i redukować zatrudnienie. Bardzo było to spektakularne na Węgrzech. Gdy rządziła lewica, media z nią związane były jak tłuste koty, gdy do władzy doszedł Viktor Orban chudły z dnia na dzień, by w końcu paść.

 

Jako redaktor naczelny kilku gazet regionalnych i przez pewien czas nieformalny redaktor naczelny „Super Expressu” miałem okazję przećwiczyć to zagadnienie. Najpierw, jako pierwszy redaktor naczelny „Gazety Współczesnej” – byłego organu KW PZPR w Białymstoku, kupionego przez „Solidarność” w 1990 roku – zderzyłem się z problemem korupcji wśród części dziennikarzy i redaktorów, którzy próbowali przemycić na łamy sponsorowane teksty. Następnie, w tym samym mieście, kierując „Kurierem Porannym”, musiałem wysłuchać wymówek prezesa, gdy z powodu tekstu pismo straciło głównego reklamodawcę (wymyśliłem koszyk zakupów, porównanie, ile w różnych sklepach kosztuje zestaw tych samych towarów, najdroższy był koszyk naszego reklamodawcy). Ale w obu tytułach zasadą było oddzielenie biura reklamy od redakcji.

 

Również miałem pod tym względem komfort w „Super Expressie”. Jedynie biuro reklamy prosiło o uprzedzenie, jeśli redakcja przygotowywała tekst, który miał uderzyć w jakiegoś grubego reklamodawcę. Teksty takie były starannie sprawdzane, żeby nie stracić reklamodawcy z powodu niechlujstwa dziennikarskiego. Był za to inny problem, korupcji wśród dziennikarzy, „pożyczanie” pieniędzy od gangsterów czy biznesmenów (co często w latach 90. szło w parze), o czym dowiadywałem się „operacyjnie” od policjantów.

 

Najbardziej komfortową sytuację miałem w „Dzienniku Łódzkim”, jako zastępca redaktora naczelnego odpowiedzialnego za wydania powiatowe tej gazety (lata 2001-2008). Zawdzięczam to duetowi, prezes Agnieszce Sardeckiej i redaktorowi naczelnemu Julianowi Beckowi. Pamiętam wizyty prezydentów miast u naczelnego, ze skargami na mnie. Szczególnie wzburzony był ówczesny prezydent Zduńskiej Woli, Zenon Rzeźniczak. Wykupił bowiem w tygodniku zduńskowolskim wkładkę samorządową. Sądził, że w ten sposób kupił sobie redakcję. Jakież było jego zdumienie, gdy krytyczne teksty ukazywały się nadal. Oczywiście wycofał wkładkę, a ja nigdy nie miałem z tego powodu przykrości.

 

Generalnie problemem, z którym wówczas się zmagałem, były ataki i naciski polityków.

 

W mojej ocenie taki lub podobny tekst można by napisać niemal o każdej redakcji. Patrząc na media z mojego, olsztyńskiego podwórka, widzę wręcz symbiozę świata polityki, biznesu i mediów. Największa i jedyna gazeta o zasięgu regionalnym jest czymś w rodzaju biuletynu reklamowego, w którym materiały dziennikarskie są wypełniaczem przestrzeni nie zapełnionych reklamami i tekstami sponsorowanymi. Te zresztą często trudno odróżnić od tzw. normalnych tekstów. Jeden z byłych redaktorów naczelnych tej gazety zdradził mi, że gazeta utrzymuje się głównie dzięki ogłoszeniom i komunikatom z urzędów i instytucji państwowych oraz samorządowych. Świadczą o tym laurki pisane na cześć sponsorów-urzędników.

 

Lokalna Wyborcza była krytyczna wobec władz Olsztyna do czasu podpisania przez Agorą umowy z miastem na prowadzenie co roku festiwalu muzycznego. Od tego czasu stała się „biuletynem ratusza”.

 

Po erupcji setek, tysięcy tytułów w najmniejszych nawet miejscowościach kraju po 1990 roku, obecnie nie pozostał dzisiaj ślad. Wszystkie pożarły koncerny. Na rynku pozostały jakieś pojedyncze, samotne wyspy wolnego słowa, które z trudem walczą o istnienie.

