A to nie fejk, przypadkiem? – analiza MIROSŁAWA USIDUSA o tzw. „głębokich oszustwach”

Obejrzałem właśnie wykonaną techniką deepfake alternatywną wersję „Matrixa”, w której Neo, zamiast czerwonej połyka niebieską pigułkę. Rozbawiła mnie. Nijak nie oburzyło mnie dorabianie twarzy Keanu Reevesa komuś innemu. Nie czułem oburzenia i lęku, że mną ktoś manipuluje. Ot, miałem chwilę zabawy, bo do niej zdecydowana większość deepfakes w Internecie służy.

 

Nie mogę jakoś zmusić się do wiary w kasandryczne przepowiednie, że technika „głębokiego oszukiwania” na poziomie wideo i audio, doprowadzi do katastrofy, oszukiwania społeczeństwa na masową skalę, manipulacji wyborami, przewrotów, rewolucji i wojen nawet na podstawie sfingowanych nagrań z wypowiedziami polityków.

 

Może, gdybyśmy nic o niej nie wiedzieli, gdyby technologia pozwalająca zamienić twarze i udawać głosy, była tajemnicą i możliwości techniczne fałszowania przekazu mieli tylko „bad guys”, to może byłoby się czego obawiać. Ale, w sytuacji, gdy powszechną reakcją na zaskakujące treści w sieci jest powątpiewanie „…a to nie fejk, przypadkiem?”, przepraszam bardzo, dlaczegóż mamy być sparaliżowani trwogą z powodu deepfakes?

 

Lewica nie wierzy w człowieka – prawica liczy się z pomyłkami

 

Interesujące, że różnice w stosunku do „głębokich fejków” pokrywają się korzennymi warstwami politycznych światopoglądów. Tendencję do straszenia i demonizowania tego zjawiska ma lewica i media tzw. mainstreamu, które mają przeważnie poglądy bliskie lewicy. Przedstawiciele poglądów bardziej konserwatywnych i wolnościowych patrzą na to znacznie spokojniej. Lewica, jak wiadomo zasadza się na niewierze w człowieka, w tym w jego zdolność do samodzielnego osądu, co jest dobrem i prawdą a co – wręcz przeciwnie. Dlatego lewica ogranicza wolność na rzecz kontroli i ochrony, chętniej przez nią nazywanej opieką. Prawicowe myślenie pozwala człowiekowi wybierać i narażać się, z wiarą, że sobie poradzi, odróżni sam dobro od zła, prawdę od kłamstwa i choć może popełni błędy, ale wolność wyboru jest wartością ważniejszą.

 

Powyższą różnicę nastawień widać w debacie o deepfakes jak w soczewce. Oczywiście dużo więcej o tym zjawisku pisze lewica i media „głównego nurtu”, bijąc na alarm i snując apokaliptyczne wizje totalnie zmanipulowanych fałszerstwami internetowymi społeczeństw. Prawica wypowiada się w tej sprawie rzadziej. A jeśli już, to zwracając uwagę, że lewicowe pomysły na walkę z tym co lewica upatruje jako „przerażające zagrożenie”, niebezpiecznie zaczynają pachnieć ograniczaniem wolności słowa i cenzurą.

 

Ton mediów w sprawie deepfakes dość dobrze obrazuje publikacja BBC, opisująca prezentację na temat podczas niedawnego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, i cytująca specjalistę w tej dziedzinie, profesora Hao Li z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, mówiącego o „przerażającym fakcie”, że nie można odróżnić już fałszywek wideo od rzeczywistości.

 

Autor artykułu, który bawił się systemem generującym deepfakes, podszywając się, a to pod Leonarda DiCaprio, a to pod Teresę May, to znów pod Lionela Messi, sam zauważył, że wszystko to jest nie tyle złowieszcze, ile zabawne. A więc pierwsze wrażenie, nie przefiltrowane przez światopogląd, jest zawsze takie same. Trudno tę zabawę traktować poważnie. Oczywiście ważne dla dobrej zabawy jest, że wiemy, że to podróbki i fałszywki, ale o tym była już mowa.

 

Zagadnienie deepfake’ów trafiło na pierwsze strony gazet po raz pierwszy w 2017 r., po tym jak w sieci zaczęły pojawiać się bezczelnie sfałszowane filmy wideo, zazwyczaj polegające na podstawieniu twarzy aktorów i innych celebrytów do materiałów, w których nie występowali, bardzo często do produkcji pornograficznych. Nie słyszałem, aby ktoś naprawdę dał się nabrać, natomiast naczytałem się mnóstwo o „poważnym problemie” sfałszowanych treści wideo.

 

Przedstawiciele środków masowego przekazu, w tym cytowanego BBC, wyrażają głośne obawy, że nawet jeśli deepfakes nikogo nie będą oszukiwać, podważą wiarygodność wszelkich materiałów wideo i audio przedstawianych publiczności. Czyli media chcą, aby widzowie byli sceptyczni i krytyczni, ale nie aż tak, by kwestionować treści oferowane im przez media. Czy nikomu nie przychodzi do głowy, że powódź internetowych fałszywek jest naturalną szansą dla znanych marek medialnych, w których odbiorcy mogliby szukać wysp wiarygodności. Warunek jest wszelako taki, że mass media same nie będą dopuszczać się manipulacji. A jeśli będą zbyt energicznie zwalczać „internetowe fejki”, nie będąc same wolne od grzechu, jeśli nie fałszowania to przynajmniej manipulowania faktami, to nie skończy się dla nich dobrze.

 

Oczywiście mogą zdarzyć się takie przypadki jak brazylijski (żonaty) polityk Joao Doria, który w 2018 r. oznajmił, iż kolportowany w sieci film, który pokazywał jego udział w orgii, został sfałszowany. Nie można było mu dowieść, że to nieprawda. Jednak powiedzmy sobie jednak szczerze, że aby nagranie wideo było jednoznacznym dowodem na cokolwiek, spełniać musi i na długo przed epoką deepfakes musiało, wiele innych warunków, z identyfikatorami pochodzenia, czasu nagrania oraz z zeznaniami świadków włącznie.

 

Fałszerstwa to bardzo stary problem

 

Fałszerstwo informacji nie jest nowym problemem. Przecież to groźba fałszerstw a nie co innego, sprawiła, iż w średniowiecznej Europie do weryfikacji autentyczności listów i innych przesyłek wykorzystano wosk plombujący i pieczęcie herbowe. Podobnemu celowi w starożytnych Chinach służyły pieczęcie, pilnie strzeżone, gdyż ich kradzież i fałszerstwo mogły wyrządzić szkody nie mniejsze niż współczesne deepfakes.

 

Fałszerstwa fotografii, fotomontaże i podróbki filmów są tak stare, a może i starsze niż mass media. Czymże jeśli nie fejkiem nazwiemy Jeżowa znikającego ze słynnego zdjęcia ze Stalinem. Z tej sztuczki, jeśli było trzeba, korzystali inni, niekoniecznie źli politycy i ich propagandyści, lecz chociażby np. Rolling Stonesi, którzy usunęli Billa Wymana z fotografii okładkowej po tym jak opuścił zespół. Jest spora kolekcja nagrodzonych prestiżowymi nagrodami fotografii, które były fotomontażami, manipulacjami czy wręcz fałszywkami. A więc nihil novi…

 

Tym, co można by określić jako nowość w nowoczesnych, opartych na AI fałszywkach, jest fakt, że podróbki na niezłym poziomie technicznym mogą być stosunkowo łatwo i szybko przygotowane właściwie przez każdego.

 

Jednym z najbardziej znanych przykładów sugestywnego deepfake jest film z byłym prezydentem Barackiem Obamą „rzucającym wiąchę” pod adresem prezydenta Trumpa. Wideo jest dziełem Jordana Peele’a i serwisu Buzzfeed, stworzonym, aby ostrzec ludzi przed techniką deepfakes, jednak, nawet bez tej wiedzy skłonnych, by nabrać się na taki wyskok ze strony dość sztywnego Obamy raczej nie było.

 

Z drugiej strony zafascynowała nas cyfrowa imitacja młodej księżniczki Lei, pojawiająca się pod koniec „Łotra 1”, w ramach sagi „Gwiezdne Wojny”, będąca owocem zasadniczo podobnej techniki. Mniej znany jest u nas przypadek umieszczania oblicza Nicolasa Cage’a we fragmentach filmów, w których nie występował, w tym m. in. w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki”.

 

Wśród gigantów – poruszenie

 

Pod presją, aby z fałszywkami „coś zrobić”, znaleźli się potentaci Internetu. Twitter zapowiedział niedawno, że usunie niektóre deepfakes i w marcu rozpocznie oznaczanie tego rodzaju materiałów ostrzeżeniami o „znaczącej i zwodniczej modyfikacji”.  Co istotne, firma usunie zmanipulowane treści medialne, w tym deepfakes, tylko wtedy, gdy zawarta w nich treść może spowodować szkody, takie jak np. zagrożenie fizycznego bezpieczeństwa grupy lub osoby, lub gdy tweet stwarza ryzyko wystąpienia masowej przemocy lub niepokojów społecznych. Do regulaminu Twittera dodano nową klauzulę dotyczącą „mediów syntetyzowanych i manipulowanych”, które „mogą wyrządzić szkodę”. Poza znakowaniem tweetów, Twitter zapowiada pokazywanie ostrzeżenia dla ludzi przed retweetami, zmniejszanie widoczności znaczonego tweeta i zapobieganie rekomendacjom tych treści, a także dostarczanie dodatkowych objaśnień.

 

Facebook w zeszłym miesiącu również przedstawił nowe zasady dotyczące przerabianych materiałów i zapowiada, że będzie konsekwentnie blokować treści „syntetyzowane”. Już teraz stosuje oznaczenia przy niektórych zmanipulowanych treściach.

 

YouTube był w swoich antyfejkowych działaniach szybszy zarówno od Facebooka jak i Twittera. Już w 2016 roku, przed ostatnimi wyborami prezydenckimi, uruchomiony na YouTube algorytm śledził wprowadzające w błąd treści. Prawica zarzuca od dłuższego czasu platformie, że stosuje podwójne standardy i dla fejków lewicowych jest znacznie bardziej pobłażliwa niż dla treści uznawanych za fałszywki o prawicowej wymowie.

 

Właściciel YouTube’a, Google, a właściwie Alphabet, który jest od paru lat brandem-matką dla całej google’owej rodziny, ma swoich zasobach także firmę Jigsaw, która pracuje nad narzędziem do sprawdzania faktów o nazwie Assembler, wykorzystującym sztuczną inteligencję, aby pomagać dziennikarzom wykrywać zmanipulowane obrazy, przyspieszając procedury fact-checkingu. Assembler wykorzystuje modele manipulacji obrazem opracowane przez naukowców z Uniwersytetu w Maryland, Uniwersytetu Federico II w Neapolu i Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Narzędzie wykorzystuje te modele do wykazania prawdopodobieństwa manipulacji obrazem. Do projektu przyłożyła się również firma Google Research.

 

Jigsaw zbudował na potrzeby systemu wykrywającego manipulacje narzędzie o nazwie StyleGAN, oparte na systemach generatywnych sieci przeciwstawnych, wykorzystywanych także często do tworzenia deepfakes. Z tym, że w tym przypadku służy nie do generowania, lecz do wykrywania głębokich fałszywek. Maszyna w tym systemie uczy się wykrywania różnic pomiędzy obrazami prawdziwych ludzi a obrazami zmanipulowanymi.

 

Aby pomóc w rozwiązaniu problemu braku danych szkoleniowych, Facebook, Google, Amazon Web Services i Microsoft zjednoczyły się niedawno, ogłaszając inicjatywę Deepfake Detection Challenge. W ramach projektu udostępnią specjalnie utworzony zbiór danych dotyczących deepfake’ów naukowcom na całym , aby ci wykorzystywali je swobodnie jako zasoby treningowe dla swoich opartych na uczeni maszynowym modeli. Opracowanie skutecznych systemów wykrywania deepfake’ów leży oczywiście w interesie publicznym, ale nie jest to czysty przejaw altruizmu ze strony technologicznych gigantów, którzy liczą na znalezienie praktycznych i skutecznych mechanizmów wykrywania fałszywek do wykorzystania w swoim biznesie i odpowiedzi na coraz silniejsze naciski w tej sprawie ze strony polityków.

 

Walka pachnąca cenzurą

 

Czarnym scenariuszem dla amerykańskich mediów jest wizja następująca: w listopadzie 2020 roku tuż przed wyborami ukazuje się w sieci sfałszowane nagranie wypowiedzi kandydata Demokratów, na którym mówi coś skandalicznego i, zanim nastąpi weryfikacja, odbywają się wybory prezydenckie a deepfake’owe nagranie ma wpływ na ich wynik. Wizja to tyleż mroczna, ile odległa od realiów. Jeśli wszyscy wiedzą o możliwości powstawania i kolportowania deepfakes w kampanii, to ich potencjalna siła politycznego rażenia dąży do zera. Powiedziałbym więcej, fakt, że wszyscy wiedzą o problemie, w niemałym stopniu chroni osoby, które rzeczywiście mają się czego obawiać, bo nieopatrznie powiedziały coś szokującego, podobnie jak istnienie deepfake’ów chroniło wspomnianego Brazylijczyka. Nie chroni całkowicie, ale tworzy społeczny bufor sceptycyzmu, który powoduje konieczność dodatkowego poświadczenia autentyczności zarzutów.

 

Deepfake porno z twarzami najsławniejszych aktorek w hardcore’owych okolicznościach przyrody może i cieszyło się jakąś popularnością wśród koneserów gatunku, jako ciekawostka, ale oczywiście nie ma szans w porównaniu z prawdziwymi nagraniami z celebrytami w eksplicytnych scenach, które czasami „wyciekają” do sieci. Doskonałość techniczna podróbek nie sprawia, że amatorzy pornografii się nabierają. A jeśli oglądają, to, jak sądzę, głównie dlatego, że jest to zabawne, a nie dlatego, że jest to twarz tej czy tamtej gwiazdy. A skoro deepfakes nie wywołały rewolucji w branży porno, to nie sądzę, aby w polityce były czymś więcej niż zabawną ciekawostką.

 

Niemniej poważni ludzie nie chcą przestać tego problemu traktować poważnie. Przykładem Clint Watts, pracownik amerykańskiego Instytutu Badań nad Polityką Zagraniczną, który latem ubiegłego roku powiedział Kongresowi USA, że Rosja, Chiny i inni „autorytarni przeciwnicy” Ameryki prawdopodobnie użyją technologii fałszującej w ramach kampanii informacyjnych mających na celu „obalenie demokracji i demoralizację amerykańskich wyborców”.

 

W tej atmosferze kilka stanów, w tym Kalifornia, przyjęło ustawodawstwo mające na celu zwalczanie deepfakes w wyborach. Przepisy kalifornijskie („Anti-Deepfake Bill”) zakazują m. in. publikowania lub rozpowszechniania „materialnie zwodniczych przekazów audio wizualnych”, które mają na celu zaszkodzenie reputacji kandydata lub wprowadzenie w błąd osób głosujących, w czasie do sześćdziesięciu dni przed wyborami. Są od tego pewne wyjątki, dotyczące np. treści, które są oznaczane jako manipulacje lub takich, które stanowią satyrę lub parodię.

