Poradnictwo w czasie zarazy – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o tym co media piszą o koronawirusie

Przyjrzałam się trochę, ale nie wybiórczo i nie krytykancko, pojawiającym się dziś we wszystkich właściwie mediach „poradnikom koronawirusowym”. I powiem szczerze: nie jest źle!

 

Sytuacja epidemiologiczna COVID-19 jaka jest – wiadomo. Są dane oficjalne. Można je kontestować, pytać, dlaczego wieczorem przybyło osiem, a rano ubyło pięć, jak na Wiśle w Zawichoście, ale są. I co więcej: różnice w ilości chorych czy zmarłych są zrozumiałe w kontekście skomplikowanej diagnostyki molekularnej tej choroby zakaźnej oraz związanej z nią śmiertelności. Czyli jaki koń jest mniej więcej widać po prostu ze strony GIS i chyba coraz mniej wszyscy powinniśmy się tym epatować, bo to zaczyna szkodzić nam psychicznie. A na potwierdzenie tezy o szkodliwości „bodźcowania się” danymi epidemiologicznymi przez laików są badania naukowe.

 

Czyli: za pierwszym przypadkiem latał dron TVN w trzy różne miejsca, aż trafił, a nad Szpitalem Bródnowskim, gdzie zakaziło się 70 osób na raz, pół na pół pracownicy medyczni i pacjenci, już nic nie latało, co najwyżej „Warszawa w pigułce” poinformowała.

 

W dodatku,  interaktywną mapę z tychże danych strzela dziś nie tylko WHO, Reuters i John Hopkins Medical School, skąd da się ją „zgrabić”, ale i średnio ogarnięty redakcyjny infografik ogólnopolskiego medium. Zresztą jeśli chodzi o Polskę do dziś (30 marca 2020 roku) ów grafik nie robi na wielkich liczbach, więc mu kółeczka z mapy na ćwierć kolumny nie wylatują aż w kosmos. I chwała Bogu albo umiejętnej kreatywnej „księgowości” przypadków (właściwy wybór przyczyn zależy od Redakcji).

 

A jak jest z przygotowywaniem ludzi przez media – praktycznie – do radzenia sobie w sytuacji tak nowej dla nas, jak pandemia NIEZNANEGO wirusa roznoszącego się kropelkowo? Jak jest z informowaniem ich o metodach zapobiegania zakażeniu? Jak jest z tłumaczeniem co i dlaczego działa „na korona wirusa”? Jak w ogóle sam ten wirus działa przede wszystkim? Jakie niesie zagrożenia dla zdrowia w perspektywie dłuższej, niż kwarantanna? A jak zorganizować sobie kwarantannę? Jak działają które testy i dlaczego tak różnie? I jak to się wszystko potoczy, jakie są prognozy rozwoju sytuacji?  Niemało pytań, niemało możliwych odpowiedzi. I zaroiło się od poradników. Sama prowadzę jeden, choć dość specyficzny, bo to wideoblog.

 

W samym zatem podjęciu tematu nie ma nic zdrożnego, wręcz przeciwnie. Jest to wypełnianie podstawowej, informacyjnej roli mediów w swej najgłębszej istocie. Jest potrzebne, a wręcz niezbędne, jest poszukiwane dziś przez odbiorców. Wypełniają tu media lukę między odbiorcą a komunikatami i instrukcjami GIS, nieraz naprawdę pozbawionymi szczegółów czy spóźnionymi (jak ta dotycząca kwarantanny, pojawiła się na stronach internetowych Inspektoratu dopiero 21 marca). Potencjalnie wystraszonym, nieuzbrojonym w podstawową wiedzę w zakresie chorób zakaźnych, wirusów etc. I w dodatku nie mającym z epidemiami – zwłaszcza pandemiami – żadnej już życiowej styczności. Pozbawionym zatem bezcennego nauczyciela życia – doświadczenia.

 

Oczywiście, każdy wskakuje nagle w poradnictwo medyczne, czy opowieści o dezynfektantach i testach PCR vs. testach immunologicznych nie dlatego, że szczególnie zna się na tym, czy lubi takie tematy. Już w publikowanym na łamach portalu SPD moim tekście o popularyzacji nauki (tutaj) – jakże profetycznym okazało się po krótkim czasie – pokazywałam, że nie tylko nie są to tematy ulubione, ale i prawdę rzekłszy, nie ma ich kto po redakcjach fachowo „ciągnąć”. No chyba że walnie meteor, pojawi się epidemia albo zbuntuje się jakaś globalna sztuczna inteligencja (dowiemy się o tym z Facebooka), wtedy zaistnieje konieczność, aby się spiąć. No to media się spinają jedne po drugich, bo konkurencja już się spięła. Oraz, mam nadzieję, z poczucia odpowiedzialności za nasz zbiorowy byt.

 

Jako jedna z pierwszych napisałam dla jednego z tygodników opinii, że to nie są przelewki, i jako pierwsza napisałam że porównania nowej choroby koronawirusowej (wtedy ledwo miała nazwę, albo i jeszcze nie) z grypą mnie irytują, bo widać, że to nie to samo. No i ten doktorat z medycyny zakażeń… wprawdzie szpitalnych i bakteryjnych, ale jakiś, więc trochę mam szansę na to spojrzeć nie tylko okiem człowieka mediów, ale i fachowca od tego, co się teraz obiektywnie dzieje. Natychmiast też, gdy widać było, że media jeszcze nie ruszają z poradnictwem, uruchomiłam po prostu swój prywatny codzienny wideoblog, później stronę na FB, wreszcie kanał na YT. (Przy użyciu chińskiego smartfonu ze środkowej półki cenowej w stanie „mocno używany”, czarnego markera i kartek A4 – przy czym zaznaczam, że fajnie mieć studio, telebimy, montaże, animowane infografiki i inne bajery trafiające ludziom z automatu do wyobraźni, fajnie codziennie zaprosić innego eksperta, ale warto się umieć obyć i bez tego. Warunki bowiem pracy mogą przyjść „polowe”). Zaczęłam od tego, jak można trochę wzmóc odporność i jak sobie samemu zrobić odkażalnik, a potem już poszło.

 

Bo ludzie na samym początku epidemii COVID-19 w Polsce byli bardzo bezradni, zagubieni i naprawdę u podstaw nie rozumieli, co się dzieje wokół. Groziła nam i ignorancja, i panika – gigantyczni sprzymierzeńcy każdego kryzysu , a epidemii w szczególności. Można powiedzieć, że uniknęliśmy na razie dominanty tych dwóch skrajności, a to już niemały sukces i warto tu zapytać o rolę „prasy, radia i telewizji” oraz portali internetowych. Przyjrzałam się zatem trochę, ale nie wybiórczo i nie krytykancko, pojawiającym się dziś we wszystkich właściwie mediach „poradnikom koronawirusowym”. I powiem szczerze: nie jest źle! I z czasem było coraz lepiej.

 

Po pierwsze, jak to śpiewa Krystyna Prońko: trzeba trafić w czas. Mieliśmy szczęście. Koronawirus wpadł do nas z Niemiec z dwutygodniowym poślizgiem na rozruch we Włoszech. Było widać – wprawne oczy na szczęście dostrzegły – że bułki z masłem nie będzie. Media miały wystarczająco czasu, by zadbać o numery telefonów do specjalistów, ponawiązywać kontakty etc. Oczywiście – Polska nie jest krajem tysiąca epidemiologów, a nawet gdyby była, to na ogół nie są to ludzie z parciem na szkło. I stąd nam pewnie doktor Paweł Grzesiowski wyskakiwał po dwóch tygodniach epidemii już nawet z otwieranej lodówki. Ale.. (a wiem to na pewno, bo wiele lat miałam okazję i przyjemność z nim pracować zawodowo, a nawet odkryć go dla mediów lata temu, jeszcze w „Życiu” z kropką) to dobrze, że był on. Bo się zna. I jako ekspert był nie tylko niezmordowany, ale także kompetentny. Więc i ja poprosiłam go o kilka „setek” do swojego drugiego koronawirusowego tekstu w Tygodniku TVP.

 

Po drugie, jeśli dobrze rozumiem, media papierowe udostępniają najczęściej poradniki tego typu w ramach nawet najtańszej internetowej prenumeraty lub jako wkładkę do zakupionego numeru papierowego. Nie ma rozdawnictwa… trochę szkoda, bo była okazja, żeby realnie zrobić coś dobrego, ewentualnie znajdując na to sponsora. Choć rozumiem, że nikomu się w mediach tradycyjnych nie przelewa. A czasy idą ciężkie, więc z reklamodawcami kłopot. To nawet prowokowało niedawno właścicieli tych i owych mediów prywatnych do wzywania rządu do zakończenia walki z epidemią i zniesienia narodowej kwarantanny. Ponieważ jako epidemiolog nigdy nie uczyłam fachowców, jak wydawać gazety, a właścicieli sporych zasobów, jak wydawać pieniądze, to myślę, że i epidemiolodzy niewiele powinni sobie robić z takich luźnych uwag właścicieli gazet i pieniędzy. I dobrze. Każdy jest ekspertem w swoim fachu.

 

Dlatego, nie czynię z tego jakiegoś kolosalnego zarzutu, po prostu stwierdzam fakt. Owszem, wiele mediów podjęło decyzję, by swoje teksty „związane z koronawirusem” wydostać dla czytelników zza paywalla, ale niekoniecznie są to teksty poradnikowe. A te by się przydały społeczeństwu najbardziej. No, ale w końcu nie wszystkie media są publiczne – to owe mają „ogarniać” tematy palące społecznie i dostarczać informacji „za darmo”. Znaczy za abonamenty i „dotacje”. I tak jest. Śmiem twierdzić, że misja jest wypełniana. Także wielkie portale internetowe, które zawsze dostarczają materiałów za to, iż godzimy się wchłonąć pewna dawkę reklam, naprawdę dały rady.

 

Wprawdzie czasem na antenie, ekranie czy monitorze pani lekarz weterynarii przekonuje nas, że posiadanie psa może nas zabezpieczyć przed koronawirusem, bo „właściciele zwierząt mają wyższą odporność” (no mają, ale to dość skomplikowany proces i ja bym dzisiaj raczej nie kupowała psa, żeby uniknąć zakażenia SARS-CoV-2, a jakby tyle z tego mógł zrozumieć widz). Jednak jeśli ktoś jest zaproszony jako ekspert, to przyjmujemy, że nim jest. Co niejako zwalnia dziennikarza z zadawania własnych pytań czy posługiwania się własnym zdrowym rozsądkiem i komentarza.  Dziennikarz jest tu właściwie wyłącznie od przekazywania pytań z poczty elektronicznej od widzów, a szkoda. Tyle umiałaby – i często wdzięczniej – zrobić hostessa.

 

Jeszcze trudniej nam takie sytuacje zaakceptować, gdy zamiast weterynarza jest ekspert-seksuolog. I próbuje jakoś dać nam wszystkim nadzieję na miłość w czasach zarazy, a nawet opowiada, że ryzyko istnieje i jest wysokie, ale przecież są zabezpieczenia, takie jak np. stosowane w przypadku profilaktyki HIV. A dziennikarz nie pyta przytomnie, jak mianowicie uprawiać seks (ale nie że „wirtualnie” przez telefon czy jakiś komunikator internetowy) w odległości co najmniej metra od partnera. Może się krępuje na antenie? To nie trzeba było robić odcinka na ten temat.  Aczkolwiek, jak jest z tą miłością, można doczytać, informacji nie brak.

 

Porady dotyczące zakupów, jedzenia „na wynos”, prania, dezynfekcji, radzenia sobie z izolacją, a nawet korzystania z maseczek (choć tu, jak bywa wśród ekspertów, jeden mówi tak, a inny owak, powstają nowe analizy naukowe, sprawa jest, jak to się mówi w prokuraturze – rozwojowa) są naprawdę klarowne, wystarczająco szczegółowe, poprawne merytorycznie. I to jest fakt, gdzie nie spojrzałam.

 

Generalnie wszyscy, nawet WHO (czego dowiodła tzw. „afera ibupromowa”, gdzie wg WHO ów niesterydowy lek przeciwzapalny jest rekomendowany w czasie pandemii COVID-19 dnia 17 marca, 18 trochę jednak nie jest rekomendowany, 19 jednak nie jest rekomendowany, a 20 znów nie ma naukowych podstaw, by go nie rekomendować)  jesteśmy teraz trochę pogubieni. Jedni (znacznie) więcej, inni mniej. I choć nie zrobiłam tu kwerendy tabloidów ani rozlicznych internetowych telewizji, gdzie pojawiają się gwiazdy leczenia wszelkich chorób wieloskrętną witaminą w kombinacji z wybielaczem i DMSO dożylnie oraz wietrzący „spizeg” zawodowi napotykacze UFO w stogach siana, mam wrażenie, że poradnictwo na czas zarazy jest OK.

