Pierwsza Nagroda im. Stefana Żeromskiego dla Piotra Kosiarskiego

Pierwszą Nagrodę im. Stefana Żeromskiego w 30. edycji Konkursu Nagrody SDP przyznawaną za publikacje o tematyce społecznej otrzymał Piotr Kosiarski za reportaż „’Jeśli Bóg jest, kopie uran razem z nami’. Na jej rękach umierali więźniowie sowieckich łagrów” opublikowany na portalu DEON.pl.

II Nagroda

Antoni Opaliński – Rozmowa z profesorem Hieronimem Gralą z UW o kradzieży cennych rosyjskich druków z XIX wieku ze zbiorów Biblioteki UW, z cyklu „Spojrzenie na Wschód”, Polskie Radio 24

Wyróżnienia

Alicja Samolewicz-Jeglicka – „44 minuty”, Radio Gdańsk

Martyna Aftyka – „Kradzież tożsamości”, TVN UWAGA

Henryk Dedo i Waldemar Kasperczak – „Zabawa w życie”, Radio Centrum

Tym razem to WIKTOR ŚWIETLIK pyta: Jak żyć, panie Musk?

Elon Musk gwałtownie ogłosił i jak ogłosił, tak zrobił. Na portalu X, który kiedyś zwano Twitterem nie można już zobaczyć listy lajków pod postami. Widać ile osób dało serduszko, ale nie wiadomo kto. Zmiana jak zmiana, ciekawszy jest jednak efekt, który wywołała.  

 Jakże wszyscy lubią się na nie ścigać! Jednego serca tak mało, dwóch, a nawet tysiąca. A anonimowe trochę podejrzane. Mógł ktoś kupić. Ale przede wszystkim niefunkcjonalne, o czym wkrótce. Efektem jest dwudniowa dyskusja, debata, narzekania. Jak teraz dziennikarze i politycy mogą policzyć sojuszników, podlizać się albo nie?

I like?

A ileż to donosów na jednego lub drugiego noszono, nawet do prezesa, i do premierów, tego i tamtego, że tamten a tamten coś polubił? Nie dość tego, lajki były przyczyną najbardziej kuriozalnego uchylenia immunitetu przez Parlament Europejski czterem posłom PiS za to, że polubili materiał wyborczy własnej partii. O ciężkim tym przestępstwie powiadomił znakomite ciało zbiorowe pan Rafał Gaweł, który jest szefem ośrodka do spraw walki z rasizmem, faszyzmem, nazizmem i wszystkimi innymi -izmami, z którymi walcząc można nieźle zarobić. To ten sam pan Gaweł, który w nazistowskiej, faszystowskiej i rasistowskiej Polsce był skazany i ścigany listem gończym za złodziejstwo i oszustwa, jak przystało zresztą na szefa tak szacownego ośrodka.

You like?

Dzięki lajkom na portalu Elona Muska wszyscy skorzystali. Parlament Europejski dokonał kolejnego kroku na drodze ku nowej lepszej Europie, gdzie wszyscy mają takie same poglądy. Z kolei mniejszość wykazująca się jakimkolwiek krytycyzmem i intelektem mogła przekonać się, czym staje się Unia Europejska, a także jak pięknie stosowanie jej zasad zaczyna przypominać realną, dawną implementację konstytucji Związku Radzieckiego na terenie byłego Sojuza. Wszystko to dzięki panu Muskowi.

Ale ta drobna przecież lekcja pobudza do refleksji nieco głębszej. Zniknęły tylko lajki. A co by było, gdyby X zniknął, nie zmienił nazwy, nie zanonimizował polubień tylko zniknął? A co by było gdyby zniknął Youtube, Gmail albo Instagram. Abstrahując od faktu, że spełniłby się mokry sen ekipy Donalda Tuska i wiernych jej redaktorów o całkowitym odcięciu ludzi o innych poglądach niż oni. Odcięciu już nawet nie informacyjnym, a komunikacyjnym, bo przecież tryby prywatne, komunikatory to dziś podstawa wymiany informacji. Ale co by było ogólnie? Jakby wyglądała polska polityka bez Instagrama, który miał przemożna znaczenie dla ostatniego wyniku wyborczego i wszystkich narzucanych przez matkę Unię histerii społecznych w rodzaju walki o klimat?

We like?

Kojarzycie zapomniane ofiary wojny na Wschodzie, rosyjskie instagramerki, które rozpaczały publicznie w 2022 roku po inwazji Moskwy na Ukrainę? Rozpaczyły nie nad tym, że ich chłopcy jadą mordować ludzi i okupować sąsiedni kraj. Nie nad tym, że ci chłopcy mogą zginąć, i że zginą zabite przez nich ukraińskie kobiety i dzieci. Nie nad przyszłością Rosji, a nad tym, że Instagram je odciął. Straciły sens życia. Być może był to zresztą ostatni, jedyny element, który łączył je z ich zachodnimi koleżankami. Z polskimi koleżankami, którym życie, realne aspiracje, marzenia, cele, wspólnotę, zastępują kolorowe zdjęcia w telefonie. Całkiem jak politykom i dziennikarzom, którym krótkie informacje zastąpiły normalną debatę i rozmowę. I nam, ludziom szukającym informacji, którym jeden serwis video, Youtube, zastąpił medialny pluralizm, który dziś polega na wyborze między panem Czyżem, a panią Olejnik.

 

 

 

 

Niebo płakało razem z nami – rozmowa z DAGMARĄ DRZAZGĄ o jej najnowszym filmie „Zagłębie. Pamięć”

Bohaterowie filmu płaczą idąc ulicami Będzina, Sosnowca. Widzą domy, w których ich rodzice, dziadkowie się wychowywali, a później wyjechali w transporcie do KL Auschwitz-Birkenau… Patrzą na puste place, gdzie były synagogi. Dla tych ludzi to ogromne przeżycie. A cóż dopiero, kiedy wchodzą do obozowych baraków, na rampę w Birkenau, albo odmawiają Kadisz przy krematorium. Jestem im wdzięczna, że pozwolili mi dotknąć swoich ran –mówi Dagmara Drzazga z Oddziału SDP w Katowicach, reżyserka filmu  „Zagłębie. Pamięć” w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską. 

Co skłoniło Panią do tego, żeby podjąć tak trudny temat, jakim jest zagłada Żydów z Zagłębia?

W 2023 roku minęła 80. rocznica likwidacji gett w Będzinie i Sosnowcu. Wiele mówimy o powstaniu w getcie w Warszawie, upamiętniając ten dzień symbolicznymi żonkilami. I bardzo dobrze. Jednak zdecydowanie mniejszą wiedzę mamy na temat tego, co działo się w naszym regionie. Wiele lat temu Andrzej Fidyk, doskonały dokumentalista, powiedział mi takie zdanie, które zapamiętałam i które w pewnym sensie stało się moim zawodowym mottem: „Rób takie filmy, jakie sama chciałabyś oglądać”. Poszłam tym tropem, ponieważ sama chciałam pogłębić wątek gett istniejących na terenie Zagłębia. Zaczęłam dokumentować temat.

Jak udało się Pani dotrzeć do materiałów w postaci oryginalnych dokumentów i zdjęć archiwalnych, które podczas odbioru filmu robią na widzu ogromne wrażenie i sprawiają, że ma on poczucie, jakby był bezpośrednim świadkiem tych zdarzeń?

W momencie, gdy realizuję film historyczny staram się zrobić w różnych  miejscach jak największą kwerendę. Wiele razy byłam w IPN i w Archiwum Państwowym w Katowicach. W katowickim archiwum po raz pierwszy wzięłam do rąk oryginalne niemieckie dokumenty pokazujące kolejne zarządzenia prowadzące do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Z kolei Muzeum Auschwitz-Birkenau udostępniło nam wstrząsające fotografie dotyczące samej eksterminacji. Od 1942 roku z Będzina i Sosnowca szły do Oświęcimia ogromne transporty. Apogeum tej gehenny przypada na rok 1943. Z Zagłębia było blisko – tylko 60 kilometrów. A tam rampa, selekcja i komory gazowe. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło.

Poza tym, były też nagrania z Radia Katowice, Telewizji Katowice, zbiory z wystawy zorganizowanej w Sosnowieckim Centrum Kultury – Zamek Sielecki oraz zdjęcia z United States Holocaust Memorial Museum w Nowym Jorku. Szczególnego znaczenia nabrały również wspomnienia, które odnalazłam w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Wiele z nich, nigdy wcześniej nie było publikowanych. W moim filmie przeczytali je znakomici aktorzy Teatru Śląskiego: Ewa Leśniak i Grzegorz Przybył.

 Dotarła Pani do świadków historii. Niektórzy z nich pełnią w filmie rolę narratorów. Czy to celowy zabieg?

Od początku wiedziałam, że muszę na kimś oprzeć część narracji. Świadków zagłady, która działa się na terenie Zagłębia, mamy już niewielu. Przed rozpoczęciem zdjęć do filmu planowałam wyjazd do Izraela. Tam są jeszcze osoby, które ocalały z tego piekła. Mieszkańcy Izraela, którzy przeżyli getto, mają teraz około stu lat. Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się do nich wrócić.

