Reportaż trzeba „wyrozmawiać” – mówi JERZY KAMIŃSKI, naczelny „Gazety Powiatowej – Wiadomości Oławskie”

Każdy dziennikarz, także lokalny, dla zdrowia psychicznego i dla własnego samopoczucia powinien raz na jakiś czas spróbować zrobić solidny reportaż. Ten gatunek prasowy rozwija, podnosi własną samoocenę i satysfakcję z wykonywanej pracy – mówi Jerzy Kamiński redaktor naczelny tygodnika „Gazeta Powiatowa – Wiadomości Oławskie” nagrodzony w konkursie mediów lokalnych SGL Local Press 2019 za reportaż prasowy „Zmowa milczenia” oraz za wywiad „Rodzice: To Małgosia jest tu najważniejsza”. Oba materiały dotyczą niewyjaśnionej do dziś sprawy zgwałcenia i zabójstwa 15-letniej Małgosi Kwiatkowskiej w 1996 r. w Miłoszycach.

 

Tygodnik „Gazeta Powiatowa – Wiadomości Oławskie”, którego Jerzy Kamiński jest współtwórcą, współwłaścicielem i redaktorem naczelnym, otrzymał również tytuł Gazety Roku w konkursie mediów lokalnych SGL Local Press 2019.

 

 

Co jest potrzebne do napisania dobrego reportażu prasowego?

 

Dobrego reportażu nie da się zrobić siedząc za biurkiem, przeglądając portale internetowe i dorzucając do tekstu dwie, trzy opinie. Reportaż trzeba „wychodzić” i „wyrozmawiać”. Należy być na miejscu, o którym się pisze, trzeba rozmawiać z ludźmi, którzy byli świadkami zdarzenia albo mają wiedzę na jego temat.

 

Długo pan pracował nad reportażem „Zmowa milczenia”?

 

23 lata.

 

Aż tyle?

 

Celowo użyłem takiego stwierdzenia, żeby uzmysłowić czytelnikom, jak długo zajmuję się tematem zbrodni w Miłoszycach. Sam reportaż powstał w kilka miesięcy, jednak sprawą faktycznie zajmuję się od 23 lat, czyli od początku. Byłem prawdopodobnie pierwszym dziennikarzem, który znalazł się na miejscu zbrodni kilka dni po zdarzeniu, w styczniu 1997 r. Wtedy nie mieliśmy jeszcze telefonów komórkowych, a internet należał do rzadkości, więc wszystko trwało znacznie dłużej niż dziś. Prawdopodobnie to „Wiadomości Oławskie” pierwsze opublikowały informację o zbrodni miłoszyckiej, o którą oskarżono Tomasza Komendę. Później został on uniewinniony, a sprawa wróciła na wokandę i toczy się od pół roku przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu. Teraz mamy dwóch kolejnych oskarżonych. Od początku zbierałem elementy tej historii, niektóre odkładałem na później, bo czułem, że mogą się przydać. W międzyczasie pisałem na ten temat teksty informacyjne, powstało ich kilkadziesiąt. W gazecie lokalnej dziennikarz robi wszystko. Zajmowałem się również pisaniem i zdobywaniem newsów.

 

 

Trudno było przekonać rodziców zamordowanej Małgosi do udzielenia wywiadu?

 

Oni teraz generalnie nie chcą z nikim rozmawiać, szczególnie po uniewinnieniu Tomasza Komendy. Dziennikarz lokalny jest jednak w lepszej sytuacji od dziennikarza ogólnopolskiego medium, bo pochodzi z miejsca, o którym pisze i jest w pewnym sensie swój. Przekonałem rodziców Małgosi do rozmowy tym, co do tej pory pisałem, a chyba nigdy nie zawiodłem ich zaufania. Jeżeli prosili, żebym o czymś nie pisał, bo ich to boli czy jakoś wyjątkowo dotyka, potrafiłem to uszanować. Zawsze traktowałem ich poważnie. Dziennikarz lokalny musi z większą rozwagą traktować swoich rozmówców niż dziennikarz ogólnopolski, który przelotnie zajmuje się sprawą. Bo on wpada na dwie godziny do Miłoszyc, robi szybko materiał i wraca do redakcji. Dla niego nie ma znaczenia, jakie wrażenie zrobił na rozmówcy. Liczy się czy zrobił dobry materiał. A dziennikarze lokalni na co dzień spotykają się z ludźmi, których opisują. Jeżeli napiszę coś nie tak, bohater artykułu może od razu przyjść do redakcji z pretensjami, a wtedy trzeba spojrzeć mu w twarz. Spotykam bohaterów moich tekstów na ulicy, w sklepie, w urzędzie. Dlatego nie mogę traktować ludzi wyłącznie jako dostarczycieli newsów i dobrze sprzedających się sensacji. Staram się ich zrozumieć.

 

Rozmowa z rodzicami Małgosi Kwiatkowskiej musiała być niezwykle trudna…

 

Proszę spróbować sobie wyobrazić ból rodziców po stracie dziecka. I to w takich okrutnych okolicznościach. Bardzo ciężko się z nimi rozmawia, bo emocje przesłaniają wszystko. I trudno się im dziwić, bo dwadzieścia trzy lata historii mocno obciążającej emocje. Na dodatek historii, która jest nie do zamknięcia. Możemy im współczuć, ale nie jesteśmy w stanie zrozumieć ich bólu. Zdecydowali się ze mną porozmawiać w szczególnie trudnym dla nich czasie, przed Świętami Bożego Narodzenia i przed sylwestrem, czyli kilka dni przed rocznicą zbrodni. Oni wtedy o niczym innym nie myślą… Przed laty wydawało im się, że sprawiedliwość dosięgła sprawcy. Okazało się, że nie. Pochowali swoje dziecko, potem była ekshumacja, musieli więc wszystko przeżywać na nowo, wyciągano ofiarę z grobu i chowano po raz wtóry. Teraz są kolejni oskarżeni. Jeden jest doprowadzany na rozprawę z aresztu, drugi, co jest bardzo dziwne w sprawie o zabójstwo, odpowiada z wolnej stopy, przyjeżdża z domu na rozprawy. Na dodatek nawet jeżeli uda się udowodnić, że sprawcami są obecni oskarżeni, dalej nie będą to wszystkie osoby, które dopuściły się zbrodni.

 

Czy dobry dziennikarz ogólnopolski, który zna akta sprawy, ma doświadczenie w opisywaniu takich spraw, ale nie zna lokalnych uwarunkowań i kontekstów jest w stanie napisać dobry reportaż na taki  temat?

 

Zapewne tak. Jest w stanie zbliżyć się do tematu, ale wątpię, czy w krótkim czasie wzbudzi zaufanie społeczności lokalnej i przekona ludzi, żeby szczerze porozmawiali z nim o wszystkim. Nad takim tematem trzeba pochodzić trochę dłużej.

 

Grożono panu za zajmowanie się tematem zbrodni w Miłoszycach?

 

Nie.

 

A za pisanie o innych tematach?

 

Na początku lat 90. w Oławie działał znany bandyta, który zajmował się m.in. rozbojami i wymuszaniem haraczy. Wielokrotnie opisywałem jego wyczyny. Pewnego wieczoru siedziałem sam w redakcji, naszą siedzibą był wtedy mały pokój na parterze z okratowanymi oknami. Nagle weszło do niego trzech osiłków. Nie wiedziałem kim są. Zorientowałem się, z kim mam do czynienia, kiedy jeden z nich powiedział, że ma na imię Mietek. Byłem przerażony. Drugim mężczyzną był bandyta o pseudonimie Cygan, który przedtem i potem siedział w więzieniu za poważne przestępstwa, a trzecim ukraiński bandzior, który zablokował drzwi, żebym nie mógł wyjść z redakcji. Panowie tłumaczyli mi, że to, co napisałem o gangsterskiej strzelaninie, wyglądało zupełnie inaczej. W pewnym momencie Mietek powiedział do kolegi: – Cygan, powiedz panu redaktorowi, czy strzelałeś? Na szczęście właściciel restauracji znajdującej się obok redakcji, gdzie doszło do strzelaniny, jak się dowiedział, że gangsterzy idą do mnie, szybko przyszedł za nimi. Kiedy wszedł, odpuścili. Pewnie przestraszyli się, że jest świadek. Sprawa rozeszła się po kościach. Po latach, kiedy Mietek wyszedł z więzienia, spotkałem go przypadkowo na stacji benzynowej. Siedział z piękną blondynką w mercedesie, uśmiechał się, machał mi i wołał: – Dzień dobry, panie redaktorze.

 

Czemu w gazetach lokalnych praktycznie nie ma miejsca dla reportaży?

 

Dzieje się tak ze względów czasowych i finansowych. Reportażu nie robi się w piętnaście minut. To nie jest news portalowy, gdzie czasem wystarczy zabieg „kopiuj-wklej” i dorzucenie dwóch zdań. Nad reportażem pracuje się długo, czasem miesiącami. Lokalny portal raczej nie będzie łożył na dziennikarstwo śledcze, na reportaże czy na duże wywiady, bo one nie przekładają się na klikalność portalu, nie zwiększają liczby czytelników i nie podwajają zysków gazety. Zawsze lepiej klikną się wypadki samochodowe. Opisuje się je bardzo szybko, tak samo szybko czyta, a nad reportażem trzeba pracować długo. Jednak moim zdaniem, warto pisać reportaże.

 

Dlaczego?

 

Dla zdrowia psychicznego i dla własnego samopoczucia każdy dziennikarz, także lokalny, powinien raz na jakiś czas spróbować zrobić solidny reportaż. Korzystając z okazji apeluję do wydawców prasy lokalnej, żeby raz na jakiś czas pozwalali dziennikarzom popełnić reportaż. Ten gatunek prasowy rozwija, podnosi własną samoocenę i satysfakcję z wykonywanej pracy.

 

Reportaże nie przynoszą dodatkowego zysku pańskiej gazecie, dlaczego więc decydujecie się na ich publikowanie?

 

Robię gazetę od trzydziestu lat i zależy mi na czytelnikach, którzy sięgają do każdego numeru nie dlatego, żeby poczytać o nowych wypadkach samochodowych, ale żeby dowiedzieć się czegoś więcej i głębiej poznać temat. Oni wiedzą, że na naszych łamach przeczytają unikalne i interesujące historie lokalne. Być może takich czytelników jest tylko 20-30 procent, ale cenię ich, ponieważ uwielbiają kontakt ze słowem pisanym. Oni należą do nielicznego grona ludzi kupujących i czytających książki.

 

Co jest najważniejsze w robieniu gazety lokalnej?

 

W gazetach lokalnych często właściciel jest wydawcą, redaktorem naczelnym, czasem dziennikarzem. Jestem wszystkim po trochu. Mam komfort, że nie muszę pytać się wydawcy, czy mogę poświęcić czas na zajęcie się danym tematem. Naszym mottem od początku powstania gazety, którą współtworzyłem w listopadzie 1990 r., są słowa: zawsze na miejscu. Najważniejsze dla nas jest pisanie o sprawach, które bezpośrednio dotyczą środowiska, w którym żyjemy. Gazeta lokalna nie jest taka, jak inne gazety.

 

To prawda, gazeta lokalna pełni nie tylko funkcje informacyjne, ale także integracyjne i społeczne.

 

Jest także kroniką towarzyską, gdzie wrzuca się informacje o noworodkach, ślubach i pogrzebach. Nasz tygodnik zajmuje się również integrowaniem społeczności lokalnej wokół spraw ważnych dla mieszkańców. Opisywaliśmy na przykład propozycję budowy chińskiej fabryki elektrolitu, bo to ważne dla naszych czytelników. Organizowaliśmy zbiórkę pieniężną na postawienie w rynku odnalezionej rzeźby św. Jana Nepomucena. Prowadziliśmy wiele akcji społecznych. W tym i w ubiegłym roku nominowano nas do nagrody za angażowanie się w takie akcje. One może nie mają wiele wspólnego z działalnością dziennikarską, ale są niezwykle ważne dla nas i dla społeczności lokalnej, której jesteśmy częścią. Robimy to dla siebie, bo jesteśmy stąd.

 

Wróćmy jeszcze do sprawy zbrodni miłoszyckiej. Czy od początku miał pan wątpliwości dotyczące skazania Tomasza Komendy?

 

Nie miałem takich wątpliwości, zresztą sąd ani biegli też ich nie mieli. Na sali sądowej biegli stwierdzili, że na 100 proc. sprawcą jest Komenda, bo wskazuje na to ślad zapachowy, genetyczny i odcisk szczęki. Nie było powodu, żeby nie wierzyć. Przecież nie będę kłócił się z biegłym z zakresu genetyki, bo się na tym nie znam. Wiadomo było jednak, że sprawa nie jest zamknięta, bo ślady wskazywały, że był jeszcze drugi, a może nawet trzeci sprawca.

