Zawodu fotoreportera już nie ma – twierdzi JACEK HEROK

Internet kradnie na potęgę, artykuły ilustruje się amatorską fotografią, a do wywiadów bierze się zdjęcie od rozmówcy, może być nawet z Pierwszej Komunii Św., byle za darmo.

 

Przeczytałem ostatnio opinie Zbigniewa Brzezińskiego „Czy zawód fotoreportera znika”. Panie Zbyszku, tego zawodu już dawno nie ma. Co prawda jakby obejrzeć się wokoło to wciąż biega mnóstwo ludzi z aparatami i robi zdjęcia. Ale czy to są fotoreporterzy?

 

Bywają demonstracje, na których jest więcej fotografów niż uczestników. Na każdej konferencji prasowej są robione tysiące zdjęć. Każda premiera filmowa ma swoją ściankę. Na każdej próbie w teatrze znajdzie się kilku fotografistów błyskających, o zgrozo, aktorom fleszem po oczach. W większości przypadków to młodzi ludzie, co kupili sobie aparat, podczepili się pod jakąś agencyjkę fotograficzną, która zrobiła im legitymacje na „Małym drukarzu” i puściła w miasto. Wzór takiej legitymacji wystarczy teraz tylko zarejestrować w Sejmie i można już do woli brykać pomiędzy parlamentarzystami. Rotacja wśród tej szalejącej młodzieży jest tak duża, że rzadko który młodzian wytrzyma w Parlamencie dłużej niż trzy miesiące, o ile wcześniej nie umrze z głodu.

 

Demonstracje, wiece i wszelkie marsze są jeszcze gorsze, bo oprócz milionów natłuczonych pixeli na karcie, trzeba jeszcze robić kilometry na świeżym powietrzu. W ostateczności większość miłośników szkła fotograficznego trafia z powrotem pod dach i zaczyna nowe życie na tzw. salonach i kotletach. I chciałoby się powiedzieć: oby do emerytury, ale emerytury niestety nie będzie, bo mało który fotograf jest dziś w stanie zarobić 1431,48 zł czyli równowartość składki ZUS.

 

Mogłoby się wydawać, że do tej pory pisałem na wesoło, niestety prawda o naszym zawodzie wygląda raczej straszno. Nigdy nie uważałem siebie za jakiegoś wybitnego fotoreportera, całe życie byłem raczej przeciętnym rzemieślnikiem. Pierwsze zdjęcia publikowałem w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, redakcje chętnie brały i bardzo dobrze płaciły. W tygodniku „Razem”, gdzie praktykowałem u Leszka Fidusiewicza, były co tydzień wspaniałe fotoreportaże. W latach 90., w świętej pamięci „Expresie Wieczornym”, dwustronicowy fotoreportaż był codziennie, po prostu musiał być, nawet jak miałby być zrobiony ze zwykłej dziury w jezdni. Inne gazety również się ścigały na zdjęcia. Każda zatrudniała na etatach od kilku do kilkudziesięciu fotoreporterów. Każdy miał co robić, a fotolaboranci nie nadążali z podawaniem filmów do maszyny wywołującej. W „Kulisach”, gdzie pracowałem później, to już były złote czasy, cały czas w rozjazdach i wszyscy wspólnie z redaktorem naczelnym decydowaliśmy co będzie w tygodniku. Nawet nie wykończyła nas „cyfra”, na którą przesiadłem się w 2001 roku.

 

Początki XXI wieku były też całkiem niezłe, roboty było tyle, że nie nadążaliśmy załadować taczki…Nie mieliśmy stresa, że gdzieś nie zdążymy, wszyscy się znaliśmy, była solidarność zawodowa, nikt nie chciał utopić drugiego w przysłowiowej łyżce wody. Niektóre redakcje były gotowe wysłać fotoreportera nawet w kosmos, zapłacić za bilet, ubezpieczenie, diety, a na końcu super kasę za zdjęcia. Co więc się stało? Kiedy i gdzie to pękło? Nagle z dnia na dzień wydawcy prasy papierowej zaczęli niszczyć nasz zawód. Podobno ze względów ekonomicznych i łatwego dostępu do fotografii. Zaczynają znikać reklamy, dwa największe dzienniki zamykają działy foto. Podobno jeden z nich każe wszystkim fotografom zrzec się praw do własnych fotografii. Internet kradnie na potęgę, a złodzieje bredzą coś o jakimś prawie do cytatu. Efekty widać codziennie w prasie i Internecie. W zawodzie zaczynają rządzić ludzie myślący tylko o pieniądzach. Łatwiej spotkać dinozaura niż człowieka na etacie. Artykuły ilustruje się amatorską fotografią, do wywiadów bierze się zdjęcie od rozmówcy, może być nawet z Pierwszej Komunii Św, byle za darmo.

 

Panie Zbyszku, w Internecie nie ma miejsca na wielką fotografię, a już w socjalmediach tym bardziej. Tam jest tylko klikalność.  Prawników specjalizujących się w ochronie i egzekwowaniu praw autorskich jest jak na lekarstwo. Nic po nich, dopóki fotoreporterzy nie zaczną sami chodzić do sądów. Biegłych sądowych z zakresu fotografii w całej Polsce można policzyć na palcach jednej ręki, może dwóch. Sędziowie mający jako takie pojęcie o naszym zawodzie, to już dramat. Wiem coś na ten temat, bo kilka spraw już miałem i kilka nadal mam. Polityka prowadzona przez agencje fotograficzne to oddzielny temat, doprowadzi do tego, że za chwilę zaczną zjadać swój własny ogon. Gazety ciągle udają, że płacą, to dlaczego człowiek z aparatem na szyi nie może udawać fotoreportera?

 

Jacek Herok

Martwię się o paparazzi – felieton SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Już się martwiłem o paparazzi wielokrotnie. Czasem w środku nocy budzono mnie, bo trzeba było wyciągać jakiegoś z policyjnej izby zatrzymań, czasem inny brał udział w szarpaninie z różnym skutkiem, czasem jeszcze innemu zniszczono sprzęt czy uszkodzono samochód, czasem grożono. Różnie. Dziś moje zmartwienie ma inny charakter. Że znikają nam paparazzi. A są potrzebni. Niestety, są nam, społeczeństwu bardzo potrzebni.

 

Ja wiem, wiem, wiem, przecież widziałem filmy. Paparazzi są odpowiedzialni za połowę zła na świecie, a na przykład w symptomatycznym filmie „Paparazzi” nawet za tragedię i z myśliwych przeistaczają się w zwierzynę. Ja wiem, wiem, wiem, scenarzyści tak prowadzą widza, żeby emocje były zawsze przeciw paparazzi. Wszystko rozumiem. Wiem nawet, że generalnie paparazzi dzielili mi się na artystów, którzy zawsze przestrzegając najwyższych standardów chcieli mieć coś absolutnie wyjątkowego i na barbarzyńców, którzy mając nadmiar dynamiki nie pielęgnowali skrupułów. Chciałem mieć obie kategorie.

 

Redaktor naczelny tabloidu oglądając ich zdumiewający urobek stawał przed dwoma pytaniami. Po pierwsze, przed amerykańskim: jeśli ja coś wiem i widzę, to dlaczego mój czytelnik ma tego nie zobaczyć? Dlaczego mam być cenzorem, dlaczego mam się stawiać ponad czytelnikiem? I przed drugim, bardziej europejskim: jaki jest interes społeczny w opublikowaniu zdjęcia, które zdecydowanie wkracza w prywatność? A tak na marginesie, sądzą Państwo, że dziś ktokolwiek opublikowałby jedno z najsłynniejszych i jedno z najbardziej przerażających w historii zdjęć autorstwa Nicka Uta z 1972 roku? Nagą krzyczącą z bólu dziewczynkę poparzoną napalmem? Nie wiem. Chyba nie. Interes społeczny kontra dobra osobiste.

 

Wróćmy do paparazzi. Wydaje się, że najlepsze ekonomicznie czasy mają za sobą. Jeszcze kilka lat temu popyt na zdjęcia paparazzi był tak duży, że najlepsi mogli liczyć na kilka średnich krajowych za jedną udaną sesję z politykiem lub celebrytą. Ceny przyhamowała konkurencja, która rosła jak na drożdżach, ale także kształtowana poprzez rozpoznanie bojem linia orzecznicza polskich sądów w procesach o naruszenia dóbr osobistych. Powiedzmy szczerze, polskie sądy i polskie prawo nie byli gotowi do takich procesów. Do dziś katalog dóbr osobistych jest katalogiem otwartym i to sędziowie decydują o tym czy publikacja była w interesie publicznym czy nie. Czy zdjęcie pijanego aktora leżącego na ulicy, a na co dzień chętnie moralizującego na tematy różne może być opublikowane czy nie? Czy w interesie publicznym leży ujawnienie prawdziwych zachowań naszego świętoszka czy też pielęgnujemy wyłącznie jego fałszywy, ale pożądany przez niego wizerunek? Czy opalająca się toples w hotelu na tysiąc osób gwiazda może powiedzieć, że nie życzy sobie, żeby ktoś oglądał jej piersi, skoro zdjęcia robią i rozpowszechniają turyści przebywający w tym samym hotelu?

 

Powiedzmy szczerze, sądy nie kochały paparazzi i tabloidów, bo burzyły zastany świat, zdobywały władzę, a władzą sędziowie nie chcieli się dzielić. Ciekawe pytania, ale z nie najciekawszej sfery. Ciekawsza i gatunkowo cięższa jest sfera polityków. Polityk łamiący prawo, zachowujący się amoralnie może być sfotografowany przez paparazzi, a jego zdjęcia mogą być opublikowane? Twierdzę, że w zasadzie tak. Twierdzę, że fakt, iż gdzieś w mroku mogą czaić się paparazzi dyscyplinował i dyscyplinuje polityków. Dzięki paparazzi mogli naprawdę bać się opinii publicznej. Dziś? No cóż. Chyba coraz mniej. Niestety. Martwię się, że znikają, a są, choć ta opinia jest nieco wyświechtana, watchdogami pilnującymi demokratycznych mechanizmów. Są demokracji potrzebni.

 

Sławomir Jastrzębowski

Czy zawód fotoreportera znika – pyta ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

Czy dziennikarz ze smartfonem w ręku wyprze fotoreportera z rynku, czy też zawód ten będzie ewoluował w kierunku poszerzenia zakresu usług? Jaka przyszłość czeka przedstawicieli tej szlachetnej profesji?

 

Stres, RODO, kradzieże i złe perspektywy

 

Zawód fotoreportera należy do najbardziej stresujących na świecie. Często znajduje się w pierwszej dziesiątce aktualizowanych co roku zestawień Most Stressful Jobs[1]. Bywa, że wywołuje to zdumienie wśród czytelników, którzy z pracy fotoreportera widzą przecież tylko efekt. Zapytany o opinię psycholog biznesu specjalizujący się w kwestiach zawodów i karier Wacław Kisiel-Dorohinicki z Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Tischnera w Krakowie, odpowiada bez wahania: Pozycja zawodu fotoreportera w przedstawionym rankingu wydawać się może zaskakująca tylko dla postronnego obserwatora. To jest ciekawy poznawczo i stały trend. Na taki stan rzeczy wpływa wiele czynników: presja czasu, walka o najlepsze ujęcie, ale również duża konkurencja i względna dostępność zawodu.

 

Nastrojów fotoreporterom nie poprawił Parlament Europejski, przyjmując 27 kwietnia 2016 roku rozporządzenie 2016/679, wprowadzające mało w obszarze wizerunku fotograficznego czytelną dyrektywę, znaną w Polsce pod skrótem RODO. Co prawda w punkcie 50 wstępu napisano, że: przetwarzanie fotografii nie powinno zawsze stanowić przetwarzania szczególnych kategorii danych osobowych, gdyż fotografie są objęte definicją „danych biometrycznych” tylko w przypadkach, gdy są przetwarzane specjalnymi metodami technicznymi, umożliwiającymi jednoznaczną identyfikację osoby fizycznej lub potwierdzenie jej tożsamości[2], ale dokument i tak uznano za zamach na wolność prasy.

 

Niemiecką petycję w sprawie zniwelowania potencjalnych groźnych skutków RODO adresowaną do Europarlamentu podpisało w 2018 roku w bardzo krótkim czasie ponad 40 tys. osób. Śmiało rzec można, że zareagowała cała związana zawodowo z fotografią Europa. Polacy stanowili aż 6 proc. tej grupy, co zapewniło nam drugie miejsce po najliczniej reprezentowanych Niemcach. Tytuł petycji miał znamienny tytuł: Freedom of the press! A jej autorzy zwracali uwagę, że prawo do ochrony wizerunku nie powinno utrudniać pracy fotoreporterów, przeszkadzać w informowaniu opinii publicznej o bieżących wydarzeniach i ograniczać swobody wypowiedzi i artystycznego wyrazu[3].

