Medialna masarnia – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Portal Wirtualnemedia.pl raczy czytelników grzechami głównymi dziennikarstwa. Jak na razie mamy lenistwo, myślenie stadne, uległość, pośpiech, pychę i upolitycznienie.

 

Najwybitniejsi spece pracują już nad nieczystością i łakomstwem. Pomóc w tym mają redaktorzy Pudelka i Kuchni dla Smakoszy.

 

Ale tak naprawdę w temacie „kryzysu dziennikarstwa”, najsłabszym ogniwem wcale nie są siewcy informacji. Ale wina jest jak zwykle z czasów, w jakich przyszło tworzyć.

 

Czasy zawsze są trudne. Ludzkość co chwilę coś wymyśla, aby się porozumiewać. A to sygnały, znaki gesty. Potem wynalazek mowy. Następnie druk, telegraf, telefon, radio, telewizja, komputer, Internet, Facebook i Twitter. Zawsze jacyś postępowcy się znajdą, tradycyjne formy bledną i wpływy tracą. Zaczynają się panoszyć medialni celebryci. Pojawia się dziennikarstwo multimedialne, obywatelskie, uczestniczące, plecakowe, przedsiębiorcze. Blogi i blogerzy rozmnażają się jak króliki domowe, liczy się ich w milionach.

 

Pomstowanie przypomina sytuacje taksówkarzy. Kiedyś się zarabiało sporo szmalu, towarzystwo za kółkiem miało się dobrze. A teraz namnożyło się przewozu osób, doinstalowano nawigacje od punku A do B. I system taryfowy pierdyknął.  A jak już mamy dygresje transportową, to jeszcze dorzućmy wymyślanie na masowość. Redaktor Seweryn Blumsztajn, kilka lat temu grzmiał na łamach „Gazety”: „Zróbcie coś z Okęciem! Znienawidziłem lotniska. Kiedyś były dla mnie symbolem luksusu i elegancji. Wkraczałem na Okęcie z poczuciem święta. To był przedsionek lepszego świata”. A dzisiaj byle plebs może sobie latać, zapychając terminalowe odprawy.

 

I to samo mamy w świecie mediów: masowość kontra „elitarność” lub „wysokość”.

 

Umasowił się nam odbiorca. Nostalgicznie można spytać, gdzie te czasy, w których Antoni Słonimski dzielił audytoria m.in.: na czytelników literatury skandynawskiej czy czytelnika piłę: „lubi sobie przeczytać coś ciężkiego, gruby ton napisany zawiłym stylem. Gdy z trudem przebrnie przez mętne i powykręcane, najeżone żargonem filozoficznym artykulisko, ma zadowolenie, że zrozumiał mniej więcej, o co chodzi, i wdzięczny jest za to autorowi”.

 

Oczywiście umasowienie po stronie nadawców też nastąpiło. Dziwnym trafem odkryli, że słuchalność programu 2 Polskiego Radia jest niższa, niż pierwszy lepszy przebój zespołu Akcent z artystą Zenonem.

 

Szczęśliwie dekompozycja masowego odbiorcy też postępuje; różnorodność mediów, w dowolnym miejscu, czasie i urządzeniu. Media sprofilowane i tematyczne burzą ład medialny. Rzeczywistość za przeproszeniem się sypie, a występki dziennikarzy też mają w tym swój udzialik. W myśl zasady przypomnianej przez Ernesta Skalskiego: „zawsze jest gorzej niż wczoraj”. Ale trzymajmy się tych słów: „Dzisiaj jest gorzej niż wczoraj, ale lepiej niż będzie jutro”.

 

Krzysztof Prendecki

O zwierzętach – ks. ARTUR STOPKA opisuje siedem pokus głównych dziennikarzy

Opisać siedem grzechów głównych dziennikarzy to kusząca propozycja. Haczyk tkwi jednak w dość powszechnym przekonaniu, że robienie innym rachunku sumienia to wielce odpowiedzialne i pożyteczne. Otóż to nieprawda. Rachunek sumienia każdy powinien robić sobie sam. Dlatego zamiast spisu dziennikarskich grzechów, właściwiej będzie spisać pokusy, które czyhają na ludzi mediów.

 

I haczyk drugi. Często zwabieni tematem eksperci i analitycy usiłują wymyślać jakiejś osobne, specyficzne dla mass mediów, spisy owych „dziennikarskich grzechów głównych”. Zupełnie niepotrzebnie. Pokusy zagrażające pracownikom mediów bardzo różnych szczebli idealnie wpisują się w znaną z katechizmów listę siedmiu „grzechów głównych”, czyli wad, będących skutkiem częstego powtarzania grzechów, nawet powszednich.

 

W dobie nawrotu kultury obrazkowej warto przypomnieć, że te siedem grzechów/wad/pokus od wieków w najprostszej katechezie symbolizowały zwierzęta.

 

Paw

 

Paw to symbol pychy. Pokusy niemal stale obecnej w działaniach ludzi mediów. Jest w niej poczucie mocy, znaczenia, bycia ponad przeciętnymi zjadaczami chleba. Może nawet ponad prawem. Zarówno stanowionym jak i moralnym. Bo przecież w imię wyższych celów się działa. I jest się częścią „czwartej władzy”. Kto by tam pamiętał, że zasada „cel uświęca środki” nie ma nic wspólnego nie tylko z chrześcijaństwem, ale także ze zwykłą ludzką przyzwoitością? Paw dziennikarski swym przykuwającym uwagę ogonem usiłuje wszystkich innych przyćmić, zasłonić, aby tylko na niego zwracano uwagę i tylko jemu przyznawano rację. Łaknie uznania, wielbicieli, wręcz wyznawców. To go napędza. Wszystko jedno, czy w gazecie, w radiu, w telewizji czy w Internecie, jego przesłanie brzmi: „Oto ja!”. Inni się nie liczą. No i wiadomo, przed czym kroczy pycha.

 

Ropucha

 

Te kojarzone na starych przedstawieniach z chciwością zwierzęta nie budzą sympatii nie tylko ze względu na gruczoły jadowe zawarte w ich skórze. Pokusa chciwości też jest na swój sposób jadowita. W świecie mediów dotyczy nie tylko – lub nie wprost – pieniędzy, dóbr materialnych, ale też, na przykład, czasu antenowego, miejsca w gazecie, ilości materiałów zamieszczonych na głównej stronie serwisu czy portalu. Także większej liczby zrealizowanych tematów, bez zwracania uwagi na koleżanki i kolegów. Chciwość działa podstępnie, ukrywa się, udaje pozytywną motywację. Kiedyś chciwość kojarzono przede wszystkim z dwoma zawodami: z lekarzami, pragnącymi, by ludzie chorowali, i prawnikami, oczekującymi wielu ważnych spraw i procesów sądowych. Ludzie mediów, ze swą żądzą nieustannych sensacji i newsów, przekonani, że dobra wiadomość, to dla nich zła wiadomość, stają się do nich bardzo podobni.

 

Kozioł

 

W graficznych i malowanych katechizmach oznaczał nieczystość. Pokusa nieczystych intencji może zaskoczyć dziennikarza/człowieka mediów w najmniej spodziewanym momencie. Bardzo łatwo przeoczyć ten moment, gdy zaczyna się ludzi wokół traktować jak przedmioty, narzędzia do realizacji pewnych celów. Szczególnie groźne jest to w odniesieniu do bohaterów materiałów, ludzi, którzy w dobrej wierze odsłaniają się, pokazują swoje słabości. Nie wiedzą, że są wykorzystywani w jakiejś grze, że nie o nich, nie o ich dobro tak naprawdę chodzi, lecz o coś zupełnie innego. Nieczystość polega również na przekraczaniu granic w relacjach międzyludzkich, na obcesowym wchodzeniu w sferę intymną innych ludzi w pogoni za bardziej mięsistym i „żrącym” materiałem.

 

Wąż

 

Od czasów Edenu wąż jest symbolem zazdrości. Ukryty pod postacią węża szatan, upadły anioł, zazdrościł Bogu i zrobił, co zrobił. W świecie mass mediów łatwo jest ulec pokusie zazdrości. To świat pełen nie tyle konkurencji, co rywalizacji, a nawet walki o to, kto szybciej, kto więcej, kto mocniej i skuteczniej. Zazdrość o czyjeś sukcesy, nawet drobne, może się okazać szokująco silna. Czasami doprowadza do tego, że ludzie, którzy kiedyś siedzieli biurko w biurko, dzisiaj mijają się na ulicy bez „dzień dobry”. Zazdrość (nie tylko wewnątrz branżowa) skutkować też może świadomym psuciem czyjegoś wizerunku, tzw. czarnym PR-em, rozsiewaniem plotek i powielaniem fake newsów. Nie mówiąc już o donosach. Tych składanych w ukryciu i tych mających charakter publicznego piętnowania. Zazdrość może być potężnym impulsem do bezwzględnego niszczenia innych. W zawodzie i poza nim.

 

Świnia

 

Pomijając symbolizowaną przez świnię pokusę łakomstwa w sensie dosłownym, która potrafi dopaść dziennikarza/człowieka mediów na różnego rodzaju imprezach (na ogół takie przypadki są kwitowane pobłażliwym uśmiechem), jest też inny jej wymiar. To nieumiarkowanie np. w eksploatowaniu jakiegoś nośnego tematu. To wyciskanie drugiego człowieka i jego historii jak cytryny, tak, że w końcu nic nie zostaje i się go po prostu porzuca, jako nieprzydatnego, jako kogoś, kto już nie przyciągnie niczyjej uwagi. To również nieumiejętność zatrzymania się, gdy wyraźnie widać, że bohater materiału już nie chce nim być, gdy zmienia zdanie, próbuje się wycofać. To branie i pokazywanie w swoim materiale znacznie więcej, niż tego wymaga rzetelność, bez zwracania uwagi, kto przy okazji może doznać krzywdy (np. czyjaś rodzina). Takie działanie ostatecznie okazuje się zwykłym świństwem, a nie profesjonalnym dziennikarstwem.

 

Lampart

 

Kto widział lamparta wie, że nadaje się ze swym wyglądem na symbol gniewu. W świecie mass mediów to pokusa nie tylko niepanowania nad własnymi emocjami, aż do kompletnej utraty obiektywizmu i opowiadania się po jednej stronie, aż do całkowitego fałszowania rzeczywistości i przechodzenia cienkiej granicy między dziennikarstwem a propagandą. To również pokusa grania emocjami innych, przede wszystkim odbiorców. Zwłaszcza negatywnymi emocjami, takimi jak złość, gniew, nienawiść, strach. Podsycania ich, manipulowania nimi, po to, aby wywołać jak najsilniejszą reakcję, wymusić uzależniające zaangażowanie. To świadome wprowadzanie podziałów, nastawianie jednych przeciwko drugim, rozbijania jedności. Po to, aby uczynić ich swoim łupem, zdobyczą, własnością.

 

Żółw

 

Kiedyś powolność żółwia uważano za przejaw lenistwa. To pokusa czająca się bardzo często w życiu dziennikarskim, stale obecna w świecie mass mediów. Wiedzą o niej wszyscy ci, którzy chcą traktować dziennikarzy i ludzi mediów jako swoje narzędzia. Przygotowują gotowce, materiały, które wystarczy po prostu przekleić, skopiować, spożytkować bez żadnego wysiłku. Jednak ta pokusa przejawia się też w braku szacunku dla pracy innych ludzi mediów, w żerowaniu na czyjejś harówce, w nieopanowanym stosowaniu metody Ctrl+C i Ctrl+V. Pokusa lenistwa podpowiada, że można bezkarnie kraść cudzą własność i dobrze na tym zarabiać, upowszechniając ją jako coś swojego. Lenistwo skłania też do rezygnacji z własnego spojrzenia na rzeczywistość, do włączania się w owcze pędy, intelektualnej bierności, bezmyślnego przejmowania czyichś poglądów. To lenistwo prowadzi do wykorzystywania szablonów, schematów i gotowych wzorców ideologicznych. Nie mówiąc o powtarzaniu banałów, frazesów i komunałów.

 

Artur Stopka

„Synu, jeśli musisz być pismakiem, pisz prawdę!” – ADAM SOCHA o swoich grzechach dziennikarskich

Redaktor naczelny portalu sdp.pl Błażej Torański zaproponował mi napisanie o mojej hierarchii największych grzechów dziennikarskich. Właśnie kończę 65 lat, a więc udało mi się doczołgać do emerytury w zawodzie dziennikarskim, który wykonuję od 1 maja 1981 roku. Dobry moment na rachunek sumienia dziennikarskiego.

 

Do zawodu trafiłem dzięki nauczycielce historii w Technikum Mechaniczno-Energetycznym w Szczecinie. Od urodzenia byłem humanistyczny, ale syn robotnika zwyczajowo trafiał do zawodówki. W technikum był konkurs na wspomnienie z obozu OHP. Wygrałem go, wtedy pani od historii powiedziała, że powinienem zostać dziennikarzem. Moja świadomość polityczna i historyczna wówczas była niewielka, ale wystarczająca, by jako 17-latek wraz z kolegą namalować w nocy na murze przed trybuną 1-Majową „ZSRR RĘCE PRECZ od POLSKI” (w miasteczku Braniewo przy granicy z Rosją, z 7 jednostkami wojska, w tym jedną radziecką). Czułem jako nastolatek, że głoszone hasła nie pokrywają się z tym czego doświadczam i obserwuję na co dzień.

