Ideał to jeden związek  – rozmowa z KRZYSZTOFEM M. KAŹMIERCZAKIEM, dziennikarzem i związkowcem

W mediach, w których związki zawodowe są aktywne i mają liczne reprezentacje sytuacja pracowników jest lepsza – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, były przewodniczący Związku Zawodowego Dziennikarzy w Polska Press i wiceprzewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych w Polska Press, obecnie członek NSZZ Solidarność w TVP, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Od ponad dwudziestu pięciu lat należysz do dziennikarskich związków zawodowych, przyglądasz się więc zagadnieniu z bliska. Czy związki zawodowe są potrzebne dziennikarzom?

 

Związki zawodowe są dziennikarzom niezwykle potrzebne, gdyż tylko one mają realne możliwości reprezentowania naszych interesów i reagowania na naruszanie praw pracowniczych w mediach. Oczywiście są także dziennikarskie organizacje branżowe, różne stowarzyszenia, jednak ich uprawnienia są ograniczone i nie działają one w redakcjach, czyli w miejscach pracy dziennikarzy. Organizacje branżowe zajmują się ogólnymi sprawami, reagują na szczególnie drastyczne sprawy dotyczące łamania praw pracowniczych w mediach. Nie zajmują się natomiast bieżącymi problemami, z którymi boryka się nasze środowisko zawodowe. Często są zbyt oddalone od codziennych problemów branży i na ogół nieskutecznie reagują na nadużycia związane z traktowaniem dziennikarzy przez pracodawców oraz przez ludzi, z którymi dziennikarze kontaktują się  przygotowując swoje materiały. Do tego stowarzyszenia branżowe z reguły bronią dziennikarzy związanych z ich organizacją. Nie dochodzi natomiast do wspólnych działań. Z tego powodu organizacje dziennikarskie nie doprowadziły do poprawy statusu dziennikarzy ani do wprowadzenia regulacji prawnych, które byłyby przydatne w naszej codziennej pracy.

 

Dlaczego status dziennikarza jest tak niski, a pozycja zawodowa tak słaba?

 

Niektórzy dziennikarze swoimi postawami wzbudzają negatywny odbiór, a to przekłada się na taką ocenę naszej grupy zawodowej w społeczeństwie. Ale lekceważenie i słaba pozycja dziennikarzy w znacznej mierze wynika z miernej kondycji organizacji reprezentujących naszą branżę i nie podejmowania  współpracy między nimi. Brak efektów ich działań powoduje, że dziennikarze nie widzą sensu w przynależności do stowarzyszeń branżowych. Na ogół należą do nich nieliczne osoby. Liczniejsze pod względem frekwencji są związki zawodowe, ale i one w większości redakcji mają słabą pozycję – należy do nich zwykle kilka, kilkanaście procent dziennikarzy, podczas gdy w wielu krajach na zachodzie Europy przynależność do związków jest w redakcjach powszechna.

 

Z czego wynika niechęć dziennikarzy do zrzeszania się w związki zawodowe?

 

Po części jest to efekt zapracowania, ale w znacznej mierze wynika albo z niewiedzy, że związek zawodowy może istotnie wpłynąć na poprawę warunków ich pracy i płacy, albo też z nieuzasadnionej obawy, że przystępując do związku można narazić się pracodawcy. Tymczasem bez reprezentacji związkowej pracownicy są zdecydowanie bardziej narażeni na ewentualne naruszanie lub ograniczenie ich praw.

 

Skuteczniej będzie chronił interesów dziennikarzy związek zawodowy czy korporacja?

 

Związek zawodowy to podstawa. Przepisy o związkach zawodowych pozwalają dziennikarzom bronić swoich interesów w kontaktach z pracodawcami i wpływać na poprawę warunków pracy. Żadna dziennikarska organizacja branżowa nie ma takich uprawnień jak związek zawodowy, z którym pracodawca na podstawie ustawy jest zobowiązany ustalać różnorodne kwestie dotyczące spraw pracowniczych w tym m. in. zmiany umów czy zwolnień. We wszystkich mediach, w których związki zawodowe są aktywne i mają liczne reprezentacje sytuacja pracowników jest lepsza. To najlepszy dowód na to, że związki zawodowe są najlepszą formą reprezentowania dziennikarzy oraz ochrony ich interesów.

 

Czy przy tak dużych podziałach, jakie są w środowisku dziennikarskim jest możliwe stworzenie jednego, wspólnego związku zawodowego?

 

Byłoby to optymalne rozwiązanie. Silny związek mógłby jednocześnie dbać o interesy pracowników w poszczególnych redakcjach jak i wpływać pozytywnie na odbiór naszego zawodu. Powstanie jednego  związku zawodowego, do którego należałaby większość dziennikarze byłoby idealne, ale jest mało realne w obecnej sytuacji dużej polaryzacji i zróżnicowania. Chyba w polskiej naturze jest skłonność do dzielenia, a nie łączenia i zawierania kompromisów. W efekcie tego w Polsce jest wiele związków zawodowych dziennikarzy, niektóre z nich działają wyłącznie w obrębie jednej redakcji. Takie podzielenie, rozproszenie nie służy dziennikarzom. Ale oczywiście może być inaczej. Z mojego doświadczenia wynika, że można dobrze ułożyć współpracę między różnymi związkami zawodowymi reprezentującymi dziennikarzy i wspólnie działać.

 

Jak to zrobić?

 

Kiedy pracowałem w Polska Press pracodawca planując niekorzystne dla pracowników w całej grupie medialnej zmiany formalnie połączył wszystkie redakcje w całym kraju w jeden ogólnopolski zakład pracy. W ten sposób działające dotąd w poszczególnych gazetach związki, nawet tam gdzie były one aktywne, straciły swoją pozycję. Podjęliśmy wtedy rozmowy między poszczególnymi związkami. W efekcie tego udało nam się stworzyć Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych działających w Polska Press. Dzięki temu mogliśmy chociaż częściowo złagodzić niekorzystne dla pracowników zmiany wprowadzane przez pracodawcę. W oparciu o te doświadczenia uważam, że współpraca między związkami zawodowymi i tworzenie wspólnej reprezentacji jest sensowną i efektywną drogą na rzecz poprawy warunków pracy dziennikarzy.

 

Szukanie porozumienia między związkami byłoby dobrym kierunkiem działania, ale niestety, nie ma inicjatyw służących powstaniu  federacji dziennikarskich związków zawodowych. Nie ma bieżących kontaktów ani przepływu informacji między dziennikarskimi związkami. Na ogólnopolskie czy lokalne spotkania związkowe nie  zaprasza się choćby jako gości przedstawicieli innych medialnych związków zawodowych – a takie kontakty mogłyby być podstawą do podjęcia współpracy.

 

Rozmawiał top

Fot. Sławomir Seidler

 


 

Krzysztof M. Kaźmierczak

Rocznik 1967. Zaczynał w mediach podziemnych: „Pokoleniu Walczącym” i „Już Jest Jutro”, niezależnym piśmie literackim. Pracował m.in. w „Obserwatorze Wielkopolskim” i „Gazecie Poznańskiej”, „Nowym Dniu”, „Super Expressie” i „Głosie Wielkopolskim”. Obecnie jest dziennikarzem „Telekuriera” TVP. Autor powieści kryminalnej „Krótka instrukcja obsługi psa” (2016), książek o tematyce historycznej: „Ściśle tajne” (2009), „Tajne spec. znaczenia” (2009), „Lew z Głównej” (2010), współautor „Sprawa Ziętary. Zbrodnia klęska państwa” (2015) „Oni tworzyli Solidarność” (2010). Od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i zabójstwa Jarosława Ziętary, jest pomysłodawcą i współzałożycielem  Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary.

 

Katolickie tygodniki, epidemia i plan B – analiza ks. ARTURA STOPKI

Epidemia pokazała, że dotychczasowy model funkcjonowania katolickich tygodników kolportowanych przez parafie, nie jest odporny na kryzysy. Jednak nie ich przetrwanie jest dziś najważniejsze.

 

Przez dziesięciolecia zdążyliśmy się już do tego widoku przyzwyczaić. Część wiernych wychodzących w Polsce z niedzielnej Mszy św. trzyma w dłoniach katolicki tygodnik. Nie wszyscy, ale wciąż jest ich wystarczająco wielu, aby te czasopisma nie tylko egzystowały, lecz również były w istocie najważniejszą i podstawową formą docierania przez Kościół do polskich katolików przez media. To coś więcej niż zwyczaj. To wręcz sprawdzony i w dużej mierze – jak dotąd – niezawodny model biznesowy. Epidemia koronawirusa właśnie go weryfikuje.

 

Od kilku tygodni kościoły w Polsce są puste lub prawie puste. Nie ma w nich potencjalnych nabywców katolickich tygodników. Zgodnie z państwowymi zarządzeniami siedzą w domach, w większej lub mniejszej liczbie korzystają z medialnych transmisji Mszy, zalecanych przez biskupów. Co w tej sytuacji zrobili wydawcy katolickich papierowych czasopism?

 

Bez współdziałania

 

Nie wypracowali żadnej wspólnej linii działania. Nie zaproponowali jakiegoś jednego rozwiązania dla całego kraju. Mamy do czynienia z całym ich wachlarzem. Od najbardziej radykalnego, polegającego na całkowitej rezygnacji z druku i skupieniu się na przygotowywaniu oraz promowaniu e-wydania, przez czasową rezygnację z kolportażu parafialnego wydania papierowego, aż po eksperymenty z zawartością wersji drukowanej. Eksperymenty polegające nie tylko na np. publikowaniu łączonych numerów, ale także na zmianie układu treści, całkowitym lub częściowym wycofaniu edycji diecezjalnych itp.

 

Nie ma znaczenia, który z katolickich tygodników istniejących w Polsce jaką metodę radzenia sobie z kryzysem zastosował. Za wcześnie na ocenianie, który z modeli okazał się najkorzystniejszy w dramatycznych czasach epidemii. Istotne jest, że w chwili kryzysu próżno wyglądać jakichś prób wzajemnego wspierania przez poszczególne tytuły, myślenia całościowego, w kategoriach dobra Kościoła i jego mediów jako pewnego ewangelizacyjnego bogactwa, które nie powinno ulec zniszczeniu. Dominują partykularyzmy, ochrona tylko własnego stanu posiadania.

 

Przetrwanie to za mało

 

To nie najlepiej wróży na przyszłość, a właśnie przyszłość najsilniejszych katolickich mediów jest dzisiaj stawką toczącego się zmagania. Jeśli wydawcy katolickich tygodników będą nastawieni tylko na przetrwanie okresu pandemii, a nie wykorzystają tego czasu na przygotowanie poważnych przekształceń i zmian w swoim działaniu, może się okazać, że po krótkotrwałym entuzjazmie i boomie, związanym z możliwością powrotu do kościołów, nastąpi stopniowa dezintegracja funkcjonującego przez dziesięciolecia „systemu”. A nowego nie będzie lub – jeśli się pojawi – czytelnicy nie będą na niego przygotowani.

 

Nie bez znaczenia będą również zmiany, jakie w rezultacie epidemii nastąpią na całym rynku medialnym w Polsce. Specyfika tygodników katolickich może się okazać wartością dodaną, jeśli uda się w kolejnym pokoleniu stworzyć silną grupę wiernych, lojalnych odbiorców. Jednak może ona również stanowić obciążenie, np. gdy zabraknie elastyczności w posługiwaniu się nowymi sposobami docierania z treściami do odbiorców.

