IFJ chce opodatkowania gigantów technologicznych 6% podatkiem obrotowym

Przed przypadającym 3 maja Światowym Dniem Wolności Prasy, Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) ogłosiła listę postulatów, których realizacja ma ochronić media i dziennikarzy przed skutkami kryzysu spowodowanego pandemią Covid-19 oraz dać branży szansę na lepszą przyszłość. Ta przyszłość to dziennikarstwo etyczne, dziennikarstwo wysokiej jakości, dziennikarstwo oparte na solidarności respektującej prawo pracy i fundamentalne wolności.
IFJ jest jedną z największych organizacji dziennikarskich na świecie, zrzesza 600 000 dziennikarzy i pracowników mediów w 146 krajach świata, w tym Polsce (do IFJ należą: SDP, SDRP i TD). Organizacja wezwała rządy, aby stanęły po stronie profesjonalistów, po stronie dziennikarzy i mediów, i w ten sposób przyczyniły się do przeciwdziałania rozpowszechnianiu błędnych informacji (misinformation).
Postulaty IFJ są następujące:
  • IFJ wzywa wszystkie rządy do natychmiastowego rozpoczęcia negocjacji z GAFAM – Google, Apple, Facebook, Amazon, Microsoft – w sprawie podatku od przychodów generowanych w poszczególnych krajach. Obecnie firmy te nie płacą żadnego podatku w większości krajów, w których generują przychody, a przychody te są szacowane na 900 miliardów dolarów. Opodatkowanie 6% podatkiem obrotowym mogłoby zasilić dziennikarstwo kwotą 54 miliardów dolarów. Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy postuluje, aby środkami tymi zarządzali wspólnie przedstawiciele organizacji dziennikarskich i przedstawiciele organizacji wydawców/pracodawców.
  • IFJ wzywa te organizacje, aby w pierwszym rzędzie przekazywały środki na media publiczne, niezależne media prywatne oraz inne media, które nie są własnością koncernów międzynarodowych. Media te powinny wykazać, że są w złej sytuacji finansowej i potrzebują wsparcia.
  • Wsparcie finansowe powinno służyć odbudowie zespołów dziennikarskich, dzięki czemu w newsroomach będzie mogło powstawać więcej dobrych materiałów dziennikarskich. Wsparcie to w żadnym razie nie powinno być przeznaczane na podtrzymywanie skazanych na porażkę nieudanych modeli biznesowych.
  • Priorytetem powinno być wspieranie niezależnych i spółdzielczych firm medialnych, a także tych o charakterze non-profit.
  • IFJ wzywa rządy, aby objęły wsparciem dziennikarzy nie mających stałych dochodów (w tym freelancerów) poprzez wypłacanie im zapomóg w wysokości płacy minimalnej, zwolnienie z podatku dochodowego i przyznanie nisko oprocentowanych pożyczek.
  • Zdaniem IFJ dostęp do wsparcia powinny mieć media publiczne, prywatne, ogólnokrajowe i lokalne tylko jeśli:

Respektują zasady dialogu społecznego i prawa związków zawodowych, zgodnie ze stosowną Konwencją Międzynarodowej Organizacji Pracy.

Nie przeprowadzają zwolnień, jeśli generują zysk.

Roczne sprawozdania finansowe są publikowane.

Przestrzegają zasady równości szans oraz równego traktowania kobiet i mężczyzn.

Nie będą przez pięć lat uczestniczyć w fuzjach, przejęciach ani wykupie kredytowanym, jeśli miałoby to doprowadzić redukcji miejsc pracy lub redukcji wynagrodzeń.

  • IFJ wzywa firmy do zarezerwowania w zarządach miejsca dla przedstawicieli związków zawodowych.
  • Aby poprawić sytuację mediów IFJ zachęca do tworzenia narodowych programów reklamowych, dzięki którym promowane byłyby tematy istotne z punktu widzenia interesu publicznego.
  • IFJ rekomenduje rządom zmiany regulacji dotyczących własności mediów w taki sposób, aby umożliwić większy pluralizm informacji.
  • IFJ wzywa rządy do szybkiej implementacji Dyrektywy UE dotyczącej sygnalistów (whistleblower), aby chronić tych obywateli, którzy podejmują działania w interesie publicznym.
  • IFJ uważa za konieczne wprowadzenie ulg podatkowych dla dystrybutorów papierowych wydań prasy.
  • IFJ wzywa rządy do zwiększenia ochrony praw autorskich, aby zabezpieczyć przychody z tego tytułu.
  • IFJ zachęca rządy do sfinansowania swoim najmłodszym obywatelom (6-18 lat) prenumeraty cyfrowej jako dostępu do edukacji i informacji, zgodnie z programem UNESCO, oraz proponuje przyznanie rodzinom ulgi podatkowej na abonament i prenumeratę mediów.
  • IFJ wzywa do podjęcia działań z zakresu edukacji medialnej w celu walki z dezinformacją i błędnymi informacjami (misinformation).

 

Postulaty zostały przedstawione w formie dokumentu zatytułowanego Globalna Platforma dla Dziennikarstwa Wysokiej Jakości. IFJ zabiega o poparcie postulatów przez ONZ i jego agendy, takie  jak UNESCO, Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO), Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do Spraw Praw Człowieka (OHCHR) oraz przez podmioty polityczne i ekonomiczne takie jak:
  • Rada Europy (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 47 krajów członkowskich),
  • Unia Afrykańska (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 55 krajów członkowskich),
  • Organizacja Państw Amerykańskich (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 35 krajów członkowskich),
  • Liga Państw Arabskich (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 22 krajów członkowskich),
  • Wspólnota Gospodarcza Azji i Pacyfiku, APEC (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 21 krajów członkowskich).

 

Zdjęcie:IFJ

Nowy numer Forum Dziennikarzy do pobrania

Forum Dziennikarzy nr 2 (136) dostępne jest online. Nasze czasopismo, tym razem pojawiło się tylko w wersji elektronicznej, podobnie jak część mediów wydawanych dotychczas tradycyjnie, w czasach pandemii zmuszonych zrezygnować z wydania papierowego ze względu m.in na kłopoty z dystrybucją oraz ze względów bezpieczeństwa.

 

Zawartość pisma i jego grafika nadal będą jednak cieszyć oko naszych odbiorców. Co prawda temat przewodni, którym miało być często kontrowersyjne funkcjonowanie mediów samorządowych, został zepchnięty na drugi plan przez niespodziewaną epidemię, która terroryzuje cały świat.

 

Pandemia stała się bardzo groźna nie tylko w wymiarze zagrożenia chorobowego, ale również spowodowała załamanie rynku pracy dla wielu branż – również dla dziennikarstwa, o czym w tekście „Dziennikarze i epidemia” pisze Piotr Kościński.

 

O tym jak wspaniale potrafią sobie radzić ludzie kultury w tych trudnych czasach pisze Alina Bosak w tekście „Kultura w czasach zarazy.

 

Fotoreportaż „Życie w czasach zarazy” pokazuje codzienność w kraju ogarniętym epidemią.

 

Jak trwoga, to do Boga – mówi stare porzekadło i w myśl niego proponujemy tekst „Patronka na czas zarazy”, opowiadający o niezwykłej siostrze zakonnej, która w czasach epidemii tyfusu poświęciła swoje życie ratując ojca kilkuletniego chłopczyka.

 

„Pomiędzy koniecznością a propagandą”, to tekst Jaromira Kwiatkowskiego ukazujący prawdziwe oblicza mediów samorządowych, częste wykorzystywanie publicznych pieniędzy na promowanie samorządowców czy też problem blokowania wolności słowa.

 

O „Nieznośnej wolności słowa” pisze Andrzej Tadeusz Kijowski, przedstawiając ewolucję tego podstawowego prawa od czasów rewolucji francuskiej.

 

„Remedium na zło świata” odkrywa Jacek Wegner wspominając w tekście osobę i działalność Romualda Lazarowicza, dziennikarza, wydawcę i antykomunistycznego patriotę, który wiedział, że śmiech jest najlepszym remedium na zło i głupotę.

 

W „Ubłoceniu kultury” Stach Ostróżko opisuje jak polska kultura parlamentarna została wrzucona do ścieku.

 

– Czy można hucpą, bezczelnością i tupetem niszczyć pamięć o ludziach świętych dla naszej historii? – to pytanie zadaje Stefan Truszczyński w tekście „Chwała i chała”.

 

O mrocznej historii warszawskiej kamienicy, w której NKWD mordowało polskich patriotów, pisze Teresa Kaczorowska w materiale „Przy Strzeleckiej 8”

 

Film „Dachau. Cywilizacja śmierci” stał się pretekstem do napisania przez Jacka Karolonka tekstu „Dachau, miejsce bez Boga”, opisującego zarówno historię powstawania filmu, jak i losy więźniów tego pierwszego, niemieckiego obozu koncentracyjnego.

