Na ulicy zimno. Tak samo na sercu – SIÓDMY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

W gabinecie na biurku wciąż leżą jakieś notatki, zeszyty, notatniki… Wszystko to wydaje się obce i zbędne. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie jutro. Właściwie, nawet dzisiaj. Niczego nie planujemy… Istniejemy… – publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

5 marca 2022, sobota  

Godz. 10.08, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Przyjaciółka powiedziała Ninusi, że z sąsiedniego Irpienia odbywa się ewakuacja pociągami. W Buczy — cisza. Żadnych nowin o „zielonym korytarzu”, którym można byłoby opuścić miasto. Ledwo dodzwoniłem się do jednej wpływowej osoby, która, jak się dowiedziałem, zajmuje się kwestiami ewakuacji ludzi. Do osoby, która zawsze zapewniała, że w trudnej chwili jest gotowa podać pomocną dłoń. Zapytałem, czy pomoże mojej rodzinie opuścić Buczę, bo auto się zepsuło, a ja nie wiem, co robić. Ten odparł: — Radź sobie sam…

— Ale jak?

— Jak chcesz — i rzucił słuchawkę.

Godz. 12.30, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Ze względu na brak gazu kłopotliwa staje się kwestia przygotowania jedzenia. Na „wspólnej naradzie mieszkańców” postanowiono zbudować na podwórku „kuchnię polową”. Już po kilku godzinach ruszyła pełną parą. Sprytni chłopcy, ci młodsi, przywlekli deski, z których zbudowali całkiem przyzwoity domek. Gdzieś znaleźli dwa piece. Sąsiedzi wyciągnęli kilka stołów. A ja poświęciłem jakieś swoje papiery i książki na rozpalenie ognia. Z goryczą stwierdzam, że część mojej kolekcji „staroci” poszła z dymem… Później do kuchni, gdzie kierownictwo przejęły dwie nasze sąsiadki Gaja i Lida, mieszkańcy zaczęli wnosić zapasy mięsa i ryb, różne wędliny i kiełbasy. Całe to dobro nie mogłoby być długo przechowywane z powodu braku prądu. Postanowiliśmy więc zrobić szaszłyki, pieczeń itp. A jakie to „grillowanie” bez wina? Bez skrupułów opróżniając własne zapasy, ludzi wnieśli na stół wyrafinowane napoje. W rezultacie obiad zamienił się w prawdziwą ucztę. Podczas zarazy… raszystowskiej…

Godz. 15.33, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Swatka znowu próbowała przedostać się do swojego domu przy ulicy Szewczenki, aby nakarmić koty i psa. Na próżno… Spotkała znajomą – opowiada – która poinformowała ją, że kacapy są prawie wszędzie. Strzelają do ludzi, rabują. Sytuacja jest szczególnie niebezpieczna w okolicy Szkłozawodskiej, gdzie już zabito wielu jej znajomych. Oksana płacze…

Przypomniałem sobie o swacie. Igor gdzieś w obronie terytorialnej w okolicach Wyszgorodu. Walczy…

Godz. 18.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

U nas okresowo coś trzaska i pęka. Raz prawie obok, raz — gdzieś w oddali. Już się jakoś przyzwyczailiśmy, ale przeważnie siedzimy w piwnicy. Tamara ma się coraz gorzej (to widzę), ale ona się pociesza, powtarzając jak zaklęcie: „wszystko będzie dobrze”. Nerwy u wszystkich napięte jak struny. Czasem pękają i wtedy są kłótnie. Powody do nieporozumień w istocie są nieważne. Przed wojną nikt by na coś takiego nie zwrócił uwagi. A dzisiaj jakieś drobiazgi nabierają „wszechświatowego” wymiaru. Boże, kim się stajemy? Podobne incydenty widzę u wszystkich rodzin, które schroniły się w piwnicy…

Godz. 20.13, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Mamy ogromną chęć wyjechać, ale nie mamy możliwości. Korytarzy humanitarnych najeźdźcy nie otwierają, a pojedyncze samochody ostrzeliwują. Na ulicy jest zimno. Tak samo na sercu. Dochodzą wieści, że „zachodni partnerzy” odmawiają „zamknięcia nieba”. Bzdury, że Putin ich nie zrozumie. Odstępują… A póki co, na ile wiemy, tylko Polska naprawdę przejmuje się wojną, wysyła nam broń.

Zadzwonił Sławko. Pyta: „Jak się masz?”. Odpowiadam: „Normlanie”. A co jeszcze można powiedzieć? Że — do d**y? I tak to jest oczywiste…

6 marca 2022, niedziela

Godzi. 8.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Ładujemy telefony z powerbanków. Dzięki temu mamy możliwość utrzymywania kontaktu ze światem. Rano zadzwonił jakiś prenumerator „Literackiej Ukrainy”. Groźnym głosem pyta: — Dlaczego gazeta nie przychodzi? Zapłaciłem pieniądze…

— Wojna — lakonicznie wyjaśniam sytuację.

— O co chodzi?… — oburza się rozmówca.  — Powinniście zapewnić wydanie gazety! Skandal!…

Odmawiam dalszej dyskusji, żeby nie powiedzieć niczego zbędnego. Zabrakło słów.

Godz. 11.10, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Nasze przytulne mieszkanie stało się teraz jak obce. Z półek spoglądają na mnie książki, jakby zapraszając: weź nas do rąk, przewróć strony, przeczytaj… Nie chcę i nie mogę. W gabinecie na biurku wciąż leżą jakieś notatki, zeszyty, notatniki… Wszystko to wydaje się obce i zbędne. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie jutro. Właściwie, nawet dzisiaj. Niepewność determinuje sposób istnienia. Żyjemy — dosłownie! — godzinami. Niczego nie planujemy… Istniejemy… Ale staram się nie pokazywać mojej desperacji. Żartuję. Czasem wygłaszam jakieś bzdury. Wszystko po to, aby tylko podtrzymać ledwo płonący płomień tak zwanego nastroju.

Godz. 13.25, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Jasza, gdy jesteśmy w mieszkaniu, ciągle prosi się „na ręce”. I gdy go weźmiesz, obejmiesz — to jakby chciał cię pocałować, wyrażając w ten sposób swoją miłość i oddanie. Kiedyś mieliśmy już psa o imieniu Jasza (w dokumentach: Jakob), delikatnego, ale niezależnego pieska, którego znał cały blok. Samodzielnie spacerował po podwórku, sam wracał do domu. Sąsiedzi nawet zwracali się do niego per „Pan”. I nie było to tylko żartobliwe szacunek. Jasza-Jakob był bardzo mądry, wrażliwy, nie boję się tego słowa, inteligentny. Ale, niestety, kiedy nadszedł jego czas, umarł. Nigdy nie zapomnę jego oczu pełnych łez, gdy zawiozłem przyjaciela do kliniki weterynaryjnej. Tam właśnie umarł, gdy tylko położyłem go na stole do badań. Razem z żoną, przepłakaliśmy trzy dni i postanowiliśmy zaadoptować dokładnie takiego samego psa, bo pustka w duszy była niewyobrażalna. Zgodziliśmy się, że to rozwiązanie nie powinno być traktowane jako zdrada naszego aniołka. Raczej — jak jego reinkarnacja. Takiego malucha znaleźliśmy w wiosce Fenewicze. Gdy Tamara i ja weszliśmy na podwórze, gdzie mieszkał mężczyzna, który hodował psy, „napadła” na nas grupa białych sympatycznych kłębków futra. Ale po obwąchaniu gości, gromada wróciła do swoich psich spraw. I dopiero jeden z nich (dokładna kopia zmarłego Jakoba) chciał uporczywie wejść Tamarze na ręce. Zresztą, ten „egzemplarz” był większy od innych swoich młodszych krewnych. I to tylko dodawało mu pewnego uroku. Tak jak czarny ogon.

