Dużo zdrowia i prywatności – MIROSŁAW USIDUS o inwigilacji

Nie wiem jak wyglądają testy na wirusa permanentnej inwigilacji, ale wiem, że przeprowadza się ich zdecydowanie za mało. Dlatego tak mało ludzi rozumie, jak bardzo zostało przez niego zainfekowanych.

 

Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka, powiedział kiedyś, że prywatność to stosunkowo nowy pomysł, który nie ma więcej niż kilkaset lat, najwyżej dwa tysiące. Wcześniej ludzie żyli w grupach skupionych wokół ogniska, w których wszyscy robili nieomal wszystko na oczach innych członków wspólnoty pierwotnej. Jego platforma wraz z Google od lat robi wiele, abyśmy do owej wspólnoty pierwotnej bez tajemnic i prywatności wrócili. Koronawirus może wielu złowróżbnym pomysłom i tendencjom bardzo pomóc.

 

Epidemia spowodowała, że wiele metod inwigilacji, które dotychczas były, zwłaszcza w krajach demokratycznych, nie do przyjęcia, zyskało wyższy poziom społecznej akceptacji. Obrońcy prywatności ostrzegają, że niestety, po tym, jak koronawirus odejdzie, wiele nowo wprowadzonych technik nadzoru może nie odejść wraz z nim.

 

Chiny już w styczniu zmobilizowały swoje masowe narzędzia monitoringu społeczeństwa, od dronów po kamery CCTV, do monitorowania osób poddanych kwarantannie i śledzenia rozprzestrzeniania się koronawirusa. Inne państwa, takie jak Izrael, Singapur i Korea Południowa, również sięgnęły pełną garścią po łączone dane o lokalizacji, nagrania z kamer wideo i informacje z kart kredytowych, aby śledzić rozprzestrzenianie się COVID-19. Eksperci ds. ochrony prywatności, pomimo szczególnych warunków wyrazili obawy dotyczące sposobów, w jaki rządy wykorzystują te dane, jak są one przechowywane oraz możliwości władz w zakresie utrzymania zwiększonego poziomu nadzoru, już po zakończeniu pandemii.

 

Chińskie standardy idą w ślad za pandemią

 

W Chinach w pewnym momencie dostanie się do swojego mieszkania lub miejsca pracy wymagało zeskanowania kodu QR, zapisania swojego nazwiska i numeru identyfikacyjnego, temperatury i historii ostatnich podróży. Operatorzy telekomunikacyjni śledzili przemieszczanie się ludzi, podczas gdy tamtejsze platformy mediów społecznościowych, takie jak WeChat i Weibo, uruchomiły gorące linie dla ludzi chcących zgłaszać osoby podejrzane o złapanie infekcji. Niektóre miasta zaoferowały ludziom nagrody za informowanie o chorych sąsiadach.

 

Drony napominały Chińczyków by nosili maski. Mieszkańcy Chin dostarczali dowody fotograficzne, bądź też opowiadali amerykańskiej telewizji CNBC w wywiadach, że przed ich domami instalowano kamery monitoringu w celu egzekwowania kwarantanny. Chińskie firmy wprowadzały technologię rozpoznawania twarzy, która może wykryć podwyższoną temperaturę w tłumie ludzi lub oznaczyć obywateli nie noszących maski. Szereg aplikacji wykorzystuje prywatne informacje o zdrowiu obywateli, aby ostrzegać innych o bliskości z zainfekowanymi pacjentami lub o tym, czy byli oni w bliskim kontakcie z innymi zakażonymi.

 

Zintensyfikowany nadzór jest już „nową normą” w Chinach. Pytanie czy w Chinach jest ogóle taki poziom inwigilacji, którego ludność nie zechce tolerować,” skomentował sytuację w mediach Stuart Hargreaves, profesor Chińskiego Uniwersytetu w Hongkongu.

 

Chiny w tej dziedzinie trudno wyprzedzić, ale wiele krajów wprowadziło rozwiązania idące śmiało w kierunku chińskich standardów inwigilacyjnych. Amerykańskie Centers for Disease Control and Prevention zaczęło w marcu śledzić miliony obywateli USA, używając danych z telefonów komórkowych, po otrzymaniu od gigantów IT o dostęp do lokalizacji telefonów komórkowych Amerykanów. W ten sposób rząd zdobył możliwość śledzenia lokalizacji każdego Amerykanina i sprawdzenia, np. czy przestrzega zasad „społecznego dystansu”.

 

Z podobną prośbą do operatorów telefonii komórkowej zwróciła się Komisja Europejska. Zarówno we Francji, jak i w Niemczech firmy te przekazywały takie dane już wcześniej. W Wielkiej Brytanii uznano, że praktyka ta będzie zgodna z prawem, dopóki dane nie zostaną zidentyfikowane. Wprawdzie UE ma niezwykle surowe i ścisłe przepisy o ochronie danych osobowych, ale jak się okazuje przetwarzanie ich jest uzasadnione w ramach aktu GDPR „w celach humanitarnych, w tym w celu monitorowania epidemii”.

 

Kraje takie jak Korea Południowa zdołały powstrzymać wybuch epidemii w sposób, którego Europa nie może skopiować, poprzez śledzenie kontaktów w celu mapowania zarażenia na poziomie poszczególnych osób. Aby mieć taką możliwość w Europie, rządy musiałyby naciskać na nowe nadzwyczajne przepisy  lub skłonić użytkowników do dobrowolnego dzielenia się z nimi na masową skalę informacjami o sobie. Forsowane jest oprogramowanie znane pod nazwą „Pan-European Privacy Preserving Proximity Tracing”, zaprojektowane w taki sposób, aby za pomocą Bluetooth w smartfonie można było skanować i rejestrować lokalizację osób znajdujących się w pobliżu, a dokładniej mówiąc – przenoszonych przez nie telefonów. Jego twórcy twierdzą, że mają nadzieję, iż państwa UE będą mogły używać go jako silnika w przyszłych aplikacjach do śledzenia kontaktów.

 

We Włoszech urzędnicy wykorzystali anonimowe dane od operatora Vodafone, a mapowanie danych w swoim czasie wykazało np., że miliony osób w newralgicznym regionie Lombardia nadal przemieszczają się poza swoimi domami. Potem to się zmieniło a wiedza o tym również pochodziła z inwigilacji komórek.

 

Moskwa nie wierzy łzom, wierzy kamerom

 

Premier Izraela Benjamin Netanyahu upoważnił Izraelską Agencję Bezpieczeństwa do wdrożenia do śledzenia chorych na koronawirusa technologii nadzoru zwykle zarezerwowanej dla walki z terrorystami. Co więcej, Izrael wykorzystuje swoją jednostkę wywiadowczą Shin Bet, zwykle zajmującą się terroryzmem, do śledzenia potencjalnych zarażonych koronawirusem za pomocą danych telekomunikacyjnych. Kiedy właściwa podkomisja parlamentarna odmówiła zatwierdzenia tego środka, Netanyahu przeforsował go „dekretem nadzwyczajnym”. Jego rząd wskazał koronawirusa jako kwestię „żywotnego bezpieczeństwa narodowego”, pozwalając izraelskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na korzystanie z nieujawnianej wcześniej bazy danych zawierającej bardzo szczegółowe informacje dotyczące telefonów komórkowych. Śledząc przemieszczanie się i komunikację całej ludności, władze dysponują większą liczbą narzędzi pozwalających na śledzenie działań wszystkich zarażonych osób w przeszłości i ostrzeżenie każdego, kto mógł być narażony na kontakt z potencjalnym nosicielem.

 

W Rosji miasto Moskwa uruchomiło sieć kamer monitorujących ze zdolnością rozpoznawania twarzy tuż przed dotarciem epidemii do Rosji, ignorując protesty i skargi prawne. Stolica Rosji miała już wcześniej gęstą sieć 170 tysięcy kamer bezpieczeństwa, ustawionych na ulicach i stacjach metra w całym mieście w ciągu ostatniej dekady. Obecnie sto tysięcy z nich zostało podłączonych do systemów sztucznej inteligencji, które potrafią identyfikować filmowanych ludzi. Moskiewska policja informowała o rozpoznaniu setek ludzi dziennie łamiących zasady kwarantanny.

 

Rosyjska technologia rozpoznawania twarzy została po raz pierwszy przetestowana podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2018 roku, a następnie w pełni uruchomiona w styczniu, tuż przed uderzeniem pandemii. „Prawdopodobieństwo popełnienia błędu przez nasz algorytm rozpoznawania twarzy wynosi 1 na 15 milionów,” chwalił się Aleksander Minin, dyrektor generalny NtechLab, firmy, która wygrała przetarg miasta na dostawę technologii. Urządzenia jej produkcji, które zostały wyeksportowane m. in. do Chin i Ameryki Łacińskiej, mogą zidentyfikować kogokolwiek z „80-procentową pewnością, ”mówił Minin AFP na początku roku.

 

Urzędnicy w Hongkongu zmuszali wszystkich przybywających do miasta do noszenia opaski lokalizacyjnej, natomiast władze Tajwanu umieszczały wokół domów ludzi poddanych kwarantannie elektroniczne płoty, służące do wykrywania wyłączeń telefonów. Mniej hi-techowe rozwiązania zastosowano w Indiach, gdzie stemplowano ręce ludzi przybywających na lotniska, mówiąc im, jak długo muszą być poddani kwarantannie. Dane dotyczące rezerwacji z linii lotniczych i pociągów były monitorowane w celu upewnienia się, że osoby te nie podróżują, informował Reuters. W południowo-indyjskim stanie Kerala, władze używały mieszaniny nagrań rozmów telefonicznych, nagrań z kamer monitoringu i danych o lokalizacji telefonu do śledzenia osób, które mogły mieć kontakt z pacjentami z koronawirusem.

 

Trace Together, czyli śledźmy się pospołu

 

Na całym świecie intensywnie wdrażane są aplikacje telefoniczne, pozwalające śledzić osoby zarażone COVID-19, czy też pozostające w kwarantannie, dla ustalenia zakresu ich kontaktów i potencjalnego rozprzestrzeniania się epidemii. Rosyjska aplikacja do monitorowania zarażonych obywateli ma dostęp do połączeń, lokalizacji, aparatu, pamięci, informacji o sieci i innych danych. Wiele rządów w Azji inwigiluje obywateli przez ich telefony komórkowe, nie troszcząc się o uzyskanie jakiejkolwiek zgody. Na przykład na Tajwanie znany jest przypadek wizyty policji u obywatela 45 minut po tym, jak przestał odpowiadać jego telefon, który jak się okazało, zepsuł się. W Korei Południowej skanuje się informacje ze smartfonów obywateli, aby w ciągu 10 minut znaleźć osoby, które mogły zarazić się wirusem. Władze posunęły się dalej – gromadzą nie tylko dane z telefonów komórkowych i GPS, ale także dotyczące transportu publicznego, kart kredytowych, kwestii imigracyjnych.

 

Opcją uznawaną za ekstremalne jest narzędzie programowe oferowane przez izraelską firmę szpiegowską NSO Group. Przewiduje, że rządy będą wymagać od operatorów telefonii komórkowej wszystkich danych dotyczących ruchu dowolnego abonenta. W Indiach władze wprowadziły obowiązkową aplikację pod nazwa Aarogya Setu do śledzenia kontaktów wszystkich pracowników sektora publicznego i prywatnego. Aplikacja ocenia ryzyko infekcji użytkowników na podstawie ich lokalizacji, historii medycznej i odbywanych podróży.

 

Największy rozgłos na świecie zyskała Trace Together, aplikacja rządu Singapuru, zainstalowana przez setki tysięcy osób. Korzystając z bezprzewodowej technologii Bluetooth pozwala ona zidentyfikować osoby, które znalazły się w odległości dwóch metrów od pacjenta z pozytywnym wynikiem COVID-19 przez co najmniej pół godziny. Twórcy aplikacji zapewniają, że nie zbiera ona żadnych danych geolokalizacyjnych ani innych danych osobowych, co czyni ją teoretycznie przyjazną dla zasady prywatności. Rząd Singapuru udostępnia kod dla tej aplikacji jako open-source, co oznacza, że może ona być modyfikowana i wykorzystywana przez deweloperów na całym świecie do śledzenia ludzi.

 

Massachusetts Institute of Technology opracował z kolei aplikację o nazwie „Private Kit: Safe Paths”, w której użytkownicy mogą aktualizować informacje o sobie, a następnie deklarować, czy mają koronawirusa, czy nie. Ich lokalizacja i ruch jest rejestrowany. Jest on jednak zapisywany w telefonie w formie zaszyfrowanej i nie jest udostępniany osobom trzecim bez zgody. Ludzie mogą otrzymywać powiadomienia o tym, czy byli w pobliżu kogoś z koronawirusem, ale nie dadzą użytkownikowi dokładnego imienia i nazwiska ani tożsamości osób, w przeciwieństwie do niektórych obecnych rozwiązań rządowych. Jednak aby aplikacja była skuteczna, wymaga masowego stosowania.

 

Odfiltrowany w bańce i podany na talerzu

 

Inwigilacyjne story nie zaczęło się wraz pandemią. Problem inwazji na prywatność czy wręcz brutalnego szpiegowania jest znany od lat. A opisy systemów wprowadzanych np. w Chinach od dawna mrożą krew w żyłach.

 

Na wiele miesięcy przed epidemią pojawiły się informacje, że w ramach wprowadzania systemu kredytu społecznego obywatele Chin będą musieli przejść skanowanie twarzy, zanim będą mogli uzyskać dostęp do Internetu w swoich domach lub na smartfonach. Nowe przepisy chińskiego Ministerstwa Przemysłu i Technologii Informacyjnych miały, jak podawały media, wejść w życie  od grudnia, czyli właśnie wtedy gdy wybuchła w kraju środka epidemia. Wstrzymała te zmiany, wprowadzając dużo ostrzejsze rozwiązania inwigilacyjne.

 

Patrzymy krytycznie na chiński system inwigilacji, firmy i produkty stamtąd pochodzące, ale czy w tzw. „wolnym świecie” prywatność internautów jest zasadniczo wyżej ceniona? Można wątpić, zwłaszcza gdy słyszy się o takich historiach, jak ta ujawniona w 2018 r. przez TechCrunch, o tym, że Facebook po cichu płacił nastolatkom za instalację VPN i możliwość całkowitego śledzenia ich aktywności. Informacje o tym wzbudziły sporą irytację w USA. Senator Josh Hawley skomentował to na Twitterze: „Chwila. Facebook PŁACIŁ nastolatkom za instalację aplikacji nadzorującej na ich smartfonach bez poinformowania ich, że Facebook będzie mógł ich szpiegować? Część z tych dzieciaków miała po 13 lat. Czy jesteście poważni?”. Zamiast wyciągnąć wnioski po przyłapaniu na szpiegowaniu użytkowników przy pomocy rzekomo zapewniającej prywatność aplikacji Onavo VPN, Facebook przerobił szpiegującą appkę w taki sposób, by obejść ochronę użytkowników iPhone’ów wprowadzoną przez Apple.