 

Rząd dusz

 

Truizmem jest twierdzenie, że potrzeba znacznej intensyfikacji działań wydawców katolickich czasopism w Internecie. Wirusowy kryzys pokazał, że nie jest to wcale takie proste i oczywiste. Nie wystarczy stworzyć aplikację czy wrzucić pdf-a do internetowego sklepiku. Trzeba jeszcze sprawić, by czytelnicy chcieli z tych form licznie korzystać. Tego nie da się zrobić w ciągu kilku tygodni. Tego nie da się zrobić także ze względu na treść dużej części kościelnych tygodników wydawanych w naszym kraju. Łatwo się zorientować, że ich zawartość mocno dopasowana jest do wieku znaczącej części wiernych zapełniających jeszcze niedawno kościoły.

 

Młodzi znajdują w katolickich tygodnikach (niezależnie od wersji papierowej czy cyfrowej) dla siebie niewiele. Jeśli szukają treści religijnych lub około religijnych, to raczej odwiedzają katolickie serwisy internetowe albo znajdują je w mediach społecznościowych. Jeśli katoliccy wydawcy czasopism chcą do nich dotrzeć, muszą zacząć współpracować z tymi, którzy już w tej chwili w sieci mają swoisty „rząd młodych dusz”.

 

Społeczności i towarzyszenie

 

Konieczna jest dywersyfikacja zarówno kanałów dystrybucji treści, jak i źródeł dochodów. Wciąż niewykorzystanym w wystarczającym stopniu narzędziem pozostają różnego rodzaju prenumeraty i subskrypcje. Zarówno w odniesieniu do wydań papierowych, jak i cyfrowych. Trzeba jednak czegoś więcej, niż tylko tworzenie list prenumeratorów lub subskrybentów. Potrzebne są społeczności, zgromadzone wokół katolickich tytułów. Społeczności ludzi emocjonalnie związanych z nimi. Tak przyzwyczajonych nie tylko do otrzymywania treści, ale również do stałej komunikacji z ich twórcami, że gdy zawiedzie jeden kanał dystrybucji, będą ich niejako „automatycznie” szukać w innym. Dlaczego? Ponieważ będą mieli doświadczenie towarzyszenia im w ich codzienności ze strony redakcji.

 

Epidemia pokazała, że dotychczasowy model funkcjonowania głównych katolickich mediów, papierowych tygodników kolportowanych przez parafie, nie jest odporny na kryzysy. Wyraźnie zabrakło wydawcom myślenia o kategoriach „planu B”. Życie dowodzi, że nie ma nic pewnego i sprawdzonego raz na zawsze. Także w sferze katolickich, kościelnych tygodników wydawanych w naszym kraju.

 

Artur Stopka

Media przed, w trakcie i po pandemii – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Jakie zmiany na rynku mediów wywołała pandemia? Czy były one do przewidzenia? Jak przenosić aktywność do Internetu? Czy druk będzie miał jeszcze szansę po pokonaniu zarazy?

 

Spadki i skoki

 

Okres pandemii i związane z nim problemy z dystrybucją wersji drukowanych wywołały szereg zmian na polskim rynku prasy. Wydawanie w tradycyjnej formie zakończyły lub zapowiedziały zaprzestanie tej formy publikacji „Wprost”, „Podróże”, „Żagle”, „Przewodnik Katolicki”… Tymczasem w tym samym okresie zainteresowanie Polaków treściami dostarczanymi przez media znacznie wzrosło. Przyjrzyjmy się bliżej temu zjawisku.

 

Schyłkowy biznes

 

W porównaniu z mediami audiowizualnymi i nowymi mediami tygodniki opinii są schyłkowym biznesem” napisał dwa lata temu prof. Tomasz Mielczarek w obszernej analizie: „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości”[1]. W dalszej części pracy dodał: „ich ekonomiczna kondycja wyprzedzająco informuje o koniunkturze rynku medialnego”, a ich „los (…) uzależniony jest od umiejętności szybkiego i wprawnego odczytywania sygnałów płynących z systemu medialnego i systemu społeczno-politycznego”. Mielczarek podtrzymał przy tym zdanie, wyrażone już w „Raporcie o śmierci polskich gazet drukowanych” z 2012 roku (sic!)[2], że media drukowane ciągle źle sobie radzą w sieci. Według danych zgromadzonych przez profesora w pierwszym półroczu 2017 roku zaledwie 5% nakładu wszystkich tygodników opinii sprzedawało się w formie dosłownych elektronicznych kopii, co, jak stwierdził, nie miało istotnego wpływu na dystrybucję.

 

Zwiększone zainteresowanie mediami ale nie drukowanymi

 

W kwietniu ukazał się raport przygotowany na zlecenie LoveBrands Relations „Jakich informacji w dobie koronawirusa szukają Polacy?”. Prawie 60% badanych przyznało, że zwiększyło częstotliwość korzystania z mediów. Zainteresowanie wzrosło przy tym w bardzo atrakcyjnych marketingowo grupach, a zatem wśród kobiet i osób w wieku 35-49 lat. Większość tego tortu skonsumował Internet, stanowiący źródło informacji dla 86% badanych, na drugim miejscu znalazła się telewizja z rezultatem 76%[3]. Widać, że odbiorcy potrzebują informacji dostarczanych szybko, omalże w czasie rzeczywistym. Oprócz tych o samej pandemii, szukają też treści ekonomicznych, w związku z wprowadzanymi rozwiązaniami Tarczy Antykryzysowej i prognozami dla biznesu i rynku pracy. Ludzie „uziemieni” w domach oczekują też dostarczenia im przez media rozrywki. Czy wobec takich potrzeb prasa drukowana ma w ogóle szanse? O jej obecność w badaniach pytamy prezes LoveBrands Relations Dorotę Bieniek-Kaska.

 

„To nie jest czas dla drukowanych mediów”

 

– Pandemia koronawirusa silnie podziałała na nas wszystkich. Z jednej strony zwiększyła się nasza konsumpcja mediów, z drugiej strony jesteśmy namawiani do pozostawania w domach oraz czujemy obawę (uzasadnioną lub nie) przed dotykaniem przedmiotów, które ktoś wcześniej miał w swoich rękach – a tak jest w przypadku prasy drukowanej. Z tego powodu staramy się konsumować media w sposób dla nas bezpieczny. Według badania LoveBrands Relations Internet jest podstawowym źródłem informacji w czasie pandemii koronawirusa. Kolejne źródła informacji: media społecznościowe (39%) oraz radio (34%) nie zyskały aż tak dużo popularności. W tym pytaniu nie widać znaczących różnić wynikających z płci odbiorców. Warto zauważyć, że w miastach do 200 tys. ponad 90% respondentów deklaruje, że informacje zdobywa za pośrednictwem Internetu – przybliża rezultaty badania Bieniek-Kaska.

 

Inną sprawą jest aktualność informacji. W związku z koronawirusem większość (73%) Polaków szuka informacji bieżących, związanych ze statystykami zachorowalności i zgonów (K: 69%, M:55%), wiadomości ze świata (K: 60%, M: 56%) oraz prognoz dotyczących czasu trwania pandemii (K: 60%, M: 51%). Tu znowu wygrywają Internet i telewizja. Według badań Nielsena w marcu średni dobowy udział TVP Info wyniósł 6,50%, po wzroście względem analogicznego miesiąca w 2019 o 109,47%. Średni miesięczny wynik TVN24 w marcu wyniósł 5,85%, po wzroście o 40,34%. Stacja ta zanotowała najwyższy miesięczny udział w historii. Polsat News w ubiegłym miesiącu miał 2,47% udziału (również historyczny rekord), po największym wzroście kanałów informacyjnych względem marca 2019 roku – o 169,73% – dodaje prezes LoveBrands Relations.

 

Dobrze i niedobrze zarazem

 

W języku chińskim istnieje zwrot, który oznacza, że coś jest dobre i niedobre jednocześnie. Rezultaty przywołanego badania pokazują rosnące zapotrzebowanie na informacje przygotowane przez dziennikarzy, które są traktowane jako wiarygodne, bo gwarantowane przez redakcje. Radio traci wobec Internetu i telewizji ponieważ od dawna jest medium towarzyszącym, którego odbiorcy słuchają audycji w samochodach. Przy ograniczeniu przemieszczania się związanych z obowiązkiem pozostawania w domu, zyskują media, które angażują też wzrok. Wydaje się przy tym, że mniejsze zaufanie do treści pojawiających się w mediach społecznościwych może wyjść nie tylko rynkowi szeroko rozumianej prasy, ale też i wszystkim konsumentom na dobre. Oczekiwania odbiorców zmieniały się przy tym od dawna, a nie w ostatnich tygodniach. W cytowanych badaniach poświęconych tygodnikom, prof. Tomasz Mielczarek zwrócił uwagę, że nie zaglądało do nich w ogóle 65% studentów, a 60% wcale nie korzystało z treści dostarczanych przez prasę. Jak obecną sytuację oceniają naukowcy?

 

„Po pandemii nic już nie będzie takie samo”

 

Po pandemii nic już nie będzie takie samo. Obecna sytuacji przyspieszyła trwający od dawna proces odpływu czytelników od prasy w jej tradycyjnej, drukowanej formie. – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. – Wadliwie zinterpretowane rozporządzenie zaowocowało masowym zamykaniem punktów kolportażu prasy w centrach handlowych, co niemal natychmiast odczuli wydawcy. Decyzja o wydaniu „Wprost” i „Do Rzeczy” wyłącznie w wersji cyfrowej to w mojej opinii akt desperacji by minimalizować straty. O ile w przypadku „Do Rzeczy” słyszymy że jeszcze nie jest gotowe by przejść wyłącznie na e-wydania, to „Wprost” swój ostatni numer drukiem wydało 30.03.2020 i już do printu nie wróci. Nie umiem znaleźć przykładu potwierdzającego udane przejście czasopisma do sieci bez kontynuacji wersji drukowanej, to było raczej przedłużenie agonii. Z moich obserwacji wynika, że w znakomitej części przypadków migracja prasy do cyberprzestrzeni była podyktowana przede wszystkim… umocnieniem wydania drukowanego jako głównego kanału dystrybucji treści. Niestety, ale nie widzę świetlanej przyszłości przed „Wprost”. Mówię to z żalem, bo z każdym znikającym tytułem odchodzi kawałek naszego świata. Nie idealnego może, ale naszego.

 

„Nie słuchamy naukowców”

 

To zdanie słyszymy ostatnio często, głównie w kontekście walki z epidemią i ekonomii, a skierowane jest oczywiście do polityków. Co prawda warto przy tym pamiętać, że znany historyk prof. Norman Davies w swojej autobiografii napisał, że przeświadczenie, iż w środowisku akademickim znajduje się tylko mądrość, a każda wypowiedź warta jest zastanowienia, to absurd[4]. Świat uczony też ma swoje przywary, sympatie i antypatie polityczne i raczej nie utrzymuje postawy bezstronnego arbitra w wypowiedziach medialnych. Wróćmy jednak do opublikowanej dwa lata temu pracy prof. Tomasza Mielczarka: „los (tygodników opinii) uzależniony jest od umiejętności szybkiego i wprawnego odczytywania sygnałów”. Oczywiście pandemia i związane z nią perturbacje były nie do przewidzenia, ale konieczność zmiany formy aktywności już tak.

 

Do sieci przechodzi się z czytelnikami albo wcale

 

Branżowy kwartalnik „Doradca Kariery” 11 grudnia 2019 roku powiadomił swoich czytelników: „Tylko do 10 stycznia 2020 r. będzie można zamówić ostatni rok papierowej prenumeraty kwartalnika. Powód? Ogólnoświatowy trend w przechodzeniu do wersji elektronicznych. Okazuje się że >>wolimy<< wersje na tablety i komórki niż papier w ręce. Jest to tańsze, wygodniejsze i ekologiczne. Będzie więcej, konkretniej i bardziej szczegółowo. Internet też dodatkowo nie ogranicza nas powierzchnią kartek. Zrobimy dla Was przestrzeń ze wszystkimi potrzebnymi informacjami”. Dlaczego pismo założyło, że potrzebuje roku na wdrożenie nowych rozwiązań?

