Gaz pod patelnią – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Wyobraźmy sobie, że pan Zenek (tylko bez skojarzeń proszę) przygotowuje sobie w swoim ponad stuletnim, eleganckim domku obiad. Domek może nie jest najwygodniejszy i najobszerniejszy, nawet tu i tam coś cieknie, schody skrzypią, ale ma zacną historię, mieszkało w nim kilka pokoleń rodziny i pełno w nim cennych pamiątek.

 

Nagle panu Zenkowi zaczyna się palić tłuszcz na patelni. Pan Zenek w panice zalewa tłuszcz wodą, wobec czego ogień bucha jeszcze wyżej. Zajmują się firanki w kuchni, obrus, szafki i po niedługim czasie płonie już cały budynek. Pan Zenek zdążył wybiec. Stoi przed domem i obserwuje, jak ten – mimo wysiłków straży pożarnej – zamienia się w zgliszcza. A kiedy już to następuje i przybywają poruszeni sąsiedzi, krewni oraz przyjaciele, załamując ręce nad tragedią, pan Zenek okazuje się w ogóle nie martwić. A w każdym razie tak się zachowuje. Powiada, że dom i tak go już denerwował, ciągle trzeba tam było coś naprawiać, w ścianach (drewnianych) zalęgły się korniki, a poza tym był brzydki. I że on i tak miał ubezpieczenie, więc sobie na tym miejscu postawi coś nowego – już nawet wybrał projekt, ładny taki, betonowy dworek z dużym garażem – a na razie przekima się pod mostem. Ludzie zaczynają na pana Zenka patrzeć jak na wariata. Przecież wszyscy wiedzą, że dom spłonął, bo pan Zenek był nieostrożny, a w dodatku zachował się w kluczowym momencie jak idiota. Wiedzą też, że wraz z domem poszło z dymem mnóstwo cymeliów, których żadne ubezpieczenie nie odkupi.

 

Tak się przedstawia sytuacja z Programem Trzecim Polskiego Radia. Mamy dzisiaj do czynienia z próbą racjonalizacji czegoś, co racjonalności w sobie nie ma żadnej. Tak jak pan Zenek próbuje sobie racjonalizować korzyści z pożaru swojego domu – nawet, jeśli w wielu sprawach ma rację, czyli dom był faktycznie kłopotliwy, przeciekał i wymagał dużych nakładów. Jako że jednak był zabytkiem i miał w sobie kawał historii, myślący i rozsądny właściciel postarałby się go wyremontować, zachowując jego charakter.

 

Próba przekonywania, że tak naprawdę nic wielkiego się z Trójką nie stało, bo to była strupieszała stacja, w której pracowali emeryci (niektórzy szczególnie wzmożeni dodają: esbecy) puszczający emerycką muzykę, a teraz wreszcie swoje miejsce na antenie znajdą masy młodych zdolnych – jest kpiną w żywe oczy. Owszem, stało się. I proszę mi pokazać w mediach publicznych miejsce, gdzie młodzi stworzyli w ciągu ostatnich pięciu lat jakąkolwiek dobrą, nową jakość. Ja niestety dostrzegam tylko żenujące przykłady serwilizmu. Powiedziałbym nawet, że im młodsi pracownicy mediów, tym gorzej.

 

Wszystko to nie oznacza, żeby z Trójką nie było problemu. Był. To, co stanowiło o wartości tej stacji, było zarazem jej obciążeniem. Historia trzeciego programu jest, jaka jest. Nie ma sensu zaprzeczać, że sensem jego powołania w latach 60. było stworzenie wentyla bezpieczeństwa, a więc była to wolność w eterze ściśle koncesjonowana. Nie było to oczywiście jedyne takie miejsce i jeśli ktoś dzisiaj twierdzi, że skutki oddziaływania takich tworów można kwalifikować na zasadzie zero-jedynkowej, to wygaduje bzdury. Podobnie koncesjonowanym tworem był choćby telewizyjny kabaret Olgi Lipińskiej, a jednak skutecznie ośmieszał władzę. To zawsze było balansowanie między cenzurą, utrzymaniem koncesji, opozycyjnością (autentyczną lub udawaną) i swoim kręgiem towarzyskim z jego poglądami i lojalnościami. Trójka była koncesjonowana, ale też była łącznikiem ze światem zachodniej muzyki przede wszystkim. Stwierdzenie, że była po prostu pożytecznym dla komunistów zaworem do upuszczania pary, jest zdecydowanie zbyt dużym uproszczeniem.

 

Specyfika tej stacji sprawiła, że jakaś część jej zespołu zżyła się ze słuchaczami znacznie bardziej niż ma to zwykle miejsce w stacjach radiowych, lecz zarazem poszło za tym rosnące przekonanie, że oni sami są właścicielami trzeciego programu publicznego radia i nikt nie ma prawa w żaden sposób mieszać się do jego wewnętrznych spraw. A już zwłaszcza ktoś, kto przychodziłby spoza radiowo-towarzysko-politycznego kręgu. To nie było zdrowe.

 

Mimo to Krzysztofowi Skowrońskiemu, który kierował Trójką za czasów pierwszego PiS i potem częściowo PO (2006-2009), udało się znaleźć z tamtejszym zespołem jakieś porozumienie. Może chwiejne, może niechętne, ale jednak. Inna sprawa, że Skowroński nie wprowadzał w zespole głębszych zmian. Tyle że był to jeszcze inny czas. Emocje były na niższym poziomie – mówimy przecież o okresie przed katastrofą smoleńską.

 

Sytuacja po 2015 roku w mediach publicznych, także w Trójce, była już całkiem inna. I inne były oczekiwania w stosunku do kolejnych dyrektorów programu trzeciego, zresztą stopniowane. Rok 2016 czy nawet 2017 to co innego niż 2019 czy obecny. Zespół, podzielający w większości poglądy mało entuzjastyczne wobec nowego politycznego rozdania, czuł się coraz bardziej osaczony, a zarazem oczekiwania medialnych dysponentów ze strony władzy były coraz większe i domagano się, aby „zrobić porządek”.

 

Można się zgodzić, że Trójka potrzebowała reformy i unowocześnienia, choć zarazem nie sposób uznać, że w swojej trwającej od dawna postaci była po prostu do wyrzucenia. Tak może twierdzić tylko medialny ignorant, który nie rozumie, że odbiorców stracić bardzo łatwo, ale ich odzyskanie jest piekielnie trudne. Trójka była wartością dla mediów publicznych, przy całej swojej specyficznej historii i chimerycznym zespole – i tę wartość należało zachować. Choćby naśladując częściowo politykę z czasów Peerelu i czyniąc z niej swoisty wentyl bezpieczeństwa. Ale to wymagałoby myślenia znacznie bardziej makiawelicznego niż to, na jakie stać – jak się okazuje – obecnie władających mediami państwowymi.

 

Dobre zarządzanie pozwalałoby na spokojną, stopniową zmianę. Można było trójkowy zespół stopniowo odświeżać, niekoniecznie poprzez wrzucanie do niego tępych komisarzy politycznych. Wystarczyło znaleźć ludzi, którzy potrafiliby forsować własne pomysły muzyczne, całkowicie abstrahując od polityki. W końcu muzyka to jeden z najważniejszych wyznaczników specyfiki Trójki. Ale znów – do tego potrzeba by subtelności i sprytu, a nie machania maczetą.

 

Czas, gdy Trójką zarządzał Wiktor Świetlik, był ostatnim momentem na dokonanie takich zmian. Ale Wiktor dokonać ich już nie mógł, miał bowiem z jednej strony coraz bardziej wrogo nastawiony zespół, a z drugiej – kierujących radiem i mediami państwowymi ludzi, którym jakakolwiek subtelność myślenia czy choćby spryt w działaniu wydają się kompletnie obce. Świetlik mógł jedynie starać się konserwować chwiejne status quo i to robił, jak długo się dało. Gdy uznał, że już się nie da – odszedł. Przypuszczam, że dziś wielu tych, którzy w proteście Trójkę opuścili, przynajmniej po cichu wspomina go ciepło i docenia, jak starał się balansować między Scyllą a Charybdą.

 

Cała ta burzliwa historia nie powinna jednak i nie może zmieniać oceny tego, co spowodowało ostateczny eksodus starego zespołu Trójki (a nawet niektórych osób z całkiem świeżego składu, takich jak dr Tomasz Rożek czy krytyk filmowy Łukasz Adamski). Było to bowiem – by sięgnąć po słynne słowa Charlesa-Maurice’a de Talleyranda – coś gorszego niż głupota: to był błąd. Serwilistyczna nadgorliwość, która kazała wycofać z listy przebojów piosenkę Kazika wywołała wizerunkową katastrofę – na własne życzenie. „Mój ból jest większy niż twój” pozostałby marginalną ciekawostką z okresu kampanii, gdyby nie rewolucyjna nadgorliwość kilku osób. Wszystkie późniejsze próby obrony przez zawiadujących radiem – od dyrektora Kowalczewskiego począwszy, poprzez prezes Kamińską (na konferencji zachęcającą „rozrywkowych dziennikarzy”, żeby zgłaszali się do pracy w Trójce, a w Senacie odczytującą internetowe opinie o stacji), na szefie Rady Mediów Narodowych Krzysztofie Czabańskim skończywszy – tylko dopełniły obrazu nieudolności i żenady. Rozważania o tym, czy głosy zostały właściwie przeliczone albo zapowiedzi jakiegoś „audytu” LPT są zwyczajnie żałosne w kontekście skali blamażu. Wracając do opowieści o panu Zenku – to tak, jakby stojąc na zgliszczach spalonego domu zastanawiać się, czy w trakcie smażenia pan Zenek nie podkręcił za bardzo gazu pod patelnią. Mało tego – gdyby faktycznie uznać za poważne klecone naprędce tłumaczenia, że z LPT było coś bardzo, ale to bardzo nie tak, znaczyłoby to, że mieliśmy do czynienia z systemową patologią, dziejącą się pod nosem powołanych przez obecną władzę dyrekcji Trójki, której te nie dostrzegały, a która wyszła na jaw dopiero przypadkiem, w następstwie kryzysu, wywołanego przez ostatnią z tych dyrekcji (choć była ona najprawdopodobniej jedynie wykonawcą poleceń).

 

Mogę ten tekst zakończyć jedynie tradycyjnym wezwaniem, powtarzanym przeze mnie na portalu SDP od dawna (zaczynam się z tym czuć jak Katon Starszy ze swoim ceterum censeo Carthaginem esse delendam): dziennikarze, którzy zachowali odrobinę zdrowego rozsądku i którym leży na sercu dobro mediów publicznych (publicznych, nie państwowych czy rządowych) powinni już teraz zacząć się zastanawiać na konkretnymi rozwiązaniami, pozwalającymi odseparować je w miarę możliwości od przynajmniej bezpośredniego wpływu politycznego. To naprawdę ostatni moment, bo jeszcze jedna, dwie akcje takie jak z Trójką, a kononowiczowy w duchu postulat Rafała Trzaskowskiego, żeby nie naprawiać, ale likwidować, zacznie się jawić większości obywateli jako najrozsądniejsze rozwiązanie.

 

Łukasz Warzecha

Pilecki nie był konfidentem UB! – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o tym, jak media kłamią na temat bohatera

25 maja – w rocznicę zamordowania w 1948 r. – rtm Witold Pilecki jest dziś upamiętniany, ale są też tacy, którzy go atakują. W książkach, mediach wciąż pojawiają się kłamstwa o ochotniku do Auschwitz, jakby żywcem wyjęte z komunistycznej propagandy. Autorzy ataków – z lewa i prawa – czytają akta UB tak, jakby katownia bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 była sanatorium.

 

Zaczęło się od tego, że literaturoznawca prof. Andrzej Romanowski w tygodniku „Polityka” (nr 20/2013) opublikował tekst „Tajemnica Witolda Pileckiego”. Sugerował w nim, że Pilecki nie był postacią jednowymiarową, że akceptował władzę komunistyczną i sypał w śledztwie do tego stopnia, że stał się konfidentem UB. Twierdził też, że nie ma dowodów na to, że rotmistrz był torturowany. Romanowski postawił zatem tezę, że Pilecki nie był tak do końca bohaterem, jakim chcielibyśmy go widzieć.

 

Pilecki nie doniósł na Płużańskiego

 

Na zarzuty odpowiadał Jacek Pawłowicz, historyk, w wywiadzie dla „Super Expressu”: „Jego [Romanowskiego] tekst jest wyjątkowo plugawy i kłamliwy. Przez myśl by mi nie przeszło, że człowiek posługujący się tytułem profesorskim może zniżyć się do poziomu kloaki.”

 

Pawłowicz ujawniał motywy autora tekstu w „Polityce”: „W obrzydliwy sposób posłużył się Pileckim, by zaatakować Instytut Pamięci Narodowej”.

