Duch Stalina – TADEUSZ PŁUŻANSKI o manipulacjach wokół zakończenia II wojny światowej

Większość mediów w Polsce – od prawej strony do lewej – zgadza się, że w maju 1945 r. zakończyła się w Europie II wojna światowa. Schody – również medialne – zaczynają się przy ocenie tego, co było potem. Czy Polska była suwerenna, czy okupowana przez Sowietów. I może w takim razie ład pojałtański pożegnaliśmy dopiero w 1989 r., albo jeszcze później?

 

W tym miejscu krótkie przypomnienie – koniec wojny ogłoszono 8 maja 1945 r. o godz. 15.00. Dzień wcześniej, 7 maja, Niemcy podpisały kapitulację we francuskim Reims, w obecności przedstawicieli Wielkiej Brytanii, Francji i ZSRS. Rosjanie zażądali jednak od Niemiec osobnego podpisania kapitulacji. Nastąpiło to w Berlinie ok. północy z 8 na 9 maja.

 

„Życie Warszawy” w wydaniu nadzwyczajnym krzyczało tytułem: „Niemcy skapitulowały!” Dalej, w nagłówku, można było przeczytać: „Po 2077 dniach najkrwawszej w dziejach świata wojny. Wczoraj o godzinie 23.01 padł rozkaz przerwania działań wojennych w Europie, na morzu, lądzie i w powietrzu”.

 

Polska pozostała wierna sowieckiej wersji aż do… 2015 r., bo dopiero wtedy parlament RP przegłosował przesunięcie tego dnia na 8 maja. Ale czy w ogóle świętowanie Dnia Zwycięstwa ma sens?

 

Dukaczewski dla „Wyborczej”

 

Przypominam sobie 8 maja 2000 r., moment znamienny, skutkujący do dziś. Wtedy bowiem, w rocznicę zakończenia wojny, po przemówieniu Aleksandra Kwaśniewskiego miał wystąpić prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz (walczący z Niemcami i Sowietami żołnierz AK i WiN). Nie wystąpił, bo Kancelarii Prezydenta (a oficjalnie innym organizacjom kombatanckim) nie spodobało się przemówienie reprezentanta AK-owców.

 

„Gazeta Wyborcza” odnotowała skandal średniej wielkości zdjęciem, przedstawiającym dwójkę uśmiechniętych kombatantów (kobietę i mężczyznę), obwieszonych orderami (głównie sowieckimi, kobieta miała ich ponad 20, mężczyzna chyba koło 40-tki). W niewielkiej informacji poniżej dziennikarz wyraził żal, że „obchody miały być manifestacją jedności ruchu kombatanckiego. Nie były”, a dalej, że „zbojkotował je Światowy Związek Żołnierzy AK”, co było tylko częścią prawdy, a właściwie konsekwencją politycznego (czytaj: komunistycznego) kłamstwa. Bo „Wyborcza” cytowała dalej Marka Dukaczewskiego (tak, tak, tego Dukaczewskiego z WSI, wówczas ministra u prezydenta Kwaśniewskiego), który nie widział problemu w odsunięciu od uroczystości przedstawicieli ŚZŻAK, bo „w uroczystości brali udział b. żołnierze AK z innych związków kombatanckich”. Dukaczewski „zapomniał” powiedzieć, że to związki post-zbowidowskie, czyli post-komunistyczne. Wśród nich: Związek Kombatantów RP, Związek Żołnierzy LWP, Związek Oficerów WP. Dukaczewski był znany z tego, że to ich działania gloryfikował, a szczególnie zbrojnego ramienia komunistów: Armii Ludowej. A dziennikarz „GW” nie ciągnął tematu, bo i po co.

 

Koniec wojny nie nastąpił

 

Co się nie spodobało w przemówieniu płk Karolkiewicza? Informował o tym „Dziennik Polski” z 9 maja 2000 r. Przypominanie sowiecko-niemieckiego paktu z 1939 r. Akcji „Burza” i Powstania Warszawskiego. W końcu – co najbardziej musiało boleć towarzyszy KwaśniewskiegoDukaczewskiego – słowa prawdy o fałszowaniu historii w PRL, stalinowskich represjach, procesie 16-tu, katowniach UB i NKWD, Archipelagu Gułag, tragicznej walce i ofierze żołnierzy II konspiracji niepodległościowej.

 

I teraz sprawa kluczowa dla naszych rozważań. Bo ten sam „Dziennik Polski” cytował opinię płk Stanisława Karolkiewicza o tym, że prawdziwy koniec wojny nie nastąpił ani 8, ani 9 maja 1945 r. Nie nastąpił nawet w 1989 r., razem z obaleniem komunizmu. Ani w 1993 r., kiedy z Polski wyjechały ostatnie okupujące nasze ziemie wojska rosyjskie. Prawdziwy koniec wojny – w opinii prawdziwego polskiego kombatanta – tożsamy z Dniem Zwycięstwa, nastąpi dopiero wtedy, gdy przywódcy Rosji ujawnią i potępią wszystkie zbrodnie komunizmu i napiętnują ich sprawców.

 

A Światowy Związek Żołnierzy AK „zbojkotował uroczystości” (jak tego chciała „Gazeta Wyborcza”) dopiero po odrzuceniu ich przemówienia przez organizatorów, aby swoją obecnością na Placu Piłsudskiego nie firmować fałszowania historii.

 

Co zrobi Stalin

 

Nietypowo jak na siebie w tamtych czasach zachowała się publiczna TVP zarządzana przez lewicę, a konkretnie Roberta Kwiatkowskiego. 9 maja 2000 r., po nowej produkcji Izabeli Cywińskiej – filmie „Cud Purymowy” (o Polaku-antysemicie, który dowiedział się, że jest Żydem), pokazała dokument o zakończeniu wojny. Kombatanci opowiadali w nim nie tylko o radości z pokonania Niemców, ale również o strachu przed Sowietami. Niektórzy pamiętali wejście Armii Czerwonej w 1939 r., inni w maju 1945 r. siedzieli w sowieckich łagrach, jeszcze inni rozbijali ubeckie więzienia. Co zastanawiające, film był podobny w treści do zablokowanego przemówienia prezesa ŚZŻAK. A może po prostu dały o sobie znać podziały na lewicy?

 

Podobnie zresztą komuniści byli podzieleni 8 maja 1945 r. Wtedy zebrała się stworzona przez nich Krajowa Rada Narodowa. „Marszałek” Michał Rola-Żymierski mówił, że to właśnie 8 maja powinien być uznany za dzień zakończenia wojny, a przesunięcie daty na 9, czy 10 maja będzie historycznym błędem. Inni członkowie KRN, z Bierutem na czele, stwierdzili jednak, że należy poczekać, co zrobi tow. Stalin. Generalissimus postanowił: 9 maja i ten dzień był przez cały PRL obchodzony (oczywiście tylko oficjalnie) jako Dzień Zwycięstwa. To kolejny dowód na to, jak rodzimi komuniści byli podporządkowani Moskwie.

 

„Życie Warszawy” przywoływało artykuł 1 dekretu KRN: „Celem upamiętnienia po wsze czasy zwycięstwa Narodu Polskiego i Jego Wielkich Sprzymierzeńców nad najeźdźcą germańskim, demokracji nad hitleryzmem i faszyzmem, wolności i sprawiedliwości nad niewolą i gwałtem – dzień 9 maja, jako dzień zakończenia działań wojennych, stanowić będzie Narodowe Święto Zwycięstwa i Wolności”.

 

Maj 1945 a walka Wyklętych

 

I to podporządkowanie Moskwie pozostało. Mimo symbolicznego przeniesienia Dnia Zwycięstwa z 9 na 8 maja, duch Stalina, Bieruta, a potem KwaśniewskiegoDukaczewskiego wciąż trwa, unosi się nad Polską. Dlatego do dziś w wielu mediach umniejsza się zbrodnie sowieckie (pisałem o tym w tekście dla portalu sdp.pl „Kto fałszuje prawdę o Katyniu, 8 kwietnia 2020). Dlatego też z wielkim zapałem opluwa się tych, którzy walczyli po 1945 r., bo jeśli wojna się skończyła, i nastał czas pokoju, to po lasach chowali się tylko przestępcy i bandyci.