 

Tomasz Komenda jest niewinny?

 

Sąd stwierdził, że jest niewinny, więc mówię, że jest niewinny. W reportażu nie zajmuję się sprawcami zbrodni, ale zmową milczenia, o której głośno było od samego początku. Zresztą ona wraca teraz w wielu zeznaniach świadków. Wciąż słyszę, że ktoś komuś powiedział, że wie, kim są sprawcy, ale nic z tego nie wynika, bo ostatecznie nie dochodzimy do źródła takiej informacji. Niektórzy tłumaczą, że mieszkańcy Miłoszyc boją się zeznawać, bo tam wszyscy się znają.

 

We wszystkich małych miejscowościach ludzie się znają.

 

Do tego mogą dochodzić jeszcze inne kwestie. O jednej dowiedziałem się całkiem niedawno. W czasie wojny w Miłoszycach mieściła się filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Po wyzwoleniu Sowieci założyli tu łagier dla żołnierzy Wehrmachtu. Jeden z badaczy lokalnej historii mówił mi, że ludzie z Miłoszyc milczą, bo tak ich nauczyła historia i tak zostali wychowani przez  rodziców i dziadków. Z obcymi raczej w ogóle nie rozmawiają. To nie jest więc takie zwykłe milczenie. Ono ma nieco szerszy wymiar niż prosta zasada, że „w naszej wiosce chronimy swoich”. W tej sprawie jest wiele niesamowitych sytuacji, także tajemnicze zgony wśród osób związanych ze zbrodnią.

 

Sprawa gwałtu i zabójstwa Małgorzaty Kwiatkowskiej toczy się od nowa przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu. Oskarżono w niej Norberta Basiurę i Ireneusza M. Czy teraz już wszystko zmierza do ostatecznego wyjaśnienia?

 

Ciężko mi komentować sprawę, która się toczy. Ale przez pół roku ani od prokuratora, ani od świadków nie usłyszałem niczego, co by ułożyło się w głowie w spójną historię. Na razie wciąż nie pojawiły się jasne dowody, że ktoś wspólnie i w porozumieniu z drugą osobą, a taki jest zarzut, dokonał bestialskiego gwałtu, który skutkował śmiercią dziewczyny przez zamarznięcie. Przesłuchano już kilkadziesiąt osób, ale nikt nie widział dwójki oskarżonych razem, nikt nie wskazał, że w ogóle się znali. Mało tego, świadkowie podkreślają, że oskarżeni pochodzą z innych światów. Ciągle jest wiele wątpliwości, ale ma zostać przesłuchanych jeszcze kilkudziesięciu świadków, w tym biegli, co jest chyba najważniejsze w tej sprawie. Może wniesie to coś nowego do sprawy? Na wiele pytań wciąż nie ma odpowiedzi, a sprawa jest niezwykle skomplikowana i zawikłana.

 

Rozmawiał TMP, fot. Anna Matusewicz

Cóż to jest prawda? – WOJCIECH POKORA o roli dziennikarzy w epoce fake newsów

„Wiecie Państwo co jest najsmutniejsze? Gdyby nie to, że ktoś 10 lat temu zlekceważył podstawowe względy bezpieczeństwa i naciskał na pilotów mówiąc „Zmieścisz się śmiało!”, to konstytucyjny termin wyborów wypadałby w tym roku na październik” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Wpis polubiło ponad 2 tys. osób.  W tym wpisie zawiera się cała definicja fake newsa. Ale nie tylko, to także doskonały przykład tego, w jaki sposób fejka się kolportuje.

 

Fake z angielskiego oznacza coś podrobionego, sfałszowanego, oszukańczego. Coś, co ma wyglądać na prawdziwe, ale jest stworzone do oszustwa. Fałszywy obraz na aukcji dzieł sztuki jest przykładem takiego fejka. Wygląda identycznie z oryginałem, dla nieświadomego odbiorcy ta różnica nigdy nie będzie widoczna, ale ma inną wartość. I ktoś stworzył go po to, by w jakiś sposób czerpać z niego zyski – sprzedać w cenie oryginału, podmienić z oryginałem lub obniżyć wartość oryginalnego dzieła, zalewając rynek identycznymi falsyfikatami, sugerującymi, że oryginał nie jest czymś wyjątkowym. Dokładnie w ten sam sposób działa fałszywa informacja.

 

News to z angielskiego informacja agencyjna, prasowa lub radiowa z ostatniej chwili. Z definicji zakłada się, że to świeża informacja, obcując z którą mamy podświadomie pewność, że informacja jest sprawdzona i dowiadujemy się o niej jako pierwsi. News to pokarm nie tylko dla mediów, ale przede wszystkim dla ich odbiorców. Dlatego podanie w tej formie trucizny zabija najszybciej.

 

Fake news jest zatem połączeniem dwóch powyższych definicji. Tłumaczy się jako fałszywa wiadomość. Taka informacja często ma charakter sensacyjny, publikowana jest w mediach (najczęściej społecznościowych) z intencją wprowadzenia odbiorcy w błąd w celu osiągnięcia korzyści finansowych, politycznych lub prestiżowych.

 

Wróćmy do Romana Giertycha. Jego wpis jest klasycznym fake newsem. Nawiązuje do aktualnej sytuacji, czyli do trwającej debaty na temat terminu wyborów prezydenckich w kontekście stanu epidemii w Polsce. To gorący temat, spora część społeczeństwa się nim ekscytuje, zatem można się spodziewać, że wpis na ten temat trafi do wielu odbiorców. Gdy już trafi, to przemyci nieprawdę. Wielokrotnie zresztą dementowaną przez ostatnie dziesięć lat, ale użyta w innym kontekście, jako już kiedyś słyszana, może się niektórym utrwalić. I o to w tym chodzi. Nie o termin wyborów, ale o utrwalenie kłamstwa na temat przebiegu wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Szczególnie w przededniu okrągłej rocznicy tego wydarzenia. Fake news powinien być kolportowany, wówczas jego „życie” się przedłuża i zaraża kolejnych odbiorców. Cytowany wpis Giertycha, w chwili gdy go widziałem miał 314 udostępnień i ponad 2 tysiące polubień. Zapewne dynamika jego rozpowszechniania z kolejnym udostępnieniem malała, ale i tak zasięgi tego wpisu można mierzyć w tysiącach. Tysiące osób przeczytało nieprawdę. Tysiące ją zaakceptowało, stawiając serduszko. Czy wszyscy ci ludzie dali się nabrać nieświadomie? Niestety nie.

 

W roku 1956, pochodzący z Warszawy polsko-amerykański psycholog prof. Solomon Asch przeprowadził słynny eksperyment dotyczący konformizmu. Udowodnił w nim zaskakująco dużą siłę wpływu społecznego na ludzkie zachowanie. Badanie polegało na tym, że badanym przedstawiano na tablicy trzy różnej długości odcinki. Mieli za zadanie wskazać, który z nich jest równy długością odcinkowi z drugiej tablicy. Wydaje się proste. I było dla tych, którzy wykonywali zadanie samodzielnie. 95 proc. z nich wskazało pary prawidłowo. Sytuację skomplikowała obecność osób postronnych. W grupach, gdzie badanym towarzyszyły inne osoby, prawidłowych odpowiedzi było 76 proc. Dlaczego? Profesor Asch poprosił niektóre osoby, by świadomie dezinformowały inne, wskazując nieprawidłowe rozwiązania. Część osób zasugerowała się kłamstwem i podjęła na jego podstawie błędną decyzję. Opisany eksperyment potwierdził istnienie konformistycznej postawy człowieka, czyli tendencji do zmiany zachowań, opinii i poglądów pod wpływem innych ludzi. Badanie pozwoliło wykryć także motywy takich działań – pragnienie posiadania racji, które rodzi konformizm informacyjny, oraz lęk przed odrzuceniem społecznym, który jest motywem konformizmu normatywnego.

 

Co nam to mówi o osobach, które polubiły lub przesłały dalej kłamstwo Giertycha? Część z nich w nie uwierzyła, część zasugerowała się autorytetem autora, ale byli także tacy, którzy mając świadomość, że powtarzają nieprawdę zrobili to, by dopiec nielubianym osobom. Takie motywacje wskazują badania, mające na celu określenie, w jaki sposób rozprzestrzeniają się fake newsy. Niestety, bardzo często powielane są one świadomie.

 

Powstawanie i kolportowanie fake newsów zawsze wzmacnia sytuacja szumu informacyjnego. Może ją spowodować jakieś zagrożenie albo społeczne wzburzenie. Dziś takim elementem wzmacniającym jest koronawirus. Społeczeństwo zamknięte w dużej części w domach musi sobie radzić z większą ilością informacji niż może przyswoić. To wzmacnia trolling i fake. Wystarczy wejść do mediów społecznościowych by zauważyć niekontrolowany wysyp teorii spiskowych i fałszywych informacji. Trzeba się przez nie przebić, by trafić na sprawdzone newsy. Nieprzypadkowo teraz Polska Agencja Prasowa wspólnie z GovTech Polska uruchamiła społeczny projekt weryfikacji treści, dotyczących wirusa SARS-CoV-2, publikowanych w Internecie. Poziom dezinformacji przekracza bowiem wszelkie notowane dotychczas normy.

 

Polska nie zezwoliła na przelot rosyjskich samolotów przez swoją przestrzeń powietrzną z pomocą do Włoch. To podłość na poziomie polityki publicznej. Tym bardziej, że pomoc ta trafiła do kraju sojuszniczego UE i NATO. Rosja nie powinna od tej pory w żadnym wypadku wychodzić naprzeciw Polsce. W niczym” – napisał na Twitterze rosyjski senator Aleksiej Puszkow. To fake news z ostatnich dni, zdementowany przez polskie MSZ, ale rozkolportowany w sieci mediów społecznościowych i za pośrednictwem rozsadników rosyjskiej propagandy takich jak Sputnik, który przetłumaczył to kłamstwo na kilka języków. Inny fake z ostatnich dni: „Dzisiaj między 23:00 a 5:00 będzie z wojskowych śmigłowców przeprowadzona dezynfekcja miast”, również kolportowany jest w Internecie. Zdementowało go Ministerstwo Obrony Narodowej. Ale tysięcy bzdur w stylu przesyłanych przez komunikatory ostrzeżeń o zamknięciu miast, czerwonych strefach, czy braku towarów w sklepach nie zdementują oficjalnie instytucje państwowe, bo musiałyby się tylko tym zajmować. Dlatego ważne są społeczne inicjatywy pomagające walczyć z dezinformacją, takie jak PAP-owski projekt #FakeHunter czy nasz SDP-owski Stop Fake, którego polskiej wersji jestem współtwórcą.

 

Ważny jest jeszcze jeden element. Na ten wpływ mają akurat ludzie mediów. To my nadajemy coraz większą rangę tematom ze społecznościówek. Wiem, że media społecznościowe, a szczególnie grupy tematyczne czy miejskie, to kopalnia tematów. Ale nie mogą stamtąd trafiać wprost do mediów tradycyjnych. Coraz częściej jednak widzimy cytowanie, omawianie, a nawet wprost przedrukowywanie tweetów czy postów z Facebooka w tradycyjnych mediach. W ten sposób nadajemy im rangę rzetelności i obiektywności. To, że cytujemy konkretnego autora poprzez publikację jego wpisu w społecznosciówce nie znaczy, że nie uwiarygadniamy w ten sposób całego tego medium i pozostałych piszących w nim użytkowników. Stąd prosta droga do tego, żeby przyjąć zasadę w tych mediach panującą – rację ma ten, kto zdobył najwięcej lajków. Dziennikarzem jest ten, z kim zgadza się więcej osób. Kto ma najbardziej emocjonujący wpis. A że czasem w tych wpisach pojawi się fake news, bo nie ma tam zasad etycznych i redakcji, która by zweryfikowała treść? To zwykła pomyłka. Raz na jakiś czas pomyłki zdarzają się przecież i uznanym redakcjom. Da się to przełknąć za cenę wolności. Rozwój mediów społecznościowych to przecież tej wolności emanacja, a przy tym dla wielu użytkowników zakwestionowanie zaufania do elit, których emanacją są media tradycyjne. Dzięki nim nie ma monopolu na informację. Każdy może ją tworzyć i przekazać innym. Nie ma jednej historii, nie ma jednej prawdy. Są już tylko narracje. Wszystko można zrelatywizować jednym wpisem i odpowiednią na ten wpis reakcją wiernych użytkowników. Przecież im więcej lajków, tym bliżej prawdy. Jak zauważył jakiś czas temu Bronisław Wildstein – w mediach społecznościowych można dostrzec, jak w obecnej rzeczywistości wróciliśmy do sofistów, przeciwko którym rodziła się nasza filozofia – sokratejska. Pseudouczeni i ich retoryka wygrywa z wiedzą i mądrością. Bo tak chce wyjaławiający się z wartości lud, stawiając pod ich wpisami swój kciuk. I jeśli jeszcze dziennikarstwo ma pełnić jakąś społeczną rolę, to właśnie taką, by do tego nie dopuścić. By nie pozwolić na nazywanie fake newsa prawdą czy dziennikarską pomyłką. Bo kłamstwo to kłamstwo. Niezależnie od liczby lajków.