 

Niestety, nie miałem tego szczęścia, jak Adam Michnik czy Aleksander Kwaśniewski, którzy mieli regularnie dostęp do „Kultury Paryskiej”. Ja nawet o jej istnieniu nie miałem bladego pojęcia. W gazetach interesowały mnie tylko rubryki poświęcone big-beatowi. Czytałem też Radar, Poezję, Nowy Wyraz (jak każdy w tym wieku pisałem okropne wiersze). Z Radia Wolna Europa słuchałem tylko audycji poświęconej muzyce rockowej „Rendez-vous o 6:10” Basi Nawratowicz (też zagłuszali).

 

Za radą nauczycielki posłałem dokumenty na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Okazało się, że był to najbardziej oblegany kierunek studiów, trafiały na niego dzieci wysoko postawionych dygnitarzy partyjnych (na moim roku był np. syn Mieczysława RakowskiegoJózefa Czyrka)!

 

Do dzisiaj pamiętam pytanie na ustnym. Miałem podać przykład wyboru tragicznego. Powołałem się na Antygonę oraz Popiół i diament. Komisja nie była zadowolona z mojej odpowiedzi, że Maciek musiał wykonać rozkaz i zabić sekretarza PPR. Długo mnie maglowali, ale ja uparcie powtarzałem, że musiał zabić. Mimo to zdałem. Dopiero w stanie wojennym wpadł mi w ręce numer „Kultury Paryskiej” a w nim esej o książce Andrzejewskiego i z niego dowiedziałem, jaka była prawidłowa odpowiedź. Tragedia Maćka polegała na tym, że źle wybrał, a nie że był wierny przysiędze.

 

Pierwszy reportaż napisałem na I roku studiów (1977 rok). Z grupą kolegów szliśmy Krakowskim Przedmieściem i przed Prokuraturą Generalną zobaczyłem wiejską babinę w zniszczonym palcie przewiązanym sznurkiem. Płakała. Przyjechała do stolicy po sprawiedliwość. Naczelnik gminy zabrał jej gospodarstwo i wyrzucił do zrujnowanego budynku wraz z siostrą. Pojechałem z dwoma kolegami do tej mazowieckiej gminy. Napisałem z tej wyprawy reportaż wraz z Irkiem Sewastianowiczem (niedawno zmarł) i zanieśliśmy go do „Polityki”. To był w PRL kultowy tygodnik, numer 1. Młodym reporterkom reportaż się podobał, ale decyzja należała do kierownika działu krajowego Jerzego Urbana, który był na urlopie. Wrócił i odrzucił.

 

Po III roku studiów, po wakacjach, żegnając się z Ojcem przed wyjazdem na uczelnię, Ojciec zapytał: „Synu, czy to prawda, że Ty będzie robił za psa?”. Zamurowało mnie. O co Ojcu chodzi? „No, będziesz szczekał, tak jak ci każą, w gazetach?”. Poraziło mnie. Ojciec, półanalfabeta z mazowieckiej wsi, robotnik w pierwszym pokoleniu, który prenumerował tylko „Działkowca” i od czasu do czasu kupił jakieś pismo pod kościołem, bezbłędnie  podsumował istotę propagandy socjalistycznej. Ojciec widząc moje zmieszanie, dodał po chwili: „Synu, jeśli już musisz być pismakiem, to pisz prawdę”.

 

Ojciec zabił mi ćwieka. Potwierdzeniem jego oceny była miesięczna praktyka wakacyjna w organie KW PZPR „Gazecie Olsztyńskiej”, w dziale terenowym. Napisałem tekst interwencyjny. Jakie było moje zdumienie następnego dnia, gdy otworzyłem gazetę. Nie wierzyłem własnym oczom. Mój krytyczny tekst zamienił się w laurkę! Dobrze, że nie było tam mojego nazwiska, tylko literki. Mogłem sobie wyobrazić, co sobie o mnie pomyśleli ci ludzie, którzy zwrócili się o pomoc! Toteż, gdy po wakacjach do akademika zadzwonili z redakcji proponując pracę, odmówiłem. Po kilku latach dowiedziałem się, że w redakcji moją odmową byli zdumieni. Byli przekonani, że spotkało mnie wielkie wyróżnienie.

 

Resztki złudzeń pozbawiło mnie spotkanie ze studentami sekretarza KC od propagandy (chyba Główczyka?). Powiedział wprost, że jesteśmy od „łatania dziur rzeczywistości”.

Istnienie cenzury odkryłem po napisaniu reportażu do tygodnika „Literatury” o życiu w olsztyńskich slumsach zwanych „Pekinem”. Tekst długo się nie ukazywał, traciliśmy ze współautorem cierpliwość. Reportaż ukazał się w końcu, ale bardzo pocięty.

Na to nałożyła się potężna dawka marksizmu-leninizmu serwowana na wydziale. Chciałem zmienić dziennikarstwo na historię, poszedłem do pani dziekan, ale okazało się to już niemożliwe.

 

Moje rozterki przerwał wybuch „Solidarności”. Zastał mnie w RFN. Był to mój pierwszy wyjazd za „żelazną kurtynę” i z tamtej perspektywy obserwowałem wydarzenia w Polsce. Gdy wróciłem we wrześniu chciałem być blisko tej rewolucji. Akurat nauczyciele i pracownicy kultury rozpoczęli strajk okupacyjny w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. Natychmiast tam pojechałem. Napisałem reportaż, biegałem z nim po redakcjach, aż znów trafiłem do „Polityki”. I znów na mojej drodze stanął Jerzy Urban, który napisał m.in., że tekst „godzi w Układ Warszawski”.

 

Ale dziennikarstwo już mnie wciągnęło na amen. Przysiągłem sobie tylko, że nigdy nie podpiszę tekstu, z którym się nie zgadzam.

 

W 1981 roku dostałem ofertę pracy w nowo powołanym tygodniku w Łomży, „Kontakty”. Miałem też propozycję od Jacka Maziarskiego odbycia stażu w „Kulturze”. Wybrałem potwornie zaniedbaną, zapyziałą Łomżę, jako wyzwanie reporterskie.

 

Trwał karnawał „Solidarności”, cenzura poluzowała i mogłem się wypisać.

 

Na samym starcie pracy zawodowej dręczyło mnie pytanie: „kto mi dał prawo, jako reporterowi, oceniania innych?” Dlatego postanowiłem pisać tak, jakby tekst miał być przezroczystą szybą. Ja mam rzetelnie przedstawić fakty, wypowiedzi, a wnioski zostawić czytelnikowi. Jeden mój reportaż powędrował do KC PZPR, o rzeszowskiej wsi, z której pochodził świeżo upieczony I sekretarz Stanisław Kania. Niesamowitym przeżyciem było dla mnie odnalezienie matki Kani, prostej chłopki, żyjącej skromnie w drewnianej chałupie. Niemal spadłem z krzesła, gdy powiedziała mi, że słucha Wolnej Europy, i że mówią prawdę! W KC te najsmaczniejsze kawałki mi wycięli.

 

Najpiękniejszym przeżyciem nie tylko dziennikarskim, był udział w obu turach Zjazdu „Solidarności”. Na japońskich dziennikarzy z laptopami patrzyłem jak na kosmitów.

 

Szok stanu wojennego. Nie pojechałem do Łomży na weryfikację. Wkrótce straciłem oparcie materialne. Najpierw teść, a miesiąc później zmarła na raka teściowa i właśnie urodziło mi się dziecko. Zostałem jedynym żywicielem rodziny i musiałem znaleźć pracę. W tym momencie dotarł do mnie mój szef śp. Stanisław Zagórski. Przekonał mnie do powrotu. Nakłamał komisji, że leżę w szpitalu ze złamaną nogą na nartach i dlatego nie mogłem się stawić. (Narty to ja pierwszy raz w życiu założyłem w latach 90.). Dzięki Zagórskiemu mogłem publikować uczciwe reportaże, inna rzecz, że cięte przez cenzurę niemiłosiernie. Przede wszystkim udało mi zebrać materiał na książkę „Jedwabne życie”. Musiałem jednak opuścić tę bezpieczną przystań, z powodów rodzinnych i przenieść się do Olsztyna, do popołudniówki „Dziennik Pojezierza”. Wytrzymałem tam rok. Potem był „Tygodnik Kulturalny”, z którego też wyleciałem i przygarnął mnie wspaniały człowiek, śp. ks. red. Benedykt Przeracki do dwutygodnika diecezji warmińskiej „Posłaniec Warmiński”.

 

Klepiąc biedę, dotrwałem do upadku komuny. Wydawało mi się, że oto wkraczam do raju wolności słowa. Czekało mnie jedno rozczarowanie po drugim. Pierwszym wstrząsem było przekazanie organów KW PZPR w ręce pracujących tam dziennikarzy. W czasie najważniejszego przełomu dziennikarze wierni PZPR dysponowali w moim mieście nadal najpotężniejszym medium, a ja do dyspozycji miałem biuletyn „Solidarności”, w formacie A4, składany i drukowany jak podziemne gazetki, w nakładzie 2 tys. egzemplarzy. Łamy „Gazety Olsztyńskiej” wypełniały depesze PAP-owskie. Nie było słowa o tym, o czym ja pisałem: o „czerwonym kapitalizmie”, spółkach nomenklaturowych i uwłaszczaniu się nomenklatury, o rodzącej się nowej elicie władzy i pieniądza.

 

W tym momencie dostałem propozycję od szefa Solidarności białostockiej objęcia redakcji „Gazety Współczesnej”. To był jedyny organ KW PZPR, który Komisja Likwidacyjna sprzedała „Solidarności”. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego ściągał mnie z Olsztyna. Nikt z białostockich dziennikarzy nie chciał się tego zadania podjąć. Szybko zrozumiałem, dlaczego. Musiałem robić codziennie gazetę z ludźmi, którzy nienawidzili „Solidarności”, a nie miałem ich na kogo wymienić. Przetrwałem rok.

 

Wówczas już ton całej prasie nadawała „Gazeta Wyborcza”. I to było moje kolejne, straszne rozczarowanie. Oto na moich oczach, jak feniks z popiołów odrodziła się „Trybuna Ludu” a rebours. Dałem temu wyraz w swoim wystąpieniu na I zjeździe reaktywowanego SDP w Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Dodam, że dostałem propozycję pracy jako korespondent „Wyborczej” z Olsztyna, jeszcze zanim ukazał się pierwszy numer. Człowiek, który mi ją przekazał właśnie przed chwilą na zebraniu opozycjonistów wyjawił, iż współpracował z SB do czasu powstania „Solidarności”. „Czy potrzebują propagandzisty, czy dziennikarza?” – wypaliłem bez namysłu. „No wiesz, na tym etapie konieczna jest propaganda, czekają nas wybory do Sejmu kontraktowego, musimy je wygrać” – odparł Bohdan Kurowski. „A to ja dziękuję” – odmówiłem i wyszedłem z jego auta.

 

Traf chciał, że wkrótce stanąłem oko w oko z Adamem Michnikiem. Przyjechał na zjazd Solidarności w Łęcznej pod Lublinem, witany jak półbóg. Dał polityczny wykład, tłumacząc, dlaczego związek zawodowy ma być parasolem dla rządu Mazowieckiego. Jako jedyny na sali odważyłem się mieć inne zdanie. Powiedziałem na koniec, że czuję się jak w „Folwarku zwierzęcym” Orwella. Włączam telewizję i coraz trudniej rozróżniam ludzi od świń. Ależ mnie zbeształ, szczególnie za tę metaforę. Kilka lat później, jeszcze raz miałem propozycję zostania sekretarzem redakcji Wyborczej w Olsztynie, ale mimo ciężkiej sytuacji życiowej, też odmówiłem.

 

Jeśli mamy mówić o grzechach dziennikarskich, to dla mnie piekłem dziennikarskim była właśnie Wyborcza, która weszła w rolę Wydziału Propagandy PZPR i w warunkach praktycznie monopolu narzuciła społeczeństwu swój system ocen rzeczywistości. Nie zapomnę dreszczy, jakie miałem oglądając program „Foksal” w TVP za prezesa Andrzeja Drawicza, w którym  brylowali dziennikarze „Wyborczej” na czele z Konstantym Gebertem, mówiąc mi w co mam wierzyć, a co potępiać.

 

Dziesiątki lat dziennikarze w dziesiątkach redakcji zaczynali dzień pracy od uważnej lektury „Wyborczej”, która była dla nich wyrocznią i „przekazem dnia”. Nie było pluralizmu. Na marginesie wegetowały takie pisma, jak „Gazeta Polska” zapomnianego dzisiaj Piotra Wierzbickiego, prezentująca inne spojrzenie na rzeczywistość.

 

Dużo przeżyłem. Pracowałem w dwóch ustrojach, w wielu, różnych redakcjach ( w sumie w 19), w kilku miastach, nawet przez rok byłem nieformalnym naczelnym „Super Expressu”. Miałem więc duże pole do obserwacji postaw dziennikarskich,

 

Oto moja lista „grzechów”:

 

– Powszechny oportunizm młodych dziennikarzy. Wydawało mi się, że w parze z młodością musi iść bunt, no bo kiedy się buntować, jak nie na starcie, gdy jeszcze człowiek nie jest obarczony rodziną i kredytem? Okazuje się, że ta cecha jest stała, niezależnie od systemu. Zdumiewało mnie, jak szybko młodzi ludzie wychwytywali, czego sobie życzą szefowie.

