Dajemy przestrzeń do debaty  – rozmowa z BOGUSŁAWEM CHRABOTĄ, redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”

Jesteśmy raczej dziennikiem zachowawczym niż walczącym. Bliżej nam do realizowania zasady relato refero, niż do bycia gazetą tożsamościową. Czytelnicy to doceniają – mówi redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota.

 

„Rzeczpospolita” świętuje stulecie urodzin. Czym, według jej redaktora naczelnego, różni się od innych polskich dzienników?

 

W realizowaniu naszej misji staramy się być wierni dziennikarstwu niezaangażowanemu. „Rzeczpospolita” jest gazetą konserwatywno-liberalną otwartą na dyskurs publiczny. Publikujemy na naszych łamach szerokie spektrum poważnych opinii od prawa do lewa. Nie zawsze są to wypowiedzi ludzi, którzy podzielają nasze poglądy, czasem są naszymi przeciwnikami, ale szanują nas. Dajemy większą przestrzeń do debaty publicznej niż jakakolwiek inna gazeta w Polsce. Jesteśmy raczej dziennikiem zachowawczym niż walczącym. Bliżej nam do realizowania zasady relato refero, niż do bycia gazetą tożsamościową. Czytelnicy to doceniają.

 

Dziennik, którym pan kieruje, różni się też wizualnie od innych gazet codziennych. Jest bardziej przejrzysty i czytelny.

 

„Rzeczpospolita” jest najlepiej ułożoną gazetą w sensie formatowym. W sposób klarowny definiujemy jedynkę, czyli stronę tytułową, dwójkę, na której są komentarze redakcyjne, oraz trójkę, gdzie są felietony. Pandemia trochę pokrzyżowała nam plany, ale generalnie staramy się nie mieszać tych trzech elementów. Układ sekcji również jest bardzo klarowny. Myślę, że sporo w tym mojego osobistego wkładu, ponieważ zajmowałem się formatowaniem programów w telewizji Polsat. To wiedza z pogranicza marketingu.

 

Duży nacisk „Rzeczpospolita” kładzie na gospodarkę.

 

Jesteśmy gazetą konsekwentnie zorientowaną na polską gospodarkę. To najważniejszy temat dla nas i zazwyczaj na jedynce jest jakiś twardy news ekonomiczny. Staramy się mówić o gospodarce uczciwie i bez ideologizowania. Dzięki temu nie mamy problemu z pozyskaniem wywiadu albo stanowiska od ludzi z obecnego rządu. Tam, gdzie rządzący zasługują, żeby ich pochwalić, robimy to, a tam gdzie należy się krytyka, nie szczędzimy jej. Jeżeli obecny rząd wspiera rynek jesteśmy za, a kiedy go niszczy, jesteśmy przeciwko. Robimy to w sposób otwarty, a to sprawia, że mieścimy się w najlepszej tradycji światowej prasy gospodarczej.

 

Wspomniał pan, że „Rzeczpospolita” jest gazetą zachowawczą. Trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem, w przeciwieństwie do „Gazety Wyborczej” nie drukujecie na łamach kwestionariuszy do zbierania podpisów poparcia dla polityków.

 

„Gazeta Wyborcza” jest dziennikiem walczącym, wywodzącym się z określonego środowiska. Ale bardzo szanuję ich za to, co robią. Jestem daleki od krytykowania konkurencji. Po drugiej stronie też obserwujemy zaangażowanie politycznie, można to dostrzec choćby w „Gazecie Polskiej”. Ale są to prywatne media, więc ich właściciele mają absolutne prawo do realizowania działań, które uznają za dobre dla tytułu i potrzebne z perspektywy odbiorcy. Czytelnik „Rzeczpospolitej” raczej nie ceni walczących mediów.

 

A za co czytelnik najbardziej ceni pański dziennik?

 

Sądzę, że za wyważenie dyskursu i obiektywizm.

 

Jakie największe wyzwania stoją przed „Rzeczpospolitą”? Sprzedaż papierowych wydań dzienników spada, rozwój internetu wymusza określone działania.

 

Rzeczywistość wymusiła zdywersyfikowanie źródeł przychodów. Papierowy nakład gazety i ukazujące się w nim reklamy nie są naszym jedynym i podstawowym źródłem przychodów. Są nimi inne elementy wspierające. W przypadku „Rzeczpospolitej” duża część budżetu jest pozyskiwana z tzw. brendingu.

 

Czyli?

 

Z certyfikowania wydarzeń publicznych, np. konferencji. Jesteśmy głównym partnerem medialnym kongresów. m.in. Forum Ekonomicznego w Krynicy. Postawiliśmy na takie rozwiązania, ponieważ dążymy do bycia hubem informacyjnym, który zarządza informacjami i dystrybuuje je wykorzystując różne kanały. Czas dominacji papierowych gazet już minął, jest to już tylko jeden z aspektów funkcjonowania dziennika. Opieranie się na papierowej wersji gazety jako na podstawowym rozwiązaniu jest fundamentalnym błędem. Chociaż nie sądzę, żeby gazety papierowe całkowicie zniknęły, ponieważ papier jest szalenie ważny i jego rola jeszcze przez długie lata będzie istotna.

 

Ale raczej ta rola będzie symboliczna.

 

Nie wiem. Lata temu sądziłem, że wiem wszystko na temat przyszłości mediów, natomiast dziś mogę stwierdzić, że nie wiem nic. Można zaobserwować pewne tendencje i trendy na rynku, ale wydawnictwa, które przedwcześnie zlikwidowały wydania papierowe, popełniły fundamentalny błąd. Niektórym udało się wrócić na rynek z wersją papierową, jak amerykańskiemu „Newsweekowi”. Ta sztuka nie udała się tym, którzy jako pierwsi odeszli od papieru, zakładając, że będą rozwijać się wyłącznie elektronicznie. Mam na myśli „Boston Globe”. Dokąd będzie można utrzymać wydania papierowe to „Rzeczpospolita” będzie ukazywać się również w tradycyjnej formie. Przykład „Pulsu Biznesu” pokazuje, że jest sens wydawać gazetę papierową nawet przy nakładzie poniżej 10 tysięcy egzemplarzy.

 

Czytelnicy weekendowego wydania „Rzeczpospolitej” –  „Plusa Minusa” wolą czytać go w wersji papierowej czy elektronicznej?

 

Zdecydowanie wolą lekturę w wersji papierowej. „Plus Minus” jest bardzo tradycyjnym medium i ma stabilną sprzedaż.

 

Porównywalnym produktem do niego jest „Tygodnik TVP”, który ukazuje się co piątek, ale tylko w internecie.

 

„Tygodnik TVP” nie ma prestiżu, który „Plus Minus” zdobył przez trzydzieści lat ukazywania się. Nasz dodatek to praca pokoleń, wykonywana m. in. przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy Macieja Rybińskiego. Czytelnik o tym pamięta. Życzę Dominikowi Zdortowi (szef „Tygodnika TVP” – przyp. red.) i jego ekipie wszystkiego najlepszego, ale czeka ich jeszcze sporo pracy. Pojawia się pytanie, czy w medium tak niestabilnym jak TVP praktyka budowania takiego tytułu się powiedzie. Szczerze w to wątpię.

 

Dlaczego?

 

Zbudowanie solidnego medium zajmuje lata.

 

Czy w obecnej „Rzeczpospolitej” widać jeszcze wpływ Dariusza Fikusa? Był redaktorem naczelnym dziennika w latach 1989-1996.

 

Oczywiście, ponieważ przeformatował gazetę rządową w niezależny dziennik. Prowadzący gazetę cały czas walczyli z jakąś formą uzależnienia od rządzących, którzy chcieli taktować pismo jako swój biuletyn.

 

Organ rządowy PRL – taka była „Rzeczpospolita” w styczniu 1982 r.

 

Na szczęście Fikusowi udało się manewrować i stworzył pismo z instynktem gospodarczym. Dla nas to wyznacznik, którego konsekwentnie się trzymamy. Oczywiście, czasy są już inne, a Fikusowi bliżej jest do Gutenberga, niż do współczesnego medium.

 

Gdyby pan miał wymienić dziesięć historycznych postaci związanych z „Rzeczpospolitą”, kogo by pan wskazał?

 

Na pewno założyciela gazety Ignacego Jana Paderewskiego. Także Stanisława Strońskiego wieloletniego redaktora naczelnego do momentu sprzedaży pisma Wojciechowi Korfantemu. Ważnym publicystą w czasach międzywojennych był Kornel Makuszyński, podobnie jak felietonista Adolf Nowaczyński.

 

Niezwykle ostre pióro. Do wymienionego przez pana grona dodałbym postać Tadeusza Dołęgi Mostowicza.

 

Właśnie! Zapomniałem o nim, kiedy wymieniałem wcześniejsze nazwiska.