— Sierioża, to on — westchnęła z radością Tamara. — To… nasz Jasza…

Całą drogę spędził w ramionach żony. Ale już niedługo pokazał swoją „prawdziwą twarz”. Pogryzł nowe sandały żony, moje ulubione trampki i buty córki. Za nic miał poranne i wieczorne spacery, więc raz za razem ktoś z domowników wchodził w kałużę lub coś znacznie poważniejszego. Jasza nauczył się domagać jedzenia, siedząc przy kuchennym stole, trącając łapkami z niecierpliwości. Chciał spać w naszym łóżku. I gdy próbowaliśmy go przegonić chociaż na kraniec, niezadowolony mruczał. Kiedyś, gdy zabraliśmy go do weterynarza, ugryzł w palec Tamarę, która go trzymała. Rana była bolesna — w szpitalu żonie założono szwy i drenaż, potem codziennie trzeba było oczyszczać ranę. Nad Jaszą zawisła poważna groźba deportacji. Żona była bardzo zdeterminowana: „Że to mnie własny pies tak pogryzł!…” Sprawa doszła do wolontariuszy, którzy zgodzili się zabrać młodego łobuza. Wieczorem przypięliśmy „przestępcę” do smyczy i ruszyliśmy… Ja kategorycznie odmówiłem uczestnictwa w ceremonii pożegnania, więc żona musiała zrobić to sama. Nerwowo zapaliłem papierosa. Ale nawet nie zdążyłem go do połowy skończyć, gdy przed moimi oczami pojawiła się szczęśliwie uśmiechnięta Tamara, a obok jej nóg radośnie merdał ogonem… Jasza.

— Jak mogłabym go oddać? — płakała i jednocześnie śmiała się Tamara. — On, gdy wzięłam go na ręce, żeby pożegnać, przytulił się do mnie, i wierzysz, zaczęły mu płynąć łzy. I ja też zapłakałam. I powiedziałam, że nikomu go nie oddam! Niech gryzie… I gryzł. Co prawda łagodnie i zupełnie bezboleśnie. Tak, żeby dyscyplinować swoich właścicieli. Ale przestał szarpać obuwie i załatwiał się tylko w czasie spacerów. Okropnie pokochał, gdy mu drapano brzuch i uwielbiał całować… I teraz jego „szczęśliwe barbarzyństwo” poszło na marne. Jasza nie rozumie: co się stało? Dlaczego nikt go nie głaszcze, nie daje smakołyków?.. Wiele rzeczy też nie rozumiemy… Niestety…

Godz. 17.00, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, piwnica. Z dziennika Serhija Kulidy

Siedzimy w zimnej wilgotnej piwnicy. „Dzieci podziemia”, jak pisał Korolenko. Nie ma światła, nie ma też życia w zwykłym znaczeniu tego słowa. Błądzimy korytarzami piwnicy, palimy papierosy i szukamy dobrych wieści w telefonach. Widzę, że Tamarze jest strasznie źle. Trzyma się ostatkiem sił. Jeśli odejdzie, nie wytrzymam długo. Jesteśmy jakby połączeni pępowiną. Bardzo ją kocham. Mnie też jest źle. Połykam tabletki, które mi przepisał „doktor nauk medycznych, profesor” (co tam jeszcze było na wizytówce?). Nie odczuwam ulgi. Na ulicy coś wybucha, gdzieś niemal obok słychać strzały z broni automatycznej. Może właśnie teraz, w tej samej chwili, czyjaś dusza odlatuje do nieba?… Niech będzie przeklęta, rosyjska plugawość!

Godz. 18.31, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

W mediach społecznościowych informują o zranieniu naszego burmistrza Anatolija Fedoruka. Myślałem, że został ewakuowany. A tu proszę…

7 marca 2022, poniedziałek

Godz. 9.15, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Rozchodzą się plotki, że przy ratuszu zbierają się ludzie do ewakuacji. Chciałem pójść zobaczyć — Toma mi nie pozwoliła. Boi się, że trafię w ręce bandytów, bo ludzie mówią o dziesiątkach zabitych mieszkańców Buczy. Pod oknami grasują rosyjskie transportery opancerzone. Trwają ostrzały. Kto, dlaczego i do kogo strzela — niejasne. Żona z córką próbują coś sobie znaleźć do roboty w mieszkaniu. Wnuki cały czas wbite w ekrany swoich telefonów. Zięć stara się być użyteczny na podwórku: rąbie drewno do kuchni, biega po wodę. Potajemnie, żeby nikt nie widział, wypija sto gramów „na rozgrzewkę”. I nie wydaje się, żeby był sam.

Godz. 18.37, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Na ulicy jest mroźno, w piwnicy zimno, w mieszkaniu pusto, a w sercu nieopisana tęsknota. Spojrzałem na siebie w lustrze i nie poznałem tego faceta w zwierciadle. Nieumyte włosy, nieogolona twarz, obskurne sportowe spodnie, znoszona zimowa kurtka. Czy to naprawdę ja?!

8 marca 2022, wtorek

Godz. 10.18, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

W nocy bardzo huczało. Słychać było to w piwnicy. Posłuchaliśmy trochę i położyliśmy się dalej spać.

Godz. 11.47, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

Dziś jest kobiece święto, a ja (po raz pierwszy!) nie zdołałem podarować moim dziewczynkom chociaż kwiatka. Pozdrowiłem werbalnie, przytuliłem, pocałowałem… Rano mieszkańcy naszej klatki i, odpowiednio, piwnicy zebrali się na podwórku — zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Ktoś z naszych w końcu znalazł bukiet i postawił go w trzylitrowym słoiku z wodą, który stał na ławce przy schodach do budynku. Natychmiast pojawiły się też cukierki i wino. Wszystkie „reprezentantki płci pięknej” zgromadziły się przy „świątecznym stole”, śmiały się, nawet żartowały. Ten, jedyny w swoim rodzaju, bukiet wywołał u nich burzę emocji i… łzy. Ale, pomimo wszystko, nasze „piękne połówki” trzymały się z godnością.

Godz. 14.39, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego. Z dziennika Serhija Kulidy

Mówią, że jutro będzie ewakuacja z Buczy. Zobaczymy… Plotki o „zielonych korytarzach” krążą już od kilku dni. Wahania: czy warto uciekać, czy nie? Niektórzy sąsiedzi skłaniają się ku pozostaniu w domu. Bo można się dogadać z wrogami i nie będą oni ruszać pokojowych mieszkańców. Ja bardzo wątpię, bo plotki o egzekucjach coraz bardziej rozprzestrzeniają się po mieście. Szczególnie niebezpieczna sytuacja jest na Szkłozawodskiej. Mówią, że nasza sąsiadka, która mieszkała obok kościoła i pracowała w ratuszu, została zastrzelona razem z dwójką dzieci. Przy okazji, samochód Romana nadal stoi bez nadziei na uruchomienie. Znowu poprosiłem Denisa, żeby sprawdził, co się stało z autem. Trzeba jakoś go uratować…

Godz. 17.03, Bucza, bulwar Bohdana Chmielnickiego, podwórko. Z dziennika Serhija Kulidy

— No, jak tam? Prowadzisz dziennik? — zapytał mnie Serhij, piłkarz z szóstego piętra. — Skończy się wojna, napiszesz książkę.

— Coś tam notuję — odpowiadam. — Jaka tam książka?.. Tak, coś dla siebie… Żeby jakoś się rozerwać, oderwać od tego…

— Pomyśl, będzie bestseller — nie daje za wygraną sąsiad, uśmiechając się. — I o mnie wspomnij.

— Jak przeżyję, napiszę, wspomnę — uspokajam jego fantazje.

— Koniecznie.

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dziennikarze są celem rosyjskiej armii podczas wojny na Ukrainie

Według ukraińskiej prokuratury od początku rosyjskiej inwazji na pełną skalę na Ukrainę zginęło 49 dziennikarzy, a 43 zostało rannych. Ostatnio pracownicy mediów ucierpieli podczas ataków dronów w Charkowie i Zaporożu.

