Korzyść Kazika – WOJCIECH POKORA o apolityczności Trójki

Jest taka stara anegdota z kręgów kościelnych, jak to wśród księży przeprowadzono ankietę czy należy znieść celibat. 20 proc. ankietowanych opowiedziało się, żeby nie znosić, 5 proc. było na tak, reszta dopisała na kartce – niech będzie jak jest. Przyglądając się medialnemu szumowi, który od kilku lat towarzyszy działalności Programu Trzeciego Polskiego Radia, zastanawiam się, czy nie chodzi o to, by było tam tak, jak było.

 

Odkąd 8 stycznia 2016 roku Magda Jethon została zwolniona ze stanowiska dyrektora Trójki, wciąż słychać głosy o upolitycznianiu tej stacji, a dziennikarze z wieloletnim w niej stażu odchodzą z pracy pod różnymi pretekstami. Najczęściej ich odejściu towarzyszy szum medialny i kolejne zarzuty pod adresem kierownictwa o cenzurę, politykierstwo i brak obiektywizmu. Nie wszystkie odejścia były jednak dobrowolne, część dziennikarzy faktycznie zostało zwolnionych, inni rozstali się ze stacją, gdy odsunięto ich od dotychczasowych zajęć. Obraz medialny jednak jest taki, że wszyscy, którzy pożegnali się z Trójką w okresie tych czterech lat, są ofiarami upolitycznienia rozgłośni. Trudno się z tym zgodzić, bo fakty niestety świadczą o tym, że trudno mówić o upolitycznieniu czegoś, co od polityki nigdy nie stroniło.

 

Warto przypomnieć akcję „Orzeł może” z 2013 roku, gdy 2 maja promowano karykaturę orła białego śpiewając przaśne przyśpiewki w stylu „Polaku, nie bądź ponury. Rozwiń skrzydła, dziób do góry”.  Była to próba wprowadzenia nowoczesnego i „radosnego” patriotyzmu pod patronatem ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Przypomnę, że zarzucono wówczas Trójce udział w akcji politycznej i znieważenie polskiego godła. Generalnie, w tamtym okresie w Programie Trzecim królowali politycy partii rządzącej. Nikt nie protestował, nie odchodził z pracy, nie krzyczał o upolitycznieniu mediów. Sama ówczesna dyrektor tej stacji, podczas wywiadu u Roberta Mazurka tłumaczyła, dlaczego tak dużo Komorowskiego na antenie a brak polityków opozycji w ten sposób – „Próbowano mnie namówić, bym zapraszała polityków ze wszystkich opcji, ale w jednej z nich nie było zbyt wielu ludzi z poczuciem humoru. Szłam więc innym kluczem i zapraszałam ludzi inteligentnych, błyskotliwych i dowcipnych.”

 

Warto zatem pamiętać, że Trójka jest apolityczna tylko wówczas, gdy u władzy są ci, z opcji „inteligentnych, błyskotliwych i dowcipnych”. Podsumował to wówczas Robert Mazurek słowami: – Wypisz wymaluj Bronisław Komorowski: inteligentny, błyskotliwy, dowcipny.

 

Przypominam, że fale rozstań z Radiową Trójką następują zgodnie z kalendarzem wyborczym i zmianą władzy. To, co obserwujemy od 2016 roku to przecież powtórka z 2007 roku, wówczas stację opuścił m.in. Marek Niedźwiecki. Warto pamiętać, że po odwołaniu Krzysztofa Skowrońskiego z funkcji dyrektora tej stacji, także mieliśmy do czynienia z falą odejść. Z Trójką pożegnali się wówczas m.in. Michał Karnowski, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Wasowski, Monika Małkowska oraz Andrzej Nejman. Tracącym pamięć przypominam także, że Wojciech Mann czy Piotr Kaczkowski w 2001 roku byli przesunięci do kąta przez ówczesnego dyrektora Witolda Laskowskiego, a do łask wrócili właśnie za czasów Skowrońskiego. Fakt, że nie było wówczas tak rozwiniętego Internetu, więc każdy ich fan przyswoił sobie, że tych panów w Trójce można słuchać tylko nocą. Dziś zapewne byłaby rozpętana akcja w ich obronie.

 

Oczywiście żadna niegodziwość z lat minionych nie powinna usprawiedliwiać niegodziwości dzisiejszych. Warto jednak rozpatrywać pewne wydarzenia w odpowiednim świetle i opisywać je we właściwych proporcjach. Skoro mamy świadomość, że części dziennikarzy zdarzało się w przeszłości wykonywać histeryczne gesty, gdy widzimy podobne dzisiaj, trzeba do nich podchodzić ostrożnie. Nie przesądzam w tej sytuacji, kto ma rację w sporze o Listę Przebojów Trójki, bo tak naprawdę brakuje nam danych, by o tym przesądzić. Można ubolewać nad tym, że ludzie którzy zarządzają mediami nie potrafią się z mediami komunikować. Jeśli faktycznie ktoś dokonał prowokacji manipulując listą, należało to sprawdzić i ogłosić a nie najpierw zrobić nerwowy ruch a później szukać dla niego uzasadnienia. Przecież jeśli (nie wiemy tego) doszło do manipulacji, to można przewidzieć, że zrobiono to w celu wywołania jakiejś reakcji i ta reakcja niestety nastąpiła. A jeśli do manipulacji nie doszło, to tym gorzej dla osoby, która dokonała cenzorskiego ruchu na liście, bo to oznacza, że nie dorasta do funkcji którą sprawuje. Ale dzisiaj trudno przesądzać, kto jest kowalem, który zawinił, a kto Cyganem, którego za to wieszają, bo sprawa Trójki pokazuje jak na dłoni, że media publiczne nigdy od polityki wolne nie będą. A na całej tej historii skorzystał jedynie Kazik, którego kiepska piosenka stanie się na fali wydarzeń, nomen omen kultowa.

 

Wojciech Pokora

Spalanie Kazika na żywo – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Rapuje Prezydent Najjaśniejszej RP, rapuje Pierwszy raper III RP, a media i społeczeństwo rozgrzewają się do czerwoności.

 

Zapewne w latach siedemdziesiątych, afroamerykańskim twórcom kultury hip-hopowej, nie przyszłoby do głowy, że w kraju który nie wiadomo gdzie leży, ich muza nabierze tylu rumieńców i okazji do komentarzy. Choćby taki miłośnik scyzoryków z miasta „pełnym cudów, brudów, śmieci żuli, dziwek, ćpunów”, zostaje Posłem na Sejm.

 

Zostawmy jednak zamierzchłego Liroya. Odłóżmy ostrza, cięcia, mgły, prowokację Jana HartmanaAndrzeja Dudę.  Przecież akcja Hot 16 Challenge 2, jest bardzo szczytna.

 

Na początek cytacik, jak najbardziej na czasie:

 

Orwellowska utopia na naszych oczach powolutku, ale systematycznie w ciało zdaje się przyoblekać. Nie dzieje się to w zuniformizowanej rzeczywistości ekstremalnego totalitaryzmu, rzecz jasna, ale w realiach demokratycznego, jakby nie było, ustroju. Mass media proweniencji publicznej tworzą po trochu rzeczywistość własną jak za czasów Gierka. Wielkiego nieomal, zamiast o rzeczywistości informować. To, że w starciu z nadawcami (czy wydawcami) prywatnymi mają one dużo większe fory, każe mniemać, iż sprawująca władzę klasa polityczna ma głęboko w nozdrzach niezależność i mnogość poglądów, za to cenna jest dla niej swego rodzaju trzymana w łapach obu tuba medialna, co zawsze nagłości, co trzeba, i uciszy czego nie trzeba”.

 

Powyższy fragment jest jak najbardziej bieżący, a nawet ponadczasowy. Tylko, jeśli już Państwo zaczęli wściekać się na obecną władzuchnę, to małe wyjaśnionko. Pisał te słowa Kazik Staszewski, w cyklu felietonów „Oddalenie”, mając na uwadze „mętne ściemniaki”. Chodziło o lata, gdzie telewizją rządził brunatny Robert Kwiatkowski, Włodzimierz Czarzasty kojarzony był z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, a dziennikarka od propagandy, Aleksandra Jakubowska, była jeszcze po niewłaściwej stronie mocy.

 

Kazik to przecież postać nie byle jaka i dziennikarz jak się patrzy. Felietony pisywał m.in. do: „Tylko Rocka”, „Machiny”, „Gazety Telewizyjnej” czy „Dziennika”. Bardzo takiego się powinno cenić, co to pisze i do „Newsweeka” i „Gazeta Polska” publikuje. Może tylko kibice Polonii Warszawa mogą czuć się zawiedzeni pisywaniem do „Naszej Legii”.

 

Nie jest łatwo być artystą. Zwłaszcza niezależnym, to brzmi jak frazes. Kazik zamiast bawić wnuki czy siedzieć sobie na tych swoich ulubionych Kanarach, to dalej się w politykę bawi. A jeszcze niedawno przecież, był odsądzany od czci i od wiary.

 

Znawca pop – kultury, Mirosław Pęczak w 2018 roku pisał w „Polityce”, Dlaczego Kazik woli Kaczyńskiego? I zasmucony odnotował: „Trudno przejść obojętnie nad prorządowymi wypowiedziami artysty”. Choć jeszcze w 2016 r. w utworze „Odejdę” Kultu, dostaje się zarówno Donaldowi TuskowiJarosławowi Kaczyńskiemu.

 

Gdy natenczas kawałek Kazika wyleciał z Listy Trójki, zaczęli się wypowiadać europarlamentarzysta Joachim Brudziński i wicepremier, minister kultury Piotr Gliński. Będzie śledztwo, a może i nawet Komisja Śledcza. Zlustruje się na nowo życiorys i twórczość. Powoła się biegłych historyków i polonistów którzy zaopiniują, czy w tekście „Nie lubię już Polski”, nie ma oznak zaniku patriotyzmu. A językoznawcy i poligloci będą oceniać nadużywania w tytułach słów dyskusyjnych typu: „Bar la Curva”.

 

Ktoś zaangażowany politycznie, zbyt mocno pociągnął wajchę i zepsuł „trójkową” maszynerię. Która i tak zacina się, skowyczy i ledwo co daje sobie radę. Więcej luzu twardogłowi decydenci. Zrobiliście Kazikowi świetną reklamę. Muza nie znosi próżni. YouTube działa i ma się dobrze. Miliony wyświetleń. „Jak powstają twoje teksty?” – gdy mnie ktoś tak spyta. Zakur..ię z laczka i poprawię z kopyta”.