 

A z postaci „Rzeczpospolitej” w czasach PRL na kogo by pan zwrócił uwagę? W pierwszym numerze z lipca 1944 r., który ukazał się w Chełmie wydrukowano manifest PKWN.

 

Czas po II wojnie światowej, kiedy „Rzeczpospolita” była gazetą komunistyczną mnie nie interesuje, więc nie mam nic na ten temat do powiedzenia. Nie czytałem wówczas ani nie interesowałem się „Rzeczpospolitą”. Czy tam wówczas byli ważni ludzie? Pewnie dla swojej epoki i dla ówczesnej władzy byli ważni. Jednak to nie były moje rejony działania. W latach 80. działałem w podziemiu i pisałem do gazet ukazujących się w drugim obiegu, do prasy emigracyjnej i do „Tygodnika Powszechnego”. Mój tekst ukazał się też w „Znaku”. Wszystkie artykuły publikowałem pod nazwiskiem, a nie wszyscy wtedy decydowali się na taki krok. W bardzo młodym wieku miałem na koncie sporą ilość publikacji ukazujących się w podziemiu. W oficjalnych mediach pojawiłem się po 1989 r.

 

Dobrze, poproszę więc o nazwiska postaci, które odcisnęły niezmywalne piętno na „Rzeczpospolitej” po 1989 r.

 

Będzie to wspomniany już Dariusz Fikus, a także Maciej Łukaszewicz i Piotr Aleksandrowicz. Trzej wielcy ludzie w historii tej gazety. Do grona ważnych postaci zaliczyłbym felietonistę Macieja Rybińskiego, redaktora naczelnego Pawła Lisickiego, z którym nie zawsze nam było po drodze, ale to człowiek, który wiele zrobił dla pisma. Nazwisk osób zasłużonych dla naszej gazety  jest wiele. Z osób, które obecnie są w „Rzeczpospolitej”, nie mogę nie wspomnieć o dziennikarzach sportowych Mirosławie Żukowskim i Stefanie Szczepłku, o specjaliście od  dziennikarstwa międzynarodowego Jurku Haszczyńskim, no i oczywiście o filarze sekretariatu redakcji Tomaszu Sobieckim. Na tych nazwiskach poprzestanę, ale w „Rzeczpospolitej” pracują jeszcze dziesiątki kolegów, którzy są bardzo ważnymi postaciami naszej gazety.

 

Rozmawiał TOP

 


 

Bogusław Chrabota

Rocznik 1964. Absolwent prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorant w Instytucie Nauk Politycznych UJ. W latach 90. stypendysta Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych, National Forum Foundation oraz amerykańskich uniwersytetów Hartford, UMASS, Boston College i Columbia. W latach 80. publikował m.in. w „Brulionie”, „Tumulcie”, „Promienistych”, „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”. W latach 90. pisał do „Czasu Krakowskiego”, „Press”, „Ozonu”, „Newsweeka”, „Wprost”. Po 1989 r. został dziennikarzem Ośrodka TVP w Krakowie. Pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego Telewizyjnej Agencji Informacyjnej (1992-1993). W 1993 r. został dyrektorem programowym Polsatu. Od stycznia 2013 r. jest redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”.

Koncert legendarnej Kapeli Praskiej

Koncert Kapeli Praskiej, zarejestrowany na jednym z podwórek warszawskiej Pragi, to kolejne wydarzenie z cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom” zorganizowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w ramach programu „Kultura w sieci”.

 

 

ŁUKASZ WARZECHA: Marzenie o wspólnej debacie

Piszę ten tekst jeszcze przed środową debatą kandydatów na prezydenta, którą organizuje TVP. Piszę z poczuciem dużego zawodu: rzetelna, prowadzona na neutralnym gruncie, satysfakcjonująca dla widzów i zawierająca element prawdziwej dyskusji debata prezydencka powinna być standardem, który jednak w Polsce najwyraźniej się zdegenerował.

 

Dobrą tradycją było organizowanie debaty prezydenckiej wspólnie przez trzy największe stacje telewizyjne – TVP, TVN i Polsat. Tak było jeszcze w 2010 r. (w czasie, gdy TVP rządziła wciąż koalicja PiS-SLD-PSL). Pięć lat później wspólną debatę zorganizowały już tylko TVP i Polsat. W tym roku o wspólnej debacie w ogóle już nie ma mowy. Wszystkie media, które miały organizować swoje przedwyborcze spotkania, rezygnują. Zostaje jedynie TVP, która ma obowiązek debatę zorganizować.

 

Właściwie trudno się dziwić – nie bardzo mogę sobie wyobrazić uzgodnienie wspólnych zasad przez trzy stacje telewizyjne przy takim poziomie podziałów, jaki dziś mamy, także w mediach. Nie sposób sobie przedstawić stojących obok siebie prowadzących z TVP i TVN, które na co dzień są swoimi antytezami i zajadle się wzajemnie atakują.

 

Tymczasem gdy organizatorami debat były trzy największe stacje telewizyjne, dawało to walor uspokojenia atmosfery. Wymuszało konsens, gdy idzie o przygotowanie pytań i sposób traktowania kandydatów. Pokazywało też – co ma niebagatelne znaczenie – że największe polskie telewizje są w stanie połączyć siły przy realizacji ważnego celu medialnej misji – bo takim jest rzetelne przepytanie kandydatów na prezydenta. Dziś wojna jest totalna. Miejsca na porozumienie nie ma.

 

Rezygnacja z takiego modus operandi sprawiła, że tym razem każdy chciał mieć swoją debatę – lecz nie w każdej chcieli uczestniczyć dwaj najważniejsi kandydaci. Zresztą nawet gdyby do debat „Newsweeka” czy TVN miało dojść, musiałoby się pojawić pytanie o ich sens w sytuacji, gdy do wyborów pozostało półtora tygodnia. Nadmiar debat rozmyłby ich znaczenie i – tu trzeba zrozumieć głównych kandydatów – wystawiałby przede wszystkim faworytów na dodatkowe i z ich punktu widzenia zbędne ryzyko wpadki. Tak bowiem jest z debatami przed wyborami prezydenckimi, ale też parlamentarnymi (gdy występują przedstawiciele komitetów wyborczych): najbardziej zależy na nich tym, którzy w sondażach są dalej, a najmniej tym, którzy prowadzą. Ci bowiem mają najwięcej do stracenia. Również z tego punktu widzenia jedna wspólna debata najważniejszych stacji telewizyjnych byłaby rozsądnym wyjściem. Nawet prowadzący w wyścigu nie mogliby się od tego jednego starcia wymigać, a słabsi mieliby również swoją szansę.

 

Wygląda tymczasem, że zostaliśmy z jedną debatą. W momencie, gdy piszę ten tekst, nie wiadomo jeszcze, czy weźmie w niej udział Rafał Trzaskowski. Nie jestem zaskoczony wahaniami jego sztabu, choć decyzja nie jest łatwa. Za uczestnictwem w debacie przemawia oczywiście to, że w przeciwnym wypadku kandydat KO zostanie oskarżony przez przeciwników o tchórzostwo. Przeciwko – fakt, że Trzaskowski był przez TVP traktowany po prostu jako wróg, a on sam także nie szczędził jej najostrzejszych uwag. Tym mógłby kandydat KO uzasadniać swoją odmowę. Wybór nie jest zatem łatwy i być może jego podstawą będą wewnętrzne badania sztabu kandydata Koalicji Obywatelskiej.

 

Patrząc na sprawę z punktu widzenia osoby zainteresowanej odpowiednim miejscem i kształtem mediów publicznych, nie sposób nie mieć obaw wobec tego, jak przebiegnie debata w telewizji teoretycznie publicznej. TVP w swojej części publicystyczno-informacyjnej została sformatowana po prostu jako instrument propagandy partii rządzącej i trudno z tym w ogóle dyskutować. Można natomiast odnieść wrażenie, że im bliżej wyborów, tym gorzej. Już wewnątrz samego obozu władzy pojawiają się wątpliwości, czy aby nie przesadzono z propagandowym natarciem. Debatę zaś miałby najprawdopodobniej poprowadzić Michał Adamczyk – ten sam, który dopiero co w „Gościu Wiadomości” całkowicie już wyszedł z roli prowadzącego rozmowę i przez kilkadziesiąt sekund wygłaszał tyradę o TVP w czasach Platformy Obywatelskiej, nie dając zaproszonemu do rozmowy Pawłowi Zalewskiemu dojść do głosu. Nie jest usprawiedliwieniem, że z kolei sam Zalewski zaczął od stwierdzenia, że TVP bierze udział w kampanii Andrzeja Dudy. Zwłaszcza że ten pogląd wydaje się dość mocno uzasadniony.