 

Przepisy te są krytykowane jako godzące w wolność słowa gwarantowaną przez pierwszą poprawkę do amerykańskiej konstytucji. Występuje przeciwko nim znana organizacja broniąca w USA wolności obywatelskich ACLU (American Civil Liberties Union). O projekcie podobnych do kalifornijskich regulacji w stanie Maine lokalny przedstawiciel ACLU, Michael Kebede powiedział mediom: „Ten projekt ustawy dawałby politykom nowe prawo do złożenia pozwu przeciwko praktycznie każdemu, kto rozpowszechnia nagranie wideo lub audio albo obraz, który polityk uważa za wprowadzający w błąd”.

 

Przeciwnicy prawa o zwalczaniu deepfakes zwracają uwagę, że wprowadzanie tego rodzaju przepisów może zniekształcić przebieg kampanii. W wyborach prezydenckich w USA w ostatnim miesiącu przed wyborami zwykle jest czas na wyciąganie kandydatom różnych brudów. Są to informacje ważne dla wyborców, ale przez nierozważne przepisy mogą zostać ocenzurowane. Argument, że sam fakt istnienia głębokich fałszerstw godzi w skuteczność tych haków, jakoś do ludzi forsujących kontrowersyjne przepisy nie trafia.

 

Wprawdzie zdarzyło się niedawno, że pewną firmę okradziono z poważnej kwoty przy wykorzystaniu deepfake’a podszywającego się pod głos prezesa, ale prawdę mówiąc bardzie widać tu problem z procedurami bezpieczeństwa w tej organizacji niż zaawansowanymi fałszywkami. Ludzi nieostrożnych, o niskim ilorazie inteligencji, zawsze można było oszukać, nie potrzeba było do tego algorytmów sztucznej inteligencji.

 

Mirosław Usidus

 

 

 

Zawsze lubiłem dłuższe formy – rozmowa z PIOTREM LIPIŃSKIM reporterem, autorem książek historycznych

Mam wrażenie, że trafiłem na dobry moment. W ostatnich latach literatura faktu cieszy się dużo większym zainteresowaniem niż na początku lat 90. – mówi  Piotr Lipiński, reporter, który podejmuje tematy polskiej historii najnowszej. Niedawno nakładem wydawnictwa „Czarne” ukazała się jego książka „Gomułka. Władzy nie oddamy”.

 

Czy trudno było panu przejść z dziennikarstwa do literatury?

 

Jest to inny rodzaj pisania. Podobieństwo jest takie, że wciąż piszę, jestem autorem reportaży historycznych. Zajmuję się gatunkiem literatury, którego korzenie tkwią w gazecie codziennej. Reportaż historyczny ociera się o literaturę, ale nią nie jest. Jest literaturą faktu i rzemiosłem artystycznym. Nie jest to w pełni sztuka ani literatura. Na przejście z dziennikarstwa do literatury faktu miało wpływ to, że z dziennikarstwem jest coraz gorzej.

 

Stwierdzenie, że z dziennikarstwem jest coraz gorzej jest bardzo pojemne. Można w nim zmieścić wiele tez. Jaki konkretny aspekt pan ma na myśli?

 

W gazetach, a nawet w Internecie, nie ma już tyle, co kiedyś, miejsca na publikacje. Teksty gazetowe są coraz bardziej skrótowe. A ja nigdy nie czułem się dobrze w krótkich formach dziennikarskich. To nie był mój styl. Wolałem dłuższe formy. Do najdłuższych tekstów w „Gazecie Wyborczej” czasami zbierałem materiały przez dwa, trzy miesiące. Przejście do pisania książek jest naturalną konsekwencją tego, co się wydarzyło w dziennikarstwie. Skoro w gazetach jest coraz mniej miejsca na dłuższe formy, zacząłem szukać dla siebie  miejsca gdzie indziej.

 

I miejscem, w którym pan się realizuje, stały się książki?

 

Książki okazały się znakomitym miejscem dla mojej twórczości. Mam wrażenie, że trafiłem na dobry moment. W ostatnich latach literatura faktu cieszy się dużo większym zainteresowaniem niż na początku lat 90. Wtedy książki zaliczane do tego gatunku ukazywały się w znacznie mniejszych nakładach. Był to też czas, kiedy ukazywało się niewiele dzieł literatury reporterskiej.

 

Nie miał pan żadnych trudności? Nawet jeżeli dziennikarz pisze duże reportaże i poświęca na nie dwa, trzy miesiące, na książkę musi poświęcić znacznie więcej. 

 

Miałem problemy natury technicznej. Tak, jak wspomniałem, dużo czasu poświęcałem na reportaże, które ukazywały się w gazecie. Jednak pracując nad książką człowiek zaczyna narzekać, że za długo skupia się nad jednym tekstem.

 

Taka już jest natura ludzka, że człowiek narzeka na to, co ma, nawet jeżeli wcześniej o tym marzył. Ile czasu pan poświęca na napisanie książki?

 

Minimum rok, chociaż przeważnie trwa to dłużej. Zawsze lubiłem dłuższe tematy, jednak od czasu do czasu potrzebowałem adrenaliny, którą daje napisanie tekstu na szybko. Nawet depeszy gazetowej. Dlatego lubiłem chodzić do sądu i pisać relacje sądowe. Wtedy żartowałem, że człowiek kończył pracę o godzinie 16. Sąd pracował do 15, potem przez godzinę pisało się tekst. Z budki telefonicznej znajdującej się na dole w sądzie przekazywało się treść relacji do redakcji i dzień pracy był zakończony.

 

Jaką ma pan technikę pracy nad książkami?

 

Większość czasu spędzam w domu. Ale to nie jest akurat związane z pracą nad książkami, ale wynika z tego, że obecnie dziennikarze generalnie więcej pracują w domu. Nie tylko ci, którzy piszą. Mój kolega fotoreporter bywa w redakcji rzadko. Głównie jeździ po mieście, robi zdjęcia i wysyła je do redakcji. Do gazety wstępuje okazjonalnie. Właściwie nie bardzo ma po co tam chodzić.

 

Choćby dla kontaktu z ludźmi?

 

Muszę przyznać, że jest to powód, dla którego warto bywać w redakcji. Trochę brakuje więzi z ludźmi. Pisząc książki rzadziej spotykam się z ludźmi, niż robiłem to, kiedy na co dzień pracowałem w gazecie. Widuję się i rozmawiam ze świadkami spraw, które opisuję w książkach. Natomiast spotkania z innymi dziennikarzami są dla mnie dużymi wydarzeniami. Wynika to z bariery organizacyjnej, ale również z bariery psychicznej.

 

Mówił pan o negatywnych tendencjach we współczesnym dziennikarstwie. Czy mimo wszystko da się dostrzec jakieś pozytywy?

 

Niesamowite jest to, że każda gazeta ma dodatek historyczny. Ukazuje się ich dużo, co oznacza, że muszą się sprzedawać. Tematy historyczne z reguły nie są poruszane w normalnych wydaniach gazetowych, ponieważ są dodatki historyczne. Wśród dziennikarzy „Gazety Wyborczej” ciągle były dyskusje i spory czy na naszych łamach nie ukazuje się za dużo tekstów historycznych. Byli zwolennicy i przeciwnicy takiego rozwiązania. Jeżeli ktoś się nie interesuje historią, woli mieć gazetę złożoną z bieżących tematów politycznych, gospodarczych czy społecznych. Jest jeszcze inny powód, że gazety rezygnowały z artykułów historycznych.

 

Jaki?

 

Teksty historyczne są droższe od zwykłych artykułów, ponieważ wymagają większego nakładu sił i pracy. Czasem piszę niewielkie teksty do miesięcznika „Newsweek Historia”. Ale one są zdecydowanie krótsze i bardziej zdawkowe niż artykuły historyczne, które pisałem kiedyś do „Gazety Wyborczej”. Wynika to z mniejszej objętości gazet. Nie ma miejsca, żeby sie rozpędzić z tematem. Kolejną sprawą, z którą boryka się całe dziennikarstwo, są niskie stawki za teksty. Generalnie, za artykuły płaci się niewiele. Obowiązują dużo mniejsze stawki niż kiedyś. Dziennikarzy nie stać więc na pisanie tekstów historycznych. Autor nie może sobie pozwolić, żeby przez dwa miesiące zbierał materiał do tekstu, za który dostanie 1500 złotych brutto.

 

1500 złotych brutto za artykuł? Bardzo dobra stawka.

 

Trochę na wyrost wskazałem tę stawkę. Ale to prawda, ceny za artykuły są dużo niższe, sięgają 300-400 złotych za dwukolumnowy tekst. Trudno się spodziewać, że przy takiej wierszówce, ktoś napisze przełomowy tekst. W takiej sytuacji zaczyna rządzić wtedy publicystyka. W dziale reportażu trochę podśmiewaliśmy się z publicystów.

 

Dlaczego?

 

Dla nas publicyści to ludzie, którzy siedzą za biurkiem i raz albo dwa razy w tygodniu przelewają na papier swoją opinię na dany temat. Jest to dość łatwe w porównaniu z napisaniem reportażu, do którego trzeba zebrać materiał. Publicystyka i reportaż to kompletnie inna branża.

 

Publicyści często piszą „tekst spod palca”. Zerkną tu, zerkną tam, dorzucą kilka, czasem powtarzających się przez dłuższy czas w ich tekstach bon-motów, dodadzą puentę i artykuł jest gotowy.

 

W dużym stopniu tak to wygląda, publicyści raczej nie zbierają materiałów do tekstów. Oczywiście, w ich tekstach liczy się wiedza gromadzona przez lata. Ale reporterzy też gromadzą fachową i szczegółową wiedzę przez lata. Żeby powstał tekst, muszą spotkać się i porozmawiać z kilkoma osobami, muszą przejrzeć archiwa, muszą zweryfikować dokumenty i relacje. Teraz zdecydowanie więcej korzystam z archiwów niż kiedy pracowałem w gazecie. Mam nieporównywalnie więcej materiałów niż w latach 90., a nawet na początku XXI wieku. Wtedy dostęp do dokumentów MSW czy MBP był słaby. Później trafiły do archiwów IPN. Dzięki temu jest tam dostęp do niewiarygodnych wręcz ilości materiałów. We wrześniu wydaję książkę o największej prowokacji UB związanej z V Komendą WiN.

 

O operacji „Cezary”?

 

Tak, pierwszy raz o niej pisałem w 1994 r. Miałem szczęście, bo spotkałem jeszcze wiele osób, które uczestniczyły w tej operacji, po jednej i po drugiej stronie. Mogłem z nimi porozmawiać, wysłuchać ich świadectw, nagrać. Miałem około 200 stron kserokopii dokumentów. Nie pochodziły z archiwum UOP, ale z prywatnych źródeł ludzi, którzy wynieśli je z MSW.

 

A ile ma pan obecnie stron dokumentów dotyczących tego tematu?

 

Podczas poszukiwań w archiwum IPN zgromadziłem dokumentację sięgającą 60 tysięcy stron. To ilościowa i jakościowa przepaść w porównaniu z latami 90. czy pierwszą dekadą XXI wieku. Znalazłem fantastyczny materiał, z detalami są opisane wybrane dni operacji.

 

Gdyby podczas pracy w gazecie miał pan tak obszerny materiał, byłby pan w stanie go spożytkować?

 

Na potrzeby gazety napisałem trzy duże reportaże o V Komendzie WiN. Ale one są nieporównywalne z objętością książki, która ma ukazać się we wrześniu. Tekst w gazecie zmuszał mnie do rezygnacji z wielu kwestii. Zmieściły się w nim tylko pierwszoplanowe rzeczy. W książce jest znacznie więcej miejsca, więc znalazły się w niej drugoplanowe fakty i postacie. Rozbudowałem również tło wydarzeń. Wtedy żartowaliśmy z kolegami, że jeżeli wykorzysta się w reportażu 10 proc. zebranego materiału to jest bardzo dużo. Przeżyłem zaskoczenie, kiedy kilka lat temu pisałem książkę o Józefie Cyrankiewiczu dla wydawnictwa „Czarne”. Jedyny reportaż o nim napisałem w 1999 r. Kiedy pisałem książkę, zajrzałem do teczek, w których zebrałem dokumentację na jego temat. Byłem strasznie zaskoczony, ile materiału o nim zebrałem w ciągu dwóch miesięcy. Miałem niemal 30 proc. materiału niezbędnego do książki. Reportaż o Cyrankiewiczu ukazał się w kolorowym magazynie, stron tekstu było sporo jak na dzisiejsze czasy. Ale ten tekst i tak jest ułamkiem książki. Narzekano na mnie, że jak na warunki gazetowe dość wolno pracowałem. Pisałem niewiele tekstów. Ale zdobyłem umiejętność zebrania materiałów i pracy z materiałami. Teraz doświadczenie nabyte w gazecie procentuje, ponieważ potrafię szybciej pisać książki. Szczególnie jak wpadnę w swój tryb pracy to całkiem sprawnie mi to wychodzi. Kiedyś dużo notowałem w archiwach, bo kserokopie były potwornie drogie, teraz już tego nie robię.

 

Robi pan zdjęcia czy skany?

 

Wolę zdjęcia. Zamawiam w archiwum teczki na tematy, które mnie interesują i fotografuję je bez wgryzania się w treść. Mój rekord to sfotografowanie ośmiu tysięcy stron w ciągu dnia. Sfotografowane dokumenty przerabiam w domu. Kiedyś, gdy nie korzystało się z elektronicznych kopii, czasem okazywało się, że aby dopisać zdanie czy parę słów, trzeba było jeszcze raz pójść do archiwum i coś sprawdzić, bo człowiek nie miał dokumentacji w domu. Nie było na to czasu, więc rezygnowało się z dodatkowej wiadomości. Teraz mam komfort, bo w każdej chwili mogę zajrzeć do sfotografowanych materiałów i skorzystać z nich. Pisałem dużo o okresie stalinowskim. Teraz już praktycznie nie ma świadków tamtego okresu, a przez to zdecydowanie gorzej się pracuje. Mam sporo nagranych rozmów z komunistami z tamtych czasów. Ciągle z nich korzystam, ponieważ nadal odkrywam w nich interesujące kwestie. Kiedyś napisałem książkę o twórcy podziemia winowskiego, o pułkowniku Rzepeckim. Opierała się głównie na dokumentach, dlatego nie jestem z niej zbyt zadowolony, ponieważ lubię mieć równowagę między relacjami świadków a dokumentami.

 

Jak zachować równowagę między relacjami świadków a dokumentami? Jak sprawdzać wiarygodność jednego źródła z drugim?

 

Sprawdzanie jest istotne, ponieważ w historii po latach dzieje się więcej niż wydarzyło się w rzeczywistości.

 

Nawet jeżeli ktoś nie chce niczego wypaczyć w swojej relacji, może to za niego zrobić upływający czas.