 

Niektórzy  tłumaczą uporczywe wracanie Facebooka do szpiegowskich praktyk, pomimo kolejnych skandali, samą naturą platform społecznościowych, które nie mogą inaczej funkcjonować jak tylko przez inwigilowanie użytkowników.

 

W Chinach to rząd wykorzystuje dane, nie tylko z sieci, do kontroli ludności kraju. Zbudował zaporę ogniową oddzielającą Chiny od reszty Internetu, zastępując zablokowane globalne usługi lokalnymi wersjami, które ściśle kontroluje. Tworzy całościowy cyfrowy profil działań, powiązań, wypowiedzi, przemieszczania się i wykroczeń każdego obywatela. Na tej podstawie Chińczycy otrzymują „punkty” w systemie parametryzacji obywateli i tzw. „kredytu społecznego”. Idą za tym konkretne nagrody bądź kary. System już teraz może zakazać obywatelowi np. podróżowania za granicę. Podobno już dwadzieścia lub więcej milionów osób dodano tam do „czarnej listy”.

 

Jednak rewelacje związane z działalnością Cambridge Analytica i Facebooka pokazują, zachodnie korporacje i potentaci ery cyfrowej mają nie mniejszy niż chińskie władze apetyt nasze dane. Doniesienia medialne i przesłuchania Marka Zuckerberga w amerykańskim Senacie, pokazały, jak wielki jest poziom manipulacji danymi ze strony gigantów internetowych i jak mało o tym wiemy my i nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele.

 

Dzieci dorastają w świecie, w którym wszystko jest połączone, widzialne, współdzielone. To pierwsze pokolenie, którego całe życie staje się cyfrowym zapisem, profilem, który można wyszukać i podejrzeć. Wszystko, co robią młodzi, jest rejestrowane. Nie tylko rzeczy, o których wiedzą, że są rejestrowane, ale mnóstwo i innych informacji, od nagrań z kamer bezpieczeństwa do wyników szkolnych, zdjęć z dyskoteki, nagrań ze sklepu, gdy nielegalnie kupują alkohol po oczywiście całą historię wyszukiwania w Internecie, syntezy badawcze ich upodobań i ich diagramy relacji społecznościowych. Chociaż nie wszystkie te informacje można jeszcze przeszukiwać i mogą jeszcze (na razie) być prywatne, to jednak istnieją w bazach i zapisach cyfrowych i będą zawsze istniały.

 

Trzeba zakładać, iż komputery przyszłości mogą mieć możliwość przeszukiwania całego naszego „życiorysu cyfrowego”, a hipotetyczne komputery kwantowe będą mogły złamać każde szyfrowanie. Nagle wszystkie drzwi mogą się otworzyć. Oczywiście, można się z tą wizją spierać i wierzyć, że tak się nie stanie, ponieważ większość tych danych jest prywatna, jest bezpieczna. Demokratyczne systemy zapewniają kontrolę i równowagę, chroniąc nas przed koszmarami w stylu Wielkiego Brata. Ale tak jest teraz. Co będzie za kilka dekad? Do inwigilacji i kontroli obywateli, jak widać po rozlicznych przykładach, dążą nie tylko Chiny. Sporo niepokojących rzeczy w tej mierze dzieje się w starych i stabilnych demokracjach Zachodu, zaś obywatele jak np. w Szwecji w imię wygody pozwalają się chipować, niewiele myśląc o prywatności.

 

Powiązane jest z tym zjawisko odfiltrowywania Internetu, z angielska zwane „filter buble”, czyli „odfiltrowana bańka” jest efektem rozwoju i doskonalenia platform typu Google, jak również serwisów społecznościowych, a polega na tym, iż Internet, z którego, na co dzień korzystamy, we wszystkich jego aspektach, jest coraz bardziej spersonalizowany, serwowany dla nas, zgodnie z danymi, które wprowadzamy do sieci, rzeczami, których szukamy i często odwiedzamy. Jesteśmy przez to coraz precyzyjniej „targetowani” (czytaj – śledzeni). Zaś Internet, który widzimy nie jest jakimś dowolnym, pierwszym, nomen omen, wolnym Internetem. Jest internetem, który według mechanizmów filtrujących, chcemy oglądać.

 

Odfiltrowany świat, owa „bańka”, w której poruszamy się w internecie ma swoje zgrabne określenie wśród internetowych marketingowców – targetowanie behawioralne. W rzeczywistości rzecz cała nie różni się od znanego od dawna szpiegostwa, namierzania i wystawiania ludzi. Materiał zebrany przez „szpiegów” w świecie cyfrowym jest realnym zapisem zachowań człowieka-użytkownika. I tym się różni od np. odpowiedzi na pytania w kwestionariuszu. Jeszcze dokładniejszy cyfrowy profil człowieka powstaje, gdy internetową historię łączy się z innymi danymi, np. trasami, którymi się porusza, sklepami, w których kupuje a także tym, co kupuje. Wielka część tych danych jest powszechnie dostępna: zbierają je firmy, Zarówno te wielkie jak i małe, władze państw, dostawcy Internetu, oszuści, spamerzy oraz wiele innych podmiotów i osób.

 

Oczywiste jest również, że w przyszłości będzie również więcej ataków cybernetycznych, więcej działań związanych z wojną informacyjną. Cały opisywany wyżej „życiorys cyfrowy” człowieka, jego historia, numer telefonu adres email może zostać zhakowany a dane sprzedane lub udostępnione służbom innych państw lub przestępcom. Nagle ktoś, jakiś rząd, gang, armia, mają na talerzu całą twoją przeszłość i teraźniejszość, wszystkie tajemnice, i są w stanie znaleźć w niej rzeczy, o których nawet ty zapomniałeś. Dalej idzie szantaż, wymuszenie współpracy lub nawet porwanie i uwięzienie.

 

Internet szpiegujących rzeczy

 

Od lat już wskazuje się, że targetowanie i szpiegowanie w Internecie, jaki znaliśmy, może okazać się niewinną wprawką przed tym co może przynieść wszechobecność Internetu Rzeczy (IoT). Nie chodzi tylko o groźbę śledzenia dosłownie na każdym kroku, co mieszkańcy miast z systemami monitoringu odczuwają na własnej skórze. Sieć połączonych inteligentnych gadżetów, czujników i innych urządzeń to także nowe niebezpieczeństwa i nowe pole działania dla hakerów, cyber-kryminalistów.

 

Internet rzeczy, często utożsamiany z urządzeniami, które mają dostęp do sieci, to przyszłość, ale może być także ogromnym zagrożeniem. Czas, rodzaj i miejsce wykonywanej przez człowieka czynności będą mogą być w nim identyfikowane ze stuprocentową dokładnością. Na podstawie danych z podłączonych do sieci urządzeń będzie można zidentyfikować nie tylko osobę, ale i jej upodobania, zachowania i czynności. Np. na podstawie napływających z urządzeń danych algorytm wykorzystywany przez jedną z firm sprzedaży wysyłkowej przewidział, że jedna z klientek jest w ciąży – zanim ona sama się o tym dowiedziała. Sieć bystrych rzeczy budzi, ma się rozumieć, zainteresowanie służb.  James Clapper, szef amerykańskiego wywiadu, zapowiedział już w lutym 2016 roku, że w przyszłości agencje wywiadowcze mogą sięgać po dane gromadzone przez urządzenia IoT.

 

Facebook przynajmniej zwracał się do nieletnich o zgodę. Internet rzeczy nie pyta. Na początku roku 2017 niemiecki urząd regulacyjny BNetzA wycofał z rynku interaktywną lalkę „My Friend Cayla”, wskazując, że zabawka ta, „bez wiedzy rodziców może nagrywać i transmitować rozmowy dziecka”. Przestrzegał, że przy nieodpowiednio zabezpieczonym łączu Bluetooth, głos dziecka mogą podsłuchiwać obce osoby. Dodatkowo wskazano, że lalka może też służyć do przekazywania reklam. Nie tylko zresztą zabawki stwarzają zagrożenia. Pojawiają się informacje o atakach przy wykorzystaniu różnych urządzeń zaliczanych do IoT, takich jak żarówki lub ekspresy do kawy. Ich efektem jest zaś blokada dostępu do usług w sieci czy też przejęcie kontroli nad zaatakowanymi urządzeniami i użycie wbudowanych w nie kamer i mikrofonów do szpiegowania.

 

Szacuje się, że w ciągu 5-10 lat do sieci zostanie dodanych od 20 do 60 mld nowych urządzeń. Według firmy Gartner, do końca 2020 roku ma być aż 26 mld obiektów podłączonych do Internetu. Jednocześnie sieć IoT, jak okazało się w ostatnich latach, może łatwo zostać zaatakowana, przejęta i wykorzystana do różnych złowrogich celów, w tym oczywiście do inwigilacji. W styczniu 2014 roku odnotowano pierwszy udowodniony masowy atak za pośrednictwem urządzeń IoT. Ujawniono botnet posiadający ponad 100 tys. urządzeń, które pomogły rozesłać ponad 750 tys. wiadomości e-mail z linkami do programów infekujących. Co ciekawe, aż 25 proc.  tych urządzeń nie było komputerem czy smartfonem, a urządzeniem, takim jak lodówka czy telewizory typu smart TV. W wykrytej w 2016 r. luce w zabezpieczeniach znanej jako PanelShock internet rzeczy ma być już nie tylko narzędziem lecz właściwym celem ataku. Chodziło o urządzenia monitorujące i kontrolne w zakładach przemysłowych, co już jest blisko monitoringu w naszych „inteligentnych miastach”.

 

Z biegiem czasu dzięki wyszukiwarce Shodan możliwe stało się wyszukiwanie niezabezpieczonych kamer podpiętych do Internetu, takich właśnie jakie wykorzystano w 2016 r. globalnym i szeroko opisywanego ataku DDoS o nazwie Mirai  na serwery Dyn, obsługujące internet rzeczy. W tym roku pojawiła się nowa wersja botnetu. Nowa odmiana Mirai atakuje nie tylko zwykłe przedmioty — „inteligentne” routery, kamery IP itp. — ale również korporacyjne urządzenia internetu rzeczy.

 

Świat Internetu rzeczy w najbliższej przyszłości rozwijać się będzie coraz szybciej dzięki wdrażaniu sieci piątej generacji. W założeniach 5G ma umożliwić szybsze pobieranie i przesyłanie danych, mniejsze opóźnienia i większą gęstość połączeń. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, w zasadzie specyfikacje 5G podniosły standardy ochrony komunikacji między urządzeniami a antenami, wprowadzając pewne ulepszenia, jednak protokoły komunikacyjne 5G będą musiały współistnieć ze starszymi, takimi jak 4G, 3G czy nawet 2G. Poziom bezpieczeństwa komunikacji będzie taki jak najsłabszego jej ogniwa.

 

5G bez foliowej czapeczki

 

Piąta generacja mobilnego Internetu nie służy, jak to piszą w Internecie propagatorzy spiskowych teorii, do dystrybucji koronawirusa. Ale wiąże się z nią inny poważny problem. Steve Bellovin, profesor informatyki na Uniwersytecie Columbia, powiedział niedawno w rozmowie z „Wall Street Journal”, że 5G przynosi fundamentalne obawy o prywatność danych dotyczących lokalizacji. W przypadku sieci 5G większość anten będzie miała znacznie mniejszy zasięg, co oznacza, że określenie położenia geograficznego konkretnych użytkowników w sieci komórkowej będzie znacznie bardziej precyzyjne, co zwiększy ryzyko dla prywatności i bezpieczeństwa użytkowników, zwłaszcza tych już narażonych. Każdy, kto zyska dostęp do danych z anteny dostawcy usług internetowych, będzie w stanie dostroić naszą lokalizację znacznie dokładniej niż może to zrobić dzisiaj w ramach naszych sieci 4G.

 

Jeśli sieć komórkowa sprzedaje dane klientów, w sieci 5G brokerzy danych i reklamodawcy dostaną szybciej i o wiele precyzyjniej dane o lokalizacji użytkowników, a następnie będą mogli na bieżąco atakować reklamami z lokalnym kontekstem. Dane te mogą również umożliwić im poznanie dokładnych tras, które pokonujemy każdego dnia, a nawet budynków, do których wchodzimy. Dla marketerów człowiek opisany przez jego typowe podróże i lokalizacje to prawdziwy skarb.

 

Jeśli nałożyć na to dane z rozsianej w 5G sieci rzeczy, czujników, rejestratorów, terminali, to geo-dane wypełniają się dodatkowymi treściami. Wiadomo już nie tylko gdzie chodzimy i przebywamy, ale również – co robimy. W dodatku ten ogromny problem bezpieczeństwa w przestrzeni wypełnionej milionami niezbyt dobrze zabezpieczonych urządzeń. Warto pamiętać, że za atakami opanowującymi sprzęt typu Mirai mogą iść agresorzy typu Wannacry, czyli ransomware. Koszmarny scenariusz to złośliwe oprogramowanie, które dzięki sieci IoT porywa nas w autonomicznym pojeździe, więzi w inteligentnym biurze, wstrzymuje dozowanie leku z wszczepionego chipa lub nie wpuszcza do własnego domu bez opłacenia okupu.

 

Rabat inwigilacyjny

 

Aplikacje na telefony komórkowe już teraz zbierają szczegółowe dane o lokalizacji użytkowników na każdym ich kroku, dosłownie. Śledzą ruch samochodowy na autostradach, pieszy po ulicach i jednośladowy –na ścieżkach rowerowych. Widzą każdy krok właściciela smartfona, który myśli najczęściej, że jest zupełnie anonimowy, nawet jeśli udostępnia swoją lokalizację. Aplikacje nie tylko zbierają informacje geolokalizacyjne, ale w dodatku sprzedają te dane bez naszej wiedzy.