 

Doprawdy, trudno sobie wyobrazić, żeby ten sam dziennikarz zaledwie kilka dni później miał przepytywać kandydatów na prezydenta – tak się jednak zapewne stanie. Tymczasem, gdyby na poważnie mówić o publicznej, nie partyjnej telewizji, występ taki jak Michała Adamczyka powinien dla niego oznaczać natychmiastowe zniknięcie z anteny, przynajmniej na jakiś czas.

 

Gdyby kiedyś znów udało się uzgodnić wspólną organizację debaty prezydenckiej przez trzy telewizje, mam swoje prywatne typy dobrych, rzetelnych dziennikarzy z każdej stacji, którzy bez uszczerbku dla rzetelności i z korzyścią dla widzów mogliby takie starcie prowadzić. Wyobraźmy sobie na przykład, że kandydatów na prezydenta przepytują Piotr Witwicki z Polsatu, Krzysztof Ziemiec z TVP i Krzysztof Skórzyński z TVN. Marzenie ściętej głowy?

 

Łukasz Warzecha

Zawód najwyższego ryzyka – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o stresie i wypoczynku dziennikarzy

Czy zawody medialne wciąż należą do najbardziej stresujących na świecie? Jak wpływa na nasze zdrowie ma długotrwały stres? Czy potrafimy naprawdę wypocząć?

 

Dziennikarze w czołówce najbardziej stresujących zawodów

 

Latem ubiegłego roku na wirtualnych łamach portalu SDP.PL ukazał się artykuł zatytułowany „Presja newsa”[1] poświęcony stresowi wśród dziennikarzy. Ostatnio tematem tym zajął się również Press[2], w kontekście zdrowia pracowników mediów. Czy problem ten dotyka środowisko dziennikarskie w sposób wyjątkowy na tle innych zawodów? Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), która obserwuje i analizuje to zjawisko od lat, stres w pracy ma na nas zdecydowanie niekorzystny wpływ. Wywołuje m.in. szereg chorób sercowo-naczyniowych, z których każda może prowadzić do przedwczesnej śmierci[3], ale również choroby dermatologiczne. Tymczasem zawody medialne wciąż należą do pierwszej dziesiątki najbardziej stresujących na świecie.

 

Co nas stresuje?

 

Serwis Salary.com na podstawie badań i analiz ofert pracy zestawił własną pierwszą dziesiątkę najbardziej stresujących zawodów w Ameryce. Na ósmej pozycji znalazł się dziennikarz prasowy. W grupie stresorów (czynników wywołujących stres) wymieniono: presję czasu, nieprzewidywalne godziny pracy (łącznie z nocą), wprowadzanie poprawek na życzenie redaktorów już po oddaniu materiału oraz relatywnie niskie wynagrodzenia. Ponieważ omawiano grupę dziennikarzy mediów drukowanych, zwrócono też uwagę na niepewność związaną z przyszłością całej tej części branży, a co za tym idzie i samych zatrudnionych w niej żurnalistów. Dodano też istotną dla zjawiska uwagę, że dobry reporter jest zawsze w pracy[4].

 

CBS, powołując się na badania CareerCast, umieściła w pierwszej dziesiątce najbardziej stresujących prac dwa zawody medialne. Na pozycji siódmej znalazł się dziennikarz odpowiedzialny za newsy. Podkreślono, że niezbyt wysokie bezpieczeństwo zatrudnienia i przeciętne zarobki potęgują dodatkowo stres wynikający już z samego faktu, że „newsy nigdy nie przestają napływać”. Co warte podkreślenia według przywołanych badań stres wynikający z konieczności dotrzymywania terminów znalazł się w ocenie ekspertów tuż za będącym efektem narażania własnego życia. Jeszcze wyżej, bo na piątej pozycji ulokowany został dziennikarz występujący na żywo. Oprócz wspominanej już gonitwy z czasem dodano jeszcze konieczność dobrego wypadania na wizji lub w eterze bez względu na okoliczności[5].

 

Całodobowy maraton stresu

 

Psycholog biznesu Wacław Kisiel-Dorohinicki z Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Tischnera w Krakowie dodaje do grona czynników wywołujących stres w środowisku medialnym następującą myśl: zmiana, jaka zaszła w obrębie zawodu dziennikarza, powszechność dojścia do niego, jaką niewątpliwie daje obecna technologia, widoczna jest gołym okiem. Zwraca w tym miejscu uwagę na nowe oczekiwania wobec reporterów, chociażby w kontekście zmian technologicznych, takich jak dostarczanie materiału online bezpośrednio z miejsca zdarzenia i jego wcześniejszą, przynajmniej wstępną obróbkę. Dziennikarz nie może się nie rozwijać i pod tym względem, jeśli chce zachować swoją pozycję w redakcji i dostarczać oczekiwanej jakości dzieło. Dochodzi do tego, wspomniana przez Kisiel-Dorohinickiego rywalizacja o etat czy zlecenia ze strony innych kandydatów.

 

Zgadza się z tym psycholog i doradca zawodowy Wojciech Kreft z warszawskiej NeoKariery. Wskazuje ponadto wymóg: dużo większej od przeciętnej odporności na bezpośrednią ekspozycję społeczną, ciągłe bycie on-line i podążanie za zmieniającymi się gustami różnych grup odbiorców. Dziennikarz to przecież też osoba działająca w przestrzeni publicznej, która nie zawsze jest przychylnie nastawiona do danej redakcji lub nawet do mediów w ogóle.

 

Wypoczynek w świecie komunikacji

 

W 2015 roku na blogu Związku Firm Public Relations w Polsce Joanna Delbar napisała, że specjaliści ds. komunikacji mają problem z odreagowywaniem i wypoczynkiem po pracy. Umiejętności te uznawane zaś są za jedne z najistotniejszych miękkich kompetencji przyszłości. Firmy chcą pracownika, który na stanowisku stawi się w pełni sił witalnych i z pozytywnym nastawieniem do czekających go wyzwań. Długotrwały stres i brak możliwości lub umiejętności odreagowania należą do istotnych czynników wypalenia zawodowego, które WHO uznała za kolejną chorobę zawodową XXI wieku. W tym miejscu należy zauważyć, że specjalista ds. Public Relations i organizator wydarzeń (Event Coordinator) to również zawody, które należą do pierwszej dziesiątki światowych zestawień najbardziej stresujących profesji. A czy dziennikarze potrafią wypoczywać? Czy też faktycznie są zawsze w pracy, bo, jak to ujął Jakub Porada w jednym ze swoich podróżniczych programów: „tematy leżą na ulicy”?

 

Stres wypoczynku

 

Na pytanie o to: kto jest zawsze w pracy? Zapewne odpowiemy – pracoholik. Do charakterystycznych postaw osoby „uzależnionej od pracy” należy m.in. brak umiejętności wykorzystywania wolnego czasu. Co gorsza, wyjazd na wakacje również należy do grona stresorów[6]. Bo stresor wcale nie musi być jednoznacznie negatywny. Duże znaczenie ma intensywność tego czynnika. Dziennikarz może uwielbiać redakcyjne tempo pracy, presję czasu, konieczność opanowania emocji w czasie wejść na żywo i związaną z tym samokontrolę – panowanie nie tylko nad głosem, ale też mową ciała od mimiki po gesty. Zgodnie z teorią stresu Hansa Seyle znaczenie w tym wypadku ma wspomniana intensywność doznania, długotrwały wymóg dostosowywania się do sytuacji, która dla ludzkiego organizmu nie jest komfortowa. Pamiętajmy, że według przywołanych analiz CareerCast presja czasu znajduje się pod tym względem tuż za narażaniem życia.

 

Co stresuje podczas wypoczynku? Różne elementy: konieczność znalezienia się w nowych sytuacjach, atawistyczny lęk przed nieznanym, ale również brak wpływu na to, co się dzieje w redakcji podczas naszego urlopu i wynikający zeń strach przed utratą pozycji. W przywołanych poradach dla specjalistów ds. PR pojawiają się kluczowe zasady: znajdź przestrzeń, miejsce, sposób spędzania wolnego czasu, w którym faktycznie wypoczywasz. Do tego dochodzi rzecz istotna – poinformuj klientów, że w określonych dniach cię po prostu nie ma; jesteś nieosiągalny jak horyzont. Czy to możliwe w świecie, w którym „tematy leżą na ulicy” i „zawsze jest się w pracy”? To ostatnie skojarzenie podkreślają też specjaliści z zakresu współpracy z mediami, np. Adam Łaszyn w poradniku „Media i Ty”. Czy to więc tylko wizerunek zawodu i branży? Czy też tak jest naprawdę, że czujemy imperatyw podjęcia tropu, gromadzenia informacji, kolekcjonowania tematów na zapas?

 

Czy radzenia sobie ze stresem powinni uczyć na studiach?