 

Wojciech Pokora

Kto nie chce dekomunizacji Powązek – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Wrócił pomysł dekomunizacji Powązek Wojskowych w Warszawie. Tym razem nie na zasadzie apelów do władz Warszawy, bo od lat nic nie dają, ale przejęcia tej szczególnej polskiej nekropolii przez państwo – wzorem terenu Westerplatte, czy stołecznego Placu Piłsudskiego. Repolonizacja Powązek ma jednak od dawna wielu przeciwników po stronie lewicowych polityków, dziennikarzy i mediów.

 

 

1 sierpnia na cmentarzu powązkowskim w Warszawie dwie osoby zdewastowały grób Bolesława Bieruta, pierwszego sekretarza KC PZPR. W sprawę zaangażował się sam minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który zażądał wypuszczenia podejrzanych z aresztu, ponieważ uznał, że sprawa nosiła znamiona >>niskiej szkodliwości społecznej czynu<<. Sprawa znów zapoczątkowała dyskusję o tym, czy cmentarz wojskowy i Aleja Zasłużonych to odpowiednie miejsce spoczynku dla komunistycznych dygnitarzy i wojskowych.” – można było przeczytać 21 sierpnia 2016 r. na portalu www.polityka.pl.

„Dewastacja” grobu Bieruta polegała na napisaniu na ogromnym mauzoleum – nie tylko pierwszego sekretarza KC PZPR, ale przede wszystkim jednego z największych morderców w historii Polski (podpisał tysiące wyroków śmierci na polskich niepodległościowców) – czerwoną farbą słowa KAT.

 

 

Bierut, Jaruzelski i inni

 

 

A dyskusja faktycznie powróciła. Prof. Jan Żaryn, historyk i senator PiS mówił portalowi www.wp.pl (4 sierpnia 2016 r.): „Powązki Wojskowe w Warszawie to miejsce, w którym odbywa się zbiorowy hołd wspólnoty narodowej składany bohaterom. Jestem zwolennikiem tego, by groby komunistycznych aparatczyków i groby komunistów, którzy symbolizują wkroczenie na teren Polski obcej siły przenieść, w godny sposób, w inne miejsce”.

 

Podobnie były opozycjonista i senator PO Jan Rulewski: „Powinno się poprosić rodziny, między innymi Bolesława Bieruta, o to, żeby przenieśli te groby w inne miejsce”.

 

Przeniesienie miało dotyczyć nie tylko Bieruta, ale innych komunistycznych funkcjonariuszy, nie wyłączając kolejnego namiestnika Moskwy – Wojciecha Jaruzelskiego.

 

Innego zdania była np. posłanka Nowoczesnej Joanna Schmidt: „Jako osoba wierząca uważam, że osoby zostały już po śmierci osądzone. Osądziła je też historia. Dajmy im spokojnie spoczywać. (…) Przechodzimy obok tych grobów i wtedy jest refleksja, że takie czasy były, można opowiedzieć o historii dzieciom. To część naszej historii”.

 

Do sprawy odniosła się „Gazeta Wyborcza” (16 października 2017 r.) nazywając domagających się dekomunizacji Powązek „tzw. środowiskami patriotycznymi”. I dalej z nieukrywanym żalem, że te środowiska „swoje żądania (…) artykułowały do niedawna tylko w prawicowych mediach. Ostatnio sprawa nabrała rozmachu. Polska Agencja Prasowa opublikowała wywiad z Adamem Borowskim, opozycjonistą z czasów PRL-u, obecnie szefem warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”. Rozmowę zamieścił u siebie m.in. portal Polskiego Radia”. Cóż, daremne żale. Monopol „GW” kilka lat temu się skończył.

 

 

„Profanacja miejsca pochówku”

 

 

Środowiska prawicowe nazywają nekropolię >>panteonem polskich bohaterów<< i coraz głośniej żądają usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów. Wtórują im rządowe media, powołując się na opinię kombatantów” – oceniała w innym materiale „Gazeta Wyborcza” (8 listopada 2017 r.), która przywołała zdanie „swoich dyżurnych” weteranów.

 

I tak prezes Światowego Związku Żołnierzy AK Leszek Żukowski, powiedział o dekomunizacji Powązek: „A po co to robić? Przecież ci ludzie nie żyją, nikomu nie zagrażają. Nie popieram komunistów, ale też nie wyobrażam sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów. Zresztą, dokąd je przenieść? Będzie specjalny cmentarz dla wyrzuconych?

 

Żukowskim prof. Sławomir Cenckiewicz w tygodniku „Do Rzeczy” napisał: „Zamiast obrażać pamięć żołnierzy niezłomnych, niech prezes Leszek Żukowski sam wytłumaczy się z własnej przeszłości, o której w kartotece SB możemy przeczytać: <<Były t[ajny] w[spółpracownik] akta złożone w archiwum Wydz[iału] C K[omendy] W[ojewódzkiej] M[ilicji] O[bywatelskiej] Gdańsk do Nr 2396 (IPN Kartoteka Ogólnoinformacyjna b. Biura „C” MSW)>>”.

 

„Gazeta Wyborcza” przyznała dalej, że dziś – inaczej niż w II Rzeczpospolitej – Powązki są cmentarzem wojskowym tylko z nazwy, że właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. A jaki jest stosunek magistratu do dekomunizacji cmentarza? Rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych Anna Obuchowicz wypowiedziała się jednoznacznie: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Wyjaśnijmy, że Instytut Pamięci Narodowej, obok Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych – przynajmniej od 2015 r. jest orędownikiem dekomunizacji Powązek Wojskowych.

 

 

TW Adam

 

 

Tropem „GW” podążył portal twojahistoria.pl (19 października 2017). „Czy dekomunizacja obejmie Powązki?” – pytała Agnieszka Wolnicka, która wśród dekomunizatorów Powązek wymieniła także moją osobę: „Z ust prawicowego publicysty Tadeusza Płużańskiego padł projekt przeniesienia komunistycznych dygnitarzy na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich, by wreszcie byli >>przy swoich<<”.

Autorka, prócz cytowanej już wypowiedzi Leszka Żukowskiego, przywołała jeszcze m.in. opinię Zbigniewa Galperyna, wiceprezesa Związku Powstańców Warszawskich, oczywiście opinię negatywną: „Jestem przeciwny zmianie nazw ulic, burzeniu pomników, a już zwłaszcza usuwaniu grobów z cmentarzy. Dojdzie kiedyś do władzy jakaś nowa ekipa i będzie robiła to samo”.

 

O rzeczonym kombatancie można przeczytać: „Wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich Zbigniew Galperyn atakował prezydenta Andrzeja Dudę i ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza, a jednocześnie bronił generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego (zarejestrowanego jako TW Zdzisławski) w związku z jego lustracją. Okazuje się, że sam był zarejestrowany jako konsultant komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. (…) Współpraca Zbigniewa Galperyna – „Adama” rozpoczęła się w grudniu 1982 r. i trwała do końca PRL, czyli do 1989 r. Został on zwerbowany przez wchodzący w skład SB Departament VI MSW”. (Dorota Kania, niezalezna.pl, 1 sierpnia 2016 r.).

 

 

„W imię chrześcijaństwa?”

 

 

I jeszcze, jakże podobnie do niektórych polskich mediów brzmiący rosyjski, prokremlowski portal sutniknews.com (Tomasz Dudek, 1 sierpnia 2017 r.): „Według ogarniętych szałem dekomunizacji kombatantów, chęć >>wywalenia<< de facto szczątków z ich grobowców to >>uzasadniony przypadek<< dla przeprowadzenia ekshumacji. Jerzy Bukowski na swoim blogu twierdzi nawet, że mieści się to w ramach >>etyki chrześcijańskiej<<. To doprawdy bardzo oryginalna interpretacja. I tak dobrze, że IPN nie wpadł na pomysł przenoszenia grobów z Powązek do Muzeum Komunizmu. To przecież, jakby nie patrzeć, miłosierni chrześcijanie”.

 

Wywołany do tablicy Jerzy Bukowski, szef Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, odpowiadał cytując dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego, doktora Jana Ołdakowskiego: „Jak byśmy postąpili, gdyby w 1943 roku faszystowska władza postawiła na Powązkach grobowiec kata Warszawy – Franza Kutschery? Czy mielibyśmy podobne obiekcje przed usunięciem jego grobu? Czy też broniono by go w imię chrześcijaństwa? Mamy obowiązek kierować naszą polityką historyczną. Gdyby nie to, że umarli w czasie trwania totalitarnego systemu, nie dostaliby nigdy tych miejsc”.

 

 

Tadeusz Płużański

Prasa drukowana może umrzeć na koronawirusa – prognozuje MIROSŁAW USIDUS

Obiegowo powtarzane jest proroctwo z książki  „The Vanishing Newspaper”, Philipa Meyera wydanej w 2004, że ostatni egzemplarz gazety papierowej zostanie sprzedany w 2043 roku. Jeśli sytuacja wynikła z koronawirusa potrwa dłużej niż kilka tygodni, na które wszyscy mamy nadzieję, to niestety, moment ten może nadejść znacznie szybciej.

 

Nawiasem mówiąc przepowiedni tej w książce Meyera nie ma. Jej rzeczywistym autorem jest nie kto inny, tylko Rupert Murdoch. Meyer, profesor dziennikarstwa na Uniwersytecie Północnej Karoliny, wyjaśniał później, że Murdoch, przemawiając na konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Wydawców Gazet wkrótce po wydaniu książki, wspomniał o niej, mówiąc o szybkim spadku liczby dorosłych czytających gazety, a następnie „rozwinął temat”, podając datę – kwiecień 2043 roku – jako moment sprzedaży ostatniego egzemplarza drukowanego tytułu. Od tego czasu, jak opowiada Meyer, wypowiedź Murdocha jest przypisywana jemu.

 

Sam Meyer zresztą patrząc na szybki postęp internetowego rynku reklamowego, uznał, że 2043 to data zbyt późna i że nastąpi to wcześniej. Mówił o tym m. in. na konferencji „The Future of Journalism” w 2008 roku.

 

W tamtych czasach zresztą pisało się i mówiło o tym wiele. Sam, o ile pamiętam, sporo rozmawiałem o tym z kolegami z redakcji „Rzeczpospolitej” po tym, jak uruchomiliśmy jej nowoczesne, jak na owe czasy, wydanie internetowe, w 1997 r. Pamiętam, że odruchową reakcją wielu dziennikarzy była wrogość i chęć walki Internetem. Dość trudno było mi wtedy tłumaczyć, że zamykanie sieciowej wersji gazety nie jest żadnym rozwiązaniem, że nadchodzą zmiany nieuchronne i nieubłagane, które w dłuższej (choć nie aż takiej długiej) perspektywie przetrwa ten, kto chwyci internetowego była za rogi.

 

O tym jak „Rzepa” straciła szanse, które wtedy się rysowały pisałem już w dłuższej story opublikowanej w maju ub. roku na portalu SDP. Nie chcę do tego wracać. Ważne jest, że w „Rz”, ale też w wielu innych firmach prasowych, wyciągano niewłaściwe wnioski z widocznych z roku na rok coraz wyraźniej sygnałów schyłku druku. Np. takie, że trzeba większość sił i środków kierować na obronę sprzedaży papieru a Internet to owszem, ale jako wciąż tylko dodatek, traktowany zresztą niekiedy jako coś w rodzaju wyznacznika prestiżu i nowocześniejszego wizerunku tytułu, a nie coś na czym należy się zanadto koncentrować.

 

W ubiegłej dekadzie nastąpiło w dodatku coś w rodzaju okresowego boomu na nowe tytuły prasowe. Powstał najpierw „Fakt”, potem „Dziennik” i „Polska The Times”, Agora tworzyła jakieś bulwarówki. Nastał ruch i ferment, który chyba trochę zmylił polskich wydawców co do perspektyw rynku prasy drukowanej.