 

Brak możliwości podróżowania rekompensuje nam w swoim tekście Marek Jakubowicz, opisując polskie ślady na Maderze, wyspie odwiedzanej kiedyś przez króla Władysława III Warneńczyka, marszałka Józefa Piłsudskiego oraz Jana Pawła II. Fotografie bajecznych miejsc uzupełniają doskonale podróżniczy tekst.

 

Co by się wydarzyło, gdyby nie było Papieża Polaka oraz Solidarności? Tego się dowiemy z rozmowy z Marcinem Wolskim, autorem książki „Powtórka z rozgrywki”.

 

„Trzymaj się zasad” to bardzo ważny dla środowiska dziennikarskiego tekst Wojciecha Pokory, który pokazuje negatywne działania niektórych redakcji i dziennikarzy oraz przypomina o zawodowym „Dekalogu”, który każdy człowiek mediów powinien przestrzegać.

 

W „Forum Dziennikarzy” znajdziecie Państwo jeszcze inne ciekawe teksty, których treści nie będę zdradzał.

 

Życzę przyjemnej lektury, dużo zdrowia. Do zobaczenia w lepszych czasach.

 

Andrzej Klimczak

 

Redaktor Naczelny

Numer 2 (136)/2020 do pobrania

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

 

 

 

Teatr jednej aktorki – ŁUKASZ WARZECHA o zdalnej rozmowie dziennikarza z ministrą

Miałem kiedyś, za dawnych lat pracy w nieistniejącym już „Życiu”, w jego dziale opinii, takie zdarzenie. Szef polecił mi, abym zadzwonił po komentarz w jakiejś sprawie do Władysława Bartoszewskiego (śp. pan minister miał duże poczucie humoru, więc mam nadzieję, że patrząc dziś z góry wybaczy mi tę krotochwilną anegdotkę oraz moje ówczesne niefrasobliwe zachowanie). Rozmówca był znany z tego, że gdy zaczynał mówić, mówił bardzo długo bez przerwy i naprawdę niełatwo było mu zadać choćby drugie pytanie. O trzecim nie mówiąc.

 

Zadzwoniłem, Władysław Bartoszewski odebrał, zacząłem nagrywać, zadałem pytanie, on zaczął odpowiadać. W tym momencie do naszego pokoju wszedł kolega. Spytał ściszonym głosem: „Zamawiam pizzę, chcesz jakąś?”. Odłożyłem słuchawkę na biurko, wziąłem od kolegi ulotkę z pizzerii, przejrzałem spokojnie, wybrałem pizzę, pogadałem jeszcze chwilę z kolegą. Trwało to kilka minut. Przez cały czas z odłożonej słuchawki dobiegał szmer mojego rozmówcy, więc wiedziałem, że mam czas. Gdy słuchawkę podniosłem ponownie, czekało mnie jeszcze około dziesięciu minut wypowiedzi pana ministra. Drugiego pytania już nie miałem, piętnaście minut nagrania w odpowiedzi na pierwsze wystarczyło w zupełności.

 

Ta historia z zamierzchłej przeszłości przypomniała mi się pod wpływem hitu ubiegłego tygodnia, którym był wywiad Marcina Zaborskiego z minister Marleną Maląg w RMF FM. Nie żebym porównywał panią Maląg do Władysława Bartoszewskiego. Co to, to nie.

 

Wywiad ten był, jak to się dziś w większości dzieje, zdalny, co jest dla sprawy być może nie bez znaczenia.

 

Choć właściwie trudno powiedzieć, czy z wywiadem mieliśmy do czynienia. Owszem, początkowo tak to wyglądało. Było pytanie, była odpowiedź i tak kilka razy (całość można zobaczyć tutaj). Mimo to od startu rozmowy zanosiło się na to, co stało się później. Zaborski zadał bowiem pytanie o to, dlaczego zasiłku opiekuńczego nie dostają rodzice dziewięcio- czy dziesięciolatków. Odpowiedź brzmiała mniej więcej: „Przyjęliśmy zasadę, że zasiłek przysługuje do 8. roku życia”. „To już wiem” – powiedział Zaborski i dopytywał, dlaczego nie przysługuje rodzicom starszych dzieci. Odpowiedź była identyczna jak poprzednio. Pani minister wygłaszała ją w dodatku tak, jakby się swoich kwestii wcześniej nauczyła. I mimo że Zaborski przytaczał argumenty wskazujące, że granica 8. roku życia jest nieracjonalna, pani minister Maląg powtarzała jedynie, że tak postanowiono i tak będzie, przyczyn nie objaśniając. Zwracam na to uwagę, bo to jedna z najbardziej prymitywnych metod zbywania dziennikarzy, zadających sensowne i dobrze przygotowane pytania: zamiast odnoszenia się do ich treści lub próby wyjaśnienia motywów takiej czy innej decyzji powtarza się to, co i tak wszyscy wiedzą: że mianowicie taka właśnie decyzja została podjęta.

 

Mniej więcej w szóstej minucie rozmowy Zaborski zadał pytanie następujące: „Od kiedy pani wie, że na Mazowszu działa 66 domów opieki bez odpowiednich pozwoleń? Taką liczbę podał wojewoda mazowiecki”. Tu pani minister zaczęła wypowiedź, która nie miała większego związku z pytaniem. I ciągnęła ją, mimo prób interwencji Zaborskiego, przez mniej więcej dwie minuty. Po tym czasie Zaborski zdołał w końcu pytanie powtórzyć, wyraźnie powołując się na wypowiedź wojewody mazowieckiego i pytając, czy szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej o nielegalnie działających placówkach wcześniej wiedziała. Maląg oznajmiła, że całodobowe placówki opieki w kraju są pod nadzorem wojewodów. Zaborski zauważył na to, że wojewodowie są przedstawicielami rządu w terenie.

 

Wtedy pani minister Maląg złapała, że się tak kolokwialnie wyrażę, fazę, trwającą coś koło pięciu minut. Zaborski nie miał szans przerwać potoku słów, z którego można było wyłowić między innymi, że jacyś tajemniczy „wy” (można się domyślić, że pani minister chodziło o media niedyspozycyjne wobec władzy) próbują forsować narrację, zgodnie z którą rząd nie opiekuje się osobami starszymi, a na taką narrację „nie można się godzić”. Zaborski próbował się wciąć („Pani minister!”), w końcu stwierdził, że tak nie da się rozmawiać. Potem pytał: „Czy pani mnie słyszy?”. Wówczas minister Maląg odparła: „Odpowiadamy na te pytania, które pan chce zadać…”. Na co Zaborski stwierdził przytomnie: „Ale pani nie wie, jakie pytania chcę zadać”. Minister Maląg postanowiła kontynuować swoją wypowiedź ex cathedra, całkowicie ignorując pytania coraz bardziej zdetonowanego Zaborskiego: „Ale o czym pani do nas mówi?”.

 

Nie będę państwu relacjonował przebiegu całej „rozmowy” (bo chyba jednak trzeba to pisać w cudzysłowie). Był podobny: pytania Zaborskiego, które czasami udawało się zadać, po czym sążniste deklaracje pani minister, na ogół luźno z tymi pytaniami związane. Fragmenty „wywiadu” zrobiły w sieci furorę – i trudno się dziwić. Ja sam miałem wrażenie, że oglądam nie wywiad, ale skecz. Chwila szczerej radości nie ma dzisiaj ceny.

 

 

Powstaje jednak pytanie, które wielu komentujących w sieci zadawało: co w takiej sytuacji powinien zrobić dziennikarz? Niektórzy sugerowali, że powinien wywiad przerwać, inni – że powinien wyłączyć głos rozmówczyni. Problem w tym, że ta rozmowa nie była wyjątkowa. Takich rozmów zdarza się wiele, choć może faktycznie nie wszystkie mają tak wyraźny kabaretowy posmak.

 

 

Marcin Zaborski to jeden z najbardziej kulturalnych, a zarazem dociekliwych dziennikarzy. Jego sposobowi prowadzenia wywiadów nie sposób wiele zarzucić. Można by uznać, że jak na tę sytuację Zaborski jest zbyt kulturalny. Ale czy naprawdę?

 

Pierwszym utrudnieniem było dla Zaborskiego to, że nie miał gościa przed sobą w studiu. O problemach związanych ze zdalnymi rozmowami pisałem niedawno na portalu SDP. W sytuacji takiej jak ta zdyscyplinowanie osoby, która łączy się z dziennikarzem zdalnie, jest znacznie trudniejsze.