 

Zawód z przyszłością

 

Podczas wywiadu udzielonego kwartalnikowi „Doradca Zawodowy” Marek Szewczyk – fotograf i dyrektor kreatywny krakowskiego CreamTeam stwierdził, że jednym z zawodów, które najlepiej rokują w dobie rozwoju Internetu i mediów społecznościowych, jest prawnik specjalizujący się w ochronie i egzekwowaniu praw autorskich[4]. Trudno się z tym nie zgodzić wobec ostatnich wydarzeń, gdy zdjęcia posłanki Joanny Lichockiej autorstwa Macieja Jaźwieckiego z „Gazety Wyborczej” i Tomasza Jastrzębowskiego z agencji Reporter udostępniano w mediach społecznościowych masowo, bezrefleksyjnie, nie wspominając ani o tym, kto je wykonał, ani nie przestrzegając praw agencji i samych twórców[5]. W końcówce XX wieku za takie ujęcia paparazzi żyłby spokojnie przez dwa miesiące.

 

O ile prawnik specjalizujący się w kwestii praw autorskich to zawód z przyszłością, o tyle wydawało się w połowie drugiej dekady XXI wieku, że fotoreporter za chwilę dołączy do płatnerza i stelmacha, ponieważ wyprze go z rynku dziennikarz uzbrojony w smartfon. Jak dziś wygląda ta prognoza?

 

Canon kontra Nikon

 

Patrząc na World Press Photo przez pryzmat używanego przez nominowanych sprzętu, łatwo można zauważyć, że rywalizują Canon z Nikonem, a nie iPhone z Samsungiem. Wygląda więc na to, że sztuka fotoreporterska, której narzędziem jest lustrzanka, bynajmniej nie umarła. Zapytany o opinię ceniony fotograf Krzysztof Pęczalski odpowiada: Nie zginęła i nie zginie. Bo zdjęcie wymaga nie tylko sprzętu, ale umiejętności znalezienia się w odpowiednim miejscu i czasie oraz odwagi. Fotografie wykonane w niebezpiecznych sytuacjach z małej odległości, obiektywem szerokokątnym, sprawiają, że odbiorca czuje się bezpośrednim świadkiem wydarzeń. Nie zdaje sobie przy tym oczywiście sprawy z kwestii technicznych czy niebezpieczeństw, które towarzyszyły powstaniu zdjęcia.

 

Słowem – fotoreporter to człowiek mający określone i unikatowe kompetencje i to na wysokim poziomie. Wydaje się jednak, że zawód ten ewoluuje w kierunku poszerzania wachlarza świadczonych usług. Dotyczy to nie tylko małych serwisów lokalnych, w których ta sama osoba robi zdjęcia i sporządza notatki. Może fotoreporterzy sami się wystraszyli, że za chwilę zanikną jak socjalizm w Czechosłowacji, ale nietrudno zauważyć, że oprócz zdjęć, tworzą relacje video, a wielu stało się też operatorami dronów. Jeśli taka tendencja się utrzyma, to próg wejścia do zawodu znów stanie się wysoki. Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy powstawało mnóstwo nowych tytułów i redakcji, fotoreporter musiał mieć własny sprzęt, o który wcale nie było łatwo, a triumfy święciła giełda w warszawskiej „Stodole”. Nie wystarczały też same umiejętności kadrowania. Omalże równie istotne było wywoływanie filmów i obróbka papieru fotograficznego. Życie redakcyjne dzielił między ulicę i ciemnię. Fotografia cyfrowa to zdecydowanie zmieniła. Pojawiające się nowe formy zawodowej aktywności, zmuszają do zdobycia dodatkowych umiejętności w dziedzinie obróbki materiałów video, czy zdjęć z powietrza.

 

Fotoreporter w radio

 

Jeszcze kilka lat temu sam ten termin uważano za szalenie zabawny. Dziś, wobec rozwoju różnych kanałów komunikacji wykorzystywanych przez media, zwłaszcza stron internetowych i mediów społecznościowych, fotoreporter stał się istotnym elementem redakcji, specjalizującej się w dźwięku. Co ciekawe, niejednokrotnie w radio, czy w telewizji jest bardziej klasycznym fotoreporterem, niż we współczesnej gazecie. Krzysztof Pęczalski: współczuję kolegom, od których oczekuje się, że nie tylko zrobią unikatowe zdjęcia. Najlepiej, gdyby mieli kamerę GoPro, albo smartfon przyklejony do czoła i nagrali równocześnie dobre video. W takiej sytuacji niczego nie robi się naprawdę dobrze.

 

Wygląda na to, że zawód fotoreportera nie zniknie. Zdjęcia są nie tylko dodatkiem do materiału dziennikarskiego. Często to wokół ujęć powstają historie, którymi pasjonuje się czytelnik. Smartfon nie zastąpi talentu i kompetencji oraz aparatu dającego jakość. Tak samo jak filmiki na YouTube nie zastąpią kina i poważnych produkcji.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] https://sdp.pl/presja-newsa-zbigniew-brzezinski-o-stresie-wsrod-dziennikarzy/ – dostęp 29.02.2020 r.

[2] https://www.uodo.gov.pl/pl/131/224 – dostęp 29.02.2020 r.

[3] https://www.openpetition.de/petition/online/freedom-of-the-press-against-the-eu-general-data-protection-regulation-gdpr-for-photographers-ar#petition-main – dostęp 29.02.2020 r.

[4] Sens jest w tobie – dyskusja o cyfrowych książkach i zawodach przyszłości, „Doradca Zawodowy”, 2015, Nr 1, s. 5-8.

[5] https://wiadomosci.onet.pl/kraj/gest-joanny-lichockiej-fotoreporterzy-protestuja-wobec-wykorzystywaniu-zdjecia/cxxs1cx – dostęp 29.02.2020 r.

O publicystycznych bańkach – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Znalazłem się niedawno w komentatorskim poranku radia RDC z Adrianem Stankowskim z „Gazety Polskiej”. Gdy prowadzący Grzegorz Chlasta (skądinąd jeden z najlepszych znanych mi prowadzących radiowe rozmowy – młodzi dziennikarze mogliby się od niego wiele nauczyć) zapytał, jakie znaczenie będzie mieć wsparcie, którego Donald Tusk udzielił Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, wiedziałem, co powie redaktor Stankowski, zanim jeszcze otworzył usta. I faktycznie – usłyszałem, że nie będzie to mieć żadnego dodatniego wpływu na wynik kandydatki PO, a wręcz go obniży, bo poziom nieufności do Tuska jest bardzo wysoki.

 

To oczywiście prawda, pokazało to w ubiegłym roku kilka sondaży, i to był jeden z powodów, dla których Tusk nie wystartował w obecnych wyborach. Podobnie jak można z tego wyciągnąć wniosek, że obecność byłego premiera w kampanii kandydatki PO może być szkodliwa. Ale to tylko jeden z wariantów. Nie mamy podstaw, aby stwierdzić, że tak będzie na pewno. Możliwe, że deklaracja Tuska okaże się po prostu neutralna, a być może nawet pozwoli osiągnąć minimalny zysk. Dlaczego mój współdyskutant tak zdecydowanie postawił na jedną interpretację, nie czyniąc żadnych zastrzeżeń? Odpowiedź jest prosta: przedstawił wersję uznawaną za najkorzystniejszą w jego bańce światopoglądowej, politycznej i informacyjnej.

 

Analizowanie sytuacji z punktu widzenia własnego wishful thinking, czyli po prostu chciejstwa, lub tego, jakie tezy wydają się (często zresztą złudnie) najkorzystniejsze dla obozu politycznego, któremu się sprzyja, to plaga, obniżająca znacząco jakość dzisiejszej polskiej publicystyki. Żeby było jasne – nie jest to przypadłość tylko jednej strony konfliktu, który przecież i w mediach się odbija. W przypadku zdecydowanej większości komentatorów z mediów sprzyjających opozycji usłyszymy zawsze interpretacje sytuacji najwygodniejsze i najbardziej sprzyjające opozycji właśnie. Dowiemy się na przykład, że prezydent Andrzej Duda wcale nie jest faworytem nadchodzących wyborów, a Zjednoczona Prawica właściwie sypie się od środka.

 

Można zrozumieć, że taki jest sposób myślenia odbiorców. Ludzie – szczególnie w społeczeństwie bardzo głęboko podzielonym, gdzie w dodatku powstały szczelne bańki informacyjne („Wiadomości” TVP i „Fakty” TVN pokazują niemal dwa różne światy) – mają tendencję do traktowania własnych poglądów i wynikających z nich interpretacji zdarzeń jako jedynych sensownych, nie będąc w stanie wyjść poza własny punkt widzenia i zobaczyć sytuacji oczami zwolenników przeciwnej strony. Ale, jako się rzekło, trudno tego wymagać od przeciętnych odbiorców.

 

Powinniśmy natomiast oczekiwać takiej umiejętności od publicystów właśnie, którzy rzecz jasna mają prawo, a nawet obowiązek mieć swoje poglądy, ale – po pierwsze, jak wiele razy pisałem na portalu SDP – mają to być poglądy na sprawy, a nie takie, które zrobią z nich partyjnych aktywistów czy propagandystów; po drugie zaś – posiadanie poglądów, choćby i najwyrazistszych, nie powinno ograniczać zdolności widzenia sytuacji pod różnymi kątami i przedstawiania wniosków niekoniecznie korzystnych dla strony, z którą się najbardziej sympatyzuje.

 

Dlaczego to dzisiaj tak rzadka wśród publicystów umiejętność? Przede wszystkim dlatego, że wielu z nich przeszło już głęboką przemianę, wskutek której faktycznie stali się propagandystami, porzucając całkowicie klasyczną polityczną analizę. Funkcjonują jako harcownicy tej czy innej formacji politycznej i jasne jest dla nich, że powinni zawsze komunikować odbiorcom wersję obecną w partyjnym przekazie. Nawet jeśli po cichu zdają sobie sprawę z tego, że to tylko jedna z możliwości i to niekoniecznie najbardziej prawdopodobna. Lub wręcz naciągana i niemal nierealna.

 

Po drugie – bo takie są oczekiwania znacznej części publiczności. Przedstawiając warianty rozwoju sytuacji lub złożone przyczyny jakiegoś wydarzenia, wielokrotnie spotykałem się w mediach społecznościowych z reakcjami dowodzącymi, że odbiorcy nie odróżniają mówienia o tym, jak prawdopodobnie jest lub może być od mówienia o tym, co ich zdaniem być powinno. Dla przykładu – jeśli napiszę, że kandydat X może mieć w wyborach słabszy wynik od początkowo oczekiwanego, bo na jego niekorzyść mogą zadziałać określone czynniki – w odpowiedzi przeczytam, że to bzdury, bo kandydat X jest ewidentnie najlepszy i „wszyscy to wiedzą”.

 

Jednak taki sposób widzenia rzeczywistości przez odbiorców jest w sprzężeniu zwrotnym z identycznym podejściem komentatorów, którzy przecież odpowiadają w jakiejś części za kształtowanie myślenia ludzi. Jeśli komentatorzy nie starają się pokazać wydarzeń z różnych perspektyw, ma to swoje konsekwencje, wykraczające zresztą poza wspomniane sprzężenie zwrotne. Nie odkryję Ameryki pisząc, że istnienie baniek informacyjnych jest szkodliwe dla funkcjonowania życia społecznego, bo przyczynia się do upowszechniania myślenia w kategoriach plemiennych czy klanowych. Sprzyja widzeniu tych, którzy naszych sympatii nie podzielają, jako dziwolągów, marginesu czy nawet zdrajców.

 

To my, publicyści, powinniśmy dbać o to, żeby naszych odbiorców wyrywać z komfortu baniek, w których utkwili. Górnolotnie mógłbym nawet powiedzieć, że to część publicystycznej misji. Cóż z tego, skoro ta misja nie jest dzisiaj w cenie.

 

Łukasz Warzecha

Niezłomni dalej wyklinani – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kłamstwach lewicowych mediów

Dziś państwo polskie oddaje hołd, przywraca pamięć o Żołnierzach Niezłomnych. Dzięki odwołaniu do II RP, a nie do PRL, nasza historia jest odkłamywana. Ale czarna legenda, stworzona przez komunistów, nie została jeszcze pokonana. Kontynuują ją politycy, historycy, media. Kłamstwa nasilają się zawsze przed 1 marca – Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

 

Wiemy dobrze, że komuna (rodzinna, środowiskowa, światopoglądowa) nie zniknęła. Ci ludzie żyją, protestują, bronią starego porządku, PRL-owskich układów. Szczęśliwie nie odbywa się to już pod patronatem Rzeczpospolitej.