 

Skoro stres jest tak silnie i w udokumentowany sposób związany z zawodem dziennikarza to może powinien stanowić element profesjonalnych przygotowań do pracy? Czy na studiach dziennikarskich uczy się radzenia sobie ze stresem? U nas tak – informuje dr Tomasz Chrząstek, prodziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. – Mamy w programie zajęcia fakultatywne, na które uczęszcza liczna grupa studentów. Poznają na nich różne metody radzenia sobie ze stresem – od najprostszych technik oddechowych, po różne nowatorskie formy odreagowania. Prowadzą je pracownicy Wydziału Pedagogiki i Psychologii UJK. Wygląda więc na to, że problem został dostrzeżony, a środowisko akademickie zareagowało na niego, wykorzystując potencjał uczelni. Rzecz w tym, że nie wszyscy dziennikarze to absolwenci dziennikarstwa, a takie rozwiązania to rzeczy stosunkowo nowe.

 

Drogi do wypoczynku

 

Zgodnie z zaleceniami dla specjalistów z zakresu PR, żeby wypocząć, należy znaleźć pomysł na siebie. Każdy potrzebuje miejsca, wyzwania, wydarzenia czy aktywności, które sprawią, że faktycznie „naładujemy akumulatory”. W 2020 roku w związku z pandemią mamy ograniczone możliwości do podróży. Czy zestresowany człowiek w Polsce ma szansę na to, żeby w pełni wypocząć? – Zdecydowanie tak! – odpowiada Jacek Kowalczyk, ekspert w dziedzinie turystyki, dawny członek Rady Polskiej Organizacji Turystycznej obecnie szefujący Ostrowieckiemu Browarowi Kultury. – Tylko warto poszukać swojego miejsca poza głównym nurtem (wielkimi sieciami, wydarzeniami i kurortami) w turystyce alternatywnej. Na przykład współczesna agroturystyka to już nie tylko po prostu kwatera. To coraz częściej szansa na spotkanie z ciekawymi ludźmi, którzy porzucili miasto, wybierając inne życie. Jesteśmy jednostkami społecznymi, a takie miejsca pozwalają wypocząć, ale i zwyczajnie pogadać. To wszystko: przestrzeń, czas i ludzie zapewniają dobry reset. Od czego zacząć poszukiwania? – Na przykład od poczty pantoflowej, od doświadczeń naszych znajomych. Warto zwrócić uwagę na ośrodki, które nie do końca się reklamują – dodaje Kowalczyk. – W mojej opinii interesująca jest w tym kontekście mniej zurbanizowana Polska wschodnia. Szukajmy miejsca, które będzie odpowiadało preferowanej przez nas formie aktywności. Ja resetuję się w trakcie jazdy na rowerze, która zapewnia dwa istotne czynniki: wysiłek fizyczny i uspokaja. Może oczywiście dać też solidny „kop adrenaliny”, jeśli komuś tego akurat potrzeba. Z innych pomysłów obserwuję wzmożone zainteresowanie plenerami fotograficznymi Ponidzia, gdzie przyjeżdżają już nie tylko zawodowcy ale również amatorzy, by robić zdjęcia, doskonalić warsztat i spędzać czas z dala od zgiełku. Zapytany o to, czy poszukiwanie pomysłu na swój relaks można zacząć w mieście, stwierdza: – Tak, ale do miasta warto podejść tematycznie, czyli poznawać je pod jakimś interesującym nas kątem. Do tego na przykład w Kielcach znajdziemy hoteliki na obrzeżach, już w strefie lasu, blisko szlaków turystycznych, czy rowerowych, a w razie takiej ochoty w parę minut bez trudu przemieścimy się do centrum, żeby czerpać z jego atrakcji.

 

Jak rodzić sobie z codziennym stresem?

 

Radzenie sobie ze stresem jest na poziomie zasad proste. Powinniśmy skupić myśli na czymś innym niż stresor i oddychać. Na treningach z tego zakresu dostaniemy nieskomplikowane i praktyczne rady, typu: zamknij oczy i wyobraź sobie, że z każdym wydechem pozbywasz się negatywnej energii (nadaj jej w myślach kolor: np. czarny) a wdychasz czyste dobro i pozytywne moce. W redakcyjnym zgiełku może być o to trudno, ale przestrzeń na chwilę oddechu musimy sobie zapewnić. Drugą sprawą jest szybkie odreagowanie i zrzucenie z siebie napięć pod koniec dnia. Marek Kacprzak (obecnie Wirtualna Polska) podczas spotkania ze studentami dziennikarstwa mówił, że on po prostu biega. To jest ten czas, w którym nie czyta spływających non stop aktualnych komunikatów, nie odpowiada na wiadomości. Koncentruje się na drodze, tempie, oddechu. Jak nie stracić motywacji? Można wyznaczyć sobie cel. Na przykład Kacprzak jest uczestnikiem zawodów triathlonowych.

 

Każdy jednak musi znaleźć sam odpowiadającą mu formę aktywności, kiedy skoncentrowany jest na czymś innym. Istotne są zajęcia wymagające skupienia się na nich np. modelarstwo. To powinno być coś, co nas w pełni pochłonie. Przeniesie gdzie indziej. Skoncentruje myśli na innych wyzwaniach.

 

Co z misją?

 

Czy dziennikarz może „nie być stale w pracy”, skoro wykonuje zawód misyjny? To trudna kwestia, ale łatwo zauważyć, że wszystkie najbardziej stresujące zawody świata są misyjne: żołnierz, strażak, lekarz, policjant, czy nie zawsze obecny w rankingach nauczyciel. Tu miejsce na istotną uwagę – w mediach pojawiają się często komunikaty o tym, że pomocy udzielił np. strażak, który akurat nie był na służbie. Ten zwrot to chyba słowo klucz do znalezienia równowagi życiowej. Dziennikarz odpowiada za informowanie, relacjonowanie, opowiadanie zajmujących historii, które poruszą odbiorców, realizuje swoją misję, ale nie zawsze musi być „na służbie”. WHO zwraca ponadto uwagę, że na zmniejszenie poziomu stresu w miejscu pracy duży wpływ ma świadome przywództwo, ale to już zupełnie inny temat[7].

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/presja-newsa-zbigniew-brzezinski-o-stresie-wsrod-dziennikarzy/ – dostęp 03.06.2020 r.

[2] https://www.press.pl/magazyn-press/artykul/61438,az-sie-zepsujesz – dostęp 03.06.2020 r.

[3] https://www.who.int/publications/cra/chapters/volume2/1651-1802.pdf – dostęp 03.06.2020 r.

[4] https://www.salary.com/articles/the-top-10-most-stressful-jobs/ – dostęp 03.06.2020 r.

[5] https://www.cbsnews.com/news/10-most-and-least-stressful-jobs-in-america/ – dostęp 03.06.2020 r.

[6] http://www.psychologia.edu.pl/slownik/id.stresor/i.html – dostęp 03.06.2020 r.

[7] https://www.who.int/occupational_health/topics/stressatwp/en/ – dostęp 04.06.2020 r.

Zostań fundatorem Nagrody Solidarności Dziennikarskiej

25 czerwcu 2020 roku już po raz 27. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wręczy swoje doroczne nagrody najlepszym dziennikarzom za ich pracę w roku 2019.

 

Jury konkursowe nie ma łatwego zadania, bo na konkurs wpływa co roku kilkaset tekstów prasowych, po kilkadziesiąt audycji radiowych i telewizyjnych, wreszcie – publikacji internetowych.

 

Pragniemy, aby wśród nagród w wielu kategoriach była też jedna wyjątkowa: Nagroda Solidarności Dziennikarskiej. Jury przyzna ją dziennikarzowi, który swoją pracą, gestem lub postawą okazał solidarność z kimś, kto takiego wsparcia potrzebował.

 

Chcemy taką osobę wyróżnić nie po to, by się jej odwdzięczyć – bo czasem żadne podziękowania nie wystarczą – ale by dać światu inspirację. Przypomnieć, że dziennikarstwo to także służba, troska i nie tylko emocje, ale też konkretne czyny. Że to zawód społecznej odpowiedzialności.

 

Każda z nagród SDP ma wymiar finansowy, dlatego także laureat Nagrody Solidarności Dziennikarskiej otrzyma kwotę 5000 zł. Naszym marzeniem jest, aby dar ten pochodził wprost od tych, którzy szanują pracę dziennikarzy i zechcą to wyrazić przyczyniając się do ufundowania tej nagrody. O ileż cenniejsza jest nagroda, za którą stoi wspólnota, a nie jedna osoba czy instytucja! Dlatego założyliśmy tę zrzutkę i prosimy Was o hojność: zostańcie współfundatorami tej szczególnej nagrody. Reklama: anglų kalba internetu bei Kaune, Vilniuje ir Klaipėdoje.

 

Każdy darczyńca, który wyrazi na to zgodę, zostanie wpisany jako fundator Nagrody do księgi podsumowującej tegoroczny konkurs.

