O skutkach pazerności koncernów zbrojeniowych pisze WALTER ALTERMANN: Zamach

Fakty: w sobotę 13 lipca 2024 roku (00.15 w niedzielę w Polsce), Donald Trump, były prezydent USA i obecny kandydat na ten urząd, został postrzelony na wiecu wyborczym w Butler, w stanie Pensylwania. 45. Prezydent USA przeżył, chociaż bandyta strzelał w głowę polityka. Kula trafiła w ucho. Zginęły dwie osoby, jedną z nich jest zamachowiec, kolejne dwie są poważnie ranne. FBI podało, że sprawca to 20-latek. Niestety, wiele mówiono i pisano o teoriach spiskowych, prawie nic o, być może, istotnej przyczynie zamachu w Butler.

Zainteresowało mnie, co polskie media i polscy politycy mieli na ten temat do powiedzenia. Była akurat niedziela i dobra okazja, bo trzy największe stacje – TVP, Polsat i TVN – zapraszają wówczas do swoich studiów polityków, gdzie prowadzący pozwalają im do woli wykrzyczeć się, obrażać i za wszystko co złe obwiniać swych przeciwników. Ot, taki nasz niedzielny standard.

Odnotujmy, że wszystkie siły parlamentarne i prezydenckie potępiły zamach na Trumpa, ale tego można się było spodziewać. Niektórzy nasi politycy zaczęli przekonywać, że zamachowiec mógł być ideowym przeciwnikiem Trumpa, którego do czynu popchnęła propaganda mediów, sprzyjających Bidenowi. Pojawiły się też sugestie, ale niezbyt konkretne, że w Polsce jest tak samo, bo media (sprzyjające rządzącym) bezpardonowo atakują opozycję. Na co politycy z partii rządzących stwierdzali, że jest inaczej, że to opozycja, gdzie jeszcze może podburza ludność przeciwko nim.

Spiski

Potem nastąpił etap prezentowania teorii spiskowych. Tu najmocniej zawistował Polsat. W audycji „Śniadanie Rymanowskiego” połączono się z USA i głos zabrał „Tomasz ”Drago” Dzieran, bohater antykomunistycznego podziemia” – jak go przedstawiono. Dzieran jest Polakiem, który w 1984 roku wyemigrował za ocean powodu uwięzienia za Solidarność i późniejsze szykany.

Jest to mężczyzna potężnej postury, energiczny, pewny swych sądów i mówiący tonem nieznoszącym sprzeciwu. Typowy zresztą produkt oddziałów specjalnych, bo służył w Navy Seals. A tam trzeba najpierw działać, analizować potem.

Pan Dzieran przedstawił kilka dowodów, na spisek rządzących USA przeciwko Trumpowi. Najważniejszym było to, że władze zmniejszyły ostatnio liczebność ochrony Trumpa. Poza tym wytykał błędy jakie popełniła ochrona, twierdząc, że on by to zrobił lepiej. Na dowód podał, że ochraniał w przeszłości byłego wtedy premiera Iraku. Powiedział również, że zamachowiec był amatorem, ale dobrze wyszkolonym. Skąd to wiedział, nie powiedział.

I po to Polsat łączył się z USA, żeby wysłuchać takich bzdur? Tym bardziej, że przecież był w studio zaproszony europoseł Dariusz Joński, który też stwierdził, że zastanawiające jest, iż „Zamachowiec był zarejestrowany jako głosujący na Trumpa”. Czyli, p. Joński sugerował, że mógł strzelać ktoś na zlecenie Trumpa. Czyli, mamy spisek w spisku! To się dawniej nazywało paranoja. Teraz to mania prześladowcza.

Europoseł Tobiasz Bocheński, były wojewoda łódzki i mazowiecki i – jak mówi się w Warszawie – kandydat na prezydenta RP przypomniał, że, niestety, w USA często morduje się prezydentów i innych polityków. Poza Kennedym i Lincolnem w USA zamordowano także: James’a Gerfield’a (1881) oraz Wiliama McKinleya (1901). W sumie zamordowano w USA prawie 9 procent prezydentów.

Będzie jak było

Najgorsze jednak jest to, że w żadnej ze stacji telewizyjnych nawet nie napomknięto o milionach sztuk broni, która jest w rękach Amerykanów. Nie wspomniano o zbiorowych mordach w szkołach, dokonywanych przez sfrustrowanych uczniów. O szaleńcach otwierających ogień do tłumów. W każdym z takich zamachów ginie od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. I to jest makabryczna plaga. I zawsze zbrodniarzami strzelającymi do przypadkowych ludzi są „niezrównoważeni zwykli obywatele”.

Czy w sprawie zbyt łatwej dostępności do broni w USA, po zamachu na Trumpa, cokolwiek się zmieni? A broń Boże! Nie pomogą petycje podpisywane przez miliony rozumnych ludzi. Nie pomogą apele znanych aktorów i cenionych naukowców. Będzie tak jak dotąd. Dlaczego? Bo lobby producentów broni i amunicji jest w USA potęgą ekonomiczną. I ten przemysł przynosi również miliardy państwu. I opłaca kampanie wyborcze swoich kongresmenów.