Zgodnie z międzynarodowym prawem dziennikarze relacjonujący działania wojenne nie są ich uczestnikami, dlatego walczące strony nie tylko nie mogą ich zatrzymywać, czy strzelać do nich, ale powinny też chronić przed przypadkowymi trafieniami. Jednak nie tak zachowuje się armia rosyjska podczas wojny na Ukrainie. Na konferencji przedstawicieli Rady Europy „Dziennikarze mają znaczenie” szef wydziału współpracy z międzynarodowymi organizacjami rządowymi i pozarządowymi Prokuratury Generalnej Ukrainy Oleksandr Ziuz stwierdził, że „dziennikarze są rozstrzelani, nielegalnie przetrzymywani, poddawani torturom i nieludzkiemu traktowaniu”.

Odpowiedzialny za śledztwo w sprawie zbrodni wojennych Ziuz mówił o przestępczej działalności rosyjskich okupantów wobec dziennikarzy na Ukrainie. Prokuratury okręgowe prowadzą 92, a Prokuratura Generalna siedem, postępowań karnych dotyczących zbrodni wojennych wobec dziennikarzy. Najwięcej takich zdarzeń odnotowano w obwodach donieckim, kijowskim, ługańskim, charkowskim, zaporoskim i chersońskim.

Według Oleksandra Ziuza od początku inwazji na pełną skalę zginęło 49 dziennikarzy, w tym 7 obcokrajowców, 43 dziennikarzy zostało rannych, w tym 19 obcokrajowców, a 19 pracowników mediów było bezprawnie przetrzymywanych lub pozbawionych wolności.

„Dziennikarze stali się ofiarami bezpośrednich strzelanin, ostrzału artyleryjskiego terytorium linii frontu, ataków rakietowych na Ukrainę. Byli poddawani nielegalnemu przetrzymywaniu, torturom i nieludzkiemu traktowaniu. Część z nich nadal przebywa na terytoriach czasowo okupowanych i terytoriach Federacji Rosyjskiej jako zakładnicy cywilni” – podkreślił Oleksandr Ziuz.

Od początku inwazji na pełną skalę do sądu trafiły już cztery akty oskarżenia w postępowaniach karnych przeciwko 10 osobom. Trzech z nich zostało już skazanych zaocznie.

Kijowska Prokuratura Okręgowa skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko żołnierzowi Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, który groził jednemu z dziennikarzy przemocą fizyczną. Został za to skazany na 9 lat więzienia. Chersońska prokuratura regionalna skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko dwóm osobom, które uwięziły dziennikarza w mieście Kachowka i spowodowały u niego obrażenia ciała. Wskazane osoby uznano za winne i skazano na kary pozbawienia wolności.

Oleksandr Ziuz przypomniał, że w ostatnim raporcie misji obserwacyjnej ONZ wskazano, że wielu dziennikarzy zaliczano m.in. do kategorii osób, które doświadczyły nielegalnego pozbawienia wolności, tortur i nieludzkiego traktowania.

„Pracujemy na arenie międzynarodowej, aby postawić przed sądem winnych zbrodni wojennych wobec dziennikarzy” – oznajmił prokurator. – „W każdym przypadku komunikujemy się z przedstawicielami innych krajów. Nasza grupa współpracuje już z właściwymi organami Irlandii i Francji w związku ze śmiercią dziennikarzy z tych krajów. Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy uczestniczy w tworzeniu Międzynarodowej Platformy Powrotu Więźniów Cywilnych przebywających na terytoriach czasowo okupowanych oraz na terytorium Federacji Rosyjskiej. Wśród nich są także dziennikarze”.

„Od początku wojny obserwujemy, jak rosyjskie wojsko poluje na dziennikarzy na Ukrainie” – powiedział szef Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy (NSJU) Serhij Tomilenko w komentarzu dla Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ).

„Rosjanie strzelają do dziennikarzy za pomocą dronów i karabinów snajperskich, nielegalnie ich zatrzymują, kierują rakiety i drony w miejsca, gdzie zwykle gromadzą się dziennikarze” – dodał Tomilenko. –  „Także taktyka ponownego ostrzeliwania miejsc, gdzie już doszło do trafień, w których działają ratownicy i pracownicy mediów, całkowicie wpisuje się w rosyjską wojnę z dziennikarzami”.

Podstępne podwójne ataki na Charków 4 kwietnia i na Zaporoże 5 kwietnia raniły czterech dziennikarzy, uszkodziły domy dwóch dziennikarzy i zniszczyły siedzibę jednej z redakcji.

„Rosyjski dron spadł 5 – 6 metrów ode mnie” – powiedziała charkowska dziennikarka Julia Bojko, która przygotowuje materiały dla telewizji Biełsat. W wyniku eksplozji doznała wstrząsu mózgu, mimo tego kontynuowała pracę. Według jej relacji, gdy około pierwszej w nocy rozpoczął się ostrzał Charkowa, najpierw jeden „shahed” poleciał w kierunku pobliskiej stoczni. Rodzina Julii zeszła na pierwsze piętro, po czym nowy dron uderzył w trzypiętrowy budynek obok. W wyniku tej eksplozji w domu Julii wypadły szyby z okien, uszkodzone zostały drzwi i dach. Dziennikarka opuścił budynek i udała się na miejsce wybuchu.

„Miałam czas na filmowanie przez 10 – 15 minut, a potem usłyszałem, jak ratownicy zaczęli krzyczeć: ‘Idźcie do schronu!’ Poszłam za medykami, ale usłyszałam, że ‘shaheed’ jest już zbyt blisko i odruchowo upadłam na ziemię – opowiadała Julia. – „Dron spadł niedaleko, od razu się zapalił, zrobiło się gorąco. Gdybym była trochę bliżej, prawdopodobnie bym już nie żyła”.

Tego samego dnia w wyniku eksplozji wyleciały także okna w mieszkaniu dziennikarza Wadyma Makaryuka. „Obudziłem się po eksplozji. Później zobaczyłem przez okno kolejny błysk. Szyba w oknie pękła i wyleciała w wyniku uderzenia. To częsta rzecz w Charkowie… Oczywiście, że to przerażające” – mówi Wadym.

Charkowski dziennikarz Wiktor Pichugin, który 4 kwietnia ucierpiał podczas rosyjskiego ataku na swoje miasto, nadal przechodzi leczenie i badania. Tej nocy Wiktor pojechał na miejsce eksplozji, gdzie dron uderzył w trzypiętrowy budynek mieszkalny.

„Zacząłem filmować pracę ratowników i medyków. W pewnym momencie usłyszałem „Leci na nas dron!” – wspomina Wiktor. – „Wbiegłem do samochodu ratowników medycznych. Ostatni z medyków zdążył wskoczyć do bagażnika. Fala uderzeniowa natychmiast zatrzasnęła drzwi – byliśmy piętnaście metrów od miejsca wybuchu. Część lekarzy, którzy byli ze mną w samochodzie, doznała urazu ciśnieniowego. Z głowy zerwało mi hełm, najprawdopodobniej w wyniku eksplozji. Po wybuchu filmowałem jeszcze pracę ratowników i medyków. Potem znowu ogłosili zagrożenie ze strony dronów i wszyscy udaliśmy się do schronu…”

Olga Zvonaryova, korespondentka ukraińskiej agencji informacyjnej „Ukrinform”, która 5 kwietnia w Zaporożu znalazła się pod ostrzałem wroga, przebywa w szpitalu. Dziennikarka ma uszkodzone udo, w które wbiło się wiele odłamków, oraz złamany nadgarstek.

„Stan pacjentki był dość poważny, na skutek rozległego urazu i utraty krwi. Wszystko jednak zrobiliśmy na czas – powiedział Ukrinform Petro Ryżenko, dyrektor miejskiego szpitala pogotowia ratunkowego.

Olga wspomina, że ​​po pierwszych trzech atakach rakietowych na Zaporoże ona i jej koledzy pracowali na miejscu wybuchów. Zjechali się tam ratownicy i policja. Wkrótce wszyscy usłyszeli czwartą rakietę i zaczęli uciekać.