 

Wątek rozwinął, także w „Super Expressie”, dr Łukasz Kamiński, ówczesny prezes IPN: „Wolałbym, żeby Romanowski skupiał się nadal na atakach na Instytut, a nie bawił w historyka zajmującego postaciami z naszej historii. Z jego tekstu wynika bowiem, że nie ma o warsztacie historyka najmniejszego pojęcia. I ofiarą jego niewiedzy pada rotmistrz Pilecki.”

 

Romanowski swój wywód oparł na protokole przesłuchania rotmistrza Pileckiego przez funkcjonariusza UB wkrótce po aresztowaniu – 8 maja 1947 roku. Zeznania zapisane ręką UB-eka wyrywa z kontekstu i czyta linearnie na zasadzie: skoro Pilecki był pytany o to, czy zna Tadeusza Płużańskiego (mojego Ojca, członka grupy rotmistrza) i Pilecki potwierdził, to znaczy, że doniósł na Płużańskiego.

 

Nabijany na nogę od stołka

 

IPN wydał w tej sprawie publikowane w mediach oświadczenie: „Romanowski w żaden sposób nie odnosi się do faktu, że 8 maja 1947 roku rtm. Witolda Pileckiego przesłuchiwał Eugeniusz Chimczak, jeden z najokrutniejszych stalinowskich śledczych w Polsce. (…) Romanowski ignoruje powszechnie dostępną wiedzę o stalinowskich metodach śledczych, a w szczególności relacje świadków o torturach wobec rotmistrza Pileckiego. Według relacji sądzonych razem z nim współwięźniów – Tadeusza Płużańskiego i Marii Szelągowskiej, a także księdza Antoniego Czajkowskiego – w czasie przesłuchań rotmistrz był torturowany, wyrwano mu paznokcie z rąk i nóg, miał miażdżone jądra, był nabijany na nogę od stołka”.

 

Do tej kwestii odniósł się również dr Łukasz Kamiński: „W aktach Pileckiego pada stwierdzenie o śledztwie <<operatywnym>>. To był szczególny rodzaj intensywnego śledztwa. Prof. Romanowski swoim tekstem usiłuje nas skłonić do zapomnienia o wszystkim, co wiemy o przebiegu śledztw w latach 40. czy 50. A oprócz tortur fizycznych był też element szantażu z prześladowaniem rodziny.”

 

Z pobudek patriotycznych

 

Andrzej Arseniuk, rzecznik prasowy IPN, podniósł jeszcze jeden ważny argument (www.polskieradio.pl): „Według znanych przekazów nikt ze współoskarżonych nigdy nie formułował żadnych zastrzeżeń co do postawy rotmistrza Pileckiego w śledztwie”.

 

Potwierdzam – Tadeusz Płużański (mój Ojciec) nazywał swojego dowódcę „świętym polskiego patriotyzmu”, a więc jak święty może być kapusiem?

 

A za podsumowanie wątku niech posłuży dwugłos RomanowskiKamiński. Prof. Romanowski napisze, że Pileckiegoskazano za szpiegostwo. (…) a żadne państwo nie lubi szpiegostwa”. Na co dr Łukasz Kamiński odpowie: „Cała trójka skazanych na śmierć [Pilecki, Płużański, Szelągowska] nie przyznała się do szpiegostwa. Mówili wprost, że pracowali na rzecz polskich władz, kierując się pobudkami patriotycznymi”.

 

A gdzie wyjątkowość Holocaustu?

 

Śladem literaturoznawcy prof. Andrzeja Romanowskiego i jego „oryginalnego” podejścia do akt śledczo-procesowych grupy rotmistrza pójdą inni dziennikarze – prócz (post)komunistycznej „Polityki”, również np. tej samej proweniencji – „Przeglądu”.

 

Pójdzie też historyk dr Ewa Cuber-Strutyńska, która w periodyku „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” (wydawany przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN) napisze m.in.: „Pilecki nie był – jak się przyjęło powszechnie uważać – inicjatorem przedostania się do obozu. Dlatego też właściwsze jest traktowanie misji „Witolda” w kategoriach realizowania rozkazu przełożonych niż uznanie jej za dobrowolne poświęcenie”. Autorka stara się nas przekonać, że Pilecki żadnym ochotnikiem do Auschwitz nie był!

 

Albo stwierdzi tak: „>>Raportu W<< [opisującego przez Pileckiego sytuację w KL Auschwitz] nie można traktować jako raportu sensu stricto o Holocauście, ponieważ na kilkudziesięciu stronach informacje dotyczące traktowania Żydów i wskazujące na ich zagładę pojawiły się zaledwie kilka razy, bez wyróżnienia ich szczególnej sytuacji”. To kolejny nonsens, bo przecież nie jest istotne, ilu się słów użyje, najważniejszy jest cel: a Pilecki chciał powstrzymać ludobójstwo dokonywane przez Niemców w Auschwitz i na Polakach i na Żydach.

 

Od duchowości do zdrady

 

Śladem literaturoznawcy prof. Andrzeja Romanowskiego pójdzie też filozof dr Anna Mandrela, która od rozważań o duchowości Pileckiego przejdzie do wymagającego dużego doświadczenia tematu komunistycznych służb specjalnych. Do jej twórczości, prezentowanej w tzw. mediach narodowych, można by odnieść większość cytowanych w tekście opinii Jacka Pawłowicza czy dr Łukasza Kamińskiego, chociaż zapewne na pani filozof nie zrobiło by to większego wrażenia. Bo wieloletni (często – jak w przypadku prof. Wiesława Wysockiego sięgający okresu PRL) dorobek historyków badających życiorys Witolda Pileckiego zdaje się całkowicie bagatelizować. Szczególnie musi dziwić ignorowanie badań najlepszego znawcy rozpracowania grupy Rotmistrza dr Tomasza Łabuszewskiego. Ten historyk z IPN w ostatnim wywiadzie dla Polskiego Radia 24 (23 maja 2020 r.) na podstawie wszechstronnej analizy akt powtórzył ponad wszelką wątpliwość, że Witolda Pileckiego, Tadeusz Płużańskiego i pozostałych wywiadowców rozpracowało trzech agentów bezpieki (zresztą wszyscy członkowie przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego), w kolejności alfabetycznej: Wacław Alchimowicz, Kazimierz CzarnockiLeszek Kuchciński.

 

Tadeusz Płużański

Na początku była rozmowa – o Krzysztofie Kąkolewskim w 5. rocznicę śmierci opowiada MARTA SIECIECHOWICZ

Kąkolewski mówił, że aby opisać daną historię, najpierw musiała go ona zafascynować osobiście jako człowieka, a dopiero później oceniał ją pod kątem materiału na reportaż. Twierdził, że nie ma czegoś takiego jak bezstronne czy obiektywne opisanie rzeczywistości, bo żaden reporter nie jest w stanie zdystansować się do otaczającego świata, ale posiada własne odczucia i przemyślenia – mówi Marta Sieciechowicz, autorka wywiadu-rzeki z Krzysztofem Kąkolewskim „Potwór z Saskiej Kępy” w rozmowie z Tomaszem Nowakiem.

 

 

Joanna i Krzysztof Kąkolewscy, lata 90. XX w., źródło: M. Sieciechowicz, „Potwór z Saskiej Kępy”, Wyd. von Borowiecky, Warszawa 2009.

 

Mija piąta rocznica śmierci wybitnego reportażysty Krzysztofa Kąkolewskiego (1930-2015). Co po nim zostało w polskim reportażu?

 

Był jednym z twórców i „ojców założycieli” polskiego reportażu powojennego. Zostawił po sobie ogromny dorobek przede wszystkim w dziedzinie reportażu prasowego, który przyniósł mu największą sławę w latach 60 i 70. XX wieku. Był wtedy prawdziwą gwiazdą, o Ryszardzie Kapuścińskim czy Hannie Krall mało kto wówczas słyszał, chociaż byli rówieśnikami. Zaczynał jako reporter interwencyjny, czyli śledził afery gospodarcze lub kryminalne. Dzisiaj nazywane jest to dziennikarstwem śledczym. Później zaczął wydawać książki z gatunku literatury faktu, a jego największe dzieła to: „Jak umierają nieśmiertelni”, „Co u pana słychać?”, „Wańkowicz krzepi”, „Baśnie udokumentowane”, „Dziennik tematów”. Z późniejszych zaś to przede wszystkim „Umarły cmentarz” – zapis drobiazgowego śledztwa w sprawie tzw. pogromu kieleckiego z 1946 r. opublikowany w 50. rocznicę wydarzeń oraz trylogia „Generałowie giną w czasie pokoju” – dziennikarskie śledztwo m.in. w sprawie morderstwa byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza i jego żony, komendanta głównego policji gen. Marka Papały, ministra sportu Jacka Dębskiego.

 

Warto wspomnieć, że Kąkolewski był także autorem książek beletrystycznych.

 

O tym już mało kto pamięta, ale na podstawie jego najbardziej znanego kryminału „Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” został nawet nakręcony film z Zygmuntem Hübnerem w roli głównej. Kąkolewski był współautorem scenariusza i zagrał w nim małą rólkę. Starał się także ująć pojęcie reportażu w ramy teoretyczne, zdefiniować, czym jest reportaż. To on jest autorem hasła „reportaż” w „Słowniku literatury polskiej XX wieku”. Spod jego pióra wyszło kilka teoretycznych rozprawek na temat reportażu jako gatunku literackiego. Przez 40 lat prowadził także seminarium z reportażu na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, jego uczennicami były m.in. Barbara Wachowicz i Joanna Siedlecka.

 

Melchior Wańkowicz, który nazwał Kąkolewskiego „profesorem reportażu”, ocenił opisywanych przez niego bohaterów, że nie są ani świętymi, ani szujami. Co decydowało o wyborze przez Kąkolewskiego bohaterów i tematów reportaży?

 

Kąkolewski mówił, że aby opisać daną historię, najpierw musiała go ona zafascynować osobiście jako człowieka, a dopiero później oceniał ją pod kątem materiału na reportaż. Twierdził, że nie ma czegoś takiego jak bezstronne czy obiektywne opisanie rzeczywistości, bo żaden reporter nie jest w stanie zdystansować się do otaczającego świata, ale posiada własne odczucia i przemyślenia. Tę mityczną dziennikarską bezstronność mogło tylko zastąpić ukazanie danej historii z różnych stron,  słowami uczestników głównych bohaterów, świadków, znajomych. Czynnikiem decydującym była więc jego ciekawość świata i drugiego człowieka, mechanizmy, jakie rządzą jego postępowaniem, motywacje. Tematy, które poruszał, często były związane z nim samym i jego przeżyciami, bardzo często z wojną, która wybuchła, gdy miał 9 lat i przez którą stracił ojca we wrześniu 1939 r. w obronie Warszawy.

 

„Literatura faktu, która uzależniona jest od materiału wydobywanego z życia, wymaga pewnych specyficznych technik, które dotąd są właściwie nieznane i same w sobie są fascynujące” – stwierdził Kąkolewski. Co miał na myśli? Czy nie wystarczy rzetelnie opisać to, co się widzi i wie na podstawie wiarygodnych źródeł?

 

Myślę, że Kąkolewski mówił o pewnych predyspozycjach do zawodu reportera. Główną i podstawową jest wspomniana już przeze mnie ciekawość świata i drugiego człowieka. Człowiek i jego historia jest w centrum zainteresowania reportera. „Rzetelny opis” może być zastosowany np. do opisu wieżowca, tzn. ile ma pięter, jaki jest kolor tynku. Z ciekawością świata wiąże się intuicja, która jest cechą wrodzoną, talentem, „iskrą Bożą” daną nam za darmo.

 

Która albo jest, albo jej nie ma.

 

Tak, podobnie wewnętrzna wrażliwość, umiejętność obserwacji, spostrzegawczość i fundamentalna dla reportera umiejętność słuchania, zwrócenie się do bohatera, zainteresowanie jego losem, za co on odwdzięcza się swoją historią. Uważam, że największym sukcesem pisarza i reportera jest usłyszeć od rozmówcy słowa: „jeszcze nikomu tego nie mówiłem, pani/panu pierwszej/pierwszemu to opowiadam”. Być może jest to umiejętność z pogranicza psychoterapii, psychiatrii czy psychologii. Umiejętność empatii, życzliwości w stosunku do drugiego człowieka, wydaje się być kluczowa. Wielu z nas patrzy i słucha, ale tylko nieliczni widzą i słyszą. Kąkolewski do nich należał. Dzięki temu potrafił ujrzeć w losach swych bohaterów to, czego oni sami nie potrafili, bo nie widzieli się w kontekście, w dystansie, w całej historii. On tę historię, dzięki nim tworzył. Podobnie było ze zdarzeniami… Można powiedzieć w uproszczeniu, że Kąkolewski wiązał je w fabułę, odkrywając przed czytelnikiem ich ukryte przyczyny, przebieg i konsekwencje. Wiedział, że nie ma przypadków i to pozwalało mu odkrywać konkretną historię i podawać czytelnikowi jakby mówiąc: widziałeś dom, a nie zobaczyłeś domowników, widziałeś domowników, a nie zobaczyłeś, że nie stanowią domu…

 

Co było dla niego podstawą warsztatu reporterskiego?