W USA zwyciężył i nadal panuje jeden z najgłupszych mitów, głoszący, że uzbrojony Amerykanin to wolny Amerykanin. Przez dwa stulecia wmawiano to ludziom, aż w końcu uwierzyli. I teraz wszyscy Amerykanie uważają się za potomków kowbojów i szeryfów. Zupełnie jak w westernach.

O potęgo kina i massmediów, cóżeś ty za pani, że za tobą idą, ludzie jak barany…

 

Nie żyje Zygmunt Gutowski, organizator festiwali „Niepokalana” i „Losy Polaków”; pogrzeb 16 lipca

Zmarł Zygmunt Gutowski, wieloletni członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, inicjator powstania i honorowy prezes Katolickiego Stowarzyszenia Filmowego. Był organizatorem Międzynarodowych Katolickich Festiwali Filmów i Multimediów „Niepokalana” oraz polonijnych Festiwali „Losy Polaków”. Miał 85 lata. Msza św. pogrzebowa odbędzie się we wtorek 16 lipca o godz.13.15 w parafii św.  Jakuba na Pl. Narutowicza , a po niej cmentarzu wolskim (prawosławno- katolickim)  zaplanowany jest pogrzeb. 

Zygmunt Gutowski był dziennikarzem radiowym i telewizyjnym, filmowcem, wykładowcą akademickim, pracownikiem administracji publicznej. Po ukończeniu studiów na Wydziale Łączności Politechniki Warszawskiej w latach 60. ubiegłego wieku, pracował jako inżynier w stacjach radiowych i telewizyjnych.

Był członkiem Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Polskiego Radia i Telewizji. Po 13 grudnia 1981 roku internowany i usunięty z pracy. W latach 80. ubiegłego wieku pracował jako producent filmów video, operator kamery. Realizował i reżyserował też własne filmy.

W 1989 roku współorganizator, dziennikarz i kierownik techniczny Telewizyjnego Studia Wyborczego „Solidarność”. Później w swojej karierze zawodowej był m.in. dziennikarzem telewizyjnym, komentatorem, realizatorem programów, specjalistą do spraw analiz programowych, wykładowcą akademickim, redaktorem naczelnym portali internetowych.

Zygmunt Gutowski był jednym z inicjatorów powołania Katolickiego Stowarzyszenia Filmowego, pełnił w tej organizacji funkcję prezesa i wiceprezesa, a ostatnio prezesa honorowego.

Przez wiele lat,  jako dyrektor i dyrektor programowy, organizował Międzynarodowy Festiwal Filmów Katolickich w Niepokalanowie, który później przekształcił się w Międzynarodowy Katolicki Festiwal Filmów i Multimediów „Niepokalana”.

Był jednym z pomysłodawców i organizatorów Polonijnego Festiwalu Multimedialnego „Polskie Ojczyzny”, obecnie Festiwalu Polonijnego „Losy Polaków”, którego celem jest promocja polskiej historii, kultury i tradycji w kraju i zagranicą.

Za swoją działalność Zygmunt Gutowski był wielokrotnie nagradzany. Odznaczony został m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (Polonia Restituta), Krzyżem Wolności i Solidarności oraz Krzyżem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis”.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i redakcja portalu sdp.pl składa rodzinie i bliskim Zygmunta Gutowskiego wyrazy głębokiego współczucia.

 

Rozwiązania gubernatorskie, czyli CEZARY KRYSZTOPA pisze o systemach: Porządek gnojenia

Unia gnoi Tuska. Tusk gnoi Polaków, Polacy nie mają kogo gnoić, więc gnoja się pomiędzy sobą – napisał na Twitterze (jakoś nie mogę przestawić się na „X”) Rafał Otoka-Frąckiewicz, a ja zasępiłem się nad geniuszem tej krótkiej, acz smutnej sentencji. 

Z Rafałem stosunki mamy dość złożone, jak na złożonych ludzi przystało. Czasem się zgadzamy, czasem się żremy, ale generalnie mam wrażenie, że dość się lubimy. Ja dodatkowo uważam, że w tym co robi dotyka go czasem przeboska ręka geniuszu. I tak wydaje mi się w przypadku tego krótkiego stwierdzenia, które a prosty sposób opisuje mechanizm podległości, w który sami się wpędzamy. 

Nasza wina 

Prawdą jest bowiem, że rządzi nami dzisiaj ktoś w rodzaju niemieckiego gubernatora, który za nic ma interesy, bezpieczeństwo czy dobrobyt Polaków. Prawdą jest, że rządzi nie dlatego, że wygrał wybory, tylko dlatego że był sprytniejszy od obecnej największej partii opozycyjnej, która w istocie wybory wygrała i zbudował sobie koalicjantów. Prawda jest również to, że w zasadzie nie tyle rządzi co sprawia wrażenie jakby wykonywał polecenia tych, którzy i tak nim pomiatają i wycierają nim, jak podczas ostatniej wizyty pryncypała Olafa Scholza, podłogę. 