 

– Abdykacja z  samodzielnego myślenia i oceny ludzi i zjawisk.

 

– Autocenzura. Wystarczy odrzucenie kilka razy tematu, nie puszczenie raz i drugi tekstu, i młody dziennikarz już wie jak pisać i mówić.

 

– Nastawienie ideologiczne, głównie liberalno-lewicowe i poprzez takie okulary ocenianie ludzi i zdarzeń.

 

– Podatność na korupcję. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z biznesmenem w 1991 roku, który chciał mieć gazetę i szukał ludzi do jej prowadzenia. Przedstawiłem mu z kolegą biznesplan. Mówił z pogardą o dziennikarzach, jak o dziwkach, które można kupić. Opowiedział, jak dziennikarza, który coś chciał krytycznego o nim napisać, zapytał, ile dostanie za ten artykulik wierszówki? Dziennikarz podał stawkę. „Dopisałem jedno zero” i mu dałem – spuentował biznesmen. No cóż, nie było nam po drodze. Wybrał innych dziennikarzy.

 

Sam w tym czasie czegoś podobnego doświadczyłem. Zbierałem materiał o byłym esbeku, który za grosze nabył świeżo wyremontowaną kamienicę w centrum miasta. Zgłosił się do mnie jego wysłannik, facet którego znałem. „Co trzeba zrobić, żeby artykuł się nie ukazał?” – zapytał. „Zabić mnie!” – wypaliłem bez namysłu. „Nie wygłupiaj się, ile chcesz?” Pogoniłem go, artykuł opublikowałem, ale ta gazeta lokalna długo nie pociągnęła z braku ogłoszeń. Inny przykład: prezes pewnej dużej spółdzielni mieszkaniowej miał na żołdzie dziennikarza w każdej z trzech głównych redakcji w mieście. I to nie byli pośledni dziennikarze, a czołowi. Pauperyzacja tego zawodu i niepewność pracy, sprzyja korupcji.

 

– Nowe zjawisko to korupcja polityczna, wiszenie redakcji u klamek partii politycznych i w zamian za utrzymywanie (za pomocą płatnych ogłoszeń i reklam) realizowanie i bronienie linii partii. Tak oto historia zatoczyła koło. Nie trzeba urzędu przy ul. Mysiej, Wydziału Propagandy PZPR, by znalazły się redakcje i dziennikarze gotowi świadczyć usługi politykom.

 

Dziennikarze, którzy starają się rzetelnie i uczciwie wykonywać swój zawód, to ginący gatunek. Najgorzej mają napiętnowani jako „symetryści”. Kopani są przez wszystkich. Publikuję w niszowym, bezpłatnym miesięczniku „Debata” i na portalu debata.olsztyn.pl. Jestem znienawidzony zarówno przez polityków opozycji, jak i rządzących. Szef okręgu PiS-u zaatakował mnie na antenie Radia Olsztyn. Na zebraniu partii ogłosił, że przeszedłem na stronę ubeków, i że „Debatę” finansują ubecy. Wyraził żal, że nie może już nic mi zrobić (czyli wyrzucić z pracy w Radio Olsztyn, w którym jestem na najniższym stopniu hierarchii redakcyjnej), bo jestem w okresie przedemerytalnym. Wydał zakaz działaczom kontaktowania się ze mną. Z kolei ci z „totalnej opozycji” wypisują pod moimi tekstami, że jestem „politrukiem, płatnym pachołkiem PiS-u”. Nie wiem, śmiać się czy płakać?

 

Adam Socha

Autoryzacja a odpowiedzialność – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy autoryzacja materiałów prasowych ma jeszcze rację bytu? Czy skorzystanie przez rozmówcę z prawa do zatwierdzania swoich wypowiedzi, chroni w jakikolwiek sposób redakcję przed odpowiedzialnością za tekst?

 

Zbiór nieporozumień

 

W Internecie bez trudu znajdziemy wątki poświęcone autoryzacji. Zarówno w komentarzach użytkowników: „czy ten tekst był autoryzowany?”, jak i w linii obrony dziennikarzy: „przecież ten wywiad był autoryzowany!”. Dotrzemy też do wyroków sądów, które rozpatrywały sprawy związane z autoryzacją. Podczas lektury tych treści trudno nie odnieść wrażenia, że termin ten jest słabo zrozumiały i nadużywany. Przypisuje mu się też większe znaczenie od faktycznego. Na przykład w 2018 roku Sąd Apelacyjny w Łodzi musiał zmierzyć się ze sprawą, w której powód (zwolniony pracownik) stwierdził, że pozwany (wójt gminy) odpowiada za treść artykułu na temat tego wydarzenia. W opinii powoda ponieważ dwukrotnie skorzystał z prawa do autoryzacji, więc jest współautorem. Sąd nie podzielił jego zdania, stwierdzając w uzasadnieniu: „na gruncie prawa prasowego osoby udzielającej informacji (wywiadu) nie można zatem potraktować – tak jak chce tego powód – jako osoby, która jest współautorem publikacji zawierającej dosłownie zacytowane wypowiedzi[1].

 

Skoro opinia sądu jest tak jednoznaczna, to skąd się bierze mniemanie, że skorzystanie z prawa do autoryzacji, pozwala wpłynąć na ostateczny kształt publikacji?

 

Definicje autoryzacji

 

Obowiązujące w Polsce prawo prasowe (tekst ujednolicony Dziennik Ustaw z 2018 roku poz. 1914, Art. 14a) stanowi, że:

  1. Dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana lub była wygłoszona publicznie.
  2. Dziennikarz informuje osobę udzielającą informacji przed jej udzieleniem o prawie do autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi.

W ustępie 6 Art. 14a czytamy ponadto, co nie stanowi autoryzacji:

Nie stanowi autoryzacji zaproponowanie przez osobę udzielającą informacji nowych pytań, przekazanie nowych informacji lub odpowiedzi ani zmiana kolejności wypowiedzi w autoryzowanym tekście materiału przewidzianego do publikacji w prasie.

Co więcej a w ustępie 4 artykułu 14 prawa prasowego znajdziemy następujące uszczegółowienie:

Udzielenia informacji nie można uzależniać, z zastrzeżeniem wynikającym z  art. 14a, od sposobu jej skomentowania lub uzgodnienia tekstu wypowiedzi dziennikarskiej.

 

Osoba udzielająca informacji nie bierze więc formalnej odpowiedzialności za efekt końcowy. Skąd więc tyle nieporozumień? Wynikają one zapewne z wiedzy potocznej, której odzwierciedlenie znajdziemy chociażby w haśle: „autoryzacja” w Słowniku języka polskiego PWN: zezwolenie osoby udzielającej wywiadu na jego opublikowanie[2].

 

Złudna ochrona?

 

W głośnej ostatnio sprawie zakończenia współpracy z Romanem Praszyńskim przez magazyn „Viva!” po wywiadzie z aktorką Anną Marią Sieklucką, w którym pojawiły się kwestie życia seksualnego, dziennikarz również wspominał w swojej obronie, że wywiad był autoryzowany[3]. Zupełnie jakby to miało jakiś wpływ na postawione pytania, czy na ostateczny kształt publikacji. Czy zatem skorzystanie z tego prawa przez rozmówcę w jakikolwiek sposób chroni redakcję przed ewentualnymi roszczeniami?

 

Nie – odpowiada krótko podczas rozmowy telefonicznej mecenas Olgierd Pogorzelski partner w Kancelarii Ech&W i dodaje – Co więcej, umieszczanie w publikacji, wprawdzie autoryzowanych, ale szkalujących wypowiedzi, może skończyć się dla dziennikarza wizytą w „sądzie karnym” w charakterze oskarżonego.

 

Skoro zatem prawo do autoryzacji wypowiedzi nie chroni ani osoby udzielającej informacji przed ostatecznym kształtem lub wydźwiękiem publikacji, ani autora artykułu, to może powinno zniknąć z prawa prasowego?

 

Wokół problemu autoryzacji narosło wiele mitów i kontrowersji – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. – Szczegółowo tę sprawę reguluje Ustawa Prawo Prasowe, która choć nowelizowana, to jednak pochodzi z roku 1984, czasu, kiedy media funkcjonowały nieco inaczej niż dziś. Niejednokrotnie słyszałem od dziennikarzy, że w wyniku autoryzacji gotowy tekst bywał demolowany. Czy rzeczywiście w dzisiejszych czasach to narzędzie jest potrzebne? Mam mieszane odczucia. Z jednej strony tak, bo to chroni w pewien sposób interesy osoby, której tekst dotyczy – co nie jest bez znaczenia w dobie fake newsów, ale z drugiej strony czy rzetelnemu dziennikarzowi autoryzacja jest potrzebna? Druga kwestia to opóźnienie publikacji. Z pozoru niewielkie bo przypomnijmy  w przypadku dzienników i serwisów internetowym czas na autoryzację wynosi 6 godzin, a w przypadku czasopism 24 godziny. Jednak w świecie Internetu czas biegnie inaczej. Mimo wszystko uważam, że ustawodawca nieprędko wyśle autoryzację na zasłużoną emeryturę.

 

Innego zdanie jest Adam Łaszyn, ekspert w dziedzinie public relations i autor poradnika „Media i Ty. Jak zarządzać kontaktem osobistym z dziennikarzami”. Na pytanie o to, czy warto korzystać z prawa do autoryzacji odpowiada:

 

Tak, warto. Skoro nasz system prawny i obyczaj medialny na to pozwala – korzystajmy. Jest to przydatne narzędzie, by uzyskać pewność, że w procesie redagowania materiału sens naszych wypowiedzi się nie zmieni. A bardzo często się zmienia – wypowiedzi są skracane, czasem nawet „twórczo” przerabiane. I to niekoniecznie w złych intencjach – dziennikarz/redaktor może musieć zmniejszyć tekst lub ma dobrą wolę klarowniejszego przedstawienia intencji rozmówcy. Ale wiadomo, co jest wybrukowane dobrymi chęciami. W pogoni za „uatrakcyjnianiem” produktu medialnego łatwo tu o zmianę wymowy wypowiedzi, przekręcenie a nawet odwrócenie przekazu. Jest mnóstwo takich przypadków, w których np. wycięcie jednej części zdania o 180 stopni zmienia jego sens. Autoryzacja pozwala nam na kontrolę tego procesu.

 

Zagadnięty o to, czy rozmówcy powinny zapalać się w głowie ostrzegawcze lampki, gdy dziennikarz przypomina o prawie do autoryzacji, stwierdza:

 

Nie – w zakresie zagrożeń. Tak – w świadomości, że oto otrzymuje szansę kontroli przekazu. Prośba o autoryzację najczęściej świadczy o tym, że dziennikarz traktuje nas partnersko. Daje bowiem szansę współudziału w ostatecznej wersji publikacji. Częściej się zdarza, że dziennikarz nie proponuje autoryzacji i jeśli my o nią nie poprosimy (a warto!) to widzimy „w druku” słowa wyjęte z kontekstu. Jeśli zaś dostajemy wypowiedzi do autoryzacji to przyjmujemy też odpowiedzialność za to, co ukaże się z naszą zgodą.

 

Współodpowiedzialność rozmówcy jednak istnieje

 

Adam Łaszyn odnosząc się do najnowszego przykładu związanego z zasłanianiem się autoryzacją wywiadu przez autora tekstu, czyli publikacji „Vivy!”, wyraża następująca opinię:

W przypadku wywiadu w „Vivie” aktorka odpytywana przez dziennikarza w seksistowskich tematach jest podwójnie współodpowiedzialna za finalną publikację. Przede wszystkim nie powinna się godzić na obsceniczne pytania lub w odpowiedziach wyrazić swą dezaprobatę dla takiego stylu reportera. A po drugie – na etapie autoryzacji skorzystać z szansy odmowy przedstawiania jej w obleśnych kontekstach. Można się domyślać, że na tym pierwszym etapie mogła zostać zaskoczona sprośnymi pytaniami. Ale w procesie autoryzacji mogła to zmienić i wyrazić swój brak zgody. Na tych dwóch poziomach wzięła udział w grze akceptując jej rynsztokowy charakter.

 

Czy to usprawiedliwia autora i redakcję? Adam Łaszyn:

 

– Zupełnie zaś inna sprawa odpowiedzialności dziennikarza i redaktorów. Rozumiem, że przygotowali i opublikowali taki materiał nurkując w kierunku niskich potrzeb części odbiorców. To ich wybór, do którego można i – w moim przekonaniu – należy mieć zastrzeżenia w kategoriach dobrego smaku. O tym, że w tych kategoriach przekroczyli granice świadczy reakcja odbiorców i środowiska, silnie odrzucająca styl wywiadu. To iskierka nadziei, że istnieją mechanizmy po stronie konsumentów mediów wymuszające utrzymania pewnych standardów estetyki i stylu. Ale tylko iskierka…

 

Pilna potrzeba edukacji

 

Zgodnie z polskim orzecznictwem, osoba, która autoryzowała swoje wypowiedzi, nie ponosi formalnej odpowiedzialności za ostateczny kształt tekstu. Skorzystanie przez udzielającego informacji z tego prawa w żaden sposób nie chroni autora tekstu i samej redakcji, co potwierdza adwokat specjalizujący się w sprawach karnych. Według medioznawcy w dobie Internetu instrument ten nabrał już lekko archaicznego charakteru, a według eksperta ds. PR i współpracy z mediami – póki jest, należy z niego korzystać.