 

Zadaniem dziennikarza jest wydobyć od polityka odpowiedź na zadawane pytania – w imieniu czytelników, słuchaczy, widzów. Jeśli rozmówca uparcie odmawia współpracy, tak jak pani minister Maląg, wystawia świadectwo sam sobie. Zaborski wybrnął z sytuacji w możliwie najlepszy sposób. Słuchanie wykładu szefowej MPRiPS bez próby przerwania oznaczałoby, że pozwala się politykowi potraktować rozmowę z dziennikarzem jako formę oświadczenia bez zadawania pytań – którą to formę władza (każda) niewątpliwie najbardziej lubi, bo jest najmniej kłopotliwa. Na taki układ najłatwiej liczyć w mediach przychylnych danej formacji politycznej (nie dotyczy to wcale jedynie władzy w mediach państwowych, ale też opozycji w tych, które jej sprzyjają), lecz dziennikarz, który na coś takiego pozwala, degraduje się sam do pozycji piarowca polityków.

 

Nie jest też dobrym wyjściem emocjonalne kończenie rozmowy – nie od tego jest dziennikarz, żeby w ten sposób dyscyplinować rozmówcę. To zresztą działałoby na jego niekorzyść – trudno byłoby mu zaprosić kolejnych gości z danej politycznej formacji.

 

Kto jednak nigdy nie prowadził rozmowy, szczególnie na żywo, ten nie wie, że sytuacja w jej trakcie zawsze jest dynamiczna. Polscy dziennikarze (Zaborski jest tu jednym z wyjątków) nie umieją dociskać rozmówców w taki sposób, żeby musieli odpowiedzieć na konkretne pytanie – lub przynajmniej tak, żeby dla odbiorców stało się jasne, że rozmówca nie chce lub nie umie odpowiedzieć. To jednak tworzy ryzyko – może się okazać, że z ograniczonego przecież czasu niewiele zostaje na inne sprawy. Decyzje co do taktyki wobec rozmówcy trzeba podejmować błyskawicznie.

 

Nie wiem, czy pani minister Maląg ktokolwiek doradza w sprawie kontaktu z mediami – sądzę, że raczej nie. Ja zatem udzielę rady całkowicie pro bono: sposób na zagadanie dziennikarza i wygłaszanie własnych sążnistych deklaracji zamiast odpowiadania na pytania może wydawać się skuteczny, ale tak nie jest. W „zaprzyjaźnionych” mediach to taktyka zbędna – tam i tak pytania nigdy nie będą kłopotliwe. Można zatem udawać, że prowadzi się rzeczywiście rozmowę i coś się wyjaśnia. W mediach, gdzie na służalczą przychylność prowadzącego rozmowę liczyć nie można, taka postawa sprawia natomiast, że w oczach odbiorców stajemy się kimś aroganckim, unikającym odpowiedzi, niekompetentnym. Obawiam się, że taki właśnie był skutek rozmowy pani minister z Marcinem Zaborskim.

 

Łukasz Warzecha

Ciekawe przypadki rankingowania – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W Światowym Indeksie Wolności Prasy Polska spadła na sześćdziesiąte drugie miejsce. Meldunek zatrważający czy tylko frapujący?

 

Rankingi są bardzo wdzięczne do oglądu sytuacji. Tylko czasem metodologia i techniki mierzenia mogą okazać się dyskusyjne.

 

Weźmy taki Indeks Wolności Gospodarczej. Dane są wyjątkowo twarde, a Indeks buduje się w oparciu o analizę kilkudziesięciu wskaźników gospodarczych, pogrupowanych w dziesięciu kategoriach. Wydatki rządowe czy obciążenia podatkowe da się policzyć (naszą Ojczyznę wyprzedza Rumunia, Kazachstan i Bostwana). Nawet w Światowym Raporcie o Szczęśliwości, brany jest m.in. pod uwagę PKB na jednego mieszkańca czy też pomoc społeczną państwa. Da się oszacować i wychodzi z tego, że mieszkańcy Kostaryki (miejsce 12) są bardziej szczęśliwi niż mieszkańcy Luksemburga (14), a Meksykanie (23) w wyższym stopniu niż Japończycy (58).

 

Wskaźnik wolności prasy jest nieco bardziej subiektywny. Robi się badania ankietowe które wypełnieją tzw. specjaliści. A jak już fachury ocenią, to ich opinie zestawia się z aktami przemocy i nadużyć wobec dziennikarzy. Oczywiście na świecie dzieje się wiele nikczemności i bycie dziennikarzem w Afganistanie, Hong Kongu czy Turcji nie należy do łatwych. Nie trzeba daleko szukać, przecież i południowy sąsiad, Słowacja, wyswatał się z mafią. A i u nas kilka przykładów by się znalazło.

 

Jednak patrząc na drastyczny spadek Polski, w tym akurat rankingu, można się zastanawiać. Czy naprawdę jest aż tak źle? Polska przecież w nieciekawych czasach wojny medialnej Lwa Rywina, była jakieś trzydzieści miejsc wyżej. Kiedy ABW zwiedzało sobie siedzibę Wprost lub gdy Paweł GraśGrzegorzem Hajdarowiczem robili kolegium redakcyjne, po pierwszej w nocy przy osiedlowym śmietniku. Wtedy nasza wolność oscylowała wokół drugiej dwudziestki.

 

Czy obecnie ta wolność prasy, „niezależność i pluralizm mediów” ma się tak niedobrze? Popatrzmy na sprzedaż, jeszcze z czasów kiedy można było wychodzić z domu. Do kiosku po gazetę. W prasie codziennej w czołówce tabloidy. Potem Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita, Dziennik Gazeta Prawna. Nawet Przegląd Sportowy wyprzedza Gazetę Polską. Dziennik, bardziej rządowy niż sam rząd. Ledwie 12 tysięcy sprzedaży. W takiej ilości nie da się być tubą rządową. Tulejką jak już.

 

A tygodniki? Króluje tygodnik Angora i Polityka. Tygodnik Sieci, tzw. „usta Zbigniewa Ziobry”, dopiero na kolejnym miejscu. Nawet do spółki z Do Rzeczy nie osiągają nakładu Newsweeka. Przecież Wojska Obrony Terytorialnej nie biegają po salonikach prasowych i nie rekwirują nakładów wydawnictwa „Agora”, a Oddziały Prewencji Policji nie robią ścieżek zdrowia dla czytających „Myśl Polską”.

 

Na szklanym ekranie „Fakty” wygrywają z „Wiadomościami”. A „Szkło kontaktowe” ogląda więcej rodaków niż „W tyle wizji”. Mamy wolność głosowania pilotami, tylko nie wiadomo czy to ranking wskazuje. W krainie radiowej, zwłaszcza „Jedynka” i „Trójka” potraciły bardzo. Ale można przekręcić gałkę i mieć RMF czy Zetkę. Tam dziennikarze, nie smyrają za uszkiem czy po brzuszku, ministerialnych przedstawicieli.

 

Zgoda. Dziennikarzom się dostaje, zwłaszcza przy protestach ludu, gdzie są myleni z politykami. I tak jak wybrańcy narodu z Wiejskiej, zaczęli narażać się na kuksańce. Medialnie, nie jest tu „jakby luksusowo”, mówiąc językiem jednej z bohaterek filmu „Kogel-mogel”. Zdarza się, że w niektórych redakcjach, wybija bardziej szambo niż pachnie perfumerią. Ale żeby nas Polaków wyprzedził Surinam i Burkina Faso? To najstarsi zecerzy nie pamiętają.

 

Krzysztof Prendecki

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak media niszczą prezydenta Kaczyńskiego

Minęła 10 rocznica katastrofy smoleńskiej i takaż sama uroczystości pogrzebowych pary prezydenckiej w Warszawie i Krakowie. Wróciło pytanie o dorobek śp. profesora Lecha Kaczyńskiego i tego, jak był niszczony. Niechlubną rolę odegrały media III RP. Hejtowanie trwa do dziś.

 

Nieprzypadkowo Marcin Wolski napisał po Smoleńsku wiersz dedykowany mediom:

 

Bo pamięta poeta, zapamięta też naród

wasze jady sączone, bez ustanku dzień w dzień.

Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru…

Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień!”

 

Wielką, niespotykaną wcześniej kampanię nienawiści wobec głowy państwa skomentował prof. Zdzisław Krasnodębski, w słynnym tekście dla „Rzeczpospolitej” (14.04.2010): „Pomiatano Prezydentem w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie. Nie dbano o godność najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej”. Socjolog gorzko puentował: „Teraz już nie będzie przeszkadzał. Nie ma człowieka, nie ma problemu.” A od siebie dodawał ocenę, kierowaną w dużej mierze pod adresem mediów: „Gardzę wami”.