No i co z tego, skoro największa w tym nasza wina? Wszystkie te ułożone w kolejne piętra narośla są w stanie na nas pasożytować i nas gnoić głównie dlatego, że daliśmy się podzielić do tego stopnia, że bardziej nienawidzimy wewnętrznych „tamtych” niż jesteśmy w stanie dostrzec zagrożenia zewnętrzne. Gdyby, nie daj Boże, ktoś na nas napadł i wybuchłaby w Polsce regularna wojna, prawdopodobnie w większym stopniu niż agresor, zajmowałaby nas satysfakcja, że „tamci” w końcu „oberwą za swoje”. A przynajmniej takie by można odnieść wrażenie po doświadczeniach naszego codziennego życia publicznego. Co prawda istnieje też wersja, według której „w chwilach kryzysu potrafimy się zjednoczyć”, ale tak na wszelki wypadek może lepiej nie sprawdzać. 

Wrogowie nie mają zbyt wiele do roboty 

Przez cały ten bajzel nie jesteśmy w stanie uzgodnić nawet minimalnej płaszczyzny wspólnego interesu. Oczywiście antypatriotyczna propaganda, która ma nas pozbawić poczucia wspólnoty nie jest tu bez znaczenia, ale gdybyśmy byli w stanie ze sobą rozmawiać, ta w dużym stopniu, prawdopodobnie trafiałaby w pustkę. 

Pewną jaskółką nadziei są tutaj przeróżne oddolne ruchy wspierające rozwój Polski. Rany, jak dobrze wiedzieć, że wokół hasła rozwoju potrafią skupić się i konfederata i pisowiec i razemek i nawet jakiś platformers się uchowa. Jednocześnie jednak trudno nie odnieść wrażenia, że to za późno, za płytko. Mleko nie tyle już się wylało, co każdego dnia leje się strumieniem szerokim jak wodospad Niagara. W tej sytuacji nasi wrogowie w sumie nie mają zbyt wiele do roboty, w zasadzie niszczą nas naszymi własnymi rękoma, podczas gdy nasze oczy niejako niezależnie od kończyn, z przerażeniem relacjonują załamanemu mózgowi rosnącą skalę strat. 

Dlatego postanowiłem, za pozwoleniem, ująć sentencję Otoki-Frąckiewicza w formę rysunku, choć też pozwoliłem sobie „Unię” zastąpić „Niemcami”, co wydaje się w ostatnich dniach nieco bardziej aktualne. No ale jeśli ktoś zapyta „a co to za różnica”, to też będzie miał rację. 

ZG SDP ws. zwolnienia z PAP sekr. gen SDP HUBERTA BEKRYCHTA: uznajemy to za szykanę polityczną

Władze SDP przyjęły w czwartek uchwałę w obronie dziennikarza Huberta Bekrychta – jednego z członków ZG SDP, sekretarza generalnego SDP, którego w trybie dyscyplinarnym zwolniła PAP.
Treśc uchwały:
Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wyraża swoją solidarność z sekretarzem generalnym SDP red.Hubertem Bekrychtem dyscyplinarnie zwolnionym z pracy w Polskiej Agencji Prasowej.
Zwolnienie Huberta Bekrychta uznajemy za szykanę polityczną związaną z pełnieniem przez niego funkcji sekretarza generalnego SDP i redaktora naczelnego portalu sdp.pl, na którym umieszczał teksty dotyczące nieprawnego przejęcia przez rząd Donalda Tuska mediów publicznych. 
W imieniu ZG SDP
prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
Krzysztof Skowroński
                                                                                                                   
                                                                                                               ***

 

Fragment biogramu Huberta Bekrychta ze strony sdp.pl [skróty i dopiski od red.]

                                                                                                                        ***

Poniżej protest Centrum Monitoringu Woilności Pracy w obronie dziennikarza Hubert Bekrychta z ZG SDP, sekretarza generalnego SDP:

Stanowczy protest CMWP SDP przeciwko dyscyplinarnemu zwolnieniu z PAP red. Huberta Bekrychta, sekretarza generalnego SDP

Maciej Świrski w Senacie: KRRiT nie może akceptować działań niezgodnych z prawem

„Nagonka na przewodniczącego KRRiT jest próbą zmuszenia Krajowej Rady do akceptacji rządowego kłamstwa, że likwidacja mediów publicznych i ich przejęcie przez rząd są zgodne z prawem. Sam rząd i wyznaczeni przez niego likwidatorzy przyznają, że likwidacja jest pozorna. Rodzi się podstawowe pytanie: jak mogą organy rządowe uczestniczyć w takiej mistyfikacji, której celem jest obejście prawa?” – powiedział przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świrski podczas wystąpienia w Senacie.

Maciej Świrski w środę prezentował w Izbie Wyższej sprawozdanie z działalności KRRiT za 2023 r. Jego wystąpienie wywołało wiele emocji i było kilkakrotnie przerywane przez senatorów.

Na początku przewodniczący KRRiT starał się przypomnieć  dlaczego w państwach zachodnich istnieją niezależne od władzy regulatorzy mediów elektronicznych.

„KRRiT jest jednym z konstytucyjnych organów kontroli państwa i ochrony prawa, natomiast nie jest organem administracji rządowej. Jej autonomia i niezależność są w Polsce zasadami ustrojowymi. Zgodnie z Konstytucją, Krajowa Rada stoi na straży wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji” – podkreślił szef KRRiT.