 

Wszystkie te opinie, przywołane sprawy i komentarze w sieci, wskazują na dużą potrzebę edukacji. Nie tylko w zakresie zrozumienia, czym jest autoryzacja (dopóki jest) i jak jej używać, ale też w dziedzinie współpracy z mediami. W XXI wieku takie zajęcia powinny być stałym elementem edukacji szkolnej. Tym bardziej, że zarówno rozmówcy jak i dziennikarzowi chodzi przecież o to samo: poinformowanie czytelnika o kwestiach dla niego ważnych. A tej świadomej współpracy dla wspólnego celu nie wysysa się z mlekiem matki, tylko trzeba się jej po prostu nauczyć.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.saos.org.pl/judgments/364295 – dostęp 13.02.2020 r.

[2] https://sjp.pwn.pl/sjp/autoryzacja;2551343.html – dostęp 13.02.2020 r.

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/viva-pl-wywiad-pytania-intymne-aktorka-z-365-dni-autor-roman-praszynski-koniec-wspolpracy – dostęp 13.02.2020 r.

Problem z „Zenkiem” – ŁUKASZ WARZECHA o najnowszej produkcji TVP

Pisząc tekst o wyprodukowaniu przez TVP filmu o Zenonie Martyniuku, muszę zrobić na początku zastrzeżenie: nie uznaję absolutyzowania maksymy de gustibus non est disputandum. Ona ma sens, owszem, jeśli dyskutujemy o tym, czy bardziej przemawia do nas Rembrandt, Rubens czy Velázquez; czy wolimy Wagnera, Haydna czy Purcella albo Vivaldiego; czy lepszy Norwid czy Słowacki albo Goethe czy Rimbaud, Mackiewicz czy Herling-Grudziński, Witkacy czy Gombrowicz. Nie udawajmy jednak, że – jak śpiewał w doskonałej, kpiarskiej piosence „Postmodernizm” Jacek Kaczmarski – „wszystkie mody, wszystkie style równie piękne są – i tyle”. Nie są. Bohomazy nowoczesnych artystów, udające sztukę, nie są warte tyle samo co jedno mniej znane płótno Caravaggia. Pioseneczki, które na co dzień zalewają przestrzeń publiczną, sącząc się z głośników w taksówce, sklepie, u fryzjera są warte mniej niż jedna fuga Bacha czy jedna płyta któregoś z legendarnych zespołów z kreatywnego okresu rocka w latach 70. Gdybyśmy twierdzili inaczej, bylibyśmy winni całkowitej relatywizacji pojęcia sztuki, twórczego wysiłku, warsztatu, a tym samym degeneracji gustów.

 

I owszem, ta degeneracja się dzieje i to od dziesięcioleci, a obrońców całkowitej relatywizacji gustów jest mnóstwo. Co ciekawe, w tej sprawie postmoderniści sprzymierzyli się w Polsce z krzewicielami ludycznego gustu, przy czym ci ostatni działają z pobudek całkowicie cynicznych i po prostu politycznych.

 

Proszę więc nie oczekiwać, że uznam disco polo za muzykę wartościową. Nie, nie ma w niej nic wartościowego. Na poziomie warsztatowym i twórczym jest po prostu prymitywna. Oczywiście, muzyka schlebiająca prostszym potrzebom i gustom istniała zawsze (nie mówię tu o muzyce ludowej sensu stricto). W XVIII wieku takim popularnym kompozytorem, tworzącym w odpowiedzi na masowe potrzeby, był na przykład jeden z moich ulubieńców Georg Philipp Telemann, niemalże rówieśnik Bacha i przez większość życia dyrektor muzyki (tytuł istniejący w wielu większych niemieckich miastach w XVII i XVIII wieku) w Hamburgu. Proszę jednak wziąć jakiekolwiek nagranie tej popularnej muzyki Telemanna, jak na tamte czasy sprzedawanej w postaci nut na masową skalę, i porównać z czymkolwiek tworzonym dzisiaj dla masowego odbiorcy. Mówię o porównaniu na poziomie wewnętrznej komplikacji, oryginalności konstrukcji, włożonej inwencji.

 

Nie zmienia to faktu, że disco polo jest przez jakąś grupę Polaków chętnie słuchane lub przynajmniej traktowane jako najlepsza muzyka do zabawy i trzeba się z tym liczyć. Można by zatem powiedzieć: w czym więc problem? Skoro tak, to dlaczego TVP nie miałaby sfinansować filmu o najbardziej znanym przedstawicielu tego nurtu? To jednak nie jest takie oczywiste.

 

Po pierwsze – Zenon Martyniuk stał się dla telewizji publicznej pożytecznym narzędziem w politycznej rozgrywce na poziomie zbiorowej świadomości. Żeby było jasne – sam piosenkarz, którego szanuję za ciężką pracę, wytrwałość, determinację – nie jest tu niczemu winien. A że korzysta z okazji, jaką tworzą mu warunki – jego prawo.

 

Trudno jednak nie dostrzegać, że Jacek Kurski, promując od kilku lat disco polo jako najbardziej widoczny w publicznej telewizji nurt muzyczny, realizuje miłą swojemu obozowi politycznemu agendę. Mówiąc wprost, a nawet bardzo bezpośrednio – Zenkiem Martyniukiem TVP pokazuje „fucka” zgniłym elitkom. To część opowieści o pretensjonalnych „bogaczach” z warszawki, nienawidzących i gardzących prostym „ludem”, dla którego idolem jest Martyniuk. Kwintesencją tego przesłania był słynny materiał „Wiadomości” z paskiem „Pseudoelity zazdroszczą Polakom Sylwestra”.

 

To oczywiście nie jest takie proste. Te elity są bowiem nierzadko nie bardziej wyrobione kulturalnie niż ci, którymi w narracji obozu rządzącego albo i faktycznie pogardzają. Z drugiej strony na niebezpieczne sprymitywizowanie gustów wskazują ludzie, którzy dalecy są od poglądów Tomasza Lisa czy Kingi Rusin. Ale narracje tego typu muszą wszystko upraszczać.

 

Po drugie – publiczne media muszą w jakimś stopniu uwzględniać bohaterów masowej wyobraźni i masowe gusta. Jeśli – piszę „jeśli”, ponieważ badań na ten temat nie ma – faktycznie znaczna część Polaków disco polo lubi, to w publicznych mediach powinno być dla niego miejsce. Czy jednak jednym z największych finansowanych przez TVP przedsięwzięć powinien być akurat film o muzyku disco polo?

 

Po trzecie – i tu dochodzimy do najpoważniejszego problemu – media publiczne są zobowiązane do realizacji misji. Misja nie oznacza podążania we wszystkim za gustami publiczności, ale w niektórych przypadkach próbę ich kształtowania, a przynajmniej wskazywania inspirujących alternatyw. Z tego punktu widzenia wyprodukowanie „Zenka” wydaje się bardzo wątpliwe.

 

Pisałem jakiś czas temu na portalu SDP, że – będąc wielbicielem muzyki dawnej, zwłaszcza barokowej – nie oczekuję przecież, że masowa publiczność będzie się podczas Sylwestra TVP bawić przy suitach Samuela Scheidta (swoją drogą bardzo polecam) czy koncertach Bacha na orkiestrę i klawesyn. To absurd. Ale media publiczne powinny odgrywać również rolę edukacyjną, nakierowując swoich odbiorców na to, co jednak nieco ambitniejsze.

 

Dysproporcja pomiędzy promocją, jaką TVP urządza disco polo jako gatunkowi w ogóle a wszelkimi innymi rodzajami muzyki jest uderzająca. Jeśli telewizja publiczna chciała wyprodukować film o polskim muzyku, to czy naprawdę pierwszym i najlepszym wyborem był pan Martyniuk? Czy to jest wybór jakościowy, zgodny z misją, popychający jakąś część Polaków do zainteresowania się sztuką trochę ambitniejszą niż ta najbardziej popularna – przy straszliwej nędzy edukacji muzycznej? Bynajmniej. I o to można mieć do TVP słuszną i zasadną pretensję.

 

Na koniec, nieco obok tematu, ale jednak à propos: zazdroszczę choćby Francuzom. We Francji działa jeden z najbardziej znanych zespołów, grających muzykę dawną: Les Talents Lyriques pod kierownictwem wybitnego klawesynisty Christophe’a Rousseta (jego wykonanie „Wariacji Goldbergowskich” to jedna z moich ulubionych płyt). To światowa ekstraklasa z kilkudziesięcioma płytami na koncie i koncertami na całym globie. Les Talents Lyriques znajdują jednak czas na programy edukacyjne. Dzieci ze szkół – zwykłych, publicznych szkół z prowincjonalnej Francji daleko od stolicy – są zapraszane na próby zespołu, w trakcie których zapoznają się z instrumentami, muzyką, pracą artystów. Inna forma to koncerty partycypacyjne, podczas których uczniowie mogą muzykę komentować, zadawać pytania, dociekać tego, co ich interesuje. Są też zaproszenia do miejsc, gdzie zespół stale występuje, oraz oczywiście nauka gry. Na swojej stronie zespół przywołuje opinię jednego z uczniów z Collège Langevin (bynajmniej nie w Paryżu, a w niewielkim Saint-Juinien nieopodal Limoges), który brał udział w próbie „Horacjuszy” Antonio Salieriego w paryskiej filharmonii: „Nie rozumiem, czemu nie słuchałem tej muzyki wcześniej, jest genialna!”.

 

Szkoda, że państwo polskie – także finansowane przez podatników media – porządną edukację muzyczną właściwie sobie odpuściło.

 

Łukasz Warzecha

Ciężko być dziennikarzem na Słowacji – rozmowa z politologiem dr. ŁUKASZEM LEWKOWICZEM

Ján Kuciak stał się symbolem bezkompromisowości w dążeniu do ujawnienia patologii władzy Po jego śmierci można zauważyć pewien rozkwit dziennikarstwa śledczego i politycznego  – mówi dr Łukasz Lewkowicz, politolog z Wydziału Politologii i Dziennikarstwa UMCS i Instytutu Europy Środkowej w Lublinie w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

13 stycznia rozpoczął się na Słowacji proces czterech podejrzanych o zlecenie i wykonanie zabójstwa dziennikarza śledczego Jána Kuciaka. Jak to możliwe, że w XXI wieku, w środku Europy, w demokratycznym państwie, mogło dojść do takiego morderstwa?

 

To jest dobre pytanie, bo prędzej takiego wydarzenia można się było spodziewać w państwach, które mają problem z demokracją, gdzie do zabójstw dziennikarzy dochodziło wcześniej – w Rosji, na Ukrainie, czy w Turcji.

 

Kuciak zginął, bo interesował się związkami grup przestępczych z władzą i biznesem. Właśnie mija dwa lata od tragedii, którą obserwuje Pan od samego początku. Pamięta Pan pierwsze reakcje na doniesienia o zabójstwie?

 

Byłem w szoku, bo to było przełomowe wydarzenie na Słowacji. Jak chyba wówczas każdy zadawałem sobie pytanie: dlaczego Kuciak zginął? Należy jednak pamiętać, że zanim jeszcze doszło do tego zabójstwa, od dłuższego czasu na Słowacji panowała nieprzychylna dla dziennikarzy atmosfera.

 

Ówczesny premier Robert Fico znany był ze swoich wulgarnych wypowiedzi kierowanych pod adresem dziennikarzy zadających mu niewygodne pytania.

 

Tak, zdarzało się, że nazywał krytykujących go dziennikarzy „prostytutkami”.

 

Była nagonka na dziennikarzy?

 

Na pewno atmosfera nie sprzyjała komfortowi pracy mediów.

 

Ján Kuciak i jego narzeczona Martina Kušnírová zostali zamordowani 21 lutego 2018 roku w swoim domu niedaleko Trnawy. Od początku te zabójstwa wiązano z pracą dziennikarza.

 

To była egzekucja w stylu mafijnym. Kuciak interesował się powiązaniami najważniejszych słowackich polityków i biznesmenów z lokalnymi grupami przestępczymi. Pisał o działalności włoskiej mafii, której przedstawiciele podejrzewani byli o wyłudzenia podatku VAT i dopłat rolniczych z UE we wschodniej Słowacji. Miał wielu wrogów.

 

Wróćmy do procesu. Na pierwszej rozprawie, były wojskowy Miroslav Marček przyznał się do zabójstwa dziennikarza. Miał za to otrzymać 50 tys. euro. Ale wciąż nie wiadomo kto był zleceniodawcą.

 

W marcu ubiegłego roku zarzut zlecenia zabójstwa postawiono Mariánowi Kočnerowi – przedsiębiorcy, przeciwko któremu Kuciak prowadził dziennikarskie śledztwo. Ten jednak nie przyznaje się do winy i odmawia składania zeznań.

