POLECAMY: #FakeHunter, czyli – jak zostałem łowcą fejków – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

O projekcie #FakeHunter (adres internetowy: fakehunter.pap.pl), w który jestem zaangażowany, nie będę się rozpisywał. Wszystko jest na stronie. Można na niej zapoznać się z działaniem systemu, zasadami fact checkingu, zespołem, a w końcu pobrać wtyczkę do zgłaszania potencjalnych fake newsów a nawet zgłosić się do społeczności „fake hunterów”.

 

A może jednak trochę się rozpiszę, bo jednak trudno mi się powstrzymać.

 

#FakeHunter to serwis a właściwie cały system fact checkingowy o charakterze tematycznym. To znaczy, że skupia się na jednym obszarze tematycznym, nazwijmy go „około-koronawirusowym”. O powodzi, potopie wręcz, dezinformacji, siejących panikę celowo lub bezrefleksyjnie ludziach i środkach przekazu, pisałem na portalu SDP już w styczniu, gdy koronawirus był jeszcze, choć ciekawą i dramatyczną, ale dość jeszcze odległą informacją z Chin.

 

I, można powiedzieć, – przeszedłem od słów do czynów, angażując się jako koordynator w projekt Polskiej Agencji Prasowej i GovTech Polska – #FakeHunter, którego celem jest zwalczanie epidemii fejków i dezinformacji. W środę ósmego kwietnia 2020 roku miała miejsce oficjalna premiera serwisu, publiczne udostępnienie wtyczki do przeglądarek, za pomocą której można zgłaszać wątpliwe treści z Internetu, społecznościowo-eksperckiego systemu weryfikacji zgłoszeń i portalu prezentującego wyniki naszego fact checkingu.

 

Stron i serwisów weryfikujących informacje jest sporo. Nasz projekt ma przynajmniej kilka cech wyjątkowych. Przede wszystkim oferujemy użytkownikom rozszerzenie/wtyczkę do przeglądarki Chrome i FireFox, za pomocą której łatwo mogą zgłaszać treści ze stron internetowych do systemu, w którym zajmujemy się fact checkingiem. I tu pojawia się kolejne nowatorskie rozwiązanie – społeczność „fake hunterów” (tak ich nazywamy, a właściwie wszyscy się tak nazywamy). Rekrutowaliśmy ich i szkoliliśmy przez ostatnie parę tygodni. Stanowią „pierwszą linię” weryfikacji informacji. W „drugiej linii” zgłoszenia wprowadzone do systemu, są czytane i weryfikowane przez zespół ekspertów Polskiej Agencji Prasowej. Werdykty ukazują się na portalu, którego adres podałem na wstępie.

 

Już wiemy, że weryfikacja faktów nie zawsze jest prosta, że pojawić się może nieskończoność problemów interpretacyjnych, niejasności i wątpliwości. Mamy nadzieję, że metodologia, którą wypracowaliśmy a właściwie ciągle wypracowujemy, obroni się i z czasem okrzepnie jako trwały standard weryfikacji faktów.

 

To zresztą dopiero pierwszy krok. Chcemy doskonalić i rozwijać system. Zapewne niektórzy, słysząc o tych wszystkich planach, mogliby dojść do wniosku, że co jak co, ale pomysłów mamy zdecydowanie zbyt wiele.

 

Ruch walki z infodemią

 

Weryfikacja faktów i prostowanie dezinformacji, z których prawdziwą eksplozją mamy do czynienia od kiedy po świecie zaczął grasować koronawirus, to już międzynarodowy ruch z prawdziwego zdarzenia. Już w styczniu pisałem, że infodemicznego byka za rogi wzięły organizacje i platformy zajmujące się sprawdzaniem faktów z trzydziestu krajów współpracujące za pośrednictwem International Fact-Checking Network pod patronatem Instytutu Poyntera na rzecz identyfikacji i weryfikacji fake newsów. W serwisie FactCheck.org publikowana jest lista dezinformacji, fake newsów i manipulacji na temat epidemii koronawirusa, przygotowana przez weryfikatorów pracujących dla globalnej sieci.

 

Oto przykłady przypadków z FactCheck.org, bardzo podobne do tego co trafia do FakeHuntera:

 

Np. wiele postów w mediach społecznościowych fałszywie głosiło, że wirus został opatentowany, a szczepionka jest już dostępna. To nieprawda. Patenty, do których odnosiły się badane wpisy, odnoszą się do innych wirusów.

 

Jeden z autorów społecznościowych na Facebooku niezgodnie z prawdą stwierdził, że odpowiedzialny za rozprzestrzenianie się nowego koronawirusa jest komik Sam Hyde, co brzmi może anegdotycznie. Na poważnie, to naukowcy wciąż pracują nad ustaleniem źródła koronawirusa, a dowody sugerują, że został on po raz pierwszy przekazany człowiekowi przez zwierzę. Nie jest jednak dowiedzioną prawdą, jak to kategorycznie głosiła na Twitterze poseł Sylwia Spurek, że mikrob ten wywodzi się z tzw. mokrego chińskiego targu. Wielu badaczy, nawet WHO, sugerowało takie pochodzenie, ale przesądzającego o pochodzeniu wirusa dowodu jeszcze nie ma. Nie można więc kategorycznie twierdzić, że pochodzi stąd i stąd. Dlatego w FakeHunterze uznaliśmy wypowiedź poseł Spurek za fake news.

 

Inny typowy przykład jest taki, że na stronach internetowych i w serwisach społecznościowych krążyły błędne twierdzenia, że „patogeny do zakładu w Wuhan” wysłał „chiński zespół szpiegowski” pracujący w kanadyjskim laboratorium rządowym. Kanadyjskie media zdementowały te informacje. A nam do FakeHuntera jeszcze nikt takiej informacji nie zgłosił, ale spodziewamy się i przygotowujemy na taką okoliczność.

 

Znanym i często weryfikowanym fejkiem są publikacje propagujące teorie spiskowe mówiące o prognozach Fundacji Billa Gatesa mówiących o przewidywanych „65 mln zgonów” z powodu koronawirusa. W rzeczywistości omawiane przez fundację zdarzenie dotyczyło hipotetycznego scenariusza z udziałem fikcyjnego wirusa.

 

Fałszywe wiadomości są szybsze niż prawdziwe

 

Walcząc z dezinformacją walczymy zarazem z sianiem paniki i lęków. Strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż koronawirus. Dystrybutorzy dezinformacji, niezależnie od proweniencji i motywacji, chętnie żerują na lękach swoich odbiorców, nierzadko dla politycznych celów.

 

Panika musi się skończyć. A media, naprawdę muszą być w jakiś sposób pociągnięte do odpowiedzialności, ponieważ krzywdzą ludzi,” mówił w wywiadzie udzielonym 10 marca serwisowi RealClearPolitics Dr Drew Pinsky, znany w USA lekarz, współautor audycji i programów TV na tematy medyczne i zdrowotne.

 

Ludzie są bardzo zaniepokojeni koronawirusem, mając po temu bardzo dobry powód, gdyż prawdopodobnie zamieni się on w pandemię” opiniował w Politico profesor Uniwersytetu Waszyngtońskiego Carl Bergstrom. „Jednak jest to jeden z pierwszych przypadków, kiedy opinia publiczna otrzymuje informacje o rozprzestrzenianiu się epidemii w czasie zbliżonym do rzeczywistego” – dodaje. I sam ten fakt sprzyja nakręcaniu atmosfery grozy.

 

Większość z nas mogłaby znaleźć lepszą, dokładniejszą wiarygodniejszą informację, gdybyśmy dali sobie chociaż dwanaście godzin na weryfikację. Niestety platformy mediów społecznościowych są napędzane przez presję na kliki i lajki w trybie natychmiastowym, co sprzyja rozprzestrzenianiu czegokolwiek, byle czego lub celowej roboty dezinformacyjnej, w tempie, którego najwredniejszy wirus biologiczny mógłby tylko pozazdrościć.

 

Naukowo zresztą przebadanym i zweryfikowanym faktem jest, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniają się szybciej niż prawdziwe. W renomowanym „Science” z marca 2018 r. można znaleźć publikację Sorousha Vosoughiego, Deba RoyaSinana Arala, która aby wyjaśnić, jak rozprzestrzeniają się fałszywe informacje wykorzystali zestaw danych o kaskadach plotek na Twitterze w latach 2006-2017. Około 126 tysięcy z nich zostało rozpowszechnionych przez około 3 miliony osób. Fałszywe wiadomości docierały do większej liczby osób niż prawda; czołowy 1 proc. kaskad fałszywych wiadomości rozprzestrzeniał się między tysiąc a 100 tys. osób, podczas gdy prawda rzadko docierała do więcej niż tysiąca osób. Z badań wynikało również, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniały się szybciej niż prawda.

 

Zanim ogłosiła pandemię COVID-19, co stało się w ostatnich dniach, Światowa Organizacja Zdrowia już drugiego lutego określiła sytuację z koronawirusem jako „infodemię”, wyjaśniając, że ma na myśli „nadmiar informacji” w swojej masie zawierających zarówno doniesienia i dane prawdziwe jak też nieprawdziwe. Jak pisało WHO, już sama ich masa utrudnia ludziom znalezienie wiarygodnych źródeł i wiarygodnych wskazówek, gdy ich potrzebują. Różnica pomiędzy koronawirusem a poprzednimi wybuchami epidemicznymi jest z tego punktu widzenia głównie ilościowa. Choć SARS, MERS i Zika budziły lęki i gdzieniegdzie objawy paniki, to jednak zasięg tych zjawisk był mimo wszystko ograniczony w porównaniu z obecną sytuacją epidemiczną wzmocnioną przez media społecznościowe w pełni rozkwitu.

 

O tym, że platformy social media przodują w sianiu dezinformacji i paniki dobrze wiemy. Jednak, trzeba przyznać, że zarówno Twitter jak i Facebook a także Google, do których zwróciła się WHO, podjęły działania w walce z fałszywkami na temat koronawirusa. Np. na Twitterze po kliknięciu hasztagu #koronawirus czy #coronavirus mamy informacje o wiarygodnym oficjalnym źródle informacji (w naszym przypadku Ministerstwie Zdrowia RP. Facebook kieruje do WHO. Także Google w światowej wersji kieruje do WHO a w polskiej dodaje stronę informacyjną MZ).

 

Media lubią klimat „zabójczości”

 

Obecna epidemia jest znacznie bardziej widoczna w mediach niż poprzednie, choćby Ebola. Z niedawnego badania „Time Magazine” wynika, że w anglojęzycznych gazetach drukowanych ukazało się 23 razy więcej artykułów na temat epidemii koronawirusa w pierwszym miesiącu w porównaniu z tym samym okresem w przypadku epidemii Ebola w 2018 roku.

 

Od 12 stycznia, kiedy ruszyły pierwsze doniesienia o nowej, wówczas stosunkowo tajemniczej, chorobie, do 13 lutego 2020 r. Karin Wahl-Jorgensen z „The Conversation” śledziła doniesienia w największych anglojęzycznych gazetach na całym świecie, korzystając z bazy danych LexisNexis UK. Zakres jej badań to prawie 100 wysokonakładowych gazet z całego świata, które łącznie opublikowały 9 387 materiałów związanych tematycznie z epidemią. Skrupulatnie wyliczyła, że 1066 artykułów zawiera słowo „strach” lub terminy powiązane, pokrewne i pochodne. Badaczka wskazuje też na przykłady innego rodzaju. Na przykład w 50 artykułach używano sformułowania „zabójczy wirus”.

 

Wahl-Jorgensen jako typowy dla stylu pisania, generującego lęki, podaje przykład reportażu z Wuhan w brytyjskim „The Telegraph”, szeroko udostępnianego po publikacji na portalach społecznościowych. Czytelnik był w tym materiale epatowany obrazami pacjentów omdlewających na ulicy, setek przerażonych obywateli, tłumy w wąskich korytarzach szpitalnych, lekarzy krzyczących w udręce i desperacji.

 

A „The Telegraph” to wciąż, bądź co bądź, gazeta z półki nieco wyższej. W brytyjskich tabloidach, takich jak „The Sun” i „The Daily Mail” nakręcanie spirali strachu to chleb powszedni. Na przykład, „Sun” na swoim blogu poświęconym koronawirusowi rutynowo określa COVID-19 jako „śmiertelną chorobę”.

 

Niestety media niewiele uczą się z epidemii na epidemię, frymarczenie lękami uważając wciąż za dokonały wehikuł sprzedażowy. Badania przeprowadzone przez historyka Patricka Wallisa i lingwistkę Brigitte Nerlich wykazały, że dominującą metaforą na opisanie SARS było odmienianie jego charakteru „zabójca” przez wszystkie przypadki. Pod tym samym kątem badacze mediów Peter Vasterman i Nel Ruigrok zbadali relacje z epidemii H1N1 w Holandii i orzekli, że jest były one naznaczone alarmistycznym tonem.

