Sędzia Juszczyszyn i dziennikarz Kowalewski – rozważania ŁUKASZA WARZECHY

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy TVP rozrabiała historię o tym, jak to w 2015 r. sędzia Juszczyszyn nie zapłacił mandatu za przekroczenie prędkości, a tym bardziej nie stracił prawa jazdy na trzy miesiące (przekroczenie było o 51 km na godz. w obszarze zabudowanym), „Gazeta Wyborcza” opublikowała rozmowę Agnieszki Kublik z Mariuszem Kowalewskim, byłym dziennikarzem TVP, który opublikował właśnie książkę „TVPropaganda. Za kulisami TVP”.

 

Jakoś mi się te dwa zdarzenia połączyły. Dlaczego?

 

Sprawa sędziego Juszczyszyna jest znacząca podwójnie. Po pierwsze, ponieważ jej przebieg pokazuje autentyczną patologię w wymiarze sprawiedliwości, której uznania odmawiają obrońcy sądów i sędziów. Sędzia, złapany na zwykłym wykroczeniu drogowym, przedstawił legitymację, potwierdzającą immunitet. W ówczesnym stanie prawnym tak zrobić musiał – przyjęcie mandatu byłoby deliktem dyscyplinarnym (od tego czasu to się na szczęście zmieniło). Ale później kolegium sędziów z sądu, w którym sędzia Juszczyszyn orzeka, zajęło się odpowiednim wnioskiem policji i uznało, że „wykroczenie nie stanowi rażącej obrazy przepisów prawa wykroczeń i nie nastąpiło uchybienie zasad etyki i godności urzędu sędziego oraz w zachowaniu sędziego brak jest znamion oczywistego i rażącego naruszenia przepisów prawa, które uzasadniałoby skierowanie wniosku o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego”.

 

To, co zrobił sędzia, nie było żadną zbrodnią. Ale trudno uznać za zdrową sytuację, w której sędzia unika odpowiedzialności za ewidentne wykroczenie, za które zwykły obywatel straciłby prawo do prowadzenia pojazdów na trzy miesiące. Immunitet nie służy przecież uprzywilejowaniu, ale zlikwidowaniu możliwości wywierania nacisków. Tu żadnych nacisków nie było, było natomiast wykorzystanie immunitetu w celu uniknięcia prywatnych uciążliwości.

 

To wątek pierwszy. Wątek drugi to sama informacja o perypetiach sędziego podana przez TVP w tonie takim, jakby Juszczyszyn popełnił najcięższą zbrodnię. I tu trzeba zadać pytanie w gruncie rzeczy retoryczne: dlaczego akurat sędzia Juszczyszyn znalazł się na celowniku państwowej telewizji i czemu akurat teraz? Odpowiedź jest oczywista: bo takie jest polityczne zapotrzebowanie. Bo od jego wniosku o przejrzenie list poparcia dla członków Krajowej Rady Sądownictwa rozpoczęła się najnowsza odsłona bitwy o sądownictwo.

 

Nie ma tu znaczenia, że działania sędziego Juszczyszyna oceniam bardzo krytycznie, a jego wniosek jest w mojej opinii umotywowany nie troską o przestrzeganie prawa, ale czystą polityką. Nie ma to znaczenia, bo trudno się zgodzić z sytuacją, gdy publiczna w teorii telewizja bierze na celownik tę czy inną osobę tylko dlatego, że tak akurat pasuje władzy.

 

TVP przed 2015 rokiem niewiele mówiła o patologiach w sądownictwie. To się zdarzało w klasycznych programach interwencyjnych, ale niejako przy okazji i na marginesie. Można by sobie życzyć, żeby tę lukę wypełnić, ale – wiem, że brzmię teraz jak niepoprawny idealista – od telewizji autentycznie publicznej należałoby oczekiwać, że zabierze się za temat sądownictwa jak najrzetelniej. Pokazując, co jest czy było złe, ale pokazując też sędziów solidnych, otwartych, rzetelnych. I z całą pewnością nie wypełniając zadań zlecanych przez polityków. Sędzia Juszczyszyn stał się obiektem zainteresowania TVP przecież tylko dlatego, że wszedł w konflikt z władzą. Nie dlatego, że zrobił coś, czego sędzia robić nie powinien (co też jest faktem). Mogę spokojnie założyć, że gdyby był członkiem KRS z nowej nominacji albo sędzią którejś z nowych izb SN i miał na koncie podobną sprawę, TVP nie zająknęłaby się o tym ani słowem.

 

I tu pojawia się Kowalewski ze swoją książką i wywiadem. Tak, wiem – Kublik zawodowo zohydza media publiczne, odkąd w Polsce rządzi PiS. Ale też, trzeba przyznać, pretekstów ma aż nadto i wciąż pojawiają się nowe. O rewelacjach Kowalewskiego można powiedzieć, że to żale dziennikarza, którego telewizja się pozbyła. Ale to byłoby tłuczenie termometru, żeby nie pokazywał, że ma się gorączkę. Czytając to, co Kowalewski mówi, przypominam sobie identyczne opowieści zza kulis TVP, zasłyszane przeze mnie tu i tam. Nawet gdyby przyjąć, że Kowalewski czasem koloryzuje lub przesadza, wystarczy, aby połowa z tego, co mówi, była prawdą, a już jest to nie do obrony, jeśli myśleć o publicznej telewizji w kategoriach jakichkolwiek standardów.

 

Te dwa wątki – sędzia Juszczyszyn i wyznania Kowalewskiego – łączą się w całość, bo przecież doskonale można sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać podejmowanie w TVP decyzji o tym, w jaki sposób przedstawić sprawę olsztyńskiego sędziego i dlaczego.

 

O TVP pisałem już na portalu SDP wielokrotnie. Wiem doskonale, że to w dużej mierze ars gratia artis, bo za obecnym kształtem telewizji faktycznie po prostu rządowej stoją racje polityczne całkowicie niezależne od myślenia w kategoriach dziennikarskiej etyki, powinności publicznych mediów czy dobrych praktyk. Zdaję sobie jednak sprawę, że TVP pracuje w ten sposób na swoją przyszłą katastrofę. Jestem przekonany, że im dłużej trwa obecny stan rzeczy, tym w przyszłości, przy innej władzy, mocniejsza będzie presja, aby się TVP po prostu pozbyć poprzez prywatyzację lub w jakikolwiek inny sposób. Jak z domem w fatalnym stanie: lepiej i taniej jest zburzyć niż naprawiać.

 

Łukasz Warzecha

Odszedł Wojciech Piotr Kwiatek

5 lutego 2020 r. zmarł po ciężkiej chorobie Wojciech Piotr Kwiatek – dziennikarz, nasz Kolega.

 

Wiele by można dodać zawodów i zajęć, które uprawiał. Bardzo zdolny, pisał artykuły i książki, tłumaczył z angielskiego, muzykował i kolegował się serdecznie z ludźmi naszego środowiska. Był niezwykle aktywny na różnych polach Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, jak również w walczącym o słuszne sprawy Radiu i Kurierze Wnet. Choć ciężko chory, do końca zachował pogodę ducha, optymizm i ujmujący stosunek do ludzi.

 

Zmarł mając 68 lat. Za mało, jak na taki ładunek energii, pomysłów i głębokie umiłowanie życia. Cieszył się powszechną sympatią. I taki pozostanie w naszej pamięci.

 

Msza św. pogrzebowa odbędzie się w poniedziałek, 10 lutego o godz. 11 w kościele św. Zygmunta na warszawskich Bielanach, pl. Konfederacji 55.

 

Przyjaciele ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 


 

WOJCIECH PIOTR KWIATEK  (Bert O’Flowerty)

 

Wykształcenie:

Studiował rusycystykę na Uniwersytecie Wrocławskim i polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. W 1977 r. obronił pracę magisterską o współczesnej polskiej powieści kryminalnej.

 

Przebieg pracy zawodowej:

Zadebiutował w 1986 r. mini powieścią kryminalną Za żadne pieniądze.

Rok później – jako Bert O’Flowerty – wydał zbiór „amerykańskich” nowel kryminalnych Słaba płeć (1987), potem Gra o wszystko (1991) i Akrobaci i kuglarze (1993).

W latach 1979 – 1990 prowadził dwie serie powieści kryminalnych: „Klub Srebrnego Klucza” i „Ewa wzywa 07…”.

W latach 1976–1986 był recenzentem nowości literatury kryminalnej w dwutygodniku „Nowe Książki”.

 

Ostatnie miejsce pracy:

Współpracownik Radia Wnet i – okazjonalnie – prasy konserwatywnej.

 

Dorobek:

1986 r. Mini powieść kryminalna Za żadne pieniądze.

1987 r. Pod pseudonimem Bert O’Flowerty opublikował nowele kryminalne Słaba płeć.

W konwencji political thriller wydał:

1991 r. Gra o wszystko.

1993 r. Akrobaci i kuglarze.

2007 r. Zagadki bez niewiadomych. Kto i dlaczego zamordował polską powieść kryminalną?

2012 r. Obywatel.

 

Zainteresowania:

Pasjonował się polityką, filmem i historią najnowszą. Mówił o sobie – „wielbiciel powieści kryminalnej i takiegoż kina. Miłośnik pieszej włóczęgi w każdym terenie”.

 

W Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich m.in.:

Prezes Dyskusyjnego Klubu Filmowego DIALOG

Wiceprezes Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP

Członek Jury Selekcyjnego konkursu o Nagrody SDP

Podczas festiwalu „Maj na Foksal” prowadził warsztaty „Kryminalne wtorki z panem Kwiatkiem”

W ramach portalu www.sdp.pl kierował projektem Pogotowie Dziennikarskie

Do ostatnich chwil pracował w Komisji Członkowskiej Oddziału Warszawskiego

 

Smog informacyjny – dr JAKUB OLCHOWSKI o relacjach dziennikarzy z naukowcami

Celem jednych i drugich jest w istocie to samo: opisywanie rzeczywistości i przekazywanie wiedzy. Wydawałoby się zatem oczywiste, że będą ze sobą ściśle współpracować, wzajemnie korzystać ze swojej wiedzy i doświadczeń, tworzyć wręcz rodzaj klastra. I rzeczywiście tak się niejednokrotnie dzieje, ale głównie w oparciu o czysto indywidualne, interpersonalne relacje – charakteru „systemowego” tej współpracy trudno się raczej doszukiwać.

