Jaka „Gazeta”, taki ranking – komentarz TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

Rozbawił mnie raport organizacji „Reporterzy bez Granic” mówiący o pogorszeniu się stanu wolności mediów w Polsce. Szczególnie w punkcie, który wymienia „Gazetę Wyborczą” jako medium wyjątkowo represjonowane. Bo na przestrzeni lat pamiętam szereg procesów, jakie w związku z wolnością słowa wytaczała… „Gazeta Wyborcza”.

 

Moje rozbawienie wynika jednak przede wszystkim z autopsji. Z wielu przypadków, jakie miałem z rzeczoną gazetą, opiszę jeden – moim zdaniem najbardziej smaczny.

 

Rzecz miała miejsce w 2013 roku. Wówczas organ Adama Michnika przytoczył mój apel opublikowany w „Super Expressie” do prezydenta RP (a był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu żołnierzy niezłomnych, ekshumowanych i identyfikowanych przez IPN na „Łączce” Powązek Wojskowych. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na Placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz.

 

Już nie wspomnę, że „Wyborcza” przytoczyła mój apel na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną. A ona była ogólnopolska, tak jak ogólnopolscy byli nasi bohaterowie walczący z komuną. Problem był jednak poważniejszy.

 

Dziennikarz „GW” napisał: „Apel poparły prawicowe portale. Rozpoczęły zbiórkę podpisów. Prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz odpowiedział, że pogrzeb odbędzie się w przyszłym roku według scenariusza, który planuje Bronisław Komorowski: z ceremoniałem wojskowym”. Była to tylko część prawdy, bo prof. Nałęcz przede wszystkim poparł mój apel opublikowany w „Super Expressie”.

 

I teraz będzie najlepsze. Przeczytałem w „Wyborczej”, że „według rzecznika IPN Andrzeja Arseniuka mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważa za niepotrzebną”. Rozmawiałem potem z rzecznikiem Arseniukiem, który nie krył oburzenia: „Z dziennikarzem <<GW>> nie rozmawiałem o pana apelu, nie mogłem więc powiedzieć, że akcję uważam za niepotrzebną” – zapewniał mnie i dodawał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję. Przepraszam za to całe zamieszanie”. Rzecznik IPN dodawał, że „Wyborcza” obiecała opublikować jego wyjaśnienie. Tak się jednak nie stało.

 

Żeby kontestować pogrzeb na „Łączce” (czy dlatego, że w tamtejszych dołach śmierci znalazły się ofiary zbrodniczego sędziego Stefana Michnika?) „Wyborcza” wykorzystywała jeszcze inne słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły”. Musiały być znowu „zmodyfikowane”, bo przełożony Andrzeja Arseniuka, prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił zupełnie co innego: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu”.

 

I jeszcze w skrócie, moje wcześniejsze doświadczenie z „Gazetą Wyborczą”. Kiedy w 1999 roku pracowałem w „Życiu Warszawy” i omawiałem zasadność ekstradycji Heleny Wolińskiej-Brus z Wielkiej Brytanii do Polski, Marek Beylin z „GW” nazwał to wstrętną pomarcową propagandą. Odpisałem, że chyba cofnął się do 1956 r., bo wtedy krwawa prokurator dostała ciężkie zarzuty od ekipy Gomułki, tyle że za swoje zbrodnie (podobnie jak inni zbrodniczy towarzysze) nigdy nie odpowiedziała.

 

Tak, tak. To ten sam Marek Beylin, który teraz napisał, że „udział w łże-wyborach grozi śmiercią” i że przestrzeganie konstytucyjnego – majowego terminu prezydenckiej elekcji to „zamach stanu”.

 

I tacy dziennikarze i ich gazety są, jak można domniemywać, informatorami „Reporterów Bez Granic” walnie przyczyniając się do powstawania „wolnościowych” raportów. Przepraszam – sygnalistami – bo tak to się chyba dziś nazywa.

 

Tadeusz Płużański

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

 

Paranoje ankietowanych – WOJCIECH POKORA o rankingu „Reporterów bez Granic”

Polska spadła na 62. miejsce w rankingu wolności prasy Reporterów bez Granic „World Press Freedom Index 2020”. To najniższa pozycja w Polski w tym rankingu. A prowadzony on jest od 2002 roku. To bardzo ważne, bo zarzuty, które dziś ankietowani stawiają Polsce (ranking powstaje na podstawie kwestionariuszy, które wypełniają wybrani eksperci. Raczej nie ze wszystkich środowisk dziennikarskich) nie są zarzutami, które pojawiły się po raz pierwszy. Jednak pierwszy raz spowodowały taki spadek naszego kraju w rankingu. Triumfalizm niektórych środowisk przy tej okazji, bardzo dziwi, bowiem nie ma się z czego tak naprawdę cieszyć. Oczernianie własnego kraju ze względu na własne partykularne interesy zawsze boli. I stawiam ten zarzut w pełni świadomie.

 

Czytam omówienie rankingu w „Gazecie Wyborczej”, bo wydaje mi się, że może być najlepiej poinformowana, jakie zarzuty zaważyły na pozycji naszego kraju. Czytam pierwszy z nich:

 

Niektóre sądy stosują art. 212 Kodeksu karnego, który zezwala na zastosowanie wobec dziennikarzy kary za zniesławienie do jednego roku więzienia. (…) Nawet jeśli sądy zwykle zadowalają się grzywnami dla dziennikarzy, stosowanie art. 212 skłania niezależne media do autocenzury – piszą autorzy rankingu i podają przykład »Gazet Wyborczej«, jako medium, którego te procesy dotyczą najczęściej”.

 

I sobie przypominam, że faktycznie, zarzuty pozywania z art. 212 Kodeksu karnego dotyczą w dużej mierze „Gazety Wyborczej” i nie jest to wcale nowa sprawa. Cofnijmy się kilka lat. Przede wszystkim zacznę od listu Jana Krzysztofa Kelusa do Adama Michnika z 2012 roku. Kelus – współtwórca Komitetu Obrony Robotników, opozycjonista napisał do Michnika tak: „Pozywając swych krytyków, zastraszasz potencjalnych polemistów, działasz przeciwko wolności słowa i ograniczasz swobodę debaty publicznej”, i dalej: „W czasach, gdy graliśmy w jednej drużynie, naszym adwersarzem w rozgrywce o wolność słowa był urząd Cenzury na ul. Mysiej. Urząd zniknął, do czego w pewnej mierze obaj się przyczyniliśmy. Czy zależy Ci na tym, żeby Twoje pozwy sądowe go zastąpiły? I czy zdajesz sobie sprawę z tego, że w pewnej mierze już to się stało, skoro Sędzia Agnieszka Matlak w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej orzekła, iż »negatywne treści na temat Adama Michnika redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” oraz wydawcy tej gazety Agory S.A. są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego« (wyrok z dnia 26 września 2005; sygn. III C 1225)”. Kelus zareagował na pozew Adama Michnika przeciwko Rafałowi Ziemkiewiczowi, ale to nie był pierwszy taki pozew ze strony Michnika: „W zasadzie powinienem to zrobić znacznie wcześniej, gdyż każda z pozywanych przez Ciebie osób zasługiwała na okazanie z nią solidarności. Nie musiała w mojej ocenie mieć racji, wystarczyło, iż była osobą, której próbowałeś swym pozwem kneblować usta. (…) Moja bierność zaczęła mnie jednak coraz bardziej uwierać, a po zapoznaniu się z treścią ostatniego z tych pozwów, pełnego inwektyw i pomówień, dalsza bierna postawa wobec Twej aktywności pozwo-twórczej wydała mi się czymś wręcz nieprzyzwoitym”.

A aktywność pozwo-twórcza była wówczas imponująca. Oto kilka przykładów znalezionych na szybko w internecie. Sądzę, że nie wyczerpują tematu:

 

1. V 2005, Roman Giertych, poseł na Sejm – W czasie publicznej debaty w krakowskim klubie Rzeczpospolitej nazwał Adama Michnika „byłym partyjnym aparatczykiem”.

 

2. VII 2007, Jarosław Gowin, senator RP – W wywiadzie dla „Dziennika” stwierdził: „Pamiętam, jak wiele lat temu za poparcie idei lustracji zostałem przez Michnika nazwany faszystą”.

 

3. X 2008, Instytut Pamięci Narodowej – W publikacji IPN zatytułowanej „Marzec 1968 w dokumentach MSW” o ojcu Adama Michnika, Ozjaszu Szechterze napisano, że w 1934 roku był „aresztowany i skazany za szpiegostwo na rzecz ZSRR”.

 

4. Słowa będące przedmiotem pozwu padły w 2005 r., proces zakończony ugodą miał miejsce w 2006 r., Anna Jarucka, była asystentka Włodzimierza Cimoszewicza – Zgodnie z informacjami przedstawianymi w prasie oraz przez Polską Agencję Prasową pozew dotyczył przypisania Michnikowi udziału w „grupie trzymającej władzę” oraz stwierdzenia, że „Gazeta Wyborcza” „była dyspozycyjna”. Słowa te znalazły się w zacytowanych niżej wypowiedziach Anny Jaruckiej: „z przykrością muszę stwierdzić, że po 16 latach przemian nadal nie żyjemy w demokratycznym państwie, tylko żyjemy w państwie totalitarnym, w którym teraz kolejna grupa trzymająca władzę – i moim zdaniem jest to Cimoszewicz, Barcikowski, Michnik – realizuje własny scenariusz obsadzenia stanowiska prezydenta Rzeczypospolitej”. „Pan marszałek i dyspozycyjna wobec niego gazeta [Gazeta Wyborcza], której redaktor naczelny [Adam Michnik] był zawsze na Szucha częstym gościem, zrobili wszystko, żebym ja tutaj dzisiaj stanęła jako osoba niewiarygodna, jako osoba niezrównoważona psychicznie”.