 

Dziennik „The New York Times” przeprowadził  ok. dwa lata temu eksperyment polegający na śledzeniu ruchów pani Lisy Magrin, zwykłej nauczycielki z okolic Nowego Jorku. Dziennikarze udowodnili, że znając numer jej telefonu można prześledzić wszystkie wojaże po okolicy, które wykonuje dzień w dzień. I choć tożsamość pani Magrin nie była podawana w danych lokalizacyjnych, to, wykonując dodatkowe wyszukiwanie, stosunkowo łatwo można było skojarzyć ją z siatką przemieszczeń. Lokalizacja bohaterki reportażu była rejestrowana w sieci ponad 8600 razy – średnio raz na 21 minut. Aplikacja śledziła ją, gdy chodziła na spotkanie Weight Watchers (grupy dbających o linię) i do biura dermatologa w celu przeprowadzenia drobnego zabiegu. Widoczny jak na dłoni był przebieg jej spaceru z psem i wizyta w domu byłej sympatii. Oczywiście, jej codzienne podróże z domu do szkoły łatwo wskazywały, jaki zawód wykonuje. Z samych tylko danych lokalizacyjnych powstaje dość szczegółowy profil pani w średnim wieku, niezamężnej, z problemem nadwagi i pewnymi problemami zdrowotnymi. To chyba sporo, choćby dla planistów reklam, ale nie tylko.

 

Firmy zbierające te dane sprzedają, wykorzystują lub analizują dane, aby zaspokoić potrzeby reklamodawców, punktów sprzedaży detalicznej, a nawet instytucji finansowych chcących mieć wgląd w zachowania konsumentów. Rynek sprzedaży celowanej geograficznie reklamy osiąga już teraz wartość ponad 20 miliardów dolarów rocznie. Wiele firm lokalizacyjnych twierdzi, że gdy użytkownicy telefonów konfigurując urządzenie, pozwalają udostępnianie lokalizacji, gra jest uczciwa. Jednak wiadomo, że gdy użytkownicy proszeni są o zezwolenie, towarzyszy temu często niekompletna lub wprowadzająca w błąd informacja. Aplikacja może np. powiedzieć użytkownikowi, że udzielenie dostępu do ich lokalizacji pomoże mu uzyskać informacje o ruchu drogowym, ale nie wspomina, że jego własne dane będą udostępniane i sprzedawane. To ujawnienie jest często zakopane w niezbyt czytelnej polityce prywatności, którą mało kto dokładnie czyta.

 

Bank, inwestorzy giełdowi, lub inne instytucje finansowe mogą te techniki wykorzystać do swoistego szpiegostwa gospodarczego, np. podejmując na ich podstawie decyzje kredytowe albo inwestycyjne, zanim firma poda oficjalne raporty o zyskach. Wiele może powiedzieć tak banalna informacja jak rosnąca lub malejąca liczba przebywających w hali fabrycznej, lub odwiedzających sklepy. Bardzo atrakcyjne reklamowo są dane lokalizacyjne w placówkach służby zdrowia. Np. Tell All Digital, firma reklamowa z Long Island, która jest klientem usług geolokalizacyjnych, informuje, że prowadzi kampanie reklamowe dla prawników zajmujących się obrażeniami ciała, skierowane anonimowo do osób przebywających na oddziałach ratunkowych.

 

Google i Facebook, które dominują na rynku reklamy mobilnej, przodują również w reklamie opartej na lokalizacji. Zbierają dane z własnych aplikacji. Zapewniają, że nie sprzedają tych danych podmiotom zewnętrznym, zachowując je dla siebie. Google poinformował, że modyfikuje te dane, aby były mniej dokładne.

 

Od niedawna branża danych lokalizacyjnych ma znacznie bardziej precyzyjne i dyskretne narzędzie – sygnalizatory bluetooth. To niewielkie nadajniki, które porozmieszczane są w wielu miejscach w sklepie aplikacja na telefonie, która komunikuje się z nimi, podając nie tylko, że klient wchodzi do sklepu, ale także, ile czasu spędza w okolicy takich a nie innych produktów. Urządzenia bluetooth namierzają z dokładnością do centymetrów w zasięgu do 50 metrów. Zużywają mało energii i nie sprawiają kłopotów w pomieszczeniach. Stają się więc coraz bardziej popularne wśród firm, które chcą precyzyjnie śledzić położenie klientów wewnątrz sklepu.

 

Służą jako tzw. „beacony” emitujące sygnał w poszukiwaniu pobliskich urządzeń. Sygnały te mogą być wykrywane przez aplikacje w telefonie, wykorzystujące system operacyjny telefonu do skanowania w poszukiwaniu pobliskich nadajników. Jeśli sygnał zostanie wykryty, można powiadomić aplikację, nawet jeśli jest zamknięta. Gdy aplikacja rozpozna sygnał, wysyła informacje (np. o produktach, w pobliżu których klient przechodzi lub działach, w których przebywa) na serwer firmy. Tam łączone są z zapisanymi danymi klienta, np. o jego dochodach i lub nawykach. W połączeniu z innymi informacjami o nim, firmy mogą zbudować bogaty profil opisujący, kim jest, gdzie jest i co kupuje – wszystko to bez jego wiedzy, ma się rozumieć. Na tej podstawie aplikacja może przesyłać reklamy lub informacje o promocjach.

 

W USA sieci sygnalizatorów bluetooth używają wielkie sieci supermarketów, takie jak Target i Walmart u nas od niedawna Lidl. Oczywiście trzeba jeszcze przekonać klienta do zainstalowania aplikacji, ale, jak wiedzą klienci Lidla, rabaty dla użytkowników aplikacji mogą ich do tego skuteczne zmotywować

 

Namierzanie bluetoothowymi beaconami to może być dopiero początek inwigilacji w sklepach. Niedawno American Civil Liberties Union (ACLU) rozpoczęła kampanię ostrzegającą przed systemami rozpoznawania twarzy w placówkach handlowych, w których, jak wiadomo, kamery monitoringu są powszechne. Podobno techniki te testowano w Wielkiej Brytanii i zainteresował się nimi Walmart. Można założyć, że istnieją sklepy na świecie, w których ta technika jest co najmniej testowana.

 

Pandemia przeminie, apetyt na prywatne dane pozostanie

 

Jeśli ktoś kojarzy te inwigilacyjny świat z opisanymi wcześniej „koronawirusowymi” aplikacjami, które dla „naszego dobra i bezpieczeństwa zdrowotnego” śledzą nas na każdym kroku, to dobrze kojarzy. Jest wiele obaw, że gdy infekcje koronawirusem sięgną już poziomu bliskiemu zeru, głodne prywatnych danych podmioty prywatne i publiczne mogą chcieć utrzymać specjalne środki, argumentując, że trzeba utrzymać systemy nadzoru ze względu na groźbę drugiej fali koronawirusa, albo dlatego, że w Afryce Środkowej rozwija się nowy szczep Ebola, albo dlatego, że… uzasadnień może być więcej.

 

Edward Snowden zwrócił niedawno uwagę na szybkie postępy technik łączenia technik monitoringu i inwigilacji ze sztuczną inteligencją, snując perspektywę powstania „policji algorytmicznej” śledzącej i ścigającej ludzi na podstawie wyłącznie maszynowego przetwarzania danych. Tak, dobrze rozumiecie, to świat, w którym „władzą” są maszyny.

 

Nie brakuje jednak opinii, że w obecnej, szczególnej sytuacji, zmuszanie ludzi do wyboru pomiędzy prywatnością a zdrowiem jest w rzeczywistości nie rozwiązaniem lecz źródłem problemu. Dlatego, że to fałszywy wybór. Możemy i powinniśmy cieszyć się zarówno prywatnością, jak i zdrowiem.

 

Mirosław Usidus

Spotkajmy się nie na Foksal, tylko na sdp.pl

Koncerty, spotkania z artystami, poznawanie dziennikarskiej „kuchni” oraz… dobrą zabawę – to wszystko proponuje na swoim portalu Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które w ramach programu „Kultura w sieci”, przygotowało cykl imprez „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”.

 

 

Od siedmiu lat Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wiosną zapraszało do swojej siedziby przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie na cykl imprez „Maj na Foksal”. Były konferencje, wykłady, projekcje filmów, które pokazywały pracę dziennikarzy, a także wydarzenia kulturalne – koncerty, spektakle, wieczory autorskie. W tym roku z powodu pandemii nie mogliśmy Państwa gościć w maju na Foksal, przygotowaliśmy jednak równie bogatą i ciekawą ofertę wydarzeń, w których będzie można uczestniczyć online, za pośrednictwem portalu sdp.pl.

 

W ramach cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom” proponujemy koncerty, wizytę w pracowni malarza, spotkania z dziennikarzami. W programie znajdziemy też bardziej rozrywkowe propozycje.

 

Zaczynamy 9 czerwca, o godz. 18, koncertem „na żywo” utworów kompozytora Rafała Stradomskiego, na którym usłyszymy światowe prawykonania wielu jego utworów. Artysta, nie tylko muzyk, ale również utalentowany pisarz, tego wieczoru przeczyta też fragmenty swojej najnowszej książki Życie seksualne kosmitów.

 

W następnych dniach, aż do połowy lipca, na portalu sdp.pl pojawiać się będą kolejne, nie mniej ciekawe, nowe wydarzenia. Klimat Warszawy sprzed lat wyczaruje Kapela Praska, o swoich obrazach, prezesowi SDP Krzysztofowi Skowrońskiemu, opowie Wiesław Łoś – artysta, który malując ludzi chce pokazać Boga, a utwory polskich poetów i kompozytorów zinterpretuje Ewa Błoch – charyzmatyczna pieśniarka mówiąca o sobie krótko: Śpiewam, bo żyję i żyję dlatego, że śpiewam.

 

„Wieczór z Sinatrą” będzie okazją nie tylko do posłuchania opowieści Marka Sierockiego o twórczości tego piosenkarza, ale też do obejrzenia pokazu stepowania w wykonaniu duetu Joanna i Chris Ernest z zespołu Tap it up. Tancerze poprowadzą również lekcję stepowania dla początkujących.

 

Spotkania z ludźmi mediów będą okazją do poznania „kuchni” dziennikarskiej profesji. Jak zrobić dobry wywiad, jakie pytania trzeba zadać, aby „otworzyć” rozmówcę? – zdradzą  redaktorzy Stefan TruszczyńskiKrzysztof Skowroński.  O fotografii, nie tylko prasowej, opowiedzą mistrzowie tego zawodu – Donat Brykczyński, Kuba Kamiński i Jacek Marczewski. Spotkanie z nimi poprowadzi Krzysztof Skowroński. Prezes SDP i redaktor naczelny Radia Wnet będzie przepytywał również dziennikarzy, którzy tworzą filmy dokumentalny, wśród gości znajdą się: Jolanta Hajdasz, Mariusz Pilis i Zbigniew Rytel.

 

W tym roku bądźcie z nami nie na Foksal, tylko na sdp.pl – zaprasza Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

Cykl imprez „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom” dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”, którego celem jest wsparcie upowszechniania dorobku kultury w internecie w czasie pandemii koronawirusa.

 

jka

 

PROGRAM

 

9 czerwca, godz. 18 (transmisja na żywo)

Muzycznie i literacko. Koncert utworów i wieczór autorski Rafała Stradomskiego

 

18 czerwca

Koncert legendarnej Kapeli Praskiej

 

22 czerwca

Jak powstaje wywiad? Opowiedzą Stefan Truszczyński, dziennikarz i publicysta oraz Krzysztof Skowroński, prezes SDP, redaktor naczelny Radia Wnet

 

30 czerwca

Dziennikarze obrazu. Spotkanie z fotoreporterami: Donatem Brykczyńskim, Kubą Kamińskim i Jackiem Marczewskim. Zaprasza Krzysztof Skowroński.

 

7 lipca

Wizyta w pracowni malarza Wiesława Łosia. Na spotkanie zaprasza Krzysztof Skowroński

 

9 lipca

Wieczór z Sinatrą. Pokaz stepowanie w wykonaniu duetu Joanna i Chris Ernest z zespołu Tap it up oraz lekcja stepowania dla początkujących. O życiu i twórczości piosenkarza opowiedzą Marek SierockiChris Ernest

 

13 lipca

Od dziennikarza do filmowca. Krzysztof Skowroński zaprosił do rozmowy autorów  filmów dokumentalnych. O swoje twórczości opowiedzą: Jolanta Hajdasz, Witold Gadowski, Mariusz Pilis i Zbigniew Rytel.

 

 

15 lipca

Recital Ewy Błoch. Piosenki polskich poetów i kompozytorów

 

 

 

 

 

Pandemia i „cyfrowy kontynent” – ks. ARTUR STOPKA o Kościele w sieci

Pojawiły się niedawno oczekiwania, że epidemia koronawirusa otworzy Kościołowi w naszym kraju oczy na możliwości działań i komunikacji, jakie niosą tzw. nowe media. Że Kościół intensywnie i na stałe wejdzie do Internetu, prowadząc sieciowe duszpasterstwo na wielką skalę. W ciągu zalewie kilku tygodni przekonaliśmy się, na ile te prognozy były trafne.

 

Pod koniec tegorocznego maja proboszcz franciszkańskiej parafii w Katowicach Panewnikach poinformował w mediach społecznościowych: „Z dniem 31 maja kończymy transmisje Mszy św. z bazyliki panewnickiej. Wyjątkiem będzie uroczystość świeceń diakonatu i kapłańskich…”. Nie tylko z tej świątyni przestano nadawać w Internecie transmisje Mszy. Czasami nawet o tym nie informowano. Po prostu zdemontowano urządzenia i tyle. Łatwo się zorientować, że ma to związek z wycofaniem przez szereg polskich biskupów dyspens od udziału w niedzielnej Eucharystii.

 

Internetowe transmisje były w wielu parafiach formą podtrzymywania wspólnoty. Tak traktowali je zarówno księża, jak i część wiernych. Gdy władze państwowe zniosły ograniczenia dotyczące liczby osób przebywających w czasie nabożeństwa w kościele, zaniechanie transmisji wydaje się krokiem logicznym i uzasadnionym. Chodzi przecież o to, aby ludzie wrócili do świątyń, o co apelował m. in. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. Oglądanie transmisji nie jest równoznaczne z obecnością w kościele i uczestnictwem w liturgii. Pod bardzo wieloma względami.

 

W początkowej fazie pandemii w naszym kraju można było spotkać entuzjastyczne komentarze wieszczące masowe i trwałe wejście Kościoła katolickiego do świata cyfrowego. Czy rzeczywiście takie zjawisko nastąpiło? Z czym faktycznie mieliśmy i mamy do czynienia?

 

W minionych dwóch miesiącach zdecydowanie przeważały dwie formy sieciowej aktywności Kościoła.