 

Przykładów takiej twórczości mamy multum, by wymienić tylko te najbardziej charakterystyczne:

 

„Gazeta Wyborcza” w artykule „Dzień <<żołnierzy wyklętych>>, czyli radosne święto wojny domowej, autorstwa Radosława Wiśniewskiego z 29 lutego 2020;

 

„Polityka”, rozmowa Violetty Krasnowskiej z prof. Rafałem Wnukiemo micie wyklętych, czyli szantażu patriotycznym, który zniekształca naukę i dzieli społeczeństwo”, 14 marca 2017;

 

I na koniec w „Przeglądzie”, Paweł Dybicz, 24 lipca 2017, stosuje ciekawy manewr wyrażony w tytule artykułu: „Wyklęci to nie AK”.

 

W kontekście notorycznego zakłamywania naszej historii lokowanie końca wojny 8 czy 9 maja 1945 r. nie ma większego znaczenia (najlepiej byłoby w Polsce to święto w ogóle znieść). A znając fakty uznać należy, że walka Polaków o wolność i niepodległość – walka z Sowietami i komunistami – trwała jeszcze wiele lat, a nawet dekad, a nie pomyli się ten, kto stwierdzi, że walka o pamięć trwa do dziś.

 

Tadeusz Płużański

Apel Zarządu Głównego SDP o pomoc dla dziennikarzy i mediów w czasie przezwyciężania pandemii koronawirusa

W czasie pandemii, jak w każdym stanie zagrożenia, dostęp do rzetelnej informacji jest kluczowy dla podejmowania właściwych decyzji. Tymczasem presja ekonomiczna sprawia, że kolejne redakcje ogłaszają plany redukcji zatrudnienia. W ich konsekwencji liczba dziennikarzy pracujących w mediach będzie o wiele mniejsza niż dotychczas, co będzie miało negatywny wpływ na jakość mediów w Polsce, a co za tym idzie, wpłynie na wszystkie dziedziny życia społecznego. W dzisiejszych czasach nie ma bowiem dziedziny, w której media nie odgrywałyby fundamentalnej roli, od polityki i gospodarki po kulturę i życie społeczne.

 

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pragnie stanowczo podkreślić, iż w dobie zagrożenia pandemią konieczne są dodatkowe rozwiązania ekonomiczne dedykowane mediom i dziennikarzom, gdyż ze względu na swoją rolę w społeczeństwie media nie mogą i nie powinny działać jak zwykłe przedsiębiorstwa, które mają przynosić zysk właścicielowi, lecz przede wszystkim muszą  działać w interesie wszystkich obywateli. Przez to jest praktycznie niemożliwe, by bez straty na swojej jakości samodzielnie pokonały kryzys, w jakim się wszystkie znalazły. Kryzys wywołany przez pandemię jest szczególnie dotkliwie odczuwany przez prasę drukowaną oraz przez  media lokalne, także te ukazujące się w Internecie. Bez dodatkowej pomocy, w pierwszej kolejności będą ofiarami  kryzysu wywołanego epidemią koronawirusa, a wraz z ich likwidacją  w znacznym stopniu osłabi się różnorodność, wielość i pluralizm mediów w Polsce.

 

W opinii Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Tarcza Antykryzysowa dla Mediów i Dziennikarzy powinna obejmować:

 

1. Subsydiowanie papierowych wydań dzienników i tygodników 

2. Specjalne wsparcie dla mediów regionalnych i lokalnych oraz dla dziennikarzy freelancerów 

3. Ulgę podatkową na prenumeratę prasy (wersji papierowych lub e-wydań) 

4. Finansowe wsparcie  niekomercyjnych portali  i projektów medialnych w internecie 

5. Utworzenie przez Skarb Państwa Fundacji Dziennikarskiej,  która zajmowałaby się koordynacją działań związanych ze wsparciem środowiska dziennikarskiego.

 

Wprowadzenie proponowanych rozwiązań pomoże dziennikarzom i mediom przetrwać kryzys spowodowany epidemią, a czytelnikom, słuchaczom i widzom umożliwi dostęp do mediów, w których w dalszym ciągu będą mogli znajdować niezależne, rzetelne i różnorodne materiały.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich deklaruje gotowość do włączenia się do prac Zespołu Antykryzysowego, działającego  przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego, by wspólnie wypracować sposoby pomocy środowisku dziennikarskiemu i medialnemu w czasie kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa.

 

Zarząd Główny

Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

Warszawa, 4 maja 2020

 

Reportaż jest „kostiumem” prawdy – fragment książki MARKA MILLERA

Uważałem Jana Pawła II za reportera, który wypracował wizję dziennikarstwa i stworzył jego program. Materiał rozproszony istniał. Trzeba było tylko usiąść i to spisać.

 

 

Nakładem Oficyny Wydawniczej Volumen ukazała się książka Marka Millera „Katechizm reportera” Jest to próba poszukiwania fundamentu i sensu tej niezwykłej profesji jaką jest dziennikarstwo uchwycona w niezwykłą formę – „rozmowy” z reporterem – Janem Pawłem II.

 

 

PRZEDMOWA (fragmenty)

 

(…) Dla kogo jest Katechizm reportera? Do kogo jest kierowany? Zostaje oferowany każdemu człowiekowi, żądającemu od nas – reporterów – uzasadnienia nadziei, która jest w nas. Jest to więc uzasadnienie przydatne głównie dziennikarzom katolickim, ale przez uniwersalizm etyki chrześcijańskiej jest kierowane do wszystkich poszukujących prawdy, wszystkich, dla których Dekalog ciągle pozostaje istotnym punktem odniesienia.

 

(…) Uważałem Papieża za reportera, który wypracował wizję dziennikarstwa i stworzył jego program. Materiał rozproszony istniał. Trzeba było tylko usiąść i to spisać. Ja odsuwałem to jednak ciągle na później. Jak to się mówi – w życiu są rzeczy ważne i pilne. Te pilne prawie nigdy nie są ważne, a te ważne prawie nigdy nie są pilne. Ta była zdecydowanie ważna, więc odkładałem ją w nieskończoność. W końcu zredagowałem coś w rodzaju pierwszej wersji. Książka nosiła tytuł Dziennikarstwo według Jana Pawła II  i ukazała się w 2008 roku; była czytelniczą klęską. Przeszła kompletnie niezauważona mimo transformacji ustrojowej w Polsce, a więc potencjalnego zapotrzebowania na fundamentalne wartości. Zastanawiałem się, dlaczego. Na tekst składały się obszerne cytaty z przemówień Papieża wygłaszanych do dziennikarzy z okazji Światowych Dni Środków Społecznego Przekazu. W związku z tym język był nieco oficjalny, sztywny, często trudny, i jak na średni reporterski gust zbyt „metaforyczny”. Potencjał myślowy w nim zawarty rozcieńczał się i rozmywał w okazjonalnych celach przemówień.

 

W 2013 roku została opublikowana praca doktorska Doroty Narewskiej zatytułowana Karola Wojtyły wizja dziennikarstwa (1949-1978) – dla mnie niezwykle ważny materiał obejmujący okres nieobecny w mojej książce. To wtedy właśnie, w latach 1949-1978, rodzi się wizja dziennikarstwa przyszłego papieża. Książka Doroty Narewskiej miała dla mnie dwa istotne mankamenty: była pracą naukową i liczyła 656 stron. (…) Zadałem sobie pytanie: Czy mój temat (Dziennikarstwo według Jana Pawła II) i Doroty Narewskiej można maksymalnie skrócić i uprościć, znajdując odpowiednią formę? Czy znajdzie wtedy czytelnika? Pytanie to nie dawało mi spokoju. Rzecz ze względu na osobę głównego bohatera wydawała się grzeszyć pychą, ale wyzwanie pozostawało intrygujące. Katechizm reportera! Różne rzeczy pisałem i redagowałem w życiu, ale coś takiego…

 

Pragnąłem, żeby mój Katechizm miał formę rozmowy. Przychodziłem na te spotkania z myślami Karola Wojtyły z pytaniami, które od dawna zadawałem sam sobie. By mógł zaistnieć dialog, musiałem w wypowiedzi Papieża nieznacznie zaingerować. Są to jednak zmiany kosmetyczne, niezmieniające w żaden sposób istoty wywodu. (…).

 

POWOŁANIE – CZYLI KIM JEST REPORTER (fragment)

 

Jestem reporterem. Wierzę w reportaż. To moja wizja, pasja, obsesja. Reporterzy to dla mnie grupa odniesienia, mój cech, moja branża, mój styl życia. Czy mogę nazwać to powołaniem? Czy mam do niego wystarczające predyspozycje? Jak je rozpoznać? Jak zdefiniować?