 

Walka trwa. Jak powiedział kiedyś Piotr Radwański, ojciec naszych tenisistek, to „wojna między trzecim pokoleniem UB, a trzecim pokoleniem AK”. I teraz jest pytanie: kto kogo pokona? Patriotyczna Polska wygrała już kilka bitew. Ale tu trzeba wygrać wojnę. Wojnę rozpoczętą 1 i 17 września 1939 roku.

 

„Okrągły stół” w sprawie Wyklętych

 

Kolejna odsłona tej wojny będzie miała miejsce w wigilię Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. I tak 29 lutego (w sobotę) Klub Parlamentarny Lewica i tygodnik „Przegląd” organizują w Sejmie konferencję o jakże klarownym tytule: „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o »żołnierzach wyklętych«”.

 

Jak czytamy w tym (post)komunistycznym tygodniku: „Głównym celem konferencji jest zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż czyni to prawica, posługując się głównie IPN. Ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych”.

 

W programie przewidziano Okrągły Stół promowany pod hasłem: „Co zrobić z kultem »wyklętych«?”, w którym mają wziąć udział politycy, historycy i publicyści. Swój udział zapowiedzieli m.in. dr hab. Maciej Gdula (poseł Nowej Lewicy), dr hab. August Grabski, oraz redaktorzy „Przeglądu”.

 

Teraz moje pytanie: czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, święto państwowe, zakładające przecież szacunek dla polskich niepodległościowców II konspiracji powinien być obchodzony w ten sposób, na domiar złego w gmachu Sejmu Rzeczpospolitej?

 

Hejt w murach UW

 

Dr August Grabski uaktywnił się już w ubiegłym roku. To za jego sprawą temat Żołnierzy Niezłomnych przeniósł się z polityki i mediów na inny poziom. Akademicki. Chwilę przed 1 marca 2019 r. ten pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego poprowadził na Uniwersytecie Warszawskim wykład pt. „Zbrodnie >>żołnierzy wyklętych<< na Żydach 1944-47”, gdzie „udowadniał”, że ci polscy żołnierze, wojsko II Rzeczpospolitej, nie miało nic wspólnego z Armią Krajową i Polskim Państwem Podziemnym. Że byli małą bandą prawicową, której celem było mordowanie Żydów. To tezy nieprawdziwe, wyjęte z publicystyki „Gazety Wyborczej”. Mimo protestów, rektor UW nie odciął się od wykładu dr. Grabskiego.

 

Jaka jest prawda?

 

Choć gen. Leopold Okulicki w styczniku 1945 r. formalnie rozwiązał AK, polecił żołnierzom działać dalej wedle własnego sumienia, a największym kontynuatorem idei i czynu Armii Krajowej w skolonizowanej przez Stalina Polsce było Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość – złożone głównie z AK-owców.

 

O co się bili?

 

Gwoli ścisłości. Czasem faktycznie dochodziło do incydentów. Ale niesubordynacja była karana, nawet śmiercią. Wbrew temu, co od lat publikują takie tytuły jak „Gazeta Wyborcza”, „Przegląd”, czy „Polityka” polska armia podziemna zachowała hierarchię i dyscyplinę, ale przede wszystkim broniła wartości. Oni się bili o Boga, Honor i Ojczyznę. Bo to było wojsko polskie wychowane w dwudziestoleciu międzywojennym, reprezentanci tego wyjątkowo ideowego polskiego pokolenia Kolumbów. To, że dziś się ich opluwa, wynika z bolszewickiej propagandy, która robiła z polskich żołnierzy bandytów, morderców, faszystów, antysemitów. Do tego komunistyczne grupy pozorowane, podszywające się pod oddziały polskie, miały kompromitować niepodległościowe podziemie.

 

Ostatni komendant

To kiedy w takim razie nastąpił faktyczny koniec Armii Krajowej? Choć walka polskich niepodległościowców z narzuconą Polsce przez Stalina komunistyczną władzą trwała do połowy lat 50. XX wieku, za symboliczny kres oporu należy uznać 1 marca 1951 r. Wtedy, po brutalnym śledztwie zakończonym wyrokiem śmierci, zostali zamordowani w mokotowskim więzieniu sowieckim strzałem w tył głowy: prezes IV Zarządu Głównego WiN ppłk Łukasz Ciepliński i sześciu jego współpracowników – mjr Adam Lazarowicz, mjr Mieczysław Kawalec, kpt. Franciszek Błażej, kpt. Józef Rzepka, por. Karol Chmiel, por. Józef Batory.
I to Łukasz Ciepliński – wcześniej dowódca AK – był de facto ostatnim komendantem Armii Krajowej.

 

UB aresztował go 28 listopada 1947 r. w Zabrzu. W areszcie przy ul. Rakowieckiej w Warszawie podczas trwającego trzy lata śledztwa często leżał skatowany w kałuży własnej krwi. Wskutek tortur ogłuchł na jedno ucho, a na przesłuchania oprawcy wnosili go na kocu. Przed krzywoprzysiężnym sądem, który skazał go na pięciokrotną karę śmierci, pozostał niezłomny: „Staję przed zarzutem zdrady narodu polskiego, a przecież już w młodości życie moje Polsce ofiarowałem i dla niej chciałem pracować. Dla mnie sprawa polska była największą świętością„. Ppłk Łukasz Ciepliński, ostatni komendant Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, a de facto Armii Krajowej. Jego szczątki – za sprawą komunistycznego barbarzyństwa – do dziś nie zostały zidentyfikowane.

 

Tadeusz Płużański

Nie wszystko złoto, co znajdziesz w sieci – WOJCIECH POKORA o tym, jak nie korzystać z mediów społecznościowych

Kilka dni temu oglądając główne wydanie Wiadomości TVP ze zdumieniem zobaczyłem, że do zilustrowania jednego z emitowanych w nich felietonów użyto screenów z mediów społecznościowych. Przywykłem już do tego, że punktem wyjścia niektórych materiałów dziennikarskich, oczywiście nie tylko w TVP, są wpisy w mediach społecznościowych, ale zawsze są to opinie polityków, znanych ekspertów a czasem dziennikarzy. Tym razem jednak były to wpisy anonimowych internautów. Ich pseudonimy nic nikomu nie mówią, więc trudno traktować te opinie jako eksperckie. Raczej jako współczesny rodzaj sondy ulicznej. Jednak przystrojonej w piórka obiektywizmu. Miały one na celu utwierdzić telewidzów w opinii, że anonimowa masa ludzi, nazwana internautami, wspiera lub potępia jakieś zjawisko. Nie pokazano oczywiście całej internetowej dyskusji w tym temacie, wybrano jedynie pasujące pod tezę opinie.

 

O ile taka formuła może się sprawdzić w programach typu Szkło kontaktowe czy W tyle wizji, które z założenia są nieobiektywne i służą w dużej mierze kształtowaniu opinii przez rozrywkę, o tyle w programie informacyjnym nie powinny mieć miejsca. Z co najmniej dwóch powodów. Pierwszym jest wspomniana już tendencyjność w doborze komentarzy, mających dawać złudzenie obiektywizmu. Oczywiście, można na tej samej zasadzie zarzucić tendencyjność w dobieraniu z klucza ekspertów komentujących poszczególne wydarzenia, ale telewidz ma w tym przypadku szansę zweryfikować z kim ma do czynienia. Może sprawdzić, czy np. niezależny ekspert udzielający wypowiedzi jako naukowiec, nie jest przypadkiem radnym z ugrupowania związanego z obecną władzą. Widać na ekranie twarz, jest nazwisko, wszystko jasne. Jednak gdy do czynienia mamy z publikacją anonimowych wpisów, to nie ma pewności, że nie napisał ich np. sam dziennikarz, któremu z lenistwa przyszło do głowy pójść na skróty w poszukiwaniu argumentów. Stąd moje zdumienie.

 

Okazuje się jednak, że patent na budowanie narracji na wpisach anonimowych osób jest powszechniejszy niż sądziłem. Gazeta Wyborcza opublikowała bowiem tekst redaktor (?) Żanety Gotowalskiej pt. Kim jest Jolka Rosiek, która od miesięcy wyznaje miłość Dudzie. Gotowalska opisuje w nim historię dziewczyny, która na Twitterze publikuje miłosne wyznania do prezydenta a także utrzymuje, że ma z nim romans. Generalnie tekst dotyczy tylko i wyłącznie tego jednego aspektu – romansu nieznanej dziewczyny z prezydentem, którego dowodem są słowa dziewczyny. Nie dziwi więc, że szybko pojawiły się zarzuty stronniczości wobec tekstu, w którym ewidentnie widać, że słowa bohaterki są brane na poważnie i jedyna weryfikacja faktów polega na dotarciu do niej przez Internet i przejrzenie przesłanych przez nią screenów. Czy to dopełnia rzetelności dziennikarskiej?

 

Znany dziennikarz śledczy, laureat Lauru SDP 2018 Jerzy Jachowicz, zapytany jak nie dać się zmanipulować podczas pracy nad tematem, gdy dziennikarzowi wpadają w ręce materiały z niepewnego źródła, powiedział: „Żeby nie dać się zmanipulować, żeby nie stać się ślepym narzędziem, trzeba rozważyć jaki będzie skutek. Pomijając motywy, bo prawie nigdy nie odkryjemy prawdziwych motywów informatora. On zwykle będzie się powoływał na dobro państwa, na dobro instytucji, zawsze znajdzie sobie jakąś zasłonę. Tego nigdy nie odkryjemy, my musimy sami razem z kolegami – przełożonymi, kolegami z redakcji, rozważyć, jakie będą skutki, jakie znaczenie ma potwierdzenie tych informacji. Jeżeli uznajemy, że one przynoszą społecznie pożyteczny skutek, to oczywiście wchodzimy w to. Wtedy mamy gwarancję, nawet jeżeli informator może uznać, że my jesteśmy jego narzędziem, niech on sobie tak myśli, ale my jesteśmy wewnętrznie przekonani, że występujemy w słusznej sprawie. Inaczej mówiąc sumienie dziennikarza jest narzędziem, które rozstrzyga o tym, czy wchodzić w jakieś tematy czy nie. To, że informator będzie nas uznawał za swoje narzędzie, to nie ma większego znaczenia. Chodzi o to, żebyśmy nie byli ślepym narzędziem”.

 

Czyli ważny jest skutek. Gdy jest społecznie pożyteczny, temat wart jest zachodu, nawet gdy budzi kontrowersje. Sprawa romansu urzędującego prezydenta z młodą internautką jest tematem niewątpliwie społecznie ważnym. Wypada go zatem dobrze zbadać i ujawnić. Tylko kto to ma zrobić? Wyobrażam sobie, że do tak ważnego tematu redakcja wybiera doświadczonego dziennikarza śledczego, kogoś z głośnym nazwiskiem, topową gwiazdę redakcji. Przecież taki temat to pewniak na sukces, więc musi być dobrze obsłużony. Gazeta Wyborcza chyba w temat nie uwierzyła, patrząc komu zleciła jego realizację. I najważniejsze. Jak zauważa redaktor Jachowicz, należy zadbać, by materiały i dokumenty, które trafiają w ręce dziennikarza nie były jedynym źródłem materiału, który na ich podstawie powstaje. Dziennikarz ma pogłębić temat samodzielnie, nie ograniczać się do opisu tego, co otrzymał jako źródło. Jednak w przypadku opisywanego artykułu tak się nie stało. Nie wybrano topowego dziennikarza, który zbada dogłębnie temat i opisze go w oparciu o wszystkie dostępne źródła, nie tylko te, które ujawnił informator – w tym przypadku tajemnicza Jolanta Rosiek. Stało się dokładnie odwrotnie. I to jest podstawowy błąd warsztatowy pani Gotowalskiej. Opisała ona bowiem tylko to, co znalazła na Twitterze, uzupełniając o informacje, które dostała z tego samego, nieznanego internetowego źródła. Ale  czy to błąd redakcji? Wygląda na to, że nie. Jest jedna rzecz, która w tym wszystkim tłumaczy zarówno wydawcę jak i autorkę materiału. Klikalność. Tekst Gotowalskiej na portalu Gazety Wyborczej po prostu się klika. Im więcej osób o nim mówi, tym bardziej się klika. I o to chodziło. Bo to klikalność świadczy o tym, że Gotowalska wykonała swoje zadanie znakomicie. Bowiem jako menedżer ds. promocji, mający w kompetencjach organizowanie akcji promocyjnych i społecznych wspierających prenumeratę cyfrową „Gazety Wyborczej” spisała się świetnie. Nie rozumiem tylko, czemu wydawca nie oznaczył jej tekstu jako promocyjny.