 

Krzysztof Prendecki

Dyrektor „Trójki” unieważnił Kazika – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Najnowsza piosenka Kazika „Twój ból jest większy niż mój” zadebiutowała w piątek na pierwszym miejscu 1998. notowania Listy Przebojów Trójki. W sobotę informacja o tym zniknęła ze strony tej rozgłośni a następnie pojawił się komunikat dyrektora i redaktora naczelnego Trójki Tomasza Kowalczewskiego.

 

Szanowni Słuchacze, podczas elektronicznego głosowania nad Listą Przebojów Trójki w dn. 15.05.2020 r. został złamany regulamin i do głosowania wprowadzono piosenkę spoza listy. Nadto dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki, co zafałszowało wynik końcowy. W związku z tym Redakcja podjęła decyzję o unieważnieniu tego głosowania” – przekazał.

 

Wyrażamy ubolewanie i przepraszamy wszystkich słuchaczy za zaistniałą sytuację” – czytamy w oświadczeniu – Na kolejne głosowanie Listy Przebojów Trójki zapraszamy 22 maja o stałej porze”.

Kazik Staszewski w najnowszej piosence komentuje fakt, że pomimo zamknięcia Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński przyjechał 10 kwietnia na grób swojej matki i symboliczną mogiłę pary prezydenckiej.

Otwiera się brama, ja nie wierzę oczom / czy jednak się rzeczy inaczej potoczą / podbiegam, twoje karki krzyczą stój / bo twój ból jest lepszy niż mój / twój ból jest lepszy niż mój” – śpiewa Kazik.

 

Już wiele dniu temu napisałem tekst, w którym pożegnałem radiową „Trójkę’, Stacja ta przez dziesiątki lat mi towarzyszyła, by zostać ostatecznie zaorana przez „dobrą zmianę”. Tekst pt. „Pamięci „Trójki” Rapsod Żałobny ukazał się na stronie sdp.pl

 

To co się wydarzyło teraz jest tylko dodaniem wykrzyknika. Ze starej, dobrej „Trójki” została już tylko „Lista Przebojów”, ale i nawet na nią przyszedł koniec. To symboliczne.

Jeden z najważniejszych polityków PiS-u europoseł Joachim Brudziński skomentował sprawę zdjęcia ze strony „Trójki” informacji o nr. 1 piosenki Kazika, tak:

Zdejmowanie z @RadiowaTrojka informacji o wygranej #lpp3 piosenki Kazika (moimi zdaniem niesprawiedliwą w swej treści), jest albo przejawem głupoty albo czyjejś złej woli. W wolnym kraju artysta ma prawo do swojej artystycznej (czasami niemądrej) interpretacji zdarzeń” – napisał europoseł PiS Joachim Brudziński.

 

Szanowny Panie Joachimie, powinien uderzyć się Pan przede wszystkim we własne piersi. To Prezes i jego najwierniejsi poddani, w tym Pan, podjęliście decyzję, by z mediów publicznych uczynić narzędzie partyjnej propagandy. Natychmiast znaleźliście wykonawców, zawsze tacy się znajdują, tylko czyhają na taką okazję. Ich głównym zadaniem jest odgadywać życzenia swoich chlebodawców.

 

To zdarzenie z piosenką Kazika, to jest tylko skutek, przyczyną jesteście Wy, Komitet Polityczny PiS-u.

 

Zapomnieliście tylko, że w latach 80. XX wieku, owszem, można było zablokować piosenkę Kory na Liście Przebojów i słuchacze nie mieli żadnej szansy, by ją usłyszeć. Dzisiaj to jest niemożliwe.

Od razu, gdy tylko zawłaszczyliście media publiczne, napisałem że od tych mediów zginiecie, bo zapomnicie w pewnym momencie, że to tylko propaganda i manipulacja, i sami staniecie się jej ofiarami. Uwierzycie w zafałszowany obraz rzeczywistości.

Myliłem się o tyle, że istnieją na rynku nadal silne media „nie narodowe”, a przede wszystkim media społecznościowe. Jeszcze tylko im zawdzięczacie, że nie do końca utraciliście kontakt z rzeczywistością

 

Adam Socha

Pierwszy stopień wtajemniczenia – OLGA MICKIEWICZ–ADAMOWICZ o laureatach nagrody im. Jacka Stwory

Młodzi twórcy radiowi w Polsce zajmujący się reportażem w większości prędzej czy później zawalczą o stypendium im. Jacka Stwory. „Ta Stwora”, jak żartobliwie mówią radiowcy, to dla początkującego reportażysty najbardziej prestiżowa nagroda, ale też umożliwiająca najwięcej w późniejszym radiowym życiu.

 

Pamiętam doskonale pewien listopadowy wieczór 2015 roku, kiedy stojąc na scenie studia koncertowego im. Agnieszki Osieckiej usłyszałam, że zostałam kolejną laureatką stypendium im. Jacka Stwory. Pamiętam radość, dumę, ale też poczucie odpowiedzialności. Bo stypendium, chociaż łączy się z nagrodą finansową, oznacza przede wszystkim rok wytężonej pracy pod czujnym okiem mentorów. I pewność, że ta praca zostanie skrupulatnie oceniona przez najlepszych w Polsce reportażystów.

 

Dla mnie stypendium oznaczało, że przez kolejny rok obracałam się w środowisku nacjonalistów. Chociaż prywatnie zupełnie mi z nimi nie po drodze, 2016 rok był momentem, kiedy weszli do mainstreamu. Największe media relacjonowały ich marsze i pochody, a przedstawiciele poszczególnych organizacji nagle uzyskali głos. Ciekawiło mnie, kim są prywatnie i skąd się wzięły ich radykalne poglądy. Co prawda reportażu, który finalnie powstał, nie uważam za najważniejszą czy najlepszą ze swoich audycji, ale nigdy nie zapomnę czasu, który poświęciłam na jego przygotowanie. Mogłam zaryzykować i spróbować go zrobić po swojemu. Mogłam przeznaczyć mnóstwo czasu na zbliżenie się do bohaterów, którzy gdyby nie to, na pewno by mnie odrzucili.

 

Nie wiem, czy stypendium im. Jacka Stwory było moim zawodowym przełomem. Na pewno „jednym z”, pierwszym stopniem wtajemniczenia. Innymi były wyjazdy na zagraniczne konferencje, międzynarodowe stypendium im. Ake Blomstroma, które dostałam rok później, czy najróżniejsze zawodowe wyzwania, które po prostu pojawiały się w codziennej pracy. Ale na pewno stypendium dało mi poczucie pewności siebie, wiarę w to, że przynależę do grona reportażystów radiowych i że to, co robię i mówię, ma znaczenie. A to mogło być dla mojego dziennikarskiego rozwoju nawet istotniejsze, niż formalnie przyznana nagroda. Chociaż nie da się ukryć, że kolekcja dyplomów i statuetek ułatwia życie.

 

Znam wielu świetnych dziennikarzy, którzy nie mają na koncie żadnej nagrody. Znam też takich, którzy w konkursach nawet nie startują, bo nie mają takiej potrzeby. Albo startują raz i od razu odnoszą wielki sukces. Jednak dla większości reportażystów nagroda ma nie tylko wymiar praktyczny (którym są dodatkowe pieniądze – w zawodzie dla pasjonatów, przy obecnej wysokości honorariów, to ma znaczenie). Nagroda często zwyczajnie ułatwia życie. Jest informacją dla szefa, że odnosimy sukcesy i inni nas doceniają. Oraz dla bohaterów reportażu – zdarzało mi się wielokrotnie, że zanim przyszłam na umówione spotkanie, bohater sprawdzał w Internecie, kim jestem, słuchał moich reportaży (najczęściej tych nagradzanych) i na tej podstawie wyrabiał sobie na mój temat opinię. Psycholodzy mają na to nawet definicję: efekt aureoli. A mówiąc prościej: dobre pierwsze wrażenie da się zrobić tylko raz. Informacja o nagrodach reportażysty potrafi zrobić takie właśnie dobre pierwsze wrażenie.

 

Nagroda stanowi także mocny punkt w zawodowym CV, kiedy ubiegamy się o dodatkowe środki z różnych organizacji na realizację materiału, próbujemy wydać książkę albo chcemy zainteresować kogoś naszym projektem. Tak jak tytuł doktora czy profesora na uczelni, jak nazwa stanowiska w korporacji, jak dystynkcje na mundurze – są informacją o tym, co już udało nam się zrobić, czego dokonać.

 

W historii konkursu im. Jacka Stwory zdarzały się też jednak sytuacje, kiedy samo stypendium okazywało się przepustką do najwyższych radiowych zaszczytów.

 

Tak wydarzyło się choćby w przypadku Patrycji Gruszyńskiej-Ruman ze Studia Reportażu i Dokumentu, która wygrała stypendium im. Jacka Stwory w 2007 roku. Potem przez kolejne miesiące pracowała nad audycją o Stanisławie Rachwał. Na jej nazwisko natrafiła przypadkiem, kiedy zwiedzała były obóz Auschwitz-Birkenau. Zwróciła na nie uwagę, ponieważ brzmiało tak samo, jak nazwisko panieńskie matki Patrycji. Postanowiła sprawdzić, czy Stanisława Rachwał była z nią spokrewniona. Okazało się, że to postać porównywana z rotmistrzem Pileckim. Patrycja nie odnalazła co prawda rodziny, ale trafiła na niezwykłą historię.

 

Stanisława Rachwał cztery lata spędziła w Auschwitz-Birkenau, a po wojnie dziesięć w komunistycznym więzieniu. W obozie marzyła o zemście na tych, którzy byli przyczyną jej cierpienia. Po wojnie nadarzyła się ku temu okazja – trafiła do jednego więzienia z Marią Mandl, sadystyczną komendantką żeńskiego obozu. Czy Stanisława skorzystała z okazji do zemsty? Przekonać się można, słuchając reportażu: https://www.polskieradio24.pl/130/2617/Artykul/2184952,WINna-nieWINna-Patrycja-GruszynskaRuman

 

– Ten reportaż to wybuch talentu Patrycji – tak audycję komentowała Irena Piłatowska, która przez wiele lat była redaktor naczelną Studia Reportażu i Dokumentu. – Sceną, którą zapamięta każdy, kto słyszał ten reportaż, jest spotkanie pod prysznicem kata i ofiary. To właśnie wtedy Maria Mandl poprosiła Stanisławę o przebaczenie.

 

Reportaż Patrycji, zatytułowany „WINna, nieWINna”, uhonorowany został najważniejszą radiową nagrodą na świecie, tzw. radiowym Oscarem, czyli Prix Italia. Czy powstałby, gdyby nie stypendium im. Jacka Stwory?