 

W naturę człowieka wpisana jest potrzeba „bycia darem dla”. Powołanie związane jest z darem „dla” innych, powołany „idzie w tym kierunku, w którym woła go miłość”, bo tylko tym można wytłumaczyć zgodę na ponoszenie trudów nieopłacających się w życiu doczesnym. Zatem u początków posłannictwa informowania i kształcenia opinii publicznej znajduje się silny wewnętrzny nakaz. Jestem do głębi przejęty szlachetnością i powagą waszego zawodu.

 

Powołanie wymaga całkowitego oddania się, poświęcenia. Jakie wymagania stawiane są reporterowi, dziennikarskiemu powołaniu? Co stoi za tym, co mnie pociąga, pochłania i inspiruje? Poznanie? Pragnienie znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak było naprawdę, jaka jest prawda? Jak jej szukać, jak ją relacjonować? Co wynika tu z faktu, że jestem katolikiem?

 

Kiedy mówimy o powołaniu, staje przed nami przede wszystkim ktoś, kto woła; ktoś, kto wzywa. Tym, kto woła człowieka, kto go wzywa, jest Bóg. Tam, gdzie jest powołanie, tam jest – z jednej strony Ten, Kto woła, Ten, Kto wzywa, z drugiej strony jest ten, kto odpowiada, bo powołanie jest zaadresowane do osoby; od osoby do osoby. Służba słowu jest posłannictwem społecznym. Dziennikarz pozostaje pod wpływem „czaru prawdy”. Jest brzemienny prawdą Bożą. Ma odwagę szukać i relacjonować prawdę, nawet jeśli jest ona niewygodna lub nieuznawana za politycznie poprawną. Stąd wynikają wszystkie wymagania stawiane przez opinię publiczną reporterowi, który chce uchodzić za katolickiego. Można je sprowadzić do czterech elementów: wiary, wiedzy, życia w łasce i talentu.

 

Talent jako coś bezcennego, a jednocześnie tajemniczego, trudno definiowalnego, zawsze najbardziej nas ekscytuje i pociąga. Na pewno wiemy o nim jedno: talent jest głównie wynikiem wyjątkowych predyspozycji. Jakie więc predyspozycje powinien posiadać reporter?

 

Należy do nich trafna ocena wartości doczesnych w świetle wieczności, co umożliwia zjednoczenie z Chrystusem. Aby zatem wypełnić powołanie reportera, konieczne są cnoty osobiste, tj. cierpliwość, wytrwałość, umiar, bezinteresowność, gruntowność, skupienie, posłuszeństwo, uległość, roztropność, znajomość ludzi, męstwo, które może być niekiedy jedynym argumentem, jaki nam pozostał, a przede wszystkim miłość Boga i ludzi, dla których się pisze, nagrywa, filmuje.

 

Reporter, przyjmując powołanie, otrzymuje do wykonania – zadanie – misję. Jakie stawia ona wyzwania?

 

Misja dziennikarza może kształtować w sumieniach upodobanie dobra. Może wpajać w nie zmysł Boga, umacniać nadzieję, ożywiać wrażliwość na wartości transcendentne. Praca dziennikarza może oświecać kierować, wspierać to wszystko, co naprawdę służy autentycznemu i integralnemu rozwojowi ludzkiego współżycia. Może umysłom i sercom otwierać horyzonty, pobudzać jednostki i społeczeństwa do dążenia ku tym celom, które decydują o lepszej jakości życia. Powołanie dziennikarza czerpie z zasobów tego, co określiłbym mianem „psychologii pozytywnej”. Wasze powołanie jest – zgodnie ze swoim wewnętrznym zadaniem – powołaniem twórczym. Nadajecie formę i kształt rzeczywistości i materii świata. Nie poprzestajecie na prostym odtwarzaniu czy też powierzchownym opisie. Próbujecie „skupić” – w pierwotnym sensie tego  słowa – rzeczywistość człowieka i jego świata. Pragnijcie ująć w słowie, dźwięku, obrazie coś z prawdy i głębi świata i człowieka, z przepastnej głębi człowieka.

 

Gdyby sprowadzić misję dziennikarza i jej wyzwania do głównego, dominującego obowiązku, to jak byśmy go nazwali, jak byśmy go określili?

 

Ten obowiązek to sumienne szukanie prawdy obiektywnej, powaga i uczciwość intelektualna w subiektywnej interpretacji i komentarzu; to przyrodzone cechy dziennikarstwa – określają w zasadniczy sposób społeczny wymiar tego trudnego i fascynującego powołania. (…).

 

FUNDAMENTY (fragment)

 

(…)

Na fakty, na zdarzenia dziennikarz patrzy poprzez gatunki dziennikarskie. Reporter wie, że reportaż to model, a nie wierna kopia rzeczywistości. Jednak rzeczywistość jest punktem wyjścia, model zbudowany jest z jej realnych elementów. O jaki jednak realizm tu chodzi?

 

Reportaż jest „kostiumem”, w jakim przechowuje się ukrytą prawdę o osobach i wydarzeniach. To „zredukowana” rzeczywistość, kondensacja aktów myślenia. Redakcja jest redukcją. Dobra redukcja polega zatem na takiej selekcji informacji przez dziennikarza, gdzie redukowana jest informacja, ale nie rzeczywistość, której dotyczy. Dziennikarz nie pisze wszystkiego, co wie, ale wie, co pisze. Fakty wymagają komentarza, do ich interpretacji potrzeba nie tylko „światła rozumu”, ale i światła wiary. To „koncepcja realizmu” polegająca na zaprzestaniu życia według formuły – „tak jakby Bóg nie istniał”. Prawdziwą rzeczywistością jest Słowo Boże. Chcąc „być realistami, musicie polegać właśnie na tej rzeczywistości. Musimy zmienić nasze przekonanie, że materia, rzeczy trwałe, dotykalne są rzeczywistością trwalszą, pewniejszą. Ten, kto w Słowie Bożym rozpoznaje „fundament wszystkiego”, jest realistą. Reporter katolicki to realista, który sens „faktu” odkrywa „między sensem dosłownym a duchowym”. Cel jego pracy jest osiągnięty dopiero wówczas, gdy ujawni aktualne Słowo Boga skierowane do czytelnika poprzez konkretne wydarzenie, gdy odrzuci rozłam między tym, co ludzkie, a tym, co Boskie. Gdy na fakty spojrzy z wiarą.

 

Gatunki dziennikarskie dzielą się na informacyjne, które prezentują, poszerzają wiedzę o świecie, i publicystyczne, które tę wiedzę pogłębiają. Kardynalna zasada inicjacji w informacji odnosi się do gatunków informacyjnych; a co z publicystyką?

 

W gatunkach publicystycznych obowiązuje zasada pedagogii wiary. Pedagogia wiary polega na tym, żeby przede wszystkim podawać to, co jako pewna i podstawowa prawda stanowi pewne i nienaruszalne oparcie dla wiary i życia chrześcijańskiego. Jeżeli chodzi o podawanie tego, co nowe, należy uwydatnić ciągłość w wierze Kościoła. Jeśli w grę wchodzą hipotezy, to należy przedstawić je z podaniem stopnia rzeczywistego prawdopodobieństwa oraz uwzględnić, w jaki sposób – wedle przewidywań, zostaną one przyjęte i zrozumiane. Paedagogia fidei definiuje się jako wychowanie wiary w duchu i świetle Soboru, jako proces wzbogacenia wiary. „Sobór jest dziełem Ducha Świętego” (por. Ap 2, 7), a to oznacza, że należy wsłuchać się w to, co Duch mówi Kościołowi” poprzez Vaticanum II. Pedagogia wiary oparta na Soborze musi wyjść z samego dna, to musi wyjść z głębi wiary. To musi być podyktowane miłością.