 

Wojciech Pokora

Czy tego się nie da jeszcze uprościć? – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o popularyzacji nauki w  mediach

W czasach panującej obecnie cywilizacji naukowo-technicznej większość mediów odpuszcza sobie zajmowanie się nauką i techniką.

 

W tytule tego tekstu jest najczęściej zadawane mi pytanie zawodowe od czasu, gdy 4 grudnia 1996 roku o godz. 6:58 UTC z przylądka Canaveral na Florydzie nastąpił start sondy kosmicznej NASA zwanej Mars Pathfinder. Pamiętam tę datę, bo dzień wcześniej mój laboratoryjny kolega (byłam wtedy czynnym zawodowo naukowcem) Tomek Łęski zapytał, czy bym z nim nie poszła do „Życia”, gdzie pracuje jego brat. Bo będzie lądowanie Pathfindera, będziemy robić z tego czołówkę. Wszystkie naukowe ręce na pokład, a nie jest ich wiele, a właściwie nie ma żadnej. Nasze info powstało przed Reutersem i to był… sukces. Z polskich mediów byliśmy wtedy pierwsi.

 

Od Jacka Łęskiego, który przeczytał mój pierwszy mikro-materialik tego dnia (poszedł tylko w wydaniu porannym – no strasznie to było słabiutkie) usłyszałam trzy wskazówki wujka Dobra Rada: więcej czasowników, mniej przymiotników i krótsze zdania mają być. Po wielu (jak widać) latach działalności w rozlicznych, mniej lub bardziej istniejących działach nauki gazet i czasopism oraz w redakcjach książki edukacyjnej, a ostatnio także w mediach elektronicznych i społecznościowych, jako pracownik etatowy i free lancer, a nawet ghostwriter, wiele bym do tych rad dodała. Bo sytuacja popularyzacji nauki zmieniła się moim zdaniem od owego czasu gruntownie. Pod względem tego, kto to robi, jak to robi, z jakiego źródła to robi, po co to robi i dla kogo (myśli, że) to robi.

 

Dziennikarz był tu pośrednikiem między źródłem informacji a odbiorcą. I jego zadaniem było dostosować tę informację do poziomu odbiorcy, a o owym wówczas miało się mniemanie wyższe, niż dziś. Dziennikarz miał rozumieć od podstaw otrzymaną informację lub potrafić znaleźć profesjonalne wsparcie. Rzeczywistość przyspieszyła, wsparciem są źródła dostępne w Internecie, a nie biblioteki. Na bok odłóżmy dyskusję o ich rzetelności, wiadomo, jak bywa źle. Nadal jednak kto sam nie rozumie, nikomu nic nie wytłumaczy – i stąd mizeria w wielu mediach „głównego nurtu”. Nie da się popularyzować nauki, nie mając ku temu tej najprostszej predyspozycji, że się jest wykształconym, i to gruntownie, przynajmniej w jakiejś jednej konkretnej gałęzi z drzewa wiadomości dobrego i złego. Obeznanie z metodą naukową, racjonalność myślenia i niezły zapas faktografii z tyłu głowy do natychmiastowego wykorzystania – co najmniej tyle trzeba mieć. I władać biegle polszczyzną oraz lubić ludziom tłumaczyć różne rzeczy.

 

Na marginesie. Kiedyś w owym „Życiu”, w momencie ogłoszenia Nobli z medycyny w 2001 roku, miałam ekstra dyżur (bo wyjaśniłam, że to ważne). No i wpada na mnie powiewając wydrukiem z Reutersa redaktor dyżurny (dziś znany dziennikarz telewizyjny, więc pominę jego nazwisko milczeniem) i mówi: „to jakieś… (to spojrzenie w kartkę i nieśpieszne wysylabizowanie: „cyclins”) – powiedz mi szybko o co chodzi, bo dajemy krótką”. Na co ja: spokojnie, przecież ja to musze przeczytać, ja tak z pamięci nie wiem o cyklu komórkowym tyle, żeby ludziom to wyjaśnić tak, jak trzeba. Na co ów dyżurny: „gdyby tu wszyscy pisali o tym, na czym się znają, to ta gazeta by miała dwie strony”.

 

Z owym „kto robi popularyzację” nie jest bardzo źle. Z samego mojego roku na studiach biologicznych na UW (1991-96) naukę popularyzuje od lat zawodowo lub hobbystycznie 5 osób (dobrych fachowców), a była nas setka. Studiów dziennikarskich nie robiła żadna z nich. Nie jest jednak tak, że tzw. poważne i opiniotwórcze media w Polsce utrzymują działy nauki. Walczy o ich utrzymanie kilka tygodników i największych dzienników, a kilka sobie nie życzy ich mieć. Większość „naczelnych”, z którymi rozmawiałam na ten temat, ma podejście: „Ja tu potrzebuję, żeby mi politykę ktoś ogarnął, kogo obchodzi nauka? Kto to zrozumie?”. Niewielu jest na szczytach redakcji ludzi zainteresowanych osobiście nauką czy z wykształceniem ścisłym, a tym bardziej z doświadczeniem uprawiania nauk – choćby do doktoratu.

 

Oczywiście to działa jakoś tam do czasu, gdy, żeby zacytować Kurta Vonneguta Jr. „ekskrementy walną w wentylator” w postaci a to koronawirusa rozprzestrzeniającego się globalnie, a to narodzin dzieci zmodyfikowanych genetycznie metodą CRISP-R/Cas9 (Ho ho ho!), co dowolna redakcja zaspokoi z depeszy agencyjnej metodą „cut, copy and paste”. (Właśnie 20 lutego zmarł wynalazca tych komputerowych komend, Larry Tesler – redakcje mediów wszelakich co najmniej elegancki kamień nagrobny powinny temu Panu ufundować). Efekt: choćby chętni do współpracy specjaliści się nawet i znaleźli, to media głównego nurtu ich nie zatrudnią. Zaczynają oni zatem pracować na własną markę, zakładając strony internetowe i kanały video.

 

Tu na marginesie: mamy w taki sposób w Polsce już co najmniej jednego celebrytę, który wszedł na szczyty rozpoznawalności (co prawda nie takie, jak Kasia Cichopek, czy Robert Lewandowski oczywiście, ale dobieganie do pół miliona „followersów” w sieci to niemało, nieprawdaż?). Takich popularyzujących naukę (konkretne kierunki) profili i witryn  w polskiej sieci, trzymających poziom, choć nie zawsze publikujących regularnie, jest kilkanaście. Dodać do tego trzeba liczne i ostatnio bardzo rozmnożone fanpage kręcące się profesjonalnie wokół zagadnień historii. Dziś w dziedzinie popularyzacji nauki trzeba mieć wideobloga lub robić podcasty, produkować filmy animowane i memy, a nie tylko pisać. Trzeba stworzyć społeczność, forum dyskusyjne etc. I wtedy się okazuje, że odbiorców informacji naukowej jest multum, że potrafią dyskutować, a te dyskusje są czasem znacznie ciekawsze od owych materiałów, które je wywołały. Okazuje się też, że tekst na 16-20 tys. znaków plus przypisy jest w stanie przyciągnąć ponad 30 tys. „wejść” w ciągu pierwszych 24 godz. od publikacji, że jest udostępniany, retweetowany i „wykopywany”. Może ten realny głód informacyjny wynika właśnie z tego, że takiej tematyki nie ma w „normalnych” mediach, tak publicznych, jak prywatnych?

 

Wracając do pytania: „jak to robić?”, to z zagranicznych materiałów agencyjnych i innych „kopie i pastuje” informację stażysta średnio znający angielski. Albo po prostu „bierzemy z PAP-a i szlus”, rzadko jednak zaglądając tam do serwisu „Nauka w Polsce”. Redaktor dyżurny rzuca okiem, czy informacja „trzyma się kupy”  i już jest zamieszczona na portalu wiodącego medium . Na ogół naszpikowana błędami – bo w redakcji ani pod telefonem nie ma nawet jednej osoby zdolnej to merytorycznie poprawić. Redaktorzy nie są w stanie wyczuć, że materiał z zakresu popularyzacji nauki powinien zostać odesłany przed publikacją do autora czy jakiegoś „naukowca w tym temacie” – choćby na chwilę – aby uniknąć błędów wynikłych z cięcia-gięcia. Z redakcji, z którymi współpracuję, tylko jedna tak pracuje. Korekta językowa… Kto ją jeszcze utrzymuje (warto!), też powinna czasem odesłać poprawiony materiał popularyzatorski autorowi. Dla „przeciętnego czytelnika” (jeszcze wrócę do opisu tego gatunku) to podobno nieistotne, czy bakterie są na antybiotyki oporne, czy odporne. Aczkolwiek biologicznie to są dwa ZUPEŁNIE odmienne zjawiska. Tak zupełnie, że po angielsku jedno nazywa się resistance, a drugie immunity. Na marginesie  – popularna metoda „copy-paste przez stażystę” bywa wręcz tragiczna w skutkach dla polszczyzny w mediach – o „anty-ciałkach” czytałam już tyle razy, że sama się zaczęłam zastanawiać, czy chodzi o przeciwciała, czy to jednak jakiś inny byt, nowoodkryty.

 

Robi zatem w popularyzacji nie tylko autor, ale i redakcja. „Jak?” to również zagadnienie „klikbajtowych tytułów i leadów”. W nauce właściwie się tak nie da, a ponoć trzeba. Redakcje zatem same wymyślają te wytłuszczone treści. Tylko tłumacz się potem człowieku w rozmowach z twoimi byłymi rozgoryczonymi nauczycielami i profesorami uniwersyteckimi, że to nie ty odpowiadasz za tytuł i lead, skoro tam jest twoje nazwisko! Prawda jednak jest i taka, że nawet czasopisma naukowe, czyli czytane jedynie przez naukowców i popularyzatorów oraz pasjonatów nauki, walcząc o sprzedaż, wymuszają w tej sprawie na autorach-naukowcach rzeczy horrendalne. A koniec tego wariactwa to coroczny konkurs „Science” pt.: „Dance your PhD” (czyli: wytańcz swój doktorat). Pism naukowych są  tysiące i naprawdę walka o byt ma na tym rynku charakter darwinowski. Teraz zatem wyobraźmy sobie, że już na etapie publikacji w „Science” czy „Nature” tytuł jest dziś „podkręcony”. Który to „podkręt” jest następnie pogłębiony przez portale popularyzujące naukę, typu „Science alert”, czy „Phys.org”. Z nich  – w najlepszym razie – korzystają dalej przypadkowi popularyzatorzy, bo stażysta… wiadomo. Do źródłowej publikacji naukowej zajrzy tylko profesjonalny popularyzator, bo on wie, jak ją znaleźć, przeczytać i zrozumieć.

 

Popularyzacja nauki ma dziś działać na emocje, bo to rodzi kliknięcia, a kliknięcia rodzą zysk – albo przynajmniej dają przetrwanie. Nie chodzi o to, by oświecać umysły Szanownych Odbiorców tak, by zrozumiawszy zagadnienie, uwzględniali swoją nowo nabytą wiedzę w procesie podejmowania przez siebie decyzji. W emocjach nie powinno się decydować o szczepieniach, korzystaniu z plastiku, jedzeniu mięsa, wyborze produktów bezglutenowych, sortowaniu śmieci, poparciu dla energetyki jądrowej, stosunku do transplantacji i terapii genowych  etc. Nauka i jej popularyzacja (a tym bardziej edukacja) nie powinny być – a stają się i efekty widać na każdym socjologicznie zbadanym kroku – od rozhuśtywania ludzkich emocji, budowania plemion i ich antagonizowania, a zwłaszcza budzenia lęków.

 

Dla kogo dziś jest popularyzacja? Zapytałam Pawła Łukomskiego, współwłaściciela niewielkiego wydawnictwa „Adamantan”, znanego kiedyś z pozycji nie tylko edukacyjnych, ale i popularyzatorskich, dlaczego zrezygnowali z tego „segmentu”. Powiedział mi, że takie książki mają bardzo wysoki koszt produkcji, a bez kosztownej promocji daje się ich sprzedać kilkaset sztuk. To za mało, aby pokryć choćby koszt druku. Taka pozycja znajdzie swą półkę jedynie w ambitnych księgarniach, a nie ma ich wiele. Na polskim pustkowiu czytelniczym szanse ma w tej dziedzinie tylko autor-celebryta, albo działanie ze wsparciem finansowym powołanych do tego instytucji. Lub książki edukacyjne dla najmłodszych, typu: jak wygląda człowiek w środku, o dinozaurach czy kosmosie. Fenomen portali popularno-naukowych i sponsoringu dla przedsięwzięć popularyzatorskich, sukces takich zjawisk, jak chociażby Festiwale Nauki, czy miejsc takich, jak Centrum Nauki Kopernik, wskazują jednak, że może to my w mediach robimy po prostu coś źle, więc nieskutecznie?