 

Decyzję podjąć łatwo – mówi redaktor naczelna Agnieszka CiereszkoDaliśmy sobie jednak ten rok po to, by wspólnie z czytelnikami i reklamodawcami wypracować najbardziej dla nich i dla nas atrakcyjny format udostępniania treści. To wymaga czasu. Konieczne jest przebudowanie witryny, zwłaszcza tej części, która stanowi e-sklep. Zbudowania systemu mikrosubskrypcji. Chcieliśmy przy tym uprzedzić naszych odbiorców, że to jest plan, a nie chaotyczne działanie, po którym albo się wynurzmy, albo nie. Ważne jest też pozostawanie z nimi w dialogu, żeby wprowadzone rozwiązania potraktowali na końcu jako „swoje”, a nie narzucone i trudno przez to akceptowalne.

 

Czy pandemia cokolwiek zmieniła w tych planach?

 

Nic – dodaje Ciereszko. – Nasza dystrybucja oparta jest o prenumeratę trafiającą do skrzynek. Dopóki działa poczta i firmy kurierskie, nie dzieje się nic, co by zmuszało nas do przyspieszenia realizacji planu.

 

W obronie druku

 

W dobie pandemii druk wydaje się być bardziej archaiczny niż kiedykolwiek. Nawet w przypadku dzienników informacje na papierze dostarczane są z opóźnieniem, a odbiorcy, co potwierdza badanie LoveBrands Relations, chcą dostać wszystko w czasie omalże rzeczywistym. W „Raporcie o śmierci polskich gazet” prof. Mielczarek przywołał badania, z których wynika, że z wydrukowanym medium obcujemy kilkakrotnie dłużej niż z portalem ogólnoinformacyjnym, najczęściej po prostu przewijanym. Stan epidemiczny to zmienia, bo nie dość, że mamy więcej czasu na media, to jeszcze chcemy mieć pełnię wiedzy, bo ta może zapewnić nam bezpieczeństwo (zdrowotne i ekonomiczne).

 

Całkowita rezygnacja z druku po okresie pandemii wymaga dziś pogłębionej analizy potrzeb konsumenckich. Stan obecny nie jest czasem zwyczajnym. Radio bez wątpienia ruszy stromo w górę, gdy wsiądziemy z powrotem masowo do samochodów. Nikt też nie myśli poważnie o całkowitej rezygnacji z rozgrywek sportowych, konferencji, czy koncertów, bo teraz ich zrealizowanie jest niemożliwe. Warunek powrotu do wersji papierowych jest dziś jeden – utrzymanie kadry, o której Mielczarek napisał tak: „zatrudnieni w tygodnikach dziennikarze stanowią elitę swego zawodu. (…) Stanowią wzór, do którego dążą lub z którym porównują się adepci tego zawodu”. Tylko tym razem druk będzie zapewne stanowił dodatek do rozwiązań odpowiadających na inne potrzeby konsumenckie, bynajmniej niezwiązane z padmemią.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Universitas, Kraków 2018, s. 219.

[2] Idem, Raport o śmierci polskich gazet drukowanych, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2012.

[3] Dane dostępne na stronie PAP: http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/156978,,badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja-polacy- – dostęp 07.04.2020 r.

[4] Norman Davies, Sam o sobie, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2019.

Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł – WOJCIECH POKORA polemizuje z ŁUKASZEM WARZECHĄ

Jest taki dowcip z brodą, o dżentelmenie, który podróżował pociągiem i w chwili, gdy zbliżał się do docelowej stacji postanowił nabić sobie fajkę. Wiadomo, łatwiej to zrobić siedząc i mając wolne ręce, niż w biegu, niosąc bagaż. W chwili, gdy wyjął akcesoria, podróżująca z nim dama podniosła lament, że w pociągu nie wolno palić, a ów dżentelmen to cham i prostak skoro tego nie wie. Narobiła przy tym takiego hałasu, że zwróciła uwagę wszystkich pasażerów i konduktora. Dżentelmen z fajką starał się grzecznie wytłumaczyć, że przecież nie pali, na co rozemocjonowana dama wykrzyczała, że może nie pali, ale się przecież do tego przygotowuje.

 

Przypomniałem sobie tę anegdotę podczas lektury zamieszczonego na portalu SDP tekstu Łukasza Warzechy, w którym autor przekonuje nas, że uruchomienie przez Polską Agencję Prasową projektu #FakeHunter jest zaczynem do przywrócenie urzędu cenzury z ul. Mysiej w Warszawie. Przyznam, że to mocne oskarżenie. A gdy dodać do tego przedstawioną przez redaktora Warzechę argumentację – zmyślony tekst, którym się posiłkuje, zaznaczając, że – co prawda nie jest to „fragment jakiegoś konkretnego tekstu czy wypowiedzi”, ale „odtworzona przeze mnie linia argumentacji, pojawiająca się w wielu momentach w społecznościowych, ale również w państwowych mediach, a także przebijająca z wypowiedzi niektórych polityków” – oraz przytoczona przez niego wypowiedź polityka partii rządzącej, który zapowiedział, że „stworzy projekt ustawy karzącej za fałszywki informacyjne” to mamy przykład doskonałej manipulacji i dezinformacji, którą przedstawiciele #FakeHunter mogliby się zainteresować.

 

Kilka dni temu rzecznik ministra koordynatora Służb Specjalnych Stanisław Żaryn poinformował, że okres epidemii jest czasem wzmożonych działań propagandowych ze strony Rosji. W podobnym tonie raportuje Komisja Europejska – „Rosyjskie media zorganizowały znaczną kampanię dezinformacyjną przeciwko Zachodowi, aby pogorszyć wpływ koronawirusa na społeczeństwa, wywołać panikę i nieufność”. To stała kremlowska metoda działania – w sytuacjach kryzysu podważać zaufanie do instytucji międzynarodowych i do rządów poszczególnych państw, by w zamieszaniu dystrybuować swoją propagandę, na którą łoży niemałe środki.

 

Jednym z przykładów takiego działania była niedawna informacja o tym, że Polska rzekomo chce zaanektować Obwód Kaliningradzki. Skąd taki wniosek? Rosyjscy propagandyści wykorzystując treść anonimowego komentarza pod artykułem w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej” pt. „Koronawirus odcina Obwód Kaliningradzki” uznali, że Polska chce zaanektować terytorium Rosji. Wyglądało to w ten sposób, że pod artykułem pojawiły się komentarze w stylu – „Zawsze można zrobić referendum, może mieszkańcy będą chcieli przyłączenia do Polszy” czy „Lepiej by im było, gdyby Królewiec przyłączyć do Polski” (swoją drogą jak bardzo podobne w stylu są te komentarze do codziennego nawoływania do odzyskania Lwowa czy Wilna). Na anonimowe komentarze zareagowały rosyjskie media (trudno uwierzyć, że dyskusje na forach są tak uważnie śledzone, co może sugerować, że akcja była jednak przygotowana), które rozpisały się o tym, że Polska planuje przyłączenie Obwodu Kaliningradzkiego do Polski.  Na portalu Pravda.ru pojawił się komentarz eksperta Władimira Ołenczenki, który uznał, że wobec takich zamiarów Polski, należy przeprowadzić referendum w Suwałkach, gdzie ludność jest już zmęczona polskim totalitaryzmem i pomóc jej zorganizować coś na wzór Donieckiej Republiki Ludowej w Suwałkach.

 

Jak zauważa Rzecznik Ministra Koordynatora Służb Specjalnych, rosyjska gra propagandowa jest coraz bardziej złożona. Nagłaśniając prowokację z anonimowym wpisem na forum, poprzez medialną histerię w rosyjskiej przestrzeni medialnej, doprowadzono w konsekwencji do pojawienia się w przestrzeni publicznej gróźb wobec Polski, że na jej peryferiach też – jak na Ukrainie – w każdej chwili może pojawić się jakaś samozwańcza republika ludowa. Czy to realna groźba? A czy przywrócenie urzędu cenzury przy ul. Mysiej jest realną groźbą? Myślę, że nie. Ale redaktor Łukasz Warzecha próbuje nas przekonać, że jak najbardziej i kilka osób mu zapewne uwierzy. Tak jak wielu Rosjan uwierzyło, że Polska zaanektuje Kaliningrad. Obie manipulacje – i rosyjska i redaktora Warzechy, bazują bowiem na tych samych instynktach – trafiają do już przekonanych, karmiąc istniejące już w nich lęki. Trudno z tym polemizować, ale należy to nagłaśniać. I właśnie po to powstają projekty takie jak PAP-owski #FakeHunter, by nagłaśniać przejawy manipulacji i dezinformacji i dawać im odpór rzetelną informacją.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Dlaczego ma to robić Polska Agencja Prasowa? Nie może ktoś inny? Oczywiście, że możemy oddać całą walkę z dezinformacją i kłamstwami medialnymi w ręce międzynarodowych koncernów medialnych takich jak: Facebook, YouTube, Google. One same się do tego chętnie zgłaszają. Tylko czy rzeczywiście chcemy to zrobić? Przypominam, że to właśnie z tymi podmiotami dziennikarze toczą walkę o wolność publikacji. Niejasne zasady ograniczania wyświetlania treści w mediach społecznościowych, wyłączanie kanałów telewizyjnych przez YouTube to sytuacje bardzo częste, jeśli nie nagminne. Jeśli nie instytucje takie jak Polska Agencja Prasowa, jeśli nie finansowanie programów walki z dezinformacją przez agendy państwowe, to zostaje nam oddolna samoorganizacja z dość niejasnym finansowaniem. Albo nawet jasnym, ale powiązanym z rządami innych państw, i daj Boże, aby z sojusznikami. Bo warto wiedzieć, że grantodawcy narzucają też swoje priorytety, więc w zależności od tego, kto sfinansuje dane działanie, jego priorytety będą głównie realizowane. Nasze – przy okazji. Czy w dobie bezwzględnej wojny informacyjnej, gdy Rosja przeznacza na wsparcie rozsadników swojej propagandy ponad miliard euro rocznie, Polska powinna swoje bezpieczeństwo informacyjne powierzyć obcym mocarstwom lub instytucjom i firmom, których sposób działania budzi kontrowersję?

 

Wojciech Pokora

30 lat później uciekamy z kina „Wolność” – z punktu widzenia ŁUKASZA WARZECHY

Film „Ucieczka z kina »Wolność«” Wojciecha Marczewskiego ma niemal tyle samo lat, od ilu nie istnieje już w Polsce Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk: 30. Kilka dni temu – 11 kwietnia 1990 roku – przypadała rocznica likwidacji urzędu z ul. Mysiej.

 

Szkoda, że film Marczewskiego jest trochę zapomniany, bo historia cenzora nieumiejącego sobie poradzić z aktorami, którzy z ekranu kinowego nagle zaczynają mówić własnym tekstem, powinna i dzisiaj dawać do myślenia. Dlaczego? O tym za moment.

 

Najpierw zapomnijmy na moment, że była w Polsce komuna i cenzura. Przeczytajmy:

 

Mamy nadzwyczajne czasy. Polskie państwo zmaga się z być może największym wyzwaniem od 1989 roku. Rząd ofiarnie pracuje, aby powstrzymać rozwój epidemii. W tym czasie ogromną szkodę wyrządzają różne nieodpowiedzialne opinie i informacje, pojawiające się w sferze publicznej. Ostatnia rzecz, jakiej nam teraz potrzeba, to kwestionowanie rządowej strategii, wydawanych rozporządzeń, dzielenie włosa na czworo, podważanie kompetencji policjantów, pełniących ofiarnie służbę czy zawracanie głowy urzędnikom Ministerstwa Zdrowia absurdalnymi pytaniami.