(…)

 

IFJ chce opodatkowania gigantów technologicznych 6% podatkiem obrotowym

Przed przypadającym 3 maja Światowym Dniem Wolności Prasy, Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) ogłosiła listę postulatów, których realizacja ma ochronić media i dziennikarzy przed skutkami kryzysu spowodowanego pandemią Covid-19 oraz dać branży szansę na lepszą przyszłość. Ta przyszłość to dziennikarstwo etyczne, dziennikarstwo wysokiej jakości, dziennikarstwo oparte na solidarności respektującej prawo pracy i fundamentalne wolności.
IFJ jest jedną z największych organizacji dziennikarskich na świecie, zrzesza 600 000 dziennikarzy i pracowników mediów w 146 krajach świata, w tym Polsce (do IFJ należą: SDP, SDRP i TD). Organizacja wezwała rządy, aby stanęły po stronie profesjonalistów, po stronie dziennikarzy i mediów, i w ten sposób przyczyniły się do przeciwdziałania rozpowszechnianiu błędnych informacji (misinformation).
Postulaty IFJ są następujące:
  • IFJ wzywa wszystkie rządy do natychmiastowego rozpoczęcia negocjacji z GAFAM – Google, Apple, Facebook, Amazon, Microsoft – w sprawie podatku od przychodów generowanych w poszczególnych krajach. Obecnie firmy te nie płacą żadnego podatku w większości krajów, w których generują przychody, a przychody te są szacowane na 900 miliardów dolarów. Opodatkowanie 6% podatkiem obrotowym mogłoby zasilić dziennikarstwo kwotą 54 miliardów dolarów. Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy postuluje, aby środkami tymi zarządzali wspólnie przedstawiciele organizacji dziennikarskich i przedstawiciele organizacji wydawców/pracodawców.
  • IFJ wzywa te organizacje, aby w pierwszym rzędzie przekazywały środki na media publiczne, niezależne media prywatne oraz inne media, które nie są własnością koncernów międzynarodowych. Media te powinny wykazać, że są w złej sytuacji finansowej i potrzebują wsparcia.
  • Wsparcie finansowe powinno służyć odbudowie zespołów dziennikarskich, dzięki czemu w newsroomach będzie mogło powstawać więcej dobrych materiałów dziennikarskich. Wsparcie to w żadnym razie nie powinno być przeznaczane na podtrzymywanie skazanych na porażkę nieudanych modeli biznesowych.
  • Priorytetem powinno być wspieranie niezależnych i spółdzielczych firm medialnych, a także tych o charakterze non-profit.
  • IFJ wzywa rządy, aby objęły wsparciem dziennikarzy nie mających stałych dochodów (w tym freelancerów) poprzez wypłacanie im zapomóg w wysokości płacy minimalnej, zwolnienie z podatku dochodowego i przyznanie nisko oprocentowanych pożyczek.
  • Zdaniem IFJ dostęp do wsparcia powinny mieć media publiczne, prywatne, ogólnokrajowe i lokalne tylko jeśli:

Respektują zasady dialogu społecznego i prawa związków zawodowych, zgodnie ze stosowną Konwencją Międzynarodowej Organizacji Pracy.

Nie przeprowadzają zwolnień, jeśli generują zysk.

Roczne sprawozdania finansowe są publikowane.

Przestrzegają zasady równości szans oraz równego traktowania kobiet i mężczyzn.

Nie będą przez pięć lat uczestniczyć w fuzjach, przejęciach ani wykupie kredytowanym, jeśli miałoby to doprowadzić redukcji miejsc pracy lub redukcji wynagrodzeń.

  • IFJ wzywa firmy do zarezerwowania w zarządach miejsca dla przedstawicieli związków zawodowych.
  • Aby poprawić sytuację mediów IFJ zachęca do tworzenia narodowych programów reklamowych, dzięki którym promowane byłyby tematy istotne z punktu widzenia interesu publicznego.
  • IFJ rekomenduje rządom zmiany regulacji dotyczących własności mediów w taki sposób, aby umożliwić większy pluralizm informacji.
  • IFJ wzywa rządy do szybkiej implementacji Dyrektywy UE dotyczącej sygnalistów (whistleblower), aby chronić tych obywateli, którzy podejmują działania w interesie publicznym.
  • IFJ uważa za konieczne wprowadzenie ulg podatkowych dla dystrybutorów papierowych wydań prasy.
  • IFJ wzywa rządy do zwiększenia ochrony praw autorskich, aby zabezpieczyć przychody z tego tytułu.
  • IFJ zachęca rządy do sfinansowania swoim najmłodszym obywatelom (6-18 lat) prenumeraty cyfrowej jako dostępu do edukacji i informacji, zgodnie z programem UNESCO, oraz proponuje przyznanie rodzinom ulgi podatkowej na abonament i prenumeratę mediów.
  • IFJ wzywa do podjęcia działań z zakresu edukacji medialnej w celu walki z dezinformacją i błędnymi informacjami (misinformation).

 

Postulaty zostały przedstawione w formie dokumentu zatytułowanego Globalna Platforma dla Dziennikarstwa Wysokiej Jakości. IFJ zabiega o poparcie postulatów przez ONZ i jego agendy, takie  jak UNESCO, Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO), Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do Spraw Praw Człowieka (OHCHR) oraz przez podmioty polityczne i ekonomiczne takie jak:
  • Rada Europy (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 47 krajów członkowskich),
  • Unia Afrykańska (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 55 krajów członkowskich),
  • Organizacja Państw Amerykańskich (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 35 krajów członkowskich),
  • Liga Państw Arabskich (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 22 krajów członkowskich),
  • Wspólnota Gospodarcza Azji i Pacyfiku, APEC (IFJ zrzesza dziennikarzy z wszystkich 21 krajów członkowskich).

 

Zdjęcie:IFJ

Nowy numer Forum Dziennikarzy do pobrania

Forum Dziennikarzy nr 2 (136) dostępne jest online. Nasze czasopismo, tym razem pojawiło się tylko w wersji elektronicznej, podobnie jak część mediów wydawanych dotychczas tradycyjnie, w czasach pandemii zmuszonych zrezygnować z wydania papierowego ze względu m.in na kłopoty z dystrybucją oraz ze względów bezpieczeństwa.

 

Zawartość pisma i jego grafika nadal będą jednak cieszyć oko naszych odbiorców. Co prawda temat przewodni, którym miało być często kontrowersyjne funkcjonowanie mediów samorządowych, został zepchnięty na drugi plan przez niespodziewaną epidemię, która terroryzuje cały świat.

 

Pandemia stała się bardzo groźna nie tylko w wymiarze zagrożenia chorobowego, ale również spowodowała załamanie rynku pracy dla wielu branż – również dla dziennikarstwa, o czym w tekście „Dziennikarze i epidemia” pisze Piotr Kościński.

 

O tym jak wspaniale potrafią sobie radzić ludzie kultury w tych trudnych czasach pisze Alina Bosak w tekście „Kultura w czasach zarazy.

 

Fotoreportaż „Życie w czasach zarazy” pokazuje codzienność w kraju ogarniętym epidemią.

 

Jak trwoga, to do Boga – mówi stare porzekadło i w myśl niego proponujemy tekst „Patronka na czas zarazy”, opowiadający o niezwykłej siostrze zakonnej, która w czasach epidemii tyfusu poświęciła swoje życie ratując ojca kilkuletniego chłopczyka.

 

„Pomiędzy koniecznością a propagandą”, to tekst Jaromira Kwiatkowskiego ukazujący prawdziwe oblicza mediów samorządowych, częste wykorzystywanie publicznych pieniędzy na promowanie samorządowców czy też problem blokowania wolności słowa.

 

O „Nieznośnej wolności słowa” pisze Andrzej Tadeusz Kijowski, przedstawiając ewolucję tego podstawowego prawa od czasów rewolucji francuskiej.

 

„Remedium na zło świata” odkrywa Jacek Wegner wspominając w tekście osobę i działalność Romualda Lazarowicza, dziennikarza, wydawcę i antykomunistycznego patriotę, który wiedział, że śmiech jest najlepszym remedium na zło i głupotę.

 

W „Ubłoceniu kultury” Stach Ostróżko opisuje jak polska kultura parlamentarna została wrzucona do ścieku.

 

– Czy można hucpą, bezczelnością i tupetem niszczyć pamięć o ludziach świętych dla naszej historii? – to pytanie zadaje Stefan Truszczyński w tekście „Chwała i chała”.

 

O mrocznej historii warszawskiej kamienicy, w której NKWD mordowało polskich patriotów, pisze Teresa Kaczorowska w materiale „Przy Strzeleckiej 8”

 

Film „Dachau. Cywilizacja śmierci” stał się pretekstem do napisania przez Jacka Karolonka tekstu „Dachau, miejsce bez Boga”, opisującego zarówno historię powstawania filmu, jak i losy więźniów tego pierwszego, niemieckiego obozu koncentracyjnego.

 

Brak możliwości podróżowania rekompensuje nam w swoim tekście Marek Jakubowicz, opisując polskie ślady na Maderze, wyspie odwiedzanej kiedyś przez króla Władysława III Warneńczyka, marszałka Józefa Piłsudskiego oraz Jana Pawła II. Fotografie bajecznych miejsc uzupełniają doskonale podróżniczy tekst.