 

Media pomagają ludziom jakoś znaleźć się w tej nowej sytuacji i przeszły szybki, acz podstawowy, kurs wirusologii, epidemiologii i kontroli zakażeń. No i pozyskały do swoich poradników ekspertów, najczęściej naprawdę dobrych, od życia w tych ciężkich czasach. Gorzej z nauką, czyli wyjaśnianiem działania leków, poszukiwania szczepionek, niewidzialnego działania wirusów etc. To by pozwoliło ludziom zrozumieć, że szczepionki ani nowego skutecznego leku nie będzie za miesiąc. Może ich nie być nawet za pół roku czy rok. Szczepionki może nie być nigdy. No ale to już na zupełnie inną opowieść o dziennikarskiej wyobraźni, wiedzy  i rzetelności.

 

Przeżyją, ale nie wszyscy – z Kijowa PAWEŁ BOBOŁOWICZ o ukraińskich mediach w czasie zarazy

Konieczność zmiany metod pracy, dbałość o zdrowie pracowników i gości, ale także zagrożenie utrzymania się na rynku – to największe wyzwania dla ukraińskich mediów w dobie epidemii Covid-19. Zaraza to nie tylko wirus, ale także skutki ekonomiczne, które mogą dotknąć redakcje wszystkich rodzajów mediów

 

Koronawirus zmienia także branżę medialną na Ukrainie. Najgłębsze zmiany dotykają gazety. Papierowe wydania przenoszą się do Internetu – zazwyczaj zapowiadając powrót po epidemii. Niektórzy z dziennikarzy sądzą, że powrót niektórych wydań może jednak nie nastąpić. Pracownik redakcji jednego z większych ukraińskich tygodników opinii, zastrzegając sobie anonimowość, relacjonuje: „Większość pracowników zostało wysłanych na bezpłatne urlopy, dział składu i opracowania graficznego prawie cały zwolniono. Część redaktorów i dziennikarzy także zostało bez pracy. Ci, którzy pozostali, pracują tylko na utrzymanie strony internetowej, ale i ich wypłaty spływają z opóźnieniem”. I chociaż opóźnianie wypłat, nawet bez epidemii, nie jest niczym nadzwyczajnym nie tylko na ukraińskim rynku medialnym, to jednak zwalnianie pracowników w takim okresie świadczy o złej sytuacji finansowej niektórych mediów. Ich pracownicy wymieniają się opiniami i swoimi obawami na specjalnych kanałach w komunikatorze Telegram. Użytkownicy piszą o dramatycznym spadku z wpływów z reklam i o planach zamknięcia mniejszych mediów. Jeden z wpisów kończy się stwierdzeniem: „Będzie boleśnie, przeżyją, ale nie wszyscy”.

 

Portal Liga.net nie ukrywa swojej skomplikowanej sytuacji. Po wejściu na stronę wydania pojawia się apel sygnowany przez redaktora naczelnego Borysa Dawydenkę: „Przez 23 lata Liga.net przekazywała wam rzetelne informacje. Bardzo chcemy to robić nadal […]. Mamy jednak problem: nasze dochody z reklam w ciągu tygodnia kwarantanny spadły o połowę.” Portal prosi swoich użytkowników o dobrowolne wpłaty, bo bez nich nie da rady długo się utrzymać

 

Jednocześnie 30 marca „Forbes” ogłosił, że wiosną powróci na rynek ukraiński, a wersja online „Forbes Ukraina” pojawi się w drugiej połowie roku. Jak przypomina portal Detector Media ukraiński „Forbes” był już wydawany w lokalnej wersji na Ukrainie od stycznia 2011 do stycznia 2017 roku, a zatem szykuje się teraz powrót amerykańskiego dwutygodnika po ponad trzyletniej przerwie. Data ogłoszenia zapowiedzi powrotu wskazuje, że epidemia koronawirusa nie powinna pokrzyżować planów wydawniczych.

 

Bez gości na żywo w studiu

 

O wpływie epidemii na działanie Radia NW, specjalnie dla portalu sdp.pl mówi dziennikarz i prezenter Dmytro Tuzow wskazując na konieczność przejścia na pracę zdalną, zmniejszenia programów na żywo z udziałem gości w studiu, czy dokonywania nagrań w improwizowanych studiach w domu: „Eksperymentujemy z domową akustyką. W polepszeniu jakości dźwięku pomaga taki prosty sposób jak narzuta z tkaniny, czy kołdra podczas nagrania. Prosty sposób, który wygłusza echo ścian. Wywiady nagrywamy przez różne komunikatory, telefon”. Radio bez większych zmian na razie pozostawia najbardziej rozpoznawalne bloki; poranny i wieczorny, ale i tu goście uczestniczą w programie za pomocą komunikatorów internetowych i telefonu. Tuzow przypomina o konieczności dezynfekcji miejsc pracy, komputerów, klawiatur, myszek, klamek i wszystkiego czego można się dotknąć. Każdy prowadzący otrzymał też osobistą nakładę na  mikrofon. Radio NW należy do Holdingu Dragon Capital, którego dyrektorem generalnym i kluczową postacią jest Czech Tomas Fiala.

 

Zmiany dotknęły też telewizje informacyjne. Kanał telewizyjny Priamyj wiązany z osobą byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki w 90 procentach opiera się o programy na żywo. W rozmowie z portalem sdp.pl dziennikarka i prowadząca tego kanału, jedna z najbardziej rozpoznawalnych jego twarzy Lejla Mamedowa mówi o zmianach w realizacji programu: „Na  przykład w moim wieczornym programie na żywo było stale ośmiu gości, prawie 70 widzów na sali. Nie zapominajmy o grupie realizacyjnej w pawilonie. Ogółem prawie 150 osób. Od połowy marca pracujemy bez widzów w studiu, a teraz jeszcze i bez gości. Kontaktujemy się z nimi przez skypa.”. Mamedowa twierdzi, że ten czas zmienił ich pracę, ale całkowicie nie można jej zatrzymać i nikt nie ma takiego prawa. Reporterzy kanału pracują także w terenie m.in. w wydzielonym pomieszczeniu ukraińskiej Rady Najwyższej i pod nią, gdzie najczęściej można uzyskać komentarz od ukraińskich parlamentarzystów, czy też przedstawicieli rządu, a nawet prezydenta Zełenskiego.

 

Ukraińska telewizja Espreso TV powstała w ciężkim czasie Rewolucji Godności i od razu przebiła się ze swoimi transmisjami na żywo z kijowskiego Majdanu. Espreso oglądano nie tylko na Ukrainie – transmisje były śledzone na całym świecie, także w Polsce. Kanał od tamtego czasu stale rozbudowywał swoją ofertę programową. „Bojowe” doświadczenie jednak nie uchroniło telewizji przed problemami epidemii. Maria Hurska, dyrektor programowy, dziennikarz i współprowadząca z Witalijem Portnikowem jeden z najbardziej rozpoznawalnych programów kanału „Sobotni klub polityczny”: „Od dwóch tygodni wszystkie działy menadżerskie są na kwarantannie. Pracujemy online i tak jak na całym świecie doceniamy takie komunikatory jak Skype, Zoom, whatsapp i inne [..] Pracuje tylko dział wiadomości i główny redaktor. Ja przyjeżdżam jako dziennikarz i prowadzący tylko w czwartki i piątki, gdy mam emisję moich programów. Ochrona mierzy temperaturę przy wejściu i wyjściu, wszędzie stoją płyny dezynfekujące, pomieszczenia są oczyszczane lampą kwarcową”. Hurska w tych dniach miała być na corocznej konferencji telewizyjnej we francuskim Cannes, oczywiście konferencja zostało odwołana: „Spotkania odbywają się online, a w samym Pałacu Festiwalowym, gdzie miała być konferencja, gdzie po czerwonych dywanach chodzą zazwyczaj gwiazdy kina i telewizji, zorganizowano noclegownie dla bezdomnych”. Kanał wstrzymał produkcję programów lifestylowych, historycznych, śledztwa dziennikarskie. Pracownicy są na płatnych urlopach i czekają na powrót do normalności.

 

Polscy korespondenci w czasach epidemii

 

Wszyscy stali polscy korespondenci pomimo epidemii i złych prognoz jej rozwoju na  Ukrainie pozostali w tym kraju i kontynuują swoją pracę. Piotr Andrusieczko, dziennikarz „Gazety Wyborczej” i Outriders zauważa, że niektóre elementy jego pracy są takie jak zawsze: moje miejsce pracy się nie zmieniło, to dalej moje biurko w mieszkaniu i tak samo jak do tej pory kontaktuję się z redakcjami, z którymi współpracuję (mail, telefon, komunikatory). Zasadnicza różnica wynika częściowo z wprowadzonych ograniczeń – np. zawieszone konferencje prasowe, itd. I ja sam ograniczyłem spotkania osobiste – to trochę podobna sytuacja do pracy na wojnie. Nie chodzi tylko o twoje bezpieczeństwo, ale żeby też nie narażać innych. Ale oczywiście w naszym przypadku nie ma mowy o pełnej kwarantannie/samoizolacji (oczywiście dopóki jesteśmy zdrowi). Ja muszę wiedzieć co się dzieje na ulicach, w sklepach, jak wygląda zaopatrzenie, czy są dostępne, czy nie środki ochrony w aptekach, jak działa komunikacja, banki, infrastruktura itd. Czyli musze być na ulicy”. Dziennikarz zwraca uwagę na brak w sprzedaży odpowiedniego sprzętu osobistej ochrony, np. maseczek oraz deficyt respiratorów w szpitalach.

 

Warto zauważyć, że w Kijowie wstrzymano pracę metra, a naziemne środki komunikacji są dostępne tylko dla pracowników krytycznej infrastruktury. Jako takich uznano także dziennikarzy – redakcje mogą się zwracać się do administracji Kijowa o wydanie specjalnych przepustek.

 

Dla niektórych dziennikarzy czas kwarantanny jednak stał się chwilą do wypróbowania sił w nowych formach dziennikarskich. W mediach społecznościowych wręcz kwitną rożnego rodzaju blogi – nie zawsze mające charakter „dziennika kwarantanny”, czasem wręcz znani dziennikarze sięgają po bardziej osobistą formę opowieści o otaczającej rzeczywistości.

 

Polski dziennikarz i producent filmowy Marek Sierant, który od 6 lat mieszkają w Kijowie, postanowił wykorzystać sytuację z koronawirusem do rozpoczęcia działalności własnego videobloga East Side View: „Od dawna planowałem stworzeniem bloga, mam doświadczenie i dziennikarskie, i producenckie. Ale faktycznie pomyślałem że teraz to jest ten dobry moment. Właśnie teraz, kiedy mamy więcej czasu, jest kwarantanna, mogę pokazać więcej niż normalnie. Mam już kilka zaplanowanych tematów, które zainteresują widzów na YouTube, które normalnie nie znajdą się w mainstreamie” Sierant w pierwszych częściach bloga opowiada o Kijowie w czasie epidemii i skandalach związanych z osobami z ukraińskich władz. Jednocześnie podkreśla, że ta tendencja poszukiwania dziennikarskiej aktywności w Internecie może mieć bardziej stały charakter: „Zapewne wiele rożnych usług na trwałe przejdzie w format online. I jakaś cześć osób, które teraz stworzyły swoje videoblogi będzie to kontynuować. Twórcy videoblogów, gdy zobaczą, że ludziom się to podoba, że to jest ciekawe, poczują adrenalinę, będą chcieli robić to dalej”.

 

Ten czas oczywiście dotyka nas wszystkich. Ja też musiałem zmienić swoje metody pracy i swoje mieszkanie, które stało się też kijowskim studiem Radia Wnet, opuszczam tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne.  Pisząc ten artykuł pierwszy raz, z wyjątkiem jednej osoby, nie spotkałem się osobiście z moimi rozmówcami. Wypowiedzi otrzymałem przez różnego rodzaju komunikatory, telefon. Bezpieczniej dla zdrowia, ale jednocześnie mniej ciekawie, z dużą dozą niedosytu…

 

 

Paweł Bobołowicz z Kijowa, Radio Wnet

 

 

Polowanie na czarownice – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o kryzysie medialnym na przykładzie „Zdrowia Bez Leków”

Czy mediów może dotyczyć kryzys medialny? Jak sobie z nim radzić? Czego uczy nas przypadek „Zdrowia Bez Leków”?

 

Czy można wycofać ze sprzedaży miesięcznik ze względu na kontrowersyjną wypowiedź felietonisty, która nie ukazała się na łamach pisma? Brzmi to zaskakująco, ale jak pokazują ostatnie wydarzenia można. Los taki spotkał miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”, wydawany przez łódzki Mediacom Press, mający jak na polskie realia całkiem niezłą sprzedaż, przekraczającą 40 000 egzemplarzy. Zgodnie z deklaracją pismo powstało „z myślą o osobach świadomych tego, że nasze własne zdrowie i uroda w dużej mierze zależą od nas samych”. Do osiągnięcia celu, jakim jest zdrowe życie, prowadzić ma m.in.„profilaktyka zdrowotna, świadomość i wiedza z zakresu podstaw medycyny (…)”[1]. Pismo propaguje: „zdrowy styl życia, odpowiednie diety i aktywność”. Ukazały się w nim artykuły traktujące na przykład o ziołach ojca Klimuszki, apteczce naszych babć, sposobach, z jakich korzystają gwiazdy ekranu, by zachować młodość, domowej uprawie kiełków, czy pozytywnym wpływie promieni słonecznych. W czerwcu 2018 roku na okładce pojawiła się pierwszy raz zapowiedź felietonu Jerzego Zięby, która odtąd regularnie gościła w tym miejscu aż do marca 2020 roku. On sam pojawił się też na okładce numeru z czerwca ubiegłego roku, pokazany w oku celownika. Widniejący obok napis brzmiał: „Sezon polowań na Ziębę[2].