 

Warsztat reportera jest czymś bardzo indywidualnym. Melchior Wańkowicz napisał o tym w „Karafce La Fontaine`a” gdzie szczegółowo opisał m.in. metodę sporządzania kartoteki do książki. To było przed erą komputerów, więc gromadził kilogramy papierowych fiszek selekcjonowanych według z góry ustalonego planu. Kąkolewski twierdził z kolei, że „plan to najgorsza rzecz, jaką można zrobić”. Podstawą jego pracy była wspomniana już umiejętność znalezienia bohatera-tematu. Nie trzeba zastrzegać numeru telefonu, a ludzie sami się odezwą – mówił Kąkolewski miał zdolność maksymalnej koncentracji np. w czasie rozmowy z bohaterem i notowania – to było przed erą dyktafonów – najważniejszych rzeczy podczas rozmowy. Uważał, że dyktafon rozleniwia, powoduje, że stajemy się mniej czujni w czasie rozmowy, a konieczność notowania powoduje maksymalne skupienie na temacie i rozmówcy.

 

W jaki sposób selekcjonował fakty?

 

Wykorzystywał swoją wysoko rozwiniętą zdolność dedukcji, kojarzenia wydarzeń, słów i opowieści, które w trakcie zbierania materiałów do książki, potrafił powiązać z innymi, na pozór niemającymi związku z głównym tematem. W praktyce wyglądało to tak, że notatki, fotografie czy zapisane przemyślenia umieszczał w podpisanych odpowiednio kopertach, które odpowiadały poszczególnym wątkom w temacie. Takich kopert mogło być kilkadziesiąt, niektóre nie zostały wykorzystane, niestety, przed jego śmiercią i mogą do dziś skrywać sensacyjne informacje.

 

Kąkolewski eliminował potoczność z wypowiedzi bohaterów swoich reportaży. Czy to nie sprawiało, że ich słowa traciły naturalność i stawały się sztuczne?

 

Czym innym jest język mówiony, a czym innym pisany. Inaczej pisze się do gazety, a inaczej pisze się książkę. Redakcja wypowiedzi nie może spowodować wypaczenia jej sensu, należy także pozostawiać specyficzne dla danej osoby cechy wypowiedzi, np. regionalizmy czy powiedzenia gwarowe. Nie ma to nic wspólnego ze sztucznością, raczej jest to szlifowanie tekstu. U każdego pisarza wygląda to inaczej. Hanna Krall twierdziła, że im mniej słów, tym lepiej. Z kolei Wańkowicz był „wielbicielem” słowa, typem staropolskiego gawędziarza, który swoje opowieści mógł pisać, pisać i pisać… Takie pisanie jest już sztuką, ale, jak wiadomo, u podstaw każdej sztuki jest rzemiosło.

 

Bohater naszej rozmowy podkreślał znaczenie gatunku dziennikarskiego, jakim jest wywiad. Czy zawsze w wywiadzie wszystko zależy od dziennikarza? Czy miejsce przeprowadzania rozmowy miało dla niego znaczenie?

 

Na początku był wywiad, czyli rozmowa – tak można by rozpocząć historię dziennikarstwa. Znalezienie bohatera to połowa sukcesu, ale można go zmarnować poprzez nieumiejętne przeprowadzenie rozmowy. Podstawą jest zainteresowanie i zaangażowanie w los bohatera. To od dziennikarza zależy, czy bohater się otworzy i opowie swoją historię, czy nie. Dlatego niedopuszczalne jest okazywanie wrogości wobec swojego rozmówcy, walka z nim czy potępianie w trakcie rozmowy. Napastliwość dziennikarska, tak dzisiaj rozpowszechniona w mediach, nie ma nic wspólnego z prawdziwym reportażem. Miejsce przeprowadzenia rozmowy, jak twierdził Kąkolewski, ma znaczenie psychologiczne dla naszego rozmówcy. Nie lubił umawiać się w mieszkaniach prywatnych swoich bohaterów. Uważał, że to ich rozprasza, czy wręcz rozleniwia, dlatego najchętniej umawiał się na terenie neutralnym, w miejscach publicznych, bo tam mógł zaobserwować swojego bohatera i jego reakcje w obcym otoczeniu; w swoim domu, na swoim terenie, był przewidywalny, czuł się pewnie, mógł górować nad reporterem. To są techniki warsztatowe, bardzo indywidualne dla każdego pisarza, wykształcone w ciągu lat praktyki, niepowtarzalne i nieprzekazywalne.

 

Znakomita większość jego reportaży powstała w PRL. Jaki wpływ na ich tematy miała sytuacja polityczna i cenzura?

 

Kąkolewski wspominał, że na wielu spotkaniach autorskich pytano go, dlaczego nie zajął się sprawą Katynia, tylko zbrodniami hitlerowskimi. Pomijając już próby relatywizacji tych zbrodni, z czym mamy dziś do czynienia, podobnie zresztą jak w okresie PRL, choć oczywiście wektor się przesunął i jest teraz skierowany na wschód, to Kąkolewski niezmiennie odpowiadał, że ukształtowała go wojna z Niemcami, i pisał o tym, co dotknęło go osobiście w dzieciństwie. Stąd także wybór tematów, m.in. jego słynna książka „Co u pana słychać?” – seria wywiadów z nieosądzonymi zbrodniarzami hitlerowskimi, która ukazała się w połowie lat 70. Temat, wydawałoby się wtedy bezpieczny, a jednak spotkał się z ostrą krytyką. Podobnie było z inną książką „Jak umierają nieśmiertelni” – temat był bardzo nośny medialnie, ale także określany jako „pochodzący ze zgniłego zachodu”. Mógł sobie pozwolić na takie tematy, kiedy już zdobył pewien rozgłos po kilkunastu latach pracy jako reporter kryminalny i opisujący także wiele afer gospodarczych – takie tematy były dopuszczalne w PRL-u, a wręcz oklaskiwane ze względu na starania władzy o „piętnowanie” postaw antysocjalistycznych. Kąkolewski miał także poparcie Jerzego Putramenta i Romana Bratnego, czego nigdy się nie wypierał i do końca życia był im wdzięczny za m.in. pomoc w wyjeździe do RFN czy USA. Przyglądając się działalności twórczej Kąkolewskiego w okresie PRL musimy ponadto wziąć pod uwagę uwarunkowania, jakim twórczość literacka podlegała wówczas, ale i podlega dziś, tj. po 1989 r. Kąkolewski działał w sytuacji typowej dla polskiego twórcy od ponad 300 lat, ale jednak – przynajmniej w latach 50. XX w. – uskrajnionej. Ten twórca musi przede wszystkim nauczyć się wykorzystać krótkie momenty między kolejnymi formami okupacji i zniewolenia. Kąkolewski miał tę umiejętność, ale za jej zastosowanie w konkretnych wypadkach płacił ogromną cenę. Płacił ją nie tylko za możliwość realizacji swych pomysłów twórczych, reporterskich, literackich, ale przede wszystkim za możliwość życia. Dziś, póki co, twórca płaci za swą wolność tworzenia „tylko” jakością życia, jeśli śmiercią, to nie sensu stricto. W okresie młodości Kąkolewskiego męczeństwo nie było pluszowe. Heroizmu wymagajmy przede wszystkim od siebie, potem od sobie współczesnych, a wreszcie „unikajmy aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń”.

 

Dlaczego Melchior Wańkowicz nazywał Kąkolewskiego „szakalem, który czeka na padlinę”, a Stanisław Dygat mówił, że jest „potworem”?

 

Melchior Wańkowicz i Stanisław Dygat to jego najwięksi przyjaciele. Kąkolewski miał zwyczaj, że na każdym spotkaniu autorskim wspominał o nich przynajmniej w kilku słowach. Szanował ich, a ich zdanie o nim i jego twórczości bardzo sobie cenił. Te dwa określenia dotyczyły spraw zawodowych, opisują cierpliwość, wytrwałość i skuteczność Kąkolewskiego jako autora, pisarza i reportera. Więź z Wańkowiczem była dosyć specyficzna, ponieważ Wańkowicz otwarcie mówił, że nie bardzo lubi jego książki, a nawet, że nie bardzo je rozumie, ale jednak doceniał odrębność drogi pisarskiej Kąkolewskiego, pisał o nim i utrzymywał kontakt do śmierci. Efektem tej przyjaźni był wywiad-rzeka „Wańkowicz krzepi”. Dygata poznał najpierw poprzez jego książki, najpierw były „Pożegnania”, a potem „Jezioro Bodeńskie”. W Dygacie podziwiał przede wszystkim przenikliwość i intuicję, zdarzało się, że Dygat dzwonił do niego w czasie oglądania telewizji i mówił: „żebyś ty widział, jak facet kłamie, coś fenomenalnego”.

 

Spędziła pani sporo czasu z Kąkolewskim, czego owocem jest wywiad-rzeka zatytułowana „Potwór z Saskiej Kępy”. Chętnie o sobie opowiadał czy trzeba było wszystko mozolnie wyciągać z niego?

 

Był niezwykle i przerażająco inteligentnym człowiekiem. Rozmowa z nim wymagała olbrzymiej koncentracji i wysiłku, także fizycznego. Każde spotkanie trwało kilka godzin, a po Kąkolewskim, który miał już wówczas siedemdziesiąt kilka lat, w ogóle nie było widać zmęczenia. Kilkadziesiąt lat spędzonych na pracy twórczej sprawiło, że wiedział już na początku mojego pytania, o co chcę zapytać i odpowiadał bardzo obszernie, robiąc przy okazji dygresje, z których wyłaniał się nowy wątek rozmowy. Był niesłychanie grzeczny i uprzejmy, nigdy nie przerywał. Przy każdej rozmowie była obecna jego żona, Joanna Kąkolewska, która służyła pomocą i przypominała niektóre fakty czy daty. Sam wiele razy wspominał, że żona jest jego osobistym menedżerem, sekretarzem i ochroniarzem, że także w pracy twórczej jest więcej niż jego  współpracownikiem.

 

Jakim był człowiekiem?

 

Sam o sobie mówił, że jest egoistą, egomanem i egocentrykiem, a jednocześnie był skierowany w 100 procentach w stronę rozmówcy.

 

Rozmawiał Tomasz Nowak

 

 

 

Dziennikarz poza zawodem – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Jak radzą sobie byli dziennikarze na rynku pracy? Jakie branże poszukują kandydatów biegle władających piórem? Jaka strategia poruszania się na rynku pracy najlepiej pasują do przedstawicieli mediów?

 

Zwolnienia w dobie pandemii

 

Redukcje etatów w redakcjach, lub zniknięcie całych tytułów to w polskiej rzeczywistości medialnej rzecz nierzadka. Obecne są wyjątkowe przede wszystkim ze względu na okoliczności, czyli uzasadnianie ich kryzysem wywołanym pandemią. Warto przy tym pamiętać, że na gruzach zlikwidowanych zespołów często powstają nowe projekty. Są i tacy, którzy do branży wracają po latach realizowania się na innej płaszczyźnie. Prof. Tomasz Mielczarek zatytułował swoją książkę o rynkowej rzeczywistości doby po przemianach ustrojowych: „Monopol – pluralizm – koncentracja”[1], pokazując przy tym, że zawodowy horyzont w III RP mocno się do 2007 roku zawęził. Wydaje się, że dziś, po kilkunastu latach dynamicznego rozwoju mediów społecznościowych i redakcji działających tylko online możliwości powinny być większe niż w analizowanym przez Mielczarka okresie.

 

Nie tylko rzecznicy prasowi

 

Dziennikarz i rzecznik to dwa różne zawody. Panuje jednak przekonanie – i wśród samych dziennikarzy i szefów instytucji (zwłaszcza publicznych) – że redaktorzy idealnie odnajdą się w tej roli. W samych tylko Kielcach byli dziennikarze (głównie prasowi) są rzecznikami Wojewody Świętokrzyskiego, Prezydenta Miasta, Wodociągów Kieleckich, Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej i tak dalej. Wiele osób trafiło również do marketingu, czy świata Public Relations. Pokazuje to zapotrzebowanie innych branż na osoby, które zawodowo zajmowały się pozyskiwaniem i gromadzeniem informacji, ich analizą, budowały i podtrzymywały kontakty z ludźmi i to bardzo różnymi (od pana spod budki z piwem po polityków z pierwszych stron gazet) i do tego potrafią o tym w sposób zrozumiały opowiedzieć lub napisać.