 

Przede wszystkim nastąpił ogromny wysyp internetowych transmisji Mszy św. Powstało dużo parafialnych kanałów wideo, zwłaszcza na YouTube. W efekcie mnożyły się prośby o ich subskrybowanie, bo zasady funkcjonowania tej platformy skonstruowane są w ten sposób, że ograniczają dostępność transmisji na żywo dla urządzeń mobilnych. W pewnym momencie dla podmiotów religijnych te reguły zostały zawieszone, co stanowiło dodatkową motywację dla tych, którzy wcześniej nie palili się do ustawiania smartfonów przed ołtarzem. Poważny czynnik mobilizujący stanowiły również zachęty do takiej praktyki ze strony licznych biskupów, którzy mimo dyspens apelowali o „udział” w liturgii za pośrednictwem mediów, w tym Internetu.

 

Z przykrością trzeba odnotować, że wiele z tych parafialnych transmisji było marnej jakości, zarówno pod względem obrazu, jak i dźwięku. W umiarkowanym stopniu spełniały swoją rolę podtrzymywania łączności z Kościołem na poziomie parafii. Poza dobrymi chęciami w tego typu działaniach potrzebna jest także pewna doza profesjonalizmu. Można było w tym, co miało miejsce w wielu miejscach w Polsce, wyczuć nastawienie na doraźność i prowizorkę. Choć niektóre firmy handlujące sprzętem wideo reklamowały ostatnio specjalne zestawy do transmitowania Mszy, to jednak trudno dostrzec mające charakter powszechny inwestowanie w tej sferze ze strony parafii (trzeba też pamiętać, że pandemia uderzyła boleśnie w ich finanse).

 

Drugą formą wzmożonej internetowej aktywności Kościoła w czasie epidemii okazały się różnego rodzaju wygłaszane do kamery (przede wszystkim przez księży, ale nie tylko) konferencje, rekolekcje, rozważania itp. Przybyło ich sporo zwłaszcza w czasie Wielkiego Postu. Po Wielkanocy intensywność tego rodzaju sieciowych działań zauważalnie spadła. Tak, jakby po świętach działalność formacyjna w tym kształcie była mniej potrzebna.

 

Trzeba też odnotować podejmowane w tym czasie z większym lub mniejszym powodzeniem znacznie liczniejsze niż wcześniej próby organizowania online wspólnych modlitw poza Mszą św. Szczególnie popularne stało się na niektórych profilach społecznościowych zbiorowe odmawianie różańca o godz. 20.30.

 

Wzrosła również rola Internetu, jako nośnika wewnątrzkościelnej informacji. Częściej niż dotąd do przekazywania bieżących wiadomości dotyczących życia religijnego diecezji albo parafii wykorzystywane były strony internetowe i media społecznościowe.

 

O wiele mniejsze wzięcie w działaniach Kościoła w Polsce podczas pandemii miały interaktywne możliwości, jakie niesie z sobą Internet. Nie doszło, na przykład, do masowych spotkań w sieci rozmaitych istniejących w parafiach grup formacyjnych ruchów i stowarzyszeń. Nie nastąpiło ogólnokościelne sięgnięcie po aplikacje pozwalające komunikować się bezpośrednio w czasie rzeczywistym, takie jak Microsoft Teams, Zoom czy Skype. Większość systematycznych zebrań parafialnych gremiów w okresie związanych z pandemią obostrzeń po prostu została odwołana. Rzadko szukano dla nich jakieś nowej cyfrowej formuły.

 

Widać wyraźnie, że Kościół katolicki w Polsce sięgnął po nowe media w sposób wybiórczy. Wykorzystywane były przede wszystkim do jednostronnego przekazu, do „nadawania” bez nastawienia na „odbiór”. Szukano głównie jakiejś formy zastępczej kontaktu z wiernymi, pozwalającej „głosić”, ale bez nacisku na elementy wspólnoto twórcze. Transmisje Mszy i rozmaitych konferencji idealnie się do tego przydawały. Jednak bez trudu raz po raz można było dostrzec, że sięganie po środki cyfrowe ma w założeniu charakter tymczasowy. Z braku innych możliwości dotarcia z przekazem, sięgano do sieci jedynie jako narzędzia rozpowszechniania, nie jako środowiska spotkania i tworzenia wspólnoty wiary.

 

Podczas pandemii kolejny raz okazało się, że Kościół (nie tylko w Polsce), wciąż nie znalazł recepty na będące skutkiem zaistnienia i umasowienia Internetu zjawisko w sferze międzyludzkich kontaktów. Chodzi o zapośredniczenie komunikacji człowieka z człowiekiem. Od wieków praca ewangelizacyjna, duszpasterstwo, oparte są o bezpośrednią relację interpersonalną, dokonującą się twarzą w twarz. Internet ze swoimi wciąż rosnącymi możliwościami technicznymi wkracza bardzo radykalnie w tę sferę. Dla coraz liczniejszej grupy ludzi zapośredniczony przez sieć kontakt z drugą osobą okazuje się wystarczający do budowania nie tylko powierzchownych relacji. Część z nich nie widzi już różnicy między rozmową przez sieć, a rozmową bezpośrednią prowadzoną przy jednym stole. Coraz częściej spotkanie w Internecie uważają za równoważne spotkaniu w realu. Czas spędzony razem online jest dla nich tak samo wartościowy, jak wspólne przebywanie bez patrzenia w ekran komputera lub smartfona.

 

Dlatego nie ma się co dziwić takim komunikatom, jak ten z franciszkańskiej bazyliki zacytowany na początku. To wyraźny sygnał, że być może pandemia pozwoliła Kościołowi, jako wspólnocie wiary, odkryć nieco cyfrowe możliwości dla siebie, jednak nie okazała się wystarczającym impulsem do powszechnego wdrożenia ich w codzienne życie i praktykę. Wypracowanie metod duszpasterskiego i ewangelizacyjnego wykorzystania sieci na naprawdę powszechną skalę wciąż jeszcze jest przed nami. Na chwilę obecną, „cyfrowy kontynent”, do ewangelizacji którego papież Benedykt XVI zachęcał już kilkanaście lat temu, wciąż czeka na rzeczywiste odkrycie.

 

ks. Artur Stopka

Po co jest Rada Mediów Narodowych? – tłumaczy ŁUKASZ WARZECHA

Po sprawie Trójki (o której pisałem niedawno) pojawiły się komentarze dotyczące zasadności dalszego istnienia Rady Mediów Narodowych. A nawet plotki o tym, że miałaby zostać zlikwidowana.

 

Już po napisaniu przeze mnie poprzedniego tekstu, na nowego dyrektora Trójki został powołany Kuba Strzyczkowski – człowiek ze stacją związany od 30 lat – który przedstawił wizję radia bardzo mi bliską. Kibicuję mu zatem szczerze, choć z natury pozostaję sceptyczny. Nie co do szczerych intencji pana Strzyczkowskiego czy jego determinacji, aby plany zrealizować, ale co do tego, czy pozwoli mu się robić to, co zapowiedział. Oby.

 

Jaki tego związek z RMN? Ano taki, że dyrektorzy anten podlegają prezesowi Polskiego Radia, a ten z kolei jest wybierany przez RMN właśnie. Trzeba tu przypomnieć, że – w przeciwieństwie do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która miała wcześniej kompetencję wybierania prezesów TVP, PR i rozgłośni regionalnych na wniosek rad nadzorczych – RMN nie jest ciałem konstytucyjnym. Powołano ją do życia w połowie 2016 roku zwykłą ustawą i tak samo zwykłą ustawą można ją zlikwidować.

 

Powołanie RMN była opakowane w różne pokrętne uzasadnienia, podczas gdy jej konstrukcja i efekty jej działania najlepiej pokazują, jaki jest jej faktyczny cel: to po prostu wzmocnienie politycznego wpływu na media publiczne. RMN została urządzona dokładnie pod warunki panujące w konkretnym momencie politycznym. Pięć osób, z czego trzy wybierane przez Sejm, a więc w praktyce przez Prawo i Sprawiedliwość, oraz dwie, wyznaczane przez największe kluby opozycyjne, a mianowane przez prezydenta – toż to konstrukcja całkowicie politycznie przejrzysta. Nie trzeba być przesadnie przenikliwym, żeby pojąć, że RMN będzie zawsze pasem transmisyjnym od większości sejmowej do mediów publicznych. Nie ma tu znaczenia, że kadencja jej członków jest sześcioletnia, bo gdyby większość sejmowa się zmieniła, bez trudu można dotychczasowych członków RMN odwołać. Partia rządząca nie miała nawet specjalnej ochoty bawić się w jakieś pozory apartyjności – po prostu wybrała do RMN własnych posłów (w tej chwili jej przewodniczący Krzysztof Czabański jest już byłym posłem, a Elżbieta Kruk – europosłem).

 

Stworzenie RMN oznaczało przyjęcie otwartego kursu na upolitycznienie mediów publicznych. PiS nie próbował tworzyć jakiegokolwiek filtra pomiędzy światem polityków a mediami publicznych. Bardziej bezpośrednim sposobem mogłoby być chyba już tylko wyznaczanie prezesów wprost przez ministra sprawującego nadzór nad spółkami skarbu państwa lub po prostu przez premiera.

 

Ustanowienie RMN wprowadziło chaos kompetencyjny, odbierając uprawnienia związane z mianowaniem prezesów radia i telewizji Krajowej Radzie i dublując kompetencje, związane z nadzorem mediów publicznych. Ustawa o RMN formułuje jej zadania w dość pocieszny sposób. Art. 2. mówi:

  1. Rada jest organem właściwym w sprawach powoływania i odwoływania składów osobowych organów jednostek publicznej radiofonii i telewizji oraz Polskiej Agencji Prasowej, zwanych dalej „spółkami”, oraz w innych sprawach określonych w ustawie.
  2. Zadania, o których mowa w ust. 1, Rada wykonuje, kierując się potrzebą zapewnienia rzetelnego wypełniania przez spółki ich ustawowych zadań oraz ochrony ich samodzielności i niezależności redakcyjnej.

 

Czyli ustawodawca nie ukrywa, że jedynym celem istnienia RMN jest nominowanie szefów mediów publicznych, a zarazem ten organ, całkowicie uzależniony od większości Sejmowej, ma chronić „niezależność redakcyjną” podmiotów medialnych. Absurd.

 

Na dodatek fatalna jest praktyka działania RMN. Każdy, kto ma wgląd za kulisy funkcjonowania mediów publicznych, wie, że członkowie Rady mają faktyczny wpływ sięgający daleko poza kwestię nominacji – a nie taka powinna być ich rola.

 

Czy RMN jest potrzebna? Z czysto politycznego punktu widzenia – tak, jest potrzebna aktualnie rządzącym, bo choć w sprawie trybu działania i szczegółowych kompetencji KRRiT Konstytucja odsyła do ustawy, a tę łatwo zmienić, to jednak ustawa zasadnicza określa, że członków Krajowej Rady powołują trzy podmioty: Sejm, Senat i prezydent RP. A to oznacza, że większość sejmowa nie ma już nad nią tak bezpośredniej kontroli.  Faktycznie jednak RMN jest czymś w rodzaju nie całego nawet, ale połowy listka figowego, okrywającego dość bezwstydne w swojej istocie przejęcie politycznej kontroli nad mediami publicznymi.

 

Utrzymania tego ciała nie powinien przewidywać żaden plan sanacji TVP i PR. Ale też rozwiązaniem nie jest prosty powrót do dawnego mechanizmu. Dawno już temu opisywałem na portalu SDP system niemiecki (za co zresztą spotkała mnie nieuczciwa i agresywna krytyka), który oczywiście nie eliminuje wpływu polityków na media publiczne – bo to nie jest całkowicie możliwe – ale bardzo znacząco go ogranicza, filtrując ten wpływ przez kilka warstw. Postawienie znów na KRRiT nie jest zatem dobrym wyjściem, lecz pozostawianie przy życiu RMN jest jeszcze gorszym.

Jak COVID-19 wyskakiwał z lodówki – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o mediach w czasie pandemii

W Polsce nie kopano masowych grobów, a zwłoki nie były odwożone na lodowiska przez wózki widłowe. Tak więc temat koronawirusa trzeba była grzać, grzać, aby wrzał. Szumu informacyjnego, który kosztował wielu ludzi wiele zdrowia psychicznego, było za dużo.

 

My dziennikarze informujemy o tym, co ludzi interesuje. Mniej więcej tak samo, jak marketingowcy promują towary, które przecież wszyscy i tak chcemy kupować. Potrafimy sobie wyobrazić wprowadzenie na rynek nowego towaru bez działań marketingowych i jego sukces (towaru, nie rynku)? Wiemy, co dzieje się z mózgiem klienta podczas zmasowanych działań marketingowych? Panika, przesyt, wyparcie. Mamy swój udział w tym psychologicznym ciągu społecznych zdarzeń, tragicznym w swych skutkach w czasach kryzysów.

 

Nie, to jeszcze nie koniec tej pandemii, To jedynie koniec pierwszego aktu i nie wiadomo, czy show sprzeda się tak dobrze, aby trwać kilka sezonów. Natomiast w owym pierwszym akcie wszyscy utonęliśmy w powodzi słów. Od naukowców dosłownie zalanych publikacjami jak najściślej naukowymi (przynajmniej z nazwy) na temat wirusa SARS-CoV-2, po dziennikarzy. Którzy w tej sprawie przecież nie ssali ze swych pobrudzonych atramentem palców wskazujących i środkowych, tylko od owych fachowców na ogół, czyż nie?

 

Że już nie wspomnę o tych biednych ludziach, którzy mieli coś z tego zrozumieć, zalanych dodatkowo potokami AUTENTYCZNEJ dezinformacji (kremlowskiej i dowolnej), oraz efektów niestrudzonej pracy różnej szurii spod znaku strukturyzowanej wody, wieloskrętnych witamin, płaskiej ziemi i walki z 5G.

 

Naukowcy, źródło pierwsze, mieli mega kłopot. Jak opisywałam to w jednym ze swoich tekstów dla „Tygodnika TVP”, nie tylko WHO, EU, władza i ludność, ale nawet nauka zawaliła (https://tygodnik.tvp.pl/47487274/epidemia-bezsilnosci-w-jaki-sposob-koronawirus-tak-latwo-zdobyl-swiat). Bo przewidziała tę epidemię, ale … np. mysz transgeniczna, która mogłaby natychmiast służyć jako zwierzę modelowe do badań nad lekami przeciw COVID-19 czy szczepionką (bo ma ludzki gen ACE2, kodujący receptor wirusów SARS) ostatnie 15 lat przeleżała jako zamrożona w -80 st. C sperma, a nie żywe zwierzę, płodne i rozrodzone, biegające sobie po licznych klatkach i gotowe do wykorzystania. Takich przykładów „niefrasobliwości w świetle naukowych przewidywań”, np. zarzucenia pracy nad szczepionką przeciw SARS etc. było wiele. SARS się skończył kilkanaście lat temu i zwinęliśmy sklepik, a MERS nie rozprzestrzeniał się między ludźmi. Były zatem w nauce ważniejsze tematy.

