Krótka historia wysokiego stołka – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o byłych szefach Telewizji Polskiej

Było, jak było. I straszno i śmieszno. Przypomnijmy wszechwładnych z Woronicza w okresie półwiecza.

 

SOKORSKI – Pan Włodzimierz przeżył Lenino, bo siedział w sztabie; dostał telewizyjną fuchę, ale najbardziej absorbowały go powabne i chętne, „własne”, mało ekranowe panienki; miał wpływy i był jurny; jednak cała para szła w gwizdek. I chociaż wiernie służył władzy, nawet w momentach krwawych przełomów, nie ubłagał nadchodzącego Gierka i z Katowic na jego miejsce został sprowadzony „krwawy Maciej”, młody i bezkompromisowy kędzierzawy blondyn zastąpił zasłużonego łysego; nie było zmiłuj się

 

SZCZEPAŃSKI – … jaki on tam krwawy; wybrał najzdolniejszych na rynku, a sam dał w gaz; jednak rozmach wtedy był; telewizję zbudowano i wyposażono nowocześnie; nowy prezes ustawił w niej Janusza Rolickiego, który  jako reporter nie utrzymał się w „Polityce” i przeszedł od Rakowskiego do moczarowego obozu – docenił go pisarz Załuski i Minister Kultury Wilhelmi.

 

Na drugą nóżkę Szczepański wziął Jerzego Ambroziewicza, który miał szczytny chłopięcy udział jako listonosz w Powstaniu Warszawskim, potem pracował w „Po Prostu” wśród najlepszych, ale niestety i w „Argumentach” szczujących na Kościół.

 

Rolicki znalazł sobie KraśkęKraśków – ojca Piotrusia (tego od najnędzniejszych teraz w świecie „Wiadomości”) i matkę – Panią Pietkiewiczową ustosunkowaną w KC. Tam też urosła Nina Terentiew – obecnie „caryca” w solorzowym królestwie i trochę innych choć w gruncie rzeczy podobnych – tworzących rdzeń tak zwanej publicystyki kulturalnej.

 

Po drugiej stronie tego samego korytarza w bloku „C” na Woronicza zdecydowanie rządził Ambroziewicz. Najpierw wyrzucił ekonomicznych redaktorów ŻmudęLeszczyńskiego, bo mu po prostu nie pasowali. Potem oparł się na Jacku Snopkiewiczu (bojowym reportażyście z „Walki Młodych”) i Edwardzie Mikołajczyku (z tej samej walki i jeszcze do tego ze „Sztandaru Młodych”), którzy jak wszyscy wtedy zależni byli całkowicie od władzy, ale umiejętnie lawirowali i się nie ześwinili. Wpływowy, choć od spraw sportu, katowicki dziennikarz Gruda zarekomendował swojego przybocznego Mariusza Waltera (późniejszego twórcę „Studia 2” i wielu popularnych programów, a także byłego bossa TVN-, ale to postać na zupełnie oddzielną opowieść). Do grupy doszedł jeszcze zwycięzca uczciwego – co w telewizji rzadko się zdarza – konkursu na prezentera. Eugeniusz Pach – bo o nim mowa, to prawdziwy bohater z Powstania Warszawskiego, młody żołnierz walczący o gmach „Pasty”, przestrzelony serią z karabinu maszynowego. Pana Eugeniusza dało się zapamiętać. To zniewalający kobiety mężczyzna o charakterystycznym głosie i zupełnie niepowojennej kindersztubie. „Gienio” wygłupił się wprawdzie pseudoreportażem o Irenie Kirszensztajn (później oczywiście Szewińskiej) jakoby nasza wspaniała mistrzyni specjalnie zgubiła pałeczkę z biegu sztafetowym. Spadły na niego gromy, bo dopatrzono się w tym antysemickiego wybryku, ale środowiska filosemickie wybaczyły mu i Redaktor Pach, sam rodem z tak zwanej inicjatywy prywatnej, niezwykle przecież zasłużonej dla gospodarki i historii naszego kraju, poruszył inicjatywę Polski powiatowej turniejami telewizyjnymi pod nazwą „Banki Miast”. W dźwięku był najpierw Bach a potem na wizji Pach. Ludzie do dziś to pamiętają. Gdy wybuchł stan wojenny wszyscy oni byli grzeczni wobec władzy. Poza Snopkiewiczem, który na weryfikacji pyskował i wyleciał z hukiem. Pan Eugeniusz trochę się jeszcze po telewizji pokręcił, aż wylądował u mistrza rajdowca Sobiesława Zasady – rosnącego w siłę oligarchy – pilnując jego interesów w „różanym” miasteczku.

 

Wcześniej jednak padł Maciej Szczepański. Nawet go zapudłowali, oskarżając o zamordyzm i Bóg wie co jeszcze. Bredzono, a rozgorzałe rzesze „Solidarności” to podtrzymywały, że trzymał konia na jachcie „Polonez”. Było to piramidalna bzdurą ale znajdywało posłuch. Gdyby dziś proporcjonalnie do przewinień Macieja Szczepańskiego ukarać cieszących się dobrym zdrowiem aktualnych złodziei Polski – nie wyszliby oni z więzienia do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej.

 

BARECKI – tak nazywał się następca Szczepańskiego, który zasiadł na wysokim stolcu oczywiście z rekomendacji partii i strasznie mlaskał nad przewinieniami „krwawego Macieja”. Właściwie Pan Józef to poprzednio nosił nazwisko Baran, pochodził ze Szczecina, a potem z „Trybuny Ludu”, gdzie cieszył się poparciem żony ówczesnego premiera Jaroszewicza. Pani Alicja Solska bo tak podpisywała artykuły – np. o kasjerkach z Super Samu. Drukowano je z wielką atencją na ramach głównego organu kraju. Pani Alicja, kobieta wpływowa, nie dla wszystkich dziennikarzy łaskawa była. Na głos krytyki np. na zebraniu SDP żądała wyrzucenia z pracy. Jednak gdy kogoś lubiła, potrafiła go wysłać jachtem w rejs dookoła świata. Takie to były czasy i obyczaje. Żona Jaroszewicza zakończyła tragicznie, zamęczona i zamordowana wraz z mężem, przez „bandytów” nadal niewyjaśnionego pochodzenia.

 

BALICKI – tak nazywał się następny prezes TVP. Pana Zdzisława dostarczono z Wrocławia, miał bardzo niski głos, uśmiechał się dobrotliwie do wszystkich, chcąc zyskać sobie sympatię. Ale „naczelni” zdecydowanie go nie polubili, a nawet oskarżyli o brzydkie sprawy. Facet „spłonął żywcem”, schudł i się oddalił.

 

LORANCWładysław, ten pan był przesadnie elegancki. Ubierał się w aksamitne marynarki i we własnym programie telewizyjnym truł osobiście na wizji mając w tle napoleońskie orły. On to właśnie musiał przyjąć na pierś stan wojenny, redukcję, wyrzucanie z pracy. Guzik go to obchodziło, podobnie zresztą jak i brylującą do dziś profesor Ewę Łętowską, ówczesnego Rzecznika Praw Obywatelskich, która nawet nie odpowiedziała na list zwracających się do niej wyrzuconych dziennikarzy. Loranc podpisywał wszystko co kazała „Wrona” i był … bardzo kulturalny. Tak twierdził warszawski salon. Jakiś czas temu widywany był w pociągach na trasie stolica – Kraków. Być może teraz już tylko w kapciach ogląda dawne swoje TVP.

 

BAJDORJerzy, zabiegał o powrót do pracy dziennikarzy w stanie wojennym, ale ci, którzy odeszli z TVP, wcale go nie słuchali.

 

WOJCIECHOWSKIMirosław. Tego zupełnie nie znałem, bo wyleciałem z TVP na 8 lat. Był ponoć z „wywiadu” albo z jakiejś tam innej służby. Ostro robił porządek, co wtedy było łatwo, bo wszyscy okrutnie się bali. Zresztą to na Woronicza stan permanentny. Trzęsiączka była i jest tam teraz wielka. Rozchwiało to nawet budynkiem najwyższym, gdzie na dziewiątym piętrze rządziło kierownictwo. Gmach groził zawaleniem i trzeba go było rozwalić.

 

ROSZKOWSKIJanusz, był cenionym naukowcem, humanistą, ale niestety nie wiadomo, po co wybrał propagandę. Ale wiadomo – władza jak diabeł, potrafi skusić.

 

URBAN – imię wszyscy znają, Pan Jerzy to były rzecznik rządu stanu wojennego, ulubieniec Jaruzelskiego; przedtem redaktor „Po Prostu” a nawet osobiście napiętnowany zakazem pracy przez Gomułkę felietonista. Gdy wróciłem do TVP Urbana, który kłamał bez zmrużenia oka, ale i rozśmieszał chętnie przychodzących na jego konferencje korespondentów zagranicznych – już nie było. Powiedział żonie, że się wreszcie wzbogacą i założył „Nie”.

 

DRAWICZAndrzej, bardzo wysoki o sportowej sylwetce, przystojny, choć łysy, co nie było wtedy jeszcze powszechne. Miał żonę Rosjankę, ponoć córkę generała, ale i solidarnościową przeszłość zakończoną 13 grudnia internowaniem. Może jeszcze dowiemy się, kim naprawdę był ten pan wybrany na prezesa TVP przez Tadeusza Mazowieckiego po budzących wielkie nadzieje wyborach. Drawicz, gdy przychodził na Woronicza powiedział, ze legitymacje partyjne należy zostawić w szatni. Był za pan brat z opiekującym się telewizją księdzem, a nawet wprowadził na ekran „nocą” miękkie porno. Podpierał się Rywinem, który wtedy robił najlepsze interesy. TVP otwarta na Amerykę kwitła. Niespodziewanie nagle Drawicz zmarł.

 

TERLECKIMarian, tego najbardziej lubiłem. Był to prawdziwy bohater stanu wojennego z Gdańska. Twórca „Video Studia” dzięki któremu mamy archiwalne nagrania pokazujące bicie robotników przez ZOMO i traktowanie ludzi jak bydło. W więzieniu, na oko kruchy i delikatny Marian, był bardzo dzielny, stawiał się klawiszom, był bity i zamykany w karcerze. Prezesem w TVP był niestety krótko, ponieważ zorganizowano chamską prowokację. Po hucznym balowaniu w prywatnym mieszkaniu, w którym brali udział liczni przedstawiciele nowego rządu, Marian, nieco pijany, ale zawsze romantyczny, usiadł sobie w swoim własnym samochodzie. Nawet nie włączył silnika. Dopadli go tam zaczajeni, wyprowadzili siłą i zawieźli na izbę wytrzeźwień. Nakazano telewizji – której bądź co bądź był jeszcze prezesem – pokazać zdjęcie Terleckiego w pełnym kadrze na rozpoczęcie „Dziennika”. I tak do milionów dotarła wiadomość: pijany szef TVP został zatrzymany w samochodzie. Premierem rządu był wówczas Jan Krzysztof Bielecki. Kto był autorem tej ohydnej prowokacji, nie wyjaśniono.