Większość zdjęć do filmu „Zagłębie. Pamięć” realizowała Pani na terenie Zagłębia, Oświęcimia i Brzezinki. Czy taki scenariusz realizacyjny podyktował konflikt między Izraelem a Palestyną? 

Zdjęcia do tego dokumentu musiały być realizowane tutaj. Przed wojną na terenie Zagłębia żyła przecież ogromna społeczność żydowska. Potem Niemcy utworzyli wielkie getta, wykorzystywali też tych ludzi do niewolniczej pracy w tzw. szopach, czyli warsztatach Alfreda Rossnera. Dawali im przy tym złudną nadzieję, że przeżyją, że są „potrzebni”. O tym wszystkim chciałam opowiedzieć. Jeśli chodzi o Izrael, mieliśmy już zakupione bilety lotnicze. Niestety, na tydzień przed wyjazdem wybuchł ten konflikt.

W jakich okolicznościach poznała Pani swoich rozmówców?

Bohaterów, których widzimy w filmie, poznałam podczas ich przyjazdu do Zagłębia. Chcieli wziąć udział w uroczystościach upamiętniających 80. rocznicę zagłady. Towarzyszyliśmy im z kamerą w tej ważnej, ale i bolesnej przecież podróży. Wielu z nich było tu po raz kolejny. Starsi – jak Rina Kahan czy Diana Szajn – świetnie mówią po polsku. W Izraelu założyli nawet Światowy Związek Żydów Zagłębia. Jego filie znajdują się też w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i innych miejscach. Ogromnie mnie to ujęło za serce, bo to oznacza, jak ważny był i jest dla nich ten daleki skrawek ziemi – Zagłębie. Młodsi przyjeżdżają, bo czują potrzebę poznania historii swoich rodzin. Oczywiście, najczęściej to historia tragiczna.

Jaka jest symbolika miejsc, które odwiedza grupa z Izraela? Kamera towarzyszy im podczas ich pobytu w Sosnowcu, Będzinie, ale i w Oświęcimiu. Jeden z bohaterów wspomina, że kolejny powrót w miejsca, gdzie toczyła się  gehenna, ułatwia im pozbycie się tego ciężaru, bo przebywanie tutaj sprawia, że oni po raz kolejny mogą zapłakać, czyli oczyścić się z tych emocji…

Bohaterowie filmu płaczą idąc ulicami Będzina, Sosnowca. Widzą domy, w których ich rodzice, dziadkowie się wychowywali, a później wyjechali w transporcie do KL Auschwitz-Birkenau… Patrzą na miejsca, w których były synagogi. Dziś to wyrwy w ciągu kamienic lub puste place. Niewątpliwie, to dla tych ludzi ogromne przeżycie. A cóż dopiero, kiedy wchodzą do obozowych baraków, na rampę w Birkenau, albo odmawiają Kadisz przy krematorium! Naszej telewizyjnej ekipie te emocje również się udzielały. To są naprawdę trudne chwile. Ale ja wiem, że my tam jesteśmy po coś. Chcemy opowiedzieć tę historię, pokazać te emocje, poruszyć i zaangażować widza. Gdyby odbiorca tego filmu pozostał obojętny, byłaby to dla mnie wielka porażka. Jeśli mówimy o symbolice, to muszę przyznać, że bardzo przemówiły do mnie plenery w Będzinie. Centrum miasta, uliczki, podwórka, zaułki, Rybny Rynek… Sprawiają wrażenie opuszczonych, jakby życie z nich uciekło. I tak się przecież stało! Nie da się już zapełnić tej pustki. Zależało mi, żeby w filmie to pokazać.

W filmie pojawiają się również archiwalne zdjęcia przedstawiające kilkusetosobową grupę Żydów, zatrudnionych w największym i pozornie „najbezpieczniejszym” dla Żydów miejscu, czyli zakładzie Alfreda Rossnera. Skórzane buty należące do Żydów z zagłębiowskiego getta, którzy pojechali w transporcie do Auschwitz-Birkenau, powróciły do Będzina, gdzie były poddawane renowacji i wysyłane do Rzeszy. 

W filmie pada dokładna liczba: 12 milionów. Tyle butów pojechało w głąb Rzeszy. Z Auschwitz, po zagazowanych ofiarach, wróciły do Będzina. Tam w szopach  Rossnera je naprawiano, albo wycinano z nich kawałki niezniszczonej skóry i wysyłano do Niemiec. W czasie wojny to był przecież towar pożądany. Słyszałam nawet, że któryś z pracujących w szopie żydowskich szewców rozpoznał buty swojej zamordowanej rodziny. Wszystko to pokazuje, do czego zostało sprowadzone ludzkie życie i jak można było wykorzystać i potraktować przedmiotowo drugiego człowieka.

Wspomniane wcześniej przez Panią emocje są bardzo mocno w filmie wyeksponowane. Dzięki obecności świadków historii wszystko nabiera innego wymiaru. W pierwszym kadrze dokumentu pojawia się postać starszej kobiety, która przechodzi przez symboliczną bramę. Na początku widzimy też postać mężczyzny, który pełni rolę narratora wprowadzającego w klimat tamtego Będzina sprzed lat…

Ta starsza pani to Danuta Niciarz. Pojawiła się zupełnie przypadkiem w trakcie kręcenia zdjęć. Ja już jednak po latach pracy nauczyłam się, że przy filmie dokumentalnym nic nie dzieje się przypadkiem. Mam nawet taką swoją teorię na temat rzeczywistości, która nagle „zaczyna” współpracować czy też może „rezonować”, kiedy ekipa się na nią otworzy. Podczas pierwszej rozmowy z panią Danusią okazało się, że ona też ma swoją wojenną opowieść. Jej ciocia uratowała w trakcie wojny dwie Żydówki, a ona, jako mała dziewczynka, widziała pociągi z Zagłębia odjeżdżające w kierunku Auschwitz-Birkenau. Dla niej to jest na tyle silne wspomnienie, że jak o tym mówi, po osiemdziesięciu latach, nie potrafi ukryć wzruszenia. A brama? Tak, jest symboliczna, bo jakby oddziela dwie przestrzenie – przeszłość i teraźniejszość, pamięć i niepamięć. Podkreśla to też kolorystyka. W postać narratora z kolei wcielił się Adam Szydłowski – regionalista, społecznik, pasjonat, a także dyrektor Fundacji im. Rutki Laskier w Będzinie. Adam od lat żyje tą historią, zrobił też bardzo wiele dla ratowania kultury żydowskiej w regionie. Bardzo przeżywa to, co robi, jest autentyczny. Od początku wiedziałam, że musi znaleźć się w tym filmie.

Ważnym rozmówcą, który pojawia się w Pani dokumencie, jest również postać anestezjologa, mamy także wątek sióstr zakonnych z klasztoru w Sosnowcu.

Opowieść tego lekarza, który przyjechał do Zagłębia aż z Kanady jest bardzo przejmująca, zwłaszcza gdy wspomina pierwszą wizytę w Auschwitz. Przed laty przyjechał tam ze swoją mamą, więźniarką tego obozu. Dodatkowego znaczenia nabiera również fakt, że ten człowiek jako anestezjolog całe życie pomagał pacjentom pozbyć się bólu, a teraz płacze, bo nie może zrozumieć, że inni ten ból zadawali z tak wielką premedytacją.

Natomiast scena nakręcona w Klasztorze Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosnowcu pokazuje, jak w czasie wojny zakonnice ratowały żydowskie dzieci. Ukrywały też dziewczęta przed przymusową wywózką na roboty do Niemiec. W klasztorze znajduje się specjalna sala poświęcona Matce Teresie Kierocińskiej, ówczesnej przełożonej. Właśnie tam udała się grupa z Izraela, więc naturalnym było, że będziemy im towarzyszyć z kamerą.

Które z materiałów archiwalnych najmocniej Panią wstrząsnęły?

Selekcja prowadzona przez SS-manów, którzy dzielą ludzi na dwie grupy. Na drugim planie tego zdjęcia widoczny jest na niebie szary dym… Są też wizerunki dzieci… Albo taki obraz starszej, przygarbionej kobiety w chustce, która stoi na rampie w Birkenau. Na piersi ma przypiętą gwiazdę Dawida, nieśmiało spogląda w obiektyw. My wiemy, że to są ostatnie chwile jej życia. Ta fotografia złamała mi serce…

Jakie znaczenie dla reżysera ma symboliczny deszcz, który towarzyszył ekipie filmowej i grupie z Izraela podczas pobytu na terenie obozu w Brzezince i Auschwitz-Birkenau?

Zdjęcia w Auschwitz-Birkenau kręciliśmy 6 sierpnia. To przecież szczyt lata. Nas jednak zastała ściana deszczu. Czegoś takiego nie przeżyłam jeszcze nigdy, jak długo robię filmy. Z jednej strony stanęliśmy w obliczu kolosalnych problemów technicznych, z drugiej – cytując jednego z bohaterów – mogę powiedzieć, że: „Niebo płakało razem z nami”. A gdy przy krematorium potomkowie pomordowanych odmawiali Kadisz, deszcz nagle ustąpił i na moment zaświeciło słońce. Metafizyczne przeżycie.