 

„Kowal zawinił a Cygana powiesili”?

 

Dyskusje na temat poglądów Jerzego Zięby nieraz elektryzowały polskie media społecznościowe. Na swoim facebookowym profilu (obserwowanym przez ponad 75 000 osób, prowadzony przez Ziębę fanpage UkryteTerapie polubiło ponad 300.000 użytkowników tego serwisu[3]) zauważył m.in., że połączenie dużych dawek witaminy C z perhydrolem (silny środek utleniający stosowany w przemyśle chemicznym) może być skutecznym lekiem na COVID-19. W sprawie tych opinii oficjalne oświadczenie wydali 14 lutego 2020 r. Główny Inspektor Sanitarny i Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Czytamy w nim m.in.: „oświadczamy, że informacje upowszechniane na ww. stronach internetowych w związku z zagrożeniem ze strony nowego koronawirusa stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Stanowczo podkreślamy, iż informacje te nie są poparte badaniami naukowymi i uznaną wiedzą medyczną[4]. Spowodowało to zintensyfikowanie działań, zmierzających do usunięcia publikacji Zięby z rynku. W pierwszej kolejności zablokowana została sprzedaż książek na Allegro, o czym informowały m.in. Wirtualnemedia[5].

 

„Kolejny cios w Jerzego Ziębę”

 

Tak zaczyna się tytuł artykułu portalu Wirtualna Polska (WP Tech) informujący o tym, że Carrefour, Biedronka i Empik wycofały ze sprzedaży miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”[6]. Chwilę później podobnie postąpiła Poczta Polska. EMPIK powiadomił przy tym, że wstrzymuje sprzedaż do czasu wyjaśnienia, czy na łamach pisma dochodziło do łamania prawa, a Poczta Polska dodała, że za treści kolportowanych pism nie odpowiada[7]. Tymczasem:

 

Jerzy Zięba nie jest ani udziałowcem wydawnictwa, ani członkiem redakcji – informuje nas Grzegorz Tamecki prezes zarządu spółki wydającej miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”. – To jeden z grona kilkudziesięciu autorów, którzy publikują w naszym miesięczniku. Co istotne pisał u nas felietony, a nie artykuły zawierające przepisy medyczne, promocję produktów leczniczych, czy konkretne porady zdrowotne.

 

Jak więc doszło do wycofania ze sprzedaży pisma u kilku dystrybutorów?

 

Oberwaliśmy rykoszetem – dodaje ze smutkiem Grzegorz Tamecki. – Opinie, w których efekcie „Zdrowie Bez Leków” zostało wycofane z oferty części sprzedawców, nie pojawiły się na naszych łamach. Sytuacja jest dla nas trudna do zrozumienia. Aczkolwiek należy pamiętać, że zajmujemy się ludzkim zdrowiem, wspieramy postawy prozdrowotne, aktywny tryb życia. To są kwestie, w których sprzedawcy woleli zablokować sprzedaż i rozpoznać sprawę, niż narazić swoich klientów na szwank. Chodzi nam jednak dokładnie o to samo – o zdrowie Polaków – co, jestem o tym głęboko przekonany, szybko zdołamy udowodnić.

 

Jak poradzić sobie z kryzysem

 

Czy kryzys medialny może dotyczyć mediów? Oczywiście, tak samo jak wszystkich innych organizacji. Jak redakcje radzą sobie w sytuacjach kryzysowych? Z reguły w sposób odległy od wypracowanych przez branżę Public Relations standardów. Uznany ekspert z tego zakresu Adam Łaszyn właściciel AlertMedia stworzył wiele lat temu schemat postępowania, znany jako 5P. Warto przytoczyć tę metodę w tym miejscu:

 

  • Przykrość wyraź – w pierwszej fazie kryzysu warto wyrazić żal, że doszło do niekorzystnych zdarzeń,
  • Przyznaj się – do błędów lub niekorzystnych okoliczności jeśli takowe istnieją,
  • Przeciwdziałaj – zapobiegaj rozprzestrzenianiu się kryzysu,
  • Popraw się – popraw siebie (i organizację) – zreformuj się tak, by podobne zdarzenia się nie powtórzyły,
  • Powetuj straty – wynagródź szkody… bo ludzie lubią prezenty[8].

 

Jak to wyglądało w przypadku „Zdrowia Bez Leków”? Duże znaczenie ma aktywność na początku kryzysu. Tymczasem Wirtualnemedia w pierwszym artykule na ten temat poinformowały: „Redakcja nie odpowiedziała na nasze pytanie (…)”[9]. To błąd, ponieważ zrezygnowano na przedstawienie na samym początku własnego punktu widzenia, czy zwrócenia uwagi, że opublikowany w marcu (ten numer wycofywano ze sprzedaży) felieton Zięby, jest czymś zupełnie innym, niż jego aktywność na Facebooku i głoszone tam poglądy. Zabrakło również początkowo kontaktu ze strony wydawcy. Takie sytuacje zawsze irytują dziennikarzy, przeciągając ich przychylność na drugą stronę, a w czytelnikach wywołują wizję sceny z filmu „Psy” z paleniem akt Służby Bezpieczeństwa PRL. Słowem: milczą, więc mataczą! Warto zauważyć, że w momencie pierwszej publikacji Wirtualnychmediów decyzji o wstrzymaniu sprzedaży nie podjęły jeszcze Poczta Polska i EMPIK.

 

Kryzys znaczy konflikt

 

Adam Łaszyn zwraca uwagę, że kryzys medialny to konflikt, który odgrywa się na oczach widzów, słuchaczy lub czytelników. W tym wypadku trudno jednak wskazać „Zdrowie Bez Leków” jako stronę potencjalnego sporu. Zapytany o zdanie wyraził następującą opinię:

 

– Historia wielokrotnie udowodniła, że w okresie zarazy i pomorów (nawet jeśli odbywają się głównie w sferze percepcyjnej a nie rzeczywistej) szczególnie często dochodzi do polowań na czarownice. I na pewno ten mechanizm wciąż ma się dobrze w czasach współczesnych. A taki wynalazek jak media społecznościowe tryby tego odwiecznego mechanizmu ostatnio bardzo silnie naoliwiły – młyny hejtu mielą teraz szczególnie silnie i szybko. Jerzy Zięba, z podobnymi sobie apostołami alternatywnego podejścia do medycznego rozsądku, zapewne jest ofiarą takiej nagonki – odpowiada, odnosząc się do wątku głównego, czyli wypowiedzi Jerzego Zięby zawartej w jego kanałach społecznościowych i jej konsekwencji (zablokowanie sprzedaży książek na Allegro etc.). – Jeżeli nawet Główny Inspektor Sanitarny wydał odrębne oświadczenie obnażające „niekompetencje” Zięby jak i zagrożenie jego „cudownej wiedzy”, to dziwna byłaby inna reakcja Biedronki, Carrefoura, czy Allegro.

 

„Popraw siebie i organizację; powetuj straty”

 

Nietrudno zauważyć, że „Zdrowie Bez Leków” nie straciło zaufania czytelników, ale części dystrybutorów. Jak zamierzają naprawić te relacje i przekonać firmy, z którymi współpracowali do tej pory?

 

Postanowiliśmy powołać Radę Naukową – informuje Tamecki. – Dotychczas wydawało nam się, że skoro publikują u nas dyplomowani lekarze, to wystarczy do tego, żeby mieć zaufanie do treści, które rozpowszechniamy. Ostatnie wydarzenia pokazują, że to za mało. Od dawna współpracujemy z przedstawicielami środowiska naukowego. Liczmy, że powołanie Rady i przedstawienie jej składu pozwoli nam szybko odzyskać zablokowane kanały dystrybucji. Zawiesiliśmy też współpracę z Jerzym Ziębą[10].To była obustronna decyzja – dodaje.

 


[1]https://www.zdrowiebezlekow.pl/o_nas/ – dostęp 30.03.2020 r.

[2]https://www.zdrowiebezlekow.pl/archiwalne-numery/ – dostęp 30.03.2020 r.

[3]https://www.facebook.com/ukryteterapie – dostęp 30.03.2020 r.

[4]https://gis.gov.pl/aktualnosci/oswiadczenie-glownego-inspektora-sanitarnego-i-prezesa-naczelnej-rady-lekarskiej/ – dostęp 30.03.2020 r.

[5]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zdrowie-bez-lekow-wycofane-z-biedronki-i-carrefoura-allegro-usuwa-oferty-z-ksiazkami-jerzego-zieby – dostęp 30.03.2020 r.

[6]https://tech.wp.pl/kolejny-cios-w-jerzego-ziebe-empik-wstrzymuje-sprzedaz-miesiecznika-zdrowie-bez-lekow-6492383974709377a – dostęp 30.03.2020 r.

[7]

[8]https://www.facebook.com/alertmedia/photos/a.110792315613260/2370637522962050/?type=3&theater – dostęp 30.03.2020 r.

[9]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zdrowie-bez-lekow-wycofane-z-biedronki-i-carrefoura-allegro-usuwa-oferty-z-ksiazkami-jerzego-zieby – dostęp 30.03.2020.

[10]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/jerzy-zieba-zawiesil-wspolprace-ze-zdrowiem-bez-lekow-wydawca-pisma-rezygnacja-ze-sprzedazy-jest-bezprawna – dostęp 30.03.2020 r.

Potrzebny jest program pomocy mediom – uważa ŁUKASZ WARZECHA

Dziennikarze będą jedną z najciężej dotkniętych pandemią grup – nie ma co do tego wątpliwości. Nie w sensie medycznym, ale życiowym i finansowym. Media, które nie są podczepione pod rządowy kurek z pieniędzmi (choć w jakimś stopniu nawet te), już zaczęły ciąć zatrudnienie i wynagrodzenia. Jeśli kończy się tylko na tym drugim wariancie, to i tak nieźle. Działa tu elementarny łańcuszek ekonomiczny – i będzie gorzej.

 

Media żyją z dwóch źródeł: reklamy i sprzedaży (w przypadku tych drukowanych, choć druk należy dzisiaj traktować czysto umownie). Są jeszcze media publiczne, które dzięki podpisowi prezydenta, złożonemu tuż przed zamknięciem państwa, mają zapewnione finansowanie. Reklama w zasadzie padła, jest bowiem nieodmienną prawidłowością, że wydatki marketingowe są w trudnej sytuacji ścinane jako pierwsze. Posypały się w związku z tym budżety nawet dużych medialnych organizacji, w tym tych, które nie zależą od sprzedaży, bo dla nich reklama jest podstawowym źródłem utrzymania.

 

Tąpnięcie sprzedaży dobija natomiast gazety wszelkiego rodzaju. Dramatyczne skutki miało zamknięcie niemal w całości centrów handlowych, a w wyniku niedopracowanego i niezrozumiałego rozporządzenia – w pierwszym momencie również znajdujących się tam saloników prasowych. Rozporządzenie zmieniono dopiero po interwencji Izby Wydawców Prasy, ale wiadomo, że i tak ruch w tych punktach jest minimalny. A przecież sytuacja mediów drukowanych i tak była już wcześniej fatalna, między innymi w związku z katastrofą Ruchu.

 

Ogromna część dziennikarzy nie ma umów o pracę. Pracują na umowach o dzieło, a więc nie przysługują im standardowe zabezpieczenia. Nie mam z tym problemu i nigdy nie miałem – sam tak pracuję przez całe życie i nie chciałbym tego zmieniać. Nawet teraz nie uważam, żeby umowa o pracę w jakikolwiek istotny sposób zabezpieczała moje interesy. Jednak od początku epidemii staram się wybiegać w przyszłość i zastanawiać się, jakie będą długoterminowe konsekwencje tego, co się teraz dzieje. I tu, niestety, trudno być optymistą.

 

Odnotować trzeba przede wszystkim głupią, plemienną satysfakcję części odbiorców, radujących się problemami mediów, których nie lubią. Jakaś grupa była zachwycona tym, że „Wprost” i mój tytuł – „Do Rzeczy” – zostały zmuszone okolicznościami do wydania numerów w formie jedynie wirtualnej (kolejny, aktualny numer „Do Rzeczy” jest znów również w papierze), zaś „Wprost” po tym ciosie już się nie podniosło. Inna grupa była szczęśliwa, gdy zdecydowano się zamknąć kina, bo przecież Helios to Agora, a Agora to „Wyborcza” i oby padła jak najszybciej!

