Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza do obejrzenia uroczystość ogłoszenia wyników i wręczenia nagród 27. edycji konkursu o Nagrody SDP na najlepsze prace w polskiej prasie, radiu, telewizji i internecie, która odbyła się 25 czerwca 2020 roku.
Tag: 01
Wysoko zawieszona poprzeczka – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o Głównej Nagrodzie Wolności Słowa SDP
Czy Główna Nagroda Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich to istotny element w rozwoju dziennikarskiej kariery? Jakie doświadczenie zawodowe mieli dotychczasowi laureaci? Co zmieniło się u ubiegłorocznego zwycięzcy – Wojciecha Biedronia?
Wolność słowa
W 1990 roku polski parlament przyjął ustawę o uchylaniu ustawy o kontroli publikacji i widowisk, zniesieniu organów tej kontroli oraz o zmianie ustawy prawo prasowe[1] Na jej mocy przestał istnieć Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk. Trzydzieści lat przyzwyczaiło odbiorców do niezależności mediów. Choć środowiska postkomunistyczne dość szybko zaczęły głosić, że cenzura w PRL wcale nie ograniczała prawa do wypowiedzi, a jedynie dbała o artystyczną jakość i nie pozwalała na funkcjonowanie szmiry w przestrzeni publicznej… Na szczęście takie prace jak: „Wielka księga cenzury PRL w dokumentach” Tomasza Strzyżewskiego (2015 r.), „Knebel. Cenzura w PRL-u” Błażeja Torańskiego (2016 r.), czy ze starszych pozycji „Cenzura wobec humanistyki” Stanisława Żaka (1996 r.) przypominają, jak było naprawdę. W społeczeństwach demokratycznych media mają możliwość, z której nie zawsze korzystają, pełnienia roli czwartej władzy. Ciąży też na nich wielka odpowiedzialność za to, co z ową wolnością robią. Pytania o autocenzurę, o wpływ linii redakcyjnych na podejmowanie określonych tematów, czy znaczenie słupków sprzedaży dla poruszanych wątków, to wyzwania nie tylko dla obecnego i kolejnych pokoleń dziennikarzy. Główna Nagroda Wolności Słowa przyznawana od 1999 roku przez Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, która „dotyczy publikacji w obronie demokracji i praworządności, demaskujących nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka”[2] przypomina o odpowiedzialności ludzi mediów za każdy z tych aspektów. Pokazuje dobre wzorce. Wyróżnia odważne postawy i konsekwentne dążenie do „odkrywanie tego, co ukryte”, jeśli odwołać się do etymologii terminu aletheia oznaczającego prawdę w starożytnej grece. Czy jest też silnym elementem w rozwoju kariery dziennikarskiej? Bardziej ugruntowuje pozycję, czy stanowi trampolinę do zawodowego sukcesu?
Znaczenie nagród w wizerunku zawodowym
Zgodnie z obszernym Raportem „CV okiem rekruterów”, który w 2015 roku przygotował Pracuj.PL, osoby odpowiedzialne za zatrudnianie nowych pracowników zaczynają analizę dokumentów od doświadczenia zawodowego, a największe znaczenie mają w tym wypadku trzy ostatnie miejsca zatrudnienia. W dalszej kolejności patrzą na dane osobowe, wykształcenie, znajomość języków obcych, deklarowane umiejętności, ukończone kursy i szkolenia[3]. Analiza dotycząca coraz popularniejszej rekrutacji na portalach społecznościowych, którą w skali globalnej przygotowało Adecco wskazuje jednak, że informacje o zdobytych nagrodach zajmują w środowisku specjalistów od zatrudnienia drugie miejsce, tuż po doświadczeniu, a zwraca na nie uwagę 45% rekruterów[4]. Na popularnym portalu dla profesjonalistów – LinkedIn – nagrody znajdują się dopiero w piątej części profilu zawodowego, w sekcji: osiągnięcia, czyli w tym samym miejscu, w którym wpisujemy ukończone kursy. Z perspektywy tego medium społecznościowego pierwsze miejsca zajmują: doświadczenie, wykształcenie, licencje i certyfikaty oraz umiejętności potwierdzone przez innych użytkowników. Specjalistka w zakresie rekrutacji Agata Gołąb zauważyła jednak, że dla fachowców w dziedzinie pozyskiwania kadr istotna jest „zgodność elementów kluczowych dla danego stanowiska z danymi zawartymi w dokumentach aplikacyjnych”[5]. Nagrody, zwłaszcza te przyznawane przez środowisko branżowe, czyli takie, które potrafi w sposób wiarygodny ocenić czyjąś pracę, należą do elementów wzmacniających pozytywny wizerunek zawodowy.
Ugruntowanie pozycji i misja
Nagroda Główna Wolności Słowa przyznawane jest od końca XX wieku. Analizując grono osób, którym przyznano te prestiżowe laury, łatwo zauważyć, że otrzymują je dziennikarze doświadczeni. Pierwsza z wyróżnionych – Irena Piłatowska za materiał Prawda odwrócona wykonany dla Polskiego Radia, była w zawodzie od 17 lat. Krzysztof Gottesman (jeden z nagrodzonych w 2000 r. za Raport o telewizji dla dziennika „Rzeczpospolita”) karierę zaczynał jeszcze w „Tygodniku Solidarność”. Również reprezentujący młodsze od poprzedników pokolenie Michał Majewski i Paweł Reszka nie należeli do grona redakcyjnych nowicjuszy (nagroda w 2001 r. za materiał: Skandal gazowy dla „Rzeczpospolitej”). Podobnym doświadczeniem legitymował się Bertold Kittel, pierwszy raz nagrodzony w 2004 roku, za materiały dla „Rzeczypospolitej”: Towarzystwo wzajemnych inwestycji oraz Tajne konta Jamrożego i Wieczerzaka. Bogate doświadczenie zawodowe w momencie otrzymania Nagrody Głównej Wolności Słowa miały też laureatki – Anita Gargas (2011 rok za materiał Katastrofa Smoleńska dla TVP) i Joanna Lichocka, dziś poseł na Sejm RP, nagrodzona po raz pierwszy w 2012 roku za publikację Pogarda w „Gazecie Polskiej”. O to, jaką rolę w karierze dziennikarza odgrywa dziś ten laur, pytamy ubiegłorocznego laureata Wojciecha Biedronia, który uzyskał ją za tekst Jak mafia rządziła Warszawą” opublikowany w tygodniku „Sieci”.
Rok po nagrodzie
Przede wszystkim nigdy nie myślałem o dziennikarstwie w kategoriach kariery. Dla mnie to wciąż najpiękniejsza przygoda życia. Cały czas uważam się przede wszystkim za reportera, a najbardziej zależy mi, żeby moje materiały wzbudzały dyskusję nie tylko w mediach, czy debatę polityczną, ale tę najważniejszą – społeczną – mówi Wojciech Biedroń.
W ubiegłym roku po otrzymaniu Nagrody Głównej Wolności Słowa mówił pan, że ten laur jest dla pana: „Wielką radością i wielkim wyróżnieniem przypadającym w dość symbolicznym dla mnie momencie dwudziestolecia pracy dziennikarskiej”[6]. Jak pan ocenia to wydarzenie z rocznej perspektywy?
Szczerze? Nigdy nie liczyłem na tę nagrodę. To dla mnie największa niespodzianka ubiegłego roku. Faktycznie 2018 rok obfitował w głośne materiały mojego autorstwa, ale gdyby nie znajomy, który namówił mnie do przesłania swoich tekstów, nigdy bym tego nie zrobił. Złożyłem je zresztą w ostatnim dniu. To jest wielki zaszczyt, wielki laur. Uważam, że to największe co osiągnąłem w tym zawodzie. Jestem bardzo krytycznie nastawiony do efektów swoich prac. Teraz patrzę na dotychczasowe dokonania spokojniejszym okiem.
Nie spodziewał się pan laurów?
Nie. Gdyby dwadzieścia lat temu, na początku mojej dziennikarskiej kariery, ktoś powiedział, że otrzymam tak prestiżowe wyróżnienie, a laudacje odczyta sam Jerzy Jachowicz, to bym go po prostu wyśmiał. Tę chwilę będę pamiętał do końca życia.
Jaką rolę odgrywa w pana ocenie Główna Nagroda Wolności Słowa w rozwoju zawodowym?
Ujmę to tak – zawodowo nigdy nie czułem się lepiej. To jest wielkie dowartościowanie. Bardzo mocno mobilizuje do pracy. Czuję, że wysoko zawiesiłem sobie poprzeczkę, ale też, że zapisałem się w dziejach polskiego dziennikarstwa. Nawet jakby miał o tym świadczyć jedynie protokół jury. Nie każdy ma zaszczyt usłyszeć od przedstawicieli swojego środowiska: widzimy, że „gryziesz ziemię”, że frustrujesz się tym zawodem, tę twoją pełnię zaangażowania.
Co zmieniło się przez ten rok?
Byłem częściej i mocniej atakowany niż dotychczas (śmiech).
Czy Nagroda Wolności Słowa to bardziej ugruntowanie pozycji zawodowej, czy może pozytywny kop w górę?
Potwierdzenie przez środowisko rezultatów swojej pracy. W mojej ocenie, żeby otrzymać taki zaszczyt trzeba być przynajmniej od dziesięciu lat w zawodzie. Wrócę na chwilę do mojego postrzegania kariery w dziennikarstwie. Nie wyobrażam sobie, żeby analizować własne dokonania w kategoriach: w tym roku osiągnąłem to, a w tamtym mniej, a w przyszłym zdobyto to i tak dalej. Ten zawód jest pomysłem na życie a nie pracą w korporacyjnym stylu.