 

Oczywiście. Ludzie nie tyle kłamią, co mijają się z prawdą dlatego, że coś źle  pamiętają. Oni są wręcz pewni, że coś się wydarzyło, a tak nie było. Ale dokumenty też bywają jednostronne. V Komenda WiN była ubecką prowokacją i na ten temat jest masa dokumentów zgromadzonych w archiwum IPN. Dokumenty wytworzone na ten temat przez UB są w większości dokładne. Ale pojawia się kwestia ich wiarygodności. Funkcjonariusze UB też coś czasami ukrywali, przekręcali albo coś chcieli „namotać” z różnych powodów.

 

Ale po co to robili? Chcieli siebie oszukać?

 

Czasami chcieli oszukać samych siebie, podkreślić swoje zasługi, przypodobać się szefom. Przy sprawie V Komendzie WiN znalazłem długą relację jednego ze szpiegów, Mariana Reniaka, którego UB wysłało do delegatury WiN w Niemczech, żeby ich rozpracowywał. On przesyłał do centrali w Warszawie obszerne raporty, ale czasem widać, że pisze głupoty. Wyolbrzymia swoje zasługi, chce się przypodobać szefom. Można się zorientować po drobiazgach. Zależało mi na ustaleniu szczegółów, więc wszystko dokładnie sprawdziłem i okazało się, że to, co pisze Reniak nie jest do końca wiarygodne. W niektórych momentach ubecy próbowali w dokumentach zafałszować kanały przerzutowe, ponieważ dalej je wykorzystywali. Ale nie jest też tak, że dokumenty UB są całkowicie zakłamane, większość faktologii się zgadza. Esencja tych dokumentów jest przeważnie prawdziwa, natomiast z detalami bywa różnie, nawet jeżeli one były na bieżąco pisane.

 

UB nie prowadził kontroli operacyjnej Reniaka?

 

Prowadził, ale jak go wysłali na Zachód nie do końca wiedzieli co on tam robi. Co do zasady jego raporty były wiarygodne, ale tak, jak w każdej służbie wywiadowczej niektóre działania były kamuflowane przez uczestników wydarzeń. Wynikało to z różnych powodów, czasami z przyczyn osobistych.

 

Jaki jest największy problem związany z wiarygodnością relacji świadków historii?

 

Po latach ludzie zaczynają znacząco inaczej pamiętać przeszłość. Coś im się wydaje i upierają się, że tak właśnie było. A w rzeczywistości było inaczej. Ale jak człowiek pożyje trochę dłużej, sam dochodzi do wniosku, że nie ma w tym nic dziwnego, bo z upływem czasu przeszłość nabiera innych kształtów.

 

Czasem widzę to po sobie. (śmiech)

 

(śmiech) Kilka lat temu upierałem się przy jednej rzeczy. Miałem 200 procentową pewność, że jest tak, jak uważam, a okazało się, że było inaczej. Od tamtej pory mam już dystans do tego, co mówię. Bo już wiem, że można nieświadomie się mylić. Takie odkrycie dokonane u siebie, jest ciekawym przeżyciem dla człowieka piszącego. Wtedy zaczyna się bardziej rozumieć ludzi, z którymi się rozmawia. Ma się wtedy wiedzę, że oni czasami nieświadomie wprowadzają w błąd.

 

Czasami świadkowie historii robią to świadomie.

 

Tak też bywa. Podczas rozmów niektórzy komuniści nie kręcili, ale unikali odpowiedzi. Odpowiadali w długi, pokrętny i zawikłany sposób. Wiedzieli, że dziennikarz nie skorzysta z ich relacji, bo wypowiedź nie nadaje się do zacytowania. To się powtarzało przy niektórych osobach przy każdej rozmowie z nimi. Chciałem coś z nich wydobyć, ale mieli swoją taktykę opowiadania. Zdobyłem dwa, trzy zdania do zacytowania i wiedziałem, że na więcej nie mam co liczyć. A może tacy byli?

 

Czy prasa z czasów PRL przydaje się w pańskich reportażach jako źródło opisujące epokę? Czy nie jest to rzetelna informacja?

 

Prasa lat stalinowskich jest mięsista, używane w niej określenia są przerażające. Wystarczy wyciągnąć z niej dwa zdania do tekstu i one oddają klimat epoki. Natomiast trudno oddać klimat lat 80. za pomocą cytatów z prasy, ponieważ jest ona mętna i rozwlekła. Połowa ostatniej dekady PRL była w prasie szczytem „nie konkretu”. Jeżeli ktoś próbuje przeczytać artykuł z tamtych czasów, a nie zna kontekstu sprawy, nie będzie wiedział, o co chodzi. Zdania są długie, rozwlekłe i niekonkretne. Na końcu zdania nie wiadomo, o co chodziło na początku. Udawano, że przekazuje się informację, a tak naprawdę tego nie robiono.

 

Chciałem jeszcze zapytać o bohatera pańskiej ostatniej książki. Co sprawiło panu największą trudność w opisaniu Władysława Gomułki? Bo wbrew pozorom jest postacią skomplikowaną i niejednoznaczną.

 

Uświadomiłem sobie z Gomułką, że przez niemalże trzydzieści lat pisania reportażu historycznego, nie napisałem o nim artykułu. On się pojawia przy innych opisywanych przeze mnie zdarzeniach i postaciach. Na przykład przy aferze mięsnej, przy Bierucie czy przy Cyrankiewiczu. Ale o samym Gomułce nigdy nie napisałem nawet reportażu. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego właściwie o nim nie napisałem.

 

Do jakich doszedł pan wniosków?

 

Bałem się o nim pisać, bo wydawał mi się strasznie nudny i rozwlekły. Miałem wrażenie, że sobie z nim nie poradzę, bo jego sposób myślenia jest tak zawikłany, że będzie mi trudno sobie z nim poradzić. Cyrankiewicza i Bieruta jest wbrew pozorom łatwiej opisać, bo oni są bardziej konkretni. W postaci Bieruta dominują trzy cechy przez które można go przedstawić, służalczość, urzędniczość i oślizgłość. Natomiast z Gomułką jest straszny problem. Bo on raz jest znienawidzonym komunistą, później  przez chwilę jest komunistą uwielbianym przez Polaków. Epoka lat 60. to czas zwany małą stabilizacją, czymś szarym, a szarość jest ciężko opisywać.

 

Ale jednak zdecydował się pan opisać towarzysza Wiesława. Co o tym przesądziło?

 

Kiedy trzy lata temu przekroczyłem pięćdziesiąty rok życia żartobliwie stwierdziłem, że dorosłem do zmierzenia się z Gomułką. Praca nad książką o nim zajęła mi wyjątkowo wiele czasu. Musiałem szczegółowo zmierzyć się z tematem. Zadziwiło mnie, że podświadomie spychałem pisanie o Gomułce na bok. Sądzę, że robię tak również z innymi tematami. Podświadomie a może nie podświadomie pomijam okres lat 70. Może ta dekada jest za świeża dla mnie? Próbuję się bronić przed pisaniem o tym czasie, ponieważ uważam, że to zbyt świeże wydarzenia, żeby pisać o nich reportaż historyczny. Ale przyłapałem się również na tym, że pisanie o czasach stalinizmu jest bardziej interesujące dla reportera. Tam się dzieje najwięcej dramatów. Wybory oznaczają przeżycie lub śmierć, pójście na układ z władzą albo starcie. To były najważniejsze życiowe  wybory. Później wszystko zaczyna się rozmywać. Ludzie są niby w opozycji, a nie są, władza opozycję tępi, ale robi to bez przekonania poza krótkimi okresami, kiedy dostaje szału i strzela do rootników na Wybrzeżu. Okres gomułkowski w porównaniu chociażby z okresem stalinowskim jest trudniejszy do opisania.

 

Dlaczego?

 

Bo jest mniej konkretny, mniej mięsisty, mniej się w nim dzieje. Podejrzewam, że również z tego powodu stroniłem od zajęcia się tym tematem. Ale też miałem przekonanie, że jak rozmawiałem z komunistami to najciekawsze rzeczy słyszałem od najstarszych z nich. Od tych, którzy byli aktywni w czasach stalinowskich. Oni byli przekonani do tego, co robią. Przeważnie mieli absurdalne poglądy, ale jednak jakieś mieli. One były konkretne, nie można było im zarzucić, że są wewnętrznie niespójne. Natomiast później, a szczególnie w latach 70. mamy coraz częściej do czynienia z komunistami konformistami. Są tacy, jak Cyrankiewicz od początku swojej powojennej drogi. Są ludźmi, którzy idą na układ z władzą, żeby poprawić sobie życie. Powtarzają propagandowe hasła, ale właściwie nie wierzą w to, co mówią, bo mówią to bez przekonania i bez zastanowienia. Natomiast komuniści z przełomu lat 40. i 50. wierzyli w to, co mówili. Dla mnie z tego powodu ten ich świat był bardziej przekonujący.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl

 


Piotr Lipiński

Rocznik 1967. Reporter podejmujący tematy polskiej historii najnowszej, przez dwie dekady związany z „Gazetą Wyborczą”. Autor książek „Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa”, „Cyrankiewicz. Wieczny premier”, „Bierut. Kiedy partia była bogiem”, „Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.” (wspólnie z Michałem Matysem), „Geniusz i świnie”, „Anoda. Kamień na szańcu”, „Raport Rzepeckiego”, „Absurdy PRL-u” (również z Michałem Matysem) oraz cyklu: „Bolesław Niejasny”, „Ofiary Niejasnego” i „Towarzysze Niejasnego”, opisującego ofiary i katów epoki polskiego stalinizmu. Kilkakrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagrody Grand Press. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Za książkę o Cyrankiewiczu był nominowana do Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego, a za tę o Bierucie do Kryształowej Karty Polskiego Reportażu. Prowadzi blog www.piotrlipinski.pl. Źródło: czarne.com.pl

Telewizja prześladowanych – PAWEŁ BOBOŁOWICZ z Kijowa o ATR, stacji Tatarów krymskich

Jedyna na świecie telewizja Tatarów krymskich ATR może przestań istnieć. Władze Ukrainy, pomimo wcześniejszych zobowiązań nie przekazują dotacji dla kanału i tworzą bariery administracyjne uniemożliwiające prace dziennikarzom. ATR wciąż nadaje z Kijowa i pozostaje rzetelnym źródłem informacji o sytuacji na okupowanym przez Rosję Krymie, jednak jego godziny mogą być policzone.

 

Telewizja ATR powstała w 2006 roku i od początku nadawała z terenu Krymu. Telewizja w 97 proc. należy do Lenura Isljamowa, wiceprezesa światowego kongresu Tatarów krymskich.

 

35 proc. programów ATR nadawanych jest w języku krymskotatarskim, 30 proc. ukraińskim, 20 proc. rosyjskim, 15 proc. tureckim. W skład holdingu ATR wchodzi także krymskotatarskie radio Medan i telewizja dla dzieci Lale (nadaje w języku krymskotatarskim i rosyjskim)

 

Redakcja ATR jednoznacznie nie wspierała rosyjskiej aneksji i pokazywała faktyczny obraz okupacji Krymu. Rosyjskie władze okupacyjne w styczniu 2015 roku zarekwirowały serwery stacji, nie dały jej odpowiedniej koncesji, co ostatecznie zmusiło stację do zaprzestania nadawania z Krymu w kwietniu 2015 roku. W tym czasie władze Ukrainy umożliwiły rozpoczęcie działalności kanału z Kijowa i nadawanie sygnału przez sygnał satelitarny, telewizja otrzymała też finansową pomoc z budżetu Ukrainy.

 

Jednak w 2019 roku dotacja budżetowa dotarła do telewizji w ostatnich dniach roku i kanał nie mógł jej wykorzystać zgodnie z przepisami prawa i był zmuszony dotację zwrócić. Na rok 2020 w ukraińskim budżecie przewidziano dotację w wysokości 50 mln hrywien, jednak tym razem instytucja nadzorująca wydatkowanie środków publicznych (kaznaczejstwo, nie ma w Polsce analogicznego organu) zakwestionowała sposób zamawiania materiałów przez ATR, zarzucając działanie niezgodne z przepisami prawa o przeprowadzaniu przetargów publicznych. Według Ajdera Mużdabajewa zastępcy dyrektora ATR, państwo wymaga od stacji przeprowadzanie przetargów na zakup materiałów informacyjnych z okupowanego Krymu, co jest w oczywisty sposób niemożliwe do zrealizowania i niosłoby niebezpieczeństwo dla osób współpracujących z telewizja na okupowanych terenach.

 

Minister kultury, młodzieży i sportu Wołodymyr Borodjanski, który w ukraińskim rządzie odpowiada za tę sprawę 11 lutego zapowiedział, że wspólnie próbuje się wypracować odpowiednie decyzje dotyczące stosowania przepisów o przetargach publicznych i zasad dalszego finansowania. Jednak każdy dzień dla stacji oznacza kolejne długi, a i tak nie jest już emitowane 90 procent materiałów, zwolniono 45 proc. dziennikarzy, a najczęściej emitowanym obrazem jest przyciemnione puste studio z napisem „Save ATR” i dźwiękiem bijącego serca. Rozmówcy w kierownictwie  ATR zwracają uwagę, że od 2016 roku nie było problemów z przekazywaniem środków finansowych, a pojawiło się ono wraz ze zmianą ukraińskiego rządu.

 

Wspomniany Ajder Mużdabajew zwraca uwagę, że telewizja ma znaczenie zdecydowanie szersze niż zwykły regionalny kanał. Po pierwsze  to telewizja rdzennego narodu Krymu, który w swej ojczyźnie jest prześladowany i nie może w normalny sposób mieć zaspokojonych potrzeb informacyjnych i kulturalnych. Po drugie ATR dostarcza wiadomości z okupowanego Krymu dla całego świata, a jej współpracownicy na okupowanych terenach, by je przekazywać narażają swoje bezpieczeństwo, a kilku z nich już zapłaciło za to ograniczeniem wolności. Mużdabajew podkreśla, że ATR powinien mieć wsparcie nie tylko Ukrainy (o które jak widać jest obecnie ciężko), ale też państw zachodu, które przecież rosyjskiej okupacji nie uznają i pomoc dla ATR jawi się wręcz jako oczywista konsekwencja i w jakimś stopniu akt sprawiedliwości w stosunku do narodu, który kolejny raz staje w sytuacji prześladowań przez moskiewskie władze.

 

Jednoznacznie wspierają ATR działacze krymskotatarskiego Medżylisu.  Jego wiceprzewodniczący Ilma Umerow zwraca też uwagę, że kanał początkowo przecież nie był przewidziany jako telewizja, która będzie miała tak wielkie znacznie ogólnoświatowe. Była obliczona na zaspokojenie potrzeb informacyjnych Tatarów, ale dziś potrzebuje pomocy zewnętrznej, bo jej rola jest całkowicie inna. Przez lata okupacji Krymu ATR stał się jednym z najważniejszych źródeł informacji dla widzów, ale też dziennikarzy, polityków nie tylko na Ukrainie. Tym samym kanał stał się też jedną z wielkich bolączek rosyjskiego okupanta, który  wszelkimi sposobami ogranicza swobodę słowa na okupowanym Krymie i przedostawanie się niewygodnych informacji o prawdziwej sytuacji na półwyspie poza jego granice.