 

Sytuację uzdrowić by mogła transparentność finansowania mediów ze środków publicznych (urzędów państwowych i samorządowych, instytucji państwowych, spółek skarbu państwa i komunalnych, agencji PR działających na zlecenie tych podmiotów). Wymagałoby to wprowadzenia ustawowego obowiązku ogłaszania co roku, zarówno przez media, jak i publicznych sponsorów, wysokości wpływów i nazw podmiotów.

 

To, co mnie się marzy, to powołanie Fundacji Wolnych Mediów. Obowiązkiem każdego medium zasilonego pieniędzmi publicznymi byłoby przekazywanie określonego procentu z tych wpływów. Następnie o te środki mogłyby aplikować tytuły obywatelskie.

 

Wiem, że to marzenie ściętej głowy. Toteż wzruszam ramionami na „aferę Machały”, bo to nic ani nadzwyczajnego, ani osobliwego, ani wyjątkowego. Prawie każde duże medium tak się prostytuuje. Machałę zaatakowano tylko dlatego, że robił PR śmiertelnemu wrogowi totalnej opozycji.

 

Adam Socha

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. „Baryła” widział kości i czaszkę dziennikarza. „Jaruś będzie cichutki”

Zeznania Macieja B. pseudonim „Baryła” : Ja nie pogrążyłem żadnego bandziora czy gangstera tylko klawisza i ubeka. Bił ludzi. Był dobry w biciu ludzi gdy był klawiszem. Ciągle piszecie najbogatszy, senator, a to klawisz i ubek. Jego pogrążyłem.

 

Te słowa wybrzmiały na sali sądowej 17 stycznia 2020 roku, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu. Wypowiedział je Maciej B. pseudonim Baryła i wydaje się, że nie tyle do sądu, ale ludzi mediów, którzy relacjonują proces o podżeganie do zabójstwa 24. letniego wówczas dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyn ten oskarżony jest Aleksander Gawronik, który do winy się nie przyznaje i zdecydowanie zaprzecza postawionym zarzutom, a słowa Macieja B. uważa za kłamstwa łatwe do obalenia.

 

Dziennikarz „Gazety Poznańskiej”, Jarosław Ziętara, nie dotarł do pracy 1 września 1992 roku i wszelki ślad po nim zaginął. Do dziś nie odnaleziono ciała chłopaka. Od blisko czterech lat toczy się proces w poznańskim Sądzie Okręgowym, przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi, który to według prokuratury miał podżegać do zabójstwa dziennikarza. 1 września 1992 roku Ziętarę uprowadzono, a czynu tego dokonało trzech ochroniarzy zatrudnionych przez, twórcę holdingu Elektromis Mariusza Ś. Dziennikarz miał zginąć, bo zamierzał opublikować materiały dotyczące biznesmenów. Proces przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi, a także drugi przeciwko ochroniarzom o pseudonimach Ryba i Lala obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Maciej B., już po raz kolejny zeznaje w tej sprawie i podtrzymuje swoje wcześniejsze zeznania. Jest więźniem, odsiaduje karę dożywocia za morderstwo w innej sprawie. Jako młody chłopak znał się z ochroniarzami Elektromisu, szczególnie z nieżyjącym Dariuszem L. pseudonim Lewy i razem z nimi brał udział w różnych „brudnych robotach” takich jak zastraszanie czy pobicia. W piątek 17. stycznia potwierdził, że na terenie firmy Elektromis „Gawronik kazał zaj…ać Jarosława Ziętarę”. Z tej wersji Baryła już się raz wycofał, tłumacząc się rozgoryczeniem na prokuraturę i śledczych. W zamian za współpracę miał otrzymać prezydencki akt łaski. Gdy zorientował się, że nie jest to możliwe, odwołał zeznania, by w lutym 2019, podczas „procesu ochroniarzy” wrócić do początkowej wersji. Jednak w zeznaniach są nieścisłości, o które dopytuje sąd, prokurator i obrońca. Maciej B. tłumaczy się emocjami, kłopotami, które ma oraz stresem spowodowanym obecnością mediów. Jednak różnice w zeznaniach z poszczególnych lat nie wpływają na główną ich tezę. „Gawronik powiedział, że Ziętarę trzeba zaj…ać, bo się wpie…la w ich interesy. Szef Elektromisu Mariusz Ś. był przy tej rozmowie, ale do niczego nie namawiał. Samego porwania ani zabójstwa nie widziałem. Słyszałem jednak, że porywaczami byli ochroniarze Elektromisu. Ale nie wysyłał ich szef firmy Mariusz Ś. lecz to Aleksander Gawronik załatwił z nimi swoje sprawy związane z Ziętarą.” Inny ochroniarz Roman K. pseudonim Kapela, który nie żyje od 1993 roku i zginął w dziwnych okolicznościach – miał według Baryły przywieźć na posesję Marka Z. w Chybach OP-1. Są to płaszcze chroniące przed substancjami chemicznymi. A w Chybach, jak twierdzi Maciej B. – rozpuszczono szczątki dziennikarza w kwasie. Maciej B. opowiedział również, że w bagażniku Lewego, który również już nie żyje, bo zginął w wypadku samochodowym – pokazano mu zapakowane w brezentowy worek kości i czaszkę. Jeden z obecnych, Baryła nie pamięta kto, pogłaskał czaszkę dodając, że „Jaruś już teraz będzie cichutki”. Maciej B. oświadczył również, że boi się o rodzinę, ale chce powiedzieć wszystko, co wie o tej sprawie. Wielokrotnie wyrażał chęć poddania się badaniom wariograficznym.