 

Stanęliśmy nadzy w pokrzywach z kilkoma dosłownie laboratoriami na świecie REALNIE pracującymi nad koronawirusami tak zwierzęcymi, jak ludzkimi. Reszta tych 2 tys. powstałych na kolanie w pierwszych 4 miesiącach epidemii prac naukowych to była radosna twórczość częstokroć, tej reszty, która pobiegła za nowym tematem, gdzie jest szansa na granty, na zaistnienie… Klasyka. A skoro na tych łamach już pisałam, jaką biedą z nędzą są dzisiaj „działy naukowe” we wszelakich mediach, to tylko powiem: „the same here”. Nie sprawdziliśmy, które to laby, kto się naprawdę zna na tym, na czym mówi etc. A że specjaliści byli limitowani, a nie mogliśmy przecież limitować „pokrycia”, które zresztą, podobnie jak czasopisma naukowe, w kwestii COVID-19, dawaliśmy ludności na ogół „za darmo”, no to zaczął się wyścig, kto więcej newsów typu „ujawniamy!” wrzuci na te „darmowe strony”.

 

I szło wszystko. Mnie utkwiły chyba najbardziej ze trzy rzeczy, bo sama zajęłam się odszukaniem źródeł tych wywalanych na czołówki informacji. Pierwszy temat to kwestia ibuprofenu z połowy marca. Francuski Minister Zdrowia coś powiedział. WHO za nim powtórzyło, ale po jednym dniu się wycofało. NIKT nie przeczytał, czy w źródłowej pracy wymieniającej ten niesterydowy lek przeciwzapalny jako wpływający na działanie i występowanie białka ACE2, jest w ogóle do tej ibuprofenowej kwestii jakakolwiek referencja. Czyli odnośnik w literaturze przedmiotu, skąd wzięto tę informację. A że praca była w „Lancet”, a minister zdrowia we Francji to szyszka, poszło!

 

Czy dziennikarze, którzy nie zajrzeli do źródłowej publikacji, tylko ogłosili światu, że ibuprofen może być związany z ciężkim przebiegiem COVID-19 (bez żadnych klinicznych ani eksperymentalnych danych na ten temat, na podstawie niepopartego referencją przekonania autorów pracy) choć wiedzą, w jakich chronicznych schorzeniach bierze się spore dawki tego leku przeciwzapalnego codziennie i jaki horror zafundowano licznym chorym na te schorzenia? Ja wiem, że my to bierzemy, jak główka pobolewa z przepracowania i trosk lub przeziębienia. Dla wielu ludzi jednak to jest ważny dla ich zdrowia lek, a nie supl bez recepty z Żabki. Odpowiedzialność za słowo poszła się czesać. Owczy pęd i minister na początku łańcuszka zdarzeń.

 

Druga akcja to był prof. Montagnier i „fragment wirusa HIV w koronawirusie, który świadczy, że wirusa zrobiono w laboratorium”. Żeby wiedzieć, jak jest, wystarczyło: 1) sprawdzić źródłową publikacje, o którą opiera się w swych wypowiedziach ten przedziwny Noblista, 2) choćby z anglojęzycznej Wikipedii, jak już nie mamy czasu w tym pustym newsroomie na nic, sprawdzić, kto to w ogóle jest ten gość i spod jakiego lodu wylazł po 10 latach, by znowu zabłysnąć w świetle jupiterów. Nie będę rozwijać tematu, kto ciekawy, niech zajrzy do mojego tekstu w Tygodniku TVP  https://tygodnik.tvp.pl/47694520/w-naturze-czy-w-laboratorium-gdzie-sie-urodzil-covid19. Klasyka fachu, czyli sprawdzanie źródła, poszło się czesać w wielu redakcjach.

 

I wreszcie trzecia historia, kuriozalna już doprawdy. Czyli „palenie papierosów zabezpiecza przed COVID-19”. Ja już w zasadzie, po doświadczeniach ostatnich 4 miesięcy, przestałam wymagać od kogokolwiek, żeby pojmował ten prosty fakt, iż korelacja nie oznacza związku przyczynowo-skutkowego. Ja wiem, że to jest trudne, że w ogóle nauka jest trudna i bez sensu, skoro większość osób jej nie rozumie. Aczkolwiek, aby nie dać wiary pewnemu profesorowi interny ze szpitala La Pitie Salpetriere w Paryżu, wystarczyło pod koniec kwietnia zobaczyć, jakież to przezacne i cieszące siew wieloletnią nieposzlakowaną opinią czasopismo naukowe opublikowało owe rewelacje.

I znowu, opisałam te historię dokładnie (https://tygodnik.tvp.pl/47907802/palisz-nie-zlapiesz-koronawirusa-cala-prawda-o-tym-czy-papierosy-chronia-przed-zarazeniem), bo jak w soczewce skupia ona pewne mechanizmy bardzo groźne dla nauki, dziennikarstwa i po prostu ludzkiego zdrowia. Jakiś gość w centrum Paryża, nawet profesor, robi konferencję prasową i NIKT nie sprawdza, kto to jest, jakie ma publikacje dotąd, jacy recenzenci sprawdzili jego obecne wyniki tak zaskakujące, CO TAM W OGÓLE JEST NAPISANE w źródłowej publikacji naukowej i czy ona w ogóle istnieje.

 

Ośmielę się powiedzieć, że zalew informacyjny byłby znacznie mniejszy i bardziej strawny dla ludności oraz nas samych, którzy musieliśmy to robić, czyli zapełniać te strony „darmowe o pandemii”, gdybyśmy nie działali jak umysły osaczone, stadne, poddające się psychologii tłumu, którą same generują. I nie chodzi o to, by stać i gadać duby smalone, że „żadnej epidemii nie było, nie ma i nie potrzeba” niczym mężczyzn w „Seksmisji” Machulskiego, i tak zaznaczyć swą indywidualność i wyalienowanie z rozedrganego tłumu. Tylko po prostu pracowicie i pieczołowicie sprawdzać, jak jest i w tym wypadku przejść realnie przyspieszony, ale solidny kurs wirusologii, epidemiologii i medycyny zakażeń. Zanim zacznie się szybko zapełniać „darmowe strony o COVID-19” treścią.

 

Czy tych treści było za dużo? O wiele, zwłaszcza za dużo było szumu informacyjnego, który kosztował wielu ludzi wiele psychicznego zdrowia. Ponieważ mieliśmy w Polsce jak zwykle to szczęście i opiekę Matki Boskiej, że wirusa było mało, to temat trzeba było doprawdy grzać, grzać, grzać, bo sam by nie wrzał. Nie kopano u nas masowych grobów, zwłoki na lodowiska nie były odwożone przez wózki widłowe, lekarze i pielęgniarki nie biegali po oddziałach odziani w worki na śmieci. A że najlepiej sprzedawało się poradnictwo i skandal, to tak to leciało.

 

Czy jak to się już wszystko skończy, daj Boże szczęśliwie, to społeczeństwo będzie mediom ufać bardziej, czy mniej? Na ten między innymi temat odbył się na początku maja na Uniwersytecie Berkeley panel, (https://news.berkeley.edu/2020/05/06/covid-19-and-the-media-the-role-of-journalism-in-a-global-pandemic/), który zgromadził tak tuzów i nauczycieli dziennikarskiego fachu, jak i lekarzy, epidemiologów oraz wirusologów. Padło tam wiele słów o niemałym ciężarze gatunkowym. Dotyczyły tego, jak media (głownie amerykańskie, ale nie widzę żadnego powodu, by nie rozciągnąć tych uwag globalnie) poradziły sobie z tzw. „pokryciem tematu”. Ośmielę się zacytować kilka wypowiedzi, bo będą doskonałym podsumowaniem.

 

Ed Wasserman, dziekan UC Berkeley’s Graduate School of Journalism, powiedział, że zaufanie społeczeństwa do mediów jest zagrożone. „Pod wieloma względami jest to moment przełomowy dla mediów” – dodał. „Intensywność zainteresowania tą historią i konsekwencje jej prezentacji są naprawdę ogromne. ” Zaś emerytowany profesor zdrowia publicznego John Swartzberg udzielił dziesiątków wywiadów na temat COVID-19, bo przewodniczy grupie, która nadzoruje publikacje Berkeley na temat zdrowia publicznego. Powiedział on, że wirus istnieje tylko kilka miesięcy i obiektywnie niewiele wiadomo na jego temat. Wielu jednak naukowców, podobnie jak dziennikarzy, stara się jak najszybciej przedstawić swoje wyniki opinii publicznej.

 

Podsumował on też użycie tak zwanych pre-printów czy artykułów z „predatory journals” (to takie quasi naukowe czasopisma czy serwisy internetowe, które praktycznie nie recenzują i żyją z tego, że desperat pragnący opublikować wyniki swoich badań im zapłaci za druk), i porównał je ze standardowymi czasopismami recenzowanymi, w których niezależni naukowcy poświęcają czas na weryfikację cudzych wyników. Powiedział, że te nierzetelne, niepełne, niesprawdzone i niepoprawione raporty ze świata mogą utrudnić dziennikarzom wykonywanie ich pracy. „Raz po raz jesteśmy przerażeni i zaskoczeni rodzajem niespójności i braku wiarygodności otrzymywanych informacji” – dodał Wasserman. „Widzimy informacje, które powinny być dość neutralne politycznie, zamiast tego są przetwarzane w sposób, któremu nie możemy ufać”.

 

Generujemy korzystając z naturalnych mechanizmów psychologicznych odbiorcy horrendalny popyt, którego często nie umiemy dobrze i mądrze zaspokoić.  Więc pozostaje nam sprzedawanie jakoś trzymającego się kupy  opakowania z marnym produktem w środku. Czyli klasyka współczesnego marketingu, zwłaszcza marketingu chińskich maseczek chirurgicznych.

 

Czy w Polsce przyjąłby się endorsement? – pyta ŁUKASZ WARZECHA       

A gdyby tak wprowadzić do polskich mediów instytucję endorsement, czyli oficjalnego poparcia przez daną redakcję kandydata lub ugrupowania? Zastanawiałem się, czy byłoby to możliwe, od czasu, gdy w 2000 roku przeczytałem w brytyjskim tygodniku „The Economist” (który był wtedy dla mnie, początkującego dziennikarza, wielkim odkryciem), że zdecydował się w wyborach prezydenckich w USA poprzeć oficjalnie George’a W. Busha – jakkolwiek wpływ brytyjskiego pisma o międzynarodowej renomie na wybory w USA jest, rzecz jasna, ograniczony. W swojej najnowszej historii w 1980 r. „The Economist” poparł oficjalnie Ronalda Reagana, potem dwukrotnie żadnego z kandydatów, w 1992 r. – Billa Clintona, cztery lata później – Boba Dole’a, w 2004 r. – Johna Kerry’ego, w kolejnych dwóch wyborach – Baracka Obamę, w 2016 r. – Hillary Clinton.

 

Z „The Economist” sprawa jest o tyle szczególna, że artykuły tam się ukazujące nie są podpisywane imieniem i nazwiskiem autora. Nie mam pojęcia, w jaki sposób wewnątrz redakcji podejmuje się decyzje o poparciu tego czy innego kandydata. Wiem, że – przy wszystkich moich zastrzeżeniach do tygodnika – czytelnicy zawsze dostają obszerne uzasadnienie stanowiska.

 

„The Economist” nie jest oczywiście wyjątkiem. Endorsement jest popularny głównie w anglosaskich mediach. W USA jest wręcz instytucją wyborczą, a w trakcie kampanii pracowicie oblicza się, ile gazet poparło którego kandydata. Np. w wyborach sprzed czterech lat Hillary Clinton otrzymała poparcie aż 500 tytułów plus dodatkowo 30 przyjmujących stanowisko „byle nie Trump”, podczas gdy Donalda Trumpa wsparło jedynie 28 gazet. Jak widać, niewiele to jednak kandydatce Demokratów pomogło.

 

W Polsce tymczasem są jedynie pojedyncze przypadki oficjalnego opowiedzenia się tytułu za danym kandydatem – tak robiła na przykład „Gazeta Wyborcza” w wyborach prezydenckich. Prasa, mówiąc umownie, prawicowa, choć przecież jasno wspierała w 2015 r. Andrzeja Dudę, nie ogłaszała oficjalnego poparcia kandydata przez tytuł. Może zresztą wychodząc z założenia, że nie jest to potrzebne, bo wszystko jest jasne.

 

Sam mam do medialnego endorsementu stosunek ambiwalentny. Z jednej strony podoba mi się, że takie postawienie sprawy nie pozostawia wątpliwości. Wszystko jest jasne i czytelne – tytuł ma swojego kandydata i nie udaje, że jest inaczej. Z drugiej strony rozumiem, że w polskim plemiennym życiu medialnym i politycznym wiele takich gestów byłoby – inaczej niż w przypadku „The Economist” – całkowicie przewidywalnych, a jednocześnie mogłoby oznaczać jeszcze głębsze bezpośrednie zaangażowanie mediów w politykę. Tak jakby nie było tego dość. Trudno też spodziewać się, że motywacją takiej czy innej decyzji nie byłyby względy czysto merkantylne – dokładnie tak jak jest w przypadku tytułów „człowieka roku” w różnych odmianach, które są często po prostu sposobem na podlizanie się władzy. Za czym często idą reklamy od spółek skarbu państwa.

 

Problemem może być też stanowisko tych autorów danego tytułu, którzy z decyzją redakcji by się nie zgadzali. Czy mieliby prawo do swojego głosu odrębnego? Czy mogliby w swoich tekstach argumentować na rzecz innych kandydatów? A może właśnie paradoksalnie po oficjalnym ogłoszeniu poparcia redakcji byłoby im łatwiej niż dzisiaj? Wtedy bowiem byłoby jasne, że to głosy odrębne, które nie zmieniają wyboru tytułu jako całości.