 

Czy ktoś potrafi wskazać publikacje określające jako „zabójczą”, grypę, która, według danych WHO zabija na świecie co roku 300 do 600 tysięcy ludzi? Chyba będzie trudno. Media, które  zaczęłyby publikować panikarskie filmiki pokazujące ludzi słabnących na ulicy z powodu grypy, uznano by za histeryczne. Gdyby jakiś komentator zaczął rozwodzić się nad wpływem grypy na wynik wyborów, uznano by go za szalonego.

 

I co z tego, że fejk

 

Fake newsy mają często większą siłę przyciągania, tylko dlatego, że są informacjami nowymi. Nie powielają wiedzy już nam znanej. Takie wnioski wynikają m. in. ze wspomnianych badań Vosoughiego. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane.

 

Czasami dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szrszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rodhe Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel aby ten post udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników

 

Nie wiadomo, ile z udostępniających tę fałszywkę osób robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują tego rodzaju treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znajdziecie w sieci to „beka”.

 

Czy to jest złe i groźne? Pisałem, że nie tak bardzo, ale wtedy gdy to pisałem, nie było koronawirusa. Oczywiście nikt tak naprawdę nie wierzy ani w statki niewolnicze z Irlandczykami, ani w płaską Ziemię, ani w zapomniane mocarstwo Lechitów. Pisałem o deep fake’ach, czyli oszukanych filmach wideo, że ich upowszechnienie może mieć dobre skutki, bo lepiej uczuli, „zaszczepi” nas na fałsz. Dlaczego młodzież, jak wyraźnie wykazują badania, jest bardziej odporna na fake news niż starsi? Bo jest zaszczepiona. Bo widziała w Internecie tyle fałszywek, wygłupów i ściemy, że ma pancerz zdrowego sceptycyzmu, od którego przekaz manipulatorów i fałszerzy skutecznie się odbija.

 

Jednak fake newsów koronawirusowych nie sposób przypisać do tej kategorii. Tu nikomu nie jest do żartu czy do śmiechu. Zwłaszcza ludziom zdezorientowanym i poważnie mającym obawy nie tyle co do choroby, ale co do swoich dalszych losów.

 

U nas na platformie #FakeHunter mamy szczepionkę na infodemię w sensie ścisłym. Bo zdemaskowane fake newsy (są też tu oczywiście i informacje zweryfikowane jako prawdziwe) są tym czym są mikroby podawane w szczepieniach ochronnych. Są niegroźne, osłabione. Pobierane w takiej postaci wzmacniają organizm i uodporniają go na koronafejki

 

Mirosław Usidus

Oficjalny start projektu #FakeHunter

Polska Agencja PrasowaGovTech Polska uruchamiają aplikację #FakeHunter, czyli nowe narzędzie do walki w sieci z dezinformacją o koronawirusie. Za pomocą tej aplikacji każdy internauta będzie mógł zgłosić wątpliwą treść do sprawdzenia, a następnie otrzymać wiarygodną odpowiedź, zweryfikowaną przez społecznych liderów opinii oraz ekspertów PAP. Wszystkie weryfikowane doniesienia wraz z werdyktami znajdą się w specjalnym serwisie połączonym z aplikacją #Fakehunter.

 

Na początku marca Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła, że pojawieniu się koronawirusa (SARS-CoV-2) towarzyszy ogromnych rozmiarów “infodemia” czyli globalny zalewinformacji. niektóre z nich są prawdziwe, inne nie. Razem tworzą mieszankę wybuchową, która wywołuje wśród ludzi dezorientację i panikę.

 

W czasie pandemii fałszywe doniesienia na temat choroby COVID -19 często powielane przez środki masowego przekazu i media społecznościowe stają się wyjątkowo groźne. Od tego, czy ludzie będą się kierować informacją potwierdzoną w wiarygodnych źródłach, czy  też będą ulegać dezinformacji zależy zdrowie i życie milionów osób i firm nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Dlatego PAP i GovTech wdrażają projekt #FakeHunter – społeczny system weryfikacji treści publikowanych w Internecie, którego celem jest demaskowanie nieprawdziwych wiadomości dotyczących SARS-CoV-2. Integralną częścią programu jest specjalna aplikacja, za pomocą której każdy internauta będzie mógł zgłosić wątpliwą treść do sprawdzenia, a następnie otrzymać wiarygodną odpowiedź, zweryfikowaną przez społecznych liderów opinii oraz ekspertów PAP. Wszystkie weryfikowane doniesienia wraz z werdyktami znajdą się w specjalnym serwisie połączonym z aplikacją #Fakehunter.

 

Wtyczka do pobrania i zainstalowania aplikacji #FakeHunter znajduje się na stronie https://fakehunter.pap.pl/

 

Partnerami projektu są Demagog, DO OK, Objectivity, Amazon Web Services.

 

Polska Agencja Prasowa to największa agencja informacyjna w Polsce. Zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. Przez całą dobę, 7 dni w tygodniu 250 dziennikarzy i 40 fotoreporterów przygotowuje serwisy informacyjne, z których korzystają media, instytucje, urzędy państwowe i przedsiębiorcy.

 

Program GovTech Polska jest realizowany przez Zespół działający w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów pod patronatem Premiera. Zespół odpowiada za międzyresortowe projekty w dziedzinie innowacji, nowych technologii oraz cyfryzacji. Jego celem jest budowa nowoczesnego Państwa wspólnie z innowatorami: przedsiębiorcami, start-upami, środowiskiem naukowym oraz samymi obywatelami. Zespół skupia także społeczność innowatorów chcących wspólnie przyczynić się do budowy nowoczesnego, cyfrowego Państwa.

 

Więcej informacji : strona www projektu https://fakehunter.pap.pl/, fanpage na Facebooku https://www.facebook.com/PAPFakeHunter/ i Twitter  https://twitter.com/PAPFakeHunter  oraz wydarzenie, gdzie będą publikowane wszystkie aktualne informacje https://www.facebook.com/events/236150804167083/

 

CMWP SDP wspiera PAP w tym projekcie.

 

Kto fałszuje prawdę o Katyniu – na to pytanie odpowiada TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Nie tylko w Rosji, ale i w Polsce działa propaganda medialna żywcem wyjęta z czasów Stalina. Propaganda, która bagatelizuje wielkość sowieckich zbrodni na Polakach, a nawet zaprzecza sprawstwu ludobójstwa ZSRS w Katyniu, wyśmiewając się przy tym z ofiar.

 

W Rosji Putina cały czas zakłamywana jest prawda o zbrodni katyńskiej. Przykłady? W marcu br. w RIA Nowosti ukazał się np. artykuł Władisława Szwieda, byłego II sekretarza KC Komunistycznej Partii Litwy, który zasugerował, że masakry polskich jeńców dokonali Niemcy.

 

Myślę, że autorzy zaprzeczający sowieckiej winie nie są oficjalnymi rzecznikami państwa, ale jednak działają za jego cichym przyzwoleniem” – skomentował dla Telewizji Biełsat Aleksandr Gurjanow, szef polskiej sekcji Stowarzyszenia Memoriał, organizacji badającej i upamiętniającej sowieckie zbrodnie.

 

 

„Katyń to byli Niemcy”

 

 

Ale fałsze dotyczące ludobójstwa katyńskiego – bo tak powinniśmy definiować tą masową, planową zbrodnię na Polakach – pojawiają się też w naszym kraju.

 

Przypomnę rok 2016, bo wtedy doszło do intensyfikacji rosyjskich działań hybrydowych. Media w Polsce szeroko informowały o działalności Komunistycznej Młodzieży Polski (Komsomołu) i prokremlowskiej partii Zmiana. W dużej mierze za sprawą przewodniczącej KMP i skarbniczki Zmiany Ludmiły Dobrzynieckiej. Towarzyszka ta dała się poznać opinii publicznej najpierw za sprawą akcji na stołecznych Powązkach Wojskowych, kiedy z mauzoleum jednego z największych zbrodniarzy we współczesnych dziejach naszego kraju – Bolesława Bieruta – zmywała namalowany czerwoną farbą napis: KAT. Towarzyszka „Luda” Dobrzyniecka negowała przy tym zbrodnie Stalina: „Stalin był dobrym przywódcą, na pewno nie totalitarnym. Uratował Polskę po wojnie, choć wcale nie musiał. Przypisuje mu się różne błędy, ale nie można do nich zaliczyć >>jakichś czystek<<, bo o tym nie wiedział. Był w końcu prostym człowiekiem, a ile miał na głowie (panowanie nad tyloma krajami)”. Broniła idei sowieckich łagrów: „Praca kształci człowieka”. A o ludobójstwie dokonanym na polskich jeńcach w 1940 roku wypowiadała się tak: „Katyń to byli Niemcy, a dziś głoszenie, że to zbrodnia Stalina, jest antyrosyjską propagandą”. Antyrosyjska propaganda. Jakże często słyszymy w Polsce podobne stwierdzenia.

 

„W tył głowy, w rowie katyńskim”

 

Na tym nie koniec prorosyjskiej, a co za tym idzie antypolskiej propagandy. Jak podawał „Super Express” inny aktywista Zmiany – Bartosz Tomassi, na swoim facebookowym koncie zaproponował nową dyscyplinę olimpijską: „strzelanie w tył głowy na czas, w rowie katyńskim”.

 

Nie zabrakło wtedy w mediach głosów, że działaczy partii Zmiana powinno się aresztować (tak jak wcześniej przewodniczącego tego ugrupowania Mateusza Piskorskiego). Za propagowanie totalitaryzmu grozi przecież w Polsce do dwóch lat więzienia. Naturalną konsekwencją powinna być także delegalizacja takich organizacji.

 

Żonglowanie ofiarami

 

Ale prawdę o sowieckich zbrodniach podważa się też inaczej. I tak na popularnym portalu ciekawostkihistoryczne.pl, w 2017 roku można było przeczytać tekst Romana Sidorskiego – historyka. Znamienny był już tytuł: „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków”. Znamienny, bo o milionach żaden z poważnych polskich badaczy nie mówił. Autor twierdzi, że te przesadzone cyfry zostały zweryfikowane po otwarciu rosyjskich archiwów w latach 90-tych: „Okazało się, że cztery opisane deportacje [w latach 1939-1941] objęły ok. 320 000 obywateli II RP”. I dalej: „Nie ma powodu, by przypuszczać, że NKWD oszukiwało samo siebie i swoich zwierzchników z Ławrientijem Berią i Józefem Stalinem na czele”.

 

I niby wszystko jest ok., ale… historycy Instytutu Pamięci Narodowej np. uważają ujawnione dane za wyrywkowe, a rosyjskie archiwa za otwarte tylko częściowo. Warto przytoczyć tu również słynnego brytyjskiego historyka Rogera Moorhousea, który podważył dokumenty NKWD, choćby z jednego, prostego powodu: nie uwzględniają one skazanych w trybie doraźnym i niezarejestrowanych. Moorhouse ocenił liczbę deportowanych Polaków na 1,5 miliona. Jest to zbieżne z danymi IPN z 2009 roku, kiedy ustalono liczbę polskich ofiar reżimu stalinowskiego na 1,8 mln. Większość 1,6 mln to osoby represjonowane w latach 1939–1941, kiedy dokonała się zbrodnia katyńska i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb Rosji, pozostałe 200 tys. przypadają na lata 1944-1952.

 

Tadeusz Płużański

Przemilczanie  – ŁUKASZ WARZECHA o tym co w mediach nieobecne 

Film Stevena Spielberga „Czwarta władza” (The Post, 2017) opowiada historię Katherine Graham, właścicielki i wydawcy dziennika The Washington Post. W 1971 r. gazeta wchodzi w posiadanie tajnych rządowych dokumentów, dotyczących przebiegu wojny w Wietnamie. Bohaterka staje przed wyborem: narazić gazetę i – jak twierdzą waszyngtońscy urzędnicy administracji Richarda Nixona – bezpieczeństwo państwa czy opublikować informacje, bo taka jest misja wolnych mediów w wolnym kraju. Sprawa kończy się przed Sądem Najwyższym, który ostatecznie opowiada się po stronie wolnej prasy, a materiały, zdobyte przez The Washington Post oraz The New York Times publikują inne amerykańskie gazety w geście solidarności.

 

Niedługo później – czego już film Spielberga nie opowiada, ale co pokazuje z kolei znakomity film „Wszyscy ludzie prezydenta” (All the President’s Men, 1976) Alana J. Pakuli – ten sam dziennik ujawnia aferę Watergate, w konsekwencji doprowadzając do rezygnacji Nixona z urzędu w roku 1974. W ten sposób prezydent uniknął prawdopodobnie nieuchronnego złożenia z urzędu w wyniku procedury impeachmentu.

 

W obu tych historiach przewija się to samo pytanie: czy w kluczowych i trudnych dla państwa (wojna w Wietnamie, zagrożenie ze strony komunizmu) momentach media powinny wskazywać wątpliwe działania władzy, analizować je krytycznie, ujawniać uderzające w nią dokumenty – czy może, w imię swoiście pojmowanej odpowiedzialności za państwo, powinny zamilknąć i poddać się autocenzurze? To nie jest dylemat wydumany ani prosty do rozstrzygnięcia. W obu przypadkach dziennikarze jednoznacznie opowiedzieli się za pierwszą drogą postępowania i dzisiaj, przypominając sobie tamte wydarzenia, oglądając Meryl Streep jako Katherine Graham czy Roberta Redforda oraz Dustina Hoffmana jako Boba WoodwardaCarla Bernsteina, nie powinniśmy mieć wątpliwości, że była to jedyna słuszna i godna pochwały decyzja.