„Ale ona leciała tak szybko, że zdążyła tylko upaść na bok w pobliżu samochodu, który stał obok mnie. Strona, na której leżałam, jest nieuszkodzona, ale górna została poraniona” – opowiada”. – „Szyba w samochodzie była rozbita, ze zbiornika wyciekała benzyna, dobrze, że się nie zapaliła… Jestem bardzo wdzięczny moim kolegom i lekarzom, którzy byli na miejscu i bardzo szybko mi pomogli Założyli opaski uciskowe, wezwali pogotowie dla mnie i innej dziennikarki, która również została tam ranna. Dzięki takim działaniom udało mi się wówczas uniknąć śmierci…” Mimo tego Olga pozostaje w optymistycznym nastroju. „Dużo pracy. Kiedy kości się zrosną, ponownie pójdę przygotować materiały” – mówi.

Dziennikarka ukraińskiej telewizji „1+1” Kira Oves odniosła ranę ciętą w głowę podczas tej samej eksplozji co Olga Zvonareva i przebywa w szpitalu. Od dwóch godzin pracowała w pobliżu miejsca wybuchu „Dokumentowaliśmy szkody, przeprowadziliśmy wywiady z ludźmi. Nagle nad głową usłyszałam gwizd i natychmiast eksplozję. Nie czułam rany, tylko krew spływającą po mojej twarzy. Pobiegliśmy szukać miejsca do ukrycia się, bo mógł nastąpić kolejny atak. Mogę powiedzieć, że i tak miałam szczęście – bardziej dotknęło to moją koleżankę Olgę Zvonarevę…” – dodaje Kira Oves.

W wyniku eksplozji w Zaporożu zniszczone zostało biuro wydawnictwa „RIA-Piwden”, które przeniosło się tam z Melitopola, czasowo okupowanego przez Rosjan.

„Obecnie oceniamy skutki ostrzału” – mówi dziennikarka Svitlana Zalizetska. – „Wynieśliśmy cały sprzęt ze zniszczonego biura i umieściliśmy go w dwóch różnych miejscach. Teraz szukamy nowej siedziby. Nie możemy dalej pracować w zniszczonym biurze”.

NSJU deklaruje solidarność z poszkodowanymi kolegami oraz z tymi, których domy i redakcje zostały zniszczone, zapewnia im niezbędną pomoc materialną i organizacyjną. „Podziwiamy odwagę dziennikarzy, którzy poświęcają się szybkiemu informowaniu odbiorców i pomimo zagrożenia nadal pracują w miejscach znajdujących się bezpośrednio przy linii frontu” – mówi Serhij Tomilenko, szef NSJU. Sieć Dziennikarskich Centrów Solidarności Narodowego Uniwersytetu Ukrainy niezwłocznie przetwarza i weryfikuje informacje o dziennikarzach i środkach masowego przekazu potrzebujących pomocy, nawiązuje z nimi kontakt i udziela doraźnej pomocy.

Amerykański Komitet Ochrony Dziennikarzy (CPJ) wzywa Rosję do zaprzestania ostrzału infrastruktury cywilnej na Ukrainie i wyraża solidarność z dziennikarzami z Charkowa i Zaporoża, którzy ucierpieli w wyniku ostatniego rosyjskiego ostrzału.

„Fakt, że dziennikarze, relacjonując następstwa poprzednich ataków, znaleźli się pod nowym ostrzałem, pokazuje stopień ryzyka, jaki podejmują, oraz ich zaangażowanie w dokumentowanie wojny Rosji na Ukrainie” – powiedziała Gulnoza Said, koordynatorka programu CPJ na Europę i Azję Środkową. „Władze rosyjskie i ukraińskie powinny zbadać niedawne ataki na ukraińskich dziennikarzy w Charkowie i Zaporożu, a Rosja powinna zaprzestać ataków na infrastrukturę cywilną na Ukrainie” – dodała.

 

Zakłócanie sygnału Radia Maryja. Interweniuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji

W ubiegłym tygodniu doszło do zakłócania sygnału Radia Maryja. W wyjaśnienie sprawy włączyła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.   

Do zakłócenia sygnału Radia Maryja na satelicie Eutelsat, który następnie jest przekazywany na nadajniki UKF doszło po raz pierwszy w ubiegłą środę. W trakcie audycji „Rozmowy Niedokończone” słuchacze byli odcięci od przekazu rozgłośni przez około 45 min.

W kolejnych dniach zakłócenia powtarzały się, stacja podniosła moc nadawczą, ale nie rozwiązało to całkowicie problemu. W piątek Radio Maryja, po uzyskaniu zgody Centrum Satelitarnego, zaczęło nadawać na nowej częstotliwości satelitarnej, wówczas odbiór dobywał się już bez zakłóceń.

Źródło zakłócania sygnału nie zostało wykryte. W wyjaśnienie sprawy włączyła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

„Sygnał Radia Maryja transmitowany przez satelitę Eutelsat prawdopodobnie od kilku dni jest zagłuszany silnym sygnałem satelitarnym. Według dotychczasowych ustaleń źródło zagłuszenia nie znajduje się na terenie Polski. Sprawa jest już badana przez międzyrządową organizację EUTELSAT IGO – Europejską Organizację Telekomunikacji Satelitarnej, we współpracy z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji” – podano w komunikacie KRRiT na portalu X.

opr. jka, źródła: Radio Maryja, X

 

AGNIESZKA ROMASZEWSKA pozywa Telewizję Polską

Agnieszka Romaszewska, wieloletnia dziennikarka Telewizji Polskiej i twórczyni Biełsatu, niedawno zwolniona dyscyplinarnie, poinformowała o złożeniu pozwu przeciwko TVP.

„Szanowni Państwo, wczoraj właśnie złożyłam pierwszy pozew przeciw TVP, kolejny w przyszłym tygodniu. To jednak nie powinno tak być, że po 32 latach pracy wyrzuca się człowieka jak śmieć” – napisała w czwartek Agnieszka Romaszewska na swoim profilu na Facebooku.

„Czy wcześniej robiono takie rzeczy? Tak owszem. Pamiętam choćby przypadki Andrzej Szozda i Jerzy Sosnowski i ileś innych.

Ale jeszcze bardziej nie powinno być tak, że bez specjalnego powodu odbiera się komuś, pod koniec jego zawodowej kariery, projekt, który był dla niego więcej niż pracą, a któremu poświęcił 18 lat swojego życia – rezygnując na jego rzecz właściwie ze wszystkiego: z życia prywatnego z rozrywek, podtrzymywania relacji towarzyskich. I powiedzmy sobie szczerze: tylko dzięki takiemu poziomowi zaangażowania ten projekt powstał, przetrwał i odniósł sukces, którego właściwie nikt nie neguje…” – dodała.

W dalszej części swojego wpisu Agnieszka Romaszewska podkreśliła: „Nie powinno tak być, że wsadza się klin w zbudowany z wielkim trudem przez lata, zgrany, dobry, profesjonalny zespół, rozbija jego solidarność, niszczy przyjaźnie, że od ludzi w gruncie rzeczy oczekuje się by w trosce o przyszłość ważnego projektu i własną w trzy tygodnie po wywaleniu założycielki i szefowej udawali, że jest super i że nic się nie stało”.

Jej zdaniem, takie działanie „w normalnym kraju nie powinno uchodzić na sucho”.

Dziennikarka założyła na portalu zrzutka.pl zbiórkę na pokrycie kosztów pozwu.

„Wszelkie pieniądze które uda się zebrać ponad to co konieczne na sprawę – przekażę na Fundację Strefa Solidarności, która wspiera poszczególne projekty Biełsatu” – zaznaczyła Agnieszka Romanowska.

Wieloletnia dziennikarka TVP i twórczyni Biełsatu została zwolniona z Telewizji Publicznej w połowie marca.

Agnieszka Romaszewska, szefowa Biełsatu, została zwolniona

Przeciwko tej skandalicznej decyzji protestował Zarząd Główny SDP oraz Zjazd Delegatów SDP, czyli najwyższa władza Stowarzyszenia.