 

LINK DO ZBIÓRKI

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: 14 czerwca – dzień, którego nie ma

14 czerwca to Dzień Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady. Rocznica pierwszego transportu Polaków do Auschwitz w 1940 r. Niestety, media albo przemilczają, albo zakłamują historie niemieckich katów i polskich ofiar Auschwitz, Ravensbruck i innych miejsc zagłady.

 

14 czerwca 1940 r. z Tarnowa do Auschwitz Niemcy przewieźli 728 mężczyzn. Byli to głównie młodzi ludzie, żołnierze września 1939 r., członkowie tajnych organizacji. Powtórzmy – Niemcy przewieźli Polaków. Niemieccy oprawcy wrzucili polskich więźniów do bydlęcych wagonów, aby ich dalej eksterminować w tworzonym przez siebie obozie koncentracyjnym. Tymczasem współczesne niemieckie gazety mają czelność pisać o „polskich obozach koncentracyjnych”.

 

„Brednie Morawieckiego”

 

Właśnie, Niemcy – to szczególnie skandaliczne, kiedy Niemcy produkują i rozpowszechniają kłamstwa medialne o Auschwitz i innych niemieckich obozach sprzed lat. Ale podobne fałszerstwa pojawiają się też w Polsce. Niesłychane, bo to tak, jakby współcześni Polacy mieli w poważaniu cierpienia swoich ojców i dziadków.

 

Brednie Morawieckiego w Oświęcimiu nie do zniesienia. Chce przerzucić zbrodnie nazistów na naród niemiecki” – taki ubiegłoroczny Twitt Izabeli Leszczyny cytowały media od lewa do prawa. Posłanka PO wpisała się tym samym w hejt wobec premiera RP. Skąd ten hejt? Podczas uroczystości 74 rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz – w styczniu 2019 r. – Mateusz Morawiecki stwierdził, że Holocaustu nie dokonali żadni naziści, lecz Niemcy hitlerowskie. Słowom szefa rządu nie mogła się nadziwić „Gazeta Wyborcza”, czy spokrewniony portal oko.press.pl. Dlaczego? Bo Niemcy nie mieli, nie mają i nie mogą mieć z eksterminacją Polaków nic wspólnego.

 

Głos zabrał wówczas również dyrektor Muzeum Auschwitz Piotr Cywiński: „Dlaczego media używają języka wojny dla opisania pokoju? Już zaczęliśmy za to płacić”. Sugestia odnosiła się nie do historii, ale współczesności: że do śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza doprowadziły media (publiczne). Tych słów słuchał przedstawiciel prezydenta minister Wojciech Kolarski, premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Piotr Gliński. Podziwiam szczególnie spokój tego ostatniego: bo minister kultury nadzoruje muzeum Auschwitz, a dyr. Cywiński jest ministra podwładnym. Spokój spokojem, ale do dziś nie wyciągnięto konsekwencji wobec krnąbrnego urzędnika, którego działania oceniane są przez wielu – w tym ofiary i rodziny ofiar niemieckich obozów  – jako nie licujące z polską racją stanu.

 

Technika nazistów

 

Niestety to nie koniec zakłamywania historii Auschwitz. Były więzień Leon Weintraub, który do obozu trafił w sierpniu 1944 r., podczas oficjalnych uroczystości mówił, że „technikę masowego i przemysłowego mordowania” wprowadzili naziści [nie Niemcy]. A później wypalił ciężką amunicją, że naziści są do dziś w Europie, a szczególnie w Polsce.

 

Jakieś usprawiedliwienie dla słów byłego więźnia? Żadnego. Nie może być nim również to, że na co dzień p. Weintraub mieszka w Szwecji, gdzie poprawność polityczna nakazuje mówić o „polskich obozach koncentracyjnych” i w Polakach, nie Niemcach widzieć nazistów.

 

„Po terenie biegają faszyści”

 

 

Ale to nie tylko problem Szwecji. Prym w zrzucaniu odpowiedzialności za zło II wojny światowej z Niemców na Polaków wiodą… Niemcy. „Czy można zgodzić się na to, by goście z symbolami antysemickich ugrupowań upamiętniali swoich zmarłych w Ravensbrueck?” – zastanawiała się Insa Eschebach, dyrektor Muzeum KL Ravensbrueck w wywiadzie dla niemieckiego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

 

Jakie to antysemickie symbole? Opaski Narodowych Sil Zbrojnych i transparenty „German Death Camps. Not Polish. Remember„. Na nic zdały się tłumaczenia polskiej ambasady, że kobiety z NSZ były więzione w Ravensbrueck. Pani dyrektor z rozrzewnieniem wspominała, że „w czasach NRD i w pierwszych latach po demokratycznym zwrocie (uroczystości) przebiegały bardziej harmonijnie”. A teraz były skargi, że „po terenie (obozu) biegają faszyści”. Faszyści, czyli Polki, Polacy.

 

Zachowanie Polaków podczas uroczystości dyrektor Muzeum KL Ravensbrueck oceniła jako… „uprawianie polityki historycznej„, co „bardzo przybiera na sile (…) na fali neonacjonalistycznych procesów”. Czyli kto jest nazistą? Polacy. Naziści, faszyści – wszystko jedno. Plan jest taki, aby odpowiedzialnymi za wszelkie zło tego świata, a przede wszystkim za zło niemieckiego nazizmu byli Polacy.

 

„Brednie Szydło”

 

Przed „bredniami Morawieckiego” były „brednie Szydło”. W czerwcu 2017 r. premier rządu RP powiedziała: „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby uchronić swoich obywateli”. Powiedziała oczywistą oczywistość, odnosząc się do historycznych faktów, że Polacy, w tym mieszkający w okolicy niemieckiego obozu, starali się ratować więźniów – przecież przez pierwsze lata przede wszystkim obywateli polskich.

 

Premier Beata Szydło tymi słowami wywołała polityczną burzę. No bo jak to, przecież poprawno-polityczna wersja brzmi: w Auschwitz ginęli Żydzi, a że wielu było obywatelami Rzeczpospolitej – kogo to obchodzi. A że Auschwitz Niemcy stworzyli dla eksterminacji Polaków, polskich elit – to tylko zaciemnia obraz Holocaustu Żydów.

 

Po słowach premier Szydło larum podniosła krajowa opozycja, a także – z Brukseli – Donald Tusk. Że to skandal i wykorzystywanie Auschwitz do bieżących celów (można spytać – wykorzystywanie w jaki sposób?). Taki przekaz dnia popłynął następnie w świat – dzięki polskim, a może bardziej polskojęzycznym mediom. I znów Polska została napiętnowana jako kraj zaściankowy, ksenofobiczny, który nie potrafi nawet uszanować pamięci ofiar.

 

I skandalem jest zarówno to, że 14 czerwca, w rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz o „polskich obozach koncentracyjnych” piszą niemieckie gazety. Ale nie mniej kompromitujący jest fakt, że przeciw temu kłamstwu oświęcimskiemu nie protestują polskie, a może bardziej polskojęzyczne media. A także polscy, a może bardziej polskojęzyczni politycy. Że te media i ci politycy z łatwością pomijają polskie ofiary Auschwitz i polskie transporty – w tym pierwszy z 14 czerwca 1940 r.

 

Tadeusz Płużański

Trójka ma uwodzić słuchaczy – rozmowa z JAKUBEM STRZYCZKOWSKIM, szefem Programu 3 Polskiego Radia

W najbliższym czasie będę państwa zaskakiwał dobrymi wiadomościami o niespodziankach antenowych w Trójce. Każdy tydzień przyniesie coś nowego – mówi dyrektor, redaktor naczelny Programu 3 Polskiego Radia Jakub Strzyczkowski.

  

Jak pan w skali od 1 do 10 ocenia trudność swojej misji jako szef radiowej Trójki? Na 11, 12?

 

(Śmiech) Jest pan realistą i dobrze ocenia sytuację. Jeżeli skala kończy się na dziesiątce, to spokojnie możemy mówić o trzynastce, bo tam gdzie jest trójka, tam jest nadzieja.

 

Trzynastka w polskiej tradycji jest uważana za liczbę feralną.

 

Tak, ale proszę zwrócić uwagę, że w przyrodzie i w świadomości ludzkiej występuje szczęśliwa trzynastka. Poza tym trzynastka może też być kodem przyszłości, bo ta liczba ma dwie cyfry, jedynkę, czyli coś co nam się dobrze kojarzy np. z byciem liderem oraz trójkę, która jest pewnym przesłaniem dotyczącym Programu 3 Polskiego Radia.

 

Sporo udało się panu zrobić od 25 maja, czyli od mianowania na szefa stacji. Zatrzymał pan odejścia pracowników. Do pracy w Trójce wrócił m.in. Piotr Metz. Czy jest szansa na powrót pana Marka Niedźwieckiego?