 

Oba środowiska, dziennikarskie i akademickie, funkcjonują raczej obok siebie niż ze sobą. Nierzadko patrzą na siebie z nieufnością, a nawet lekceważeniem. I nierzadko wynika to, powiedzmy sobie szczerze, z egocentryzmu i zadufania – a w obu środowiskach to bardzo często spotykane cechy. A szkoda, bo współpraca i wymiana doświadczeń pozwoliłaby na większą rzetelność (a o to chyba powinno chodzić jednym i drugim) oraz unikanie błędów.

 

I warto sobie w tym miejscu uświadomić, że media i akademia w swojej logice działania są od siebie biegunowo odległe, a w związku z tym i ich słabości polegają na czym innym (i przypomnijmy, że cały czas mowa o opisie i analizie rzeczywistości i polityki międzynarodowej). Dziennikarze działają szybko, pod presją czasu. Wciąż też zdarza im się „znać na wszystkim”: dziś napiszę o tym kotku, co nie mógł zejść z drzewa, a jutro o tendencjach w handlu zagranicznym Chin. W konsekwencji mamy często i powierzchowność, i niekompetencję. Ale to nie dziennikarze są tego głównymi winowajcami. W takich czasach żyjemy – presja oglądalności, słuchalności, kilkalności. Szybciej, więcej, ostrzej. Więc niekoniecznie lepiej.

 

Uczeni działają wolno. Często w jakiejś niszy. Dosłownie i w przenośni. „Rozważania akademickie”, czyli takie w potocznym rozumieniu do niczego sensownego nieprzydatne, bo czysto teoretyczne, rzeczywiście wcale nie są rzadkością. Tworzone w zaciszu gabinetów są piękne metodologicznie i epistemologicznie, ale czy wyjaśniają rzeczywistość? Tyle, że i w tym wypadku jest presja – kolejne reformy, absurdalna biurokracja, cały szereg różnych przedziwnych mechanizmów, listy punktowanych czasopism, listy punktowanych wydawnictw – i „praca naukowa” coraz bardziej przypomina wojskową definicję czasoprzestrzeni: kop od tego drzewa do piątej rano.

 

Z tych słabości wynikają dość zabawne rzeczy. Oto młoda dziennikarka przychodzi porozmawiać o sytuacji na polsko-ukraińskich przejściach granicznych, po czym okazuje się, że nie potrafi żadnego wymienić. I że właściwie nie wie, o co ma pytać. Oto gwiazdor polskiego dziennikarstwa (celebryta pełną gębą) ogłasza z przejęciem w telewizji, że na Łotwie właśnie pojawiło się 120 amerykańskich czołgów. Bo ani jemu, ani całemu sztabowi nie wydał się taki news podejrzany. Tymczasem 120 czołgom musi towarzyszyć kilkaset innych pojazdów, bo to cała brygadowa grupa bojowa. I gdyby to wszystko znalazło się znienacka na Łotwie (która sama nie posiada ani jednego czołgu), to Rosjanie rozpętaliby piekło. Z drugiej strony, pisze oto pewien amerykański profesor, też celebryta, tyle że świata nauki, że aneksja Krymu przez Rosję jest zrozumiała, że za wydarzeniami na Majdanie stoi Zachód, a Ukraina to właściwie państwo upadłe. Oczywiście, pan profesor te wszystkie mądrości napisał, nigdy nie odwiedzając ani Rosji, ani Ukrainy. Można też, na przykład, godzinami zawile dyskutować na temat wyższości realizmu neoklasycznego nad neorealizmem. To akurat szkodliwe nie jest, ale pożytek też niewielki.

 

Jest też kategoria hybrydowa: „ekspert medialny”. O ile trafi się rozsądny analityk (a na szczęście mamy takich trochę), to całe szczęście. Ktoś taki często ma wiedzę, jakiej brakuje dziennikarzowi, i potrafi ją przełożyć na rzeczywistość, co z kolei trudno przychodzi naukowcom. Ale „ekspert medialny” to nierzadko ktoś typu „wypowiem się na każdy temat”. Najlepiej w sposób bardzo zawikłany, żeby tylko nieliczni byli w stanie się zorientować, że opowiadam głupoty. Powiem na przykład, że „kończy się ład konstruktywistyczny”. Co prawda nie bardzo wiem, co to miałoby znaczyć, ale oni też nie.

 

W istocie to jednak nie jest zabawne. Byłoby, gdyby dotyczyło dywagacji wujka Ziutka na imieninach u cioci. Nie, kiedy dotyczy osób, których zawodową misją winno być rzetelne wyjaśnianie rzeczywistości. W takim przypadku jest po prostu niebezpieczne, niesie bowiem za sobą konsekwencje społeczne – ogłupiamy ludzi, drogie Koleżanki i Koledzy ze świata mediów i akademii. W przeciwieństwie bowiem do wujka Ziutka zwracamy się do ogromnego audytorium, które oczekuje od nas rzetelnej wiedzy. Nawet jeśli nie wie, że oczekuje.

 

Naturalnie, jesteśmy tylko ludźmi, więc komponent emocjonalny w naszej pracy będzie zawsze dawał o sobie znać – jak wiadomo, „punkt widzenia znikąd jest niemożliwy”. Kiedy mowa o polityce, także międzynarodowej, emocje pojawiają się zawsze. I zawsze też, co szczególnie należy mieć na uwadze, można dzięki nim manipulować nastrojami i wykorzystywać to do realizacji przeróżnych, partykularnych celów. Niemniej to, co przystoi publicyście, któremu wolno, z definicji niejako, wyrażać poglądy i opinie, nie powinno się pojawiać w „typowej” pracy dziennikarza i naukowca. Mówiąc wprost, publicysta, zwłaszcza taki z jakimś ideowym przymiotnikiem (prawicowy, postępowy, konserwatywny, ekologiczny itp.), może dowolne bzdury wypisywać, a i tak będzie miał wierne grono fanów, którzy tychże właśnie bzdur będą oczekiwać. A dziennikarz jednak powinien być ostrożniejszy. Zwłaszcza, że publicystów „ideowych” jakoś dziwnie stale przybywa, podczas gdy tych kompetentnych, przynajmniej w zakresie polityki międzynarodowej, wyraźnie ubywa.

 

Tak, ostatnie zdanie odnosi się oczywiście do zdjęcia z anteny Trójki „Raportu o stanie świata”. Musimy być świadomi, co jest stawką: im mniej kompetencji i rzetelności, tym więcej niekompetencji i ignorancji. Tym więcej dezinformacji, która stanowi największe prawdopodobnie zagrożenie cywilizacyjne. Zarówno ta rozpowszechniana nieświadomie (z powodu niekompetencji i ogólnego nadmiaru informacji), jak i ta stosowana z premedytacją. Otacza nas dziś już nie tyle szum informacyjny, co smog informacyjny, czyli mgła, która truje. Tym większa nasza, dziennikarzy i świata nauki, odpowiedzialność za słowo. I tym bardziej widoczna konieczność współpracy między naukowcami, którzy może i wiedzę mają głębszą, ale działają wolniej i docierają do mniejszej liczby odbiorców, a dziennikarzami, którzy bardziej czują „żywą rzeczywistość”, lepiej się komunikują i docierają do szerokich rzesz.

 

A działać trzeba. Według dość znanej anegdoty generał Eisenhower miał powiedzieć, odnosząc się do tego, co zobaczyli amerykańscy żołnierze w wyzwalanych w Niemczech obozach koncentracyjnych, żeby fotografować, filmować, spisywać relacje itp., bo „przyjdzie taki dzień, że jakiś sukinsyn powie, że to się nigdy nie wydarzyło”. Ta chwila właśnie nadchodzi. Bo z jednej strony triumfuje ignorancja – dwie trzecie amerykańskich „millenialsów” nie ma pojęcia, co to takiego Auschwitz (u nas jest zapewne niewiele lepiej), a z drugiej strony okazuje się, że fakty faktami, ale coraz bardziej liczy się, kto jest lepszy w „sprzedawaniu” własnej narracji i własnej wersji rzeczywistości. A im więcej niewiedzy i ignorancji, tym łatwiej ludziom uwierzyć w cokolwiek. Że Ziemia płaska, że szczepionki to autyzm, że polskie obozy koncentracyjne.

 

Babcie nam mówiły: „Nie kłóć się z durniem. Mądry głupszemu ustępuje.” No jednak nie, w tym babcie nie mają racji. Ponieważ mądrzy ustępowali głupszym, to świat wygląda jak wygląda. Trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność i nie ustępować.

 

Dr Jakub Olchowski

 

Przenikanie – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, czego reportażysta radiowy może nauczyć się z gazet i telewizji

Wydawać by się mogło, że prasa, radio i telewizja to odrębne światy, tymczasem mają ze sobą zaskakująco dużo wspólnego. Przynajmniej jeśli chodzi o reportaż.

 

W jednym z moich wspomnień z dzieciństwa dziadek tłucze mięso na kotlety przy dźwiękach hejnału z wieży Kościoła Mariackiego. Małe radio ustawione na fale radiowej Jedynki stoi w kuchni, sama już nie jestem teraz pewna – na lodówce? A może na parapecie? Rytmiczne uderzanie tłuczkiem do mięsa łączy się z dźwiękami trąbki, tworząc przedziwną, ale dla mnie w jakiś sposób kojącą, dającą poczucie bezpieczeństwa kombinację.

 

Pamiętam babcię, która siedzi w samochodzie zaparkowanym pod blokiem. Siedzi tak, dopóki nie skończą się jej ukochani Matysiakowie. Jeśli akurat zaczyna się jej ulubiony radiowy serial, a ona jest poza domem, na przykład na działce, mogę mieć pewność, że odnajdę ją w małym fiacie, z jakimś drobiazgiem w dłoniach, którym bawi się bezwiednie, skupiona na opowieści sączącej się z głośników.