 

Może po prostu lekceważymy czytelnika. Mówimy, że nic go nie ciekawi, poza polityczną nawalanką, że nic nie wie, że trzeba mu wszystko podać bardzo prostym językiem, bo edukacja kuleje na całej linii (to ostatnie to smutna prawda). A wg indeksu czytelności FOG w języku polskim już słowa czterosylabowe (i dłuższe) są uważane za trudne. Istnieją nawet strony, dzięki którym można, po wklejeniu kawałka tekstu, ocenić natychmiast poziom jego „mglistości”. Nauka zaś operuje pojęciami, a one bywają długie. Z drugiej strony wyższe wykształcenie w Polsce szalenie się w ostatnim ćwierćwieczu upowszechniło. Czyżby nie poszła za tym zdolność do pojmowania wyrazów pięciosylabowych?

 

W tej sytuacji są dwie drogi. Upraszczać do poziomu, gdzie tekst się staje zupełnie bezwartościowy informacyjnie, a wiedza odbiorcy racjonalnie zbędna. Zostają same tytuły i emocje, typu: mamy lekarstwo na raka! albo malaria rozszyfrowana!. Dołączona treść nie ma już znaczenia. Dlatego zanika. A tytuł kłamie.

 

Pewnych rzeczy się nie da bardziej uprościć, natomiast da się je bardziej wytłumaczyć. Tylko, że… trzeba umieć to zrobić. To nie znaczy, że koniecznie trzeba mieć te 16 tys. znaków wolności – można to robić w wymiarze 400-700 (robiłam takie rzeczy dla „Super Expresu”; to możliwe, choć bardzo trudne). W świecie mediów goniących w piętkę za newsem, gdzie już się nie da na poczekaniu sporządzić mądrej infografiki (bo nie ma żadnego działu nauki, a wszyscy graficy są szalenie zajęci), trzeba być jak ten nauczyciel w szkole pod chmurką. Ma tylko swoją osobowość, wiedzę i kredę przy tablicy albo patyk na piasku. Ale mu się chce i widzi w tym sens. To drugie podejście – nieoparte o radykalne uproszczenie – wydaje się doprowadzać nielicznych do niemałego komercyjnego sukcesu. Uzyskują oni zatem znacznie większe możliwości techniczne. I tak to się dziś kręci: na osobistej marce wypromowanej przez konkretnego popularyzatora, często ze wsparciem znajomych speców od PR, czasem tylko dlatego, że sami lubią naukę i wierzą w takie projekty. Następuje całkowita prywatyzacja tego sektora informacji.

 

Media głównego nurtu w Polsce niemal wycofały się z popularyzowania nauki, niezależnie od tego, do jakiego sektora pod względem wykształcenia odbiorców kierują swoją ofertę. Kwadratura kola polega na tym, że im mniej podaży, tym mniej popytu w danym punkcie dystrybucji. Nowoczesne media w świecie panującej nam niemiłościwie cywilizacji naukowo-technicznej, gdzie większość maturzystów nie wie, czym w swej istocie jest prąd elektryczny, odpuszczają sobie zajmowanie się nauką i techniką. I to by było na tyle na temat wizji i misji.

 

A to nie fejk, przypadkiem? – analiza MIROSŁAWA USIDUSA o tzw. „głębokich oszustwach”

Obejrzałem właśnie wykonaną techniką deepfake alternatywną wersję „Matrixa”, w której Neo, zamiast czerwonej połyka niebieską pigułkę. Rozbawiła mnie. Nijak nie oburzyło mnie dorabianie twarzy Keanu Reevesa komuś innemu. Nie czułem oburzenia i lęku, że mną ktoś manipuluje. Ot, miałem chwilę zabawy, bo do niej zdecydowana większość deepfakes w Internecie służy.

 

Nie mogę jakoś zmusić się do wiary w kasandryczne przepowiednie, że technika „głębokiego oszukiwania” na poziomie wideo i audio, doprowadzi do katastrofy, oszukiwania społeczeństwa na masową skalę, manipulacji wyborami, przewrotów, rewolucji i wojen nawet na podstawie sfingowanych nagrań z wypowiedziami polityków.

 

Może, gdybyśmy nic o niej nie wiedzieli, gdyby technologia pozwalająca zamienić twarze i udawać głosy, była tajemnicą i możliwości techniczne fałszowania przekazu mieli tylko „bad guys”, to może byłoby się czego obawiać. Ale, w sytuacji, gdy powszechną reakcją na zaskakujące treści w sieci jest powątpiewanie „…a to nie fejk, przypadkiem?”, przepraszam bardzo, dlaczegóż mamy być sparaliżowani trwogą z powodu deepfakes?

 

Lewica nie wierzy w człowieka – prawica liczy się z pomyłkami

 

Interesujące, że różnice w stosunku do „głębokich fejków” pokrywają się korzennymi warstwami politycznych światopoglądów. Tendencję do straszenia i demonizowania tego zjawiska ma lewica i media tzw. mainstreamu, które mają przeważnie poglądy bliskie lewicy. Przedstawiciele poglądów bardziej konserwatywnych i wolnościowych patrzą na to znacznie spokojniej. Lewica, jak wiadomo zasadza się na niewierze w człowieka, w tym w jego zdolność do samodzielnego osądu, co jest dobrem i prawdą a co – wręcz przeciwnie. Dlatego lewica ogranicza wolność na rzecz kontroli i ochrony, chętniej przez nią nazywanej opieką. Prawicowe myślenie pozwala człowiekowi wybierać i narażać się, z wiarą, że sobie poradzi, odróżni sam dobro od zła, prawdę od kłamstwa i choć może popełni błędy, ale wolność wyboru jest wartością ważniejszą.

 

Powyższą różnicę nastawień widać w debacie o deepfakes jak w soczewce. Oczywiście dużo więcej o tym zjawisku pisze lewica i media „głównego nurtu”, bijąc na alarm i snując apokaliptyczne wizje totalnie zmanipulowanych fałszerstwami internetowymi społeczeństw. Prawica wypowiada się w tej sprawie rzadziej. A jeśli już, to zwracając uwagę, że lewicowe pomysły na walkę z tym co lewica upatruje jako „przerażające zagrożenie”, niebezpiecznie zaczynają pachnieć ograniczaniem wolności słowa i cenzurą.

 

Ton mediów w sprawie deepfakes dość dobrze obrazuje publikacja BBC, opisująca prezentację na temat podczas niedawnego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, i cytująca specjalistę w tej dziedzinie, profesora Hao Li z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, mówiącego o „przerażającym fakcie”, że nie można odróżnić już fałszywek wideo od rzeczywistości.

 

Autor artykułu, który bawił się systemem generującym deepfakes, podszywając się, a to pod Leonarda DiCaprio, a to pod Teresę May, to znów pod Lionela Messi, sam zauważył, że wszystko to jest nie tyle złowieszcze, ile zabawne. A więc pierwsze wrażenie, nie przefiltrowane przez światopogląd, jest zawsze takie same. Trudno tę zabawę traktować poważnie. Oczywiście ważne dla dobrej zabawy jest, że wiemy, że to podróbki i fałszywki, ale o tym była już mowa.

 

Zagadnienie deepfake’ów trafiło na pierwsze strony gazet po raz pierwszy w 2017 r., po tym jak w sieci zaczęły pojawiać się bezczelnie sfałszowane filmy wideo, zazwyczaj polegające na podstawieniu twarzy aktorów i innych celebrytów do materiałów, w których nie występowali, bardzo często do produkcji pornograficznych. Nie słyszałem, aby ktoś naprawdę dał się nabrać, natomiast naczytałem się mnóstwo o „poważnym problemie” sfałszowanych treści wideo.

 

Przedstawiciele środków masowego przekazu, w tym cytowanego BBC, wyrażają głośne obawy, że nawet jeśli deepfakes nikogo nie będą oszukiwać, podważą wiarygodność wszelkich materiałów wideo i audio przedstawianych publiczności. Czyli media chcą, aby widzowie byli sceptyczni i krytyczni, ale nie aż tak, by kwestionować treści oferowane im przez media. Czy nikomu nie przychodzi do głowy, że powódź internetowych fałszywek jest naturalną szansą dla znanych marek medialnych, w których odbiorcy mogliby szukać wysp wiarygodności. Warunek jest wszelako taki, że mass media same nie będą dopuszczać się manipulacji. A jeśli będą zbyt energicznie zwalczać „internetowe fejki”, nie będąc same wolne od grzechu, jeśli nie fałszowania to przynajmniej manipulowania faktami, to nie skończy się dla nich dobrze.

 

Oczywiście mogą zdarzyć się takie przypadki jak brazylijski (żonaty) polityk Joao Doria, który w 2018 r. oznajmił, iż kolportowany w sieci film, który pokazywał jego udział w orgii, został sfałszowany. Nie można było mu dowieść, że to nieprawda. Jednak powiedzmy sobie jednak szczerze, że aby nagranie wideo było jednoznacznym dowodem na cokolwiek, spełniać musi i na długo przed epoką deepfakes musiało, wiele innych warunków, z identyfikatorami pochodzenia, czasu nagrania oraz z zeznaniami świadków włącznie.

 

Fałszerstwa to bardzo stary problem

 

Fałszerstwo informacji nie jest nowym problemem. Przecież to groźba fałszerstw a nie co innego, sprawiła, iż w średniowiecznej Europie do weryfikacji autentyczności listów i innych przesyłek wykorzystano wosk plombujący i pieczęcie herbowe. Podobnemu celowi w starożytnych Chinach służyły pieczęcie, pilnie strzeżone, gdyż ich kradzież i fałszerstwo mogły wyrządzić szkody nie mniejsze niż współczesne deepfakes.

 

Fałszerstwa fotografii, fotomontaże i podróbki filmów są tak stare, a może i starsze niż mass media. Czymże jeśli nie fejkiem nazwiemy Jeżowa znikającego ze słynnego zdjęcia ze Stalinem. Z tej sztuczki, jeśli było trzeba, korzystali inni, niekoniecznie źli politycy i ich propagandyści, lecz chociażby np. Rolling Stonesi, którzy usunęli Billa Wymana z fotografii okładkowej po tym jak opuścił zespół. Jest spora kolekcja nagrodzonych prestiżowymi nagrodami fotografii, które były fotomontażami, manipulacjami czy wręcz fałszywkami. A więc nihil novi…

 

Tym, co można by określić jako nowość w nowoczesnych, opartych na AI fałszywkach, jest fakt, że podróbki na niezłym poziomie technicznym mogą być stosunkowo łatwo i szybko przygotowane właściwie przez każdego.

 

Jednym z najbardziej znanych przykładów sugestywnego deepfake jest film z byłym prezydentem Barackiem Obamą „rzucającym wiąchę” pod adresem prezydenta Trumpa. Wideo jest dziełem Jordana Peele’a i serwisu Buzzfeed, stworzonym, aby ostrzec ludzi przed techniką deepfakes, jednak, nawet bez tej wiedzy skłonnych, by nabrać się na taki wyskok ze strony dość sztywnego Obamy raczej nie było.

 

Z drugiej strony zafascynowała nas cyfrowa imitacja młodej księżniczki Lei, pojawiająca się pod koniec „Łotra 1”, w ramach sagi „Gwiezdne Wojny”, będąca owocem zasadniczo podobnej techniki. Mniej znany jest u nas przypadek umieszczania oblicza Nicolasa Cage’a we fragmentach filmów, w których nie występował, w tym m. in. w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki”.

 

Wśród gigantów – poruszenie

 

Pod presją, aby z fałszywkami „coś zrobić”, znaleźli się potentaci Internetu. Twitter zapowiedział niedawno, że usunie niektóre deepfakes i w marcu rozpocznie oznaczanie tego rodzaju materiałów ostrzeżeniami o „znaczącej i zwodniczej modyfikacji”.  Co istotne, firma usunie zmanipulowane treści medialne, w tym deepfakes, tylko wtedy, gdy zawarta w nich treść może spowodować szkody, takie jak np. zagrożenie fizycznego bezpieczeństwa grupy lub osoby, lub gdy tweet stwarza ryzyko wystąpienia masowej przemocy lub niepokojów społecznych. Do regulaminu Twittera dodano nową klauzulę dotyczącą „mediów syntetyzowanych i manipulowanych”, które „mogą wyrządzić szkodę”. Poza znakowaniem tweetów, Twitter zapowiada pokazywanie ostrzeżenia dla ludzi przed retweetami, zmniejszanie widoczności znaczonego tweeta i zapobieganie rekomendacjom tych treści, a także dostarczanie dodatkowych objaśnień.