 

Protest Zarządu Głównego SDP przeciwko zwolnieniu z pracy w TVP dyr. Agnieszki Romaszewskiej-Guzy

Bekrycht: PO WYRZUCENIU ROMASZEWSKIEJ Z TVP W MOSKWIE STRZELAJĄ SZAMPANY

„Nie trzeba nikogo przekonywać o zasługach redaktor Agnieszki Romaszewskiej – Guzy. Opozycjonistka antykomunistyczna, rzetelna dziennikarka pracująca od lat 90. XX w. w TVP zawsze była wzorem uczciwego wykonywania naszego zawodu. Po stworzeniu telewizji Biełsat, jako szefowa unikatowej w Europie Środkowej i Wschodniej instytucji jak nikt inny rozumie potrzebę przekazywania prawdziwych informacji na tereny Białorusi, Rosji i innych państw byłego bloku sowieckiego. Jej zwolnienie traktujemy de facto jako próbę przerwania tej misji i początek likwidacji Biełsatu przez polskie władze” – napisali delegaci Zjazdu w swoim stanowisku.

opr. jka, źródło: Facebook/Agnieszka Romaszewska

Kwietniowe spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP. Projekcja filmu „Alma Polaca, czyli polska dusza” i spotkanie z reżyserem

Czwarte w 2024 r. spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP będzie filmowe. W pierwszą środę miesiąca, 3 kwietnia 2024 r., o godz. 18.00, w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie, zaplanowano bowiem projekcję filmu „Alma Polaca, czyli polska dusza” (34 minuty) oraz dyskusję. Reżyserem tego filmu, scenarzystą oraz jednym z autorów zdjęć i producentem jest Arkadiusz Gołębiewski, który będzie też gościem spotkania.

Serdecznie zapraszam!

dr Teresa Kaczorowska,

przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP


Arkadiusz Gołębiewski (ur. 12 czerwca 1968 r. w Ciechanowie) – operator, reżyser, producent, scenarzysta filmowy, fotografik, społecznik. Absolwent Wydziału Operatorskiego i Realizacji TV PWSFTViT w Łodzi. Jako reżyser debiutował fabularyzowanym dokumentem „Jam jest Maryse Boticelise” (1998), a jako autor zdjęć – filmem fabularnym „4 w 1” w reżyserii Wenentego Nosula (1999). Twórczość Gołębiewskiego obejmuje przede wszystkim filmy dokumentalne, w których skupia się na powojennej historii Polski. Do dziś wyreżyserował kilkanaście obrazów, m.in. „Życie za życie, Rozbity kamień”, „Dzieci kwatery „Ł”, Tropem wyklętych”, „Inka. Zachowałam się jak trzeba”. Wielu z nich był też autorem zdjęć, scenarzystą i producentem, w tym „Alma Polaca, czyli polska dusza” (2016), który zostanie pokazany 3 kwietnia 2024 r. w Domu Dziennikarza.

Ponadto A. Gołębiewski jest pomysłodawcą, twórcą i dyrektorem Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” w Gdyni, na którym prezentowane są głównie filmy poruszające tematykę powojennej historii Polski (ostatnio także innych krajów). Pokazują one rolę podziemia i opozycji demokratycznej w walce z komunistycznym reżimem w latach 1944–1989.. W trakcie festiwalu NNW odbywają się nie tylko projekcje filmowe, ale także spotkania i dyskusje ze świadkami historii, naukowcami, twórcami.

Gołębiewski jest też autorem wielu ciekawych projektów, w tym edukacyjnego dla młodych adeptów sztuki filmowej „Nakręć dziadka komórką”, „Młodzi dla historii”, Młodzieżową Akademię Filmową. Powołał też Akademię Filmową Festiwalu NNW w ramach, której realizowane są Warsztaty Scenariuszowe Filmów Fabularnych, a także Pitching Forum.

Został uhonorowany licznymi nagrodami, m.in. Medalem „Pro Patria” (2016), Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski (2016), Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości (2019), Nagrodą im. Jacka Maziarskiego (2019), Złotym Krzyżem Zasługi Węgier (2020), Czeską Nagrodą „Strażnik pamięci” (2020), doroczną Nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2021), Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2023); tytułem

Kustosz Pamięci Narodowej IPN (2023), wyróżnieniami: „Strażnik Pamięci” tygodnika „DoRzeczy” i „Człowiek Wolności” tygodnika „Sieci”.


„Alma Polaca, czyli polska dusza” –  to opowieść o Polakach, którym przyszło zmagać się z tragedią narodową po katastrofie samolotu 10 kwietnia 2010 r. Kamera przez kilka dni wnikliwie dokumentuje nastrój ulic Warszawy (Krakowskie Przemieście) oraz atmosferę Krakowa w dniu pogrzebu Pary Prezydenckiej. Przewodnikiem tygodnia żałoby narodowej staje się Wenezuelczyk Luis (ok. 40 lat), który postanawia w tych dniach zgłębić tajemnice polskiej duszy. Osią filmu jest podróż Luisa pociągiem do Krakowa. W pociągu jadą pielgrzymi na uroczystości pogrzebowe Marii i Lecha Kaczyńskich. Podczas podróży Luis rozmawia z kilkunastoma osobami, starając się zrozumieć polską historię. Wśród rozmówców są głównie ludzie młodzi, którzy w odpowiedzi na zadawane łamaną polszczyzną pytania, próbują mu przybliżyć złożoność polskiej historii i specyfikę tzw. „polską duszę”. Film to swoiste lustro, w którym możemy się obejrzeć. Są tkliwe historie, łzy, ale też żartobliwe sceny obnażające nasze narodowe słabości. Sceny opisowe i rozmowy uzupełniane są materiałami archiwalnymi, dzięki czemu film staje się zapisem stanu ducha przypominającym tamte tragiczne dni, jakich przyszło nam, Polakom, doświadczyć.

 Scenariusz i reżyseria: Arkadiusz Gołębiewski.

Muzyka: Marcin Pospieszalski.

Zdjęcia: Arkadiusz Gołębiewski, Grzegorz Liwiński, Jacek Niewadzi, Andrzej Wyrozębski.

Premiera filmu „Zagłębie. Pamięć”  –  nieznane relacje ocalałych Żydów w nowym dokumencie Dagmary Drzazgi 

 –  Najtrudniejsze w realizacji tego filmu były emocje  –  tak o przejmującym dokumencie, opowiadającym o zagładzie Żydów z Zagłębia, mówi jego reżyser Dagmara Drzazga, związana z Oddziałem SDP w Katowicach. Emocji nie brakowało też na widowni kina „Kosmos” w Katowicach, gdzie w piątek 22. marca odbyła się premiera filmu dokumentalnego pt. „Zagłębie. Pamięć”.

Film opowiada o zagładzie ludności żydowskiej w Zagłębiu w czasie II wojny światowej. Twórcy dokumentu towarzyszą grupie ze Światowego Związku Żydów Zagłębia z Izraela, Kanady i Stanów Zjednoczonych, która przyjechała do Polski, aby uczcić 80-rocznicę likwidacji gett w Będzinie i Sosnowcu. Widzowie mogli zobaczyć i usłyszeć nieznane dotąd relacje ocalonych czy zwierzenia ludzi, których rodziny zginęły w obozach zagłady.  W filmie pojawiły się także unikatowe zbiory archiwalne z czasów masowej eksterminacji Żydów.  –  Ważna w tym filmie jest warstwa archiwalna. Mam na myśli niepokazywane nigdy wcześniej niemieckie dokumenty, mówiące o sukcesywnie planowanej zagładzie w Zagłębiu. Cenne i niezwykle poruszające stały się także archiwalne nagrania filmowe i radiowe oraz wspomnienia ocalonych, które znalazłam w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie  –  podkreśla twórczyni scenariusza i reżyser filmu profesor Dagmara Drzazga, związana z Uniwersytetem Śląskim i ośrodkiem Telewizji Polskiej w Katowicach.

Zdjęcia kręcone były m.in. na terenie Zagłębia Dąbrowskiego: w Sosnowcu i Będzinie, w miejscach, gdzie dawniej znajdowały się żydowskie getta, przy dworcu kolejowym, od którego odjeżdżały „wagony śmierci” oraz w Oświęcimiu w Miejscu Pamięci i Muzeum „Auschwitz-Birkenau”.