 

Pamiętam mamę, która z przejęciem przysłuchuje się „Liście Przebojów” Marka Niedźwieckiego w radiowej Trójce czy „Requiem dla mojego przyjaciela” autorstwa Zbigniewa Preisnera, emitowanego po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego.

 

Radio było w moim domu od zawsze. Radio było dla mnie czymś namacalnym i oczywistym, a jednocześnie (paradoksalnie) tajemniczym i ulotnym. Lata 90., na które przypadało moje dzieciństwo, to nie był czas Facebooka i Instagrama, stron internetowych i fanpejdży ulubionych prezenterów. Radio było wtedy wyłącznie głosem. Było też polem do popisu dla wyobraźni.

 

Dość wcześnie zrozumiałam, że chcę być dziennikarką. Na pytanie o to, co chcę w życiu robić, odpowiadałam – dużo jeździć po świecie i pisać. Radio wydawało mi się czymś poza zasięgiem, czymś w rodzaju fantastycznego świata z baśni słuchanych w dzieciństwie. Ale ponieważ zawsze dużo czytałam i lubiłam pisać, byłam pewna, że to właśnie któraś z gazet będzie moim przyszłym miejscem pracy.

 

Wszystko zmieniło się na studiach, kiedy w radiu studenckim zaczęłam powoli poznawać radiową kuchnię. Po kilku latach okazało się, że moje marzenie się spełniło. Faktycznie dużo jeździłam i robiłam reportaże, tyle tylko że w wersji radiowej. Bo chociaż mam na koncie kilka reportaży napisanych dla dużych, ogólnopolskich gazet, to jednak w końcu zaczęłam pracować dla Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Czy to, czego uczyłam się z tekstów Hanny KrallRyszarda Kapuścińskiego, Mariusza SzczygłaWojciecha Tochmana okazało się niepotrzebne, bo odnoszące się tylko do reportażu prasowego? Wręcz przeciwnie.

 

Myślę, że główne zasady, którymi można się kierować, są uniwersalne niezależnie od tego, jakim medium się posługujemy.  

 

Dotyczy to przede wszystkim podstaw. Chociażby definicji, czym jest reportaż. Wbrew pozorom, określenie tego wcale nie jest łatwą sprawą. Dla mnie gatunek definiują przede wszystkim zgrabne sformułowania autorstwa reporterów prasowych. „Reportaż to dramaturgia faktów” – powiedział kiedyś Janusz Roszko, piszący dla gazet w latach 60. „Reportaż jest o tym, o czym jest i o czymś jeszcze” – to z kolei słowa Mariusza Szczygła. „Do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami. Jedynie dobry usiłuje zrozumieć innych, ich intencje, ich wiarę, ich zainteresowania, ich trudności, ich tragedie” – tak uważał Ryszard Kapuściński i trudno się z nim nie zgodzić, wszystko jedno, czy mówimy o dziennikarzach radiowych, prasowych czy telewizyjnych.

 

Umiejętność pracy w terenie, nawiązywania kontaktu z ludźmi to kolejna sprawa wspólna dla wszystkich reportażystów, niezależnie od rodzaju medium, którym się posługują. Żeby wzbudzić zaufanie bohatera, trzeba mieć czyste intencje. Nie można gonić za sensacją, interesować się wyłącznie sprawą, a nie człowiekiem. Bohater to wyczuje, niezależnie od tego, czy przychodzimy do niego z notatnikiem, kamerą czy mikrofonem.

 

Sądzę, że łączy nas też pewna wrażliwość, która powoduje, że jesteśmy wyczuleni akurat na ten określony sposób opowiadania o świecie, jakim jest reportaż. Coś, co sprawia że nie gonimy za newsem (chociaż pracę reporterów newsowych podziwiam i często to od jej efektów zaczynam własną, bo jak to się mówi: tam, gdzie kończy się news, zaczyna się reportaż). To pewien sposób postrzegania świata, który powoduje, że rejestrujemy fakty i powiązania między nimi, umiemy ułożyć obrazy i wypowiedzi w dramaturgicznym porządku, tak żeby tworzyły opowieść,  ale jesteśmy też zdolni do tego, aby w codzienności dostrzec metaforę.

 

Każdy dziennikarz posługuje się językiem, a ten, który robi reportaże, powinien być na niuanse językowe szczególnie wyczulony, ponieważ reportaż jest gatunkiem na styku sztuki i dziennikarstwa. Mówiąc wprost, reportaż powinien być nie tylko rzetelny czy istotny społecznie, ale zwyczajnie piękny. Kompetencje językowe na wysokim poziomie to kolejna umiejętność, która powinna łączyć wszystkich reportażystów. Ja na przykład dziwiłam się na początku, że w radiu sporo się czyta (najczęściej teksty napisane samodzielnie). A skoro nad tekstem można wcześniej w spokoju popracować (na przykład nad narracją w reportażu), to musi on być precyzyjny. Każde słowo powinno mieć w nim swoje miejsce. Przypadkowe są zbędne. Czy nie tego uczy choćby pisarstwo Hanny Krall? Liczy się wrażliwość językowa, ale też umiejętność wyczucia odpowiedniego rytmu. I jak się okazuje, reportażyści radiowi dobrze piszą. Wystarczy sięgnąć po książkę, która ukazała się w zeszłym roku „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie” autorstwa Katarzyny BłaszczykHanny Bogoryja-Zakrzewskiej. Dwie reportażystki radiowe wróciły po latach do swoich bohaterów. Napisały książkę poruszającą, ale też literacko znakomitą. A mogę zdradzić, że książek reporterskich autorstwa reportażystów radiowych ukaże się w najbliższym czasie więcej!

 

Z drugiej strony, praca dla różnych mediów oznacza też czasem zaskakujące różnice. Zaczyna się już od doboru bohaterów. W gazecie reporter ma dużą dowolność. Może opisać to co zobaczył, co przeczytał w dokumentach. W telewizji ktoś, kto źle mówi, ale przykuwa wzrok, także sprawdzi się jako bohater. W radiu nagrywamy tylko tych, którzy dobrze mówią: wyraźnie, barwnie, zrozumiale.

 

Różnic jest oczywiście więcej. Na przykład kiedy pracuję dla radia, nagrywam wszystko, bo jeśli czegoś nie będę miała w nagraniu, to nie będę mogła tego wykorzystać. Z kolei kiedy zbierałam materiały do tekstów, czasami świadomie nie włączałam dyktafonu. Słuchałam wtedy bardziej świadomie i aktywnie, zapisywałam tylko daty, nazwiska, rzeczy, które musiałam dodatkowo sprawdzić. Wychodziłam z założenia, że jeśli czegoś nie zapamiętam, to dlatego, że nie było to istotne. Nie mogłam sobie pozwolić na lenistwo umysłowe – jeśli czegoś nie zapamiętałam, to nie mogłam już do tego wrócić. Zdarzało mi się kilka razy, że na podstawie nagrań dla radia pisałam teksty. Była to bardzo trudna praca, bo zupełnie inaczej komponowałam reportaż radiowy, a zupełnie inaczej tekst. W radiu liczyłam na emocje, tekst musiał zawierać wystarczającą ilość szczegółów, tak żeby wywołać w głowie odbiorcy określone obrazy.

 

Potwierdza to Adam Bogoryja-Zakrzewski ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia, który jest także doświadczonym i wielokrotnie nagradzanym reportażystą prasowym i telewizyjnym.

 

Koleżanka z prasy zdziwiła się kiedyś, że nie przeczytałem akt sprawy, którą chciałem opisać. Miałem wtedy jeszcze nawyki radiowo-telewizyjne. W tych mediach liczą się emocje, tzw. „mięso”. Konieczne szczegóły dotyczące sprawy trzeba przemycić tak, aby były strawne dla widza czy słuchacza. Pisząc dla gazety, musiałem znacznie więcej czasu poświęcić na dokumentację, aby tekst był pełny, bez logicznych niedociągnięć. Stało się to moim nawykiem także w radiu i telewizji. Dzięki temu mam znacznie więcej pomysłów na realizację reportaży – mówi.

 

Adam zwraca uwagę na jeszcze inną rzecz. Praca ekipy telewizyjnej jest kosztowna. Jadąc na plan, trzeba mieć w głowie mnóstwo pomysłów na ujęcia, sceny, które posuną akcję do przodu. Nie można sobie pozwolić na przestoje.

 

Wiele reportaży radiowych jest nagrywanych w mieszkaniach bohaterów. To powoduje, że są dosyć statyczne. Ja staram się je nagrywać tak, jakbym robił je dla telewizji, żeby była jedność czasu i miejsca. Ostatnio udało mi się przekonać byłego więźnia Auschwitz, żeby pojechał ze mną na teren dawnego obozu. Tam powstał reportaż o jego losach. Innym razem poszedłem z synem żołnierza wyklętego do podziemi więzienia na Rakowieckiej w Warszawie, gdzie w okresie stalinowskim wykonywano wyroki na członkach antykomunistycznego podziemia. Słychać było dźwięk ciężkiej, otwieranej bramy, kroki, głosy odbijające się od ścian. Bohater mojego reportażu był niezwykle wzruszony, że znalazł się w tym miejscu – przekonuje Adam.

 

W dobrym reportażu radiowym stosuje się jeszcze więcej technik telewizyjnych, czy wręcz filmowych. Jedną z nich jest zróżnicowanie planów. Reportaż, który nagrany by był cały czas w tej samej odległości od mikrofonu (składałby się na przykład wyłącznie z głosów osób siedzących przy jednym stole), szybko by znużył odbiorcę. Stosując zróżnicowanie planów (bliski, kiedy bohater mówi prosto do mikrofonu i daleki, kiedy nagrywamy na przykład sceny – manifestacje uliczne, przebieg rozprawy sądowej, kłótnię sąsiadów na klatce schodowej, ptaki ćwierkające w lesie, gotowanie obiadu, itd.) pozwalają przytrzymać uwagę odbiorcy, ale też czasem dać mu chwilę wytchnienia, kiedy może przemyśleć to, co przed chwilą usłyszał.