 

Z tego tonu wyłamywały się nieliczne osoby – jak choćby Wojciech Czuchnowski, który na Twitterze, ku zgrozie zatwardziałych antypisowców, zauważył, że ta tonacja mściwej satysfakcji jest bardzo smutna, bo media są w debacie publicznej potrzebne, również te, z którymi się nie zgadzamy.

 

Podzielam ten pogląd, przy czym epidemia i związana z nią zapaść gospodarcza będzie tu miała głębsze konsekwencje. Najstabilniejsza jest bowiem sytuacja mediów państwowych, które są mocno zaangażowane w walkę polityczną – a to one, dzięki państwowej dotacji, wyjdą z kryzysu obronną ręką. Powinny sobie też poradzić największe prywatne podmioty mediów elektronicznych, choć i tam cięte są budżety. Najtrudniej będzie mediom słowa pisanego, które z natury rzeczy są najbardziej analityczne, zwłaszcza w segmencie tygodników. Fatalna będzie sytuacja niezależnych, małych podmiotów, działających na pograniczu think-tanku i medium. Te żyją w jakiejś części z publicznych grantów, ale częściej te prawdziwie niezależne – z pieniędzy z darowizn, 1 procenta, datków. Jasne jest natomiast, że tego typu wydatki to pierwsze, co się ogranicza, gdy trzeba robić oszczędności – a będą je musieli robić wszyscy konsumenci. Również 1 procent będzie znacząco niższy – jeszcze nie w tym roku, ale w kolejnym już tak. I to będzie dramatyczny spadek.

 

To oznacza, że pewnego rodzaju dziennikarstwa, informacji, publicystyki będziemy mieli więcej, a innej mniej. Mniej będzie akurat tej bardziej wnikliwej, pobudzającej do wątpliwości i myślenia; więcej – tej propagandowej, uproszczonej, bo taki jest na ogół przekaz mediów elektronicznych. Najmocniejsza będzie wsparta publicznymi pieniędzmi pozycja mediów państwowych z ich prorządową narracją, kontrowana przez media elektroniczne rządowi wrogie. I to jest bardzo zła wiadomość.

 

Wygląda na to, że tworząc swoją „tarczę antykryzysową”, a właściwie tarczkę (bo jej zakres i oferowane możliwości są bardzo wąskie i mocno niewystarczające), rząd tego sektora kompletnie nie wziął pod uwagę. To powinna być inicjatywa Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale chyba nie ma w tym urzędzie refleksji na ten temat.

 

Media mogą oczywiście skorzystać z pomocy na takiej samej zasadzie jak wszystkie inne firmy, ale przecież mają jednak szczególną funkcję i swoją specyfikę działania. Z drugiej strony nikt nie powinien zakładać, że będą ratowane tak, jak dofinansowuje się media państwowe. Powinny jednak powstać instrumenty pomocowe, skierowane specjalnie do nich – i to bez różnicy, czy mówimy o mediach prorządowych czy antyrządowych, analitycznych czy popularnych. To kwestia ocalenia już nawet nie jakości debaty publicznej, ale samej debaty.

 

Dla każdego, kto kojarzy, jak działa gospodarka, jasne jest, że problem z epidemicznym kryzysem ma dwa wątki. Pierwszy, bieżący, to podtrzymanie zatrudnienia i płynności firm, które zmuszone są do przestoju, często w wyniku decyzji administracji rządowej. Drugi, który pojawi się później, kiedy już będzie można wznawiać działalność, to popyt, który będzie dramatycznie ograniczony, ponieważ znacznie biedniejsi niż przed kryzysem konsumenci będą redukować do minimum swoje wydatki. Zarobią ci, którzy działają w branżach pierwszej potrzeby – na przykład w handlu spożywczym czy produkcji żywności – ale już nie ci, którzy produkują na przykład elektronikę użytkową czy handlują samochodami. Media, za które trzeba zapłacić, będą tutaj ostatnie w kolejce wydatków. I nawet agresywna redystrybucja (pomysł sam w sobie wątpliwy) niewiele by tu zmieniła.

 

W bardzo wielu programach pomocowych – ale niestety nie w polskim – ważne miejsce zajmuje uruchomienie pieniędzy pozwalających na podtrzymanie działalności. Nie w formie grantów, ale w postaci łatwo dostępnego i taniego kredytu. To jest oczywiście czynnik proinflacyjny, ale ekonomiści chyba słusznie wierzą, że inflacja nie będzie tu dużym problemem, ponieważ przy dramatycznym spadku popytu wzrost cen wydaje się mało prawdopodobny.

 

Tak czy owak, brakuje programu, który na takiej właśnie zasadzie dawałby mediom, szczególnie tym najbardziej narażonym na skutki kryzysu, szansę przetrwania, z uwzględnieniem ich całej specyfiki – w tym specyfiki tych najmniejszych, dotychczas działających tylko za sprawą hojności ich czytelników. To dziś może się wydawać mało istotne, ale właśnie już teraz powinniśmy myśleć o tym, jak będzie zorganizowany świat po epidemii.

 

Łukasz Warzecha

Epidemia nie zabije prasy papierowej – rozmowa z ERYKIEM MISTEWICZEM, prezesem Instytutu Nowych Mediów

Nie boję się o ostre, zdecydowane, wyraziste tytuły lewicowe i prawicowe. „Gazeta Wyborcza” i tygodnik „Sieci” najłatwiej przejdą przez kryzys – mówi Eryk Mistewicz, prezes Instytutu Nowych Mediów, wydającego m.in. miesięcznik opinii „Wszystko Co Najważniejsze”.

 

Po 38 latach tygodnik „Wprost” przestaje ukazywać  się w formie papierowej, będzie teraz dostępny wyłącznie w wersji cyfrowej. Inny tygodnik wydawany przez tę grupę kapitałową, „Do Rzeczy” zawiesił na tydzień wydawanie wersji drukowanej. Czy to koniec prasy papierowej?

 

Zdecydowanie, ale to bardzo zdecydowanie: nie. Do końca prasy papierowej jeszcze daleko. Oczywiście pozostanie w domu w tym czasie, do czego wszyscy odpowiedzialni ludzie zachęcają, przełoży się z czasem na zamknięcie ostatnich punktów dystrybucji prasy wydawanej w papierze. Epidemia wpłynie na wiele aktywności. Ale wierzę, że tak jak po chwilowej przerwie filharmonicy wrócą do koncertowania, tak również dziennikarze i wydawcy prasy wrócą do tego, na czym znają się najlepiej. Koronawirus osłabi wydawców prasy papierowej, którzy nie mają do końca przemyślanego modelu biznesowego. Może też uderzyć w najsłabsze wydawnictwa. Ale daleki byłbym od twierdzenia, że epidemia zabije papierową prasę na świecie, w Europie czy w Polsce.

 

Zamykanie kiosków uderzy w prasę codzienną?

 

Tak, kioski będą zamykane, ponieważ coraz mniej ludzi będzie na ulicach. I bardzo dobrze. Zamknięcie kiosków będzie dla prasy świeckiej tym, czym jest ograniczenie liczby wiernych na Mszach św. dla prasy katolickiej.

 

Symbolem problemów prasy katolickiej jest to, że po raz drugi w historii przestało ukazywać się papierowe wydanie watykańskiego dziennika „L’Osservatore Romano”. Czy prasa katolicka może ten moment kryzysu wykorzystać?

 

Prasa katolicka przechodzi obecnie przyspieszony kurs obecności w sieci. Obserwuję z wielką uwagą, jak np. tygodniki „Idziemy” i „Niedziela” bardzo sprawnie przebudowują swoje zespoły redakcyjne i mocno osadzają się w Internecie. Wykorzystują czas epidemii, który może potrwać przecież i pół roku, do budowy silnej pozycji w sieci, a kiedy skończy się epidemia powrócą do dwóch wersji – internetowej i papierowej. Zyskają nowych czytelników, poszerzą bazę, zyskają wiedzę i nowe umiejętności zespołów – to plusy tej sytuacji.

 

Co zdecyduje o przetrwaniu konkretnych tytułów prasowych w czasie narodowej kwarantanny?

 

Odpowiedzialność. Łatwiej ten czas przetrwają tytuły prasy papierowej, które stawiają na odpowiedzialność za słowo przed swoimi czytelnikami. Z reguły są to tytuły prowadzone przez doświadczonych dziennikarzy starszej daty, przez ludzi wyrosłych w kulcie słowa, którzy uważają, że słowa muszą wyschnąć i nabrać mocy. W odróżnieniu od tych, którzy sądzą, że jeśli opublikują niesprawdzoną informację – najwyżej ją usuną. To jest siłą papieru i tym się on różni od Internetu. Oczywiście przez jakiś czas tytuły te będą musiały ograniczyć swoje zespoły redakcyjne i korzystać z pomocy publicznej, o której w środę na konferencji prasowej mówiła minister Jadwiga Emilewicz.  Później będą musiały odnaleźć się na rynku, podobnie, jak przedstawiciele innych branż.

 

Których tytułów już nie zobaczymy po ustaniu koronawirusa?

 

Sytuacja zdewastuje tytuły, które nie przykładają właściwej wagi do prawdy, odpowiedzialności, słowa oraz pisma, które żyją z dodatkowych wydarzeń, organizacji imprez, tzw. marketingu natywnego, czyli sprzedaży swojej powierzchni na teksty sponsorowane. Stracą  tytuły, którym trudno jest uzyskać realne, prawdziwe wsparcie czytelników. Obecny czas zweryfikuje rzeczywistość. Pokaże, za którymi tytułami stoją czytelnicy, a nie tylko reklamodawcy czy grupy interesów. Cyferki raportowane do reklamodawców, gdzie świadomie mylona jest liczba wydawnictw sprzedawanych i prenumerowanych z liczbą wydawnictw rozdawanych bezpłatnie nie mają obecnie znaczenia. Znamy przecież tytuły pism luksusowych, które raczej do nikogo nie docierają poza reklamodawcami i osobami wydającymi budżety reklamowe. Te bańki prasowe w momencie kryzysu przekładającego się na kryzys budżetów reklamowych po prostu pękną.

 

Za tymi tytułami nic nie idzie, żadna wartościowa ani interesująca treść.

 

Dlatego nikt za nimi nie będzie płakał, ani nikt nie będzie o nie walczył. Przetrwają tytuły odpowiedzialne i poważne oraz tytuły, które mają swoich zdecydowanych wyznawców. Gazety, bez których czytelnicy nie są w stanie funkcjonować w świecie, bo takich informacji, jakie daje im ich ulubione medium, nie jest im w stanie dać stacja telewizyjna, radio czy Internet. Zwyciężą tytuły prasowe, za którymi pójdą czytelnicy, którzy szukają powagi i odpowiedzialności. Nie boję się więc o ostre, zdecydowane, wyraziste tytuły lewicowe i prawicowe. „Gazeta Wyborcza” i tygodnik „Sieci” najłatwiej przejdą przez kryzys.

 

Rezygnacja albo zawieszenie wydań papierowych obniży wpływy z reklam. Dla niektórych tytułów może to być poważny problem. Spółki Skarbu Państwa nie muszą być zainteresowane reklamowaniem się za tak duże pieniądze, jak w prasie papierowej, w wydaniach cyfrowych.

 

Polska, Europa i kawałek świata zatrzymały się. Ludzie uprawiają ćwiczenia, bawią się z dziećmi, czytają książki, analizują, zastanawiają się, co będzie dalej. Ten czas utrzyma się jeszcze długo. Nie dwa, trzy tygodnie, ale co najmniej pół roku. Jest to też czas na przemyślenie kwestii dotyczących funkcjonowania wielu spraw, od organizacji służby zdrowia po funkcjonowanie mediów. Należy zastanowić się, jaką odpowiedzialność mają mieć media, a także, jaka jest granica pomiędzy cenzurowaniem mediów a ich obowiązkami wobec wspólnoty i państwa.

 

Jakie ma pan propozycje dotyczące funkcjonowania mediów?

 

Od lat popularyzuję w Polsce rozwiązania francuskie w tym względzie. Jest kilkanaście moich analiz o rozwiązaniach, które można zastosować nad Wisłą. Znajdują się w nich gotowe rozwiązania, również legislacyjne, zgodne – co bardzo ważne – z prawodawstwem europejskim. Francuskie media od lewalewej strony, od organu partii komunistycznej „L’Humanite”, do prawej – „La Croix” i „Le Figaro” – są oficjalne wspierane przez państwo. Z pieniędzy budżetowych dotowane są wszystkie tytuły wierne zasadom Republiki. Jest to ważne rozróżnienie, ponieważ pisma Frontu Narodowego  nie zaliczają się do tej kategorii. I jest to bardzo dobry model, który dawno już powinien być zastosowany w Polsce. Promując odpowiedzialne dziennikarstwo wysokiej jakości. Od lat powtarzam, że media, podobnie jak transport, Internet, służba wody, wodociągi i telekomunikacja powinny być uznane za infrastrukturę krytyczną.

 

Media powinny stanowić element bezpieczeństwa państwa?