Korzystanie z prawa do wolności
Wojciech Biedroń, który, przypomnijmy, Główną Nagrodę Wolności Słowa otrzymał na dwudziestolecie swojej kariery zawodowej, zwraca uwagę na tak istotne elementy tego wyróżnienia, jak: mobilizacja, świadomość wysoko zawieszonej poprzeczki, docenienie dokonań i ugruntowanie pozycji w środowisku. Z analizy grona wcześniejszych laureatów wynika, że trzeba mieć bogate doświadczenie, by na ten zaszczyt zasłużyć. I niech tak zostanie, bo każda dziedzina potrzebuje mieć swoje „wzorce miary”, a te przychodzą z konsekwentnym rozwojem.
Zbigniew Brzeziński
[1] Dziennik Ustaw z 1990 r. Nr 29 poz. 173.
[2] https://sdp.pl/rusza-27-edycja-konkursu-o-nagrody-sdp-2019/ – dostęp 19/.06.2020 r.
[3] Raport Pracuj.PL CV okiem rektutera 15 maja 2015 r.
[4] Raport Adecco Rekrutacja na portalach społecznościowych 2014 r.
[5] A. Gołąb, Rekrutacja w pigułce – na co rekruter zwraca uwagę, „Doradca Zawodowy”, 2014, Nr 3, s. 42.
[6] https://sdp.pl/motywuje-mnie-chec-dotarcia-do-prawdy-rozmowa-z-wojciechem-biedroniem-laureatem-glownej-nagrody-wolnosci-slowa-w-2019-r/ – dostęp 23.06.2020 r.
Motywuje mnie chęć dotarcia do prawdy – rozmowa z WOJCIECHEM BIEDRONIEM, laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa w 2019 r.
PRZED GALĄ NAGRÓD SDP. W czwartek, 25 czerwca, odbędzie się coroczna Gala wręczenia Nagród SDP. W oczekiwaniu na tę uroczystość przypominamy wywiady z laureatami Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP. Ubiegłorocznym laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa był Wojciech Biedroń za publikację „Jak mafia rządziła Warszawą” w tygodniku „Sieci”.
Przypominamy rozmowę, którą przeprowadziliśmy przy okazji wręczania nagrody.
TOMASZ PLASKOTA: Gratuluję Głównej Nagrody Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za artykuł o mafii reprywatyzacyjnej w Warszawie. Dlaczego zająłeś się tym tematem?
WOJCIECH BIEDROŃ: Sprawa reprywatyzacji warszawskiej jest jednym z najbardziej bulwersujących tematów, którymi zajmuję się jako dziennikarz. Od wielu lat zbierałem materiały na ten temat. Próbowałem dotrzeć do osób, które zajmują się reprywatyzacją. Bardzo zależało mi na tym, aby dotrzeć do zeznań dwóch, moim zdaniem głównych rozgrywających w procederze reprywatyzacyjnym, do mecenasa Roberta Nowaczyka i do jego biznesowego partnera, Janusza P. Moim i prokuratury zdaniem ci dwaj panowie stali za gigantyczną operacją korupcyjną, która pozwoliła oszustom reprywatyzacyjnym przejąć Biuro Gospodarowania Nieruchomościami warszawskiego ratusza. Bez udziału urzędników reprywatyzacja nie byłaby możliwa. Dlatego po zatrzymaniu mecenasa Nowaczyka i Janusza P. walczyłem o dotarcie do wyjaśnień składanych przez nich przed prokuratorem. Po dość trudnej i karkołomnej operacji udało mi się to. Kiedy czytałem część tych wyjaśnień włosy jeżyły mi się na głowie. Pokazali w nich korupcyjny proceder od kuchni. Wyjaśnili, jak to robiono, gdzie się spotykano, jak ukrywano sprawy i jakie pieniądze wchodziły w grę. A były to ogromne kwoty.
Inny mocny temat, który opisałeś w ubiegłym roku na portalu wPolityce.pl i w tygodniku „Sieci” to sprawa kamienicy przy ul. Noakowskiego 16 w Warszawie, którą mąż Hanny Gronkiewicz-Waltz otrzymał w spadku po wujku, Romanie Kępskim. Korzenie sprawy sięgają II wojny światowej.
To historia na film historyczno-sensacyjny. Roman Kępski, wujek Andrzeja Waltza, małżonka Hanny Gronkiewicz-Waltz współpracował z okupantem niemieckim w czasie II wojny światowej. Była to współpraca biznesowa, ale i towarzyska. Uczestniczył w libacjach alkoholowych z gestapowcami i oficerami SS. Opisy z tych imprez są porażające. Ten człowiek pracował również dla niemieckiego Wehrmachtu. Budował tajemnicze baraki w obozach.
Jakich?
Do tej informacji nie dotarłem. Dokumentacja znajdująca się w IPN ma bardzo poważne luki. Komuś zależało na tym, żeby sprawę ukryć. Nie chciano, aby część informacji dotyczących pana Kępskiego wyszła na jaw. Możemy się tylko domyślać kto przez lata ukrywał te dokumenty. Materiały zgromadzone w IPN na temat pana Kępskiego pokazują najstraszniejszą twarz kolaboracji z Niemcami. Przedstawiają człowieka, który dla pieniędzy i wygody zrobiłby wszystko. W tle jest słynna kamienica przy ul. Noakowskiego 16 w Warszawie, która została bezprawnie przejęta po tym, jak zabito jej żydowskich właścicieli. Ta sprawa omal nie utopiła politycznie prezydent Warszawy. A na pewno zaszkodziła jej wizerunkowo.
Czym jest dla Ciebie nagroda SDP?
Wielką radością i wielkim wyróżnieniem przypadającym w dość symbolicznym dla mnie momencie dwudziestolecia pracy dziennikarskiej. To również wielki wyraz uznania dla portalu wPolityce.pl i tygodnika „Sieci”, dla redaktor naczelnej portalu wPolityce.pl Marzeny Nykiel, dla braci Karnowskich i dla wszystkich, którzy wspierali mnie w pracy. Przy przygotowaniu materiałów i pisaniu niezwykle pomogła mi redaktor naczelna telewizji wPolsce.pl Agata Rowińska. Bardzo dziękuję tym wszystkim osobom oraz kapitule nagrody.
Najgłośniejszym Twoim tekstem w ubiegłym rok nie był tekst o mafii reprywatyzacyjnej czy o Romanie Kępskim, ale artykuł o kulisach urodzin Adolfa Hitlera przedstawionych w reportażu TVN. Jak wpadłeś na pomysł, żeby napisać o tym?
Kiedy w styczniu ubiegłego roku zobaczyłem reportaż w TVN zdałem sobie sprawę, że z tym materiałem jest coś nie tak. Główni bohaterowie reportażu zachowywali się bardzo teatralnie. Miałem wrażenie, że doszło do maskarady. Niestety ta maskarada uderzyła w coś najważniejszego, w dobre imię Polski. Nie mówię oczywiście o tej części reportażu dziennikarzy „Superwizjera” TVN z Festiwalu Orle Gniazdo. Tamten materiał ewidentnie był zrobiony pod przykryciem i został bardzo rzetelnie zebrany. Natomiast część z Wodzisławia Śląskiego budziła wiele kontrowersji. Już na pierwszy rzut oka było widać, że coś tu nie gra. W listopadzie dotarłem do wyjaśnień składanych przez organizatora „urodzin” Hitlera. Stwierdził, że wręczono mu pieniądze za zorganizowanie imprezy. Zdziwiło mnie to, a jednocześnie potwierdziło, że mamy do czynienia z ustawką i maskaradą zorganizowaną przez kogoś kto zapłacił za zorganizowanie urodzin 20 tysięcy złotych. Moje ustalenia potwierdziłem w kilku źródłach.
Udało się ustalić kto płacił i skąd były pieniądze?
Nie, ale dziś jestem znacznie bliżej chwili, w której odpowiedziałem na to pytanie. Ciągle jest wiele pytań i wątpliwości. Szkoda, że TVN nigdy nie chciał odpowiedzieć na pytania dotyczącego rzeczywistego udziału dziennikarzy ich stacji, w tym co stało się w Wodzisławiu Śląskim. Nigdy nie twierdziłem, że za wręczeniem pieniędzy oraz za ustawką i manipulacją stoją dziennikarze TVN. Nie twierdziłem tak, ponieważ nie ma na to dowodów. Zastanawiające jest jednak to, że kiedy Prokuratura Krajowa wystąpiła do TVN z prośbą o tzw. surówkę materiału to najpierw była zwodzona, a później TVN stwierdziła, że nie posiada surówki. Tak ważny materiał i nie pozostawiono surówki? Przecież każdy przygotowując taki materiał liczy się z tym, że sprawa trafi do prokuratury i będzie objęta postępowaniem dowodowym. To jest bardzo ważne również dla misji dziennikarskiej. Publikowanie takich materiałów czemuś ma służyć. Nie chce mi się wierzyć, że reportaż miał służyć tylko uderzeniu w dobre imię Polski. Chcę wierzyć, że ten materiał miał pokazać takie patologie. Organizowanie takich imprez nawet za czyjeś pieniądze, nawet jeżeli to jest maskarada, jest czymś potwornym. Szczególnie w Polsce, w kraju, który tyle wycierpiał od niemieckiego nazizmu.