 

To samo pytanie można by zadać w przypadku innego polskiego reportażu nagrodzonego Prix Italia, „Chcę więcej” Bartosza Panka z radiowej Dwójki, który zrealizowany został w 2013 roku. Opowiada o zmarłym już Dominiku Połońskim, muzyku, który gra na wiolonczeli, używając tylko jednej ręki. U Dominika 10 lat wcześniej zdiagnozowano nowotwór mózgu. Rak spowodował niedowład lewej części ciała. Ale reportaż opowiada przede wszystkim o pasji tworzenia, muzyce, znaczeniu dźwięku. Warto posłuchać tej audycji. Odnaleźć można ją tutaj: https://www.polskieradio.pl/80/4198/Artykul/1321716,Chce-wiecej

 

Kto wie, czy reportaż Bartosza brzmiałby tak samo, gdyby nie stypendium? Kto wie, czy w ogóle by powstał? Bartek początkowo chciał robić audycję o włoskim aktorze Feruccio Solerim, który od 1959 roku wciela się w tę samą postać w teatrze Piccolo w Mediolanie. Komisja artystyczna, która pracuje z  każdym laureatem stypendium im. Jacka Stwory, była temu przeciwna, bo w radiu trudno zachować prawdziwe emocje, kiedy na głos bohatera trzeba nałożyć tłumaczenie. Ale Bartosz uparł się i pojechał do Mediolanu. Po czym okazało się, że Soleri na każde jego pytanie odpowiada półsłówkami, bo tak traktuje dziennikarzy. Bartek wrócił więc do Polski i po konsultacji z mentorami zabrał się za kolejny temat ze swojej „listy marzeń” – czyli za historię Dominika Połońskiego.

 

Z kolei inna laureatka, Katarzyna Błaszczyk ze Studia Reportażu i Dokumentu, mówi tak: – W tym roku mija dziesięć lat odkąd otrzymałam Stypendium im. Jacka Stwory. Możliwość nagrania reportażu marzeń: zabezpieczenie środków finansowych oraz współpraca z doświadczoną reportażystką Anną Sekudewicz zaważyły na wszystkim, co później udało mi się stworzyć radiowo i nie tylko. Myślę, że wynikało to z kilku czynników. Po pierwsze, jako reportażystka byłam już wtedy gotowa na opowiedzenie wyjątkowej historii. Miałam już doświadczenie zawodowe, wcześniej wielokrotnie eksperymentowałam z dźwiękiem i byłam już po ukończeniu prestiżowej EBU Master School, gdzie zdobyłam zupełnie inne, nowe narzędzia do tworzenia historii radiowych. Po drugie, miałam absolutnie wyjątkowy temat, który łączył w sobie wątki historyczne, śledcze, podróżnicze, a jednocześnie dotyczył takich wartości jak miłość, ojczyzna, przynależność. Jedyne czego potrzebowałam to wyruszyć w podróż do Brazylii, na co potrzebne były duże, jak na moje możliwości, pieniądze. Po trzecie i być może najważniejsze, miałam zorganizowaną i profesjonalną opiekę artystyczną – w osobie wybitnej reportażystki Anny Sekudewicz.

 

Dzięki stypendium powstał reportaż „Listy Brazylia – Polska”. Wszystko zaczęło się w Archiwum Miasta Stołecznego Warszawy, gdzie autorka odnalazła XIX-wieczne listy polskich emigrantów z Brazylii, które nigdy nie dotarły do adresatów. Postanowiła ruszyć do Rio Grande do Sul i odnaleźć potomków nadawców, sprawdzić, jak dalej potoczyły się ich losy.

 

Katarzyna podkreśla, że reportaż „Listy Brazylia-Polska” okazał się dla niej przełomowy: – Dzięki wyjazdowi nauczyłam się wykonywać resarch w szybkim tempie, a nawet w języku, który bardzo słabo rozumiałam. Kluczowe okazało się słuchanie ludzi, i pozwolenie, by brali czynny udział w tworzeniu tego dokumentu. Zrozumiałam też, jak trudny jest bohater zbiorowy i co trzeba zrobić, by mimo wszystko reportaż poruszał emocje. Po powrocie, pod okiem Anny Sekudewicz, rozpoczęłam żmudną pracę nad konstrukcją dramaturgiczną. Wybranie fragmentów, które wyemitujemy i poskładanie ich w przejrzystą, trzymającą w napięciu całość, to było duże wyzwanie. Jednak właśnie ono spowodowało, że teraz nagrywam i montuję już zupełnie inaczej. „Listy Brazylia-Polska” pozostają moim najbardziej znanym i nagradzanym reportażem. Choć później zdarzało mi się tworzyć nagradzane audycje i wydać z Hanną Bogoryja-Zakrzewską książkę, to nadal uznaję otrzymanie stypendium im. Jacka Stwory za jedno z najważniejszych wydarzeń w moim radiowym życiu zawodowym.

 

Joanna Sikora z Radia Białystok także mówi o swojej nagrodzie z wielkim entuzjazmem: – W tym roku mija 6 lat od nagrody w konkursie stypendialnym imienia Jacka Stwory. Z perspektywy czasu wiem, że to był prezent od losu. Na tamtym etapie mojego życia zawodowego pracowałam w tzw. newsach. Była to codzienna pogoń za informacjami, w związku z tym na reportaż nie zostawało zazwyczaj za wiele czasu. Wygrana okazała się szansą, by skupić się tylko na tworzeniu. Podczas nagrań i montażu praktycznie zrezygnowałam z codziennej pracy.

 

Joanna pracowała nad reportażem o Biebrzy, zatytułowanym później „Rzeka odchodzi i trwa”. Miała wiele godzin nagrań, na których zarejestrowała tradycyjne śpiewy mieszkańców nadbiebrzańskich wiosek, ale nie wiedziała, jak połączyć je w spójną całość. Pomogła jej w tym Janina Jankowska, opiekunka artystyczna. Co więcej, szefowa Studia Reportażu Irena Piłatowska-Mądry od razu zaproponowała, żeby audycję udźwiękowić w systemie dookólnym, we współpracy z wybitnym realizatorem Polskiego Radia Andrzejem Brzoską.

 

Reportaż okazał się olbrzymim wyzwaniem, przede wszystkim ze względów technicznych. W historii polskiej radiofonii audycje w systemie dookólnym powstawały tylko w wersji studyjnej, głównie były to słuchowiska. Dźwięki były tam wypreparowane, prawdopodobnie nikt nie wychodził w teren ze sprzętem nagrywającym. Takiego sprzętu też w Polskim Radiu Białystok nie było. Za jego skonstruowanie zabrał się radiowy dział techniki. Powstał specjalny rodzaj rusztowania, na której umieszczono łącznie trzy mikrofony, pozwalające nagrywać dźwięki z każdej strony. To dzięki temu Joanna zrobiła pierwszy w Polsce reportaż zrealizowany w technice surround sound. Słuchacz ma dzięki niej wrażenie, że dźwięki wydobywają się nie tylko z lewej lub prawej strony (to efekt stereo), ale zewsząd. Audycji można posłuchać tutaj: https://www.radio.bialystok.pl/reportaz/index/id/131165

 

Tak pracę nad nią wspomina Joanna: – Kiedy wstępnie udało się zapanować nad materiałem, przyszedł czas na pracę z Andrzejem Brzoską. Po raz pierwszy miałam szansę spędzić tyle godzin nad realizacją reportażu. Były to cztery sesje po kilkaset minut w Studiu Teatralnym Polskiego Radia. Pan Andrzej potrafił wyczarować cuda z tego, co przygotowałam. Wszystko stało się przestrzenne, ciepły dźwięk otaczał nas z każdej strony. W prawym głośniku krzyczały żurawie, w lewym brzęczały owady. Z tyłu wyły psy sąsiada, a w tle szumiała Biebrza. Wszystko otulone śpiewem głównego bohatera. Całość brzmiała bajecznie. Satysfakcja była olbrzymia. Nikt do tej pory nie zrobił w ten sposób reportażu. Byłam pierwsza. Bez stypendium i wsparcia wielu osób nie byłoby takiej możliwości.

 

– Nie było łatwo, ale dziś wiem, że było warto. To była przygoda, ale zaważyła też na moim dalszym życiu zawodowym. Dziś w Polskim Radiu Białystok zajmuję się praktycznie tylko reportażem, a w głowie mam cały czas rady pani Janki Jankowskiej.

 

Oczywiście nie jest tak, że każdy laureat stypendium im. Jacka Stwory okaże się gwiazdą polskiej radiofonii. Dla nielicznych nagroda była tylko przygodą, epizodem. Po zakończeniu pracy nad wybraną audycją poszli dalszą drogą, niekoniecznie związaną z radiem: Julia Prus mieszka w Afryce, przygotowuje stamtąd korespondencje i pisze teksty. Ireneusz Białek, który jako nastolatek stracił wzrok, zajmuje się dziś osobami niepełnosprawnymi na Uniwersytecie Jagiellońskim. Andrzej Guzowski napisał doktorat i pracuje na Uniwersytecie Medycznym w Białystoku. Dla większości stypendystów nagroda jest jednak przypieczętowaniem ich związku z reportażem.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Badanie wpływu pandemii na pracę mediów i agencji PR – prośba do dziennikarzy

Polska Agencja Prasowa z Instytutem Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego – partnerem badawczym, prowadzi projekt, którego celem jest zebranie opinii na temat wpływu pandemii koronawirusa na pracę dziennikarzy i ich współpracy z agencjami PR . Autorom badania chodzi głównie o poznanie opinii dziennikarzy na temat zmian, jakie zaszły w czasie pandemii koronawirusa i lockdown. Ankieta składa się z 9 pytań oraz metryczki. Jej wypełnienie zajmie kilka minut. Badanie jest w pełni anonimowe a wyniki zostaną przedstawione w formie zestawień statystycznych nie pozwalających na identyfikację poszczególnych respondentów.  Publikacja wyników badania planowana jest w połowie czerwca 2020 roku.

 

Zapraszamy do udziału w badaniu : https://exacto.barometrkomunikacji.pl/redir/index/url/qmprxGiVpnfWnKOstYE

 

CMWP SDP  wspiera PAP w tym projekcie.

 

Automaty – ŁUKASZ WARZECHA o dystrybucji prasy w czasach zarazy

Wydawcy prasy mają poważne kłopoty, spowodowane nie tylko zamknięciem gospodarki, a tym samym ogromnej liczby punktów sprzedaży prasy, ale też dalszymi tego konsekwencjami. Wydawca „Super Expressu” ma problemy z Garmond Press, podobnie wydawca „Tygodnika Powszechnego”. Dla wielu tytułów kolejnym ciosem jest decyzja o zamknięciu na stałe części stacjonarnych salonów Empik. Centra handlowe częściowo wracają do życia, więc przynajmniej jest szansa, że wzrośnie sprzedaż w salonikach prasowych Kolportera.