 

To oczywiste. Stanowią przecież, jeśli się tylko zastanowimy, bardzo ważny element stabilizujący wspólnotę i społeczeństwo. Nie chodzi oczywiście o to, żeby media cenzurowały rzeczywistość, „malowały trawę na zielono”, nie chodzi też o to, aby nagle stały się pisowskie, a po zmianie władzy platformerskie. Chodzi o to, żeby miały świadomość, jakie są ich obowiązki względem wspólnoty Polaków. Chociażby roli edukacyjnej w trakcie takich sytuacji jak klęska epidemiczna. Państwo ma tu wiele możliwości działania – znów proponuję spojrzeć na Francję, nie ma tam pism opiniotwórczych wydawanych przez zagraniczny kapitał pochodzący z Niemiec, Rosji, Chin, USA czy z jakiegokolwiek innego kraju.

 

Rozmawiał Tomasz Nowak, fot. TVP Info

 


 

Eryk Mistewicz

Rocznik 1967. Konsultant zajmujący się strategiami komunikacyjnymi, doradztwem medialnym i politycznym, dziennikarz, publicysta, założyciel i prezes think tanku pod nazwą Instytut Nowych Mediów, m.in. wydawcy portalu opinii WszystkoCoNajwazniejsze.pl oraz miesięcznika „Wszystko Co Najważniejsze”.

 

Reportaż trzeba „wyrozmawiać” – mówi JERZY KAMIŃSKI, naczelny „Gazety Powiatowej – Wiadomości Oławskie”

Każdy dziennikarz, także lokalny, dla zdrowia psychicznego i dla własnego samopoczucia powinien raz na jakiś czas spróbować zrobić solidny reportaż. Ten gatunek prasowy rozwija, podnosi własną samoocenę i satysfakcję z wykonywanej pracy – mówi Jerzy Kamiński redaktor naczelny tygodnika „Gazeta Powiatowa – Wiadomości Oławskie” nagrodzony w konkursie mediów lokalnych SGL Local Press 2019 za reportaż prasowy „Zmowa milczenia” oraz za wywiad „Rodzice: To Małgosia jest tu najważniejsza”. Oba materiały dotyczą niewyjaśnionej do dziś sprawy zgwałcenia i zabójstwa 15-letniej Małgosi Kwiatkowskiej w 1996 r. w Miłoszycach.

 

Tygodnik „Gazeta Powiatowa – Wiadomości Oławskie”, którego Jerzy Kamiński jest współtwórcą, współwłaścicielem i redaktorem naczelnym, otrzymał również tytuł Gazety Roku w konkursie mediów lokalnych SGL Local Press 2019.

 

 

Co jest potrzebne do napisania dobrego reportażu prasowego?

 

Dobrego reportażu nie da się zrobić siedząc za biurkiem, przeglądając portale internetowe i dorzucając do tekstu dwie, trzy opinie. Reportaż trzeba „wychodzić” i „wyrozmawiać”. Należy być na miejscu, o którym się pisze, trzeba rozmawiać z ludźmi, którzy byli świadkami zdarzenia albo mają wiedzę na jego temat.

 

Długo pan pracował nad reportażem „Zmowa milczenia”?

 

23 lata.

 

Aż tyle?

 

Celowo użyłem takiego stwierdzenia, żeby uzmysłowić czytelnikom, jak długo zajmuję się tematem zbrodni w Miłoszycach. Sam reportaż powstał w kilka miesięcy, jednak sprawą faktycznie zajmuję się od 23 lat, czyli od początku. Byłem prawdopodobnie pierwszym dziennikarzem, który znalazł się na miejscu zbrodni kilka dni po zdarzeniu, w styczniu 1997 r. Wtedy nie mieliśmy jeszcze telefonów komórkowych, a internet należał do rzadkości, więc wszystko trwało znacznie dłużej niż dziś. Prawdopodobnie to „Wiadomości Oławskie” pierwsze opublikowały informację o zbrodni miłoszyckiej, o którą oskarżono Tomasza Komendę. Później został on uniewinniony, a sprawa wróciła na wokandę i toczy się od pół roku przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu. Teraz mamy dwóch kolejnych oskarżonych. Od początku zbierałem elementy tej historii, niektóre odkładałem na później, bo czułem, że mogą się przydać. W międzyczasie pisałem na ten temat teksty informacyjne, powstało ich kilkadziesiąt. W gazecie lokalnej dziennikarz robi wszystko. Zajmowałem się również pisaniem i zdobywaniem newsów.

 

 

Trudno było przekonać rodziców zamordowanej Małgosi do udzielenia wywiadu?

 

Oni teraz generalnie nie chcą z nikim rozmawiać, szczególnie po uniewinnieniu Tomasza Komendy. Dziennikarz lokalny jest jednak w lepszej sytuacji od dziennikarza ogólnopolskiego medium, bo pochodzi z miejsca, o którym pisze i jest w pewnym sensie swój. Przekonałem rodziców Małgosi do rozmowy tym, co do tej pory pisałem, a chyba nigdy nie zawiodłem ich zaufania. Jeżeli prosili, żebym o czymś nie pisał, bo ich to boli czy jakoś wyjątkowo dotyka, potrafiłem to uszanować. Zawsze traktowałem ich poważnie. Dziennikarz lokalny musi z większą rozwagą traktować swoich rozmówców niż dziennikarz ogólnopolski, który przelotnie zajmuje się sprawą. Bo on wpada na dwie godziny do Miłoszyc, robi szybko materiał i wraca do redakcji. Dla niego nie ma znaczenia, jakie wrażenie zrobił na rozmówcy. Liczy się czy zrobił dobry materiał. A dziennikarze lokalni na co dzień spotykają się z ludźmi, których opisują. Jeżeli napiszę coś nie tak, bohater artykułu może od razu przyjść do redakcji z pretensjami, a wtedy trzeba spojrzeć mu w twarz. Spotykam bohaterów moich tekstów na ulicy, w sklepie, w urzędzie. Dlatego nie mogę traktować ludzi wyłącznie jako dostarczycieli newsów i dobrze sprzedających się sensacji. Staram się ich zrozumieć.

 

Rozmowa z rodzicami Małgosi Kwiatkowskiej musiała być niezwykle trudna…

 

Proszę spróbować sobie wyobrazić ból rodziców po stracie dziecka. I to w takich okrutnych okolicznościach. Bardzo ciężko się z nimi rozmawia, bo emocje przesłaniają wszystko. I trudno się im dziwić, bo dwadzieścia trzy lata historii mocno obciążającej emocje. Na dodatek historii, która jest nie do zamknięcia. Możemy im współczuć, ale nie jesteśmy w stanie zrozumieć ich bólu. Zdecydowali się ze mną porozmawiać w szczególnie trudnym dla nich czasie, przed Świętami Bożego Narodzenia i przed sylwestrem, czyli kilka dni przed rocznicą zbrodni. Oni wtedy o niczym innym nie myślą… Przed laty wydawało im się, że sprawiedliwość dosięgła sprawcy. Okazało się, że nie. Pochowali swoje dziecko, potem była ekshumacja, musieli więc wszystko przeżywać na nowo, wyciągano ofiarę z grobu i chowano po raz wtóry. Teraz są kolejni oskarżeni. Jeden jest doprowadzany na rozprawę z aresztu, drugi, co jest bardzo dziwne w sprawie o zabójstwo, odpowiada z wolnej stopy, przyjeżdża z domu na rozprawy. Na dodatek nawet jeżeli uda się udowodnić, że sprawcami są obecni oskarżeni, dalej nie będą to wszystkie osoby, które dopuściły się zbrodni.

 

Czy dobry dziennikarz ogólnopolski, który zna akta sprawy, ma doświadczenie w opisywaniu takich spraw, ale nie zna lokalnych uwarunkowań i kontekstów jest w stanie napisać dobry reportaż na taki  temat?

 

Zapewne tak. Jest w stanie zbliżyć się do tematu, ale wątpię, czy w krótkim czasie wzbudzi zaufanie społeczności lokalnej i przekona ludzi, żeby szczerze porozmawiali z nim o wszystkim. Nad takim tematem trzeba pochodzić trochę dłużej.

 

Grożono panu za zajmowanie się tematem zbrodni w Miłoszycach?

 

Nie.

 

A za pisanie o innych tematach?

 

Na początku lat 90. w Oławie działał znany bandyta, który zajmował się m.in. rozbojami i wymuszaniem haraczy. Wielokrotnie opisywałem jego wyczyny. Pewnego wieczoru siedziałem sam w redakcji, naszą siedzibą był wtedy mały pokój na parterze z okratowanymi oknami. Nagle weszło do niego trzech osiłków. Nie wiedziałem kim są. Zorientowałem się, z kim mam do czynienia, kiedy jeden z nich powiedział, że ma na imię Mietek. Byłem przerażony. Drugim mężczyzną był bandyta o pseudonimie Cygan, który przedtem i potem siedział w więzieniu za poważne przestępstwa, a trzecim ukraiński bandzior, który zablokował drzwi, żebym nie mógł wyjść z redakcji. Panowie tłumaczyli mi, że to, co napisałem o gangsterskiej strzelaninie, wyglądało zupełnie inaczej. W pewnym momencie Mietek powiedział do kolegi: – Cygan, powiedz panu redaktorowi, czy strzelałeś? Na szczęście właściciel restauracji znajdującej się obok redakcji, gdzie doszło do strzelaniny, jak się dowiedział, że gangsterzy idą do mnie, szybko przyszedł za nimi. Kiedy wszedł, odpuścili. Pewnie przestraszyli się, że jest świadek. Sprawa rozeszła się po kościach. Po latach, kiedy Mietek wyszedł z więzienia, spotkałem go przypadkowo na stacji benzynowej. Siedział z piękną blondynką w mercedesie, uśmiechał się, machał mi i wołał: – Dzień dobry, panie redaktorze.

 

Czemu w gazetach lokalnych praktycznie nie ma miejsca dla reportaży?

 

Dzieje się tak ze względów czasowych i finansowych. Reportażu nie robi się w piętnaście minut. To nie jest news portalowy, gdzie czasem wystarczy zabieg „kopiuj-wklej” i dorzucenie dwóch zdań. Nad reportażem pracuje się długo, czasem miesiącami. Lokalny portal raczej nie będzie łożył na dziennikarstwo śledcze, na reportaże czy na duże wywiady, bo one nie przekładają się na klikalność portalu, nie zwiększają liczby czytelników i nie podwajają zysków gazety. Zawsze lepiej klikną się wypadki samochodowe. Opisuje się je bardzo szybko, tak samo szybko czyta, a nad reportażem trzeba pracować długo. Jednak moim zdaniem, warto pisać reportaże.

 

Dlaczego?

 

Dla zdrowia psychicznego i dla własnego samopoczucia każdy dziennikarz, także lokalny, powinien raz na jakiś czas spróbować zrobić solidny reportaż. Korzystając z okazji apeluję do wydawców prasy lokalnej, żeby raz na jakiś czas pozwalali dziennikarzom popełnić reportaż. Ten gatunek prasowy rozwija, podnosi własną samoocenę i satysfakcję z wykonywanej pracy.

 

Reportaże nie przynoszą dodatkowego zysku pańskiej gazecie, dlaczego więc decydujecie się na ich publikowanie?

 

Robię gazetę od trzydziestu lat i zależy mi na czytelnikach, którzy sięgają do każdego numeru nie dlatego, żeby poczytać o nowych wypadkach samochodowych, ale żeby dowiedzieć się czegoś więcej i głębiej poznać temat. Oni wiedzą, że na naszych łamach przeczytają unikalne i interesujące historie lokalne. Być może takich czytelników jest tylko 20-30 procent, ale cenię ich, ponieważ uwielbiają kontakt ze słowem pisanym. Oni należą do nielicznego grona ludzi kupujących i czytających książki.

 

Co jest najważniejsze w robieniu gazety lokalnej?

 

W gazetach lokalnych często właściciel jest wydawcą, redaktorem naczelnym, czasem dziennikarzem. Jestem wszystkim po trochu. Mam komfort, że nie muszę pytać się wydawcy, czy mogę poświęcić czas na zajęcie się danym tematem. Naszym mottem od początku powstania gazety, którą współtworzyłem w listopadzie 1990 r., są słowa: zawsze na miejscu. Najważniejsze dla nas jest pisanie o sprawach, które bezpośrednio dotyczą środowiska, w którym żyjemy. Gazeta lokalna nie jest taka, jak inne gazety.

 

To prawda, gazeta lokalna pełni nie tylko funkcje informacyjne, ale także integracyjne i społeczne.

 

Jest także kroniką towarzyską, gdzie wrzuca się informacje o noworodkach, ślubach i pogrzebach. Nasz tygodnik zajmuje się również integrowaniem społeczności lokalnej wokół spraw ważnych dla mieszkańców. Opisywaliśmy na przykład propozycję budowy chińskiej fabryki elektrolitu, bo to ważne dla naszych czytelników. Organizowaliśmy zbiórkę pieniężną na postawienie w rynku odnalezionej rzeźby św. Jana Nepomucena. Prowadziliśmy wiele akcji społecznych. W tym i w ubiegłym roku nominowano nas do nagrody za angażowanie się w takie akcje. One może nie mają wiele wspólnego z działalnością dziennikarską, ale są niezwykle ważne dla nas i dla społeczności lokalnej, której jesteśmy częścią. Robimy to dla siebie, bo jesteśmy stąd.