Co było najtrudniejsze w pisaniu tego tekstu?
Miałem z nim problem, bo wiedziałem, że pisząc go narażę się na ogromną krytykę, głównie ze strony dziennikarzy tzw. salonu mediów III RP. Byłem świadomy, że ja i moja redakcja zostaniemy zaatakowani. Dlatego napisałem ten materiał nie w swoim stylu. Mam dość ostry, czasem wręcz tabloidowy styl pisania. Nie wstydzę się tego. Wiele lat pracowałem w tabloidach. Ale wiedziałem, że ten tekst muszę napisać bardzo spokojnie, ponieważ będzie mniej oparty na ustaleniach, a bardziej na zadawaniu pytań. Nie spodziewałem się, że publikacja wywoła aż taką reakcję i będzie tematem tak gorących dyskusji. Kiedy pisałem tekst zależało mi na tym, aby TVN wyjaśnił jak doszło do zorganizowania „urodzin” Hitlera. Liczyłem, że kolejny reportaż TVN wyjaśni jak ci ludzie wpadli na pomysł, żeby organizować taką imprezę.
Ciągle jest wiele znaków zapytania pod adresem materiału TVN.
Przede wszystkim znaki zapytania dotyczą ekipy, która robiła reportaż. Dlaczego młoda, kompletnie niedoświadczona dziennikarka zostaje wysłana do niebezpiecznego nazistowskiego komanda? Czemu miało służyć uczestnictwo dziennikarzy w tych ohydnych, haniebnych scenach? Po co było hajlowanie? Dlaczego jeden ze współautorów materiału namawiał uczestnika urodzin Hitlera do przygotowywania działań wobec uchodźców? Czemu to miało służyć? Na czym polegała ta prowokacja? Dlaczego dziennikarze pili z tymi ludźmi alkohol? Po co się z nimi aż tak spoufalali? Chciałbym też wiedzieć, dlaczego dziennikarze TVN nie sprawdzali informacji, że ktoś zapłacił organizatorowi za zorganizowanie „urodzin”? Nie mogę tego przesądzić, że ktoś mu zapłacił, ale jest to bardzo prawdopodobne. Wiele dowodów na to wskazuje, m. in. jego wyjaśnienia. Ważna jest również odpowiedź na pytanie, dlaczego „urodziny” Hitlera zorganizowano miesiąc po faktycznej dacie narodzin zbrodniarza? Telewizja TVN nigdy nie wyjaśniła jakimi motywami kierowali się ludzi, którzy zorganizowali „urodziny” Hitlera. Nie dowiedzieliśmy się z reportażu, że główny organizator imprezy uczestniczy w pracach grupy rekonstrukcyjnej Waffen SS i posiada mundury nazistowskie.
Dziennikarze TVN nie wiedzieli, że organizatorowi „urodzin” Hitlera zapłacono?
Biorę pod uwagę, że mogli o tym nie wiedzieć. Najważniejszą sprawą w moim tekście jest to, że nie jest wymierzony w stację TVN. Seria artykułów, które pisałem na ten temat nie była wymierzona w tę stację telewizyjną. Zupełnie nie o to mi chodziło.
A o co chodziło?
O wyjaśnienie, jak doszło do gigantycznej afery wizerunkowej źle świadczącej o Polsce. Ciągle nie ma odpowiedzi na to pytanie.
Dlaczego doszło do tej afery? Masz jakieś hipotezy?
Biorę pod uwagę wiele rzeczy. Polska lub zagraniczna organizacja mogła zapłacić temu człowiekowi, bo potrzebowała takiej wpadki wizerunkowej Polski. Są sygnały, że mogło to być działanie obcych służb, których celem było zdyskredytowanie Polski. Ten materiał został wykorzystany przez media i polityków do pokazania naszego kraju w złym świetle również w kontekście stosunków polsko-żydowskich. Istotne jest przypisywanie tej sprawy do Marszu Niepodległości. Reportaż wykorzystano politycznie. Za całą operacją stał ktoś, kto chciał szkalować Polskę. Ewidentnie to widać. Nie wierzę w to, że organizator sam to wymyślił, sam zaprosił grono przyjaciół, w tym kompletnie nieznaną sobie dziennikarkę TVN, która oczywiście występowała pod fałszywym nazwiskiem. Dlaczego ją zaprosił skoro jej nie znał? Mnóstwo pytań, mało odpowiedzi. Na szczęście powstała seria materiałów portalu wPolityce.pl, która nieco odczarowała tę historię. Pokazała, że nie chodzi tylko o grupę polskich neonazistów. Wskazał, że ktoś za tym jeszcze może stać.
Kto?
Mam nadzieję, że wyjaśni to prokuratura. Jestem tylko dziennikarzem. Mogę wskazywać na pewne tropy, niektóre rzeczy ujawniać, ale nie zrobię pracy śledczej. Dziennikarze nie są od tego. Dziś jestem znacznie bliżej wyjaśnienia tej sprawy.
Na czym polega twój warsztat dziennikarski?
Pracuję kompulsywnie i nerwowo. Opieram się głównie na dokumentach. Jestem klasycznym dziennikarzem, który wszystko co pisze, stara się opierać na „kwitach”. W redakcji ciągle siedzę otoczony mnóstwem papierów i informacji, często niejawnych. Informacje pozyskuję od informatorów, od ludzi, których znam od lat. Mogę im wierzyć, a oni mogą mi ufać. Zasada lojalności jest podstawą. Nigdy nie zawiodłem się na tych informatorach. Nigdy nie zrobiłem im krzywdy. Mam kilka spraw o ujawnienie tajemnicy śledztwa. To sprawia, że mam świadomość ciążącej na mnie odpowiedzialności za przygotowanie tego materiału. Mam wrażenie, że w TVN zabrakło poczucia odpowiedzialności, kiedy stacja przygotowywała materiał o „urodzinach” Hitlera.
Co cię motywuje w pracy?
Motywuje mnie adrenalina, chęć dotarcia do prawdy, ciekawość, walka z manipulacją i z narzuconą z góry narracją. Napędza mnie również ciągła chęć poznawania świata i rzeczywistości, w której żyjemy. Mimo, że od dwudziestu lat pracuję jako dziennikarz codziennie coś mnie zaskakuje w życiu politycznym czy kryminalnym. Bo to sfery, które najbardziej mnie interesują.
Rozmawiał Tomasz Plaskota
Wojciech Biedroń
Rocznik 1977. Studiował na Wydziale Prawa i Administracji oraz na Wydziale Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pracował w „Super Expressie” i „Fakcie” Od stycznia 2015 roku współtworzył projekt tygodnika ABC – wydawnictwo Fratria, a w kwietniu 2015 został jego wicenaczelnym. Od lipca 2016 publikuje w tygodniku Sieci oraz w portalu wPolityce.pl.
Cena wiary – rozmowa z MICHAŁEM KRÓLEM laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa w 2018 r.
PRZED GALĄ NAGRÓD SDP. W czwartek, 25 czerwca, odbędzie się coroczna Gala wręczenia Nagród SDP. W oczekiwaniu na tę uroczystość przypominamy wywiady z laureatami Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP. Michał Król Główną Nagrodę Wolności Słowa SDP otrzymał w 2018 roku wraz z Maciejem Grabysą (za film „Prześladowani zapomniani – Uwolnić Asię Bibi”) oraz ks. Romanem Sikoniem (za film „Modlitwa o pokój”).
Przypominamy rozmowę, którą przeprowadziliśmy z laureatem przy okazji wręczenia nagrody.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Czy można dostać wyrok kary śmierci za kubek wody?
MICHAŁ KRÓL: Trudno sobie wyobrazić, ale są kraje, w których można. Jednym z nich jest Pakistan, gdzie w poszukiwaniu historii prześladowanych chrześcijan natrafiliśmy z ekipą filmową na przerażający los Asii Bibi, skazanej przez sąd na karę śmierci za bluźnierstwo, którego nie popełniła.
Jak trafiliście na jej ślad?
Od kilku lat z Maciejem Grabysą realizowaliśmy serię filmów dokumentalnych „Prześladowani zapomniani”, poświęconych chrześcijanom na świecie. Byliśmy w Egipcie po Arabskiej Wiośnie Ludów, nagrywaliśmy świadectwa prześladowanych Koptów, którym palono kościoły, a całe rodziny żyją na wysypiskach i utrzymują się z segregacji śmieci. W Libanie pracowaliśmy nad filmem o chrześcijanach uciekających z Syrii, z Aleppo, kiedy powstawało Państwo Islamskie. Na jednej ze stacji benzynowych Maciek Grabysa kupił książkę Asii Bibi i francuskiej dziennikarki Anne Isabelle Tollet „Bluźnierstwo”. Postanowiliśmy się zająć tym tematem.
Asia Bibi była już w Europie znana.
Dzięki tej książce. Postanowiliśmy jednak porozmawiać w Paryżu z Anne Isabelle Tollet, byłą korespondentką telewizji France 24 w Pakistanie, i zrobić o Asi Bibi dokument, bo z materiałów, które analizowaliśmy wynikało, że nigdzie w jednym miejscu nie zebrano wszystkich wątków jej historii. Ponadto sprawa jest aktualna. Bibi nadal siedzi w celi śmierci. Nikt nie może się z nią zobaczyć, tylko najbliższa rodzina, mąż i córki. Anne Isabelle Tollet także jej w życiu nie spotkała. Asia Bibi odpisywała jej na pytania.