 

Ciągnie się już wiele miesięcy przejęcie Ruchu przez Orlen, co do którego istoty zresztą można mieć wątpliwości. Jak już kilka miesięcy temu pisałem na portalu SDP, w sytuacji głębokiego upolitycznienia każdej dziedziny życia, także spółek skarbu państwa, można się zastanawiać, czy dystrybutor przejęty przez SSP będzie identycznie podchodził do każdego tytułu, niezależnie od jego nastawienia wobec aktualnej władzy. Wiadomo jednak, że finału przejęcia wydawcy wypatrują z niecierpliwością. Tymczasem postępowanie w UOKiK trwa i nie wiadomo, kiedy się skończy.

 

Oczywiście nawet gdyby sieć dystrybucji nie została w żaden sposób ograniczona, i tak można by się zastanawiać, czy ludzie w czasie kryzysu (jego prawdziwych rozmiarów jeszcze nie widzimy, bo nie doszły do finału wręczone w marcu czy kwietniu wypowiedzenia – fala zacznie być w pełni dostrzegalna w czerwcu czy lipcu) będą wciąż skłonni wydawać pieniądze na prasę. Ale problemy z dystrybucją to dokładanie kolejnego problemu.

 

Choć niektórzy wydawcy – przede wszystkim Agora – chwalą się cyfrową dystrybucją swoich tytułów, to w żadnym przypadku nie jest ona w stanie zastąpić całkowicie papieru, a w wielu jest tylko jego pobocznym uzupełnieniem. I zapewne tak jeszcze długo w Polsce pozostanie. Dlatego na miejscu wydawców zacząłbym się zastanawiać nad alternatywnymi sposobami sprzedaży papierowych wydań.

 

Przyznam, że jako entuzjasta nowych technologii (aczkolwiek pod warunkiem, że nie wkraczają na siłę w naszą prywatność) nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego przy ciągnących się już od dawna problemach z siecią dystrybucji wydawcy prasy nie skonsolidowali wysiłków na rzecz stworzenia sieci automatów sprzedażowych. Automaty z gazetami nie są oczywiście niczym nowym – ich najprostszą postać znamy wszyscy z filmów, pokazujących Zachód lat jeszcze 70.: ot, przeszklona skrzyneczka, do której wrzucało się monetę, otwierało się ją i wyciągało jedną gazetę. Ważna tu była uczciwość kupującego, który miał wyjąć jedną, a nie dziesięć gazet.

 

Tymczasem technologia posunęła się ogromnie naprzód. Stworzenie dzisiaj automatu, dystrubuującego papierową prasę na takiej samej zasadzie jak napoje czy przekąski, nie jest żadnym problemem. W niektórych miejscach w Polsce można zresztą kupić w automatach popularną literaturę. Dodajmy do tego szybkie płatności zbliżeniowe i dostajemy możliwość postawienia całkowicie autonomicznej sieci urządzeń niezależnych również od sytuacji takich jak epidemia. Bo przecież automaty działają cały czas.

 

Jeden automat sprzedażowy na wolnym rynku, a więc kupowany pojedynczo, w internetowej ofercie, to – w zależności od poziomu jego skomplikowania – cena od ok. 15 do 25 tys. złotych. Gdyby miała powstać nowa sieć sprzedaży, czyli w grę wchodziłby zakup przynajmniej kilkudziesięciu takich automatów na początek, jednostkowa cena z pewnością byłaby niższa. Jest jeszcze oczywiście kwestia dostarczania gazet do takiego punktu. W przypadku tygodników nie ma raczej problemu, choć nie wszystkie ukazują się tego samego dnia tygodnia. Gorzej jest z dziennikami, bo tu ktoś musiałby automaty zaopatrywać każdego dnia.

 

Natomiast przy odrobinę większym zaawansowaniu technologicznym można sobie też wyobrazić, że dodatkową funkcją takiej maszyny będzie prosty – prostszy niż związany z zainstalowaniem aplikacji i przejściem całego procesu w urządzeniu mobilnym – zakup pojedynczego elektronicznego wydania gazety w formacie PDF, epub czy mobi, przesyłanego w postaci wygodnego do otwarcia linku wprost na telefon. Dla kogoś, kto nie chce kupować cyfrowej prenumeraty, ale interesuje go konkretny tekst z konkretnego wydania gazety taka możliwość – o ile będzie sprowadzona do kilku kliknięć na ekranie i przytknięcia telefonu do czytnika dla dokonania płatności – może być atrakcyjna.

 

Czy taka inwestycja jest możliwa – nie wiem, nie jestem specjalistą od prasowego biznesu. Wydaje się jednak dziwne, że przy takich problemach z dystrybucją, jakich doświadcza w Polsce drukowana prasa, wydawcy nawet nie spróbowali pójść w stronę automatyzacji sprzedaży. Jakkolwiek istotnie wymagałoby to początkowej inwestycji, lecz może właśnie w tym momencie, gdy rząd stara się pomóc przedsiębiorcom, łatwiej byłoby o wynegocjowanie kredytowania takiego przedsięwzięcia.

 

Nawet gdyby to był zbyt ambitny plan, wciąż wydaje się nieuchronne sięgnięcie po sposoby dystrybucji papierowej prasy alternatywne wobec kiosków czy saloników prasowych. Dlaczego na przykład wydawcy nie spróbowali (a może ktoś próbował, choć ja o takich staraniach nie słyszałem) nawiązać współpracy z największymi sieciami kawiarń w Polsce? Teraz moment jest faktycznie słaby, bo nawet jeśli będą one w końcu ponownie działać stacjonarnie, to wciąż w ograniczonym zakresie. Ale wreszcie powrócą do normalnego funkcjonowania. I wówczas można by sobie wyobrazić, że jednym z elementów zamówienia, prócz kawy i kanapki, będzie ulubiony tygodnik albo dziennik.

 

Powyższe to, rzecz jasna, jedynie luźne sugestie laika, ale laika, któremu zależy i w którego interesie jest, aby wydawcy prasowi znaleźli sposób wyjścia ze swojej bardzo trudnej sytuacji. Ten sposób nie może być powielaniem tego, co już było. Jeśli papier ma się w Polsce utrzymać – a utrzymać się musi, bo to warunek istnienia pisanych mediów, niezbędnych po prostu w demokracji – wydawcy muszą zacząć myśleć obok dotychczasowych schematów. Te się po prostu nie sprawdzają.

 

Łukasz Warzecha

Odruch serca czy zimna kalkulacja? – MIROSŁAW USIDUS o prezentach od firm Big Tech

Ci okropni monopoliści i złodzieje prywatnych danych z Krzemowej Doliny znów są dobrzy, potrzebni, pozytywni. Ciekawe jak długo?

 

Skalę problemów mediów jak zwykle najszybciej i najdokładniej poznajemy w USA, gdzie zawsze są na czas odpowiednie badania i analizy. I tak „The New York Times” oszacował, że w wyniku kryzysu epidemicznego i wynikających z niego skutków gospodarczych, firmy działające w branży informacyjnej na rynku amerykańskim zmniejszyły zatrudnienie o 28 tysięcy osób. A to zapewne dopiero początek.

 

Google poinformowało w połowie kwietnia, że uruchomi fundusz kryzysowy, który ma pomóc lokalnym środkom masowego przekazu w USA, które znalazły się tarapatach (a raczej – w jeszcze większych tarapatach niż już od dawna były) z powodu pandemii koronawirusa. Internetowy gigant nie podał konkretnej wartości funduszy, jakie zamierza przeznaczyć na wsparcie dla mediów, mówiąc ogólnie o dotacjach „w zakresie tysięcy dolarów” dla najmniejszych podmiotów do „dziesiątek tysięcy dla większych redakcji”.

 

Wiceprezes Google News Richard Gingras podał w oświadczeniu, że fundusze są przeznaczone dla placówek „produkujących wiadomości dla lokalnych społeczności w czasie kryzysu” a wnioski o pieniądze można składać od końca kwietnia. „Po zakończeniu procesu oceny ogłosimy, kto otrzymał dofinansowanie i na co wydawcy wydadzą pieniądze z dotacji” –   powiedział Gingras.

 

Być może akt dobroczynności Google’a został trochę wymuszony przez wcześniejsze decyzje Facebooka, który już 30 marca ogłosił, że przeznacza 100 milionów dolarów na wsparcie organizacji informacyjnych, które mają poważne kłopoty z powodu pandemii koronawirusa i to na całym świecie.

 

 „Potrzebujemy więcej Googli,”

 

…entuzjazmował się gubernator Kalifornii Gavin Newsom po tym, jak Sundar Pichai, dyrektor generalny Google Alphabet, ogłosił, że firma przekaże cztery tysiące komputerów ChromeBook uczniom i zaoferuje 100 tys. darmowych hotspotów Wi-Fi dla pozamiejskich gospodarstw domowych w tym stanie. Google udostępnia bezpłatną powierzchnię reklamową WHO i małym lokalnym firmom. Stworzyła również aplikację do badań przesiewowych w kierunku objawów koronawirusa. Zarówno Google, jak i Facebook przekazują szpitalom w USA duże partie maseczek.

 

W wielu krajach wielkie regulacyjne, antymonopolowe baty, jakie zostały podniesione nad amerykańskimi potentatami technologicznymi w 2019 roku, zawisły w powietrzu a wręcz zostały odłożone. Dziś nie mówi się zbyt wiele o oburzających praktykach monopoli technologicznych nadużywających swojej potęgi rynkowej i lekceważących prywatność użytkowników. W sondażach przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych i krajach europejskich znaczna większość respondentów zaczęła odpowiadać, że jest skłonna poświęcić prawo do prywatności na rzecz wysiłków rządu mających na celu monitorowanie rozprzestrzeniania się epidemii poprzez udostępnianie danych dotyczących lokalizacji za pomocą urządzeń przenośnych lub korzystanie z aplikacji śledzących.

 

Pisze się też o rozejmie między Big Tech a politykami w Brukseli, Paryżu i Berlinie. Netflix, Google, Facebook i inni zgodzili się na obniżenie jakości swoich filmów, aby uniknąć zatorów w Internecie w Europie. Zdaniem Thierry’ego Bretona, komisarza ds. rynku wewnętrznego, może to być punkt zwrotny w relacjach z wielkimi z sektora IT. „Po raz pierwszy firmy technologiczne działają w taki sposób. Zareagowały natychmiast i podjęły bardzo ważne, praktycznie spontaniczne decyzje” – powiedział w rozmowie z serwisem POLITICO.