 

Pomimo możliwych konsekwencji na wsparcie telewizji decydują się też Tatarzy, którzy na Krymie pozostali. Kilkunastu działaczy nagrało w ostatnich dniach film nie zakrywając swoich twarzy, w którym apelują i o pomoc dla telewizji i podkreślając, ze także na okupowanym Krymie ATR pozostaje najważniejszym źródłem przekazującym rzetelne informacje. W czasie programów do studia ATR dzwonią  z wyrazami wsparcia widzowie, także ci z okupowanych terenów obwodu donieckiego i ługańskiego. Telewizja bowiem często też podnosi tematy związane z okupacją tych terenów i rosyjską agresją na Donbasie. Każdy telewidz ma możliwość dokonania wpłaty na konto telewizji. W momencie gdy kończę ten tekst na rzecz ATR zebrano ponad 400 tys. hrywien (około 66 tys. zł) co oczywiście nie może zaspokoić wszystkich potrzeb telewizji, ale jest dowodem solidarności widzów z zespołem ATR.

 

Wyrazy wsparcia dla dziennikarzy ATR i apel o pomoc dla telewizji Tatarów krymskich zaapelowało również Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (tutaj).

 

Paweł Bobołowicz, Kijów

Medialna masarnia – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Portal Wirtualnemedia.pl raczy czytelników grzechami głównymi dziennikarstwa. Jak na razie mamy lenistwo, myślenie stadne, uległość, pośpiech, pychę i upolitycznienie.

 

Najwybitniejsi spece pracują już nad nieczystością i łakomstwem. Pomóc w tym mają redaktorzy Pudelka i Kuchni dla Smakoszy.

 

Ale tak naprawdę w temacie „kryzysu dziennikarstwa”, najsłabszym ogniwem wcale nie są siewcy informacji. Ale wina jest jak zwykle z czasów, w jakich przyszło tworzyć.

 

Czasy zawsze są trudne. Ludzkość co chwilę coś wymyśla, aby się porozumiewać. A to sygnały, znaki gesty. Potem wynalazek mowy. Następnie druk, telegraf, telefon, radio, telewizja, komputer, Internet, Facebook i Twitter. Zawsze jacyś postępowcy się znajdą, tradycyjne formy bledną i wpływy tracą. Zaczynają się panoszyć medialni celebryci. Pojawia się dziennikarstwo multimedialne, obywatelskie, uczestniczące, plecakowe, przedsiębiorcze. Blogi i blogerzy rozmnażają się jak króliki domowe, liczy się ich w milionach.

 

Pomstowanie przypomina sytuacje taksówkarzy. Kiedyś się zarabiało sporo szmalu, towarzystwo za kółkiem miało się dobrze. A teraz namnożyło się przewozu osób, doinstalowano nawigacje od punku A do B. I system taryfowy pierdyknął.  A jak już mamy dygresje transportową, to jeszcze dorzućmy wymyślanie na masowość. Redaktor Seweryn Blumsztajn, kilka lat temu grzmiał na łamach „Gazety”: „Zróbcie coś z Okęciem! Znienawidziłem lotniska. Kiedyś były dla mnie symbolem luksusu i elegancji. Wkraczałem na Okęcie z poczuciem święta. To był przedsionek lepszego świata”. A dzisiaj byle plebs może sobie latać, zapychając terminalowe odprawy.

 

I to samo mamy w świecie mediów: masowość kontra „elitarność” lub „wysokość”.

 

Umasowił się nam odbiorca. Nostalgicznie można spytać, gdzie te czasy, w których Antoni Słonimski dzielił audytoria m.in.: na czytelników literatury skandynawskiej czy czytelnika piłę: „lubi sobie przeczytać coś ciężkiego, gruby ton napisany zawiłym stylem. Gdy z trudem przebrnie przez mętne i powykręcane, najeżone żargonem filozoficznym artykulisko, ma zadowolenie, że zrozumiał mniej więcej, o co chodzi, i wdzięczny jest za to autorowi”.

 

Oczywiście umasowienie po stronie nadawców też nastąpiło. Dziwnym trafem odkryli, że słuchalność programu 2 Polskiego Radia jest niższa, niż pierwszy lepszy przebój zespołu Akcent z artystą Zenonem.

 

Szczęśliwie dekompozycja masowego odbiorcy też postępuje; różnorodność mediów, w dowolnym miejscu, czasie i urządzeniu. Media sprofilowane i tematyczne burzą ład medialny. Rzeczywistość za przeproszeniem się sypie, a występki dziennikarzy też mają w tym swój udzialik. W myśl zasady przypomnianej przez Ernesta Skalskiego: „zawsze jest gorzej niż wczoraj”. Ale trzymajmy się tych słów: „Dzisiaj jest gorzej niż wczoraj, ale lepiej niż będzie jutro”.

 

Krzysztof Prendecki

O zwierzętach – ks. ARTUR STOPKA opisuje siedem pokus głównych dziennikarzy

Opisać siedem grzechów głównych dziennikarzy to kusząca propozycja. Haczyk tkwi jednak w dość powszechnym przekonaniu, że robienie innym rachunku sumienia to wielce odpowiedzialne i pożyteczne. Otóż to nieprawda. Rachunek sumienia każdy powinien robić sobie sam. Dlatego zamiast spisu dziennikarskich grzechów, właściwiej będzie spisać pokusy, które czyhają na ludzi mediów.

 

I haczyk drugi. Często zwabieni tematem eksperci i analitycy usiłują wymyślać jakiejś osobne, specyficzne dla mass mediów, spisy owych „dziennikarskich grzechów głównych”. Zupełnie niepotrzebnie. Pokusy zagrażające pracownikom mediów bardzo różnych szczebli idealnie wpisują się w znaną z katechizmów listę siedmiu „grzechów głównych”, czyli wad, będących skutkiem częstego powtarzania grzechów, nawet powszednich.

 

W dobie nawrotu kultury obrazkowej warto przypomnieć, że te siedem grzechów/wad/pokus od wieków w najprostszej katechezie symbolizowały zwierzęta.

 

Paw

 

Paw to symbol pychy. Pokusy niemal stale obecnej w działaniach ludzi mediów. Jest w niej poczucie mocy, znaczenia, bycia ponad przeciętnymi zjadaczami chleba. Może nawet ponad prawem. Zarówno stanowionym jak i moralnym. Bo przecież w imię wyższych celów się działa. I jest się częścią „czwartej władzy”. Kto by tam pamiętał, że zasada „cel uświęca środki” nie ma nic wspólnego nie tylko z chrześcijaństwem, ale także ze zwykłą ludzką przyzwoitością? Paw dziennikarski swym przykuwającym uwagę ogonem usiłuje wszystkich innych przyćmić, zasłonić, aby tylko na niego zwracano uwagę i tylko jemu przyznawano rację. Łaknie uznania, wielbicieli, wręcz wyznawców. To go napędza. Wszystko jedno, czy w gazecie, w radiu, w telewizji czy w Internecie, jego przesłanie brzmi: „Oto ja!”. Inni się nie liczą. No i wiadomo, przed czym kroczy pycha.

 

Ropucha

 

Te kojarzone na starych przedstawieniach z chciwością zwierzęta nie budzą sympatii nie tylko ze względu na gruczoły jadowe zawarte w ich skórze. Pokusa chciwości też jest na swój sposób jadowita. W świecie mediów dotyczy nie tylko – lub nie wprost – pieniędzy, dóbr materialnych, ale też, na przykład, czasu antenowego, miejsca w gazecie, ilości materiałów zamieszczonych na głównej stronie serwisu czy portalu. Także większej liczby zrealizowanych tematów, bez zwracania uwagi na koleżanki i kolegów. Chciwość działa podstępnie, ukrywa się, udaje pozytywną motywację. Kiedyś chciwość kojarzono przede wszystkim z dwoma zawodami: z lekarzami, pragnącymi, by ludzie chorowali, i prawnikami, oczekującymi wielu ważnych spraw i procesów sądowych. Ludzie mediów, ze swą żądzą nieustannych sensacji i newsów, przekonani, że dobra wiadomość, to dla nich zła wiadomość, stają się do nich bardzo podobni.

 

Kozioł

 

W graficznych i malowanych katechizmach oznaczał nieczystość. Pokusa nieczystych intencji może zaskoczyć dziennikarza/człowieka mediów w najmniej spodziewanym momencie. Bardzo łatwo przeoczyć ten moment, gdy zaczyna się ludzi wokół traktować jak przedmioty, narzędzia do realizacji pewnych celów. Szczególnie groźne jest to w odniesieniu do bohaterów materiałów, ludzi, którzy w dobrej wierze odsłaniają się, pokazują swoje słabości. Nie wiedzą, że są wykorzystywani w jakiejś grze, że nie o nich, nie o ich dobro tak naprawdę chodzi, lecz o coś zupełnie innego. Nieczystość polega również na przekraczaniu granic w relacjach międzyludzkich, na obcesowym wchodzeniu w sferę intymną innych ludzi w pogoni za bardziej mięsistym i „żrącym” materiałem.

 

Wąż

 

Od czasów Edenu wąż jest symbolem zazdrości. Ukryty pod postacią węża szatan, upadły anioł, zazdrościł Bogu i zrobił, co zrobił. W świecie mass mediów łatwo jest ulec pokusie zazdrości. To świat pełen nie tyle konkurencji, co rywalizacji, a nawet walki o to, kto szybciej, kto więcej, kto mocniej i skuteczniej. Zazdrość o czyjeś sukcesy, nawet drobne, może się okazać szokująco silna. Czasami doprowadza do tego, że ludzie, którzy kiedyś siedzieli biurko w biurko, dzisiaj mijają się na ulicy bez „dzień dobry”. Zazdrość (nie tylko wewnątrz branżowa) skutkować też może świadomym psuciem czyjegoś wizerunku, tzw. czarnym PR-em, rozsiewaniem plotek i powielaniem fake newsów. Nie mówiąc już o donosach. Tych składanych w ukryciu i tych mających charakter publicznego piętnowania. Zazdrość może być potężnym impulsem do bezwzględnego niszczenia innych. W zawodzie i poza nim.

 

Świnia

 

Pomijając symbolizowaną przez świnię pokusę łakomstwa w sensie dosłownym, która potrafi dopaść dziennikarza/człowieka mediów na różnego rodzaju imprezach (na ogół takie przypadki są kwitowane pobłażliwym uśmiechem), jest też inny jej wymiar. To nieumiarkowanie np. w eksploatowaniu jakiegoś nośnego tematu. To wyciskanie drugiego człowieka i jego historii jak cytryny, tak, że w końcu nic nie zostaje i się go po prostu porzuca, jako nieprzydatnego, jako kogoś, kto już nie przyciągnie niczyjej uwagi. To również nieumiejętność zatrzymania się, gdy wyraźnie widać, że bohater materiału już nie chce nim być, gdy zmienia zdanie, próbuje się wycofać. To branie i pokazywanie w swoim materiale znacznie więcej, niż tego wymaga rzetelność, bez zwracania uwagi, kto przy okazji może doznać krzywdy (np. czyjaś rodzina). Takie działanie ostatecznie okazuje się zwykłym świństwem, a nie profesjonalnym dziennikarstwem.

 

Lampart

 

Kto widział lamparta wie, że nadaje się ze swym wyglądem na symbol gniewu. W świecie mass mediów to pokusa nie tylko niepanowania nad własnymi emocjami, aż do kompletnej utraty obiektywizmu i opowiadania się po jednej stronie, aż do całkowitego fałszowania rzeczywistości i przechodzenia cienkiej granicy między dziennikarstwem a propagandą. To również pokusa grania emocjami innych, przede wszystkim odbiorców. Zwłaszcza negatywnymi emocjami, takimi jak złość, gniew, nienawiść, strach. Podsycania ich, manipulowania nimi, po to, aby wywołać jak najsilniejszą reakcję, wymusić uzależniające zaangażowanie. To świadome wprowadzanie podziałów, nastawianie jednych przeciwko drugim, rozbijania jedności. Po to, aby uczynić ich swoim łupem, zdobyczą, własnością.

 

Żółw

 

Kiedyś powolność żółwia uważano za przejaw lenistwa. To pokusa czająca się bardzo często w życiu dziennikarskim, stale obecna w świecie mass mediów. Wiedzą o niej wszyscy ci, którzy chcą traktować dziennikarzy i ludzi mediów jako swoje narzędzia. Przygotowują gotowce, materiały, które wystarczy po prostu przekleić, skopiować, spożytkować bez żadnego wysiłku. Jednak ta pokusa przejawia się też w braku szacunku dla pracy innych ludzi mediów, w żerowaniu na czyjejś harówce, w nieopanowanym stosowaniu metody Ctrl+C i Ctrl+V. Pokusa lenistwa podpowiada, że można bezkarnie kraść cudzą własność i dobrze na tym zarabiać, upowszechniając ją jako coś swojego. Lenistwo skłania też do rezygnacji z własnego spojrzenia na rzeczywistość, do włączania się w owcze pędy, intelektualnej bierności, bezmyślnego przejmowania czyichś poglądów. To lenistwo prowadzi do wykorzystywania szablonów, schematów i gotowych wzorców ideologicznych. Nie mówiąc o powtarzaniu banałów, frazesów i komunałów.

 

Artur Stopka

„Synu, jeśli musisz być pismakiem, pisz prawdę!” – ADAM SOCHA o swoich grzechach dziennikarskich

Redaktor naczelny portalu sdp.pl Błażej Torański zaproponował mi napisanie o mojej hierarchii największych grzechów dziennikarskich. Właśnie kończę 65 lat, a więc udało mi się doczołgać do emerytury w zawodzie dziennikarskim, który wykonuję od 1 maja 1981 roku. Dobry moment na rachunek sumienia dziennikarskiego.

 

Do zawodu trafiłem dzięki nauczycielce historii w Technikum Mechaniczno-Energetycznym w Szczecinie. Od urodzenia byłem humanistyczny, ale syn robotnika zwyczajowo trafiał do zawodówki. W technikum był konkurs na wspomnienie z obozu OHP. Wygrałem go, wtedy pani od historii powiedziała, że powinienem zostać dziennikarzem. Moja świadomość polityczna i historyczna wówczas była niewielka, ale wystarczająca, by jako 17-latek wraz z kolegą namalować w nocy na murze przed trybuną 1-Majową „ZSRR RĘCE PRECZ od POLSKI” (w miasteczku Braniewo przy granicy z Rosją, z 7 jednostkami wojska, w tym jedną radziecką). Czułem jako nastolatek, że głoszone hasła nie pokrywają się z tym czego doświadczam i obserwuję na co dzień.

 

Niestety, nie miałem tego szczęścia, jak Adam Michnik czy Aleksander Kwaśniewski, którzy mieli regularnie dostęp do „Kultury Paryskiej”. Ja nawet o jej istnieniu nie miałem bladego pojęcia. W gazetach interesowały mnie tylko rubryki poświęcone big-beatowi. Czytałem też Radar, Poezję, Nowy Wyraz (jak każdy w tym wieku pisałem okropne wiersze). Z Radia Wolna Europa słuchałem tylko audycji poświęconej muzyce rockowej „Rendez-vous o 6:10” Basi Nawratowicz (też zagłuszali).