Asia Bibi: katoliczka z pakistańskiej wioski Ittanwali w stanie Pendżab, matka pięciorga dzieci. Analfabetka. Jej dramat narodził się banalnie: pokłóciła się z muzułmankami pracując w polu przy zbiorze owoców falsy …
Jest kilka wersji tych wydarzeń. Mamy akta sprawy, zeznania świadków, ale przesłuchano tylko oskarżycieli. Przyjęliśmy wersję, która najczęściej się powtarzała. Właściciel pola wyznaczył ją na liderkę grupy, co nie spodobało się innym kobietom, muzułmankom.
Napiła się wody z tego samego naczynia, co jej koleżanki z pola. To była iskra? Pretekst?
Kobiety oburzyły się, twierdziły, że nie ma prawa napić się z tego samego naczynia, co muzułmanki. Mahomet tego nie pozwala, argumentowały. Doszło do sprzeczki. Asia Bibi zareagowała, że to bzdura. Że Jezus Chrystus by na to zezwolił. Chrystus umarł za nas chrześcijan na krzyżu, mówiła, a co zrobił dla was Mahomet? Miała dorzucić, jak zeznały muzułmanki, że Mahomet, umierając, miał robaki w ustach. Pakistański sąd nie przesłuchał chrześcijan. Co ciekawe, nie wziął pod uwagę zeznań muzułmanek, bo kobiety nie mogą w Pakistanie być świadkami. Zostali nimi miejscowy imam i właściciel pola, którzy nie słyszeli kłótni.
Spirala nienawiści rozwijała się przez dwa, trzy dni. Nagle przed Asią Bibi wyrósł na polu rozjuszony tłum. Krzyczano na nią: „Zabieramy cię do wioski, brudna suko! Znieważyłaś naszego Proroka i zdechniesz za to! Śmierć jej! Śmierć chrześcijance!”.
We wsi tłum zacieśniał się wokół niej. Zawiązano jej skórzany pas wokół szyi, ciągnięto po ziemi, jakby była upartym osłem. Traktowano, jak psa. Poniżano i bito po twarzy, plecach, nogach, głowie. Krwawiła. Kiedy poprosiła o kubek wody podano jej mocz. Opisu tych wydarzeń nie ma w aktach sprawy.
Domagano się wyłupienia jej oczu.
Wtedy też, co kluczowe, zaproponowano jej przejście na islam. Gdyby się zgodziła, uniknęłaby odpowiedzialności. Tymczasem od dziewięciu lat siedzi w celi śmierci pod zarzutem bluźnierstwa.
Skazała ją społeczność małej wioski Ittanwali, gdzie jest zaledwie kilka domów chrześcijan. Nikt nie wziął jej w obronę.
Zwyciężył radykalizm. W prawie o bluźnierstwie nie potrzeba dowodów. Wystarczy oskarżenie. Jeśli muzułmanin oskarża chrześcijanina, ten drugi nie ma możliwości obrony. Prawo bluźnierstwa, określone w kodeksie karnym w par. 295, jest nadużywane w Pakistanie nie tylko przeciwko chrześcijanom. Także wobec muzułmanów.
Wystarczy zawiść, aby kogoś wtrącić do celi śmierci?
Dokładnie tak. Ale gdyby Asia była muzułmanką, wydarzenia mogły się inaczej potoczyć. Realizując film rozmawialiśmy z właścicielem pola i imamem. Potwierdzili, że nie słyszeli słów.
Na Pana filmie „Prześladowani zapomniani – Uwolnić Asię Bibi” wypowiada się salezjanin z Pakistanu, ojciec Miguel Angel Ruiz: „Jeśli jesteś oskarżony o czyn bluźnierczy przeciwko Koranowi podburzasz zaciętość ludzi do takiego momentu, że nie są już w stanie myśleć racjonalnie, ponieważ są ludźmi gotowymi na śmierć za wiarę. Są nie tylko gotowi, żeby umrzeć. Są gotowi również, żeby zabić. Dlatego dotykasz najbardziej intymnej rzeczy w ich życiu”.
Ojciec Miguel mieszkał w Pakistanie przez wiele lat i świetnie zna realia tamtego kraju. Prawdę jego słów zrozumieliśmy już podczas pierwszej wizyty w Ittanwali. Musieliśmy stamtąd uciekać. Za drugim razem pojechaliśmy tam z pakistańskim dziennikarzem, muzułmaninem. Trzeba jasno powiedzieć, że wielu muzułman zaangażowało się, aby tę sprawę wyjaśnić.
Jak były gubernator Pendżabu Salman Taseer, który wziął w obronę Asię Bibi.
Dążył on do reformy prawa o bluźnierstwie w pakistańskim kodeksie karnym. Tam jest wyraźnie napisane, że kto obrazi proroka Mahometa zasługuje na karę śmierci. Kto obraża Koran – na dożywotnie więzienie. Kto obraża religie islamu skazany zostanie na karę finansową, prace społeczne lub więzienie. Salman Taseer widział tę niesprawiedliwość i zaangażował w walkę z tym prawem z powodów religijnych.
Ale podkreślał też, że kara, którą otrzymała Asia Bibi łamie prawa człowieka.
Odczytano to, że – jego zdaniem – pakistańskie prawo o bluźnierstwie łamie prawa człowieka. Dlatego w szerokich kręgach radykalnych imamów uznano go także za bluźniercę i nawoływano do zabicia go.
I zrobił to jego własny ochroniarz Mumtaz Qadri. Oddając do niego 25 strzałów wykrzykiwał: Allahu Akbar!
Ważne, co się stało potem. Kiedy policjanci wprowadzali mordercę do samochodu ludzie obrzucali go kwiatami. A jego ojca tłum na ulicy podrzucał, jak bohatera. Sędzia nie miał wyboru: skazał ochroniarza Mumtaza Qadri na karę śmierci, bo zabił on gubernatora pełniącego obowiązki. Ale, co ciekawe, sędzia, który wydał wyrok, musiał uciekać z kraju. Część radykalnej opinii publicznej pyta: skoro powieszono Mumtaza Qadri, dlaczego Asia Bibi żyje?
Zginął też Shahbaz Bhatti, chrześcijanin, pakistański minister ds. mniejszości, który także zaangażował się w obronę Asi Bibi. Jak zginął?
Rozmawialiśmy z jego bratem. Shahbaz Bhatti po porannej modlitwie wyjeżdżał z domu. Pożegnał się z matką. Wsiadł do samochodu bez szyb ochronnych. Na chwilę przed śmiercią udzielił wywiadu. Dziennikarz zapytał go, czy nie boi się o swoje życie. Odpowiedział, że nikt nie może go zastraszyć przed czynieniem tego, co dobre. Zastrzelił go nieznany zamachowiec.
Zasadnicze pytanie, jakie nasuwa się po Pańskim filmie, dotyczy ceny życia. Czy stawiał Pan sobie pytanie, co zrobiłby na miejscu Asi Bibi? Czy przeszedłby Pan na islam?
Stale stawiam sobie takie pytanie. Dlatego ten film powstał, Aby chrześcijanie tu, w Europie, zastanowili się nad siłą własnej wiary.
Prowincjał Zgromadzenia Salezjańskiego w Krakowie ks. Adam Parszywka mówi, że los Asi Bibi dzieli miliony prześladowanych na świecie chrześcijan. Taka jest skala zjawiska?
Według statystyk organizacji, które pomagają chrześcijanom na świecie co kilka minut ginie jeden chrześcijanin.
Michał Król
Studiował na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Pracuje w studiu Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego Młodzi Światu, gdzie zajmował się niemal wszystkim – pomagał w księgowości, kserował faktury, produkował filmy. Współautor serii filmów dokumentalnych „Prześladowani zapomniani” o dramatycznych historiach chrześcijan na świecie. Kręcił materiały między innymi w Syrii, Iraku, Pakistanie, Indiach, Egipcie, Birmie, Nigerii, Sierra Leone. W 2014 roku jego – i Macieja Grabysy – film „Być Koptem”, zrealizowany w TVP Kraków, otrzymał Nagrodę SDP im. Kazimierza Dziewanowskiego. W 2018 r. – wraz z Michałem Grabysą i ks. Romanem Sikoniem, salezjaninem – został współlaureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP.
Antykryzysowe wsparcie dla mediów za granicą
Coraz więcej krajów europejskich rozważa wdrożenie specjalnych programów wsparcia dla sektora mediów. Niektóre już zaproponowały rozwiązania dedykowane specjalnie dla tego sektora. Przykłady tarczy antykryzysowej dla mediów w kilku wybranych krajach:
Austria
Rząd Austrii przeznaczył dla mediów 32 mln EUR. Prawie połowa tej kwoty trafi do prywatnych, komercyjnych nadawców, a 14,8 mln EUR do prasy (gazety otrzymają 12,1 mln EUR, tygodniki 2,7 mln EUR).
Belgia
W regionie francuskojęzycznym 3 mln EUR dla mediów w trudnej sytuacji finansowej i 3 mln EUR na prozdrowotną kampanię społeczną w mediach (zakup powierzchni reklamowej).
W Regionie Flamandzkim 3,8 mln EUR dla publicznego nadawcy VRT i 3,8 mln EUR dla nadawców regionalnych. Ponadto Flamandzki Fundusz Audiowizualny dysponuje dodatkową kwotą 1,9 mln EUR, a mniejsze fundacje mają łącznie około 0,5 mln EUR dla mediów.