 

Wiele osób powinno sobie dzisiaj, w czasie szczególnym, oba te filmy przypomnieć lub obejrzeć po raz pierwszy. Bywają bowiem momenty, w których równie ważne jest to, o czym dziennikarze nie mówią, jak to, o czym mówią. Miewaliśmy w przeszłości sytuacje, w których media głównego nurtu uparcie omijały niektóre niewygodne sytuacje i zagadnienia – by wspomnieć choćby słynne przesłuchanie prezydenta Bronisława Komorowskiego w sprawie Wojciecha Sumlińskiego w 2014 roku.

 

Dziś, gdy naczelnym tematem jest pandemia w powiązaniu z polskim kryzysem politycznym, wydawałoby się, że rodzime media będą się intensywnie zajmować wszystkimi aspektami sytuacji. A jednak tak nie jest.

 

Jednym z najważniejszych wątków sytuacji jest ograniczanie praw obywateli. Konieczne, niekoniecznie, zgodne z prawem czy prawo naruszające – to jest właśnie tematem do dyskusji. W ostatnim czasie, po kolejnych zaostrzeniach restrykcji, trzeba by jeszcze dodać kwestię egzekucji obostrzeń, policja bowiem zaczęła masowo ścigać obywateli, naruszających rządowe rozporządzenia. Tymczasem temat krytycznej analizy tego aspektu sytuacji jest w mediach w zasadzie nieobecny.

 

Ja sam poświęcam mu szczególnie dużo uwagi. Po pierwsze – ze względu na moje poglądy i przekonania, w których wolność osobista zajmuje bardzo ważną pozycję. Po drugie – ponieważ uważam za groźną obecną sytuację. To model postępowania, który powtarzał się w historii już kilka razy, ostatnio po 11 września 2001 roku: pod pretekstem dbania o bezpieczeństwo obywateli w obliczu nowego, potężnego zagrożenia, wprowadza się naruszające nasze prawa i prywatność regulacje, które według deklaracji władzy mają być tymczasowe, a zostają już na zawsze. Mający taki charakter i przegłosowany w atmosferze wielkich kontrowersji i nacisku ze strony administracji George’a W. Busha amerykański Patriot Act obowiązuje do dzisiaj. Po trzecie – co powinno nas jako dziennikarzy interesować szczególnie – ponieważ krytyczną analizę działań rządzących, szczególnie pod kątem ograniczania praw obywateli, uważam za jeden z najpoważniejszych obowiązków publicysty czy, bardziej ogólnie, mediów.

 

I w tym ostatnim punkcie, jak mi się wydaje, nie mamy zgody. Być może się mylę, ale wygląda to tak, jakby media ogarnął rodzaj paraliżu, dotyczącego tego konkretnego aspektu sytuacji. Mimo bardzo licznych analiz prawnych, wskazujących na mnóstwo wątpliwości, dotyczących zarówno samych przepisów, jak i sposobu ich egzekwowania oraz mimo wielu historii, ilustrujących te wątpliwości, obecność tego wątku w mediach jest śladowa. Dlaczego?

 

Widzę dwie odpowiedzi. Pierwsza to swego rodzaju medialna inercja i efekt gromadzenia się pod flagą. W ten sposób określa się sytuację, w której w nadzwyczajnych okolicznościach nawet osoby (lub uczestnicy życia publicznego) zwykle niechętne rządzącym bezwarunkowo wspierają wszelkie ich działania. Dla mediów, szczególnie elektronicznych, siłą napędową są dzisiaj kolejne statystyki zachorowań i zgonów, konferencje prasowe polityków, epatowanie emocjami. Znacznie mniej miejsca jest na krytyczną analizę, z oczywistych powodów w zasadzie nieobecną w mediach państwowych. Być może jest ona uznawana za coś nieodpowiedniego.

 

Tu pojawia się druga możliwa przyczyna: spór o to, co znaczy odpowiedzialność. I nie jest to spór błahy. Dla części środowiska dziennikarskiego – nie udawajmy, że nie ma tu znaczenia istniejący w nim podział polityczny – odpowiedzialność polega na tym, żeby w trudnym czasie nie budzić wątpliwości. Oznaczałoby to zatem powstrzymanie się od jakichkolwiek krytycznych analiz działania aparatu państwowego – czy to wprowadzanych ograniczeń, czy postępowania służb, czy generalnego kierunku polityki.

 

Rozumiem to stanowisko, ale kompletnie go nie podzielam. Więcej: uważam je za niebezpieczne. Sytuuje nas ono blisko autocenzury i pokazuje już właściwie efekt mrożący. Postrzegam swoją – jako dziennikarza i publicysty – odpowiedzialność zupełnie inaczej. Właśnie w okresie, gdy grozi nam, że strach całkowicie przysłoni zdrowy rozsądek i pozbawi nas skłonności do krytycznej analizy sytuacji, rolą publicysty, a także dziennikarza informacyjnego powinno być wskazywanie słabych punktów, wątpliwości czy działań i decyzji wprost bezprawnych. To w tym czasie odpowiedzialność większa niż kiedykolwiek, ponieważ w takich właśnie okolicznościach najłatwiej nie dostrzegać tego co, złe. Można też założyć, że często nie widzą tego ci, którzy podejmują decyzje i potrzebny jest ktoś, kto na takie słabe miejsca wskaże.

 

Postawę biernej akceptacji wszystkich działań władzy przez dziennikarzy uważam za swego rodzaju zdradę własnej misji.

 

Łukasz Warzecha

10 reportaży radiowych, które warto znać – subiektywny wybór OLGI MICKIEWICZ-ADAMOWICZ

Żeby dobrze pisać, trzeba dużo czytać. To zasada znana chyba wszystkim, którzy chcą podszkolić swój warsztat pisarski lub dziennikarski. A co z radiowcami? Popularne sformułowanie wystarczy sparafrazować – żeby robić dobre reportaże radiowe, trzeba dużo słuchać.

 

Poniżej moja subiektywna lista dziesięciu audycji, od których warto zacząć.

 

  1. Witold Zadrowski „Dahoman” – bo cały jest zbudowany ze scen, a to jest wzorzec, do którego należy dążyć.

 

Zaczynamy od absolutnej klasyki. Witold Zadrowski był radiowcem i reżyserem filmów dokumentalnych. Pierwszym Polakiem, który zdobył tzw. „radiowego Oscara”, czyli nagrodę Prix Italia (za reportaż „Śmierć słonia” w 1966 roku). Ja polecam posłuchać innej jego audycji, powstałej w 1970 roku.

 

„Dahoman” to nie tylko tytuł reportażu, to także imię jego głównego bohatera. A jest nim… koń. Ogier urodzony w Janowie Podlaskim, który ścigał się na torze na warszawskim Służewcu, występował w cyrku, a po latach powrócił do stadniny jako reproduktor.

Zadrowski pokazuje całe jego życie za pomocą scen. Jest z mikrofonem przy narodzinach swojego bohatera, jest wtedy, kiedy Dahoman odnosi sukcesy na torze, jest wtedy, kiedy pokazuje wyuczone triki na arenie cyrkowej. Nigdy nie udało mi się znaleźć informacji, ile czasu powstawał ten reportaż, ale musiało być to przynajmniej kilka, a może nawet kilkanaście lat.

 

Czy historia konia mogłaby poruszać, gdyby została opowiedziana przez weterynarza, tresera, hodowcę? Być może. Ale tylko nagrana tak, jak zrobił to Zadrowski, sprawia, że pięćdziesiąt lat później ciągle czujemy się tak, jakbyśmy stali w tej stajni, wdychali zapach siana i końskiego nawozu, i obserwowali pojawienie się na świecie nowego życia.

 

To właśnie pokazuje, że sceny nagrywane wtedy, kiedy towarzyszymy naszym bohaterom w ważnych dla nich sytuacjach, mają o wiele większą siłę, niż nawet najpiękniej skonstruowana opowieść post factum.

 

„Dahoman” to niezwykła egzemplifikacja banalnego stwierdzenia, że dobry reportaż potrzebuje czasu. W epoce szybkiego życia i szybkiego dziennikarstwa tej audycji powinni wysłuchać wszyscy, którzy myślą o tym, żeby zająć się reportażem radiowym.

 

  1. Jerzy Janicki i Witold Zadrowski „Oczekiwanie – reportaż o tych, których JESZCZE nie ma” – bo pokazuje, że warto wykorzystywać nowe technologie, niezależnie od tego, co akurat znaczy słowo „nowe”.

 

Zostajemy jeszcze na chwilę przy Zadrowskim, tym razem jednak sięgamy po audycję, którą zrobił w duecie z Jerzym Janickim.

 

Są lata sześćdziesiąte. Chociaż dziś młodym rodzicom trudno to sobie wyobrazić, wówczas ze względów przede wszystkim higienicznych, matki i jej nowo narodzonego dziecka nie można było w szpitalu odwiedzać.  Nie było też możliwości, żeby do siebie dzwonić – rzecz nie do pomyślenia dziś, kiedy noworodek w sekundę po narodzinach zbiera już pierwsze „polubienia” na Facebooku.

 

Reporterzy postanowili jednak wykorzystać zdobycze ówczesnej techniki (czyli krótkofalówki) i pomogli w ten sposób świeżo upieczonym ojcom zdobyć pierwsze informacje o ich dzieciach. Rozmowy pomiędzy rodzicami oczywiście nagrali. Powstała w ten sposób niezwykła, momentami zabawna, momentami wzruszająca, ale zawsze bardzo prawdziwa audycja o tych pierwszych emocjach towarzyszących ludziom w tak niezwykłym momencie, jakim jest pojawienie się na świecie małego człowieka.

 

Dziś możliwości techniczne mamy nieporównanie większe niż wtedy, ale może to właśnie zabija kreatywność? Niewielu dziś możemy posłuchać audycji, które opierałyby się na wykorzystaniu nowych technologii w zdobyciu nagrań, do których inaczej nie mielibyśmy dostępu. Do głowy przychodzi mi jeszcze jeden pomysł, brytyjski. Dziennikarze dzwonili wówczas do budek telefonicznych w całym kraju. Jeśli ktoś podniósł słuchawkę – rozmawiali z tą osobą i nagrywali rozmowy. Po latach przygotowali jeszcze raz podobną audycję, łącząc się z przypadkowymi ludźmi na Skypie. Udało im się wtedy nawiązać kontakt między innymi z Syryjką. Rozmawiali podczas bombardowania jej miasta.

 

Być może pandemia koronawirusa i konieczność ograniczenia bezpośrednich kontaktów spowoduje, że podobnych pomysłów będzie więcej?

 

  1. Krystyna Melion i Maria Rosa Krzyżanowska – „Dwie godziny, 40 minut i 15 sekund byłem z narzeczoną” – bo pokazuje, że reportaż to pomysł, poza tym to rzadka okazja do wysłuchania reportażu wcieleniowego.

 

I znowu coś sprzed ponad pięćdziesięciu lat, co urzeka świeżością i lekkością. Dwie kobiety (Krystyna Melion to wybitna reportażystka, uczestniczka Powstania Warszawskiego. Maria Rosa Krzyżanowska to pierwsza powojenna spikerka TVP) umawiają się na randki z mężczyznami poznanymi za pomocą ogłoszeń matrymonialnych. Okazuje się, że część z nich to zwykli oszuści.

 

Reportaż zabawny, dowcipny, w którym jedną z głównych ról odgrywa ukryty mikrofon. I to nie tylko dlatego, że pozwala zarejestrować rozmowy z nieuczciwymi absztyfikantami. Mikrofon w tym reportażu został spersonifikowany i obdarzony własnym głosem. Był maleńki (mieścił się w bukieciku fiołków) i podobno został wypożyczony od znajomych wojskowych. To dzięki niemu nagranie tego reportażu było w ogóle możliwe.

 

Powtórzę: chociaż dziś możliwości techniczne mamy nieporównanie większe – sięga po nie niewielu radiowych reportażystów. Reportaż wcieleniowy w prasie jest oczywiście o wiele łatwiejszy do zrealizowania niż w radiu czy telewizji, gdzie konieczne jest ukrycie sprzętu nagrywającego. Warto posłuchać, jak dwie dziennikarki radiowe zrobiły to pół wieku temu. A może nawet się zainspirować?

 

  1. Janina Jankowska „Polski sierpień” albo „Powódź wszystkich Polaków” – bo stanowią przykład zasady, że tam gdzie kończy się praca reportera newsowego, zaczyna się praca reportażysty.

 

Janina Jankowska to człowiek-legenda. Reportażystka zdobywająca najwyższe polskie i światowe laury. Twórczyni Studia Reportażu i Dokumentu. W czasach PRL – opozycjonistka.

 

Warto posłuchać przynajmniej jednego z dwóch chyba najsłynniejszych jej reportaży. „Polski sierpień” to dokument o strajkach w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. Autorka pojechała tam wbrew woli kierownictwa radia, które przekazywało wtedy ocenzurowane informacje o wydarzeniach na Wybrzeżu. Audycja otrzymała najważniejsze na świecie radiowe wydarzenie, czyli Prix Italia.