Dalej Świrski zaznaczył, że działania rządu koalicji 13 grudnia w końcu ubiegłego roku „doprowadziły do tego, że bardziej niż kiedykolwiek Krajowa Rada musiała wystąpić w obronie obywateli i integralności mediów publicznych w sytuacji ich zawłaszczenia przez władzę wykonawczą i bezprawnej likwidacji.”

„Krajowa Rada stanowczo sprzeciwia się zarówno likwidacji mediów publicznych dokonanych przez Ministra Kultury, jak i bezprawnych ingerencji w program telewizji i radia publicznego, takich jak bezprawne zawieszenie nadawanie programu TVP Info oraz nieuzgodnione z Krajową Radą zmiany programowe. Krajowa Rada sprzeciwia się bezprawiu, jakiego dopuścił się minister Sienkiewicz, czyli siłowemu usunięciu legalnych władz Telewizji Polskiej i Polskiego Radia. Krajowa Rada sprzeciwia się też bezprawiu, jakim jest działalność tzw. ‘likwidatorów’ czyli osób bezprawnie zarządzających majątkiem publicznym w spółkach TVP i Polskiego Radia i siedemnastu rozgłośniach regionalnych. Sytuacja prawna tych osób jest do dzisiaj niejasna” – tłumaczył Maciej Świrski.

Przypomniał, że oprócz dwóch spółek rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, żadna z nich nie jest prawomocnie wpisana do Krajowego Rejestru Sądowego i zgodnie z prawem, KRRiT nie może dla nich przekazać transz abonamentu.

Maciej Świrski podkreślił, że „siłowe, bezprawne przejęcie mediów publicznych ma służyć domknięciu systemu medialnego, który nie pozwoli obywatelom dowiedzieć się prawdy o skutkach poczynań rządzących. To jest wprowadzanie nieformalnej cenzury, a cenzura jest w Polsce konstytucyjnie zakazana. Krajowa Rada ma konstytucyjny obowiązek chronić wolność słowa i dostęp obywateli do informacji”.

Zapewnił, że KRRiT będzie to robić „z całą siłą tego konstytucyjnego urzędu, a żadne próby zastraszania nas się nie powiodą”.

Na koniec swojego wystąpienia Maciej Świrski podkreślił, że „immanentnym elementem suwerenności jest niepodległość informacyjna, własny system mediów, który chroni obywateli przed dezinformacją i wrogimi działaniami chcącymi pozbawić kraj wolności”.

Zapewnił, że KRRiT stoi na straży ładu medialnego w Polsce.

„Nasza demokracja i historyczne dziedzictwo zobowiązują nas do obrony prawdy i niezależności mediów. Obecna nagonka na przewodniczącego KRRiT jest próbą zmuszenia Krajowej Rady do akceptacji rządowego kłamstwa, że likwidacja mediów publicznych i ich przejęcie przez rząd są zgodne z prawem. Sam rząd i wyznaczeni przez niego likwidatorzy przyznają, że likwidacja jest pozorna. Rodzi się podstawowe pytanie: jak mogą organy rządowe uczestniczyć w takiej mistyfikacji, której celem jest obejście prawa? Krajowa Rada, stojąc na straży wartości konstytucyjnych, nie może uczestniczyć ani akceptować działań niezgodnych z prawem” – zaznaczył szef KRRiT

Senatorowie odrzucili sprawozdanie z działalności KRRiT za 2023 rok.

Całe wystąpienie przewodniczącego KRRiT można znaleźć TUTAJ.

opr. jka, źródło: KRRiT

 

Krzysztof Masłoń otrzymał Nagrodę im. Macieja Łukasiewicza

Laureatem Nagrody im. Macieja Łukasiewicza w 30. edycji Konkursu Nagrody SDP przyznawaną za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy został Krzysztof Masłoń. Nagrodzono go za trzy publikacje: „Boski Witoldo”, „Słowa w krwi skąpane” w tygodniku „Do Rzeczy” oraz „Człowiek o moralności alfonsa” w „Historia Do Rzeczy”.

Wyróżnienia

Małgorzata Lachendro-Barbóreczka, Polskie Radio Katowice

Barbara Sułek-Kowalska, za dwie publikacje: „Zaczynał od witraży” oraz „Ja jestem polskim Żydem”, Tygodnik TVP

Hanna Tracz – „Złamane życie Wiery Gran, czyli opowieść o muzie getta w 80. rocznicę powstania w getcie warszawskim”, Radio WNET

Pierwsza Nagroda im. Stefana Żeromskiego dla Piotra Kosiarskiego

Pierwszą Nagrodę im. Stefana Żeromskiego w 30. edycji Konkursu Nagrody SDP przyznawaną za publikacje o tematyce społecznej otrzymał Piotr Kosiarski za reportaż „’Jeśli Bóg jest, kopie uran razem z nami’. Na jej rękach umierali więźniowie sowieckich łagrów” opublikowany na portalu DEON.pl.

II Nagroda

Antoni Opaliński – Rozmowa z profesorem Hieronimem Gralą z UW o kradzieży cennych rosyjskich druków z XIX wieku ze zbiorów Biblioteki UW, z cyklu „Spojrzenie na Wschód”, Polskie Radio 24

Wyróżnienia

Alicja Samolewicz-Jeglicka – „44 minuty”, Radio Gdańsk

Martyna Aftyka – „Kradzież tożsamości”, TVN UWAGA

Henryk Dedo i Waldemar Kasperczak – „Zabawa w życie”, Radio Centrum

Tym razem to WIKTOR ŚWIETLIK pyta: Jak żyć, panie Musk?