 

To nie jest fragment jakiegoś konkretnego tekstu czy wypowiedzi. To odtworzona przeze mnie linia argumentacji, pojawiająca się w wielu momentach w społecznościowych, ale również w państwowych mediach, a także przebijająca z wypowiedzi niektórych polityków. Czy to państwu czegoś nie przypomina? Czy przywrócenie urzędu z Mysiej nie byłoby spełnieniem marzeń tych, którzy wygłaszają takie poglądy?

 

Ale też – czy to się częściowo nie dzieje? Z zaskoczeniem przeczytałem taką oto informację: „PAP i GovTech Polska uruchamiają narzędzie #FakeHunter. Państwowa aplikacja ma pomóc w walce z dezinformacją w sieci. Na razie na temat koronawirusa. W demaskowanie fake newsów może się włączyć każdy internauta. Wystarczy zgłosić budzącą nasze wątpliwości treść do zweryfikowania. W tym celu stworzona została dedykowana aplikacja. Informację sprawdzą – w oparciu o wiarygodne źródła – eksperci, a zgłaszający otrzyma link zwrotny z werdyktem”. Sprawdzanie faktów to dobry kierunek, ale niepokojące jest, gdy włącza się w to państwowa instytucja medialna. Zwłaszcza, gdy przypomnimy sobie szczęśliwie na razie bezpłodne groźby posła (dziś europosła) PiS Dominika Tarczyńskiego, że stworzy projekt ustawy karzącej za fałszywki informacyjne. Przy czym – jak już wiele razy pisałem – tym mianem (czyli z angielska fakenewsami) politycy chętnie nazywają po prostu niepasujące im opinie. Połączenie tych faktów powinno zapalić dziesięć lampek alarmowych naraz. To naprawdę jakaś zaskakująca tęsknota za nowoczesną formą cenzury.

 

Inny wątek to próba przedstawiania pracujących normalnie – czyli zadających pytania – dziennikarzy jako (przepraszam za zwrot, ale tak to jest nazywane) „zawracających d…” ofiarnie pracującym politykom. Jak pisałem niedawno na portalu SDP – to jest moment, gdy dziennikarze powinni szczególnie pilnować władzy, bo właśnie teraz najłatwiej usprawiedliwić wszelkie nadużycia wyjątkowymi okolicznościami. Dotyczy to także przepytywania urzędników państwowych, w tym Ministerstwa Zdrowia. A nawet szczególnie jego, ponieważ to ono odpowiada w największym stopniu za to, jak dzisiaj funkcjonuje Polska. Wnioskowanie o udostępnienie informacji publicznej – do samego urzędu przez NGO-sy lub obywateli, do rzeczników prasowych przez dziennikarzy – nie jest żadnym „zawracaniem d…”. Rzecznik prasowy nie robi nikomu łaski, udzielając odpowiedzi na pytania, zadawane przez dziennikarza. Za to mu płacą, taka jest jego rola i ma obowiązek się z tego zadania wywiązywać. Jeśli nie daje rady, minister powinien zmienić rzecznika lub powiększyć zespół prasowy.

 

Nikt nie zawiesił obowiązywania Ustawy o dostępie do informacji publicznej, na mocy której o odpowiedź mogą się zwracać nie tylko dziennikarze. Tymczasem MZ uznało najwyraźniej, że ta regulacja już go nie obowiązuje. Kompletne zignorowanie moich skromnych pytań, dotyczących obowiązkowych rękawiczek w sklepach, wysłanych do MZ w momencie ogłoszenia tej regulacji, to może nic takiego. Ale można odnieść wrażenie, że resort Łukasza Szumowskiego uznał, że już nic w tych sprawach nie musi poza dwuzdaniowymi odpowiedziami na zdalnie wysyłane pytania na konferencjach prasowych.

 

Oto jeszcze 23 marca wrocławskie Stowarzyszenie Polska Pro skierowało do MZ pytania m.in. o posiadane przez Polskę zasoby środków ochronnych oraz prognozy rozwoju epidemii. 27 marca z ministerstwa nadeszła odpowiedź w klasyczny sposób ogólnikowa i nie odpowiadająca nawet na najprostsze z zadanych pytań. Jedno z nich brzmiało: „Czy MZ dysponuje prognozą rozwoju epidemii w Polsce na najbliższe tygodnie?”. Jak słusznie zauważa stowarzyszenie, na to pytanie można udzielić krótkiej odpowiedzi: tak lub nie. Zamiast tego MZ stwierdziło między innymi, że „wszelkie procesy natury biurokratycznej zostały ograniczone do niezbędnego minimum, w tym również sprawozdawczość na potrzeby informacji publicznej”. (Korespondencję skierowaną do MZ można znaleźć m.in. w tym tłicie stowarzyszenia).

 

Rzadko używam takich słów, ale tym razem tak uczynię: takie postawienie sprawy to skandal. Żadne rozporządzenie ani ustawa nie zwalniają w tej chwili MZ z udzielania informacji publicznej w ustawowym terminie 14 dni i odpowiadania NGO-som czy dziennikarzom na zadawane pytania. Zwłaszcza, gdy są to pytania, dotyczące spraw naprawdę istotnych – między innymi tego, na jakiej podstawie MZ podejmuje swoje daleko idące decyzje, dezorganizujące normalną działalność państwa. Stowarzyszenie Polska Pro skierowało swoje pytania ponownie, przy okazji indagując ministerstwo, na jakiej postawie uznało ono, że ustawa o dostępie do informacji publicznej przestała je obowiązywać.

 

Ja również wysłałem do rzecznika ministerstwa swoje pytania. Chciałbym się między innymi dowiedzieć, na podstawie jakich modeli minister zdrowia kształtuje swoje prognozy przebiegu wypadków, jakie grupy ekspertów oceniają dla niego gospodarcze skutki podejmowanych decyzji oraz co w praktyce oznacza wprowadzony rozporządzeniem RM z 10 kwietnia obowiązek zakrywania ust i nosa „poza miejscem zameldowania lub stałego pobytu” (obowiązujący od najbliższego czwartku). Czekam na odpowiedź.

 

Często powtarzana jest fraza, że obecny czas to test – dla naszej jedności, zdyscyplinowania, odpowiedzialności. Może. Ja jednak widzę go przede wszystkim jako czas testu poważnego traktowania państwa i obywateli, naszych swobód i wolności, a także dla odpowiedzialności dziennikarzy za przypilnowanie tych właśnie spraw. Niestety, mam wrażenie, że ten test koncertowo oblewamy.

 

Łukasz Warzecha

Z braku laku… – KRZYSZTOF PRENDECKI o ciężkich czasach dla redakcji sportowych

Kolejna zmiana na naszym globie przewartościowuje priorytety sprawiając, że sport zszedł na dalszy plan.

 

Pytanie brzmi co mają począć w redakcjach sportowych? Oczywiście reagować pozytywnie. Przecież wybrało się sielankowy i beztroski zawód dziennikarza sportowego, a nie korespondenta wojennego w Syrii czy pracownika ochrony zdrowia, na pierwszej linii frontu. Z drugiej strony, trzeba zapełnić czymś łamy i być kreatywnym niczym młodzież, której akurat zgredy zabrały komórki.

 

Pozwoliłem sobie poprzeglądać strony związane ze sportem. Okazuje się, że światowa pandemia ma ścisły związek z futbolem. Chodzi o mecz Atalanta – Valencia, gdzie czterdzieści tysięcy kibiców z Bergamo przemieściło się na stadion San Siro w Mediolanie. A przecież nie tak dawno, również Liverpool gościł Atletico. Z pełnymi trybunami i fanami gości. My już wówczas pozamykani w domach, ze zdziwieniem patrzyliśmy na Anfield Road.

 

Redaktorzy, „robiący” na co dzień w dziale „aktywności fizycznej, dopingu i rywalizacji” zastanawiają się teraz nad powstaniem szczepionki. Wszystko za sprawą znienawidzonego przez kibiców właściciela klubu TSG 1899 Hoffenheim. Miliarder Dietmar Hopp zapewnia o pracach nad biopreparatem, w swojej medycznej firmie. Agencje nie podają czy po wynalezieniu, odpowiednie dawki medykamentu, będą dostarczane również autorom głośnych, obraźliwych transparentów.

 

Opisano także przypadek prezesa Slavii Praga. Klub niezwykle zasłużony dla piłki nad Wełtawą, ale nie aż tak, aby rozpisywać się o tym nad Wisłą. Ale Jaroslav Tvrdik poprzez swoje prywatne kontakty załatwił transporty ze sprzętem ochronnym i testami z Chin. Jak się okazuje, poza piłką kopaną, dobrze jest też stać na czele Czesko – Chińskiej Izby Handlowej.

 

Pojawił się też fake news z wypowiedzią „hiszpańskiej biolog”: „Dajecie piłkarzom milion euro miesięcznie, a naukowcom 1800 euro. Szukacie teraz ratunku?” Nie wiadomo czy wymyślony cytat podziałał, ale znani piłkarze zaczęli przeznaczać kasę na walkę z chorobą. Przy okazji dowiadujemy się, o ile będą też mniej zarabiać kopacze od nowego sezonu. Czy wpłynie to na skuteczność wykonywania rzutów wolnych, liczbę przestrzelonych karnych i dokładność podań? Tego jeszcze nie wiemy.

 

Na sportowych łamach ukazują się wywiady z ekspertami – znawcami Azji, a także piłkarzami którzy grają na tym kontynencie. Całkiem spora dawka wiedzy na temat różnic kulturowych i organizacyjnych, gdzie antropologię i zarządzanie, okrasza się kulturą fizyczną, podejściem do dyscypliny i higieny osobistej. A następnie przedstawia się czytelnikowi w całkiem zwięzły i przystępny sposób.

 

No i jeszcze informacja na którą wielu czeka. Zagwozdka taka. Kiedy liga ruszy? Włosi na południu już chcą grać i przebierają nogami. Na takiej Białorusi wcale nie przerwali rozgrywek, bo dopiero co zainaugurowali sezon. Ale nie trzeba być wielkim boiskowym znawcą, aby się domyślić, że Canal plus meczu pomiędzy FK Gorodeya a Shakhtyor Soligorsk, nie pokaże. Choć fachowcy od piłki, u buka obstawiać mogą jak najbardziej.

 

Można także odnotować, że kibice pomagają. Albo jeszcze ciekawiej, że się biją. W Gorzowie miłośnicy Stilonu i Stali postanowili zignorować narodową kwarantannę i się ponaparzać. Jak pokazuje filmik na YouTube, nie zachowali od siebie obowiązującego dystansu.

 

Nie powinno to dziwić. Wystarczy przypomnieć sytuację, ze stadionu Garbarni w czasie wojny. Fragmencik dziennikarskiej relacji z okupacyjnych mistrzostw Krakowa, z października 1943 roku: „Pod koniec gry, przy stanie 0 : 0 sędzia podyktował karnego przeciwko Wiśle. Gorąco zaprotestowali piłkarze Białej Gwiazdy, a w ślad za nimi wiślaccy kibice, którzy niczym lawina zalali boisko. Zwolennicy „Pasów” nie chcieli być gorsi i rozpoczęła się totalna bijatyka, która przeniosła się na okoliczne ulice, docierając nawet do centrum Podgórza”.