Dania
Rząd Danii wyasygnował dla mediów 24 mln EUR. Program wsparcia przeznaczony jest dla mediów prywatnych, które utraciły od 30% do 50% przychodów z reklam. Otrzymają one od państwa od 60% do 80% tego co utraciły. Ponadto rząd oferuje wsparcie dla mediów, które nie zwalniają – państwo sfinansuje 75% wynagrodzenia pracownika, a pracodawcy zaledwie 25%. Wkład pracowników mediów to rezygnacja z tygodnia urlopu.
Estonia
Obniżka VAT dla wydań cyfrowych z 20% do 9% – szacowana kwota oszczędności dla mediów w roku 2020 to 400 tys. EUR. Ponadto rząd przez 3 miesiące subsydiuje dystrybucję prasy papierowej – to kolejne 450 tys. EUR oszczędności dla mediów.
Finlandia
Rząd przeznaczył 5 mln EUR na dopłaty do wynagrodzeń dziennikarzy (etatowych i freelancerów), 2,5 mln EUR dla Fińskiej Agencji Prasowej (STT) i 5 mln EUT dla Fińskiej Fundacji Filmowej na wsparcie krajowych produkcji.
Łotwa
0,6 mln EUR na wsparcie dla mediów informacyjnych (prasa i internet), 0,2 mln EUR miesięcznie na dystrybucję prasy, 0,2 mln EUR miesięcznie na pokrycie kosztów emisji.
Portugalia
W Portugalii na pomoc dla mediów rząd przeznaczył 24 mln EUR, z czego 15 mln to środki na zakup reklam przez instytucje państwowe, przy zastrzeżeniu że 25% z nich musi trafić do mediów lokalnych i regionalnych.
Szwecja
Ponad 47 mil EUR przeznaczone na aktywizację redakcji oraz pokrycie utraconych wpływów z reklamy. Ponadto rząd na stałe zwiększył środki dla sektora mediów o 200 mln SEK (około 18 mln EUR). Uzasadnia to tym, że również w przyszłości potrzebne będą dodatkowe pieniądze na wsparcie branży. Większość z tej puli (150 mln SEK) będzie wykorzystane na pokrycie kosztów dystrybucji, a reszta (50 mln) stanowi specjalną dotację dla mediów. Nie jest to uważane za nowy „pakiet kryzysowy”, ale raczej za bardzo potrzebne zwiększenie wsparcia mediów.
Włochy
Wydatki na reklamę w prasie drukowanej i mediach cyfrowych mogą być częściowo (30%) odpisane od podatku.
Dane o wsparciu dla mediów w poszczególnych krajach pochodzą z Europejskiej Federacji Dziennikarzy, która zbiera informacje od organizacji dziennikarskich i na bieżąco je aktualizuje.
Zdjęcie z konferencji SDP „Media jako służba publiczna”
Od Golgoty do kominów Auschwitz – rozmowa z PAWŁEM LISICKIM, laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa w 2017 r.
PRZED GALĄ NAGRÓD SDP. W czwartek, 25 czerwca, odbędzie się coroczna Gala wręczenia Nagród SDP. W oczekiwaniu na tę uroczystość przypominamy wywiady z laureatami Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP. W 2017 roku otrzymał ją Paweł Lisicki za książkę „Krew na naszych rękach?”.
Rozmowa z redaktorem naczelnym tygodnika „Do Rzeczy”, która została przeprowadzona przy okazji wręczenia nagrody.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Jest Pan Żydem?
PAWEŁ LISICKI: Nie.
Lubi Pan Żydów? Ma wśród nich przyjaciół?
Ostatnio przyjacielem nazwał mnie publicznie Szewach Weiss. Zakładam więc, że mam tez wśród Żydów przyjaciół. Mógłbym też wymienić inne przykłady, ale to są prywatne znajomości.
W książce „Krew na naszych rękach?” rozprawia się Pan z mitami, obala obiegowe tezy, prowadzi dyskurs o Holokauście i rezonansie żydowskiej opowieści o Zagładzie. Żydzi są narodem wybranym?
Wierzę, że byli narodem wybranym w tym sensie, że Bóg zawarł z nimi przymierze. Nie zajmowałem się jednak tym, czy Żydzi są narodem wybranym w rozumieniu biblijnym. Interesuje mnie, kim są współcześnie.
Polemizuje Pan z Agnes Heller, węgierską publicystką, która w eseju „Pamięć i zapominanie. O sensie i braku sensu” twierdzi, ze potomkowie Abla i Kaina, nieskażone i niewinne ofiary, to wyłącznie wyznawcy religii mojżeszowej. Wszyscy inni ludzie na Ziemi to kainowa progenitura, obarczona winą krwi.
Zachowując właściwe proporcje można by pozycję Heller porównać do statusu Adama Michnika w Polsce. Według niej ludzkość została podzielona na dwie części: na Żydów, potomków Abla i Kaina oraz nie–Żydów. I od tej pory – jej zdaniem – powstaje nowa etyka. Ma się sprowadzać do tego, że nie–Żydzi powinni mieć poczucie winy w stosunku do Żydów. Wydaje mi się, że jest to podejście rasistowskie, rzecz nie do przyjęcia, pokazująca, do czego mogą ludzi doprowadzić ideologiczne zapętlenia.
Kto ma mieć to poczucie winy? My Polacy? My chrześcijanie?
Ani my Polacy, ani my chrześcijanie żadnego poczucia winy wobec Żydów mieć nie powinniśmy. Co do Polaków – w zdecydowanej większości chrześcijan, katolików –ocena zachowania nie jest prosta. Zdarzały się przypadki szmalcowników, kolaborantów, którzy w zamian za korzyści wysługiwali się Niemcom, próbowali donosić. Wyraźnie jednak rozróżniam w zachowaniu się jednostek, które postępowały na własną rękę, a działaniem narodu czy państwa. Polska, jako państwo, żadnej kolaboracji z Niemcami nie podjęła. Nie było żadnego przyzwolenia dla szmalcowników czy donosicieli. Wręcz przeciwnie, zgodnie z prawem państwa podziemnego ci przestępcy powinni być karani i czasem byli. Choć rzecz jasna nie wystarczająco. Wynikało to jednak ze słabości struktur podziemnych.
Dlaczego więc tak silny rezonans światowy zyskują kłamliwe tezy, takie na przykład, jak Joel’ a Mergui, który powiada, że „Polska zagazowała Żydów”.
One są nadal silne i żywe. Odwołam się do słów, które pojawiły się kilka dni temu w programie BBC. Wypowiedział je Allan Little, autor filmu poświęconego czasom Holocaustu: „Holocaust nie był jedynie niemieckim przedsięwzięciem. Wymagał aktywnej współpracy norweskich urzędników, francuskiej policji, polskich maszynistów oraz ukraińskich bojówek paramilitarnych. Każdy okupowany kraj w Europie ma swoich entuzjastycznych uczestników Holocaustu”. To jest właśnie zjawisko, które nazwałem w książce religia Holocaustu.
Na czym opiera się ta religia? Jakie ma dogmaty?
Moim zdaniem składa się z czterech dogmatów. Pierwszy mówi o tym, że Holocaust był centralnym, jedynym, nieporównywalnym wydarzeniem w dziejach świata i ludzkości. Że żadna inna zbrodnia nie mogła się z Holocaustem równać i to jest całkowicie wyodrębnione i dominujące. Druga teza mówi, że Żydzi byli bardziej „niewinnymi” ofiarami, aniżeli inne. Trzecia teza powiada, że tak naprawdę w Holocauście entuzjastycznie uczestniczyły wszystkie narody, a Hitler był tylko kimś, kto to umożliwił. Że był tylko swego rodzaju katalizatorem, a nie jedynym zbrodniarzem. Czwarta teza mówi, że przyczyną historyczną Holocaustu był zakorzeniony od wieków antysemityzm, który narodził się wraz z powstaniem chrześcijaństwa, rozwijał się przez stulecia, aż w XX wieku wybuchnął ze stokrotna siłą. A jego głównym źródłem był Kościół katolicki. Punktem wyjściowym narodzin tego antysemityzmu były opowieści o pasji o męce Pańskiej. Krótko mówiąc: to, co zaczęło się na Golgocie, skończyło się w kominach Auschwitz. Nazywam je dogmatami, ale w sensie historycznym są to tezy absurdalne. Ich zwolennicy nie traktują ich jednak jako tezy do dyskusji, tylko, jako rzecz objawioną, czyli jako coś z czym się nie dyskutuje. Składają się one na to, co nazywam religią Holocaustu.
Rozbija Pan mit za chrześcijańską odpowiedzialność za Holocaust. Dlaczego jednak każda krytyka judaizmu odbierana jest jako antysemityzm?
Pomysł, aby każda krytyka judaizmu jawiła się jako antysemityzm jest kompletnie absurdalny. Gdybyśmy przyjęli ten sposób rozumowania największymi antysemitami byli prorocy Izraela. Nie ma tak ostrych sformułowań dotyczących zachowania ludu Izraela i Żydów, jak to, co znajdziemy od początku w Pięcioksięgu Mojżesza, zapisach Izajasza, Jeremiasza… To jest tak absurdalne, że aż trudno uwierzyć, że jest to traktowane poważnie przez dużą część naukowców. Chrześcijanie, którzy uważali, że obietnica, która została złożona prorokom tak naprawdę dotyczyła przyjścia Mesjasza (upatrywali go w Jezusie), siłą rzeczy stali się naturalnymi oponentami tych, którzy w Jezusie Mesjasza nie uznali. Mieliśmy do czynienia ze sporem religijnym, prowadzonym przez dwie strony: tych, którzy uważali chrześcijan za odszczepieńców i tych, którzy uważali, że większość Żydów nie przyjęła w Jezusie Mesjasza, choć powinna. Przedstawienie tego sporu religijnego jako rasowego – w którym semici stanęli naprzeciwko antysemitom – jest absurdalne. Duża część mojej książki poświęcona jest krytyce tego stereotypu, który w fatalny sposób wpłynął na nauczanie współczesnego Kościoła. Sprzeciwiam się kolejnym aktom ekspiacji i bicia się w piersi, jakie od lat 60. XX wieku z rosnącą intensywnością uskuteczniają kolejni teologowie chrześcijańscy, tak protestanci jak katolicy. Co gorsza w tych powszechnych przeprosinach biorą udział hierarchowie, nawet papieże. To droga ku przepaści.