Elon Musk gwałtownie ogłosił i jak ogłosił, tak zrobił. Na portalu X, który kiedyś zwano Twitterem nie można już zobaczyć listy lajków pod postami. Widać ile osób dało serduszko, ale nie wiadomo kto. Zmiana jak zmiana, ciekawszy jest jednak efekt, który wywołała.  

 Jakże wszyscy lubią się na nie ścigać! Jednego serca tak mało, dwóch, a nawet tysiąca. A anonimowe trochę podejrzane. Mógł ktoś kupić. Ale przede wszystkim niefunkcjonalne, o czym wkrótce. Efektem jest dwudniowa dyskusja, debata, narzekania. Jak teraz dziennikarze i politycy mogą policzyć sojuszników, podlizać się albo nie?

I like?

A ileż to donosów na jednego lub drugiego noszono, nawet do prezesa, i do premierów, tego i tamtego, że tamten a tamten coś polubił? Nie dość tego, lajki były przyczyną najbardziej kuriozalnego uchylenia immunitetu przez Parlament Europejski czterem posłom PiS za to, że polubili materiał wyborczy własnej partii. O ciężkim tym przestępstwie powiadomił znakomite ciało zbiorowe pan Rafał Gaweł, który jest szefem ośrodka do spraw walki z rasizmem, faszyzmem, nazizmem i wszystkimi innymi -izmami, z którymi walcząc można nieźle zarobić. To ten sam pan Gaweł, który w nazistowskiej, faszystowskiej i rasistowskiej Polsce był skazany i ścigany listem gończym za złodziejstwo i oszustwa, jak przystało zresztą na szefa tak szacownego ośrodka.

You like?

Dzięki lajkom na portalu Elona Muska wszyscy skorzystali. Parlament Europejski dokonał kolejnego kroku na drodze ku nowej lepszej Europie, gdzie wszyscy mają takie same poglądy. Z kolei mniejszość wykazująca się jakimkolwiek krytycyzmem i intelektem mogła przekonać się, czym staje się Unia Europejska, a także jak pięknie stosowanie jej zasad zaczyna przypominać realną, dawną implementację konstytucji Związku Radzieckiego na terenie byłego Sojuza. Wszystko to dzięki panu Muskowi.

Ale ta drobna przecież lekcja pobudza do refleksji nieco głębszej. Zniknęły tylko lajki. A co by było, gdyby X zniknął, nie zmienił nazwy, nie zanonimizował polubień tylko zniknął? A co by było gdyby zniknął Youtube, Gmail albo Instagram. Abstrahując od faktu, że spełniłby się mokry sen ekipy Donalda Tuska i wiernych jej redaktorów o całkowitym odcięciu ludzi o innych poglądach niż oni. Odcięciu już nawet nie informacyjnym, a komunikacyjnym, bo przecież tryby prywatne, komunikatory to dziś podstawa wymiany informacji. Ale co by było ogólnie? Jakby wyglądała polska polityka bez Instagrama, który miał przemożna znaczenie dla ostatniego wyniku wyborczego i wszystkich narzucanych przez matkę Unię histerii społecznych w rodzaju walki o klimat?

We like?

Kojarzycie zapomniane ofiary wojny na Wschodzie, rosyjskie instagramerki, które rozpaczały publicznie w 2022 roku po inwazji Moskwy na Ukrainę? Rozpaczyły nie nad tym, że ich chłopcy jadą mordować ludzi i okupować sąsiedni kraj. Nie nad tym, że ci chłopcy mogą zginąć, i że zginą zabite przez nich ukraińskie kobiety i dzieci. Nie nad przyszłością Rosji, a nad tym, że Instagram je odciął. Straciły sens życia. Być może był to zresztą ostatni, jedyny element, który łączył je z ich zachodnimi koleżankami. Z polskimi koleżankami, którym życie, realne aspiracje, marzenia, cele, wspólnotę, zastępują kolorowe zdjęcia w telefonie. Całkiem jak politykom i dziennikarzom, którym krótkie informacje zastąpiły normalną debatę i rozmowę. I nam, ludziom szukającym informacji, którym jeden serwis video, Youtube, zastąpił medialny pluralizm, który dziś polega na wyborze między panem Czyżem, a panią Olejnik.

 

 

 

 

Niebo płakało razem z nami – rozmowa z DAGMARĄ DRZAZGĄ o jej najnowszym filmie „Zagłębie. Pamięć”

Bohaterowie filmu płaczą idąc ulicami Będzina, Sosnowca. Widzą domy, w których ich rodzice, dziadkowie się wychowywali, a później wyjechali w transporcie do KL Auschwitz-Birkenau… Patrzą na puste place, gdzie były synagogi. Dla tych ludzi to ogromne przeżycie. A cóż dopiero, kiedy wchodzą do obozowych baraków, na rampę w Birkenau, albo odmawiają Kadisz przy krematorium. Jestem im wdzięczna, że pozwolili mi dotknąć swoich ran –mówi Dagmara Drzazga z Oddziału SDP w Katowicach, reżyserka filmu  „Zagłębie. Pamięć” w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską. 