 

Facebook w zeszłym miesiącu również przedstawił nowe zasady dotyczące przerabianych materiałów i zapowiada, że będzie konsekwentnie blokować treści „syntetyzowane”. Już teraz stosuje oznaczenia przy niektórych zmanipulowanych treściach.

 

YouTube był w swoich antyfejkowych działaniach szybszy zarówno od Facebooka jak i Twittera. Już w 2016 roku, przed ostatnimi wyborami prezydenckimi, uruchomiony na YouTube algorytm śledził wprowadzające w błąd treści. Prawica zarzuca od dłuższego czasu platformie, że stosuje podwójne standardy i dla fejków lewicowych jest znacznie bardziej pobłażliwa niż dla treści uznawanych za fałszywki o prawicowej wymowie.

 

Właściciel YouTube’a, Google, a właściwie Alphabet, który jest od paru lat brandem-matką dla całej google’owej rodziny, ma swoich zasobach także firmę Jigsaw, która pracuje nad narzędziem do sprawdzania faktów o nazwie Assembler, wykorzystującym sztuczną inteligencję, aby pomagać dziennikarzom wykrywać zmanipulowane obrazy, przyspieszając procedury fact-checkingu. Assembler wykorzystuje modele manipulacji obrazem opracowane przez naukowców z Uniwersytetu w Maryland, Uniwersytetu Federico II w Neapolu i Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Narzędzie wykorzystuje te modele do wykazania prawdopodobieństwa manipulacji obrazem. Do projektu przyłożyła się również firma Google Research.

 

Jigsaw zbudował na potrzeby systemu wykrywającego manipulacje narzędzie o nazwie StyleGAN, oparte na systemach generatywnych sieci przeciwstawnych, wykorzystywanych także często do tworzenia deepfakes. Z tym, że w tym przypadku służy nie do generowania, lecz do wykrywania głębokich fałszywek. Maszyna w tym systemie uczy się wykrywania różnic pomiędzy obrazami prawdziwych ludzi a obrazami zmanipulowanymi.

 

Aby pomóc w rozwiązaniu problemu braku danych szkoleniowych, Facebook, Google, Amazon Web Services i Microsoft zjednoczyły się niedawno, ogłaszając inicjatywę Deepfake Detection Challenge. W ramach projektu udostępnią specjalnie utworzony zbiór danych dotyczących deepfake’ów naukowcom na całym , aby ci wykorzystywali je swobodnie jako zasoby treningowe dla swoich opartych na uczeni maszynowym modeli. Opracowanie skutecznych systemów wykrywania deepfake’ów leży oczywiście w interesie publicznym, ale nie jest to czysty przejaw altruizmu ze strony technologicznych gigantów, którzy liczą na znalezienie praktycznych i skutecznych mechanizmów wykrywania fałszywek do wykorzystania w swoim biznesie i odpowiedzi na coraz silniejsze naciski w tej sprawie ze strony polityków.

 

Walka pachnąca cenzurą

 

Czarnym scenariuszem dla amerykańskich mediów jest wizja następująca: w listopadzie 2020 roku tuż przed wyborami ukazuje się w sieci sfałszowane nagranie wypowiedzi kandydata Demokratów, na którym mówi coś skandalicznego i, zanim nastąpi weryfikacja, odbywają się wybory prezydenckie a deepfake’owe nagranie ma wpływ na ich wynik. Wizja to tyleż mroczna, ile odległa od realiów. Jeśli wszyscy wiedzą o możliwości powstawania i kolportowania deepfakes w kampanii, to ich potencjalna siła politycznego rażenia dąży do zera. Powiedziałbym więcej, fakt, że wszyscy wiedzą o problemie, w niemałym stopniu chroni osoby, które rzeczywiście mają się czego obawiać, bo nieopatrznie powiedziały coś szokującego, podobnie jak istnienie deepfake’ów chroniło wspomnianego Brazylijczyka. Nie chroni całkowicie, ale tworzy społeczny bufor sceptycyzmu, który powoduje konieczność dodatkowego poświadczenia autentyczności zarzutów.

 

Deepfake porno z twarzami najsławniejszych aktorek w hardcore’owych okolicznościach przyrody może i cieszyło się jakąś popularnością wśród koneserów gatunku, jako ciekawostka, ale oczywiście nie ma szans w porównaniu z prawdziwymi nagraniami z celebrytami w eksplicytnych scenach, które czasami „wyciekają” do sieci. Doskonałość techniczna podróbek nie sprawia, że amatorzy pornografii się nabierają. A jeśli oglądają, to, jak sądzę, głównie dlatego, że jest to zabawne, a nie dlatego, że jest to twarz tej czy tamtej gwiazdy. A skoro deepfakes nie wywołały rewolucji w branży porno, to nie sądzę, aby w polityce były czymś więcej niż zabawną ciekawostką.

 

Niemniej poważni ludzie nie chcą przestać tego problemu traktować poważnie. Przykładem Clint Watts, pracownik amerykańskiego Instytutu Badań nad Polityką Zagraniczną, który latem ubiegłego roku powiedział Kongresowi USA, że Rosja, Chiny i inni „autorytarni przeciwnicy” Ameryki prawdopodobnie użyją technologii fałszującej w ramach kampanii informacyjnych mających na celu „obalenie demokracji i demoralizację amerykańskich wyborców”.

 

W tej atmosferze kilka stanów, w tym Kalifornia, przyjęło ustawodawstwo mające na celu zwalczanie deepfakes w wyborach. Przepisy kalifornijskie („Anti-Deepfake Bill”) zakazują m. in. publikowania lub rozpowszechniania „materialnie zwodniczych przekazów audio wizualnych”, które mają na celu zaszkodzenie reputacji kandydata lub wprowadzenie w błąd osób głosujących, w czasie do sześćdziesięciu dni przed wyborami. Są od tego pewne wyjątki, dotyczące np. treści, które są oznaczane jako manipulacje lub takich, które stanowią satyrę lub parodię.

 

Przepisy te są krytykowane jako godzące w wolność słowa gwarantowaną przez pierwszą poprawkę do amerykańskiej konstytucji. Występuje przeciwko nim znana organizacja broniąca w USA wolności obywatelskich ACLU (American Civil Liberties Union). O projekcie podobnych do kalifornijskich regulacji w stanie Maine lokalny przedstawiciel ACLU, Michael Kebede powiedział mediom: „Ten projekt ustawy dawałby politykom nowe prawo do złożenia pozwu przeciwko praktycznie każdemu, kto rozpowszechnia nagranie wideo lub audio albo obraz, który polityk uważa za wprowadzający w błąd”.

 

Przeciwnicy prawa o zwalczaniu deepfakes zwracają uwagę, że wprowadzanie tego rodzaju przepisów może zniekształcić przebieg kampanii. W wyborach prezydenckich w USA w ostatnim miesiącu przed wyborami zwykle jest czas na wyciąganie kandydatom różnych brudów. Są to informacje ważne dla wyborców, ale przez nierozważne przepisy mogą zostać ocenzurowane. Argument, że sam fakt istnienia głębokich fałszerstw godzi w skuteczność tych haków, jakoś do ludzi forsujących kontrowersyjne przepisy nie trafia.

 

Wprawdzie zdarzyło się niedawno, że pewną firmę okradziono z poważnej kwoty przy wykorzystaniu deepfake’a podszywającego się pod głos prezesa, ale prawdę mówiąc bardzie widać tu problem z procedurami bezpieczeństwa w tej organizacji niż zaawansowanymi fałszywkami. Ludzi nieostrożnych, o niskim ilorazie inteligencji, zawsze można było oszukać, nie potrzeba było do tego algorytmów sztucznej inteligencji.

 

Mirosław Usidus

 

 

 

Zawsze lubiłem dłuższe formy – rozmowa z PIOTREM LIPIŃSKIM reporterem, autorem książek historycznych

Mam wrażenie, że trafiłem na dobry moment. W ostatnich latach literatura faktu cieszy się dużo większym zainteresowaniem niż na początku lat 90. – mówi  Piotr Lipiński, reporter, który podejmuje tematy polskiej historii najnowszej. Niedawno nakładem wydawnictwa „Czarne” ukazała się jego książka „Gomułka. Władzy nie oddamy”.

 

Czy trudno było panu przejść z dziennikarstwa do literatury?

 

Jest to inny rodzaj pisania. Podobieństwo jest takie, że wciąż piszę, jestem autorem reportaży historycznych. Zajmuję się gatunkiem literatury, którego korzenie tkwią w gazecie codziennej. Reportaż historyczny ociera się o literaturę, ale nią nie jest. Jest literaturą faktu i rzemiosłem artystycznym. Nie jest to w pełni sztuka ani literatura. Na przejście z dziennikarstwa do literatury faktu miało wpływ to, że z dziennikarstwem jest coraz gorzej.

 

Stwierdzenie, że z dziennikarstwem jest coraz gorzej jest bardzo pojemne. Można w nim zmieścić wiele tez. Jaki konkretny aspekt pan ma na myśli?

 

W gazetach, a nawet w Internecie, nie ma już tyle, co kiedyś, miejsca na publikacje. Teksty gazetowe są coraz bardziej skrótowe. A ja nigdy nie czułem się dobrze w krótkich formach dziennikarskich. To nie był mój styl. Wolałem dłuższe formy. Do najdłuższych tekstów w „Gazecie Wyborczej” czasami zbierałem materiały przez dwa, trzy miesiące. Przejście do pisania książek jest naturalną konsekwencją tego, co się wydarzyło w dziennikarstwie. Skoro w gazetach jest coraz mniej miejsca na dłuższe formy, zacząłem szukać dla siebie  miejsca gdzie indziej.

 

I miejscem, w którym pan się realizuje, stały się książki?

 

Książki okazały się znakomitym miejscem dla mojej twórczości. Mam wrażenie, że trafiłem na dobry moment. W ostatnich latach literatura faktu cieszy się dużo większym zainteresowaniem niż na początku lat 90. Wtedy książki zaliczane do tego gatunku ukazywały się w znacznie mniejszych nakładach. Był to też czas, kiedy ukazywało się niewiele dzieł literatury reporterskiej.

 

Nie miał pan żadnych trudności? Nawet jeżeli dziennikarz pisze duże reportaże i poświęca na nie dwa, trzy miesiące, na książkę musi poświęcić znacznie więcej. 

 

Miałem problemy natury technicznej. Tak, jak wspomniałem, dużo czasu poświęcałem na reportaże, które ukazywały się w gazecie. Jednak pracując nad książką człowiek zaczyna narzekać, że za długo skupia się nad jednym tekstem.

 

Taka już jest natura ludzka, że człowiek narzeka na to, co ma, nawet jeżeli wcześniej o tym marzył. Ile czasu pan poświęca na napisanie książki?

 

Minimum rok, chociaż przeważnie trwa to dłużej. Zawsze lubiłem dłuższe tematy, jednak od czasu do czasu potrzebowałem adrenaliny, którą daje napisanie tekstu na szybko. Nawet depeszy gazetowej. Dlatego lubiłem chodzić do sądu i pisać relacje sądowe. Wtedy żartowałem, że człowiek kończył pracę o godzinie 16. Sąd pracował do 15, potem przez godzinę pisało się tekst. Z budki telefonicznej znajdującej się na dole w sądzie przekazywało się treść relacji do redakcji i dzień pracy był zakończony.

 

Jaką ma pan technikę pracy nad książkami?

 

Większość czasu spędzam w domu. Ale to nie jest akurat związane z pracą nad książkami, ale wynika z tego, że obecnie dziennikarze generalnie więcej pracują w domu. Nie tylko ci, którzy piszą. Mój kolega fotoreporter bywa w redakcji rzadko. Głównie jeździ po mieście, robi zdjęcia i wysyła je do redakcji. Do gazety wstępuje okazjonalnie. Właściwie nie bardzo ma po co tam chodzić.

 

Choćby dla kontaktu z ludźmi?