 

W czasie gdy linie lotnicze i hotele proszą o pomoc rządową, zarówno Facebook, jak i Netflix ogłosiły, że przekażą 100 milionów dolarów na pomoc małym firmom i kreatywnym grupom. Google uruchomił narzędzia online dla nauczycieli. Facebook, niegdyś krytykowany w UE za zbieranie zbyt wielu danych osobowych teraz jest proszony o udostępnienie anonimowych metadanych Komisji Europejskiej, aby można było przewidzieć szczyt epidemii.

 

We Francji np. wczorajsi wrogowie stali się szybko przyjaciółmi i sojusznikami. Netflix i Disney, firmy, które do niedawna toczyły spór o poziom francuskojęzycznych produkcji, zyskują wizerunek odpowiedzialnych partnerów. Disney zgodził się nawet na utratę dochodów, odkładając uruchomienie swojej usługi streamingowej na prośbę rządu. Ze złowrogiego oligopolu Dolina Krzemowa i amerykańskie konglomeraty rozrywkowo-technologiczne przekształciły się szybko w pożyteczne, potrzebne i odpowiedzialne podmioty.

 

Czy te wszystkie dobroczynne i „wynikające z troski” działania to prawdziwe odruchy serca przedstawicieli Big Tech? Czy jednak powinniśmy zachować postawę streszczającą się w łacińskim cytacie z Wergiliusza – „Timeo Danaos et dona ferentes” – czyli „strzec się Greków, nawet gdy niosą dary”?

 

Jeszcze kilka miesięcy temu media dość zgodnie twierdziły, że potentaci Internetu niszczą je, wysysając pieniądze reklamodawców, stosując praktyki monopolistyczne i narzucając warunki, które uzależniają ich całkowicie od innych i powodują utratę kontroli nad treściami. Teraz pojawiają się informację stawiające Google’a i innych w aureoli nieomal zbawców i aniołów dających promyk nadziei w trudnym czasie. Czy jednak mimo wszystko nie powinniśmy zachować czujności?

 

Akt łaski, czyli obniżenie jakości

 

Sytuacja epidemiczna doprowadziła do tego, że miliony ludzi na całym świecie zaczęły pracować, komunikować się i załatwiać wszystko w Internecie. To z jednej strony ekstremalny test dla pojemności i możliwości sieci – a z drugiej okazja, abyśmy w końcu nauczyli się w pełni korzystać z możliwości jakie daje Internet.

 

„Jeśli znajdziemy się w sytuacji, w której 850 milionów dzieci na całym świecie zacznie otrzymywać lekcje online przez dłuższy czas, wtedy obciążenie sieci tym spowodowane przebije i to znacznie cały ruch jaki generują gracze wideo na świecie” – zauważył w „Daily Telegraph” Matthew Howett, główny analityk w firmie Assembly. Dostawcy usług szerokopasmowych na całym świecie deklarują, że ich systemy będą w stanie sprostać tak wysokiemu wzrostowi zapotrzebowania na transfer danych.

 

Naukowcy z Melbourne’s Monash Business School Economists oraz współzałożyciele KASPR DataHaus, firmy zajmującej się analizą danych z Melbourne, przeprowadzili badania nad dużą ilością danych o globalnej aktywności w Internecie w czasach koronawirusa, analizując wpływ ludzkich zachowań na opóźnienia w transmisji. Klaus Ackermann, Simon Angus i Paul Raschky, opracowali technikę, która codziennie gromadzi i przetwarza miliardy danych dotyczących aktywności w Internecie oraz pomiarów jakości dla dowolnego miejsca na świecie. Zespół stworzył mapę Global Internet Pressure wyświetlającą informacje globalne, jak również dla poszczególnych krajów. Mapa jest regularnie aktualizowana za pośrednictwem strony internetowej KASPR Datahaus.

 

Badacze sprawdzali, jak funkcjonuje Internet w każdym kraju dotkniętym epidemią COVID-19, biorąc pod uwagę szybką eskalację zapotrzebowania na domową rozrywkę, wideokonferencje i komunikację online. Główny nacisk położono na zmiany we wzorcach opóźnień w Internecie. Badacze wyjaśniają to tak: „Im więcej pakietów przesyłanych strumieniowo stara się odbyć podróż na raz, tym bardziej zatłoczona jest ścieżka i tym wolniejszy jest czas transferu”. „W większości krajów OECD, których dotyczy problem COVID-19, jakość internetu jest wciąż stosunkowo stabilna.

 

Według podawanych w Polsce danych Internet u nas zwolnił podobnie jak w innych krajach. SpeedTest.pl pokazywał od połowy marca spadek średniej prędkości łączy mobilnych w wybranych krajach w ciągu ostatnich dni. Wyraźnie widać, że izolacja Lombardii i północnych prowincji Włoch miała ogromny wpływ na obciążenie łączy 3G i LTE. W ciągu niecałych dwóch tygodni średnia prędkość włoskich łączy spadła o kilka Mb/s. W Polsce obserwowaliśmy to samo, ale z około tygodniowym opóźnieniem. Stan zagrożenia epidemicznego mocno odbił się na efektywnej prędkości łączy. Z dnia na dzień drastycznie zmieniły się nawyki abonentów. Play poinformował, że transmisja danych w jego sieci wzrosła w ostatnich dniach o 40 proc. Później podawano, że w Polsce ogólnie w ciągu kolejnych dni pojawiły się spadki prędkości Internetu mobilnego na poziomie 10-15 proc., zależnie od miejsca. Drobny spadek średniej prędkości przesyłania danych widoczny był także na łączach stacjonarnych. Łącza „przytkały się” niemal natychmiast po ogłoszeniu zamknięcia żłobków, przedszkoli, szkół i uczelni.

 

Obliczenia wykonano na platformie fireprobe.net na podstawie 877 tys. pomiarów prędkości łączy 3G i LTE oraz 3,3 mln wyników pomiarów polskich łączy stacjonarnych z aplikacji webowej SpeedTest.pl.

 

A zatem wielkiego dramatu z dostępnością Internetu w krajach rozwiniętych jak dotąd nie było. Jednak na wszelki wypadek poproszono dostawców usług transmisji strumieniowej wideo, takich jak Netflix, Amazon Prime Video i YouTube aby obniżyli jakość swoich filmów w celu odciążenia łączy. Ci szybko zapowiedzieli zmniejszenie jakości filmów przesyłanych strumieniowo w Europie do standardowej rozdzielczości, co według szacunków obniżyło obciążenie sieci o ok. 25 proc. I tak właśnie Big Tech zdobywa PR-owe punkty w czasach epidemii. Nie zaniedbując jednocześnie umiejętnego nagłośnienia swojego „poświęcenia i troski” o jakość połączeń, gdy Internet stał się tak ważny.

 

Warto zauważyć, że Big Tech wygrywa kryzys nie tylko wizerunkowo ale również finansowo. Kilka dni temu analitycy BofA Global Research podali, że Microsoft, Apple, Amazon, Alphabet (rodzina spółek Google) i Facebook, czyli to co zwykle określamy jako Big Tech, osiągnęły łączną wartość ponad 20 proc. kapitału rynkowego S&P 500. Inwestorzy swoimi pieniędzmi odpowiedzieli na pytanie, kto może wygrać pandemię. Akcje Netflixa wzrosły o 35 proc. w 2020 roku, Amazona o prawie 30 proc., a Microsoft o 11 proc.

 

Obecna koncentracja kapitału w spółkach technologicznych jest wyższa niż podczas bańki dot.comowej w 2000 r., czytamy w opisie raportu analitycznego. To co się dzieje w tym sektorze jest również dla inwestorów niepokojącym sygnałem. 26-procentowy wzrost S&P zaledwie w ciągu miesiąca – w stosunku do najniższego poziomu z marca doprowadził do ogromnej dysproporcji pomiędzy Big Tech a innymi sektorami gospodarki, wszystko to w czasie, gdy w Stanach Zjednoczonych następuje utrata miejsc pracy w rekordowym tempie, a większość firm ponosi ogromne straty.

 

Big Tech może więc wyjść z kryzysu koronawirusowego w odróżnieniu od większości sektorów gospodarki znacznie wzmocniony, co prognozował już na początku marca „The New York Times”. Dla większości firm z tego sektora czas epidemii to oczywiste zyski. Google i Facebook poprawiają sobie wizerunek aktami dobroczynności, zaś Amazon czy Netflix po prostu sprzedają więcej. Korzystają także mniej znani gracze IT, jak np. platforma do treningu sportowego w domu Peloton (sport tech). Jednak nie cała branża internetowa skacze do góry z radości. Serwisy podróżniczo-turystyczne w sieci, takie jak Expedia czy platformy mobilności, jak Lyft i Uber, są takimi samymi ofiarami COVID-19 jak restauracje czy hotele.

 

Nowa sytuacja – stare problemy

 

Jednak już od początku kwietnia pojawiają się też wyraźne sygnał, że zgoda na nadzór państwowy w czasie stanu wyjątkowego w kraju nie oznacza, że obywatele są skłonni dać Big Tech możliwość swobodnego korzystania prywatnych danych.

 

Na czasy koronawirusa przypada jedne z większych skandali w tej dziedzinie w historii. Chodzi o problemy z aplikacją do obsługi wideokonferencji Zoom, która zyskała na popularności, gdy ogromne rzesze ludzi zostały zmuszone do pracy w domu. W ostatnich tygodniach eksperci ds. bezpieczeństwa i działacze na rzecz praw autorskich do materiałów cyfrowych zaczęli krytykować firmę, alarmując o przeszłych i obecnych wadach usługi, takich jak brak kompleksowego szyfrowania połączeń wideo lub incydenty, w których włamano się do kamer. FBI ostrzegło szkoły służby po tym, jak niepowołane osoby uzyskały dostęp do spotkań klasowych, co zyskało nawet już swoją nazwę – „Zoombombombing”. W USA toczą się przeciw firmie dochodzenia, które nasiliły się po tym jak ujawniono, że komunikacja w ramach aplikacji przechodzi przez serwery umiejscowione w Chinach.

 

Zoom znalazł się ogniu krytyki wtedy, gdy już wszyscy siedzieli w domu. Facebook, Google i Twitter mieli kłopoty wcześniej, ponieważ już w styczniu zarzucano im brak reakcji na falę dezinformacji na temat epidemii, najpierw w Chinach potem w kolejnych krajach.