 

Z kolei „Powódź wszystkich Polaków” to opowieść o tym, co stało się latem 1997 roku. Podczas ogromnej powodzi tysiące ludzi straciło dobytek całego życia. Audycja powstała wyłącznie z wypowiedzi emitowanych lub publikowanych wcześniej w prasie, radiu i telewizji. Autorka zdobyła za nią nagrodę Premios Ondas w Barcelonie.

 

Dlaczego warto posłuchać tych dokumentów? Pomijając ich ogromną wartość historyczną, warto zwrócić uwagę, z jakiego tworzywa zostały skonstruowane. Nie ma w nich jednego, konkretnego bohatera. W przypadku „Powodzi…” autorka dysponowała wyłącznie cudzymi nagraniami. A jednak udało jej się stworzyć opowieść o określonej strukturze i napięciu. Nie rozbudowanego newsa, ale właśnie dokument.

 

To cenna lekcja dla tych, którym wydaje się, że reportaż może powstać tylko tam, gdzie jest miejsce na intymną rozmowę. Wcale tak być nie musi! A za chwilę kolejny świadczący o tym przykład.

 

  1. Agnieszka Czarkowska i Alicja Pietruczuk – „Cały wasz – czyli jak przez małą wieś przetoczyła się wielka historia” – bo pokazuje, na czym polega metoda propagowana przez mistrza reportażu, Ryszarda Kapuścińskiego: od szczegółu do ogółu.

 

W 1997 roku Aleksander Kwaśniewski, który był wówczas prezydentem Polski, w ramach wspierania swojej partii w wyborach parlamentarnych jednego dnia objechał kilka wsi na Podlasiu. Na piętnaście minut zajrzał też do maleńkiej wioski Mochnate koło Hajnówki. I to właśnie zderzenie najwyższej władzy ze zwykłym człowiekiem jest tematem tej świetnej audycji (nagrodzonej zresztą Premios Ondas w Barcelonie).

 

Autorki reportażu przez trzy dni dokumentowały życie wsi, którą zamierzał odwiedzić prezydent. Nagrywały ludzi porządkujących obejścia, koszących trawę, przygotowujących się do tego ważnego dla nich wydarzenia. Nagrały też wizytę samego Aleksandra Kwaśniewskiego – banalne pytania „jak wam się żyje”, jowialne uwagi kierowane do mieszkańców, nieco zbyt ciężkie żarty. Znamienne wydaje się skojarzenie jednego z gospodarzy, któremu prezydencka wizyta skojarzyła się z innym ważnym wydarzeniem w historii miejscowości – dniem, w którym przez wieś przejeżdżał car.

 

To pozornie błahe wydarzenie pokazuje jak w soczewce, jak daleko znajduje się władza od zwykłego człowieka. Niewielki szczegół, wizyta prezydenta trwająca zaledwie piętnaście minut, okazała się świetnym pretekstem do stworzenia opowieści o czymś znacznie poważniejszym – relacji rządzących i rządzonych.

 

  1. Irena Piłatowska „Kosowo z daleka” – bo pokazuje, że wielkimi tematami, którymi żyje cały świat, można się zajmować nawet wówczas, kiedy redakcja nie wysyła nas za granicę.

 

W 1999 roku NATO zdecydowało się na przeprowadzenie operacji na terenie Kosowa. Z Włoch wystartowały samoloty, które zbombardowały byłą Jugosławię, aby zakończyć w ten sposób czystki etniczne. Poskutkowało to jednak zaostrzeniem kryzysu humanitarnego.

 

Czy reportażysta, którego redakcja z wielu różnych przyczyn nie może wysłać za granicę, musi zrezygnować z opracowania takiego tematu? Wcale nie. W reportażu Ireny Piłatowskiej pojawiają się co prawda nagrania z Włoch, ale tylko dlatego, że autorka była tam akurat na wakacjach. Nie one są jednak w tym reportażu najważniejsze. Osią dramaturgiczną są telefony, które Irena Piłatowska wykonuje z redakcji w Warszawie. W Belgradzie mieszka bowiem jej znajomy, z którym od jakiegoś czasu nie ma kontaktu. Czy coś mu się stało? Może nie przeżył bombardowania albo jest ranny? Ponieważ telefonów komórkowych jeszcze wtedy nie używano powszechnie, autorka reportażu postanowiła zadzwonić do sąsiadki znajomego. Łączy się z nią kilkukrotnie. Nie tylko dowiaduje się w ten sposób, co stało się ze znajomym, ale też rejestruje strach kobiety przed bombardowaniami. Reportaż zdobył nagrodę Premios Ondas w Barcelonie w 2000 roku.

 

Audycja powstała, kiedy redakcje dysponowały o wiele większymi budżetami, niż teraz. Dziś za granicę wyjeżdżają nieliczni. Niewiele mediów stać na utrzymywanie korespondentów, a honoraria za materiały są tak niskie, że nawet nie pokryłyby kosztów podróży. Warto posłuchać tego reportażu, jeśli szukamy sposobu na opowiadanie o tym, co na świecie ważne, a nie mamy nawet co marzyć o zdobyciu środków na zagraniczny wyjazd.

 

  1. Hanna Bogoryja – Zakrzewska i Ernest Zozuń „Emilia – niewolnica tajemnicy” – bo pokazuje, że reportaż to sztuka i że nawet do pozornie nudnego tematu można podejść kreatywnie.

 

Kolejna propozycja to reportaż, a właściwie serial dokumentalny (bo składa się z trzech odcinków) o absurdach biurokracji i nieuczciwości urzędników. W jednej z warszawskich szkół odbył się konkurs na dyrektora. Wyniki zdziwiły i rozzłościły nauczycieli, uczniów i rodziców. Zorganizowali więc protest. Przewodnicząca konkursowej komisji odmówiła jednak rozmów z nimi i podania uzasadnienia wyniku, zasłaniając się obowiązującą ją rzekomo tajemnicą.

 

Reportażyści radiowi przygotowujący audycje o urzędniczych absurdach muszą mierzyć się z jedną podstawową trudnością. Tłumacząc zawiłości zasad i przepisów, dzwoniąc do kolejnych oficjeli – łatwo mogą słuchacza przytłoczyć i znudzić dużą liczbą szczegółów. Ale Hanna Bogoryja-ZakrzewskaErnest Zozuń to mistrzowie w swoim fachu. Zdecydowali się opowiedzieć tę historię tak, że okazała się ogromnym sukcesem i przyniosła im wiele nagród, w tym Grand Press w 2002 roku.

 

Historię urzędniczki, powtarzającej jak mantrę słowa „obowiązuje mnie tajemnica”, zatytułowali „Emilia – niewolnica tajemnicy” i wystylizowali na operę mydlaną. Narratorem był Maciej Gudowski. Zastosowano też dość kiczowatą muzykę. Wszystko to ośmieszyło zachowania urzędniczki.

 

Ta audycja to dowód na to, że w naprawdę dobrym reportażu forma jest równie ważna, jak treść. I że ogranicza nas tylko własna wyobraźnia.

 

  1. Małgorzata Żerwe „Georgia. Fragmenty pamięci” – bo pokazuje, jak porażkę reportera przekuć w sukces.

 

Georgia Peet urodziła się w Bułgarii w 1923 roku, mieszka w Berlinie, ale dzieciństwo spędziła w Warszawie i nadal znakomicie mówi po polsku.  Była więźniarką Ravensbruck. Po wyzwoleniu została w Niemczech i należała do enerdowskiej elity kulturalnej. Wydaje się być świetną bohaterką reportażu, prawda? Jest tylko jedno „ale”. Kiedy autorka przychodzi do Georgii na umówione spotkanie, okazuje się, że staruszka już prawie nic nie pamięta. Nie kończy opowieści, tonie w dygresjach, gubi słowa, jąka się.

 

Małgorzata Żerwe próbuje składać z tych strzępów pamięci opowieść o Georgii. Nie da się jednak ukryć, że bohaterka reportażu mówi już bardzo źle. Niejedna osoba na pewno zrezygnowałaby w tej sytuacji z przygotowania audycji. Ale Małgorzata przekształca trudność w szansę nadania tej historii drugiego dna. Nie usuwa tego, co najczęściej uważa się za radiowe „brudy” – powtórzeń, zająknięć, prób przypomnienia sobie odpowiednich słów. To już nie tylko opowieść o barwnej artystce, to także skonstruowany z dużą delikatnością wzruszający portret starzejącej się kobiety, która powoli traci najcenniejsze wspomnienia o sobie samej. Reportaż został nagrodzony w konkursie Melchiory w 2006 roku.

 

  1. Katarzyna Michalak „Złoty chłopak” – bo pokazuje, że reportaż radiowy powinien być filmem dokumentalnym (tylko że bez dźwięku), oraz prezentuje całe bogactwo środków radiowych.

 

Historia miłośnika filmu i przedsiębiorcy Abrahama Tuszyńskiego, polskiego Żyda, który urodził się w Brzezinach koło Łodzi i stworzył w Amsterdamie jedno z najpiękniejszych kin świata, „Theater Tuschinski”. A także opowieść autorki reportażu o własnym, spędzonym w Łodzi dzieciństwie.

 

To reportaż, który najpierw mnie rozdrażnił, a zaraz potem zachwycił. Jest w nim wszystko. Muzyka, sceny, nagrania archiwalne, narracja autorki, dialogi aktorów. Bogactwo głosów i dźwięków ocierające się o kicz. Ale taki właśnie był świat Tuszyńskiego – pełen filmowych historii, pretensjonalnych min aktorów niemego kina. Pełen przepychu, pieniędzy i blichtru.

 

A jednocześnie Tuszyński, światowiec i kinowy potentat, był chłopakiem z biednego, małego polskiego miasteczka. Imigrantem, który do Amsterdamu trafił, szukając sposobu na poprawienie swojego bytu. I tak samo autorka audycji, która ma na koncie najważniejsze polskie i światowe nagrody za swoje reportaże, jest dziewczyną z Łodzi, której z dzieciństwem kojarzy się turkot maszyny do szycia dziadka – co nie jest bez znaczenia dla opowiadanej historii.

 

Przepięknie, precyzyjnie skonstruowana opowieść została uhonorowana wieloma nagrodami, w tym jedną międzynarodową, Prix Marulić. Warto słuchać „Złotego chłopaka” siedząc wygodnie, najlepiej w półmroku, tak żeby pozwolić zadziałać wyobraźni. Zupełnie jak w kinie.

 

  1. Magdalena Świerczyńska-Dolot „Kiedyś ci o tym opowiem” – bo pokazuje, że tematy można znaleźć wszędzie (nawet w sobie) oraz stanowi rzadki przykład opowieści osobistej w polskiej radiofonii.

 

Na koniec reportaż, który powstał w 2019 roku. Jest jednocześnie pracą stypendialną przygotowaną w ramach stypendium im. Jacka Stwory.

Kiedy autorka zdobyła możliwość pracy przez rok nad jednym, wybranym tematem, była już w ciąży. Radosny okres przyćmiło oczekiwanie na wyniki badań. Standardowo wykonywane testy sugerowały, że dziecko urodzi się z zespołem Downa. Jak w tej sytuacji cieszyć się powiększeniem rodziny? Co dzieje się między najbliższymi sobie ludźmi, kiedy muszą, każdy po swojemu, zmierzyć się ze strachem, stresem, ale też pytaniem: co dalej?

 

Ta właśnie osobista historia stała się tematem reportażu stypendialnego. Magda nagrywała siebie i swoją rodzinę, rozmawiała z lekarzami, rejestrowała domowe sceny. Skonstruowała z nich niezwykle poruszającą, uniwersalną opowieść. To rzadki na polskim podwórku przykład personal story – na zachodzie bardzo popularnej, opierającej się na osobistych doświadczeniach autora. Wymaga dużo odwagi, ale też umiejętności, żeby nie przekroczyć granic dobrego smaku. Nie opowiadać wyłącznie o sobie, a zamiast tego stworzyć historię z drugim dnem.

 

Oto lista dziesięciu audycji, od których moim zdaniem warto zacząć. Ale nie należy na nich poprzestać. Więcej inspiracji można znaleźć tutaj.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Poradnictwo w czasie zarazy – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o tym co media piszą o koronawirusie

Przyjrzałam się trochę, ale nie wybiórczo i nie krytykancko, pojawiającym się dziś we wszystkich właściwie mediach „poradnikom koronawirusowym”. I powiem szczerze: nie jest źle!

 

Sytuacja epidemiologiczna COVID-19 jaka jest – wiadomo. Są dane oficjalne. Można je kontestować, pytać, dlaczego wieczorem przybyło osiem, a rano ubyło pięć, jak na Wiśle w Zawichoście, ale są. I co więcej: różnice w ilości chorych czy zmarłych są zrozumiałe w kontekście skomplikowanej diagnostyki molekularnej tej choroby zakaźnej oraz związanej z nią śmiertelności. Czyli jaki koń jest mniej więcej widać po prostu ze strony GIS i chyba coraz mniej wszyscy powinniśmy się tym epatować, bo to zaczyna szkodzić nam psychicznie. A na potwierdzenie tezy o szkodliwości „bodźcowania się” danymi epidemiologicznymi przez laików są badania naukowe.