 

MARKIEWICZMarek. Doczekał się tylko p.o. Prezesa TVP. Był, jest adwokatem. Kandydował na Prezydenta Polski. To on, jako szef KRRiT, przekonał kolegów i dał Polsatowi Solorza ogólnokrajowa koncesję. Miliarder był wdzięczny. Tomasz Wołek i ja również ostro to krytykowaliśmy, napuszczeni przez Wałęsę. Potem jednak Prezydent Wałęsa oświadczył, że chyba się mylił. Dziś Zygmunt Solorz tryumfuje. Marek Markiewicz rządzi ponoć obecnie bardzo ważną kancelarią prawniczą. Jest również zapraszany jako komentator do niezależnych katolickich rozgłośni radiowych.

 

ZAORSKIJanusz, prezes-artysta: dobrze pamiętany twórca „Piłkarskiego pokera” i „Matkę Królów” – wybitnych filmów naszej kinomatografii. Pan Janusz, popierany wówczas przez Lecha Wałęsę, nadal działa, choć najwyraźniej filmów mu nie dają robić.

 

ROMASZEWSKIZbigniew to tylko 13 dni prezesowania; na pewno wielka szkoda, że tak krótko. Zdymisjonowany, gdy rozbito rząd Jana Olszewskiego.

 

WALENDZIAKWiesław, to mały, wielki szkodnik, od niego zaczęła się degrengolada TVP, zniszczył redakcje by dać zarobić kolegom, wprowadził niebotyczne odprawy nawet za kilkumiesięczną prace na Woronicza. Potem porządził jeszcze u premiera Buzka, głównie zajmując się walką z wice-Tomaszewskim. Potem wycofał się z polityki.  Na nieszczęście dla miliardera Ryszarda Krauze, którego został doradca. Utopili gigantyczne pieniądze kupując suche pola naftowe w Kazachstanie.

 

MIAZEKRyszard, chłop poczciwy i spolegliwy, wprowadził PSL-owców na długo do gmachu TVP. Aż do niedawna tam tkwili. Pamiętam, że pojechał z Telewizji do Australii nawiązywać kontakty. Potem, jeszcze do niedawna, wydał kwartalnik społeczno-polityczny. Nawet ciekawy. Ale chyba zabrakło pieniędzy.

 

KWIATKOWSKIRobert, to era Kwaśniewskiego, MilleraCzarzastego. Szarpali go potem w Sejmie ale miał mocne narwy. Nie bardzo nim się interesowałem. Był niby z lewicy. Ale koniunkturalnie.

 

DWORAKJan, kiedyś dzielny obrońca robotników (ROPCiO), fan sportu, nosił teczkę za Tadeuszem Mazowieckim i pomagał Drawiczowi. Potem bardzo przeszkadzał Ojcu Dyrektorowi, zwalczał jak mógł Radio Maryja i Telewizję Trwam. W dworskiej i do luftu KRRiT był wykonawcą poleceń Bronisława Komorowskiego. Facet w zasadzie bardzo miły. Szkoda, że taką właśnie wybrał drogę.

 

WILDSTEINBronisław. I rzeczywiście imię to do niego pasuje. Z nominacji Kaczyńskiego szedł jak burza, niestety odwołał go również Kaczyński. Nawet nie wiem, który z braci do tego się przyczynił. Nie wiem również, dlaczego. Uważałem i uważam to za duży błąd. Ale to jeszcze można naprawić. Bronisław Wildstein jest w dobrej formie, a w jeszcze lepszej jest jego odważny syn Dawid.

 

URBAŃSKIAndrzej, srożył się i ładnie palił fajkę, ale jemu darujmy z powodów różnych …

 

Potem było jeszcze kilku innych, o których wspominać nie warto. Na koniec:

 

BRAUNJuliusz, kolejny destruktor, koniunkturalny miłośnik PO i Tuska; krzyczeliśmy (jako SDP) „kończ waść wstydu oszczędź”, chciał w ambasadory, ale nie wyszło. Ostatnio widziałem, że jeździ autobusem. Podobno chce nas (Stowarzyszenie) włóczyć po sądach.

DASZCZYŃSKIJanusz, właśnie walczy o przetrwanie, wykombinował sobie, że jeśli włączy Marcina Wolskiego (który świetnie nadawał by się na Rzecznika Rządu, polecam!) jako zastępcę to uda mu się przetrwać; zdaniem Krzysztofa Wyszkowskiego – „to zero”; prawdziwy założyciel wolnych związków zawodowych, właśnie Wyszkowski, wyraził opinie, do której się przychylam.

 

*                                            *                                            *

 

Komedia na Woronicza trwa. Kto będzie następny. Ciekawe. Bardzo ciekawe. Tym razem kraj czeka naprawdę w napięciu.

 

Dokonany tu przegląd prezesów nie pretenduje do naukowej analizy. Oczywiście jest bardzo uproszczony, a nawet byle jaki. Tak samo jak byle jacy byli w większości prezesi Telewizji Polskiej. To taka impresja wspominkowa a nie wyliczanka dorobku. Chodzi głównie o to, by nabrać dystansu do tych wszystkich – wydawało się – ważniaków. Nastali, pobyli, coś tam namieszali, niektórzy pochlali, a inni na ekran bardziej lub mniej się pchali. Spadali i odpływali w cień. A lud roboczy z Woronicza był jak zawsze posłuszny każdemu następnemu desygnowanemu przez partie, które zawsze dużo gadają i obiecują.

 

KTO TERAZ ?

 

Jest niestety bryndza.  Słyszymy, że decydować mają teraz Czabański i Kurski (oczywiście Jacek). To zupełnie różne żywioły – woda i ogień.

 

Krzysztof Czabański zrobił się ostrożny i wyważony. Zapowiada plan działania nie na dni najbliższe, ale na tygodnie, a nawet miesiące.

 

A tu czas leci i atakujący bezpardonowo sobie poczynają. Trwa napaść na Prezydenta i PiS nie przebierająca w środkach.

 

Są w ojczyźnie rachunki krzywd. Żadna dłoń ich nie przekreśli. Są też zdolni ludzie, odważni i pełni zapału. Wymienić? Proszę bardzo:

 

Karnowscy (obaj)

Skowroński (wymieńcie choć raz poranny program „Wnet” z „Sygnałami Dnia”;

Ziemkiewicz

Zaremba

 Janicki

albo Pospieszalski – na przykład

 

Każdy z nich świetnie sobie poradzi na wysokim stołku. Trzeba to zrobić a nie deliberować w nieskończoność.

 

Na pewno gospodarka jest najważniejsza. Prezydent dotrzymuje słowa. Rząd idzie jak burza. Prezes Kaczyński od wielu miesięcy nie popełnił błędu. Zawistni się wściekają, a ludzie mówią „jest wreszcie maż stanu”. Przeciwnicy niegrzeczni na wizji w głębi duszy przyznają, ze tak właśnie jest. Zresztą dostali przecież lanie, więc lepiej niech nie deprecjonują tego, który z nimi wygrał – bo jak wytłumaczyć porażkę?

 

NA WYBIEGU

 

Niech wyjdą na wybieg, dobiorą sobie dla ozdoby po modelce i wyartykułują zamiary. Potrzebny jest otwarty konkurs w pełni telewizyjnego światła, by poznać nie tylko kandydatów, ale i weryfikujących. Kim jest tajemnicza i decydująca Rada Nadzorcza TVP. Kim są ci ludzie, jak wyglądają i jakie zadają pytania. Zróbcie tak wreszcie i pokażcie przez TVP cały ten konkursowy cyrk. Nie zasłaniajcie się jakimiś tam wyimaginowanymi tajemnicami handlowymi. To bzdura. TVP jest monopolistą i ma być transparentny. Trzeba zmusić Telewizję Polską, żeby poprzez bezpośrednią transmisję pokazała konkurs. Telewizja jest publiczna i powszechna. Jest własnością nas wszystkich, a nie aktualnie rządzącej partii.

 

Prezes TVP to powinien być odważny decydent w sprawie zorganizowania rozumnego i prawdziwego przekazu medialnego. Z tych, co już byli, może tylko Wildstein nadawałby się na to stanowisko. Warto się nad tym zastanowić. Gadanie o nie wchodzeniu ponownie do tej samej rzeki – to przesąd.

 

Wymieniam nazwiska męskie. Ale to nie gest antyfeministyczny. Chociaż po ostatnich doświadczeniach rządowych rodzą się obawy. Warto jednak przypomnieć, że nikt tak dzielnie nie wykonał reporterskiej roboty w Smoleńsku jak Anita Gargas.

 

Nie zapomnijmy też o ośrodkach regionalnych. Jest ich szesnaście. To aż tyle potrzebnych będzie nominacji. Najlepszy kąsek to Warszawa, dawniej WOT. Teraz nie wiadomo właściwie co to jest. Nasze wielkie aglomeracje, nasze krainy są jak niektóre państwa. Kiedyś dyrektorów na ośrodki wybierał facet, który w Dzienniku Telewizyjnym był wiceszefem i odpowiadał za informacje od terenowych korespondentów. Dziś w głównych dziennikach TVP  kraj pokazywany jest beznadziejnie. Tak jakby w Polsce nie było Szczecina, Wrocławia i Bydgoszczy. Dyrektorzy w terenie nie mają kompetencji samodzielnych szefów, ale też i nie starają się o to. Wystarczy im, że są ważni w swoim środowisku. Trzeba ich wymienić.

 

Trzeba też w telewizji mianować ludzi wyposażonych w kompetencje rządzenia, narzędzia finansowe i samodzielne uprawnienia administracyjne. Prezes powinien być jeden i głową odpowiadać za to co zrobi. Trzeba dać mu szansę rozwinięcia skrzydeł. Ale jednocześnie bacznie się przyglądać. Najważniejszy jest program, prawdziwy przekaz, treść. Obojętnie jak to zwał – misją, czy po prostu dobrą jakością. Kontrola powinna być rozsądna i sprawiedliwa.

 

*                                            *                                            *

 

Zrobić dobrą telewizję publiczną wcale nie jest to takie trudne. Byle nie postępować miernie, biernie i tylko wiernie. Bo to takie samo zło, jak ślicznie, cynicznie i niegramatycznie. W naszym dużym kraju jest wielu ludzi, którzy mogą sprostać nominacji na Wysoki Stołek. Podsadźmy właściwego, a na pewno się uda. Jeśli jednak nie sprosta, to po prostu spadnie. Nie ma ludzi niezastąpionych.

 

Stefan Truszczyński

 

PS. Tymczasem pełniącym obowiązki Prezesa Zarządu TVP został Maciej Łopiński, a Marzena Paczuska-Tętnik została na trzy miesiące zawieszona w czynnościach członka zarządu TVP . Jacek Kurski ma być doradcą zarządu.

Jak nie być hieną w czasach koronawirusa – opinia MAGDALENY KAWALEC-SEGOND

Swoimi materiałami grzejecie panikę. I ta panika, ze względu na to, jak działa ludzki układ odporności i jak działamy społecznie, może kosztować wiele osób zdrowie i życie. Nawet jeśli tego nie wiecie, to was nie usprawiedliwia. Bo jako dziennikarze, powinniście to wiedzieć.

 

Bardzo przepraszam, ale będzie ostro. Kto już się oburzył tytułem, zawsze może przestać czytać i obrazić się na mnie do śmierci. Może nas ona spotkać wkrótce (jak zwykle, memento mori to taka piękna antyfona postna) , więc w sumie, co mi tam. Jakoś to przeżyję. Jako nie-dziennikarz, tylko taka pani od przyrody, co lubi pisać do gazet, a gazety cierpliwie to czasem drukują od 25 lat, żeby i te giki, te mózgowce miały też jakiś kącik dla siebie w rzeczywistości medialnej, a jednocześnie jako jaki taki specjalista od drobnoustrojów chorobotwórczych (mam z tego doktorat, to niedużo, ale zawsze coś) walę pięścią w stół: BASTA!