 

Wróćmy jeszcze do sprawy zbrodni miłoszyckiej. Czy od początku miał pan wątpliwości dotyczące skazania Tomasza Komendy?

 

Nie miałem takich wątpliwości, zresztą sąd ani biegli też ich nie mieli. Na sali sądowej biegli stwierdzili, że na 100 proc. sprawcą jest Komenda, bo wskazuje na to ślad zapachowy, genetyczny i odcisk szczęki. Nie było powodu, żeby nie wierzyć. Przecież nie będę kłócił się z biegłym z zakresu genetyki, bo się na tym nie znam. Wiadomo było jednak, że sprawa nie jest zamknięta, bo ślady wskazywały, że był jeszcze drugi, a może nawet trzeci sprawca.

 

Tomasz Komenda jest niewinny?

 

Sąd stwierdził, że jest niewinny, więc mówię, że jest niewinny. W reportażu nie zajmuję się sprawcami zbrodni, ale zmową milczenia, o której głośno było od samego początku. Zresztą ona wraca teraz w wielu zeznaniach świadków. Wciąż słyszę, że ktoś komuś powiedział, że wie, kim są sprawcy, ale nic z tego nie wynika, bo ostatecznie nie dochodzimy do źródła takiej informacji. Niektórzy tłumaczą, że mieszkańcy Miłoszyc boją się zeznawać, bo tam wszyscy się znają.

 

We wszystkich małych miejscowościach ludzie się znają.

 

Do tego mogą dochodzić jeszcze inne kwestie. O jednej dowiedziałem się całkiem niedawno. W czasie wojny w Miłoszycach mieściła się filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Po wyzwoleniu Sowieci założyli tu łagier dla żołnierzy Wehrmachtu. Jeden z badaczy lokalnej historii mówił mi, że ludzie z Miłoszyc milczą, bo tak ich nauczyła historia i tak zostali wychowani przez  rodziców i dziadków. Z obcymi raczej w ogóle nie rozmawiają. To nie jest więc takie zwykłe milczenie. Ono ma nieco szerszy wymiar niż prosta zasada, że „w naszej wiosce chronimy swoich”. W tej sprawie jest wiele niesamowitych sytuacji, także tajemnicze zgony wśród osób związanych ze zbrodnią.

 

Sprawa gwałtu i zabójstwa Małgorzaty Kwiatkowskiej toczy się od nowa przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu. Oskarżono w niej Norberta Basiurę i Ireneusza M. Czy teraz już wszystko zmierza do ostatecznego wyjaśnienia?

 

Ciężko mi komentować sprawę, która się toczy. Ale przez pół roku ani od prokuratora, ani od świadków nie usłyszałem niczego, co by ułożyło się w głowie w spójną historię. Na razie wciąż nie pojawiły się jasne dowody, że ktoś wspólnie i w porozumieniu z drugą osobą, a taki jest zarzut, dokonał bestialskiego gwałtu, który skutkował śmiercią dziewczyny przez zamarznięcie. Przesłuchano już kilkadziesiąt osób, ale nikt nie widział dwójki oskarżonych razem, nikt nie wskazał, że w ogóle się znali. Mało tego, świadkowie podkreślają, że oskarżeni pochodzą z innych światów. Ciągle jest wiele wątpliwości, ale ma zostać przesłuchanych jeszcze kilkudziesięciu świadków, w tym biegli, co jest chyba najważniejsze w tej sprawie. Może wniesie to coś nowego do sprawy? Na wiele pytań wciąż nie ma odpowiedzi, a sprawa jest niezwykle skomplikowana i zawikłana.

 

Rozmawiał TMP, fot. Anna Matusewicz

Cóż to jest prawda? – WOJCIECH POKORA o roli dziennikarzy w epoce fake newsów

„Wiecie Państwo co jest najsmutniejsze? Gdyby nie to, że ktoś 10 lat temu zlekceważył podstawowe względy bezpieczeństwa i naciskał na pilotów mówiąc „Zmieścisz się śmiało!”, to konstytucyjny termin wyborów wypadałby w tym roku na październik” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Wpis polubiło ponad 2 tys. osób.  W tym wpisie zawiera się cała definicja fake newsa. Ale nie tylko, to także doskonały przykład tego, w jaki sposób fejka się kolportuje.

 

Fake z angielskiego oznacza coś podrobionego, sfałszowanego, oszukańczego. Coś, co ma wyglądać na prawdziwe, ale jest stworzone do oszustwa. Fałszywy obraz na aukcji dzieł sztuki jest przykładem takiego fejka. Wygląda identycznie z oryginałem, dla nieświadomego odbiorcy ta różnica nigdy nie będzie widoczna, ale ma inną wartość. I ktoś stworzył go po to, by w jakiś sposób czerpać z niego zyski – sprzedać w cenie oryginału, podmienić z oryginałem lub obniżyć wartość oryginalnego dzieła, zalewając rynek identycznymi falsyfikatami, sugerującymi, że oryginał nie jest czymś wyjątkowym. Dokładnie w ten sam sposób działa fałszywa informacja.

 

News to z angielskiego informacja agencyjna, prasowa lub radiowa z ostatniej chwili. Z definicji zakłada się, że to świeża informacja, obcując z którą mamy podświadomie pewność, że informacja jest sprawdzona i dowiadujemy się o niej jako pierwsi. News to pokarm nie tylko dla mediów, ale przede wszystkim dla ich odbiorców. Dlatego podanie w tej formie trucizny zabija najszybciej.

 

Fake news jest zatem połączeniem dwóch powyższych definicji. Tłumaczy się jako fałszywa wiadomość. Taka informacja często ma charakter sensacyjny, publikowana jest w mediach (najczęściej społecznościowych) z intencją wprowadzenia odbiorcy w błąd w celu osiągnięcia korzyści finansowych, politycznych lub prestiżowych.

 

Wróćmy do Romana Giertycha. Jego wpis jest klasycznym fake newsem. Nawiązuje do aktualnej sytuacji, czyli do trwającej debaty na temat terminu wyborów prezydenckich w kontekście stanu epidemii w Polsce. To gorący temat, spora część społeczeństwa się nim ekscytuje, zatem można się spodziewać, że wpis na ten temat trafi do wielu odbiorców. Gdy już trafi, to przemyci nieprawdę. Wielokrotnie zresztą dementowaną przez ostatnie dziesięć lat, ale użyta w innym kontekście, jako już kiedyś słyszana, może się niektórym utrwalić. I o to w tym chodzi. Nie o termin wyborów, ale o utrwalenie kłamstwa na temat przebiegu wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Szczególnie w przededniu okrągłej rocznicy tego wydarzenia. Fake news powinien być kolportowany, wówczas jego „życie” się przedłuża i zaraża kolejnych odbiorców. Cytowany wpis Giertycha, w chwili gdy go widziałem miał 314 udostępnień i ponad 2 tysiące polubień. Zapewne dynamika jego rozpowszechniania z kolejnym udostępnieniem malała, ale i tak zasięgi tego wpisu można mierzyć w tysiącach. Tysiące osób przeczytało nieprawdę. Tysiące ją zaakceptowało, stawiając serduszko. Czy wszyscy ci ludzie dali się nabrać nieświadomie? Niestety nie.

 

W roku 1956, pochodzący z Warszawy polsko-amerykański psycholog prof. Solomon Asch przeprowadził słynny eksperyment dotyczący konformizmu. Udowodnił w nim zaskakująco dużą siłę wpływu społecznego na ludzkie zachowanie. Badanie polegało na tym, że badanym przedstawiano na tablicy trzy różnej długości odcinki. Mieli za zadanie wskazać, który z nich jest równy długością odcinkowi z drugiej tablicy. Wydaje się proste. I było dla tych, którzy wykonywali zadanie samodzielnie. 95 proc. z nich wskazało pary prawidłowo. Sytuację skomplikowała obecność osób postronnych. W grupach, gdzie badanym towarzyszyły inne osoby, prawidłowych odpowiedzi było 76 proc. Dlaczego? Profesor Asch poprosił niektóre osoby, by świadomie dezinformowały inne, wskazując nieprawidłowe rozwiązania. Część osób zasugerowała się kłamstwem i podjęła na jego podstawie błędną decyzję. Opisany eksperyment potwierdził istnienie konformistycznej postawy człowieka, czyli tendencji do zmiany zachowań, opinii i poglądów pod wpływem innych ludzi. Badanie pozwoliło wykryć także motywy takich działań – pragnienie posiadania racji, które rodzi konformizm informacyjny, oraz lęk przed odrzuceniem społecznym, który jest motywem konformizmu normatywnego.

 

Co nam to mówi o osobach, które polubiły lub przesłały dalej kłamstwo Giertycha? Część z nich w nie uwierzyła, część zasugerowała się autorytetem autora, ale byli także tacy, którzy mając świadomość, że powtarzają nieprawdę zrobili to, by dopiec nielubianym osobom. Takie motywacje wskazują badania, mające na celu określenie, w jaki sposób rozprzestrzeniają się fake newsy. Niestety, bardzo często powielane są one świadomie.

 

Powstawanie i kolportowanie fake newsów zawsze wzmacnia sytuacja szumu informacyjnego. Może ją spowodować jakieś zagrożenie albo społeczne wzburzenie. Dziś takim elementem wzmacniającym jest koronawirus. Społeczeństwo zamknięte w dużej części w domach musi sobie radzić z większą ilością informacji niż może przyswoić. To wzmacnia trolling i fake. Wystarczy wejść do mediów społecznościowych by zauważyć niekontrolowany wysyp teorii spiskowych i fałszywych informacji. Trzeba się przez nie przebić, by trafić na sprawdzone newsy. Nieprzypadkowo teraz Polska Agencja Prasowa wspólnie z GovTech Polska uruchamiła społeczny projekt weryfikacji treści, dotyczących wirusa SARS-CoV-2, publikowanych w Internecie. Poziom dezinformacji przekracza bowiem wszelkie notowane dotychczas normy.

 

Polska nie zezwoliła na przelot rosyjskich samolotów przez swoją przestrzeń powietrzną z pomocą do Włoch. To podłość na poziomie polityki publicznej. Tym bardziej, że pomoc ta trafiła do kraju sojuszniczego UE i NATO. Rosja nie powinna od tej pory w żadnym wypadku wychodzić naprzeciw Polsce. W niczym” – napisał na Twitterze rosyjski senator Aleksiej Puszkow. To fake news z ostatnich dni, zdementowany przez polskie MSZ, ale rozkolportowany w sieci mediów społecznościowych i za pośrednictwem rozsadników rosyjskiej propagandy takich jak Sputnik, który przetłumaczył to kłamstwo na kilka języków. Inny fake z ostatnich dni: „Dzisiaj między 23:00 a 5:00 będzie z wojskowych śmigłowców przeprowadzona dezynfekcja miast”, również kolportowany jest w Internecie. Zdementowało go Ministerstwo Obrony Narodowej. Ale tysięcy bzdur w stylu przesyłanych przez komunikatory ostrzeżeń o zamknięciu miast, czerwonych strefach, czy braku towarów w sklepach nie zdementują oficjalnie instytucje państwowe, bo musiałyby się tylko tym zajmować. Dlatego ważne są społeczne inicjatywy pomagające walczyć z dezinformacją, takie jak PAP-owski projekt #FakeHunter czy nasz SDP-owski Stop Fake, którego polskiej wersji jestem współtwórcą.

 

Ważny jest jeszcze jeden element. Na ten wpływ mają akurat ludzie mediów. To my nadajemy coraz większą rangę tematom ze społecznościówek. Wiem, że media społecznościowe, a szczególnie grupy tematyczne czy miejskie, to kopalnia tematów. Ale nie mogą stamtąd trafiać wprost do mediów tradycyjnych. Coraz częściej jednak widzimy cytowanie, omawianie, a nawet wprost przedrukowywanie tweetów czy postów z Facebooka w tradycyjnych mediach. W ten sposób nadajemy im rangę rzetelności i obiektywności. To, że cytujemy konkretnego autora poprzez publikację jego wpisu w społecznosciówce nie znaczy, że nie uwiarygadniamy w ten sposób całego tego medium i pozostałych piszących w nim użytkowników. Stąd prosta droga do tego, żeby przyjąć zasadę w tych mediach panującą – rację ma ten, kto zdobył najwięcej lajków. Dziennikarzem jest ten, z kim zgadza się więcej osób. Kto ma najbardziej emocjonujący wpis. A że czasem w tych wpisach pojawi się fake news, bo nie ma tam zasad etycznych i redakcji, która by zweryfikowała treść? To zwykła pomyłka. Raz na jakiś czas pomyłki zdarzają się przecież i uznanym redakcjom. Da się to przełknąć za cenę wolności. Rozwój mediów społecznościowych to przecież tej wolności emanacja, a przy tym dla wielu użytkowników zakwestionowanie zaufania do elit, których emanacją są media tradycyjne. Dzięki nim nie ma monopolu na informację. Każdy może ją tworzyć i przekazać innym. Nie ma jednej historii, nie ma jednej prawdy. Są już tylko narracje. Wszystko można zrelatywizować jednym wpisem i odpowiednią na ten wpis reakcją wiernych użytkowników. Przecież im więcej lajków, tym bliżej prawdy. Jak zauważył jakiś czas temu Bronisław Wildstein – w mediach społecznościowych można dostrzec, jak w obecnej rzeczywistości wróciliśmy do sofistów, przeciwko którym rodziła się nasza filozofia – sokratejska. Pseudouczeni i ich retoryka wygrywa z wiedzą i mądrością. Bo tak chce wyjaławiający się z wartości lud, stawiając pod ich wpisami swój kciuk. I jeśli jeszcze dziennikarstwo ma pełnić jakąś społeczną rolę, to właśnie taką, by do tego nie dopuścić. By nie pozwolić na nazywanie fake newsa prawdą czy dziennikarską pomyłką. Bo kłamstwo to kłamstwo. Niezależnie od liczby lajków.