 

Mam jednak poczucie, że nawet gdyby instytucja oficjalnego poparcia partii czy kandydata w Polsce się przyjęła, byłaby w dużej mierze pusta. Czy może raczej – wtórna. Podział jest bowiem tak głęboki, a poczucie plemiennej przynależności tak dojmujące, że endorsement niczego by tu nie zmieniał. Aczkolwiek byłyby wyjątki. Z chęcią dowiedziałbym się, jaką decyzję i dlaczego podejmują takie tytuły jak „Dziennika Gazeta Prawna” czy „Rzeczpospolita”. Bo najciekawsza jest nieoczywistość.

 

Łukasz Warzecha

Deklaracja niepodległości reportażu MARKA MILLERA

Reportaż musi przestać powtarzać literaturę, kroczyć za literaturą, doganiać literaturę. Jest gatunkiem dziennikarskim, nieaspirującym do żadnego innego gatunku, czy rodzaju literackiego. Jest gatunkiem niepodległym, niezależnym i autonomicznym.

 

Po co deklaracja? Po to, by świadomie zakończyć etap zależności, podległości i niepełnowartościowości reportażu. Po to, by spróbować zdefiniować obecną sytuację, by nie tracić czasu na pozory, a zająć się tym, co najważniejsze – nowymi możliwościami, nowymi wyzwaniami i tym co hamuje rozwój reportażu. Po to wreszcie, by świadomie wziąć odpowiedzialność za reportaż, za jego przeznaczenie, za jego misję w mediach.  Wobec narastającej tendencji rozmywania kryteriów, zacierania granic, deklaracja podejmuje próbę określenia w czym leży odrębność reportażu, w czym nie może być naśladowany przez inne dziedziny i jaki jest nieusuwalny rdzeń, bez którego reportaż przestałby być sobą. Deklaracja zakłada, że istnieje dominanta reportażu, jego główny motyw, zasadnicza cecha, element wybijający się. Co jest więc dominantą reportażu, jego prawdą, istotą i znaczeniem? Jaki fundament kładziemy pod niepodległość?

 

Prawda

 

Prawda reportażu to odczytywanie zdarzeń jako mowy Boga do ludzi, albo jakiś inny fundament światopoglądowy, jakaś inna koncepcja człowieka. Za każdym przekazem, stacją telewizyjną, radiową, internetem, za każdym reportażem i jego „Deklaracją Niepodległości” stoi określona koncepcja człowieka. Udawanie, że istnieje reportaż obiektywny, „naukowy” jest świadomym kłamstwem lub brakiem świadomości. Wyjściem jest więc jasne sygnalizowanie swojego światopoglądu jako podstawy interpretacji zdarzeń. Deklaracja Niepodległości Reportażu oparta jest o fundament chrześcijański – katolicki, bo taki od lat jest mój światopogląd.

 

Istota

 

Istotą reportażu jest bezpośrednie informowanie, relacjonowanie, rekonstruowanie i interpretowanie zdarzeń – „historii wspólnych” – aktualnie ważnych dla jakiejś wspólnoty.

 

Znaczenie

 

Media są nowożytnym areopagiem, na którym toczy się zmaganie o duszę współczesnego świata, o zawłaszczenie społecznej świadomości. Jednym z istotnych oręży w tym zmaganiu jest reportaż. To on często kształtuje opinię publiczną. Znaczenie reportażu polega na podtrzymywaniu więzi społecznej, uświadamianiu, że człowiek jest bytem relacyjnym. Stymulując rozwój i podtrzymywanie więzi, reportaż odgrywa ważną rolę w integrowaniu społeczeństwa w procesie adaptacji jednostki w społeczeństwie.

 

Wszystko jest tematem na reportaż, ale nie każdy temat należy do dominanty – prawda, istota, znaczenie. Reportaż to, jak powiedzieliśmy, opowiadanie wspólnych historii, które mają dla wspólnoty znaczenie. Mało jest w mediach wspólnych historii. Dominują historie własne i to najczęściej o sobie samych.

 

***

 

Przyznana Swietłanie Aleksijewicz w 2015 roku nagroda im. Alfreda Nobla, stała się przełomem w dziejach literatury. Sztuka dziennikarska, została nareszcie równouprawniona. Spełniło się marzenie Honoriusza Balzaka, Emila Zoli, Trumana Capote o literaturze niebeletrystycznej. O literaturze dokumentalnej. Co z tego przełomu może wynikać? Może wynikać, to , że reportaż musi „skorzystać z sytuacji” i wybić się na niepodległość. Musi przestać powtarzać literaturę, kroczyć za literaturą, doganiać literaturę. Od przyznania Swietłanie Nobla, reportaż staje się gatunkiem dziennikarskim, nieaspirującym do żadnego innego gatunku, czy rodzaju literackiego. Jest gatunkiem niepodległym, niezależnym i autonomicznym. Reportaż jest sam dla siebie wyzwaniem, ambicją i spełnieniem. Należy do świata mediów – środków społecznego przekazu, a nie do świata sztuki literackiej. Reportaż jest intencjonalny, nie spełnia się w sobie, jak często robi to literatura, a odnosi się bezpośrednio do problemów z rzeczywistością, ku ich rozpoznaniu i naprawie. Reportaż zmierza do czynu, pyta w jakim miejscu jest problem, co to miejsce oznacza i co należy w związku z tym zrobić.

 

Deklaracja, ostatecznie zamyka dyskusję o zależności reportażu od literatury i wyższości literatury –  nad reportażem. Tak zwana literackość, piękna forma, dominujący estetyzm, jest często obciążeniem reportażu, jego niedojrzałością, brakiem samoświadomości, niedorozwojem i przejawem niewłaściwych, źle ulokowanych ambicji. Język reportażu musi być przeźroczysty, nośny, niezauważalny – pisał Krzysztof Kąkolewski*. Jeśli zachwyca jako „znakomity”, znaczy jest zły, bo odciąga uwagę od tego co ma przekazywać. W początkach swojej stuletniej historii, rzeczywiście reportaż czerpał z dziennikarstwa autentyzm, a z literatury formę.

 

Ale po przyswojonych lekcjach powieści psychologicznej,  zatrzymywania czasu (Marcel Proust), strumienia świadomości (James Joyce), a zwłaszcza nowego dziennikarstwa amerykańskiego, stylu gonzo, proces ten uległ wyczerpaniu. Powstające dziś nowe możliwości reportażu, w tym językowe, nie mają już z literaturą wiele wspólnego. Dziś język reportażu trzyma się blisko dyktafonu.

 

Według Andrzeja Tarkowskiego, artyści dzielą się na tych, którzy tworzą własny świat i na tych, którzy odtwarzają rzeczywistość. Deklaracja, w oczywisty sposób, opowiada się za tymi drugimi. Zdecydowanie bardziej pociąga nas świat zewnętrzny, niż nasze własne wnętrze.

 

Z inspiracji Georgija Gurdżijewa  przyjmujemy również podział sztuki na obiektywną i subiektywną.  I zdecydowanie jesteśmy za sztuką obiektywną. Sztuka subiektywna, to reportaż monofoniczny, oparty przede wszystkim na jednostkowym widzeniu rzeczy, zjawisk, ludzi i zdarzeń. Często rządzi tutaj ludzki kaprys, oparty na przypadkowych skojarzeniach, dominuje chęć wyrażenia swojego indywidualnego, autorskiego stosunku do rzeczywistości. Aktowi tworzenia nie musi towarzyszyć w pełni świadomy proces twórczy. Sztuka obiektywna jest polifonicznym opowiadaniem o świecie, głosami świata, relacjami, świadectwami. To próba uchwycenia, oddania i wyrażenia świata z wielu punktów widzenia. Pod powierzchnią wydarzeń poszukuje się ukrytych mechanizmów, modeli, struktur, dążąc do prawdy, istoty i znaczenia badanego tematu, problemu. Sztuka obiektywna ma walor ponadjednostkowy. Odsłania prawa losów wspólnoty i przeznaczenia człowieka, jako człowieka właśnie. Polifonicznym wielogłosem opowiada Swietłana  Aleksijewicz. Jej opowieści pozbierane są, jak mówi, z głosów samego życia. Noblistka nie pisze o wydarzeniach, pisze o tematach. Zbiera to co nazywa wiedzą o duszy. Jak to było ? – Nie jest już ważne – Ważne co tam działo się z człowiekiem – mówi. Wydarzenia służą jej do wyrażenia prawdy psychologicznej (jednostkowej).   Deklaracja nie podziela tego poglądu. To wydarzenia, a nie drżenia duszy, są   bezwzględne i stanowią o losach wspólnoty ludzkiej. Nam chodzi o prawdę społeczną o prawdę wspólnoty. Swietłanę interesuje człowiek  sam w sobie. Nas interesuje człowiek w relacji z drugim człowiekiem. Człowiek sam w sobie jest skończony i zamknięty. Człowiek dopiero w relacji z drugim człowiekiem, staje się człowiekiem pełnym – wolnym. Człowiek ze swojej natury, nie należy tylko do siebie, należy do rodziny, społeczeństwa, narodu, Boga. Nie dusza więc jest  najważniejsza, a wierność normie, która czyni człowieka członkiem wspólnoty, tworząc więź społeczną.

 

Deklaracji niepodległości towarzyszy filozofia prawa „powszechnej analogi” sformowana przez  Emanuela Swedenborga. Wszystkie zjawiska świata odbijają się w sobie nawzajem, a to tylko my, zazwyczaj przeoczamy te związki. Związki te dotyczą nie tylko reportażu, ale i świata poza nim. Są marzeniem o tajemniczej logice świata, o owej „jedności wielości” której szukamy od stuleci. Bezskutecznie, ale cóż z tego – jak pisał Konstanty Puzyna*. Poszukiwanie „kamienia filozoficznego” bliskie jest również idei kunstkamery – „szafy osobliwości”, gdzie wzajemne stosunki i relacje zebranych artefaktów i okazów przyrody miały egzemplifikować ową ideę kamienia filozoficznego.

 

Czyż reportaż będąc formą kolażu, kompozycją z różnych materiałów i tworzyw naklejonych na „blejtram” gazety, książki, taśmy magnetofonowej, filmowej czy internetu,  nie jest rodzajem kunstkamery?

 

Praktykowana przez Swietłanę Aleksijewicz i Laboratorium Reportażu, metoda polifonicznej powieści dokumentalnej, pozwala osiągnąć efekt epickości pozostającej nadal historycznym dokumentem. Pozwala kondensować ludzkie doświadczenie – każda kolejna relacja nie powtarza poprzedniej, a jedyne ją dopełnia, pogłębia, bądź poszerza. Polifoniczna powieść dokumentalna umożliwia również uzupełnianie powstałego tekstu „wcinając” do niego nowe,   pozyskane relacje. W tym sensie polifoniczna powieść dokumentalna stanowi utwór otwarty. Nazywamy tę możliwość, powieścią kroczącą, lub konstrukcją w procesie – powieścią, którą można w zasadzie pisać w nieskończoność, ciągle ją uzupełniając, poszerzając i pogłębiając. I w tym sensie deklaracja niepodległości reportażu  jest również konstrukcją w procesie. Dzięki internetowi, cyfryzacji i twardym dyskom, staje się to stosunkowo proste.

 

Deklaracja wyraża pogląd, że przyszłość sztuki obiektywnej należy do pracy zespołowej. Praca zespołowa umożliwia powstawanie wielkich narracji, którym nie jest w stanie sprostać jeden człowiek – jeden autor. Niezbadane dotąd zasady i możliwości pracy zespołowej, stanowią wyzwane, które tu jedynie sygnalizujemy. Na przykład pytanie jaką wartością obdarzamy, w zespole, okres prac nad tematem? Twórcza praca zespołowa, naszym zdaniem, jest wartością samą w sobie. Sam proces tworzenia, wspólnota twórców, ma tu istotne znaczenie. Jak pisał Jerzy Grotowski**: „W dzisiejszym kontekście cywilizacyjnym trudno jest zrozumieć, że ważne może być doświadczenie procesu, a nie jego produktu, rezultatu, że ważne może być dzieło – proces, a nie dzieło -produkt . Nigdy dość słów aby to podkreślić”.

 

Deklaracji Niepodległości Reportażu towarzyszy przekonanie, że zastosowana przy polifonicznej powieści dokumentalnej metoda kondensacji ludzkiego doświadczenia, może być wysoce użyteczna w prezentowaniu zbiorów zawartych w archiwach „oral history” dla potrzeb popularyzacji  i edukacji, stanowiąc obrazową i ekspresyjną narrację historii. Dotyczy to problemu o kapitalnym znaczeniu, a mianowicie oddziaływania archiwów poprzez media   na społeczeństwo.

Kto bowiem jest w stanie (poza wąską grupą twórców, naukowców) zapoznać się z tysiącami relacji zdeponowanych w archiwach. Świat gromadzi coraz więcej świadectw dokumentalnych.

 

Ale jak z nich skorzystać? Jak mają na nas wpływ? Jak zbiorowe doświadczenie ludzkości, gromadzone w archiwach, ma współkształtować naszą przyszłość? Metoda polifonicznej powieści dokumentalnej poprzez kondensację, przyswajalność reportażu, pozwala osiągnąć efekt oddania esencji, istoty zdarzeń w formie tekstu, który może być wysoce użytecznym scenariuszem do wspomnianej już popularyzacji edukacji, ale również może być z powodzeniem wykorzystywany dla potrzeb nauki i sztuki, zwłaszcza w muzealnictwie, jak również  w literaturze faktu,  w filmie dokumentalnym i dramacie.

 

Dzięki internetowi reportaż staje się gatunkiem w pełni multimedialnym. Różnice pomiędzy reportażem pisanym, fotoreportażem, reportażem dźwiękowym a filmem dokumentalnym, zacierają się. Reportaż – online – pozwala stosować, wykorzystywać wszystkie media dla dobra tematu. Za internetem i nowymi technologiami  idzie wyzwanie kierowane do reportażu międzykulturowego. Kiedy czas i przestrzeń przestają być problemem, możemy nareszcie przeglądać się w sobie nawzajem. Dlaczego to na przykład, my Europejczycy mamy opisywać aborygenów? Ciekawe i ważne jak oni patrzą na nas i naszą cywilizację. Reportaż pokazujący dwie i więcej stron konfliktu, problemu, nie tylko pomaga we wzajemnym zrozumieniu i utrzymywaniu pokoju, ale  umożliwia wzajemne zaufanie, solidarność i braterstwo ludzkiej wspólnoty. Reportaż międzykulturowy  ze swej natury jest zbiorowy. Problemy i zasady współpracy międzynarodowych zespołów twórczych stanowią wyzwanie przyszłości zasygnalizowane tu jedynie przez deklarację. Reportaż międzykulturowy to jeszcze jeden argument za niepodległością i autonomią reportażu.