 

Ja nie oglądam telewizji (żadnej) od grubo ponad ćwierć wieku w wyniku świadomej decyzji, więc pewne zjawiska związane ze szklanym ekranem docierają do mej świadomości dopiero wtedy, gdy jakiś Internet je pokaże. W tym wypadku, w momencie gdy w Polsce pojawił się czwarty potwierdzony przypadek COVID-19, strona na FB zwana „Polska w dużych dawkach” zamieściła wpis, którego sama nie ujęłabym lepiej, i zdjęcie, które mnie rozwścieczyło. Wpis zaś był tak mądry (i na miejscu), że go po prostu zacytuję: „Pacjent z podejrzeniem koronawirusa wychodzi ze szpitala, dziennikarze podstawiają mu mikrofon prosto w usta, pytają czy to fajnie być chorym. Trwa to pięć minut, mikrofony dalej napierają w otwór gębowy pacjenta, pocierają się i chłoną wirusa dosłownie jak gąbka. Następnie biegną na konferencje prasowe, podtykają te mikrofony politykom, następuje kwarantanna, tydzień plagi, populacja polityków zmniejsza się. Niestrudzeni dziennikarze obskakują jeszcze najmodniejsze imprezy, zjazdy influncerów i jakieś forum marketingu.

 

Mijają dwa miesiące i kraj zmienia się nie do poznania. Trzeba rozpisać nowe wybory. Polska nauka i kultura są nietknięte, bo kto by się nimi interesował, dziennikarze nie przyszli. Tworzy się nowa kultura polityczna, czas żałoby, ale i przemyśleń. Powinniśmy jakoś o siebie zadbać, przyda nam się działająca ochrona zdrowia, i żeby ludzie coś kumali, więc przyinwestujemy w edukację. Trzeba też się przygotować na okoliczność innych zagrożeń. Dziennikarze winni zarażania elit kraju zbierają się w tajnym miejscu. Z mroku wychodzi Mariusz Max Kolonko. Ubrany nie jak zwykle, w garniak z lat 90., tylko w dżinsy i czarną bluzę z kapturem. Każdemu ściska rękę i mówi:
– O waszym poświęceniu nikt się nigdy nie dowie. Jesteście cichymi bohaterami, którzy poprowadzili bliźnich przez ciemną dolinę. God bless you
.”

 

Ja wiem, że ci biedacy z mikrofonami sami się tam na te drzwi nie rzucili (do szefów i redaktorów wicenaczelnych jeszcze wrócę). To nie oni też wysłali nad szpital w Łodzi (który okazał się NIE-miejscem pierwszego przypadku COVID-19 w Polsce) drona z kamerą o nosie nadającym się do robienia zdjęć kraterów na Marsie z Ziemi. Ja wiem, że to jeszcze nie jest poziom obrzydliwego hienizmu zaprezentowany wobec pierwszego polskiego pacjenta z COVID-19 przez „gazetę, której nie jest wszystko jedno”. To było takie dno, że mi opadły ręce. I tu dodam z zawodowego obowiązku popularyzatora nauki, że na szczęście hiena cętkowana nazywa się obecnie wg systematyków krokuta. Dzięki czemu nikt nie łączy naturalnego sposobu zdobywania przez nią pożywienia ze zjawiskami z zakresu psychologii mediów, które są znacznie gorsze od stadnego rozszarpywania trucheł padłych zwierząt na afrykańskich sawannach.

 

Ja rozumiem, że to zwykła głupota, bo ufam, że na studiach dziennikarskich uczy się ludzi, jaka jest różnica w sprawozdawaniu konfliktu zbrojnego czy klęski żywiołowej (to chwalebne i heroiczne, że są odważni dziennikarze gotowi natychmiast jechać i relacjonować takie straszne rzeczy), a epidemii. A może tam się nie opowiada w ogóle o chorobach zakaźnych i medycynie, tajemnicy lekarskiej, prawie pacjenta do prywatności etc… To szkoda. Jak nie daj Boże wybuchnie jakaś masowa epidemia wieloopornego syfilisu, to też się dowiemy, z kim sypiał jakiś prominentny przypadek czy tylko do jakiej partii politycznej należał 10 lat temu? Choroby, w tym zakaźne, stygmatyzują. Słyszeliście o tym?

 

Mam jednak nadzieję, że sami dziennikarze są w stanie obejrzeć czy posłuchać materiałów przygotowanych na temat koronawirusa przez ich własne stacje telewizyjne i radiowe, przez ich własne gazety, i zrozumieć z nich (ja wiem, że to trudne, no ale kto tu winien?), że sprawa jest poważna, bo… jest zakaźna! Czyli nie widać, a można się rozchorować. I roznieść rzecz po innych. Jak patrzę, jak się zachowują, to domniemam, że po prostu dziennikarze miejscowi powszechnie nie rozumieją pojęć takich jak: wirus, choroba zakaźna przenoszona kropelkowo oraz epidemia i kontrola zakażeń. No to jeśli w sposób tak widoczny ich nie rozumieją, to jakże mogą komuś wytłumaczyć?  Ja nie wiem, jaką stratą dla Polski dziś byłby zanik mediów na kilka miesięcy – może wszyscy obudzilibyśmy się następnie w innym, spokojniejszym, mniej zantagonizowanym i w ogóle jakimś takim lepszym kraju. A może nie. Ale czy koniecznie musimy to sprawdzać w sposób tak głupi, bo niosący ryzyko dla zdrowia i życia innych, np. członków dziennikarskich rodzin, ich sąsiadów oraz ludzi, z którymi jeżdżą w autobusie lub spotykają się na siłowni i w knajpie?

 

Przecież każda z tych rąk wyciągniętych z mikrofonem w stronę biednego, nigdy wcześniej nie mówiącego do mediów człowieka, który ma im tyle do powiedzenia, iż „nie wie, jak to złapał”, co oczywiście jest newsem dnia, bez którego nie obejdzie się żaden posiadający telewizor i radio Kowalski, otóż każda z tych rąk zaraz popuka paluszkiem w mikrofonik przed następnym wywiadem, by sprawdzić działanie, a następnie ten paluszek poliże, żeby przeczytać jakąś swoją notatkę. Czyż nie?

 

Wiecie co, ja Wam to tak „po krasnoludzku, po prostu dzisiaj powiem”:  chcecie zrobić fajny, potrzebny I SŁUŻĄCY ODBIORCY (nie wykluczone, że ratujący mu życie i zdrowie) materiał o COVID-19? Podaję zestaw tematów, znajdzie tu każdy i śledczy, i społeczny, i gospodarka i polityczny, i zagranica. Tematy podaję za darmo, nie trzeba ze mnie robić współautora tekstu czy reportażu. Nauką zajmę się ja i moi koledzy, co się na tym znają, bo na tym to się jednak trzeba znać, żeby ludzi nie straszyć, tylko informować i mówić im prawdę.

 

Po pierwsze: kto kręci te lody z maskami i odkażaczami? Nieinteresujące? Moim zdaniem szalenie. I ci biedni ludzie, którzy wydali kilkaset złotych na pół litra spirytusu czy pięć masek przeciwazbestowych też się chętnie dowiedzą, czy kolo (kilku, a może legion), co tym kręci, będzie siedział i kiedy. A dlaczego nie zapytać polityków, prokuraturę i policję, co z tym zamierzają zrobić? A może pójść i zapytać wojska, jak jest przygotowane, w jakim zakresie ludność miejscowa może liczyć na wojsko. Może? Ja nie wiem, a chętnie się dowiem. A gospodarka – transport drogowy, turystyka… Konkrety. Można przepytać konkretnych wiceministrów (nie zawracajcie głowy ministrom, ten sztab kryzysowy już mało sypia, uwierzcie mi), jaką legislację szykują dla konkretnych branż, które już cierpią na zadyszkę w związku z epidemią, której jeszcze u nas nie ma. MEN – jak się szykuje do zdalnego kształcenia tysięcy dzieci w wieku szkolnym? Naprawdę już wszystko wiecie, tylko ludziom nie mówicie Kochani ? Czy ten człowiek, sam w strachu, wychodzący ze szpitala zakaźnego, powie Wam naprawdę więcej ważnych i potrzebnych odbiorcom informacji, głębiej coś skomentuje, niż konkretni urzędnicy czy naukowcy?

 

Rozumiecie, że swoimi materiałami grzejecie panikę, nie? I że ta panika, ze względu na to, jak działa ludzki układ odporności i jak działamy społecznie, może kosztować wiele osób zdrowie i życie, nie? Nawet jeśli tego nie wiecie, to Was nie usprawiedliwia. Bo jako dziennikarze, powinniście to wiedzieć. A już ci, co was z tymi mikrofonami posyłają na pierwszą linię, a potem podają Wam rękę i mówią „good job”, po czym idą nadal przewalać tą ręką papiery, podlizując paluszek, to wiedzą na pewno. Życzę dużo zdrowia.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

PS. Jak mi teraz który pobiegnie zawracać głowę jakiemuś lekarzowi specjaliście od chorób zakaźnych, co ma teraz Armagedon, a pies z kulawą nogą się latami nie interesował, w jakich warunkach i za jakie pieniądze (bo przecież zakaźnik nie dorobi w prywatnym gabinecie) ten człowiek pracuje, ilu pacjentom z chorobami tropikalnymi uratował życie etc., to osobiście pojadę i zabiorę takiemu „szczurowi z newsroomu” deser przez rok. Takim dziecinnym ludziom, niezorientowanym, że teraz nie jest na to czas, można bowiem tylko dać w skórę poniżej pleców – ale prawo tego zabrania i słusznie – albo nie dać deseru.

Podpis Pana Prezydenta – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Z politycznego i wizerunkowego punktu widzenia konferencję, na której pan prezydent ogłosił swoją decyzję w sprawie ustawy o dofinansowaniu mediów publicznych, można uznać za średnio udaną. Wywody na temat regionalnych ośrodków TVP i PR, ich roli i odmiennego statusu prawnego, były dla większości słuchaczy niezrozumiałe. Dla wyrobionego odbiorcy było zaś jasne, że ich związek z decyzją prezydenta jest nikły. Tak naprawdę mieliśmy do czynienia z polityczną transakcją, w której ceną była głowa Jacka Kurskiego.

 

Można jednak spróbować spojrzeć na sytuację z punktu widzenia mediów właśnie. I wówczas wypada stwierdzić, że zmarnowana została okazja – kolejna już – do poważnej dyskusji o tym, jak media publiczne mają wyglądać i jak powinny być finansowane. A nawet o tym, czy w ogóle są w obecnej postaci potrzebne.

 

Prezydent Andrzej Duda dał mi przez moment nadzieję, gdy w pierwszej części swojego wystąpienia na konferencji stwierdził, iż zdecydował się podpisać ustawę „pod pewnymi warunkami”. Czekałem potem, aż te warunki zostaną wskazane. Liczyłem, że mogą one dotyczyć na przykład tego, jak zarząd TVP podzieli otrzymane pieniądze. Bowiem z poprzedniej transzy rekompensaty regionalne ośrodki otrzymały ochłapy. Inna sprawa, że nie sposób wyobrazić sobie podstawy prawnej, która pozwoliłaby prezydentowi w jakikolwiek sposób wyegzekwować owe warunki – gdyby faktycznie zostały postawione. Nic o nich jednak ostatecznie nie usłyszeliśmy.