 

5. Październik 2007, Robert Krasowski, redaktor naczelny „Dziennika” – W artykule „O rycerzach lustracyjnej wojny”, opublikowanym w „Dzienniku”, padło stwierdzenie: „Michnik poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych ubeków, wikłając się w wojnę, w której z roku na rok tylko tracił”.

 

6. Wezwane przedsądowe – 2007/2008, Andrzej Nowak, redaktor naczelny dwumiesięcznika „Arcana” – W wywiadzie dla „Dziennika” stwierdził: „Z mojej perspektywy pominięta została w pańskiej diagnozie bardzo ważna część rzeczywistości: niezwykle silna presja mediów, które – na czele z Michnikową Wyborczą – wmawiały innym mediom i polskiej szkole (a za ich pośrednictwem setkom tysięcy młodych wkraczających w życie Polaków), że polskość to nie jest ofiara, tylko oprawca, polskość to jest coś, czego trzeba się wstydzić i od czego trzeba się odciąć”.

 

7. 12 października 2005, Jerzy Targalski (Józef Darski), Tomasz Sakiewicz, p.o. redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” oraz wydawca tego czasopisma Zarząd Niezależnego Wydawnictwa Polskiego Sp. z o.o. – W artykule „Gry i zabawy Ubekistanu” opublikowanym w „Gazecie Polskiej” stwierdził: „Oczywiście można powiedzieć, że redaktor Michnik w niespodziewanym napadzie uczciwości postanowił zlikwidować w Polsce korupcję, którą poprzednio usprawiedliwiał jeśli korzystali na niej komuniści”.

 

8. IX 2006, Wojciech Wierzejski, poseł na Sejm – We wrześniu 2006 r. Wierzejski powiedział w programie „Teraz My” w telewizji TVN, że: „Michnik – jako członek KOR – był częścią „koncesjonowanej opozycji’, bo wcześniej był w PZPR, a potem się z tą partią „dogadał”.

 

9. XII 2001, Rafał Ziemkiewicz, dziennikarz – Napisał w „Życiu” w artykule z 14.11.2001, że „Michnik wmawiał nam uparcie – gdy leżało to w interesie jego formacji – że nic w tym złego, jeśli były konfident SB jest ministrem, dyplomatą i posłem”.

 

10. 2006, Ziemkiewicz, dziennikarz, wydawca „Newsweeka” Axel Springer – W tekście „Nie nadążam” opublikowanym przez „Newsweek” 18.09.2005 Ziemkiewicz napisał: „Adam Michnik robił wszystko, abyśmy nawet nie poznali nazwisk komunistycznych zbrodniarzy”.

 

11. 26 III 2007 – wezwanie przedsądowe, 27 IV 2007 – pozew, Andrzej Zybertowicz, profesor UMK – W artykule opublikowanym w „Rzeczpospolitej” napisał: „Adam Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację”.

 

12. 17 III 2008 – pozew Andrzej Zybertowicz, doradca Prezydenta RP – W wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej” stwierdził: „Swoją drogą to ciekawe, kto mnie dotychczas pozwał do sądu: dwóch agentów i jeden ich zaciekły obrońca”

 

13. 30.IV.2003, Ad Novum Sp. zo.o., wydawca dziennika „Trybuna” – Brak cytatu. Według informacji z „Rzeczpospolitej”: „Trybuna sugerowała, że Agora niezgodnie z prawem odsprzedała swoje udziały w Canal+ oraz, że była winna Lwu Rywinowi pieniądze”.

 

14. V 2002, Andrzej Lepper, poseł na Sejm – Chodzi m.in. o wypowiedź z sejmowej trybuny: „Weźmy pana Michnika i Agorę. Przecież to jest tak wszystko pomieszane, są spółki, spółeczki, a pan Michnik za 2000 r. – o czym też piszę w książce – dostał ulgę podatkową w wysokości tylko 1800 mln zł, gdy w tym roku Wysoka Izba głosami lewej strony i PSL zatwierdziła zabranie emerytom, rencistom, studentom dopłaty do biletów, obniżyła zasiłki porodowe, skróciła urlopy macierzyńskie, zabrała opiekuńcze, tłumacząc, że w ten sposób zaoszczędzi się 1 mld zł. Magnat prasowy Michnik dostaje ulgę w wysokości prawie 2 mld zł, a emerytom, rencistom i biednym zabiera się 1 mld zł, bo to ma być oszczędność”.

 

15. IX 2007, Jarosław Kaczyński, Prezes Rady Ministrów – „Państwo chyba nie czytają Gazety Wyborczej. To, co się tam wyprawia, to Trybuna Ludu z 1953 r. Atak na nas przekracza wszelką miarę. Barańskiego (Marek Barański, dziennikarz TVP w PRL, później w „NIE” i „Trybunie” – red.) potrafią zostawić w tyle. Agora nie może nie mieć związków z oligarchią, jeżeli jest wydawnictwem na dużą skalę, a w Polsce gospodarka w niemałej części jest w rękach postkomunistycznych oligarchów. I w związku z tym zamówienia na ogłoszenia, reklamy, promocje są w ich rękach”.

 

16. 2005, Teresa Kuczyńska, Jerzy Kłosiński – redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” oraz jego wydawca – spółka TYSOL – Teresa Kuczyńska w sierpniu 2005 r. w tekście „To była nagonka” opublikowanym w Tygodniku Solidarność napisała, że „GW woła o inwigilację ugrupowań prawicowych, o delegalizację ich partii”.

 

17. IV – XI 2005, Antoni Macierewicz, poseł na Sejm, członek komisji śledczej – Według „Gazety Wyborczej”: „Macierewicz na konferencji prasowej cytował fragmenty pisma Czyżewskiego: »W procesie budowy i finansowania nowej siedziby Agory były zaangażowane firmy należące do grupy J. Kułakowskiego i A. Grochulskiego zarejestrowane w Wiedniu. (…) Przez jedną z tych spółek formalnie budowlanych (jej nazwa brzmiała Wera GmbH) przepłynęły znaczne pieniądze na rzecz Agory. Zasłoną do tej operacji był proces uczestniczenia tej spółki w budowie siedziby imperium pana Michnika«. A od siebie Macierewicz dodał: »To jest przez świadka pokazane jako mechanizm związków korupcyjno-mafijnych«. Andrzej Grochulski kierował kilka lat temu szczecińską spółką BGM Petrotrade Poland, której wspólnikom prokuratura zarzuca pranie brudnych pieniędzy i oszustwa podatkowe na 280 mln zł. Inni posłowie z komisji opowieści Czyżewskiego o powiązaniach mafii paliwowej z prokuratorami, służbami specjalnymi i mediami traktowali wstrzemięźliwie. Macierewicz ocenił, że »zeznania Czyżewskiego uzyskały zasadnicze potwierdzenie w innych źródłach dowodowych«”.

 

18. 21 IX 2010 – wezwanie przedsądowe, Jarosław Marek Rymkiewicz, profesor nauk filologicznych – W komentarzu dla „Gazety Polskiej” w artykule Pamięć i Krzyż z 11 sierpnia 2010 roku miał stwierdzić o redaktorach „Gazety Wyborczej”: „rodzice czy dziadkowie wielu z nich byli członkami tej organizacji, która była skażona duchem ‘luksemburgizmu’, a więc ufundowana na nienawiści do Polski i Polaków. Tych redaktorów wychowano tak, że muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża. Uważam, że ludzie ci są godni współczucia – polscy katolicy powinni się za nich modlić”, nazwał ich: „duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski”, zauważył też, że „Polacy, stając przy nim [krzyżu na przed Pałacem Prezydenckim], mówią, że chcą pozostać Polakami. To właśnie budzi teraz taką wściekłość, taki gniew, taką nienawiść – na przykład w redaktorach »Gazety Wyborczej«, którzy pragną, żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami”

 

Pierwsza rozprawa (17 III 2011) miała charakter pojednawczy stron, do ugody nie doszło. Następną rozprawę wyznaczono na dzień 7 lipca 2011 roku. Wyrok ogłoszono 21 lipca 2011
roku.

 

19. 2006 Zbigniew Wasserman, minister koordynator ds. służb specjalnych – Według „Gazety Wyborczej”: „Były minister koordynator ds. służb specjalnych w styczniu 2006 r. zarzucał Gazecie, że toczy „zawziętą wojnę w celu ochrony układu ludzi władzy, biznesu, mafii i służb specjalnych” oraz że „działania i praktyki »Gazety Wyborczej« wskazują na instrumentalną manipulację polityczną”.

 

20. Wrzesień 2011. – Agora S.A. kontra Antoni Klusik o naruszenie dóbr osobistych za nazwanie „Gazety Wyborczej” „organizacją przestępczą i wrogą naszej cywilizacji”.

 

Tu nawet nie ma dekady. Rozumiem, że wówczas Polska mogła szybować w rankingach wolności prasy, a autorzy rankingu woleli nie podawać przykładu „Gazety Wyborczej”, „jako medium, którego te procesy dotyczą najczęściej”. Jakoś im się nie dziwię. Ówczesna aktywność pozwo-twórcza naczelnego tej gazety była bowiem imponująca. Mogliby się z rozpędu załapać.

 

W tegorocznym raporcie znalazły się jeszcze takie zarzuty jak ten, że polskie media publiczne „zostały przekształcone w tubę propagandową rządu”, a „ich szefowie nie tolerują sprzeciwu oraz neutralności ze strony pracowników i zwalniają tych, którzy nie chcą się podporządkować” oraz, że  „rządowe przemówienia i wiadomości pełne nienawiści stały się powszechne w mediach publicznych”.

 

Czytam te zarzuty i zastanawiam się, czy to możliwe, żeby ankietowaną w tym rankingu była europosłanka Sylwia Spurek? Ten styl i ekstremizm podpowiada mi, że to możliwe, jednak intuicja mówi, że gdyby to była ona, to spadlibyśmy na samo dno rankingu. Za brak Gucwińskich na antenie TVP. A wiadomo, czyja to wina, że już ich nie ma.