 

Redakcje z braku laku, robią też wszelkie podsumowania i zgadywanki; „Najlepsze kluby w historii”, „Najpiękniejsze siatkarki”, „Zgody i kosy kibiców”, itp. Tu akurat ogranicza szanownych redaktorów tylko wyobraźnia. Kilka podpowiedzi:

 

– Numery butów piłkarzy, czy znasz dobrze stopy swoich idoli?

 

– Poznajmy wszystkie dziewczyny, które odrzuciły zaloty Davida Beckhama,

 

– Najgorsze murawy w IV lidze podlaskiej,

 

– Quiz. Która z poniższych postaci jest fanem Arsenalu: a) Książe Harry, b) Królowa Elżbieta II, c) Osama Bin Laden, d) Aleksander Kwaśniewski, e) wszyscy powyżej.

 

– Sonda: Który rudowłosy piłkarz zrobił więcej dla Ojczyzny: Tusk czy Boniek ? Na wszelki wypadek, wielka prośba o wyłączenie komentarzy.

 

W tym trudnych czasach, przydaje się być erudytą. Szerokie horyzonty, a nie tylko zaszufladkowanie do statystyk, opisywania transferów i biografii zawodników. Oczywiście nie każdy dziennikarz sportowy ma dar posługiwania się wysublimowanym językiem i piękną polszczyzną. Opowiadając przy tym z lekkością wice i sypiąc anegdotami jak z rękawa.

 

Dlatego dobrze jest czerpać od najlepszych z najlepszych. W ramach inspiracji, niech posłużą drogowskazy znakomitego felietonisty, dziennikarza redakcji sportowej „Rzeczpospolitej”, Stefana Szczepłka: „Lubię się grzebać w starych gazetach i dokumentach, bo dzięki temu przenoszę się w świat, którego już dawno nie ma. Kiedy przerzucam kartki przedwojennego „Przeglądu Sportowego”, „Raz, Dwa, Trzy” lub tygodnika „Stadjon”, czuję w nich zapach czasów marszałka, polskich jeźdźców i Janusza Kusocińskiego”.

 

Kiedy świat sportu zawisł w próżni, a zawodnicy ćwiczą w domowych kątach, można pójść w pisarstwo…ogólnorozwojowe. Rodem z Galicji Ryszard Niemiec, były koszykarz i reportażysta, potrafił pisać nawet do „Szpilek”. Tak z dekadę temu wydano drukiem felietony „Na barykadach wojen futbolowych”. I co? Wcale nie trzeba tylko o piłce kopanej. Tytuły tekstów: „Kto robi dobrze gospodarce?”, „Ekonomia i zazdrość”, „Laguna kryje Rywina”, „Stawiam na Suchocką”, „Po rozum do Putina?”. Tomik reklamowany jako: „zmagania ludzkich żywiołów, do których mimowolnie usiłuje się włączyć władza państwowa”.

 

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o Pawle Zarzecznym. Piłkarski fachura, tęga głowa i pisarsko nieodżałowany to był zawodnik. Publicysta, który swym oczytaniem, mógłby zawstydzić większość studentek filologii polskiej, pobierających stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W 2011 ukazał się zbiór felietonów nie-sportowych, publikowanych na łamach dziennika „Polska The Times” pt. „Zawsze byłem najlepszy”. Dzieło reklamowano całkiem zasłużenie: „nikt tak nie pisał od czasów Hłaski”. A wśród perełek znajdziemy rozważania: „O udręce, czyli byciu inteligentnym”.

 

Trudno życzyć żurnalistom podobnych tortur z zakresu zbyt wysokiego IQ. Wszystkim parającym się sportem (którego nie ma), można sugerować, aby znaleźli intelektualną odskocznię. Aby czerpali natchnienie od tych, co mają w wielu sprawach coś do powiedzenia. Najlepiej mądrze i interesująco. Ze swadą i znawstwem.

 

 

Wychowani na potrójnym K – WOJCIECH GÓRECKI o reportażu literackim

Polski reportaż literacki trzyma poziom, opierając się na swoich tradycyjnych filarach: faktach i ładnym opowiadaniu. W sytuacji, gdy za pomocą kilku kliknięć możemy zweryfikować niemal wszystko, tylko samobójca próbowałby w reportażu zmyślać.

 

Ćwierć wieku temu, w wywiadzie dla miesięcznika „Res Publica Nowa”, Ryszard Kapuściński powiedział mi: „Jestem za takim pisaniem, które przybliża, a nie rozdziela, które służy rozumieniu, a nie antagonizowaniu. Bardzo świadomie staram się, żeby moje książki były rodzajem tłumaczenia, przekładaniem jednej kultury na inną kulturę, jednej racji na inną rację, jednego sposobu myślenia na inny sposób myślenia. W dzisiejszym świecie można wysunąć pod adresem każdego długą listę często słusznych żalów, oskarżeń i krzywd. […] Wejście na drogę wypominania sobie przeszłości: a oni nam to, a my im to oznacza jednak zapędzenie się w ślepy zaułek. Jest to droga kolejnych krzywd, kolejnych cierpień i kolejnych strat ludzkich”.

 

Kapuściński (1932-2007) to najbardziej znany polski reporter. Jego książki doczekały się tłumaczeń na – jak dotąd – trzydzieści osiem języków świata (jak dotąd, bo wciąż ukazują się nowe). Do sukcesu „Cesarza”, „Szachinszacha”, „Wojny futbolowej”, „Imperium” czy „Hebanu” przyczyniły się oczywiście walory literackie tych dzieł, ale duże znaczenie miała też z pewnością przyjęta przez autora postawa „tłumacza kultur”.

 

Pod słowami Kapuścińskiego mogłaby podpisać się znakomita większość polskich reporterów. Można powiedzieć, że rosnąca popularność polskiego reportażu literackiego w kraju i za granicą wynika między innymi z faktu, że potrafi on przybliżyć i objaśnić czytelnikowi coraz bardziej skomplikowany i coraz mniej zrozumiały współczesny świat.

 

Metoda kropli wody

 

Reportaż literacki – ta zadomowiona w polszczyźnie zbitka w tłumaczeniu na obce języki traci często swój właściwy sens i brzmi jak oksymoron. A oddaje ona istotę tego gatunku, dwa filary, na których się opiera: „reportaż” odwołuje się do dziennikarstwa, a „literacki” – do literatury. Innymi słowy, reportaż literacki to ładnie opowiedziana historia oparta na faktach. Mówi o czymś, co naprawdę miało miejsce – nie zostało wymyślone – za pomocą artystycznych środków wyrazu. Na marginesie, autorem powyższej, najprostszej, ale bardzo trafnej definicji gatunku był inny wielki reporter, Krzysztof Kąkolewski (1930-2015).

 

Za ojca polskiego reportażu literackiego uchodzi Melchior Wańkowicz (1892-1974), który publikował reportaże krajowe i zagraniczne począwszy od lat 20., jednak największą sławę przyniosły mu utwory opowiadające o drugiej wojnie światowej, w tym monumentalny, trzytomowy reportaż „Bitwa o Monte Cassino”. Warto wspomnieć o Ksawerym Pruszyńskim (1907-1950), który w latach 30. zdobył popularność reportażami z Palestyny i wojny domowej w Hiszpanii. Ale prawdziwy rozkwit gatunku przypadł na lata 60. i 70., gdy zaczęły ukazywać się reporterskie książki Kapuścińskiego, Kąkolewskiego, Hanny Krall (ur. 1935), Małgorzaty Szejnert (ur. 1936) i wielu innych wspaniałych autorów.

 

Skąd wzięła się ówczesna popularność reportażu? Stąd, że pozwalał on – właśnie dzięki literackiej formie – „przemycić” między wierszami treści, które podane wprost nie mogłyby ukazać się w druku, bo zatrzymałaby je komunistyczna cenzura. Służyła temu tzw. „metoda kropli wody”, którą do perfekcji doprowadziła Hanna Krall: jak w kropli wody odbija się cały ocean, tak w opisywanych przez nią historiach odbijała się cała ówczesna polska rzeczywistość. Nie wolno było wspominać o pladze alkoholizmu, przedstawiało się zatem los pojedynczego alkoholika. Nie wolno było pisać, że komunizm jest zły, ale można było znaleźć gdzieś na dalekiej na prowincji jednego małego złego komunistę. Nie wolno było pisać źle o Związku Radzieckim, więc… ale o tym za chwilę.

 

Był to zatem reportaż aluzyjny, pełen niedomówień, wysublimowany, często wręcz poetycki. Oczywiście, cenzura i tak zachowywała czujność. W 1986 roku zapadła decyzja, aby zniszczyć cały, wydrukowany już dziesięciotysięczny nakład książki Hanny Krall „Katar sienny”, choć składała się ona z tekstów już opublikowanych w prasie i uzyskała akceptację Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (cenzura książek była w Polsce dwustopniowa: najpierw trzeba było uzyskać zgodę na druk książki, a następnie – zgodę na jej rozpowszechnianie). Ktoś widocznie jeszcze raz przeczytał całość i doszedł do wniosku, że tak duże nagromadzenie kropel wody grozi władzy prawdziwym potopem.

 

Na wschód od Arbatu

 

Debiutancką książką Hanna Krall był tom „Na wschód od Arbatu”. Ukazał się w 1972 roku i zawierał reportaże ze Związku Radzieckiego. Polacy tego kraju nie kochali, ale nakład rozszedł się błyskawicznie. Bo reporterka opisała ZSRR tak, jak opisywała Polskę.

 

We wstępie do wydania „Arbatu”, z 2014 roku, reporter Mariusz Szczygieł (ur. 1966) napisał: „Zagadka dla młodych czytelników. Oto zdanie o możliwościach dojazdu do miejscowości Wierszyna na Syberii: Autobus jeździ codziennie z wyjątkiem dni, kiedy pada deszcz, kiedy są zaspy, kiedy jest wiosenne i jesienne błoto i kiedy są na drodze wyboje – po deszczu, błocie i zaspach. Zdanie to krytycy wskazywali jako przykład mistrzowskiego stylu Krall oraz jako genialnie skonstruowaną informację. Co w nim jest niezwykłego? Otóż Krall pisze, że autobus do Wierszyny jeździ codziennie, ale jednocześnie pisze w zawoalowany sposób, że autobus do syberyjskiej wioski nie jeździ prawie nigdy. Nie mówi tego wprost, bo Związek Radziecki ma być wzorcem szczęśliwości, w którym wszystko skazane jest na sukces”.

 

Wcześniej, w 1968 roku, książkę o Kraju Rad zatytułowaną „Kirgiz schodzi z konia” wydał Ryszard Kapuściński. Pojechał tam na zlecenie Polskiej Agencji Prasowej. Miał przygotować publikację na pięćdziesięciolecie rewolucji październikowej. Tymczasem w „Kirgizie” nawet nazwa Związek Radziecki pojawiała się sporadycznie.

 

Kapuściński, który zawsze interesował się trzecim światem, pojechał nie do Moskwy, ale na Kaukaz i do Azji Centralnej, do republik najmniej rozwiniętych i najmniej zrusyfikowanych. Zamiast monolitycznego supermocarstwa opisał ziemie Gruzinów, Ormian, Azerbejdżan, Turkmenów, Tadżyków, Kirgizów i Uzbeków. Prastare kultury, które w ciągu historii przetrwały wiele najazdów i zaborów.