Jak długo trwała produkcja filmu i który z momentów, podczas kręcenia zdjęć, był najtrudniejszy dla reżysera?

Produkcja filmu trwała od początku maja 2023 roku do końca stycznia 2024 roku,  można zatem powiedzieć, że dość szybko. Nie liczę tu czasu, który wcześniej spędziłam w archiwach. Nie potrafię powiedzieć, który z momentów był dla mnie najbardziej wymagający, bo było ich bardzo wiele. Myślę jednak, że podczas tej realizacji najtrudniejsze były emocje, z którymi musieliśmy się zmierzyć. Jestem bardzo wdzięczna bohaterom, którzy pozwolili mi dotknąć swoich ran. Trzeba pamiętać, że to nie jest film fabularny, ja nie mam tu aktorów, a łzy, wzruszenie, zakłopotanie, były prawdziwe. Rozmówcy pozwolili mi filmować swoje przeżycia i nigdy podczas realizacji nie usłyszałam słowa sprzeciwu. Myślę, że zdobyłam ich zaufanie, a znaliśmy się przecież bardzo krótko! Tu nie było czasu na długie „oswajanie” bohatera z kamerą i towarzyszącą mu ekipą. Dokumentalista odczuwa to jako wielką łaskę! Podobnie było z Michaelem z Niemiec, a więc człowiekiem, który symbolicznie stoi po „drugiej stronie”. Michael mówił, że nosi w sobie traumę, bo jego dziadek Josef był urzędnikiem w będzińskim magistracie w czasie wojny. Tym samym stał się jednym z „trybików” w machinie zagłady. Być może inny rozmówca nie pozwoliłby nam na filmowanie swoich emocji, nie zgodziłby się na pokazanie twarzy, albo ujawnienie nazwiska. A on to zrobił! Czuł moralny obowiązek mówienia o przeszłości. Nigdy nie zapomnę kluczowej dla filmu sceny, kiedy podczas uroczystości upamiętnienia ofiar holokaustu w Będzinie, płaczącego Michaela przytula młody Izraelczyk. Pojednanie, wzruszenie, przebaczenie. Wszystko wydarzyło się, oczywiście, spontanicznie. My tylko zarejestrowaliśmy ten moment. I to też odbieram, jako łaskę.

Na końcu tej rozmowy chciałabym podziękować mojej ekipie z TVP3 Katowice. Niech mi będzie wolno wymienić kilka nazwisk: Krystyna Nowojska, Beata Widuch, Witold Kornaś, Michał Sławiński, Bartosz Dominik, Kuba Jędras, Łukasz Kozera i Andrzej Piwowarczyk. Jestem im wdzięczna, że razem ze mną zbudowali tę opowieść.


Dagmara Drzazga

Dziennikarka i reżyserka, od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów. Była jurorem międzynarodowych festiwali filmowych i telewizyjnych w Katarze, Irlandii, Danii, Bułgarii i na Słowacji, a jej filmy prezentowane były w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Armenii, Luksemburgu, Niemczech, Szkocji, we Włoszech, na Łotwie i w Izraelu. Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznanej za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr hab., wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ w Katowicach.

 

 

Dziennikarzy TYGODNIKA SOLIDARNOŚĆ nie wpuszczono do Sejmu, bo włożyli koszulki z teściami krytykującymi Zielony Ład

Redaktora naczelnego Tygodnika Solidarność i jedną z dziennikarek Tysol. pl uczono w piątek, jak mają się ubierać w parlamencie. Nie chciano ich wpuścić z powodu koszulek, które mieli na sobie. Chodziło napis: „Precz z Zielonym Ładem”. Wygląda na to, że koalicja rządowa zaczyna wprowadzać dyrektywy Ministerstwa Myśli i Prawdy. Ciekawe, że sejmowe i senackie służby nie zwracają uwagi na obrźliwe napisy na koszulkach sympatyków PO, TD i Lewicy…

Redaktor naczelny Tygodnika „Solidarność” Michał Ossowski i reporter Tysol.pl Monika Rutke nie zostali wpuszczeni do Sejmu z powodu koszulek.

„Dziennikarka Tygodnika Solidarność Monika Rutke nie została wpuszczona do Sejmu z powodu koszulki z napisem 'Precz z Zielonym Ładem’, którą miała na sobie. Nakazano jej zmianę ubrania.

Reporterka pytała, z jakiego powodu miałaby to zrobić; uzyskała odpowiedź, iż Sejm nie jest miejscem przeznaczonym do tego, aby prezentować w nim swoje opinie polityczne.

Nie tylko dziennikarka  Monika Rutke miała problemy z dostaniem się do Sejmu mimo posiadanej akredytacji. Inkryminowana koszulka z napisem 'Precz z Zielonym Ładem’ okazała się przeszkodą do wejścia także dla redaktora naczelnego Tygodnika Solidarność Michała Ossowskiego” – napisał Adrian Siwek na stronie internetowej Tysol.pl

Dawny minister w KPRM i szef MSW za rządów Donalda Tusaka, a teraz szef Kancelarii Sejmu Jacek Cichocki tak skomentował relacje dziennikarki Tysola:

„- Nic o tym nie wiem. Nie sądzę, by tak było – odparł polityk.

Sugeruje pan, że mówię nieprawdę?- pytała Rutke.

Sugeruję, że funkcjonariusz przekazał pani jakieś szersze uzasadnienie a pani to tak zinterpretowała… – odparł Cichocki” – napisano w Tysol.pl

Relacja wideo Tysol pl na X TUTAJ

Cichocki nie wezwał strażników. A mógł… Wspaniały człowiek, nie zrobił tego…

Dawny koordynator służb specjalnych pytany o to, czy – jego zdaniem – reporterzy mogą chodzić sejmowymi korytarzami w koszulkach z napisem „Precz z Zielonym  Ładem” nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi:

„[szef Kancelarii Sejmu długo patrzy na koszulkę dziennikarki] Solidarność tu jest znaczek… i tu jest drugi” – zauważył przytomnie polityk.

„Ciekawa kolorystycznie” – dodał z uśmiechem Cichocki.

Ciekawe to jest na pewno to,  ze służby porządkowe parlamentu nie zauważają całych gromadek ludzi odwiedzających Sejm i Senat, którzy noszą atrybuty nienawiści obraźliwe np. dla obecnej opozycji. Zauważyliśmy niedawno  mnóstwo ludzi wchodzoących do parlamentu, którzy mieli na sobie „odzież” i „biżuterię”, na których obnażanych jest osiem gwiazdek… A jeden z wpuszczonych do Sejmu interesantów miał na sobie bluzę z wizerunkiem argentyńskiego zbrodniarza Ernesto Che Guevary… Pewnie zdaniem strażnków i kierownictwa Kancelarii Sejmu i Senatu akurat taka odzież jest pozbawiana „podtekstów politycznych”. Chyba, że nie zauważyli.

 

 

 

 

Chwała Bogu, że uciekliśmy z Buczy —10. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Wciąż wszyscy trwamy w euforii, podnieceniu z powodu wyjazdu z Buczy, ale każdy zaczyna zastanawiać się nad przyszłością. Co będzie z Ukrainą? Czy wrócimy do naszego rodzinnego miasta? Co dalej robić? Jak przetrwać?… Na razie nie ma odpowiedzi na żadne z tych pytań —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

15 marca 2022, wtorek

Godz. 9.10, Winnica, Szosa Chmielnicka. Z dziennika Serhija Kulidy

Tego dnia obudziłem się o szóstej rano od… głośnej ciszy. W przytulnym domu Witkowskich wszyscy jeszcze spali. Cichutko, żeby nikogo nie obudzić, ubrałem się i wyszedłem na ganek, żeby zapalić papierosa. Lekki mróz szczypał policzki, ale niebo, oświetlone łagodnym słońcem, świeciło wiosennym blaskiem. A w duszy, jak w kościele, panował nieoczekiwany spokój i niewypowiedziana łaska. I mimo to nadal nie mogłem uwierzyć, że udało nam się uniknąć śmierci…

Aby zabić czas, postanowiłem przejść się ulicą. Wybiegłem więc przez kładkę i, jakby przez wehikuł czasu, znalazłem się… w przedwojennych realiach — na przystanku ludzie spokojnie czekali na trolejbusy, przy pobliskiej kawiarni miłośnicy aromatycznego napoju delektowali się kawą, „pieskowicze” wyprowadzali różnorodne ulubione zwierzęta domowe. Po prostu niewiarygodne! Niewiarygodne, że tutaj, w Winnicy, panuje naturalna dla pokojowych czasów spokojna codzienność, od której my, buczanie, odzwyczailiśmy się przez trzy tygodnie, odkąd zaczęła się wojna.

Wracając do domu Witkowskiego, zauważyłem, że moi towarzysze już się obudzili i, rozbawieni, przygotowują się do dalszej podróży na zachód Ukrainy. Widzę, że Tamara, która tak źle czuła się w piwnicy na Chmielnickiego, uśmiecha się łagodnie.

— Jak się czujesz? — pyta żona, obejmując mnie.

— W porządku. A ty?