Na czyich wobec tego rękach krew, Panie Pawle?
Krew jest zawsze na rękach zbrodniarzy. Tych, którzy byli ideologami rasistowskiego narodowego socjalizmu, jak Hitler i jego grupa. Doprowadzili do tego, że zanikło pojęcie praw uniwersalnych. To przeciw nim podnosił w latach 30 głos Watykanu. Pius XI i Pius XII stale podkreślali, że godność człowieka, której nie wolno naruszać jest niezależna od rasy, od pochodzenia, od biologii. To, co było kwintesencją zła, głównym powodem, dla którego doszło do tak masowych zbrodni, było stwierdzenie, że są różne grupy ludzi, które możemy eliminować, zabierać im życie. Człowiek przyznał sobie prawo do decydowania o tym, kto jest, a kto nie jest godny życia. Na początku programowi przymusowego uśmiercania podlegały osoby mające „nie wartościowe życie”. Naziści wspierali wielki program eutanazyjny. Potem na skutek tej pierwszej zbrodni eliminacji Niemcy rozprawiali się z kolejnymi „niewygodnymi” grupami – to działało na zasadzie równi pochyłej. Po 1939 roku na masową skalę z Polakami i Żydami. Przełomem był czerwiec 1941 roku, kiedy to zbrodniczość reżimu jeszcze wzrosła i zaczęło się systematyczne, powszechne mordowanie Żydów przez Niemców.
Rozmawiał Błażej Torański, fot. Donat Brykczyński
Paweł Lisicki
Dziennikarz, publicysta, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1993 – 2005 pracował w „Rzeczpospolitej” jako szef działu opinii i zastępca redaktora naczelnego, od 13 września 2006 do 27 października 2011 był redaktorem naczelnym tego dziennika. Od 7 lutego 2011 do 28 listopada 2012 redaktor naczelny tygodnika „Uważam Rze”. Obecnie redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”. Autor kilku książek. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Za książkę „Krew na naszych rękach?” SDP przyznało mu w 2017 r. Główną Nagrodę Wolności Słowa.
Kościół zdigitalizowany – Ks. MARIUSZ FRUKACZ o parafialnych inicjatywach w sieci
Kościół katolicki w Polsce powinien wciąż wykorzystywać nowe technologie w ewangelizacji. Pomogły one w czasie pandemii zachować kontakt wiernych z parafiami, duszpasterze nie powinni z nich rezygnować także teraz, gdy wierni wracają do świątyń.
W okresie pandemii, po ogłoszeniu ograniczeń w liczbie wiernych w kościołach wiele parafii wystartowało z różnymi inicjatywami online. Duszpasterze wykorzystali nowe środki społecznego przekazu do kontaktu ze swoimi wiernymi. I nie chodzi tutaj tylko o transmisję Mszy świętych. Kapłani podjęli wiele inicjatyw ewangelizacyjnych. Powstało sporo fanpage‘ów ewangelizacyjnych na Facebooku i kanałów na YouTube. I to jest warte odnotowania.
Równocześnie w okresie pandemii tradycyjna prasa katolicka borykała się ze spadkiem sprzedaży, choćby z racji braku wiernych w świątyniach. Dlatego Kościół wykorzystując nowe technologie, podjął ważny krok, szczególnie dla młodego pokolenia. I moim zdaniem, Kościół powinien podtrzymać te inicjatywy ewangelizacyjne. Warto też zwrócić uwagę na to, że prasa katolicka w okresie pandemii zwiększyła jeszcze bardziej swoją obecność w świecie online. Ruszyły kampanie typu: „Kup nas, nie wychodząc z domu” i inne.
Narzędzie w szerzeniu wiary
Nasze społeczeństwa są często dzisiaj określane jako „społeczeństwo epoki informacji”, „kultura środków społecznego przekazu” czy „pokolenie mass-mediów”. Kiedy obserwujemy dobrze świat współczesny, łatwo w nim zauważyć, że media odgrywają ogromną rolę, stają się w pewien sposób częścią naszego życia. Trudno dzisiaj wyobrazić sobie rodzinę bez telewizora, młodego człowieka bez komputera, tableta, czy też bez smartfonu. Trudno wyobrazić sobie parafię, choćby bez strony w internecie czy profilu na Facebooku. W świecie współczesnym nastąpił ogromny przewrót w dziedzinie środków społecznego przekazu.
Dlatego w rzeczywistości parafii obok metod tradycyjnych, jak świadectwo życia, nauka religii, kontakt osobisty, pobożność ludowa, liturgia i inne obrzędy, bardzo ważnym środkiem ewangelizacji, katechezy i skuteczności duszpasterstwa stały się obecnie środki społecznego przekazu. Do nich w rzeczywistości parafialnej, obok prasy katolickiej, biuletynu parafialnego, gablotki informacyjnej, należą również: strona internetowa parafii, kanał na YouTube, czy fanpage na Facebooku. Nowe technologie stwarzają nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Zwróćmy uwagę na internet, który jak podkreślał Jan Paweł II: „nie tylko dostarcza materiały służące większej informacji, ale przyzwyczaja osoby do komunikacji interaktywnej. Wielu chrześcijan korzysta już w sposób twórczy z tego nowego narzędzia, wykorzystując jego możliwości w ewangelizacji, wychowaniu, wewnętrznej komunikacji, zarządzaniu i rządzeniu”.
Kościół katolicki w Polsce powinien wciąż wykorzystywać nowe technologie w ewangelizacji. Pomogły one w czasie pandemii zachować kontakt wiernych z parafiami, duszpasterze nie powinni z nich rezygnować po tym, jak wierni wrócą do kościołów. Zwłaszcza, że wiele inicjatyw jest bardzo ciekawych. Jeden z kapłanów archidiecezji częstochowskiej prowadzi w mediach społecznościowych profil “Ewangelia #pokatolicku”. Również jeden z proboszczów każdego dnia kontaktował się ze swoimi wiernymi przez swojego fanpage’a na Facebooku, przekazując im krótką refleksję nad tekstem Ewangelii. I czyni to nadal, chociaż wierni zaczęli wracać do kościoła. W parafii św. Stanisława, biskupa i męczennika, w Częstochowie była każdego dnia transmitowana wspólna modlitwa, nie tylko Msza św., na Facebooku.
Nowe strony internetowe parafii
Można zaobserwować, że w okresie pandemii duszpasterze uzupełnili znacznie, albo nawet stworzyli zupełnie nowe strony swoich parafii w internecie. Np. strona parafii św. Brata Alberta w Częstochowie https://parafiabrataalberta.com.pl/ zawiera już nie tylko informacje z życia parafii, tak jak to było do pandemii, ale aktualnie wierni mogą zapoznać się tam także z ofertą telewizji katolickich i przez linki śledzić materiały i informacje tych stacji telewizyjnych. Na tej samej stronie ksiądz proboszcz dał możliwość swoim wiernym korzystania z Biblii i Katechizmu Kościoła Katolickiego online. Na stronie pojawiła się oferta dla rodziców, dzieci i młodzieży. Wierni mogą znaleźć również odpowiedzi na trudne pytania o wiarę. Ponadto na stronie zamieszczane są regularnie inicjatywy Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, co jest zapewne ułatwieniem także dla tygodnika w dotarciu do wiernych. Warto zauważyć, że strona ta jeszcze w lutym br. miała 3 tys. wyświetleń, a po uzupełnieniach i wprowadzeniu nowych propozycji ewangelizacyjnych ma ponad 13 tys. odwiedzających.
Technologia nie zastąpi sakramentów
Widzimy jasno, że nowe media pomogły w czasie pandemii Kościołowi utrzymać kontakt z wiernymi, kiedy ci nie mogli przychodzić do świątyni na Mszę św. Ponadto działalność Kościoła online to narzędzie w szerzeniu wiary, a technologia służy ewangelizacji, to jednak nie zastąpi ona bezpośredniego udziału w sakramentach. Chociaż dzisiaj Kościół, i w pewien sposób każdy z wiernych, jest odpowiedzialny za dzieło ewangelizacji w sieci i za budowanie wspólnoty katolickiej w tej wirtualnej przestrzeni. I można dostrzec, że w okresie pandemii wielu księży pięknie podjęło i nadal realizuje to zadanie. Jednak, zwłaszcza kapłani muszą uważać na jedno niebezpieczeństwo, aby nie odczuwali potrzeby bycia celebrytą w sieci. To jest również problem, który dzisiaj trzeba sobie postawić, gdy chcemy, aby Kościół nie rezygnował z bycia w sieci, gdy już wierni powrócą do świątyń.