 

Kwestia rekompensaty dla mediów publicznych wywołuje wielkie emocje z powodu kilku zasadniczych wątpliwości co do ich działalności i kształtu. Żadna z tych wątpliwości nie została przy okazji decyzji pana prezydenta przecięta i w tym sensie jest to okazja zmarnowana, być może na długo. Niezależnie od tego, jaki będzie skład i polityczne umocowanie nowego zarządu TVP.

 

Problem pierwszy to wejście mediów publicznych – przede wszystkim ich pionów publicystyki i informacji – w rolę narzędzi propagandowych władzy. Wynika to między innymi z instytucjonalnej konstrukcji nadzoru nad TVP i PR. Ani KRRiT – organ konstytucyjny – ani tym bardziej RMN, działająca na podstawie zwykłej ustawy, nie są ciałami choćby udającymi ponadpartyjne. Przy czym „ponadpartyjny” nie znaczy w tym wypadku „ponadpolityczny”, bo oczywiste jest, że mamy tu do czynienia z polityką i będziemy mieć zawsze. Jest jednak różnica między ciałem z definicji i konieczności politycznym a ciałem, gdzie reprezentowane są po prostu partyjne interesy. RMN, wybierająca prezesów TVP i PR, jest zwykłą polityczną czapą nad państwowymi mediami.

 

Tu obrońcy obecnej sytuacji przywołują koncepcję rozproszonego pluralizmu, z którą na portalu SDP już polemizowałem. Zakłada ona, że co prawda media państwowe stały się wyrazicielami tylko jednego poglądu politycznego (zwolennicy tej koncepcji starają się nie przyznawać, że są po prostu zaangażowane partyjnie), ale ponieważ media prywatne mają w dużej części odmienne zapatrywania, pluralizm w szerszym planie jest zachowany – argumentują zwolennicy tego podejścia.

 

Z tego wynika problem drugi: media publiczne są finansowane przez wszystkich obywateli obowiązkowo – czy to w postaci abonamentu, czy poprzez budżetową dotację – a zatem ich kształt powinien odzwierciedlać różnorodność zapatrywań. To podstawowy i bardzo mocny argument przeciwko koncepcji pluralizmu rozproszonego.

 

Problem trzeci, to sam sposób finansowania. PiS zapowiadał przecież odejście od abonamentu. Ustawę miał napisać Krzysztof Czabański. Nic z tego nie wyszło. Tymczasem mamy tu poważny dylemat, który zresztą nie zaczął się za czasów PiS. To samo miało miejsce podczas rządów Platformy Obywatelskiej: upartyjnienie mediów państwowych jest dla znacznej części obywateli – tych, którzy nie odnajdują w nich swoich poglądów – powodem do sprzeciwu wobec finansowania tychże mediów z ich pieniędzy. W przypadku dotacji budżetowej nie mają oczywiście sposobu, by tego uniknąć, ale mogą jak się da unikać płacenia abonamentu. Telewizja w latach 2010-2015 dawała taki impuls wyborcom o bardziej konserwatywnych poglądach. Ta po roku 2015 uzasadnia unikanie płacenia abonamentu przez wyborców opozycji.

 

Problem czwarty to sposób, w jaki media państwowe wypełniają swoją misję. Tu pojawia się pytanie, czy powinny podążać bezwolnie za masowymi gustami czy może właśnie one przede wszystkim powinny starać się popychać odbiorców w stronę bardziej ambitnego przekazu. Trudno nie uznać, że TVP pod rządami Jacka Kurskiego wybrała ten pierwszy wariant, i to w skrajnej postaci. Jeśli publiczne media mają być dotowane ze wspólnej kasy na tak wysokim poziomie, czy jednak nie należałoby od nich oczekiwać innego postępowania?

 

Wszystkie te sprawy powinny stać się przedmiotem dyskusji już dawno, a jeśli dotąd nim nie były, to mogły się były nim stać w okresie między zasygnalizowaniem zamiaru uchwalenia wiadomej ustawy przez Sejm a podpisem pana prezydenta. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. I to jest poważne rozczarowanie. Mając w ręku wszelkie atuty i instrumenty, Andrzej Duda w żadnym momencie swojej prezydentury – mimo wyrażanych wiele razy mniej lub bardziej wprost zastrzeżeń do działalności głównie TVP – nie postarał się zorganizować debaty wokół żadnego z wymienionych wyżej, a przecież powiązanych ze sobą problemów.

 

Teraz mamy podpisaną ustawę, dającą mediom państwowym przynajmniej 2 miliardy złotych – a jak twierdzą niektórzy, analizując treść aktu, pięć razy więcej w ciągu nadchodzących kilku lat – właściwie bezwarunkowo. Szkoda.

 

Łukasz Warzecha

Skowronki latają wysoko – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Wakat: stolec na Woronicza. Co z tym będzie? Chciałoby wielu. Ale sprostać potrafi mało kto!

 

Powiedzmy wprost – nie bacząc, że pudelki będą szczekać – nadaje się i sprostałby, moim zdaniem – Krzysztof Skowroński. Nie wiem, jak pogodziłby liczne funkcje, które sprawuje. Uważam, że dałby radę. Tak jak dotychczas daje sobie radę znakomicie, choć z wielkim mozołem, radę sobie daje.

 

Zajmę się tutaj tylko sprawą kompetencji. Na tym się znam, z obserwacji, z racji pobierania nauk u dobrych nauczycieli, ćwiczenia się w zawodzie przez ponad 55 lat.

 

Prezes Telewizji Polskiej o znaczącej pozycji zawodowej i społecznej powinien być człowiekiem wierzącym i praktykującym dominującą religię w naszym kraju. Ale nie fanatyzmem, bigotem, zakłamaniem (niektórzy asekuracyjnie wymyślili sobie „pozycję” agnostyka). Piszę o tym wprost i tak wysoko, bo to jest sprawa ważna, ale nie będę już do tego wracał. Niech salonowe kundle dowolnie sobie szczekają. Nie obchodzi mnie zupełnie co kto powie o moim podlizywaniu się. Ani nie zarabiam u Skowrońskiego, bardzo często go ostro krytykuję. Tyle, że w sprawach poglądowych i zawodowych całkowicie – no prawie – się z nim zgadzam. Zazdroszczę mu energii, konsekwencji w działaniu i wiary w sukces, który przychodzi dzięki talentowi popartemu ciężką codzienną pracą. Skowron rządzi, uprawia dziennikarstwo najwyższej próby, nie cenzuruje innych, świetnie wybiera współpracowników i z dobrymi rezultatami uczy. A teraz do kompetencji zasadniczych. Doświadczenie wystarczające. 55-60 lat to najlepszy okres do rządzenia. Oczywiście mogą być odstępstwa. Można i są znajdowani młodsi, dobrze wychowani, z życzliwym stosunkiem do ludzi i rozumiejący, co jest ważne w sprawach najważniejszych.

 

„Skowrona” można sprawdzić łatwo. Wystarczy rano posłuchać Poranka Wnet. Ten dwugodzinny program daje aktualny obraz Polski i świata. Wszystko jest „self made” – są aktualnie najważniejsi politycy (nikt nie odmawia), są bardzo ciekawi ludzie (społeczny przekrój – wiedzy, kompetencji, działania), zbudowana została sieć znakomitych korespondentów zagranicznych, tempo jak na poranny program przystało, najważniejsza informacja bieżąca (niesegregowane politycznie przeglądy prasy) i … oprawa muzyczna (no, z tym jest trochę gorzej).

 

Wszystko to czynione jest minimalnymi kosztami (z konieczności) – Radia Wnet, Kuriera Wnet (ogólnopolska gazeta ze specjalnymi terenowymi dodatkami – śląskim i wielkopolskim), Spółdzielni Wnet (jarmark i inne akcje) z bardzo nieliczną obsadą redaktorsko-organizacyjną.

 

Paranoje mediów publicznych, politycznie ubezwłasnowolnionych, całkowicie podległych i dyspozycyjnych politycznie polega na ich niepotrzebnym obciążeniu personalnym i nieumiejętności wykorzystania potencjału twórczego zastraszonych ludzi. Niewolnik wykona polecenie, ale twórczy nie będzie. Dziennikarstwo jest rzemiosłem, ale nie polega na ładowaniu szuflą węgla do pieca. Muszą to zrozumieć nadęci, zarozumiali bezkrytycznie dysponenci. Zawsze zachęcam do refleksji, próby przypomnienia sobie czy w ogóle pamięta nazwiska premierów, nie mówiąc o vice – wywracających się jak w kalejdoskopie i przelatujących bezpowrotnie jak komety (no, wyjątek premier Pawlak, a on dopiero czeka na podsumowanie).

 

Wierzę, że dobry, przygotowany, silny i chętny facet (bo jednak nie facetka) – podoła. Tym bardziej, że jest tak źle z telewizją publiczną jak jeszcze nigdy nie było. I oczywiście nie chodzi o podskakujące w rytmie disco-polo słupki oglądalności. Telewizja publiczna nie jest od produkcji kiełbasy wyborczej. Mam uzasadnione obawy, że obecny Narodowy Medialny decydent nie podoła. Oczywiście jest bardzo intrygujące, kogo wybiorą.

 

Ja stawiam na „Skowrona”. Zawsze go możecie odwołać. No, chyba – a taką mam nadzieję – że lud nasz – jak kania wyczekująca dżdżu – dostrzeże niechybne pozytywne zmiany i poprze prawdziwą nową zmianę, w TVP.

 

Stefan Truszczyński

Umarł król – komentarz ADAMA SOCHY

Jacek Kurski przejdzie do historii mediów publicznych. To pierwszy przypadek w historii tych mediów, że za głowę prezesa TVP „zapłacono” 2 miliardy złotych. Mogę z czystym dziennikarskim sumieniem komentować to wydarzenie, gdyż od chwili jego powołania na to stanowisko publicznie protestowałem.

 

Przede wszystkim dlatego, że „dobra zmiana” obiecywała odpartyjnienie mediów publicznych, a pierwszą decyzją po zwycięstwie wyborczym było powołanie na stanowisko prezesa TVP bardzo kontrowersyjnego polityka, który udowodnił, że jest człowiekiem od „mokrej roboty”, zasłynął „dziadkiem z Wermachtu” i powiedzeniem „ciemny lud to kupi”.

 

Nie miałem więc złudzeń, jaką misję mu powierzono, misję wygrania propagandowej wojny z TVN-em, główną tubą propagandową politycznego układu postokrągłostołowego. Na tej wojnie jeńców nie brano, wszystkie chwyty były dozwolone. To że przy okazji doszczętnie rozbito wspólnotę polityczną narodu, dla kierownictwa partii rządzącej nie miało znaczenia. Wszak wyznaje zasadę „divide et impera”.

 

Na Nadzwyczajnym Zjeździe Programowym SDP w Kazimierzy Dolnym w czerwcu 2018 roku zgłosiłem projekt apelu o podanie się przez prezesa Jacka Kurskiego do dymisji. Mój projekt był kopią apelu przyjętego na Nadzwyczajnym Zjeździe Delegatów SDP z kwietnia 2015 roku, w którym napisano: „prezes TVP SA Juliusz Braun powinien podać się do dymisji”. Tylko w miejsce Brauna wstawiłem, Jacka Kurskiego i przepisałem zarzut: „z powodu „upolitycznienia i nagminnego braku przestrzegania etyki i misji dziennikarskiej”.