 

Z kolei zaliczany do oligopolu Big Tech Amazon ma problemy pracownicze. W całych Stanach Zjednoczonych pracownicy w zakładach w Amazona (oraz w należących do Amazonii supermarketach Whole Foods) zorganizowali protesty przeciwko swojemu pracodawcy. Twierdzą, że firma nie oczyściła swoich zakładów i nie powiadomiła współpracowników o przypadkach zachorowań na koronawirusa. Do końca marca pracownicy co najmniej 21 zakładów pakujących i spedycyjnych Amazona mieli pozytywny wynik testów na obecność koronawirusa. Co ciekawe, w USA rodzi się ruch solidarności sąsiedzkie, lokalnej, wspierania bliskich biznesów, sklepów w kryzysie. Dla globalistycznego Amazona nie jest to zjawisko korzystne. Jeśli takie tendencje pojawią się gdzie indziej i nasila się, to nie będzie dobra wiadomość dla tej firmy i wielu innych światowych molochów.

 

Firmy Big Tech w ramach nowego lepszego wizerunku nie zrezygnowały ze swoich cenzorskich zakusów, o czym świadczy np. niedawne ocenzurowanie przez należący do Google YouTube popularnego filmu Witolda Gadowskiego. Ale nową odsłonę cenzury sieciowej w czasach korona wirusowych warto omówić w odrębnym tekście.

 

Jakoś tym Grekom z Big Tech nie wierzę, nawet, gdy przynoszą prezenty i rozdają pieniądze. Może dlatego, że udają Greka i korzystając ze specyficznego czasu, robią to samo, co zwykle robiły, tylko teraz z pełna troski pozą.

 

Mirosław Usidus

 

 

Problem, z którym zmagamy się od lat: art. 212 kk

 Wzrosła liczba dziennikarzy w Polsce skazanych przez sąd z art. 212 Kodeksu karnego – alarmuje Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Z danych fundacji opublikowanych przez portal Press.pl wynika, że liczba dziennikarzy skazanych za zniesławienie zwiększyła się dwukrotnie!

 

„W 2012 było to 60 skazań, w dwóch kolejnych – 58, w 2015 roku – 70, a w 2016 roku liczba ta wzrosła do 101, w kolejnym roku było to już 137 wyroków, a w 2018 – 118” – informuje branżowy portal Press.pl. Mimo licznych apeli środowiska dziennikarskiego art. 212 kk, który grozi odpowiedzialnością karną za zniesławienie, obowiązuje i nic nie wskazuje, żeby coś się w tej kwestii zmieniło. Sprawa zniesienia koszmarnego przepisu pojawia się zwykle przy okazji oskarżenia z „dwieście dwunastki” dziennikarza ogólnopolskich mediów. Później temat milknie, ale cisza wokół niego nie sprawia, że przestaje obowiązywać. Przepis „działa” i jest wykorzystywany do skazywania dziennikarzy lokalnych mediów, którzy nie godzą się na miejscowe układy samorządowo-biznesowe.

 

– Art. 212 kk to problem, z którym zmagamy się od wielu lat – ubolewa dziennikarz śledczy, Telekurier TVP, Krzysztof M. Kaźmierczak.

 

Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dziennikarz śledczy Witold Gadowski nie ma wątpliwości, że art. 212 kk powinien zostać jak najszybciej zniesiony.

 

– Jest reliktem komuny, który służy do kneblowania dziennikarzy. Sąd na jego podstawie może orzec, że dziennikarz dopuścił się pomówienia i uznać, że popełnił przestępstwo kryminalne. Skazanie z art. 212 kk oznacza wpisanie do rejestru karnego – podkreśla Gadowski.

 

Wskazuje, że oskarżenie o zniesławienie może spotkać każdego. To czy dziennikarz w artykule napisał prawdę nie zawsze ma znaczenie. – Wiele lat temu miałem w sądzie sprawę po napisaniu artykułu o aferze Biofermu, w której tysiące osób straciło oszczędności. Sąd pierwszej instancji w sentencji wyroku stwierdził, że istotą postępowania nie było to, czy oskarżony napisał w artykule prawdę, bo napisał, ale czy miał intencję zniesławienia firmy. Sąd orzekł, że miałem taką intencję – wspomina Gadowski. Dziennikarz odwołał się od kuriozalnego wyroku sądu i wygrał sprawę w apelacji.

 

Dużą rolę w wykreśleniu art. 212 kk mogliby odegrać dziennikarze, którzy zostają parlamentarzystami. Byli dziennikarze reprezentowali i reprezentują  w Sejmie rządzące i opozycyjne kluby parlamentarne. – Jak stają się politykami, wolą trzymać dziennikarzy za twarz. Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia – gorzko stwierdza Witold Gadowski. Wątpi, żeby zniesiono ten przepis.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak uważa, że niektórzy dziennikarze wykorzystują swój zawód jako trampolinę do kariery politycznej, a później nie robią nic, żeby znieść art. 212 kk. – Podejście do tej kwestii byłych dziennikarzy, którzy mogą zdecydować o zniesieniu przepisu jest symptomatyczne dla stanu polskiego dziennikarstwa. Wśród nas nie brakuje dziennikarzy, którzy patrzą na wykonywany zawód jako szansę, żeby docelowo znaleźć sobie spokojniejsze, lepiej płatne i lepiej postrzegane społecznie miejsce pracy. W ten sposób trafiają z redakcji do marketingu, agencji PR, na stanowiska rzeczników, do instytucji samorządowych i państwowych, nawet do parlamentu. Kiedy osiągają swój cel odcinają się od dziennikarstwa. W sumie trudno się temu dziwić. Jeśli działają w innym środowisku zawodowym to problemy dziennikarstwa nie są już dla nich priorytetem. To oczywiste – ocenia.

 

Zdaniem Kaźmierczaka warto próbować angażować byłych dziennikarzy do działań w sprawie art. 212 kk, a jego zniesienie powinno być priorytetem  organizacji dziennikarskich. – I to nie tylko od święta, okazjonalnie – kiedy problem dotyka jakiegoś znanego dziennikarza. Wtedy zwykle pojawiają się oświadczenia i interwencje, ale na tym sprawa wkrótce się kończy… Tak nie powinno być. Stale, uporczywie trzeba podnosić kwestię zniesienia art. 212 kk, ponieważ jego istnienie to bieżący problem, dotykający na co dzień wielu dziennikarzy. Podejście okazjonalne należy zmienić na stałe działanie, tylko wówczas uda się wymusić na politykach zmiany prawne – podsumowuje Krzysztof M. Kaźmierczak.

 

Wykreślenie art. 212 z Kodeksu karnego nie odbierze możliwości prowadzenia działań procesowych osobom, które czują się pomówione artykułem w mediach. Mogą dochodzić swoich praw na podstawie przepisów Kodeksu cywilnego.

 

Na fakt, że obecnie obowiązujące przepisy są szkodliwe dla dziennikarzy i wolności słowa w Polsce, wielokrotnie zwracało uwagę Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Tomasz Nowak

 

Rynek pracy, epidemia i media – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy media, wieszcząc katastrofę na rynku pracy, działają na korzyść odbiorców? Jakie były najczęstsze błędy w prognozach? Jak wygląda rynek pracy dziennikarzy na tle innych branż komunikacyjnych? Czy apel zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich był konieczny?

 

Czekając z utęsknieniem na katastrofę

 

Mirosław Usidus napisał ostatnio na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odnosząc się do natłoku komunikatów o pandemii i znajdujących się wśród nich kaczek dziennikarskich, że: „Niestety media niewiele uczą się z epidemii na epidemię, frymarczenie lękami uważając wciąż za doskonały wehikuł sprzedażowy[1]. Odpowiedzialność za słowo nadbiera w okresach tak szczególnych, jak obecny, wyjątkowego znaczenia. Poza wspomnianymi słupkami wyświetleń znajduje się odbiorca komunikatu, jego poczucie bezpieczeństwa, troska o zdrowie, czy pracę. W tym ostatnim kontekście Anthony Giddens w swojej fundamentalnej „Socjologii” napisał: „niepewność zatrudnienia bywa równie dotkliwa jak brak pracy[2]. W części poświęconej mediom dodał: „Takie środki przekazu, jak telewizja i prasa, wywierają szeroki wpływ na nasze doświadczenie i na kształtowanie opinii publicznej. (…) w określony sposób kształtują one nasze postawy[3]. Łącząc jedno z drugim można stwierdzić, że media mają wpływ na postrzeganie rzeczywistości i w tym zakresie. Być może tym większy, im więcej prognozują, a nie opisują. Bezpodstawne budowanie poczucia zagrożenia nie jest działaniem na korzyść odbiorcy, a przecież dobro czytelnika redakcje powinny mieć zawsze na pierwszym miejscu.

 

Podcinanie gałęzi, na której się siedzi

 

Na początku kwietnia BusinessInsider opublikował artykuł zatytułowany: „W kwietniu czeka nas fala zwolnień. Tysiące ludzi zostaną bez pracy”. W środku możemy wyczytać m. in., że „Z informacji, jakie wpłynęły do urzędu w Kielcach, pięć tamtejszych zakładów chce zwolnić w sumie 695 osób[4]. Sprawdziliśmy to, do żadnego z trzech urzędów pracy działających na terenie stolicy województwa świętokrzyskiego (powiatowy, miejski i wojewódzki) nie wpłynęły wspomniane powyżej wnioski. Jeden z pracowników Publicznych Służb Zatrudnienia w Kielcach (poprosił o anonimowość) stwierdził, że są to „komunikaty wyssane z wiadomej części ciała”. Pewnie warto przypomnieć, że zmyślone wiadomości wysysa się z palca.

 

To rodzi pytanie, o rzetelność pozostałych danych zawartych w tekście. W podobnym tonie wypowiedział się nie tylko BusinessInsider, ale i inne redakcje. W urzędach pracy odpowiadanie na pytania dziennikarzy o to, czy bezrobocie już drastycznie wzrosło, albo czy są nowe informacje o zwolnieniach grupowych zaczęło należeć do zwykłego elementu komunikacji zewnętrznej. W zasadzie Publiczne Służby Zatrudnienia powinny zamieszczać codzienne komunikaty, jak o stanie wód, albo liczbie zarażonych koronawirusem. Niektóre media z utęsknieniem czekają na katastrofę. Tworząc przy tym wrażenie, że ta jest nieuchronna.