 

Mam wielką nadzieję, że tak się stanie. Obecnie Biuro Prawne Polskiego Radia prowadzi rozmowy z pełnomocnikiem pana Marka Niedźwieckiego, panem mecenasem Maciejem Ślusarkiem. Bardzo liczę na dobrą wolę i zrozumienie sytuacji ze strony Polskiego Radia. Nie tylko dla Trójki, ale dla całego Polskiego Radia powrót pana Marka Niedźwieckiego jest ważny i symboliczny. Byłby pięknym sygnałem, że Trójkę udało się uratować.

 

Warunkiem powrotu pana Marka Niedźwieckiego są przeprosiny ze strony Polskiego Radia.

 

Tak, chodzi o przeprosiny ze strony zarządu Polskiego Radia i dyrektora pana Tomasza Kowalczewskiego. Trudno mi komentować sytuację, bo nie znam szczegółów dotyczących negocjacji w tej sprawie, ale jestem dobrej myśli, że wszystko zakończy się dobrze.

 

Przewidziano termin zakończenia tych rozmów?

 

Nie ma ostatecznej daty. Oczywiście w każdej chwili pan mecenas Maciej Ślusarek, pełnomocnik pana Marka Niedźwieckiego może złożyć do sądu pozew przeciwko Polskiemu Radiu i osobom prywatnym. Nawet nie wiem czy już tego nie zrobił. (Wywiad został przeprowadzony 8 czerwca, dwa dni później w mediach pojawił się informacja, że dziennikarz złożył pozew do sądu – przyp. red.) Ale taki pozew, na każdym etapie można wycofać. Jeżeliby doszło do pierwszej rozprawy, taka sytuacja miałaby słaby wpływ na wizerunek Polskiego Radia. Na tym wszyscy tracą. To jest bez sensu.

 

Czyli jest szansa, że pan Marek Niedźwiecki poprowadzi dwutysięczne wydanie Listy Przebojów Programu 3, które pierwotnie miało odbyć się 5 czerwca?

 

Na razie termin notowań listy numer 2000 przesuwamy w nadziei, że doczekamy się na dwójkę prowadzących, pana Marka Niedźwieckiego i Piotra Barona.

 

Czy możliwy jest powrót do Trójki pana Dariusza Rosiaka? Dziennikarz prowadził program „Raport o stanie świata”, w którym poruszano najważniejsze wydarzenia polityczne, społeczne i kulturalne na świecie w mijającym tygodniu.

 

Rozmawiam z Darkiem i mam nadzieję, że jego powrót do radia jest możliwy. On realizuje swoje projekty w internecie, ale spróbujemy to w przyszłości pogodzić. Mam nadzieję, że się uda.

 

Ma pan misję ocieplenia władzy czy zrealizowania zapewnień Rady Mediów Narodowych?

 

(Śmiech) Przepraszam, że się śmieję, ale w jednym z wywiadów uprzedziłem ten sposób myślenia.

 

W rozmowie z „Dziennikiem. Gazetą Prawną”.

 

Niektórzy oczywiście tak będą odbierać czy traktować moje działania. Mam jednak nadzieję na realizowanie dłuższej misji, bo w Trójce jest wiele rzeczy do zrobienia, a uważam, że mam szansę na wprowadzenie zmian. A poza tym, cóż to znaczy ocieplanie wizerunku władzy? Władza zdecydowała się na podjęcie pewnych kroków  w sprawie Programu 3 Polskiego Radia. Nie mnie oceniać czy są one wystarczające. Na pewno to, co stało się z Trójką wpływa w jakimś stopniu na ocenę władzy i rzutuje na jej PR. Trudno się więc dziwić, że szeroko pojęta władza martwi się, myśli co z tym fantem zrobić i podejmuje działania. Chyba każdy z nas będąc na jej miejscu zachowywałby się i działał podobnie.

 

Jeszcze dopytam: kto w panu pokłada większą nadzieję, zespół Trójki czy politycy?

 

(Śmiech) Nie oczekuję od polityków pokładania we mnie nadziei. Liczę, że nadzieje pokładają we mnie słuchacze Trójki. Otrzymują tysiące ciepłych e-maili zachęcających do pracy i pozostania w Programie 3 Polskiego Radia. Ze strony zespołu redakcyjnego czuję chęć współpracy i przyzwolenie na podejmowane przeze mnie działania. Jest to bardzo ważne. Jeżeli kilka osób odejdzie z Trójki ze względu na podjęte zobowiązania zawodowe albo zmęczenie sytuacją, zrozumiem to. Będzie to dla mnie jasne. Ze swej strony mogę zapewnić, że dołożę starań, aby Trójka nie straciła swojego charakteru. W najbliższym czasie będę Państwa zaskakiwał dobrymi wiadomościami o niespodziankach antenowych. Obiecuję, że każdy tydzień przyniesie coś nowego.

 

Może pan zdradzić szczegóły niespodzianek, które nas czekają?

 

Przepraszam, ale na razie jest za wcześnie, żeby mówić o szczegółach. Mogę jedynie  powiedzieć, że w tygodniu po Bożym Ciele poinformuję Państwa o nowych współpracownikach, którzy pojawią się na antenie Trójki.

 

Jakie długofalowe cele chce pan zrealizować w Trójce?

 

Najpierw chciałbym sprawić, żeby wróciła antena. To jest podstawa, bo najdelikatniej mówiąc, zastałem w Trójce nieciekawą sytuację. Kolejnym niezwykle ważnym celem są starania o uwagę i akceptację słuchaczy. Chcę wziąć udział w wyścigu o słuchacza. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że aby mieć w nim szanse, trzeba wprowadzać zmiany. Modernizację należy jednak wdrażać nie w sposób rewolucyjny, ale ewolucyjny. Radiowa Trójka powinna być piękną, atrakcyjną kobietą, która potrafi uwodzić i na długo utrzymać przy sobie.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

 

 Rozmawiał TOP, fot. YouTube/Polskie Radio

 

Wywiad zostały przeprowadzony 8 czerwca 2020 r.

 


 

Jakub Strzyczkowski

Rocznik 1967 r. Absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego, od końca lat 80. dziennikarz, a później redaktor Programu 3 Polskiego Radia. Współpracował też z TVP1, gdzie prowadził m.in. programy: „Teleexpress”, „Z refleksem”, „Kwadrans po ósmej”. W 2008 r. nagrodzony Złotym Mikrofonem oraz tytułem Mistrza Mowy Polskiej Vox Populi, w 2011 r. otrzymał Nagrodę im. Krzysztofa Dzierżawskiego. 25 maja 2020 r. mianowany dyrektorem, redaktorem naczelnym Programu 3 Polskiego Radia.

O Radiu Wnet i jego twórcy – laurka STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Będzie o Krzysztofie Skowrońskim (lat 55 właśnie obchodzi). Ale napiszę tylko o Krzysztofie dziennikarzu: o zdolnościach (wrodzonych i nabytych), o codziennej pracy (… zasuwaniu) i miłości (Radio Wnet, właśnie od lat 11-stu, też jubileusz). 

 

Filozofował, studiował (i chyba nadal to robi). Szedł sobie ulicą Myśliwiecką i przeczytał ogłoszenie na płocie budynku Polskiego Radia, że jest pracowniczy konkurs. Wszedł i dość długo z nim gadali. No i właśnie jego wybrali. Ale tak naprawdę zafascynował się pracą na fonii dopiero po zetknięciu się z Andrzejem Woyciechowskim. Ów przy poznaniu wydawał się człowiekiem dość mrocznym, żeby nie powiedzieć ponurym. Poznałem go w domu Michael’a Castex’a, korespondenta Agence France Press, w stanie wojennym. Zaczęliśmy gadać, drinkując i przesiedzieliśmy całą noc. Był to niezwykły gość. Żony nasze poszły spać, a my rozmawialiśmy o wszystkim – o Żydach – polskich i obcych.

 

Krzysztof pracował z Andrzejem kilka lat w Radio Zet, które było i jest dobre do dziś. Drugie w Polsce pod względem słuchalności. Tylko RMF FM ma więcej.

 

To chyba wtedy w Zetce zamarzyło się Krzysztofowi, własne radio. Ba! Chcieć, a mieć to daleka droga. Ale zaczął step by step. Ruszyła maszyna… po drogach i szynach. Najpierw z Hotelu Europejskiego (oczywiście przed przebudową). Maleńkie 2 pokoiki, zapchane sprzętem, kilkuosobowa załoga (oszczędność personalna obowiązuje we „Wnecie” do dziś) i coraz liczniejsi goście, potem była Koszykowa, pokoik, ale już z balkonikiem, tak jak na Nowym Świecie w Zet-ce. I można było kopsnąć szluga, gdy leciała piosenka. Wreszcie przenosiny do PASTY na piąte piętro – piękny widok na Marszałkowską i Świętokrzyską. Świadomość, że nadaje się z historycznego gmachu, gdzie gościny radiu udzielili najczcigodniejsi kombatanci – AK-owcy.