 

Co by się wydarzyło, gdyby nie było Papieża Polaka oraz Solidarności? Tego się dowiemy z rozmowy z Marcinem Wolskim, autorem książki „Powtórka z rozgrywki”.

 

„Trzymaj się zasad” to bardzo ważny dla środowiska dziennikarskiego tekst Wojciecha Pokory, który pokazuje negatywne działania niektórych redakcji i dziennikarzy oraz przypomina o zawodowym „Dekalogu”, który każdy człowiek mediów powinien przestrzegać.

 

W „Forum Dziennikarzy” znajdziecie Państwo jeszcze inne ciekawe teksty, których treści nie będę zdradzał.

 

Życzę przyjemnej lektury, dużo zdrowia. Do zobaczenia w lepszych czasach.

 

Andrzej Klimczak

 

Redaktor Naczelny

Numer 2 (136)/2020 do pobrania

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

 

 

 

Teatr jednej aktorki – ŁUKASZ WARZECHA o zdalnej rozmowie dziennikarza z ministrą

Miałem kiedyś, za dawnych lat pracy w nieistniejącym już „Życiu”, w jego dziale opinii, takie zdarzenie. Szef polecił mi, abym zadzwonił po komentarz w jakiejś sprawie do Władysława Bartoszewskiego (śp. pan minister miał duże poczucie humoru, więc mam nadzieję, że patrząc dziś z góry wybaczy mi tę krotochwilną anegdotkę oraz moje ówczesne niefrasobliwe zachowanie). Rozmówca był znany z tego, że gdy zaczynał mówić, mówił bardzo długo bez przerwy i naprawdę niełatwo było mu zadać choćby drugie pytanie. O trzecim nie mówiąc.

 

Zadzwoniłem, Władysław Bartoszewski odebrał, zacząłem nagrywać, zadałem pytanie, on zaczął odpowiadać. W tym momencie do naszego pokoju wszedł kolega. Spytał ściszonym głosem: „Zamawiam pizzę, chcesz jakąś?”. Odłożyłem słuchawkę na biurko, wziąłem od kolegi ulotkę z pizzerii, przejrzałem spokojnie, wybrałem pizzę, pogadałem jeszcze chwilę z kolegą. Trwało to kilka minut. Przez cały czas z odłożonej słuchawki dobiegał szmer mojego rozmówcy, więc wiedziałem, że mam czas. Gdy słuchawkę podniosłem ponownie, czekało mnie jeszcze około dziesięciu minut wypowiedzi pana ministra. Drugiego pytania już nie miałem, piętnaście minut nagrania w odpowiedzi na pierwsze wystarczyło w zupełności.

 

Ta historia z zamierzchłej przeszłości przypomniała mi się pod wpływem hitu ubiegłego tygodnia, którym był wywiad Marcina Zaborskiego z minister Marleną Maląg w RMF FM. Nie żebym porównywał panią Maląg do Władysława Bartoszewskiego. Co to, to nie.

 

Wywiad ten był, jak to się dziś w większości dzieje, zdalny, co jest dla sprawy być może nie bez znaczenia.

 

Choć właściwie trudno powiedzieć, czy z wywiadem mieliśmy do czynienia. Owszem, początkowo tak to wyglądało. Było pytanie, była odpowiedź i tak kilka razy (całość można zobaczyć tutaj). Mimo to od startu rozmowy zanosiło się na to, co stało się później. Zaborski zadał bowiem pytanie o to, dlaczego zasiłku opiekuńczego nie dostają rodzice dziewięcio- czy dziesięciolatków. Odpowiedź brzmiała mniej więcej: „Przyjęliśmy zasadę, że zasiłek przysługuje do 8. roku życia”. „To już wiem” – powiedział Zaborski i dopytywał, dlaczego nie przysługuje rodzicom starszych dzieci. Odpowiedź była identyczna jak poprzednio. Pani minister wygłaszała ją w dodatku tak, jakby się swoich kwestii wcześniej nauczyła. I mimo że Zaborski przytaczał argumenty wskazujące, że granica 8. roku życia jest nieracjonalna, pani minister Maląg powtarzała jedynie, że tak postanowiono i tak będzie, przyczyn nie objaśniając. Zwracam na to uwagę, bo to jedna z najbardziej prymitywnych metod zbywania dziennikarzy, zadających sensowne i dobrze przygotowane pytania: zamiast odnoszenia się do ich treści lub próby wyjaśnienia motywów takiej czy innej decyzji powtarza się to, co i tak wszyscy wiedzą: że mianowicie taka właśnie decyzja została podjęta.

 

Mniej więcej w szóstej minucie rozmowy Zaborski zadał pytanie następujące: „Od kiedy pani wie, że na Mazowszu działa 66 domów opieki bez odpowiednich pozwoleń? Taką liczbę podał wojewoda mazowiecki”. Tu pani minister zaczęła wypowiedź, która nie miała większego związku z pytaniem. I ciągnęła ją, mimo prób interwencji Zaborskiego, przez mniej więcej dwie minuty. Po tym czasie Zaborski zdołał w końcu pytanie powtórzyć, wyraźnie powołując się na wypowiedź wojewody mazowieckiego i pytając, czy szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej o nielegalnie działających placówkach wcześniej wiedziała. Maląg oznajmiła, że całodobowe placówki opieki w kraju są pod nadzorem wojewodów. Zaborski zauważył na to, że wojewodowie są przedstawicielami rządu w terenie.

 

Wtedy pani minister Maląg złapała, że się tak kolokwialnie wyrażę, fazę, trwającą coś koło pięciu minut. Zaborski nie miał szans przerwać potoku słów, z którego można było wyłowić między innymi, że jacyś tajemniczy „wy” (można się domyślić, że pani minister chodziło o media niedyspozycyjne wobec władzy) próbują forsować narrację, zgodnie z którą rząd nie opiekuje się osobami starszymi, a na taką narrację „nie można się godzić”. Zaborski próbował się wciąć („Pani minister!”), w końcu stwierdził, że tak nie da się rozmawiać. Potem pytał: „Czy pani mnie słyszy?”. Wówczas minister Maląg odparła: „Odpowiadamy na te pytania, które pan chce zadać…”. Na co Zaborski stwierdził przytomnie: „Ale pani nie wie, jakie pytania chcę zadać”. Minister Maląg postanowiła kontynuować swoją wypowiedź ex cathedra, całkowicie ignorując pytania coraz bardziej zdetonowanego Zaborskiego: „Ale o czym pani do nas mówi?”.

 

Nie będę państwu relacjonował przebiegu całej „rozmowy” (bo chyba jednak trzeba to pisać w cudzysłowie). Był podobny: pytania Zaborskiego, które czasami udawało się zadać, po czym sążniste deklaracje pani minister, na ogół luźno z tymi pytaniami związane. Fragmenty „wywiadu” zrobiły w sieci furorę – i trudno się dziwić. Ja sam miałem wrażenie, że oglądam nie wywiad, ale skecz. Chwila szczerej radości nie ma dzisiaj ceny.

 

 

Powstaje jednak pytanie, które wielu komentujących w sieci zadawało: co w takiej sytuacji powinien zrobić dziennikarz? Niektórzy sugerowali, że powinien wywiad przerwać, inni – że powinien wyłączyć głos rozmówczyni. Problem w tym, że ta rozmowa nie była wyjątkowa. Takich rozmów zdarza się wiele, choć może faktycznie nie wszystkie mają tak wyraźny kabaretowy posmak.

 

 

Marcin Zaborski to jeden z najbardziej kulturalnych, a zarazem dociekliwych dziennikarzy. Jego sposobowi prowadzenia wywiadów nie sposób wiele zarzucić. Można by uznać, że jak na tę sytuację Zaborski jest zbyt kulturalny. Ale czy naprawdę?

 

Pierwszym utrudnieniem było dla Zaborskiego to, że nie miał gościa przed sobą w studiu. O problemach związanych ze zdalnymi rozmowami pisałem niedawno na portalu SDP. W sytuacji takiej jak ta zdyscyplinowanie osoby, która łączy się z dziennikarzem zdalnie, jest znacznie trudniejsze.