 

Czyli: za pierwszym przypadkiem latał dron TVN w trzy różne miejsca, aż trafił, a nad Szpitalem Bródnowskim, gdzie zakaziło się 70 osób na raz, pół na pół pracownicy medyczni i pacjenci, już nic nie latało, co najwyżej „Warszawa w pigułce” poinformowała.

 

W dodatku,  interaktywną mapę z tychże danych strzela dziś nie tylko WHO, Reuters i John Hopkins Medical School, skąd da się ją „zgrabić”, ale i średnio ogarnięty redakcyjny infografik ogólnopolskiego medium. Zresztą jeśli chodzi o Polskę do dziś (30 marca 2020 roku) ów grafik nie robi na wielkich liczbach, więc mu kółeczka z mapy na ćwierć kolumny nie wylatują aż w kosmos. I chwała Bogu albo umiejętnej kreatywnej „księgowości” przypadków (właściwy wybór przyczyn zależy od Redakcji).

 

A jak jest z przygotowywaniem ludzi przez media – praktycznie – do radzenia sobie w sytuacji tak nowej dla nas, jak pandemia NIEZNANEGO wirusa roznoszącego się kropelkowo? Jak jest z informowaniem ich o metodach zapobiegania zakażeniu? Jak jest z tłumaczeniem co i dlaczego działa „na korona wirusa”? Jak w ogóle sam ten wirus działa przede wszystkim? Jakie niesie zagrożenia dla zdrowia w perspektywie dłuższej, niż kwarantanna? A jak zorganizować sobie kwarantannę? Jak działają które testy i dlaczego tak różnie? I jak to się wszystko potoczy, jakie są prognozy rozwoju sytuacji?  Niemało pytań, niemało możliwych odpowiedzi. I zaroiło się od poradników. Sama prowadzę jeden, choć dość specyficzny, bo to wideoblog.

 

W samym zatem podjęciu tematu nie ma nic zdrożnego, wręcz przeciwnie. Jest to wypełnianie podstawowej, informacyjnej roli mediów w swej najgłębszej istocie. Jest potrzebne, a wręcz niezbędne, jest poszukiwane dziś przez odbiorców. Wypełniają tu media lukę między odbiorcą a komunikatami i instrukcjami GIS, nieraz naprawdę pozbawionymi szczegółów czy spóźnionymi (jak ta dotycząca kwarantanny, pojawiła się na stronach internetowych Inspektoratu dopiero 21 marca). Potencjalnie wystraszonym, nieuzbrojonym w podstawową wiedzę w zakresie chorób zakaźnych, wirusów etc. I w dodatku nie mającym z epidemiami – zwłaszcza pandemiami – żadnej już życiowej styczności. Pozbawionym zatem bezcennego nauczyciela życia – doświadczenia.

 

Oczywiście, każdy wskakuje nagle w poradnictwo medyczne, czy opowieści o dezynfektantach i testach PCR vs. testach immunologicznych nie dlatego, że szczególnie zna się na tym, czy lubi takie tematy. Już w publikowanym na łamach portalu SPD moim tekście o popularyzacji nauki (tutaj) – jakże profetycznym okazało się po krótkim czasie – pokazywałam, że nie tylko nie są to tematy ulubione, ale i prawdę rzekłszy, nie ma ich kto po redakcjach fachowo „ciągnąć”. No chyba że walnie meteor, pojawi się epidemia albo zbuntuje się jakaś globalna sztuczna inteligencja (dowiemy się o tym z Facebooka), wtedy zaistnieje konieczność, aby się spiąć. No to media się spinają jedne po drugich, bo konkurencja już się spięła. Oraz, mam nadzieję, z poczucia odpowiedzialności za nasz zbiorowy byt.

 

Jako jedna z pierwszych napisałam dla jednego z tygodników opinii, że to nie są przelewki, i jako pierwsza napisałam że porównania nowej choroby koronawirusowej (wtedy ledwo miała nazwę, albo i jeszcze nie) z grypą mnie irytują, bo widać, że to nie to samo. No i ten doktorat z medycyny zakażeń… wprawdzie szpitalnych i bakteryjnych, ale jakiś, więc trochę mam szansę na to spojrzeć nie tylko okiem człowieka mediów, ale i fachowca od tego, co się teraz obiektywnie dzieje. Natychmiast też, gdy widać było, że media jeszcze nie ruszają z poradnictwem, uruchomiłam po prostu swój prywatny codzienny wideoblog, później stronę na FB, wreszcie kanał na YT. (Przy użyciu chińskiego smartfonu ze środkowej półki cenowej w stanie „mocno używany”, czarnego markera i kartek A4 – przy czym zaznaczam, że fajnie mieć studio, telebimy, montaże, animowane infografiki i inne bajery trafiające ludziom z automatu do wyobraźni, fajnie codziennie zaprosić innego eksperta, ale warto się umieć obyć i bez tego. Warunki bowiem pracy mogą przyjść „polowe”). Zaczęłam od tego, jak można trochę wzmóc odporność i jak sobie samemu zrobić odkażalnik, a potem już poszło.

 

Bo ludzie na samym początku epidemii COVID-19 w Polsce byli bardzo bezradni, zagubieni i naprawdę u podstaw nie rozumieli, co się dzieje wokół. Groziła nam i ignorancja, i panika – gigantyczni sprzymierzeńcy każdego kryzysu , a epidemii w szczególności. Można powiedzieć, że uniknęliśmy na razie dominanty tych dwóch skrajności, a to już niemały sukces i warto tu zapytać o rolę „prasy, radia i telewizji” oraz portali internetowych. Przyjrzałam się zatem trochę, ale nie wybiórczo i nie krytykancko, pojawiającym się dziś we wszystkich właściwie mediach „poradnikom koronawirusowym”. I powiem szczerze: nie jest źle! I z czasem było coraz lepiej.

 

Po pierwsze, jak to śpiewa Krystyna Prońko: trzeba trafić w czas. Mieliśmy szczęście. Koronawirus wpadł do nas z Niemiec z dwutygodniowym poślizgiem na rozruch we Włoszech. Było widać – wprawne oczy na szczęście dostrzegły – że bułki z masłem nie będzie. Media miały wystarczająco czasu, by zadbać o numery telefonów do specjalistów, ponawiązywać kontakty etc. Oczywiście – Polska nie jest krajem tysiąca epidemiologów, a nawet gdyby była, to na ogół nie są to ludzie z parciem na szkło. I stąd nam pewnie doktor Paweł Grzesiowski wyskakiwał po dwóch tygodniach epidemii już nawet z otwieranej lodówki. Ale.. (a wiem to na pewno, bo wiele lat miałam okazję i przyjemność z nim pracować zawodowo, a nawet odkryć go dla mediów lata temu, jeszcze w „Życiu” z kropką) to dobrze, że był on. Bo się zna. I jako ekspert był nie tylko niezmordowany, ale także kompetentny. Więc i ja poprosiłam go o kilka „setek” do swojego drugiego koronawirusowego tekstu w Tygodniku TVP.

 

Po drugie, jeśli dobrze rozumiem, media papierowe udostępniają najczęściej poradniki tego typu w ramach nawet najtańszej internetowej prenumeraty lub jako wkładkę do zakupionego numeru papierowego. Nie ma rozdawnictwa… trochę szkoda, bo była okazja, żeby realnie zrobić coś dobrego, ewentualnie znajdując na to sponsora. Choć rozumiem, że nikomu się w mediach tradycyjnych nie przelewa. A czasy idą ciężkie, więc z reklamodawcami kłopot. To nawet prowokowało niedawno właścicieli tych i owych mediów prywatnych do wzywania rządu do zakończenia walki z epidemią i zniesienia narodowej kwarantanny. Ponieważ jako epidemiolog nigdy nie uczyłam fachowców, jak wydawać gazety, a właścicieli sporych zasobów, jak wydawać pieniądze, to myślę, że i epidemiolodzy niewiele powinni sobie robić z takich luźnych uwag właścicieli gazet i pieniędzy. I dobrze. Każdy jest ekspertem w swoim fachu.

 

Dlatego, nie czynię z tego jakiegoś kolosalnego zarzutu, po prostu stwierdzam fakt. Owszem, wiele mediów podjęło decyzję, by swoje teksty „związane z koronawirusem” wydostać dla czytelników zza paywalla, ale niekoniecznie są to teksty poradnikowe. A te by się przydały społeczeństwu najbardziej. No, ale w końcu nie wszystkie media są publiczne – to owe mają „ogarniać” tematy palące społecznie i dostarczać informacji „za darmo”. Znaczy za abonamenty i „dotacje”. I tak jest. Śmiem twierdzić, że misja jest wypełniana. Także wielkie portale internetowe, które zawsze dostarczają materiałów za to, iż godzimy się wchłonąć pewna dawkę reklam, naprawdę dały rady.

 

Wprawdzie czasem na antenie, ekranie czy monitorze pani lekarz weterynarii przekonuje nas, że posiadanie psa może nas zabezpieczyć przed koronawirusem, bo „właściciele zwierząt mają wyższą odporność” (no mają, ale to dość skomplikowany proces i ja bym dzisiaj raczej nie kupowała psa, żeby uniknąć zakażenia SARS-CoV-2, a jakby tyle z tego mógł zrozumieć widz). Jednak jeśli ktoś jest zaproszony jako ekspert, to przyjmujemy, że nim jest. Co niejako zwalnia dziennikarza z zadawania własnych pytań czy posługiwania się własnym zdrowym rozsądkiem i komentarza.  Dziennikarz jest tu właściwie wyłącznie od przekazywania pytań z poczty elektronicznej od widzów, a szkoda. Tyle umiałaby – i często wdzięczniej – zrobić hostessa.

 

Jeszcze trudniej nam takie sytuacje zaakceptować, gdy zamiast weterynarza jest ekspert-seksuolog. I próbuje jakoś dać nam wszystkim nadzieję na miłość w czasach zarazy, a nawet opowiada, że ryzyko istnieje i jest wysokie, ale przecież są zabezpieczenia, takie jak np. stosowane w przypadku profilaktyki HIV. A dziennikarz nie pyta przytomnie, jak mianowicie uprawiać seks (ale nie że „wirtualnie” przez telefon czy jakiś komunikator internetowy) w odległości co najmniej metra od partnera. Może się krępuje na antenie? To nie trzeba było robić odcinka na ten temat.  Aczkolwiek, jak jest z tą miłością, można doczytać, informacji nie brak.

 

Porady dotyczące zakupów, jedzenia „na wynos”, prania, dezynfekcji, radzenia sobie z izolacją, a nawet korzystania z maseczek (choć tu, jak bywa wśród ekspertów, jeden mówi tak, a inny owak, powstają nowe analizy naukowe, sprawa jest, jak to się mówi w prokuraturze – rozwojowa) są naprawdę klarowne, wystarczająco szczegółowe, poprawne merytorycznie. I to jest fakt, gdzie nie spojrzałam.

 

Generalnie wszyscy, nawet WHO (czego dowiodła tzw. „afera ibupromowa”, gdzie wg WHO ów niesterydowy lek przeciwzapalny jest rekomendowany w czasie pandemii COVID-19 dnia 17 marca, 18 trochę jednak nie jest rekomendowany, 19 jednak nie jest rekomendowany, a 20 znów nie ma naukowych podstaw, by go nie rekomendować)  jesteśmy teraz trochę pogubieni. Jedni (znacznie) więcej, inni mniej. I choć nie zrobiłam tu kwerendy tabloidów ani rozlicznych internetowych telewizji, gdzie pojawiają się gwiazdy leczenia wszelkich chorób wieloskrętną witaminą w kombinacji z wybielaczem i DMSO dożylnie oraz wietrzący „spizeg” zawodowi napotykacze UFO w stogach siana, mam wrażenie, że poradnictwo na czas zarazy jest OK.

 

Media pomagają ludziom jakoś znaleźć się w tej nowej sytuacji i przeszły szybki, acz podstawowy, kurs wirusologii, epidemiologii i kontroli zakażeń. No i pozyskały do swoich poradników ekspertów, najczęściej naprawdę dobrych, od życia w tych ciężkich czasach. Gorzej z nauką, czyli wyjaśnianiem działania leków, poszukiwania szczepionek, niewidzialnego działania wirusów etc. To by pozwoliło ludziom zrozumieć, że szczepionki ani nowego skutecznego leku nie będzie za miesiąc. Może ich nie być nawet za pół roku czy rok. Szczepionki może nie być nigdy. No ale to już na zupełnie inną opowieść o dziennikarskiej wyobraźni, wiedzy  i rzetelności.