— Wszystko w porządku… Chwała Bogu, że uciekliśmy z Buczy… Jestem pewna, że teraz wszystko będzie dobrze… Niezależnie od wszystkiego… I jeszcze wiem, nie myśl, że wpadam w patos, my, Ukraina, pokonamy tych rosyjskich łotrów! Zobaczysz!..

— Ale ja w to nie wątpię! — szczerze podtrzymuję pewność żony. — Inaczej być nie może!..

W międzyczasie Walia, łagodna i gościnna żona Witkowskiego, już przygotowała śniadanie i woła do stołu… Nie mam apetytu. Biorę tylko filiżankę kawy i kieruję się na podwórze, bo jak mówi przysłowie, kawę trzeba popijać papierosem. Jeszcze mam pół godziny na notatki. Oto one…

Godz. 19.30, Jaremcze, ulica Wolności, 236, baza turystyczna „Prut”. Z dziennika Serhija Kulidy

Teraz, po przejechaniu z Winnicy 385 km, dotarliśmy do uzdrowiska Jaremcze. Ale wszystko po kolei… Podziękowawszy Wali i Witkowskiemu za schronienie, życzliwość i czułość, zajęliśmy miejsca w samochodzie. Roman za kierownicą, Tamara obok na fotelu pasażera, z tyłu — ja z Jaszą na rękach, Ninusia i Włodek z naszą nową pasażerką, koleżanką Romka, Nastką, na kolanach. Najbardziej komfortowo w tym cudzie niemieckiego przemysłu samochodowego czuje się Jasza: śmieje się i wystawiając język cały czas wpatruje się w okno, przez które przelatują domy, drzewa, pola, ludzie. Ta swego rodzaju, można by powiedzieć, przezroczystość, bardzo mu się podoba. Bardziej nawet niż jakaś cukrowa kość czy inny wyszukany smakołyk dla psa.

Zapomniałem napisać, że teraz zmierzamy do Iwano-Frankiwska, gdzie na nas czeka mój kolega, znany poeta Jarosław Tkaczewski. Droga, ze względu na niewielkie doświadczenie Romka jako kierowcy, wydawała się „wyboista”. W tym sensie, że czasami auto błądziło, bo nie zawsze wszechwiedząca nawigacja wskazywał nam właściwą trasę. I oto — wreszcie! — światła Frankiwska przed nami. Teraz błądzimy po nieznanych ulicach w poszukiwaniu siedliska Tkaczewskich. Dzwonię do Jarosława, a on szybko prowadzi nas do celu…

W przytulnym domu przyjaciela czekał już na nas stół z wykwintnymi potrawami — jak się okazało, dziełem kulinarnych talentów gospodyni. Małżonkowie pytają nas o dni przeżyte pod rosyjską okupacją, o nasze bytowanie w piwnicy, o doświadczenia w kontaktach z wrogiem… Nasi przyjaciele nie mogą uwierzyć, że coś takiego mogło się w ogóle wydarzyć. Jednak, z uwagi na historię, dochodzimy do wniosku — w rosyjskim okrucieństwie nic dziwnego nie ma…

W międzyczasie Jarosław mówi, że czeka na nas w Jaremczu nasz wspólny znajomy, pisarz Wasyl Nahirniak, który przygotował nam schronienie. Poznaliśmy się z nim rok temu, kiedy przyjechaliśmy z Tomą na festiwal „Ognisko literackie nad Czernosztem”. Pan Wasyl to bardzo jasna, łagodna osoba. Takich, jak on, jak mówił mój pradziad Jakub, „już nie robią”. Więc nasza załoga, po spędzeniu kilku godzin w gościnnościach rozgrzewających serce wyrusza w drogę.

Trzeba się spieszyć, bo niedługo — nowe pojęcie w naszym słowniku — godzina policyjna… Niebawem wjeżdżamy w góry. Wielkie świerki, jak strażnicy, otoczyły drogę, masywnymi gałęziami wskazując nam kierunek na Jaremcze. (Tutaj powinienem zrobić jakąś liryczną wzmiankę, ale brakuje mi inspiracji.) Aż tu nagle pojawił się posterunek. Nasi chłopcy, uzbrojeni w stare AKM-y, niemówiący i nie reagujący na żarty. Milcząc długo sprawdzają nasze dokumenty. Robią uwagę Romkowi za uszkodzoną przednią lampę. Wreszcie życzą „szczęśliwej drogi” i pozwalają nam jechać. Nawiasem mówiąc, przyszła mi myśl, że ci surowi chłopcy przypominają mi żołnierzy UPA, którzy walczyli w tej okolicy niemal do lat 60. ubiegłego wieku…

Oto Jaremcze. Dzwonię do pana Wasyla, a on pokazuje nam drogę do bazy „Prut”, gdzie mamy się zatrzymać. Po kilku minutach zatrzymujemy się obok budynku, który zdaje się pamiętać carskie czasy. Drewnianymi schodkami gospodyni prowadzi nas na drugie piętro do naszego pokoju, gdzie stoi siedem łóżek z szafeczkami. W pomieszczeniu jest zimno i nieprzytulnie. Po gościnach u przyjaciół ten pokój z, można by powiedzieć, rustykalnym wystrojem wnętrza skłania do rozmyślań o niepewnej przyszłości naszego dalszego istnienia. Cieszy jedno — cisza, pozbawiona grzmotu rakiet i pocisków nad głową. Ale… Przypomniało mi się, że niedaleko (gdzieś około 10 km) jest Delatyn, w pobliżu którego za sowieckich czasów znajdował się Iwano-Frankiwsk-16, czyli Obiekt-711 — tajna baza, gdzie w wyrąbanych w górach sztolniach przechowywano głowice nuklearne i rakiety. W pierwszych latach niepodległości Ukrainy wywieziono je do Rosji, ale i teraz, jestem pewien, jest tam schowana jakaś bomba. Więc ten obszar jest potencjalnym celem dla kacapskich rakiet. Trzeba zastanowić się, czy warto zostawać w Jaremczu…

16 marca 2022, środa

Godz. 10.15. Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano wypiliśmy herbaty i poszliśmy na spacer po miasteczku Jaremcze. Przy pomniku kozackim (zdziwiłem się, że wciąż stoi w kraju, gdzie zawsze nienawidzono Rosjan) wolontariusze rozdawali uchodźcom gorącą zupę. Stanęliśmy w kolejce razem z nimi.

Miałem dwojakie uczucia: z jednej strony byłem zadowolony, że zjadłem coś świeżego, ale z drugiej… Tego rodzaju rozdawanie jedzenia bezdomnym widziałem w Nowym Jorku, gdzie mieszkałem przez niemal dziesięć lat. I nigdy, nawet w najgorszym śnie nie pomyślałem, że podobna sytuacja może spotkać mnie, moją rodzinę. Jednym słowem, nigdy więcej nie mów nigdy.

Potem poszliśmy dalej. Bezcelowo łaziliśmy po lokalnym targu… Na ulicach pełno takich jak my – zdenerwowanych, zrozpaczonych ludzi… Natknęliśmy się na punkt wolontariacki. W środku tłoczyli się uchodźcy. Życzliwi wolontariusze rozdawali odzież, środki higieny, pierogi, konserwy, chleb. Pachnące bochenki prosto z pieca, więc i my bierzemy kilka.

Kiedy wróciliśmy do swojej bazy, dzielę się z rodziną wątpliwościami. Wszyscy zgadzają się, że trzeba stąd wyjechać. I to jak najszybciej.

Dzwonię do Wasyla Nahirniaka i wyrażam swoje obawy. Mój rozmówca zdumiewająco rozumie moje zaniepokojenie. Obiecuje jak najszybciej oddzwonić. Oczekiwanie płynie bardzo wolno. I oto mój przyjaciel jest na linii: — Serhiju, zaraz siadajcie do autobusu do Werchowiny. Będę na was czekał przy urzędzie miejskim…

Pożegnaliśmy się pośpiesznie z zaskoczoną dyrektorką ośrodka wypoczynkowego i pospieszyliśmy na przystanek. Po czterdziestu minutach byliśmy już w Werchowinie. Pan Wasyl obejmuje moich bliskich ramieniem. Potem siadamy w samochód, który zawozi nas do jego dobrej znajomej, która prowadzi kompleks wypoczynkowy. Spokoju tego miejsca strzeże kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej. Zza krzaków wychodzi zmęczona kobieta po sześćdziesiątce.

— Wasylina — podaje rękę właścicielka obiektu i zaprasza do jednego z drewnianych domków, które znajdują się na terenie kompleksu. — Tutaj przygotowałam wam pokój — i życzliwym gestem otwiera drzwi do pomieszczenia.

Wchodzimy do środka i rozglądamy się z zadowoleniem. Jasny i przestronny pokój urządzony jest nowoczesnymi meblami, jest łóżko małżeńskie, a na ścianie telewizor plazmowy.

— Tutaj będziecie mieszkać. A na obiad zapraszam do kawiarni. Dania dla was są darmowe…

Tamara, entuzjastycznie przytulając, dziękuje gospodyni, ale ta tylko macha ręką: — Czym mogę, tym pomagam — potem spieszy się do swoich jakichś pilnych spraw.