 

Dziennikarz jako (prawie) idealny kandydat

 

Zgodnie z badaniami Bilansu Kapitału Ludzkiego polscy pracodawcy poszukują kandydata, który oprócz spełnienia wymogów formalnych, ma następujące kompetencje: samoorganizacja i talenty interpersonalne. Kilka lat temu negatywnie wobec świata zachodniego wyróżniało nas to, że w pierwszej piątce oczekiwań znajdowało się też dobre wychowanie. Odpowiadający za te badania prof. Jarosław Górniak z Uniwersytetu Jagiellońskiego mówił swoim studentom, że jeśli będą mieć pomysł na siebie w danej organizacji, zawsze znajdzie się ktoś, kto ich zatrudni. Uwaga profesora ma przy tym znaczenie kluczowe: pomysł na siebie. Przy czym ten powinien wynikać z dobrego poznania branży, w której chcemy się realizować.

 

Przyjrzyjmy się bliżej innej części profesjonalnej komunikacji międzyludzkiej, czyli marketingowi. Według opublikowanej w kwietniu przez Radę Sektorową ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej analizy: „Monitoring rynku pracy, edukacji i komunikacji marketingowej”[2] najbardziej pożądanym zestawem umiejętności będzie połączenie kompetencji cyfrowych z pozapoznawczymi. Dokument podkreśla też istotną rolę zmian technologicznych w realizacji działań marketingowych. Specjalista w tym zakresie powinien przynajmniej rozumieć te przeobrażenia i to jakie dają możliwości dla skutecznego dotarcia z komunikatem. W analizie czytamy: „Obie te grupy czynników (technologiczne i biznesowe; rynkowe – przyp. Autora) sprawiają, że kompetencje przyszłości marketerów będą związane z jednej strony z tymi, które wiążą się z nowymi narzędziami, rozwiązaniami czy technologiami. Dotyczy to analityki biznesowej, zdolności programowania albo lepszego rozumienia programowania (systemy pewnie w większości będą same programować wiele rozwiązań), czyli krótko mówiąc kompetencje z popularnego dzisiaj STEM (science, technology, engineering, math). Z drugiej strony wciąż istotne będą kompetencje miękkie – współpraca w zespole, przywództwo, kreatywność, negocjacje, krytyczne myślenie[3]. Te informacje mogą się okazać przydatne w kontekście planowania strategii poruszania się po rynku pracy.

 

„Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie”

 

Autorem powyższych słów jest Paul Arden. Jego książka o tym samym tytule skierowana jest do młodych ludzi, którzy zaczynają rozwijać swoją karierę i w związku z tym mnóstwa rzeczy się boją – np. zwolnienia. Były redaktor kreatywny globalnego giganta reklamy czyli agencji Saatchi & Saatchi napisał wprost: „Zwolnili cię? To najlepsze co mogło cię spotkać”. Dalej dodał: „Nie masz wyboru – musisz się z tym pogodzić, więc spróbuj dostrzec zalety tej sytuacji. (…) Dostałeś od losu wspaniałą szansę[4]. U Ardena wszystko otwiera nowe możliwości. Warto mieć te słowa na uwadze. Bo może zwolnienie to jest moment na zbudowania takiego życia, jakie chcemy żeby było (przynajmniej w jego sensie zawodowym). Być może jest to odpowiednia chwila na stworzenie takiego medium, w którym zawsze chcieliśmy pracować? Nikt nam nie zabroni utworzyć nowy tytuł. Warto o tym pomyśleć w kategoriach projektu do zrealizowania, a być może będzie to przedsięwzięcie życiowe.

 

Zawodowiec najlepiej ukryje się wśród amatorów

 

Myśl taką wyraził Heinrich Böll, noblista w dziedzinie literatury, w „Zwierzeniach Clowna”. Najnowsze badania przeprowadzone przez SW Research dla LoveBrand Relations pokazują wzrost zainteresowania treściami dostarczanymi przez influancerów, który nastąpił w czasie pandemii[5]. Ten kierunek w sposób oczywisty może być atrakcyjny dla dziennikarzy, ponieważ już na starcie mają na wysokim poziomie niezbędne kompetencje. Co więcej swój kanał mogą dopasować do ulubionej formy komunikacji – od video, poprzez podcast, aż po blog. Tylko w takim wypadku projekt od razu musi być też formatem biznesowym, czyli znalezieniem odpowiedzi na pytanie: jak mój kanał będzie zarabiał?

 

Strategie na rynku pracy

 

A jeśli nie własny projekt, tylko nowy etat? O strategie poszukiwania i zdobywania pracy pytamy psychologa biznesu Wacława Kisiel-Dorohinickiego z Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Prof. Tischnera w Krakowie, autora poświęconej temu zagadnieniu pracy: „Fundamenty Kariery”[6].

 

Okazuje się, że jest ich dziewięć i posługujemy się nimi wszyscy w sposób świadomy lub nieświadomy:

  • Strategia płacy minimalnej – dobra do wykorzystania, gdy staramy się o posadę na stanowisku, na którym nie mamy doświadczenia. Deklarujemy, że jesteśmy skłonni podczas umowy na czas próbny pracować za stawkę minimalną i podnosić w tym czasie swoje zawodowe umiejętności, ale też wyraźnie dajemy do zrozumienia, że potem siadamy do negocjacji.
  • Strategia wysokiego C – to inaczej strategia „pozycjonowania się na produkt premium”. Przedstawienie oferty, w której się cenimy, co ma podkreślać, że nasze kompetencje znajdują się na bardzo wysokim poziomie.
  • Strategia pierwszego wrażenia – doskonalenie sztuki i technik autoprezentacji. Tu istotna uwaga – dziś pierwsze wrażenie zaczyna się w Internecie, więc należy zadbać o profesjonalny wizerunek w mediach społecznościowych.
  • Strategia każda praca – bynajmniej nie oznacza ona, że podejmiemy dowolny zawód i w dowolnym miejscu. Jej celem jest znalezienie się wewnątrz organizacji, gdy ta nie prowadzi rekrutacji na pożądane przez nas stanowisko i szukanie od pierwszego dnia możliwości przejścia w interesujące nas sektory.
  • Strategia poszerzania oferowanych usług – świat mediów zna ją dobrze. Dziś dziennikarz, który oprócz tekstu przygotuje też i zmontuje materiał video i doda zdjęcia na WWW nie należy do rzadkości. Co jeszcze? Profesjonalna obsługa drona, a może coś całkiem w dziennikarstwie niespotykanego, do czego przydatności da się potencjalnego pracodawcę przekonać?
  • Strategia wąskiej specjalizacji – krakowski reporter Radia Zet Marcin Kubat mówił na spotkaniu ze studentami dziennikarstwa, żeby nie ograniczali się tylko do nauki zawodu, ale też od początku mieli jakąś specjalizację: sport, ekonomię, politykę, wówczas będą atrakcyjniejsi na rynku. Strategia wąskiej specjalizacji jest dobra dla eksperta.
  • Strategia bycia krok przed – ta metoda wymaga dobrej znajomości rynku. Przygotowywania się do możliwości, które dopiero się otworzą. Ktoś planuje nowy dział, ktoś chce zainwestować w nowy kanał telewizyjny, radio zmienia format. Stosujący tę metodę powinni należeć do grona stałych odbiorców WirtualnychMediów, Press i SDP.PL.
  • Strategia budowania relacji – Woody Allen, gdy zapytano go o sekrety sukcesu, odparł: „kręć się w pobliżu”. Metodę tę polecił również Paul Arden: „Jeśli chcesz  pracować w firmie, która nie chce cię przyjąć, kręć się w pobliżu tej firmy (…) pokaż, że się nadajesz. Poznaj się z ludźmi. Może to trochę potrwać, na przykład rok, ale w końcu ci się uda[7]. Do poszukiwania pracy zawsze możemy wykorzystać naszą sieć kontaktów. Tylko warto pamiętać o jednej zasadzie – zawsze mówimy, czego konkretnie szukamy. Inaczej z łatwością o nas zapomną.

 

Na czym polega strategia wykorzystania znajomości swojego zawodu, której autorem jest sam Kisiel-Dorohinicki? Nazywam ją też strategią jajka sadzonego, ponieważ łatwo ją w ten sposób zobrazować. Żółtko to kluczowe kompetencje naszego zawodu, np. dziennikarza. Białko dzielimy na ćwiartki. Pierwsza to kompetencje typowe dla profesji, które mamy i my i nasi konkurenci (np. kontrkandydaci do tego samego stanowiska), druga to nasze unikatowe kompetencje, trzecie to te, które mają rywale, a my nie i czwarta –  nieznajdujące się jeszcze ani w naszych zasobach, ani ich (np. wynikające z globalnych trendów). Polega ona na możliwie szerokim poznaniu swojego zawodu wraz z cechami wynikającymi z ofert pracy (jedne elementy w nich z czasem znikają jako już nieistotne, a inne nabierają znaczenia). Konfrontacja formalnych propozycji zatrudnienia z pełnią wymagań zawodu, pozwala nam konkurować z innymi na polach, które nie znajdują się w samej ofercie.

 

Zapytany o strategie najbardziej pasujące do dziennikarzy, których zwolnienie uzasadniano ostatnio kryzysem związanym z pandemią, odparł: wąska specjalizacja, w przypadku tych osób, które mają wyrobiona markę ekspertów, krok przed dla osób śledzących nowości wewnątrz branży medialnej, w przypadku mniej doświadczonych każda praca i strategia płacy minimalnej, ale, pamiętajmy o tym, w tym ostatnim przypadku jak najszybciej siadamy do finansowych negocjacji.

 

Powrót do pierwotnego zawodu?

 

Ilu dziennikarzy ukończyło dziennikarstwo? Nieco ponad jedna trzecia[8]? To oznacza, że bardzo znaczne grono miało pierwotnie inny zawód. Oznacza to też, że ma w tej profesji kontakty, znajomych, którzy być może wspięli się już wysoko na drabiny kariery. Może potrzebują profesjonalnego wsparcia w świecie komunikacji ze strony kogoś, kto w sposób rzeczywisty rozumie potrzeby branży? Andrzej Sapkowski w „Narrenturm” podkreślał, że już w średniowieczu koledzy ze studiów stanowili realną sieć wsparcia.

 

Zawodowe wybory absolwentów dziennikarstwa

 

O inne zawody, niż dziennikarstwo, w których realizują się absolwenci tego kierunku, zapytaliśmy dr Tomasza Chrząstka z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, który w latach 2016-2019 był dyrektorem Instytutu Dziennikarstwa i Informacji UJK:

 

– Oczywiście znaczna grupa absolwentów nigdy do mediów nie trafia. Ci, którzy trafili ciągle krążą wokół nich. Najczęstsze przykłady migracji z mediów to przejście do PR-u, albo czasem do działów marketingowych. Stają się rzecznikami prasowymi. Są też przejścia do innego typy mediów np. z prasy do radia, tv albo odwrotnie. Nierzadkim przykładem jest budowanie własnego medium internetowego. Czasem trafiają do wydawnictw. Patrząc na zagadnienie szerzej obserwuję też u dziennikarzy trend by stać się trenerem, coachem – zwykle zostają „specjalistami” od wizerunku, komunikacji ale też rozwoju osobistego.

 

Bez względu na decyzje jakie dziennikarze będą podejmować na rynku pracy, warto zakończyć ten tekst aktualnym hashtagiem: #BędzieDobrze!

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] T. Mielczarek, Monopol-Pluralizm-Koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Wydawnictwa Profesjonalne i Akademickie, Warszawa 2007.

[2] https://radasektorowa-komunikacja.pl/2020/04/17/monitoring-rynku-pracy-edukacji-i-komunikacji-marketingowej-edycja-i/ – dostęp 20.05.2020 r.

[3] Ibidem, s. 15-16.

[4] P. Arden, Cokolwiek myślisz, pomyśl odwrotnie, Insignis Media, Kraków 2013, s. 105.

[5] https://lbrelations.pl/pl/news/489,influencerzy-w-dobie-pandemii-czego-od-internetowych-liderow-opinii-oczekuja-polacy – dostęp 20.052020 r.

[6] W. Kisiel-Dorohinicki, Fundamenty Kariery. Strategiczne poszukiwanie i zdobywanie pracy, ONE Press, Gliwice 2014. https://onepress.pl/ksiazki/fundamenty-kariery-strategiczne-poszukiwanie-i-zdobywanie-pracy-waclaw-kisiel-dorohinicki,funkar.htm# – dostęp 20.50.2020 r.

[7] P. Arden , op. cit., s. 118.

[8] https://www.tvp.info/9334867/dziennikarzy-w-polsce-ubywa – dostęp 20.05.2020 r.

Telewizja Kurskiego czy twórcy SokuzBuraka? – felieton ADAMA SOCHY

„Prawdziwe media publiczne” pod patronatem Rafała Trzaskowskiego, można między bajki z mchu i paproci włożyć. 

 

Wiem kto, po zwycięstwie Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich, będzie nowym prezesem TVP. Ale zanim o tym napiszę zacznę od wypowiedzi kandydata Koalicji Obywatelskiej, która pozwoliła nieco przykryć aferę z Kazikiem i Trójką.