 

Na sali sądowej zeznaniom Macieja B. przysłuchuje się biegły psycholog. Następna rozprawa w kwietniu.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

Za: https://cmwp.sdp.pl/

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Założyciel holdingu Elektromis nic nie wie, a Aleksandra Gawronika zna słabo…

Jarosława Ziętary nie znał. Wiedzę o nim miał tylko z mediów i to dopiero sprzed kilku lat. Nie wiedział, że dziennikarz interesował się działalnością jego firmy Elektromis. Zawsze prowadził legalne i dobre interesy. Aleksandra Gawronika z kolei znał słabo i nie mieli bliskich kontaktów. Jedyne biznesowe spotkanie dotyczyło sprzedaży tygodnika „Poznaniak”, za który były senator ostatecznie nie zapłacił i transakcję anulowano. Na badanie wariografem nie zgodził się, bo nie widział takiej potrzeby – tak w skrócie można podsumować zeznania świadka Mariusza Ś. , którego Sąd Okręgowy w Poznaniu przesłuchał  16 stycznia b.r. podczas pierwszej w tym roku rozprawy w tak zwanym procesie ochroniarzy  dotyczącym zabójstwa red. Jarosława Ziętary z “Gazety Poznańskiej” w 1992 r.

 

Tego dnia przed Sądem Okręgowym w Poznaniu miało zeznawać czterech świadków. Zgłosiło się jedynie dwóch i jako pierwszy zeznawał Mariusz Ś. twórca i właściciel holdingu Elektromis. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jest obserwatorem tego procesu, w imieniu CMWP SDP w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Według prokuratury, to właśnie na terenie Elektromisu Aleksander Gawronik podżegał do zabójstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary, którego mieli porwać i przekazać zabójcom zatrudnieni w holdingu ochroniarze: Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy.

 

Mariusz Ś. stwierdził, że nic nie wie o losie Jarosława Ziętary i nigdy nie angażował się w żadną działalność przeciwko dziennikarzowi. Wyraził nawet pogląd, że skoro nie odnaleziono do dziś zwłok, to nie można wykluczyć, że reporter żyje. Choć sprawa od momentu zniknięcia, czyli od 1 września 1992 roku, jest głośna, Mariusz Ś. miał dowiedzieć się o niej dopiero wtedy, gdy w 2012 r. śledztwo wznowiła krakowska prokuratura. Wtedy to polecił swojemu pracownikowi, by ten przejrzał archiwalne numery nieistniejącego już tygodnika „Poznaniak”, którego Ś. był właścicielem, pod kątem Jarosława Ziętary. Okazało się, że „Poznaniak” kiedyś sporo pisał o Ziętarze. Ja czytałem w tamtych latach swoją gazetę, ale nie zwróciłem wówczas uwagi na artykuły o jego sprawie. Poznaniak był popularny bo było w nim sporo sensacji i dużo krwi – zeznał świadek. Na pytanie dlaczego w Elektromisie Mariusz Ś. zatrudniał byłych milicjantów i funkcjonariuszy UB – odpowiedział, że wiedział że są wyszkoleni i liczył, że jako funkcjonariusze państwowych organów będą uczciwi. Zaprzeczył, by w Elektromisie istniała specjalna komórka do inwigilacji i podsłuchów oraz by przechowywano mundury policyjne czy ich podróbki oraz by stał tam fikcyjny radiowóz.