 

 „Ofiary politycznego sporu”

 

W tym roku, w tej samej „Rzeczpospolitej” (28.02.2020) czytamy tekst pod znamiennym tytułem: „Żołnierze Wyklęci, ofiary politycznego sporu”. Tekst zawiera takie, pozornie obiektywne stwierdzenie: „Dokładnie dziesięć lat temu śp. Lech Kaczyński złożył w Sejmie projekt ustawy, która 1 marca ustanowiła Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Inicjatywa zmarłego kilka tygodni później prezydenta wynikała z faktu, że po upamiętnianiu Armii Krajowej, Powstania Warszawskiego, Solidarności coraz większe społeczne zainteresowanie, najczęściej całkiem oddolne, budzili Wyklęci.” Możemy te słowa odczytać jako pochwałę wrażliwości Lecha Kaczyńskiego, dobrego odczytywania nastrojów społecznych, ale też jako zachowanie politycznie koniunkturalne. Ale to nic.

 

Droga do dyktatury

 

Polscy niepodległościowcy zmagający się po 1944 roku z drugim sowieckim okupantem i dedykowane im przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego święto – Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – to jeden z najważniejszych punktów dorobku głowy państwa. Część składowa jakże ważnej dla Niego polityki historycznej do dziś powoduje prawdziwą medialną kanonadę.

 

Nie będę przywoływał haniebnych opinii polityków lewej, (post)komunistycznej strony, w tym brylującej w hejcie na Wyklętych Joanny Senyszyn. O tym barbarzyństwie myślowo-słownym pisałem wielokrotnie, również na tym portalu. Przywołam typowy dla wspomnianych środowisk tekst medialny z portalu koduj24.pl, z 2016 roku (choć mógł się on ukazać w dowolnym miejscu i momencie po 2010 roku): „Historia na usługach polityki i poglądów to nie historia, to czysta konfabulacja, która prowadzi donikąd. Jedno jest pewne – każdy system dyktatorski buduje swoją siłę na legendach. Tworzy je, wbija swoim obywatelom do głów, uzasadniając swoją rację, swoją prawdę, swoją niezłomność i wyższość. Hitler odwoływał się do mitów starogermańskich, wyższości rasy aryjskiej. Mussolini budował Wielkie Włochy, które miały być kontynuacją Imperium Rzymskiego. Co robi PiS? Wykorzystuje Lecha Kaczyńskiego, by oprzeć się na legendzie smoleńskiej i dorzuca do tego, ot tak, w pakiecie, Żołnierzy Wyklętych. To ma być podstawa nowej Polski. To mają być jej bohaterowie, których czczenie da przyzwolenie na wszystko, co wykombinuje poseł K. To ma być siła, wokół której zbiorą się prawdziwi, polscy patrioci i poprowadzą nas drogą do dyktatury.”

I choć w tym przypadku Lech Kaczyński nie jest podmiotem ataku, to został sprytnie wkomponowany w dyktatorską koncepcję państwa jego brata „posła K”.

 

„Newsweek” jak Senyszyn

 

Podobne teksty, z inaczej rozłożonymi akcentami, mniej czy bardziej złośliwe, agresywne, tendencyjne i nieprawdziwe można było przeczytać na przestrzeni ostatniej dekady w wielu tytułach, by wymienić tylko „Gazetę Wyborczą”, czy „Politykę”.

 

Przywołam jedynie niedawny materiał „Newsweeka” (1 marca br.) Znów wystarczy właściwie tytuł: „Zlikwidować święto <<żołnierzy wyklętych>> [pisownia oryginalna – małą literą]”: „Nieco ponad dziesięć lat temu, zimą 2010 roku, prezydent Lech Kaczyński powierzył młodemu podsekratarzowi stanu w swojej kancelarii, Andrzejowi Dudzie, specjalne zadanie. 1 marca, na rocznicę stracenia w 1951 roku w mokotowskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej przywódców IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, urzędnicy pałacu prezydenckiego złożyli w Sejmie projekt ustanawiający w Polsce nowe święto – „Narodowy dzień pamięci Żołnierzy Wyklętych”. Pomimo tragicznej śmierci prezydenta w katastrofie pod Smoleńskiem, zwolnienia Andrzeja Dudy z pracy w pałacu i zmiany władzy, projekt ustanawiający święto wyklętych nie doznał żadnego uszczerbku.” I może tekst nie byłby warty zauważenia, gdyby nie finał: „W tym roku po raz dziesiąty obchodzony jest <<narodowy dzień pamięci żołnierzy wyklętych>> [znów pisownia oryginalna]. Oby po raz ostatni”. To towarzyszka Senyszyn w wersji „Newsweekowej”.

 

O co w tym wszystkim chodzi? 1. Wyklinać dalej polskich żołnierzy niepodległości. 2. Niszczyć dorobek Lecha Kaczyńskiego.

 

Lech Kaczyński w Muzeum?

 

I na koniec przykład, jak śp. prezydenta RP można niszczyć „subtelniej”. Na portalu naszemiasto.pl, w marcu 2019 r. znalazłem taki oto kwiatek: „Lech Kaczyński w Muzeum Żołnierzy Wyklętych? Okazuje się, że dyrektor placówki złożył prośbę o przekazanie tabliczek m.in. z nazwiskiem zmarłego prezydenta do zbiorów muzeum”.

 

Po tym następuje cytat z dyrektora Muzeum Jacka Pawłowicza: „To już jest historia, te nazwy, te tablice – tutaj jest ich miejsce. Nie na śmietniku, nie w jakimś skupie złomu, tylko tutaj, w polskiej Golgocie”.

 

I dalej: „Podkreślał też (Jacek Pawłowicz), że do zbiorów miałyby trafić nie tylko tabliczki z nazwiskiem Lecha Kaczyńskiego, ale też innych „zdekomunizowanych” patronów ulic, którzy nie przeszli pomyślnie procesu sądowej weryfikacji”.

 

Oczywiście ulica Lecha Kaczyńskiego nie została w Warszawie zdekomunizowana – jak sugeruje tekścik – ale zrekomunizowana na prosowiecką Armię Ludową. Ale o to właśnie chodzi. Wyśmiać – na poważnie, czy nieco lżej – dorobek bodaj najlepszego prezydenta Rzeczpospolitej po 1989 roku. Wcale nie śmieszno, tylko straszno.

 

 Tadeusz Płużański

Polska na indeksie. Rzecz o wolności słowa – analiza ks. ARTURA STOPKI

Fakt, że coś wolno powiedzieć w przestrzeni publicznej wcale nie oznacza, że mamy do czynienia z wolnością słowa. Dotyczy to mediów w znacznie większym stopniu, niż się może wydawać.

 

W tegorocznej edycji Światowego Indeksu Wolności Prasy, ogłoszonego 21 kwietnia, Polska znalazła się na 62. miejscu, kontynuując trwającą od 2016 roku tendencję spadkową. Można się pocieszać, że siódma dziesiątka to nie jakaś tragicznie odległa pozycja, skoro ranking obejmuje 180 państw. Można się krzywić, że potraktowano nasz kraj niesprawiedliwie, umieszczając nas zbyt nisko albo zbyt wysoko. Można przytaczać rozmaite argumenty i przykłady dowodzące rozkwitu wolności słowa w Polsce w ostatnim roku lub wskazujące na coś dokładnie odwrotnego. Jednak najpierw warto się zastanowić, czym naprawdę jest wolność słowa. Co rozumiemy pod tym pojęciem?

 

Ale zawsze będę bronić waszej wolności, byście mogli mówić, co tylko chcecie” – powiedziała ambasador USA w Polsce na antenie jednej z telewizji. Czy tymi słowami wystąpiła w obronie wolności słowa w Polsce? Niekoniecznie. Choć być może taka była jej intencja i właśnie w ten sposób jej wypowiedź przez wielu zostanie odebrana. Jednak gdy się wsłuchać uważnie w cytowane zdanie, można dostrzec zawarte w nim odniesienie do czegoś, o czym 13 maja 1869 roku mówił na jednym z odczytów publicznych, urządzonych przez Komitet Stowarzyszenia Pomocy Naukowej w Paryżu, Cyprian Kamil Norwid. Genialny poeta ponad sto pięćdziesiąt lat temu wyraźnie rozróżniał dwie wolności: wolność słowa i wolność mówienia. Co więcej, zwracał uwagę, że zazwyczaj miesza się te dwa pojęcia i najczęściej „To, co nazywają wolnością słowa, jest dotąd wolnością mówienia, la liberté de dire…”. Norwid konstatował też rzecz oczywistą, że wolność mówienia, co się chce, jest atrybutem wolności osobistej.