 

Ale mówią inni. Na przykład były dziennikarz śledczy i były współpracownik służb specjalnych Péter Tóth.

 

Tak. Podczas procesu Tóth zeznał, że na zlecenie Kočnera śledził Kuciaka i 27 innych dziennikarzy. Chodziło o znalezienie i opublikowanie dyskredytujących ich informacji. Według Tótha akcję tę miał wspierać finansowo syn jednego z najbogatszych słowackich biznesmenów. Za jego pieniądze kupiono m.in. dwa samochody, sprzęt podsłuchowy, opłacano także współpracujących w ramach inwigilacji ludzi.

 

Skoro to była szersza akcja obejmująca nie tylko Kuciaka, to znaczy, że dziennikarstwo śledcze na Słowacji było wówczas w dobrej kondycji?

 

Jest kilku rozpoznawalnych dziennikarzy, którzy zajmują się dziennikarstwem śledczym lub też pracą na pograniczu dziennikarstwa śledczego i politycznego. To są zwykle osoby związane z mediami należącymi do dużych koncernów medialnych.

 

Tak jak w przypadku Kuciaka. Za nim stał Ringier Axel Springer.

 

To prawda. Wprawdzie on zmieniał redakcje, ale w okresie przed śmiercią pracował dla Aktuality.sk, które jest częścią tego koncernu.

 

To pomagało?

 

Na pewno. Siła mediów słowackich jest wprost proporcjonalna od siły finansowej, organizacyjnej i prawnej koncernu, który za nimi stoi.

 

A jak zatem wygląda rynek medialny na Słowacji?

 

Prywatyzacja z lat 90. spowodowała, że mamy duże koncerny medialne kontra media publiczne, prezentujące głównie punkt widzenia rządzących, sprawujących w danym momencie władzę. Jeśli chodzi o media niezwiązane z władzą, to do najbardziej opiniotwórczych mediów należy zaliczyć liberalny dziennik „SME”, antyrządowy w tym momencie „Denník N”, prezentująca lewicowy punkt wiedzenia „Pravda” i „Hospodářské nowiny”, w których dominuje tematyka ekonomiczna.

Bardzo popularny jest oczywiście portal Aktuality.sk, w którym publikował Kuciak. Wśród tygodników można wymienić „.týždeň”.

Jeśli chodzi o telewizję, to poza publicznymi „Jedynką” i „Dwójką” popularna jest  informacyjno-publicystyczna, komercyjna stacja TA3. Jest też bardziej rozrywkowa Markiza oraz TV JOJ.

Całkiem nieźle radzi sobie na słowackim rynku medialnym radio, głównie stacje prywatne, jak Radio Expres czy Fun Radio.

Natomiast pewną specyfiką medialnego rynku na Słowacji jest duży wpływ mediów alternatywnych, które nie wiadomo jak są finansowane i w czyim interesie występują, ale często mają charakter prorosyjski.

 

Z czego to wynika?

 

To są pewne tradycje historyczne wywodzące się jeszcze z XIX wieku, czyli związane z popularnym na Słowacji panslawizmem. Właściwie poza 1968 rokiem, Słowacja nie postrzegała Rosji jako swojego wroga. I te historyczne i kulturowe doświadczenia do dzisiaj rezonują i powodują, że społeczeństwo słowackie nie jest antyrosyjskie. A to oznacza, że te media mają racje bytu.

 

Jaki jest ich cel?

 

Zwykle nie są wprost prorosyjskie. To nie jest słowacka wersja Sputnika. To są często media z pozoru neutralne, utrzymywane z wpłat niezwiązanych z biznesem rosyjskim, czy rosyjskimi służbami. Teoretycznie to są oddolne inicjatywy, które nie wychwalają wprost Rosji, lecz bardziej skupiają się na sianie spiskowych teorii dziejów.

 

Typowa rosyjska propaganda, która swój rozkwit przeżywa od momentu aneksji Krymu.

 

Dokładnie. To są media antyzachodnie, antyliberalne. Pisze się w nich i mówi o „zgniłym Zachodzie”, krytykuje działania amerykańskie na świecie. Ta narracja jest zdecydowanie antyzachodnia, a przez to automatycznie prorosyjska.

Co ciekawe, jest wielu polityków zarówno z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej na Słowacji, którzy promują te media, co niewątpliwie je wzmacnia i sprawia, że są wpływowe.

 

Co to są za strony?

 

Jest ich bardzo dużo. Niektóre funkcjonują od dłuższego czasu, niektóre są zawieszane lub likwidowane, a po jakimś czasie wznawiają działalność.

Z głównych tytułów można wymienić bardzo popularny magazyn „Zem&Vek”, którego nakład sięgał swego czasu 30 tys. egzemplarzy, rozgłośnię Slobodný Vysielač, czy też stworzony przez mieszkającego na Słowacji Rosjanina chelemendik.sk. Do siania dezinformacji wykorzystywane są także popularne media społecznościowe, przede wszystkim Facebook.

Dużo tego typu serwisów i stron internetowych uaktywniło się na Słowacji po 2014 roku i pokazywało rosyjską wersję konfliktu na wschodzie Ukrainy.

 

Wróćmy do Jána Kuciaka. Śmierć dziennikarza wywołała niespotykane od 1989 roku masowe demonstracje na Słowacji, w wyniku których doszło do wielu dymisji i upadku rządu Roberta Ficy. Czy zatem sprawa Kuciaka jest dowodem na siłę dziennikarstwa śledczego na Słowacji, czy wręcz przeciwnie: zabójstwo dziennikarza, którego państwo nie było w stanie obronić, obnażyło patologie państwa?

 

Na pewno państwo słowackie pokazało słabość przed tym morderstwem. Tym bardziej, że były sygnały o tym, że już wcześniej grożono Kuciakowi. I wówczas państwo i jego służby nie zareagowały, choćby poprzez przyznanie dziennikarzowi ochrony. Z drugiej strony było to wydarzenie, które wywołało ogromną zmianę na scenie politycznej. Poza tym zaczęto też dyskutować o kondycji dziennikarstwa śledczego i w ogóle o stanie mediów na Słowacji.

 

I jaka jest diagnoza?

 

Słowacja jest ciekawym krajem, w którym funkcjonuje wiele mediów niezależnych od władzy. Po śmierci Kuciaka można nawet zauważyć pewien rozkwit dziennikarstwa śledczego i politycznego, który doprowadził między innymi do ujawnienia działalności albańskich grup mafijnych na Słowacji. Dość powszechnie analizowane są w mediach powiązania byłego premiera Roberta Fico i innych polityków ze światem przestępczym.

 

Czyli jest coś takiego jak mit Kuciaka?

 

W pewnym sensie tak. Kuciak stał się symbolem niezależności i bezkompromisowości w dążeniu do ujawnienia patologii władzy. Z drugiej strony pamiętajmy o cenie jaką za to zapłacił. Ta pokazowa egzekucja pokazała, że dziennikarstwo na Słowacji jest niebezpiecznym zawodem i nie wiadomo, czy ostatecznie nie odstraszy ona mediów od prowadzenia działalności śledczej.

 

Jest takie zagrożenie?

 

Oczywiście, bo mimo niezależnie od sprawy Kuciaka, dziennikarstwo śledcze na Słowacji boryka się z takimi samymi problemami jak i w Polsce. Redakcje rezygnują z tej formy działalności, bo jest czasochłonna i droga.

 

A jaka jest kondycja zawodowa samych dziennikarzy?

 

Ta sytuacja jest niejednoznaczna. Z jednej strony środowisko dziennikarskie zmaga się z tymi samymi bolączkami co dziennikarze w Polsce. Najczęstsze problemy to niestabilność zatrudnienia i niezbyt wysokie zarobki.

Do tego dochodzi niestabilne prawo prasowe, które politycy próbują zmieniać „pod siebie”.

 

To znaczy?

 

Choćby wprowadzenie obowiązku publikowania sprostowań. Politycy, którzy są niezadowoleni z artykułu mają prawo do sprostowania, które musi zostać wydrukowane. Potem redakcja pisze znowu swoje, a polityk znów prostuje. Taki swoisty ping-pong. Nadawca, który nie zastosuje się do nowego prawa, może zostać ukarany wysoką grzywną.

Dodając do tego, niedawną próbę wprowadzenia 50-dniowego moratorium na publikowanie przedwyborczych sondaży, która ostatecznie się nie powiodła, nie sposób nie odnieść wrażenia, że media są na różnych polach atakowane. Co powoduje, że chyba ciężko jest być dziennikarzem na Słowacji.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

 


 

Łukasz Lewkowicz

 

Absolwent politologii i stosunków międzynarodowych na Wydziale Politologii UMCS w Lublinie. W 2011 r. uzyskał stopień doktora. Tematem jego zainteresowań naukowych są m.in. stosunki polsko-słowackie i polsko-czechosłowackie, polityka zagraniczna Słowacji, Grupa Wyszehradzka oraz współpraca transgraniczna w Europie Środkowej.

Pracuje na Wydziale Politologii i Dziennikarstwa UMCS i w Instytucie Europy Środkowej w Lublinie.

 

Czas podcastów – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Prognozy dla dziennikarstwa i social mediów od dłuższego czasu mają elementy wspólne. W tym roku w obu przewidywana jest złota era podcastów. Czy to zjawisko faktycznie podbije rynek? Jakie ma atuty, a jakie niesie niebezpieczeństwa?

 

Prognozy na 2020 rok

 

Bez względu na spór o pochodzenie nazwy, można stwierdzić, że podcast to po prostu cykliczna audycja publikowana w sieci. Do niedawna używano wobec tego zjawiska terminu: audioblogging, a jego korzeni należy poszukiwać na przełomie XX i XXI wieku (najczęściej wymieniana jest data: 2000).

 

W przewidywaniach na bieżący rok, przygotowywanych przez portal Wirtualnemdia, podcasty pojawiły się zarówno w kategorii social media, jak i prasa. W tej pierwszej Lidija Vukić, managing partner w grupie LTTM stwierdziła: „Podcasty, podcasty i jeszcze raz współprace z podcasterami. Tak jak kanały marek na YouTube zdobyły już ugruntowaną pozycję i największe marki widzą w nich znakomity potencjał, tak kolejny rok będzie czasem dużych debiutów w kategorii brandowych podcastów[1]. W tej drugiej Jerzy Wójcik, wydawca „Gazety Wyborczej” (Grupa Agora) ujął rzecz całą w kategorii potencjalnego czerpania zysków nie z reklamy, ale od odbiorców: „Trend – ekonomia subskrypcji, w której samo posiadanie staje się mniej istotne, a ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej jest uzyskiwanie dostępu. To widać wyraźnie od kilku lat na przykładzie rozwoju subskrypcji cyfrowych prasy. Teraz zaczyna to być również widoczne w świecie coraz popularniejszych podcastów[2].

 

Grupa Agora jest żywo zainteresowana tym rynkiem, co podkreśla zainwestowanie w przeprowadzenie badań polskich odbiorców podcastów w 2019 roku. Zauważono w nim m.in., że 27 proc. rodzimych użytkowników Internetu korzysta z audioblogów, co oznacza de facto, że włączyli przynajmniej jedną audycję w ciągu miesiąca poprzedzającego badanie. Jest to znaczny wzrost w porównaniu z badaniami za rok 2018 przeprowadzonymi przez Nielsen dla Storytel Polska, według których korzystających z tych kanałów informacji było o połowę mniej[3].

 

Wracając do analizy Agory, należy zauważyć, że co najmniej raz w tygodniu po podcasty sięgało w ubiegłym roku około 13 proc. użytkowników sieci. Internetowe audycje były głównie źródłem: rozrywki, wiedzy o świecie i relaksu. Podczas wykonywania innych czynności słuchało ich 28 proc. respondentów[4]. Brak konieczności zerkania na ekran jest bez wątpienia jednym z atutów tego medium. Do podbicia rynku z kilkunastoma procentami słuchaczy tygodniowo podcastom jednak wciąż daleko. W przywołanych analizach Agory – „Czas na podcasty! Badanie polskich odbiorców podcastów”, zauważono, że aż 65% obecnych odbiorców treści dostarczanych w ten sposób, zaczęło korzystać z audioblogów w ciągu ostatniego roku. Daje to pewną nadzieję na dalszy rozwój rynku, tym bardziej, że paradoksalnie dzięki prognozom trend się może utrzymać.

 

Wpływ prognozy na rynek

 

Wygląda na to, że w tym wypadku prognozy wyznaczają w Polsce rzeczywiste tendencje. Tematyka podcastów stała się przedmiotem obrad Audytorium 17. Specjalistka od budowania marki osobistej Joanna Malinowska-Parzydło podczas konferencji MarCom Skills Day (29.01.2020 r.) zapowiedziała, że kolejnym jej krokiem w kreacji medialnej będzie właśnie podcast. Jeden ze studentów dziennikarstwa na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach stwierdził w trakcie akademickiej dyskusji, że rezygnuje z bloga na rzecz podcastu, bo to robi się szybciej. W prognozach i debacie publicznej umknęło jednak, że złotą erę audiobloggingu na świecie przewidywano już pięć lat temu… Pytanie o sens tej prognozy postawił na łamach „Journal of Radio and Audio Media” Berry Richard. Wówczas powodem do mówienia o przełomie był tylko jeden podcast. Jedna jedyna audycja, która odnotowywała pół miliona pobrań dziennie. Chodzi o program „This American Life” przygotowywany przez stację radiową WBEZ z Chicago. Jego twórcy sami byli zaskoczeni zdobytą popularnością, nie był to więc element przemyślanej strategii[5]. W podsumowaniu B. Richard stwierdził, że audycja i jej sukces to bez wątpienia zjawisko ciekawe, pokazujące, że jest miejsce w sieci na słowo mówione i dla gawędziarzy, ale nie oznacza to, że z dnia na dzień wzrost uzyska cały rynek. Podkreślił również, że bardzo duże znaczenie dla odbiorców stanowi jakość. Potwierdziły to badania przeprowadzone przez tego uczonego z University of Sunderland.