 

Udało się. Trwa. I idzie ciągle jak burza.

 

Najważniejszy jest Poranek Radia Wnet – od 7:07 do 9-tej, 10-tej, w dni powszednie. W Warszawie na częstotliwości 87,8 MHz, w Krakowie 95,2 MHz. Zasięg po kilkadziesiąt kilometrów wokół miast. Ale w internecie oczywiście – z szybkością światła na cały świat. Miast polskich z lokalnymi redakcjami – WNET będzie więcej, już są przydzielone nowe koncesje. Ale jak to wszystko uruchomić? – duma redaktor, prezes, właściciel. Redaktorowanie, menedżerowanie to praca nie na parę rąk. Prawą – jest Lech Rustecki, facet który naprawdę potrafi wszystko od techniki, kalkulowania, po dziennikarzenie – ma świetne pomysły i doskonale sam prowadzi własne audycje. Krzysztof Skowroński jak już będzie miał potężne, ogólnopolskie konsorcjum, na pewno odpuści trochę menedżerowania. Ale na pewno nie zrezygnuje z wydawania i prowadzenia programów. Dziś ma już wielką pomoc Magdaleny Uchaniuk i Łukasza Jankowskiego. Idą już młodzi, ale głównie ta trójka tworzy „Poranki”.

 

7:07 wyrusza yellow submarine i przenosimy się w Polskę i świat. Chętnie piszę o tychże porankach Wnetu, bo słucham i lubię. Krzysztof ma świetne oko poławiacza talentów, a może przede wszystkim słuch radiowy. Celnie wybiera. Daje pole działania i szanse zawodowe. Oczywiście szkoli, ale tak, że się tego nie czuje. O wszystkich, zawsze wszystko wie i oni wiedzą. Pomaga, podpowiada, życzliwie słucha. Taki mały zespół da się opanować, ale wszyscy muszą chcieć i lubić to co robią. W molochach radiostacyjnych redaktorostwo nadrzędne wiecznie planuje, dyskutuje i kontroluje. W prawdziwej redakcji, prawdziwych redaktorów – nie ma na to czasu. Tu się pracuje na pełnych obrotach. Każdy robi wiele. Tu się szybko rozwijają. Orły rosną. I to jest prawdziwa wartość dodana. Bo przecież pójdą kiedyś w świat, wzbogacą swoimi umiejętnościami rynek.

 

Tymczasem władza łoży na molochy zapominając o dobrych praktycznych szkołach dziennikarskich w małych rozgłośniach i studiach. Wielkie fabryki żurnalistów mieszają PR-owców z dziennikarzami. Tam na jednego, jedną idą wielkie pieniądze (lokale, wykładowcy, etc.). We Wnecie uczą się pracując. Należałoby sypnąć grosza z państwowej kasy – obojętnie czy z edukacji czy kultury. Obserwowałem wielu dziś ważnych w polityce jak walczyli o popularność. Pomagało „Wnet”. Pora na rewanż. Lepiej dać więcej dobrym, niż trwonić na partaczy.

 

Krzysztof jest z rodziny dziennikarskiej (mama nadal w akcji). Ma czworo dzieci i ładną żonę. 50-cio 60-cio latek, to najlepszy wiek dla aktywnego faceta. Już wie i jeszcze może … dużo zrobić. Zrywa się więc o 5. rano, gna z Saskiej (Kępy) na Zielną. Piętra tu wysokie i gmach za stalowym szkieletem przedwojennej myśli inżynieryjnej, który nie poddał się nawet 300 pociskom. Na piątym witają go uśmiechnięte twarze. Już słychać Beatlesów, a oni jeszcze biegają między pokojami. Ostatnie ustalenia. Jest gorąco. Ale bez paniki. I wreszcie antena, oczywiście na żywo. Nagrywanki zabiją radio. Jeśli z jednej strony przy mikrofonie siedzi reporter a z drugiej słuchacz – więź jest. Czasem coś trzaśnie na liniach, prychnie, chwila ciszy – trudno. Radio robi się dla słuchaczy i oni muszą ufać, że to idzie „na żywo”.

 

Krzysztof ma świetną pamięć. Nie lubi kartek – gubi je i zostawia. Zna muzyków i zespoły. Jedynie sam śpiewać nie potrafi. Za to „nawija” znakomicie – lekko, wyraźnie, a przede wszystkim ciekawie. Nazywamy to radiowym słuchem. Można się w tym poprawiać, ale tak naprawdę, to trzeba się z tym urodzić. Lub nie!

 

Dziennikarstwo to pasja. To słychać, a nawet widać wyraźnie oczami wyobraźni. Jeśli się ją ma. Z tym w społeczeństwie jest coraz lepiej. Nudziarze idą do lamusa.

 

Przed wyborami politycy garną do radia. I ono im pomaga. Niestety, gdy się opierzą na ogół zapominają co komu zawdzięczają. Tak to już jest. A z próżnego nawet Salomon…

 

Redaktorzy „WNET” wymyślają różne akcje, zbiórki pieniężne. Ostatnia – daje szansę umieszczenia reklam za darmo. Akcja się rozwija. Dobrze by było, żeby jej beneficjenci pamiętali kto w dobie koronawirusa im pomagał.

 

„WNET” to ważny lufcik, bo oprócz słuchania daje obrazki na portalu (WNET.FM), a także wydaje niecodzienną, największą (gabarytowo) gazetę „Kurier”. Przez ostatnie dwa miesiące był tylko w wersji elektronicznej, ale już w lipcu będzie również nakład papierowy. Głównie sprzedawany w klubach książki i prasy. Kupujcie! Oprócz edycji głównej dołączane są jeszcze „Kuriery” – Śląski i Wielkopolski.

 

Dziennikarstwo – szczególnie reporterka – to taka choroba, którą trzeba lubić. Inaczej się nie da znosić trudy, ryzyko i kiepskie zarobki (a często pracę za friko). Wszystko można znieść, jeśli jest sukces. Ten zaś zależy od utrzymania niezależności. Redakcje nudzą, gdy dały się zawładnąć komuś lub czemuś. Następuje demobilizacja i zniechęcenie. Smutek i żal. To jednak można odkręcić byle znaleźć właściwego lidera.

 

Wodzu prowadź! To jest klucz do programu, popularności. Wódz musi być zdrowy, pracowity i odważny. Gdy program zaczyna się rano wszystko jeszcze może się zdarzyć. Życie wartko się toczy i tłoczy. Trzeba je łapać za rogi i prawdziwie przedstawiać, choć w skrócie.

 

Dżingle, piosenki sprawy nie załatwią. Podstawą jest wybór tego co się chce powiedzieć ludziom. Ogólne ramy nakreśla szef. Wypełniają je współpracownicy. Mądry szef potrafi słuchać, ale w robocie trzeba działać konsekwentnie.

 

Radio Wnet jest konserwatywne, prawicowe. Bóg, honor, ojczyzna – tak, ale i otwarta krytyka wobec wszystkich. Świętych krów nie ma. Słyszymy oto, że młody minister zżyma się na prowadzącą program – „zadaje pani pytania z tezą”. „Panie ministrze, powtórzę pytanie…” mówi prowadząca.

 

Dobry szef, w dodatku sam aktywny w fonii cieszy się, gdy depczą mu po piętach współpracownicy. I tak się dzieje.

 

11 lat to już ponad dekada. A „Wnet” wciąż przyśpiesza. Z respektem wobec słuchacza. Troszczą się tu by było na antenie to co najważniejsze u nas, na świecie – od Tajwanu, przez Liban, Włochy, Hiszpanię, Anglię, Irlandię, Niemcy, Czechy, Słowację, Ukrainę (świetny Bobołowicz), po USA.

 

Informacje, komentarze, wywiady. Szpiegiem rzeczywistości trzeba się urodzić. Jest to pazerna ciekawość świata. Talent – praca to się przeplata.

 

Ktoś powie, że piszę laurki. A czemu nie, skoro tak właśnie uważam. Poza tym rocznica – to rocznica. Na krytykę zawsze jest pora. A prawdziwa cnota jej się nie boi, ani krytyki ani … pochwał. Zresztą, teraz w naszym pięknym kraju krytyki (nawet chamskiej w Sejmie, sobie nie żałujemy). Nawet koronawirus u nas się przestraszył. Głupich zresztą nie brakuje. Na szczęście mądrych jest więcej. To oni słuchają WNET-u.

 

„Radio – robimy radio” – słychać na falach płynących z PASTY. Róbmy! Warto!

 

Stefan Truszczyński

Sukces inauguracji cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”

Ponad 300 osób obejrzało wtorkową transmisję koncertu i wieczoru autorskiego Rafała Stradomskiego. Wydarzeniem tym zainaugurowaliśmy cykl imprez „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”, które odbywa się w ramach programu „Kultura w sieci” finansowanego przez Narodowe Centrum Kultury.