 

Przeżyją, ale nie wszyscy – z Kijowa PAWEŁ BOBOŁOWICZ o ukraińskich mediach w czasie zarazy

Konieczność zmiany metod pracy, dbałość o zdrowie pracowników i gości, ale także zagrożenie utrzymania się na rynku – to największe wyzwania dla ukraińskich mediów w dobie epidemii Covid-19. Zaraza to nie tylko wirus, ale także skutki ekonomiczne, które mogą dotknąć redakcje wszystkich rodzajów mediów

 

Koronawirus zmienia także branżę medialną na Ukrainie. Najgłębsze zmiany dotykają gazety. Papierowe wydania przenoszą się do Internetu – zazwyczaj zapowiadając powrót po epidemii. Niektórzy z dziennikarzy sądzą, że powrót niektórych wydań może jednak nie nastąpić. Pracownik redakcji jednego z większych ukraińskich tygodników opinii, zastrzegając sobie anonimowość, relacjonuje: „Większość pracowników zostało wysłanych na bezpłatne urlopy, dział składu i opracowania graficznego prawie cały zwolniono. Część redaktorów i dziennikarzy także zostało bez pracy. Ci, którzy pozostali, pracują tylko na utrzymanie strony internetowej, ale i ich wypłaty spływają z opóźnieniem”. I chociaż opóźnianie wypłat, nawet bez epidemii, nie jest niczym nadzwyczajnym nie tylko na ukraińskim rynku medialnym, to jednak zwalnianie pracowników w takim okresie świadczy o złej sytuacji finansowej niektórych mediów. Ich pracownicy wymieniają się opiniami i swoimi obawami na specjalnych kanałach w komunikatorze Telegram. Użytkownicy piszą o dramatycznym spadku z wpływów z reklam i o planach zamknięcia mniejszych mediów. Jeden z wpisów kończy się stwierdzeniem: „Będzie boleśnie, przeżyją, ale nie wszyscy”.

 

Portal Liga.net nie ukrywa swojej skomplikowanej sytuacji. Po wejściu na stronę wydania pojawia się apel sygnowany przez redaktora naczelnego Borysa Dawydenkę: „Przez 23 lata Liga.net przekazywała wam rzetelne informacje. Bardzo chcemy to robić nadal […]. Mamy jednak problem: nasze dochody z reklam w ciągu tygodnia kwarantanny spadły o połowę.” Portal prosi swoich użytkowników o dobrowolne wpłaty, bo bez nich nie da rady długo się utrzymać

 

Jednocześnie 30 marca „Forbes” ogłosił, że wiosną powróci na rynek ukraiński, a wersja online „Forbes Ukraina” pojawi się w drugiej połowie roku. Jak przypomina portal Detector Media ukraiński „Forbes” był już wydawany w lokalnej wersji na Ukrainie od stycznia 2011 do stycznia 2017 roku, a zatem szykuje się teraz powrót amerykańskiego dwutygodnika po ponad trzyletniej przerwie. Data ogłoszenia zapowiedzi powrotu wskazuje, że epidemia koronawirusa nie powinna pokrzyżować planów wydawniczych.

 

Bez gości na żywo w studiu

 

O wpływie epidemii na działanie Radia NW, specjalnie dla portalu sdp.pl mówi dziennikarz i prezenter Dmytro Tuzow wskazując na konieczność przejścia na pracę zdalną, zmniejszenia programów na żywo z udziałem gości w studiu, czy dokonywania nagrań w improwizowanych studiach w domu: „Eksperymentujemy z domową akustyką. W polepszeniu jakości dźwięku pomaga taki prosty sposób jak narzuta z tkaniny, czy kołdra podczas nagrania. Prosty sposób, który wygłusza echo ścian. Wywiady nagrywamy przez różne komunikatory, telefon”. Radio bez większych zmian na razie pozostawia najbardziej rozpoznawalne bloki; poranny i wieczorny, ale i tu goście uczestniczą w programie za pomocą komunikatorów internetowych i telefonu. Tuzow przypomina o konieczności dezynfekcji miejsc pracy, komputerów, klawiatur, myszek, klamek i wszystkiego czego można się dotknąć. Każdy prowadzący otrzymał też osobistą nakładę na  mikrofon. Radio NW należy do Holdingu Dragon Capital, którego dyrektorem generalnym i kluczową postacią jest Czech Tomas Fiala.

 

Zmiany dotknęły też telewizje informacyjne. Kanał telewizyjny Priamyj wiązany z osobą byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki w 90 procentach opiera się o programy na żywo. W rozmowie z portalem sdp.pl dziennikarka i prowadząca tego kanału, jedna z najbardziej rozpoznawalnych jego twarzy Lejla Mamedowa mówi o zmianach w realizacji programu: „Na  przykład w moim wieczornym programie na żywo było stale ośmiu gości, prawie 70 widzów na sali. Nie zapominajmy o grupie realizacyjnej w pawilonie. Ogółem prawie 150 osób. Od połowy marca pracujemy bez widzów w studiu, a teraz jeszcze i bez gości. Kontaktujemy się z nimi przez skypa.”. Mamedowa twierdzi, że ten czas zmienił ich pracę, ale całkowicie nie można jej zatrzymać i nikt nie ma takiego prawa. Reporterzy kanału pracują także w terenie m.in. w wydzielonym pomieszczeniu ukraińskiej Rady Najwyższej i pod nią, gdzie najczęściej można uzyskać komentarz od ukraińskich parlamentarzystów, czy też przedstawicieli rządu, a nawet prezydenta Zełenskiego.

 

Ukraińska telewizja Espreso TV powstała w ciężkim czasie Rewolucji Godności i od razu przebiła się ze swoimi transmisjami na żywo z kijowskiego Majdanu. Espreso oglądano nie tylko na Ukrainie – transmisje były śledzone na całym świecie, także w Polsce. Kanał od tamtego czasu stale rozbudowywał swoją ofertę programową. „Bojowe” doświadczenie jednak nie uchroniło telewizji przed problemami epidemii. Maria Hurska, dyrektor programowy, dziennikarz i współprowadząca z Witalijem Portnikowem jeden z najbardziej rozpoznawalnych programów kanału „Sobotni klub polityczny”: „Od dwóch tygodni wszystkie działy menadżerskie są na kwarantannie. Pracujemy online i tak jak na całym świecie doceniamy takie komunikatory jak Skype, Zoom, whatsapp i inne [..] Pracuje tylko dział wiadomości i główny redaktor. Ja przyjeżdżam jako dziennikarz i prowadzący tylko w czwartki i piątki, gdy mam emisję moich programów. Ochrona mierzy temperaturę przy wejściu i wyjściu, wszędzie stoją płyny dezynfekujące, pomieszczenia są oczyszczane lampą kwarcową”. Hurska w tych dniach miała być na corocznej konferencji telewizyjnej we francuskim Cannes, oczywiście konferencja zostało odwołana: „Spotkania odbywają się online, a w samym Pałacu Festiwalowym, gdzie miała być konferencja, gdzie po czerwonych dywanach chodzą zazwyczaj gwiazdy kina i telewizji, zorganizowano noclegownie dla bezdomnych”. Kanał wstrzymał produkcję programów lifestylowych, historycznych, śledztwa dziennikarskie. Pracownicy są na płatnych urlopach i czekają na powrót do normalności.

 

Polscy korespondenci w czasach epidemii

 

Wszyscy stali polscy korespondenci pomimo epidemii i złych prognoz jej rozwoju na  Ukrainie pozostali w tym kraju i kontynuują swoją pracę. Piotr Andrusieczko, dziennikarz „Gazety Wyborczej” i Outriders zauważa, że niektóre elementy jego pracy są takie jak zawsze: moje miejsce pracy się nie zmieniło, to dalej moje biurko w mieszkaniu i tak samo jak do tej pory kontaktuję się z redakcjami, z którymi współpracuję (mail, telefon, komunikatory). Zasadnicza różnica wynika częściowo z wprowadzonych ograniczeń – np. zawieszone konferencje prasowe, itd. I ja sam ograniczyłem spotkania osobiste – to trochę podobna sytuacja do pracy na wojnie. Nie chodzi tylko o twoje bezpieczeństwo, ale żeby też nie narażać innych. Ale oczywiście w naszym przypadku nie ma mowy o pełnej kwarantannie/samoizolacji (oczywiście dopóki jesteśmy zdrowi). Ja muszę wiedzieć co się dzieje na ulicach, w sklepach, jak wygląda zaopatrzenie, czy są dostępne, czy nie środki ochrony w aptekach, jak działa komunikacja, banki, infrastruktura itd. Czyli musze być na ulicy”. Dziennikarz zwraca uwagę na brak w sprzedaży odpowiedniego sprzętu osobistej ochrony, np. maseczek oraz deficyt respiratorów w szpitalach.

 

Warto zauważyć, że w Kijowie wstrzymano pracę metra, a naziemne środki komunikacji są dostępne tylko dla pracowników krytycznej infrastruktury. Jako takich uznano także dziennikarzy – redakcje mogą się zwracać się do administracji Kijowa o wydanie specjalnych przepustek.

 

Dla niektórych dziennikarzy czas kwarantanny jednak stał się chwilą do wypróbowania sił w nowych formach dziennikarskich. W mediach społecznościowych wręcz kwitną rożnego rodzaju blogi – nie zawsze mające charakter „dziennika kwarantanny”, czasem wręcz znani dziennikarze sięgają po bardziej osobistą formę opowieści o otaczającej rzeczywistości.

 

Polski dziennikarz i producent filmowy Marek Sierant, który od 6 lat mieszkają w Kijowie, postanowił wykorzystać sytuację z koronawirusem do rozpoczęcia działalności własnego videobloga East Side View: „Od dawna planowałem stworzeniem bloga, mam doświadczenie i dziennikarskie, i producenckie. Ale faktycznie pomyślałem że teraz to jest ten dobry moment. Właśnie teraz, kiedy mamy więcej czasu, jest kwarantanna, mogę pokazać więcej niż normalnie. Mam już kilka zaplanowanych tematów, które zainteresują widzów na YouTube, które normalnie nie znajdą się w mainstreamie” Sierant w pierwszych częściach bloga opowiada o Kijowie w czasie epidemii i skandalach związanych z osobami z ukraińskich władz. Jednocześnie podkreśla, że ta tendencja poszukiwania dziennikarskiej aktywności w Internecie może mieć bardziej stały charakter: „Zapewne wiele rożnych usług na trwałe przejdzie w format online. I jakaś cześć osób, które teraz stworzyły swoje videoblogi będzie to kontynuować. Twórcy videoblogów, gdy zobaczą, że ludziom się to podoba, że to jest ciekawe, poczują adrenalinę, będą chcieli robić to dalej”.

 

Ten czas oczywiście dotyka nas wszystkich. Ja też musiałem zmienić swoje metody pracy i swoje mieszkanie, które stało się też kijowskim studiem Radia Wnet, opuszczam tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne.  Pisząc ten artykuł pierwszy raz, z wyjątkiem jednej osoby, nie spotkałem się osobiście z moimi rozmówcami. Wypowiedzi otrzymałem przez różnego rodzaju komunikatory, telefon. Bezpieczniej dla zdrowia, ale jednocześnie mniej ciekawie, z dużą dozą niedosytu…

 

 

Paweł Bobołowicz z Kijowa, Radio Wnet

 

 

Polowanie na czarownice – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o kryzysie medialnym na przykładzie „Zdrowia Bez Leków”

Czy mediów może dotyczyć kryzys medialny? Jak sobie z nim radzić? Czego uczy nas przypadek „Zdrowia Bez Leków”?

 

Czy można wycofać ze sprzedaży miesięcznik ze względu na kontrowersyjną wypowiedź felietonisty, która nie ukazała się na łamach pisma? Brzmi to zaskakująco, ale jak pokazują ostatnie wydarzenia można. Los taki spotkał miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”, wydawany przez łódzki Mediacom Press, mający jak na polskie realia całkiem niezłą sprzedaż, przekraczającą 40 000 egzemplarzy. Zgodnie z deklaracją pismo powstało „z myślą o osobach świadomych tego, że nasze własne zdrowie i uroda w dużej mierze zależą od nas samych”. Do osiągnięcia celu, jakim jest zdrowe życie, prowadzić ma m.in.„profilaktyka zdrowotna, świadomość i wiedza z zakresu podstaw medycyny (…)”[1]. Pismo propaguje: „zdrowy styl życia, odpowiednie diety i aktywność”. Ukazały się w nim artykuły traktujące na przykład o ziołach ojca Klimuszki, apteczce naszych babć, sposobach, z jakich korzystają gwiazdy ekranu, by zachować młodość, domowej uprawie kiełków, czy pozytywnym wpływie promieni słonecznych. W czerwcu 2018 roku na okładce pojawiła się pierwszy raz zapowiedź felietonu Jerzego Zięby, która odtąd regularnie gościła w tym miejscu aż do marca 2020 roku. On sam pojawił się też na okładce numeru z czerwca ubiegłego roku, pokazany w oku celownika. Widniejący obok napis brzmiał: „Sezon polowań na Ziębę[2].

 

„Kowal zawinił a Cygana powiesili”?