 

Właśnie w tym kontekście, wolności jednostki, tworzone są zwykle rankingi oceniające w konkretnym miejscu na świecie poziom wolności słowa w mediach. W dodatku ta wolność jednostki też jest w określony sposób definiowana, w zależności od stojącej za nią koncepcji antropologicznych lub ideologii. Warto i trzeba o tym pamiętać. Świadomość stosowanego kryterium pozwala uniknąć wielu nieporozumień i rozczarowań. Pomaga też tonować emocjonalne reakcje na publikowane zestawienia.

 

Problem wolności słowa – także tej w mediach – sytuuje się na innym poziomie, niż kwestia wolności osobistych. Wyjaśniał to papież Jan Paweł II w Olsztynie 6 czerwca 1991 r. Zajął się tym tematem w kontekście ósmego przykazania Dekalogu. Wbrew dość rozpowszechnionemu przekonaniu, istotą tego przykazania nie jest zakaz kłamstwa. Jego istotą jest obrona prawdy. Papież Polak jednoznacznie wskazywał wtedy, że punktem odniesienia dla rzeczywistej wolności słowa jest prawda. To ona ją weryfikuje. Utworzenie takiego rankingu wolności słowa w mediach jest radykalnie trudniejsze niż tylko zbudowanie klasyfikacji na podstawie wolności mówienia.

 

To, co wtedy powiedział o wolności słowa Jan Paweł II nie wszystkim przypadało do gustu. Bo też przedstawił rzecz trudną. Stwierdził, że niewiele daje wolność mówienia, jeśli słowo wypowiadane nie jest wolne. „Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych – dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami” – wyjaśniał. Dodał, że niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swojego – być może błędnego, sprzecznego z prawdą, opartego na fałszu – stanowiska.

 

Zauważył też, że nawet słowa wyrażające prawdę, też mogą nie być wolne. Powiedział coś bardzo mocnego. Stwierdził, że słowa mogą czasem wyrażać prawdę w sposób dla niej samej poniżający. „Może się zdarzyć, że człowiek mówi jakąś prawdę po to, żeby uzasadnić swoje kłamstwo” – tłumaczył. Gdy czyta się dzisiaj, po prawie trzydziestu latach, tę wypowiedź naszego rodaka na Stolicy Piotrowej, jej aktualność szokuje. „Człowiek jest wolny, człowiek jest wolny także, ażeby mówić nieprawdę” – powiedział Jan Paweł II trzy dekady temu na ojczystej ziemi. Dziś brzmi to jak proroctwo. Ale też pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na doroczny Indeks Wolności Prasy. Zachęca do postawienia pytania, gdzie byłoby nasze miejsce wśród 180 krajów świata, gdyby istotnie kryterium zestawienia była prawda.

 

Papież nie miał wątpliwości, że słowo człowieka musi być wolne, musi wyrażać jego wewnętrzną wolność. Przekonywał, że nie można stosować środków przemocy, aby człowiekowi narzucać jakieś tezy. „Te środki przemocy mogą być takie, jakie znamy z przeszłości, ale w dzisiejszym świecie także i środki przekazu mogą stać się środkami przemocy, jeżeli stoi za nimi jakaś inna przemoc, niekoniecznie ta przemoc fizyczna. Jakaś inna przemoc, jakaś inna potęga” – przestrzegał Jan Paweł II. Prawie trzydzieści lat temu!

 

O. Maciej Zięba OP, komentując w jednym z wywiadów wskazania Papieża Polaka dotyczące wolności słowa, powiedział, że sama wolność wypowiedzi, wolność słowa nie wystarcza. Trzeba też umieć wziąć odpowiedzialność za wypowiadane przez siebie słowa. Nie chodzi tu o poddawanie się jakiejkolwiek formie cenzury lub autocenzury, lecz o gotowość do weryfikacji swoich wypowiedzi względem prawdy. Przy takiej próbie szybko może się okazać, że wolność mówienia wszystkiego, co się chce, wcale nie jest gwarantem faktycznej wolności słowa. Ci, którym rzeczywista wolność słowa przeszkadza i doskwiera, świetnie o tym wiedzą. Pozwalają mówić, co się chce, dbają jednak o to, aby trudne, a czasami wręcz niemożliwe było ustalenie, które z wypowiadanych słów niosą prawdę, a które kłamstwo. To o wiele gorsze niż jakakolwiek cenzura. I o wiele skuteczniejsze w ukrywaniu prawdy, w niszczeniu wolności słowa.

 

Wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa” – powiedział Jan Paweł II. Przekonujemy się o tym na własnej skórze w bardzo bolesny sposób. Niestety nie ma rankingu, który by nam to liczbowo i graficznie uświadamiał, umieszczając bliżej lub dalej od początku albo końca zestawienia. A szkoda.

 

Ks. Artur Stopka

Panie! Ale czy to jest skandal? – felieton SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Zdradzę Państwu jak czasem działają niektóre media. Zastrzegam, że jestem już w takim wieku, że raczej się uśmiecham, niż potępiam, ale nie bardzo potępiam, jak ktoś sobie potępia. Do rzeczy: jest materiał i redakcja ma do zagadnienia określony stosunek. Obojętnie jaki materiał, chodzi o mechanizm. Załóżmy, że redakcja uważa, że określona jakaś tam sprawa to skandal. Wysyła się reportera, którego zadaniem jest znaleźć człowieka, który powie, że to skandal. I błąka się taki reporter po świecie i pyta różnych ludzi o zagadnienie. No i on włącza kamerę, a rozmówca odpowiadając na zagadnienie dokonuje analizy wnioskując niestety niejednoznacznie. Nasz reporter idzie do kilku innych rozmówców na świecie i uzyskuje podobne odpowiedzi. Wraca dumny do redakcji i pokazuje szefowi. Szef ogląda, łapie się za twarzoczaszkę głośno artykułując opr: „Czyś ty przypadkiem młody reporterze nie pił płynu do dezynfekcji rąk? Cóżeś śmiał mi przynieść? Skąd ci biedni ludzie mają wiedzieć, że to jest skandal? Wywalaj mi z tym!”. Młodziak stremowany, ale trochę bezczelny pyta: „Ale skąd mam wziąć kogoś kto powie, że skandal, jak to żaden tam skandal?” Bogaty w życie redaktor świdrując oczami młodziaka cedzi: „Do Romualda Augustyniaka pójdziesz na ulicę Okrzeszei 187, weź puder, bo Romuald miewa twarz zanadto czerwoną. Następnie zadasz mu pytanie: „Panie, czy to skandal?” i żebyś miał włączoną kamerę”.

 

Uważam, że zagadnienie, czy jest w Polsce wolność prasy, jest zagadnieniem ważnym. Rozmawiam z ludźmi prywatnie między innymi na ten temat i oni mi mówią niejednoznacznie, „no wiesz, są różne stacje i różne gazety i one mają różne punkty widzenia i w swoich przekazach dziennikarze często są nieobiektywni, albo nawet nieuczciwi w tę stronę, albo w drugą stronę i jak sobie człowiek chce wyrobić pogląd to musi i tych przeczytać i tamtych obejrzeć. A generalnie to po nazwisku już właściwie wiadomo, co kto powie”. A ja ich pytam: „Ale wolno im tak mówić, że co chcą?”. A społeczeństwo mi na to: „No wiesz, w jednych miejscach to im wolno mówić tylko jedno, a w innych miejscach to tylko coś innego, ale w sumie, każdy gada co chce”.

 

Reporterzy bez Granic to taka międzynarodowa organizacja. Co roku robi Ranking Wolności Prasy. Polska od czasów rządów PiS spada w tych rankingach i aktualnie, jak opublikowano, jest na 62, czyli niskiej, pozycji. Rankingi przeprowadza się rozsyłając ankiety do dziennikarzy, dodać trzeba wybranych dziennikarzy. Podobno od jakiegoś czasu duża ich część trafia do Romualda Augustyniaka z ulicy Okrzei 187. Nie uważam tego wcale za skandal. Uważam, że jest to element wolnego świata z zabawnie błyszczącym pluralizmem.

 

Sławomir Jastrzębowski 

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

 

Jaka „Gazeta”, taki ranking – komentarz TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

Rozbawił mnie raport organizacji „Reporterzy bez Granic” mówiący o pogorszeniu się stanu wolności mediów w Polsce. Szczególnie w punkcie, który wymienia „Gazetę Wyborczą” jako medium wyjątkowo represjonowane. Bo na przestrzeni lat pamiętam szereg procesów, jakie w związku z wolnością słowa wytaczała… „Gazeta Wyborcza”.