Żegna się też Wasyl: wkrótce ma dyżur na blokadzie. A my zaczynamy się urządzać, ciesząc się tym przytulnym schronieniem…

Godz. 18.35, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wieczór. Wyszliśmy z Tamara na podwórko. Na niebie wysyp gwiazd. Cisza. Tylko gdzieś w oddali szczeka pies. Jakby nie było wojny. Toma przytuliła się do mojej piersi: — Dziękuję, że wywiozłeś nas z tego piekła.

— To nie ja, to Romczyk.

— Gdyby nie ty — podkreśla żona — zostalibyśmy w Buczy. I nie wiadomo, co by się z nami stało… Kocham cię…

— I ja cię kocham, moja kochana…

Chodźmy spać…

17 marca 2022 roku, czwartek

Godz. 9.20, Osada Werchowina, ulica Iwana Franki, 7, szkoła. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano zadzwonił pan Wasyl — zaprasza nas do szkoły, żebyśmy skorzystali z dostawy darów z Rumunii i wybrali sobie jakieś ubrania. Poszliśmy, kilometr, półtora, do placówki edukacyjnej, która znajduje się w centrum osady. Na ulicy odwilż, więc, brodząc przez błoto, suniemy poboczem. Oto i centrum miasteczka. Wszystko jak należy — hotel, bank, poczta, kantor wymiany walut, sklepy… Pan Wasyl czeka na nas przy szkole. W przestronnej sali jednej z klas na parterze leżą poukładane stosy ubrań. Kurtki, jeansy, koszule, obuwie. Ale wszystko tak zniszczone, że trudno coś wybrać. Udało mi się jednak znaleźć porządną kanadyjkę. W końcu na dworze zima… Ninusia i Tamara też wyłowiły jakieś ciepłe rzeczy. Cieszą się nawet z tego, bo okazało się, że gdzieś mi poginęły zimowe kurtki.

Nasz kolega pobiegł załatwiać swoje sprawy, a my postanowiliśmy pójść na lokalny targ. Chodzimy, oglądamy… Zatrzymujemy się przy jakimś facecie, który sprzedaje mięsne przysmaki. Pytam o cenę. Ten przez zaciśnięte usta odpowiada. Widać, że traktuje nas jak jakichś bezdomnych (choć, prawdę mówiąc, ma rację) i patrzy na nas z góry swoich 160 centymetrów. Uprzejmie dziękuję i mówię, że nie stać nas na taką cenę. A tu facet wybucha żółcią: — Ze starszymi ludźmi tak się nie rozmawia! — powtarza, aż ludzie zaczynają się rozglądać.

— Nie zrozumiałeś? —dziwię się szczerze. — Czym cię obraziłem?

— Nie potrafisz rozmawiać z ludźmi, to lepiej zamknij pysk! — kontynuuje. — Ach, jacy tu przyjeżdżają!…

Nie mogę wytrzymać.

— No dawaj, przyłóż… Coś ci powiem…

Facet podstawia ucho, z którego sterczy kępka włosów.

— Spie*dalaj, ośle — mówię spokojnie, ledwo powstrzymując się, żeby mu nie rozwalić mordy. — Ty, parszywco, nie masz sumienia… Ludzie uciekają od wojny, od śmierci, a ty… Obrzydlistwo…

Idziemy, a facet nawet się nie rusza… Muszę szczerze powiedzieć, że czułem się niezręcznie po tej potyczce… Ale jak można było to znosić…

Godz. 14.30, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Właśnie po obiedzie… W przytulnych domkach „Arkanu” prawie wszystkie miejsca zajęte uchodźcami, takimi jak my. Podali barszcz, pierogi z mięsem, kompot z słodkimi pączkami. Do sali wchodzi właścicielka lokalu pani Wasylina. Patrzy, czy wszystko w porządku. Podchodzi do naszego stołu: — Tamaro — zwraca się do mojej żony, — jeśli coś trzeba wyprasować, to przynieś. Jeśli potrzebujecie jakiejś pomocy, to mówcie, nie wstydźcie się…

Toma szczerze dziękuje, kładąc rękę na sercu… A w jej oczy zbierają się łzy…

Godz. 21.05, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wieczór spędziliśmy przed telewizorem i wpatrując się w smartfony, oczekując dobrych wieści. Ale przynajmniej na razie sytuacja nie napawa optymizmem. Wróg się zbliża. Okrutnie bombarduje wsie i miasta… Ludzie giną… Ukraina liczy, że „demokratyczny świat” zamknie niebo… Ale, jak mówił mój główny redaktor w Ukraińskim Radiu Jurij Zasenko: „Rzeczywiście wy*raliście”. W sensie, że Europa wraz ze Stanami Zjednoczonymi jakoś nie chcą działać… Prawdopodobnie nie wierzą, że Ukraińcy staną w obronie Ojczyzny. Myślę, że i Putin jest w szoku…

18 marca 2022, piątek

Godz. 11.15, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Dzień zaczął się od telefonów. Dzwonili: kolega ze studiów Sasza Hryhorijew z Kijowa, mój przyjaciel ze szkolnych lat Bob Wiśniewiecki, który od lat mieszka w Izraelu, córka Luda z tej samej Ziemi Obiecanej, brat Sasza z Kławdijewa. Wszyscy pytają niepokojąco, jak się mamy? Uspokajam ich i opowiadam, jak udało nam się uniknąć śmierci…

Godz. 13.00, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wciąż wszyscy trwamy w euforii, podnieceniu z powodu wyjazdu z Buczy, ale każdy zaczyna zastanawiać się nad przyszłością. Co będzie z Ukrainą? Czy wrócimy do naszego rodzinnego miasta? Co dalej robić? Jak przetrwać?… Na razie nie ma odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Godz. 15.23, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Pomyślałem sobie: może zostać w Werchowinie? Ale z czego żyć? Pieniądze idą się je**ć… Pan Wasyl zasugerował, że można bym się zatrudnił w miejscowej gazecie. Ale gdzie się leczyć Tamarze i mnie? I przede wszystkim, za co? Nasze zdrowie kosztuje sporo…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

Uchwała Zarządu Wielkopolskiego Oddziału SDP w obronie zwalnianych z pracy dziennikarzy

Zarząd Wielkopolskiego Oddziału SDP  wspiera działania Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań w obronie zwalnianych z pracy dziennikarzy  ze względu na przynależność do ich organizacji związkowej i za przekonania polityczne, co wyraża się m.in.  zwolnieniami z pracy  red. Piotra Tomczyka, Bartosza Garczyńskiego, Arkadiusza Kozłowskiego, Krystyny Różańskiej-Gorgolewskiej, Michała Sobkowiaka, Sławomira Zasadzkiego, Romana Wawrzyniaka, a także Przemysława Stochaja oraz  Aleksandry Fedorskiej.

Podane przez „likwidatora” powody wypowiedzeń umów o pracę są niekonkretne, uznaniowe i nieprawdziwe. Służą jedynie temu, by nie wypłacać pracownikom należnych odszkodowań za zwolnienie, jakie obowiązują w przypadku likwidacji spółki.  Zwolnienia dotyczą, poza jedną osobą, członków  Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań . W uzasadnienie wypowiedzenia umowy o pracę jednego z dziennikarzy wpisano jako powód to iż rzekomo „wspiera prawą stronę” , co jest  dyskryminacją ze względu na poglądy.

W innych wypowiedzeniach umów o pracę jako ich powód podawana jest „likwidacja spółki”, choć wszystkie okoliczności funkcjonowania Radia Poznań pokazują, że jest to działanie pozorne, którego celem jest jedynie bezprawne przejęcie funkcji zarządczych w tej spółce. Zwracamy uwagę, iż na miejsce zwalnianych pracowników zatrudniani są następni, zmienia się ramówkę programu,  wynajmuje billboardy i prowadzi promocję oraz autopromocję na antenie rzekomo „likwidowanej” rozgłośni.

Dlatego apelujemy o zaprzestanie działań dyskryminujących członków  Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań, wstrzymanie dalszych zwolnień w ramach prześladowań za poglądy oraz o natychmiastowe wycofanie się z wadliwych prawnie wypowiedzeń o pracę i przywrócenie wszystkich wspomnianych pracowników na ich stanowiska, z uwzględnieniem przywrócenia audycji i programów które prowadzili. W sytuacji, w której pracownik nie chce podjąć na nowo współpracy z  „likwidatorem” bo stracił do niego zaufanie, jako do swojego pracodawcy – redaktora naczelnego, apelujemy o  wypłacenie odszkodowań, zaspokajających słuszne roszczenia dziennikarzy oraz o przywrócenie wycofanych z ramówki, z powodów politycznych, audycji  i programów radiowych.

 

O zapatrzeniu w sojuszników i kłopotach z tego wynikających pisze CEZARY KRYSZTOPA: Detresura Polaków

Ktoś rzucił koktajlem mołotowa w budynek Synagogi Nożyków w Warszawie. Rzecz, która oczywiście nie powinna się wydarzyć. Tak jak nie chcę żeby mi ktoś obrażał, czy atakował symbole mojej wiary, tak nie mieści mi się w wyobrażeniu zachowań cywilizowanych i palenie Koranu i uszkodzenie elewacji synagogi. Jedną z podstaw spokoju społecznego, jest wzajemny szacunek do symboli religijnych.