 

Wojciech Pokora

Kto nie chce dekomunizacji Powązek – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Wrócił pomysł dekomunizacji Powązek Wojskowych w Warszawie. Tym razem nie na zasadzie apelów do władz Warszawy, bo od lat nic nie dają, ale przejęcia tej szczególnej polskiej nekropolii przez państwo – wzorem terenu Westerplatte, czy stołecznego Placu Piłsudskiego. Repolonizacja Powązek ma jednak od dawna wielu przeciwników po stronie lewicowych polityków, dziennikarzy i mediów.

 

 

1 sierpnia na cmentarzu powązkowskim w Warszawie dwie osoby zdewastowały grób Bolesława Bieruta, pierwszego sekretarza KC PZPR. W sprawę zaangażował się sam minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który zażądał wypuszczenia podejrzanych z aresztu, ponieważ uznał, że sprawa nosiła znamiona >>niskiej szkodliwości społecznej czynu<<. Sprawa znów zapoczątkowała dyskusję o tym, czy cmentarz wojskowy i Aleja Zasłużonych to odpowiednie miejsce spoczynku dla komunistycznych dygnitarzy i wojskowych.” – można było przeczytać 21 sierpnia 2016 r. na portalu www.polityka.pl.

„Dewastacja” grobu Bieruta polegała na napisaniu na ogromnym mauzoleum – nie tylko pierwszego sekretarza KC PZPR, ale przede wszystkim jednego z największych morderców w historii Polski (podpisał tysiące wyroków śmierci na polskich niepodległościowców) – czerwoną farbą słowa KAT.

 

 

Bierut, Jaruzelski i inni

 

 

A dyskusja faktycznie powróciła. Prof. Jan Żaryn, historyk i senator PiS mówił portalowi www.wp.pl (4 sierpnia 2016 r.): „Powązki Wojskowe w Warszawie to miejsce, w którym odbywa się zbiorowy hołd wspólnoty narodowej składany bohaterom. Jestem zwolennikiem tego, by groby komunistycznych aparatczyków i groby komunistów, którzy symbolizują wkroczenie na teren Polski obcej siły przenieść, w godny sposób, w inne miejsce”.

 

Podobnie były opozycjonista i senator PO Jan Rulewski: „Powinno się poprosić rodziny, między innymi Bolesława Bieruta, o to, żeby przenieśli te groby w inne miejsce”.

 

Przeniesienie miało dotyczyć nie tylko Bieruta, ale innych komunistycznych funkcjonariuszy, nie wyłączając kolejnego namiestnika Moskwy – Wojciecha Jaruzelskiego.

 

Innego zdania była np. posłanka Nowoczesnej Joanna Schmidt: „Jako osoba wierząca uważam, że osoby zostały już po śmierci osądzone. Osądziła je też historia. Dajmy im spokojnie spoczywać. (…) Przechodzimy obok tych grobów i wtedy jest refleksja, że takie czasy były, można opowiedzieć o historii dzieciom. To część naszej historii”.

 

Do sprawy odniosła się „Gazeta Wyborcza” (16 października 2017 r.) nazywając domagających się dekomunizacji Powązek „tzw. środowiskami patriotycznymi”. I dalej z nieukrywanym żalem, że te środowiska „swoje żądania (…) artykułowały do niedawna tylko w prawicowych mediach. Ostatnio sprawa nabrała rozmachu. Polska Agencja Prasowa opublikowała wywiad z Adamem Borowskim, opozycjonistą z czasów PRL-u, obecnie szefem warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”. Rozmowę zamieścił u siebie m.in. portal Polskiego Radia”. Cóż, daremne żale. Monopol „GW” kilka lat temu się skończył.

 

 

„Profanacja miejsca pochówku”

 

 

Środowiska prawicowe nazywają nekropolię >>panteonem polskich bohaterów<< i coraz głośniej żądają usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów. Wtórują im rządowe media, powołując się na opinię kombatantów” – oceniała w innym materiale „Gazeta Wyborcza” (8 listopada 2017 r.), która przywołała zdanie „swoich dyżurnych” weteranów.

 

I tak prezes Światowego Związku Żołnierzy AK Leszek Żukowski, powiedział o dekomunizacji Powązek: „A po co to robić? Przecież ci ludzie nie żyją, nikomu nie zagrażają. Nie popieram komunistów, ale też nie wyobrażam sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów. Zresztą, dokąd je przenieść? Będzie specjalny cmentarz dla wyrzuconych?

 

Żukowskim prof. Sławomir Cenckiewicz w tygodniku „Do Rzeczy” napisał: „Zamiast obrażać pamięć żołnierzy niezłomnych, niech prezes Leszek Żukowski sam wytłumaczy się z własnej przeszłości, o której w kartotece SB możemy przeczytać: <<Były t[ajny] w[spółpracownik] akta złożone w archiwum Wydz[iału] C K[omendy] W[ojewódzkiej] M[ilicji] O[bywatelskiej] Gdańsk do Nr 2396 (IPN Kartoteka Ogólnoinformacyjna b. Biura „C” MSW)>>”.

 

„Gazeta Wyborcza” przyznała dalej, że dziś – inaczej niż w II Rzeczpospolitej – Powązki są cmentarzem wojskowym tylko z nazwy, że właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. A jaki jest stosunek magistratu do dekomunizacji cmentarza? Rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych Anna Obuchowicz wypowiedziała się jednoznacznie: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Wyjaśnijmy, że Instytut Pamięci Narodowej, obok Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych – przynajmniej od 2015 r. jest orędownikiem dekomunizacji Powązek Wojskowych.

 

 

TW Adam

 

 

Tropem „GW” podążył portal twojahistoria.pl (19 października 2017). „Czy dekomunizacja obejmie Powązki?” – pytała Agnieszka Wolnicka, która wśród dekomunizatorów Powązek wymieniła także moją osobę: „Z ust prawicowego publicysty Tadeusza Płużańskiego padł projekt przeniesienia komunistycznych dygnitarzy na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich, by wreszcie byli >>przy swoich<<”.

Autorka, prócz cytowanej już wypowiedzi Leszka Żukowskiego, przywołała jeszcze m.in. opinię Zbigniewa Galperyna, wiceprezesa Związku Powstańców Warszawskich, oczywiście opinię negatywną: „Jestem przeciwny zmianie nazw ulic, burzeniu pomników, a już zwłaszcza usuwaniu grobów z cmentarzy. Dojdzie kiedyś do władzy jakaś nowa ekipa i będzie robiła to samo”.

 

O rzeczonym kombatancie można przeczytać: „Wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich Zbigniew Galperyn atakował prezydenta Andrzeja Dudę i ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza, a jednocześnie bronił generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego (zarejestrowanego jako TW Zdzisławski) w związku z jego lustracją. Okazuje się, że sam był zarejestrowany jako konsultant komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. (…) Współpraca Zbigniewa Galperyna – „Adama” rozpoczęła się w grudniu 1982 r. i trwała do końca PRL, czyli do 1989 r. Został on zwerbowany przez wchodzący w skład SB Departament VI MSW”. (Dorota Kania, niezalezna.pl, 1 sierpnia 2016 r.).

 

 

„W imię chrześcijaństwa?”

 

 

I jeszcze, jakże podobnie do niektórych polskich mediów brzmiący rosyjski, prokremlowski portal sutniknews.com (Tomasz Dudek, 1 sierpnia 2017 r.): „Według ogarniętych szałem dekomunizacji kombatantów, chęć >>wywalenia<< de facto szczątków z ich grobowców to >>uzasadniony przypadek<< dla przeprowadzenia ekshumacji. Jerzy Bukowski na swoim blogu twierdzi nawet, że mieści się to w ramach >>etyki chrześcijańskiej<<. To doprawdy bardzo oryginalna interpretacja. I tak dobrze, że IPN nie wpadł na pomysł przenoszenia grobów z Powązek do Muzeum Komunizmu. To przecież, jakby nie patrzeć, miłosierni chrześcijanie”.

 

Wywołany do tablicy Jerzy Bukowski, szef Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, odpowiadał cytując dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego, doktora Jana Ołdakowskiego: „Jak byśmy postąpili, gdyby w 1943 roku faszystowska władza postawiła na Powązkach grobowiec kata Warszawy – Franza Kutschery? Czy mielibyśmy podobne obiekcje przed usunięciem jego grobu? Czy też broniono by go w imię chrześcijaństwa? Mamy obowiązek kierować naszą polityką historyczną. Gdyby nie to, że umarli w czasie trwania totalitarnego systemu, nie dostaliby nigdy tych miejsc”.

 

 

Tadeusz Płużański

Prasa drukowana może umrzeć na koronawirusa – prognozuje MIROSŁAW USIDUS

Obiegowo powtarzane jest proroctwo z książki  „The Vanishing Newspaper”, Philipa Meyera wydanej w 2004, że ostatni egzemplarz gazety papierowej zostanie sprzedany w 2043 roku. Jeśli sytuacja wynikła z koronawirusa potrwa dłużej niż kilka tygodni, na które wszyscy mamy nadzieję, to niestety, moment ten może nadejść znacznie szybciej.

 

Nawiasem mówiąc przepowiedni tej w książce Meyera nie ma. Jej rzeczywistym autorem jest nie kto inny, tylko Rupert Murdoch. Meyer, profesor dziennikarstwa na Uniwersytecie Północnej Karoliny, wyjaśniał później, że Murdoch, przemawiając na konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Wydawców Gazet wkrótce po wydaniu książki, wspomniał o niej, mówiąc o szybkim spadku liczby dorosłych czytających gazety, a następnie „rozwinął temat”, podając datę – kwiecień 2043 roku – jako moment sprzedaży ostatniego egzemplarza drukowanego tytułu. Od tego czasu, jak opowiada Meyer, wypowiedź Murdocha jest przypisywana jemu.

 

Sam Meyer zresztą patrząc na szybki postęp internetowego rynku reklamowego, uznał, że 2043 to data zbyt późna i że nastąpi to wcześniej. Mówił o tym m. in. na konferencji „The Future of Journalism” w 2008 roku.

 

W tamtych czasach zresztą pisało się i mówiło o tym wiele. Sam, o ile pamiętam, sporo rozmawiałem o tym z kolegami z redakcji „Rzeczpospolitej” po tym, jak uruchomiliśmy jej nowoczesne, jak na owe czasy, wydanie internetowe, w 1997 r. Pamiętam, że odruchową reakcją wielu dziennikarzy była wrogość i chęć walki Internetem. Dość trudno było mi wtedy tłumaczyć, że zamykanie sieciowej wersji gazety nie jest żadnym rozwiązaniem, że nadchodzą zmiany nieuchronne i nieubłagane, które w dłuższej (choć nie aż takiej długiej) perspektywie przetrwa ten, kto chwyci internetowego była za rogi.

 

O tym jak „Rzepa” straciła szanse, które wtedy się rysowały pisałem już w dłuższej story opublikowanej w maju ub. roku na portalu SDP. Nie chcę do tego wracać. Ważne jest, że w „Rz”, ale też w wielu innych firmach prasowych, wyciągano niewłaściwe wnioski z widocznych z roku na rok coraz wyraźniej sygnałów schyłku druku. Np. takie, że trzeba większość sił i środków kierować na obronę sprzedaży papieru a Internet to owszem, ale jako wciąż tylko dodatek, traktowany zresztą niekiedy jako coś w rodzaju wyznacznika prestiżu i nowocześniejszego wizerunku tytułu, a nie coś na czym należy się zanadto koncentrować.

 

W ubiegłej dekadzie nastąpiło w dodatku coś w rodzaju okresowego boomu na nowe tytuły prasowe. Powstał najpierw „Fakt”, potem „Dziennik” i „Polska The Times”, Agora tworzyła jakieś bulwarówki. Nastał ruch i ferment, który chyba trochę zmylił polskich wydawców co do perspektyw rynku prasy drukowanej.