 –  Najtrudniejsze w realizacji tego filmu były emocje. To jest film dokumentalny, tu nie grają aktorzy. Dotykamy bardzo głębokich ludzkich przeżyć, traumy, która przeszła na pokolenia. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim moim bohaterom, ponieważ okazali nam ogromne zaufanie  –  mówiła w trakcie premiery Dagmara Drzazga.

Silnych emocji nie brakowało także po premierze. Na widowni znaleźli się bohaterowie filmu, m.in. Adam Szydłowski, pasjonat historii, który chętnie dzielił się swoją wiedzą na temat życia żydowskich mieszkańców Będzina, siostry ze Zgromadzenia Karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosnowcu oraz 90-letnia Danuta Niciarz, która opowiedziała o wstrząsających doświadczeniach II wojny światowej i we wzruszającym geście przekazała autorce dokumentu rodzinną fotografię z tamtych lat.

Po premierze Grzegorz Franki, prezes Związku Górnośląskiego, zaznaczył, że w samym Sosnowcu i Będzinie mieszkało łącznie około 45 tysięcy Żydów, po których dziś niemalże nie ma żadnych śladów.  –  Prof. Dagmara Drzazga  –  nasza śląska reżyserka, laureatka bardzo wielu nagród (…) pokazała bolesny fragment historii Żydów i ich polskich sąsiadów, którzy jeszcze osiemdziesiąt parę lat temu żyli ze sobą w zgodzie tuż obok nas, za Brynicą, w Będzinie i Sosnowcu. To nie jest film piękny, czy radosny. To jest dzieło przerażające i niezwykle emocjonujące. Ale mimo to, widz odnajduje w nim nadzieję i pragnienie pokoju.  –  napisał Grzegorz Franki swoim Facebooku.

Zdjęcia do filmu realizowali: Witold Kornaś, Michał Sławiński, Bartosz Dominik i Jakub Jędras (dron), za dźwięk odpowiadał: Andrzej Piwowarczyk, za montaż i udźwiękowienie: Beata Widuch, a producentem filmu była Krystyna Nowojska. Film wyprodukowała TVP Katowice dla TVP Historia. Widzowie zobaczą go na ogólnopolskiej i regionalnej antenie Telewizji Polskiej już niebawem.

Ilona Ptak

Więcej zdjęć z premiery można zobaczyć na stronie Oddziału SDP w Katowicach TUTAJ.

Spacer po miejscach zadumy – MARIA GIEDZ o Kazimierzu Dolnym mniej znanym

Mekka artystów, malarzy, literatów, miejsce licznych imprez, usytuowana nad Wisłą, przyciąga rzesze turystów, zachwyca renesansowymi kamienicami rozlokowanymi wokół rynku z drewnianą studnią, pięknymi spichlerzami ustawionymi wzdłuż rzeki, kościołami, zamkiem, urokliwymi wąwozami…. Czegoż tu nie ma? A i ileż tu znakomitości można spotkać! Oczywiście chodzi o miasteczko Kazimierz założone, jak nam się wydaje, przez znakomitego polskiego króla Kazimierza Wielkiego, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”.

Nie do końca jest to prawda, gdyż za czasów rządu Kazimierza Wielkiego miejscowość już istniała, a król wzniósł jedynie niewielki murowany zamek. Ponadto piękne kazimierskie murowane kamienice powstały nieco później, za rządów innego władcy, ale prawdą jest to, że Kazimierz Wielki nadał Kazimierzowi prawa miejskie. Natomiast co do nazwy, to wiąże się z innym władcą, Kazimierzem Sprawiedliwym, który w 1181 r. osadę Wietrzna Góra podarował klasztorowi Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Regularnych Zakonu Premonstratensów, potocznie zwanych norbertankami. Na cześć darczyńcy zakonnice zaczęły ową osadę zwać Kazimierzem i pod taką nazwą zapisano ją w Roczniku Kapituły Poznańskiej w 1249 r.

Wczesną wiosną, a raczej na przedwiośniu, zazwyczaj jest to okres Wielkiego Postu, w Kazimierzu jest pusto. Turystów brak. Nieliczni snują się po miasteczku, szukają miejsc, w których można pokontemplować, wyciszyć się, zadumać i niekoniecznie muszą to być wnętrza kościołów. Co ciekawe Kazimierz znakomicie się do tego nadaje. Cisza, czyli brak wielkomiejskiego gwaru, rozpraszających świateł, śpieszących się ludzi, za to są ładne obiekty zabytkowe, jest piękna przyroda i niezwykłe, historyczne miejsca, które w tę atmosferę świetnie się wpisują. Niestety są mało znane i często niezauważane. Proponuję więc spacer po miejscach zadumy, który można podzielić na kilka odcinków.

Zapomniany powstaniec

Niemal w centrum miasta, w bok od głównej drogi odchodzi brukowana ulica Juliusza Małachowskiego, którą poprowadzono wąwozem zwanym Małachowskiego. Może nie jest to najpiękniejszy wąwóz w Kazimierzu i jego okolicach, ale wiedzie w górę obok Domu Pracy Twórczej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Kuncewiczówki (rodzinny dom pisarki Marii Kuncewiczowej i jej męża Jerzego, m.in. polityka ruchu ludowego) do mogiły powstańca listopadowego. To właśnie tam 18 kwietnia 1831 r. zginął Juliusz Małachowski, o czym wspomina napis wyryty na kamiennej płycie: „Juliusz Hr. Małachowski ur. 1802 r. poległ 18 kwietnia 1831 r. pod Kazimierzem w tem miejscu. Wieczny odpoczynek racz mu dać PANIE”. Co prawda ten polski poeta, a jednocześnie podpułkownik, dowódca piechoty, a dokładnie kosynierów został pochowany w rodzinnym grobowcu w Końskich (woj. świętokrzyskie), ale w miejscu jego śmierci ułożono płytę nagrobną, niestety dość zaniedbaną.

Symboliczny grób Juliusza Małachowskiego, , który w tym miejscu, w górnej partii wąwozu zginął w 1831 r. broniąc Polski. Fot. Maria Giedz

O samym powstańcu niewiele wiadomo poza faktem, że był hrabią herbu Nałęcz, synem generała Stanisława Aleksandra Małachowskiego i Anny z domu Stadnickich. W czasie powstania listopadowego dowodził batalionem strzelców sandomierskich, których utrzymywał na własny koszt. Podczas powstania, w walce z „Moskalami”, dokonał kilku brawurowych akcji, za co został odznaczony Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. W Kazimierzu doszło do starć wojsk rosyjskich z przeprawiającymi się przez Wisłę wojskami polskimi. Batalion Małachowskiego osłaniał Polaków. Dzień wcześniej udało się Małachowskiemu uratować wojska polskie od klęski. Dobę później takiego szczęścia nie miał. Zginął od kul nieprzyjaciela.

Kazimierska „ściana płaczu”

Z Wąwozu Małachowskiego, jakieś 200 m za symboliczną mogiłą powstańca, można skręcić w lewo i zejść innym, stromym, dość zarośniętym wąwozem, do ulicy Czerniawy. To kolejny, głęboki wąwóz. Na jego przeciwnym zboczu znajduje się przedziwny pomnik – ściana w połowie pęknięta, z obu stron obłożona połamanymi macewami.

Na owym zboczu w 1851 r. powstał cmentarz żydowski (kirkut). Żydzi w Kazimierzu osiedlili się dość wcześnie, bo już w połowie XV w. Ich pierwszy cmentarz, prawdopodobnie założony w XVI w., znajdował się u podnóża góry Sitarz, przy ulicy Lubelskiej, gdzie dzisiaj znajduje się boisko szkolne.