 

Podcasting – fundamenty powodzenia

 

Miłośnik anglojęzycznych podcastów, programista i twórca gier na urządzenia mobilne – Sebastian Komorowski – już w 2014 roku zwrócił uwagę na rolę, jaką dla tego rynku odegrało Spotify (światowy lider), proponując format biznesowy, dzięki któremu autorzy mogli zarabiać na swoich treściach. W tym miejscu warto zauważyć, że tak, jak sam audioblogging nie jest zjawiskiem nowym, tak samo nowością nie jest zainteresowanie radiem w sieci. Jednym z głównych przykładów udanych działań marketingowych z XX wieku, które opisał Michael Levine w książce: „Partyzanckie Public Relations w Internecie”, są dzieje witryny poświęconej historii radia w Los Angeles. Twórca strony LARadio.com Don Barrett tak podsumował podstawy sukcesu: „Byłem zafascynowany tym tematem, więc łatwo było mi go ogarnąć. (…) Internauci muszą wierzyć, że robisz to dla nich. Jeśli ci się wydaje, że jesteś pępkiem świata, wcześniej, czy później przegrasz[6].

 

Z już przywołanych historii wynika, że podcasting nie jest dla każdego. Są za to wyraźne fundamenty powodzenia. Po pierwsze pasja twórcy, po drugie profesjonalizm i dbałość o jakość, po trzecie czytelne zasady finansowe. Zjawisko wydaje się wręcz wymarzone dla radiowców, którzy w stacjach nie zawsze mogą prowadzić audycje na interesujące ich tematy, lub w odpowiadający im sposób. Mają za to na wysokim poziomie kompetencje niezbędne do zaoferowania słuchaczom dobrego audiobloga. W tym wypadku zainteresowanie tematem Audytorium 17 może przynieść ciekawe rezultaty i dzięki promocji faktycznie zwiększyć liczbę odbiorców tego typu treści w Polsce. Słowem – prognoza dzięki temu może stać się samospełniającą przepowiednią.

 

Trendy w podcastingu

 

Z przywołanych prognoz na 2020 roku wiemy już, że część ekspertów uważa, iż trendem są same podcasty, a jakie trendy są prognozowane dla tego typu mediów? Kurt Kaufer na łamach magazynu „Forbes” przewiduje w USA wzrost udziału audioblogów w rynku reklamy. W Stanach Zjednoczonych z podcastów korzysta ponad połowa internautów, a w tym roku zapowiedzianych jest kilka głośnych debiutów – m.in. projekt firmy Marvel[7]. CJ Haughey zestawił w wortalu Single Grain dziewięć trendów na ten rok:

  1. Wzrost konkurencji między platformami udostępniającymi treści audio,
  2. Wykorzystywanie danych o odbiorcach do silniejszego angażowania słuchaczy,
  3. Wzrost rynku wydarzeń z udziałem autorów podcastów,
  4. Poprawa jakości podcastów,
  5. Optymalizacja podcastów pod względem wyszukiwania głosowego,
  6. Słuchacze zaakceptują wzrost liczby reklam,
  7. Wzrost wydatków na reklamę,
  8. Wzrost zainteresowania odbiorców treściami dziś niszowymi – diety roślinne, segregacja odpadów, ale też historia,
  9. Optymalizacja reklam w czasie rzeczywistym[8].

 

Dużo z powyższych uwag dotyczy zmiany postrzegania podcastów przez potencjalnych reklamodawców. Haughey stwierdził, że o nadchodzeniu złotej ery dla tego typu mediów mówi się już od tak dawna, iż firmy powinny wreszcie dostrzec ten potencjał. Wskazywał w tym zakresie na takie atuty jak wykorzystywanie autorytetu gospodarza programu jako lidera opinii, czy minimalizacja ryzyka użycia programów blokujących reklamę przez odbiorców. Stwierdził też, że 80 proc. podcastów jest słuchanych do końca.

 

Z doświadczeń podcastera

 

Podcasty obchodzą w tym roku dwudziestolecie swojego istnienia. Te cykliczne audycje publikowane w Internecie przyjmują różne formy – monologów, wywiadów, dyskusji między twórcami. Znajdziemy w tym zbiorze również relacje i programy przedstawiające opinie ludzi reprezentujących różne poglądy, powplatane w wypowiedź autora.

 

Autor niniejszego artykułu swój podcast – Radioblog.PL[9] – prowadził w latach 2011-2013 r. Audycje powstawały w oparciu o wywiady z ekspertami w dziedzinie mediów, social mediów i kultury. Wbrew przywołanej opinii studenta dziennikarstwa podcasting nie jest szybszy od blogowania, jeśli robić go solidnie. Oprócz znajomości tematu przez prowadzącego istotną rolę odgrywa jakość. Oznacza to inwestycję w profesjonalny sprzęt do nagrywania i ewentualnie oprogramowanie, bo dostępne bezpłatnie AudaCity daje dziś wystarczające możliwości do obrabiania dźwięku. Obsługi należy się jednak nauczyć. Odcinek trzeba nagrać, zmontować, powycinać przeszkadzające oddechy, mlaśnięcia, błędy. Przydatny jest profesjonalny sygnał – motyw muzyczny na wysokim poziomie. Jingiel Radiobloga skomponowali muzycy grupy Ankh, legitymującej się odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Nieodzowna zdaje się identyfikacja wizualna: logotyp, wykorzystywane motywy graficzne, kolorystyka etc. Każdy odcinek musi mieć swój opis – choćby i krótki, ale zawierający słowa kluczowe. Jeśli stawiamy na wywiady, oznacza to zarezerwowanie czasu na dotarcie do rozmówcy, wybór miejsca spotkania etc. Podcasting nie jest narzędziem prostym, a robienie tego dobrze i z sukcesem to duża sztuka. Słowem, tak jak w przypadku każdego trendu, trzeba się dobrze zastanowić, czy ta moda do nas pasuje.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podsumowanie-roku-w-social-mediach-2-prognozy-na-rok-2020 – dostęp 09.02.2020 r.

[2] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podsumowanie-roku-prasa-rynek-prasowy-prognoza-2020 – dostęp 09.02.2020 r.

[3] http://www.portalmedialny.pl/art/66654/poowa-internautow-zna-termin-podcast-a-12-proc-suchao-podcastu-w-ostatnim-miesiacu.html – dostęp 09.02.2020 r.

[4] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podcasty-coraz-popularniejsze-w-polsce-sluchane-dla-wiedzy-rozrywki-i-relaksu – dostęp 09.02.2020 r.

[5] https://sure.sunderland.ac.uk/id/eprint/6524/3/JRAM_Podcasting_BERRY-%20FINAL.pdf – dostęp 09.02.2020 r.

[6] M. Levine, Partyzanckie Public Relations w Internecie, Agencja Wydawnicza Placet, Warszawa 2003, s. 52-53.

[7] https://www.forbes.com/sites/forbesagencycouncil/2020/01/06/podcast-advertising-trend-predictions-for-2020/#7cd5cf476a14 – dostęp 09.02.2020 r.

[8] Źródło: https://www.singlegrain.com/podcast/podcast-trends-2020/ – dostęp 09.02.2020 r.

[9] Zapowiedź kanału na YouTube z 2011 roku – https://www.youtube.com/watch?v=F8BvlSMOCUc – dostęp 09.02.2020 r.

Po Machale – ks. ARTUR STOPKA o sprzedanym dziennikarstwie

Jest istotna różnica między sprzedawaniem efektów swojej pracy, a sprzedaniem się. Życie dowodzi, że w świecie mass mediów granica między tymi dwoma transakcjami bywa niebezpiecznie cienka i łatwo ją przekroczyć, zignorować lub w ogóle jej nie zauważyć.

 

Na długo pozostanie symbolem przekraczania granic między dziennikarstwem a działem sprzedaży firmy”. Tak przeszłość Tomasza Machały,  byłego już redaktora naczelnego czołowego w polskojęzycznym Internecie portalu Wirtualna Polska widzi dziennikarka jednego z tygodników opinii. Być może. Jednak w całej sprawie nie o symbole chodzi, lecz o codzienną praktykę w delikatnej sferze finansowania środków społecznej komunikacji, takich jak gazety, radio, telewizja czy rozmaite przedsięwzięcia w globalnej sieci. Łatwo dostrzec, że wśród komentarzy odnoszących się do tej kwestii, sporo jest głosów pesymistycznych. Może się okazać, że konkretny ujawniony przypadek będzie dla dysponentów mediów przestrogą skłaniającą nie do zmiany na lepsze obowiązujących w ich firmach standardów i stopnia ich przestrzegania, lecz do skuteczniejszego maskowania rozmaitych wątpliwych działań i trzymania buzi na kłódkę.

 

Media, aby istnieć i spełniać swoją społeczną misję, potrzebują środków. Dzisiaj bardzo często mamy do czynienia z odwróceniem celów. Właściciele i zarządcy mediów za ich główne zadanie uznają zarabianie pieniędzy. Takie podejście całkowicie zmienia sposób widzenia dziennikarstwa. I niejednokrotnie drastycznie wpływa na sposób, w jaki jest realizowane. Dziennikarz przestaje sprzedawać swoje dzieła, lecz sam staje się towarem, a jego faktycznym zajęciem staje się manipulowanie odbiorcą, wprowadzenie go w błąd, fałszowanie obrazu rzeczywistości. Jest to karygodne i niedopuszczalne nadużycie zaufania czytelników, słuchaczy, widzów.

 

Problem nie jest nowy. Istnieje od dawna. I dotyczy nie tylko rozmycia granic między dziennikarstwem a reklamą. Chodzi również o coraz trudniejsze – jak się okazuje – do wytyczenia granice między dziennikarstwem a propagandą. Powstaje swoisty „trójkąt bermudzki”, w którym znikają elementarne zasady tworzenia materiałów dziennikarskich, a zastępują je sieci powiązań biznesowych i politycznych oraz układy zbudowane na wzajemnych korzyściach. Skutkiem funkcjonowania takiej anomalii są miliony poszkodowanych odbiorców, którzy w dobrej wierze sięgają po dostarczane im treści, nie zdając sobie sprawy, że otrzymują owoc zatruty i szkodliwy. Nie mają świadomości, że wpycha się im reklamę lub propagandę zamiast rzetelnej informacji i uczciwego komentarza.

 

Czy media są faktycznie beneficjentem takiego stanu rzeczy? Tak mogłoby się wydawać, lecz to nieprawda. W rzeczywistości stają się zakładnikiem. Coraz bardziej uzależniają się od zewnętrznych wpływów i nieformalnych zleceń. Coraz bardziej uwikłane, przestają służyć prawdzie i dobru wspólnemu. Tracą wiarygodność (nawet jeżeli nadal część odbiorców chce im ufać). Kodeksy etyki dziennikarskiej i etyki reklamy okazują się zbiorami fikcyjnych formułek, szokująco odległych od rzeczywistości. Przestają być nawet zbiorem pobożnych życzeń. Króluje pogoń za pieniądzem i władzą. Lecz już nie chodzi o tzw. czwartą władzę, której istotą jest służba kontrolna dla dobra społeczeństwa, aby we władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej nie dochodziło do nadużyć i korupcji. W ogóle przestaje chodzić o rozumienie misji mediów i dziennikarstwa jako służby na rzecz dobra wspólnego.

 

Prawie ćwierć wieku temu, w roku 1997, Papieska Rada do spraw Środków Społecznego Przekazu wydała dokument zatytułowany „Etyka w reklamie”. Watykańska dykasteria zwróciła w nim. m. in. uwagę, że reklama wywiera pośredni, ale przemożny wpływ na społeczeństwo poprzez oddziaływanie na same środki przekazu. Z jednej strony istnienie wielu mediów jest uzależnione od dochodów z reklamy. Z drugiej strony fakt, że reklamodawcy chcą dotrzeć do odbiorców, powoduje, iż media muszą w taki sposób kształtować przekazywane treści, aby przyciągnąć odbiorców o określonej liczebności i spełniających konkretne kryteria. „To uzależnienie ekonomiczne środków przekazu, oraz władza jaką daje ono reklamodawcom, nakłada poważną odpowiedzialność na obydwie strony” – konstatuje dokument Stolicy Apostolskiej. Widać tu aspekt problemu, na który rzadko zwraca się uwagę. Problem nie leży tylko po stronie dziennikarzy i ich szefów, ale również po stronie tych, którzy bezwzględnie dążą do tego, aby przemienić media w posłuszne im i całkowicie dyspozycyjne narzędzia. Przekonanie, że wszystko jest na sprzedaż, ma zdecydowanie demoralizujące skutki. Nie tylko w sferze mediów.