 

Za radą nauczycielki posłałem dokumenty na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Okazało się, że był to najbardziej oblegany kierunek studiów, trafiały na niego dzieci wysoko postawionych dygnitarzy partyjnych (na moim roku był np. syn Mieczysława RakowskiegoJózefa Czyrka)!

 

Do dzisiaj pamiętam pytanie na ustnym. Miałem podać przykład wyboru tragicznego. Powołałem się na Antygonę oraz Popiół i diament. Komisja nie była zadowolona z mojej odpowiedzi, że Maciek musiał wykonać rozkaz i zabić sekretarza PPR. Długo mnie maglowali, ale ja uparcie powtarzałem, że musiał zabić. Mimo to zdałem. Dopiero w stanie wojennym wpadł mi w ręce numer „Kultury Paryskiej” a w nim esej o książce Andrzejewskiego i z niego dowiedziałem, jaka była prawidłowa odpowiedź. Tragedia Maćka polegała na tym, że źle wybrał, a nie że był wierny przysiędze.

 

Pierwszy reportaż napisałem na I roku studiów (1977 rok). Z grupą kolegów szliśmy Krakowskim Przedmieściem i przed Prokuraturą Generalną zobaczyłem wiejską babinę w zniszczonym palcie przewiązanym sznurkiem. Płakała. Przyjechała do stolicy po sprawiedliwość. Naczelnik gminy zabrał jej gospodarstwo i wyrzucił do zrujnowanego budynku wraz z siostrą. Pojechałem z dwoma kolegami do tej mazowieckiej gminy. Napisałem z tej wyprawy reportaż wraz z Irkiem Sewastianowiczem (niedawno zmarł) i zanieśliśmy go do „Polityki”. To był w PRL kultowy tygodnik, numer 1. Młodym reporterkom reportaż się podobał, ale decyzja należała do kierownika działu krajowego Jerzego Urbana, który był na urlopie. Wrócił i odrzucił.

 

Po III roku studiów, po wakacjach, żegnając się z Ojcem przed wyjazdem na uczelnię, Ojciec zapytał: „Synu, czy to prawda, że Ty będzie robił za psa?”. Zamurowało mnie. O co Ojcu chodzi? „No, będziesz szczekał, tak jak ci każą, w gazetach?”. Poraziło mnie. Ojciec, półanalfabeta z mazowieckiej wsi, robotnik w pierwszym pokoleniu, który prenumerował tylko „Działkowca” i od czasu do czasu kupił jakieś pismo pod kościołem, bezbłędnie  podsumował istotę propagandy socjalistycznej. Ojciec widząc moje zmieszanie, dodał po chwili: „Synu, jeśli już musisz być pismakiem, to pisz prawdę”.

 

Ojciec zabił mi ćwieka. Potwierdzeniem jego oceny była miesięczna praktyka wakacyjna w organie KW PZPR „Gazecie Olsztyńskiej”, w dziale terenowym. Napisałem tekst interwencyjny. Jakie było moje zdumienie następnego dnia, gdy otworzyłem gazetę. Nie wierzyłem własnym oczom. Mój krytyczny tekst zamienił się w laurkę! Dobrze, że nie było tam mojego nazwiska, tylko literki. Mogłem sobie wyobrazić, co sobie o mnie pomyśleli ci ludzie, którzy zwrócili się o pomoc! Toteż, gdy po wakacjach do akademika zadzwonili z redakcji proponując pracę, odmówiłem. Po kilku latach dowiedziałem się, że w redakcji moją odmową byli zdumieni. Byli przekonani, że spotkało mnie wielkie wyróżnienie.

 

Resztki złudzeń pozbawiło mnie spotkanie ze studentami sekretarza KC od propagandy (chyba Główczyka?). Powiedział wprost, że jesteśmy od „łatania dziur rzeczywistości”.

Istnienie cenzury odkryłem po napisaniu reportażu do tygodnika „Literatury” o życiu w olsztyńskich slumsach zwanych „Pekinem”. Tekst długo się nie ukazywał, traciliśmy ze współautorem cierpliwość. Reportaż ukazał się w końcu, ale bardzo pocięty.

Na to nałożyła się potężna dawka marksizmu-leninizmu serwowana na wydziale. Chciałem zmienić dziennikarstwo na historię, poszedłem do pani dziekan, ale okazało się to już niemożliwe.

 

Moje rozterki przerwał wybuch „Solidarności”. Zastał mnie w RFN. Był to mój pierwszy wyjazd za „żelazną kurtynę” i z tamtej perspektywy obserwowałem wydarzenia w Polsce. Gdy wróciłem we wrześniu chciałem być blisko tej rewolucji. Akurat nauczyciele i pracownicy kultury rozpoczęli strajk okupacyjny w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. Natychmiast tam pojechałem. Napisałem reportaż, biegałem z nim po redakcjach, aż znów trafiłem do „Polityki”. I znów na mojej drodze stanął Jerzy Urban, który napisał m.in., że tekst „godzi w Układ Warszawski”.

 

Ale dziennikarstwo już mnie wciągnęło na amen. Przysiągłem sobie tylko, że nigdy nie podpiszę tekstu, z którym się nie zgadzam.

 

W 1981 roku dostałem ofertę pracy w nowo powołanym tygodniku w Łomży, „Kontakty”. Miałem też propozycję od Jacka Maziarskiego odbycia stażu w „Kulturze”. Wybrałem potwornie zaniedbaną, zapyziałą Łomżę, jako wyzwanie reporterskie.

 

Trwał karnawał „Solidarności”, cenzura poluzowała i mogłem się wypisać.

 

Na samym starcie pracy zawodowej dręczyło mnie pytanie: „kto mi dał prawo, jako reporterowi, oceniania innych?” Dlatego postanowiłem pisać tak, jakby tekst miał być przezroczystą szybą. Ja mam rzetelnie przedstawić fakty, wypowiedzi, a wnioski zostawić czytelnikowi. Jeden mój reportaż powędrował do KC PZPR, o rzeszowskiej wsi, z której pochodził świeżo upieczony I sekretarz Stanisław Kania. Niesamowitym przeżyciem było dla mnie odnalezienie matki Kani, prostej chłopki, żyjącej skromnie w drewnianej chałupie. Niemal spadłem z krzesła, gdy powiedziała mi, że słucha Wolnej Europy, i że mówią prawdę! W KC te najsmaczniejsze kawałki mi wycięli.

 

Najpiękniejszym przeżyciem nie tylko dziennikarskim, był udział w obu turach Zjazdu „Solidarności”. Na japońskich dziennikarzy z laptopami patrzyłem jak na kosmitów.

 

Szok stanu wojennego. Nie pojechałem do Łomży na weryfikację. Wkrótce straciłem oparcie materialne. Najpierw teść, a miesiąc później zmarła na raka teściowa i właśnie urodziło mi się dziecko. Zostałem jedynym żywicielem rodziny i musiałem znaleźć pracę. W tym momencie dotarł do mnie mój szef śp. Stanisław Zagórski. Przekonał mnie do powrotu. Nakłamał komisji, że leżę w szpitalu ze złamaną nogą na nartach i dlatego nie mogłem się stawić. (Narty to ja pierwszy raz w życiu założyłem w latach 90.). Dzięki Zagórskiemu mogłem publikować uczciwe reportaże, inna rzecz, że cięte przez cenzurę niemiłosiernie. Przede wszystkim udało mi zebrać materiał na książkę „Jedwabne życie”. Musiałem jednak opuścić tę bezpieczną przystań, z powodów rodzinnych i przenieść się do Olsztyna, do popołudniówki „Dziennik Pojezierza”. Wytrzymałem tam rok. Potem był „Tygodnik Kulturalny”, z którego też wyleciałem i przygarnął mnie wspaniały człowiek, śp. ks. red. Benedykt Przeracki do dwutygodnika diecezji warmińskiej „Posłaniec Warmiński”.

 

Klepiąc biedę, dotrwałem do upadku komuny. Wydawało mi się, że oto wkraczam do raju wolności słowa. Czekało mnie jedno rozczarowanie po drugim. Pierwszym wstrząsem było przekazanie organów KW PZPR w ręce pracujących tam dziennikarzy. W czasie najważniejszego przełomu dziennikarze wierni PZPR dysponowali w moim mieście nadal najpotężniejszym medium, a ja do dyspozycji miałem biuletyn „Solidarności”, w formacie A4, składany i drukowany jak podziemne gazetki, w nakładzie 2 tys. egzemplarzy. Łamy „Gazety Olsztyńskiej” wypełniały depesze PAP-owskie. Nie było słowa o tym, o czym ja pisałem: o „czerwonym kapitalizmie”, spółkach nomenklaturowych i uwłaszczaniu się nomenklatury, o rodzącej się nowej elicie władzy i pieniądza.

 

W tym momencie dostałem propozycję od szefa Solidarności białostockiej objęcia redakcji „Gazety Współczesnej”. To był jedyny organ KW PZPR, który Komisja Likwidacyjna sprzedała „Solidarności”. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego ściągał mnie z Olsztyna. Nikt z białostockich dziennikarzy nie chciał się tego zadania podjąć. Szybko zrozumiałem, dlaczego. Musiałem robić codziennie gazetę z ludźmi, którzy nienawidzili „Solidarności”, a nie miałem ich na kogo wymienić. Przetrwałem rok.

 

Wówczas już ton całej prasie nadawała „Gazeta Wyborcza”. I to było moje kolejne, straszne rozczarowanie. Oto na moich oczach, jak feniks z popiołów odrodziła się „Trybuna Ludu” a rebours. Dałem temu wyraz w swoim wystąpieniu na I zjeździe reaktywowanego SDP w Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Dodam, że dostałem propozycję pracy jako korespondent „Wyborczej” z Olsztyna, jeszcze zanim ukazał się pierwszy numer. Człowiek, który mi ją przekazał właśnie przed chwilą na zebraniu opozycjonistów wyjawił, iż współpracował z SB do czasu powstania „Solidarności”. „Czy potrzebują propagandzisty, czy dziennikarza?” – wypaliłem bez namysłu. „No wiesz, na tym etapie konieczna jest propaganda, czekają nas wybory do Sejmu kontraktowego, musimy je wygrać” – odparł Bohdan Kurowski. „A to ja dziękuję” – odmówiłem i wyszedłem z jego auta.

 

Traf chciał, że wkrótce stanąłem oko w oko z Adamem Michnikiem. Przyjechał na zjazd Solidarności w Łęcznej pod Lublinem, witany jak półbóg. Dał polityczny wykład, tłumacząc, dlaczego związek zawodowy ma być parasolem dla rządu Mazowieckiego. Jako jedyny na sali odważyłem się mieć inne zdanie. Powiedziałem na koniec, że czuję się jak w „Folwarku zwierzęcym” Orwella. Włączam telewizję i coraz trudniej rozróżniam ludzi od świń. Ależ mnie zbeształ, szczególnie za tę metaforę. Kilka lat później, jeszcze raz miałem propozycję zostania sekretarzem redakcji Wyborczej w Olsztynie, ale mimo ciężkiej sytuacji życiowej, też odmówiłem.

 

Jeśli mamy mówić o grzechach dziennikarskich, to dla mnie piekłem dziennikarskim była właśnie Wyborcza, która weszła w rolę Wydziału Propagandy PZPR i w warunkach praktycznie monopolu narzuciła społeczeństwu swój system ocen rzeczywistości. Nie zapomnę dreszczy, jakie miałem oglądając program „Foksal” w TVP za prezesa Andrzeja Drawicza, w którym  brylowali dziennikarze „Wyborczej” na czele z Konstantym Gebertem, mówiąc mi w co mam wierzyć, a co potępiać.

 

Dziesiątki lat dziennikarze w dziesiątkach redakcji zaczynali dzień pracy od uważnej lektury „Wyborczej”, która była dla nich wyrocznią i „przekazem dnia”. Nie było pluralizmu. Na marginesie wegetowały takie pisma, jak „Gazeta Polska” zapomnianego dzisiaj Piotra Wierzbickiego, prezentująca inne spojrzenie na rzeczywistość.

 

Dużo przeżyłem. Pracowałem w dwóch ustrojach, w wielu, różnych redakcjach ( w sumie w 19), w kilku miastach, nawet przez rok byłem nieformalnym naczelnym „Super Expressu”. Miałem więc duże pole do obserwacji postaw dziennikarskich,

 

Oto moja lista „grzechów”:

 

– Powszechny oportunizm młodych dziennikarzy. Wydawało mi się, że w parze z młodością musi iść bunt, no bo kiedy się buntować, jak nie na starcie, gdy jeszcze człowiek nie jest obarczony rodziną i kredytem? Okazuje się, że ta cecha jest stała, niezależnie od systemu. Zdumiewało mnie, jak szybko młodzi ludzie wychwytywali, czego sobie życzą szefowie.

 

– Abdykacja z  samodzielnego myślenia i oceny ludzi i zjawisk.

 

– Autocenzura. Wystarczy odrzucenie kilka razy tematu, nie puszczenie raz i drugi tekstu, i młody dziennikarz już wie jak pisać i mówić.

 

– Nastawienie ideologiczne, głównie liberalno-lewicowe i poprzez takie okulary ocenianie ludzi i zdarzeń.

 

– Podatność na korupcję. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z biznesmenem w 1991 roku, który chciał mieć gazetę i szukał ludzi do jej prowadzenia. Przedstawiłem mu z kolegą biznesplan. Mówił z pogardą o dziennikarzach, jak o dziwkach, które można kupić. Opowiedział, jak dziennikarza, który coś chciał krytycznego o nim napisać, zapytał, ile dostanie za ten artykulik wierszówki? Dziennikarz podał stawkę. „Dopisałem jedno zero” i mu dałem – spuentował biznesmen. No cóż, nie było nam po drodze. Wybrał innych dziennikarzy.

 

Sam w tym czasie czegoś podobnego doświadczyłem. Zbierałem materiał o byłym esbeku, który za grosze nabył świeżo wyremontowaną kamienicę w centrum miasta. Zgłosił się do mnie jego wysłannik, facet którego znałem. „Co trzeba zrobić, żeby artykuł się nie ukazał?” – zapytał. „Zabić mnie!” – wypaliłem bez namysłu. „Nie wygłupiaj się, ile chcesz?” Pogoniłem go, artykuł opublikowałem, ale ta gazeta lokalna długo nie pociągnęła z braku ogłoszeń. Inny przykład: prezes pewnej dużej spółdzielni mieszkaniowej miał na żołdzie dziennikarza w każdej z trzech głównych redakcji w mieście. I to nie byli pośledni dziennikarze, a czołowi. Pauperyzacja tego zawodu i niepewność pracy, sprzyja korupcji.

 

– Nowe zjawisko to korupcja polityczna, wiszenie redakcji u klamek partii politycznych i w zamian za utrzymywanie (za pomocą płatnych ogłoszeń i reklam) realizowanie i bronienie linii partii. Tak oto historia zatoczyła koło. Nie trzeba urzędu przy ul. Mysiej, Wydziału Propagandy PZPR, by znalazły się redakcje i dziennikarze gotowi świadczyć usługi politykom.