 

Zadaniem dziennikarza jest wydobyć od polityka odpowiedź na zadawane pytania – w imieniu czytelników, słuchaczy, widzów. Jeśli rozmówca uparcie odmawia współpracy, tak jak pani minister Maląg, wystawia świadectwo sam sobie. Zaborski wybrnął z sytuacji w możliwie najlepszy sposób. Słuchanie wykładu szefowej MPRiPS bez próby przerwania oznaczałoby, że pozwala się politykowi potraktować rozmowę z dziennikarzem jako formę oświadczenia bez zadawania pytań – którą to formę władza (każda) niewątpliwie najbardziej lubi, bo jest najmniej kłopotliwa. Na taki układ najłatwiej liczyć w mediach przychylnych danej formacji politycznej (nie dotyczy to wcale jedynie władzy w mediach państwowych, ale też opozycji w tych, które jej sprzyjają), lecz dziennikarz, który na coś takiego pozwala, degraduje się sam do pozycji piarowca polityków.

 

Nie jest też dobrym wyjściem emocjonalne kończenie rozmowy – nie od tego jest dziennikarz, żeby w ten sposób dyscyplinować rozmówcę. To zresztą działałoby na jego niekorzyść – trudno byłoby mu zaprosić kolejnych gości z danej politycznej formacji.

 

Kto jednak nigdy nie prowadził rozmowy, szczególnie na żywo, ten nie wie, że sytuacja w jej trakcie zawsze jest dynamiczna. Polscy dziennikarze (Zaborski jest tu jednym z wyjątków) nie umieją dociskać rozmówców w taki sposób, żeby musieli odpowiedzieć na konkretne pytanie – lub przynajmniej tak, żeby dla odbiorców stało się jasne, że rozmówca nie chce lub nie umie odpowiedzieć. To jednak tworzy ryzyko – może się okazać, że z ograniczonego przecież czasu niewiele zostaje na inne sprawy. Decyzje co do taktyki wobec rozmówcy trzeba podejmować błyskawicznie.

 

Nie wiem, czy pani minister Maląg ktokolwiek doradza w sprawie kontaktu z mediami – sądzę, że raczej nie. Ja zatem udzielę rady całkowicie pro bono: sposób na zagadanie dziennikarza i wygłaszanie własnych sążnistych deklaracji zamiast odpowiadania na pytania może wydawać się skuteczny, ale tak nie jest. W „zaprzyjaźnionych” mediach to taktyka zbędna – tam i tak pytania nigdy nie będą kłopotliwe. Można zatem udawać, że prowadzi się rzeczywiście rozmowę i coś się wyjaśnia. W mediach, gdzie na służalczą przychylność prowadzącego rozmowę liczyć nie można, taka postawa sprawia natomiast, że w oczach odbiorców stajemy się kimś aroganckim, unikającym odpowiedzi, niekompetentnym. Obawiam się, że taki właśnie był skutek rozmowy pani minister z Marcinem Zaborskim.

 

Łukasz Warzecha

Ciekawe przypadki rankingowania – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W Światowym Indeksie Wolności Prasy Polska spadła na sześćdziesiąte drugie miejsce. Meldunek zatrważający czy tylko frapujący?

 

Rankingi są bardzo wdzięczne do oglądu sytuacji. Tylko czasem metodologia i techniki mierzenia mogą okazać się dyskusyjne.

 

Weźmy taki Indeks Wolności Gospodarczej. Dane są wyjątkowo twarde, a Indeks buduje się w oparciu o analizę kilkudziesięciu wskaźników gospodarczych, pogrupowanych w dziesięciu kategoriach. Wydatki rządowe czy obciążenia podatkowe da się policzyć (naszą Ojczyznę wyprzedza Rumunia, Kazachstan i Bostwana). Nawet w Światowym Raporcie o Szczęśliwości, brany jest m.in. pod uwagę PKB na jednego mieszkańca czy też pomoc społeczną państwa. Da się oszacować i wychodzi z tego, że mieszkańcy Kostaryki (miejsce 12) są bardziej szczęśliwi niż mieszkańcy Luksemburga (14), a Meksykanie (23) w wyższym stopniu niż Japończycy (58).

 

Wskaźnik wolności prasy jest nieco bardziej subiektywny. Robi się badania ankietowe które wypełnieją tzw. specjaliści. A jak już fachury ocenią, to ich opinie zestawia się z aktami przemocy i nadużyć wobec dziennikarzy. Oczywiście na świecie dzieje się wiele nikczemności i bycie dziennikarzem w Afganistanie, Hong Kongu czy Turcji nie należy do łatwych. Nie trzeba daleko szukać, przecież i południowy sąsiad, Słowacja, wyswatał się z mafią. A i u nas kilka przykładów by się znalazło.

 

Jednak patrząc na drastyczny spadek Polski, w tym akurat rankingu, można się zastanawiać. Czy naprawdę jest aż tak źle? Polska przecież w nieciekawych czasach wojny medialnej Lwa Rywina, była jakieś trzydzieści miejsc wyżej. Kiedy ABW zwiedzało sobie siedzibę Wprost lub gdy Paweł GraśGrzegorzem Hajdarowiczem robili kolegium redakcyjne, po pierwszej w nocy przy osiedlowym śmietniku. Wtedy nasza wolność oscylowała wokół drugiej dwudziestki.

 

Czy obecnie ta wolność prasy, „niezależność i pluralizm mediów” ma się tak niedobrze? Popatrzmy na sprzedaż, jeszcze z czasów kiedy można było wychodzić z domu. Do kiosku po gazetę. W prasie codziennej w czołówce tabloidy. Potem Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita, Dziennik Gazeta Prawna. Nawet Przegląd Sportowy wyprzedza Gazetę Polską. Dziennik, bardziej rządowy niż sam rząd. Ledwie 12 tysięcy sprzedaży. W takiej ilości nie da się być tubą rządową. Tulejką jak już.

 

A tygodniki? Króluje tygodnik Angora i Polityka. Tygodnik Sieci, tzw. „usta Zbigniewa Ziobry”, dopiero na kolejnym miejscu. Nawet do spółki z Do Rzeczy nie osiągają nakładu Newsweeka. Przecież Wojska Obrony Terytorialnej nie biegają po salonikach prasowych i nie rekwirują nakładów wydawnictwa „Agora”, a Oddziały Prewencji Policji nie robią ścieżek zdrowia dla czytających „Myśl Polską”.

 

Na szklanym ekranie „Fakty” wygrywają z „Wiadomościami”. A „Szkło kontaktowe” ogląda więcej rodaków niż „W tyle wizji”. Mamy wolność głosowania pilotami, tylko nie wiadomo czy to ranking wskazuje. W krainie radiowej, zwłaszcza „Jedynka” i „Trójka” potraciły bardzo. Ale można przekręcić gałkę i mieć RMF czy Zetkę. Tam dziennikarze, nie smyrają za uszkiem czy po brzuszku, ministerialnych przedstawicieli.

 

Zgoda. Dziennikarzom się dostaje, zwłaszcza przy protestach ludu, gdzie są myleni z politykami. I tak jak wybrańcy narodu z Wiejskiej, zaczęli narażać się na kuksańce. Medialnie, nie jest tu „jakby luksusowo”, mówiąc językiem jednej z bohaterek filmu „Kogel-mogel”. Zdarza się, że w niektórych redakcjach, wybija bardziej szambo niż pachnie perfumerią. Ale żeby nas Polaków wyprzedził Surinam i Burkina Faso? To najstarsi zecerzy nie pamiętają.

 

Krzysztof Prendecki

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak media niszczą prezydenta Kaczyńskiego

Minęła 10 rocznica katastrofy smoleńskiej i takaż sama uroczystości pogrzebowych pary prezydenckiej w Warszawie i Krakowie. Wróciło pytanie o dorobek śp. profesora Lecha Kaczyńskiego i tego, jak był niszczony. Niechlubną rolę odegrały media III RP. Hejtowanie trwa do dziś.

 

Nieprzypadkowo Marcin Wolski napisał po Smoleńsku wiersz dedykowany mediom:

 

Bo pamięta poeta, zapamięta też naród

wasze jady sączone, bez ustanku dzień w dzień.

Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru…

Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień!”

 

Wielką, niespotykaną wcześniej kampanię nienawiści wobec głowy państwa skomentował prof. Zdzisław Krasnodębski, w słynnym tekście dla „Rzeczpospolitej” (14.04.2010): „Pomiatano Prezydentem w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie. Nie dbano o godność najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej”. Socjolog gorzko puentował: „Teraz już nie będzie przeszkadzał. Nie ma człowieka, nie ma problemu.” A od siebie dodawał ocenę, kierowaną w dużej mierze pod adresem mediów: „Gardzę wami”.