 

Warto zatrzymać się przy reportażu poświęconym Azerbejdżanowi. Tamtejsza elita partyjno-rządowa, podobnie zresztą jak elity z innych republik, snobowała się wówczas na godności doktorów, docentów, profesorów. Oto w jaki sposób reporter puszczał do czytelnika oko: „Okazuje się, że tutaj większość członków kierownictwa na tytuły naukowe. Prezydent [przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej – przyp. WG] Azerbejdżanu, Mamed Iskanderow, jest docentem geologii. I sekretarz KC, Weli Achundow, jest docentem medycyny. Premier, Enwer Alichanow, jest docentem geologii. Wicepremier, Askier Orudżew, jest docentem nauk rolniczych. Wicepremier, Taira Tairowa, jest doktorem. Wicepremier, Sulejman Wezirow, jest doktorem. Wicepremier, Rza Sadychow, jest doktorem. Sekretarz KC, Szichali Kurbanow, był docentem filozofii, dramaturgiem i poetą. Sekretarz KC, Gambar Kiazimow, jest doktorem.” Kawałek dalej Kapuściński napisał: „Uczony pięknie mieszka, zarabia krocie i jeździ wołgą”. Przekaz był jasny: sowieccy dygnitarze opływają w luksusy. A jak żyje prowincja? „Poza granicami miasta [Baku – przyp. WG] zaczyna się świat patriarchalny, od wieków znieruchomiały, pusty, niedostępny.”

 

Tak nie pisało się ani na Wschodzie, ani na Zachodzie. Taki reportaż to w dużym stopniu polski „wynalazek” i na pewno – polska specjalność.

 

Kryzys czasów przełomu

 

Paradoksalnie, upadek komunizmu i odzyskana na przełomie lat 80. i 90. wolność przyniosły kryzys gatunku. Można było pisać o wszystkim, więc ezopowy styl stracił rację bytu. Zabiegi stylistyczne i zabawy językiem nie pasowały do nowych czasów – te domagały się cyferek, konkretów i telegraficznego skrótu. Redakcje zaczęły liczyć pieniądze i często dochodziły do wniosku, że nie opłaca się im trzymać reportera na etacie. Bo dużo kosztuje (wielodniowe delegacje, hotele, przejazdy), a mało pisze, zwykle nie więcej niż jeden tekst w miesiącu. Puste miejsca po reportażu zaczęły wypełniać nowe gatunki: raporty, analizy i cover stories, a także wszechobecne reklamy. Jednym z nielicznych tytułów, gdzie reportaż cały czas się ukazywał, była „Gazeta Wyborcza”. Pierwszą szefową działu reportażu była tam – krótko – Hanna Krall. Potem przez wiele lat kierowała działem Małgorzata Szejnert.

 

Ówczesne dylematy dobrze oddaje wypowiedź Piotra Gabryela (ur. 1961), który porzucił świetnie zapowiadającą się karierę reportera na rzecz pracy redaktorskiej (dziś jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”). W miesięczniku „Bestseller”(nr 11/1991) przytoczono takie jego słowa: „Nie robię już tego, co najbardziej lubiłem, ale w ten sposób już na świecie się nie pisze. To czym się teraz zajmuję, nie sprawia mi już tyle przyjemności, ale czuję, że jest to bardziej europejskie” (pamiętajmy, że słowo „europejski” miało wtedy wyłącznie pozytywne konotacje). Gabryel – i nie tylko on – był przekonany, że reportaż literacki wyczerpał się jako formuła opisywania świata. Wielu reporterów odeszło wtedy w ogóle z zawodu: do dyplomacji, polityki, biznesu.

 

Ale spora grupa pozostała, z pokolenia Gabryela chociażby Jacek Hugo-Bader (ur. 1957), Wojciech Jagielski (ur. 1960), Włodzimierz Nowak (ur. 1958), Lidia Ostałowska (1954 – 2018), czy Paweł Smoleński (ur. 1959) – nazwisk należałoby wymienić tu  o wiele więcej. I ciągle dochodzili nowi, wychowani na słynnym „potrójnym K” (Krall, Kapuściński, Kąkolewski).

 

Starzy mistrzowie dodawali im otuchy. W „Lapidarium II”, które ukazało się w 1995 roku, Ryszard Kapuściński napisał: „Szansą literatury (w tym reportażu) jest schodzenie w głąb. Powierzchnia została zawłaszczona przez obiektyw, przez kamerę, przez obraz. Drążenie, kopanie, odkrywanie warstwa po warstwie – oto czemu trzeba się oddać, w czym zagłębić”. Zaś w cytowanym już wywiadzie Kapuściński przekonywał: „Uważam, że powinny istnieć równocześnie dwa rodzaje reportażu. Pierwszy opiera się na aktualnej, bieżącej informacji: stało się dzisiaj to i to. Taki reportaż, opisujący powierzchnię historii, która toczy się na naszych oczach, pozostanie główną strawą środków masowego przekazu. Dla przeciętnego odbiorcy otaczająca nas rzeczywistość i dziejąca się historia przejawia się bowiem w poszczególnych wydarzeniach. On je dostrzega, ale nie umie ze sobą powiązać. Drugi rodzaj reportażu powinien z potoku dziejących się wydarzeń umieć wysnuć refleksję, próbować nadać pewną logikę temu, co wydaje się alogiczne, i ustalić pewne prawidła tego, co wydaje się być pełną anarchią i chaosem”.

 

Wielki powrót

 

Jak to się stało, że skazany – wydawałoby się – na niskonakładowe miesięczniki i książki oraz garstkę wielbicieli reportaż literacki wrócił jednak do łask? Że reportaże zaczęły zajmować pierwsze miejsca na listach bestsellerów, a czołowi reporterzy uzyskali status celebrytów? Wreszcie, że polski reportaż zaczął podbijać świat, stając się jednym ze znaków firmowych polskiej literatury i polskiej kultury?

 

Powodów jest kilka. Po pierwsze, tradycja. Książki mistrzów przetrwały kryzys, ciesząc się niezmiennym powodzeniem u czytelników. One utorowały drogę książkom ich następców, którzy mieli się do czego odwoływać.

 

Po drugie, specjalizacja. Nie sposób pisać dziś kompetentnie o całym świecie, więc reporterzy zaczęli skupiać się na konkretnych problemach czy regionach, stając się nieraz wybitnymi ekspertami: Wojciech Jagielski od Afryki, Paweł Smoleński od Izraela i Palestyny, Mariusz Szczygieł od Czech. Obok innych walorów siłą ich książek stała się unikalna, gromadzona latami wiedza.

 

Po trzecie, rozwód reportażu z mediami. Reportaże wciąż drukowane są w gazetach, ale w coraz mniejszym stopniu jest to gatunek dziennikarski, a w coraz większym – odrębny byt na pograniczu dziennikarstwa i literatury pięknej. Reporterzy – coraz częściej nie są nimi etatowi dziennikarze – mogą w związku z tym bardziej koncentrować się na własnych projektach i książkach, nie czując presji redakcyjnych zamówień i deadline`ów. Sprzyja temu rozwijający się system grantów i stypendiów.

 

Po czwarte, zmęczenie fikcją. Podczas drugiej wojny światowej udziałem milionów ludzi stały się przeżycia, wobec których bladły wszelkie fantazje i zmyślenia, dlatego po wojnie tak bardzo rozwinęła się – w skali globu – literatura faktu: wspomnienia, biografie, książki historyczne. Dziś wyraźne jest znużenie wszelką nieautentycznością: światem reklam, oper mydlanych, fake news`ów. Nieprzypadkowo redakcja słowników oksfordzkich wybrała na słowo roku 2016 post-prawdę. Ludzie, a przynajmniej duża ich część, chcą się dowiedzieć, JAK BYŁO NAPRAWDĘ. I ciągle lubią czytać o innych ludziach.

 

Po piąte, dobra literatura. Polski reportaż literacki trzyma poziom, opierając się na swoich tradycyjnych filarach: faktach i ładnym opowiadaniu. Oczywiście, co jakiś czas pojawiają się zarzuty, że w tej czy innej książce nie wszystko się zgadza (w Polsce od kilku miesięcy toczy się ożywiona dyskusja, co wolno reporterowi, a czego nie), ale przy skali reporterskiej produkcji są to wyjątki. W sytuacji, gdy za pomocą kilku kliknięć możemy zweryfikować niemal wszystko, tylko samobójca próbowałby w reportażu zmyślać.

 

Pierwsze skoncentrowane na reportażu oficyny, na czele z wydawnictwem Czarne, powstały jeszcze w latach 90., ale rozwinęły się już w nowym stuleciu. W kolejnej dekadzie reportaż został uznany za pełnoprawną literaturę, na równi z tomem wierszy czy powieścią. W 2015 roku literacką Nagrodę Nobla otrzymała białoruska reporterka Swietłana Aleksijewicz, uważająca się za uczennicę Kapuścińskiego (krytycy uznali, że to nobilitacja gatunku). Dwa lata później polską Nagrodą Literacką „Nike” uhonorowano reporterską książkę „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezarego Łazarewicza (ur. 1966). Od 2010 roku przyznawana jest Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki.

 

Dlaczego nie Słowacy!?

 

W 2015 roku powstało wydawnictwo Absynt. Założyli je Polak – Filip Ostrowski i Słowak – Juraj Koudela. Pomysł był prosty: wydawać polski reportaż na Słowacji. Filip i Juraj doszli do wniosku, że to nie musi być tylko polski fenomen: jeśli te książki masowo czytają Polacy, to czemu nie Słowacy? W oficynę włożyli własne pieniądze.

 

Sukces przeszedł ich oczekiwania. Dziś mają na koncie około pięćdziesięciu tytułów (stan na listopad 2017 – przyp. red.), weszli też na rynek czeski. Na ich spotkaniach autorskich trudno znaleźć wolne miejsce. A jeszcze dwa lata temu słowaccy czytelnicy nie mieli większego pojęcia nie tylko o polskich autorach (z wyjątkiem Ryszarda Kapuścińskiego), ale w ogóle o gatunku.

 

Aktywność i sukcesy Absyntu wpisują się w szerszą tendencję. W dobie globalizacji fenomen polskiej szkoły reportażu musiał przekroczyć granice i „zainfekować” inne kraje. Nawet pozaeuropejskie. Moja książka „Toast za przodków” o Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie wyszła w swoim czasie na Tajwanie w chińskich znakach tradycyjnych. Tamtejszy wydawca, Chih-feng Liao z Asian Culture Publishing tłumaczył, że książka zainteresuje czytelników, bo Tajwan, tak jak Kaukaz, leży przecież na pograniczu Wschodu i Zachodu.

 

Wojciech Górecki

 

Materiał powstał w ramach projektu „Dziennikarze mówią o Polsce – dialog dziennikarzy polskich z dziennikarzami zagranicznymi”. Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach konkursu Dyplomacja Publiczna 2017 – komponent „Współpraca w dziedzinie dyplomacji publicznej 2017”

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

 

POLECAMY: #FakeHunter, czyli – jak zostałem łowcą fejków – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

O projekcie #FakeHunter (adres internetowy: fakehunter.pap.pl), w który jestem zaangażowany, nie będę się rozpisywał. Wszystko jest na stronie. Można na niej zapoznać się z działaniem systemu, zasadami fact checkingu, zespołem, a w końcu pobrać wtyczkę do zgłaszania potencjalnych fake newsów a nawet zgłosić się do społeczności „fake hunterów”.

 

A może jednak trochę się rozpiszę, bo jednak trudno mi się powstrzymać.

 

#FakeHunter to serwis a właściwie cały system fact checkingowy o charakterze tematycznym. To znaczy, że skupia się na jednym obszarze tematycznym, nazwijmy go „około-koronawirusowym”. O powodzi, potopie wręcz, dezinformacji, siejących panikę celowo lub bezrefleksyjnie ludziach i środkach przekazu, pisałem na portalu SDP już w styczniu, gdy koronawirus był jeszcze, choć ciekawą i dramatyczną, ale dość jeszcze odległą informacją z Chin.