 

Dyskusje na temat poglądów Jerzego Zięby nieraz elektryzowały polskie media społecznościowe. Na swoim facebookowym profilu (obserwowanym przez ponad 75 000 osób, prowadzony przez Ziębę fanpage UkryteTerapie polubiło ponad 300.000 użytkowników tego serwisu[3]) zauważył m.in., że połączenie dużych dawek witaminy C z perhydrolem (silny środek utleniający stosowany w przemyśle chemicznym) może być skutecznym lekiem na COVID-19. W sprawie tych opinii oficjalne oświadczenie wydali 14 lutego 2020 r. Główny Inspektor Sanitarny i Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Czytamy w nim m.in.: „oświadczamy, że informacje upowszechniane na ww. stronach internetowych w związku z zagrożeniem ze strony nowego koronawirusa stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Stanowczo podkreślamy, iż informacje te nie są poparte badaniami naukowymi i uznaną wiedzą medyczną[4]. Spowodowało to zintensyfikowanie działań, zmierzających do usunięcia publikacji Zięby z rynku. W pierwszej kolejności zablokowana została sprzedaż książek na Allegro, o czym informowały m.in. Wirtualnemedia[5].

 

„Kolejny cios w Jerzego Ziębę”

 

Tak zaczyna się tytuł artykułu portalu Wirtualna Polska (WP Tech) informujący o tym, że Carrefour, Biedronka i Empik wycofały ze sprzedaży miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”[6]. Chwilę później podobnie postąpiła Poczta Polska. EMPIK powiadomił przy tym, że wstrzymuje sprzedaż do czasu wyjaśnienia, czy na łamach pisma dochodziło do łamania prawa, a Poczta Polska dodała, że za treści kolportowanych pism nie odpowiada[7]. Tymczasem:

 

Jerzy Zięba nie jest ani udziałowcem wydawnictwa, ani członkiem redakcji – informuje nas Grzegorz Tamecki prezes zarządu spółki wydającej miesięcznik „Zdrowie Bez Leków”. – To jeden z grona kilkudziesięciu autorów, którzy publikują w naszym miesięczniku. Co istotne pisał u nas felietony, a nie artykuły zawierające przepisy medyczne, promocję produktów leczniczych, czy konkretne porady zdrowotne.

 

Jak więc doszło do wycofania ze sprzedaży pisma u kilku dystrybutorów?

 

Oberwaliśmy rykoszetem – dodaje ze smutkiem Grzegorz Tamecki. – Opinie, w których efekcie „Zdrowie Bez Leków” zostało wycofane z oferty części sprzedawców, nie pojawiły się na naszych łamach. Sytuacja jest dla nas trudna do zrozumienia. Aczkolwiek należy pamiętać, że zajmujemy się ludzkim zdrowiem, wspieramy postawy prozdrowotne, aktywny tryb życia. To są kwestie, w których sprzedawcy woleli zablokować sprzedaż i rozpoznać sprawę, niż narazić swoich klientów na szwank. Chodzi nam jednak dokładnie o to samo – o zdrowie Polaków – co, jestem o tym głęboko przekonany, szybko zdołamy udowodnić.

 

Jak poradzić sobie z kryzysem

 

Czy kryzys medialny może dotyczyć mediów? Oczywiście, tak samo jak wszystkich innych organizacji. Jak redakcje radzą sobie w sytuacjach kryzysowych? Z reguły w sposób odległy od wypracowanych przez branżę Public Relations standardów. Uznany ekspert z tego zakresu Adam Łaszyn właściciel AlertMedia stworzył wiele lat temu schemat postępowania, znany jako 5P. Warto przytoczyć tę metodę w tym miejscu:

 

  • Przykrość wyraź – w pierwszej fazie kryzysu warto wyrazić żal, że doszło do niekorzystnych zdarzeń,
  • Przyznaj się – do błędów lub niekorzystnych okoliczności jeśli takowe istnieją,
  • Przeciwdziałaj – zapobiegaj rozprzestrzenianiu się kryzysu,
  • Popraw się – popraw siebie (i organizację) – zreformuj się tak, by podobne zdarzenia się nie powtórzyły,
  • Powetuj straty – wynagródź szkody… bo ludzie lubią prezenty[8].

 

Jak to wyglądało w przypadku „Zdrowia Bez Leków”? Duże znaczenie ma aktywność na początku kryzysu. Tymczasem Wirtualnemedia w pierwszym artykule na ten temat poinformowały: „Redakcja nie odpowiedziała na nasze pytanie (…)”[9]. To błąd, ponieważ zrezygnowano na przedstawienie na samym początku własnego punktu widzenia, czy zwrócenia uwagi, że opublikowany w marcu (ten numer wycofywano ze sprzedaży) felieton Zięby, jest czymś zupełnie innym, niż jego aktywność na Facebooku i głoszone tam poglądy. Zabrakło również początkowo kontaktu ze strony wydawcy. Takie sytuacje zawsze irytują dziennikarzy, przeciągając ich przychylność na drugą stronę, a w czytelnikach wywołują wizję sceny z filmu „Psy” z paleniem akt Służby Bezpieczeństwa PRL. Słowem: milczą, więc mataczą! Warto zauważyć, że w momencie pierwszej publikacji Wirtualnychmediów decyzji o wstrzymaniu sprzedaży nie podjęły jeszcze Poczta Polska i EMPIK.

 

Kryzys znaczy konflikt

 

Adam Łaszyn zwraca uwagę, że kryzys medialny to konflikt, który odgrywa się na oczach widzów, słuchaczy lub czytelników. W tym wypadku trudno jednak wskazać „Zdrowie Bez Leków” jako stronę potencjalnego sporu. Zapytany o zdanie wyraził następującą opinię:

 

– Historia wielokrotnie udowodniła, że w okresie zarazy i pomorów (nawet jeśli odbywają się głównie w sferze percepcyjnej a nie rzeczywistej) szczególnie często dochodzi do polowań na czarownice. I na pewno ten mechanizm wciąż ma się dobrze w czasach współczesnych. A taki wynalazek jak media społecznościowe tryby tego odwiecznego mechanizmu ostatnio bardzo silnie naoliwiły – młyny hejtu mielą teraz szczególnie silnie i szybko. Jerzy Zięba, z podobnymi sobie apostołami alternatywnego podejścia do medycznego rozsądku, zapewne jest ofiarą takiej nagonki – odpowiada, odnosząc się do wątku głównego, czyli wypowiedzi Jerzego Zięby zawartej w jego kanałach społecznościowych i jej konsekwencji (zablokowanie sprzedaży książek na Allegro etc.). – Jeżeli nawet Główny Inspektor Sanitarny wydał odrębne oświadczenie obnażające „niekompetencje” Zięby jak i zagrożenie jego „cudownej wiedzy”, to dziwna byłaby inna reakcja Biedronki, Carrefoura, czy Allegro.

 

„Popraw siebie i organizację; powetuj straty”

 

Nietrudno zauważyć, że „Zdrowie Bez Leków” nie straciło zaufania czytelników, ale części dystrybutorów. Jak zamierzają naprawić te relacje i przekonać firmy, z którymi współpracowali do tej pory?

 

Postanowiliśmy powołać Radę Naukową – informuje Tamecki. – Dotychczas wydawało nam się, że skoro publikują u nas dyplomowani lekarze, to wystarczy do tego, żeby mieć zaufanie do treści, które rozpowszechniamy. Ostatnie wydarzenia pokazują, że to za mało. Od dawna współpracujemy z przedstawicielami środowiska naukowego. Liczmy, że powołanie Rady i przedstawienie jej składu pozwoli nam szybko odzyskać zablokowane kanały dystrybucji. Zawiesiliśmy też współpracę z Jerzym Ziębą[10].To była obustronna decyzja – dodaje.

 


[1]https://www.zdrowiebezlekow.pl/o_nas/ – dostęp 30.03.2020 r.

[2]https://www.zdrowiebezlekow.pl/archiwalne-numery/ – dostęp 30.03.2020 r.

[3]https://www.facebook.com/ukryteterapie – dostęp 30.03.2020 r.

[4]https://gis.gov.pl/aktualnosci/oswiadczenie-glownego-inspektora-sanitarnego-i-prezesa-naczelnej-rady-lekarskiej/ – dostęp 30.03.2020 r.

[5]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zdrowie-bez-lekow-wycofane-z-biedronki-i-carrefoura-allegro-usuwa-oferty-z-ksiazkami-jerzego-zieby – dostęp 30.03.2020 r.

[6]https://tech.wp.pl/kolejny-cios-w-jerzego-ziebe-empik-wstrzymuje-sprzedaz-miesiecznika-zdrowie-bez-lekow-6492383974709377a – dostęp 30.03.2020 r.

[7]

[8]https://www.facebook.com/alertmedia/photos/a.110792315613260/2370637522962050/?type=3&theater – dostęp 30.03.2020 r.

[9]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zdrowie-bez-lekow-wycofane-z-biedronki-i-carrefoura-allegro-usuwa-oferty-z-ksiazkami-jerzego-zieby – dostęp 30.03.2020.

[10]https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/jerzy-zieba-zawiesil-wspolprace-ze-zdrowiem-bez-lekow-wydawca-pisma-rezygnacja-ze-sprzedazy-jest-bezprawna – dostęp 30.03.2020 r.

Potrzebny jest program pomocy mediom – uważa ŁUKASZ WARZECHA

Dziennikarze będą jedną z najciężej dotkniętych pandemią grup – nie ma co do tego wątpliwości. Nie w sensie medycznym, ale życiowym i finansowym. Media, które nie są podczepione pod rządowy kurek z pieniędzmi (choć w jakimś stopniu nawet te), już zaczęły ciąć zatrudnienie i wynagrodzenia. Jeśli kończy się tylko na tym drugim wariancie, to i tak nieźle. Działa tu elementarny łańcuszek ekonomiczny – i będzie gorzej.

 

Media żyją z dwóch źródeł: reklamy i sprzedaży (w przypadku tych drukowanych, choć druk należy dzisiaj traktować czysto umownie). Są jeszcze media publiczne, które dzięki podpisowi prezydenta, złożonemu tuż przed zamknięciem państwa, mają zapewnione finansowanie. Reklama w zasadzie padła, jest bowiem nieodmienną prawidłowością, że wydatki marketingowe są w trudnej sytuacji ścinane jako pierwsze. Posypały się w związku z tym budżety nawet dużych medialnych organizacji, w tym tych, które nie zależą od sprzedaży, bo dla nich reklama jest podstawowym źródłem utrzymania.

 

Tąpnięcie sprzedaży dobija natomiast gazety wszelkiego rodzaju. Dramatyczne skutki miało zamknięcie niemal w całości centrów handlowych, a w wyniku niedopracowanego i niezrozumiałego rozporządzenia – w pierwszym momencie również znajdujących się tam saloników prasowych. Rozporządzenie zmieniono dopiero po interwencji Izby Wydawców Prasy, ale wiadomo, że i tak ruch w tych punktach jest minimalny. A przecież sytuacja mediów drukowanych i tak była już wcześniej fatalna, między innymi w związku z katastrofą Ruchu.

 

Ogromna część dziennikarzy nie ma umów o pracę. Pracują na umowach o dzieło, a więc nie przysługują im standardowe zabezpieczenia. Nie mam z tym problemu i nigdy nie miałem – sam tak pracuję przez całe życie i nie chciałbym tego zmieniać. Nawet teraz nie uważam, żeby umowa o pracę w jakikolwiek istotny sposób zabezpieczała moje interesy. Jednak od początku epidemii staram się wybiegać w przyszłość i zastanawiać się, jakie będą długoterminowe konsekwencje tego, co się teraz dzieje. I tu, niestety, trudno być optymistą.

 

Odnotować trzeba przede wszystkim głupią, plemienną satysfakcję części odbiorców, radujących się problemami mediów, których nie lubią. Jakaś grupa była zachwycona tym, że „Wprost” i mój tytuł – „Do Rzeczy” – zostały zmuszone okolicznościami do wydania numerów w formie jedynie wirtualnej (kolejny, aktualny numer „Do Rzeczy” jest znów również w papierze), zaś „Wprost” po tym ciosie już się nie podniosło. Inna grupa była szczęśliwa, gdy zdecydowano się zamknąć kina, bo przecież Helios to Agora, a Agora to „Wyborcza” i oby padła jak najszybciej!

 

Z tego tonu wyłamywały się nieliczne osoby – jak choćby Wojciech Czuchnowski, który na Twitterze, ku zgrozie zatwardziałych antypisowców, zauważył, że ta tonacja mściwej satysfakcji jest bardzo smutna, bo media są w debacie publicznej potrzebne, również te, z którymi się nie zgadzamy.

 

Podzielam ten pogląd, przy czym epidemia i związana z nią zapaść gospodarcza będzie tu miała głębsze konsekwencje. Najstabilniejsza jest bowiem sytuacja mediów państwowych, które są mocno zaangażowane w walkę polityczną – a to one, dzięki państwowej dotacji, wyjdą z kryzysu obronną ręką. Powinny sobie też poradzić największe prywatne podmioty mediów elektronicznych, choć i tam cięte są budżety. Najtrudniej będzie mediom słowa pisanego, które z natury rzeczy są najbardziej analityczne, zwłaszcza w segmencie tygodników. Fatalna będzie sytuacja niezależnych, małych podmiotów, działających na pograniczu think-tanku i medium. Te żyją w jakiejś części z publicznych grantów, ale częściej te prawdziwie niezależne – z pieniędzy z darowizn, 1 procenta, datków. Jasne jest natomiast, że tego typu wydatki to pierwsze, co się ogranicza, gdy trzeba robić oszczędności – a będą je musieli robić wszyscy konsumenci. Również 1 procent będzie znacząco niższy – jeszcze nie w tym roku, ale w kolejnym już tak. I to będzie dramatyczny spadek.