 

Koncert odbył się w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Oglądających transmisję w internecie przywitał prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński, który zaprosił do śledzenia także pozostałych wydarzeń cyklu.

 

Kto przegapił koncert we wtorek może go jeszcze obejrzeć TUTAJ.  A już w czwartek, 18 czerwca kolejna impreza na portalu sdp.pl – występ Kapeli Praskiej. Premiera o godz. 18.

 

WIECEJ INFORMACJI O CYKLU I SZCZEGÓŁOWY PROGRAM WYDARZEŃ

 

Konflikt lojalności – ŁUKASZ WARZECHA o historii jednego wywiadu

Może mnie pani pytać o wszystko, zobaczymy, co z tej naszej rozmowy uda się pani opublikować” – powiedział na początku rozmowy z Agnieszką Bugałą, dziennikarką tygodnika katolickiego „Niedziela”, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Ks. Tadeusz ma doświadczenie w zmaganiach i z hierarchią kościelną – głównie w kwestii współpracy księży z SB, ale nie tylko – i z mediami, także katolickimi. W ogóle jest postacią nietuzinkową, ale i trudną. Zakładałbym jednak, że nawet on nie przypuszczał, że jego wywiad będzie powodem odejścia redaktor Bugały z pracy i tak wielkiego poruszenia w świecie mediów katolickich.

 

Media katolickie to środowisko trochę obok tych z głównego nurtu i specyficzne, bo działa tam momentami symptom podwójnej lojalności, aczkolwiek w gruncie rzeczy jest to często symptom pozorny. I to właśnie zadziałało w przypadku wywiadu z ks. Tadeuszem. To lojalność z jednej strony wobec odbiorców, z drugiej – wobec Kościoła, bo to on jest właścicielem większości mediów katolickich. Można powiedzieć, że taka podwójna lojalność występuje we wszystkich mediach, bo zawsze są odbiorcy, ale jest i właściciel, który ma przecież swoje sympatie, interesy, powiązania. Owszem – ale z mediami katolickimi jest jeszcze inaczej, bo Kościół – nawet ten instytucjonalny, a nie ten rozumiany jako mistyczne Ciało Chrystusa – nie jest zwykłą firmą. Dlatego lojalność wobec Kościoła jest jednak czymś innym niż lojalność wobec TVN czy „Rzeczpospolitej”. To lojalność na wyższym poziomie niż ta zwykła korporacyjna. I tu dochodzić może do konfliktu z lojalnością wobec odbiorców.

 

Redaktor Bugała postanowiła zapytać ks. Isakowicza-Zaleskiego o to, dlaczego zdecydował się wystąpić w drugim filmie braci Sekielskich – „Zabawa w chowanego”.

 

Tu muszę zrobić dygresję. Gdy premierę miało „Tylko nie mówi nikomu”, napisałem na portalu SDP tekst w części wobec tamtego filmu krytyczny, choć doceniłem też wagę pokazanego problemu. Do kolejnego filmu szczerze mówiąc podchodziłem jak pies do jeża i chyba byłem uprzedzony. Tym bardziej zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem i to, jak gotów byłem ten film ocenić po jego obejrzeniu.

 

Oto bowiem „Zabawa…” unika wielu błędów pierwszej części, które osłabiały jej wymowę. Skupia się na ofiarach, unika zbędnego efekciarstwa, solidnie zgłębia jeden wybrany wątek. Pokazuje problem, co do autentyczności którego nie sposób mieć wątpliwości. Nowością było również to, że Tomasz Sekielski zaprosił do skomentowania pokazanych problemów dwie osoby związane z Kościołem: właśnie ks. Isakowicza-Zaleskiego oraz Tomasza Terlikowskiego. Krótko mówiąc – Sekielscy zrobili dokument wyraźnie lepszy niż ich pierwsza produkcja.

 

Po „Tylko nie mów nikomu” Kościół instytucjonalny miał szansę na jak najszybsze uporanie się z takimi sprawami, jakie pokazał Sekielski w drugim filmie. Szansę – według ks. Tadeusza – zmarnowaną. A dodać trzeba, że dla wielu katolików, ze zrozumiałych powodów uprzedzonych do produkcji braci Sekielskich i a priori oceniających je jako stronnicze oraz wrogie Kościołowi, udział księdza i katolickiego publicysty w kontynuacji był niemiłym zaskoczeniem. Tym bardziej redaktor Bugała miała wszelkie prawo zapytać jednego z nich, dlaczego się na to zdecydował. Przynosi jej szczególny honor, że w regionalnym, wrocławskim oddziale „Niedzieli” zrobiła coś, czego nie zrobiło żadne katolickie medium na poziomie centralnym. Może właśnie z powodu źle pojmowanego konfliktu lojalności.

 

Lojalność wobec odbiorców nakazywałaby taką rozmowę zrobić. Ale źle pojmowana lojalność wobec Kościoła może kazać temat przemilczeć, podobnie jak milczeć w sprawie wniosków z filmu Sekielskich. Lojalność źle pojmowana, bo tutaj zgadzam się całkowicie z poglądem Terlikowskiego i ks. Isakowicza-Zaleskiego: szkodzi Kościołowi przede wszystkim ten, kto stara się ukryć jego problemy, zwłaszcza tak porażające. To nie rozwiązuje żadnego kłopotu, za to może polski Kościół – oby nie – postawić w końcu w takiej pozycji, w jakiej znalazł się w którymś momencie Kościół irlandzki.

 

A jednak ta źle pojmowana lojalność musiała tutaj zagrać, skoro centralna redakcja „Niedzieli” zdecydowała się wywiad z ks. Tadeuszem zdjąć. Z relacji samej autorki wywiadu, umieszczonej na jej facebookowym profilu, wiemy, że materiał przygotowała i umieściła na stronie lokalnego, wrocławskiego wydania gazety bez konsultacji z centralną redakcją. Może to był jej błąd, ale nawet jeśli, to na pewno nie uzasadniał tego, co nastąpiło, czyli błyskawicznego zdjęcia wywiadu ze strony. Czy stały za tym jakieś naciski na redakcję „Niedzieli”, jak twierdzi ks. Tadeusz, czy też była to autonomiczna decyzja naczelnego – tego nie wiemy. Można natomiast zakładać, że ten, kto ją podjął lub na nią naciskał, kierował się najgorzej pojmowaną troską o Kościół. I, jak to często bywa w podobnych sytuacjach, osiągnął skutek odwrotny od zamierzonego: zamiast zmieść sprawę pod dywan, doprowadził do jej nagłośnienia, do publicznej demonstracji wyrazów solidarności z autorką rozmowy, zwłaszcza po tym, jak ogłosiła swoje rozstanie z tygodnikiem, na koniec zaś, wskutek tej awantury, i tak rozmowę z ks. Isakowiczem-Zaleskim przywrócono.

 

Dużymi pismami katolickimi kierują księża albo zakonnicy: „Gościem Niedzielnym”, „Niedzielą”, „Idziemy”, „W Drodze” i innymi. Jednak znaczna część dziennikarzy tych pism – czy też katolickich rozgłośni – to ludzie świeccy, choć mocno z Kościołem związani. Oni chcą funkcjonować jak wypełniający misję dziennikarze. Naczelni zaś formalnie podlegają swoim biskupom (lub generałom zakonów). Gdy ich podwładni chcą opublikować materiał wobec Kościoła krytyczny lub ujawniający jakieś jego trudne sprawy – działając bezsprzecznie z najlepszymi intencjami – naczelni mogą znaleźć się w sytuacji swego rodzaju konfliktu interesów. Bo przecież, jak świetnie pokazały także ostatnie wypadki, stanowisko poszczególnych biskupów w tych kwestiach może być bardzo różne.

 

Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, jak rozwiązać ten problem, lecz nie mam wątpliwości, że nie jest on wymyślony, a sprawa wywiadu redaktor Bugały z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim najlepiej to ilustruje. Zresztą doradzanie tutaj nie jest moją rolą. To do dysponentów mediów katolickich – czyli hierarchów Kościoła – powinno dotrzeć, że im więcej trudnych spraw będzie się w obiegu publicznym pojawiać, tym częściej będzie dochodzić do niszczycielskiego w skutkach, nawet jeśli w dużej mierze pozornego wspomnianego konfliktu lojalności. I to oni, biskupi, muszą znaleźć rozwiązanie. Jeśli mógłbym tu coś nieśmiało sugerować, to jedynie tyle, że gdzie, jeżeli nie w mediach katolickich bezwzględnie przestrzegana powinna być maksyma amicus Plato, sed magis amica veritas (Platon przyjacielem, lecz większą przyjaciółką prawda).

 

Łukasz Warzecha