 

Inną techniką typowo filmową jest cliffhanger, czyli dosłownie „zawieszenie na krawędzi klifu”. To ten moment w opowieści, kiedy już wiemy, że bohater znalazł się w tarapatach, że nastąpi jakiś zwrot akcji, ale na więcej informacji musimy poczekać. Zdarzało mi się stosować tę technikę na przykład w reportażach historycznych, kiedy musiałam podać sporą dawkę faktów, a jednocześnie chciałam wzbudzić w odbiorcy zaciekawienie, utrzymać jego uwagę do tego momentu, kiedy pojawią się emocje. W reportażu „Splecione losy” opowiadałam historię Polaka i Japończyka, którzy sto lat temu przypadkowo spotkali się na statku i nawiązali przyjaźń. Ta relacja wpłynęła na losy kolejnych pokoleń. Przedstawiając losy Polaka, Stanisława Michowskiego, bałam się, że powstanie wyliczanka: wyjechał, przyjechał, zrobił, osiągnął. Dlatego opowieść o Stanisławie, którą snuła jego wnuczka, przeplatałam własną narracją, w której dawałam delikatnie znać, jak dramatyczne okażą się jego dalsze losy i jak niezwykła będzie przypadkowo zawarta na statku znajomość.

 

Ostatnią sprawą są wzajemne inspiracje. Książki, muzyka, filmy wpływają na nasze postrzeganie rzeczywistości, na naszą wrażliwość i na to, jakimi jesteśmy twórcami. Ryszard Kapuściński opowiadał w jednym z wywiadów, co robił, kiedy nic nie mógł danego dnia napisać. Oczywiście wtedy czytał! Książki, muzyka, filmy, wystawy także dla mnie są inspiracją do poruszania określonych tematów, stosowania metafor, wykorzystywania muzyki, którą gdzieś już kiedyś usłyszałam. Jak mawia belgijski reporter Edwin Brys: „Wszystko już zostało powiedziane, ale nie przeze mnie”. Jednak żeby dodać coś nowego, najpierw  trzeba uważnie wysłuchać poprzedników.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

 

O politycznej poprawności i świństwie, jakie zrobiono reporterowi – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Trafiłem w sieci na godzinny film dokumentalny, w którym wystąpił zmarły niedawno wybitny brytyjski filozof konserwatywny Roger Scruton. Również Scruton napisał do filmu scenariusz. To dokument jeszcze z ubiegłej dekady, nakręcony dla BBC, a noszący tytuł „Why Beauty Matters”, czyli „Dlaczego piękno ma znaczenie”. Film polecam wszystkim, bo Scruton mówi w nim rzeczy proste, ale ważne i rzadko dziś słyszane.

 

Jedną z nich jest krytyka podejścia, zgodnie z którym nie wolno nam oceniać niczyjego gustu, a jeśli już jakiejś oceny wartościującej dokonujemy, powinniśmy koniecznie zastrzec, że „to tylko moje zdanie”. Taka relatywizacja sprzyja ekspansji brzydoty, a nawet obrzydliwości. Po swojemu, nadzwyczaj lapidarnie, ujął to kiedyś Jacek Kaczmarski w swojej kpiarskiej piosence „Postmodernizm”:

 

Wszystkie mody, wszystkie style,

Równie piękne są i tyle.

(Lub, jak chcesz, równie szkaradne,

Konsekwencje tego żadne.)

 

Ta obawa przed powiedzeniem, że coś jest po prostu paskudne lub że ktoś ma zwyczajnie zły gust, stała się nieodłącznym elementem poprawności politycznej, terroryzującej również media. Najzabawniejsze, że jej ofiarą padło właśnie medium, które samo ma wielkie zasługi w propagowaniu politpoprawności, czyli TVN. Gdy prowadzący „Dzień Dobry TVN” Anna KalczyńskaAndrzej Sołtysik skrytykowali zwycięstwo koreańskiego popowego idola Jeon Jung-kook w rankingu męskiej urody (nawiasem mówiąc, kompletnie dętym, czego chyba wydawca programu nie sprawdził) wybuchła afera w skali takiej, jakby prowadzący program zachwalali tezy „Mein Kampf”.

 

Szczególnie zabawne było, że w tej aferze po stronie absurdu poprawności politycznej stanęła telewizja państwowa, tylko po to, żeby dokopać TVN. To pokazuje, że TVP kieruje się tylko jedną zasadą: pognębić wrogów władzy. Inne się nie liczą. W imię tego celu jest gotowe wspierać nawet lewicowe idee.

 

KalczyńskaSołtysik na wyprzódki zaczęli przepraszać, ale niesmak wywołało to, że kozłem ofiarnym został reporter, który zrobił sondę na temat wyglądu Koreańczyka (pokazując zresztą pytanym fotografię innego członka tego samego zespołu) – Adam Feder. Feder w wydanym później oświadczeniu napisał, że „zrzucanie z sań na pożarcie, w moim odczuciu, nie jest najbardziej elegancką taktyką radzenia sobie z kryzysem wizerunkowym”. Ujął to bardzo łagodnie. Ja powiedziałbym, że reporterowi zrobiono zwykłe świństwo. Nie realizował przecież materiału sam, bez konsultacji z wydawcą czy prowadzącymi – w dużej telewizji to tak nie działa. Zwolniono tego, kogo zwolnić było najłatwiej.

 

Przede wszystkim jednak smutne jest, do jakiego stopnia rozsądni ludzie i duże medialne podmioty dają się sterroryzować politycznej poprawności. Nietrudno przecież zrozumieć, co chcieli powiedzieć KalczyńskaSołtysik, gdy spojrzy się na zdjęcie pana Jung-kooka. Ten idol K-popu (względnie nowe zjawisko) – pomijając kwestię naturalnych różnic w wyglądzie między rasą azjatycką a kaukaską, do której my należymy – uosabia zniewieściały standard, któremu ulega dziś wielu mężczyzn Zachodu (popkultura koreańska jest specyficzna, ale pod tym względem całkowicie uległa zachodnim wzorcom). Ten banalny pozornie wątek jednego z wydań telewizji śniadaniowej dotyczył sprawy bynajmniej nie banalnej, bo za zniewieściałym wyglądem mężczyzn idzie cały kompleks innych kwestii – aż do zatracenia tradycyjnych ról społecznych. Wbrew pohukiwaniom obrońców „tolerancji”, KalczyńskaSołtysik nie kpili z wyglądu Koreańczyka – w sensie: z jego naturalnego wyglądu. Oni żartowali z jego stylizacji, a to całkiem inna kwestia. Okazało się jednak, że to zbyt subtelne rozróżnienie nie tylko dla napędzanych skrajną emocją widzów, ale też dla kierownictwa programu i stacji. W umieszczonych w Internecie przeprosinach Kalczyńska również tego nie zaznaczyła, choć nie mam najmniejszych wątpliwości, że doskonale to rozumie. Smutne, że prowadzący nie starali się obronić swojego stanowiska, do którego mieli pełne prawo. Ale cóż – reguły korporacyjne.

 

Ten przykład pokazuje, jak drobne pozornie kwestie nabierają znaczenia, gdy widzi się je w szerszym kontekście. Pokazuje też, jak podstępnym wrogiem zdrowego rozsądku jest polityczna poprawność, maskująca się jako wymóg okazywania innym szacunku.

 

Łukasz Warzecha

RADIO PTASIE – z punktu widzenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Patrzę na fotografię nowego prezesa (przepraszam: prezeski) Polskiego Radia. Pani Agnieszka Kamińska to piękna kobieta. To już coś. Ale czy wystarczy? Podobno piękna kobieta nie musi wcale być mądra. Wkrótce się okaże.

 

Na razie Polskie Radio, wspaniałe i jedyne ongiś Polskie Radio, na którym chowały się miliony słuchaczy, OSIĄGNĘŁO DNO!

 

Pięć z kawałkiem procent tak zwanej „SŁUCHALNOŚCI” ma Jedynka i mniej więcej tyle samo Trójka. Inne kanały PR jeszcze dużo mniej. Gdy porównamy to z „prywaciarzami” widać przepaść: RMF FM – 25%, Zetka – ok. 15%.

 

Kto wpuścił w kanał przybytki z ulic Malczewskiego i Myśliwieckiej? Twórca radia Hulewicz przewraca się w grobie. Kwiatkowski, Owidzki, Wysocki, a także wielcy polscy aktorzy, którzy radiu dawali głosy – zapłakaliby się, gdyby żyli. Panie Boże zlituj się! To już tradycja kilkudziesięciu lat nadawania. 5% słuchalności! Tak źle jeszcze nie było. Władcy mediów – coście zrobili? Patałachy!

 

Madame Kamińska urodę ma. Brak jej za to oddanych radiu fachowców. Tornada, które w ciągu ostatnich lat przeszły przez Malczewskiego wywiały najlepszych. Zmienia się prezesów, szefów redakcji, a ci mimo protestów środowiska, organizacji dziennikarskich zwalniają dziennikarzy z zawodowym dorobkiem.

 

Pani Kamińska w ostatnich miesiącach zrobiła szokującą karierę. Ledwie została szefową Jedynki, zaraz awansował ją prezes na swoja wice. Biedaczek mimo, że zawodowo „palestra” nie… antycypował, że go… „wymieni” tak szybko.

 

Faworyta „skacząc po górkach”, już w miesiąc później zajęła fotel (numer one). No, gratulacje. Ale co dalej?

 

Ponoć Pani Prezes chce skracać wywiady na antenie do 5 – 10 minut, a dalszy ich ciąg ładować do Internetu. Pomysł tyleż oryginalny co głupi. To będzie po radiu!

 

Z radia zniknął Dariusz Rosiak pracujący w Trójce kilkanaście lat. Nie pomogły akcje obronne. Wyleciał szef Trójki Wiktor Świetlik. Zwalnia się tych, o których powinno się zabiegać. Fakt, że przerosty zatrudnienia są tu ogromne. Jedynka to aż 63 etaty dziennikarskie.