Co skłoniło Panią do tego, żeby podjąć tak trudny temat, jakim jest zagłada Żydów z Zagłębia?

W 2023 roku minęła 80. rocznica likwidacji gett w Będzinie i Sosnowcu. Wiele mówimy o powstaniu w getcie w Warszawie, upamiętniając ten dzień symbolicznymi żonkilami. I bardzo dobrze. Jednak zdecydowanie mniejszą wiedzę mamy na temat tego, co działo się w naszym regionie. Wiele lat temu Andrzej Fidyk, doskonały dokumentalista, powiedział mi takie zdanie, które zapamiętałam i które w pewnym sensie stało się moim zawodowym mottem: „Rób takie filmy, jakie sama chciałabyś oglądać”. Poszłam tym tropem, ponieważ sama chciałam pogłębić wątek gett istniejących na terenie Zagłębia. Zaczęłam dokumentować temat.

Jak udało się Pani dotrzeć do materiałów w postaci oryginalnych dokumentów i zdjęć archiwalnych, które podczas odbioru filmu robią na widzu ogromne wrażenie i sprawiają, że ma on poczucie, jakby był bezpośrednim świadkiem tych zdarzeń?

W momencie, gdy realizuję film historyczny staram się zrobić w różnych  miejscach jak największą kwerendę. Wiele razy byłam w IPN i w Archiwum Państwowym w Katowicach. W katowickim archiwum po raz pierwszy wzięłam do rąk oryginalne niemieckie dokumenty pokazujące kolejne zarządzenia prowadzące do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Z kolei Muzeum Auschwitz-Birkenau udostępniło nam wstrząsające fotografie dotyczące samej eksterminacji. Od 1942 roku z Będzina i Sosnowca szły do Oświęcimia ogromne transporty. Apogeum tej gehenny przypada na rok 1943. Z Zagłębia było blisko – tylko 60 kilometrów. A tam rampa, selekcja i komory gazowe. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło.

Poza tym, były też nagrania z Radia Katowice, Telewizji Katowice, zbiory z wystawy zorganizowanej w Sosnowieckim Centrum Kultury – Zamek Sielecki oraz zdjęcia z United States Holocaust Memorial Museum w Nowym Jorku. Szczególnego znaczenia nabrały również wspomnienia, które odnalazłam w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Wiele z nich, nigdy wcześniej nie było publikowanych. W moim filmie przeczytali je znakomici aktorzy Teatru Śląskiego: Ewa Leśniak i Grzegorz Przybył.

 Dotarła Pani do świadków historii. Niektórzy z nich pełnią w filmie rolę narratorów. Czy to celowy zabieg?

Od początku wiedziałam, że muszę na kimś oprzeć część narracji. Świadków zagłady, która działa się na terenie Zagłębia, mamy już niewielu. Przed rozpoczęciem zdjęć do filmu planowałam wyjazd do Izraela. Tam są jeszcze osoby, które ocalały z tego piekła. Mieszkańcy Izraela, którzy przeżyli getto, mają teraz około stu lat. Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się do nich wrócić.

Większość zdjęć do filmu „Zagłębie. Pamięć” realizowała Pani na terenie Zagłębia, Oświęcimia i Brzezinki. Czy taki scenariusz realizacyjny podyktował konflikt między Izraelem a Palestyną? 

Zdjęcia do tego dokumentu musiały być realizowane tutaj. Przed wojną na terenie Zagłębia żyła przecież ogromna społeczność żydowska. Potem Niemcy utworzyli wielkie getta, wykorzystywali też tych ludzi do niewolniczej pracy w tzw. szopach, czyli warsztatach Alfreda Rossnera. Dawali im przy tym złudną nadzieję, że przeżyją, że są „potrzebni”. O tym wszystkim chciałam opowiedzieć. Jeśli chodzi o Izrael, mieliśmy już zakupione bilety lotnicze. Niestety, na tydzień przed wyjazdem wybuchł ten konflikt.

W jakich okolicznościach poznała Pani swoich rozmówców?

Bohaterów, których widzimy w filmie, poznałam podczas ich przyjazdu do Zagłębia. Chcieli wziąć udział w uroczystościach upamiętniających 80. rocznicę zagłady. Towarzyszyliśmy im z kamerą w tej ważnej, ale i bolesnej przecież podróży. Wielu z nich było tu po raz kolejny. Starsi – jak Rina Kahan czy Diana Szajn – świetnie mówią po polsku. W Izraelu założyli nawet Światowy Związek Żydów Zagłębia. Jego filie znajdują się też w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i innych miejscach. Ogromnie mnie to ujęło za serce, bo to oznacza, jak ważny był i jest dla nich ten daleki skrawek ziemi – Zagłębie. Młodsi przyjeżdżają, bo czują potrzebę poznania historii swoich rodzin. Oczywiście, najczęściej to historia tragiczna.