 

„Moją pierwszą inicjatywą ustawodawczą będzie ustawa o zwiększeniu finansowania służby zdrowia do 6 proc. PKB – mówił na niedzielnej konferencji 17 maja na Facebooku prezydent Warszawy. – Skąd pieniądze? Pieniądze, które idą dzisiaj na propagandę, na partyjną telewizję, powinny zostać przeznaczone na zdrowie, na szpitale. W miejsce obecnej telewizji powstanie nowa telewizja publiczna, bez TVP Info, bez Wiadomości, bez publicystyki politycznej, bez tego, co zatruwa nam życie. Żeby nigdy nikogo nie kusiło żeby wykorzystać telewizję do celów politycznych. Telewizja, która miała być publiczna, która powinna nas edukować, wspierać w trudnych czasach, została przez PiS zdyskredytowana” – mówił polityk.

 

Odpowiadając na pytania kierowane SMS-ami przez różne redakcje, Trzaskowski komentował jedynie te pochodzące z TVP Info. – Spieszcie się państwo zadawać pytania z TVP Info, bo niewiele tygodni zostało – powiedział z uśmiechem, trawestując poetę ks. Jana Twardowskiego „Śpieszcie się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

 

Na to błyskawicznie zareagowała dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Jolanta Hajdasz. Wydała w poniedziałek, 18 maja oświadczenie, w którym protestuje przeciwko zastraszaniu dziennikarzy Telewizji Polskiej przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.

 

„Zastraszanie dziennikarzy przez polityków ma zawsze na celu uruchomienie mechanizmu autocenzury w mediach, czyli samoograniczania się także innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach trudnych i kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich” – napisała w oświadczeniu dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz.

 

Jeszcze dalej poszedł red. Wojciech Reszczyński, który w wywiadzie dla wpolityce.pl wypowiedź Trzaskowskiego o TVP określił jako „bandycką”, a użyte przez niego sformułowania jako „faszystowskie”.

 

Ja tak bardzo nie zapłonąłem z oburzenia, jak pani dyrektor, ani nie posunę się do takich epitetów, jak red. Reszczyński, gdyż zawsze tak było, że jedni drugim robili „koło pióra”. W naszej polityce obowiązuje zasada „gwałt niech się gwałtem odciska”. Jesteśmy pod tym względem czymś unikatowym w skali świata. Wszędzie, na czas epidemii opozycja ogłosiła zawieszenie broni i współdziałała z rządem, tylko u nas w środku zarazy wybuchła taka awantura polityczna, że omal nie rozleciał się rząd, a państwo nie pogrążyło się w chaosie.

 

Teraz Rafał Trzaskowski, tak jak sędzia Irena Kamińska i cała „totalna opozycja” „pragnie zemsty na PiS”. Jeśli wygrają to z dziką rozkoszą dokonają „masakry piłą mechaniczną” na drużynie Jacka Kurskiego i nic i nikt ich przed tym nie powstrzyma. Wszak zemsta jest rozkoszą bogów.

 

Ileż to gremiów głowiło się przez ostatnie kilkanaście lat nad odpartyjnieniem mediów publicznych i stworzeniem z nich najważniejszej instytucji kultury i edukacji narodowej, ileż powstało projektów, ileż padło uroczystych przysiąg i zaklęć.

 

Była raz realna szansa na wyrwanie mediów ze szponów partii. Kongres Kultury 2009 w Krakowie powołał Obywatelski Komitet Mediów Publicznych. Komitet wypracował projekt ustawy o mediach publicznych. Miał obietnicę ówczesnego premiera, Donalda Tuska, że ustawa zostanie uchwalona przez Sejm. Miał również poparcie największego ugrupowania opozycyjnego, Prawa i Sprawiedliwości. Inicjatywa ta cieszyła się także uznaniem prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego (30 marca 2010 roku odbyło się w Pałacu Prezydenckim spotkanie na ten temat). Projekt miał zostać złożony wspólnie przez PO i PiS. W rzeczywistości osobno złożyło go PiS oraz osobno PO. Mimo to proces zdawał się iść w mniej więcej właściwym kierunku aż do momentu katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku…

 

Twórcy projektu postulowali zastąpienie KRRiT 50-osobowym Komitetem Mediów Publicznych, który miał być wybierany w drodze losowania spośród liczącego 250 osób tzw. zasobu kadrowego komitetu (utworzyć go miały m.in. organizacje pozarządowe, ogólnopolskie stowarzyszenia twórcze, dziennikarze, Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich). Komitet miał wybrać siedmioosobową Radę Mediów Publicznych. I to ona miała zarządzać mediami publicznymi. Nad jakością programów czuwać miała niezależny od władz telewizji i radia Instytut Mediów Publicznych. Abonament miała zastąpić powszechna opłata audiowizualna płacona wraz z PIT-em.

 

Jeszcze w 2013 roku minister Michał Boni obiecywał, że przygotuje nową ustawę medialną – nie przygotował i przyszło nowe rozdanie, nieoczekiwanie wybory wygrał PiS.

 

Początkowo jeszcze wielu, w tym ja, żywiło nadzieję, że PiS dotrzyma obietnic z kampanii wyborczych powołania „polskiego BBC”.

 

W tej atmosferze  21 czerwca 2016 roku odbyło się publiczne składanie podpisów pod Obywatelskim Paktem Mediów Publicznych. W sumie podpisało go aż 78 podmiotów (stowarzyszeń i fundacji), podpisali też politycy, którzy właśnie stracili władzę i media publiczne (Pakt spoczywa w Bibliotece Narodowej).

 

Platforma zgłosiła własny projekt, który był musztardą po obiedzie. Likwidował on abonament i wprowadzał finansowanie z budżetu państwa. Kasę miał dzielić Fundusz Mediów Publicznych, w którym  mieli zasiadać przedstawiciele środowisk twórczych, opiniotwórczych, ogólnopolskich organizacji samorządowych.

 

Projekt ten poszedł do kosza, tak jak i społeczny. Jak wiemy PiS powołał Radę Mediów Narodowych i mamy to, co widzimy i słyszymy codziennie.

 

Jeszcze co prawda do końca nie wymarli donkiszoci, bo w 2019 roku powstał obywatelski projekt, niezwiązany z żadną partią, ale była to sztuka dla sztuki.

 

Po tym jak zagroził dziennikarzom TVP, dwa dni później,  19 maja Rafał Trzaskowski zrobił konferencję pod siedzibą prezesa (przepraszam, doradcy prezesa) TVP Jacka Kurskiego i oświadczył, że  podejmuje walkę o prawdę, o prawdziwe media publiczne! W tym celu w przyszłym tygodniu organizuje debatę z ekspertami, „opracujemy model nowej telewizji publicznej nowoczesnego państwa”.

 

Natychmiast pod tym oświadczeniem na Twitterze kandydata na prezydenta RP pojawił się celny komentarz: „Wśród ekspertów administrator soku z buraka, Jerzy Urban i Tomasz Lis”.

 

„Prawdziwe media publiczne” pod patronatem Trzaskowskiego, można między bajki z mchu i paproci włożyć.  Realnie mamy tylko taki wybór: albo TVP Jacka Kurskiego, albo TVP Mariusza Kozaka-Zagozdy, twórcy profilu SokzBuraka, „najbardziej fekalnego portalu w internecie”, jak to wdzięcznie ujął Robert Mazurek w rozmowie w RMF z Rafałem Trzaskowskim, który zatrudnił go w stołecznym ratuszu. Zagozda został też zatrudniony w komitecie wyborczym kandydatki PO na prezydenta Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – jak informował tygodnik „Sieci”. Trzaskowski nie odpowiedział Mazurkowi, czy przejmie do swojego komitetu Kozaka-Zagozdę, ale ja obstawiam, że nie tylko przejmie, ale jeśli wygra wyścig do żyrandola, to nowym prezesem TVP zostanie nie Tomasz Lis a właśnie twórca „SokuzBuraka”.

 

Adam Socha

Media zabijają – rozmowa z WITOLDEM GADOWSKIM, dziennikarzem śledczym, wiceprezesem SDP

Media w epoce koronawirusa nie podają informacji, ale terroryzują ludzi, a terror powoduje ofiary. Jest mnóstwo samobójstw i depresji. Winne są im przede wszystkim duże telewizyjne stacje dezinformacyjne – mówi Witold Gadowski, dziennikarz śledczy i wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w rozmowie z Tomaszem Nowakiem.

 

„Media zabijają dziś więcej ludzi niż COVID-19” – twierdzisz w najnowszym „Komentarzu tygodnia” opublikowanym na swoim kanale na YouTube. Dlaczego tak uważasz? Nie przesadzasz?

 

Media powodują zachowania skrajne, przyczyniają się do masowej depresji i paniki, która zabija ludzi. Przyczyniają się do powstawania kompletnie nieracjonalnych zachowań w formie buntu, który jest niebezpieczny dla życia i zdrowia. Ludzie w wyniku działalności mediów czują się bezradni, wydani na igraszkę ciemnych sił, o których nie mają pojęcia, bo przecież  media o niczym nie informują.

 

Najłatwiej jest okiełznać panikę rzetelnymi informacjami.

 

Media w epoce koronawirusa nie podają informacji, ale terroryzują ludzi, a terror powoduje ofiary.

 

Podaj przykłady.

 

Jest mnóstwo samobójstw i depresji. Winne są im przede wszystkim duże telewizyjne stacje dezinformacyjne. Jeżeli chcemy cokolwiek zrozumieć z otaczającego nas świata, najpierw wyłączmy wszystkie stacje dezinformacyjne. Nie należy się martwić tym, że media mówią różne rzeczy ani tym, że prawda jest wyciszana. Należy wierzyć, że prawda się przebije. Jeżeli ludziom zabraknie odwagi na mówienie prawdy o czasach, w których żyjemy, prawdę o nich przekażą kamienie. Wyszedłem z mediów i znam ich naturę, dlatego ostrzegam, że to, co kiedyś było zdrowe i dawało nam pewne wyobrażenie świata, dziś staje się toksyczne.

 

A co należy zrobić po wyłączeniu stacji dezinformacyjnych?

 

Świat po epidemii nie będzie już taki sam. Będziemy musieli w nim walczyć o nasz styl życia. Ale żeby walczyć o coś, trzeba najpierw wiedzieć, o co się walczy. Samemu należy szukać informacji i inspirować te poszukiwania, a dzięki sprawdzonym informacjom formować własny styl życia.

 

Jak to osiągnąć?

 

Muszą powstawać grupy, które się zajmują weryfikowaniem informacji, bo jeden człowiek albo nie ma czasu, energii, albo umiejętności na zajmowanie się taką pracą. Jeżeli powstanie grupa, która w ramach swoich zawodowych zainteresowań będzie weryfikować informacje ze swoich dziedzin i dzielić się nimi z innymi to takie kręgi staną się bardzo opiniotwórcze. Będą ułatwiać życie i pozwolą ludziom wychodzić z sytuacji depresji psychicznej którą powodują media.

 

„Niepostrzeżenie weszliśmy w epokę, w której media służą jako jedna z podstawowych broni” – podkreśliłeś w „Komentarzu tygodnia”. Stwierdziłeś też, że toczy się medialna wojna wokół COVID-19. Co jest jej stawką?

 

Kontrola nad ludźmi, czyli władza przesunięta poza sferę demokracji w kierunku technologicznego totalitaryzmu. Nadchodzi władza ekspertów, którzy nie będą wybierani ani weryfikowani przez społeczeństwo, ale przedostaną się do wyższych kręgów na zasadzie kooptacji. To będzie tyrania ekspertów. Ekspert  wcale nie oznacza znawcy, ale tego który zostanie za niego uznany. Np. amerykański lekarz Anthony Fauci być może jest znawcą w jakiejś wąskiej dziedzinie, ale nie jest znawcą problemów o których się wypowiada. Bill Gates, który wypowiada się o sprawach globalnych, nie jest znawcą niczego.

 

Można domniemywać, że zna się na oprogramowaniu komputerowym, które sprzedaje jego korporacja Microsoft.

 

Myślę, że nawet na tym się nie zna. Na pewno zna się na monopolizowaniu rynku, brudnych zagraniach i terroryzowaniu mniejszych firm. Stosował taką strategię zarządzając Microsoftem. Ale nie sądzę, żeby znał się na informatyce, przecież ma tylko średnie wykształcenie.

 

Skąd dzisiaj najlepiej czerpać informacje?

 

Z internetu.

 

A konkretnie?

 

Z mediów społecznościowych, gdzie znamy autora lub nadawcę, wiemy kim jest. Drugim źródłem wiedzy powinny być autorytety z danej dziedziny. Każdy zna autorytety zajmujące się określoną dziedziną, u których można sprawdzić wiarygodność informacji.

 

Robisz tak?