 

Dziennikarze, którzy starają się rzetelnie i uczciwie wykonywać swój zawód, to ginący gatunek. Najgorzej mają napiętnowani jako „symetryści”. Kopani są przez wszystkich. Publikuję w niszowym, bezpłatnym miesięczniku „Debata” i na portalu debata.olsztyn.pl. Jestem znienawidzony zarówno przez polityków opozycji, jak i rządzących. Szef okręgu PiS-u zaatakował mnie na antenie Radia Olsztyn. Na zebraniu partii ogłosił, że przeszedłem na stronę ubeków, i że „Debatę” finansują ubecy. Wyraził żal, że nie może już nic mi zrobić (czyli wyrzucić z pracy w Radio Olsztyn, w którym jestem na najniższym stopniu hierarchii redakcyjnej), bo jestem w okresie przedemerytalnym. Wydał zakaz działaczom kontaktowania się ze mną. Z kolei ci z „totalnej opozycji” wypisują pod moimi tekstami, że jestem „politrukiem, płatnym pachołkiem PiS-u”. Nie wiem, śmiać się czy płakać?

 

Adam Socha

Autoryzacja a odpowiedzialność – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy autoryzacja materiałów prasowych ma jeszcze rację bytu? Czy skorzystanie przez rozmówcę z prawa do zatwierdzania swoich wypowiedzi, chroni w jakikolwiek sposób redakcję przed odpowiedzialnością za tekst?

 

Zbiór nieporozumień

 

W Internecie bez trudu znajdziemy wątki poświęcone autoryzacji. Zarówno w komentarzach użytkowników: „czy ten tekst był autoryzowany?”, jak i w linii obrony dziennikarzy: „przecież ten wywiad był autoryzowany!”. Dotrzemy też do wyroków sądów, które rozpatrywały sprawy związane z autoryzacją. Podczas lektury tych treści trudno nie odnieść wrażenia, że termin ten jest słabo zrozumiały i nadużywany. Przypisuje mu się też większe znaczenie od faktycznego. Na przykład w 2018 roku Sąd Apelacyjny w Łodzi musiał zmierzyć się ze sprawą, w której powód (zwolniony pracownik) stwierdził, że pozwany (wójt gminy) odpowiada za treść artykułu na temat tego wydarzenia. W opinii powoda ponieważ dwukrotnie skorzystał z prawa do autoryzacji, więc jest współautorem. Sąd nie podzielił jego zdania, stwierdzając w uzasadnieniu: „na gruncie prawa prasowego osoby udzielającej informacji (wywiadu) nie można zatem potraktować – tak jak chce tego powód – jako osoby, która jest współautorem publikacji zawierającej dosłownie zacytowane wypowiedzi[1].

 

Skoro opinia sądu jest tak jednoznaczna, to skąd się bierze mniemanie, że skorzystanie z prawa do autoryzacji, pozwala wpłynąć na ostateczny kształt publikacji?

 

Definicje autoryzacji

 

Obowiązujące w Polsce prawo prasowe (tekst ujednolicony Dziennik Ustaw z 2018 roku poz. 1914, Art. 14a) stanowi, że:

  1. Dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana lub była wygłoszona publicznie.
  2. Dziennikarz informuje osobę udzielającą informacji przed jej udzieleniem o prawie do autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi.

W ustępie 6 Art. 14a czytamy ponadto, co nie stanowi autoryzacji:

Nie stanowi autoryzacji zaproponowanie przez osobę udzielającą informacji nowych pytań, przekazanie nowych informacji lub odpowiedzi ani zmiana kolejności wypowiedzi w autoryzowanym tekście materiału przewidzianego do publikacji w prasie.

Co więcej a w ustępie 4 artykułu 14 prawa prasowego znajdziemy następujące uszczegółowienie:

Udzielenia informacji nie można uzależniać, z zastrzeżeniem wynikającym z  art. 14a, od sposobu jej skomentowania lub uzgodnienia tekstu wypowiedzi dziennikarskiej.

 

Osoba udzielająca informacji nie bierze więc formalnej odpowiedzialności za efekt końcowy. Skąd więc tyle nieporozumień? Wynikają one zapewne z wiedzy potocznej, której odzwierciedlenie znajdziemy chociażby w haśle: „autoryzacja” w Słowniku języka polskiego PWN: zezwolenie osoby udzielającej wywiadu na jego opublikowanie[2].

 

Złudna ochrona?

 

W głośnej ostatnio sprawie zakończenia współpracy z Romanem Praszyńskim przez magazyn „Viva!” po wywiadzie z aktorką Anną Marią Sieklucką, w którym pojawiły się kwestie życia seksualnego, dziennikarz również wspominał w swojej obronie, że wywiad był autoryzowany[3]. Zupełnie jakby to miało jakiś wpływ na postawione pytania, czy na ostateczny kształt publikacji. Czy zatem skorzystanie z tego prawa przez rozmówcę w jakikolwiek sposób chroni redakcję przed ewentualnymi roszczeniami?

 

Nie – odpowiada krótko podczas rozmowy telefonicznej mecenas Olgierd Pogorzelski partner w Kancelarii Ech&W i dodaje – Co więcej, umieszczanie w publikacji, wprawdzie autoryzowanych, ale szkalujących wypowiedzi, może skończyć się dla dziennikarza wizytą w „sądzie karnym” w charakterze oskarżonego.

 

Skoro zatem prawo do autoryzacji wypowiedzi nie chroni ani osoby udzielającej informacji przed ostatecznym kształtem lub wydźwiękiem publikacji, ani autora artykułu, to może powinno zniknąć z prawa prasowego?

 

Wokół problemu autoryzacji narosło wiele mitów i kontrowersji – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. – Szczegółowo tę sprawę reguluje Ustawa Prawo Prasowe, która choć nowelizowana, to jednak pochodzi z roku 1984, czasu, kiedy media funkcjonowały nieco inaczej niż dziś. Niejednokrotnie słyszałem od dziennikarzy, że w wyniku autoryzacji gotowy tekst bywał demolowany. Czy rzeczywiście w dzisiejszych czasach to narzędzie jest potrzebne? Mam mieszane odczucia. Z jednej strony tak, bo to chroni w pewien sposób interesy osoby, której tekst dotyczy – co nie jest bez znaczenia w dobie fake newsów, ale z drugiej strony czy rzetelnemu dziennikarzowi autoryzacja jest potrzebna? Druga kwestia to opóźnienie publikacji. Z pozoru niewielkie bo przypomnijmy  w przypadku dzienników i serwisów internetowym czas na autoryzację wynosi 6 godzin, a w przypadku czasopism 24 godziny. Jednak w świecie Internetu czas biegnie inaczej. Mimo wszystko uważam, że ustawodawca nieprędko wyśle autoryzację na zasłużoną emeryturę.

 

Innego zdanie jest Adam Łaszyn, ekspert w dziedzinie public relations i autor poradnika „Media i Ty. Jak zarządzać kontaktem osobistym z dziennikarzami”. Na pytanie o to, czy warto korzystać z prawa do autoryzacji odpowiada:

 

Tak, warto. Skoro nasz system prawny i obyczaj medialny na to pozwala – korzystajmy. Jest to przydatne narzędzie, by uzyskać pewność, że w procesie redagowania materiału sens naszych wypowiedzi się nie zmieni. A bardzo często się zmienia – wypowiedzi są skracane, czasem nawet „twórczo” przerabiane. I to niekoniecznie w złych intencjach – dziennikarz/redaktor może musieć zmniejszyć tekst lub ma dobrą wolę klarowniejszego przedstawienia intencji rozmówcy. Ale wiadomo, co jest wybrukowane dobrymi chęciami. W pogoni za „uatrakcyjnianiem” produktu medialnego łatwo tu o zmianę wymowy wypowiedzi, przekręcenie a nawet odwrócenie przekazu. Jest mnóstwo takich przypadków, w których np. wycięcie jednej części zdania o 180 stopni zmienia jego sens. Autoryzacja pozwala nam na kontrolę tego procesu.

 

Zagadnięty o to, czy rozmówcy powinny zapalać się w głowie ostrzegawcze lampki, gdy dziennikarz przypomina o prawie do autoryzacji, stwierdza:

 

Nie – w zakresie zagrożeń. Tak – w świadomości, że oto otrzymuje szansę kontroli przekazu. Prośba o autoryzację najczęściej świadczy o tym, że dziennikarz traktuje nas partnersko. Daje bowiem szansę współudziału w ostatecznej wersji publikacji. Częściej się zdarza, że dziennikarz nie proponuje autoryzacji i jeśli my o nią nie poprosimy (a warto!) to widzimy „w druku” słowa wyjęte z kontekstu. Jeśli zaś dostajemy wypowiedzi do autoryzacji to przyjmujemy też odpowiedzialność za to, co ukaże się z naszą zgodą.

 

Współodpowiedzialność rozmówcy jednak istnieje

 

Adam Łaszyn odnosząc się do najnowszego przykładu związanego z zasłanianiem się autoryzacją wywiadu przez autora tekstu, czyli publikacji „Vivy!”, wyraża następująca opinię:

W przypadku wywiadu w „Vivie” aktorka odpytywana przez dziennikarza w seksistowskich tematach jest podwójnie współodpowiedzialna za finalną publikację. Przede wszystkim nie powinna się godzić na obsceniczne pytania lub w odpowiedziach wyrazić swą dezaprobatę dla takiego stylu reportera. A po drugie – na etapie autoryzacji skorzystać z szansy odmowy przedstawiania jej w obleśnych kontekstach. Można się domyślać, że na tym pierwszym etapie mogła zostać zaskoczona sprośnymi pytaniami. Ale w procesie autoryzacji mogła to zmienić i wyrazić swój brak zgody. Na tych dwóch poziomach wzięła udział w grze akceptując jej rynsztokowy charakter.

 

Czy to usprawiedliwia autora i redakcję? Adam Łaszyn:

 

– Zupełnie zaś inna sprawa odpowiedzialności dziennikarza i redaktorów. Rozumiem, że przygotowali i opublikowali taki materiał nurkując w kierunku niskich potrzeb części odbiorców. To ich wybór, do którego można i – w moim przekonaniu – należy mieć zastrzeżenia w kategoriach dobrego smaku. O tym, że w tych kategoriach przekroczyli granice świadczy reakcja odbiorców i środowiska, silnie odrzucająca styl wywiadu. To iskierka nadziei, że istnieją mechanizmy po stronie konsumentów mediów wymuszające utrzymania pewnych standardów estetyki i stylu. Ale tylko iskierka…

 

Pilna potrzeba edukacji

 

Zgodnie z polskim orzecznictwem, osoba, która autoryzowała swoje wypowiedzi, nie ponosi formalnej odpowiedzialności za ostateczny kształt tekstu. Skorzystanie przez udzielającego informacji z tego prawa w żaden sposób nie chroni autora tekstu i samej redakcji, co potwierdza adwokat specjalizujący się w sprawach karnych. Według medioznawcy w dobie Internetu instrument ten nabrał już lekko archaicznego charakteru, a według eksperta ds. PR i współpracy z mediami – póki jest, należy z niego korzystać.

 

Wszystkie te opinie, przywołane sprawy i komentarze w sieci, wskazują na dużą potrzebę edukacji. Nie tylko w zakresie zrozumienia, czym jest autoryzacja (dopóki jest) i jak jej używać, ale też w dziedzinie współpracy z mediami. W XXI wieku takie zajęcia powinny być stałym elementem edukacji szkolnej. Tym bardziej, że zarówno rozmówcy jak i dziennikarzowi chodzi przecież o to samo: poinformowanie czytelnika o kwestiach dla niego ważnych. A tej świadomej współpracy dla wspólnego celu nie wysysa się z mlekiem matki, tylko trzeba się jej po prostu nauczyć.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.saos.org.pl/judgments/364295 – dostęp 13.02.2020 r.

[2] https://sjp.pwn.pl/sjp/autoryzacja;2551343.html – dostęp 13.02.2020 r.

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/viva-pl-wywiad-pytania-intymne-aktorka-z-365-dni-autor-roman-praszynski-koniec-wspolpracy – dostęp 13.02.2020 r.

Problem z „Zenkiem” – ŁUKASZ WARZECHA o najnowszej produkcji TVP

Pisząc tekst o wyprodukowaniu przez TVP filmu o Zenonie Martyniuku, muszę zrobić na początku zastrzeżenie: nie uznaję absolutyzowania maksymy de gustibus non est disputandum. Ona ma sens, owszem, jeśli dyskutujemy o tym, czy bardziej przemawia do nas Rembrandt, Rubens czy Velázquez; czy wolimy Wagnera, Haydna czy Purcella albo Vivaldiego; czy lepszy Norwid czy Słowacki albo Goethe czy Rimbaud, Mackiewicz czy Herling-Grudziński, Witkacy czy Gombrowicz. Nie udawajmy jednak, że – jak śpiewał w doskonałej, kpiarskiej piosence „Postmodernizm” Jacek Kaczmarski – „wszystkie mody, wszystkie style równie piękne są – i tyle”. Nie są. Bohomazy nowoczesnych artystów, udające sztukę, nie są warte tyle samo co jedno mniej znane płótno Caravaggia. Pioseneczki, które na co dzień zalewają przestrzeń publiczną, sącząc się z głośników w taksówce, sklepie, u fryzjera są warte mniej niż jedna fuga Bacha czy jedna płyta któregoś z legendarnych zespołów z kreatywnego okresu rocka w latach 70. Gdybyśmy twierdzili inaczej, bylibyśmy winni całkowitej relatywizacji pojęcia sztuki, twórczego wysiłku, warsztatu, a tym samym degeneracji gustów.

 

I owszem, ta degeneracja się dzieje i to od dziesięcioleci, a obrońców całkowitej relatywizacji gustów jest mnóstwo. Co ciekawe, w tej sprawie postmoderniści sprzymierzyli się w Polsce z krzewicielami ludycznego gustu, przy czym ci ostatni działają z pobudek całkowicie cynicznych i po prostu politycznych.

 

Proszę więc nie oczekiwać, że uznam disco polo za muzykę wartościową. Nie, nie ma w niej nic wartościowego. Na poziomie warsztatowym i twórczym jest po prostu prymitywna. Oczywiście, muzyka schlebiająca prostszym potrzebom i gustom istniała zawsze (nie mówię tu o muzyce ludowej sensu stricto). W XVIII wieku takim popularnym kompozytorem, tworzącym w odpowiedzi na masowe potrzeby, był na przykład jeden z moich ulubieńców Georg Philipp Telemann, niemalże rówieśnik Bacha i przez większość życia dyrektor muzyki (tytuł istniejący w wielu większych niemieckich miastach w XVII i XVIII wieku) w Hamburgu. Proszę jednak wziąć jakiekolwiek nagranie tej popularnej muzyki Telemanna, jak na tamte czasy sprzedawanej w postaci nut na masową skalę, i porównać z czymkolwiek tworzonym dzisiaj dla masowego odbiorcy. Mówię o porównaniu na poziomie wewnętrznej komplikacji, oryginalności konstrukcji, włożonej inwencji.