Jaka jest symbolika miejsc, które odwiedza grupa z Izraela? Kamera towarzyszy im podczas ich pobytu w Sosnowcu, Będzinie, ale i w Oświęcimiu. Jeden z bohaterów wspomina, że kolejny powrót w miejsca, gdzie toczyła się  gehenna, ułatwia im pozbycie się tego ciężaru, bo przebywanie tutaj sprawia, że oni po raz kolejny mogą zapłakać, czyli oczyścić się z tych emocji…

Bohaterowie filmu płaczą idąc ulicami Będzina, Sosnowca. Widzą domy, w których ich rodzice, dziadkowie się wychowywali, a później wyjechali w transporcie do KL Auschwitz-Birkenau… Patrzą na miejsca, w których były synagogi. Dziś to wyrwy w ciągu kamienic lub puste place. Niewątpliwie, to dla tych ludzi ogromne przeżycie. A cóż dopiero, kiedy wchodzą do obozowych baraków, na rampę w Birkenau, albo odmawiają Kadisz przy krematorium! Naszej telewizyjnej ekipie te emocje również się udzielały. To są naprawdę trudne chwile. Ale ja wiem, że my tam jesteśmy po coś. Chcemy opowiedzieć tę historię, pokazać te emocje, poruszyć i zaangażować widza. Gdyby odbiorca tego filmu pozostał obojętny, byłaby to dla mnie wielka porażka. Jeśli mówimy o symbolice, to muszę przyznać, że bardzo przemówiły do mnie plenery w Będzinie. Centrum miasta, uliczki, podwórka, zaułki, Rybny Rynek… Sprawiają wrażenie opuszczonych, jakby życie z nich uciekło. I tak się przecież stało! Nie da się już zapełnić tej pustki. Zależało mi, żeby w filmie to pokazać.

W filmie pojawiają się również archiwalne zdjęcia przedstawiające kilkusetosobową grupę Żydów, zatrudnionych w największym i pozornie „najbezpieczniejszym” dla Żydów miejscu, czyli zakładzie Alfreda Rossnera. Skórzane buty należące do Żydów z zagłębiowskiego getta, którzy pojechali w transporcie do Auschwitz-Birkenau, powróciły do Będzina, gdzie były poddawane renowacji i wysyłane do Rzeszy. 

W filmie pada dokładna liczba: 12 milionów. Tyle butów pojechało w głąb Rzeszy. Z Auschwitz, po zagazowanych ofiarach, wróciły do Będzina. Tam w szopach  Rossnera je naprawiano, albo wycinano z nich kawałki niezniszczonej skóry i wysyłano do Niemiec. W czasie wojny to był przecież towar pożądany. Słyszałam nawet, że któryś z pracujących w szopie żydowskich szewców rozpoznał buty swojej zamordowanej rodziny. Wszystko to pokazuje, do czego zostało sprowadzone ludzkie życie i jak można było wykorzystać i potraktować przedmiotowo drugiego człowieka.

Wspomniane wcześniej przez Panią emocje są bardzo mocno w filmie wyeksponowane. Dzięki obecności świadków historii wszystko nabiera innego wymiaru. W pierwszym kadrze dokumentu pojawia się postać starszej kobiety, która przechodzi przez symboliczną bramę. Na początku widzimy też postać mężczyzny, który pełni rolę narratora wprowadzającego w klimat tamtego Będzina sprzed lat…

Ta starsza pani to Danuta Niciarz. Pojawiła się zupełnie przypadkiem w trakcie kręcenia zdjęć. Ja już jednak po latach pracy nauczyłam się, że przy filmie dokumentalnym nic nie dzieje się przypadkiem. Mam nawet taką swoją teorię na temat rzeczywistości, która nagle „zaczyna” współpracować czy też może „rezonować”, kiedy ekipa się na nią otworzy. Podczas pierwszej rozmowy z panią Danusią okazało się, że ona też ma swoją wojenną opowieść. Jej ciocia uratowała w trakcie wojny dwie Żydówki, a ona, jako mała dziewczynka, widziała pociągi z Zagłębia odjeżdżające w kierunku Auschwitz-Birkenau. Dla niej to jest na tyle silne wspomnienie, że jak o tym mówi, po osiemdziesięciu latach, nie potrafi ukryć wzruszenia. A brama? Tak, jest symboliczna, bo jakby oddziela dwie przestrzenie – przeszłość i teraźniejszość, pamięć i niepamięć. Podkreśla to też kolorystyka. W postać narratora z kolei wcielił się Adam Szydłowski – regionalista, społecznik, pasjonat, a także dyrektor Fundacji im. Rutki Laskier w Będzinie. Adam od lat żyje tą historią, zrobił też bardzo wiele dla ratowania kultury żydowskiej w regionie. Bardzo przeżywa to, co robi, jest autentyczny. Od początku wiedziałam, że musi znaleźć się w tym filmie.

Ważnym rozmówcą, który pojawia się w Pani dokumencie, jest również postać anestezjologa, mamy także wątek sióstr zakonnych z klasztoru w Sosnowcu.

Opowieść tego lekarza, który przyjechał do Zagłębia aż z Kanady jest bardzo przejmująca, zwłaszcza gdy wspomina pierwszą wizytę w Auschwitz. Przed laty przyjechał tam ze swoją mamą, więźniarką tego obozu. Dodatkowego znaczenia nabiera również fakt, że ten człowiek jako anestezjolog całe życie pomagał pacjentom pozbyć się bólu, a teraz płacze, bo nie może zrozumieć, że inni ten ból zadawali z tak wielką premedytacją.