 

Oczywiście. Dzwonię do znajomych których uważam za autorytety. Ostatnio weryfikuję informacje u mikrobiologów i ludzi pracujących w laboratoriach o wysokiej specjalizacji na Zachodzie. Przedstawiam im informację, a oni mówią: to jest nieprawdopodobne, to już wiemy od dawna, to jest głupie, a to bezsensowne. Po uzyskaniu od nich informacji, wiem co myśleć. Nie znam się na mikrobiologii, ale ufam prawdziwym autorytetom, które znam, a nie ekspertom wyznaczonym przez media decyzyjne, bo oni są częścią maszyny propagandowej mającej złamać nasz opór przed naruszaniem naszej wolności i swobód obywatelskich.

 

Dezinformacja jest rozpowszechniana nie tylko przez telewizję. W mediach społecznościowych ogromną popularnością cieszą się fake newsy. Jeden z nich mówi, że koronawirus nie istnieje, inny, że za rozpowszechnianie choroby odpowiada technologia 5G.

 

Jest coś takiego jak test na fake odporność. Jeżeli znajdziemy potwierdzenie danej informacji w niezmienionej formie przynajmniej w dwóch niezależnych i poważnych źródłach to już jest duże prawdopodobieństwo, że jest ona prawdziwa. Najczęściej wariackie informacje nie wytrzymują próby pierwszej weryfikacji.

 

Przeprowadziłeś ostatnio test na fake odporność?

 

Ktoś wrzucił w sieci słowa pierwszego przewodniczącego Światowej Organizacji Zdrowia Brocka Chisholma, która brzmi tak: „Nie będzie ładu, jeżeli nie zniknie państwa narodowe, rodziny i tradycyjne wartości”. Podano, że słowa pochodzą z książki zatytułowanej „Psychiatria społeczna” wydanej w 1947 r. Znalazłem książkę i  za pomocą różnych haseł sprawdziłem czy te słowa rzeczywiście znajdują się w tekście.

 

No i…?

 

Przejrzałem całą książkę i nie było cytowanych słów.

 

Czyli klasyczny, chociaż na pierwszy rzut oka prawdziwie wyglądający fake news?

 

Tak.

 

Sprawdziłeś źródło kłamstwa?

 

Źródłem dezinformacji jest amerykański fake news, który został zdyskredytowany i przeprowadzono nad nim bardzo ciekawą dyskusję. Fałszywych informacji w sieci jest wiele, dlatego bardzo potrzebny jest poradnik poruszania się po internecie, podręcznik weryfikowania informacji na własną rękę. Można go zrobić na kilka sposobów. Dziś zweryfikowanie prawdziwości informacji zajmuje 15 minut i sprawia, że możemy się poruszać tylko w obrębie informacji sprawdzonych. One też mogą nie opisywać rzeczywistości do końca, ale można te informacje krzyżować z innymi punktami widzenia i dociekać prawdy.

 

Co zrobić kiedy mimo prezentowania niepodważalnych faktów odbiorcy i popularyzatorzy fałszywych informacji twierdzą, że prawda jest ukrywana przed ludźmi przez media, naukowców i rządy? Popularność fake newsów wynika z zanikania krytycznego i logicznego myślenia. Nie chodzi wyłącznie o informacje dotyczące COVID-19, ale o fałszywe teorie dotyczące Wielkiej Lechii, haplogrupy r1a1, szczepionek, sieci 5G czy płaskiej ziemi.

 

Zgadzam się z tym. Zawsze będzie grupa ludzi skłonnych wierzyć we wszystko co nie ma racjonalnego podłoża, np. zwolennicy teorii o Chemitrails i różnych tego typu rzeczach. Tych ludzi się nie przekona, szkoda na nich tracić czasu, bo oni i tak wiedzą lepiej. Ci którzy z samego założenia uważają, że wiedzą lepiej, muszą być eliminowani z kręgu dyskusji, bo szkoda na nich energii i czasu. Zakres dociekań należy ograniczyć do ludzi rozsądnych, którzy chcą znaleźć prawdziwy obraz świata. Ludzi rozsądnych nie jest wielu, ale tylko oni mają dostęp do prawdy, bo im na niej  zależy.

 

Skąd tak ogromna popularność fake newsów dotyczących nie tylko koronawirusa?

 

To naturalne zjawisko, bo kiedy nic nie wiemy, dajemy posłuch najbardziej niewiarygodnym i fantastycznym wyjaśnieniom. Dzieje się tak ponieważ media zamknęły nas w bańce niewiedzy. Przeładowują nam mózg niepotrzebnymi albo emocjonalnymi informacjami, które mają wzbudzić w nas określone postawy, ale nie dają nam informacji i niczego nam nie wyjaśniają. Przeładowane mózgi powodują reakcje nerwowe, stres i napięcie. W bańkach niewiedzy, w jakich trzymają nas media, przebijają się fantastyczne i nieprawdopodobne informacje, które wyjaśniają sytuację  i są emocjonalnie przyjmowane z dużym wyczekiwaniem. Informacje prawdziwe wymagają od człowieka pracy umysłowej, żeby zrozumiał rzeczywistość. Fake news czy informacja spiskowa, która wyjaśnia wszystko jest łatwa, bo wystarczy ją przyjąć, nie trzeba z nią nic robić, nie trzeba jej sprawdzać, można od razu ją  przekazywać dalej. To jest jak wirus COVID-19. Szerzy się koronawirus, ale  rozpowszechniają się też wirusy fantastycznych i spiskowych teorii.

 

Rozmawiał Tomasz Nowak

 

LUDZIE, KTÓRZY TWORZYLI TELEWIZJĘ POLSKĄ. Główny reżyser – STEFAN TRUSZCZYŃSKI wspomina Jerzego Gruzę

Żyłem, oglądałem i pracowałem w Telewizji Polskiej, gdy robili ją – Gruza, Hanuszkiewicz, Przybora-Wasowski, Szlachtycz, Wojtyszko, Walter, W-wo Bielicki, Olga Lipińska, Dziedzicowa, Pach, Suzin, Miroszowa, Ambroziewicz, Mikołajczyk, Snopkiewicz, Maziarski, Kamiński-Kurek, Rostocka i Ryster, Adam Słodowy, autor świetnych reportaży i nauczyciel reporterów Józef Błachowicz, reżyser Lucyna Smolińska-Sroka i jej mąż scenarzysta Mieczysław Sroka, Tamara Sołoniewicz, Wanda Konarzewska, Krystyna Mokrosińska, Jacek Grelowski, Marian Bekajło, Janusz Wieczorek, Ryszard Bójko, Ireneusz Engler, Zbigniew Proszowski, Krystian Przysiecki, Marek Grot, Wojciech Pijanowski, Wojciech Mann (ostatnio wyrzucony z Radia), Jerzy Szotkowski, Grzegorz Wasowski (tak, synek), Dariusz Baliszewski; a także Janusz Rolicki, Nina Terentiew, Antoni Dzieduszycki (ostatni ordynat rodu, późniejszy współtwórca Telewizji Wisła); za gwiazdy robili i robiły – Bożena Walter i Bogumiła Wander i oczywiście Bohdan Tomaszewski, Jan Ciszewski, Tomasz Hopfer, Jacek Żemantowski, Tadeusz Sznuk (na szczęście jeszcze tam trwa); no i oczywiście Maciej Szczepański (o nim będzie za chwilę), Andrzej Drawicz, Marian Terlecki (ten mnie faworyzował), Janusz Zaorski (dał mi najwięcej pieniędzy na reportaże).

 

Niezła to była drużyna. Była!

 

Zmarli, odeszli, wyrzucono.

 

Pierwszy

 

Zanim będzie o pierwszym reżyserze TVP – anegdota: idzie „krwawy Maciej” (jaki on tam był krwawy, dzisiaj to dopiero wyrzucają bezpardonowo) korytarzem telewizyjnego molocha, który zbudował dzięki protekcji Gierka, a z przeciwka podąża osobnik o długich włosach. Prezes zatrzymuje się, wyciąga dychę i mówi – Masz i idź się ostrzyc. Facio (był to kamerzysta) sięga do kieszeni, wyjmuje dwie dychy i rzecze – Masz i się odp…l! Ochroniarz Szczepańskiego zareagował, awantura była, ale koleś z telewizji wcale nie wyleciał. Tak jak np. Wildstein, albo Sobala (też prezes, tyle że radia).

 

Przypomnijmy więc ludzi z tamtych lat. Warto. Na początek „G”. G-ie jak Gruza. Jerzy Gruza (ur. 4 kwietnia 1932 roku w Warszawie, zm. 16 lutego 2020 w Pruszkowie, pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, kwatera G-TUJE-48; msza pogrzebowa odbyła się 21 lutego w Kościele Środowisk Twórczych). Przede wszystkim reżyser, po PWST w Łodzi (1956), scenarzysta, a także okazjonalnie aktor.

 

Był wysoki, apodyktyczny, bezkompromisowy. Wymyślił, zarządził i tak dokładnie miało być. No, ale chyba właśnie takim powinien być reżyser. Musi wiedzieć co chce i powiedzieć jak to zrobić.

 

Szedł przez długie korytarze woroniczowskiej telewizji energicznym krokiem, wypełniał sobą w czasie prób wielkie studia, a potem dyrygował w reżyserce realizatorem, dźwiękowcem i oświetleniowcem. Chłopięta (przy nim), dziewczęta (nawet te po Sokorskim, były zawsze „młode”) stali i stały z otwartymi buźkami i słuchali poleceń. Rzadko kto odważył się podjąć dyskusję z Gruzą. Pewność siebie, surowość oblicza, nigdy chwalenie, często ironizowanie – sprawiało, że odbierano go z uwagą i napięciem. Może nawet z pewnym strachem. Nie było z nim łatwo i delikatnie.

 

Seriale

 

Pani Mira Michałowska-Zientarowa pisała dialogi do „Wojny domowej”. Wyszło 15 odcinków – jak to już wiemy – świetnych. Oto tytuły: „Ciężkie jest życie”, „Bilet za fryzjera” – nagroda specjalna „Minewra d’Orgento” Włoskiego Komitetu Filmu Młodzieżowego za najlepszy film rozrywkowy o tematyce specjalnie nadającej się do młodzieżowych klubów filmowych na XVIII M F F dla Dzieci i Młodzieży w Wenecji – Włochy lipiec 1966 r., „Wywiadówka”, „Pierwszy dzień”, „Dwójka z Azymutu”, „Trójka klasowa”, „Polski Joga”,  „Wizyta starszej Pani”, „Dzień Matki”, „Zagraniczny Gość”, „Co każdy chłopiec”, „Monolog zewnętrzny”, „Młode talenty”, „Nowy Nabytek”, „Siła wyobraźni”

 

Ale współpraca z Zientarową się skończyła, a zaczęła z Krzysztofem Teodorem Toeplitzem. KTT był człowiekiem wpływowym. Bystry, ustosunkowany jak najwyżej. W tym duecie konkretna robota wyglądała tak, że Gruza leżał sobie na kanapie – paląc, popijając – a Toeplitz pochylony nad maszyną zapisywał pod dyktando. Trudno dziś dociec ile do scenariuszy sam wnosił. Podporządkował się, mimo że nie był to zwykły wyrobnik dziennikarskiego fachu.

 

Opowiadał mi Marian Bekajło – z którym u Gienia Pacha, robiliśmy wielkie telewizyjne transmisje  Banki Miast i który był rzeczywistym ojcem serialu „Dom – o egzaminie na dziennikarskie studia. Rzecz się działa pod koniec lat 50. na UW. Za stołem wśród egzaminatorów siedział tzw. społeczny czynnik. W czerwonym krawacie. Merdał krótkimi nogami (bo był malutki). Groźna bruzda na czole i dla dodania sobie powagi – fajka. To był właśnie Krzysztof Teodor, zresztą rówieśnik Mariana. To drugie imię – Teodor – nie brzmiało wówczas zbyt dobrze. Stąd pomysł – KTT. Potem przez lata pisał felietony w „Polityce” obok Małachowskiego, Passenta, Radgowskiego, Tomaszewskiego (owszem, Bohdana) i Waldorffa. Ale przy Gruzie był usłużny, taki – po prostu – współautor i sekretarz. Nie chcę nic ująć Toeplitzowi. To nie wstyd było uznać zwierzchnictwo pana Jerzego.

 

Plon współpracy J.G. i KTT był świetny: 21 odcinków „Czterdziestolatka” w trzech seriach:

 

Trasa Łazienkowska: Toast czyli bliżej niż dalej, Walka z nałogiem czyli labirynt, Wpadnij kiedy zechcesz czyli bodźce stępione, Portret czyli jak być kochanym, Kondycja fizyczna czyli walka z metryką, Włosy Flory czyli labirynt, Judym czyli czyn społeczny

 

Dworzec Centralny: Otwarcie trasy czyli czas wolny, Rodzina czyli obcy w domu, Pocztówka ze Spitsbergenu czyli oczarowanie, Cudze nieszczęście czyli świadek obrony, Nowy zastępca czyli meteor, Kozioł ofiarny czyli rotacja

 

Trasa Toruńska: Sprawa Małkiewicza czyli kamikadze, Kosztowny drobiazg czyli rewizyta, Gdzie byłaś czyli Szekspir, Cwana bestia czyli kryształ, Gra wojenna czyli na kwaterze, Z dala od ludzi czyli coś swojego, W obronie własnej czyli polowanie, Smuga cienia czyli pierwsze poważne ostrzeżenie

 

Kolejne tytuły odcinków mówią wiele. Dziś jest to zapis historii gospodarczej minionej epoki, zapis ludzkiej wiary, że będzie lepiej, naiwności, krytyki – ale delikatnie podanej.