 

Moje rozbawienie wynika jednak przede wszystkim z autopsji. Z wielu przypadków, jakie miałem z rzeczoną gazetą, opiszę jeden – moim zdaniem najbardziej smaczny.

 

Rzecz miała miejsce w 2013 roku. Wówczas organ Adama Michnika przytoczył mój apel opublikowany w „Super Expressie” do prezydenta RP (a był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu żołnierzy niezłomnych, ekshumowanych i identyfikowanych przez IPN na „Łączce” Powązek Wojskowych. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na Placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz.

 

Już nie wspomnę, że „Wyborcza” przytoczyła mój apel na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną. A ona była ogólnopolska, tak jak ogólnopolscy byli nasi bohaterowie walczący z komuną. Problem był jednak poważniejszy.

 

Dziennikarz „GW” napisał: „Apel poparły prawicowe portale. Rozpoczęły zbiórkę podpisów. Prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz odpowiedział, że pogrzeb odbędzie się w przyszłym roku według scenariusza, który planuje Bronisław Komorowski: z ceremoniałem wojskowym”. Była to tylko część prawdy, bo prof. Nałęcz przede wszystkim poparł mój apel opublikowany w „Super Expressie”.

 

I teraz będzie najlepsze. Przeczytałem w „Wyborczej”, że „według rzecznika IPN Andrzeja Arseniuka mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważa za niepotrzebną”. Rozmawiałem potem z rzecznikiem Arseniukiem, który nie krył oburzenia: „Z dziennikarzem <<GW>> nie rozmawiałem o pana apelu, nie mogłem więc powiedzieć, że akcję uważam za niepotrzebną” – zapewniał mnie i dodawał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję. Przepraszam za to całe zamieszanie”. Rzecznik IPN dodawał, że „Wyborcza” obiecała opublikować jego wyjaśnienie. Tak się jednak nie stało.

 

Żeby kontestować pogrzeb na „Łączce” (czy dlatego, że w tamtejszych dołach śmierci znalazły się ofiary zbrodniczego sędziego Stefana Michnika?) „Wyborcza” wykorzystywała jeszcze inne słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły”. Musiały być znowu „zmodyfikowane”, bo przełożony Andrzeja Arseniuka, prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił zupełnie co innego: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu”.

 

I jeszcze w skrócie, moje wcześniejsze doświadczenie z „Gazetą Wyborczą”. Kiedy w 1999 roku pracowałem w „Życiu Warszawy” i omawiałem zasadność ekstradycji Heleny Wolińskiej-Brus z Wielkiej Brytanii do Polski, Marek Beylin z „GW” nazwał to wstrętną pomarcową propagandą. Odpisałem, że chyba cofnął się do 1956 r., bo wtedy krwawa prokurator dostała ciężkie zarzuty od ekipy Gomułki, tyle że za swoje zbrodnie (podobnie jak inni zbrodniczy towarzysze) nigdy nie odpowiedziała.

 

Tak, tak. To ten sam Marek Beylin, który teraz napisał, że „udział w łże-wyborach grozi śmiercią” i że przestrzeganie konstytucyjnego – majowego terminu prezydenckiej elekcji to „zamach stanu”.

 

I tacy dziennikarze i ich gazety są, jak można domniemywać, informatorami „Reporterów Bez Granic” walnie przyczyniając się do powstawania „wolnościowych” raportów. Przepraszam – sygnalistami – bo tak to się chyba dziś nazywa.

 

Tadeusz Płużański

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

 

Paranoje ankietowanych – WOJCIECH POKORA o rankingu „Reporterów bez Granic”

Polska spadła na 62. miejsce w rankingu wolności prasy Reporterów bez Granic „World Press Freedom Index 2020”. To najniższa pozycja w Polski w tym rankingu. A prowadzony on jest od 2002 roku. To bardzo ważne, bo zarzuty, które dziś ankietowani stawiają Polsce (ranking powstaje na podstawie kwestionariuszy, które wypełniają wybrani eksperci. Raczej nie ze wszystkich środowisk dziennikarskich) nie są zarzutami, które pojawiły się po raz pierwszy. Jednak pierwszy raz spowodowały taki spadek naszego kraju w rankingu. Triumfalizm niektórych środowisk przy tej okazji, bardzo dziwi, bowiem nie ma się z czego tak naprawdę cieszyć. Oczernianie własnego kraju ze względu na własne partykularne interesy zawsze boli. I stawiam ten zarzut w pełni świadomie.

 

Czytam omówienie rankingu w „Gazecie Wyborczej”, bo wydaje mi się, że może być najlepiej poinformowana, jakie zarzuty zaważyły na pozycji naszego kraju. Czytam pierwszy z nich:

 

Niektóre sądy stosują art. 212 Kodeksu karnego, który zezwala na zastosowanie wobec dziennikarzy kary za zniesławienie do jednego roku więzienia. (…) Nawet jeśli sądy zwykle zadowalają się grzywnami dla dziennikarzy, stosowanie art. 212 skłania niezależne media do autocenzury – piszą autorzy rankingu i podają przykład »Gazet Wyborczej«, jako medium, którego te procesy dotyczą najczęściej”.

 

I sobie przypominam, że faktycznie, zarzuty pozywania z art. 212 Kodeksu karnego dotyczą w dużej mierze „Gazety Wyborczej” i nie jest to wcale nowa sprawa. Cofnijmy się kilka lat. Przede wszystkim zacznę od listu Jana Krzysztofa Kelusa do Adama Michnika z 2012 roku. Kelus – współtwórca Komitetu Obrony Robotników, opozycjonista napisał do Michnika tak: „Pozywając swych krytyków, zastraszasz potencjalnych polemistów, działasz przeciwko wolności słowa i ograniczasz swobodę debaty publicznej”, i dalej: „W czasach, gdy graliśmy w jednej drużynie, naszym adwersarzem w rozgrywce o wolność słowa był urząd Cenzury na ul. Mysiej. Urząd zniknął, do czego w pewnej mierze obaj się przyczyniliśmy. Czy zależy Ci na tym, żeby Twoje pozwy sądowe go zastąpiły? I czy zdajesz sobie sprawę z tego, że w pewnej mierze już to się stało, skoro Sędzia Agnieszka Matlak w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej orzekła, iż »negatywne treści na temat Adama Michnika redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” oraz wydawcy tej gazety Agory S.A. są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego« (wyrok z dnia 26 września 2005; sygn. III C 1225)”. Kelus zareagował na pozew Adama Michnika przeciwko Rafałowi Ziemkiewiczowi, ale to nie był pierwszy taki pozew ze strony Michnika: „W zasadzie powinienem to zrobić znacznie wcześniej, gdyż każda z pozywanych przez Ciebie osób zasługiwała na okazanie z nią solidarności. Nie musiała w mojej ocenie mieć racji, wystarczyło, iż była osobą, której próbowałeś swym pozwem kneblować usta. (…) Moja bierność zaczęła mnie jednak coraz bardziej uwierać, a po zapoznaniu się z treścią ostatniego z tych pozwów, pełnego inwektyw i pomówień, dalsza bierna postawa wobec Twej aktywności pozwo-twórczej wydała mi się czymś wręcz nieprzyzwoitym”.

A aktywność pozwo-twórcza była wówczas imponująca. Oto kilka przykładów znalezionych na szybko w internecie. Sądzę, że nie wyczerpują tematu:

 

1. V 2005, Roman Giertych, poseł na Sejm – W czasie publicznej debaty w krakowskim klubie Rzeczpospolitej nazwał Adama Michnika „byłym partyjnym aparatczykiem”.

 

2. VII 2007, Jarosław Gowin, senator RP – W wywiadzie dla „Dziennika” stwierdził: „Pamiętam, jak wiele lat temu za poparcie idei lustracji zostałem przez Michnika nazwany faszystą”.

 

3. X 2008, Instytut Pamięci Narodowej – W publikacji IPN zatytułowanej „Marzec 1968 w dokumentach MSW” o ojcu Adama Michnika, Ozjaszu Szechterze napisano, że w 1934 roku był „aresztowany i skazany za szpiegostwo na rzecz ZSRR”.