 

Na tym zjeździe już było jasne, że PiS do kosza wyrzucił wszelkie zapowiedzi i projekty odebrania mediów publicznych partiom, z czasów, gdy tkwił w okopach opozycji. Partia rządząca porzuciła nawet pozory, które stosowała PO, przeprowadzając konkursy na prezesów rozgłośni lokalnych.
Dlatego zgłosiłem też na tym zjeździe projekt uchwały ze zjazdu z kwietnia 2015 roku, zmieniłem tylko adresata z PO na PiS. Nadzwyczajny zjazd w kwietniu 2015 roku stwierdzał, że „media publiczne to dzisiaj narzędzie propagandy, a misję publiczną zastąpiło służenie interesom władzy. Zagarnięcie TVP, Polskiego Radia oraz PAP przez partie polityczne uderza w fundamenty demokracji”.

 

Zjazd w 2018 roku przyjął mój projekt w złagodzonej formie: „zmiany w mediach publicznych postulowane przez SDP w 2015 r., które miały doprowadzić do ich odpolitycznienia i zapewnienia im stabilizacji sytuacji finansowej nie zostały zrealizowane”.

 

Czy odwołanie Jacka Kurskiego, to zapowiedź odejścia od traktowania TVP jako tuby propagandowej rządzącej partii i pałki na przeciwników politycznych? Jacek Kurski przez swoją kadencję wychował całe szeregi propagandowych zakapiorów, pozbawionych wszelkich skrupułów, więc i bez Kurskiego ta propagandowa machina nadal może sprawnie działać.
Jednak mam nadzieję, że wajcha zostanie przestawiona i może nie od razu, ale z czasem symbolem publicznej debaty w Rzeczpospolitej przestanie być środkowy palec.

 

Wierzę, że odwołanie Jacka Kurskiego oznacza obudzenie się w kierownictwie rządzącej partii instynktu samozachowawczego. Wierzę, że dotarło do centrali, że poza partią jest jeszcze państwo, i że partia bez państwa nie może istnieć.

 

Adam Socha

Ten kto płaci, nie przestaje wymagać – MIROSŁAW USIDUS o crowdfundingu dziennikarstwa

„Zbiórka na film dokumentalny o kryciu pedofilii w show-biznesie i innych środowiskach” założona przez Mariusza Zielke pozwoliła mu zebrać, z tego co widać w serwisie crowdfundingowym zrzutka.pl, trochę ponad 32 tysiące złotych. Sekielscy na swoje produkcje na temat pedofilii w Kościele zbierają z łatwością dużo większe sumy. Co to znaczy?

 

Z pewnością odpowiedzi na to pytanie, polanych wielosmakowymi sosami politycznymi, nie zabraknie. Niezależnie od interpretacji, porównanie tego nieudanego crowdfundingu z zbiórką udaną  wskazuje, że finansowanie dziennikarstwa za pomocą społecznych składek nie działa „z automatu” i nie jest magiczną różdżką, która rozwiąże problemy, z jakimi boryka się dziennikarstwo.

 

Fundatorzy chcą liczb

 

Hazel Sheffield pracowała kiedyś jako redaktor biznesowy dziennika „Independent”. Jeszcze będąc „zwykłym” dziennikarzem pozyskała pierwsze granty na reportersko-researcherskie przedsięwzięcia. „Ostatnie trzy lata mojej działalności dziennikarskiej finansowałam za pomocą dotacji,” opowiadała podczas spotkania Hacks/Hackers London w marcu 2019 r., na którym dzieliła się swoimi doświadczeniami.

 

Na co udawało jej się zdobywać fundusze? M. in. „Financial Times” opisywał jej projekt Far Nearer, polegający na tworzeniu mapy lokalnych mini-systemów ekonomicznych w Wielkiej Brytanii. Dostała na jego realizację 45 tysięcy funtów od Friends Provident Foundation, organizacji promującej przedsiębiorczość lokalną. Po realizacji Sheffield wygrała drugą rundę finansowania, co pozwala jej kontynuację pracy nad projektem. „Nauczyłam się, że dotacje i fundacje to naprawdę dobry sposób na zdobycie pieniędzy na kreatywne i ciekawe materiały w sytuacji, gdy redakcje gazet zazwyczaj nie mogą sobie już na to pozwolić,” mówiła podczas spotkania.

 

Miała wiele rad dla ubiegających się podobne dotacje. Mówiła o konieczności dogłębnego zbadania tematu przez aspirującego do grantów reportera, identyfikacji źródeł, poznania celów i oczekiwań organizacji finansującej, konsultacji z osobami, które takie dofinansowanie otrzymały. Bardzo pożądane jest w tego rodzaju przedsięwzięciach podjęcie współpracy z organizacjami i osobami pracującymi na pokrewnymi projektami. Sheffield współpracowała np. z Bureau Local (częścią The Bureau of Investigative Journalism) zajmującym się sprawą znaną pod hasłem” Sold From Under You, śledztwem prowadzonym z udziałem m. in. dziennikarzy „HuffPost UK”, które ujawniło ogromną skalę wyprzedaży publicznych obiektów w brytyjskich gminach.

 

Niektóre programy grantowe expressis verbis wymagają współpracy z innymi podmiotami w przygotowaniu projektu. Niektóre z nich, jak np. Europejskie Centrum Dziennikarstwa, zachęcają wnioskodawców do pracy w międzynarodowych zespołach z ludźmi z różnych krajów, zdywersyfikowania swoich źródeł i treści.

 

Jak podkreśla Hazel Sheffield, magicznym słowem, o którym należy pamiętać, jest siła oddziaływania. „Fundatorzy chcą liczb, odsłon stron, uczestników wydarzeń. Chcą dowodu, że ich finansowanie było warte zachodu,” wyjaśnia dziennikarka. „Fundatorów interesuje tylko – ile możesz coś dla nich zrobić i musisz dokładnie wiedzieć, czego chcą. Prawdopodobnie nie ma znaczenia, kim jesteś. Jeśli rozumiesz, czego chcą i udowodniłeś, że jesteś w stanie im to dać, to dostaniesz od nich to, czego chcesz, czyli fundusze na realizację projektu”.

 

W obszarze anglojęzycznym źródeł finansowania dla projektów dziennikarskich jest więcej niż większości z nas może się wydawać. Sheffield opowiadała o różnego rodzaju organizacjach (o lobbystycznym często, co trzeba przyznać, charakterze). Są też pieniądze od organizacji czysto dziennikarskich, jak np. International Journalists’ Network, przyznającej dotacje na projekty dziennikarstwa śledczego. Kilka tygodni temu zakończyło się właśnie kolejna runda finansowania przeprowadzana przez tę organizację, w której przyznawano do 10 tysięcy dolarów z przeznaczeniem na wydatki bieżące reporterów, takie jak koszty podróży, zbierania dokumentów i wynajmu sprzętu. Pierwsza połowa dotacji jest przekazywana po zatwierdzeniu wniosku, a druga połowa jest wypłacana po zakończeniu projektu. Fundatorzy w tym postępowaniu czekali na wnioski od reporterów amerykańskich lub zagranicznych dziennikarzy poruszających tematy amerykańskie. Materiały muszą być publikowane w języku angielskim.

 

Anioły? Do czasu

 

Z roku na rok spadają przychody reklamowe tradycyjnych mediów. A to dzięki nim właśnie przed laty finansowane było dziennikarstwo, każdy jego rodzaj, od ambitnych projektów śledczych, po mniej ambitne za to użyteczne formy, np. poradnicze. Oczywiście w sensie ogólnym przychody reklamowe nie spadają, bo pieniądze odpływające od „starych” przejmuje Internet, zwłaszcza takie potęgi jak Google i Facebook. Prasa i lokalne media tracą zdolność realizowania misji, którą przez dekady realizowały.

 

Znane brandy prasowe w niektórych bogatych krajach mogą liczyć na „aniołów”. Pisałem kilka razy na portalu SDP o swoistej modzie na przejmowanie gazet przez miliarderów, co jest przedstawiane jako akty filantropii. Np. Patrick Soon-Shiong, południowoafrykański chirurg, znany w mediach jako najbogatszy lekarz w historii świata, nabył zasłużoną gazetę lokalną „Los Angeles Times”, która, jak wiele tytułów prasowych, boryka się w ostatnich latach z wielkimi problemami. Inną głośną transakcją, sprawiającą wrażenie bezinteresownej pomocy dla mediów w potrzebie, jest zakup przez miliarderów IT MarkaLynne Benioffów udziałów w „Time Magazine”. Z kolei Laurene Powell Jobs, wdowa po legendarnym założycielu firmy Apple, kupiła większość udziałów w renomowanym „The Atlantic”.  Przypomnijmy też, że wcześniej np. „The Washington Post”, stał się własnością założyciela Amazon Jeffreya Bezosa. Także inny potentat z branży IT, założyciel eBaya, Pierre Omidyar, zainwestował w projekty „pro-dziennikarskie” w 2013 r., czyli w roku, w którym „The Washington Post” stał się własnością Bezosa.

 

Przejęcia te reklamowane są jako działalność pro publico bono, wsparcie dla prasy, która nie jest w stanie konkurować na rynku reklamy z Facebookiem i Google. Jednak technologiczni miliarderzy zapewne mają także czysto biznesowe cele. Nabywają przecież w końcu prestiżowe marki medialne. Z ich punktu widzenia typowy prasowy biznes, oparty na sprzedawaniu egzemplarzy i reklamie, nie wygląda intratnie. Poważany i cytowany tytuł to jednak dobre publicity. O poprawie wizerunku, związanej z dobroczynnością na rzecz wartościowych tytułów, chyba nie trzeba wspominać.

 

Trochę za przykładem tych aniołów z wielkim gestem, poszli bardziej zwykli ludzie, którzy w organizowanych na Kickstarterze kampaniach crowdfundingowych przekazywali pieniądze serwisom takim jak LAist (dla Los Angeles) i DCist (dla Waszyngtonu), nie nastawionym na generowanie przychodów, lecz na informacyjną służbę na rzecz lokalnych społeczności,. Wcześniej pieniądze z tego źródła pozyskał także nowojorski Gothamist.com. „Na dłuższą metę nasze projekty będą udane tylko wtedy, gdy naprawdę zaangażujemy w nie całą społeczność lokalną,” komentował udaną zbiórkę Jake Dobkin, założyciel Gothamist.

 

W USA lokalne dziennikarstwo jest coraz częściej i silniej wspierane przez różnego rodzaju inicjatywy non-profit. Jedną z wielu jest Knight Foundation przeznaczająca miliony dolarów na rozwój regionalnych serwisów internetowych. Dziennikarstwo śledcze wspiera ProPublica, serwis i organizacja zapewniająca nie tylko możliwość publikacji, ale także wsparcie technologiczne i finansowe dla dochodzeń. Podobnych projektów jest znacznie więcej.

 

Koncept wspierania mass mediów i pracy dziennikarzy, rozumianej jako wykonywanie pewnej ważnej społecznie misji upowszechnia się gdzie indziej na świecie. Znane są już globalne przykłady, np. w śledztwach dziennikarskich w sprawach Paradise i Panama Papers, w których kosztowny research dziennikarski był w dużym stopniu finansowany z pieniędzy prywatnych, pozarządowych fundacji i organizacji.