 

Artur Stopka

Dziennikarz ma tworzyć piękne i mądre historie – ks. MARIUSZ FRUKACZ o orędziu papieża Franciszka

Ojciec Święty w Orędziu na 54. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu przypomina bardzo ważną rzecz: dziennikarstwo ma służyć dobru człowieka. Ma pomóc ludziom leczyć rany, a nie zadawać nowe, jeszcze boleśniejsze.

 

Ilekroć rozmawiam z ludźmi o tym, co chcieliby przeczytać albo zobaczyć, okazuje się, że potrzebują  oni ciekawych i budujących historii. Bardzo ważne są historie innych ludzi, którzy poradzili sobie z takim czy innym problemem w swoim życiu. Czytelnicy potrzebują konkretnych świadectw, chcą ciekawych historii, narracji, która powie dużo o naszym życiu i otaczającym nas świecie. Takie zadanie nam, dziennikarzom, zostawia papież Franciszek w Orędziu na na 54. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu zatytułowanym: „Obyś mógł opowiadać i utrwalić w pamięci” (por. Wj 10, 2). Życie staje się historią”.

 

„Chciałbym Orędzie na ten rok poświęcić tematowi narracji, ponieważ wierzę, że aby się nie zagubić, powinniśmy oddychać prawdą dobrych historii, takich, które budują, a nie niszczą; historii, które pomagają odnaleźć korzenie i siłę, aby iść razem naprzód. W zamieszaniu otaczających nas głosów i przesłań potrzebujemy ludzkiej narracji, która opowie nam o nas oraz o pięknie w nas mieszkającym; narracji, która potrafi oglądać świat i wydarzenia z czułością; opowiadającej o naszym istnieniu jako o żywej tkance, ukazującej splot powiązań, poprzez które jesteśmy złączeni jedni z drugimi” – pisze w swoim orędziu papież Franciszek.

 

Opowiedzieć swoją historię

 

Ojciec Święty, poruszając temat narracji w przekazie medialnym, przypomina, że „człowiek jest bytem opowiadającym” i że „jest nie tylko jedynym bytem, który potrzebuje ubrania, aby ukryć swoją nagość (por. Rdz 3, 21), ale pozostaje także jedynym, który potrzebuje wypowiedzenia siebie, „wyrażenia siebie” poprzez historie, aby utrwalić swoje życie. Nie tkamy jedynie ubrań, ale również historie”.

 

Rodzi się zatem pytanie, czy istotnie sensacja jest ważniejsza od ciekawej historii? Często słyszymy opinię, że sensacja sprawia to, iż ludzie chętniej sięgają po gazetę, aby ją przeczytać. I rzeczywiście wciąż króluje zasada, że „zła wiadomość to dobra wiadomość”. A może jednak warto wzmocnić zasadę, że „dobra wiadomość to najlepsza wiadomość”, i budować świat dobrych wiadomości.  Papież zwraca uwagę, że „często w sieci komunikacyjnej, zamiast budujących opowiadań, które są spoiwem więzi społecznych i kulturowych, powstają historie destrukcyjne i prowokacyjne, które niszczą i rwą delikatne nici współistnienia. Zestawiają one razem niesprawdzone informacje, powtarzając wypowiedzi banalne i fałszywie przekonujące, uderzając hasłami nienawiści. Nie tworzy się wtedy ludzkiej historii, ale odziera się człowieka z jego godności”.

 

Ojciec Święty przypomina tutaj bardzo ważną rzecz, że dziennikarstwo ma służyć dobru człowieka. Ma pomóc ludziom leczyć rany, a nie zadawać nowe, jeszcze boleśniejsze. „Podczas gdy opowiadania używane dla celów instrumentalnych oraz podporządkowujących umysły mają krótki żywot, dobra historia jest w stanie przekroczyć granice czasu i przestrzeni. Pomimo upływu wieków pozostaje aktualna, ponieważ daje pokarm życiu” –  podkreśla papież.

 

W tym kontekście przypominają się słowa jednego z największych teologów XX wieku – Hansa Ursa von Balthasara, że „mowa jest dla człowieka wolnym ujawnieniem innym ludziom własnego wnętrza”.

 

Prawda, dobro, piękno

 

W swoim orędziu papież Franciszek sięga również do metafizyki chrześcijańskiej i przypomina tzw. transcendentalia: prawdę (verum), dobro (bonum) i piękno (pulchrum), których moim zdaniem, brakuje w przekazie medialnym. Ojciec Święty wskazuje, że „w epoce, w której fałszerstwo ukazuje się jako coraz bardziej wyrafinowane i osiąga zastraszający poziom (deepfake), potrzebujemy mądrości, aby zebrać i stworzyć opowiadania piękne, prawdziwe i dobre”.

 

To, co dla mnie osobiście jest bardzo ważne, to fakt, że Ojciec Święty wskazuje na Biblię jako źródło inspiracji dla narracji budujących innych ludzi. Kiedy pisze, że „Biblia jest wielką historią miłości między Bogiem a ludzkością”, to niejako przywraca Pismo Święte codziennemu życiu ludzi. Kiedyś ks. Józef Tischner napisał, że nie wystarczy myśleć o Ewangelii, ale trzeba myśleć Ewangelią. I właśnie na to zwraca uwagę papież, kiedy pisze, że „każdy z nas zna różne historie pachnące Ewangelią, które dały świadectwo Miłości przemieniającej życie. Te historie zasługują na dzielenie się nimi, na opowiadanie ich, na ożywianie ich w każdym czasie, w każdym języku, poprzez wszystkie środki komunikowania”.

 

Papież nam, dziennikarzom, przypomina, że „nie chodzi o gonienie za logiką opowiadanych historii (storytelling) ani o robienie im czy sobie reklamy, ale o przypominanie o tym, kim jesteśmy w oczach Boga, oraz o świadczenie o tym, co Duch Święty pisze w sercach, o objawianie każdemu, że jego historia zawiera rzeczy wspaniałe”. I dodaje: „W każde wielkie opowiadanie wkracza nasze opowiadanie. Kiedy czytamy Pismo Święte, historie świętych, także te teksty, które potrafiły odczytać duszę człowieka i wydobyć na światło jej piękno, Duch Święty może pisać w naszych sercach, odnawiając w nas pamięć tego, kim jesteśmy w oczach Boga”.

 

Papież, pisząc o narracji, moim zdaniem, wskazuje na ważny wymiar naszej pracy dziennikarskiej. Wiem, że jako dziennikarz mam „pisać” w sercu, nieść historię do serca. Moje teksty powinny budować i bić rytmem ludzkiego życia.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Panikowirusy i inne epidemie – MIROSŁAW USIDUS o panice i manipulacji w sieci

Jako zagorzały przeciwnik cenzury i ograniczeń swobody wypowiedzi w mediach, nie tylko internetowych, a jednocześnie częsty krytyk chińskiego zamordyzmu w tej dziedzinie, musiałem jednak ostatnio przemyśleć całą kwestię jeszcze raz, gdy ujrzałem, co wokół epidemii koronawirusa dzieje się w Internecie, social mediach i okolicy.

 

Dość często można znaleźć opinie, że chińskie władze, cenzurując i blokując informacje na temat epidemii, ukrywają prawdziwą liczbę zarażonych szczepem 2019-nCoV i śmiertelnych ofiar choroby. Czy te doniesienia mają wiele wspólnego z prawdą, czy są tylko szumem, nie wiem. Są oficjalne dane, którym mogę nie wierzyć, ale, prawdę mówiąc, alternatywa, czyli tysiące nie wiadomo skąd pochodzących sensacji o setkach tysięcy a nawet milionach trupów, wygląda jak cuchnące fakenewsowe bagno. Podobnie mnożące się w sieciach społecznościowych pozbawione kontekstu filmiki pokazujące jakichś rzekomo padających na ulicy „na koronawirusa”, ludzi czy chorych, konających w drgawkach w szpitalu, wzbudzają zaufanie bliskie zeru.

 

I ja, człowiek nienawidzący cenzury, zaczynam zastanawiać się, czy polityka informacyjna chińskich władz, nawet jeśli sporo ukrywają, nie jest czymś lepszym niż internetowe sianie histerii i panikarstwo za pomocą fejków, a w najlepszym razie – manipulacji. Jest prawie pewne, że dołożenie paniki do i tak poważnej sytuacji nikomu życia nie uratuje a całkiem prawdopodobne, że wręcz przeciwnie. Inaczej mówiąc, Pekin, nawet jeśli sporo ukrywa, to raczej nie dlatego, by więcej ludzi zmarło, lecz po to aby panować nad sytuacją. A w tej sytuacji chyba nikt nie zaprzeczy, że panowanie nad sytuacją jest lepsze niż jego brak.

 

Przedstawiona niedawno m. in. przez „Financial Times”, teza, jakoby ukrywanie przez chińskie władze i WHO faktu pojawienia się koronawirusa, przyczyniło się do jego rozpowszechnienia, też mnie niespecjalnie przekonuje. Po pierwsze, prawdopodobnie ani Pekin, ani międzynarodowa organizacja, nie miały wystarczających informacji. Po drugie, nawet jeśli były niepokojące sygnały, to z kolei mocno dyskusyjne jest, czy alarmowanie społeczeństwa na pełny megafon jest najrozsądniejszą strategią.

 

Uzasadniona jest krytyka bierności czy nieudolności lokalnych władz w Chinach. Ale o dziwo, według doniesień znających tamte warunki i okoliczności, chiński Internet jest pełen tego rodzaju demaskatorskich treści. Czyli krytyka na poziomie lokalnym jest co najmniej tolerowana a niektórzy sugerują, że nawet wspierana, przez władze centralne. Zapewne chodzi o zogniskowanie społecznego gniewu z dala od KC KPCh. Jednak osoby umiejące czytać teksty powstające w warunkach cenzury dostrzegą w ściśle kontrolowanym chińskim Internecie nawet ataki na przewodniczącego Xi Jinpinga, wyrażane w bardzo specyficznej formie. Jeśli ktoś bowiem zauważy pisane tam na różnych forach komentarze typu „Trump jest nieudolny”, „Trump powinien odejść”, to niech chwilę zastanowi się, czy naprawdę chodzi o amerykańskiego prezydenta…

 

Naukowiec panikarz

 

Większość z nas jednak nie potrafi ani trochę czytać po chińsku. Nie odwiedzamy też chińskich portali społecznościowych, takich jak Weibo i WeChat. Gdy na Twittera i na Facebooka trafiają filmiki skopiowane (podobno) z chińskich mediów społecznościowych, trudno jest nam ocenić wiarygodność i kontekst tych publikacji. Jednak chińska blokada i ostrożność zachodnich mediów, przynajmniej tych, które starają się trzymać standardów, wytworzyły swoisty głód informacji na temat koronawirusa. A skoro jest popyt, pojawiła się też podaż. Głodni nie wybrzydzają. Zaś dla tych, którzy starają się zachować sceptycyzm i krytycyzm, są bardziej wyrafinowane dania.

 

Media cytują przykład Erica Feigl-Ding, mieszkającego w Waszyngtonie badacza zagadnień zdrowia publicznego z Uniwersytetu Harvarda, który na Twitterze podał dalej informację o współczynniku zakażania dla koronawirusa z Wuhan – R0, wynoszącą według cytowanego opracowania 3,8, co oznacza, że każda osoba, która złapie infekcję, przekaże ją średnio prawie 4 innym osobom a to z kolei jest niezwykle wysoki poziom, taki którego Feigl-Ding, jak zapewnia „nie widział w swojej karierze”. Pisał na Twitterze, że jesteśmy „w obliczu epidemii najbardziej zjadliwego wirusa, jakiego kiedykolwiek widział świat”.

 

Po jego postach Twitter oszalał. Społecznościowa „wirusowość” jego publikacji była znacznie większa niż najczarniejsze obawy co do koronawirusa. Wątek wkrótce miał tysiące retweetów. Konto Feigl-Dinga zostało zalane nowymi obserwującymi. Ta część Internetu, która nie kupuje łatwo nie wiadomo skąd, jak i kiedy wziętych filmików z chiński opisami, miała w tym przypadku przed sobą epidemiologa z Harvardu, który potwierdza najgorsze obawy.

 

Nie każdy już jednak zdołał zauważyć, że Feigl-Ding powoływał się na pracę badawczą, która miała charakter wstępny i nie była recenzowana. Pominął też pewne dość istotne fakty, przede wszystkim takie, że inne choroby zakaźne, takie jak odra, również mają bardzo wysokie wartości R0. Popełnił też oczywisty błąd – napisał, że nowy wirus jest osiem razy bardziej zakaźny niż SARS, podczas gdy w rzeczywistości SARS miał R0 w zakresie od 2 do 5, bardzo porównywalne z podawanymi przez niego samego szacunkami dla nowego koronawirusa. Trzeba dodać, iż Feigl-Ding usunął tweet o SARS, gdy tylko zdał sobie sprawę z błędu.