 

Wojciech Pokora

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w 2020 r. zawartej w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF). Po raz piaty z rzędu zostało obniżone miejsce Polski w tym rankingu, a według niego poziom wolności mediów w naszym kraju jest obecnie najniższy w historii. Jest to ocena nierzetelna i krzywdząca dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki jest w naszym kraju.

 

W tym roku w światowym indeksie wolności prasy 2020 Polska zajęła 62 miejsce (na 180 ocenianych państw). Raport został opublikowany 21 kwietnia 2020 r. W tym zestawieniu po raz kolejny obniżono Polsce tzw. wskaźnik wolności prasy, tym razem o 3 pozycje w odniesieniu do roku 2019. W realizacji zasady wolności słowa demokratycznego państwa wyprzedziły nasz kraj m.in. : Armenia, Gruzja, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Niger, Mauritius, Madagaskar, Tonga, Senegal, Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa. W Europie Środkowo – Wschodniej gorzej wypadły tylko Węgry oraz Ukraina. Od roku 2015 r. w rankingu organizacji Reporterzy bez Granic Polska jest systematycznie umieszczana coraz niżej. W 2016 roku spadła z 18. na 47. miejsce, rok później na 54., w 2018 na 58., a w 2019 r. umieszczono nasz kraj na 59. miejscu. Wg autorów „Raportu” Polska znajduje się „w grupie państw, w których występują wyraźne problemy z poszanowaniem wolności prasy”. W tej samej grupie jest m.in. Mongolia, Etiopia i Kirgistan.

 

CMWP SDP podkreśla, iż jest to ocena nierzetelna i krzywdząca dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki jest w naszym kraju. System prasowy w Polsce zabezpiecza wolność mediów w sposób wystarczający i analogiczny, jak w krajach o ugruntowanej demokracji. Spadek Polski w ogólnoświatowym rankingu wolności mediów aż o 44 miejsca w stosunku do „Raportu” z roku 2015 r. w ocenie CMWP SDP jest absolutnie niezrozumiały i nieuzasadniony.

 

Autorzy „Raportu” po raz kolejny w swoim opracowaniu uwzględniają jedynie te argumenty, które uzasadniają postawioną z góry tezę o niskim poziomie wolności słowa w Polsce, a pomijają te, które mogą tej tezie zaprzeczyć. Dobór tych argumentów świadczy także o polityzacji stosowanych przez organizację kryteriów oceny poziomu wolności prasy. W ten sposób Raport staje się narzędziem w konfrontacji opcji politycznych w naszej części Europy, opowiadając się jednoznacznie po jednej stronie sporu politycznego, w Polsce – po stronie przeciwników aktualnie rządzącego obozu politycznego. Nie jest to ani rzetelna, ani wiarygodna ocena stanu wolności mediów w naszym kraju.

 

Przykładowo w uzasadnieniu tegorocznego spadku w rankingu wskazano m.in., iż podejmowane przez obecny rząd próby kontroli systemu wymiaru sprawiedliwości zaczynają mieć wpływ na wolność wypowiedzi w niezależnych mediachnie podano jednak żadnych przykładów mogących uzasadnić tę radykalną tezę. W Raporcie napisano także, iż w Polsce rosną sankcje wobec prasy w sprawach o zniesławienie. Niektóre sądy stosują obecnie art. 212 Kodeksu karnego, który zezwala na zastosowanie wobec dziennikarzy kary za zniesławienie do jednego roku więzienia, podczas gdy kodeks cywilny posiada wszelkie niezbędne środki do ochrony obywateli przed sprawami potencjalnego, publicznego zniesławienia. Nawet jeśli w przeważającej części sprawiedliwe jest ukaranie grzywną dziennikarza, stosowanie art. 212 Kodeksu karnego zachęca do autocenzury w niezależnych mediach – stwierdza organizacja. Zupełnie pominięto przy tym fakt, iż wskazany przepis w Kodeksie karnym jest pozostałością sytemu komunistycznego, a w obowiązującym brzmieniu i numeracji jest w kodeksie karnym od 1997 r. Warto podkreślić przy tym, iż obecne władze w Polsce, nowelizując Kodeks karny, zmniejszyły karę grożącą skazanemu z w/w artykułu (z dwóch lat do jednego roku).

 

Wg autorów rankingu w Polsce „Gazeta Wyborcza” pozostaje głównym celem ataków rządowych i sądowych”, a „rządowe przemówienia i wiadomości pełne nienawiści stały się powszechne w mediach publicznych, teraz przekształconych w rzecznika propagandy rządowej”, a „ich nowi przywódcy (tzn. mediów publicznych- przyp. red.) nie tolerują ani sprzeciwu, ani neutralności i zwalniają pracowników, którzy się opierają”. Tymczasem nie podano żadnych przykładów uzasadniających te tezy, nie przedstawiono danych liczbowych ani opisu faktów. Raport zupełnie pomija ogromną różnorodność mediów w Polsce, ich swobodne funkcjonowanie we wszystkich sektorach i nieskrępowane prowadzenie biznesu przez firmy i koncerny medialne, w tym zagraniczne.

 

CMWP SDP pragnie więc podkreślić, iż w ten sposób „Raport” organizacji Reporterzy bez Granic staje się źródłem mylnych ocen realnej sytuacji na rynku mediów w Polsce dla wszystkich jego odbiorców, zarówno w Europie, jak i na świecie. Dlatego CMWP SDP apeluje do dziennikarzy o ostrożność i rzetelność przy cytowaniu wniosków zawartych w tym Raporcie oraz przestrzega przed ich uogólnianiem w mediach ze względu niewielki i subiektywnie wyselekcjonowany materiał badawczy, jaki poddano analizie oraz brak obiektywizmu i rzetelności przy jego ocenie.

 

Reporterzy bez Granic  (fr. Reporters Sans Frontières, RSF, ang. Reporters Without Borders, RWB) to międzynarodowa organizacja pozarządowa, propagująca i monitorująca wolność prasy na całym świecie, założona we Francji w 1985 r. Ranking wolności prasy jest przygotowywany przez nią od 2002 roku. Aktualnie opiera się na analizie ankiet wysyłanych do wybranych przez RWB przedstawicieli mediów w 180 krajach wymienionych w rankingu. Nie ma wśród nich przedstawicieli najliczniejszej i najstarszej organizacji dziennikarzy w Polsce – Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ani przedstawiciela Centrum Monitoringu Wolności Prasy, organu SDP, którego zadaniem jest m.in. publiczne zajmowanie stanowiska i udzielanie pomocy dziennikarzom w przypadkach zagrożenia wolności słowa.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa, 22 kwietnia 2020 r.

 

Link do raportu tutaj.

 

Zdalna praca nie zastąpi gościa w studiu – rozważania ŁUKASZA WARZECHY

Niemal dokładnie miesiąc temu pisałem na portalu SDP  o tym, jak może się zmienić telewizyjna publicystyka za sprawą epidemii. Stawiałem tezę, że dla mediów elektronicznych zapraszanie gości za pośrednictwem programów takich jak Skype, Zoom (od tego czasu odsunięty na dalszy plan z powodu swych problemów z zachowaniem szczelności), V-mix czy inne będzie tańsze, a więc ta metoda spowszednieje i będzie w użyciu po epidemii. Po miesiącu restrykcji i kilkunastu wirtualnych wizytach w różnych programach publicystycznych jestem bogatszy o nowe doświadczenia i mogę swoje poglądy sprzed miesiąca zweryfikować.

 

Dziś postawiłbym tezę, że zdalna obecność w programach publicystycznych stanie się powszechniejsza, ale na pewno nie zastąpi obecności fizycznej. Co więcej, sądzę, że media elektroniczne będą się starały jak najprędzej powrócić do tradycyjnej formy.

 

Przeciwko temu na pewno będą przemawiać pieniądze. Licencja na któryś z płatnych programów, mogących służyć do profesjonalnego zestawienia wirtualnego spotkania w studiu, kosztuje zapewne nie więcej niż kilka dni transportowania gości taksówkami. W zamian można mieć w studiu ludzi, którzy fizycznie nie mogliby się w nim pojawić. Jak pisałem miesiąc temu – odpadają też makijażyści, w niektórych mediach można ograniczyć działalność recepcji czy nawet oszczędzić na kawie. Wydaje się, że chodzi o absurdalnie małe sumy, ale media z powodu krachu rynku reklamowego znalazły się w tak ciężkiej sytuacji (o czym również na portalu SDP pisałem), że oszczędzenie w ten sposób tysięcy złotych miesięcznie może mieć znaczenie.

 

Jednak przez te kilka tygodni ujawniło się wiele minusów takiego modus operandi, zwłaszcza w telewizjach. Tam problem jest zdecydowanie największy.

 

Po pierwsze – są problemy techniczne. Łącza mają różną jakość i stabilność. Przy większej liczbie gości (tak jak w „Czterech Stronach Prasy” albo „Loży Prasowej”) zdarza się, że każdy z gości ma inne opóźnienie. Od momentu, gdy prowadzący skończy swoje pytanie, do chwili, gdy gość je usłyszy, zacznie odpowiadać i ta odpowiedź dotrze do widzów, mija czasami ponad sekunda. W telewizji to wieki, szczególnie jeśli nie dzieje się to raz, ale powtarza przy każdej wymianie zdań. Do tego dodać trzeba zrywające się czasem połączenie.

 

Sam miałem w ostatniej „Loży Prasowej” kłopotliwą sytuację: po ledwie kilku minutach programu (łączyłem się przez V-mix, który posługuje się jedynie przeglądarką) zamroził się mój obraz podglądu na studio (pozostałych uczestników nie widziałem) i tak już trwał zamrożony do końca programu. Miałem więc jedynie odsłuch i obraz samego siebie. Bardzo niekomfortowe.