 

Mariusz Ś. stwierdził, również, że Jarosław Ziętara został wykreowany na poważnego dziennikarza, a w jego ocenie nie miał żadnych osiągnięć zawodowych. Dopytany, na czym opiera taką opinię, powołał się na swojego rzecznika prasowego, Konrada Napierałę. Jednocześnie dodał, że prasa pisała o działalności Elektromisu bardzo krytycznie, a on  byłby w stanie zablokować nieprzychylne publikacje w “Gazecie Poznańskiej”, gdyby o to poprosił, bo miał relacje przyjacielskie z właścicielami dziennika. W tej gazecie pracował red. Jarosław Ziętara.

 

Mariusza Ś. zapytano także o Jerzego U., prawdopodobnie (rozprawę z udziałem U. utajniono) naocznego świadka porwania red. Jarosława Ziętary, który miał przyjąć zlecenie na inwigilację młodego dziennikarza. Mariusz Ś. stwierdził, że to był znajomy Krystiana Cz. Cz. to z kolei były milicjant, który przeprowadzał w Elektromisie kontrole. Został zatrudniony przez Mariusza Ś. najpierw na stanowisku handlowca, ale szybko awansował, został dyrektorem, prezesem i zaufanym współpracownikiem Mariusza Ś. Na przełomie 2014/15 roku Krystian Cz. dowiedział się, że ma zostać przeprowadzona na terenie Elektromisu prowokacja polegająca na tym, że zostaną podrzucone jakieś kości czy szczątki. I jak relacjonuje Ś. teren został zabezpieczony, uszczelniono ogrodzenie i zatrudniono dodatkowych ludzi w tym firmę ochroniarską Jerzego U., którą to zaproponował Krystian Cz. Jednak ludzie Elektromisu nie powiadomili żadnych organów o spodziewanej prowokacji. Na pytanie, dlaczego, Ś. odpowiedział, że do prokuratury nie ma zaufania, a do mediów nie chodzi. Jednak trzy lata później zmienił zdanie i została zawiadomiona prokuratura, a na temat Jerzego U. wydano oświadczenie, z którego wynika że U. domagał się trzech milionów złotych za zmianę zeznań.

 

Mariusza Ś. pytano także o Macieja B., również świadka oskarżenia. Ś. oświadczył nie zna mężczyzny, a pseudonim Baryła jest mu znany z mediów. Taka osoba nie występowała w moim otoczeniu – powiedział.  Zaprzeczył również, by doszło do spotkania z Aleksandrem Gawronikiem i ludźmi Elektromisu na terenie parkingu Elektromisu wiosną 1992 roku.

 

Po zeznaniach Mariusza Ś. mecenas Wiesław Michalski złożył wniosek o powołanie na świadka dziennikarza “Głosu Wielkopolskiego” Łukasza Cieśli, który relacjonuje od początku przebieg procesu. Powołanie dziennikarza na świadka uniemożliwiłoby dalszą pracę reportera. Jest to już trzecia próba ograniczenia udziału przedstawicieli mediów w rozprawach. Wniosek, by dziennikarz znalazł się  wśród  świadków procesu, został złożony po raz drugi, a ponadto mecenas zwrócił się do sądu jeszcze w maju o wyłączenie jawności rozpraw z uwagi właśnie na publikowane relacje. Wszystkie wnioski zostały decyzją sądu oddalone.

 

Dwóch wezwanych na 16 stycznia świadków nie stawiło się w sądzie. To Mirosław M. oraz Zdzisław W., na którego sąd nałożył 1000 zł kary. Ostatnim świadkiem był Grzegorz M. pseudonim Pączek, zatrudniony w Elektromisie od 1993 roku. Były milicjant i policjant, rozpoczął pracę w ochronie Mariusza Ś., a oskarżeni byli jego przełożonymi. Najpierw Mirosław R., a następnie po kilku latach Dariusz L. Świadek do dziś zawodowo jest związany z firmą wywodzącą się z Elektromisu. O sprawie porwania Jarosława Ziętary słyszał tylko z mediów i nic o niej nie wie.

 

Tekst i zdjęcia : red. Aleksandra Tabaczyńska

za: https://cmwp.sdp.pl/