 

Dominują dwa głosy – red. Katarzyny Gójskiej, agresywnej na antenie, przerywającej rozmówcom, osoby ponoć bardzo obecnie wpływowej oraz red. Małgorzaty Raczyńskiej, której wywiady ukazują się bladym świtem w dni świąteczne i brak im informacji na koniec programu kto je przeprowadza. Raczyńska była pracownicą biura w Wolnej Europie, zmieniła nazwisko na intrygująco brzmiące, pozyskała sympatię mamy Kaczyńskich, przeszła jak burza przez TV i wylądowała w radio. Jej wywiady, nagrywane, są starannie przygotowywane. Ale żadna rewelacja. KamińskaGójskąRaczyńską łatwo nie będzie miała. Natomiast radiowcy mężczyźni (zastrzegając anonimowość) czują się zagrożeni. Mamy oczywiście zdolną młodzież. Ale z nimi trzeba najpierw popracować. Ciekawe, kto w radio to zrobi. Ci – na przykład z Sygnałów Dnia – którzy na wyścigi biegali z sitkiem do KwaśniewskiegoKomorowskiego – już dawnej pary i ochoty nie mają. Może tylko Szrubarz wytrzymał nie jedno.

 

Być może Pani Kamińska okaże się długodystansowcem jak Olejnik, czy Kolenda. Może i tak będzie, gdy wyląduje w TVN-ie lub Polsacie.

 

Owszem trafiła się kiedyś Polskiemu Radiu odważna prezes Barbara Stanisławczyk, która nie pozwoliła „władzom zwierzchnim” mieszać w jej zespole. Ale zamieszano, więc pokazała decydentom medialnym gest Kozakiewicza.

 

Posłuszni przede wszystkim okazują się zwykle bierni i mierni. Wierność dobra jest w małżeństwie. W pracy trzeba wiedzieć co się chce… i mieć jaja. Radio, telewizja to robota zbiorowa. Niekoniecznie trzeba się tam lubić. Ważne, by lubić swą pracę. Być szefem szefów to bardzo trudna rola. Parasol z góry kiedyś się zamknie. I deszcz na łeb napada.

 

Na razie partia władzy walczy z rozwrzeszczaną palestrą, która jak targowiczanie nie baczy już gdzie Polska, a gdzie obcy. W maju, gdy Prezydent Duda niechybnie okrzepnie, przyjdzie czas na reformę mediów. Bynajmniej nie prywatnych. Te komercyjne niech sobie robią co chcą. W końcu za własne pieniądze.

 

Dziennikarstwo to pasja działania. Ciężkiej dupy i powolnego kumania nie da się tolerować. Byłe zasługi niestety się nie liczą. Media nie znoszą zastoju. Bogate życie może być źródłem refleksji i ciekawego opisu. Ale to z kolei wymaga odwagi i nieodkładania podzielenia się prawdą „na jeszcze później”. Starszych warto słuchać oczywiście o ile nie łżą bezczelnie. I zresztą oni szybko odchodzą.

 

Jest taki ksiądz – publicysta ze znanego klasztoru pod Krakowem, którego wszyscy (no prawie wszyscy) chętnie słuchamy. Bo jest mądry i ludzi lubi. Co widać, słychać i czuć. Można go naśladować.

 

Przez dekadę, po wojnie, były nominacje szewców, krawców na ministerialne stołki, na szefa atomistyki, energetyki. Teraz tak już się nie dzieje. A jednak w radach nadzorczych, w radach programowych, wielkich narodowych mediów sadza się ludzi nie mających wiele wspólnego z żurnalistyką, bez doboru jakiejkolwiek, ale dyspozycyjnych. Osobniki te zasiadają krótko. Wprawdzie uśmiechają się sympatycznie, demonstrują serdeczny stosunek do wszystkich zatrudnionych w firmie. Niestety, jak mówią, wyżej … niż możesz nie podskoczysz. Spada więc taka – taki nagle, bez ostrzeżenia, płacze rozżalony, bo przecież tak bardzo się starał. Był 100 procentowo dyspozycyjny. Wreszcie idzie do sądu. Ale, gdy nie jest już prezesem, nikt nie ma już dlań współczucia. Pozostaje schadenfreude.

 

Na koniec proponuję Jana Brzechwę:

 

Halo, halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju,
Nadajemy audycję z ptasiego kraju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad:
Po pierwsze – w sprawie,
Co świtem piszczy w trawie?
Po drugie – gdzie się
Ukrywa echo w lesie?
Po trzecie – kto się
Ma pierwszy kąpać w rosie?
Po czwarte – jak
Poznać, kto ptak,
A kto nie ptak?

(…)

I wszystkie ptaki zaczęły bić się.

Przyfrunęła ptasia milicja

I tak się skończyła ta leśna audycja.

 

Stefan Truszczyński

Degeneracja – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o dziennikarstwie bez pobłażania

55 proc. Polaków uznało zawód dziennikarza za bardzo poważany, 35 proc., że średnio, a tylko 8 proc. określiło tę profesję jako słabo poważaną – wynika z badania CBOS. Cóż, patrząc od lat i od środka na tzw. środowisko, jestem dużo bardziej krytyczny.

 

Mówiąc o Polsce po 1989 roku – bo dziennikarstwo w czasach komunizmu to temat na osobny artykuł – uważam wykonywany również przez siebie zawód za mocno skompromitowany. I im dalej w las – tym gorzej. Degeneracja i odejście od zasad (rzetelność, bezstronność) postępuje. Choć związek z komunizmem oczywiście istnieje: fatalna kondycja współczesnej żurnalistyki to w dużej mierze scheda po okupacji sowieckiej. Bo w czasach tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej rządząca naszym krajem nielegalna przestępcza szajka niszcząc na swojej rewolucyjnej drodze wszystko – niszczyła też zawody – w tym zawód dziennikarza, podporządkowując woli „przewodniej siły narodu”, czyli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

 

Bo o co chodzi w zawodzie, a ja powiem: sztuce dziennikarskiej? Widzę to tak: dziennikarz winien być pasem transmisyjnym między światem, któremu się przygląda, a swoimi odbiorcami: widzami, słuchaczami, czytelnikami. Ale, żeby ten świat przybliżyć, trzeba go wpierw dobrze rozpoznać. A potem opisać. Zgodnie z ideą: rzetelnie, czyli bezstronnie. Ze szczególną dbałością o wszechstronną analizę, poznanie różnych opinii, różnych racji.

 

A co mamy? Banalizację i wszechobecne upolitycznienie – i to obecne po każdej stronie. Zaślepieni politycznym duopolem i bieżączką dziennikarze nawet nie próbują dociekać rzeczywistości, szukać genezy zjawisk, związków przyczynowo-skutkowych, zadawać trudnych pytań, a w przypadku wywiadu przedstawiać rozmówcy opinii drugiej strony.

 

Teraz misja. To dla każdego dziennikarza, nie tylko mediów publicznych, powinno być najważniejszą busolą. Misja, czyli powołanie. Każdy zawód powinien się tym charakteryzować. Wielokrotnie pytając różnych moich kolegów po fachu o ich misję spotykałem się z uśmieszkiem. Misja dziennikarza, czy przedstawiciela jakiegokolwiek innego zawodu, może powodować, że czasem może zrobić coś pro publico bono, czyli non profit. Czy taka postawa jest dziś nie tyle powszechna, ile znana i praktykowana?

 

Zamiast tego jakże często mamy pogoń nie tylko za pieniądzem, ale za newsem. Czyli złapać informację jak najszybciej, przed innymi – nie ważne, jakiej jest wartości – nie sprawdzić i puścić w świat. O pogłębianiu możemy w ogóle zapomnieć.

 

Znając różne środowiska dziennikarskie od wielu lat mogę z całą stanowczością stwierdzić, że wyniki z badania CBOS są dla zawodu dziennikarskiego zbyt pobłażliwe.

 

Tadeusz Płużański

Dziennikarz to nie zawód, tylko charakter – rozmowa z MICHAŁEM KAMIŃSKIM, redaktorem naczelnym „Tygodnika Zamojskiego”

Zakazując nam publikacji na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu, sąd działał wbrew interesowi społecznemu. Jako dziennikarze mamy wręcz obowiązek, nie tylko prawo, patrzeć na to, co się dzieje z publicznymi pieniędzmi – mówi Michał Kamiński, redaktor naczelny i wydawca „Tygodnika Zamojskiego”, w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

Pierwszy numer „Tygodnika Zamojskiego” ukazał się 23 listopada 1979 roku. 40 lat później, w wolnej Polsce, 4 listopada 2019 roku dostaje Pan sądowy zakaz publikacji. Nie takiego prezentu spodziewał się Pan na czterdziestkę?

 

Nie patrzyłem na to w ten sposób, ale rzeczywiście, dzięki temu postanowieniu zaistnieliśmy praktycznie w całym kraju. Pisały o nas media branżowe, ogólnopolskie portale, były teksty w kilkudziesięciu tygodnikach lokalnych, „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Wschodnim” i „Kurierze Lubelskim”. I w tym sensie od sędzi Justyny Rzepy dostaliśmy prezent dość specyficzny, ale głośny.

 

Ale to nie tak, że wcześniej nikt o „Tygodniku Zamojskim” nie słyszał. Jesteście tytułem z długą historią i dobrymi wynikami sprzedażowymi, które też zostały zauważone.

 

To są sprawy, które niespecjalnie czytelników interesują, ale „Tygodnik Zamojski” zawsze był w czołówce. Kiedyś pokazywały to badania czytelnictwa, teraz dane sprzedażowe. Ale przez długi czas, nikogo to specjalnie nie interesowało. Teraz i owszem…

 

Wróćmy do postanowienia Sądu Okręgowego w Zamościu, który 4 listopada zakazał wam pisania przez 11 miesięcy na temat Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Zamościu i usunięcie ze strony internetowej artykułów na temat tej spółki. Jak Pan zareagował na tą informację?

 

Byłem poirytowany, bo okazało się, że sąd wydając takie postanowienie oparł się wyłącznie na dokumentach, które przedstawiło PGK. Były tam nasze teksty i ich sprostowania.

 

Publikowaliście te sprostowania?

 

Dobrze Pan wie, że jeśli sprostowanie spełnia wymogi formalne, to redakcja ma obowiązek je opublikować, bez względu na to, jakie banialuki są w nim zawarte.

 

Natomiast nasze stanowisko prezentowaliśmy w wyjaśnieniach, które ukazywały się w gazecie. Ale tych argumentów PGK do sądu nie dostarczyło.