Bardzo ważne, moim zdaniem, jest przemyślenie obecności orędzia chrześcijańskiego w sieci (tzw. cyberteologia). Pytania dotyczące „cyberteologii”, czyli obecności chrześcijaństwa i jego orędzia w świecie internetu, postawił już jakiś czas temu jezuita o. Antonio Spadaro. Pozostają pytania m.in. o to, czy internet zmienia nasz sposób myślenia? Czy sieć jest „narzędziem” czy raczej już „przestrzenią”, w której żyjemy? Czy sieć, zmieniając nasz sposób życia i myślenia, nie zmieni również sposobu rozumienia i przeżywania wiary? Jaki więc wpływ ma sieć na sposób rozumienia Kościoła i kościelnej komunii? I jaki ma wpływ na wyobrażenie o Objawieniu, łasce, liturgii oraz sakramentach?
Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”
Dajemy przestrzeń do debaty – rozmowa z BOGUSŁAWEM CHRABOTĄ, redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”
Jesteśmy raczej dziennikiem zachowawczym niż walczącym. Bliżej nam do realizowania zasady relato refero, niż do bycia gazetą tożsamościową. Czytelnicy to doceniają – mówi redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota.
„Rzeczpospolita” świętuje stulecie urodzin. Czym, według jej redaktora naczelnego, różni się od innych polskich dzienników?
W realizowaniu naszej misji staramy się być wierni dziennikarstwu niezaangażowanemu. „Rzeczpospolita” jest gazetą konserwatywno-liberalną otwartą na dyskurs publiczny. Publikujemy na naszych łamach szerokie spektrum poważnych opinii od prawa do lewa. Nie zawsze są to wypowiedzi ludzi, którzy podzielają nasze poglądy, czasem są naszymi przeciwnikami, ale szanują nas. Dajemy większą przestrzeń do debaty publicznej niż jakakolwiek inna gazeta w Polsce. Jesteśmy raczej dziennikiem zachowawczym niż walczącym. Bliżej nam do realizowania zasady relato refero, niż do bycia gazetą tożsamościową. Czytelnicy to doceniają.
Dziennik, którym pan kieruje, różni się też wizualnie od innych gazet codziennych. Jest bardziej przejrzysty i czytelny.
„Rzeczpospolita” jest najlepiej ułożoną gazetą w sensie formatowym. W sposób klarowny definiujemy jedynkę, czyli stronę tytułową, dwójkę, na której są komentarze redakcyjne, oraz trójkę, gdzie są felietony. Pandemia trochę pokrzyżowała nam plany, ale generalnie staramy się nie mieszać tych trzech elementów. Układ sekcji również jest bardzo klarowny. Myślę, że sporo w tym mojego osobistego wkładu, ponieważ zajmowałem się formatowaniem programów w telewizji Polsat. To wiedza z pogranicza marketingu.
Duży nacisk „Rzeczpospolita” kładzie na gospodarkę.
Jesteśmy gazetą konsekwentnie zorientowaną na polską gospodarkę. To najważniejszy temat dla nas i zazwyczaj na jedynce jest jakiś twardy news ekonomiczny. Staramy się mówić o gospodarce uczciwie i bez ideologizowania. Dzięki temu nie mamy problemu z pozyskaniem wywiadu albo stanowiska od ludzi z obecnego rządu. Tam, gdzie rządzący zasługują, żeby ich pochwalić, robimy to, a tam gdzie należy się krytyka, nie szczędzimy jej. Jeżeli obecny rząd wspiera rynek jesteśmy za, a kiedy go niszczy, jesteśmy przeciwko. Robimy to w sposób otwarty, a to sprawia, że mieścimy się w najlepszej tradycji światowej prasy gospodarczej.
Wspomniał pan, że „Rzeczpospolita” jest gazetą zachowawczą. Trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem, w przeciwieństwie do „Gazety Wyborczej” nie drukujecie na łamach kwestionariuszy do zbierania podpisów poparcia dla polityków.
„Gazeta Wyborcza” jest dziennikiem walczącym, wywodzącym się z określonego środowiska. Ale bardzo szanuję ich za to, co robią. Jestem daleki od krytykowania konkurencji. Po drugiej stronie też obserwujemy zaangażowanie politycznie, można to dostrzec choćby w „Gazecie Polskiej”. Ale są to prywatne media, więc ich właściciele mają absolutne prawo do realizowania działań, które uznają za dobre dla tytułu i potrzebne z perspektywy odbiorcy. Czytelnik „Rzeczpospolitej” raczej nie ceni walczących mediów.
A za co czytelnik najbardziej ceni pański dziennik?
Sądzę, że za wyważenie dyskursu i obiektywizm.
Jakie największe wyzwania stoją przed „Rzeczpospolitą”? Sprzedaż papierowych wydań dzienników spada, rozwój internetu wymusza określone działania.
Rzeczywistość wymusiła zdywersyfikowanie źródeł przychodów. Papierowy nakład gazety i ukazujące się w nim reklamy nie są naszym jedynym i podstawowym źródłem przychodów. Są nimi inne elementy wspierające. W przypadku „Rzeczpospolitej” duża część budżetu jest pozyskiwana z tzw. brendingu.
Czyli?
Z certyfikowania wydarzeń publicznych, np. konferencji. Jesteśmy głównym partnerem medialnym kongresów. m.in. Forum Ekonomicznego w Krynicy. Postawiliśmy na takie rozwiązania, ponieważ dążymy do bycia hubem informacyjnym, który zarządza informacjami i dystrybuuje je wykorzystując różne kanały. Czas dominacji papierowych gazet już minął, jest to już tylko jeden z aspektów funkcjonowania dziennika. Opieranie się na papierowej wersji gazety jako na podstawowym rozwiązaniu jest fundamentalnym błędem. Chociaż nie sądzę, żeby gazety papierowe całkowicie zniknęły, ponieważ papier jest szalenie ważny i jego rola jeszcze przez długie lata będzie istotna.
Ale raczej ta rola będzie symboliczna.
Nie wiem. Lata temu sądziłem, że wiem wszystko na temat przyszłości mediów, natomiast dziś mogę stwierdzić, że nie wiem nic. Można zaobserwować pewne tendencje i trendy na rynku, ale wydawnictwa, które przedwcześnie zlikwidowały wydania papierowe, popełniły fundamentalny błąd. Niektórym udało się wrócić na rynek z wersją papierową, jak amerykańskiemu „Newsweekowi”. Ta sztuka nie udała się tym, którzy jako pierwsi odeszli od papieru, zakładając, że będą rozwijać się wyłącznie elektronicznie. Mam na myśli „Boston Globe”. Dokąd będzie można utrzymać wydania papierowe to „Rzeczpospolita” będzie ukazywać się również w tradycyjnej formie. Przykład „Pulsu Biznesu” pokazuje, że jest sens wydawać gazetę papierową nawet przy nakładzie poniżej 10 tysięcy egzemplarzy.
Czytelnicy weekendowego wydania „Rzeczpospolitej” – „Plusa Minusa” wolą czytać go w wersji papierowej czy elektronicznej?
Zdecydowanie wolą lekturę w wersji papierowej. „Plus Minus” jest bardzo tradycyjnym medium i ma stabilną sprzedaż.
Porównywalnym produktem do niego jest „Tygodnik TVP”, który ukazuje się co piątek, ale tylko w internecie.
„Tygodnik TVP” nie ma prestiżu, który „Plus Minus” zdobył przez trzydzieści lat ukazywania się. Nasz dodatek to praca pokoleń, wykonywana m. in. przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy Macieja Rybińskiego. Czytelnik o tym pamięta. Życzę Dominikowi Zdortowi (szef „Tygodnika TVP” – przyp. red.) i jego ekipie wszystkiego najlepszego, ale czeka ich jeszcze sporo pracy. Pojawia się pytanie, czy w medium tak niestabilnym jak TVP praktyka budowania takiego tytułu się powiedzie. Szczerze w to wątpię.
Dlaczego?
Zbudowanie solidnego medium zajmuje lata.
Czy w obecnej „Rzeczpospolitej” widać jeszcze wpływ Dariusza Fikusa? Był redaktorem naczelnym dziennika w latach 1989-1996.
Oczywiście, ponieważ przeformatował gazetę rządową w niezależny dziennik. Prowadzący gazetę cały czas walczyli z jakąś formą uzależnienia od rządzących, którzy chcieli taktować pismo jako swój biuletyn.
Organ rządowy PRL – taka była „Rzeczpospolita” w styczniu 1982 r.
Na szczęście Fikusowi udało się manewrować i stworzył pismo z instynktem gospodarczym. Dla nas to wyznacznik, którego konsekwentnie się trzymamy. Oczywiście, czasy są już inne, a Fikusowi bliżej jest do Gutenberga, niż do współczesnego medium.
Gdyby pan miał wymienić dziesięć historycznych postaci związanych z „Rzeczpospolitą”, kogo by pan wskazał?
Na pewno założyciela gazety Ignacego Jana Paderewskiego. Także Stanisława Strońskiego wieloletniego redaktora naczelnego do momentu sprzedaży pisma Wojciechowi Korfantemu. Ważnym publicystą w czasach międzywojennych był Kornel Makuszyński, podobnie jak felietonista Adolf Nowaczyński.
Niezwykle ostre pióro. Do wymienionego przez pana grona dodałbym postać Tadeusza Dołęgi Mostowicza.
Właśnie! Zapomniałem o nim, kiedy wymieniałem wcześniejsze nazwiska.
A z postaci „Rzeczpospolitej” w czasach PRL na kogo by pan zwrócił uwagę? W pierwszym numerze z lipca 1944 r., który ukazał się w Chełmie wydrukowano manifest PKWN.