 

Film, teatry i festiwale

 

W dorobku Gruzy oddzielna karta to przedstawienia wyreżyserowane w Teatrze Telewizji – „Grona gniewu” Steinbecka, „Szkoła wdów” Cocteau, „Trio wg „Wygnańców” Jamesa Joyce’a, „Król Edyp” Sofoklesa, „Rewizor” Gogola, monodram „Sammy” ze Zbigniewem Cybulskim, „Mieszczanin szlachcicem” w 1969 z ostatnią rolą w życiu Bogumiła Kobieli, „Eryk IV” z zapomnianym dziś Markiem Walczewskim.

 

Aktorów pan Jerzy wybierał zawsze najlepszych. Nikt nie odmawiał – Irena Kwiatkowska, Kazimierz Rudzki, Alina Janowska, Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Bogumił Kobiela, Wiesław Gołas (komedia „Dzięcioł”), Jan Nowicki, Andrzej Kopiczyński, Anna Seniuk, Ewa Wiśniewska, Bronisław Pawlik, Tadeusz Pluciński, Gustaw Lutkiewicz, Zdzisław Maklakiewicz, Leon Niemczyk – długo by wymieniać.

 

Bywało, że i sam obsadzał siebie, ale drugoplanowo.

 

Nie pamiętam go siedzącego. Zawsze gdzieś podążał, długim krokiem. Był wszędzie. W kinie, teatrze, telewizji. Próby na koncertach w jego reżyserii prowadzone były szybko i sprawnie. Gruza to była firma na miarę wielkich festiwali – z najważniejszym, międzynarodowym, sopockim. Dachu nad Leśną Operą jeszcze nie było. Za to byli wspaniali prowadzący – Irena Dziedzic, Lucjan Kydryński. Oni też go słuchali. To Gruza o wszystkim decydował. I wiedział, dokładnie, co chciał osiągnąć.

 

Był Sopot, a potem Gdynia i długa lista dokonań. Często o nim pisano. Dobrą decyzją było powierzenie mu dyrektorstwa w Gdyni. To były wspaniałe lata dla trójmiasta. W Teatrze Wybrzeże Iwo Gall, Danuta Baduszko, Hübner, świetni aktorzy. A potem Gruza w Teatrze Muzycznym i plejada najlepszych śpiewaków, wielkie musicale: „Skrzypek na dachu” (premiera 1984), „Jesus Christ Superstar” (1987), „Les Misérables” (1989), „Człowiek z La Manchy” (1991), „Żołnierz Królowej Madagaskaru” (1991). Wydarzenia artystyczne żyją zwykle krótko. Władza chętnie w blasku artystów się popularyzuje. Ale płaci niechętnie. Nawet najwyższy protektorat nie trwa wiecznie. Tylko perły pozostają we wdzięcznej pamięci widzów, słuchaczy i czytelników. Nakręcił też serial „Tygrysy Europy” (1999) z Januszem Rewińskim i Wojciechem Pokorą. Jeden z recenzentów twierdził, że to paszkwil na polski biznes i klasę, która ostatnio się wydźwignęła finansowo, co jest bzdurą. Gruza napisał też dwie książki: 40 lat minęło jak jeden dzień (1998), Człowiek z wieszakiem życie zawodowe i towarzyskie (2003).

 

Dzień autorski

 

Pracowałem „u Waltera”. I lepiej nie mogłem trafić. Powierzył mi przygotowywanie, raz na miesiąc, całodziennych programów na niedziele – „Dni autorskich”. Wypełniały świąteczny czas antenowy od świtu do północy. Zawierały dorobek telewizyjnych tuzów, o których napisałem na początku. Pierwszy wybrany z kilkunastu był właśnie Jerzy Gruza – wówczas główny reżyser Telewizji Polskiej (a innej nie było). Następne „dni” dotyczyły dorobku Jerzego Antczaka, Aleksandra Bardiniego, Andrzeja Chiczewskiego (dokumentalista, podróżnik), Edwarda Dziewońskiego, Adama Hanuszkiewicza, Zygmunta Hübner, Andrzeja Łapickiego, Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, Józefa Słotwińskiego (reżyser komedii teatralnych, bardzo popularnych),  Jerzego Surdela (reżysera filmów dokumentalnych, w tym „Tryptyku” nagradzonego na wielu festiwalach filmów górskich), Stefana Szlachtycza, Macieja Wojtyszki. Przygotowałem również dzień autorski Olgi Lipińskiej, ale w ostatniej chwili został… „zdjęty”, bo Pani Olga pośpieszyła się z żartem. W jej kabareciku pojawił się facet z napisem na froncie koszulki: „NIE LUBIĘ PIEROGÓW”, przemknął przed kamerą i wtedy okazało się, że na plecach ma napis… „RUSKICH”. Miałem również zrobić przegląd twórczości Bogusława Kaczyńskiego. Niestety zaistniał stan wojenny i wyleciałem wraz z programem z telewizji.

 

Teraz, po latach znalazłem w swoim prywatnym archiwum scenariusz tego dziesięciogodzinnego programu. Ale pamiętam jak w tempie karabinu maszynowego wyliczył mi wówczas co ma być przypomniane. Rozgadał się tylko przy nazwisku Jandy. Była wówczas na topie po filmie „Człowiek z marmuru” i brawurowo zaśpiewanej piosence „Guma”. Mistrz rzekł, a ja zabrałem się do roboty trwającej prawie miesiąc. Musiałem to wszystko odszukać, przepisać na taśmy elektroniczne z telerekordingowych (w ten sposób nagrywane były odbywające się na żywo spektakle), niektóre programy trzeba było skrócić i podmontować.

 

Oto scenariusz dnia autorskiego, którego emisja odbyła się 28 stycznia 1978 roku.

 

Bożena Walter wprowadza program na antenę, przedstawia reżysera i jego gości. Pierwszą pozycją jest „Woja Domowa”, odcinek „Co każdy chłopiec wiedzieć powinien”. Następnie – rozmowa z Panią Mirą Zientarową-Michałowską, współautorką scenariusza. Dalej – „Czterdziestolatek”, 30 minutowy montaż z trzech odcinków różnych serii. Potem w studio rozmowa z Krzysztofem Toeplitzem. „Poznajmy się” to filmiki spółki Jacek Federowicz – Jerzy Gruza, „Małżeństwo doskonałe” 30 minutowy montaż z kilku programów o tym tytule. Fragmenty Festiwalu Interwizji w Sopocie i rozmowa z Ireną Dziedzic. Kolejno następują: „Teatr Telewizji” – czterdziestominutowy spektakl „Trio” z 1961 roku z udziałem Aleksandry Śląskiej, Adama Hanuszkiewicza i Gustawa Holoubka, potem rozmowa z aktorami. Ciąg dalszy z cyklu Teatrów Telewizji w reżyserii Gruzy: „Nasze miasto” – prawie dwugodzinna projekcja i rozmowa z krytykiem teatralnym Romanem Szydłowskim, autorytetem. Program zamyka sztuka „Kariera Artura Ui” z Markiem Walczewskim w roli głównej. W studio rozmowa z aktorem.

 

W okresie przygotowania programu Jerzy Gruza raz czy dwa zatelefonował i wpadł na montaż. Wobec poprzednio ustalonych planów coś tam dodał, coś wyrzucił. Bardzo się starałem, ale któregoś dnia – w złym humorze – bohater dnia autorskiego pojawił się w redakcji i zaczął wybrzydzać. Poszedłem do Waltera, żeby wyznaczył kogoś innego na moje miejsce. Niespodziewanie reżyser stanął w drzwiach i usłyszał moje żale:

 

– Panie, co pan tu skomli. Pracuje Pan ze mną i będzie nadal pracował.

 

Po czym drzwi zamknął z hukiem.

 

– No widzisz, Funiek – powiedział rozbawiony Mariusz Walter – tak to z nimi jest!

 

Między przypominanymi w „Dniu autorskim” programami były wstawki nagrywane w studio. Musiały się oczywiście łączyć w całość przekazu. Były to na ogół rozmowy z bywszymi i aktualnymi współpracownikami reżysera.

 

Jednym z punktów podsumowania twórczości był montaż zabawnych filmików satyrycznych pod tytułem „Poznajmy się”, przy których śmiała się cała Polska. Występował w nich Jacek Federowicz. Starsi pamiętają: było między innymi o wyciąganiu banknotu stuzłotowego spod koła samochodu, o skrzynce pocztowej mówiącej „dziękuję”, gdy wrzucano doń list. Zapytałem, czy mam zaprosić do studia pana Jacka. – Nie – odburknął, ale potem zmienił zdanie. Zmontowałem te miniaturki w piętnastominutowy bloczek. Wyszło super. Na montażu się nie zjawił. Dał mi wolną rękę. Telefonuję więc po emisji (nocą) ciekaw oceny.

 

– Siedziałem tyłem do telewizora i grałem w brydża, z prokuratorem – powiedział.

 

„Z prokuratorem” – żebym sobie nie myślał, a i tak powszechnie wiadomo było, że „ważni” o sympatię Gruzy zabiegają.

 

Taki był. Nieskory by kogoś pochwalić. Nigdy potem już go o oceny nie pytałem.

 

Natomiast „kawałki” nagrane, w których sam występował na montażu rzeźbił pieczołowicie. Ale i tym się szybko nudził. Pewnego razu chłopcy – montażyści szarpali się dzielnie, bo szpule z nagraniami były ogromne i ciężkie. Trzeba je było podnosić prawie na półtora metra i umieszczać w maszynie.

 

I zaczęło się. „Włóżcie”, „zdejmijcie” – dyrygował i ciągle zmieniał zdanie. „Nie, nie! Dopiero od momentu gdy przekręcam głowę”. „Albo dajcie trochę wcześniej”. Po dwóch godzinach zmontowaliśmy zaledwie kilka minut. Wreszcie zaklął: – Róbcie sami. Wdział długi czarny płaszcz, zawinął 1,5 metrowy  szal wokół szyi ze zwisem na plecach i poszedł sobie. Poszło wtedy szybko. Nad ranem ukończyliśmy montaż całego bloku. Z drugiej strony można powiedzieć, że artysta miał do ludzi zaufanie. Był jaki był.

 

Thank you sir

 

Podziękowania się nie doczekałem. Ale nigdy o to nie dbałem. Zresztą nie on mnie, ale ja jemu jestem wdzięczny za to pracowite spotkanie.

 

Pamiętam, że jednak doczekałem się spojrzenia z uznaniem. Było to na ulicy Puławskiej w Warszawie. Na postoju taksówek. Stoję, a obok mam wielki wór marynarski z grubego, żaglowego płótna. Patrzę, podchodzi. Zerknął na mój bagaż.

 

– Dokąd to?

 

– Na „Gusloffa”. Robię film o wraku dla Studia 2.

 

Wyraźnie się zainteresował.

 

– Będziesz nurkował?

 

– Będę siedział dwa dni w batyskafie z płetwonurkami, oni będą wychodzić na wrak.

 

– uhm…

 

Podjechała taksówka. Zostawiłem pana reżysera trochę w zdumieniu.

 

Na widok Gruzy kobitki popiskiwały. Gruza ożenił się (trzeci raz) z aktorką ze swojego filmu. Była wysoka, usta miała jak Angelina Jolie, a figurę Bardotki. Grała Mariolkę w „Czterdziestolatku”. Szczerze mówiąc zdawało się, że to małżeństwo długo nie potrwa. A jednak było już na całe życie. W męsko-damskich sprawach nigdy nie można być pewnym. Został ojcem. Syn miał chyba dość artystów, bo jest finansistą – prawnikiem.

 

Do naczelnego – Mariusza Waltera – który po kilku latach zrobił mnie jednym ze swoich zastępców – wchodził Jerzy Gruza bez pukania. Mówił swoje i wychodził. Ja wam myśl rzucam, a wy ją łapcie.

 

W Gdyni mieszkał w willi na szczycie Kamiennej Góry, oddzielającej miasto od Zatoki Gdańskiej. Wiało, jak to w Gdyni, ale widok był przepiękny. Wspaniała, zaprojektowana przez świetnych urbanistów i architektów Gdynia i coraz bardziej duszna Warszawa. Tak krążył. Castingował, pisał scenariusze i reżyserował. Kochali go ludzie i walili tłumnie na spektakle. Pięćset razy wystawiono w teatrze muzycznym „Fiedler on the roof”.