 

Sąd zdecydował o cenzurze prewencyjnej na podstawie twierdzeń jednej strony?

 

Tak to wyglądało, stąd irytacja. Funkcjonowanie tego typu zabezpieczeń jest prawnie uzasadnione, na przykład w sprawach finansowych. W przypadku mediów, trzeba postępować inaczej, bo zawsze można tak sformułować wniosek, by takie zabezpieczenie otrzymać.

 

Trzeba zmienić prawo?

 

Być może. Z drugiej strony kiedy bulwarówka opisuje bez zgody czyjeś życie prywatne, to zastosowanie takiego zabezpieczenia może być uzasadnione. Kluczowa jest odpowiedź na pytanie: czy istnieje interes społeczny, by pisać o danej sprawie, czy nie.

 

W przypadku pisania o spółce komunalnej sytuacja wydaje się być oczywista.

 

Zakazując nam publikacji na temat PGK, sąd ewidentnie działał wbrew interesowi społecznemu. Przecież jako dziennikarze mamy wręcz obowiązek, nie tylko prawo, patrzeć na to, co się dzieje z publicznymi pieniędzmi. Sąd jednak tego nie zauważył. W dodatku brak naszego stanowiska spowodował, że sąd mógł stwierdzić, że dobra spółki PGK zostały naruszone. Ale nigdy nie pisaliśmy, że PGK jest złą firmą, lecz opisywaliśmy decyzje kierownictwa tej spółki i ich konsekwencje. A to jest zasadnicza różnica. Nie naruszaliśmy więc dóbr osobistych spółki komunalnej i na to się powołaliśmy składając zażalenie.

 

Wtedy też pojawiła się głośna okładka w „Tygodniku Zamojskim”. W oryginalny sposób poinformowaliście o tym, że sąd zakazał wam publikacji na temat PGK. Daliście wielką ramkę w formie nekrologu opatrzoną pieczęcią „Cenzura”. Skąd taki pomysł?

 

Mieliśmy kolejny tekst na temat PGK. Konsultowałem z prawnikami jak powinniśmy się zachować, bo choć sąd w swoim postanowieniu nałożył na nas wiele ograniczeń, to do końca nie miałem jasności, o czym możemy pisać. Ostatecznie tekstu nie opublikowałem, ale pomyślałem, że forma nekrologu z napisem „Cenzura” na pierwszej stronie byłaby jasnym przedstawieniem stanowiska redakcji. Postawiliśmy sprawę na ostrzu noża.

 

W ten sposób „Tygodnik Zamojski” sam trafił na okładki.

 

Sporo tego było. O naszej sprawie podawały nawet media zagraniczne. Postanowieniem sądu zainteresował się Rzecznik Praw Obywatelskich, otrzymaliśmy wsparcie z Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, popierała nas Izba Wydawców Prasy i Stowarzyszenie Gazet Lokalnych.

 

I wtedy też pojawił się pomysł z publikacją tekstów o PGK w mediach należących do Stowarzyszenia Gazet Lokalnych?

 

To był świetny pomysł Andrzeja Andrysiaka z „Gazety Radomszczańskiej”. Jednego dnia, 12 grudnia, na znak protestu i w geście solidarności 32 lokalnych wydawców z całej Polski, skupionych w SGL, opublikowało w 56 tytułach teksty, które na postawie sądowego postanowienia musieliśmy usunąć ze strony internetowej „Tygodnika Zamojskiego”.

 

To przypomina mi sprawę „Pentagon papers”, którą zresztą niedawno Steven Spielberg opowiedział w hollywoodzkiej produkcji „Czwarta władza”. Tam też był federalny zakaz publikacji, który udało się ominąć dzięki solidarności ówczesnych mediów.

 

I to było fantastyczne! Media pokazały wielką solidarność i siłę.  Trudno powiedzieć, że właśnie dlatego, ale szybko, bo już 13 grudnia, sąd apelacyjny zdjął z nas zakaz pisania o PGK.

 

Symboliczna data.

 

Nawet tak napisaliśmy, że 13 grudnia skończyła się w Zamościu cenzura.

 

A dlaczego w ogóle podjęliście temat PGK?

 

Zaczęło się od tekstu w sierpniu 2018 roku, który dotyczył przetargu na budowę instalacji fotowoltaicznej. Wygrała go zamojska firma, ale okazało się, że jej oferta była o 2 mln zł droższa od oferty, którą złożyła – mająca duże doświadczenie w tej materii – firma z Gdańska. Pytań i niejasności wokół tego przetargu było coraz więcej. Sprawą zainteresowało się Centralne Biuro Antykorupcyjne, śledztwo wszczęła też prokuratura. Bez naszych publikacji w kolejnych tekstach sprawa mogłaby być zamieciona pod dywan. Prawda też jest taka, że gdyby nie nasi informatorzy o sprawie byśmy nie wiedzieli. Śmiem twierdzić, że tego typu afer w firmach należących do samorządów czy państwowych jest na pewno wiele. Dlatego wszelkie interesy biznesu prywatnego z  firmami samorządowymi i państwowymi powinny być pod nadzorem powołanych do tego służb. A przy okazji mediów. Bo przecież wiadomo, że dziennikarze nie dysponują takim aparatem, by zastępować te służby.

 

Sprawa przetargu PGK musiała też uderzać w prezydenta Zamościa, Andrzeja Wnuka. To były dziennikarz, a swego czasu także redaktor naczelny konkurencyjnej dla „Tygodnika Zamojskiego” „Kroniki Tygodnia”. Jakie są wasze relacje?

 

Nigdy nie były dobre, bo zawsze byliśmy krytyczni wobec prezydenta, który notabene przez kilka lat pracował w  „Tygodniku Zamojskim”. Zresztą nie tylko on, bo także zastępca prezydenta też była naszą dziennikarką, jak i jego rzecznik prasowy. Wygląda na to, że staliśmy się taką kuźnią kadr dla zamojskiego magistratu.

 

Ale dawni dziennikarze dziś niechętnie na was patrzą. Podpadliście władzy?

 

Od początku punktowaliśmy działalność prezydenta za typowe dla naszych polityków  zachowania, czyli obsadzanie stanowisk znajomymi i „rodziną królika”. Na przykład prezesem Miejskiego Zakładu Komunikacji został wuefista, z którym Wnuk jeździł na narty. Prezes PGK to też wieloletni kolega prezydenta.

 

A łączą was jakieś relacje biznesowe? Samorząd zamieszcza ogłoszenia?

 

Odkąd Andrzej Wnuk został prezydentem, a rządzi Zamościem już drugą kadencję, nigdy się u nas nie ogłaszał. Ale nie narzekam. Nie będę „sprzedawał” prawa do krytyki i patrzenia władzy na ręce. Choć ogłaszanie się w gazecie, którą się kierowało i która ma o wiele mniejszą sprzedaż – a to robi prezydent – na pewno nie idzie w parze z interesami miasta.

 

Patrząc na wyniki sprzedaży radzicie sobie całkiem nieźle. Według raportu portalu Wirtualnemedia.pl w pierwszym półroczu 2019 roku byliście liderem wśród tygodników lokalnych w Polsce. Sprzedajecie średnio 17,5 tysiąca egzemplarzy jednego wydania, przy nakładzie sięgającym 22-23 tysiące egzemplarzy. Jaka jest recepta na sukces i przetrwanie w tych trudnych dla każdego wydawcy warunkach?

 

Uściślę: jesteśmy liderem sprzedaży prawie od zawsze. Ale wracam do pytania. Robiąc gazetę trzeba mieć wyczucie i wiedzieć, co w danym momencie jest interesujące dla czytelnika. I nie zawsze są to informacje typowo lokalne, bo o nich ludzie często wiedzą więcej niż dziennikarz.

 

To o czym chcą czytać czytelnicy „Tygodnika Zamojskiego”?

 

Nie tylko czytelnicy „Tygodnika Zamojskiego” chcą czytać o aferach, przekrętach, kryminałach, ważnych sprawach gospodarczych, czy historii, zwłaszcza regionalnej. Ale poruszamy też istotne problemy społeczne, także ogólnopolskie. Tekst o misiach koala w dalekiej Australii też się u nas znalazł.

 

Lokalność nie jest dla was priorytetem?

 

Oczywiście, że jest! Ale staramy się pisać o tym, co w danym tygodniu było przedmiotem najszerszego zainteresowania. Poza tym w „Tygodniku” mamy możliwość pogłębić temat, który w innych mediach, głównie elektronicznych, potraktowany został zdawkowo.

 

Zwykle wydawcy lokalnych mediów mówią coś dokładnie odwrotnego.

 

Może dlatego jesteśmy liderem sprzedaży? Jeśli ktoś mieszka w Biłgoraju, to sprawy komunalno-samorządowe z Hrubieszowa go nie interesują. Staramy się pisać tak, by zaciekawić czytelnika z każdego z czterech powiatów, gdzie sprzedajemy „Tygodnik Zamojski”. Kolejny stereotyp, to popularność tematyki sportowej. Kiedyś mieliśmy trzy strony sportowe, od kilku lat mamy dwie. Nie zauważyłem, by gazeta na tym straciła. Sport gminno-wiejski już tak bardzo czytelników nie interesuje. Ludzie oglądają Eurosport, więc śledzimy sport z wyższej półki. Redakcja musi czuć, co ludzi w danym momencie chwyta.

 

Dlatego jest też sporo rozrywki?

 

Ogromną popularnością cieszą się nasze „Romanse niezmyślone”, czyli konkurs z ponad 30-letnią historią. Mamy już dziesiątą edycję, na którą napłynęło około 350 prac z całej Polski, opisujące miłości, zawody, zdrady. I można zapytać, jaki to ma związek z lokalnością… Oczywiście mamy też dużo krótkich informacji z regionu, które są podzielone na poszczególne powiaty i miasta. Jest ich w każdym numerze kilkadziesiąt i dobrze się to czyta. Moglibyśmy je rozdmuchiwać, wypełniając nimi gazetę. Tylko po co? Jeszcze jedno. Dobrze jest pamiętać, przynajmniej ja tak uważam, że czytelnik jest coraz bardziej wykształcony i bardzo dużo wie o tym, co się dzieje dzięki dziesiątkom kanałów TV i Internetowi. Dlatego formuła pisania głównie o sprawach lokalnych mu nie wystarcza.