Natomiast scena nakręcona w Klasztorze Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosnowcu pokazuje, jak w czasie wojny zakonnice ratowały żydowskie dzieci. Ukrywały też dziewczęta przed przymusową wywózką na roboty do Niemiec. W klasztorze znajduje się specjalna sala poświęcona Matce Teresie Kierocińskiej, ówczesnej przełożonej. Właśnie tam udała się grupa z Izraela, więc naturalnym było, że będziemy im towarzyszyć z kamerą.

Które z materiałów archiwalnych najmocniej Panią wstrząsnęły?

Selekcja prowadzona przez SS-manów, którzy dzielą ludzi na dwie grupy. Na drugim planie tego zdjęcia widoczny jest na niebie szary dym… Są też wizerunki dzieci… Albo taki obraz starszej, przygarbionej kobiety w chustce, która stoi na rampie w Birkenau. Na piersi ma przypiętą gwiazdę Dawida, nieśmiało spogląda w obiektyw. My wiemy, że to są ostatnie chwile jej życia. Ta fotografia złamała mi serce…

Jakie znaczenie dla reżysera ma symboliczny deszcz, który towarzyszył ekipie filmowej i grupie z Izraela podczas pobytu na terenie obozu w Brzezince i Auschwitz-Birkenau?

Zdjęcia w Auschwitz-Birkenau kręciliśmy 6 sierpnia. To przecież szczyt lata. Nas jednak zastała ściana deszczu. Czegoś takiego nie przeżyłam jeszcze nigdy, jak długo robię filmy. Z jednej strony stanęliśmy w obliczu kolosalnych problemów technicznych, z drugiej – cytując jednego z bohaterów – mogę powiedzieć, że: „Niebo płakało razem z nami”. A gdy przy krematorium potomkowie pomordowanych odmawiali Kadisz, deszcz nagle ustąpił i na moment zaświeciło słońce. Metafizyczne przeżycie.

Jak długo trwała produkcja filmu i który z momentów, podczas kręcenia zdjęć, był najtrudniejszy dla reżysera?

Produkcja filmu trwała od początku maja 2023 roku do końca stycznia 2024 roku,  można zatem powiedzieć, że dość szybko. Nie liczę tu czasu, który wcześniej spędziłam w archiwach. Nie potrafię powiedzieć, który z momentów był dla mnie najbardziej wymagający, bo było ich bardzo wiele. Myślę jednak, że podczas tej realizacji najtrudniejsze były emocje, z którymi musieliśmy się zmierzyć. Jestem bardzo wdzięczna bohaterom, którzy pozwolili mi dotknąć swoich ran. Trzeba pamiętać, że to nie jest film fabularny, ja nie mam tu aktorów, a łzy, wzruszenie, zakłopotanie, były prawdziwe. Rozmówcy pozwolili mi filmować swoje przeżycia i nigdy podczas realizacji nie usłyszałam słowa sprzeciwu. Myślę, że zdobyłam ich zaufanie, a znaliśmy się przecież bardzo krótko! Tu nie było czasu na długie „oswajanie” bohatera z kamerą i towarzyszącą mu ekipą. Dokumentalista odczuwa to jako wielką łaskę! Podobnie było z Michaelem z Niemiec, a więc człowiekiem, który symbolicznie stoi po „drugiej stronie”. Michael mówił, że nosi w sobie traumę, bo jego dziadek Josef był urzędnikiem w będzińskim magistracie w czasie wojny. Tym samym stał się jednym z „trybików” w machinie zagłady. Być może inny rozmówca nie pozwoliłby nam na filmowanie swoich emocji, nie zgodziłby się na pokazanie twarzy, albo ujawnienie nazwiska. A on to zrobił! Czuł moralny obowiązek mówienia o przeszłości. Nigdy nie zapomnę kluczowej dla filmu sceny, kiedy podczas uroczystości upamiętnienia ofiar holokaustu w Będzinie, płaczącego Michaela przytula młody Izraelczyk. Pojednanie, wzruszenie, przebaczenie. Wszystko wydarzyło się, oczywiście, spontanicznie. My tylko zarejestrowaliśmy ten moment. I to też odbieram, jako łaskę.

Na końcu tej rozmowy chciałabym podziękować mojej ekipie z TVP3 Katowice. Niech mi będzie wolno wymienić kilka nazwisk: Krystyna Nowojska, Beata Widuch, Witold Kornaś, Michał Sławiński, Bartosz Dominik, Kuba Jędras, Łukasz Kozera i Andrzej Piwowarczyk. Jestem im wdzięczna, że razem ze mną zbudowali tę opowieść.


Dagmara Drzazga

Dziennikarka i reżyserka, od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów. Była jurorem międzynarodowych festiwali filmowych i telewizyjnych w Katarze, Irlandii, Danii, Bułgarii i na Słowacji, a jej filmy prezentowane były w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Armenii, Luksemburgu, Niemczech, Szkocji, we Włoszech, na Łotwie i w Izraelu. Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznanej za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr hab., wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ w Katowicach.