Tuż po rozpoczęciu wojny w 1939 r., a dokładnie 19 września do „opróżnionego” z zakonników klasztoru Ojców Reformatów wprowadzili się Niemcy i ich tajna policja, czyli Gestapo. To oni w klasztornych piwnicach zorganizowali więzienie, a raczej katownię dla Polaków i Żydów. Od momentu wprowadzenia się do Kazimierza Niemców rozpoczęły się zbiorowe egzekucje. Przeprowadzano je głównie na żydowskim kirkucie na Czerniawach. Niemcy rozstrzeliwali tam nie tylko Żydów, ale i Polaków. To również tam powstało żydowskie getto. Od kwietnia 1942 r. do marca 1943 r. straciło życie około 3 tyś. Żydów z Kazimierza i okolicznych miejscowości. Zaledwie kilku udało się uratować. Niestety nie wiemy ilu Polaków tam rozstrzelano, podaje się tylko, że sporo. W 1939 r., czyli przed wkroczeniem do Kazimierza Niemców mieszkało tam 4641 osób, w tym 2,5 tys. Żydów. Po wojnie liczba mieszkańców zmniejszyła się prawie o połowę.

Kazimierska ściana płaczu – symboliczny pomnik poświęcony Żydom z Kazimierza zabitym przez Niemców. Fot. Maria Giedz

Niemcy w Kazimierzu niszczyli wszystko, nie tylko ludzi, ale najbardziej nie podobał się im cmentarz żydowski, który niemal zrównali z ziemią a kamienne macewy wykorzystali do wybrukowania drogi dojazdowej i dziedzińca siedziby Gestapo w klasztorze franciszkanów. Dopiero w 1984 r. pozbierano z różnych miejsc rozbite macewy i wzniesiono z nich „ścianę płaczu”.  W ten sposób w 1986 r. powstał symboliczny pomnik autorstwa Tadeusza Augustynka. Jest on „przecięty” pionowym pęknięciem, które ma upamiętniać tragiczną historię narodu żydowskiego. Autor po lewej stronie umieścił macewy z grobów kobiet, a po prawej mężczyzn. Na większości płyt znajdują się płaskorzeźbione lub ryte przedstawienia o bogatej symbolice. Są to świece, najczęściej złamane, informujące, że zmarły odszedł z tego świata, są też księgi, korona, dzban i misa, drzewa, kwiaty, a także zwierzęta jak lwy, jelenie, gryfy, ptaki… Niektóre odpowiadają imionom zmarłego, inne ukazują cechy zmarłego. Jeśli widzimy szafę z księgami, to oznacza, że zmarły oddawał się studiowaniu Tory – świętej księgi Judaizmu. Często pojawiają się świeczniki, przypisywane nagrobkom kobiecym, gdyż to kobieta dbała o świece szabasowe.

Kazimierz. fragment macewy z nagrobka kobiety odznaczającej się pobożnością, mądrością i troskliwą. Fot. Maria Giedz

O miejscu tym można by jeszcze długo opowiadać, bo jest niesamowite. Zresztą wszystkie cmentarze wprowadzają w nastrój nostalgii, ale czasem i radości, czego przykładem jest cmentarz w miejscowości Săpânța na terenie Rumunii. Ktoś mógłby zapytać po co chodzić po cmentarzach, jeśli nie leżą na nich bliscy? Otóż każdy cmentarz, niezależnie od kultury, religii, to kopalnia wiedzy. Ja zawsze odwiedzam cmentarze w każdym zakątku świata, do którego docieram. Cmentarz „mówi” więcej o społeczeństwach zamieszkujących dany region niż niejedna kamienica czy pałac.

Krzyżowa Góra

Po powrocie do centrum miasta, o ile nie jest się jeszcze zmęczonym i ma się ochotę trochę powspinać można wybrać się na Górę Trzech Krzyży. Nie jest to co prawda miejsce odosobnione, gdyż wzbudza zainteresowanie wśród wielu turystów. Bowiem właśnie z tej góry można zaobserwować najpiękniejszą panoramę Kazimierza, miasta i okolicznych wzgórz oraz dolinę Wisły.

Widok z Góry Krzyżowej na miasto, kościół Ducha Świętego i Świętej Anny, okoliczne wzgórza i na dolinę Wisły. Fot. Maria Giedz

Góra wznosi się nad kościołem p.w. Ducha Świętego i św. Anny (ponoć wysoka jest na 190 m n.p.m., a tylko 90 nad poziomem Rynku), jednak, aby wejść na nią trzeba dotrzeć do kościoła farnego p.w. św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja. Z ulicy Zamkowej poprowadzonej obok kościoła odchodzą schody wiodące niemal wprost na szczyt góry z „łysym” wierzchołkiem, na którym stoją trzy drewniane krzyże. Mają odzwierciedlać jerozolimską Golgotę i chronić miasto przed najróżniejszymi klęskami. Nie wiadomo od kiedy stoją na tej górze krzyże (są wymieniane co 30-40 lat), gdyż pierwsza o nich wzmianka pojawiła się w księgach miejskich z 1577 r. Chociaż ten środkowy wyraźnie nawiązuje do panującej w Kazimierzu i okolicy epidemii cholery zwanej morową zarazą, która występowała na początku XVIII w., a dokładnie w latach 1705-1708, co uwzględnia wyryta na krzyżu data oraz napis: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie”.

Na prawym krzyżu umieszczono zupełnie inny napis, dotyczący naszej ojczyzny: „Boże pobłogosław ojczyźnie naszej”. Być może ma to związek z którąś z wojen. Natomiast na lewym krzyżu napisano: „Boże zbaw lud nasz polski”.

Interesujące jest również to, że właśnie na szczycie tej góry w 1852 r. odkryto kurhan grzebalny i ludzkie kości. Przypuszcza się więc, że mogło to być wczesnochrześcijańskie miejsce kultu. No cóż, góra jest miejscem dość tajemniczym.

Zakątek patriotyczny

Schodząc z Góry Krzyżowej i przechodząc przez Rynek warto udać się jeszcze w okolice kościoła p.w. Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny i klasztoru Ojców Franciszkanów Reformatów, tego samego, gdzie w czasie II wojny światowej stacjonowało Gestapo. Właśnie tam, przy klasztornym murze znajdują się dwa obeliski. Jeden z nich jest pomnikiem upamiętniającym dzień 18 listopada 1942 r., a była to środa, w którym w ramach akcji pacyfikacyjnej Niemieccy żołnierze rozstrzelali ponad 140 osób. Dzień ten nazwano „krwawą środą”. Akcja pacyfikacji trwała tydzień, a jej kulminacja przypadła właśnie na środę. Niemcom chodziło o wymuszenie posłuszeństwa wśród mieszkańców Kazimierza i uległości wobec niemieckiej władzy. W ciągu tych siedmiu dni najpierw bez powodu uwięziono ponad 300 osób, a potem ich zabijano.

Obelisk poświęcony marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu w 78 rocznicę cudu nad Wisłą. Fot. Maria Giedz

Obok obelisku, na klasztornym murze znajdują się kamienne tablice poświęcone pamięci osób poległych i pomordowanych podczas wojny oraz w pierwszych latach powojennych. Są tam nazwiska ofiar, niestety nie wszystkich, bo do dzisiaj nie udało się ustalić kto zginął w tym miejscu, kto na ulicach miasta, na zesłaniu, czy w niemieckich obozach i więzieniach.

Na tym granitowym obelisku – pomniku widnieje wyryty napis: „Ku czci pomordowanych w latach 1939-1944 przez okupanta hitlerowskiego i ofiar krwawej środy 18 XI 1942 społeczeństwo Kazimierza”. W górnej partii kamienia umieszczono metalowy wizerunek orła w koronie – godło Polski. Co ciekawe, w przewodnikach podaje się, że do wydarzeń „krwawej środy” doszło w roku 1943, a na pomniku wyryto datę 1942.

Drugi obelisk stojący niemal obok pierwszego jest dość nietypowy, gdyż poświęcono go marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu. Postawiono go, jak podaje napis: „w 78 rocznicę „cudu nad Wisłą” zwycięskiej bitwy wojska polskiego z nawałą bolszewicką uznanej za 18-tą bitwę w dziejach świata w 1920 r.” Bitwa ta została stoczona w dniach 13-25 sierpnia 1920 r., ale pod Warszawą, a nie w Kazimierzu, więc… Oprócz napisu, na obelisku umieszczono metalowy krzyż, pod nim wizerunek marszałka Józefa Piłsudskiego oraz orła wieńczącego obelisk.