 

Przepisywanie informacji ze stron internetowych i biuletynów informacji publicznych samorządów nie ma sensu?

 

Dokładnie. Dlatego ograniczam teksty o samorządach, jeśli nie są krytyczne, bo inaczej interesują tylko samych urzędników. Ale jeśli jakiś burmistrz, czy wójt kręci lody, to jak najbardziej jest to temat. Dlatego też nie chwalimy samorządowców. Jeśli coś jest rzeczywiście dobre, to samo się obroni. Gazeta nie jest od tego, by dawać władzy laurki. Zresztą, zawsze staramy się być daleko od władzy.

 

Każdej władzy?

 

Tak. Nie promujemy żadnego ugrupowania, nie faworyzujemy nikogo. Bo czytelnik od razu wyczuje, że gazeta się komuś podlizuje. Dzięki temu, że nie przechylamy się ani na prawo, ani na lewo, a nasz czytelnik jest nam wierny. Gdyby było inaczej, nie mielibyśmy ponad 5 tys. prenumeratorów. To największy poziom prenumeraty na wschód od Wisły.

 

To wynika z waszej postawy?

 

Nie ma jednego źródła sukcesu. Każde wydanie gazety trzeba traktować jakby było najważniejsze. Nie unikamy żadnych tematów, nawet tak kontrowersyjnych jak pedofilia wśród kleru. Czytelnik to na pewno odczuje i będzie chciał mieć następny numer gazety w domu.  Oczywiście, jak przychodzą wybory, to korzystamy na tym, pojawiają się reklamy i ogłoszenia wyborcze. Ale politycy, przychodząc do mnie, usłyszą: „My zarabiamy na gazecie, a wy na polityce”. I zapraszam do biura ogłoszeń.

 

Ale czy to wszystko, co Pan wie o swoich czytelnikach, wynika wyłącznie z redaktorskiego nosa i doświadczenia, czy na przykład badań opinii publicznej?

 

Ja po prostu zadaję sobie pytanie czy to co czytam zainteresuje czytelnika. Tak robimy gazetę.

 

Pan jest redaktorem naczelnym od 1991 roku.

 

Kiedy są roszady, to wtedy każdy naczelny chce się wykazać, robi rewolucje, często uzyskując efekt odwrotny od założonego. W ten sposób można wykończyć każdą gazetę, także finansowo.

 

Co Pan ma na myśli?

 

Na przykład kiedyś wiele gazet dołączało do numerów jakieś gadżety. Sprzedaż chwilowo rosła, ale gdy prezenty się kończyły, spadała do poziomu niższego niż przed akcją gadżetową. Zyskiwali tylko ich producenci. Nie kierowałem się stereotypami i do „Tygodnika Zamojskiego” nigdy nie dołączaliśmy dodatku telewizyjnego, co czyniło większość tytułów. Jak widać, nie przeszkodziło nam to w osiągnięciu największej sprzedaży wśród tygodników regionalnych.

 

Lepiej inwestować w dziennikarzy?

 

Z tego co wiem, to zarobki naszych dziennikarzy są większe niż w Lublinie.

 

W tej chwili zespół „Tygodnika Zamojskiego” tworzy sześciu dziennikarzy i ośmiu stałych współpracowników. Co usłyszy od pana człowiek, który chce zostać dziennikarzem?

 

Że dziennikarz to nie zawód tylko charakter. Dziennikarzem powinna być osoba interesująca się tym, co się dzieje dookoła, ale też niepokorna, którą denerwuje bałagan i głupota. Dziennikarz musi być krytyczny. To nie może być osoba, której wszystko się podoba, bo będzie się przewracała o tematy.

 

A u swoich dziennikarzy co Pan ceni najbardziej?

 

Warsztat dziennikarski. Dziennikarze „Tygodnika Zamojskiego” wiedzą jak podejść do tematu, co jest istotne, o co należy zapytać i jak pisać teksty. I robią to sprawnie. A pamiętam czasy kiedy składaliśmy gazetę do późnej nocy, bo czekaliśmy na teksty.  Teraz wszystko idzie szybciej. Inna rzecz, że czasy kultury obrazkowej wymusiły skracanie tekstów. Bo – jak mówił Melchior Wańkowicz – krótszy tekst, zawsze jest lepszy od dłuższego.

 

To biorąc sobie do serca te słowa i nam czas kończyć, bo trochę się rozgadaliśmy.

 

Takie czasy.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

 

Depresja, choroba zawodowa – TOMASZ PLASKOTA o jednym z najgorszych zabójców dziennikarzy

Depresja dotyka wielu dziennikarzy. Niektórzy określają ją jako chorobę zawodową dziennikarzy. Jednak o tym poważnym problemie, mówi się dopiero od niedawna.

 

Jako dziennikarz z dosyć długim stażem, a także szef dziennikarskiego związku zawodowego niejednokrotnie miałem styczność z osobami zmagającymi się z depresją. To jedna z chorób, które nieodłącznie wiążą się z zawodem dziennikarza – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz i pisarz, obecnie wydawca w programie interwencyjnym „Telekurier” TVP. Ocenia, że depresja jest skutkiem długotrwałej pracy w silnym stresie, towarzyszącej jej presji czasu, a także podejmowanej zawodowo tematyki. – Mamy częsty kontakt z ofiarami nieszczęśliwych wydarzeń i przestępstw, przebywamy na miejscach zbrodni, katastrof czy śmiertelnych wypadków – wskazuje. Powody depresji w jego ocenie są różne, od podejmowanych, traumatycznych tematów po relacje redakcyjne. – Niektórzy z nas pracują w poczuciu zagrożenia realizując tematy śledcze. Taki stan na dłuższą metę może wywoływać okresowe lub długotrwałe stany depresyjne. Zdarza się, że są one również skutkiem warunków pracy dziennikarskiej, przede wszystkim relacji z przełożonymi, które w naszym zawodzie bywa, że noszą cechy mobbingu – ocenia dziennikarz.

 

Nie jest to regułą, ale zdarza się, że depresja idzie w parze z nałogiem.

 

Fot. Pixabay

Niestety, często depresji dziennikarzy towarzyszy nadużywanie alkoholu czy stosowanie narkotyków lub farmaceutyków o podobnym jak one działaniu. Jest to próba ratunku przed stanami depresyjnymi, która jednak tylko pogłębia problem. Dopiero od niedawno mówi się wśród dziennikarzy o depresji, na ogół jednak dotknięte nią osoby wciąż ukrywają, że same z nią się zmagają lub bagatelizują swoje dolegliwości – podkreśla Kaźmierczak.

 

Większość ludzi i dziennikarzy, którzy mają depresje, nie chce o tym mówić. Nie przyznają się do cierpienia. Znoszą swoją chorobę w milczeniu. To błąd. Bo depresja jest jednym z najgorszych, bo cichym zabójcą – mówi 54-letni dziennikarz, kiedyś wydawca jednego z największych dzienników regionalnych, obecnie pracuje w prasie ogólnopolskiej. Na potrzeby tego artykułu nazwijmy go T. – Nie obnoszę się ze swoim problemem, ale skoro rozmawiamy, to znaczy, że nie boję się o tym mówić – kontynuuje swoją opowieść i dodaje: – Nie mówię o tym pod nazwiskiem, bo nie jestem celebrytą. Nie chcę kierować świateł reflektorów na siebie. Nie potrzebuję tego.

 

Ocenia, że na jego depresję wpłynęła niestabilność w pracy. Wydawca zaczął mieć więcej obowiązków. Jego obowiązki rozszerzono o zdobywanie newsów, czyli informacji. Część stanowisk zredukowano, więc pojawił się strach przed utratą pracy i obawa o odnalezienie nowego miejsca zatrudnienia.

 

Czasem depresję można pomylić z długotrwałym napięciem nerwowym i emocjonalnym. – Czułem ciągły niepokój. Nie byłem w stanie skupić się w pracy. Pracowałem przy komputerze, po chwili miałem wrażenie, że muszę wstać i wyjść. Kiedy szedłem, miałem obawy, że się przewrócę. Dziwnie się czułem – wspomina  T. Dodaje, że bał się wychodzić z domu. Lęk był irracjonalny. Nie wynikał z zajmowania się niebezpiecznymi tematami. U każdego jednak depresja działa inaczej. – Jestem introwertykiem. To też ma znaczenie. Wykrzykując złe emocje, łatwiej ich się pozbyć – mówi.

 

Osoby z depresją z reguły nie są agresywne. – Byłem bardziej wycofany niż zwykle. Nie krzyczałem na nikogo. Przeżywałem problem w samotności. Dusiłem wszystko w sobie, spinałem się i cały czas pracowałem. Nie brałem wolnego. Ukrywałem problem i przez dłuższy czas jakoś funkcjonowałem – opowiada T. Ale w pewnym momencie żona zauważyła, że ma problem. – Po długiej rozmowie uznaliśmy, że powinienem iść do lekarza – dodaje T. Lekarka przepisała mu antydepresanty. Kuracja trwała prawie rok. Była skuteczna, dziś czuje się dobrze, cały czas pracuje. Dostał też skierowanie do poradni psychologicznej. – Nie lubiłem tam chodzić, bo czułem się jak w „Locie nad kukułczym gniazdem” – wspomina. Po kuracji farmakologicznej, jak mówi, wrócił do normy. Przestał silnie reagować na sytuacje stresowe, chociaż w pracy ich nie ubyło. Jest wdzięczny żonie i lekarzowi za pomoc. – Samemu trudno sobie poradzić z depresją, bo człowiek zawija się w kokon. Mi pomogła żona – podkreśla. Konieczna jest też szybka reakcja. – Pójście do psychologa nie jest powodem do wstydu. Im szybciej to zrobisz, jeżeli źle się czujesz ze sobą, tym lepiej – zaznacza.