Jednocześnie cała sprawa, nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się ze słynnym „spaleniem ruskiej budki” na Marszu Niepodległości, które to mogło być, jak wynika z tego co mówi Paweł Wojtunik na taśmach z „Sowy i Przyjaciół”, inspirowane przez Bartłomieja Sienkiewicza  – Widzisz, ale facet nauczył ich, że on dzwoni i on im rozkazuje. I tak samo poszli, spalili budkę pod ambasadą, bo minister osobiście wymyślił taką… wiesz z takiego… – słyszymy na nagraniu, którego treść w 2015 roku opublikowało „Do Rzeczy”. Może słusznie się kojarzy, może niesłusznie, ale jakoś dziwnie nie mogę się od tej myśli opędzić.

Triada pedagogów

Tym bardziej, że moment wydarzenia jest dla rządzących zadziwiająco pomyślny. Swego czasu szukali czegokolwiek co mogłoby skompromitować wznoszący antyrosyjskie hasła w czasie trwania tzw. „resetu z Rosją” Marsz Niepodległości. Teraz desperacko szukają czegokolwiek, co mogłoby przykryć w opinii publicznej kwestie takie jak wysokie ceny benzyny, nadchodzący armagedon cen gazu, czy wreszcie celowo i małpio złośliwe, choć logiczne w kontekście realizacji niemieckich interesów, niszczenie strategicznych projektów infrastrukturalnych, takich jak CPK, a co za tym idzie, likwidacja polskich potencjałów rozwojowych. Austria i Węgry już zgłaszają akces do zagospodarowania idei hubu lotniczego w środkowej Europie.

I oczywiście natychmiast zgłasza się znana Polakom triada „pedagogów”

– „Potępiam próbę zamachu na Synagogę Nożyków. Stop antysemityzmowi!” – pisze po polsku ambasador Niemiec Viktor Elbing. Ambasador Niemiec, wyobrażacie sobie? Kraju, który jest winien śmierci milionów Polaków i milionów Żydów. Kraju, w którym antysemityzm rośnie lawinowo i jego poziom w porównaniu ze śladowym poziomem w Polsce, jest gigantyczny i obejmuje pobicia, rozboje i rabunki. Gdyby ambasador Polski w Niemczech potępiał każdy akt antysemityzmu za Odrą, nie robiłby niczego innego. Jednak ambasador Niemiec Viktor Elbing, czuje się w prawie grzmieć na polskiej ziemi na temat antysemityzmu. Panie Elbing, my sobie ze swoim antysemityzmem poradzimy, Pan pomoże zwalczać ten niemiecki, bo sobie Pana niemiecka administracja nie daje rady.

– „Dziś wraz ze społecznością żydowską, Naczelnym Rabinem Polski Michaelem Schudrichem, Ambasadorem Jakowem Liwne i innymi solidarnie potępiam haniebny atak na Synagogę Nożyków w Warszawie. Nie ma miejsca na antysemityzm i nienawiść ani w Polsce, ani nigdzie indziej na świecie” – pisze po polsku ambasador USA Mark Brzezinski, zawsze gotowy do strzelenia sobie sympatycznego selfika z przedstawicielami proniemieckiej Koalicji 13 grudnia, czy innych form sprzecznych z konwencjami ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski, ale jakoś nieznany z reakcji np. na zamordowanie przez Izraelczyków polskiego obywatela.

– „Przybyłem do Synagogi im. Nożyków, która ucierpiała dziś w ataku. Wraz z przedstawicielami polskich władz oraz Ambasadorem USA chcieliśmy okazać wsparcie warszawskiej gminie żydowskiej. Nie wolno nam dopuścić do tego, aby społeczność żydowska w Polsce została zastraszona tego rodzaju antysemickimi atakami. Strach powinni czuć wyłącznie sprawcy, a kara za takie postępowanie musi być nieunikniona. Dziękuję władzom RP za potępienie ataku i będę czekał na postawienie sprawców przed obliczem sprawiedliwości. Razem pokonamy antysemityzm i nienawiść” – pisze wreszcie po polsku po tym przygotowaniu artyleryjskim ambasador Izraela Jakow Liwne. W tym przypadku w jego reakcji nie byłoby przecież niczego nadzwyczajnego, byłaby absolutnie zrozumiała, gdyby nie fakt, że dopiero co wykazał się publicznie nieprawdopodobną bezczelnością w komentowaniu sprawy Polaka zamordowanego przez izraelskich żołnierzy. I w zasadzie nie wiadomo co jeszcze robi w Polsce.

Tak to nas od lat tresują. Zawsze ci sami. To znaczy nazwiska się zmieniają, ale są to najczęściej przedstawiciele tych trzech państw: Niemiec, Stanów Zjednoczonych i Izraela. Wobec każdego z tych państw wykazujemy się od lat, słusznie, lub mniej, uprzedzającą uprzejmością. Swoje służalcze zasługi ma tu wiele rządów po 1989 roku wobec Niemiec (obecny tę sztukę doprowadził wręcz do mistrzostwa), ale i rządy PiS mają swój wkład w to jak nas dziś traktuje Waszyngton i Tel Awiw. Nie jestem dyplomatą, mogę czegoś nie wiedzieć, ale wydaje mi się, że nawet jeśli kogoś uznaje się za sojusznika, czy wręcz strategicznego sojusznika, warto się szanować i np. nie zmieniać ustaw wg. wytycznych zza granicy, ponieważ każdy taki przypadek utwierdza naszych partnerów w przekonaniu, że Polacy są gotowi na wytarcie czapką każdego ich splunięcia.

Efekt odwrotny do zamierzonego

Z drugiej strony jednak, warto zauważyć pewne zjawisko, w ramach którego Polacy zdają się szybko wyrastać z wyznaczonej im roli. Jeszcze kilka lat temu, wystarczyło, że jakaś dziunia z Gazety Wyborczej napisała coś w zagranicznej prasie, a Wyborcza podała to na zasadzie „znowu się z nas śmieją”. I Polacy kładli uszy po sobie. Tymczasem od jakiegoś czasu pedagogika wstydu nie tylko już nie wystarczy żeby ich przekonać o tym, że „nie zasługują na takie projekty jak CPK”, ale również dotychczasowi „pedagodzy” stracili w oczach Polaków wiele ze swego blasku. Jeszcze usiłują grać swoją grę, ale zdaje się, że wywołuje to efekt odwrotny do zamierzonego.

Tweet ambasadora Niemiec Viktora Elbinga ma 62 polubienia i… 320 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Tweet ambasadora USA Marka Brzezinskiego 398 polubień i 1000 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Tweet ambasadora Izraela Jakowa Liwne 152 polubienia i 508 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Mam nadzieję, że daje mi to pewien asumpt do tezy, że tak się kończy natrętna pedagogika. Polacy mają dosyć tresury.

Reakcja jeszcze jest nadmiarowa, co jest oczywiście formą odreagowania po latach musztry, ale z czasem powinna zmienić się w zrozumiałe wzruszenie ramion. Nie oznacza to oczywiście, że mamy porzucić sojuszników, czy choćby, że ich opinia ma nas nie interesować. Ma interesować, ale nie w kwestii naszych spraw wewnętrznych, które z definicji nie dotyczą ambasadorów państw ze stolicami gdzie indziej niż w Warszawie. Ci, choćby przez wzgląd na konwencje regulujące zasady dyplomacji, mają pilnować swojego dyplomatycznego nosa i nie ingerować w sprawy kraju, w którym są ambasadorami.

Pytanie jeszcze, czy doczekamy się rządzących, którzy tę godnościową ewolucję Polaków pojmą i sami wyjdą z mentalnej pułapki „brzydkiej panny bez posagu”.

Nasza podróż w nieznane – DZIEWIĄTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Na poboczu stały spalone i ostrzelane samochody — ciężarówki, autobusy, osobówki, a obok nich, albo w środku, leżały zmasakrowane kulami i ogniem martwe ciała… Omijaliśmy te straszliwe przeszkody, a ja wyobrażałem sobie, jak musi być przerażająco, gdy strzelają do ciebie, a obok są najbliżsi… I jesteś bezsilny, nic nie możesz zrobić, żeby ratować tych, których kochasz  ­ – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

13 marca 2022, niedziela

Godz. 7.12, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Nie spałem dobrze w nocy. Słyszałem, że Tamara całą noc przewracała się na swoim zaimprowizowanym łóżku. Poza tym dusił ją kaszel. Zaostrzenie choroby oskrzeli wyraźnie się nasila, a leki się skończyły. Długo nie wytrzyma w piwnicy.

Po „porannej aktywności” podszedłem do Tomaszki i, obejmując ją za ramiona, pewnym głosem powiedziałem:

— Pakuj walizkę, jutro wyjeżdżamy.

— Ale przecież samochód nie chce się uruchomić — powiedziała niepewnie.

— Uruchomi się! Chłopcy jakoś zdobyli akumulator.

Godz. 13.44, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Obok domu przejeżdżały autobusy ewakuacyjne i kolumna samochodów. Moje serce podpowiada, że „zielone korytarze” mogą niedługo zostać zamknięte. I wtedy — koniec. Z tych sideł się nie wydostaniemy.