 

Muszę przyznać, że jest to powód, dla którego warto bywać w redakcji. Trochę brakuje więzi z ludźmi. Pisząc książki rzadziej spotykam się z ludźmi, niż robiłem to, kiedy na co dzień pracowałem w gazecie. Widuję się i rozmawiam ze świadkami spraw, które opisuję w książkach. Natomiast spotkania z innymi dziennikarzami są dla mnie dużymi wydarzeniami. Wynika to z bariery organizacyjnej, ale również z bariery psychicznej.

 

Mówił pan o negatywnych tendencjach we współczesnym dziennikarstwie. Czy mimo wszystko da się dostrzec jakieś pozytywy?

 

Niesamowite jest to, że każda gazeta ma dodatek historyczny. Ukazuje się ich dużo, co oznacza, że muszą się sprzedawać. Tematy historyczne z reguły nie są poruszane w normalnych wydaniach gazetowych, ponieważ są dodatki historyczne. Wśród dziennikarzy „Gazety Wyborczej” ciągle były dyskusje i spory czy na naszych łamach nie ukazuje się za dużo tekstów historycznych. Byli zwolennicy i przeciwnicy takiego rozwiązania. Jeżeli ktoś się nie interesuje historią, woli mieć gazetę złożoną z bieżących tematów politycznych, gospodarczych czy społecznych. Jest jeszcze inny powód, że gazety rezygnowały z artykułów historycznych.

 

Jaki?

 

Teksty historyczne są droższe od zwykłych artykułów, ponieważ wymagają większego nakładu sił i pracy. Czasem piszę niewielkie teksty do miesięcznika „Newsweek Historia”. Ale one są zdecydowanie krótsze i bardziej zdawkowe niż artykuły historyczne, które pisałem kiedyś do „Gazety Wyborczej”. Wynika to z mniejszej objętości gazet. Nie ma miejsca, żeby sie rozpędzić z tematem. Kolejną sprawą, z którą boryka się całe dziennikarstwo, są niskie stawki za teksty. Generalnie, za artykuły płaci się niewiele. Obowiązują dużo mniejsze stawki niż kiedyś. Dziennikarzy nie stać więc na pisanie tekstów historycznych. Autor nie może sobie pozwolić, żeby przez dwa miesiące zbierał materiał do tekstu, za który dostanie 1500 złotych brutto.

 

1500 złotych brutto za artykuł? Bardzo dobra stawka.

 

Trochę na wyrost wskazałem tę stawkę. Ale to prawda, ceny za artykuły są dużo niższe, sięgają 300-400 złotych za dwukolumnowy tekst. Trudno się spodziewać, że przy takiej wierszówce, ktoś napisze przełomowy tekst. W takiej sytuacji zaczyna rządzić wtedy publicystyka. W dziale reportażu trochę podśmiewaliśmy się z publicystów.

 

Dlaczego?

 

Dla nas publicyści to ludzie, którzy siedzą za biurkiem i raz albo dwa razy w tygodniu przelewają na papier swoją opinię na dany temat. Jest to dość łatwe w porównaniu z napisaniem reportażu, do którego trzeba zebrać materiał. Publicystyka i reportaż to kompletnie inna branża.

 

Publicyści często piszą „tekst spod palca”. Zerkną tu, zerkną tam, dorzucą kilka, czasem powtarzających się przez dłuższy czas w ich tekstach bon-motów, dodadzą puentę i artykuł jest gotowy.

 

W dużym stopniu tak to wygląda, publicyści raczej nie zbierają materiałów do tekstów. Oczywiście, w ich tekstach liczy się wiedza gromadzona przez lata. Ale reporterzy też gromadzą fachową i szczegółową wiedzę przez lata. Żeby powstał tekst, muszą spotkać się i porozmawiać z kilkoma osobami, muszą przejrzeć archiwa, muszą zweryfikować dokumenty i relacje. Teraz zdecydowanie więcej korzystam z archiwów niż kiedy pracowałem w gazecie. Mam nieporównywalnie więcej materiałów niż w latach 90., a nawet na początku XXI wieku. Wtedy dostęp do dokumentów MSW czy MBP był słaby. Później trafiły do archiwów IPN. Dzięki temu jest tam dostęp do niewiarygodnych wręcz ilości materiałów. We wrześniu wydaję książkę o największej prowokacji UB związanej z V Komendą WiN.

 

O operacji „Cezary”?

 

Tak, pierwszy raz o niej pisałem w 1994 r. Miałem szczęście, bo spotkałem jeszcze wiele osób, które uczestniczyły w tej operacji, po jednej i po drugiej stronie. Mogłem z nimi porozmawiać, wysłuchać ich świadectw, nagrać. Miałem około 200 stron kserokopii dokumentów. Nie pochodziły z archiwum UOP, ale z prywatnych źródeł ludzi, którzy wynieśli je z MSW.

 

A ile ma pan obecnie stron dokumentów dotyczących tego tematu?

 

Podczas poszukiwań w archiwum IPN zgromadziłem dokumentację sięgającą 60 tysięcy stron. To ilościowa i jakościowa przepaść w porównaniu z latami 90. czy pierwszą dekadą XXI wieku. Znalazłem fantastyczny materiał, z detalami są opisane wybrane dni operacji.

 

Gdyby podczas pracy w gazecie miał pan tak obszerny materiał, byłby pan w stanie go spożytkować?

 

Na potrzeby gazety napisałem trzy duże reportaże o V Komendzie WiN. Ale one są nieporównywalne z objętością książki, która ma ukazać się we wrześniu. Tekst w gazecie zmuszał mnie do rezygnacji z wielu kwestii. Zmieściły się w nim tylko pierwszoplanowe rzeczy. W książce jest znacznie więcej miejsca, więc znalazły się w niej drugoplanowe fakty i postacie. Rozbudowałem również tło wydarzeń. Wtedy żartowaliśmy z kolegami, że jeżeli wykorzysta się w reportażu 10 proc. zebranego materiału to jest bardzo dużo. Przeżyłem zaskoczenie, kiedy kilka lat temu pisałem książkę o Józefie Cyrankiewiczu dla wydawnictwa „Czarne”. Jedyny reportaż o nim napisałem w 1999 r. Kiedy pisałem książkę, zajrzałem do teczek, w których zebrałem dokumentację na jego temat. Byłem strasznie zaskoczony, ile materiału o nim zebrałem w ciągu dwóch miesięcy. Miałem niemal 30 proc. materiału niezbędnego do książki. Reportaż o Cyrankiewiczu ukazał się w kolorowym magazynie, stron tekstu było sporo jak na dzisiejsze czasy. Ale ten tekst i tak jest ułamkiem książki. Narzekano na mnie, że jak na warunki gazetowe dość wolno pracowałem. Pisałem niewiele tekstów. Ale zdobyłem umiejętność zebrania materiałów i pracy z materiałami. Teraz doświadczenie nabyte w gazecie procentuje, ponieważ potrafię szybciej pisać książki. Szczególnie jak wpadnę w swój tryb pracy to całkiem sprawnie mi to wychodzi. Kiedyś dużo notowałem w archiwach, bo kserokopie były potwornie drogie, teraz już tego nie robię.

 

Robi pan zdjęcia czy skany?

 

Wolę zdjęcia. Zamawiam w archiwum teczki na tematy, które mnie interesują i fotografuję je bez wgryzania się w treść. Mój rekord to sfotografowanie ośmiu tysięcy stron w ciągu dnia. Sfotografowane dokumenty przerabiam w domu. Kiedyś, gdy nie korzystało się z elektronicznych kopii, czasem okazywało się, że aby dopisać zdanie czy parę słów, trzeba było jeszcze raz pójść do archiwum i coś sprawdzić, bo człowiek nie miał dokumentacji w domu. Nie było na to czasu, więc rezygnowało się z dodatkowej wiadomości. Teraz mam komfort, bo w każdej chwili mogę zajrzeć do sfotografowanych materiałów i skorzystać z nich. Pisałem dużo o okresie stalinowskim. Teraz już praktycznie nie ma świadków tamtego okresu, a przez to zdecydowanie gorzej się pracuje. Mam sporo nagranych rozmów z komunistami z tamtych czasów. Ciągle z nich korzystam, ponieważ nadal odkrywam w nich interesujące kwestie. Kiedyś napisałem książkę o twórcy podziemia winowskiego, o pułkowniku Rzepeckim. Opierała się głównie na dokumentach, dlatego nie jestem z niej zbyt zadowolony, ponieważ lubię mieć równowagę między relacjami świadków a dokumentami.

 

Jak zachować równowagę między relacjami świadków a dokumentami? Jak sprawdzać wiarygodność jednego źródła z drugim?

 

Sprawdzanie jest istotne, ponieważ w historii po latach dzieje się więcej niż wydarzyło się w rzeczywistości.

 

Nawet jeżeli ktoś nie chce niczego wypaczyć w swojej relacji, może to za niego zrobić upływający czas.

 

Oczywiście. Ludzie nie tyle kłamią, co mijają się z prawdą dlatego, że coś źle  pamiętają. Oni są wręcz pewni, że coś się wydarzyło, a tak nie było. Ale dokumenty też bywają jednostronne. V Komenda WiN była ubecką prowokacją i na ten temat jest masa dokumentów zgromadzonych w archiwum IPN. Dokumenty wytworzone na ten temat przez UB są w większości dokładne. Ale pojawia się kwestia ich wiarygodności. Funkcjonariusze UB też coś czasami ukrywali, przekręcali albo coś chcieli „namotać” z różnych powodów.

 

Ale po co to robili? Chcieli siebie oszukać?

 

Czasami chcieli oszukać samych siebie, podkreślić swoje zasługi, przypodobać się szefom. Przy sprawie V Komendzie WiN znalazłem długą relację jednego ze szpiegów, Mariana Reniaka, którego UB wysłało do delegatury WiN w Niemczech, żeby ich rozpracowywał. On przesyłał do centrali w Warszawie obszerne raporty, ale czasem widać, że pisze głupoty. Wyolbrzymia swoje zasługi, chce się przypodobać szefom. Można się zorientować po drobiazgach. Zależało mi na ustaleniu szczegółów, więc wszystko dokładnie sprawdziłem i okazało się, że to, co pisze Reniak nie jest do końca wiarygodne. W niektórych momentach ubecy próbowali w dokumentach zafałszować kanały przerzutowe, ponieważ dalej je wykorzystywali. Ale nie jest też tak, że dokumenty UB są całkowicie zakłamane, większość faktologii się zgadza. Esencja tych dokumentów jest przeważnie prawdziwa, natomiast z detalami bywa różnie, nawet jeżeli one były na bieżąco pisane.

 

UB nie prowadził kontroli operacyjnej Reniaka?

 

Prowadził, ale jak go wysłali na Zachód nie do końca wiedzieli co on tam robi. Co do zasady jego raporty były wiarygodne, ale tak, jak w każdej służbie wywiadowczej niektóre działania były kamuflowane przez uczestników wydarzeń. Wynikało to z różnych powodów, czasami z przyczyn osobistych.

 

Jaki jest największy problem związany z wiarygodnością relacji świadków historii?

 

Po latach ludzie zaczynają znacząco inaczej pamiętać przeszłość. Coś im się wydaje i upierają się, że tak właśnie było. A w rzeczywistości było inaczej. Ale jak człowiek pożyje trochę dłużej, sam dochodzi do wniosku, że nie ma w tym nic dziwnego, bo z upływem czasu przeszłość nabiera innych kształtów.

 

Czasem widzę to po sobie. (śmiech)

 

(śmiech) Kilka lat temu upierałem się przy jednej rzeczy. Miałem 200 procentową pewność, że jest tak, jak uważam, a okazało się, że było inaczej. Od tamtej pory mam już dystans do tego, co mówię. Bo już wiem, że można nieświadomie się mylić. Takie odkrycie dokonane u siebie, jest ciekawym przeżyciem dla człowieka piszącego. Wtedy zaczyna się bardziej rozumieć ludzi, z którymi się rozmawia. Ma się wtedy wiedzę, że oni czasami nieświadomie wprowadzają w błąd.

 

Czasami świadkowie historii robią to świadomie.

 

Tak też bywa. Podczas rozmów niektórzy komuniści nie kręcili, ale unikali odpowiedzi. Odpowiadali w długi, pokrętny i zawikłany sposób. Wiedzieli, że dziennikarz nie skorzysta z ich relacji, bo wypowiedź nie nadaje się do zacytowania. To się powtarzało przy niektórych osobach przy każdej rozmowie z nimi. Chciałem coś z nich wydobyć, ale mieli swoją taktykę opowiadania. Zdobyłem dwa, trzy zdania do zacytowania i wiedziałem, że na więcej nie mam co liczyć. A może tacy byli?

 

Czy prasa z czasów PRL przydaje się w pańskich reportażach jako źródło opisujące epokę? Czy nie jest to rzetelna informacja?