 

Po drugie – kwestie techniczne właściwie eliminują żywą rozmowę. Owszem, to faktycznie porządkuje dyskusję, tak jak przewidywałem. Ale zarazem nieznośnie ją usztywnia. Reakcja na słowa innego gościa staje się nierzadko bezprzedmiotowa, a każda próba odezwania się poza wyznaczoną przez gospodarza kolejnością kończy się nałożeniem się na siebie kilku głosów. Bywa i tak, że z powodu opóźnienia prowadzący kilka razy powtarza „proszę”, czego gość nie słyszy, bo w tym samym czasie zaczyna mówić. Słysząc prowadzącego, przerywa, prowadzący znów mówi „proszę”… i tak dookoła Wojtek.

 

Po trzecie – to, co widzi widz, jest średnio atrakcyjne wizualnie. Każdy z gości jest pokazywany przez własną kamerę internetową, często o słabej rozdzielczości. Nie każdy potrafi dostosować oświetlenie w pomieszczeniu, gdzie się znajduje. Nie każdy umie złapać dobry kadr. Na ratunek przychodzą wszystkie możliwe triki, związane z wirtualną scenografią, ale to wciąż nie to, gdy manipulować trzeba dwoma, trzema czy czterema niemal nieruchomymi popiersiami. Pomiędzy którymi w dodatku nie ma żadnej interakcji. A przecież wizualna atrakcyjność programu przekłada się na jego oglądalność, a to z kolei – na reklamy.

 

Po czwarte – o czym również już wspominałem przed miesiącem – brak fizycznego kontaktu to brak interakcji opartej na niewerbalnych sygnałach. Zaś siedzenie w domu (nawet jeżeli część publicystów i komentatorów jednak wychodzi i spotyka się z ludźmi) generalnie wpływa na psychikę bardzo źle. Mam znajomych pracujących w redakcjach mediów elektronicznych lub dzienników, którzy mają serdecznie dość izolacji. Nie tylko dlatego, że ona źle na nas, bądź co bądź istoty społeczne, wpływa, ale też dlatego, że ogromnie trudno dzielić się pomysłami i konsultować je z sobą w warunkach pracy zdalnej. Jedna z redaktorek dużego dziennika mówiła mi już jakiś czas temu: „To koszmar. Mam ucho przyrośnięte do telefonu”. Na drugiej szali leży natomiast między innymi koszt powierzchni biurowej. (Nawiasem mówiąc, jedną z najgłębiej odmienionych w wyniku epidemii branż może się okazać deweloperka, sprzedaż i wynajem powierzchni biurowych właśnie).

 

Po piąte – nie wiem, jakie odczucia mają inni zdalni goście programów publicystycznych, a już zwłaszcza ci, którzy – jak prezenterzy TVN24 – prowadzą całe bloki z domu, ale mnie domowe otoczenie nie pozwala się w pełni skupić. Choć od lat pracuję z domu i w domu piszę teksty, to przywykłem, że komentuję ze studia, gdzie nic mnie nie rozprasza. Muszę się przyznać, że siedząc przy swoim biurku i łącząc się zdalnie z tą czy inną telewizją, mam nieodpartą ochotę zapalić fajkę, jak zwykłem robić przy pracy…

 

Powyższe uwagi w jakimś stopniu odnoszą się również do radia, choć tam brak obrazu ujmuje połowę problemów. Wciąż pozostają kwestie fizycznego kontaktu między gośćmi i prowadzącym czy jakości technicznej. Zwykły telefon nie jest idealnym rozwiązaniem, choć zastępował wizytę w studiu już wcześniej. Są na to jednak sposoby: goszcząc zdalnie w Tok FM, korzystałem z ichniejszej aplikacji, możliwej do zainstalowania w każdym systemie (z komórkami włącznie), dającej jakość transmisji bliską studyjnej. Wciąż jednak inaczej siedzi się z gośćmi i prowadzącym w studiu, a inaczej nadaje z daleka.

 

Można oczywiście zadać sobie klasyczne w takiej sytuacji pytanie: czy ludzie się aby nie przyzwyczają – i goście, i dziennikarze, i widzowie? Wszak przywyknąć można do wszystkiego. Odpowiadam: nie. Sytuacja nie jest bowiem tak drastyczna, aby przyzwyczajenie się wymuszała. Nie zgadzam się z twierdzącymi, że mamy do czynienia z „wojną”. W ogóle odłożyłbym na przyszłość orzekanie, z czym tak naprawdę mamy do czynienia: z wielką medialną histerią, opartą na kilku spektakularnych, ale niereprezentatywnych przykładach krajów, gdzie sytuacja z wielu złożonych powodów stała się wyjątkowo zła – czy może naprawdę z pandemią, jakiej świat nie widział. Tak czy owak, to nie jest ani dżuma, ani ebola. Oczekiwanie powrotu do normalności, lekko może tylko zmodyfikowanej, jest ogromne i to się stanie – choć oczywiście konsekwencje ekonomiczne będą potężne. Dziś zatem przewidywałbym, że zdalna praca i zdalne komentarze będą w mediach, owszem, obecne częściej niż dotąd, ale jednak fizycznej obecności gości w studiu czy dziennikarzy w redakcji nie wyprą i nie zastąpią. Co jest jakoś w tej smutnej sytuacji jednak optymistyczne.

 

Łukasz Warzecha             

Niewiele zależy od niezależności – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W dobie walki ze światowym wirusem, pojawiły się też wątki krajowe, zastępcze. Dla niektórych wiodące, ważne niezmiernie i najistotniejsze.

 

W skrócie. Pracownicy „Wiadomości” TVP zajęli się grillowaniem konkurencji z TVN – owskich „Faktów”.

 

W ramach obrony, przypalani medialnym ogniem wydali oświadczenie: „Nie będziemy odpowiadać ani komentować kłamstw”. Chuchali na zimne.

 

Wyobrażacie  sobie, że zaczęliby brnąć w polemiki i wspólnie zasiadać przy tym ognisku. Edward Miszczak starałby się tłumaczyć: „co prawda byłem w PZPR, ale takim Wallenrodem w szeregach przewodniej siły narodu”. Elokwentna Justyna Pochanke: „moja mama pracowała w FOZZ, ale wszystkie zarobione pieniądze przekazała na cele charytatywne”. Monika Olejnik, przyznając się do wspólnej eskapady z Adamem MichnikiemJerzym Urbanem oddałaby się zwierzeniom: „przebywałam z nimi, ale się nie cieszyłam”.

 

Ale nie idźcie tą drogą, apelował przed laty prezydent Aleksander Kwaśniewski, znany szerszej publiczności jako bohater licznych memów.

 

W oświadczeniu dziennikarzy TVN, które zostało odebrane jako takie: „z klasą”, pojawiło się jednak sformułowanie, które wzbudziło wątpliwości. A mianowicie: „jesteśmy niezależni”. Słowo „niezależność” zupełnie przecież nie pasuje do świata mediów. Jak już, to co najwyżej do ogłoszeń w gazetach. Matrymonialnych. „Bez zobowiązań, niezależna pod każdym względem, bez nałogów, pozna pana…”. Albo do edukacji telewizyjnej młodzieży: „Zbadaj liniową niezależność podanych wektorów”.

 

Proszę zasiąść do lektury książki Tomasza Lisa „Nie tylko fakty”. Zależny/niezależny (niepotrzebne skreślić) dziennikarz pisze, że musiał błagać współtwórcę TVN-u, aby ten zgodził się na emisję filmu z „goleniem prawym” i wspomnianym już Prezydentem w roli głównej. Taśma z Charkowa trafiła prosto do sejfu. Mariusz Walter argumentował: „Chcecie mi stację wyp… w powietrze?” I rozpoczął się żmudny okres, w którym wydawca „Faktów” nagabywał, aby to wyemitować. Redaktor T. Lis powiedział, że nie puszczenie tego filmu byłoby obrazą dla ofiar na wschodzie. Po długich negocjacjach wydano zgodę na emisję. Nie trzeba chyba dodawać, że w TVP ten materiał poszedł, ale dopiero wówczas, jak się władzuchna zmieniła.

 

Przecież telewizja tzw. misyjna, publiczna, nigdy nie była nieskazitelnie i apolitycznie czysta. Aby nie być gołosłownym, proszę np. sięgnąć po „Gazetę Wyborczą” z dnia 14.10.2002 r. Tam przeczytamy: „Bardzo się można było zdziwić, gdy w pierwszej połowie roku rankingi polityków zniknęły z serwisów TVP. Powód był prosty – notowania SLD i rządu spadały”.

 

Ale obecni piewcy informacji w TVP pozwalają sobie na znacznie więcej i umieszczają nawet psotne komentarze: „Prywatne telewizje w Polsce potrafią zachowywać się tak jakby były po prostu częścią sceny politycznej”. Aczkolwiek całkiem spora część społeczeństwa nie da się nabrać, że gdzieś w naszej galaktyce uchowała się telewizja „szanująca niezależność dziennikarską”. Zapewne są jeszcze wśród nas tacy, którzy sławetne już paski z „Wiadomości” biorą całkiem na serio i przyjmują do wiadomości. Tyle, że spora populacja krajanów, zwija boki i skręca się ze śmiechu.

 

W sprawie tzw. „niezależności”. Są różne modele władczego zarządzania umysłami. Istnieją postacie co walą prosto w twarz, co sądzą o tym i owakim. Bez ogródek  i zbędnych ceregieli Ale są też tacy, którzy starają się fałszywie przypodobać, a za plecami kręcą swoje lody. To tak trochę jest w telewizorniach. Obecna „słuszna linia władzy” z Woronicza nie rozmienia się na drobne, nie patyczkuje i nie bierze jeńców „totalnej opozycji”. Atakowani udają niewiniątka. Choć odpowiednie sympatie do „kaczora z Brukseli” i antypatie do „kaczora z Żoliborza”, są bardziej niż oczywiste. Ci pierwsi walą toporem bez maski, ci drudzy zakładają białe rękawiczki i używają tłumika. Mamy medialny pluralizm i wybór broni rażenia. Każdemu wedle potrzeb. Niezawisłych i suwerennych rzecz jasna.