 

Nie zmienia to faktu, że disco polo jest przez jakąś grupę Polaków chętnie słuchane lub przynajmniej traktowane jako najlepsza muzyka do zabawy i trzeba się z tym liczyć. Można by zatem powiedzieć: w czym więc problem? Skoro tak, to dlaczego TVP nie miałaby sfinansować filmu o najbardziej znanym przedstawicielu tego nurtu? To jednak nie jest takie oczywiste.

 

Po pierwsze – Zenon Martyniuk stał się dla telewizji publicznej pożytecznym narzędziem w politycznej rozgrywce na poziomie zbiorowej świadomości. Żeby było jasne – sam piosenkarz, którego szanuję za ciężką pracę, wytrwałość, determinację – nie jest tu niczemu winien. A że korzysta z okazji, jaką tworzą mu warunki – jego prawo.

 

Trudno jednak nie dostrzegać, że Jacek Kurski, promując od kilku lat disco polo jako najbardziej widoczny w publicznej telewizji nurt muzyczny, realizuje miłą swojemu obozowi politycznemu agendę. Mówiąc wprost, a nawet bardzo bezpośrednio – Zenkiem Martyniukiem TVP pokazuje „fucka” zgniłym elitkom. To część opowieści o pretensjonalnych „bogaczach” z warszawki, nienawidzących i gardzących prostym „ludem”, dla którego idolem jest Martyniuk. Kwintesencją tego przesłania był słynny materiał „Wiadomości” z paskiem „Pseudoelity zazdroszczą Polakom Sylwestra”.

 

To oczywiście nie jest takie proste. Te elity są bowiem nierzadko nie bardziej wyrobione kulturalnie niż ci, którymi w narracji obozu rządzącego albo i faktycznie pogardzają. Z drugiej strony na niebezpieczne sprymitywizowanie gustów wskazują ludzie, którzy dalecy są od poglądów Tomasza Lisa czy Kingi Rusin. Ale narracje tego typu muszą wszystko upraszczać.

 

Po drugie – publiczne media muszą w jakimś stopniu uwzględniać bohaterów masowej wyobraźni i masowe gusta. Jeśli – piszę „jeśli”, ponieważ badań na ten temat nie ma – faktycznie znaczna część Polaków disco polo lubi, to w publicznych mediach powinno być dla niego miejsce. Czy jednak jednym z największych finansowanych przez TVP przedsięwzięć powinien być akurat film o muzyku disco polo?

 

Po trzecie – i tu dochodzimy do najpoważniejszego problemu – media publiczne są zobowiązane do realizacji misji. Misja nie oznacza podążania we wszystkim za gustami publiczności, ale w niektórych przypadkach próbę ich kształtowania, a przynajmniej wskazywania inspirujących alternatyw. Z tego punktu widzenia wyprodukowanie „Zenka” wydaje się bardzo wątpliwe.

 

Pisałem jakiś czas temu na portalu SDP, że – będąc wielbicielem muzyki dawnej, zwłaszcza barokowej – nie oczekuję przecież, że masowa publiczność będzie się podczas Sylwestra TVP bawić przy suitach Samuela Scheidta (swoją drogą bardzo polecam) czy koncertach Bacha na orkiestrę i klawesyn. To absurd. Ale media publiczne powinny odgrywać również rolę edukacyjną, nakierowując swoich odbiorców na to, co jednak nieco ambitniejsze.

 

Dysproporcja pomiędzy promocją, jaką TVP urządza disco polo jako gatunkowi w ogóle a wszelkimi innymi rodzajami muzyki jest uderzająca. Jeśli telewizja publiczna chciała wyprodukować film o polskim muzyku, to czy naprawdę pierwszym i najlepszym wyborem był pan Martyniuk? Czy to jest wybór jakościowy, zgodny z misją, popychający jakąś część Polaków do zainteresowania się sztuką trochę ambitniejszą niż ta najbardziej popularna – przy straszliwej nędzy edukacji muzycznej? Bynajmniej. I o to można mieć do TVP słuszną i zasadną pretensję.

 

Na koniec, nieco obok tematu, ale jednak à propos: zazdroszczę choćby Francuzom. We Francji działa jeden z najbardziej znanych zespołów, grających muzykę dawną: Les Talents Lyriques pod kierownictwem wybitnego klawesynisty Christophe’a Rousseta (jego wykonanie „Wariacji Goldbergowskich” to jedna z moich ulubionych płyt). To światowa ekstraklasa z kilkudziesięcioma płytami na koncie i koncertami na całym globie. Les Talents Lyriques znajdują jednak czas na programy edukacyjne. Dzieci ze szkół – zwykłych, publicznych szkół z prowincjonalnej Francji daleko od stolicy – są zapraszane na próby zespołu, w trakcie których zapoznają się z instrumentami, muzyką, pracą artystów. Inna forma to koncerty partycypacyjne, podczas których uczniowie mogą muzykę komentować, zadawać pytania, dociekać tego, co ich interesuje. Są też zaproszenia do miejsc, gdzie zespół stale występuje, oraz oczywiście nauka gry. Na swojej stronie zespół przywołuje opinię jednego z uczniów z Collège Langevin (bynajmniej nie w Paryżu, a w niewielkim Saint-Juinien nieopodal Limoges), który brał udział w próbie „Horacjuszy” Antonio Salieriego w paryskiej filharmonii: „Nie rozumiem, czemu nie słuchałem tej muzyki wcześniej, jest genialna!”.

 

Szkoda, że państwo polskie – także finansowane przez podatników media – porządną edukację muzyczną właściwie sobie odpuściło.

 

Łukasz Warzecha

Ciężko być dziennikarzem na Słowacji – rozmowa z politologiem dr. ŁUKASZEM LEWKOWICZEM

Ján Kuciak stał się symbolem bezkompromisowości w dążeniu do ujawnienia patologii władzy Po jego śmierci można zauważyć pewien rozkwit dziennikarstwa śledczego i politycznego  – mówi dr Łukasz Lewkowicz, politolog z Wydziału Politologii i Dziennikarstwa UMCS i Instytutu Europy Środkowej w Lublinie w rozmowie z Tomaszem Nieśpiałem.

 

13 stycznia rozpoczął się na Słowacji proces czterech podejrzanych o zlecenie i wykonanie zabójstwa dziennikarza śledczego Jána Kuciaka. Jak to możliwe, że w XXI wieku, w środku Europy, w demokratycznym państwie, mogło dojść do takiego morderstwa?

 

To jest dobre pytanie, bo prędzej takiego wydarzenia można się było spodziewać w państwach, które mają problem z demokracją, gdzie do zabójstw dziennikarzy dochodziło wcześniej – w Rosji, na Ukrainie, czy w Turcji.

 

Kuciak zginął, bo interesował się związkami grup przestępczych z władzą i biznesem. Właśnie mija dwa lata od tragedii, którą obserwuje Pan od samego początku. Pamięta Pan pierwsze reakcje na doniesienia o zabójstwie?

 

Byłem w szoku, bo to było przełomowe wydarzenie na Słowacji. Jak chyba wówczas każdy zadawałem sobie pytanie: dlaczego Kuciak zginął? Należy jednak pamiętać, że zanim jeszcze doszło do tego zabójstwa, od dłuższego czasu na Słowacji panowała nieprzychylna dla dziennikarzy atmosfera.

 

Ówczesny premier Robert Fico znany był ze swoich wulgarnych wypowiedzi kierowanych pod adresem dziennikarzy zadających mu niewygodne pytania.

 

Tak, zdarzało się, że nazywał krytykujących go dziennikarzy „prostytutkami”.

 

Była nagonka na dziennikarzy?

 

Na pewno atmosfera nie sprzyjała komfortowi pracy mediów.

 

Ján Kuciak i jego narzeczona Martina Kušnírová zostali zamordowani 21 lutego 2018 roku w swoim domu niedaleko Trnawy. Od początku te zabójstwa wiązano z pracą dziennikarza.

 

To była egzekucja w stylu mafijnym. Kuciak interesował się powiązaniami najważniejszych słowackich polityków i biznesmenów z lokalnymi grupami przestępczymi. Pisał o działalności włoskiej mafii, której przedstawiciele podejrzewani byli o wyłudzenia podatku VAT i dopłat rolniczych z UE we wschodniej Słowacji. Miał wielu wrogów.

 

Wróćmy do procesu. Na pierwszej rozprawie, były wojskowy Miroslav Marček przyznał się do zabójstwa dziennikarza. Miał za to otrzymać 50 tys. euro. Ale wciąż nie wiadomo kto był zleceniodawcą.

 

W marcu ubiegłego roku zarzut zlecenia zabójstwa postawiono Mariánowi Kočnerowi – przedsiębiorcy, przeciwko któremu Kuciak prowadził dziennikarskie śledztwo. Ten jednak nie przyznaje się do winy i odmawia składania zeznań.

 

Ale mówią inni. Na przykład były dziennikarz śledczy i były współpracownik służb specjalnych Péter Tóth.

 

Tak. Podczas procesu Tóth zeznał, że na zlecenie Kočnera śledził Kuciaka i 27 innych dziennikarzy. Chodziło o znalezienie i opublikowanie dyskredytujących ich informacji. Według Tótha akcję tę miał wspierać finansowo syn jednego z najbogatszych słowackich biznesmenów. Za jego pieniądze kupiono m.in. dwa samochody, sprzęt podsłuchowy, opłacano także współpracujących w ramach inwigilacji ludzi.

 

Skoro to była szersza akcja obejmująca nie tylko Kuciaka, to znaczy, że dziennikarstwo śledcze na Słowacji było wówczas w dobrej kondycji?

 

Jest kilku rozpoznawalnych dziennikarzy, którzy zajmują się dziennikarstwem śledczym lub też pracą na pograniczu dziennikarstwa śledczego i politycznego. To są zwykle osoby związane z mediami należącymi do dużych koncernów medialnych.

 

Tak jak w przypadku Kuciaka. Za nim stał Ringier Axel Springer.

 

To prawda. Wprawdzie on zmieniał redakcje, ale w okresie przed śmiercią pracował dla Aktuality.sk, które jest częścią tego koncernu.

 

To pomagało?

 

Na pewno. Siła mediów słowackich jest wprost proporcjonalna od siły finansowej, organizacyjnej i prawnej koncernu, który za nimi stoi.

 

A jak zatem wygląda rynek medialny na Słowacji?

 

Prywatyzacja z lat 90. spowodowała, że mamy duże koncerny medialne kontra media publiczne, prezentujące głównie punkt widzenia rządzących, sprawujących w danym momencie władzę. Jeśli chodzi o media niezwiązane z władzą, to do najbardziej opiniotwórczych mediów należy zaliczyć liberalny dziennik „SME”, antyrządowy w tym momencie „Denník N”, prezentująca lewicowy punkt wiedzenia „Pravda” i „Hospodářské nowiny”, w których dominuje tematyka ekonomiczna.

Bardzo popularny jest oczywiście portal Aktuality.sk, w którym publikował Kuciak. Wśród tygodników można wymienić „.týždeň”.

Jeśli chodzi o telewizję, to poza publicznymi „Jedynką” i „Dwójką” popularna jest  informacyjno-publicystyczna, komercyjna stacja TA3. Jest też bardziej rozrywkowa Markiza oraz TV JOJ.

Całkiem nieźle radzi sobie na słowackim rynku medialnym radio, głównie stacje prywatne, jak Radio Expres czy Fun Radio.

Natomiast pewną specyfiką medialnego rynku na Słowacji jest duży wpływ mediów alternatywnych, które nie wiadomo jak są finansowane i w czyim interesie występują, ale często mają charakter prorosyjski.

 

Z czego to wynika?

 

To są pewne tradycje historyczne wywodzące się jeszcze z XIX wieku, czyli związane z popularnym na Słowacji panslawizmem. Właściwie poza 1968 rokiem, Słowacja nie postrzegała Rosji jako swojego wroga. I te historyczne i kulturowe doświadczenia do dzisiaj rezonują i powodują, że społeczeństwo słowackie nie jest antyrosyjskie. A to oznacza, że te media mają racje bytu.

 

Jaki jest ich cel?

 

Zwykle nie są wprost prorosyjskie. To nie jest słowacka wersja Sputnika. To są często media z pozoru neutralne, utrzymywane z wpłat niezwiązanych z biznesem rosyjskim, czy rosyjskimi służbami. Teoretycznie to są oddolne inicjatywy, które nie wychwalają wprost Rosji, lecz bardziej skupiają się na sianie spiskowych teorii dziejów.

 

Typowa rosyjska propaganda, która swój rozkwit przeżywa od momentu aneksji Krymu.

 

Dokładnie. To są media antyzachodnie, antyliberalne. Pisze się w nich i mówi o „zgniłym Zachodzie”, krytykuje działania amerykańskie na świecie. Ta narracja jest zdecydowanie antyzachodnia, a przez to automatycznie prorosyjska.

Co ciekawe, jest wielu polityków zarówno z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej na Słowacji, którzy promują te media, co niewątpliwie je wzmacnia i sprawia, że są wpływowe.

 

Co to są za strony?

 

Jest ich bardzo dużo. Niektóre funkcjonują od dłuższego czasu, niektóre są zawieszane lub likwidowane, a po jakimś czasie wznawiają działalność.

Z głównych tytułów można wymienić bardzo popularny magazyn „Zem&Vek”, którego nakład sięgał swego czasu 30 tys. egzemplarzy, rozgłośnię Slobodný Vysielač, czy też stworzony przez mieszkającego na Słowacji Rosjanina chelemendik.sk. Do siania dezinformacji wykorzystywane są także popularne media społecznościowe, przede wszystkim Facebook.

Dużo tego typu serwisów i stron internetowych uaktywniło się na Słowacji po 2014 roku i pokazywało rosyjską wersję konfliktu na wschodzie Ukrainy.

 

Wróćmy do Jána Kuciaka. Śmierć dziennikarza wywołała niespotykane od 1989 roku masowe demonstracje na Słowacji, w wyniku których doszło do wielu dymisji i upadku rządu Roberta Ficy. Czy zatem sprawa Kuciaka jest dowodem na siłę dziennikarstwa śledczego na Słowacji, czy wręcz przeciwnie: zabójstwo dziennikarza, którego państwo nie było w stanie obronić, obnażyło patologie państwa?

 

Na pewno państwo słowackie pokazało słabość przed tym morderstwem. Tym bardziej, że były sygnały o tym, że już wcześniej grożono Kuciakowi. I wówczas państwo i jego służby nie zareagowały, choćby poprzez przyznanie dziennikarzowi ochrony. Z drugiej strony było to wydarzenie, które wywołało ogromną zmianę na scenie politycznej. Poza tym zaczęto też dyskutować o kondycji dziennikarstwa śledczego i w ogóle o stanie mediów na Słowacji.

 

I jaka jest diagnoza?