 

Państwo czy biznes – problem z niezależnością pozostaje

 

Nie trzeba chyba długo wyjaśniać, że droga szukania alternatywnego finansowania to nie tylko same róże. Media, zwłaszcza lokalne, powiązane z samorządami, miejscowymi wpływowymi osobistościami, różnymi interesami, dobrze znają zasadę – „kto płaci, ten wymaga”. Pomysł na media finansowane ze środków publicznych jest w wielu krajach traktowany z pełną powagą. Najczęściej niestety nie oznacza to, iż będą to naprawdę „wolne” media.

 

Lokalne media mogą zniknąć, jeśli rząd nie zapewni bezpośredniego wsparcia finansowego – głoszą np. brytyjscy eksperci w ubiegłorocznym raporcie na temat przyszłości brytyjskich mediów, cytowanym w „The Guardian”. Ostrzegają, że upadek branży stanowi zagrożenie dla „stabilnej demokracji”. Raport zespołu pod kierownictwem Frances Cairncross, która na Wyspach jest powszechnie szanowanym autorytetem w dziedzinie środków przekazu, rekomenduje m. in. „Bezpośrednie finansowanie środków przekazu ze środków publicznych w celu wsparcia demokracji lokalnej za pośrednictwem nowego instytutu informacji użyteczności publicznej”. Być może Brytyjczycy potrafią to zrobić tak, że niezależność mediów zostanie ocalona. Mam jednak poważne obawy co do tej koncepcji.

 

Fakty pokazują, że także alians z owymi bajecznie bogatymi „aniołami medialnymi” ostatecznie prowadzi do problemów. „Nieuniknione jest, że niektórzy potężni ludzie, którymi zajmuje się ‘Washington Post’, błędnie sądzą, że jestem ich wrogiem,” pisał Bezos na swoim blogu. Pojawiła się dość kłopotliwa sytuacja, w której realizowanie niezależności przez gazetę, czyli krytyczne pisanie o politykach lub ludziach biznesu, zaczyna przysparzać problemów właścicielowi.

 

Gdy w momencie kryzysowym dla właściciela, gazeta musiała obiektywnie relacjonować wydarzenia z nim związane i zająć jakieś stanowisko, problemy te stały się jeszcze bardziej jaskrawo widoczne. Gdy nadeszło ostre starcie Bezosa z tabloidem „The Enquirer”, który zapowiedział publikację dowodów romansu szefa Amazona z telewizyjną dziennikarką Lauren Sanchez. Bezos opublikował na blogu tekst, w którym oskarżył Davida J. Peckera, prezesa American Media Inc.,  firmy wydającej „The Enquirer”, iż ten szantażuje go. Sprawa ma aspekty polityczne i według niektórych opinii, groźby opublikowania zdjęć i erotycznych SMS-ów Bezosa, mogą być też zemstą władz Arabii Saudyjskiej, której służby specjalne miały stać za całą operacją. Miało to związek z morderstwem przez saudyjskich agentów Jamala Khashoggi’ego, który współpracował z „Washington Post”.

 

„Washington Post” znalazł się w sytuacji, w której nie mógł udawać, że sprawy nie ma. Relacjonował wydarzenia, zgodnie z zasadami obiektywnego dziennikarstwa. Jednak w odredakcyjnym komentarzu wyraźnie poparł Bezosa. Frederick J. Ryan Jr., wydawca gazety, zapewniał potem, że „pan Bezos nie odegrał żadnej roli” w przygotowaniu i redagowaniu tego edytorialu. Jednak nie było takiego zastrzeżenia przy samym komentarzu na łamach. I o to wielu obserwatorów miało do gazety spore pretensje.

 

Historia ta przypomina, że Bezos jest publiczną postacią o wielkim bogactwie, wpływach i stosunkach na całym świecie. Wzbudza nie tylko pozytywne, ale również wiele negatywnych uczuć. Oskarża się go m. in. o niszczenie tradycyjnego handlu i setek tysięcy miejsc pracy. Nawet jeśli był dla „Washington Post” aniołem, dla wielu innych Amerykanów i nie tylko jest kimś zgoła innym. Gazeta obudziła się z komfortowego, miłego snu z lękiem o to, czy nie przylgnie do niej etykietka „organu Bezosa” lub wręcz „Amazon Post”. Powróciły fundamentalne pytania o niezależność mediów i dziennikarzy w sytuacji, gdy uzależniają się od finansowego patronatu.

 

Poinformować odbiorców czy ich zadowolić

 

Crowdfunding działalności dziennikarskiej nie jest zjawiskiem tak całkiem nowym. Zbieranie pieniędzy na ambitne projekty śledcze, które nie mogły być sfinansowane np. ze względu na ograniczenia wolności mediów, praktykowane było już dekady temu. W ostatnich latach coraz częściej jednak mówi się o tego rodzaju projektach jako o „nowym modelu biznesowym”, który, jak pisały już w 2014 roku, badaczki nowych mediów, Lian JianNikki Usher, wiąże się z nowymi problemami etycznymi dla dziennikarstwa.

 

Problem ten pojawił się, gdy mowa było o Hazel Sheffield i jej projektach. Nawet jeśli podmiotem finansującym jest tzw. „społeczeństwo” i nawet gdy założyć  pełną benewolencję ze strony zarówno fundatorów jak i dziennikarza, to w rzeczywistości trudno mówić o pełnej gotowości na prawdę, jeśli ta niezgodna jest z oczekiwaniami fundatorów. Zaś reporter niestety nieuchronnie czuje presję, aby z dążenia do pokazania całej prawdy nieco ustąpić, gdy prawda zaczyna odbiegać od oczekiwań finansujących projekt.

 

Andrea Hunter z Uniwersytetu Concordia w Portland w pracy opublikowanej w 2015 roku analizowała sprzeczności pomiędzy wymogami dziennikarskiej autonomii a odpowiedzialnością wobec fundatorów, konkludując że nawet, jeśli wielu dziennikarzy postrzega siebie jako wykonujących misję publiczną, to następuje w tym wszystkim subtelne, ale istotne, „przejście od myślenia po prostu o poinformowaniu swoich odbiorców, do myślenia, by zadowolić swoich odbiorców”.

 

Niektórzy, zaangażowani w projekty crowdfundingowe, zdają sobie sprawę, że ten problem jest realny. Oparte na zbieraniu funduszy na projekty dziennikarskie platformy, takie jak holenderski De Correspondent i niemieckojęzyczny Krautreporter, w sposób przejrzysty publikują deklaracje opisujące swoją misję, korzystają z kodeksów etycznych i zamieszczają precyzyjne raporty na temat wykorzystania funduszy.

 

W tradycyjnym świecie mediów istniało napięcie związane z finansową presja reklamodawców. Tylko naprawdę silne, mające wielu partnerów reklamowych środki masowego przekazu mogły sobie pozwolić na pełną niezależność od tej presji. Co nie znaczy, że z tej pozycji korzystały, bo nie był to idealny świat a pieniądze, zwłaszcza duże, nigdy nie miały brzydkiego zapachu.

 

Pojawia się tendencja, by o aniołach mediów, zbiórkach i crowdfundingu na rzecz projektów dziennikarskich w dobie obecnej mówić w tonie podniosłym, idealistycznym. Niestety, świat wciąż nie jest idealny a oczekiwania tego, który płaci i wymaga plus presja, jaką wciąż odczuwa autor i dziennikarz, wciąż istnieją.

 

Mirosław Usidus

 

 

 

Na składkowym – ŁUKASZ WARZECHA o zbieraniu pieniędzy na niezależne projekty dziennikarskie

Dla ludzi takich jak Dariusz Rosiak miejsce w mediach publicznych powinno być. Rosiak jest dziennikarzem pod każdym względem profesjonalnym, a jego programy to kwintesencja misji mediów publicznych. Lecz cóż – media publiczne się z Rosiakiem pożegnały. Pewnie podpadł tym samym co wielu innych, czyli niewystarczającym entuzjazmem wobec zmiany. „Dobrej zmiany”.

 

Darek postanowił zatem kontynuować swoją pracę dzięki pieniądzom, uzyskanym bezpośrednio od odbiorców i założył zbiórkę na Patronite.pl, aby móc realizować „Raport o Stanie Świata”. Cele są trzy – od 5 do 25 tys. złotych miesięcznie i w zależności od tego, który zostanie osiągnięty, program będzie mógł się bardziej lub mniej intensywnie rozwijać, ukazywać częściej lub rzadziej.

 

Rosiak nie jest pierwszym dziennikarzem, który takiego sposobu próbuje. Nie był też pierwszym Tomasz Sekielski, ale dopiero jego zbiórka na „Tylko nie mów nikomu” przyniosła oszałamiające 450 tys. zł. Można by zatem uznać, że to droga dla tych, którzy chcą się uniezależnić i odwołać bezpośrednio do swoich widzów, słuchaczy, czytelników, aby robić prawdziwie niezależne dziennikarstwo.

 

Jestem sceptyczny. Spójrzmy najpierw, jak to wygląda u Darka Rosiaka. Zbiórkę założył zaledwie kilka dni temu, 25 lutego. Zebrał dotąd (do niedzieli wieczorem) prawie 13,5 tys. zł od 654 osób, co średnio daje około 20 zł na osobę. Najwięcej patronów zadeklarowało 10 zł na miesiąc: 330. Nieco mniej – 20 zł: 157. 114 osób deklaruje 5 zł miesięcznie. 50 patronów daje 50 zł na miesiąc, 16 – po 100 zł, nikt nie zadeklarował 300 zł na miesiąc, ale 5 osób chce wpłacać miesięcznie po 500 zł. Wygląda to nieźle jak na początek zbiórki.

 

Nie chcę podcinać Darkowi skrzydeł, bo życzę mu jak najlepiej, ale pieniądze od patronów nigdy nie będą pewnym źródłem. W każdym razie nie tak pewnym jak te zaplanowane w budżecie stacji na program wpisany do ramówki. Darek nie osiągnął też na razie 25 tys., potrzebnych na pełny rozwój programu. No, ale na to ma czas. Tyle że im dalej od momentu, gdy jego odejściu z Trójki towarzyszył szum medialny, tym trudniej będzie docierać do darczyńców. Możliwe, oczywiście, że do momentu wygaśnięcia uwagi będzie już miał wystarczająco wielu patronów, ale, jako się rzekło, tu nigdy nie ma gwarancji, choć zostanie patronem oznacza co do zasady płatności cykliczne, które w razie czego trzeba skasować, aby z patronowania się wycofać.

 

Przy czym Rosiak to nie jest ktokolwiek. To jest marka. Człowiek, który towarzyszył słuchaczom Trójki od lat czternastu. Można zatem założyć, że spora część patronów to ci, którzy krytycznie oceniają kurs Trójki oraz mediów publicznych w ogóle i chcą to okazać między innymi poprzez wsparcie dziennikarza, którego z Trzeciego Programu się pozbyto.

 

Problem w tym właśnie, że to generalne zastrzeżenie do takiego sposobu szukania wsparcia. Obawiam się, że tam, gdzie brakowałoby tej podszytej politycznymi emocjami motywacji – nie ujmując absolutnie niczego Rosiakowi i kibicując jego zbiórce – rezultaty nie byłyby tak dobre. To samo dotyczy zbiórki Tomasza Sekielskiego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego projekt wsparli między innymi zapiekli antyklerykałowie, antypisowcy, zwolennicy opozycji – i było ich zapewne znacznie więcej niż ludzi powodowanych autentyczną troską o ofiary księżowskich występków. Co nie jest zarzutem do samego Sekielskiego – taki tu po prostu działa mechanizm.