 

To oznacza, że pewnego rodzaju dziennikarstwa, informacji, publicystyki będziemy mieli więcej, a innej mniej. Mniej będzie akurat tej bardziej wnikliwej, pobudzającej do wątpliwości i myślenia; więcej – tej propagandowej, uproszczonej, bo taki jest na ogół przekaz mediów elektronicznych. Najmocniejsza będzie wsparta publicznymi pieniędzmi pozycja mediów państwowych z ich prorządową narracją, kontrowana przez media elektroniczne rządowi wrogie. I to jest bardzo zła wiadomość.

 

Wygląda na to, że tworząc swoją „tarczę antykryzysową”, a właściwie tarczkę (bo jej zakres i oferowane możliwości są bardzo wąskie i mocno niewystarczające), rząd tego sektora kompletnie nie wziął pod uwagę. To powinna być inicjatywa Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale chyba nie ma w tym urzędzie refleksji na ten temat.

 

Media mogą oczywiście skorzystać z pomocy na takiej samej zasadzie jak wszystkie inne firmy, ale przecież mają jednak szczególną funkcję i swoją specyfikę działania. Z drugiej strony nikt nie powinien zakładać, że będą ratowane tak, jak dofinansowuje się media państwowe. Powinny jednak powstać instrumenty pomocowe, skierowane specjalnie do nich – i to bez różnicy, czy mówimy o mediach prorządowych czy antyrządowych, analitycznych czy popularnych. To kwestia ocalenia już nawet nie jakości debaty publicznej, ale samej debaty.

 

Dla każdego, kto kojarzy, jak działa gospodarka, jasne jest, że problem z epidemicznym kryzysem ma dwa wątki. Pierwszy, bieżący, to podtrzymanie zatrudnienia i płynności firm, które zmuszone są do przestoju, często w wyniku decyzji administracji rządowej. Drugi, który pojawi się później, kiedy już będzie można wznawiać działalność, to popyt, który będzie dramatycznie ograniczony, ponieważ znacznie biedniejsi niż przed kryzysem konsumenci będą redukować do minimum swoje wydatki. Zarobią ci, którzy działają w branżach pierwszej potrzeby – na przykład w handlu spożywczym czy produkcji żywności – ale już nie ci, którzy produkują na przykład elektronikę użytkową czy handlują samochodami. Media, za które trzeba zapłacić, będą tutaj ostatnie w kolejce wydatków. I nawet agresywna redystrybucja (pomysł sam w sobie wątpliwy) niewiele by tu zmieniła.

 

W bardzo wielu programach pomocowych – ale niestety nie w polskim – ważne miejsce zajmuje uruchomienie pieniędzy pozwalających na podtrzymanie działalności. Nie w formie grantów, ale w postaci łatwo dostępnego i taniego kredytu. To jest oczywiście czynnik proinflacyjny, ale ekonomiści chyba słusznie wierzą, że inflacja nie będzie tu dużym problemem, ponieważ przy dramatycznym spadku popytu wzrost cen wydaje się mało prawdopodobny.

 

Tak czy owak, brakuje programu, który na takiej właśnie zasadzie dawałby mediom, szczególnie tym najbardziej narażonym na skutki kryzysu, szansę przetrwania, z uwzględnieniem ich całej specyfiki – w tym specyfiki tych najmniejszych, dotychczas działających tylko za sprawą hojności ich czytelników. To dziś może się wydawać mało istotne, ale właśnie już teraz powinniśmy myśleć o tym, jak będzie zorganizowany świat po epidemii.

 

Łukasz Warzecha

Epidemia nie zabije prasy papierowej – rozmowa z ERYKIEM MISTEWICZEM, prezesem Instytutu Nowych Mediów

Nie boję się o ostre, zdecydowane, wyraziste tytuły lewicowe i prawicowe. „Gazeta Wyborcza” i tygodnik „Sieci” najłatwiej przejdą przez kryzys – mówi Eryk Mistewicz, prezes Instytutu Nowych Mediów, wydającego m.in. miesięcznik opinii „Wszystko Co Najważniejsze”.

 

Po 38 latach tygodnik „Wprost” przestaje ukazywać  się w formie papierowej, będzie teraz dostępny wyłącznie w wersji cyfrowej. Inny tygodnik wydawany przez tę grupę kapitałową, „Do Rzeczy” zawiesił na tydzień wydawanie wersji drukowanej. Czy to koniec prasy papierowej?

 

Zdecydowanie, ale to bardzo zdecydowanie: nie. Do końca prasy papierowej jeszcze daleko. Oczywiście pozostanie w domu w tym czasie, do czego wszyscy odpowiedzialni ludzie zachęcają, przełoży się z czasem na zamknięcie ostatnich punktów dystrybucji prasy wydawanej w papierze. Epidemia wpłynie na wiele aktywności. Ale wierzę, że tak jak po chwilowej przerwie filharmonicy wrócą do koncertowania, tak również dziennikarze i wydawcy prasy wrócą do tego, na czym znają się najlepiej. Koronawirus osłabi wydawców prasy papierowej, którzy nie mają do końca przemyślanego modelu biznesowego. Może też uderzyć w najsłabsze wydawnictwa. Ale daleki byłbym od twierdzenia, że epidemia zabije papierową prasę na świecie, w Europie czy w Polsce.

 

Zamykanie kiosków uderzy w prasę codzienną?

 

Tak, kioski będą zamykane, ponieważ coraz mniej ludzi będzie na ulicach. I bardzo dobrze. Zamknięcie kiosków będzie dla prasy świeckiej tym, czym jest ograniczenie liczby wiernych na Mszach św. dla prasy katolickiej.

 

Symbolem problemów prasy katolickiej jest to, że po raz drugi w historii przestało ukazywać się papierowe wydanie watykańskiego dziennika „L’Osservatore Romano”. Czy prasa katolicka może ten moment kryzysu wykorzystać?

 

Prasa katolicka przechodzi obecnie przyspieszony kurs obecności w sieci. Obserwuję z wielką uwagą, jak np. tygodniki „Idziemy” i „Niedziela” bardzo sprawnie przebudowują swoje zespoły redakcyjne i mocno osadzają się w Internecie. Wykorzystują czas epidemii, który może potrwać przecież i pół roku, do budowy silnej pozycji w sieci, a kiedy skończy się epidemia powrócą do dwóch wersji – internetowej i papierowej. Zyskają nowych czytelników, poszerzą bazę, zyskają wiedzę i nowe umiejętności zespołów – to plusy tej sytuacji.

 

Co zdecyduje o przetrwaniu konkretnych tytułów prasowych w czasie narodowej kwarantanny?

 

Odpowiedzialność. Łatwiej ten czas przetrwają tytuły prasy papierowej, które stawiają na odpowiedzialność za słowo przed swoimi czytelnikami. Z reguły są to tytuły prowadzone przez doświadczonych dziennikarzy starszej daty, przez ludzi wyrosłych w kulcie słowa, którzy uważają, że słowa muszą wyschnąć i nabrać mocy. W odróżnieniu od tych, którzy sądzą, że jeśli opublikują niesprawdzoną informację – najwyżej ją usuną. To jest siłą papieru i tym się on różni od Internetu. Oczywiście przez jakiś czas tytuły te będą musiały ograniczyć swoje zespoły redakcyjne i korzystać z pomocy publicznej, o której w środę na konferencji prasowej mówiła minister Jadwiga Emilewicz.  Później będą musiały odnaleźć się na rynku, podobnie, jak przedstawiciele innych branż.

 

Których tytułów już nie zobaczymy po ustaniu koronawirusa?

 

Sytuacja zdewastuje tytuły, które nie przykładają właściwej wagi do prawdy, odpowiedzialności, słowa oraz pisma, które żyją z dodatkowych wydarzeń, organizacji imprez, tzw. marketingu natywnego, czyli sprzedaży swojej powierzchni na teksty sponsorowane. Stracą  tytuły, którym trudno jest uzyskać realne, prawdziwe wsparcie czytelników. Obecny czas zweryfikuje rzeczywistość. Pokaże, za którymi tytułami stoją czytelnicy, a nie tylko reklamodawcy czy grupy interesów. Cyferki raportowane do reklamodawców, gdzie świadomie mylona jest liczba wydawnictw sprzedawanych i prenumerowanych z liczbą wydawnictw rozdawanych bezpłatnie nie mają obecnie znaczenia. Znamy przecież tytuły pism luksusowych, które raczej do nikogo nie docierają poza reklamodawcami i osobami wydającymi budżety reklamowe. Te bańki prasowe w momencie kryzysu przekładającego się na kryzys budżetów reklamowych po prostu pękną.

 

Za tymi tytułami nic nie idzie, żadna wartościowa ani interesująca treść.

 

Dlatego nikt za nimi nie będzie płakał, ani nikt nie będzie o nie walczył. Przetrwają tytuły odpowiedzialne i poważne oraz tytuły, które mają swoich zdecydowanych wyznawców. Gazety, bez których czytelnicy nie są w stanie funkcjonować w świecie, bo takich informacji, jakie daje im ich ulubione medium, nie jest im w stanie dać stacja telewizyjna, radio czy Internet. Zwyciężą tytuły prasowe, za którymi pójdą czytelnicy, którzy szukają powagi i odpowiedzialności. Nie boję się więc o ostre, zdecydowane, wyraziste tytuły lewicowe i prawicowe. „Gazeta Wyborcza” i tygodnik „Sieci” najłatwiej przejdą przez kryzys.

 

Rezygnacja albo zawieszenie wydań papierowych obniży wpływy z reklam. Dla niektórych tytułów może to być poważny problem. Spółki Skarbu Państwa nie muszą być zainteresowane reklamowaniem się za tak duże pieniądze, jak w prasie papierowej, w wydaniach cyfrowych.

 

Polska, Europa i kawałek świata zatrzymały się. Ludzie uprawiają ćwiczenia, bawią się z dziećmi, czytają książki, analizują, zastanawiają się, co będzie dalej. Ten czas utrzyma się jeszcze długo. Nie dwa, trzy tygodnie, ale co najmniej pół roku. Jest to też czas na przemyślenie kwestii dotyczących funkcjonowania wielu spraw, od organizacji służby zdrowia po funkcjonowanie mediów. Należy zastanowić się, jaką odpowiedzialność mają mieć media, a także, jaka jest granica pomiędzy cenzurowaniem mediów a ich obowiązkami wobec wspólnoty i państwa.

 

Jakie ma pan propozycje dotyczące funkcjonowania mediów?

 

Od lat popularyzuję w Polsce rozwiązania francuskie w tym względzie. Jest kilkanaście moich analiz o rozwiązaniach, które można zastosować nad Wisłą. Znajdują się w nich gotowe rozwiązania, również legislacyjne, zgodne – co bardzo ważne – z prawodawstwem europejskim. Francuskie media od lewalewej strony, od organu partii komunistycznej „L’Humanite”, do prawej – „La Croix” i „Le Figaro” – są oficjalne wspierane przez państwo. Z pieniędzy budżetowych dotowane są wszystkie tytuły wierne zasadom Republiki. Jest to ważne rozróżnienie, ponieważ pisma Frontu Narodowego  nie zaliczają się do tej kategorii. I jest to bardzo dobry model, który dawno już powinien być zastosowany w Polsce. Promując odpowiedzialne dziennikarstwo wysokiej jakości. Od lat powtarzam, że media, podobnie jak transport, Internet, służba wody, wodociągi i telekomunikacja powinny być uznane za infrastrukturę krytyczną.

 

Media powinny stanowić element bezpieczeństwa państwa?

 

To oczywiste. Stanowią przecież, jeśli się tylko zastanowimy, bardzo ważny element stabilizujący wspólnotę i społeczeństwo. Nie chodzi oczywiście o to, żeby media cenzurowały rzeczywistość, „malowały trawę na zielono”, nie chodzi też o to, aby nagle stały się pisowskie, a po zmianie władzy platformerskie. Chodzi o to, żeby miały świadomość, jakie są ich obowiązki względem wspólnoty Polaków. Chociażby roli edukacyjnej w trakcie takich sytuacji jak klęska epidemiczna. Państwo ma tu wiele możliwości działania – znów proponuję spojrzeć na Francję, nie ma tam pism opiniotwórczych wydawanych przez zagraniczny kapitał pochodzący z Niemiec, Rosji, Chin, USA czy z jakiegokolwiek innego kraju.

 

Rozmawiał Tomasz Nowak, fot. TVP Info

 


 

Eryk Mistewicz

Rocznik 1967. Konsultant zajmujący się strategiami komunikacyjnymi, doradztwem medialnym i politycznym, dziennikarz, publicysta, założyciel i prezes think tanku pod nazwą Instytut Nowych Mediów, m.in. wydawcy portalu opinii WszystkoCoNajwazniejsze.pl oraz miesięcznika „Wszystko Co Najważniejsze”.