Godz.14.20, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Wyszliśmy z piwnicy do mieszkania. Dziewczyny robią kanapki z krakersów, bo chleb dawno się skończył. Przyniosły z podwórka gorącą zupę i rozlewają do talerzy. Apetytu już od kilku dni nie mam, wcale nie chce się jeść. Połknąłem pigułkę przeciwbólową, ale widzę, że poprawy nie ma.

W salonie na półkach stoi moja kolekcja płyt winylowych — albumy zespołów rockowych: Beatles, Animals, Rolling Stones, Who, Led Zeppelin, Uriah Heep, Grateful Dead, Pink Floyd i innych klasyków rocka. A są także ulubione polskie zespoły — Czerwone Gitary, Breakout i Tadeusz Nalepa, Budka Suflera, SBB, Czesław Niemen… Nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek położę te płyty na tarczy gramofonu, delikatnie zdmuchując kurz…

A jeszcze marzyłem o napisaniu dwóch książek. O historii ukraińskiej muzyki rockowej oraz kronikę życia i twórczości The Beatles. Nawet częściowo zgromadziłem materiały. Jeszcze do późnego wieczora 23 lutego siedziałem przy biurku, realizując założenia, ale… Zresztą tego samego dnia z wydawnictwa „Arija” przysłali mi makietę mojej kolejnej książki o szpiegach. Widać, nie było mi dane trzymać jej w rękach. „Przytulając” kilka płyt, ostrożnie odłożyłem je na miejsce, contra spem spero na ponowne z nimi spotkanie.

Godz. 23.12, Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

W piwnicy martwa cisza, od czasu do czasu przerywana szczekaniem dwóch psów, które przebywają razem ze swoimi właścicielkami w sąsiedniej komórce. Zwierzęta są zestresowane i przerażone.

Niektórzy sąsiedzi zniknęli cicho, „po angielsku”. Ale, jak powiedział sąsiad Mykoła, „mniej ludzi, więcej tlenu”. Nie komentuję. Bo ten sam Cyceron lubił powtarzać, że suum cuique — „każdemu swoje”. Napisałem to i przypomniałem sobie mojego nauczyciela Jurija Wadymowicza Szanina. Jakbym się nie opierał, to jednak wbijał mi do głowy łacinę, bo, jak słusznie zauważyli starożytni, nulla est doctrina sine lingua Latina („Nie ma nauki bez łaciny” — przyp. red.).

14 marca 2022 poniedziałek

Godz.10.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Ledwie Denis poinformował, że zamontował nowy akumulator, a samochód Romana udało się uruchomić. Zbiornik volkswagena jest prawie pełny. Będziemy mogli wyruszyć. Zaraz przekażę tę nowinę Tamarze.

Godz. 22.02, Winnica, droga na Chmielnickie. Z dziennika Serhija Kulidy

Dzień był trudny. I jednocześnie radosny. Ale o wszystkim po kolei. Po tym, jak zięć powiedział, że auto jest gotowe do drogi, postanowiłem pójść na rozpoznanie do miejskiego ratusza, gdzie ludzie mieli czekać na ewakuację. I rzeczywiście: tam, jak i w poprzednich dniach, zebrał się ogromny tłum. Autobusów jeszcze nie było, za to całą jezdnię przed budynkiem miejscowego „białego domu” zalały prywatne samochody mieszkańców Buczy.

Czas płynął, ale pożądany transport nie pojawiał się. W powietrzu wyraźnie czuć było jakieś nerwowe napięcie. Dzieci płakały, mężczyźni uciszali się przeklinając, psy warczały i rwały się ze smyczy… Wśród ludzi chodził kierownik spraw miejskich rady buczackiej Dmytro Gapczenko i przez megafon, jak potrafił, uspokajał zirytowanych i zmęczonych mieszkańców. Wtedy podjąłem ostateczną decyzję: jeśli dziś nie opuścimy Buczy, to już raczej nie będziemy mogli wyjechać.

— Tamo, szybko się zbieraj — z progu zwróciłem się do żony. — I dzieciom powiedz. Ja idę do piwnicy — zabiorę komputer.

Już za dziesięć minut staliśmy przy samochodzie Romana — my z Tamarą, Ninusia, dwójką wnucząt, zięć i teściowa. Razem — siedmioro plus pies. Ale do auta zmieścimy się tylko we czwórkę. No, jakoś sobie poradzimy…

I wtedy Oksana stanowczo oznajmiła: — Gdzie tam z moimi gabarytami… Jedźcie sami. Ja zostaję.

— A ja mamy nie zostawię — powiedział ostro Denis. — Jedźcie, my sobie poradzimy.

Teraz już wystąpili Ninusia i Włodek: — My bez ciebie też nie pojedziemy!

Denis delikatnie objął żonę i syna, i łagodnie powiedział: — Musicie uratować siebie. Jeśli tu zginiecie, ja tego sobie nigdy nie wybaczę. Bardzo was kocham. Siadajcie i jedźcie. Ja coś wymyślę i na pewno was znajdę.

Tak więc uformował się załogę: za kierownicą — Roman, obok — Tamara, na tylnej kanapie — Włodek, Ninusia i ja z Jaszą na rękach.

Wyjeżdżaliśmy w tym, co mieliśmy — w sportowych spodniach, wysmarowanych od trzytygodniowego siedzenia w piwnicy kurtkach, nieumyci i nieogoleni (to ja, oczywiście, o sobie). Do walizki Tamara włożyła tylko jakieś jeansy, adidasy, swetry, bieliznę. No i dokumenty. To wszystko. Jeszcze zdążyłem żartować z tego powodu: „Wszystko, co zdobyte ciężką pracą”. Tamara tylko wymownie spojrzała na mnie i, widocznie zasmucona, odwróciła się, żeby nie pokazać łez. Usiedliśmy i ruszyliśmy z podwórza. Skręcając z ulicy Energetyków na Bohdana Chmielnickiego, samochód zatrzymał się — przed nami stało kilkanaście aut. Okazało się, że kierowcy odbywają naradę: czekać na autobusy (które nie wiadomo kiedy przyjadą), czy jednak ryzykować, jadąc całą kolumną prywatnych samochodów, przyczepiając do nich napisy obowiązkowo po rosyjsku „Дети” i białe taśmy. Debaty zakończyły się tym, że niektórzy postanowili nie kusić losu i zostać.

Większość kierowców była gotowa na potencjalnie niebezpieczną podróż. Tak więc nasz volkswagen znalazł się piąty kolumnie tego niebezpiecznego „wyścigu”, który nazwałem w myślach „Life Trophy”. Skręcając z ulicy Bohdana Chmielnickiego w lewo na „Warszawkę”, ruszyliśmy w stronę Worzel. I tu w pełni ujawniły się przed nami straszne realia współczesnego życia. Na poboczu trasy stały spalone i ostrzelane samochody — ciężarówki, autobusy, osobówki, a obok nich, albo w środku, leżały zmasakrowane kulami i ogniem martwe ciała…

Omijaliśmy te straszliwe przeszkody, a ja wyobrażałem sobie, jak musi być przerażająco, gdy strzelają do ciebie, a obok są najbliżsi… I jesteś  bezsilny, nic nie możesz zrobić, żeby ratować tych, których kochasz. I na chwilę przed śmiercią, ze strachem rozumiesz, że to koniec. Koniec wszystkiego…

Tymczasem Roma powoli skręcił na drogę łączącą „Warszawkę” i Żytomierską trasę. Minęliśmy skręt na ulicę Jabłunowską, gdzie, według plotek, Rosjanie już zabili wielu mieszkańców Szklanej Wsi. Dalej — w prawo, skręt na Zabuczie. I tutaj, jak i na „Warszawce”, na poboczu stały zniszczone osobówki z zabitymi ludźmi. Przed Zabucziem trafiamy na kacapski punkt kontrolny. Zatrzymują nas. Podchodzi jakiś niedorozwinięty na krzywych nogach, z azjatyckimi rysami stwór. Uśmiecha się zepsutymi zębami: — Cześć! Dokąd wy się tam wybraliście? My was właśnie wyzwalamy od nazistów…

Milczymy.

— Czemu milczycie? Boicie się, co, straszno? Nie bójcie się — my, Rosjanie, jesteśmy dobrzy.

Milczymy.

— Dawajcie paszporty! — stwór nakłada złośliwy uśmiech na cienkie jak sznurek wargi.

Długo obraca w rękach dokumenty.

— А teraz — telefony.

Głupiec grzebie w naszych telefonach komórkowych, ale po chwili zwraca je z powrotem.

— Pokaż bagażnik! — zwraca się do Romana.

Ten go otwiera.

— Tam co jest?

— Ubrania — rzuca niewiele mówiący wnuczek.

— Co? Powiedź mi to po ludzku…

— Ja i tak mówię o ludzku — zaczyna kipieć mój zawsze zrównoważony wnuk.

Widzę, że zbliża się konflikt z dość przewidywalnymi konsekwencjami, więc wtrącam się, dodając do głosu nuty dowódcze: — Słuchaj, bojowniku, tam w walizce tylko ciuchy.