 

Obserwowałem w ostatnim czasie dwie zbiórki – jedną o charakterze na poły dziennikarskim, drugą wydawniczą. Obie były jednorazowe.

 

Ta na poły dziennikarska to zbiórka dokumentalisty Łukasza Korwina na wydanie wspomnieniowej książki sędziwego już polskiego Żyda mieszkającego dziś w Szwajcarii, Bronisława Erlicha, o tym, jak przeżył w Polsce okupację i jak pomogli mu w tym Polacy. Postać bohatera jest niesamowita – zrobiłem o tym rozmowęŁukaszem Korwinem w swoim programie na platformie wSensie.pl. Początkowo na podstawie wspomnień Erlicha miał powstać film, ale twórca bezskutecznie dobijał się najpierw do TVP, potem do Polskiej Fundacji Narodowej – choć projekt jest po prostu wymarzony z punktu widzenia promowania naszej historycznej opowieści. Równolegle Korwin uruchomił więc na Pomagam.pl zbiórkę na książkę, stawiając sobie za cel zgromadzenie 50 tys. zł. Mimo wielu apeli, wizyt w różnych programach i prób spopularyzowania projektu zebrał do dzisiaj raptem 4680 zł od 57 osób (czyli średnio po 82 zł).

 

Podobnie zakończyła się – wielokrotnie przeze mnie promowana w moich społecznościowych kanałach – zbiórka niezwykle zacnej krakowskiej Fundacji InCanto na wydanie tomu esejów o muzyce zmarłego niedawno wybitnego brytyjskiego filozofa Sir Rogera Scrutona (zbiórkę uruchomiono jeszcze za życia autora, a nawet przed zdiagnozowaniem u niego nowotworu, co miało miejsce w drugiej połowie ubiegłego roku, zaś Sir Roger zmarł w styczniu 2020 r.). Tu cel był skromniejszy – 40 tys. zł. Wydawałoby się, że nie powinno być problemu. Jeśli liczyć średnio po 20 zł, wystarczyłoby, gdyby jednorazowo wpłaciło 2 tys. osób. Trudno wyobrazić sobie, żeby w Polsce nie znalazło się 2 tys. osób, znających pisarstwo Sir Rogera, w tym to dotyczące muzyki, oraz wiedzących o jego muzycznej pasji. W 38-milionowym kraju to nie powinien być problem. Ba, tylu darczyńców powinno się znaleźć w samym Krakowie, gdzie ma siedzibę InCanto.

 

A jednak. Choć zbiórka trwała miesiącami, do dziś zebrano zaledwie nieco ponad 56 proc. potrzebnej kwoty – około 22,5 tys. zł. Dobra wiadomość jest taka, że książka i tak się ukaże i to prawdopodobnie już niedługo. Ale to już wyłącznie zasługa dynamicznie działających założycieli fundacji.

 

Oto dwa przykładowe, owszem, można powiedzieć, że niszowe cele. Wcale nie ogromnie finansowo ambitne, ze wszech miar godne poparcia. Można uznać, że ponadpolityczne. Oba mogliby wesprzeć sympatycy różnych ugrupowań. I może właśnie dlatego nic z tego nie wyszło. Żaden z projektów nie nakręcał emocjonalnie.

 

To samo dotyczy dziennikarskiej działalności, finansowanej z datków. To może zadziałać pod warunkiem, że zbiórka jest jakoś wkomponowana – choćby niezamierzenie, jak zbiórka Rosiaka – w partyjny lub ideologiczny konflikt. Nawet wtedy jest pytanie o trwałość finansowania, zwłaszcza jeśli efekt już tak politycznie emocjonujący nie będzie. Jeśli natomiast ktoś chciałby po prostu robić dobre, fachowe i wyważone dziennikarstwo, nie zaczynając zbierania pieniędzy w warunkach politycznej kontrowersji – nie wróżę powodzenia.

 

Łukasz Warzecha

Zawodu fotoreportera już nie ma – twierdzi JACEK HEROK

Internet kradnie na potęgę, artykuły ilustruje się amatorską fotografią, a do wywiadów bierze się zdjęcie od rozmówcy, może być nawet z Pierwszej Komunii Św., byle za darmo.

 

Przeczytałem ostatnio opinie Zbigniewa Brzezińskiego „Czy zawód fotoreportera znika”. Panie Zbyszku, tego zawodu już dawno nie ma. Co prawda jakby obejrzeć się wokoło to wciąż biega mnóstwo ludzi z aparatami i robi zdjęcia. Ale czy to są fotoreporterzy?

 

Bywają demonstracje, na których jest więcej fotografów niż uczestników. Na każdej konferencji prasowej są robione tysiące zdjęć. Każda premiera filmowa ma swoją ściankę. Na każdej próbie w teatrze znajdzie się kilku fotografistów błyskających, o zgrozo, aktorom fleszem po oczach. W większości przypadków to młodzi ludzie, co kupili sobie aparat, podczepili się pod jakąś agencyjkę fotograficzną, która zrobiła im legitymacje na „Małym drukarzu” i puściła w miasto. Wzór takiej legitymacji wystarczy teraz tylko zarejestrować w Sejmie i można już do woli brykać pomiędzy parlamentarzystami. Rotacja wśród tej szalejącej młodzieży jest tak duża, że rzadko który młodzian wytrzyma w Parlamencie dłużej niż trzy miesiące, o ile wcześniej nie umrze z głodu.

 

Demonstracje, wiece i wszelkie marsze są jeszcze gorsze, bo oprócz milionów natłuczonych pixeli na karcie, trzeba jeszcze robić kilometry na świeżym powietrzu. W ostateczności większość miłośników szkła fotograficznego trafia z powrotem pod dach i zaczyna nowe życie na tzw. salonach i kotletach. I chciałoby się powiedzieć: oby do emerytury, ale emerytury niestety nie będzie, bo mało który fotograf jest dziś w stanie zarobić 1431,48 zł czyli równowartość składki ZUS.

 

Mogłoby się wydawać, że do tej pory pisałem na wesoło, niestety prawda o naszym zawodzie wygląda raczej straszno. Nigdy nie uważałem siebie za jakiegoś wybitnego fotoreportera, całe życie byłem raczej przeciętnym rzemieślnikiem. Pierwsze zdjęcia publikowałem w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, redakcje chętnie brały i bardzo dobrze płaciły. W tygodniku „Razem”, gdzie praktykowałem u Leszka Fidusiewicza, były co tydzień wspaniałe fotoreportaże. W latach 90., w świętej pamięci „Expresie Wieczornym”, dwustronicowy fotoreportaż był codziennie, po prostu musiał być, nawet jak miałby być zrobiony ze zwykłej dziury w jezdni. Inne gazety również się ścigały na zdjęcia. Każda zatrudniała na etatach od kilku do kilkudziesięciu fotoreporterów. Każdy miał co robić, a fotolaboranci nie nadążali z podawaniem filmów do maszyny wywołującej. W „Kulisach”, gdzie pracowałem później, to już były złote czasy, cały czas w rozjazdach i wszyscy wspólnie z redaktorem naczelnym decydowaliśmy co będzie w tygodniku. Nawet nie wykończyła nas „cyfra”, na którą przesiadłem się w 2001 roku.

 

Początki XXI wieku były też całkiem niezłe, roboty było tyle, że nie nadążaliśmy załadować taczki…Nie mieliśmy stresa, że gdzieś nie zdążymy, wszyscy się znaliśmy, była solidarność zawodowa, nikt nie chciał utopić drugiego w przysłowiowej łyżce wody. Niektóre redakcje były gotowe wysłać fotoreportera nawet w kosmos, zapłacić za bilet, ubezpieczenie, diety, a na końcu super kasę za zdjęcia. Co więc się stało? Kiedy i gdzie to pękło? Nagle z dnia na dzień wydawcy prasy papierowej zaczęli niszczyć nasz zawód. Podobno ze względów ekonomicznych i łatwego dostępu do fotografii. Zaczynają znikać reklamy, dwa największe dzienniki zamykają działy foto. Podobno jeden z nich każe wszystkim fotografom zrzec się praw do własnych fotografii. Internet kradnie na potęgę, a złodzieje bredzą coś o jakimś prawie do cytatu. Efekty widać codziennie w prasie i Internecie. W zawodzie zaczynają rządzić ludzie myślący tylko o pieniądzach. Łatwiej spotkać dinozaura niż człowieka na etacie. Artykuły ilustruje się amatorską fotografią, do wywiadów bierze się zdjęcie od rozmówcy, może być nawet z Pierwszej Komunii Św, byle za darmo.

 

Panie Zbyszku, w Internecie nie ma miejsca na wielką fotografię, a już w socjalmediach tym bardziej. Tam jest tylko klikalność.  Prawników specjalizujących się w ochronie i egzekwowaniu praw autorskich jest jak na lekarstwo. Nic po nich, dopóki fotoreporterzy nie zaczną sami chodzić do sądów. Biegłych sądowych z zakresu fotografii w całej Polsce można policzyć na palcach jednej ręki, może dwóch. Sędziowie mający jako takie pojęcie o naszym zawodzie, to już dramat. Wiem coś na ten temat, bo kilka spraw już miałem i kilka nadal mam. Polityka prowadzona przez agencje fotograficzne to oddzielny temat, doprowadzi do tego, że za chwilę zaczną zjadać swój własny ogon. Gazety ciągle udają, że płacą, to dlaczego człowiek z aparatem na szyi nie może udawać fotoreportera?

 

Jacek Herok

Martwię się o paparazzi – felieton SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Już się martwiłem o paparazzi wielokrotnie. Czasem w środku nocy budzono mnie, bo trzeba było wyciągać jakiegoś z policyjnej izby zatrzymań, czasem inny brał udział w szarpaninie z różnym skutkiem, czasem jeszcze innemu zniszczono sprzęt czy uszkodzono samochód, czasem grożono. Różnie. Dziś moje zmartwienie ma inny charakter. Że znikają nam paparazzi. A są potrzebni. Niestety, są nam, społeczeństwu bardzo potrzebni.

 

Ja wiem, wiem, wiem, przecież widziałem filmy. Paparazzi są odpowiedzialni za połowę zła na świecie, a na przykład w symptomatycznym filmie „Paparazzi” nawet za tragedię i z myśliwych przeistaczają się w zwierzynę. Ja wiem, wiem, wiem, scenarzyści tak prowadzą widza, żeby emocje były zawsze przeciw paparazzi. Wszystko rozumiem. Wiem nawet, że generalnie paparazzi dzielili mi się na artystów, którzy zawsze przestrzegając najwyższych standardów chcieli mieć coś absolutnie wyjątkowego i na barbarzyńców, którzy mając nadmiar dynamiki nie pielęgnowali skrupułów. Chciałem mieć obie kategorie.