 

Współczesność czyni ze świata głównie przedmiot technicznych badań i usuwa poza swoje pole widzenia świat jako całość. Rozkwit nauk zapędził człowieka w tunele specjalistycznych dyscyplin. Im większą wiedzę człowiek zdobywa, tym bardziej traci z oczu całość świata i siebie samego, pogrążając się w „zapominanie o byciu” – jak pisał Milan Kundera*. Niepodległy reportaż nie może więc zrezygnować z prób spojrzenia na życie człowieka jako na całość. Reportaż jest wehikułem do penetrowania tajemnicy, którą jest całość. Jedyną racją bytu niepodległego reportażu jest więc odkrywanie tego, co tylko reportaż odkryć potrafi – ukryty sens pod powierzchnią aktualnych zdarzeń. Reporter nieustannie poszukuje ukrytego sensu rzeczy, z wielkim trudem stara się wyrazić rzeczywistość nie wysłowioną. Reportaż, który nie odkrywa nieznanego dotąd ułamka rzeczywistości jest niemoralny. Jedyną moralnością niepodległego reportażu jest więc poznanie samej rzeczywistości społecznej i jej tajemnicy.

 

Deklaracja Niepodległości Reportażu wyrasta z rodzących się pytań: o jakim reportażu warto i należy rozmawiać, jaki reportaż powinniśmy szczególnie chronić? Jakiego reportażu nauczać na uniwersytetach, które mają być przyszłością człowieka i narodu – jak o tym mówił Jan Paweł II. Niepodległy reportaż służy społeczeństwu, państwu, wspólnocie ludzkiej. Powinien odwoływać się do ludzkiego sumienia, które jest ponadreligijne, ponadpartyjne, ponadrasowe. Powinien podnosić rękę przeciw każdej władzy, pod którą żyje, bo każda władza degeneruje się z niezwykłą szybkością i jest z natury rakotwórcza. Jednocześnie reportaż winien wspierać władzę, kiedy ta buduje sprawiedliwą ludzką demokrację. Każdy reportaż niepodległy powinien posiadać „naddatek” – powinien dążyć do mitu, nadającego opowiadanej historii ostateczny sens, powinien nieść nadzieję, nawet jeśli jest ona niezmiernie trudna.

 

Marek Miller

 

* patrz: Krzysztof Kąkolewski [w ]Marek Miller „Reporterów sposób na życie” Czytelnik Warszawa 1982 str. 297

* Patrz: Konstanty Puzyna [w] Jerzy  Grotowski „Teksty z lat 1965-1969” Wiedza o kulturze, Wrocław 1990r. str.181

** Jerzy Grotowski „Działanie jest dosłowne” 1979 r,

* Patrz: Milan Kundera „Sztuka powieści”, Czytelnik, Warszawa 1958, str. 13

Pomiędzy koniecznością a propagandą – JAROMIR KWIATKOWSKI o mediach samorządowych

 

Jakimi kanałami powinna komunikować się z mieszkańcami władza samorządowa? Czy jest sens, aby rozwijała swoje „koncerny medialne”? Czy prawdziwe jest stwierdzenie, iż na rynku prasy lokalnej istnieje dychotomia: ubezwłasnowolnione gazety samorządowe kontra prywatne ostoje niezależności dziennikarskiej?

 

Przeciwnikiem wydawania prasy przez samorządy jest m.in. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, który w 2018 roku, w piśmie do ministra kultury i dziedzictwa narodowego, stwierdził, że taka działalność wydawnicza samorządów stanowi zagrożenie dla wolności słowa i że powinny one wydawać jedynie biuletyny informacyjne. Gazety samorządowe, zdaniem rzecznika, nie wypełniają podstawowej funkcji prasy, jaką jest kontrola władzy. Jednak w kwietniu ub.r. spadł z porządku obrad Sejmu projekt nowelizacji prawa prasowego autorstwa posłów Kukiz’15, mający na celu wprowadzenie zakazu wydawania tytułów prasowych przez samorządy. Pozytywnie o projekcie wypowiedziała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, ale Komisja Ustawodawcza stwierdziła, że jest on niezgodny z Konstytucją.

 

Informacja czy lans

 

Moi rozmówcy znają medialny rynek lokalny od podszewki. Dorota Mękarska z Sanoka w swojej bogatej karierze dziennikarskiej była m.in. redaktorem naczelnym zarówno tygodnika wydawanego przez samorząd, jak i lokalnej gazety prywatnej. Wojciech Naja jest redaktorem naczelnym i wydawcą tygodnika „Reporter Gazeta”, ukazującego się w powiecie ropczycko-sędziszowskim na Podkarpaciu.

 

Oboje nie mają problemu z tym, by samorządy wydawały biuletyny, w których informowałyby o podjętych decyzjach, zmianach w podatkach, cenach śmieci itp. Ale – jak zauważa sanocka dziennikarka – samorządy są także wydawcami „normalnych” gazet, to znaczy szeroko informujących o różnych aspektach życia lokalnej społeczności, a przy okazji przekazujących także informacje z urzędu gminy czy starostwa. Trudno mówić o niezależności dziennikarskiej zespołów redakcyjnych tych pism, choć – jak zauważa Dorota Mękarska – „wszystko zależy od tego, czy mamy do czynienia z rozsądnym włodarzem gminy”. – Jeżeli jest rozsądny, to można wypracować consensus, który będzie zadowalał i jego, i redaktora naczelnego – przekonuje dziennikarka.

 

Jednak, jak sama przyznaje, to rzadkie przypadki. – Z reguły burmistrzowie, wójtowie czy starostowie nie rozumieją, że zakładając kaganiec gazecie uderzają tak naprawdę w siebie, bo czytelnicy doskonale potrafią to wyczuć. W efekcie obraca się to przeciwko nim – uważa Dorota Mękarska.

 

Ale chodzi nie tylko o zakładanie kagańca, czy „ręczne sterowanie”, a więc naciski, jakie treści powinny znaleźć się w gazecie, a jakie nie. Bardzo denerwującą manierą większości pism samorządowych jest to, że wójt, burmistrz czy starosta nachalnie lansują się w „swojej” gazecie, często goszcząc niemal na każdej jej stronie. To właśnie ta chęć lansu powoduje, że „zwykłe” biuletyny informacyjne nie zaspokajają ambicji włodarzy. – Kiedyś w jednej takiej gazecie naliczyłam ponad 20 zdjęć starosty – wspomina Dorota Mękarska. Dodaje, że swoje „trzy grosze” wrzucają też  radni, którzy również nie chcą zaprzepaścić okazji do lansu w „swojej” gazecie.

 

Podobne obserwacje ma Wojciech Naja. – Wychodzę z założenia, że potrzebny jest pewien umiar  –  tłumaczy. – Nie da się tego wprowadzić żadną ustawą (to nawiązanie do nieudanej próby znowelizowania prawa prasowego w tej kwestii – przyp. JK). A prawda jest niestety taka, że samorządowe kanały informacyjne, które powinny służyć prostemu komunikowaniu się z mieszkańcami, służą nierzadko nachalnemu lansowaniu się różnych osób.

 

Redaktor naczelny i właściciel „Reportera” zaznacza, że nie chciałby przekreślać możliwości docierania samorządów do mieszkańców, zwłaszcza że żyjemy w czasach, kiedy kanały informacyjne są łatwo dostępne i trzeba z nich korzystać. – Ważne, żeby robić to z głową i rozumieć naturę instytucji, w której się pracuje – uważa Wojciech Naja. – Jeżeli jest to samorząd, to z definicji pełni on funkcję służebną wobec obywateli. Dlatego uważam, że nie jest to dobry kierunek, kiedy chce się on bawić w „koncern medialny” (oprócz gazety także np. telewizja kablowa – przyp. JK), który mozoli się nad dziennikarskimi laurkami dla burmistrza czy wójta.

 

Samorządowym mediom, zdaniem Nai, ciężko jest zachować niezbędny balans między tym co konieczne (np. informowanie o zmianach w zakresie podatków, cen śmieci itd.), a owym natrętnym lansem. – Źle jest, kiedy samorządowe media w co drugim materiale przedstawiają, co burmistrz wręczył, komu uścisnął rękę, kogo odwiedził itd. – uważa redaktor naczelny „Reportera”.

 

Dziennikarstwo czy propaganda

 

Wojciech Naja uważa, że członków redakcji pism (czy szerzej: mediów) samorządowych trudno nazwać dziennikarzami. Według niego są to raczej pracownicy propagandy, choć w swojej pracy stosują formy z pozoru dziennikarskie. Przywołuje przykład telewizji samorządowej:  – Kłopot polega na tym, że mamy tam ogromną dysproporcję pomiędzy jakością dziennikarską materiałów, która bywa bardzo słaba, a techniczną, która jest coraz lepsza, bo gminy nie szczędzą na to środków.

 

Również Dorota Mękarska uważa, że pracę samorządowych „biuletynów” udających gazety trudno nazwać dziennikarstwem, a ich niski poziom bierze się stąd, że nie pracują w nich profesjonaliści, lecz osoby, które jedynie przyuczyły się do zawodu. – One nie nauczyły się dziennikarstwa z niezależnych mediów, nie wiedzą, na czym ono polega i wydaje im się, że dawanie burmistrza na 20 zdjęciach w numerze to normalna praca dziennikarska. Nie mają świadomości, że nie ma to nic wspólnego z dziennikarstwem – przekonuje.

 

Dziennikarka twierdzi, że pisma samorządowe mogą być często „polem do popisu” dla byłych dziennikarzy, a obecnie „propagandystów na usługach”, którzy manipulują dość perfidnie: pod płaszczykiem kontrowersyjnych pytań rzucają „koła ratunkowe” włodarzowi miasta czy gminy, by łatwo mógł się wytłumaczyć z kontrowersyjnych posunięć. A kiedy jeszcze taki „dziennikarz” pozostaje w zażyłych stosunkach z włodarzem gminy, wtedy zawsze „włącza” mu się autocenzura i trudno oczekiwać, że będzie on niezależny.

 

– Ja nie spotykałam się z burmistrzem na stopie towarzyskiej – podkreśla Dorota Mękarska, nawiązując do czasów, kiedy była redaktorem naczelnym tygodnika samorządowego, z którego zrobiła niezłe pismo lokalne. – Później pocztą pantoflową dotarło do mnie, że w ratuszu zarzucali mi, iż trzymałam się od nich z daleka, nie chodziłam na żadne kawki i pogaduszki.

 

Dziennikarka ma świadomość, popartą doświadczeniem, że gdy redaktor naczelny próbuje zachować jak największy zakres niezależności, jego przygoda z pismem samorządowym może skończyć się bardzo szybko. Poza tym na poziomie gminy niby nie ma polityki, ale wraz ze zmianą władz traci on stanowisko jako jeden z pierwszych, Lecz, jak podkreśla moja rozmówczyni, w gazetach prywatnych wcale nie jest pod tym względem lepiej; często są one wykorzystywane do promowania biznesowych i politycznych interesów właściciela.

 

– To nie jest tak, że gazeta samorządowa to zawsze twór kompletnie ubezwłasnowolniony, tuba propagandowa włodarza gminy (choć często tak bywa), a prywatna to wzór niezależności. Taka dychotomia jest nieprawdziwa – oburza się Dorota Mękarska. I dodaje: – Musimy sobie, czy to w mediach samorządowych, czy prywatnych, zadać pytanie, na jaki kompromis jesteśmy w stanie pójść. Nic nie warte drobnostki zdarzają się w każdej pracy, ale jeśli dotyczy to spraw kardynalnych, to trzeba zapytać, czy jestem w stanie się temu poddać? Przy obecnej kiepskiej kondycji mediów lokalnych nie ma dobrze płatnej pracy dla dziennikarzy, dlatego też czasami godzą się oni na różne świństewka, a bywa wręcz, że pseudodziennikarze sami je inicjują (np. nagonki na ludzi).

 

Nie potrzebuję niezależnych mediów, mam swoje

 

W przywołanym piśmie do ministra, rzecznik praw obywatelskich podniósł kwestię, że „uzurpowanie przez biuletyny samorządowe roli gazet wiąże się niejednokrotnie z utrudnianiem dostępu do informacji dziennikarzom prasy prywatnej”.

 

Wojciech Naja potwierdza istnienie takiego zjawiska: – Największe zagrożenie, jakie niejednokrotnie jako gazeta odczuwaliśmy, jest takie, że kanał informacyjny, który buduje władza samorządowa, dąży do samowystarczalności. W umysłach władz gminy pojawia się myślenie: skoro mamy swój kanał informacyjny, to nie potrzebujemy niezależnych mediów i sami będziemy decydowali o tym, o czym rozmawiamy, a zwłaszcza – jakie tematy pomijamy. A to prowadzi do ignorowania zapytań od gazet niezależnych.

 

Zupełnie inną strategię stosuje prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc, który formalnie nie ma swoich kanałów informacyjnych, ale „uwiódł” wszystkie rzeszowskie media, które same w dużym stopniu abdykowały z funkcji kontrolnej wobec niego. – To nie jest mój teren, ale jeśli tak się stało, nie jest to winą prezydenta Rzeszowa, lecz tych mediów – uważa Wojciech Naja. – Problem polega więc tak naprawdę na tym, że to te media nie zadają właściwych pytań prezydentowi.

 

Inna sprawa to kwestia odpłatności za gazety samorządowe. Rzecznik praw obywatelskich w cytowanym już piśmie prezentuje pogląd, że jeżeli prasa samorządowa jest rozprowadzona bezpłatnie, to tym samym „jest pozbawiona ważnego – standardowego dla prasy prywatnej – źródła finansowania, które jest uzupełniane ze środków publicznych”. Niezależnie od powyższego, bardzo niepokojący jest, zdaniem Adama Bodnara, „udział prasy samorządowej w rynku reklamowym, który niejednokrotnie warunkuje funkcjonowanie prywatnej prasy lokalnej”. Z kolei odpłatne wydawanie gazet samorządowych może, jego zdaniem, „budzić wątpliwość z punktu widzenia art. 61 Konstytucji, który przewiduje prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej i osób pełniących funkcje publiczne”.

 

Wojciech Naja zauważa, że bez względu na to, czy gazety samorządowe są płatne, czy nie, z reguły nie są one samofinansujące się. A zatem koszty ich wydawania –  papier, druk, płace, sprzęt, lokal – pokrywamy także my jako podatnicy. – Pytanie, czy chcielibyśmy korzystać z tych mediów w takim kształcie, w jakim one są – pyta redaktor naczelny „Reportera”.