 

Prasa lat stalinowskich jest mięsista, używane w niej określenia są przerażające. Wystarczy wyciągnąć z niej dwa zdania do tekstu i one oddają klimat epoki. Natomiast trudno oddać klimat lat 80. za pomocą cytatów z prasy, ponieważ jest ona mętna i rozwlekła. Połowa ostatniej dekady PRL była w prasie szczytem „nie konkretu”. Jeżeli ktoś próbuje przeczytać artykuł z tamtych czasów, a nie zna kontekstu sprawy, nie będzie wiedział, o co chodzi. Zdania są długie, rozwlekłe i niekonkretne. Na końcu zdania nie wiadomo, o co chodziło na początku. Udawano, że przekazuje się informację, a tak naprawdę tego nie robiono.

 

Chciałem jeszcze zapytać o bohatera pańskiej ostatniej książki. Co sprawiło panu największą trudność w opisaniu Władysława Gomułki? Bo wbrew pozorom jest postacią skomplikowaną i niejednoznaczną.

 

Uświadomiłem sobie z Gomułką, że przez niemalże trzydzieści lat pisania reportażu historycznego, nie napisałem o nim artykułu. On się pojawia przy innych opisywanych przeze mnie zdarzeniach i postaciach. Na przykład przy aferze mięsnej, przy Bierucie czy przy Cyrankiewiczu. Ale o samym Gomułce nigdy nie napisałem nawet reportażu. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego właściwie o nim nie napisałem.

 

Do jakich doszedł pan wniosków?

 

Bałem się o nim pisać, bo wydawał mi się strasznie nudny i rozwlekły. Miałem wrażenie, że sobie z nim nie poradzę, bo jego sposób myślenia jest tak zawikłany, że będzie mi trudno sobie z nim poradzić. Cyrankiewicza i Bieruta jest wbrew pozorom łatwiej opisać, bo oni są bardziej konkretni. W postaci Bieruta dominują trzy cechy przez które można go przedstawić, służalczość, urzędniczość i oślizgłość. Natomiast z Gomułką jest straszny problem. Bo on raz jest znienawidzonym komunistą, później  przez chwilę jest komunistą uwielbianym przez Polaków. Epoka lat 60. to czas zwany małą stabilizacją, czymś szarym, a szarość jest ciężko opisywać.

 

Ale jednak zdecydował się pan opisać towarzysza Wiesława. Co o tym przesądziło?

 

Kiedy trzy lata temu przekroczyłem pięćdziesiąty rok życia żartobliwie stwierdziłem, że dorosłem do zmierzenia się z Gomułką. Praca nad książką o nim zajęła mi wyjątkowo wiele czasu. Musiałem szczegółowo zmierzyć się z tematem. Zadziwiło mnie, że podświadomie spychałem pisanie o Gomułce na bok. Sądzę, że robię tak również z innymi tematami. Podświadomie a może nie podświadomie pomijam okres lat 70. Może ta dekada jest za świeża dla mnie? Próbuję się bronić przed pisaniem o tym czasie, ponieważ uważam, że to zbyt świeże wydarzenia, żeby pisać o nich reportaż historyczny. Ale przyłapałem się również na tym, że pisanie o czasach stalinizmu jest bardziej interesujące dla reportera. Tam się dzieje najwięcej dramatów. Wybory oznaczają przeżycie lub śmierć, pójście na układ z władzą albo starcie. To były najważniejsze życiowe  wybory. Później wszystko zaczyna się rozmywać. Ludzie są niby w opozycji, a nie są, władza opozycję tępi, ale robi to bez przekonania poza krótkimi okresami, kiedy dostaje szału i strzela do rootników na Wybrzeżu. Okres gomułkowski w porównaniu chociażby z okresem stalinowskim jest trudniejszy do opisania.

 

Dlaczego?

 

Bo jest mniej konkretny, mniej mięsisty, mniej się w nim dzieje. Podejrzewam, że również z tego powodu stroniłem od zajęcia się tym tematem. Ale też miałem przekonanie, że jak rozmawiałem z komunistami to najciekawsze rzeczy słyszałem od najstarszych z nich. Od tych, którzy byli aktywni w czasach stalinowskich. Oni byli przekonani do tego, co robią. Przeważnie mieli absurdalne poglądy, ale jednak jakieś mieli. One były konkretne, nie można było im zarzucić, że są wewnętrznie niespójne. Natomiast później, a szczególnie w latach 70. mamy coraz częściej do czynienia z komunistami konformistami. Są tacy, jak Cyrankiewicz od początku swojej powojennej drogi. Są ludźmi, którzy idą na układ z władzą, żeby poprawić sobie życie. Powtarzają propagandowe hasła, ale właściwie nie wierzą w to, co mówią, bo mówią to bez przekonania i bez zastanowienia. Natomiast komuniści z przełomu lat 40. i 50. wierzyli w to, co mówili. Dla mnie z tego powodu ten ich świat był bardziej przekonujący.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl

 


Piotr Lipiński

Rocznik 1967. Reporter podejmujący tematy polskiej historii najnowszej, przez dwie dekady związany z „Gazetą Wyborczą”. Autor książek „Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa”, „Cyrankiewicz. Wieczny premier”, „Bierut. Kiedy partia była bogiem”, „Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.” (wspólnie z Michałem Matysem), „Geniusz i świnie”, „Anoda. Kamień na szańcu”, „Raport Rzepeckiego”, „Absurdy PRL-u” (również z Michałem Matysem) oraz cyklu: „Bolesław Niejasny”, „Ofiary Niejasnego” i „Towarzysze Niejasnego”, opisującego ofiary i katów epoki polskiego stalinizmu. Kilkakrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagrody Grand Press. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Za książkę o Cyrankiewiczu był nominowana do Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego, a za tę o Bierucie do Kryształowej Karty Polskiego Reportażu. Prowadzi blog www.piotrlipinski.pl. Źródło: czarne.com.pl

Telewizja prześladowanych – PAWEŁ BOBOŁOWICZ z Kijowa o ATR, stacji Tatarów krymskich

Jedyna na świecie telewizja Tatarów krymskich ATR może przestań istnieć. Władze Ukrainy, pomimo wcześniejszych zobowiązań nie przekazują dotacji dla kanału i tworzą bariery administracyjne uniemożliwiające prace dziennikarzom. ATR wciąż nadaje z Kijowa i pozostaje rzetelnym źródłem informacji o sytuacji na okupowanym przez Rosję Krymie, jednak jego godziny mogą być policzone.

 

Telewizja ATR powstała w 2006 roku i od początku nadawała z terenu Krymu. Telewizja w 97 proc. należy do Lenura Isljamowa, wiceprezesa światowego kongresu Tatarów krymskich.

 

35 proc. programów ATR nadawanych jest w języku krymskotatarskim, 30 proc. ukraińskim, 20 proc. rosyjskim, 15 proc. tureckim. W skład holdingu ATR wchodzi także krymskotatarskie radio Medan i telewizja dla dzieci Lale (nadaje w języku krymskotatarskim i rosyjskim)

 

Redakcja ATR jednoznacznie nie wspierała rosyjskiej aneksji i pokazywała faktyczny obraz okupacji Krymu. Rosyjskie władze okupacyjne w styczniu 2015 roku zarekwirowały serwery stacji, nie dały jej odpowiedniej koncesji, co ostatecznie zmusiło stację do zaprzestania nadawania z Krymu w kwietniu 2015 roku. W tym czasie władze Ukrainy umożliwiły rozpoczęcie działalności kanału z Kijowa i nadawanie sygnału przez sygnał satelitarny, telewizja otrzymała też finansową pomoc z budżetu Ukrainy.

 

Jednak w 2019 roku dotacja budżetowa dotarła do telewizji w ostatnich dniach roku i kanał nie mógł jej wykorzystać zgodnie z przepisami prawa i był zmuszony dotację zwrócić. Na rok 2020 w ukraińskim budżecie przewidziano dotację w wysokości 50 mln hrywien, jednak tym razem instytucja nadzorująca wydatkowanie środków publicznych (kaznaczejstwo, nie ma w Polsce analogicznego organu) zakwestionowała sposób zamawiania materiałów przez ATR, zarzucając działanie niezgodne z przepisami prawa o przeprowadzaniu przetargów publicznych. Według Ajdera Mużdabajewa zastępcy dyrektora ATR, państwo wymaga od stacji przeprowadzanie przetargów na zakup materiałów informacyjnych z okupowanego Krymu, co jest w oczywisty sposób niemożliwe do zrealizowania i niosłoby niebezpieczeństwo dla osób współpracujących z telewizja na okupowanych terenach.

 

Minister kultury, młodzieży i sportu Wołodymyr Borodjanski, który w ukraińskim rządzie odpowiada za tę sprawę 11 lutego zapowiedział, że wspólnie próbuje się wypracować odpowiednie decyzje dotyczące stosowania przepisów o przetargach publicznych i zasad dalszego finansowania. Jednak każdy dzień dla stacji oznacza kolejne długi, a i tak nie jest już emitowane 90 procent materiałów, zwolniono 45 proc. dziennikarzy, a najczęściej emitowanym obrazem jest przyciemnione puste studio z napisem „Save ATR” i dźwiękiem bijącego serca. Rozmówcy w kierownictwie  ATR zwracają uwagę, że od 2016 roku nie było problemów z przekazywaniem środków finansowych, a pojawiło się ono wraz ze zmianą ukraińskiego rządu.

 

Wspomniany Ajder Mużdabajew zwraca uwagę, że telewizja ma znaczenie zdecydowanie szersze niż zwykły regionalny kanał. Po pierwsze  to telewizja rdzennego narodu Krymu, który w swej ojczyźnie jest prześladowany i nie może w normalny sposób mieć zaspokojonych potrzeb informacyjnych i kulturalnych. Po drugie ATR dostarcza wiadomości z okupowanego Krymu dla całego świata, a jej współpracownicy na okupowanych terenach, by je przekazywać narażają swoje bezpieczeństwo, a kilku z nich już zapłaciło za to ograniczeniem wolności. Mużdabajew podkreśla, że ATR powinien mieć wsparcie nie tylko Ukrainy (o które jak widać jest obecnie ciężko), ale też państw zachodu, które przecież rosyjskiej okupacji nie uznają i pomoc dla ATR jawi się wręcz jako oczywista konsekwencja i w jakimś stopniu akt sprawiedliwości w stosunku do narodu, który kolejny raz staje w sytuacji prześladowań przez moskiewskie władze.

 

Jednoznacznie wspierają ATR działacze krymskotatarskiego Medżylisu.  Jego wiceprzewodniczący Ilma Umerow zwraca też uwagę, że kanał początkowo przecież nie był przewidziany jako telewizja, która będzie miała tak wielkie znacznie ogólnoświatowe. Była obliczona na zaspokojenie potrzeb informacyjnych Tatarów, ale dziś potrzebuje pomocy zewnętrznej, bo jej rola jest całkowicie inna. Przez lata okupacji Krymu ATR stał się jednym z najważniejszych źródeł informacji dla widzów, ale też dziennikarzy, polityków nie tylko na Ukrainie. Tym samym kanał stał się też jedną z wielkich bolączek rosyjskiego okupanta, który  wszelkimi sposobami ogranicza swobodę słowa na okupowanym Krymie i przedostawanie się niewygodnych informacji o prawdziwej sytuacji na półwyspie poza jego granice.

 

Pomimo możliwych konsekwencji na wsparcie telewizji decydują się też Tatarzy, którzy na Krymie pozostali. Kilkunastu działaczy nagrało w ostatnich dniach film nie zakrywając swoich twarzy, w którym apelują i o pomoc dla telewizji i podkreślając, ze także na okupowanym Krymie ATR pozostaje najważniejszym źródłem przekazującym rzetelne informacje. W czasie programów do studia ATR dzwonią  z wyrazami wsparcia widzowie, także ci z okupowanych terenów obwodu donieckiego i ługańskiego. Telewizja bowiem często też podnosi tematy związane z okupacją tych terenów i rosyjską agresją na Donbasie. Każdy telewidz ma możliwość dokonania wpłaty na konto telewizji. W momencie gdy kończę ten tekst na rzecz ATR zebrano ponad 400 tys. hrywien (około 66 tys. zł) co oczywiście nie może zaspokoić wszystkich potrzeb telewizji, ale jest dowodem solidarności widzów z zespołem ATR.

 

Wyrazy wsparcia dla dziennikarzy ATR i apel o pomoc dla telewizji Tatarów krymskich zaapelowało również Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (tutaj).

 

Paweł Bobołowicz, Kijów