 

4. Słowa będące przedmiotem pozwu padły w 2005 r., proces zakończony ugodą miał miejsce w 2006 r., Anna Jarucka, była asystentka Włodzimierza Cimoszewicza – Zgodnie z informacjami przedstawianymi w prasie oraz przez Polską Agencję Prasową pozew dotyczył przypisania Michnikowi udziału w „grupie trzymającej władzę” oraz stwierdzenia, że „Gazeta Wyborcza” „była dyspozycyjna”. Słowa te znalazły się w zacytowanych niżej wypowiedziach Anny Jaruckiej: „z przykrością muszę stwierdzić, że po 16 latach przemian nadal nie żyjemy w demokratycznym państwie, tylko żyjemy w państwie totalitarnym, w którym teraz kolejna grupa trzymająca władzę – i moim zdaniem jest to Cimoszewicz, Barcikowski, Michnik – realizuje własny scenariusz obsadzenia stanowiska prezydenta Rzeczypospolitej”. „Pan marszałek i dyspozycyjna wobec niego gazeta [Gazeta Wyborcza], której redaktor naczelny [Adam Michnik] był zawsze na Szucha częstym gościem, zrobili wszystko, żebym ja tutaj dzisiaj stanęła jako osoba niewiarygodna, jako osoba niezrównoważona psychicznie”.

 

5. Październik 2007, Robert Krasowski, redaktor naczelny „Dziennika” – W artykule „O rycerzach lustracyjnej wojny”, opublikowanym w „Dzienniku”, padło stwierdzenie: „Michnik poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych ubeków, wikłając się w wojnę, w której z roku na rok tylko tracił”.

 

6. Wezwane przedsądowe – 2007/2008, Andrzej Nowak, redaktor naczelny dwumiesięcznika „Arcana” – W wywiadzie dla „Dziennika” stwierdził: „Z mojej perspektywy pominięta została w pańskiej diagnozie bardzo ważna część rzeczywistości: niezwykle silna presja mediów, które – na czele z Michnikową Wyborczą – wmawiały innym mediom i polskiej szkole (a za ich pośrednictwem setkom tysięcy młodych wkraczających w życie Polaków), że polskość to nie jest ofiara, tylko oprawca, polskość to jest coś, czego trzeba się wstydzić i od czego trzeba się odciąć”.

 

7. 12 października 2005, Jerzy Targalski (Józef Darski), Tomasz Sakiewicz, p.o. redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” oraz wydawca tego czasopisma Zarząd Niezależnego Wydawnictwa Polskiego Sp. z o.o. – W artykule „Gry i zabawy Ubekistanu” opublikowanym w „Gazecie Polskiej” stwierdził: „Oczywiście można powiedzieć, że redaktor Michnik w niespodziewanym napadzie uczciwości postanowił zlikwidować w Polsce korupcję, którą poprzednio usprawiedliwiał jeśli korzystali na niej komuniści”.

 

8. IX 2006, Wojciech Wierzejski, poseł na Sejm – We wrześniu 2006 r. Wierzejski powiedział w programie „Teraz My” w telewizji TVN, że: „Michnik – jako członek KOR – był częścią „koncesjonowanej opozycji’, bo wcześniej był w PZPR, a potem się z tą partią „dogadał”.

 

9. XII 2001, Rafał Ziemkiewicz, dziennikarz – Napisał w „Życiu” w artykule z 14.11.2001, że „Michnik wmawiał nam uparcie – gdy leżało to w interesie jego formacji – że nic w tym złego, jeśli były konfident SB jest ministrem, dyplomatą i posłem”.

 

10. 2006, Ziemkiewicz, dziennikarz, wydawca „Newsweeka” Axel Springer – W tekście „Nie nadążam” opublikowanym przez „Newsweek” 18.09.2005 Ziemkiewicz napisał: „Adam Michnik robił wszystko, abyśmy nawet nie poznali nazwisk komunistycznych zbrodniarzy”.

 

11. 26 III 2007 – wezwanie przedsądowe, 27 IV 2007 – pozew, Andrzej Zybertowicz, profesor UMK – W artykule opublikowanym w „Rzeczpospolitej” napisał: „Adam Michnik wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację”.

 

12. 17 III 2008 – pozew Andrzej Zybertowicz, doradca Prezydenta RP – W wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej” stwierdził: „Swoją drogą to ciekawe, kto mnie dotychczas pozwał do sądu: dwóch agentów i jeden ich zaciekły obrońca”

 

13. 30.IV.2003, Ad Novum Sp. zo.o., wydawca dziennika „Trybuna” – Brak cytatu. Według informacji z „Rzeczpospolitej”: „Trybuna sugerowała, że Agora niezgodnie z prawem odsprzedała swoje udziały w Canal+ oraz, że była winna Lwu Rywinowi pieniądze”.

 

14. V 2002, Andrzej Lepper, poseł na Sejm – Chodzi m.in. o wypowiedź z sejmowej trybuny: „Weźmy pana Michnika i Agorę. Przecież to jest tak wszystko pomieszane, są spółki, spółeczki, a pan Michnik za 2000 r. – o czym też piszę w książce – dostał ulgę podatkową w wysokości tylko 1800 mln zł, gdy w tym roku Wysoka Izba głosami lewej strony i PSL zatwierdziła zabranie emerytom, rencistom, studentom dopłaty do biletów, obniżyła zasiłki porodowe, skróciła urlopy macierzyńskie, zabrała opiekuńcze, tłumacząc, że w ten sposób zaoszczędzi się 1 mld zł. Magnat prasowy Michnik dostaje ulgę w wysokości prawie 2 mld zł, a emerytom, rencistom i biednym zabiera się 1 mld zł, bo to ma być oszczędność”.

 

15. IX 2007, Jarosław Kaczyński, Prezes Rady Ministrów – „Państwo chyba nie czytają Gazety Wyborczej. To, co się tam wyprawia, to Trybuna Ludu z 1953 r. Atak na nas przekracza wszelką miarę. Barańskiego (Marek Barański, dziennikarz TVP w PRL, później w „NIE” i „Trybunie” – red.) potrafią zostawić w tyle. Agora nie może nie mieć związków z oligarchią, jeżeli jest wydawnictwem na dużą skalę, a w Polsce gospodarka w niemałej części jest w rękach postkomunistycznych oligarchów. I w związku z tym zamówienia na ogłoszenia, reklamy, promocje są w ich rękach”.

 

16. 2005, Teresa Kuczyńska, Jerzy Kłosiński – redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” oraz jego wydawca – spółka TYSOL – Teresa Kuczyńska w sierpniu 2005 r. w tekście „To była nagonka” opublikowanym w Tygodniku Solidarność napisała, że „GW woła o inwigilację ugrupowań prawicowych, o delegalizację ich partii”.

 

17. IV – XI 2005, Antoni Macierewicz, poseł na Sejm, członek komisji śledczej – Według „Gazety Wyborczej”: „Macierewicz na konferencji prasowej cytował fragmenty pisma Czyżewskiego: »W procesie budowy i finansowania nowej siedziby Agory były zaangażowane firmy należące do grupy J. Kułakowskiego i A. Grochulskiego zarejestrowane w Wiedniu. (…) Przez jedną z tych spółek formalnie budowlanych (jej nazwa brzmiała Wera GmbH) przepłynęły znaczne pieniądze na rzecz Agory. Zasłoną do tej operacji był proces uczestniczenia tej spółki w budowie siedziby imperium pana Michnika«. A od siebie Macierewicz dodał: »To jest przez świadka pokazane jako mechanizm związków korupcyjno-mafijnych«. Andrzej Grochulski kierował kilka lat temu szczecińską spółką BGM Petrotrade Poland, której wspólnikom prokuratura zarzuca pranie brudnych pieniędzy i oszustwa podatkowe na 280 mln zł. Inni posłowie z komisji opowieści Czyżewskiego o powiązaniach mafii paliwowej z prokuratorami, służbami specjalnymi i mediami traktowali wstrzemięźliwie. Macierewicz ocenił, że »zeznania Czyżewskiego uzyskały zasadnicze potwierdzenie w innych źródłach dowodowych«”.

 

18. 21 IX 2010 – wezwanie przedsądowe, Jarosław Marek Rymkiewicz, profesor nauk filologicznych – W komentarzu dla „Gazety Polskiej” w artykule Pamięć i Krzyż z 11 sierpnia 2010 roku miał stwierdzić o redaktorach „Gazety Wyborczej”: „rodzice czy dziadkowie wielu z nich byli członkami tej organizacji, która była skażona duchem ‘luksemburgizmu’, a więc ufundowana na nienawiści do Polski i Polaków. Tych redaktorów wychowano tak, że muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża. Uważam, że ludzie ci są godni współczucia – polscy katolicy powinni się za nich modlić”, nazwał ich: „duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski”, zauważył też, że „Polacy, stając przy nim [krzyżu na przed Pałacem Prezydenckim], mówią, że chcą pozostać Polakami. To właśnie budzi teraz taką wściekłość, taki gniew, taką nienawiść – na przykład w redaktorach »Gazety Wyborczej«, którzy pragną, żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami”

 

Pierwsza rozprawa (17 III 2011) miała charakter pojednawczy stron, do ugody nie doszło. Następną rozprawę wyznaczono na dzień 7 lipca 2011 roku. Wyrok ogłoszono 21 lipca 2011
roku.