 

Nawet nie wiem, czy w Gdyni Jerzy Gruza ma swoją ulicę, skwer, schody w parku? A jest tam tego sporo na wzgórzach. Na Kamiennej jest historyczna willa kapitana kapitanów – Borchardta. Gruza pomieszkiwał opodal. Był dobrym duchem miasta. Może by go upamiętnić?

 

Stefan Truszczyński, fot. YouTube

 

„Zadanie w pewnym sensie święte”. Jan Paweł II i dziennikarze – analiza ks. ARTURA STOPKI

Św. Jan Paweł II nie tylko rozumiał znaczenie mediów we współczesnym świecie, ale także bardzo dużo uwagi poświęcał ich twórcom. Dziennikarzy traktował z ogromną powagą i szacunkiem, uznając ich za ludzi obdarzonych powołaniem.

 

Można się spotkać z opinią, że to dopiero św. Jan Paweł II otworzył Kościół katolicki na media, że to on docenił ich znaczenie, tak, jakby wcześniej nic się na tym polu nie działo i papież z Polski zagospodarowywał całkowity ugór. Sporo się jednak działo przed rozpoczęciem jego pontyfikatu. Np. ojcowie Soboru Watykańskiego II opracowali specjalny dokument poświęcony zjawisku dziś potocznie określanemu jako mass media. W „Dekrecie o środkach społecznego przekazywania myśli”, zaczynającym się od słów „Inter mirifica”, już w pierwszych zdaniach znalazło się stwierdzenie, że spośród podziwu godnych wynalazków techniki Kościół przyjmuje i śledzi ze szczególną troską te, które odnoszą się przede wszystkim do ducha ludzkiego, a które odsłoniły nowe drogi do przekazywania z największą łatwością wszelkiego rodzaju wiadomości, myśli i wskazań. Wymieniona została prasa, kinematografia, radiofonia, telewizja „i inne tym podobne” (nie było wtedy Internetu).

 

Ku dobremu lub ku złemu

 

W tym samym dokumencie można przeczytać, że szczególny obowiązek moralny odnośnie do właściwego korzystania ze środków przekazu społecznego „ciąży na dziennikarzach, pisarzach, aktorach, reżyserach, producentach, nakładcach, dystrybutorach, wynajmujących lokale, agentach i sprzedawcach, na krytykach i w ogóle na wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób uczestniczą w przygotowywaniu i przekazywaniu programów”. Dlaczego? Autorzy dokumentu nie pozostawiają wątpliwości. Ponieważ dysponują narzędziami, dzięki którym mogą prowadzić rodzaj ludzki ku dobremu lub ku złemu.

 

Również doroczne orędzia papieskie na obchodzony z inicjatywy Vaticanym II Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu publikowane były na długo przed inauguracja pontyfikatu Jana Pawła II. Dwanaście pierwszych podpisał Paweł VI.

 

Improwizowana konferencja

 

Czy to znaczy, że Papież Polak nie zrobił w tej dziedzinie  nic szczególnego? Otóż zrobił. Ktoś ładnie jego zasługi ujął stwierdzając, że Jan Paweł IIzniwelował dystans między światem mediów a całym Kościołem katolickim”. Zrobił coś jeszcze. Starał się, wraz z całym Kościołem, nadążać za możliwościami, jakie w tej sferze się dość gwałtownie pojawiły.

 

Ks. prał. Paweł Ptasznik, kierownik Sekcji Polskiej Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, w książce „Świadectwa świętości” wspomina pewne wydarzenie, do którego doszło podczas pierwszej zagranicznej pielgrzymki Papieża z Polski. Miała ona miejsce na przełomie stycznia i lutego 1979. Jan Paweł II w samolocie najpierw zrobił to, co jego poprzednik. Przyszedł przywitać się z dziennikarzami, którzy lecieli tą samą maszyną i życzyć im owocnej pracy. Zdarzyło się jednak coś niespodziewanego. Ktoś odważył się zadać pytanie, dotyczące ewentualnej wizyty w USA. Papież udzielił na nie odpowiedzi po angielsku. Potem odpowiadał na kolejne pytania, w różnych językach. Konferencje prasowe na pokładzie papieskiego samolotu stały się błyskawicznie oczywistością (podobnie zdarzenie opisuje zmarły niedawno Marek Lehnert w książce „Korespondent”, podając, że pytanie wbrew zwyczajowi zadał Wilton Wynn z tygodnika „Time”). To bardzo wymowny przejaw „skracania dystansu”, między Kościołem a światem mediów.

 

Błyskawiczny rozwój

 

Ks. Ptasznik zwrócił uwagę na coś jeszcze. To właśnie podczas pontyfikatu Jana Pawła II nastąpił błyskawiczny rozwój technologii komunikacyjnych, dzięki którym świat stał się „globalna wioską”. Poprzednicy polskiego Papieża nie mieli takich możliwości medialnych, jak on. Jan Paweł II starał się je wszystkie wykorzystywać w wypełnianiu swojej misji i misji Kościoła. Być może komuś wyda się to żadną zasługą, ale warto mieć świadomość, że np. nie poparł pojawiających się w Kościele całkiem licznych głosów twierdzących, że globalna sieć, to wielkie zagrożenie i siedlisko zła. Wręcz przeciwnie, popierał i wspierał działania wykorzystujące Internet do głoszenia Ewangelii. Dziś wydaje się to oczywiste. Ale nie zawsze tak było.

 

 Jak kapłaństwo

 

Ludzie mediów, którzy mieli okazję zetknąć się z Janem Pawłem II, zwracają uwagę, że traktował on ich samych i ich pracę, z całą powagą. Jak ktoś, kto w pełni rozumie znaczenie i wpływ mediów na kształt świata, a także na ludzkie myślenie i decyzje. Można się domyślać, że z tej świadomości wynikały nie tylko wymagania, jakie stawiał dziennikarzom, ale również sposób, w jaki mówił o ich misji w świecie. Nie wahał się użyć bardzo wzniosłych i zobowiązujących porównań. „Dziennikarstwo jak kapłaństwo jest odpowiedzią na prawdziwe powołanie” – tak zatytułował przemówienie, które 2 grudnia 1983 r. wygłosił do dziennikarzy włoskich tygodników katolickich. A 4 czerwca 2000 r., podczas Jubileuszu Dziennikarzy stwierdził wprost, że dziennikarstwo powinno być „postrzegane jako zadanie w pewnym sensie «święte»”. Ma to być zadanie wykonywane ze świadomością, że potężne środki przekazu zostają dziennikarzom i dysponentom mediów powierzone dla dobra wszystkich, a zwłaszcza dla dobra najsłabszych grup społecznych — od dzieci po ubogich, od chorych po osoby zepchnięte na margines i dyskryminowane.

 

Charakter misyjny

 

Tak usytuowane dziennikarstwo jawi się zupełnie inaczej niż dziś jest traktowane nie tylko przez wielu uprawiających ten zawód, ale również, a może przede wszystkim przez tych, którzy mediami zarządzają. Co ciekawe, Jan Paweł II zdawał sobie sprawę z ich szczególnej roli. Krótko przed śmiercią, 24 stycznia 2005 r. ogłosił List apostolski adresowany „do odpowiedzialnych za środki społecznego przekazu”. Zwrócił w nim m. in. uwagę, że „w organicznym i poprawnym modelu rozwoju człowieka środki przekazu mogą i powinny szerzyć sprawiedliwość i solidarność, przedstawiając wydarzenia w sposób ścisły i prawdziwy, analizując wnikliwie sytuacje i problemy, prezentując różne opinie”.

 

Napisał wprost, że media kształtują dzisiaj sumienia i że muszą dokonywać wyborów „w trzech podstawowych dziedzinach: formacja, współuczestnictwo, dialog”. Przypomniał w ten sposób fakt, o którym dzisiaj zarówno twórcy, jak i odbiorcy mass mediów wydają się zapominać – mają one z natury charakter misyjny. Wszystkie, nie tylko te zaliczane do tzw. publicznych. Świadomość misyjności, „świętości” podjętego przez nich zadania, nie może przestać towarzyszyć dziennikarzom w ich pracy. Bez niej mogą się stać funkcjonariuszami w zideologizowanej maszynie propagandowej lub trybikami w nastawionej wyłącznie na zysk korporacji. Ani jedno ani drugie nie jest prawdziwym powołaniem dziennikarza. W stulecie urodzin św. Jana Pawła II, człowieka który wiele zrobił nie tylko dla zbliżenia między Kościołem i mediami, ale również pokazał, jak ważna dla współczesnego świata jest praca dziennikarzy, warto o tym przypomnieć. Nawet jeżeli to przypomnienie dla kogoś będzie niewygodne albo drażniące.

 

Artur Stopka

Co to za afera? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

No i się zrobiła burza w szklance wody. Nie byłem i nie jestem dziennikarzem radiowej „Trójki”. Nie znam się na tamtejszych personaliach: kto, z kim i dlaczego. Wypowiem się tylko w kwestii równego traktowania i historii.

 

Czytamy komunikat dyrektora i redaktora naczelnego „Trójki” Tomasza Kowalczewskiego: „Szanowni Słuchacze, podczas elektronicznego głosowania nad Listą Przebojów Trójki w dn. 15.05.2020 r. został złamany regulamin i do głosowania wprowadzono piosenkę spoza listy. Nadto dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki, co zafałszowało wynik końcowy. W związku z tym Redakcja podjęła decyzję o unieważnieniu tego głosowania

 

Przeczytaliśmy? Ale czy na pewno? Uważnie i ze zrozumieniem? Jeśli tak, to o co ta cała awantura?

 

Rozumiem, że każdy program ma swoje reguły. Nawet Lista Przebojów w tej „starej, dobrej >>Trójce<<. I jeżeli ktoś reguły łamie, a tu – jak czytamy – reguły zostały złamane dwukrotnie, ponosi konsekwencje. Proste? Tak powinno być, ale jak widać nie dla wszystkich. I nawet najlepsza piosenka Kazika, skądinąd jednego z moich ulubionych Twórców (choć tekst utworu „Twój ból jest lepszy niż mój” uważam za nieprawdziwy, krzywdzący, dziwnie tożsamy z totalniacką propagandą) powinna podlegać tym samym regułom, co inne piosenki innych wykonawców. Czyż nie tak?

 

Ale w tej całej awanturze, która w związku z piosenką Kazika się rozpętała, tej wymianie pism, wyjaśnień, odejściach dziennikarzy, jakimś przedziwnym bojkocie stacji przez kolejnych artystów (ok, to pewnie solidarność zawodowa), zaniepokoiło mnie co innego. Bo cóż znaczy „stara, dobra >>Trójka<<”. To, rozumiem ta „Trójka” z czasów komuny i postkomuny. Przyznaję, wtedy – za komuny – jej słuchałem, słuchałem bardziej niż teraz, bo teraz zwyczajnie nie mam czasu.

 

Wtedy, w czasach pogardy – a „Lista Przebojów” pojawiła się w stanie wojennym – była powiewem wolności. Jako młodego chłopaka nie obchodziło mnie, czy była to wolność kontrolowana (że tak było, chyba nikt nie ma wątpliwości – tak jak wentylem bezpieczeństwa był festiwal w Jarocinie). Dziś o tamtych czasach chcę wiedzieć i wiem więcej. Dlatego dla mnie nie jest to „stara i dobra >>Trójka<<”, tylko po prostu „Trójka”. Bo „stara, dobra” ma być przeciwieństwem obecnej – nowej i niedobrej. Według tej logiki wtedy, przez dziesięciolecia „Trójka” była „bezpartyjna” – tak jak „bezpartyjny” był morderca Bierut, a partyjna stała się dopiero w 2015 r., razem z objęciem władzy przez Zjednoczoną Prawicę.

 

Przypomnę jeszcze, że „stara, dobra >>Trójka<<” powstała 1 kwietnia 1962 roku, a 21 października 1963 roku rządzący komuniści zamordowali ostatniego Żołnierza Wyklętego Józefa Franczaka, ps. „Laluś”. Potem była jeszcze m.in. masakra na Wybrzeżu w 1970 roku i stan wojenny. „Trójka’ grała, gdy czerwoni mordowali ks. Jerzego Popiełuszkę, Grzegorza Przemyka i wielu innych Polaków. Nawiasem mówiąc, ktoś wtedy w „Trójce” protestował? Odchodził? Bojkotował?

 

Znając historię nie zgadzam się na określenia typu: teraz jest gorzej niż za komuny, PiS jest gorszy od PZPR, a Kaczyński od Jaruzelskiego. Bo to po prostu kłamstwa. Bo twierdzenia o zawłaszczaniu mediów publicznych, w tym „Trójki” byłyby prawdziwe, gdyby strażnikami wolności słowa byli komuniści i postkomuniści.

 

Koniec „Trójki”? Koniec Listy Przebojów? Z powodu złamania regulaminu? Wolne żarty. No chyba, że nie o regulamin tu chodzi.

 

Tadeusz Płużański