 

W jednym gazety samorządowe górują, zdaniem Doroty Mękarskiej, nad prywatnymi: zarobki są w nich wyższe (choć nie są to żadne kokosy), a stabilizacja zatrudnienia (wyjąwszy redaktora naczelnego) większa. Co wielu „dziennikarzy” zachęca do tego, by w tych gazetach trwać.

 

Jaromir Kwiatkowski

 

Artykuł ukazał się w „Forum Dziennikarzy”.

Cały numer 2/2020  można przeczytać

tutaj.

 

Kop do dziennikarskiego świata – MIŁOSZ KLUBA o nagrodzie im. Bartka Zdunka

W tym roku już po raz dziewiąty początkujący i nieco bardziej doświadczeni twórcy rywalizują w ramach Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka, współorganizowanej przez krakowski oddział SDP.

 

Grono organizatorów jest jednak szersze – rosło w miarę rozwoju konkursu. Pierwsze gale wręczenia NMD odbywały się w Klubie Dziennikarza „Pod Gruszką”, w pięknej, ale kameralnej „sali Fontany”. Konkurs się rozwijał i stopniowo forma gali stawała się coraz bardziej profesjonalna. Później nagrodzeni odbierali swoje wyróżnienia na deskach krakowskich teatrów – „Groteski” i „Bagateli”. Tegoroczna gala ma się odbyć na scenie Akademii Sztuk Teatralnych. Była planowana na 26 marca, ale podobnie jak wiele innych wydarzeń została przełożona ze względu na rozprzestrzeniającego się koronawirusa.

 

Od początku koordynacją konkursu zajmowali się studenci Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie (Stowarzyszenie Absolwentów Dziennikarstwa UPJPII jest formalnym współorganizatorem NMD). Tak jest do teraz. W czwartej edycji do kategorii „Debiut Publicystyczny” i „Inicjatywa Roku” dodano „Reportaż – po debiucie”, której patronem jest Paweł Migas, zmarły nagle w młodym wieku dziennikarz krakowskiego oddziału „Gościa Niedzielnego”. Tym samym redakcja krakowskiego „GN” włączyła się w prace przy konkursie. Później dodano jeszcze kategorię „Młodzi Twórcy Filmowi”, a jej patronem został ks. prof. Andrzej Baczyński.

 

Izabela Witek, która obecnie koordynuje NMD, przyznaje jednak, że dla niej wciąż najbardziej inspirująca jest postać pierwszego z patronów Nagrody Młodych Dziennikarzy. To od historii Bartka Zdunka, studenta dziennikarstwa, który zginął, zanim zdążył zadebiutować w mediach, zaczęła się historia całego konkursu. – Bardzo przemawia do mnie płynące z jego historii przesłanie o tym, żeby wykorzystać czas, który się dostaje. Nigdy nie wiadomo, co stanie się za chwilę – czy za tydzień, za miesiąc, za rok będziemy w stanie spełnić te marzenia, które mamy dziś. Nie mamy gwarancji, że robiąc jakiś krok, przybliżymy się do tego marzenia, ale na pewno szanse są większe niż wtedy, gdy nie robimy nic – mówi Izabela Witek.

 

Dodaje, że w całym przedsięwzięciu najważniejsi są uczestnicy konkursu i jego laureaci. – Staramy się utrzymywać z nimi kontakt już po zakończeniu każdej edycji, zapraszamy ich na wydarzenia związane z Nagrodą.

 

W ramach tegorocznej edycji na krakowskim Kazimierzu odbyło się spotkanie z dotychczasowymi laureatami Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka. – Wyciągaliśmy od nich porady dla młodych dziennikarzy i podpytywaliśmy, dlaczego warto się zgłosić – dodaje koordynatorka konkursu.

 

Trudno się rozstać

 

Lista prac nagrodzonych w krakowskim konkursie to przegląd rozmaitych dziennikarskich form i tematów. W drugiej edycji w kategorii „Debiut Publicystyczny” zwyciężyli Daniel Karaś, David Zeisky i Norbert Tkacz, autorzy reportażu  „Złota jedenastka”. Opowiadał on o piłkarskiej reprezentacji Węgier z lat 50., a został wyemitowany na antenie TOK FM oraz Radiofonii 100,5 FM. – Nagroda była dla nas bardzo pozytywnym zaskoczeniem – wspomina Daniel Karaś. – Traktowaliśmy to jak docenienie swojej pracy i potwierdzenie, że to, co robimy ma sens i że zmierzamy we właściwym kierunku.  Była to  również super motywacja do dalszej dziennikarskiej działalności – mówi.

 

Dziś pracuje w branży public relations, ale w wolnym czasie kontynuuje działalność dziennikarską. – Działamy z Davidem i Norbertem jako blog358.pl. Przygotowaliśmy reportaż radiowy o Erneście Wilamowskim, który był nominowany w nagrody Grand Press, a także wyróżniony w konkursach SDP oraz im. Krystyny Bochenek. Zdobył również główną nagrodę dziennikarzy Małopolski w kategorii sportowej. Natomiast materiał, który otrzymał nagrodę im. Bartka Zdunka był podstawą książki reporterskiej „Mistrzowie bez tytułu. Legenda Złotej Jedenastki”, którą wspólnie z Davidem i Norbertem wydaliśmy dzięki wydawnictwu Arena. Książka ta została wybrana w głosowaniu czytelników najlepszą sportową książką roku 2018 – wylicza Karaś.

 

Jego zdaniem najważniejszą wartością Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka jest to, że „pomaga młodym twórcom uwierzyć, że to, co robią ma wartość i sens”. – Dla mnie był to jeden z bodźców, który pomógł utrzymać determinację w działaniu i w dążeniu do zrobienia kolejnych rzeczy w dziennikarstwie sportowym – przyznaje laureat drugiej edycji NMD.

 

Podobnie konkurs wspomina nagrodzony w tej samej edycji w kategorii „Inicjatywa Roku” Krzysztof Gudowski. Doceniony został założony przez niego portal kulturawkrakowie.pl. – Wtedy to był taki kop, którego bardzo potrzebowałem. To dawało do zrozumienia, że jestem częścią tego dziennikarskiego świata. Przynajmniej ja to tak odebrałem – mówi Krzysztof Gudowski.

 

Zaznacza, że Nagrodę Młodych Dziennikarzy traktuje jako jedno ze swoich ważniejszych osiągnięć i do tej pory „trzyma w swoim CV”.

 

Nagroda wpłynęła też na późniejsze działanie portalu. Długo funkcjonował on w oparciu o najmłodszych adeptów dziennikarstwa, studentów, debiutantów. – On stał się takim trochę inkubatorem dla młodych ludzi, którzy chcą pisać, a nie zawsze mają taką możliwość. Poczuwałem się do tego, że skoro dostałem taką nagrodę, to muszę też dać coś od siebie – wspomina Krzysztof Gudowski.

 

Dziś nie pracuje w dziennikarstwie, jest szefem działu sprzedaży w firmie, produkującej oprogramowanie. Kulturawkrakowie.pl nie działa, ale to może się niebawem zmienić. – Jestem z tym portalem związany emocjonalnie – przyznaje Gudowski. – Myślałem już, że to zostawię, że przecież zrobiłem pięć kroków do przodu, nie ma co wracać. Ale też przez to, że to zostało docenione, nie potrafię tego całkiem zostawić, odciąć się – mówi.

 

Do tematu portalu chce wrócić w tym roku, bogatszy o wiedzę i doświadczenie z ostatnich lat. – Gdybym na tamtym etapie miał tę wiedzę, którą zdobyłem zarządzając działem w obecnym miejscu pracy, to zupełnie inaczej bym niektóre rzeczy poprowadził. Podszedłbym do tego jak do biznesu. Wtedy potraktowałem to jak bloga, portal hobbystyczny, nie myślałem o monetyzacji. Jakieś pomysły miałem, ale one nie były dobrze wykonane – mówi laureat NMD.

 

Szkolny blog

 

Prawdopodobnie najmłodszym laureatem krakowskiego konkursu był Norbert Konieczny. W czwartej edycji konkursu otrzymał on nagrodę w kategorii „Inicjatywa Roku” za założony przez niego szkolny blog „Oczami ponieckich gimnazjalistów”. Była to jego odpowiedź na kiepsko funkcjonującą i rzadko aktualizowaną stronę internetową jego gimnazjum. Wspomina, że część nauczycieli była przeciwna – w końcu mieli szkolną witrynę. Dali się przekonać dopiero widząc gotowy projekt. – Do współpracy zaprosiłem szkolnych kolegów i koleżanki, którzy przeprowadzali wywiady z nauczycielami, tworzyli własne serie wpisów. Choć miał być to blog tylko o szkole zdecydowaliśmy się, że wyjdziemy poza jej obszar. Zaczęliśmy relacjonować ogólnopolskie imprezy i spotykać się z artystami – i nie tylko polskimi, bo mieliśmy przyjemność poznać gwiazdy filmów o Harrym Potterze czy samą Pamelę Anderson – wspomina Norbert Konieczny.

 

Podkreśla, że sama nominacja była dużym wyróżnieniem i motywacją do kolejnych działań. Oprócz blogów próbował też pracy w radiu, a w lokalnej telewizji tworzył autorski program ,,Przepytywanki Norberta”. – Wygrana otworzyła mi kolejne ścieżki, którymi zdecydowałem się kroczyć, a także pozwoliła utrzeć nosa wszystkim tym, którzy zamiast wspierać w działaniach młodego człowieka, rzucali mu kłody pod nogi i mówili, żebym lepiej zajął się nauką – mówi Konieczny. – Dziennikarstwo stało się jeszcze bardziej moją pasją, która pozwalała mi się rozwijać, poznawać ludzi i spełniać marzenia – dodaje.

 

Po skończeniu gimnazjum wybrał klasę humanistyczną w liceum, a następnie studia na kierunku „mediaworking” (jak wyjaśnia to połączenie marketingu internetowego, grafiki komputerowej, dziennikarstwa, nowych mediów i e-biznesu). – W dalszym ciągu chciałbym pracować w dziennikarstwie, założyć firmę odpowiedzialną za organizację różnych eventów bądź wypromować markę osobistą. Dziś działam w Internecie, zajmuję się komunikacją wizerunkową jednego z aktorów i pracuję w branży e-commerce – opowiada Norbert Konieczny. Uważa, że Nagroda Młodych Dziennikarzy jest potrzebna, by utwierdzać pasjonatów dziennikarstwa, że są na dobrej drodze. – Cały czas śledzę losy konkursu i z wyrazami szacunkami patrzę na kolejnych młodych ludzi, którzy twoją kreatywne projekty – zapewnia Konieczny.

 

Zgłoszenia z redakcji

 

Nagrodę Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka zdobywali zarówno twórcy niezależni (np. tworzący własne dziennikarskie projekty), jak i związani z rozpoznawalnymi redakcjami. W pierwszej edycji za „Inicjatywę roku” nagrodzony został Marcin Kwaśny, który wtedy na antenie Radia Kraków prowadził debaty prezydenckie przed wyborami samorządowymi w największych miastach Małopolski. W siódmej edycji nagrodę za reportaże otrzymali Szymon Piegza z Onetu (tekst „Pan Bóg będzie nad nami czuwał”) oraz Beata Kwiatkowska z Polskiego Radia (reportaż radiowy „Nieulotne”). Dwie edycje wcześniej nagrodę w tej samej kategorii kapituła konkursowa przyznała Monice Andruszewskiej, związanej z „Tygodnikiem Powszechnym”. To właśnie redakcja „TP” zgłosiła do konkursu jej tekst „Za dużo na jedno życie”. – Było to przyjemne zaskoczenie – wspomina Monika Andruszewska. – Uważam za niezmiernie ważną każdą nominację czy nagrodę przypominającą o tym, że za naszymi wschodnimi granicami trwa wojna – podkreśla. Jej reportaż opisywał wpływ wojny na ludzką psychikę, a więc cały proces powstawania depresji i traumy wojennej.

 

Jak wspomina laureatka nagrody, już wtedy wiedziała, że z dziennikarstwem chce związać całe swoje zawodowe życie. – W 2014 urwałam się z sesji zimowej i pojechałam na ukraińską Rewolucję Godności. Gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, Ukraińcy, których znałam z Majdanu pojechali na wojnę, więc wyruszyłam za nimi. Zaczęłam pisać o tym, co się dzieje w sieciach społecznościowych. Około jesieni Wojciech Pięciak, redaktor zagranicy z Tygodnika, dostrzegł mnie na Facebooku, zaproponował napisanie reportażu i w zasadzie od tego czasu jestem dziennikarzem. Nagroda była w 2017 roku, więc wtedy nie miałam już wątpliwości co do wybranego zawodu – opowiada Monika Andruszewska.

 

Obecnie jest freelancerem, pisze teksty z Ukrainy, głównie dotyczące toczącej się tam wojny. Publikuje w różnych mediach – m.in. w Polskiej Agencji Prasowej, „Tygodniku Powszechnym” oraz telewizji Bielsat. W marcu 2019 roku M. Andruszewska odebrała też przyznawaną przez SDP Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie (ufundowaną przez PAP). Konkurs wspomina jako „fantastyczną formę wsparcia młodych dziennikarzy, szczególnie debiutantów”. – Sądzę, że przy obecnym kryzysie dziennikarstwa w polskich mediach młodym dziennikarzom generalnie trudno jest się przebić, więc każda forma wsparcia ich jest ważna i potrzebna – podkreśla Monika Andruszewska.

 

Cel przyznawanej w tym roku już po raz dziewiąty Nagrody Młodych Dziennikarzy dobrze oddają dwie wypowiedzi z gali piątej edycji konkursu (jeszcze w Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką”). – Gdy widzę te prace, które ocenialiśmy w ramach kapituły konkursowej, czytam te wszystkie teksty, reportaże, dostarczone opisy inicjatyw, przywraca to we mnie nadzieję, że dziennikarstwo porządne, świeże, energiczne, z pasją jest jeszcze możliwe – mówił 16 marca 2016 roku dr Krzysztof Gurba, prezes krakowskiego oddziału SDP.

 

Z kolei Piotr Legutko – wtedy wiceprezes, a obecnie członek Zarządu Głównego SDP – podkreślał, że „nagrody zwykle są albo za całokształt, albo trochę na kredyt – za pierwsze sukcesy i to ma charakter promocyjny”. – Myślę, że te nagrody są tego rodzaju. Ten kredyt trzeba spłacić! Będziemy was obserwować bardzo uważnie. Mam nadzieję, że nie zawiedziecie – podkreślał Piotr Legutko.