 

Rozmowy tuż przed premierą iPhone’a

 

Założyłem w tamtym mniej więcej czasie blog w serwisie „Wirtualne Media” i, nie zważając na chwilowy entuzjazm branży prasowej, pisałem o nieuchronności tego, co nadejdzie. To co pisałem wzbudzało wiele emocji (sam byłem wówczas po rozstaniu z „Rz” rozemocjonowany) i polemik, ale powiedzcie sami, czy po latach, po krótkim boomie, który został już dawno zapomniany, takie słowa, które zapisałem 7 lutego 2007 roku, nie brzmią aktualnie: „Sprzedaż papieru spada im o kilka procentów rocznie. Ktoś widział ostatnie wyniki sprzedaży Związku Kontroli Dystrybucji Prasy? I będzie spadać. Amerykańskich gazety lokalne żyją już głównie z ogłoszeń lekarzy i farmaceutyków. Co to znaczy? Ano, że średnia wieku ich czytelników jest powyżej 55 lat. Może ostatni egzemplarz gazety sprzedadzą w 2043 r., może wcześniej, może później. To szczegóły. Ważne, że nie umieli i nie umieją z szansy, jaką dostali od losu, gdy pojawił się Internet. (…) Dziś mogę mówić jednemu z drugim, wydawcy prasowemu: całe pieniądze, jakie masz, ładuj w Internet, zapomnij o papierze! Mówić mogę, ale po co, i tak jest za późno. Całe pieniądze trzeba było inwestować wtedy, dziesięć lat temu.”

 

Tamten tekst, sprzed ponad trzynastu lat, wywołał dyskusję. Jeden z komentatorów, który jak się okazało później w toku rozmowy reprezentował prasowy biznes, napisał mi tak:

 

Sądzę, że wywołany rozwojem Internetu spadek sprzedaży prasy drukowanej ma dwie przyczyny:

  1. młodzież więcej czasu spędza przy komputerze, przede wszystkim przy serwisach oferujących różne mniej lub bardziej śmieszne filmy, a mniej czyta druku. Gdy młodzież nieco dorośnie, to przestaną ją bawić YouTuby itp., więc nie jest to klientela stracona;
  2. prasa jeszcze nie wymyśliła sposobu na konkurowanie z Siecią. A może inaczej: próbuje ją wykorzystać do własnych celów, więc część aktywności przenosi do Internetu. Co nie znaczy, że przeniesie tam całą aktywność. (…)

 

Wydawnictwa papierowe się dostosują i przetrwają. Właśnie dlatego, że papier ma przewagę nad ekranem. Moim zdaniem ze „śmiertelnym ciosem” pospieszył się Pan. (…) Mimo gotowych technologii wciąż nie ma urządzenia, które mogłoby ten cios zadać. (…) Ja jednak stawiam na papier. Internet w wielu aspektach jest przereklamowany.”

 

Cytuję ten komentarz, bo był bardzo charakterystyczny dla tonu rozmowy o Internecie w kręgach branży prasowej w tamtych czasach. Tak właśnie się uważało, że młodzież dorośnie, a jak dorośnie, to „nie jest stracona dla prasy”. Chłopina pisał to na pięć miesięcy przed premierą pierwszego iPhone’a. Mylił się, ale jeszcze nie mógł wiedzieć, jak bardzo się myli.

 

A post scriptum do tej dyskusji napisało się dekadę później. Mój rozmówca napisał na końcu: „Podam Panu przykład z autopsji. Proszę przyjrzeć się historii Chipa z ostatniego roku 🙂 Portal ciągle trzyma się mocno, mimo olbrzymich, nazwijmy to, zawirowań. Dlaczego? Bo swój prestiż zawdzięcza nie tyle temu, co sobą reprezentuje, a temu, co reprezentuje gazeta.” W kwietniu 2017 r. papierowy „Chip” przestał się ukazywać, portal chip.pl wciąż istnieje, ale nie wypowiadam się na temat jego kondycji.

 

Nieuchronność losu druku została potwierdzona w przypadku „Chipa” i wielu innych tytułów. Z każdym rokiem, z każdą kolejną zamykaną gazetą, czasopismem, liczba rozumujących tak jak mój rozmówca z 2007 roku malała. Już nie mówiło się, że „papier wciąż ma przyszłość”. Częściej – „dopóki jeszcze zarabiamy na druku, to ciągniemy”. To nie miało już nic wspólnego z wizją biznesową, lecz raczej z odraczaniem wyroku.

 

Ile to mogłoby potrwać? Ów 2043 wydaje się chyba rozsądną ramą czasową. Może ostatni egzemplarz poszedłby kilka lat wcześniej może ciut później, zwłaszcza w niektórych segmentach prasy poradnikowej i „czytadlanej”. Kto wie ile dokładnie by to trwało, ale założyć można, że działoby się to w tempie nieprzesadnie gwałtownym, czyli tak jak w ostatnich latach.

 

Przyszedł koronawirus i wyrównał

 

No, może jeszcze nie po całości, ale wydawcy papierowych gazet dość szybko zauważyli dewastację, jaką epidemia czyni w sprzedaży kioskowej, salonikowej i empikowej. Z apelami do czytelników o wykupywanie elektronicznych edycji i prenumerat wystąpili z jednej strony naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, z drugiej Jacek Karnowski z tygodnika „Sieci”.

 

Namawiamy do kupowania prasy, do podejmowania prenumeraty, do zapoznawania się z naszą ofertą online. Tam, gdzie nie dociera prasa papierowa, sugerujemy, by korzystać z wydań elektronicznych. Oferują je już niemal wszystkie tytuły. Przetrwamy w służbie dla Czytelnika tylko dzięki Czytelnikowi. To relacja nierozerwalna, a dziś wyjątkowo Wam i nam potrzebna. Czytajmy prasę i walczmy o jakość informacji” napisał kilka dni później w specjalnie opublikowanym apelu Prezes Izby Wydawców Prasy, Bogusław Chrabota.

 

Prędzej czy później wszyscy będziemy martwi – można by tu powtórzyć słowa głębokiej filozoficznej refleksji. W naturze człowieka jest jednak, że woli „później”.

 

Tak też w świecie drukowanej prasy już chyba nikt od dawna nie miał złudzeń, że koniec papieru nadejdzie. Osób myślących tak, jak ten mój internetowy rozmówca sprzed lat, już w tym biznesie nie ma. Od lat wszyscy już wiedzą, że dni papieru są policzone, ale liczyli, że to, co nieuchronne, przynajmniej w przypadku ich produktu, nadejdzie raczej „później” niż „prędzej”.

 

Jeśli koronawirus nie ustąpi i obecny stan potrwa dłużej niż do Wielkiej Nocy, dwa, trzy lub więcej miesięcy, to, jestem tego prawie pewien, nastąpi przyspieszony zgon papierowej prasy. Jej brak będzie tylko jednym i zapewne nie najważniejszym wyróżnikiem nowego świata, który nadszedłby po tak długotrwałym procesie niszczenia gospodarki i naszego życia. I tu na razie postawiłbym kropkę, mówiąc zwyczajowe w ostatnim czasie – „Zobaczymy”.

 

Mirosław Usidus

Dziennikarstwo przez Skype’a – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

W pierwszym tygodniu najostrzejszych jak dotąd restrykcji związanych z epidemią brałem udział zdalnie w czterech programach. Jeden z nich (na platformie wSensie.pl) prowadziłem ze studia, mając przed sobą na monitorze gościa, mówiącego przez Skype’a. Najpoważniejszym przedsięwzięciem był sobotni wieczorny program publicystyczny w Polsat News, prowadzony przez Grzegorza Jankowskiego, bo tam prócz mnie za pośrednictwem komunikatora Microsoftu było trzech innych gości. Wszystko poszło właściwie bezproblemowo.

 

Wiele telewizji – choć akurat niekoniecznie w Polsce – korzystało się z takiej formy wirtualnych wizyt gości w studiach już od dawna. U nas to się średnio przyjęło, lecz teraz sytuacja wymusiła takie działania. Może to nawet bardziej marketing niż uzasadniona ostrożność – kiedy z konieczności modne staje się trzymanie dystansu, media chcą się pokazać jako odpowiedzialne.

 

Na razie wszystko dzieje się trochę na żywioł, a goście najczęściej pojawiają się w studiach właśnie za pośrednictwem Skype’a. Nierzadko w słabych kadrach, źle doświetleni, w niskiej rozdzielczości – i trudno się dziwić, bo wielu z nich korzysta z tego, co ma pod ręką. Tylko mała część komentatorów bawiła się w nagrywanie choćby najprostszych vlogów czy przynajmniej okazjonalnych filmów na YT w taki sposób, żeby mieć przyzwoite tło, kamerkę działającą w full HD i pobawić się choć trochę oświetleniem. To wszystko zacznie się jednak zmieniać, jeśli taki sposób komunikacji zostanie z nami na dłużej. A tego wykluczyć nie można, nawet wtedy, gdy epidemia już minie.

 

Po pierwsze – to dla telewizji oszczędność. Obecność gości w studiu to koszty – zwykle oferuje się im transport. To też praca makijażystów i obsługi. W skali roku oszczędności mogą być spore.

 

Po drugie – przejście na wirtualną obecność gości w studiu oznacza, że znikają ograniczenia w ich zapraszaniu, wynikające z odległości. Mój redakcyjny kolega Marcin Makowski, mieszkający w Krakowie, przyjeżdżał do Warszawy kilka razy w miesiącu, żeby wziąć udział w programach z komentatorami i była to dla niego uciążliwość. A nie był jedyną taką osobą.

 

Ale są też wady. Przede wszystkim całkiem inaczej rozmawia się z ludźmi, których widzi się na monitorze, a inaczej z ludźmi, których ma się naprzeciwko siebie. To truizm, ale żadna wirtualna konferencja nie zastąpi bezpośredniej rozmowy i interakcji. Technologia wymusza też większy porządek, ale zarazem usztywnia rozmowę. Przy połączeniu przez komunikator goście nie mogą wchodzić sobie w słowo, bo stałoby się to już kompletnie niezrozumiałe dla słuchaczy. Prowadzący rozmowę musi działać jak pani w szkole, udzielając głosu po kolei. Szczególnie ciekawe, jak w takiej formie zaczną wyglądać programy z politykami, którzy z przekrzykiwania się zrobili swoistą dziedzinę sportu.

 

Bardzo możliwe, że w miarę przedłużania się obecnej sytuacji – a można założyć spokojnie, że potrwa to przynajmniej kilka tygodni, jeśli nie miesięcy – sprawy techniczne będą dopracowywane. Skype jest o tyle prostym narzędziem, że ma go niemal każdy – to aplikacja Microsoftu, która łatwo integruje się z systemem Windows, ale jest też dostępna w wersji mobilnej. Są jednak programy alternatywne, jak WhatsApp (własność Facebooka) czy sam Messenger (część FB). Są też bardziej wyspecjalizowane rozwiązania, takie jak systemy amerykańskiej firmy Zoom, tworzone specjalnie do obsługi zdalnych konferencji (zdolne obsłużyć naraz nawet kilkuset, a co dopiero kilkoro użytkowników). Niewykluczone, że wkrótce pojawią się technologie dostosowane specjalnie do potrzeb mediów – dające dobrą jakość transmisji, stabilność połączenia, możliwość manipulowania obrazem z poziomu realizatora i łatwość dołączenia gości, którzy nie będą już musieli niczego instalować na swoich komputerach czy smartfonach – wystarczy, jeśli klikną link (to zresztą już tak działa w przypadku konferencji Zooma) To nowa, choć niszowa gałąź rynku. Jeżeli teraz stacje telewizyjne czy radiowe zainwestują w tego typu rozwiązania (gdy już powstaną, ale potrzeba jest matką wynalazków i wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby przedsiębiorczy informatycy już nad takimi programami pracowali), to nawet po epidemii będą chciały nadal z nich korzystać. Wizyty w studiu mogą się stać taką rzadkością, jaką dotąd były łączenia przez aplikacje. Dla widza może to być mniej atrakcyjne – ale może właśnie będzie przeciwnie? Przecież teraz może trochę zajrzeć każdemu do domu czy biura, nawet jeśli kadr jest wąski.

 

Może ta zmiana była nieunikniona, a koronawirus ją tylko przyspieszył? Jeśli okaże się trwała, będę jednak żałował. Konieczność pojechania do studia to pewna mobilizacja. Inaczej rozmawia się z żywymi gośćmi przed kamerami i mikrofonami, a inaczej z obrazami wyświetlanymi na ekranie komputera. Program w radiu czy telewizji to też kulisy, których widz nie zna. Rozmowy poza kamerą, dzielenie się wiadomościami. Zdalna obecność zabiera nam to wszystko.

 

Cóż, być może to jednak tylko fragment większej całości – kompleksowych zmian, które wymusi pandemia, a które będą sprzyjać zatomizowaniu społeczeństwa. To może być wielka i bardzo groźna przemiana, o której na razie mało kto myśli, bo na głowie mamy bardziej bieżące problemy.

 

Łukasz Warzecha

Nieśmiertelność w sieci – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o cyfrowej tożsamości po śmierci

Tylko z grubsza szacując, na Facebooku może być 17 mln kont zmarłych osób.  Czy powinno się „uśmiercać” ich awatary i kto miałby to robić?