 

Krzysztof Prendecki

Co ma FOZZ do koronawirusa? – ADAM SOCHA o walce „Wiadomości” z „Faktami”

Mogę robić zakłady, co i jak pokażą „Wiadomości” TVP oraz TVN „Fakty” i zawsze wygram. Jest to tak przewidywalne, że aż nudne.

 

Toteż, gdy okazało się, że w 10. rocznicę katastrofy smoleńskiej prezes Jarosław Kaczyński złożył wieniec pod pomnikiem na Placu Piłsudskiego i towarzyszyli mu gromadnie czołowi politycy PiS, nie zachowując przepisowej odległości od siebie 2 metrów, a także że tego dnia zrobiono wyjątek dla prezesa i otwarto bramę Cmentarza Powązkowskiego, żeby mógł złożył kwiaty na grobie swojej matki, było dla mnie oczywiste, że materiał o tym znajdzie się w „Faktach” TVN, odpowiednio skomentowany. Okazja i komentarz narzucały się sam, rządzący w czasie tak trudnym łamią publicznie i ostentacyjnie nakazy i zakazy, które sami wprowadzili.

 

Jako wydawca jakiejkolwiek stacji telewizyjnej też bym podjął decyzję o emisji takiego materiału. Zapewne, zgodnie z elementarną zasadą rzetelności dziennikarskiej, dałbym możliwość wyjaśnienia takiego zachowania  rzecznikowi rządu oraz rzecznikowi PiS. Tego mi w materiale „Faktów” zabrakło.

 

Było też dla mnie oczywiste, jak to, że po nocy nastaje dzień, że odpowiedzą na ten materiał „Faktów” będzie materiał „Wiadomości” TVP i że „Wiadomości” wezmą w obronę prezesa Jarosława Kaczyńskiego i polityków PiS-u. I nie zawiodłem się.

 

13 kwietnia, w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy, miliony widzów w Polsce dowiedziały się, że stacja TVN niczego nie potrafi uszanować, nawet 10. rocznicy tragedii smoleńskiej i przeprowadziła „ofensywę nienawiści”. Wytknęli, że materiał był zmanipulowany, bo nie podano informacji, iż składając wieńce pod pomnikiem ofiar katastrofy prezes i politycy przebywali tam w trybie oficjalnej  reprezentacji na uroczystości państwowej.

 

Nie wyjaśnili jednak, czy koronawirus również taki charakter zgromadzenia uwzględnia i w tym momencie nie atakuje?

 

W materiale dotyczącym złożenia kwiatów przez prezesa na grobie matki z kolei wytknięto, że „Fakty” pominęły, iż prezes składał także wieniec na grobie ofiar katastrofy na cmentarzu wojskowym oraz na wielu innych grobach indywidualnych ofiar, że zapłacił za wieńce z własnej kieszeni (pokazano rachunek) oraz uzyskał zgodę od zarządcy na otwarcie bramy i na wjazd na teren cmentarza autem z uwagi na chorą nogę (jest po operacji).

 

To wszystko było do przyjęcia, chociaż zakup wieńców za własne pieniądze i zgoda zarządcy na wjazd autem nie wyjaśniała podstawowego zarzutu postawionego przez „Fakty”, ale także przez inne media, mianowicie że zwykli obywatele nie mogą wejść na grób swoich bliskich na Cmentarz Powązkowski. Ten fakt jest po prostu nie do obrony i redaktorzy „Wiadomości” doskonale zdawali sobie z tego sprawę, więc starali się odwrócić uwagę widzów od istoty problemu i przykryć go rachunkami za wieńce. Gdyby na tym materiał się skończył, można by było przejść nad tym do porządku dziennego.

 

Jednak „Wiadomości” przycisnęły gaz do dechy i sięgnęły do korzeni TVN. Toteż po raz tysięczny dowiedzieliśmy się, iż twórcy stacji WalterWejchert byli agentami SB, sekretarz programowy Subotić agentem wywiadu wojskowego, dyrektor programowy Edward Miszczak członkiem PZPR, a prezenterka Justyna Pochanke jest córką Renaty, bliskiej współpracownicy księgowej FOZZ-u, a FOZZ to…

 

Wydawcy „Wiadomości” powinni pójść jeszcze dalej i poszukać w genealogii obecnych, amerykańskich właścicieli stacji. A nuż ich korzenie sięgają np. Nalewek i Komunistycznej Partii Polski? Jak się szuka, zawsze coś się znajdzie…

 

Tylko co to ma do rzeczy? Czy to Walter lub Miszczak przez swoich agentów zwerbowanych w otoczeniu prezesa Jarosława Kaczyńskiego namówili go, by postawił się ponad innych obywateli i nadał sobie przywilej dla nich niedostępny? I jeszcze na dodatek tak to wyreżyserowali, że towarzyszyła temu kamera podporządkowanej stacji telewizyjnej? Nie. Po prostu prezesowi – jak słusznie zauważyła scenarzystka Ilona Łepkowska (skądinąd osoba życzliwa prezesowi) – zabrakło empatii.

 

Czy moja organizacja SDP zajmie stanowisko w sprawie tak obrzydliwej i ohydnej metody walki propagandowej w wykonaniu „Wiadomości”, nie wiem. Ale ja pragnę wyrazić swój protest. Niestety, ale takie metody walki kojarzą mi się źle, kojarzą mi się z najgorszym okresem propagandy komunistycznej.

 

Adam Socha

 

Ideał to jeden związek  – rozmowa z KRZYSZTOFEM M. KAŹMIERCZAKIEM, dziennikarzem i związkowcem

W mediach, w których związki zawodowe są aktywne i mają liczne reprezentacje sytuacja pracowników jest lepsza – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, były przewodniczący Związku Zawodowego Dziennikarzy w Polska Press i wiceprzewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych w Polska Press, obecnie członek NSZZ Solidarność w TVP, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Od ponad dwudziestu pięciu lat należysz do dziennikarskich związków zawodowych, przyglądasz się więc zagadnieniu z bliska. Czy związki zawodowe są potrzebne dziennikarzom?

 

Związki zawodowe są dziennikarzom niezwykle potrzebne, gdyż tylko one mają realne możliwości reprezentowania naszych interesów i reagowania na naruszanie praw pracowniczych w mediach. Oczywiście są także dziennikarskie organizacje branżowe, różne stowarzyszenia, jednak ich uprawnienia są ograniczone i nie działają one w redakcjach, czyli w miejscach pracy dziennikarzy. Organizacje branżowe zajmują się ogólnymi sprawami, reagują na szczególnie drastyczne sprawy dotyczące łamania praw pracowniczych w mediach. Nie zajmują się natomiast bieżącymi problemami, z którymi boryka się nasze środowisko zawodowe. Często są zbyt oddalone od codziennych problemów branży i na ogół nieskutecznie reagują na nadużycia związane z traktowaniem dziennikarzy przez pracodawców oraz przez ludzi, z którymi dziennikarze kontaktują się  przygotowując swoje materiały. Do tego stowarzyszenia branżowe z reguły bronią dziennikarzy związanych z ich organizacją. Nie dochodzi natomiast do wspólnych działań. Z tego powodu organizacje dziennikarskie nie doprowadziły do poprawy statusu dziennikarzy ani do wprowadzenia regulacji prawnych, które byłyby przydatne w naszej codziennej pracy.

 

Dlaczego status dziennikarza jest tak niski, a pozycja zawodowa tak słaba?

 

Niektórzy dziennikarze swoimi postawami wzbudzają negatywny odbiór, a to przekłada się na taką ocenę naszej grupy zawodowej w społeczeństwie. Ale lekceważenie i słaba pozycja dziennikarzy w znacznej mierze wynika z miernej kondycji organizacji reprezentujących naszą branżę i nie podejmowania  współpracy między nimi. Brak efektów ich działań powoduje, że dziennikarze nie widzą sensu w przynależności do stowarzyszeń branżowych. Na ogół należą do nich nieliczne osoby. Liczniejsze pod względem frekwencji są związki zawodowe, ale i one w większości redakcji mają słabą pozycję – należy do nich zwykle kilka, kilkanaście procent dziennikarzy, podczas gdy w wielu krajach na zachodzie Europy przynależność do związków jest w redakcjach powszechna.

 

Z czego wynika niechęć dziennikarzy do zrzeszania się w związki zawodowe?

 

Po części jest to efekt zapracowania, ale w znacznej mierze wynika albo z niewiedzy, że związek zawodowy może istotnie wpłynąć na poprawę warunków ich pracy i płacy, albo też z nieuzasadnionej obawy, że przystępując do związku można narazić się pracodawcy. Tymczasem bez reprezentacji związkowej pracownicy są zdecydowanie bardziej narażeni na ewentualne naruszanie lub ograniczenie ich praw.

 

Skuteczniej będzie chronił interesów dziennikarzy związek zawodowy czy korporacja?

 

Związek zawodowy to podstawa. Przepisy o związkach zawodowych pozwalają dziennikarzom bronić swoich interesów w kontaktach z pracodawcami i wpływać na poprawę warunków pracy. Żadna dziennikarska organizacja branżowa nie ma takich uprawnień jak związek zawodowy, z którym pracodawca na podstawie ustawy jest zobowiązany ustalać różnorodne kwestie dotyczące spraw pracowniczych w tym m. in. zmiany umów czy zwolnień. We wszystkich mediach, w których związki zawodowe są aktywne i mają liczne reprezentacje sytuacja pracowników jest lepsza. To najlepszy dowód na to, że związki zawodowe są najlepszą formą reprezentowania dziennikarzy oraz ochrony ich interesów.

 

Czy przy tak dużych podziałach, jakie są w środowisku dziennikarskim jest możliwe stworzenie jednego, wspólnego związku zawodowego?