 

 „Ofiary politycznego sporu”

 

W tym roku, w tej samej „Rzeczpospolitej” (28.02.2020) czytamy tekst pod znamiennym tytułem: „Żołnierze Wyklęci, ofiary politycznego sporu”. Tekst zawiera takie, pozornie obiektywne stwierdzenie: „Dokładnie dziesięć lat temu śp. Lech Kaczyński złożył w Sejmie projekt ustawy, która 1 marca ustanowiła Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Inicjatywa zmarłego kilka tygodni później prezydenta wynikała z faktu, że po upamiętnianiu Armii Krajowej, Powstania Warszawskiego, Solidarności coraz większe społeczne zainteresowanie, najczęściej całkiem oddolne, budzili Wyklęci.” Możemy te słowa odczytać jako pochwałę wrażliwości Lecha Kaczyńskiego, dobrego odczytywania nastrojów społecznych, ale też jako zachowanie politycznie koniunkturalne. Ale to nic.

 

Droga do dyktatury

 

Polscy niepodległościowcy zmagający się po 1944 roku z drugim sowieckim okupantem i dedykowane im przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego święto – Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – to jeden z najważniejszych punktów dorobku głowy państwa. Część składowa jakże ważnej dla Niego polityki historycznej do dziś powoduje prawdziwą medialną kanonadę.

 

Nie będę przywoływał haniebnych opinii polityków lewej, (post)komunistycznej strony, w tym brylującej w hejcie na Wyklętych Joanny Senyszyn. O tym barbarzyństwie myślowo-słownym pisałem wielokrotnie, również na tym portalu. Przywołam typowy dla wspomnianych środowisk tekst medialny z portalu koduj24.pl, z 2016 roku (choć mógł się on ukazać w dowolnym miejscu i momencie po 2010 roku): „Historia na usługach polityki i poglądów to nie historia, to czysta konfabulacja, która prowadzi donikąd. Jedno jest pewne – każdy system dyktatorski buduje swoją siłę na legendach. Tworzy je, wbija swoim obywatelom do głów, uzasadniając swoją rację, swoją prawdę, swoją niezłomność i wyższość. Hitler odwoływał się do mitów starogermańskich, wyższości rasy aryjskiej. Mussolini budował Wielkie Włochy, które miały być kontynuacją Imperium Rzymskiego. Co robi PiS? Wykorzystuje Lecha Kaczyńskiego, by oprzeć się na legendzie smoleńskiej i dorzuca do tego, ot tak, w pakiecie, Żołnierzy Wyklętych. To ma być podstawa nowej Polski. To mają być jej bohaterowie, których czczenie da przyzwolenie na wszystko, co wykombinuje poseł K. To ma być siła, wokół której zbiorą się prawdziwi, polscy patrioci i poprowadzą nas drogą do dyktatury.”

I choć w tym przypadku Lech Kaczyński nie jest podmiotem ataku, to został sprytnie wkomponowany w dyktatorską koncepcję państwa jego brata „posła K”.

 

„Newsweek” jak Senyszyn

 

Podobne teksty, z inaczej rozłożonymi akcentami, mniej czy bardziej złośliwe, agresywne, tendencyjne i nieprawdziwe można było przeczytać na przestrzeni ostatniej dekady w wielu tytułach, by wymienić tylko „Gazetę Wyborczą”, czy „Politykę”.

 

Przywołam jedynie niedawny materiał „Newsweeka” (1 marca br.) Znów wystarczy właściwie tytuł: „Zlikwidować święto <<żołnierzy wyklętych>> [pisownia oryginalna – małą literą]”: „Nieco ponad dziesięć lat temu, zimą 2010 roku, prezydent Lech Kaczyński powierzył młodemu podsekratarzowi stanu w swojej kancelarii, Andrzejowi Dudzie, specjalne zadanie. 1 marca, na rocznicę stracenia w 1951 roku w mokotowskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej przywódców IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, urzędnicy pałacu prezydenckiego złożyli w Sejmie projekt ustanawiający w Polsce nowe święto – „Narodowy dzień pamięci Żołnierzy Wyklętych”. Pomimo tragicznej śmierci prezydenta w katastrofie pod Smoleńskiem, zwolnienia Andrzeja Dudy z pracy w pałacu i zmiany władzy, projekt ustanawiający święto wyklętych nie doznał żadnego uszczerbku.” I może tekst nie byłby warty zauważenia, gdyby nie finał: „W tym roku po raz dziesiąty obchodzony jest <<narodowy dzień pamięci żołnierzy wyklętych>> [znów pisownia oryginalna]. Oby po raz ostatni”. To towarzyszka Senyszyn w wersji „Newsweekowej”.

 

O co w tym wszystkim chodzi? 1. Wyklinać dalej polskich żołnierzy niepodległości. 2. Niszczyć dorobek Lecha Kaczyńskiego.

 

Lech Kaczyński w Muzeum?

 

I na koniec przykład, jak śp. prezydenta RP można niszczyć „subtelniej”. Na portalu naszemiasto.pl, w marcu 2019 r. znalazłem taki oto kwiatek: „Lech Kaczyński w Muzeum Żołnierzy Wyklętych? Okazuje się, że dyrektor placówki złożył prośbę o przekazanie tabliczek m.in. z nazwiskiem zmarłego prezydenta do zbiorów muzeum”.

 

Po tym następuje cytat z dyrektora Muzeum Jacka Pawłowicza: „To już jest historia, te nazwy, te tablice – tutaj jest ich miejsce. Nie na śmietniku, nie w jakimś skupie złomu, tylko tutaj, w polskiej Golgocie”.

 

I dalej: „Podkreślał też (Jacek Pawłowicz), że do zbiorów miałyby trafić nie tylko tabliczki z nazwiskiem Lecha Kaczyńskiego, ale też innych „zdekomunizowanych” patronów ulic, którzy nie przeszli pomyślnie procesu sądowej weryfikacji”.

 

Oczywiście ulica Lecha Kaczyńskiego nie została w Warszawie zdekomunizowana – jak sugeruje tekścik – ale zrekomunizowana na prosowiecką Armię Ludową. Ale o to właśnie chodzi. Wyśmiać – na poważnie, czy nieco lżej – dorobek bodaj najlepszego prezydenta Rzeczpospolitej po 1989 roku. Wcale nie śmieszno, tylko straszno.

 

 Tadeusz Płużański

Polska na indeksie. Rzecz o wolności słowa – analiza ks. ARTURA STOPKI

Fakt, że coś wolno powiedzieć w przestrzeni publicznej wcale nie oznacza, że mamy do czynienia z wolnością słowa. Dotyczy to mediów w znacznie większym stopniu, niż się może wydawać.

 

W tegorocznej edycji Światowego Indeksu Wolności Prasy, ogłoszonego 21 kwietnia, Polska znalazła się na 62. miejscu, kontynuując trwającą od 2016 roku tendencję spadkową. Można się pocieszać, że siódma dziesiątka to nie jakaś tragicznie odległa pozycja, skoro ranking obejmuje 180 państw. Można się krzywić, że potraktowano nasz kraj niesprawiedliwie, umieszczając nas zbyt nisko albo zbyt wysoko. Można przytaczać rozmaite argumenty i przykłady dowodzące rozkwitu wolności słowa w Polsce w ostatnim roku lub wskazujące na coś dokładnie odwrotnego. Jednak najpierw warto się zastanowić, czym naprawdę jest wolność słowa. Co rozumiemy pod tym pojęciem?

 

Ale zawsze będę bronić waszej wolności, byście mogli mówić, co tylko chcecie” – powiedziała ambasador USA w Polsce na antenie jednej z telewizji. Czy tymi słowami wystąpiła w obronie wolności słowa w Polsce? Niekoniecznie. Choć być może taka była jej intencja i właśnie w ten sposób jej wypowiedź przez wielu zostanie odebrana. Jednak gdy się wsłuchać uważnie w cytowane zdanie, można dostrzec zawarte w nim odniesienie do czegoś, o czym 13 maja 1869 roku mówił na jednym z odczytów publicznych, urządzonych przez Komitet Stowarzyszenia Pomocy Naukowej w Paryżu, Cyprian Kamil Norwid. Genialny poeta ponad sto pięćdziesiąt lat temu wyraźnie rozróżniał dwie wolności: wolność słowa i wolność mówienia. Co więcej, zwracał uwagę, że zazwyczaj miesza się te dwa pojęcia i najczęściej „To, co nazywają wolnością słowa, jest dotąd wolnością mówienia, la liberté de dire…”. Norwid konstatował też rzecz oczywistą, że wolność mówienia, co się chce, jest atrybutem wolności osobistej.