 

Nasze życie przebiega dziś w Internecie. Jesteśmy już często bardziej awatarami, niż ludźmi. Tu kochamy, tu dyskutujemy, tu jemy – dosłownie, wszak obrazki z restauracji to podstawowa nasza aktywność na Facebooku, zaraz obok zdjęć kotów. À propos – zdjęcia kotów – tu przeżywamy naszą miłość do zwierząt. Tu aktywizujemy się politycznie, tu nienawidzimy – znacznie bardziej bezkarnie, niż w tzw. realu, zatem chyba częściej i mocniej. Tu poznajemy nowych ludzi. Tu podróżujemy, tu utrzymujemy przyjaźnie, rozwijamy swoje hobby, odpoczywamy i pracujemy. Tu robimy biznesy, a nawet deale życia. Tu czytamy. Tu piszemy. Tu tworzymy. Czy tu umieramy? Gdy odejdziemy biologicznie, co się stanie z naszą internetową tożsamością?

 

Gdy dziś rejestrujemy się na Facebooku, na YT czy na Tweeterze (wiem, bo zakładając niedawno na FB własną stronę popularyzującą naukę, Naukovo.pl, musiałam różne nowe „tożsamości” porejestrować), zostaniemy w czasie tego procesu zapytani o to, kogo owo społecznościowe medium ma obciążyć odpowiedzialnością za dalsze prowadzenie naszego profilu, gdy umrzemy. Kto będzie nas niejako reprezentował w przypadku naszej śmierci. Odpowiedź nadal nie jest obowiązkowa – możemy zostawić tę rameczkę pustą i kontynuować rejestrację. Ale umówmy się – dawniej, tę dekadę temu, nikt nas tak nie indagował w takich kwestiach funeralnych i spadkowych. Albo ja czegoś nie pamiętam. W systemie pojawił się bowiem nieprzewidziany wcześniej przez twórców błąd. Ludzie umierają, awatary zaś… są nieśmiertelne.

 

Problem nie jest trywialny. Jestem skromnym użytkownikiem Facebooka, mam tam ok. 300 „znajomych”. Na moich awatarowych oczach zmarł podczas tych ostatnich 10 lat spędzonych „na FB” w mojej świadomości tylko jeden z nich, zresztą fantastyczny dziennikarz, Jacek Kalinowski. Jacek umarł bardzo szybko, dosłownie w kilka tygodni od diagnozy bardzo złośliwego nowotworu i niemal do ostatniej chwili kontaktował się z nami ze szpitala „przez fejsa”. Pewna cudowna osoba przez kilkanaście kolejnych miesięcy prowadziła (i nadal to czyni) jego profil. Na początku te anonse, dotyczące pogrzebu, wspomnień o zmarłym itp. były częste i wywoływały dyskusje, polubienia, czyli tzw. aktywność. Potem coraz rzadziej – głównie w okolicy rocznicy śmierci Jacka, by zaprosić na Mszę Świętą w intencji zbawienia jego duszy etc. Od jakiegoś czasu ten profil nigdy nie wyświetla swojej aktywności w mojej „historii”. Tak zdecydowały, niezrozumiałe dla nikogo poza ich twórcami, algorytmy sztucznej inteligencji zarządzającej tym, co się komu wyświetla. Dziś profil Jacka jest profilem „In memoriam” pod tym awatarem, który był jego ostatnim – choć nie jest to jego twarz. Nadal tam spotykają się wirtualnie jego najbliżsi przyjaciele.

 

Na forach, gdzie bywam, takich informacji o zgonach uczestników bywa znacznie więcej, zwłaszcza, że w niektórych, jak Forum Żydów Polskich, wielu dyskutantów jest już w podeszłym wieku.

 

Gdy Jacek odszedł, tak młodo i szybko 14 czerwca 2016 roku, zastanawiałam się – bo był on klasycznym „zwierzem fejsbukowym” – także nad tym, co się dzieje z internetowymi tożsamościami ludzi, których musi codziennie ubywać sporo. Na Facebooku, który jest dziś największym medium społecznościowym, było pod koniec 2019 roku 2,5 miliarda uczestników. To jakieś 40 proc. żyjących dziś na świecie ludzi. Ostatnie dane, które znalazłam o zgonach, WHO ma podsumowane dla roku 2016. Zmarło wtedy niemal 57 mln ludzi. Możemy sobie zatem wyobrazić, ilu odeszło użytkowników FB, jeśli 4 na 10 zmarłych miało konto. Dla bezpieczeństwa wyjmijmy z rachunku dzieci zmarłe przed 15. rokiem życia, no to będzie minimum 3 na 10. To jest nieco więcej, niż 17 mln awatarów FB. Zgubny szacunek, ale imponujący. To jest Londyn i Nowy Jork razem wzięte.

 

Na dorocznej konferencji „American Association for the Advancement of Science”, wydawcy prestiżowego magazynu „Science” oraz wielu innych czasopism naukowych, Faheem Hussain z Arizona State University w Tempe zmierzył się w swej prezentacji z problemem naszej internetowej nieśmiertelności. To był wykład w serii dotyczącej przyszłości etyki społecznej. Bo też zagadnienie to właśnie jej dotyka. Kto ma bowiem prawo „uśmiercić” ludzki awatar, który niczym się nie naraził „standardom FB”, czyli tej sztucznej inteligencji, co tam siedzi i śledzi donosy i zdjęcia – bo to śledzić najłatwiej, jak się jest sztuczną inteligencją? Ani tym bardziej zarządowi wyznaczającemu politykę tej korporacji, więc nie da się go zlikwidować za myślozbrodnie.

 

Specjaliści od informatyki, demografii i mediów społecznościowych szacują zatem, że już w 2060 roku liczba martwych użytkowników FB przewyższy liczbę profili, za którymi ukrywa się osoba biologicznie wciąż żywa. I nie o sam awatar chodzi, jak wyjaśniał Prof. Hussain, a sprawozdał to magazyn „Science”. Przecież gdy umiera człowiek, zostają po nim listy, pisma, rachunki bankowe i za gaz, pamiętnik, notatki w książkach, filmy nakręcone amatorską kamerą, przedstawiające go lub nie, zdjęcia, nagrania jego głosu. Dziś to wszystko nie jest już papierowe ani celuloidowe – jest zdigitalizowane. Przebywa w wielkiej czarnej internetowej dziurze, zassane za naszego życia. Gdy człowiek umierał w starych dobrych czasach, jego spuściznę papierową i celuloidową ktoś dziedziczył i albo pieczołowicie archiwizował, albo palił nią w przysłowiowym kominku. A dziś? Jak się zająć spuścizną cyfrową? A godność i szacunek dla zmarłego wymagałyby, by to zrobić. No i wreszcie – co mówi na ten temat prawo?

 

Socjolog z Arizony wyjaśniał, że ta spuścizna: tony bardzo osobistych danych gromadzone o nas przez lata – za naszą zgodą oczywiście – przez Google, FB, Tweeter, LinkedIn etc., trwa. Mało tego – nie tylko na serwerach mediów społecznościowych, ale i w naszym banku i bankach kolejnych naszych partnerów życiowych, z którymi mieliśmy wspólny kredyt, oraz naszych ubezpieczycieli. No i oczywiście w każdym internetowym sklepie i sklepiku, gdzie kupiliśmy tak fortepian, jak biustonosz. Gromadzone są przez każdy, nawet najgłupszy program lojalnościowy. To terabajty autografów, zdjęć, opinii. Spisane są nie tylko czyny i rozmowy, ale każdorazowe świadectwo sympatii i antypatii. Każdy kciuk w górę i każde „wrr”. Wszystko to daliśmy dobrowolnie i niewielu z nas się zainteresowało, co się z tymi danymi w ogóle dzieje na co dzień. A cóż dopiero zadbało, co ma się z nimi stać po naszej śmierci.

 

Według Faheema Hussaina nie tylko jesteśmy w tym zakresie bardzo niedbali, ale w dodatku, to nie jest tak, że zostawiając swoją cyfrową spuściznę na pastwę losu, nie mamy czego żałować. Gdyby Jacek nie zostawił tej wspaniałej, dobrej osobie hasła do swojego profilu, dziś moglibyśmy tam wejść nadal komentować czy udostępniać ewentualnie jego stare posty. A ta strona jednak żyje. Bo Jacek jakoś o nas pomyślał chyba. I to jedyne poświęcone mu miejsce w wielkich przestworzach Internetu, bo gdy poprosić Google, by coś o nim powiedziały, można się jedynie zapoznać z króciutkim nekrologiem portalu Press.pl z dnia jego śmierci i kilkoma zdjęciami jego twarzy. Oraz notatką z 2007 roku, gdy odchodził z Telekomunikacji Polskiej, gdzie był rzecznikiem prasowym. Gdyby nie jego przekonanie o ważności przebywania na FB, nie dałoby się np. wydać książki obejmującej jego posty, nawet gdyby ktoś miał taki pomysł.

 

FB bowiem nie udostępnia haseł do stron zmarłych osób żadnym legalnym spadkobiercom, o ile nie są wymienieni w owym okienku, którego wypełnienie ostatnio mnie zastanowiło.

 

Według prawników człowiek powinien mieć prawo do prywatności także po swojej śmierci – aczkolwiek w kodeksach nic wielkiego nie jest na ten temat napisane. Jest artykuł 23 Kodeksu Cywilnego, który dotyczy dóbr osobistych, gdzie prywatność i godność są wymienione. Nie do końca jest jednak jasne, czy i jak to działa po naszej śmierci w stosunku do spuścizny cyfrowej. Prosty przykład: załóżmy, że bardzo poczytny pisarz X, taki co wydaje książki za miliony, prowadzi swoją stronę na FB – blog. Tamże pisze dosłownie pamiętnik, bardzo intymny, bo dla znajomych. Gdyby ją był pisał na serwetkach w knajpie, a owe wkładał do kieszeni, to właścicielem tej spuścizny jest ten, kto odziedziczył jego prawa autorskie i znalazł owe serwetki w tej kieszeni upchnięte. I może je spalić, wydać jako książkę, schować jako najmilszą pamiątkę, a przede wszystkim zrobić to, czego zmarły sobie życzył przed śmiercią. Ponieważ jednak pisarz X działał też w Internecie – to właścicielem tej spuścizny de jure jest nie do końca wiadomo kto, a de facto – FB.

 

Oczywiście, jak wyjaśnił mi radca dr Piotr Sosiński, z Wyższej Szkoły Zarządzania i Przedsiębiorczości w Wałbrzychu, ze względu na artykuły 36, 41. 1 i 78. 2 Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i pokrewnych, jeśli ocenimy, że te wpisy na FB są utworem w rozumieniu tej ustawy, to prawa do nich podlegają dziedziczeniu. Oczywiście tu każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie przez sąd, jeśli jest spór, czy coś jest, czy nie jest „utworem”. Co oznacza, ze wydanie takich wpisów wartego miliony pisarza X przez FB czy kogokolwiek, kto nie jest spadkobiercą, jest wysoce ryzykowne. Ale to wcale nie ułatwia spadkobiercy dostępu do nich, o ile nie był „znajomym z FB” pisarza X, czy obserwatorem jego bloga za życia.

 

Jak wyjaśniał dalej arizoński socjolog, np. Google mają taką opcję, która pozwala korporacji na trwałe usunięcie danych konkretnej osoby w momencie jej śmierci. No, ale przecież nie tylko o to chodzi, żeby z nas nic nie zostało, tylko o to, żeby dało się ocalać to, co bywa wartościowe lub jest istotną pamiątką. Innymi słowy – nie jest dobrze tak zarządzać swoim życiem – w tym życiem internetowym – by po śmierci jego spuścizna pozostawała w rękach dostawców usług internetowych lub na śmietniku. No i musimy myśleć, gdy dzielimy się naszym osobistym światem i wnętrzem w Internecie. Za życia na ogół pragnęlibyśmy być po śmierci traktowanymi z jakąś estymą, a nie wszystko czym się dzielimy jest szczególnie dystyngowane. Gdybyśmy się nad tym głębiej zastanowili w naszym zabieganiu, mogłoby się okazać, że wcale nie jest nam tak bardzo wszystko jedno, co będzie z naszym kontem Gooogle, gdy nas już nie będzie.