 

W marcu bezrobocie spadło…

 

Ten sam BusinessInsider napisał 24 kwietnia „Zupełne zaskoczenie. Znamy stopę bezrobocia za marzec[5]. „Rzeczpospolita” zdążyła dodać, że skok dopiero nastąpi[6]. To tylko przykłady, ale przekonanie o marcowym skoku rejestrowanego bezrobocia pojawiało się dość często, a nie było ku temu żadnych przesłanek. Wręcz przeciwnie, szereg czynników wskazywało, że to niemożliwe. Jakie komunikaty za tym przemawiały? W styczniu 2020 roku pierwszy raz od trzydziestu lat w urzędach pracy zarejestrowanych było mniej niż milion osób[7]. Według danych Eurostatu bezrobocie w Polsce było jeszcze niższe od rejestrowanego, co plasowało Polskę na drugim-trzecim miejscu w Europie. Gospodarka była w niezłej kondycji i nic nie wskazywało na to, że zawali się w dwa tygodnie, jak francuska obrona w 1940 roku. Z dostępnych analiz GUS wynika, że firmy w 2019 roku zgłaszały brak wykwalifikowanych kadr jako istotną przeszkodę w rozwoju biznesu. Nikt poważnie myślący o swojej firmie, komu trudno było zebrać kadrę, nie pozbędzie się jej w sposób bezrefleksyjny.

 

Opinię tę potwierdza Michał Cielibała prezes zarządu Biura Rachunkowego Biurex z Kielc (spółka istnieje od 1991 roku):

Obsługujemy kilkaset podmiotów. Z naszych obserwacji wynika, że kłopoty mają te firmy, których branże „zamrożono” i nie miały pomysłu lub możliwości na inne wykorzystanie swojego potencjału. Zdecydowana większość bardzo dobrze sobie radzi w obecnej sytuacji, a kilkadziesiąt podmiotów odnotowało wzrost obrotów.

 

Cielibała zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt:

Na początku pandemii pewnym problemem było to, że część firm w nieznanej i nowej sytuacji na wszelki wypadek „zamknęła portfele”, ale to już minęło. Biznes oswoił nowe reguły funkcjonowania. Na przykład to, że nie musimy się spotkać, wystarczy kontakt telefoniczny lub online.

 

Warto też zwrócić uwagę na aktywne od początku kwietnia elementy Tarczy Antykryzysowej 1.0. Na przykład w przypadku pożyczki dla mikroprzedsiębiorstw warunkiem jej bezzwrotności było według obowiązującego wówczas stanu prawnego utrzymanie poziomu zatrudnienia. O wsparcie nie wnioskowały więc firmy, które planowały zwalniać pracowników.

 

Cudzoziemcy ratujący rynek

 

Początek 2020 roku przyniósł kolejny wzrost zainteresowania firm zatrudnianiem cudzoziemców. Jednak od momentu zamknięcia granic pracę mogą uzyskać tylko osoby, które już w Polsce są. Pracując u tego samego pracodawcy obcokrajowcy będą mogli zostać nawet do trzydziestu dni po zakończeniu stanu epidemii. Świeże kadry tą drogą nie nadpływają i nie wiadomo, kiedy taka możliwość się otworzy, a mamy na rynku pracy pogłębiający się dół demograficzny, który swoja kulminację osiągnie dopiero za dekadę[8]. W ubiegłym roku tylko samych oświadczeń o powierzeniu pracy cudzoziemcowi polskie urzędy pracy zarejestrowały 1 722 977. A to tylko jedna z dostępnych form zatrudniania obcokrajowców[9].

 

Co z rynkiem specjalistów?

 

W takiej sytuacji przekonanie, że rynek specjalistów radykalnie zmieni się po pandemii może być złudne. Fachowców przecież nie przybędzie. Utrata zespołu, który budowano nieraz całe lata może mieć katastroficzne skutki dla biznesu i utrzymania przewagi konkurencyjnej. Do, jak to określił w latach dziewięćdziesiątych Jan Rokita, „faktów medialnych” należy też przekonanie, że świat po pandemii, będzie diametralnie inny od tego, który znaliśmy przed 12 marca 2020 roku. Jakie są ku temu faktyczne przesłanki? Popularne w oficjalnych komunikatach określenie „nowa normalność” ma przecież charakter czasowy. Przekonanie, że np. jedna trzecia pracowników pozostanie na pracy zdalnej tez może okazać się złudne, bo działanie na odległość tworzy tyle samo problemów, ile rozwiązuje[10].

 

Według Komisji Europejskiej na tle reszty państw wspólnoty polska gospodarka zniesie stan zamrożenia stosunkowo nieźle[11]. Prognozy nie są więc katastrofalne. W tym kontekście warto zacytować słowa Andrzeja Kubisiaka, które opublikowała „Rzeczpospolita”: „Skalę bezrobocia i perturbacji na rynku pracy w pełni i rzetelnie będziemy mogli diagnozować najwcześniej po odczytach majowych. Do tego czasu warto zachować sporą powściągliwość i analizować zmienność warunków zewnętrznych, które bezpośrednio na zatrudnienie będą wpływać[12]. Przy czym należy zauważyć, że katastrofa na rynku pracy została już przesunięta przez media dwukrotnie, a nie nastąpiła ani w marcu, ani w kwietniu. A co, jeśli nie nastąpi wcale?

 

Kryzys uzasadnia wszystko

 

Przeżywaliśmy to nie tak znów dawno temu. Począwszy od 2008 roku słowo „kryzys” stanowiło uzasadnienie dla szeregu działań na rynku zatrudnienia. Pewnie też wszyscy mieliśmy przeświadczenie, że to zrozumiałe. A jeśli… A jeśli w części sami nakręciliśmy tę sprężynę? Jeśli zwolnienia w wydawnictwie Bauer, o których napisały WirtualneMedia[13] są nie tyle skutkiem epidemii i ekonomii, co zbudowanej atmosfery i przeświadczenia, że rynek pracy za chwilę się zawali i tzw. optymalizacji działań, jest uzasadniona przez powszechny krach, który dotąd nie nastapił?

 

Apele żywych

 

Zarząd Związku Firm Public Relations 29 kwietnia opublikował stanowisko, w którym czytamy m.in.: „W opinii Zarządu Związku, powyższa zasada (adekwatny zakres świadczeń do wynagrodzeń – przyp. Autora) ma zastosowanie w każdych okolicznościach. Również obecnie, kiedy branża PR i jej klienci mogą doświadczać trudności. Biznes PR oparty jest na pracy ludzi – konsultantów, dlatego w zakresie kosztów opiera się głównie na składnikach osobowych. Zasady relacji pomiędzy agencją i jej pracownikami są ściśle określone i kontrolowane przez prawo. Stąd nie jest możliwe utrzymanie takiego samego poziomu obsługi przy równoczesnym zmniejszeniu wynagrodzenia agencji. Jako odpowiedzialny pracodawca agencja nie może sobie pozwolić na zmniejszenie poziomu wynagrodzeń pracowników i jednoczesne egzekwowanie od nich takiego samego zakresu pracy”.

 

ZFPR podkreślił znaczenie kadr dla skuteczności działań PR. A czy media mogą funkcjonować bez profesjonalistów?

 

Badania LoveBrands Relations pokazały, że 60% Polaków w dobie pandemii zwiększyło częstotliwość korzystania z mediów[14]. Wszystkie programy newsowe zyskiwały w ostatnim okresie na popularności[15]. Według przywołanego badania aż 77% badanych chce otrzymywać treści inne, niż te związane z epidemią. Pokazuje to, że rynek wciąż ma potencjał, nie tylko jako misja, ale również jako biznes.

 

Początek pandemii przyniósł utrudnienia w sprzedaży prasy drukowanej[16], a w związku ze wspomnianym przez Michała Cielibałę początkowym „zamknięciem portfeli” również spadki w nakładach na reklamę w mediach[17], na czym traciły nie tylko redakcje, ale też branża komunikacji marketingowej. Początek maja przyniósł pierwszy etap „odmrażania” gospodarki. Nim ten zacznie przynosić pozytywne poruszenie na rynku, apel Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich o Tarczę Antykryzysową należy uznać za słuszny. Miałaby ona obejmować:

  1. Subsydiowanie papierowych wydań dzienników i tygodników,
  2. Specjalne wsparcie dla mediów regionalnych i lokalnych oraz dla dziennikarzy freelancerów,
  3. Ulgę podatkową na prenumeratę prasy (wersji papierowych lub e-wydań),
  4. Finansowe wsparcie niekomercyjnych portali i projektów medialnych w Internecie,
  5. Utworzenie przez Skarb Państwa Fundacji Dziennikarskiej, która zajmowałaby się koordynacją działań związanych ze wsparciem środowiska dziennikarskiego[18].

 

Oczywiście pamiętając, że w obecnej postaci Tarcza Antykryzysowa już pozwala na wsparcie freelancerów, np. dzięki otwarciu w wersji 2.0 możliwości ubiegania się o pożyczki dla mikroprzedsiębiorców przez osoby samozatrudnione i dofinansowanie części kosztów prowadzenia działalności gospodarczej w przypadku spadku obrotów o minimum 30%, ale to nie rozwiązuje problemu.

 

Opublikowany w marcu apel Branży Komunikacji Marketingowej i MICE, oprócz uwag na temat rozwiązań w powstającej wówczas Tarczy Antykryzysowej, odnosił się również do wywiązywania się przez kontrahentów ze zobowiązań, niewycofywania się z już zawartych umów oraz urealnienia terminów płatności za działania już zrealizowane[19]. W znacznym stopniu te uwagi dotyczą też ekonomicznych podstaw funkcjonowanie redakcji. Tego odwołania się do reklamodawców w apelu SDP zabrakło, a trudno sobie wyobrazić, że firmy dotrą skutecznie do swoich odbiorców bez zasięgów, które zapewniają ich komunikatom media.

 

Media jako element kultury narodowej

 

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w przywołanym powyżej apelu zadeklarował ponadto „gotowość do włączenia się do prac Zespołu Antykryzysowego, działającego przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego, by wspólnie wypracować sposoby pomocy środowisku dziennikarskiemu i medialnemu w czasie kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa”. To ważne przypomnienie, że media stanowią istotny element naszej kultury i tożsamości. Ten fakt przeważnie ucieka w bieżącej debacie, a przecież troska o kulturę to też troska o media. Paweł Chmielewski redaktor naczelny Kieleckiego Magazynu Kulturalnego „Projektor” podkreślał, że działania artystyczne bez mediów, które je relacjonują, czy recenzują, dużo tracą, gdyż stają się ulotne. To dziennikarze utrwalają chwile, to często w oparciu o archiwalne materiały redakcyjne odtwarza się obraz epoki i jej życie codzienne.