 

Właśnie w tym kontekście, wolności jednostki, tworzone są zwykle rankingi oceniające w konkretnym miejscu na świecie poziom wolności słowa w mediach. W dodatku ta wolność jednostki też jest w określony sposób definiowana, w zależności od stojącej za nią koncepcji antropologicznych lub ideologii. Warto i trzeba o tym pamiętać. Świadomość stosowanego kryterium pozwala uniknąć wielu nieporozumień i rozczarowań. Pomaga też tonować emocjonalne reakcje na publikowane zestawienia.

 

Problem wolności słowa – także tej w mediach – sytuuje się na innym poziomie, niż kwestia wolności osobistych. Wyjaśniał to papież Jan Paweł II w Olsztynie 6 czerwca 1991 r. Zajął się tym tematem w kontekście ósmego przykazania Dekalogu. Wbrew dość rozpowszechnionemu przekonaniu, istotą tego przykazania nie jest zakaz kłamstwa. Jego istotą jest obrona prawdy. Papież Polak jednoznacznie wskazywał wtedy, że punktem odniesienia dla rzeczywistej wolności słowa jest prawda. To ona ją weryfikuje. Utworzenie takiego rankingu wolności słowa w mediach jest radykalnie trudniejsze niż tylko zbudowanie klasyfikacji na podstawie wolności mówienia.

 

To, co wtedy powiedział o wolności słowa Jan Paweł II nie wszystkim przypadało do gustu. Bo też przedstawił rzecz trudną. Stwierdził, że niewiele daje wolność mówienia, jeśli słowo wypowiadane nie jest wolne. „Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych – dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami” – wyjaśniał. Dodał, że niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swojego – być może błędnego, sprzecznego z prawdą, opartego na fałszu – stanowiska.

 

Zauważył też, że nawet słowa wyrażające prawdę, też mogą nie być wolne. Powiedział coś bardzo mocnego. Stwierdził, że słowa mogą czasem wyrażać prawdę w sposób dla niej samej poniżający. „Może się zdarzyć, że człowiek mówi jakąś prawdę po to, żeby uzasadnić swoje kłamstwo” – tłumaczył. Gdy czyta się dzisiaj, po prawie trzydziestu latach, tę wypowiedź naszego rodaka na Stolicy Piotrowej, jej aktualność szokuje. „Człowiek jest wolny, człowiek jest wolny także, ażeby mówić nieprawdę” – powiedział Jan Paweł II trzy dekady temu na ojczystej ziemi. Dziś brzmi to jak proroctwo. Ale też pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na doroczny Indeks Wolności Prasy. Zachęca do postawienia pytania, gdzie byłoby nasze miejsce wśród 180 krajów świata, gdyby istotnie kryterium zestawienia była prawda.

 

Papież nie miał wątpliwości, że słowo człowieka musi być wolne, musi wyrażać jego wewnętrzną wolność. Przekonywał, że nie można stosować środków przemocy, aby człowiekowi narzucać jakieś tezy. „Te środki przemocy mogą być takie, jakie znamy z przeszłości, ale w dzisiejszym świecie także i środki przekazu mogą stać się środkami przemocy, jeżeli stoi za nimi jakaś inna przemoc, niekoniecznie ta przemoc fizyczna. Jakaś inna przemoc, jakaś inna potęga” – przestrzegał Jan Paweł II. Prawie trzydzieści lat temu!

 

O. Maciej Zięba OP, komentując w jednym z wywiadów wskazania Papieża Polaka dotyczące wolności słowa, powiedział, że sama wolność wypowiedzi, wolność słowa nie wystarcza. Trzeba też umieć wziąć odpowiedzialność za wypowiadane przez siebie słowa. Nie chodzi tu o poddawanie się jakiejkolwiek formie cenzury lub autocenzury, lecz o gotowość do weryfikacji swoich wypowiedzi względem prawdy. Przy takiej próbie szybko może się okazać, że wolność mówienia wszystkiego, co się chce, wcale nie jest gwarantem faktycznej wolności słowa. Ci, którym rzeczywista wolność słowa przeszkadza i doskwiera, świetnie o tym wiedzą. Pozwalają mówić, co się chce, dbają jednak o to, aby trudne, a czasami wręcz niemożliwe było ustalenie, które z wypowiadanych słów niosą prawdę, a które kłamstwo. To o wiele gorsze niż jakakolwiek cenzura. I o wiele skuteczniejsze w ukrywaniu prawdy, w niszczeniu wolności słowa.

 

Wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa” – powiedział Jan Paweł II. Przekonujemy się o tym na własnej skórze w bardzo bolesny sposób. Niestety nie ma rankingu, który by nam to liczbowo i graficznie uświadamiał, umieszczając bliżej lub dalej od początku albo końca zestawienia. A szkoda.

 

Ks. Artur Stopka

Panie! Ale czy to jest skandal? – felieton SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Zdradzę Państwu jak czasem działają niektóre media. Zastrzegam, że jestem już w takim wieku, że raczej się uśmiecham, niż potępiam, ale nie bardzo potępiam, jak ktoś sobie potępia. Do rzeczy: jest materiał i redakcja ma do zagadnienia określony stosunek. Obojętnie jaki materiał, chodzi o mechanizm. Załóżmy, że redakcja uważa, że określona jakaś tam sprawa to skandal. Wysyła się reportera, którego zadaniem jest znaleźć człowieka, który powie, że to skandal. I błąka się taki reporter po świecie i pyta różnych ludzi o zagadnienie. No i on włącza kamerę, a rozmówca odpowiadając na zagadnienie dokonuje analizy wnioskując niestety niejednoznacznie. Nasz reporter idzie do kilku innych rozmówców na świecie i uzyskuje podobne odpowiedzi. Wraca dumny do redakcji i pokazuje szefowi. Szef ogląda, łapie się za twarzoczaszkę głośno artykułując opr: „Czyś ty przypadkiem młody reporterze nie pił płynu do dezynfekcji rąk? Cóżeś śmiał mi przynieść? Skąd ci biedni ludzie mają wiedzieć, że to jest skandal? Wywalaj mi z tym!”. Młodziak stremowany, ale trochę bezczelny pyta: „Ale skąd mam wziąć kogoś kto powie, że skandal, jak to żaden tam skandal?” Bogaty w życie redaktor świdrując oczami młodziaka cedzi: „Do Romualda Augustyniaka pójdziesz na ulicę Okrzeszei 187, weź puder, bo Romuald miewa twarz zanadto czerwoną. Następnie zadasz mu pytanie: „Panie, czy to skandal?” i żebyś miał włączoną kamerę”.

 

Uważam, że zagadnienie, czy jest w Polsce wolność prasy, jest zagadnieniem ważnym. Rozmawiam z ludźmi prywatnie między innymi na ten temat i oni mi mówią niejednoznacznie, „no wiesz, są różne stacje i różne gazety i one mają różne punkty widzenia i w swoich przekazach dziennikarze często są nieobiektywni, albo nawet nieuczciwi w tę stronę, albo w drugą stronę i jak sobie człowiek chce wyrobić pogląd to musi i tych przeczytać i tamtych obejrzeć. A generalnie to po nazwisku już właściwie wiadomo, co kto powie”. A ja ich pytam: „Ale wolno im tak mówić, że co chcą?”. A społeczeństwo mi na to: „No wiesz, w jednych miejscach to im wolno mówić tylko jedno, a w innych miejscach to tylko coś innego, ale w sumie, każdy gada co chce”.

 

Reporterzy bez Granic to taka międzynarodowa organizacja. Co roku robi Ranking Wolności Prasy. Polska od czasów rządów PiS spada w tych rankingach i aktualnie, jak opublikowano, jest na 62, czyli niskiej, pozycji. Rankingi przeprowadza się rozsyłając ankiety do dziennikarzy, dodać trzeba wybranych dziennikarzy. Podobno od jakiegoś czasu duża ich część trafia do Romualda Augustyniaka z ulicy Okrzei 187. Nie uważam tego wcale za skandal. Uważam, że jest to element wolnego świata z zabawnie błyszczącym pluralizmem.

 

Sławomir Jastrzębowski 

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)