 

Ostatnie przeciekawe zagadnienie poruszone podczas prezentacji i wywiadu udzielonego portalowi magazynu „Science” przez Faheema Hussaina dotyczy tego, jak my, inni użytkownicy mediów i portali społecznościowych powinniśmy się odnosić do obecnych tam profili zmarłych osób. Jak przeżyć żałobę po nich w Internecie? Okazuje się, że w Japonii na nowoczesnych cmentarnych nagrobkach są już wyryte kody QR, których zeskanowanie uruchamia w naszym urządzeniu mobilnym dostęp do filmów ze zmarłymi, nagrań ich głosu, cytatów z wypowiedzi, ulubionych przebojów etc. Sky is the limit. Każdy psycholog zauważy, że z jednej strony to może być terapeutyczne. Taka cyfrowa nieśmiertelność może pomóc niektórym osobom przeżyć dobrze żałobę po zmarłym. Aczkolwiek… to też niewąskie nadużycie. Nie tylko taki kod zeskanować sobie może dokładnie każdy, kto trafi pod ów nagrobek, a to są sprawy prywatne, wręcz intymne, jak film obrazujący zabawę z własnymi maleńkimi dziećmi na plaży. Ich niezwykłe oddziaływanie – nikt się bowiem nie sprzeciwia zdaniu, że multimedia działają na nasz mózg inaczej, niż papierowe zdjęcia czy zapiski – może uniemożliwić niektórym wyjście z żałoby. Jej elementem końcowym jest bowiem pogodzenie się ze stratą. A skoro właściwie żyjemy w sieci, to mając w niej dostęp do owego nieśmiertelnego awatara, w ogóle możemy owej straty nie odczuć.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Źródło: https://www.sciencemag.org/news/2020/02/what-happens-our-online-lives-after-we-die?utm_campaign=news_daily_2020-02-18&et_rid=379130090&et_cid=3212049

Ilustracja zamiast informacji – rozmowa z LUDMIŁĄ MITRĘGĄ prezesem Stowarzyszenia Fotoreporterów

Potrzebne są mechanizmy, które ochronią zawód fotoreportera, wraz z jego kodeksem etycznym, bo tylko to zapewni odbiorcom pewność autentycznego przekazu. To ostatni moment na zatrzymanie likwidacji tej profesji – mówi Ludmiła Mitręga, prezes Stowarzyszenia Fotoreporterów, w rozmowie ze Zbigniewem Brzezińskim.

 

Artykuł Czy zawód fotoreportera znika”, który ukazał się na portalu sdp.pl 2 marca 2020 roku (czytaj tutaj), wywołał spore poruszenie. Na ten temat wypowiedzieli się Sławomir Jastrzębowski, stając w obronie paparazzich (tutaj) i Jacek Herok (tutaj), który stwierdził wprost, że zawód fotoreportera przestał istnieć.

 

Czy zawód fotoreportera istnieje?

 

Zdania nawet wśród nas są podzielone. Nie wszyscy podpisalibyśmy się pod artykułem Jacka Heroka. Odpowiedź zależy od tego jak definiujemy „zawód fotoreportera”. Jeśli jako wpis w umowie o pracę, to można powiedzieć, że zawodu nie ma. W Polsce jest zalewie kilka, kilkanaście etatów. Żyją za to ludzie, którzy są fotoreporterami i za wykonawców tego zawodu się uważają, bo nadal powstają fotografie reporterskie, informacyjne. Redakcje nadal wydają legitymacje fotoreporterskie. Tylko teraz to fotoreporter decyduje co fotografuje i kiedy, by jako jednoosobowa firma lub wykonawca dzieła utrzymać siebie i rodzinę. Coraz częściej fotoreporterem się nie jest, tylko się bywa.

 

Skąd to rozchwianie? Co właściwie w ostatnich latach się zmieniło?

 

Minął czas, w którym większość fotoreporterów miała etaty, redakcje decydowały o materiale do wykonania, a wpływu na konto z chałtur fotograficznych były odrzucane lub wstydliwie skrywane. Potem nastąpiła tzw. „optymalizacja kosztów” w mediach analogowych i cyfrowa rewolucja. Ogromna konkurencja mediów społecznościowych. Czasy łatwego kopiowania. Udoskonalenie, czyli uproszczenie cyfrowych aparatów fotograficznych. Wszystko to spowodowało dużą rotację kadr, pauperyzację zawodu, w którym istotną rolę odgrywały i odgrywają doświadczenie, odpowiedzialność i etyka. Uwierzyliśmy jako społeczeństwo, że fotoreporterem może być każdy. Odbiorcom mediów wydaje się, że właściwie nic się nie zmieniło. Fotografii w przestrzeni publicznej jest więcej, a nie mniej. Tylko coraz częściej nie wiemy co widzimy. Karierę robi wyrażenie #fakenews, a to nic innego jak znane nam od zawsze kłamstwo, manipulacja, niezweryfikowane informacje. Profesjonalny fotoreporter ma obowiązki. W opisie potwierdza, że widział to, co jest na zdjęciu, że to jedno ujęcie opowiada całą historię, a nie jest jak zdanie wyrwane z kontekstu. Dziś bardzo potrzebne są mechanizmy, które ochronią ten zawód, wraz z jego kodeksem etycznym, bo tylko to zapewni odbiorcom pewność autentycznego przekazu.

 

Te zmiany przeszły i przechodzą bez głośniejszych protestów.

 

Nie umiemy się bronić. To co teraz powiem być może wywoła burzę wśród kolegów, ale ten zawód wykonują indywidualiści z silnymi osobowościami, uważają że to co robią jest samo w sobie atrakcyjne i misyjne. Brak związków zawodowych i misyjność zawsze pozostaje w kontrze do protestowania. Coraz trudniej jest być fotoreporterem, kiedy nie ma systemu, który wspiera ekonomicznie etykę i gwarantuje obecność „na temacie”. Bez tego systemu oczekujemy od fotoreporterów heroizmu jak z XIX wiecznych utworów pozytywistów. Dziennikarze fotografujący są gwarantem zachowania jakości i skuteczności kontroli społecznej. Realia są jednak takie, że jak się nie publikuje, to się nie zarabia. Nie ma płacenia „za fotografowanie”, czy pozostawanie w gotowości, ale za efekt. Przez to często zamiast informacji dostajemy ilustrację wielokrotnego użytku, a to bardzo duża różnica, czy materiał jest unikatowy i opisuje tylko ten konkretny moment, czy też ma charakter uniwersalny i jest wzięty z archiwum. Fotoreporter nie powinien być zmuszany do optymalizacji swojej pracy, bo zamiast prawdy któregoś dnia odbiorca dostanie już tylko ilustrację, reklamę lub propagandę. To zresztą nie jest tylko problem świata profesjonalnej fotografii informacyjnej. Jako pierwsi gatunkiem ginącym, stali się dziennikarze śledczy. Okazali się zbyt kosztowni dla „optymalizacji kosztów”. Opinia publiczna, nie zauważyła ich znikania. Gdy wybuchła jedna z dużych afer ostatnich lat, pojawiło się pytanie „gdzie byli dziennikarze śledczy?”. Nie zmieścili się w „optymalizacji kosztów”.

 

Wszystkie winy obecnego stanu rzeczy znajdują się poza środowiskiem?

 

Nie, to jest też nasza wina. Był taki moment, w którym w znacznej części uwierzyliśmy, że jesteśmy bogami, że jak będziemy harować, to się to przełoży na wynik, w tym również na ten finansowy. Może była to kwestia tego, że to był zawód młodych lub młodo się czujących, bystrych, silnych, pracowitych mężczyzn. Koledzy potrafili przejechać z Portugalii do Finlandii w ciągu dwóch dni, żeby zrobić materiały z dwóch różnych imprez. Wówczas można było jeszcze liczyć na kilometrówkę. Gdy te możliwości zaczęły się kurczyć, wielu ludzi odeszło do innych zawodów. Przychodzą nowi, naiwni. Są w tym gronie też tacy, którym kodeks etyczny przeszkadza. O skutkach już mówiłam: ilustracje zamiast informacji.

 

Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w połowie ubiegłego roku zarejestrowanych było w urzędach pracy kilkuset przedstawicieli różnych zawodów związanych z fotografowaniem. W tym gronie było tylko dwunastu fotoreporterów. Wygląda, że i tak radzą sobie lepiej niż inni.

 

(Śmiech). To wynika i ze starej definicji zawodu w polskiej Klasyfikacji Zawodów i Specjalności (kod 343102 – przyp. ZB, zob. tutaj) i z faktu, że każdy, kto akurat pozostaje bez pracy, woli mieć szerszy wachlarz możliwości jako fotograf. Przedstawiają się więc jako ci, którzy potrafią robić zdjęcia. A co do samej definicji, to oficjalna jest nieaktualna, a w środowisku chyba już każdy ma własną…

 

Problemem jest też nieautoryzowane rozpowszechnienie zdjęć w mediach społecznościowych?

 

Tak. Profesjonalne materiały często robią gigantyczne zasięgi, ale autor na tym nie zarabia. Nie linkuje się do źródła. Zamiast udostępniać, użytkownicy zapisują pliki i zamieszczają ponownie jak własne. To zwykła kradzież, ale wciąż akceptowana społecznie, nie postrzega się tego jako czegoś szkodliwego. Ponawiamy w tej sprawie apele jako Stowarzyszenie. Internet fair play jest możliwy wyłącznie wtedy gdy wyedukujemy społeczeństwo z respektowania praw autorskich. Tymczasem nawet liderzy opinii mają z tym dziś problem.

 

The National Press Photographers Association zwraca uwagę na inne aktywności fotoreporterów w sieci. W styczniu była to historia pary zdobywającej popularność na Instagramie. Kendrick Brinson i David Banks są obserwowani przez ponad 123 600 osób (zob. tutaj). Literacki noblista Heinrich Böll zauważył, że zawodowcy najlepiej ukryją się wśród amatorów, ale to nie jest najbardziej atrakcyjna perspektywa. Jak wyglądałby świat bez fotoreporterów?

 

To już widać, bo fotoreporterzy zmieniają zawód. Prócz „niewidzialnej ręki rynku”, która zlikwidowała etaty, fotoreporterzy rywalizują o publikacje z masą darmowych zdjęć z różnych źródeł. Następuje „prywatyzacja informacji” Pijarowcy zastępują dziennikarzy. Teraz jeszcze jesteśmy. Kiedy przegramy zdjęcia będą pochodziły wyłącznie od partii politycznych, urzędów, różnej maści związków i organizacji, fotografów zaangażowanych ideowo, słowem od tych wszystkich, którym zależy na przedstawianiu się zawsze z dobrej strony. Czasem uzupełniałby to przypadkowe fotografie amatorów, które nigdy nie dają gwarancji, czy ujęcie opowiada całą historię, czy nie ma na nie wpływu emocjonalny stosunek autora do jakiegoś zdarzenia lub brak wiedzy. Jako społeczeństwo będziemy skazani na balansowanie na granicy między propagandą a niepewnością.

 

Skoro istnieje społecznie uzasadniona potrzeba ocalenia fotoreporterów, a jednocześnie wydarzyło się już tyle złego: od wspominanej kilkukrotnie „optymalizacji kosztów” funkcjonowania redakcji po słabość samego środowiska, czy to zadanie jeszcze wykonalne?

 

Nie zastanawiam się nad tym, działam. Czuję, że to ostatni moment na zatrzymanie likwidacji zawodu fotoreportera. Potrzebujemy fotografów, którzy przestrzegają Kodeksu Etycznego i potrafią jednym ujęciem opowiedzieć historię. Wszyscy potrzebujemy rzetelnych ludzi, którzy robią informacje, a nie tylko ilustracje. Bez nich kontrola społeczne stawać się będzie coraz bardziej iluzoryczna.

 

Rozmawiał Zbigniew Brzeziński

 

Fot. Adam Nurkiewicz

 

Msza św. w czasie epidemii – ks. ARTUR STOPKA o tym, jak dziennikarze przelewają na odbiorców złe emocje

Sprawa udziału we Mszy św. w czasie zarazy okazała się nieplanowanym wcześniej testem dla publicystów. Jaki jest jego wynik?

 

Początkowo chodziło o Kościół we Włoszech i podejmowane tam bardzo trudne decyzje. Być może spore grono krajowych publicystów, którzy z troską pochylali się nad tym, czy to dobrze, że tamtejsi katolicy z powodu koronawirusa nie mogą uczestniczyć we Mszy świętej, nie przypuszczało, że już wkrótce podobne sytuacje mogą dotknąć wiernych i duszpasterzy na polskiej ziemi. No i że ocenianie i etykietowanie biskupich postaw, gdy zarazić się można w kościelnej ławce w swojej parafii, nabierze innego wymiaru.

 

Można odnieść wrażenie, że w Polsce najbardziej emocjonalne dyskusje wywołane epidemią koronawirusa dotyczą nie kwestii medycznych, gospodarczych, ekonomicznych, ale… religijnych. W szeroko pojętych mediach (zarówno tradycyjnych, jak i tzw. nowych mediach), zderzyły się dwie narracje o proweniencji katolickiej. Obydwie tak naprawdę dotyczą tylko jednego tematu – udziału we Mszy św. w czasach szalejącej zarazy.