Spuchnięta morda odwraca się do mnie i coś chce powiedzieć, gdy woła go jakiś, widocznie, starszy rangą, który zbliża się do naszego samochodu: — Co ty się tam grzebiesz, idioto?… Odsuń się, ileż można! Jeśli wszystko w porządku — puść.

— Jedźcie na ch*j — wzdycha i powoli podnosi karabin. — Szybko, bo inaczej was tutaj położę…

Gdzieś w okolicy Dimerki znowu nas zatrzymują, a opisana wcześniej sytuacja się powtarza. Tylko tym razem w patrolu są brodaci mężczyźni z charakterystycznym kaukaskim akcentem. Mówią znajome słowa (widocznie tak ich nauczyli) o „wyzwoleniu”: „Chcemy was wyzwolić od tych waszych banderowców”. W końcu ci „Rosjanie”, obładowani bronią, wypuszczają nas.

W okolicy Kapitanówki widzimy — wreszcie!!! — niebiesko-żółtą flagę, unoszącą się nad zbudowanym z betonowych bloków posterunkiem kontrolnym. Nasi zaniepokojeni chłopcy nie przeprowadzają kontroli, tylko machają rękami: „Jedźcie dalej szybciej!”

I rzeczywiście, pojawia się nowy powód do niepokoju — gdzieś tuż obok zaczynają latać pociski. Roman skręca na drogę w kierunku Żytomierskiej, nietypowo pustą. I tylko tu i ówdzie stoją, jak wyznacznik czasu, rozbite samochody. Kierujemy się w stronę Stojanki, gdzie mieszka (czy mieszkała?) siostra Tamary, Luda, i patrzymy, jak po obu stronach drogi płoną liczne budynki — supermarkety, biurowce, magazyny, stacje benzynowe, prywatne domy. Wydaje się, że trafiliśmy w środek jakiegoś filmu katastroficznego z Hollywood. Z drogi obok Stojanki skręcamy na Horenicze. Tutaj widok jest równie ponury — ruiny, ogień, śmierć… Minęliśmy osiedle, skręcamy w prawo obok Hnatiwki, w kierunku Białogrodki i… zatrzymujemy się. Przed nami ulica jest zablokowana samochodami. Stoimy w korku kilka godzin. A obok coś regularnie i dość głośno wybucha. Wreszcie ruch trochę przyspiesza.

Zbliżamy się do mostu nad rzeką Irpin, z prędkością żółwia, i modlę się do Boga, żeby Rosjanie nie celowali w tę przeprawę. Oto Białogrodka! Tutaj nasze dokumenty zostały dokładnie sprawdzone (żołnierze martwią się o możliwych dywersantów), a uprzejmi, uważni wolontariusze poczęstowali nas kanapkami i herbatą. Wreszcie mogliśmy odetchnąć spokojnie — teraz jesteśmy bezpieczni.

Jasza, uwolniony na „spacer”, załatwił swoje fizjologiczne potrzeby, które przez kilka dni powstrzymywał. Po odpoczynku kontynuowaliśmy naszą smutną podróż.

Oto i Kijów. Słońce przywitało nas radośnie, na ulicach spacerują ludzie, sklepy działają, a także — co dla nas najważniejsze — stacje benzynowe. Przy jednej z nich zatrzymaliśmy się, aby zatankować jak najwięcej paliwa. Podczas gdy Roman stał w kolejce, nasza załoga ruszyła do budynku stacji benzynowej. Tutaj ja i Nina kupiliśmy papierosy i zamówiliśmy kawę. Smakując aromatyczny napój, zdumiewaliśmy się przynajmniej pozornym spokojem. Zdawało się, że znaleźliśmy się w jakimś równoległym świecie: w Buczy panuje śmierć, a w stolicy, przecież tak niedalekiej od naszego miasta, jakby „cichy anioł przelatywał”. Jednak ten spokój był oczywiście złudny. Kijów jest celem numer jeden dla moskiewskiej hordy. I uderzenia w miasto można się spodziewać każdej chwili.

I oto znowu jesteśmy w samochodzie — zmierzamy na zachód. Naszym ostatecznym celem jest Iwano-Frankiwsk, gdzie czeka na nas mój dobry przyjaciel i kolega Jarosław Tkaczewski. A tymczasem dzwonię do kolejnego przyjaciela z mojej młodości — winnickiego pisarza Wadima Witkowskiego. Umawiamy się na nocleg. Wadim cieszy się, że uciekliśmy z Buczy: „Serhieju, drogi, z Walją czekamy na was z niecierpliwością! Żyjcie u nas, ile chcecie! Będziemy bezgranicznie szczęśliwi!”.

Przybliżona odległość od Kijowa do Winnicy (przez Białą Cerkiew i Skwirę) wynosi 270 kilometrów. Roman włącza nawigację i ruszamy. Nawiasem mówiąc, wnuk nie wypuścił z ręki swojego telefonu z nawigacją przez cały czas podróży. W lewej ręce — telefon, w prawej — kierownica. I to mimo że nigdy wcześniej nie odbywał długich podróży, ponieważ niedawno otrzymał prawo jazdy.

Nie będę opisywał tych długich godzin podróży. Powiem tylko, że w samochodzie zazwyczaj panowała napięta cisza. Wszyscy martwili się, że volkswagen się zepsuje, zatrzyma się. Żeby choć nie musieć nocować gdzieś na poboczu…

I oto — wreszcie! — światła Winnicy. Trochę błądząc po nieznanych ulicach, parkujemy przy posiadłości Wadima i Walji Witkowskich na Chmielnickiej Szosie. Przyjaciele przywitali nas serdecznymi objęciami. Od razu zaprowadzili do stołu, obfitującego w różnorodne przysmaki, których nie widzieliśmy przez trzy tygodnie. Ale przed ucztą ja i Wadim zrobiliśmy sobie zdjęcie, aby udokumentować fakt naszego cudownego uratowania.

Podczas gdy dzieliliśmy się wspomnieniami, Roma postanowił udać się do sąsiedniej wioski, gdzie razem z rodziną przeniosła się jego dziewczyna z zajętej Babynci. Postanowił, że zabierze ją ze sobą.

Tymczasem, po ucztowaniu, wszyscy wzięliśmy prysznic, a dziewczyny z Włodkiem zaczęły się przygotowywać do snu. Wkrótce przyjechał Roma z narzeczoną. Szczęśliwy i radosny! Wreszcie wszyscy położyliśmy się spać. Tylko ja nie mogłem zasnąć. Wziąłem się za notowanie wydarzeń tego szczęśliwego, ale długiego dnia. Jutro będziemy kontynuować naszą podróż w nieznane. Jaki los nas czeka? Pomimo wszystkich kłopotów i obaw, szczerze wierzę, że nasz kraj, zjednoczony i zmotywowany, pokona moskiewskie plugastwo. I że „na odnowionej ziemi // Nie będzie wroga, przeciwnika, // Ale będzie syn, i będzie matka, // I będą ludzie na ziemi”…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

 

 

 

Wsparcie CMWP SDP dla protestu Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań przeciwko działaniom „likwidatora” rozgłośni

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wspiera działania Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań w obronie dziennikarzy zwalnianych z pracy  przez „likwidatora” Radia Poznań Piotra Michalaka.  Zwolnieni z pracy  zostali : red. Piotr Tomczyk, Bartosz Garczyński, Arkadiusz Kozłowski, Krystyna Różańska-Gorgolewska, Michał Sobkowiak, Sławomir Zasadzki, Roman Wawrzyniak, a także Przemysław Stochaj oraz pracująca na umowie o współpracę red. Aleksandra Fedorska.

Podawane przez „likwidatora” powody wypowiedzeń umów o pracę są niekonkretne, uznaniowe i nieprawdziwe. W ocenie CMWP SDP służą przede wszystkim temu, by nie wypłacać pracownikom należnych odszkodowań za zwolnienia, jakie obowiązują w przypadku likwidacji spółki.  Zwolnienia te dotyczą, poza jedną osobą, członków  Związku Zawodowego Pracowników Radia Poznań. Przykładowo w  uzasadnienie wypowiedzenia umowy o pracę jednego z dziennikarzy wpisano jako powód to iż rzekomo „wspiera prawą stronę” , co jest  dyskryminacją ze względu na poglądy. W innych wypowiedzeniach umów o pracę jako ich powód podawana jest „likwidacja spółki”, choć wszystkie okoliczności funkcjonowania Radia Poznań pokazują, że jest to działanie pozorne, którego celem jest jedynie bezprawne przejęcie funkcji zarządczych w tej spółce. CMWP SDP zwraca uwagę, iż na miejsce zwalnianych pracowników zatrudniani są kolejni, wprowadzane są nowe pozycje do ramówki programu,  wynajmowane są billboardy i prowadzona jest  promocja oraz autopromocja na antenie rzekomo „likwidowanej” rozgłośni.

Dlatego CMWP SDP apeluje o zaprzestanie działań dyskryminujących zwalnianych z pracy dziennikarzy Radia Poznań oraz o przywrócenie ich do pracy w Radiu lub podjęcia negocjacji ze Związkiem Zawodowym Pracowników Radia Poznań, by zwolnienia z pracy odbywały się z poszanowaniem Prawa pracy i prawa dziennikarzy do ich niezależności .

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP 

Warszawa, 25 kwietnia 2024 r.