 

I, można powiedzieć, – przeszedłem od słów do czynów, angażując się jako koordynator w projekt Polskiej Agencji Prasowej i GovTech Polska – #FakeHunter, którego celem jest zwalczanie epidemii fejków i dezinformacji. W środę ósmego kwietnia 2020 roku miała miejsce oficjalna premiera serwisu, publiczne udostępnienie wtyczki do przeglądarek, za pomocą której można zgłaszać wątpliwe treści z Internetu, społecznościowo-eksperckiego systemu weryfikacji zgłoszeń i portalu prezentującego wyniki naszego fact checkingu.

 

Stron i serwisów weryfikujących informacje jest sporo. Nasz projekt ma przynajmniej kilka cech wyjątkowych. Przede wszystkim oferujemy użytkownikom rozszerzenie/wtyczkę do przeglądarki Chrome i FireFox, za pomocą której łatwo mogą zgłaszać treści ze stron internetowych do systemu, w którym zajmujemy się fact checkingiem. I tu pojawia się kolejne nowatorskie rozwiązanie – społeczność „fake hunterów” (tak ich nazywamy, a właściwie wszyscy się tak nazywamy). Rekrutowaliśmy ich i szkoliliśmy przez ostatnie parę tygodni. Stanowią „pierwszą linię” weryfikacji informacji. W „drugiej linii” zgłoszenia wprowadzone do systemu, są czytane i weryfikowane przez zespół ekspertów Polskiej Agencji Prasowej. Werdykty ukazują się na portalu, którego adres podałem na wstępie.

 

Już wiemy, że weryfikacja faktów nie zawsze jest prosta, że pojawić się może nieskończoność problemów interpretacyjnych, niejasności i wątpliwości. Mamy nadzieję, że metodologia, którą wypracowaliśmy a właściwie ciągle wypracowujemy, obroni się i z czasem okrzepnie jako trwały standard weryfikacji faktów.

 

To zresztą dopiero pierwszy krok. Chcemy doskonalić i rozwijać system. Zapewne niektórzy, słysząc o tych wszystkich planach, mogliby dojść do wniosku, że co jak co, ale pomysłów mamy zdecydowanie zbyt wiele.

 

Ruch walki z infodemią

 

Weryfikacja faktów i prostowanie dezinformacji, z których prawdziwą eksplozją mamy do czynienia od kiedy po świecie zaczął grasować koronawirus, to już międzynarodowy ruch z prawdziwego zdarzenia. Już w styczniu pisałem, że infodemicznego byka za rogi wzięły organizacje i platformy zajmujące się sprawdzaniem faktów z trzydziestu krajów współpracujące za pośrednictwem International Fact-Checking Network pod patronatem Instytutu Poyntera na rzecz identyfikacji i weryfikacji fake newsów. W serwisie FactCheck.org publikowana jest lista dezinformacji, fake newsów i manipulacji na temat epidemii koronawirusa, przygotowana przez weryfikatorów pracujących dla globalnej sieci.

 

Oto przykłady przypadków z FactCheck.org, bardzo podobne do tego co trafia do FakeHuntera:

 

Np. wiele postów w mediach społecznościowych fałszywie głosiło, że wirus został opatentowany, a szczepionka jest już dostępna. To nieprawda. Patenty, do których odnosiły się badane wpisy, odnoszą się do innych wirusów.

 

Jeden z autorów społecznościowych na Facebooku niezgodnie z prawdą stwierdził, że odpowiedzialny za rozprzestrzenianie się nowego koronawirusa jest komik Sam Hyde, co brzmi może anegdotycznie. Na poważnie, to naukowcy wciąż pracują nad ustaleniem źródła koronawirusa, a dowody sugerują, że został on po raz pierwszy przekazany człowiekowi przez zwierzę. Nie jest jednak dowiedzioną prawdą, jak to kategorycznie głosiła na Twitterze poseł Sylwia Spurek, że mikrob ten wywodzi się z tzw. mokrego chińskiego targu. Wielu badaczy, nawet WHO, sugerowało takie pochodzenie, ale przesądzającego o pochodzeniu wirusa dowodu jeszcze nie ma. Nie można więc kategorycznie twierdzić, że pochodzi stąd i stąd. Dlatego w FakeHunterze uznaliśmy wypowiedź poseł Spurek za fake news.

 

Inny typowy przykład jest taki, że na stronach internetowych i w serwisach społecznościowych krążyły błędne twierdzenia, że „patogeny do zakładu w Wuhan” wysłał „chiński zespół szpiegowski” pracujący w kanadyjskim laboratorium rządowym. Kanadyjskie media zdementowały te informacje. A nam do FakeHuntera jeszcze nikt takiej informacji nie zgłosił, ale spodziewamy się i przygotowujemy na taką okoliczność.

 

Znanym i często weryfikowanym fejkiem są publikacje propagujące teorie spiskowe mówiące o prognozach Fundacji Billa Gatesa mówiących o przewidywanych „65 mln zgonów” z powodu koronawirusa. W rzeczywistości omawiane przez fundację zdarzenie dotyczyło hipotetycznego scenariusza z udziałem fikcyjnego wirusa.

 

Fałszywe wiadomości są szybsze niż prawdziwe

 

Walcząc z dezinformacją walczymy zarazem z sianiem paniki i lęków. Strach jest w tej chwili wrogiem znacznie groźniejszym niż koronawirus. Dystrybutorzy dezinformacji, niezależnie od proweniencji i motywacji, chętnie żerują na lękach swoich odbiorców, nierzadko dla politycznych celów.

 

Panika musi się skończyć. A media, naprawdę muszą być w jakiś sposób pociągnięte do odpowiedzialności, ponieważ krzywdzą ludzi,” mówił w wywiadzie udzielonym 10 marca serwisowi RealClearPolitics Dr Drew Pinsky, znany w USA lekarz, współautor audycji i programów TV na tematy medyczne i zdrowotne.

 

Ludzie są bardzo zaniepokojeni koronawirusem, mając po temu bardzo dobry powód, gdyż prawdopodobnie zamieni się on w pandemię” opiniował w Politico profesor Uniwersytetu Waszyngtońskiego Carl Bergstrom. „Jednak jest to jeden z pierwszych przypadków, kiedy opinia publiczna otrzymuje informacje o rozprzestrzenianiu się epidemii w czasie zbliżonym do rzeczywistego” – dodaje. I sam ten fakt sprzyja nakręcaniu atmosfery grozy.

 

Większość z nas mogłaby znaleźć lepszą, dokładniejszą wiarygodniejszą informację, gdybyśmy dali sobie chociaż dwanaście godzin na weryfikację. Niestety platformy mediów społecznościowych są napędzane przez presję na kliki i lajki w trybie natychmiastowym, co sprzyja rozprzestrzenianiu czegokolwiek, byle czego lub celowej roboty dezinformacyjnej, w tempie, którego najwredniejszy wirus biologiczny mógłby tylko pozazdrościć.

 

Naukowo zresztą przebadanym i zweryfikowanym faktem jest, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniają się szybciej niż prawdziwe. W renomowanym „Science” z marca 2018 r. można znaleźć publikację Sorousha Vosoughiego, Deba RoyaSinana Arala, która aby wyjaśnić, jak rozprzestrzeniają się fałszywe informacje wykorzystali zestaw danych o kaskadach plotek na Twitterze w latach 2006-2017. Około 126 tysięcy z nich zostało rozpowszechnionych przez około 3 miliony osób. Fałszywe wiadomości docierały do większej liczby osób niż prawda; czołowy 1 proc. kaskad fałszywych wiadomości rozprzestrzeniał się między tysiąc a 100 tys. osób, podczas gdy prawda rzadko docierała do więcej niż tysiąca osób. Z badań wynikało również, że fałszywe wiadomości rozprzestrzeniały się szybciej niż prawda.

 

Zanim ogłosiła pandemię COVID-19, co stało się w ostatnich dniach, Światowa Organizacja Zdrowia już drugiego lutego określiła sytuację z koronawirusem jako „infodemię”, wyjaśniając, że ma na myśli „nadmiar informacji” w swojej masie zawierających zarówno doniesienia i dane prawdziwe jak też nieprawdziwe. Jak pisało WHO, już sama ich masa utrudnia ludziom znalezienie wiarygodnych źródeł i wiarygodnych wskazówek, gdy ich potrzebują. Różnica pomiędzy koronawirusem a poprzednimi wybuchami epidemicznymi jest z tego punktu widzenia głównie ilościowa. Choć SARS, MERS i Zika budziły lęki i gdzieniegdzie objawy paniki, to jednak zasięg tych zjawisk był mimo wszystko ograniczony w porównaniu z obecną sytuacją epidemiczną wzmocnioną przez media społecznościowe w pełni rozkwitu.

 

O tym, że platformy social media przodują w sianiu dezinformacji i paniki dobrze wiemy. Jednak, trzeba przyznać, że zarówno Twitter jak i Facebook a także Google, do których zwróciła się WHO, podjęły działania w walce z fałszywkami na temat koronawirusa. Np. na Twitterze po kliknięciu hasztagu #koronawirus czy #coronavirus mamy informacje o wiarygodnym oficjalnym źródle informacji (w naszym przypadku Ministerstwie Zdrowia RP. Facebook kieruje do WHO. Także Google w światowej wersji kieruje do WHO a w polskiej dodaje stronę informacyjną MZ).

 

Media lubią klimat „zabójczości”

 

Obecna epidemia jest znacznie bardziej widoczna w mediach niż poprzednie, choćby Ebola. Z niedawnego badania „Time Magazine” wynika, że w anglojęzycznych gazetach drukowanych ukazało się 23 razy więcej artykułów na temat epidemii koronawirusa w pierwszym miesiącu w porównaniu z tym samym okresem w przypadku epidemii Ebola w 2018 roku.

 

Od 12 stycznia, kiedy ruszyły pierwsze doniesienia o nowej, wówczas stosunkowo tajemniczej, chorobie, do 13 lutego 2020 r. Karin Wahl-Jorgensen z „The Conversation” śledziła doniesienia w największych anglojęzycznych gazetach na całym świecie, korzystając z bazy danych LexisNexis UK. Zakres jej badań to prawie 100 wysokonakładowych gazet z całego świata, które łącznie opublikowały 9 387 materiałów związanych tematycznie z epidemią. Skrupulatnie wyliczyła, że 1066 artykułów zawiera słowo „strach” lub terminy powiązane, pokrewne i pochodne. Badaczka wskazuje też na przykłady innego rodzaju. Na przykład w 50 artykułach używano sformułowania „zabójczy wirus”.

 

Wahl-Jorgensen jako typowy dla stylu pisania, generującego lęki, podaje przykład reportażu z Wuhan w brytyjskim „The Telegraph”, szeroko udostępnianego po publikacji na portalach społecznościowych. Czytelnik był w tym materiale epatowany obrazami pacjentów omdlewających na ulicy, setek przerażonych obywateli, tłumy w wąskich korytarzach szpitalnych, lekarzy krzyczących w udręce i desperacji.

 

A „The Telegraph” to wciąż, bądź co bądź, gazeta z półki nieco wyższej. W brytyjskich tabloidach, takich jak „The Sun” i „The Daily Mail” nakręcanie spirali strachu to chleb powszedni. Na przykład, „Sun” na swoim blogu poświęconym koronawirusowi rutynowo określa COVID-19 jako „śmiertelną chorobę”.

 

Niestety media niewiele uczą się z epidemii na epidemię, frymarczenie lękami uważając wciąż za dokonały wehikuł sprzedażowy. Badania przeprowadzone przez historyka Patricka Wallisa i lingwistkę Brigitte Nerlich wykazały, że dominującą metaforą na opisanie SARS było odmienianie jego charakteru „zabójca” przez wszystkie przypadki. Pod tym samym kątem badacze mediów Peter Vasterman i Nel Ruigrok zbadali relacje z epidemii H1N1 w Holandii i orzekli, że jest były one naznaczone alarmistycznym tonem.