 

W obu narracjach mnóstwo już od pierwszych chwil można było dostrzec oprócz pojawiających się merytorycznych argumentów mnóstwo propagandy, demagogii, niedopuszczalnej w obecnej globalnej sytuacji presji, łamania sumień, a także manipulacji nauczaniem Kościoła i Pismem świętym.

 

Nie ma sensu analizowanie poszczególnych wypowiedzi z którejkolwiek strony. Choć ich autorzy niejednokrotnie nie zdają sobie z tego sprawy, wpisują się one idealnie w „tożsamościowe” myślenie o mediach i w istocie zmierzają do mnożenia zwolenników w oparciu o poczucie wyższości i traktowanie myślących inaczej z pogardą, jako „nieprawdziwych” katolików lub beznadziejnych, nierozumiejących chrześcijaństwa fanatyków. Zajmują się nie próbą analizy podejmowanych w Kościele decyzji w kontekście realnej sytuacji wiernych, lecz przekonywaniem do swojej racji „per fas et nefas”. Nie są one dla odbiorców pomocą w podjęciu racjonalnej, a równocześnie zgodnej z sumieniem decyzji.

 

Z pewnością jest w Polsce wielu katolików, którzy w najbliższym czasie nie powinni pojawiać się na zgromadzeniach liturgicznych. Zarówno ze względu na swoje bezpieczeństwo zdrowotne, jak i z uwagi na bezpieczeństwo innych. Z drugiej strony jednak rzetelnej analizy wymaga pojawiające się w niektórych głosach przekonanie, że nie da się zorganizować obrzędów w taki sposób, aby uczestnicy nie narażali się wzajemnie na zakażenie. Tego typu wypowiedzi trzeba było w ostatnim okresie w krajowych mediach ze świecą szukać. Zwykle bezskutecznie. Można było odnieść wrażenie, że według sporej części uczestników publicystycznego sporu fakt, iż poruszają się w sferze religijnej, zwalnia ich z obowiązku posługiwania się rozumowymi argumentami na rzecz tych zbudowanych wyłącznie na emocjach.

 

A przecież nie sposób wykluczyć kwestii, że nawet w wielkim natężeniu epidemii są ludzie, którzy mogą być fizycznie obecni na Mszy św., jeśli zostanie ona przygotowana i odprawiona zgodnie z zaleceniami ekspertów od zdrowotnego bezpieczeństwa. Trzeba pamiętać np. o ludziach, dla których stwierdzenie „Szybciej umrę z braku Jezusa niż od wirusa” nie jest zgrabnym, pustym sloganem, lecz wyraża ich religijność i sposób przeżywania wiary. Obrzucanie ich inwektywami, że nie kierują się miłością bliźniego, jest wobec nich niejednokrotnie absolutnie nietrafne i bez powodu dla nich poniżające. Nie każdy jest w stanie szybko przestawić się z udziału we Mszy w kościelnej ławce na uczestniczenie w niej za pośrednictwem ekranu. Dla nich obecność na Mszy jest czymś tak niezbędnym do życia jako powietrze i woda. Sugerowanie, że mają w nosie dobro innych i lekceważą fakt wielowymiarowego zagrożenia dla wszystkich pozostałych, jest krzywdzącym nadużyciem. Takim samym, jak odsądzanie od czci i wiary włoskich biskupów, którzy z bólem serca zaakceptowali niezbędne w dramatycznej sytuacji całego kraju rozwiązania i zdecydowali o rezygnacji udziału wiernych w celebracjach. Nie zrobili tego z entuzjazmem.

 

Rzetelnych analiz uwzględniających potrzeby, możliwości, a także różne możliwości rozwiązań uczestnictwa we Mszy św. w czasie epidemii zabrakło nie tylko w wypowiedziach najgłośniejszych uczestników publicystycznego sporu. A przecież nawet dziecko wie, że inaczej wygląda sytuacja w wielkiej parafii miejskiej, a inaczej w małej wiejskiej.

 

Jak bardzo skomplikowana jest sytuacja pokazał papieski jałmużnik kard. Konrad Krajewski, który wbrew rozporządzeniom państwowym i kościelnym otworzył w pewnym momencie swój tytularny kościół Santa Maria Immacolata w wieloetnicznej dzielnicy Esquilino. Paradoksalnie wygląda na to, że właśnie w ten sposób dał przykład poważnego traktowania słów Jezusa, że to szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Tym, co zrobił, przezwyciężył logikę strachu. Logikę, w której zwykle zapomina się o najsłabszych i będących na marginesie.

 

Przyzwyczailiśmy się (niestety), że publicystyka, zamiast objaśniać świat, często służy do narzucania innym jego jedynie słusznego obrazu, obowiązującej jako niepodważalna, wizji. W takim modelu służy ona autorom do przelewania na odbiorców własnych leków, fobii, złych emocji, problemów, dotykających czasami fundamentalnych spraw. Dzieje się tak również w tak delikatnej tematyce, jak wiara, duchowość, religia. To niedobre przyzwyczajenie. Źle, że jako odbiorcy dajemy publicystom przyzwolenie na takie postępowanie, a nawet ich w tym wspieramy, dając się wciągać w kompletnie zbędne pojedynki i wojenki.

 

Życie nieraz bardzo boleśnie weryfikuje każdą publicystykę. Właśnie się o tym w Polsce w sposób bardzo drastyczny przekonujemy.

 

Artur Stopka

Obalić Trumpa koronawirusem – MIROSŁAW USIDUS o mediach nakręcających panikę  

Strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż koronawirus. Tymczasem media na świecie chętnie żerują na lękach swoich odbiorców, nierzadko dla politycznych celów.

 

„Panika musi się skończyć. A media, naprawdę muszą być w jakiś sposób pociągnięte do odpowiedzialności, ponieważ krzywdzą ludzi” – powiedział w wywiadzie udzielonym 10 marca serwisowi RealClearPolitics Dr Drew Pinsky, znany w USA lekarz, współautor audycji i programów TV na tematy medyczne i zdrowotne.

 

„Ludzie są bardzo zaniepokojeni koronawirusem, mając po temu bardzo dobry powód, gdyż prawdopodobnie zamieni się on w pandemię (przyp. aut. – już się zamienił)” – mówił kilkanaście dni temu założonemu przez byłych dziennikarzy Politico serwisowi Axios profesor Uniwersytetu Waszyngtońskiego Carl Bergstrom. – „Jednak jest to jeden z pierwszych przypadków, kiedy opinia publiczna otrzymuje informacje o rozprzestrzenianiu się epidemii w czasie zbliżonym do rzeczywistego” – dodaje. I sam ten fakt sprzyja nakręcaniu atmosfery grozy.

 

Większość z nas mogłaby znaleźć lepszą, dokładniejszą wiarygodniejszą informację, gdybyśmy dali sobie chociaż dwanaście godzin na weryfikację. Niestety platformy mediów społecznościowych są napędzane przez presję na kliki i lajki w trybie natychmiastowym, co sprzyja rozprzestrzenianiu czegokolwiek, byle czego lub celowej roboty dezinformacyjnej, w tempie, którego najwredniejszy wirus biologiczny mógłby tylko pozazdrościć.

 

Naukowo zresztą przebadanym i zweryfikowanym faktem jest, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniają się szybciej niż prawdziwe. W renomowanym „Science” z marca 2018 r. można znaleźć publikację Sorousha Vosoughiego, Deba Roya i Sinana Arala, która aby wyjaśnić, jak rozprzestrzeniają się fałszywe informacje wykorzystali zestaw danych o kaskadach plotek na Twitterze w latach 2006-2017. Około 126 tysięcy z nich zostało rozpowszechnionych przez około 3 miliony osób. Fałszywe wiadomości docierały do większej liczby osób niż prawda; czołowy 1 proc. kaskad fałszywych wiadomości rozprzestrzeniał się między tysiąc a 100 tys. osób, podczas gdy prawda rzadko docierała do więcej niż tysiąca osób. Z badań wynikało również, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniały się szybciej niż prawda.

 

Infodemia

 

Zanim ogłosiła pandemię COVID-19, co stało się w ostatnich dniach, Światowa Organizacja Zdrowia już drugiego lutego określiła sytuację z koronawirusem jako „infodemię”, wyjaśniając, że ma na myśli „nadmiar informacji” w swojej masie zawierających zarówno doniesienia i dane prawdziwe jak też nieprawdziwe. Jak pisało WHO, już sama ich masa utrudnia ludziom znalezienie wiarygodnych źródeł i wiarygodnych wskazówek, gdy ich potrzebują”. Różnica pomiędzy koronawirusem a poprzednimi wybuchami epidemicznymi jest z tego punktu widzenia głównie ilościowa. Choć SARS, MERS i Zika budziły lęki i gdzieniegdzie objawy paniki, to jednak zasięg tych zjawisk był mimo wszystko ograniczony w porównaniu z obecną sytuacją epidemiczną wzmocnioną przez media społecznościowe w pełni rozkwitu.

 

O tym, że platformy social media przodują w sianiu dezinformacji i paniki dobrze wiemy. Jednak, trzeba przyznać, że zarówno Twitter jak i Facebook a także Google, do których zwróciła się WHO, podjęły działania w walce z fałszywkami na temat koronawirusa. Np. na Twitterze po kliknięciu hasztagu #koronawirus czy #coronavirus mamy informacje o wiarygodnym oficjalnym źródle informacji (w naszym przypadku Ministerstwie Zdrowia RP. Facebook kieruje do WHO. Także Google w światowej wersji kieruje do WHO a w polskiej dodaje stronę informacyjną MZ).

 

No więc giganci internetu jakoś tam (choć pewnie mogliby lepiej) stają na wysokości zadania. Przynajmniej próbują uniemożliwić fałszywym i panikarskim informacjom wpychać się na pierwszy plan. Aby znaleźć fake newsy i sianie paniki, trzeba się trochę postarać, z głównej internetowej ulicy wejść w zaułek. W świetle tego, że nie spodziewamy się po nim niczego dobrego jest tu kilka miłych niespodzianek.

 

Lanie benzyny do paleniska paniki

 

W tej sytuacji media głównego nurtu też chyba powinny wspiąć się na wyżyny swojego profesjonalizmu i dawać przykład spokoju, wiarygodności, rzetelności i wyważenia. Jak się okazuje niezupełnie i nie każdemu ich przedstawicielowi to dobrze wychodzi. Cytowana na początku wypowiedź amerykańskiego lekarza–celebryty nie wzięła się znikąd.

 

W Stanach Zjednoczonych środki masowego przekazu są często oskarżane o nakręcanie spirali strachu, która prowadzić ma do paniki na giełdzie i zapaści gospodarczej, która niejako po trupach doprowadzić ma do wymarzonej przez liberalne media przegranej Donalda Trumpa w wyborach.

 

Politico na przykład zaserwowało 9 marca „Specjalne Wydanie nt. Koronawirusa”, w którym alarmuje, że Ameryka jest „zakładnikiem koronawirusa” a reporterzy uderzyli w katastroficzne tony. Publicysta „Washington Post” Brian Klaas leje z grubej rury benzyną do buzującego paleniska paniki, określając epidemię „Czarnobylem Trumpa”, starając się utwierdzić czytelników w przekonaniu, że rząd USA nie panuje nad sytuacją, a zagłada jest nieuchronna. Paul Krugman z „New York Times” nieco skromniej dystrybuował panikę, pisząc, iż koronawirus jest „huraganem Katrina Trumpa”. Richard Haas, redaktor „Financial Times” porównał dla odmiany koronawirusa z atakiem na WTC, sugerując, że należy się spodziewać znacznie większej liczby ofiar. Giełda nie jest odporna na klimat medialny. Pikuje w dół. Może nie będzie katastrofy epidemiologicznej, ale coraz bardziej prawdopodobna wydaje się gospodarcza.

 

Od razu przy okazji wywiązała się awantura typowa dla hiperpoprawnej dziennikarskiej lewicy. Bowiem konserwatyści przypomnieli, że oryginalna nazwa wirusa to „wirus Wuhan” i rzecz zaczęła się w Chinach. „Woke” (określenie dla oszalałych w poprawności politycznej przedstawicieli medialno-rozrywkowego establishmentu, którym całkowicie zgadza się, że rycerz Lancelot był Murzynem), a zatem typowy „woke” pracownik MSNBC, David Gura, ogłosił, że mówienie „Wuhan wirusie” jest rasistowskie. Chór takich i innych straszaków jest w USA głośny i wpływowy.