 

Słowacja jest ciekawym krajem, w którym funkcjonuje wiele mediów niezależnych od władzy. Po śmierci Kuciaka można nawet zauważyć pewien rozkwit dziennikarstwa śledczego i politycznego, który doprowadził między innymi do ujawnienia działalności albańskich grup mafijnych na Słowacji. Dość powszechnie analizowane są w mediach powiązania byłego premiera Roberta Fico i innych polityków ze światem przestępczym.

 

Czyli jest coś takiego jak mit Kuciaka?

 

W pewnym sensie tak. Kuciak stał się symbolem niezależności i bezkompromisowości w dążeniu do ujawnienia patologii władzy. Z drugiej strony pamiętajmy o cenie jaką za to zapłacił. Ta pokazowa egzekucja pokazała, że dziennikarstwo na Słowacji jest niebezpiecznym zawodem i nie wiadomo, czy ostatecznie nie odstraszy ona mediów od prowadzenia działalności śledczej.

 

Jest takie zagrożenie?

 

Oczywiście, bo mimo niezależnie od sprawy Kuciaka, dziennikarstwo śledcze na Słowacji boryka się z takimi samymi problemami jak i w Polsce. Redakcje rezygnują z tej formy działalności, bo jest czasochłonna i droga.

 

A jaka jest kondycja zawodowa samych dziennikarzy?

 

Ta sytuacja jest niejednoznaczna. Z jednej strony środowisko dziennikarskie zmaga się z tymi samymi bolączkami co dziennikarze w Polsce. Najczęstsze problemy to niestabilność zatrudnienia i niezbyt wysokie zarobki.

Do tego dochodzi niestabilne prawo prasowe, które politycy próbują zmieniać „pod siebie”.

 

To znaczy?

 

Choćby wprowadzenie obowiązku publikowania sprostowań. Politycy, którzy są niezadowoleni z artykułu mają prawo do sprostowania, które musi zostać wydrukowane. Potem redakcja pisze znowu swoje, a polityk znów prostuje. Taki swoisty ping-pong. Nadawca, który nie zastosuje się do nowego prawa, może zostać ukarany wysoką grzywną.

Dodając do tego, niedawną próbę wprowadzenia 50-dniowego moratorium na publikowanie przedwyborczych sondaży, która ostatecznie się nie powiodła, nie sposób nie odnieść wrażenia, że media są na różnych polach atakowane. Co powoduje, że chyba ciężko jest być dziennikarzem na Słowacji.

 

Rozmawiał Tomasz Nieśpiał

 


 

Łukasz Lewkowicz

 

Absolwent politologii i stosunków międzynarodowych na Wydziale Politologii UMCS w Lublinie. W 2011 r. uzyskał stopień doktora. Tematem jego zainteresowań naukowych są m.in. stosunki polsko-słowackie i polsko-czechosłowackie, polityka zagraniczna Słowacji, Grupa Wyszehradzka oraz współpraca transgraniczna w Europie Środkowej.

Pracuje na Wydziale Politologii i Dziennikarstwa UMCS i w Instytucie Europy Środkowej w Lublinie.

 

Czas podcastów – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Prognozy dla dziennikarstwa i social mediów od dłuższego czasu mają elementy wspólne. W tym roku w obu przewidywana jest złota era podcastów. Czy to zjawisko faktycznie podbije rynek? Jakie ma atuty, a jakie niesie niebezpieczeństwa?

 

Prognozy na 2020 rok

 

Bez względu na spór o pochodzenie nazwy, można stwierdzić, że podcast to po prostu cykliczna audycja publikowana w sieci. Do niedawna używano wobec tego zjawiska terminu: audioblogging, a jego korzeni należy poszukiwać na przełomie XX i XXI wieku (najczęściej wymieniana jest data: 2000).

 

W przewidywaniach na bieżący rok, przygotowywanych przez portal Wirtualnemdia, podcasty pojawiły się zarówno w kategorii social media, jak i prasa. W tej pierwszej Lidija Vukić, managing partner w grupie LTTM stwierdziła: „Podcasty, podcasty i jeszcze raz współprace z podcasterami. Tak jak kanały marek na YouTube zdobyły już ugruntowaną pozycję i największe marki widzą w nich znakomity potencjał, tak kolejny rok będzie czasem dużych debiutów w kategorii brandowych podcastów[1]. W tej drugiej Jerzy Wójcik, wydawca „Gazety Wyborczej” (Grupa Agora) ujął rzecz całą w kategorii potencjalnego czerpania zysków nie z reklamy, ale od odbiorców: „Trend – ekonomia subskrypcji, w której samo posiadanie staje się mniej istotne, a ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej jest uzyskiwanie dostępu. To widać wyraźnie od kilku lat na przykładzie rozwoju subskrypcji cyfrowych prasy. Teraz zaczyna to być również widoczne w świecie coraz popularniejszych podcastów[2].

 

Grupa Agora jest żywo zainteresowana tym rynkiem, co podkreśla zainwestowanie w przeprowadzenie badań polskich odbiorców podcastów w 2019 roku. Zauważono w nim m.in., że 27 proc. rodzimych użytkowników Internetu korzysta z audioblogów, co oznacza de facto, że włączyli przynajmniej jedną audycję w ciągu miesiąca poprzedzającego badanie. Jest to znaczny wzrost w porównaniu z badaniami za rok 2018 przeprowadzonymi przez Nielsen dla Storytel Polska, według których korzystających z tych kanałów informacji było o połowę mniej[3].

 

Wracając do analizy Agory, należy zauważyć, że co najmniej raz w tygodniu po podcasty sięgało w ubiegłym roku około 13 proc. użytkowników sieci. Internetowe audycje były głównie źródłem: rozrywki, wiedzy o świecie i relaksu. Podczas wykonywania innych czynności słuchało ich 28 proc. respondentów[4]. Brak konieczności zerkania na ekran jest bez wątpienia jednym z atutów tego medium. Do podbicia rynku z kilkunastoma procentami słuchaczy tygodniowo podcastom jednak wciąż daleko. W przywołanych analizach Agory – „Czas na podcasty! Badanie polskich odbiorców podcastów”, zauważono, że aż 65% obecnych odbiorców treści dostarczanych w ten sposób, zaczęło korzystać z audioblogów w ciągu ostatniego roku. Daje to pewną nadzieję na dalszy rozwój rynku, tym bardziej, że paradoksalnie dzięki prognozom trend się może utrzymać.

 

Wpływ prognozy na rynek

 

Wygląda na to, że w tym wypadku prognozy wyznaczają w Polsce rzeczywiste tendencje. Tematyka podcastów stała się przedmiotem obrad Audytorium 17. Specjalistka od budowania marki osobistej Joanna Malinowska-Parzydło podczas konferencji MarCom Skills Day (29.01.2020 r.) zapowiedziała, że kolejnym jej krokiem w kreacji medialnej będzie właśnie podcast. Jeden ze studentów dziennikarstwa na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach stwierdził w trakcie akademickiej dyskusji, że rezygnuje z bloga na rzecz podcastu, bo to robi się szybciej. W prognozach i debacie publicznej umknęło jednak, że złotą erę audiobloggingu na świecie przewidywano już pięć lat temu… Pytanie o sens tej prognozy postawił na łamach „Journal of Radio and Audio Media” Berry Richard. Wówczas powodem do mówienia o przełomie był tylko jeden podcast. Jedna jedyna audycja, która odnotowywała pół miliona pobrań dziennie. Chodzi o program „This American Life” przygotowywany przez stację radiową WBEZ z Chicago. Jego twórcy sami byli zaskoczeni zdobytą popularnością, nie był to więc element przemyślanej strategii[5]. W podsumowaniu B. Richard stwierdził, że audycja i jej sukces to bez wątpienia zjawisko ciekawe, pokazujące, że jest miejsce w sieci na słowo mówione i dla gawędziarzy, ale nie oznacza to, że z dnia na dzień wzrost uzyska cały rynek. Podkreślił również, że bardzo duże znaczenie dla odbiorców stanowi jakość. Potwierdziły to badania przeprowadzone przez tego uczonego z University of Sunderland.

 

Podcasting – fundamenty powodzenia

 

Miłośnik anglojęzycznych podcastów, programista i twórca gier na urządzenia mobilne – Sebastian Komorowski – już w 2014 roku zwrócił uwagę na rolę, jaką dla tego rynku odegrało Spotify (światowy lider), proponując format biznesowy, dzięki któremu autorzy mogli zarabiać na swoich treściach. W tym miejscu warto zauważyć, że tak, jak sam audioblogging nie jest zjawiskiem nowym, tak samo nowością nie jest zainteresowanie radiem w sieci. Jednym z głównych przykładów udanych działań marketingowych z XX wieku, które opisał Michael Levine w książce: „Partyzanckie Public Relations w Internecie”, są dzieje witryny poświęconej historii radia w Los Angeles. Twórca strony LARadio.com Don Barrett tak podsumował podstawy sukcesu: „Byłem zafascynowany tym tematem, więc łatwo było mi go ogarnąć. (…) Internauci muszą wierzyć, że robisz to dla nich. Jeśli ci się wydaje, że jesteś pępkiem świata, wcześniej, czy później przegrasz[6].

 

Z już przywołanych historii wynika, że podcasting nie jest dla każdego. Są za to wyraźne fundamenty powodzenia. Po pierwsze pasja twórcy, po drugie profesjonalizm i dbałość o jakość, po trzecie czytelne zasady finansowe. Zjawisko wydaje się wręcz wymarzone dla radiowców, którzy w stacjach nie zawsze mogą prowadzić audycje na interesujące ich tematy, lub w odpowiadający im sposób. Mają za to na wysokim poziomie kompetencje niezbędne do zaoferowania słuchaczom dobrego audiobloga. W tym wypadku zainteresowanie tematem Audytorium 17 może przynieść ciekawe rezultaty i dzięki promocji faktycznie zwiększyć liczbę odbiorców tego typu treści w Polsce. Słowem – prognoza dzięki temu może stać się samospełniającą przepowiednią.

 

Trendy w podcastingu

 

Z przywołanych prognoz na 2020 roku wiemy już, że część ekspertów uważa, iż trendem są same podcasty, a jakie trendy są prognozowane dla tego typu mediów? Kurt Kaufer na łamach magazynu „Forbes” przewiduje w USA wzrost udziału audioblogów w rynku reklamy. W Stanach Zjednoczonych z podcastów korzysta ponad połowa internautów, a w tym roku zapowiedzianych jest kilka głośnych debiutów – m.in. projekt firmy Marvel[7]. CJ Haughey zestawił w wortalu Single Grain dziewięć trendów na ten rok:

  1. Wzrost konkurencji między platformami udostępniającymi treści audio,
  2. Wykorzystywanie danych o odbiorcach do silniejszego angażowania słuchaczy,
  3. Wzrost rynku wydarzeń z udziałem autorów podcastów,
  4. Poprawa jakości podcastów,
  5. Optymalizacja podcastów pod względem wyszukiwania głosowego,
  6. Słuchacze zaakceptują wzrost liczby reklam,
  7. Wzrost wydatków na reklamę,
  8. Wzrost zainteresowania odbiorców treściami dziś niszowymi – diety roślinne, segregacja odpadów, ale też historia,
  9. Optymalizacja reklam w czasie rzeczywistym[8].

 

Dużo z powyższych uwag dotyczy zmiany postrzegania podcastów przez potencjalnych reklamodawców. Haughey stwierdził, że o nadchodzeniu złotej ery dla tego typu mediów mówi się już od tak dawna, iż firmy powinny wreszcie dostrzec ten potencjał. Wskazywał w tym zakresie na takie atuty jak wykorzystywanie autorytetu gospodarza programu jako lidera opinii, czy minimalizacja ryzyka użycia programów blokujących reklamę przez odbiorców. Stwierdził też, że 80 proc. podcastów jest słuchanych do końca.

 

Z doświadczeń podcastera

 

Podcasty obchodzą w tym roku dwudziestolecie swojego istnienia. Te cykliczne audycje publikowane w Internecie przyjmują różne formy – monologów, wywiadów, dyskusji między twórcami. Znajdziemy w tym zbiorze również relacje i programy przedstawiające opinie ludzi reprezentujących różne poglądy, powplatane w wypowiedź autora.

 

Autor niniejszego artykułu swój podcast – Radioblog.PL[9] – prowadził w latach 2011-2013 r. Audycje powstawały w oparciu o wywiady z ekspertami w dziedzinie mediów, social mediów i kultury. Wbrew przywołanej opinii studenta dziennikarstwa podcasting nie jest szybszy od blogowania, jeśli robić go solidnie. Oprócz znajomości tematu przez prowadzącego istotną rolę odgrywa jakość. Oznacza to inwestycję w profesjonalny sprzęt do nagrywania i ewentualnie oprogramowanie, bo dostępne bezpłatnie AudaCity daje dziś wystarczające możliwości do obrabiania dźwięku. Obsługi należy się jednak nauczyć. Odcinek trzeba nagrać, zmontować, powycinać przeszkadzające oddechy, mlaśnięcia, błędy. Przydatny jest profesjonalny sygnał – motyw muzyczny na wysokim poziomie. Jingiel Radiobloga skomponowali muzycy grupy Ankh, legitymującej się odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Nieodzowna zdaje się identyfikacja wizualna: logotyp, wykorzystywane motywy graficzne, kolorystyka etc. Każdy odcinek musi mieć swój opis – choćby i krótki, ale zawierający słowa kluczowe. Jeśli stawiamy na wywiady, oznacza to zarezerwowanie czasu na dotarcie do rozmówcy, wybór miejsca spotkania etc. Podcasting nie jest narzędziem prostym, a robienie tego dobrze i z sukcesem to duża sztuka. Słowem, tak jak w przypadku każdego trendu, trzeba się dobrze zastanowić, czy ta moda do nas pasuje.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podsumowanie-roku-w-social-mediach-2-prognozy-na-rok-2020 – dostęp 09.02.2020 r.

[2] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podsumowanie-roku-prasa-rynek-prasowy-prognoza-2020 – dostęp 09.02.2020 r.

[3] http://www.portalmedialny.pl/art/66654/poowa-internautow-zna-termin-podcast-a-12-proc-suchao-podcastu-w-ostatnim-miesiacu.html – dostęp 09.02.2020 r.

[4] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podcasty-coraz-popularniejsze-w-polsce-sluchane-dla-wiedzy-rozrywki-i-relaksu – dostęp 09.02.2020 r.

[5] https://sure.sunderland.ac.uk/id/eprint/6524/3/JRAM_Podcasting_BERRY-%20FINAL.pdf – dostęp 09.02.2020 r.

[6] M. Levine, Partyzanckie Public Relations w Internecie, Agencja Wydawnicza Placet, Warszawa 2003, s. 52-53.

[7] https://www.forbes.com/sites/forbesagencycouncil/2020/01/06/podcast-advertising-trend-predictions-for-2020/#7cd5cf476a14 – dostęp 09.02.2020 r.

[8] Źródło: https://www.singlegrain.com/podcast/podcast-trends-2020/ – dostęp 09.02.2020 r.

[9] Zapowiedź kanału na YouTube z 2011 roku – https://www.youtube.com/watch?v=F8BvlSMOCUc – dostęp 09.02.2020 r.