 

Rozmowy tuż przed premierą iPhone’a

 

Założyłem w tamtym mniej więcej czasie blog w serwisie „Wirtualne Media” i, nie zważając na chwilowy entuzjazm branży prasowej, pisałem o nieuchronności tego, co nadejdzie. To co pisałem wzbudzało wiele emocji (sam byłem wówczas po rozstaniu z „Rz” rozemocjonowany) i polemik, ale powiedzcie sami, czy po latach, po krótkim boomie, który został już dawno zapomniany, takie słowa, które zapisałem 7 lutego 2007 roku, nie brzmią aktualnie: „Sprzedaż papieru spada im o kilka procentów rocznie. Ktoś widział ostatnie wyniki sprzedaży Związku Kontroli Dystrybucji Prasy? I będzie spadać. Amerykańskich gazety lokalne żyją już głównie z ogłoszeń lekarzy i farmaceutyków. Co to znaczy? Ano, że średnia wieku ich czytelników jest powyżej 55 lat. Może ostatni egzemplarz gazety sprzedadzą w 2043 r., może wcześniej, może później. To szczegóły. Ważne, że nie umieli i nie umieją z szansy, jaką dostali od losu, gdy pojawił się Internet. (…) Dziś mogę mówić jednemu z drugim, wydawcy prasowemu: całe pieniądze, jakie masz, ładuj w Internet, zapomnij o papierze! Mówić mogę, ale po co, i tak jest za późno. Całe pieniądze trzeba było inwestować wtedy, dziesięć lat temu.”

 

Tamten tekst, sprzed ponad trzynastu lat, wywołał dyskusję. Jeden z komentatorów, który jak się okazało później w toku rozmowy reprezentował prasowy biznes, napisał mi tak:

 

Sądzę, że wywołany rozwojem Internetu spadek sprzedaży prasy drukowanej ma dwie przyczyny:

  1. młodzież więcej czasu spędza przy komputerze, przede wszystkim przy serwisach oferujących różne mniej lub bardziej śmieszne filmy, a mniej czyta druku. Gdy młodzież nieco dorośnie, to przestaną ją bawić YouTuby itp., więc nie jest to klientela stracona;
  2. prasa jeszcze nie wymyśliła sposobu na konkurowanie z Siecią. A może inaczej: próbuje ją wykorzystać do własnych celów, więc część aktywności przenosi do Internetu. Co nie znaczy, że przeniesie tam całą aktywność. (…)

 

Wydawnictwa papierowe się dostosują i przetrwają. Właśnie dlatego, że papier ma przewagę nad ekranem. Moim zdaniem ze „śmiertelnym ciosem” pospieszył się Pan. (…) Mimo gotowych technologii wciąż nie ma urządzenia, które mogłoby ten cios zadać. (…) Ja jednak stawiam na papier. Internet w wielu aspektach jest przereklamowany.”

 

Cytuję ten komentarz, bo był bardzo charakterystyczny dla tonu rozmowy o Internecie w kręgach branży prasowej w tamtych czasach. Tak właśnie się uważało, że młodzież dorośnie, a jak dorośnie, to „nie jest stracona dla prasy”. Chłopina pisał to na pięć miesięcy przed premierą pierwszego iPhone’a. Mylił się, ale jeszcze nie mógł wiedzieć, jak bardzo się myli.

 

A post scriptum do tej dyskusji napisało się dekadę później. Mój rozmówca napisał na końcu: „Podam Panu przykład z autopsji. Proszę przyjrzeć się historii Chipa z ostatniego roku 🙂 Portal ciągle trzyma się mocno, mimo olbrzymich, nazwijmy to, zawirowań. Dlaczego? Bo swój prestiż zawdzięcza nie tyle temu, co sobą reprezentuje, a temu, co reprezentuje gazeta.” W kwietniu 2017 r. papierowy „Chip” przestał się ukazywać, portal chip.pl wciąż istnieje, ale nie wypowiadam się na temat jego kondycji.

 

Nieuchronność losu druku została potwierdzona w przypadku „Chipa” i wielu innych tytułów. Z każdym rokiem, z każdą kolejną zamykaną gazetą, czasopismem, liczba rozumujących tak jak mój rozmówca z 2007 roku malała. Już nie mówiło się, że „papier wciąż ma przyszłość”. Częściej – „dopóki jeszcze zarabiamy na druku, to ciągniemy”. To nie miało już nic wspólnego z wizją biznesową, lecz raczej z odraczaniem wyroku.

 

Ile to mogłoby potrwać? Ów 2043 wydaje się chyba rozsądną ramą czasową. Może ostatni egzemplarz poszedłby kilka lat wcześniej może ciut później, zwłaszcza w niektórych segmentach prasy poradnikowej i „czytadlanej”. Kto wie ile dokładnie by to trwało, ale założyć można, że działoby się to w tempie nieprzesadnie gwałtownym, czyli tak jak w ostatnich latach.

 

Przyszedł koronawirus i wyrównał

 

No, może jeszcze nie po całości, ale wydawcy papierowych gazet dość szybko zauważyli dewastację, jaką epidemia czyni w sprzedaży kioskowej, salonikowej i empikowej. Z apelami do czytelników o wykupywanie elektronicznych edycji i prenumerat wystąpili z jednej strony naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, z drugiej Jacek Karnowski z tygodnika „Sieci”.

 

Namawiamy do kupowania prasy, do podejmowania prenumeraty, do zapoznawania się z naszą ofertą online. Tam, gdzie nie dociera prasa papierowa, sugerujemy, by korzystać z wydań elektronicznych. Oferują je już niemal wszystkie tytuły. Przetrwamy w służbie dla Czytelnika tylko dzięki Czytelnikowi. To relacja nierozerwalna, a dziś wyjątkowo Wam i nam potrzebna. Czytajmy prasę i walczmy o jakość informacji” napisał kilka dni później w specjalnie opublikowanym apelu Prezes Izby Wydawców Prasy, Bogusław Chrabota.

 

Prędzej czy później wszyscy będziemy martwi – można by tu powtórzyć słowa głębokiej filozoficznej refleksji. W naturze człowieka jest jednak, że woli „później”.

 

Tak też w świecie drukowanej prasy już chyba nikt od dawna nie miał złudzeń, że koniec papieru nadejdzie. Osób myślących tak, jak ten mój internetowy rozmówca sprzed lat, już w tym biznesie nie ma. Od lat wszyscy już wiedzą, że dni papieru są policzone, ale liczyli, że to, co nieuchronne, przynajmniej w przypadku ich produktu, nadejdzie raczej „później” niż „prędzej”.

 

Jeśli koronawirus nie ustąpi i obecny stan potrwa dłużej niż do Wielkiej Nocy, dwa, trzy lub więcej miesięcy, to, jestem tego prawie pewien, nastąpi przyspieszony zgon papierowej prasy. Jej brak będzie tylko jednym i zapewne nie najważniejszym wyróżnikiem nowego świata, który nadszedłby po tak długotrwałym procesie niszczenia gospodarki i naszego życia. I tu na razie postawiłbym kropkę, mówiąc zwyczajowe w ostatnim czasie – „Zobaczymy”.

 

Mirosław Usidus

Dziennikarstwo przez Skype’a – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

W pierwszym tygodniu najostrzejszych jak dotąd restrykcji związanych z epidemią brałem udział zdalnie w czterech programach. Jeden z nich (na platformie wSensie.pl) prowadziłem ze studia, mając przed sobą na monitorze gościa, mówiącego przez Skype’a. Najpoważniejszym przedsięwzięciem był sobotni wieczorny program publicystyczny w Polsat News, prowadzony przez Grzegorza Jankowskiego, bo tam prócz mnie za pośrednictwem komunikatora Microsoftu było trzech innych gości. Wszystko poszło właściwie bezproblemowo.

 

Wiele telewizji – choć akurat niekoniecznie w Polsce – korzystało się z takiej formy wirtualnych wizyt gości w studiach już od dawna. U nas to się średnio przyjęło, lecz teraz sytuacja wymusiła takie działania. Może to nawet bardziej marketing niż uzasadniona ostrożność – kiedy z konieczności modne staje się trzymanie dystansu, media chcą się pokazać jako odpowiedzialne.

 

Na razie wszystko dzieje się trochę na żywioł, a goście najczęściej pojawiają się w studiach właśnie za pośrednictwem Skype’a. Nierzadko w słabych kadrach, źle doświetleni, w niskiej rozdzielczości – i trudno się dziwić, bo wielu z nich korzysta z tego, co ma pod ręką. Tylko mała część komentatorów bawiła się w nagrywanie choćby najprostszych vlogów czy przynajmniej okazjonalnych filmów na YT w taki sposób, żeby mieć przyzwoite tło, kamerkę działającą w full HD i pobawić się choć trochę oświetleniem. To wszystko zacznie się jednak zmieniać, jeśli taki sposób komunikacji zostanie z nami na dłużej. A tego wykluczyć nie można, nawet wtedy, gdy epidemia już minie.

 

Po pierwsze – to dla telewizji oszczędność. Obecność gości w studiu to koszty – zwykle oferuje się im transport. To też praca makijażystów i obsługi. W skali roku oszczędności mogą być spore.

 

Po drugie – przejście na wirtualną obecność gości w studiu oznacza, że znikają ograniczenia w ich zapraszaniu, wynikające z odległości. Mój redakcyjny kolega Marcin Makowski, mieszkający w Krakowie, przyjeżdżał do Warszawy kilka razy w miesiącu, żeby wziąć udział w programach z komentatorami i była to dla niego uciążliwość. A nie był jedyną taką osobą.

 

Ale są też wady. Przede wszystkim całkiem inaczej rozmawia się z ludźmi, których widzi się na monitorze, a inaczej z ludźmi, których ma się naprzeciwko siebie. To truizm, ale żadna wirtualna konferencja nie zastąpi bezpośredniej rozmowy i interakcji. Technologia wymusza też większy porządek, ale zarazem usztywnia rozmowę. Przy połączeniu przez komunikator goście nie mogą wchodzić sobie w słowo, bo stałoby się to już kompletnie niezrozumiałe dla słuchaczy. Prowadzący rozmowę musi działać jak pani w szkole, udzielając głosu po kolei. Szczególnie ciekawe, jak w takiej formie zaczną wyglądać programy z politykami, którzy z przekrzykiwania się zrobili swoistą dziedzinę sportu.

 

Bardzo możliwe, że w miarę przedłużania się obecnej sytuacji – a można założyć spokojnie, że potrwa to przynajmniej kilka tygodni, jeśli nie miesięcy – sprawy techniczne będą dopracowywane. Skype jest o tyle prostym narzędziem, że ma go niemal każdy – to aplikacja Microsoftu, która łatwo integruje się z systemem Windows, ale jest też dostępna w wersji mobilnej. Są jednak programy alternatywne, jak WhatsApp (własność Facebooka) czy sam Messenger (część FB). Są też bardziej wyspecjalizowane rozwiązania, takie jak systemy amerykańskiej firmy Zoom, tworzone specjalnie do obsługi zdalnych konferencji (zdolne obsłużyć naraz nawet kilkuset, a co dopiero kilkoro użytkowników). Niewykluczone, że wkrótce pojawią się technologie dostosowane specjalnie do potrzeb mediów – dające dobrą jakość transmisji, stabilność połączenia, możliwość manipulowania obrazem z poziomu realizatora i łatwość dołączenia gości, którzy nie będą już musieli niczego instalować na swoich komputerach czy smartfonach – wystarczy, jeśli klikną link (to zresztą już tak działa w przypadku konferencji Zooma) To nowa, choć niszowa gałąź rynku. Jeżeli teraz stacje telewizyjne czy radiowe zainwestują w tego typu rozwiązania (gdy już powstaną, ale potrzeba jest matką wynalazków i wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby przedsiębiorczy informatycy już nad takimi programami pracowali), to nawet po epidemii będą chciały nadal z nich korzystać. Wizyty w studiu mogą się stać taką rzadkością, jaką dotąd były łączenia przez aplikacje. Dla widza może to być mniej atrakcyjne – ale może właśnie będzie przeciwnie? Przecież teraz może trochę zajrzeć każdemu do domu czy biura, nawet jeśli kadr jest wąski.

 

Może ta zmiana była nieunikniona, a koronawirus ją tylko przyspieszył? Jeśli okaże się trwała, będę jednak żałował. Konieczność pojechania do studia to pewna mobilizacja. Inaczej rozmawia się z żywymi gośćmi przed kamerami i mikrofonami, a inaczej z obrazami wyświetlanymi na ekranie komputera. Program w radiu czy telewizji to też kulisy, których widz nie zna. Rozmowy poza kamerą, dzielenie się wiadomościami. Zdalna obecność zabiera nam to wszystko.

 

Cóż, być może to jednak tylko fragment większej całości – kompleksowych zmian, które wymusi pandemia, a które będą sprzyjać zatomizowaniu społeczeństwa. To może być wielka i bardzo groźna przemiana, o której na razie mało kto myśli, bo na głowie mamy bardziej bieżące problemy.

 

Łukasz Warzecha