 

Wcześniej nie miałam depresji. Zaczęła się, kiedy po kilku latach przerwy wróciłam do zawodu – mówi była dziennikarka jednego z tabloidów. – Czasem  jest mi bardzo ciężko normalnie funkcjonować, ale da się żyć z depresją – podkreśla. Niewątpliwie depresja to schorzenie ściśle związane z pracą dziennikarską. – Nasz zawód jest mocno stresujący – zaznacza i wskazuje, że jest to wynikiem połączenia różnych czynników. – Problemem jest m.in. mieszanie życia zawodowego z prywatnym. Wielu dziennikarzy nie ma życia poza pracą. Niestety, też do nich należę. 90 proc. moich znajomych to informatorzy oraz osoby z poprzednich albo z obecnej redakcji. Zamiast po pracy zająć się tym, czym ludzie powinni zająć się w wolnym czasie, czyli iść do kina, zjeść dobrą kolację z przyjaciółmi, toczę dyskusje na tematy zawodowe czy okołozawodowe. 24 godziny na dobę jestem pod telefonem. W domu słucham jednocześnie TOK FM i oglądam TVP Info. Czy to już uzależnienie? Coś w tym rodzaju – opowiada.

 

Do czynników, które są przyczyną depresji wśród dziennikarzy, rozmówczyni portalu sdp.pl zalicza również zły klimat w miejscu pracy, niskie zarobki, umowy śmieciowe i towarzystwo wzajemnej adoracji funkcjonujące w środowisku zawodowym. – Praca w redakcji, gdzie nie możesz publikować tego co chcesz, nie jest, delikatnie mówiąc, komfortowa. W Polsce na ten moment nie ma mediów wolnych. Takie zjawisko nie występuje. Wszystkie są zależne od władzy albo sponsorów. Zawsze, kiedy partia rządząca zakorzenia się na dłużej niż na jedną kadencję zaczyna występować taki problem, że przejmuje media także te niezależne – wskazuje. Można być wolnym strzelcem, czyli publikować w różnych redakcjach. – Wtedy trzeba się wiecznie zastanawiać, gdzie oddać który artykuł, żeby żadna z redakcji, z którą współpracuję, nie poczuła się urażona, albo nie zobaczyła w takim działaniu spisku – podkreśla i dodaje, że z bycia freelancerem ciężko wyżyć.

 

Ocenia, że w środowisku dziennikarskim istnieje nieformalna grupa, którą można określić towarzystwem wzajemnej adoracji.

 

Dziennikarze są hermetycznym środowiskiem. Jest sporo ludzi, którzy znają się z dawnych czasów, albo łączy ich wspólne źródło, o którego to źródła interesy nieformalnie dbają, otrzymując w zamian atrakcyjne informacje. Ci ludzie trzymają się razem i nie wpuszczają nikogo z zewnątrz – mówi. – Jak ktoś taki wejdzie im w drogę, np. przez wpuszczenie tekstu, który jest nie po ich myśli, będą go bagatelizować, udawać, że go nie ma, albo za pomocą mediów społecznościowych pokażą go jako zagubionego wariata, który nie wie co czyni – dodaje.

 

Kolejna sprawa, która przyczynia się do popadania w depresję w tym zawodzie to niskie zarobki. Przynajmniej w prasie, póki nie osiągnie się stanowiska szefa działu, zastępcy naczelnego albo funkcji redaktora naczelnego ta sprawa się nie zmienia. Ale nie ma się co łudzić. Większość z nas nigdy takich stanowisk nie osiągnie, więc właściwie nie ma szans na poprawienie swojej sytuacji materialnej – mówi i podkreśla, że wiele osób pracuje na umowach śmieciowych, bez ubezpieczenia i możliwości pójścia na zwolnienie lekarskie i urlop.

 

Dziennikarze problemy topią w alkoholu, który jest nieodłącznym elementem ich pracy. „Chcesz się tego dowiedzieć? To chodź, napij się z nami, wszystko ci opowiemy”. Tak to w praktyce wygląda – podsumowuje dziennikarka.

 

Tomasz Plaskota, dziennikarz portalu wPolityce.pl.

Dziennikarze w poważaniu – ks. ARTUR STOPKA o sondażu CBOS

Ponad połowa rodaków podchodzi do dziennikarzy z szacunkiem i docenia ich rolę w funkcjonowaniu społeczeństwa. Jakie to ma znaczenie i co z tego wynika?

 

Jak pokazują badania CBOS, 55 proc. Polaków uznało zawód dziennikarza za bardzo poważany, 35 proc., że średnio, a tylko 8 proc. określiło tę profesję jako słabo poważaną. To dobrze czy źle? Jeśli zestawić ten wynik ze strażakiem ((94 proc. uznało go za bardzo poważany), pielęgniarką (89 proc.) i robotnikiem wykwalifikowanym (84 proc.), powodów do wielkiej satysfakcji nie ma. Jeśli porównać prestiż dziennikarzy np. z poważaniem dla partyjnych działaczy, polityków czy księży, można powiedzieć, że jest całkiem nieźle. Zwłaszcza, że w ciągu minionych sześciu lat, od poprzedniego badania, poważanie dla zawodu dziennikarza wzrosło o pięć procent.

 

To bardzo interesujący sygnał. Zwłaszcza w kontekście powtarzających się głosów mówiących o końcu tego zawodu i całej serii odejść do innej pracy dziennikarzy o niejednokrotnie bardzo znanych nazwiskach i sporych dokonaniach. Ponad połowa rodaków podchodzi do dziennikarzy z szacunkiem i docenia ich rolę w funkcjonowaniu społeczeństwa. Uznaje ich działania i wysiłki za potrzebne. Jest to ważne w sytuacji, gdy niemal każdy w jakiś sposób może dzisiaj uprawiać dziennikarstwo korzystając z ogólnodostępnych środków, jakie dostarczają tzw. nowe media. Widać zapotrzebowanie na profesjonalizm w sferze opowiadania i wyjaśniania świata. Wystarczyło niewiele czasu, aby również w Polsce zorientowano się, że blogerzy i vlogerzy nie są w stanie zastąpić zawodowych reporterów, komentatorów, publicystów, wydawców.

 

Także w internecie coraz więcej osób szuka nie amatorskich czy półprofesjonalnych materiałów, lecz treści przygotowanych przez zawodowców. To daje nadzieję na przyszłość. Nie tylko dziennikarzom, że przetrwają jako grupa zawodowa, ale także społeczeństwu, że nadal będzie miało dostęp do rzetelnych materiałów dziennikarskich, zrobionych zgodnie z wszystkimi zasadami konstytutywnymi dla tej profesji. Byłoby fatalnie, gdyby wpadło bez alternatywy w ręce propagandystów (niezależnie od tego, jak się ich teraz nazywa) i skazane było wyłącznie na komunikację przez nich organizowaną.

 

Utrzymujący się, a nawet rosnący społeczny status dziennikarzy pozwala również mieć nadzieję, że do tego – pod wieloma względami coraz trudniejszego i coraz bardziej wymagającego – zawodu, będą przychodzić ludzie wybitni, utalentowani, pracowici, opierający się na rzeczywistych wartościach, rozumiejący zarówno związaną z pracą w mass mediach odpowiedzialność, jak i służebność swojej funkcji. To istotne, ponieważ wiele wskazuje na to, że poziom profesjonalny i moralny w takich zawodach, jak dziennikarstwo, ma i będzie miał znaczenie dla kształtowania systemu wartości przyjmowanego przez znaczącą część społeczeństwa.

 

W połowie ubiegłego roku opublikowano wyniki międzynarodowych badań, pokazujących, że Polacy niezbyt ufają mediom. Medioznawca Maciej Myśliwiec komentował, że brak zaufania w ogóle do mediów może wynikać z rozczarowania odbiorców informacją otrzymywaną z kanałów masowych. „Ta informacja jest szybka, niesprawdzona, bo zależy autorowi na czasie. Często jest przygotowana niechlujnie” – wskazywał. Profesjonalizm wpływa na poziom zaufania odbiorców. Im wyższy, tym większe zaufanie. Pojawia się pytanie, czy rosnący powolutku społeczny prestiż zawodu dziennikarza nie jest mimowolnym wyrazem tęsknoty odbiorców za dobrze i rzetelnie przygotowywanymi treściami oraz mediami, którym można bezpiecznie zaufać? Budowanie i kształtowanie każdej społeczności wymaga zaufania, a media mają w tej sferze mnóstwo realnych możliwości i wręcz niezbędnych zadań do wykonania. Trudno dziś w ogóle wyobrazić sobie społeczeństwo tworzone bez udziału środków komunikacji. Ich jakość ma więc ogromne znaczenie dla milionów ludzi. Także w Polsce.

 

Co roku 24 stycznia, we wspomnienie św. Franciszka Salezego, ogłaszane jest papieskie orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. W tym roku (zgodnie z zapowiedzią podaną do publicznej wiadomości 29 września ub. r.) temat orędzia będzie brzmiał: „«Abyś opowiadał dzieciom twoim i wnukom» (Wj 10,2). Życie staje się historią”. Wybierając właśnie taki temat papież Franciszek podkreślił, że dziedzictwo pamięci jest szczególnie cenne w komunikacji. W komentarzu opublikowanym przez Stolicę Apostolską zwrócono uwagę, że środki przekazu są powołane do łączenia poprzez opis pamięci i życia. Wskazano też, że po raz kolejny Papież w centrum refleksji stawia osobę w jej relacjach i wrodzonej zdolności do komunikowania się. „Papież prosi wszystkich, bez wyjątku, aby ten talent przyniósł owoce: uczynienie komunikacji narzędziem budowania mostów, zjednoczenia i dzielenia się pięknem bycia braćmi w czasach naznaczonych sprzecznościami i podziałami” – czytamy w watykańskim komentarzu.

 

Jeśli spojrzeć na prestiż zawodu dziennikarza z perspektywy prośby papieża Franciszka, łatwo dostrzec, jak wiele zaufania wiąże się z jej faktycznym wypełnieniem. Ale też widać wyraźnie, że potrzeba dużego profesjonalizmu i odpowiedzialności za to, co się w sferze międzyludzkiej komunikacji robi, ponieważ skutki tych działań mają nie tylko wymiar doraźny, ale również dotykają przeszłości i przyszłości. Przekonujemy się o tym w Polsce w ostatnim czasie aż nadto dobitnie.

 

Artur Stopka