Czas po II wojnie światowej, kiedy „Rzeczpospolita” była gazetą komunistyczną mnie nie interesuje, więc nie mam nic na ten temat do powiedzenia. Nie czytałem wówczas ani nie interesowałem się „Rzeczpospolitą”. Czy tam wówczas byli ważni ludzie? Pewnie dla swojej epoki i dla ówczesnej władzy byli ważni. Jednak to nie były moje rejony działania. W latach 80. działałem w podziemiu i pisałem do gazet ukazujących się w drugim obiegu, do prasy emigracyjnej i do „Tygodnika Powszechnego”. Mój tekst ukazał się też w „Znaku”. Wszystkie artykuły publikowałem pod nazwiskiem, a nie wszyscy wtedy decydowali się na taki krok. W bardzo młodym wieku miałem na koncie sporą ilość publikacji ukazujących się w podziemiu. W oficjalnych mediach pojawiłem się po 1989 r.
Dobrze, poproszę więc o nazwiska postaci, które odcisnęły niezmywalne piętno na „Rzeczpospolitej” po 1989 r.
Będzie to wspomniany już Dariusz Fikus, a także Maciej Łukaszewicz i Piotr Aleksandrowicz. Trzej wielcy ludzie w historii tej gazety. Do grona ważnych postaci zaliczyłbym felietonistę Macieja Rybińskiego, redaktora naczelnego Pawła Lisickiego, z którym nie zawsze nam było po drodze, ale to człowiek, który wiele zrobił dla pisma. Nazwisk osób zasłużonych dla naszej gazety jest wiele. Z osób, które obecnie są w „Rzeczpospolitej”, nie mogę nie wspomnieć o dziennikarzach sportowych Mirosławie Żukowskim i Stefanie Szczepłku, o specjaliście od dziennikarstwa międzynarodowego Jurku Haszczyńskim, no i oczywiście o filarze sekretariatu redakcji Tomaszu Sobieckim. Na tych nazwiskach poprzestanę, ale w „Rzeczpospolitej” pracują jeszcze dziesiątki kolegów, którzy są bardzo ważnymi postaciami naszej gazety.
Rozmawiał TOP
Bogusław Chrabota
Rocznik 1964. Absolwent prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorant w Instytucie Nauk Politycznych UJ. W latach 90. stypendysta Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych, National Forum Foundation oraz amerykańskich uniwersytetów Hartford, UMASS, Boston College i Columbia. W latach 80. publikował m.in. w „Brulionie”, „Tumulcie”, „Promienistych”, „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”. W latach 90. pisał do „Czasu Krakowskiego”, „Press”, „Ozonu”, „Newsweeka”, „Wprost”. Po 1989 r. został dziennikarzem Ośrodka TVP w Krakowie. Pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego Telewizyjnej Agencji Informacyjnej (1992-1993). W 1993 r. został dyrektorem programowym Polsatu. Od stycznia 2013 r. jest redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”.
Koncert legendarnej Kapeli Praskiej
Koncert Kapeli Praskiej, zarejestrowany na jednym z podwórek warszawskiej Pragi, to kolejne wydarzenie z cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom” zorganizowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w ramach programu „Kultura w sieci”.
ŁUKASZ WARZECHA: Marzenie o wspólnej debacie
Piszę ten tekst jeszcze przed środową debatą kandydatów na prezydenta, którą organizuje TVP. Piszę z poczuciem dużego zawodu: rzetelna, prowadzona na neutralnym gruncie, satysfakcjonująca dla widzów i zawierająca element prawdziwej dyskusji debata prezydencka powinna być standardem, który jednak w Polsce najwyraźniej się zdegenerował.
Dobrą tradycją było organizowanie debaty prezydenckiej wspólnie przez trzy największe stacje telewizyjne – TVP, TVN i Polsat. Tak było jeszcze w 2010 r. (w czasie, gdy TVP rządziła wciąż koalicja PiS-SLD-PSL). Pięć lat później wspólną debatę zorganizowały już tylko TVP i Polsat. W tym roku o wspólnej debacie w ogóle już nie ma mowy. Wszystkie media, które miały organizować swoje przedwyborcze spotkania, rezygnują. Zostaje jedynie TVP, która ma obowiązek debatę zorganizować.
Właściwie trudno się dziwić – nie bardzo mogę sobie wyobrazić uzgodnienie wspólnych zasad przez trzy stacje telewizyjne przy takim poziomie podziałów, jaki dziś mamy, także w mediach. Nie sposób sobie przedstawić stojących obok siebie prowadzących z TVP i TVN, które na co dzień są swoimi antytezami i zajadle się wzajemnie atakują.
Tymczasem gdy organizatorami debat były trzy największe stacje telewizyjne, dawało to walor uspokojenia atmosfery. Wymuszało konsens, gdy idzie o przygotowanie pytań i sposób traktowania kandydatów. Pokazywało też – co ma niebagatelne znaczenie – że największe polskie telewizje są w stanie połączyć siły przy realizacji ważnego celu medialnej misji – bo takim jest rzetelne przepytanie kandydatów na prezydenta. Dziś wojna jest totalna. Miejsca na porozumienie nie ma.
Rezygnacja z takiego modus operandi sprawiła, że tym razem każdy chciał mieć swoją debatę – lecz nie w każdej chcieli uczestniczyć dwaj najważniejsi kandydaci. Zresztą nawet gdyby do debat „Newsweeka” czy TVN miało dojść, musiałoby się pojawić pytanie o ich sens w sytuacji, gdy do wyborów pozostało półtora tygodnia. Nadmiar debat rozmyłby ich znaczenie i – tu trzeba zrozumieć głównych kandydatów – wystawiałby przede wszystkim faworytów na dodatkowe i z ich punktu widzenia zbędne ryzyko wpadki. Tak bowiem jest z debatami przed wyborami prezydenckimi, ale też parlamentarnymi (gdy występują przedstawiciele komitetów wyborczych): najbardziej zależy na nich tym, którzy w sondażach są dalej, a najmniej tym, którzy prowadzą. Ci bowiem mają najwięcej do stracenia. Również z tego punktu widzenia jedna wspólna debata najważniejszych stacji telewizyjnych byłaby rozsądnym wyjściem. Nawet prowadzący w wyścigu nie mogliby się od tego jednego starcia wymigać, a słabsi mieliby również swoją szansę.
Wygląda tymczasem, że zostaliśmy z jedną debatą. W momencie, gdy piszę ten tekst, nie wiadomo jeszcze, czy weźmie w niej udział Rafał Trzaskowski. Nie jestem zaskoczony wahaniami jego sztabu, choć decyzja nie jest łatwa. Za uczestnictwem w debacie przemawia oczywiście to, że w przeciwnym wypadku kandydat KO zostanie oskarżony przez przeciwników o tchórzostwo. Przeciwko – fakt, że Trzaskowski był przez TVP traktowany po prostu jako wróg, a on sam także nie szczędził jej najostrzejszych uwag. Tym mógłby kandydat KO uzasadniać swoją odmowę. Wybór nie jest zatem łatwy i być może jego podstawą będą wewnętrzne badania sztabu kandydata Koalicji Obywatelskiej.
Patrząc na sprawę z punktu widzenia osoby zainteresowanej odpowiednim miejscem i kształtem mediów publicznych, nie sposób nie mieć obaw wobec tego, jak przebiegnie debata w telewizji teoretycznie publicznej. TVP w swojej części publicystyczno-informacyjnej została sformatowana po prostu jako instrument propagandy partii rządzącej i trudno z tym w ogóle dyskutować. Można natomiast odnieść wrażenie, że im bliżej wyborów, tym gorzej. Już wewnątrz samego obozu władzy pojawiają się wątpliwości, czy aby nie przesadzono z propagandowym natarciem. Debatę zaś miałby najprawdopodobniej poprowadzić Michał Adamczyk – ten sam, który dopiero co w „Gościu Wiadomości” całkowicie już wyszedł z roli prowadzącego rozmowę i przez kilkadziesiąt sekund wygłaszał tyradę o TVP w czasach Platformy Obywatelskiej, nie dając zaproszonemu do rozmowy Pawłowi Zalewskiemu dojść do głosu. Nie jest usprawiedliwieniem, że z kolei sam Zalewski zaczął od stwierdzenia, że TVP bierze udział w kampanii Andrzeja Dudy. Zwłaszcza że ten pogląd wydaje się dość mocno uzasadniony.
Doprawdy, trudno sobie wyobrazić, żeby ten sam dziennikarz zaledwie kilka dni później miał przepytywać kandydatów na prezydenta – tak się jednak zapewne stanie. Tymczasem, gdyby na poważnie mówić o publicznej, nie partyjnej telewizji, występ taki jak Michała Adamczyka powinien dla niego oznaczać natychmiastowe zniknięcie z anteny, przynajmniej na jakiś czas.
Gdyby kiedyś znów udało się uzgodnić wspólną organizację debaty prezydenckiej przez trzy telewizje, mam swoje prywatne typy dobrych, rzetelnych dziennikarzy z każdej stacji, którzy bez uszczerbku dla rzetelności i z korzyścią dla widzów mogliby takie starcie prowadzić. Wyobraźmy sobie na przykład, że kandydatów na prezydenta przepytują Piotr Witwicki z Polsatu, Krzysztof Ziemiec z TVP i Krzysztof Skórzyński z TVN. Marzenie ściętej głowy?
Łukasz Warzecha