 

Świat po pandemii

 

Profesor Henry Jenkins z MIT zainicjował akcję „2060: Reflections from the future”. Jej celem jest wywołanie światowej burzy mózgów. Przedmiotowe pytanie brzmi: „jest 2060 rok i świat jest taki, jaki chcesz żeby był. Co musi się zmienić przez najbliższych czterdzieści lat, żeby ten stan osiągnąć?”. Chyba nikt nie wyobraża sobie świata bez dobrego dziennikarstwa i profesjonalnych mediów[1].

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/fakehunter-czyli-jak-zostalem-lowca-fejkow-wyjatkowo-wazna-analiza-miroslawa-usidusa/ – dostęp 29.04.2020 r.

[2] A. Giddens, Socjologia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 440 i wcześniej.

[3] Ibidem, s. 475.

[4] https://businessinsider.com.pl/firmy/zwolnienia-z-powodu-koronawirusa-w-kwietniu-jakie-firmy-i-gdzie-beda-zwalniac/s18zq6h – dostęp 29.04.2020 r. Por. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,25868905,firmy-chca-zwalniac-grupowo-wnioski-kasyna-i-firmy-z-branzy.html – dostęp 29.04.2020 r.

[5] https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/praca/bezrobocie-w-polsce-w-marcu-2020-r-dane-gus-podczas-koronawirusa/4bbq0ht – dostęp 29.04.2020 r.

[6] https://www.rp.pl/Rynek-pracy/304249945-Koronawirus-Skok-bezrobocia-dopiero-przed-nami.html – dostęp 29.04.2020 r.

[7] https://www.pb.pl/pierwszy-raz-od-30-lat-mniej-niz-milion-bezrobotnych-981751 – dostęp 06.05.2020 r.

[8] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ludnosc/prognoza-ludnosci/prognoza-ludnosci-na-lata-2014-2050-opracowana-2014-r-,1,5.html – dostęp 07.05.2020 r.

[9] https://psz.praca.gov.pl/web/urzad-pracy/-/8180211-oswiadczenia-o-powierzeniu-wykonywania-pracy-cudzoziemcowi-wpisane-do-ewidencji-oswiadczen-obowiazujace-od-2018-r- – dostęp 06.05.2020 r.

[10] https://www.rp.pl/Praca/200329622-Co-trzeci-zdalny-pracownik-nie-wroci-juz-do-biura.html – dostęp 30.04.2020 r.

[11] https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-05-06/co-z-polska-gospodarka-dzis-pierwsze-prognozy-ke-od-wybuchu-pandemii/?ref=aside_najnowsze – dostęp 06.05.2020 r.

[12] https://www.rp.pl/Opinie/304309958-Bezrobocie-straszy-ale-jeszcze-nie-teraz.html – dostęp 06.05.2020 r.

[13] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/bauer-zamyka-tytuly-i-zwalnia-koronawirus-staje-sie-pretekstem-wymowka-dla-wydawcow – dostęp 29.04.2020 r.

[14] http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/156978,,badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja-polacy- – dostęp 04.05.2020 r.

[15] https://www.press.pl/tresc/61562,wszystkie-programy-informacyjne-w-kwietniu-ze-wzrostem-ogladalnosci – dostęp 06.05.2020 r.

[16] https://www.press.pl/tresc/61577,sprzedaz-dziennikow-ogolnopolskich-w-marcu-spadla-o-15-proc_ – dostęp 07.05.2020 r.

[17] https://www.press.pl/tresc/61579,w-kwietniu-o-1-4-mniej-reklam-w-telewizji-niz-rok-temu – dostęp 07.05.2020 r.

[18] https://sdp.pl/apel-zarzadu-glownego-stowarzyszenia-dziennikarzy-polskich-o-pomoc-dla-dziennikarzy-i-mediow/ – dostęp 05.05.2020 r.

[19] https://www.petycjeonline.com/apel_polskiej_branzy_komunikacji_marketingowej_i_mice – dostęp 07.05.2020 r.

profesjonalnych mediów[1].

[1] https://www.ciatlas.org/prompt – dostęp 01.05.2020 r.

Odpowiedź CMWP SDP na protest organizacji „Reporterzy bez Granic”

W związku z informacją  organizacji Reporterzy bez Granic  z  6 maja 2020 na temat  rzekomych „intensywnych ataków polskich władz na niezależne media w okresie  obecnej kampanii wyborczej” Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP po raz kolejny zwraca uwagę na nierzetelne  przedstawianie przez tę organizację  sytuacji w Polsce i  publikuje  swoje stanowisko w tej sprawie.

 

6 maja b.r na stronie internetowej  organizacji  „Reporterzy bez granic” (ang. Reporters Without Borders, RWB) została opublikowana informacja o  rzekomej presji wywieranej przez władze w Polsce na niezależne media w  przededniu wyborów prezydenckich (źródło: https://rsf.org/fr/actualites/pologne-les-medias-independants-sous-pression-la-veille-de-lelection-presidentielle). Informacja ta  została także wysłana dziennikarzom  w wielu krajach UE  w formie komunikatu prasowego. Organizacja Reporterzy bez Granic wezwała w niej polskie władze, by nie wykorzystywały kryzysu epidemiologicznego  do „sabotowania (ang. to be aimed at weakening, tłum.: dążenia do osłabienia, sabotowanie) pracy niezależnych mediów zajmujących się kampanią wyborczą”.

 

Jedyne przykłady tego „sabotowania”, jakie przytoczyła organizacja to epizodyczny przypadek dwóch dziennikarzy z Polski, fotoreportera „Gazety Wyborczej” i portalu okopress.pl, którzy  zostali oskarżeni o łamanie zasad bezpieczeństwa  zdrowotnego podczas kilkuosobowego protestu antyrządowego przed domem lidera rządzącej partii oraz „ataki” na   prywatną telewizję TVN, która w ocenie RWB jest oskarżana przez TVP o rozpowszechnianie fałszywych wiadomości (fake news)  i powiązania z byłym reżimem komunistycznym w celu osłabienie krytycznego głosu przed wyborami prezydenckimi (opis: https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,25891976,fotoreporter-wyborczej-stanie-przed-sadem-za-wille-jaroslawa.html?cta=1pbox-2cl-3noac-5closelpmetered1203 ;https://oko.press/policja-sciga-operatorke-oko-press-za-filmowanie-przed-domem-kaczynskiego, https://twitter.com/RSF_en/status/1253728383013453826).

 

Innych przykładów  na uzasadnienie swojej tezy w komunikacie RWB nie podano.

 

CMWP SDP stanowczo oświadcza, że  w Polsce media  i dziennikarze pracują w wolny i nie skrępowany sposób, a system prasowy jest taki sam, jak w każdym demokratycznym kraju.  Oceny, które na podstawie epizodycznych, odosobnionych zdarzeń przedstawia RWB  są zbyt daleko idące i nieuzasadnione. W Polsce mimo obiektywnych trudności związanych z zagrożeniem bezpieczeństwa wywołanym pandemią koronawirusa (przede wszystkim o charakterze ekonomicznym) środki masowego komunikowania funkcjonują  bez przeszkód, a  zmiany w organizacji ich pracy są czasowe i  wynikają z ogólnie przyjętych przepisów bezpieczeństwa. Wskazane dwa przypadki skierowania do sądu sprawy przeciwko fotoreporterom  „Gazety Wyborczej” i portalu okopress.pl są  w ocenie CMWP SDP  skutkiem nadzwyczajnej sytuacji spowodowanej rygorystycznym przestrzeganiem przepisów dotyczących bezpieczeństwa w czasie epidemii, do których przestrzegania zobowiązany jest obecnie każdy obywatel. Na etapie postępowania  sądowego, które toczy się w tej sprawie  możliwe  będzie wyjaśnienie i udowodnienie, iż w/w dziennikarze znajdowali się w miejscu zgromadzenia, bo byli w pracy i dlatego  nie powinni podlegać karze.  CMWP SDP  w wypowiedzi  dla „Gazety Wyborczej” już  23 kwietnia b.r. zaoferowała tym reporterom bezpłatną  pomoc prawną. (https://cmwp.sdp.pl/cmwp-sdp-na-temat-zachowania-policji-wobec-fotoreportera-gw-29-marca-b-r/) .

 

Z kolei „ataki” na telewizję TVN to publikacje materiałów dziennikarskich w telewizji publicznej na temat konkurencyjnej stacji telewizyjnej. Bez względu na ocenę ich merytorycznej zawartości należy dostrzec, iż są one jedynie elementem ogromnej ilości różnego rodzaju publikacji w przestrzeni medialnej w Polce, a obok telewizji TVN i TVP  funkcjonuje dorównująca im wielkością audytorium telewizja prywatna Polsat oraz setki innych i niezależnych podmiotów na rynku telewizyjnym, internetowym, radiowym i prasowym. Wszelkie, nieraz kontrowersyjne publikacje w Polsce, także w mediach publicznych,  są obrazem  intensywnego dyskursu, jaki ma miejsce w przestrzeni publicznej w Polsce i są efektem silnej polaryzacji politycznej całego społeczeństwa. Dyskusja ta toczy się na  gruncie medialnym, bo do tego służą środki masowego komunikowania i jest świadectwem nieskrępowanego korzystania przez dziennikarzy i obywateli z prawa do wolności słowa i wolności dostępu do informacji, które gwarantuje Polska Konstytucja. Ochrona prawa do dobrego imienia  w Polsce jest objęta przepisami prawa cywilnego, a nawet karnego. Każdy podmiot,  który uważa iż  jego dobra osobiste zostały naruszone,  może bez przeszkód skorzystać z egzekwowania tego prawa. Telewizja TVN tego nie zrobiła.

 

Dlatego CMWP SDP  po raz kolejny apeluje  do organizacji RWB o obiektywizm przy opisywaniu poszczególnych wydarzeń dotyczących mediów i dziennikarzy w Polsce.  Bez tego  organizacja ta być może nieświadomie, staje się narzędziem w konfrontacji opcji politycznych w naszej części Europy, opowiadając się jednoznacznie po jednej stronie sporu politycznego, w Polsce – po stronie przeciwników aktualnie rządzącego obozu politycznego, co w przypadku organizacji zajmującej się ocena poziomu wolności prasy w krajach całego świata nie powinno mieć miejsca. 

 

CMWP SDP publikuje stanowisko w tej sprawie ponieważ z nieznanych nam przyczyn organizacje międzynarodowe zajmujące się mediami i wolnością słowa nadały jej duży, międzynarodowy rozgłos, który przypisuje tej sprawie o wiele większe znaczenie, niż ma ona w rzeczywistości .

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 8 maja 2020

 

Dodatkowe informacje tutaj.