 

Byłoby to optymalne rozwiązanie. Silny związek mógłby jednocześnie dbać o interesy pracowników w poszczególnych redakcjach jak i wpływać pozytywnie na odbiór naszego zawodu. Powstanie jednego  związku zawodowego, do którego należałaby większość dziennikarze byłoby idealne, ale jest mało realne w obecnej sytuacji dużej polaryzacji i zróżnicowania. Chyba w polskiej naturze jest skłonność do dzielenia, a nie łączenia i zawierania kompromisów. W efekcie tego w Polsce jest wiele związków zawodowych dziennikarzy, niektóre z nich działają wyłącznie w obrębie jednej redakcji. Takie podzielenie, rozproszenie nie służy dziennikarzom. Ale oczywiście może być inaczej. Z mojego doświadczenia wynika, że można dobrze ułożyć współpracę między różnymi związkami zawodowymi reprezentującymi dziennikarzy i wspólnie działać.

 

Jak to zrobić?

 

Kiedy pracowałem w Polska Press pracodawca planując niekorzystne dla pracowników w całej grupie medialnej zmiany formalnie połączył wszystkie redakcje w całym kraju w jeden ogólnopolski zakład pracy. W ten sposób działające dotąd w poszczególnych gazetach związki, nawet tam gdzie były one aktywne, straciły swoją pozycję. Podjęliśmy wtedy rozmowy między poszczególnymi związkami. W efekcie tego udało nam się stworzyć Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych działających w Polska Press. Dzięki temu mogliśmy chociaż częściowo złagodzić niekorzystne dla pracowników zmiany wprowadzane przez pracodawcę. W oparciu o te doświadczenia uważam, że współpraca między związkami zawodowymi i tworzenie wspólnej reprezentacji jest sensowną i efektywną drogą na rzecz poprawy warunków pracy dziennikarzy.

 

Szukanie porozumienia między związkami byłoby dobrym kierunkiem działania, ale niestety, nie ma inicjatyw służących powstaniu  federacji dziennikarskich związków zawodowych. Nie ma bieżących kontaktów ani przepływu informacji między dziennikarskimi związkami. Na ogólnopolskie czy lokalne spotkania związkowe nie  zaprasza się choćby jako gości przedstawicieli innych medialnych związków zawodowych – a takie kontakty mogłyby być podstawą do podjęcia współpracy.

 

Rozmawiał top

Fot. Sławomir Seidler

 


 

Krzysztof M. Kaźmierczak

Rocznik 1967. Zaczynał w mediach podziemnych: „Pokoleniu Walczącym” i „Już Jest Jutro”, niezależnym piśmie literackim. Pracował m.in. w „Obserwatorze Wielkopolskim” i „Gazecie Poznańskiej”, „Nowym Dniu”, „Super Expressie” i „Głosie Wielkopolskim”. Obecnie jest dziennikarzem „Telekuriera” TVP. Autor powieści kryminalnej „Krótka instrukcja obsługi psa” (2016), książek o tematyce historycznej: „Ściśle tajne” (2009), „Tajne spec. znaczenia” (2009), „Lew z Głównej” (2010), współautor „Sprawa Ziętary. Zbrodnia klęska państwa” (2015) „Oni tworzyli Solidarność” (2010). Od 1992 roku zajmuje się sprawą porwania i zabójstwa Jarosława Ziętary, jest pomysłodawcą i współzałożycielem  Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary.

 

Katolickie tygodniki, epidemia i plan B – analiza ks. ARTURA STOPKI

Epidemia pokazała, że dotychczasowy model funkcjonowania katolickich tygodników kolportowanych przez parafie, nie jest odporny na kryzysy. Jednak nie ich przetrwanie jest dziś najważniejsze.

 

Przez dziesięciolecia zdążyliśmy się już do tego widoku przyzwyczaić. Część wiernych wychodzących w Polsce z niedzielnej Mszy św. trzyma w dłoniach katolicki tygodnik. Nie wszyscy, ale wciąż jest ich wystarczająco wielu, aby te czasopisma nie tylko egzystowały, lecz również były w istocie najważniejszą i podstawową formą docierania przez Kościół do polskich katolików przez media. To coś więcej niż zwyczaj. To wręcz sprawdzony i w dużej mierze – jak dotąd – niezawodny model biznesowy. Epidemia koronawirusa właśnie go weryfikuje.

 

Od kilku tygodni kościoły w Polsce są puste lub prawie puste. Nie ma w nich potencjalnych nabywców katolickich tygodników. Zgodnie z państwowymi zarządzeniami siedzą w domach, w większej lub mniejszej liczbie korzystają z medialnych transmisji Mszy, zalecanych przez biskupów. Co w tej sytuacji zrobili wydawcy katolickich papierowych czasopism?

 

Bez współdziałania

 

Nie wypracowali żadnej wspólnej linii działania. Nie zaproponowali jakiegoś jednego rozwiązania dla całego kraju. Mamy do czynienia z całym ich wachlarzem. Od najbardziej radykalnego, polegającego na całkowitej rezygnacji z druku i skupieniu się na przygotowywaniu oraz promowaniu e-wydania, przez czasową rezygnację z kolportażu parafialnego wydania papierowego, aż po eksperymenty z zawartością wersji drukowanej. Eksperymenty polegające nie tylko na np. publikowaniu łączonych numerów, ale także na zmianie układu treści, całkowitym lub częściowym wycofaniu edycji diecezjalnych itp.

 

Nie ma znaczenia, który z katolickich tygodników istniejących w Polsce jaką metodę radzenia sobie z kryzysem zastosował. Za wcześnie na ocenianie, który z modeli okazał się najkorzystniejszy w dramatycznych czasach epidemii. Istotne jest, że w chwili kryzysu próżno wyglądać jakichś prób wzajemnego wspierania przez poszczególne tytuły, myślenia całościowego, w kategoriach dobra Kościoła i jego mediów jako pewnego ewangelizacyjnego bogactwa, które nie powinno ulec zniszczeniu. Dominują partykularyzmy, ochrona tylko własnego stanu posiadania.

 

Przetrwanie to za mało

 

To nie najlepiej wróży na przyszłość, a właśnie przyszłość najsilniejszych katolickich mediów jest dzisiaj stawką toczącego się zmagania. Jeśli wydawcy katolickich tygodników będą nastawieni tylko na przetrwanie okresu pandemii, a nie wykorzystają tego czasu na przygotowanie poważnych przekształceń i zmian w swoim działaniu, może się okazać, że po krótkotrwałym entuzjazmie i boomie, związanym z możliwością powrotu do kościołów, nastąpi stopniowa dezintegracja funkcjonującego przez dziesięciolecia „systemu”. A nowego nie będzie lub – jeśli się pojawi – czytelnicy nie będą na niego przygotowani.

 

Nie bez znaczenia będą również zmiany, jakie w rezultacie epidemii nastąpią na całym rynku medialnym w Polsce. Specyfika tygodników katolickich może się okazać wartością dodaną, jeśli uda się w kolejnym pokoleniu stworzyć silną grupę wiernych, lojalnych odbiorców. Jednak może ona również stanowić obciążenie, np. gdy zabraknie elastyczności w posługiwaniu się nowymi sposobami docierania z treściami do odbiorców.

 

Rząd dusz

 

Truizmem jest twierdzenie, że potrzeba znacznej intensyfikacji działań wydawców katolickich czasopism w Internecie. Wirusowy kryzys pokazał, że nie jest to wcale takie proste i oczywiste. Nie wystarczy stworzyć aplikację czy wrzucić pdf-a do internetowego sklepiku. Trzeba jeszcze sprawić, by czytelnicy chcieli z tych form licznie korzystać. Tego nie da się zrobić w ciągu kilku tygodni. Tego nie da się zrobić także ze względu na treść dużej części kościelnych tygodników wydawanych w naszym kraju. Łatwo się zorientować, że ich zawartość mocno dopasowana jest do wieku znaczącej części wiernych zapełniających jeszcze niedawno kościoły.

 

Młodzi znajdują w katolickich tygodnikach (niezależnie od wersji papierowej czy cyfrowej) dla siebie niewiele. Jeśli szukają treści religijnych lub około religijnych, to raczej odwiedzają katolickie serwisy internetowe albo znajdują je w mediach społecznościowych. Jeśli katoliccy wydawcy czasopism chcą do nich dotrzeć, muszą zacząć współpracować z tymi, którzy już w tej chwili w sieci mają swoisty „rząd młodych dusz”.

 

Społeczności i towarzyszenie

 

Konieczna jest dywersyfikacja zarówno kanałów dystrybucji treści, jak i źródeł dochodów. Wciąż niewykorzystanym w wystarczającym stopniu narzędziem pozostają różnego rodzaju prenumeraty i subskrypcje. Zarówno w odniesieniu do wydań papierowych, jak i cyfrowych. Trzeba jednak czegoś więcej, niż tylko tworzenie list prenumeratorów lub subskrybentów. Potrzebne są społeczności, zgromadzone wokół katolickich tytułów. Społeczności ludzi emocjonalnie związanych z nimi. Tak przyzwyczajonych nie tylko do otrzymywania treści, ale również do stałej komunikacji z ich twórcami, że gdy zawiedzie jeden kanał dystrybucji, będą ich niejako „automatycznie” szukać w innym. Dlaczego? Ponieważ będą mieli doświadczenie towarzyszenia im w ich codzienności ze strony redakcji.

 

Epidemia pokazała, że dotychczasowy model funkcjonowania głównych katolickich mediów, papierowych tygodników kolportowanych przez parafie, nie jest odporny na kryzysy. Wyraźnie zabrakło wydawcom myślenia o kategoriach „planu B”. Życie dowodzi, że nie ma nic pewnego i sprawdzonego raz na zawsze. Także w sferze katolickich, kościelnych tygodników wydawanych w naszym kraju.