 

19. 2006 Zbigniew Wasserman, minister koordynator ds. służb specjalnych – Według „Gazety Wyborczej”: „Były minister koordynator ds. służb specjalnych w styczniu 2006 r. zarzucał Gazecie, że toczy „zawziętą wojnę w celu ochrony układu ludzi władzy, biznesu, mafii i służb specjalnych” oraz że „działania i praktyki »Gazety Wyborczej« wskazują na instrumentalną manipulację polityczną”.

 

20. Wrzesień 2011. – Agora S.A. kontra Antoni Klusik o naruszenie dóbr osobistych za nazwanie „Gazety Wyborczej” „organizacją przestępczą i wrogą naszej cywilizacji”.

 

Tu nawet nie ma dekady. Rozumiem, że wówczas Polska mogła szybować w rankingach wolności prasy, a autorzy rankingu woleli nie podawać przykładu „Gazety Wyborczej”, „jako medium, którego te procesy dotyczą najczęściej”. Jakoś im się nie dziwię. Ówczesna aktywność pozwo-twórcza naczelnego tej gazety była bowiem imponująca. Mogliby się z rozpędu załapać.

 

W tegorocznym raporcie znalazły się jeszcze takie zarzuty jak ten, że polskie media publiczne „zostały przekształcone w tubę propagandową rządu”, a „ich szefowie nie tolerują sprzeciwu oraz neutralności ze strony pracowników i zwalniają tych, którzy nie chcą się podporządkować” oraz, że  „rządowe przemówienia i wiadomości pełne nienawiści stały się powszechne w mediach publicznych”.

 

Czytam te zarzuty i zastanawiam się, czy to możliwe, żeby ankietowaną w tym rankingu była europosłanka Sylwia Spurek? Ten styl i ekstremizm podpowiada mi, że to możliwe, jednak intuicja mówi, że gdyby to była ona, to spadlibyśmy na samo dno rankingu. Za brak Gucwińskich na antenie TVP. A wiadomo, czyja to wina, że już ich nie ma.

 

Wojciech Pokora

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w 2020 r. zawartej w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF). Po raz piaty z rzędu zostało obniżone miejsce Polski w tym rankingu, a według niego poziom wolności mediów w naszym kraju jest obecnie najniższy w historii. Jest to ocena nierzetelna i krzywdząca dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki jest w naszym kraju.

 

W tym roku w światowym indeksie wolności prasy 2020 Polska zajęła 62 miejsce (na 180 ocenianych państw). Raport został opublikowany 21 kwietnia 2020 r. W tym zestawieniu po raz kolejny obniżono Polsce tzw. wskaźnik wolności prasy, tym razem o 3 pozycje w odniesieniu do roku 2019. W realizacji zasady wolności słowa demokratycznego państwa wyprzedziły nasz kraj m.in. : Armenia, Gruzja, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Niger, Mauritius, Madagaskar, Tonga, Senegal, Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa. W Europie Środkowo – Wschodniej gorzej wypadły tylko Węgry oraz Ukraina. Od roku 2015 r. w rankingu organizacji Reporterzy bez Granic Polska jest systematycznie umieszczana coraz niżej. W 2016 roku spadła z 18. na 47. miejsce, rok później na 54., w 2018 na 58., a w 2019 r. umieszczono nasz kraj na 59. miejscu. Wg autorów „Raportu” Polska znajduje się „w grupie państw, w których występują wyraźne problemy z poszanowaniem wolności prasy”. W tej samej grupie jest m.in. Mongolia, Etiopia i Kirgistan.

 

CMWP SDP podkreśla, iż jest to ocena nierzetelna i krzywdząca dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki jest w naszym kraju. System prasowy w Polsce zabezpiecza wolność mediów w sposób wystarczający i analogiczny, jak w krajach o ugruntowanej demokracji. Spadek Polski w ogólnoświatowym rankingu wolności mediów aż o 44 miejsca w stosunku do „Raportu” z roku 2015 r. w ocenie CMWP SDP jest absolutnie niezrozumiały i nieuzasadniony.

 

Autorzy „Raportu” po raz kolejny w swoim opracowaniu uwzględniają jedynie te argumenty, które uzasadniają postawioną z góry tezę o niskim poziomie wolności słowa w Polsce, a pomijają te, które mogą tej tezie zaprzeczyć. Dobór tych argumentów świadczy także o polityzacji stosowanych przez organizację kryteriów oceny poziomu wolności prasy. W ten sposób Raport staje się narzędziem w konfrontacji opcji politycznych w naszej części Europy, opowiadając się jednoznacznie po jednej stronie sporu politycznego, w Polsce – po stronie przeciwników aktualnie rządzącego obozu politycznego. Nie jest to ani rzetelna, ani wiarygodna ocena stanu wolności mediów w naszym kraju.

 

Przykładowo w uzasadnieniu tegorocznego spadku w rankingu wskazano m.in., iż podejmowane przez obecny rząd próby kontroli systemu wymiaru sprawiedliwości zaczynają mieć wpływ na wolność wypowiedzi w niezależnych mediachnie podano jednak żadnych przykładów mogących uzasadnić tę radykalną tezę. W Raporcie napisano także, iż w Polsce rosną sankcje wobec prasy w sprawach o zniesławienie. Niektóre sądy stosują obecnie art. 212 Kodeksu karnego, który zezwala na zastosowanie wobec dziennikarzy kary za zniesławienie do jednego roku więzienia, podczas gdy kodeks cywilny posiada wszelkie niezbędne środki do ochrony obywateli przed sprawami potencjalnego, publicznego zniesławienia. Nawet jeśli w przeważającej części sprawiedliwe jest ukaranie grzywną dziennikarza, stosowanie art. 212 Kodeksu karnego zachęca do autocenzury w niezależnych mediach – stwierdza organizacja. Zupełnie pominięto przy tym fakt, iż wskazany przepis w Kodeksie karnym jest pozostałością sytemu komunistycznego, a w obowiązującym brzmieniu i numeracji jest w kodeksie karnym od 1997 r. Warto podkreślić przy tym, iż obecne władze w Polsce, nowelizując Kodeks karny, zmniejszyły karę grożącą skazanemu z w/w artykułu (z dwóch lat do jednego roku).

 

Wg autorów rankingu w Polsce „Gazeta Wyborcza” pozostaje głównym celem ataków rządowych i sądowych”, a „rządowe przemówienia i wiadomości pełne nienawiści stały się powszechne w mediach publicznych, teraz przekształconych w rzecznika propagandy rządowej”, a „ich nowi przywódcy (tzn. mediów publicznych- przyp. red.) nie tolerują ani sprzeciwu, ani neutralności i zwalniają pracowników, którzy się opierają”. Tymczasem nie podano żadnych przykładów uzasadniających te tezy, nie przedstawiono danych liczbowych ani opisu faktów. Raport zupełnie pomija ogromną różnorodność mediów w Polsce, ich swobodne funkcjonowanie we wszystkich sektorach i nieskrępowane prowadzenie biznesu przez firmy i koncerny medialne, w tym zagraniczne.

 

CMWP SDP pragnie więc podkreślić, iż w ten sposób „Raport” organizacji Reporterzy bez Granic staje się źródłem mylnych ocen realnej sytuacji na rynku mediów w Polsce dla wszystkich jego odbiorców, zarówno w Europie, jak i na świecie. Dlatego CMWP SDP apeluje do dziennikarzy o ostrożność i rzetelność przy cytowaniu wniosków zawartych w tym Raporcie oraz przestrzega przed ich uogólnianiem w mediach ze względu niewielki i subiektywnie wyselekcjonowany materiał badawczy, jaki poddano analizie oraz brak obiektywizmu i rzetelności przy jego ocenie.

 

Reporterzy bez Granic  (fr. Reporters Sans Frontières, RSF, ang. Reporters Without Borders, RWB) to międzynarodowa organizacja pozarządowa, propagująca i monitorująca wolność prasy na całym świecie, założona we Francji w 1985 r. Ranking wolności prasy jest przygotowywany przez nią od 2002 roku. Aktualnie opiera się na analizie ankiet wysyłanych do wybranych przez RWB przedstawicieli mediów w 180 krajach wymienionych w rankingu. Nie ma wśród nich przedstawicieli najliczniejszej i najstarszej organizacji dziennikarzy w Polsce – Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ani przedstawiciela Centrum Monitoringu Wolności Prasy, organu SDP, którego zadaniem jest m.in. publiczne zajmowanie stanowiska i udzielanie pomocy dziennikarzom w przypadkach zagrożenia wolności słowa.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa, 22 kwietnia 2020 r.

 

Link do raportu tutaj.