 

Na tym nie koniec fact checkingu. Feigl-Ding nie wiedział, że w czasie, gdy tweetował, naukowcy zdążyli już obniżyć swoje szacunki „zaraźliwości” mikroba z Wuhan do 2,5 R0. Ponieważ sprawa stała się głośna, do debaty włączyli się inni poważani eksperci, w tym także harwardzcy koledzy naukowca, zauważając m. in., iż niektóre wysoce zakaźne choroby nie są tak naprawdę aż tak niebezpieczne. Jeden z epidemiologów, Michael Bazaco, odpowiadając Feigl-Dingowi napisał: „To jest siejąca panikę hiperbola, granicząca z nadużyciem, grożąca poważnymi konsekwencjami dla zdrowia publicznego”.

 

Po kilku dniach Feigl-Ding spuścił z alarmistycznego tonu, bo jednak naukowa odpowiedzialność zwyciężyła. Na Twitterze szaleją jednak i są niezwykle popularni inni panikarze, tacy jak np. @howroute rozpościerający przed internautami krajobraz apokalipsy i niechybnej, bliskiej zagłady. W przypadku tego profilu nie jest to zidentyfikowana osoba, choć podaje się za pracownika mediów. Przed kryzysem w Wuhan, @howroute zajmował się głównie publikacją memów uderzających Trumpa. Od czasu wybuchu epidemii konto tweetuje całkowicie pozbawione kontekstu filmy a swoich krytyków oskarża o bycie trollami Chińskiej Partii Komunistycznej. „Jestem jednym z najbardziej wiarygodnych źródeł na temat koronaawirusa na Twitterze. Jak śmiecie kwestionować moje raporty!” – pisze w jednym z komentarzy.

 

Przejdziem odrę w Wietnamie… lub nie przejdziem

 

Problem wirusowości społecznościowej prawdziwych wirusów jest znany od dobrych kilku lat. Już w 2016 roku „The Atlantic” analizował rolę social media w epidemiach, przypominając jak wiosną 2014 r. wietnamskie państwowe media podały, że dziesiątki dzieci zmarło po przyjęciu ich w stołecznych szpitalach w Hanoi z wysypką i wysoką gorączką. Lekarze podali, że przyczyną zgonów była odra, najgorsza jej epidemia w historii Wietnamu. Zrozpaczeni rodzice ofiar ruszyli na Facebooka, by wyrazić swój żal i oburzenie. Razem z nimi ich przyjaciele i sąsiedzi, którzy domagali się informacji, jak epidemia się rozprzestrzenia i czy w ogóle bezpiecznie jest przyprowadzać dzieci do szpitali. Władze rozpowszechniały informacje o zgonach na odrę za pomocą ulotek, biuletynów i aktualizacji na stronie internetowej ministerstwa zdrowia, wspomina w „The Atlantic” pielęgniarka z państwowego szpitala w Hanoi, która prosiła o anonimowość. „Jednak w Internecie było tak dużo publikacji nieoficjalnych na ten temat, że niektórzy wpadli w panikę,” mówiła.

 

Tamtejszy rząd, który sporadycznie blokuje sieć, nie był w stanie ugasić podsycanego przez Facebook strachu, gniewu i poczucia krzywdy, które ogarnęły społeczeństwo. Krytykowano ministra zdrowia Nguyena Thi Kim Tiena, który nie chciał nazwać sytuacji „epidemią”, gdy liczba zgonów dzieci zbliżyła się do 130.  Urzędnicy ministerstwa, publicznie wyjaśniali, dlaczego kierując się zasadami profesjonalnej epidemiologii nie ogłosili wybuchu epidemii, ale to nie wystarczyło, zwłaszcza mediom społecznościowym. Ludzie nie rozumieli sytuacji, byli bombardowani emocjonalnymi treściami, i myśleli, że ministerstwo próbuje ukryć epidemię. Mało kto zastanowił się jak duży wpływ na tę „epidemię” mogły mieć ruchy i poglądy antyszczepionkowe.

 

Internet trochę szkodził, ale sporo pomógł

 

Zanim pojawiły się media społecznościowe, w Internecie nie było aż tak wyraźnych i silnych przejawów działania psychologii tłumu, jednak pojawiały się wczesne sygnały zjawisk, które rozwinęły się później w społecznościówkach.

 

SARS (severe acute respiratory syndrome) pojawił się w południowych Chinach w 2002 r. i doprowadził do międzynarodowego kryzysu w lutym 2003 r. W ciągu kilku miesięcy od pierwszego zarażenia SARS w stosunkowo nowej wówczas wyszukiwarce Google pojawiły się setki tysięcy wyszukiwań hasła „SARS”. Baidu, popularna chińska wyszukiwarka, również zgłaszała, że w czasie epidemii „SARS” był jej głównym elementem wyszukiwania. Obie strony pozwalały zwykłym ludziom w Chinach i poza nimi na natychmiastowe znalezienie informacji o chorobie, zamiast, jak dotychczas było, czekać na nowe wydanie gazety lub wiadomości w radiu i telewizji.

 

W tamtych czasach istniał Web 1.0, w którym ludzie wchodzą na strony i czytają informacje, wciąż nie mając w tym żadnego własnego udziału, poza wyrażaniem zainteresowania,” komentował w „The Atlantic” Randall N Hyer, specjalista ds. ryzyka komunikacyjnego, który pracował w zespole reagowania na ryzyko Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) podczas kryzysu SARS.

 

Jednak już w tych zamierzchłych czasach nie wszystkie informacje, które pojawiały się wówczas w wyszukiwarkach, były dokładne, a fałszywe pogłoski rozprzestrzeniły się szybciej niż wirusy. Jedna z najbardziej szkodliwych informacji w tamtym czasie pochodziła, jak się okazało od mało wiarygodnego źródła, 14-letniego chłopca z Hongkongu, który ogłosił w Internecie, że miasto zostanie wkrótce objęte kwarantanną. Jego będący raczej sztubackim żartem wpis zyskał uwagę i wiarygodność, ponieważ strona, na której się ukazał naśladowała stronę internetową lokalnej gazety. Wywołało to panikę wyrażającą się w masowym ataku ludzi na sklepy spożywcze w celu przygotowania zapasów. Oczywiście był to mechanizm samonapędzający się, gdyż ludzie widzący tłumy w sklepach sami ulegali panice. Książka „At the Epicentre”, wydana w 2004 r. opisująca tamte wypadki, wspomina, że nawet oficjalne dementi żartu ogłoszone publicznie przez ówczesnego dyrektora ds. zdrowia w Hongkongu, nie uspokoiło nastrojów.

 

Jak widać, już przed epoką mediów społecznościowych, Internet miał spory potencjał, aby prowadziłć do poważnych zaburzeń społecznych.

Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że w czasie epidemii SARS narzędzia internetowe, podobnie jak to się dzieje teraz, również ogromnie pomagały w walce z chorobą. Na przykład, gdy w Hongkongu mnożyły się infekcje, grupa mieszkańców stworzyła stronę internetową sosick.org, podającą aktualizowaną często listę budynków z podejrzanymi lub zdiagnozowanymi przypadkami SARS. Dwa tygodnie po pojawieniu się strony, rząd Hongkongu rozpoczął publikowanie tych samych informacji na swojej oficjalnej stronie internetowej. „Internet okazał się nieocenionym narzędziem, które zainteresowani obywatele mogli wykorzystać do podważenia tajemnicy rządowej,” czytamy we wspomnianej książce.

 

Dziś uważa się, że staranne badanie trendów w mediach społecznościowych związanych z tematyką zdrowotną mogłoby znacznie pomóc naukowcom i organom rządowym odpowiedzialnym za ochronę zdrowia w lepszym rozpoznaniu i zrozumieniu mechanizmów transmisji chorób pomiędzy ludźmi, po części dlatego, że media społecznościowe mają tendencję do bycia „wysoce kontekstualnymi i coraz bardziej hiperlokalnymi” mówi w „The Atlantic” Marcel Salathé, badacz z École Polytechnique Fédérale w Lozannie w Szwajcarii i specjalista w rozwijającej się dziedzinie, którą naukowcy nazywają „epidemiologią cyfrową„. Ale na razie, jak dodaje, wciąż starają się zrozumieć, czy media społecznościowe rozmawiają o problemach zdrowotnych, które rzeczywiście odzwierciedlają trendy epidemiologiczne, czy też nie.

 

Wyniki pierwszych eksperymentów w tej mierze są niejasne. Inżynierowie z Google uruchomili narzędzie do prognozowania chorób Google Flu Trends (GFT) już w 2008 roku. Firma planowała przeanalizować dane z wyszukiwarki Google pod kątem występowania symptomów i innych słów ostrzegawczych. Miała wtedy nadzieję, że dane te zostaną wykorzystane do tego, aby dokładnie i natychmiastowo rozpoznawać „kontury” ognisk grypy i dengi, dwa tygodnie wcześniej niż amerykańskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC), którego badania uchodzą za najlepszy standard w tej dziedzinie. Jednak wyniki uzyskiwane przez Google w wczesnym rozpoznawaniu grypy w USA a potem też malarii w Tajlandii na podstawie sygnałów z Internetu uznano za jeszcze zbyt mało precyzyjne.

 

Fact &i virus checking

 

Zanim sięgniemy pełna garścią po zawartość Internetu i społeczności, aby wcześnie wykrywać zagrożenia epidemiologiczne, warto byłoby uporać się z problemem dezinformacji szerzonej w tych wszystkich kanałach. Organizacje zajmujące się sprawdzaniem faktów z 30 krajów współpracują za pośrednictwem International Fact-Checking Network pod patronatem Instytutu Poyntera w celu identyfikacji i weryfikacji fake newsów. Niedawno opublikowano w serwisie FactCheck.org listę dezinformacji, fake newsów i manipulacji na temat epidemii koronawirusa, przygotowaną przez weryfikatorów pracujących dla tej sieci.

 

Oto lista przypadków z FactCheck.org:

 

Wiele postów w mediach społecznościowych fałszywie twierdziło, że wirus został opatentowany, a szczepionka jest już dostępna. To nieprawda. Patenty, do których odnosiły się badane wpisy, odnoszą się do innych wirusów.

 

Jeden z postów na Facebooku fałszywie stwierdził, że odpowiedzialnym za rozprzestrzenianie się nowego koronaawirusa jest komik Sam Hyde. Naukowcy wciąż pracują nad ustaleniem źródła tego najnowszego koronaawirusa, a dowody sugerują, że został on po raz pierwszy przekazany człowiekowi przez zwierzę.

 

Na stronach internetowych i w serwisach społecznościowych krążyły błędne twierdzenia, że z powodu koronaawirusa w Wuhan zmarły „tysiące” a nawet ponad 10 tys. osób. Oficjalna liczba zgonów z powodu choroby w momencie pisania tych słów nie przekracza 700.

 

Niektóre posty w mediach społecznościowych fałszywie głosiły, że „patogeny do zakładu w Wuhan” wysłał „chiński zespół szpiegowski” pracujący w kanadyjskim laboratorium rządowym. Kanadyjskie media zdementowały te informacje.

 

Jedna ze stron internetowych propagujących teorie spiskowe zniekształciła fakty mówiące o prognozach Fundacji Billa Gatesa mówiących o przewidywanych „65 mln zgonów” z powodu koronaawirusa. W rzeczywistości omawiane przez fundację zdarzenie dotyczyło hipotetycznego scenariusza z udziałem fikcyjnego wirusa.

 

Liczne posty w mediach społecznościowych fałszywie sugerują, że ponieważ produkty o nazwach handlowych Clorox i Lysol podają w składach na swoich butelkach „Human Coronavirus”, jest to ten sam koronawirus z Wuhan. To nieprawda. Istnieje wiele ludzkich koronaawirusów, a produkty, o których mowa, zostały przetestowane pod kątem ewentualnej możliwości wywoływania infekcji.

 

Nic nie jest czarno–białe

 

Bohaterem ostatnich dni jest lekarz z Wuhan Li Wenliang, który był jedną z pierwszych osób, które wysłały publiczne ostrzeżenie o pojawieniu się szczepu 2019-nCoV. Został za to ukarany, a następnie pochwalony przez chińskie władze, więc ocena ich działań i w tym przypadku nie jest jednoznaczna. Niedawno pojawiła się informacja, że umarł na infekcję spowodowaną koronawirusem.

 

Oczywiście jego historia może być dla wielu kolejnym przykładem zamordyzmu w Chinach. Jednak warto wiedzieć, że owe wczesne ostrzeżenia Li sugerowały, że nastąpił powrót wirusa SARS, co nie było prawdą. Rzeczywistość jak zwykle okazuje się nieco bardziej skomplikowana niż stereotypowe oczekiwania. Lekarz działał w dobrej wierze, ale jednak rozpowszechniał mylącą informację. Komunikat o „powrocie SARS” ma inne znaczenie i pociąga za sobą zupełnie inne konsekwencje niż wiadomość o nowym koronawirusie. Niestety, chińskie władze do pewnego stopnia miały rację, zarzucając mu dezinformację.

 

Teraz jednak Li Wenliang poległ na posterunku i prawdopodobnie zostanie bohaterem, którego kultowi władze nie będą się sprzeciwiać, a nawet może on pomóc w pokazowej rozprawie z lokalnymi kacykami, bo przecież ktoś musi odpowiedzieć za to, co się stało. Ale to nie teraz, bo teraz Chiny walczą z zarazą.

 

Mirosław Usidus