 

Artur Stopka

Media przed, w trakcie i po pandemii – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Jakie zmiany na rynku mediów wywołała pandemia? Czy były one do przewidzenia? Jak przenosić aktywność do Internetu? Czy druk będzie miał jeszcze szansę po pokonaniu zarazy?

 

Spadki i skoki

 

Okres pandemii i związane z nim problemy z dystrybucją wersji drukowanych wywołały szereg zmian na polskim rynku prasy. Wydawanie w tradycyjnej formie zakończyły lub zapowiedziały zaprzestanie tej formy publikacji „Wprost”, „Podróże”, „Żagle”, „Przewodnik Katolicki”… Tymczasem w tym samym okresie zainteresowanie Polaków treściami dostarczanymi przez media znacznie wzrosło. Przyjrzyjmy się bliżej temu zjawisku.

 

Schyłkowy biznes

 

W porównaniu z mediami audiowizualnymi i nowymi mediami tygodniki opinii są schyłkowym biznesem” napisał dwa lata temu prof. Tomasz Mielczarek w obszernej analizie: „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości”[1]. W dalszej części pracy dodał: „ich ekonomiczna kondycja wyprzedzająco informuje o koniunkturze rynku medialnego”, a ich „los (…) uzależniony jest od umiejętności szybkiego i wprawnego odczytywania sygnałów płynących z systemu medialnego i systemu społeczno-politycznego”. Mielczarek podtrzymał przy tym zdanie, wyrażone już w „Raporcie o śmierci polskich gazet drukowanych” z 2012 roku (sic!)[2], że media drukowane ciągle źle sobie radzą w sieci. Według danych zgromadzonych przez profesora w pierwszym półroczu 2017 roku zaledwie 5% nakładu wszystkich tygodników opinii sprzedawało się w formie dosłownych elektronicznych kopii, co, jak stwierdził, nie miało istotnego wpływu na dystrybucję.

 

Zwiększone zainteresowanie mediami ale nie drukowanymi

 

W kwietniu ukazał się raport przygotowany na zlecenie LoveBrands Relations „Jakich informacji w dobie koronawirusa szukają Polacy?”. Prawie 60% badanych przyznało, że zwiększyło częstotliwość korzystania z mediów. Zainteresowanie wzrosło przy tym w bardzo atrakcyjnych marketingowo grupach, a zatem wśród kobiet i osób w wieku 35-49 lat. Większość tego tortu skonsumował Internet, stanowiący źródło informacji dla 86% badanych, na drugim miejscu znalazła się telewizja z rezultatem 76%[3]. Widać, że odbiorcy potrzebują informacji dostarczanych szybko, omalże w czasie rzeczywistym. Oprócz tych o samej pandemii, szukają też treści ekonomicznych, w związku z wprowadzanymi rozwiązaniami Tarczy Antykryzysowej i prognozami dla biznesu i rynku pracy. Ludzie „uziemieni” w domach oczekują też dostarczenia im przez media rozrywki. Czy wobec takich potrzeb prasa drukowana ma w ogóle szanse? O jej obecność w badaniach pytamy prezes LoveBrands Relations Dorotę Bieniek-Kaska.

 

„To nie jest czas dla drukowanych mediów”

 

– Pandemia koronawirusa silnie podziałała na nas wszystkich. Z jednej strony zwiększyła się nasza konsumpcja mediów, z drugiej strony jesteśmy namawiani do pozostawania w domach oraz czujemy obawę (uzasadnioną lub nie) przed dotykaniem przedmiotów, które ktoś wcześniej miał w swoich rękach – a tak jest w przypadku prasy drukowanej. Z tego powodu staramy się konsumować media w sposób dla nas bezpieczny. Według badania LoveBrands Relations Internet jest podstawowym źródłem informacji w czasie pandemii koronawirusa. Kolejne źródła informacji: media społecznościowe (39%) oraz radio (34%) nie zyskały aż tak dużo popularności. W tym pytaniu nie widać znaczących różnić wynikających z płci odbiorców. Warto zauważyć, że w miastach do 200 tys. ponad 90% respondentów deklaruje, że informacje zdobywa za pośrednictwem Internetu – przybliża rezultaty badania Bieniek-Kaska.

 

Inną sprawą jest aktualność informacji. W związku z koronawirusem większość (73%) Polaków szuka informacji bieżących, związanych ze statystykami zachorowalności i zgonów (K: 69%, M:55%), wiadomości ze świata (K: 60%, M: 56%) oraz prognoz dotyczących czasu trwania pandemii (K: 60%, M: 51%). Tu znowu wygrywają Internet i telewizja. Według badań Nielsena w marcu średni dobowy udział TVP Info wyniósł 6,50%, po wzroście względem analogicznego miesiąca w 2019 o 109,47%. Średni miesięczny wynik TVN24 w marcu wyniósł 5,85%, po wzroście o 40,34%. Stacja ta zanotowała najwyższy miesięczny udział w historii. Polsat News w ubiegłym miesiącu miał 2,47% udziału (również historyczny rekord), po największym wzroście kanałów informacyjnych względem marca 2019 roku – o 169,73% – dodaje prezes LoveBrands Relations.

 

Dobrze i niedobrze zarazem

 

W języku chińskim istnieje zwrot, który oznacza, że coś jest dobre i niedobre jednocześnie. Rezultaty przywołanego badania pokazują rosnące zapotrzebowanie na informacje przygotowane przez dziennikarzy, które są traktowane jako wiarygodne, bo gwarantowane przez redakcje. Radio traci wobec Internetu i telewizji ponieważ od dawna jest medium towarzyszącym, którego odbiorcy słuchają audycji w samochodach. Przy ograniczeniu przemieszczania się związanych z obowiązkiem pozostawania w domu, zyskują media, które angażują też wzrok. Wydaje się przy tym, że mniejsze zaufanie do treści pojawiających się w mediach społecznościwych może wyjść nie tylko rynkowi szeroko rozumianej prasy, ale też i wszystkim konsumentom na dobre. Oczekiwania odbiorców zmieniały się przy tym od dawna, a nie w ostatnich tygodniach. W cytowanych badaniach poświęconych tygodnikom, prof. Tomasz Mielczarek zwrócił uwagę, że nie zaglądało do nich w ogóle 65% studentów, a 60% wcale nie korzystało z treści dostarczanych przez prasę. Jak obecną sytuację oceniają naukowcy?

 

„Po pandemii nic już nie będzie takie samo”

 

Po pandemii nic już nie będzie takie samo. Obecna sytuacji przyspieszyła trwający od dawna proces odpływu czytelników od prasy w jej tradycyjnej, drukowanej formie. – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. – Wadliwie zinterpretowane rozporządzenie zaowocowało masowym zamykaniem punktów kolportażu prasy w centrach handlowych, co niemal natychmiast odczuli wydawcy. Decyzja o wydaniu „Wprost” i „Do Rzeczy” wyłącznie w wersji cyfrowej to w mojej opinii akt desperacji by minimalizować straty. O ile w przypadku „Do Rzeczy” słyszymy że jeszcze nie jest gotowe by przejść wyłącznie na e-wydania, to „Wprost” swój ostatni numer drukiem wydało 30.03.2020 i już do printu nie wróci. Nie umiem znaleźć przykładu potwierdzającego udane przejście czasopisma do sieci bez kontynuacji wersji drukowanej, to było raczej przedłużenie agonii. Z moich obserwacji wynika, że w znakomitej części przypadków migracja prasy do cyberprzestrzeni była podyktowana przede wszystkim… umocnieniem wydania drukowanego jako głównego kanału dystrybucji treści. Niestety, ale nie widzę świetlanej przyszłości przed „Wprost”. Mówię to z żalem, bo z każdym znikającym tytułem odchodzi kawałek naszego świata. Nie idealnego może, ale naszego.

 

„Nie słuchamy naukowców”

 

To zdanie słyszymy ostatnio często, głównie w kontekście walki z epidemią i ekonomii, a skierowane jest oczywiście do polityków. Co prawda warto przy tym pamiętać, że znany historyk prof. Norman Davies w swojej autobiografii napisał, że przeświadczenie, iż w środowisku akademickim znajduje się tylko mądrość, a każda wypowiedź warta jest zastanowienia, to absurd[4]. Świat uczony też ma swoje przywary, sympatie i antypatie polityczne i raczej nie utrzymuje postawy bezstronnego arbitra w wypowiedziach medialnych. Wróćmy jednak do opublikowanej dwa lata temu pracy prof. Tomasza Mielczarka: „los (tygodników opinii) uzależniony jest od umiejętności szybkiego i wprawnego odczytywania sygnałów”. Oczywiście pandemia i związane z nią perturbacje były nie do przewidzenia, ale konieczność zmiany formy aktywności już tak.

 

Do sieci przechodzi się z czytelnikami albo wcale

 

Branżowy kwartalnik „Doradca Kariery” 11 grudnia 2019 roku powiadomił swoich czytelników: „Tylko do 10 stycznia 2020 r. będzie można zamówić ostatni rok papierowej prenumeraty kwartalnika. Powód? Ogólnoświatowy trend w przechodzeniu do wersji elektronicznych. Okazuje się że >>wolimy<< wersje na tablety i komórki niż papier w ręce. Jest to tańsze, wygodniejsze i ekologiczne. Będzie więcej, konkretniej i bardziej szczegółowo. Internet też dodatkowo nie ogranicza nas powierzchnią kartek. Zrobimy dla Was przestrzeń ze wszystkimi potrzebnymi informacjami”. Dlaczego pismo założyło, że potrzebuje roku na wdrożenie nowych rozwiązań?