 

Dyskusja zionących nienawiścią do obecnego prezydenta lewicowych dziennikarzy amerykańskich mediów głównego nurtu  na antenie MSNBC, 6 marca, była pełna owych odniesień do huraganu czy do Czarnobyla. Z wszystkich jej uczestników biła zgodnie jedna wielka nadzieja, że w USA wydarzy się gigantyczna katastrofa w związku z koronawirusem, że umrze wystarczająco dużo ludzi a gospodarka zostanie zdewastowana w wystarczającym stopniu, aby ten przebrzydły Trump przegrał wybory prezydenckie. Prowadzący dyskusję Eddie Glaude Jr nieomal wprost wyraził nadzieję, że jeśli dzieci, przyjaciele, dziadkowie Amerykanów ucierpią, to wreszcie załatwi tego pana, z którym tyle lat bezskutecznie w mediach walczyli.

 

Oczywiście można w USA wskazać też mnóstwo przykładów pozytywnych, świadczących o rzeczywistym zaangażowaniu środków masowego przekazu w misję rozpowszechniania wiarygodnych informacji i nawet swego rodzaju służbę społeczeństwu. Gazeta „Seattle Times” stworzyła specjalną stronę WWW informacyjno-poradniczą na której publikuje tego rodzaju materiały jak poradniki mycia rąk, informuje czytelników, jaki procent ludzi z koronawirusem ma gorączkę, a ilu kaszle, podaje listę rzeczy, w które ludzie powinni zostać wyposażeni, jeśli są poddani kwarantannie i publikuje wskazówki dotyczące tego, co powinni wiedzieć podróżujący tranzytem, w tym jak często autobusy są dezynfekowane a nawet – jakie jest ryzyko związane z chodzeniem na siłownię. Może rozpolitykowani żurnaliści z czołowych mediów żachną się na to, że mało ambitne, ale w moich oczach to „Seattle Times” wygrywa.

 

„Jesteśmy w doskonałym kontakcie z naszymi czytelnikami” –  powiedziała Lynn Jacobson, zastępca redaktora naczelnego „Seattle Times” w serwisie internetowym „Times Union”. „Jeździmy z nimi autobusami. Chodzimy z nimi do pracy. Wiemy, co oni chcą wiedzieć”. Zgaduję, że czytelnicy w autobusach nie dyskutują z dziennikarzami o szansach obalenia Trumpa za pomocą koronawirusa.

 

Associated Press poleciła swoim reporterom, aby we wszystkich przygotowywanych materiałach umieszczali dane o koronawirusie o charakterze „dyżurnym”. Czytelnicy są więc nieustannie informowani, że u większości osób wirus wywołuje jedynie łagodne lub umiarkowane objawy, takie jak gorączka i kaszel, jedynie u osób starszych i osób z dodatkowymi problemami zdrowotnymi mogą pojawić się poważniejsze objawy i zagrożenie. Mała rzecz i zdawałaby się nudna, ale o ile bardziej pożyteczna niż obrazy pustych półek w sklepach, które wzbudzają w odbiorcach impuls, by jeszcze bardziej je opróżniać.

 

Grypa zabija sto razy więcej ludzi, ale to stary news

 

Obecna epidemia jest znacznie bardziej widoczna w mediach niż poprzednie, choćby Ebola. Z niedawnego badania „Time Magazine” wynika, że w anglojęzycznych gazetach drukowanych ukazało się 23 razy więcej artykułów na temat epidemii koronawirusa w pierwszym miesiącu w porównaniu z tym samym okresem w przypadku epidemii Ebola w 2018 roku.

 

Od 12 stycznia, kiedy ruszyły pierwsze doniesienia o nowej, jeszcze stosunkowo tajemniczej, chorobie, do 13 lutego 2020 r. Karin Wahl-Jorgensen z „The Conversation” śledziła doniesienia w największych anglojęzycznych gazetach na całym świecie, korzystając z bazy danych LexisNexis UK. Zakres jej badań to prawie 100 wysokonakładowych gazet z całego świata, które łącznie opublikowały 9 387 materiałów związanych tematycznie z epidemią. Skrupulatnie wyliczyła, że 1066 artykułów zawiera słowo „strach” lub terminy powiązane, pokrewne i pochodne. Badaczka wskazuje też na przykłady innego rodzaju. Na przykład w 50 artykułach używano sformułowania „zabójczy wirus”.

 

Wahl-Jorgensen jako typowy dla stylu pisania, generującego lęki, podaje przykład reportażu z Wuhan w brytyjskim „The Telegraph”, szeroko udostępnianego po publikacji na portalach społecznościowych. Czytelnik był w tym materiale epatowany obrazami pacjentów omdlewających na ulicy, setek przerażonych obywateli, tłumy w wąskich korytarzach szpitalnych, lekarzy krzyczących w udręce i desperacji.

 

A „The Telegraph” to wciąż gazeta z półki nieco wyższej. W brytyjskich tabloidach, takich jak „The Sun” i „The Daily Mail” nakręcanie spirali strachu to chleb powszedni. Na przykład, „Sun” na swoim blogu poświęconym koronawirusowi rutynowo określa COVID-19 jako „śmiertelną chorobę”.

 

Niestety media niewiele uczą się z epidemii na epidemię, frymarczenie lękami uważając wciąż za dokonały wehikuł sprzedażowy. Badania przeprowadzone przez historyka Patricka Wallisa i lingwistkę Brigitte Nerlich wykazały, że dominującą metaforą na opisanie SARS było odmienianie jego charakteru „zabójca” przez wszystkie przypadki. Pod tym samym kątem badacze mediów Peter Vasterman i Nel Ruigrok zbadali relacje z epidemii H1N1 w Holandii i orzekli, że jest były one naznaczone alarmistycznym tonem.

 

Czy ktoś potrafi wskazać publikacje określające jako „zabójczą”, grypę, która, według danych WHO zabija na świecie co roku 300 do 600 tysięcy ludzi? Chyba będzie trudno. Media, które  zaczęłyby publikować panikarskie filmiki pokazujące ludzi słabnących na ulicy z powodu grypy, uznano by za histeryczne. Gdyby jakiś komentator zaczął rozwodzić się nad wpływem grypy na wynik wyborów, uznano by go za szalonego.

 

A może po prostu nie byłoby takiego efektu biznesowego. Zwykła grypa to „stary news”, nie sprzedaje się. Nie to co pachnący świeżością koronawirus, którym można zainteresować i postraszyć publikę znacznie skuteczniej.

 

„Jedyną rzeczą, której naprawdę musimy się obawiać, jest sam strach” – powiedział były prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin D. Roosevelt. Dobrze byłoby, gdyby wszyscy zastanowili się nad tymi słowami i starali się zrozumieć je jak najlepiej. Bo to strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż ta mała grudka kwasów nukleinowych ze śmiesznymi wypustkami. A kto strach świadomie sprzedaje, jest o niebo groźniejszy niż wszystkie te kaszlące i zasmarkane osoby na które dziś podejrzliwie patrzymy w miejscach publicznych.

 

Mirosław Usidus

Dziennikarstwo w czasach zarazy – felieton WOJCIECHA POKORY

Kierowanie się niskimi pobudkami w przygotowywaniu informacji na temat panującej pandemii, jest jak podanie śmiercionośnej trucizny pacjentowi, o którym mówi przysięga Hipokratesa. Jest nieetyczne i niemoralne.

 

W dawnych czasach, jeszcze przed erą wyśmiewanego Średniowiecza, zatem dla wielu bardzo dawno, lekarzy obowiązywała przysięga Hipokratesa. Wtedy też i przez późniejsze stulecia, lekarze wbijane mieli do głowy: „nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał”. Ale przyszły czasy nowożytne i reguła ta przestała obowiązywać. Powstała Deklaracja genewska, a na jej podstawie przyrzeczenie lekarskie. Dziś lekarze obiecują „według najlepszej swej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek”. Ważne, ale martwi mnie, ze już tej trucizny nie obiecują nie podawać. Mimo to, lekarz jest zawodem zaufania publicznego.

 

Podobnie jest z dziennikarzami. Mimo że w sensie prawnym nasz zawód nie ma statusu podobnego do lekarza, to jednak w sensie społecznym nim jednak jest. Dziennikarze stoją bowiem na straży dostępu obywateli do informacji i nie chodzi w tym przypadku o przywilej, czy szczególne uprawnienie dziennikarzy, lecz o służbę społeczeństwu. Jak służymy, pokazują w sposób szczególny sytuacje kryzysowe, takie jak obecna.

 

Śledząc serwisy i portale informacyjne, możemy zauważyć, że stosunek do obecnej sytuacji w Polsce i na świecie poszczególnych redakcji jest w dużej mierze podobny. W większości przypadków dziennikarze starają się przedstawiać rzetelnie komunikaty organów odpowiedzialnych za walkę z  nadchodzącą epidemią, raczej w tonie uspokajania, a nie podburzania społeczeństwa do niesubordynacji. Wydaje się nawet, że na chwilę koronawirus stał się apolityczny. Na chwilę. Niestety byliśmy świadkami np. medialnych występów polityków, którzy uczyli nas myć ręce nie z troski o nasze zdrowie, tylko by obśmiać politycznego konkurenta, który robił to nieprawidłowo. Media wzięły w tym udział. Pamiętamy apel kandydatki na prezydenta, która wzywała premiera do ujawnienia „prawdy” o przypadkach koronawirusa w Polsce, bo bezpieczeństwo Polek i Polaków jest najważniejsze. Była to jasna sugestia, że społeczeństwo jest okłamywane, a rząd nie radzi sobie z sytuacją. W tym przypadku media także wzięły w tym udział. W niektórych sytuacjach nagłaśniając tę wypowiedź bezkrytycznie. I posypało się…

 

Dziennikarze o znanych nazwiskach w mediach społecznościowych nawoływali do niesubordynacji, bo przecież nie ma się czego obawiać, niektórzy wyśmiewali zwyczajny ludzki lęk przed nieznanym, kpiąc z „Polaczków” kupujących papier toaletowy i makaron. I nie oceniam w tym momencie zasadności takich zakupów, tylko fakt, że z jednej strony np. „Głos Wielkopolski” publikuje artykuł pt. „Co kupić? Lista niezbędnych produktów. Jakie zapasy musisz zrobić na wypadek epidemii koronawirusa w Polsce?”, a z drugiej kpi się z ludzi, którzy ruszają do sklepu w obliczu zbliżającej się kwarantanny. Z jednej strony RMF24 promuje na swoim portalu rozmowę z Włodzimierzem Gutem, doradcą Głównego Inspektora Sanitarnego, który w dość lekceważący sposób mówi o koronawirusie i w dniu gdy zapada decyzja o zamknięciu szkół, pozwala sobie na uwagi, że jeśli chcemy by dzieci czegoś się nauczyły należy je jednak do szkół posyłać, z drugiej strony portal naTemat publikuje w całości i bezkrytycznie list domniemanej lekarki z Rybnika (w tekście nikt nie sili się na weryfikację jej danych ani podanych przez nią faktów), która w histerycznym tonie pisze o tym, że w Polsce będzie o wiele gorzej niż w Lombardii, bo nie jesteśmy gotowi na walkę z wirusem. I znów, nie oceniam treści wypowiedzi ani domniemanej lekarki, ani doradcy Guta, bo to nie to miejsce. Oceniam fakt, bezkrytycznego promowania takich niezweryfikowanych treści w momencie, gdy społeczeństwo szuka rzetelnej informacji o tym, w jakim znajduje się położeniu i co je czeka.

 

Najbardziej niebezpieczne jest dziś manipulowanie nastrojami i dezinformowanie społeczeństwa. Dlatego nie godzi się publikowanie w tym momencie takich wypowiedzi jak ta Stanisława Krajskiego, kandydata Konfederacji KORWiN Braun Liroy Narodowcy do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku, z którym rozmowa w Radiu Wnet promowana jest tytułem „Epidemia koronawirusa wygląda na sterowaną. Ktoś tu majstruje przy gospodarce”. Gość Radia Wnet sugeruje, że Bill Gates może maczać palce w dzisiejszej sytuacji na świecie, bowiem „ ma ideę na granicy wariactwa, by zmniejszyć populację na świecie”. I znów problemem nie jest to, że gość na antenie plecie androny, a to, że jest podpuszczany przez dziennikarza, a redakcja to promuje.

 

Kierowanie się niskimi pobudkami w przygotowywaniu informacji na temat panującej pandemii, jest jak to podanie śmiercionośnej trucizny pacjentowi z przysięgi Hipokratesa. Jest nieetyczne i niemoralne. A pokusa, by wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie do tego, by wspomóc ulubioną partię albo wypromować swoje nazwisko jest niestety wśród dziennikarzy coraz powszechniejsza, ale na szczęście jeszcze nie masowa. Dlatego reagujmy na takie działania paradziennikarskie, bo nie służą one nikomu – ani społeczeństwu któremu mamy służyć, ani naszemu zawodowi, który traci już nawet społeczny wymiar zaufania publicznego.

 

Wojciech Pokora