 

Redaktor naczelny tabloidu oglądając ich zdumiewający urobek stawał przed dwoma pytaniami. Po pierwsze, przed amerykańskim: jeśli ja coś wiem i widzę, to dlaczego mój czytelnik ma tego nie zobaczyć? Dlaczego mam być cenzorem, dlaczego mam się stawiać ponad czytelnikiem? I przed drugim, bardziej europejskim: jaki jest interes społeczny w opublikowaniu zdjęcia, które zdecydowanie wkracza w prywatność? A tak na marginesie, sądzą Państwo, że dziś ktokolwiek opublikowałby jedno z najsłynniejszych i jedno z najbardziej przerażających w historii zdjęć autorstwa Nicka Uta z 1972 roku? Nagą krzyczącą z bólu dziewczynkę poparzoną napalmem? Nie wiem. Chyba nie. Interes społeczny kontra dobra osobiste.

 

Wróćmy do paparazzi. Wydaje się, że najlepsze ekonomicznie czasy mają za sobą. Jeszcze kilka lat temu popyt na zdjęcia paparazzi był tak duży, że najlepsi mogli liczyć na kilka średnich krajowych za jedną udaną sesję z politykiem lub celebrytą. Ceny przyhamowała konkurencja, która rosła jak na drożdżach, ale także kształtowana poprzez rozpoznanie bojem linia orzecznicza polskich sądów w procesach o naruszenia dóbr osobistych. Powiedzmy szczerze, polskie sądy i polskie prawo nie byli gotowi do takich procesów. Do dziś katalog dóbr osobistych jest katalogiem otwartym i to sędziowie decydują o tym czy publikacja była w interesie publicznym czy nie. Czy zdjęcie pijanego aktora leżącego na ulicy, a na co dzień chętnie moralizującego na tematy różne może być opublikowane czy nie? Czy w interesie publicznym leży ujawnienie prawdziwych zachowań naszego świętoszka czy też pielęgnujemy wyłącznie jego fałszywy, ale pożądany przez niego wizerunek? Czy opalająca się toples w hotelu na tysiąc osób gwiazda może powiedzieć, że nie życzy sobie, żeby ktoś oglądał jej piersi, skoro zdjęcia robią i rozpowszechniają turyści przebywający w tym samym hotelu?

 

Powiedzmy szczerze, sądy nie kochały paparazzi i tabloidów, bo burzyły zastany świat, zdobywały władzę, a władzą sędziowie nie chcieli się dzielić. Ciekawe pytania, ale z nie najciekawszej sfery. Ciekawsza i gatunkowo cięższa jest sfera polityków. Polityk łamiący prawo, zachowujący się amoralnie może być sfotografowany przez paparazzi, a jego zdjęcia mogą być opublikowane? Twierdzę, że w zasadzie tak. Twierdzę, że fakt, iż gdzieś w mroku mogą czaić się paparazzi dyscyplinował i dyscyplinuje polityków. Dzięki paparazzi mogli naprawdę bać się opinii publicznej. Dziś? No cóż. Chyba coraz mniej. Niestety. Martwię się, że znikają, a są, choć ta opinia jest nieco wyświechtana, watchdogami pilnującymi demokratycznych mechanizmów. Są demokracji potrzebni.

 

Sławomir Jastrzębowski

Czy zawód fotoreportera znika – pyta ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

Czy dziennikarz ze smartfonem w ręku wyprze fotoreportera z rynku, czy też zawód ten będzie ewoluował w kierunku poszerzenia zakresu usług? Jaka przyszłość czeka przedstawicieli tej szlachetnej profesji?

 

Stres, RODO, kradzieże i złe perspektywy

 

Zawód fotoreportera należy do najbardziej stresujących na świecie. Często znajduje się w pierwszej dziesiątce aktualizowanych co roku zestawień Most Stressful Jobs[1]. Bywa, że wywołuje to zdumienie wśród czytelników, którzy z pracy fotoreportera widzą przecież tylko efekt. Zapytany o opinię psycholog biznesu specjalizujący się w kwestiach zawodów i karier Wacław Kisiel-Dorohinicki z Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Tischnera w Krakowie, odpowiada bez wahania: Pozycja zawodu fotoreportera w przedstawionym rankingu wydawać się może zaskakująca tylko dla postronnego obserwatora. To jest ciekawy poznawczo i stały trend. Na taki stan rzeczy wpływa wiele czynników: presja czasu, walka o najlepsze ujęcie, ale również duża konkurencja i względna dostępność zawodu.

 

Nastrojów fotoreporterom nie poprawił Parlament Europejski, przyjmując 27 kwietnia 2016 roku rozporządzenie 2016/679, wprowadzające mało w obszarze wizerunku fotograficznego czytelną dyrektywę, znaną w Polsce pod skrótem RODO. Co prawda w punkcie 50 wstępu napisano, że: przetwarzanie fotografii nie powinno zawsze stanowić przetwarzania szczególnych kategorii danych osobowych, gdyż fotografie są objęte definicją „danych biometrycznych” tylko w przypadkach, gdy są przetwarzane specjalnymi metodami technicznymi, umożliwiającymi jednoznaczną identyfikację osoby fizycznej lub potwierdzenie jej tożsamości[2], ale dokument i tak uznano za zamach na wolność prasy.

 

Niemiecką petycję w sprawie zniwelowania potencjalnych groźnych skutków RODO adresowaną do Europarlamentu podpisało w 2018 roku w bardzo krótkim czasie ponad 40 tys. osób. Śmiało rzec można, że zareagowała cała związana zawodowo z fotografią Europa. Polacy stanowili aż 6 proc. tej grupy, co zapewniło nam drugie miejsce po najliczniej reprezentowanych Niemcach. Tytuł petycji miał znamienny tytuł: Freedom of the press! A jej autorzy zwracali uwagę, że prawo do ochrony wizerunku nie powinno utrudniać pracy fotoreporterów, przeszkadzać w informowaniu opinii publicznej o bieżących wydarzeniach i ograniczać swobody wypowiedzi i artystycznego wyrazu[3].

 

Zawód z przyszłością

 

Podczas wywiadu udzielonego kwartalnikowi „Doradca Zawodowy” Marek Szewczyk – fotograf i dyrektor kreatywny krakowskiego CreamTeam stwierdził, że jednym z zawodów, które najlepiej rokują w dobie rozwoju Internetu i mediów społecznościowych, jest prawnik specjalizujący się w ochronie i egzekwowaniu praw autorskich[4]. Trudno się z tym nie zgodzić wobec ostatnich wydarzeń, gdy zdjęcia posłanki Joanny Lichockiej autorstwa Macieja Jaźwieckiego z „Gazety Wyborczej” i Tomasza Jastrzębowskiego z agencji Reporter udostępniano w mediach społecznościowych masowo, bezrefleksyjnie, nie wspominając ani o tym, kto je wykonał, ani nie przestrzegając praw agencji i samych twórców[5]. W końcówce XX wieku za takie ujęcia paparazzi żyłby spokojnie przez dwa miesiące.

 

O ile prawnik specjalizujący się w kwestii praw autorskich to zawód z przyszłością, o tyle wydawało się w połowie drugiej dekady XXI wieku, że fotoreporter za chwilę dołączy do płatnerza i stelmacha, ponieważ wyprze go z rynku dziennikarz uzbrojony w smartfon. Jak dziś wygląda ta prognoza?

 

Canon kontra Nikon

 

Patrząc na World Press Photo przez pryzmat używanego przez nominowanych sprzętu, łatwo można zauważyć, że rywalizują Canon z Nikonem, a nie iPhone z Samsungiem. Wygląda więc na to, że sztuka fotoreporterska, której narzędziem jest lustrzanka, bynajmniej nie umarła. Zapytany o opinię ceniony fotograf Krzysztof Pęczalski odpowiada: Nie zginęła i nie zginie. Bo zdjęcie wymaga nie tylko sprzętu, ale umiejętności znalezienia się w odpowiednim miejscu i czasie oraz odwagi. Fotografie wykonane w niebezpiecznych sytuacjach z małej odległości, obiektywem szerokokątnym, sprawiają, że odbiorca czuje się bezpośrednim świadkiem wydarzeń. Nie zdaje sobie przy tym oczywiście sprawy z kwestii technicznych czy niebezpieczeństw, które towarzyszyły powstaniu zdjęcia.

 

Słowem – fotoreporter to człowiek mający określone i unikatowe kompetencje i to na wysokim poziomie. Wydaje się jednak, że zawód ten ewoluuje w kierunku poszerzania wachlarza świadczonych usług. Dotyczy to nie tylko małych serwisów lokalnych, w których ta sama osoba robi zdjęcia i sporządza notatki. Może fotoreporterzy sami się wystraszyli, że za chwilę zanikną jak socjalizm w Czechosłowacji, ale nietrudno zauważyć, że oprócz zdjęć, tworzą relacje video, a wielu stało się też operatorami dronów. Jeśli taka tendencja się utrzyma, to próg wejścia do zawodu znów stanie się wysoki. Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy powstawało mnóstwo nowych tytułów i redakcji, fotoreporter musiał mieć własny sprzęt, o który wcale nie było łatwo, a triumfy święciła giełda w warszawskiej „Stodole”. Nie wystarczały też same umiejętności kadrowania. Omalże równie istotne było wywoływanie filmów i obróbka papieru fotograficznego. Życie redakcyjne dzielił między ulicę i ciemnię. Fotografia cyfrowa to zdecydowanie zmieniła. Pojawiające się nowe formy zawodowej aktywności, zmuszają do zdobycia dodatkowych umiejętności w dziedzinie obróbki materiałów video, czy zdjęć z powietrza.

 

Fotoreporter w radio

 

Jeszcze kilka lat temu sam ten termin uważano za szalenie zabawny. Dziś, wobec rozwoju różnych kanałów komunikacji wykorzystywanych przez media, zwłaszcza stron internetowych i mediów społecznościowych, fotoreporter stał się istotnym elementem redakcji, specjalizującej się w dźwięku. Co ciekawe, niejednokrotnie w radio, czy w telewizji jest bardziej klasycznym fotoreporterem, niż we współczesnej gazecie. Krzysztof Pęczalski: współczuję kolegom, od których oczekuje się, że nie tylko zrobią unikatowe zdjęcia. Najlepiej, gdyby mieli kamerę GoPro, albo smartfon przyklejony do czoła i nagrali równocześnie dobre video. W takiej sytuacji niczego nie robi się naprawdę dobrze.

 

Wygląda na to, że zawód fotoreportera nie zniknie. Zdjęcia są nie tylko dodatkiem do materiału dziennikarskiego. Często to wokół ujęć powstają historie, którymi pasjonuje się czytelnik. Smartfon nie zastąpi talentu i kompetencji oraz aparatu dającego jakość. Tak samo jak filmiki na YouTube nie zastąpią kina i poważnych produkcji.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] https://sdp.pl/presja-newsa-zbigniew-brzezinski-o-stresie-wsrod-dziennikarzy/ – dostęp 29.02.2020 r.

[2] https://www.uodo.gov.pl/pl/131/224 – dostęp 29.02.2020 r.

[3] https://www.openpetition.de/petition/online/freedom-of-the-press-against-the-eu-general-data-protection-regulation-gdpr-for-photographers-ar#petition-main – dostęp 29.02.2020 r.

[4] Sens jest w tobie – dyskusja o cyfrowych książkach i zawodach przyszłości, „Doradca Zawodowy”, 2015, Nr 1, s. 5-8.

[5] https://wiadomosci.onet.pl/kraj/gest-joanny-lichockiej-fotoreporterzy-protestuja-wobec-wykorzystywaniu-zdjecia/cxxs1cx – dostęp 29.02.2020 r.