 

Decyzję podjąć łatwo – mówi redaktor naczelna Agnieszka CiereszkoDaliśmy sobie jednak ten rok po to, by wspólnie z czytelnikami i reklamodawcami wypracować najbardziej dla nich i dla nas atrakcyjny format udostępniania treści. To wymaga czasu. Konieczne jest przebudowanie witryny, zwłaszcza tej części, która stanowi e-sklep. Zbudowania systemu mikrosubskrypcji. Chcieliśmy przy tym uprzedzić naszych odbiorców, że to jest plan, a nie chaotyczne działanie, po którym albo się wynurzmy, albo nie. Ważne jest też pozostawanie z nimi w dialogu, żeby wprowadzone rozwiązania potraktowali na końcu jako „swoje”, a nie narzucone i trudno przez to akceptowalne.

 

Czy pandemia cokolwiek zmieniła w tych planach?

 

Nic – dodaje Ciereszko. – Nasza dystrybucja oparta jest o prenumeratę trafiającą do skrzynek. Dopóki działa poczta i firmy kurierskie, nie dzieje się nic, co by zmuszało nas do przyspieszenia realizacji planu.

 

W obronie druku

 

W dobie pandemii druk wydaje się być bardziej archaiczny niż kiedykolwiek. Nawet w przypadku dzienników informacje na papierze dostarczane są z opóźnieniem, a odbiorcy, co potwierdza badanie LoveBrands Relations, chcą dostać wszystko w czasie omalże rzeczywistym. W „Raporcie o śmierci polskich gazet” prof. Mielczarek przywołał badania, z których wynika, że z wydrukowanym medium obcujemy kilkakrotnie dłużej niż z portalem ogólnoinformacyjnym, najczęściej po prostu przewijanym. Stan epidemiczny to zmienia, bo nie dość, że mamy więcej czasu na media, to jeszcze chcemy mieć pełnię wiedzy, bo ta może zapewnić nam bezpieczeństwo (zdrowotne i ekonomiczne).

 

Całkowita rezygnacja z druku po okresie pandemii wymaga dziś pogłębionej analizy potrzeb konsumenckich. Stan obecny nie jest czasem zwyczajnym. Radio bez wątpienia ruszy stromo w górę, gdy wsiądziemy z powrotem masowo do samochodów. Nikt też nie myśli poważnie o całkowitej rezygnacji z rozgrywek sportowych, konferencji, czy koncertów, bo teraz ich zrealizowanie jest niemożliwe. Warunek powrotu do wersji papierowych jest dziś jeden – utrzymanie kadry, o której Mielczarek napisał tak: „zatrudnieni w tygodnikach dziennikarze stanowią elitę swego zawodu. (…) Stanowią wzór, do którego dążą lub z którym porównują się adepci tego zawodu”. Tylko tym razem druk będzie zapewne stanowił dodatek do rozwiązań odpowiadających na inne potrzeby konsumenckie, bynajmniej niezwiązane z padmemią.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Universitas, Kraków 2018, s. 219.

[2] Idem, Raport o śmierci polskich gazet drukowanych, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2012.

[3] Dane dostępne na stronie PAP: http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/156978,,badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja-polacy- – dostęp 07.04.2020 r.

[4] Norman Davies, Sam o sobie, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2019.

Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł – WOJCIECH POKORA polemizuje z ŁUKASZEM WARZECHĄ

Jest taki dowcip z brodą, o dżentelmenie, który podróżował pociągiem i w chwili, gdy zbliżał się do docelowej stacji postanowił nabić sobie fajkę. Wiadomo, łatwiej to zrobić siedząc i mając wolne ręce, niż w biegu, niosąc bagaż. W chwili, gdy wyjął akcesoria, podróżująca z nim dama podniosła lament, że w pociągu nie wolno palić, a ów dżentelmen to cham i prostak skoro tego nie wie. Narobiła przy tym takiego hałasu, że zwróciła uwagę wszystkich pasażerów i konduktora. Dżentelmen z fajką starał się grzecznie wytłumaczyć, że przecież nie pali, na co rozemocjonowana dama wykrzyczała, że może nie pali, ale się przecież do tego przygotowuje.

 

Przypomniałem sobie tę anegdotę podczas lektury zamieszczonego na portalu SDP tekstu Łukasza Warzechy, w którym autor przekonuje nas, że uruchomienie przez Polską Agencję Prasową projektu #FakeHunter jest zaczynem do przywrócenie urzędu cenzury z ul. Mysiej w Warszawie. Przyznam, że to mocne oskarżenie. A gdy dodać do tego przedstawioną przez redaktora Warzechę argumentację – zmyślony tekst, którym się posiłkuje, zaznaczając, że – co prawda nie jest to „fragment jakiegoś konkretnego tekstu czy wypowiedzi”, ale „odtworzona przeze mnie linia argumentacji, pojawiająca się w wielu momentach w społecznościowych, ale również w państwowych mediach, a także przebijająca z wypowiedzi niektórych polityków” – oraz przytoczona przez niego wypowiedź polityka partii rządzącej, który zapowiedział, że „stworzy projekt ustawy karzącej za fałszywki informacyjne” to mamy przykład doskonałej manipulacji i dezinformacji, którą przedstawiciele #FakeHunter mogliby się zainteresować.

 

Kilka dni temu rzecznik ministra koordynatora Służb Specjalnych Stanisław Żaryn poinformował, że okres epidemii jest czasem wzmożonych działań propagandowych ze strony Rosji. W podobnym tonie raportuje Komisja Europejska – „Rosyjskie media zorganizowały znaczną kampanię dezinformacyjną przeciwko Zachodowi, aby pogorszyć wpływ koronawirusa na społeczeństwa, wywołać panikę i nieufność”. To stała kremlowska metoda działania – w sytuacjach kryzysu podważać zaufanie do instytucji międzynarodowych i do rządów poszczególnych państw, by w zamieszaniu dystrybuować swoją propagandę, na którą łoży niemałe środki.

 

Jednym z przykładów takiego działania była niedawna informacja o tym, że Polska rzekomo chce zaanektować Obwód Kaliningradzki. Skąd taki wniosek? Rosyjscy propagandyści wykorzystując treść anonimowego komentarza pod artykułem w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej” pt. „Koronawirus odcina Obwód Kaliningradzki” uznali, że Polska chce zaanektować terytorium Rosji. Wyglądało to w ten sposób, że pod artykułem pojawiły się komentarze w stylu – „Zawsze można zrobić referendum, może mieszkańcy będą chcieli przyłączenia do Polszy” czy „Lepiej by im było, gdyby Królewiec przyłączyć do Polski” (swoją drogą jak bardzo podobne w stylu są te komentarze do codziennego nawoływania do odzyskania Lwowa czy Wilna). Na anonimowe komentarze zareagowały rosyjskie media (trudno uwierzyć, że dyskusje na forach są tak uważnie śledzone, co może sugerować, że akcja była jednak przygotowana), które rozpisały się o tym, że Polska planuje przyłączenie Obwodu Kaliningradzkiego do Polski.  Na portalu Pravda.ru pojawił się komentarz eksperta Władimira Ołenczenki, który uznał, że wobec takich zamiarów Polski, należy przeprowadzić referendum w Suwałkach, gdzie ludność jest już zmęczona polskim totalitaryzmem i pomóc jej zorganizować coś na wzór Donieckiej Republiki Ludowej w Suwałkach.

 

Jak zauważa Rzecznik Ministra Koordynatora Służb Specjalnych, rosyjska gra propagandowa jest coraz bardziej złożona. Nagłaśniając prowokację z anonimowym wpisem na forum, poprzez medialną histerię w rosyjskiej przestrzeni medialnej, doprowadzono w konsekwencji do pojawienia się w przestrzeni publicznej gróźb wobec Polski, że na jej peryferiach też – jak na Ukrainie – w każdej chwili może pojawić się jakaś samozwańcza republika ludowa. Czy to realna groźba? A czy przywrócenie urzędu cenzury przy ul. Mysiej jest realną groźbą? Myślę, że nie. Ale redaktor Łukasz Warzecha próbuje nas przekonać, że jak najbardziej i kilka osób mu zapewne uwierzy. Tak jak wielu Rosjan uwierzyło, że Polska zaanektuje Kaliningrad. Obie manipulacje – i rosyjska i redaktora Warzechy, bazują bowiem na tych samych instynktach – trafiają do już przekonanych, karmiąc istniejące już w nich lęki. Trudno z tym polemizować, ale należy to nagłaśniać. I właśnie po to powstają projekty takie jak PAP-owski #FakeHunter, by nagłaśniać przejawy manipulacji i dezinformacji i dawać im odpór rzetelną informacją.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Dlaczego ma to robić Polska Agencja Prasowa? Nie może ktoś inny? Oczywiście, że możemy oddać całą walkę z dezinformacją i kłamstwami medialnymi w ręce międzynarodowych koncernów medialnych takich jak: Facebook, YouTube, Google. One same się do tego chętnie zgłaszają. Tylko czy rzeczywiście chcemy to zrobić? Przypominam, że to właśnie z tymi podmiotami dziennikarze toczą walkę o wolność publikacji. Niejasne zasady ograniczania wyświetlania treści w mediach społecznościowych, wyłączanie kanałów telewizyjnych przez YouTube to sytuacje bardzo częste, jeśli nie nagminne. Jeśli nie instytucje takie jak Polska Agencja Prasowa, jeśli nie finansowanie programów walki z dezinformacją przez agendy państwowe, to zostaje nam oddolna samoorganizacja z dość niejasnym finansowaniem. Albo nawet jasnym, ale powiązanym z rządami innych państw, i daj Boże, aby z sojusznikami. Bo warto wiedzieć, że grantodawcy narzucają też swoje priorytety, więc w zależności od tego, kto sfinansuje dane działanie, jego priorytety będą głównie realizowane. Nasze – przy okazji. Czy w dobie bezwzględnej wojny informacyjnej, gdy Rosja przeznacza na wsparcie rozsadników swojej propagandy ponad miliard euro rocznie, Polska powinna swoje bezpieczeństwo informacyjne powierzyć obcym mocarstwom lub instytucjom i firmom, których sposób działania budzi kontrowersję?

 

Wojciech Pokora