 

Czy ktoś potrafi wskazać publikacje określające jako „zabójczą”, grypę, która, według danych WHO zabija na świecie co roku 300 do 600 tysięcy ludzi? Chyba będzie trudno. Media, które  zaczęłyby publikować panikarskie filmiki pokazujące ludzi słabnących na ulicy z powodu grypy, uznano by za histeryczne. Gdyby jakiś komentator zaczął rozwodzić się nad wpływem grypy na wynik wyborów, uznano by go za szalonego.

 

I co z tego, że fejk

 

Fake newsy mają często większą siłę przyciągania, tylko dlatego, że są informacjami nowymi. Nie powielają wiedzy już nam znanej. Takie wnioski wynikają m. in. ze wspomnianych badań Vosoughiego. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane.

 

Czasami dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szrszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rodhe Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel aby ten post udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników

 

Nie wiadomo, ile z udostępniających tę fałszywkę osób robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują tego rodzaju treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znajdziecie w sieci to „beka”.

 

Czy to jest złe i groźne? Pisałem, że nie tak bardzo, ale wtedy gdy to pisałem, nie było koronawirusa. Oczywiście nikt tak naprawdę nie wierzy ani w statki niewolnicze z Irlandczykami, ani w płaską Ziemię, ani w zapomniane mocarstwo Lechitów. Pisałem o deep fake’ach, czyli oszukanych filmach wideo, że ich upowszechnienie może mieć dobre skutki, bo lepiej uczuli, „zaszczepi” nas na fałsz. Dlaczego młodzież, jak wyraźnie wykazują badania, jest bardziej odporna na fake news niż starsi? Bo jest zaszczepiona. Bo widziała w Internecie tyle fałszywek, wygłupów i ściemy, że ma pancerz zdrowego sceptycyzmu, od którego przekaz manipulatorów i fałszerzy skutecznie się odbija.

 

Jednak fake newsów koronawirusowych nie sposób przypisać do tej kategorii. Tu nikomu nie jest do żartu czy do śmiechu. Zwłaszcza ludziom zdezorientowanym i poważnie mającym obawy nie tyle co do choroby, ale co do swoich dalszych losów.

 

U nas na platformie #FakeHunter mamy szczepionkę na infodemię w sensie ścisłym. Bo zdemaskowane fake newsy (są też tu oczywiście i informacje zweryfikowane jako prawdziwe) są tym czym są mikroby podawane w szczepieniach ochronnych. Są niegroźne, osłabione. Pobierane w takiej postaci wzmacniają organizm i uodporniają go na koronafejki

 

Mirosław Usidus

Oficjalny start projektu #FakeHunter

Polska Agencja PrasowaGovTech Polska uruchamiają aplikację #FakeHunter, czyli nowe narzędzie do walki w sieci z dezinformacją o koronawirusie. Za pomocą tej aplikacji każdy internauta będzie mógł zgłosić wątpliwą treść do sprawdzenia, a następnie otrzymać wiarygodną odpowiedź, zweryfikowaną przez społecznych liderów opinii oraz ekspertów PAP. Wszystkie weryfikowane doniesienia wraz z werdyktami znajdą się w specjalnym serwisie połączonym z aplikacją #Fakehunter.

 

Na początku marca Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła, że pojawieniu się koronawirusa (SARS-CoV-2) towarzyszy ogromnych rozmiarów “infodemia” czyli globalny zalewinformacji. niektóre z nich są prawdziwe, inne nie. Razem tworzą mieszankę wybuchową, która wywołuje wśród ludzi dezorientację i panikę.

 

W czasie pandemii fałszywe doniesienia na temat choroby COVID -19 często powielane przez środki masowego przekazu i media społecznościowe stają się wyjątkowo groźne. Od tego, czy ludzie będą się kierować informacją potwierdzoną w wiarygodnych źródłach, czy  też będą ulegać dezinformacji zależy zdrowie i życie milionów osób i firm nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Dlatego PAP i GovTech wdrażają projekt #FakeHunter – społeczny system weryfikacji treści publikowanych w Internecie, którego celem jest demaskowanie nieprawdziwych wiadomości dotyczących SARS-CoV-2. Integralną częścią programu jest specjalna aplikacja, za pomocą której każdy internauta będzie mógł zgłosić wątpliwą treść do sprawdzenia, a następnie otrzymać wiarygodną odpowiedź, zweryfikowaną przez społecznych liderów opinii oraz ekspertów PAP. Wszystkie weryfikowane doniesienia wraz z werdyktami znajdą się w specjalnym serwisie połączonym z aplikacją #Fakehunter.

 

Wtyczka do pobrania i zainstalowania aplikacji #FakeHunter znajduje się na stronie https://fakehunter.pap.pl/

 

Partnerami projektu są Demagog, DO OK, Objectivity, Amazon Web Services.

 

Polska Agencja Prasowa to największa agencja informacyjna w Polsce. Zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. Przez całą dobę, 7 dni w tygodniu 250 dziennikarzy i 40 fotoreporterów przygotowuje serwisy informacyjne, z których korzystają media, instytucje, urzędy państwowe i przedsiębiorcy.

 

Program GovTech Polska jest realizowany przez Zespół działający w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów pod patronatem Premiera. Zespół odpowiada za międzyresortowe projekty w dziedzinie innowacji, nowych technologii oraz cyfryzacji. Jego celem jest budowa nowoczesnego Państwa wspólnie z innowatorami: przedsiębiorcami, start-upami, środowiskiem naukowym oraz samymi obywatelami. Zespół skupia także społeczność innowatorów chcących wspólnie przyczynić się do budowy nowoczesnego, cyfrowego Państwa.

 

Więcej informacji : strona www projektu https://fakehunter.pap.pl/, fanpage na Facebooku https://www.facebook.com/PAPFakeHunter/ i Twitter  https://twitter.com/PAPFakeHunter  oraz wydarzenie, gdzie będą publikowane wszystkie aktualne informacje https://www.facebook.com/events/236150804167083/

 

CMWP SDP wspiera PAP w tym projekcie.

 

Kto fałszuje prawdę o Katyniu – na to pytanie odpowiada TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Nie tylko w Rosji, ale i w Polsce działa propaganda medialna żywcem wyjęta z czasów Stalina. Propaganda, która bagatelizuje wielkość sowieckich zbrodni na Polakach, a nawet zaprzecza sprawstwu ludobójstwa ZSRS w Katyniu, wyśmiewając się przy tym z ofiar.

 

W Rosji Putina cały czas zakłamywana jest prawda o zbrodni katyńskiej. Przykłady? W marcu br. w RIA Nowosti ukazał się np. artykuł Władisława Szwieda, byłego II sekretarza KC Komunistycznej Partii Litwy, który zasugerował, że masakry polskich jeńców dokonali Niemcy.

 

Myślę, że autorzy zaprzeczający sowieckiej winie nie są oficjalnymi rzecznikami państwa, ale jednak działają za jego cichym przyzwoleniem” – skomentował dla Telewizji Biełsat Aleksandr Gurjanow, szef polskiej sekcji Stowarzyszenia Memoriał, organizacji badającej i upamiętniającej sowieckie zbrodnie.

 

 

„Katyń to byli Niemcy”

 

 

Ale fałsze dotyczące ludobójstwa katyńskiego – bo tak powinniśmy definiować tą masową, planową zbrodnię na Polakach – pojawiają się też w naszym kraju.

 

Przypomnę rok 2016, bo wtedy doszło do intensyfikacji rosyjskich działań hybrydowych. Media w Polsce szeroko informowały o działalności Komunistycznej Młodzieży Polski (Komsomołu) i prokremlowskiej partii Zmiana. W dużej mierze za sprawą przewodniczącej KMP i skarbniczki Zmiany Ludmiły Dobrzynieckiej. Towarzyszka ta dała się poznać opinii publicznej najpierw za sprawą akcji na stołecznych Powązkach Wojskowych, kiedy z mauzoleum jednego z największych zbrodniarzy we współczesnych dziejach naszego kraju – Bolesława Bieruta – zmywała namalowany czerwoną farbą napis: KAT. Towarzyszka „Luda” Dobrzyniecka negowała przy tym zbrodnie Stalina: „Stalin był dobrym przywódcą, na pewno nie totalitarnym. Uratował Polskę po wojnie, choć wcale nie musiał. Przypisuje mu się różne błędy, ale nie można do nich zaliczyć >>jakichś czystek<<, bo o tym nie wiedział. Był w końcu prostym człowiekiem, a ile miał na głowie (panowanie nad tyloma krajami)”. Broniła idei sowieckich łagrów: „Praca kształci człowieka”. A o ludobójstwie dokonanym na polskich jeńcach w 1940 roku wypowiadała się tak: „Katyń to byli Niemcy, a dziś głoszenie, że to zbrodnia Stalina, jest antyrosyjską propagandą”. Antyrosyjska propaganda. Jakże często słyszymy w Polsce podobne stwierdzenia.

 

„W tył głowy, w rowie katyńskim”

 

Na tym nie koniec prorosyjskiej, a co za tym idzie antypolskiej propagandy. Jak podawał „Super Express” inny aktywista Zmiany – Bartosz Tomassi, na swoim facebookowym koncie zaproponował nową dyscyplinę olimpijską: „strzelanie w tył głowy na czas, w rowie katyńskim”.

 

Nie zabrakło wtedy w mediach głosów, że działaczy partii Zmiana powinno się aresztować (tak jak wcześniej przewodniczącego tego ugrupowania Mateusza Piskorskiego). Za propagowanie totalitaryzmu grozi przecież w Polsce do dwóch lat więzienia. Naturalną konsekwencją powinna być także delegalizacja takich organizacji.

 

Żonglowanie ofiarami

 

Ale prawdę o sowieckich zbrodniach podważa się też inaczej. I tak na popularnym portalu ciekawostkihistoryczne.pl, w 2017 roku można było przeczytać tekst Romana Sidorskiego – historyka. Znamienny był już tytuł: „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków”. Znamienny, bo o milionach żaden z poważnych polskich badaczy nie mówił. Autor twierdzi, że te przesadzone cyfry zostały zweryfikowane po otwarciu rosyjskich archiwów w latach 90-tych: „Okazało się, że cztery opisane deportacje [w latach 1939-1941] objęły ok. 320 000 obywateli II RP”. I dalej: „Nie ma powodu, by przypuszczać, że NKWD oszukiwało samo siebie i swoich zwierzchników z Ławrientijem Berią i Józefem Stalinem na czele”.

 

I niby wszystko jest ok., ale… historycy Instytutu Pamięci Narodowej np. uważają ujawnione dane za wyrywkowe, a rosyjskie archiwa za otwarte tylko częściowo. Warto przytoczyć tu również słynnego brytyjskiego historyka Rogera Moorhousea, który podważył dokumenty NKWD, choćby z jednego, prostego powodu: nie uwzględniają one skazanych w trybie doraźnym i niezarejestrowanych. Moorhouse ocenił liczbę deportowanych Polaków na 1,5 miliona. Jest to zbieżne z danymi IPN z 2009 roku, kiedy ustalono liczbę polskich ofiar reżimu stalinowskiego na 1,8 mln. Większość 1,6 mln to osoby represjonowane w latach 1939–1941, kiedy dokonała się zbrodnia katyńska i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb Rosji, pozostałe 200 tys. przypadają na lata 1944-1952.

 

Tadeusz Płużański