Groby potrafią mówić

Pierwszy kazimierski cmentarz parafialny znajdował się na zboczu wzgórza zamkowego. W XVIII w. zmieniono jego lokalizację przenosząc na stok pod Plebanią Górą. Poświęcono go w 1869 r., nazywając go Cmentarzem Parafialnym św. Jana i tak już zostało. Dojście do cmentarza jest proste. Można iść ulicą cmentarną, która jest przedłużeniem ulicy klasztornej, albo wprost z „zakątka patriotycznego” przez klasztorny dziedziniec.

Nagrobek proboszcza kazimierskiej parafii z 1897 r. Fot. Maria Giedz

Turyści rzadko do tego miejsca docierają, a szkoda, bo jest to jedna z niewielu nekropolii tak ładnie położonych. Składa się z dwóch części: starszej i nowej poświęconej w 1924 r. Spoczywają tam różne ważne i znane osobistości nie tylko w Kazimierzu, ale i w Polsce. Między innymi Maria i Jerzy Kuncewiczowie, małżeństwo pisarki i prawnika. Najbardziej znanym dziełem autorki jest powieść „Cudzoziemka”, uznawana za jedną z najwybitniejszych powieści psychologicznych dwudziestolecia międzywojennego. Dzisiaj o Marii Kuncewiczowej niewiele się mówi. Jest zapomnianą pisarką, a o tym, że była też śpiewaczką to już chyba nikt nie wie.

Wracając do cmentarza, warto poszukać tam starych grobów m.in. powstańców z 1863-4 r., często zniszczonych, ale jakże pięknych, wyraźnie odcinających się od tych lastrykowych. Przypominających, że kiedyś w tym malowniczym mieście żyli i zwykli i niezwykli ludzie.

 

Protest CMWP SDP przeciwko atakowi marszałka Sejmu na Radio Maryja i jego założyciela

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko nieuzasadnionemu podważaniu wiarygodności osób pracujących w środkach masowego komunikowania przez polityków, czego jaskrawym przykładem jest zachowanie marszałka Sejmu Szymona Hołowni, drugiej osoby w państwie, wobec ojca Tadeusza Rydzyka, założyciela i redaktora naczelnego Radia Maryja.

15 marca 2024 r. w serwisie społecznościowym X (dawny Twitter) marszałek Sejmu opublikował nagranie ilustrujące jego wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o zbadanie „przepływów finansowych pomiędzy państwem a Kościołem i związkami wyznaniowymi”. Szymon Hołownia uzasadnił go manipulacją na temat o. Tadeusza Rydzyka.  Nagranie Marszałka Sejmu świadczy także o jego negatywnym nastawieniu do podmiotu, który zamierza kontrolować, ponieważ rzekomą sumę dotacji „dla instytucji związanych z o. Tadeuszem Rydzykiem” zestawił od razu ze zdaniem, iż za tę kwotę „można wybudować czterdzieści nowych przedszkoli”. Wyjątkowo bulwersujące jest w tym wypadku powielanie typowych dla władzy komunistycznej metod deprecjonowania pracy  osób związanych z Kościołem katolickim oraz to, że robi to osoba sprawującą wysoki urząd w państwie. Działanie marszałka Sejmu jest także upokarzające dla podmiotu, który ma być kontrolowany –  Szymon Hołownia ogłosił decyzję o swoim wniosku do Naczelnej Izby Kontroli używając rozrywkowego sposobu jej przekazania, ilustrując ją tzw. filmikiem i dodając rymowankę niskich lotów. Bezsprzecznie narusza to powagę sprawowanego przez niego urzędu i poniża wymienionego przez niego z nazwiska redaktora naczelnego  Radio Maryja w oczach obserwatorów jego mediów społecznościowych i wszystkich, którzy cytowali tę wypowiedź.

CMWP SDP zwraca uwagę, że taki sposób działania najwyższych organów państwa i polityków sprawujących w nich najwyższe funkcje w stosunku do mediów oraz ich pracowników jest wyjątkowo bulwersujący, zakłóca on bowiem wzajemne relacje władzy wykonawczej i środków masowego komunikowania. Stawianie niepotwierdzonych zarzutów osobistego wykorzystywania przez założycieli i szefów mediów funduszy pochodzących z publicznych dotacji jest każdego z nich wyjątkowo dokuczliwe, ponieważ podważa ich wiarygodność i społeczne  do nich zaufanie. Stawianie takich niepotwierdzonych zarzutów osobie duchownej jest jeszcze bardziej dotkliwe, ponieważ podważa także jej moralność, cechę niezbędną zarówno w pełnieniu funkcji dziennikarskiej, jak i duszpasterskiej. W demokratycznym państwie opartym na poszanowaniu zasady wolności słowa i mediów takie działanie nigdy nie powinno mieć miejsca.

CMWP SDP wyraża solidarność z o. dr. Tadeuszem Rydzykiem, założycielem i redaktorem naczelnym Radia Maryja i deklaruje wsparcie działań podejmowanych przez kierownictwo Radia Maryja w związku z w/w wypowiedziami marszałka  Sejmu na temat tej rozgłośni i jej kierownictwa.

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 21 marca 2024 r.

Agnieszka Romaszewska dyscyplinarnie zwolniona z Telewizji Polskiej

„No to TVP jednak jeszcze nieco poprawiła moje zwolnienie, a mianowicie dziś wręczono mi zwolnienie dyscyplinarne” – poinformowała w poniedziałek w serwisie X Agnieszka Romaszewska.

Tego samego dnia Telewizja Polska wydała komunikat: „TVP S.A. w likwidacji informuje, że z dniem 18 marca 2024 roku doszło do definitywnego zakończenia stosunku pracy między TVP S.A. a Panią Agnieszką Romaszewską-Guzy. Nastąpiło to z inicjatywy TVP S.A. w likwidacji, z przyczyn dotyczących pracownika”.

Wiadomość o tym, że TVP zwolnienia po 32 latach pracy redaktor Agnieszkę Romaszewską, założycielkę i dyrektorkę telewizji Biełsat, pojawiła się  we wtorek, 12 marca, (pisaliśmy o tym TUTAJ). Przeciwko tej skandalicznej decyzji od razu zaprotestował Zarząd Główny SDP (TUTAJ). W niedzielę, 17 marca Zjazd Delegatów SDP, czyli najwyższa władza Stowarzyszenia, przyjęła stanowisko, w którym wyraża stanowczy protest przeciwko zwolnieniu  Agnieszki Romaszewskiej.

„Nie trzeba nikogo przekonywać o zasługach redaktor Agnieszki Romaszewskiej – Guzy. Opozycjonistka antykomunistyczna, rzetelna dziennikarka pracująca od lat 90. XX w. w TVP zawsze była wzorem uczciwego wykonywania naszego zawodu. Po stworzeniu telewizji Biełsat, jako szefowa unikatowej w Europie Środkowej i Wschodniej instytucji jak nikt inny rozumie potrzebę przekazywania prawdziwych informacji na tereny Białorusi, Rosji i innych państw byłego bloku sowieckiego. Jej zwolnienie traktujemy de facto jako próbę przerwania tej misji i początek likwidacji Biełsatu przez polskie władze” – napisali delegaci Zjazdu.

Podkreślili, że działania takie, jak zwolnienie red. Romaszewskiej „nie tylko nie są zgodne z polską racją stanu, ale wspierają reżimy w Moskwie i Mińsku”. (Pełny tekst stanowiska delegatów można znaleźć  TUTAJ)

opr. jka, źródła: X, TVP

Komentarz Huberta Bekrychta, redaktora naczelnego portalu sdp.pl TUTAJ.

 

Pierwszy dzień Nadzwyczajnego Statutowo – Programowego Zjazdu Delegatów w obiektywie ANDRZEJA GOJKE

W Kazimierzu Dolnym trwa Nadzwyczajny Statutowo – Programowy Zjazd Delegatów, podczas którego procedowane są m.in. zmiany w statucie SDP.

Fot. Andrzej Gojke