Kwietniowe spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP. Projekcja filmu „Alma Polaca, czyli polska dusza” i spotkanie z reżyserem

Czwarte w 2024 r. spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP będzie filmowe. W pierwszą środę miesiąca, 3 kwietnia 2024 r., o godz. 18.00, w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie, zaplanowano bowiem projekcję filmu „Alma Polaca, czyli polska dusza” (34 minuty) oraz dyskusję. Reżyserem tego filmu, scenarzystą oraz jednym z autorów zdjęć i producentem jest Arkadiusz Gołębiewski, który będzie też gościem spotkania.

Serdecznie zapraszam!

dr Teresa Kaczorowska,

przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP


Arkadiusz Gołębiewski (ur. 12 czerwca 1968 r. w Ciechanowie) – operator, reżyser, producent, scenarzysta filmowy, fotografik, społecznik. Absolwent Wydziału Operatorskiego i Realizacji TV PWSFTViT w Łodzi. Jako reżyser debiutował fabularyzowanym dokumentem „Jam jest Maryse Boticelise” (1998), a jako autor zdjęć – filmem fabularnym „4 w 1” w reżyserii Wenentego Nosula (1999). Twórczość Gołębiewskiego obejmuje przede wszystkim filmy dokumentalne, w których skupia się na powojennej historii Polski. Do dziś wyreżyserował kilkanaście obrazów, m.in. „Życie za życie, Rozbity kamień”, „Dzieci kwatery „Ł”, Tropem wyklętych”, „Inka. Zachowałam się jak trzeba”. Wielu z nich był też autorem zdjęć, scenarzystą i producentem, w tym „Alma Polaca, czyli polska dusza” (2016), który zostanie pokazany 3 kwietnia 2024 r. w Domu Dziennikarza.

Ponadto A. Gołębiewski jest pomysłodawcą, twórcą i dyrektorem Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” w Gdyni, na którym prezentowane są głównie filmy poruszające tematykę powojennej historii Polski (ostatnio także innych krajów). Pokazują one rolę podziemia i opozycji demokratycznej w walce z komunistycznym reżimem w latach 1944–1989.. W trakcie festiwalu NNW odbywają się nie tylko projekcje filmowe, ale także spotkania i dyskusje ze świadkami historii, naukowcami, twórcami.

Gołębiewski jest też autorem wielu ciekawych projektów, w tym edukacyjnego dla młodych adeptów sztuki filmowej „Nakręć dziadka komórką”, „Młodzi dla historii”, Młodzieżową Akademię Filmową. Powołał też Akademię Filmową Festiwalu NNW w ramach, której realizowane są Warsztaty Scenariuszowe Filmów Fabularnych, a także Pitching Forum.

Został uhonorowany licznymi nagrodami, m.in. Medalem „Pro Patria” (2016), Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski (2016), Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości (2019), Nagrodą im. Jacka Maziarskiego (2019), Złotym Krzyżem Zasługi Węgier (2020), Czeską Nagrodą „Strażnik pamięci” (2020), doroczną Nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2021), Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2023); tytułem

Kustosz Pamięci Narodowej IPN (2023), wyróżnieniami: „Strażnik Pamięci” tygodnika „DoRzeczy” i „Człowiek Wolności” tygodnika „Sieci”.


„Alma Polaca, czyli polska dusza” –  to opowieść o Polakach, którym przyszło zmagać się z tragedią narodową po katastrofie samolotu 10 kwietnia 2010 r. Kamera przez kilka dni wnikliwie dokumentuje nastrój ulic Warszawy (Krakowskie Przemieście) oraz atmosferę Krakowa w dniu pogrzebu Pary Prezydenckiej. Przewodnikiem tygodnia żałoby narodowej staje się Wenezuelczyk Luis (ok. 40 lat), który postanawia w tych dniach zgłębić tajemnice polskiej duszy. Osią filmu jest podróż Luisa pociągiem do Krakowa. W pociągu jadą pielgrzymi na uroczystości pogrzebowe Marii i Lecha Kaczyńskich. Podczas podróży Luis rozmawia z kilkunastoma osobami, starając się zrozumieć polską historię. Wśród rozmówców są głównie ludzie młodzi, którzy w odpowiedzi na zadawane łamaną polszczyzną pytania, próbują mu przybliżyć złożoność polskiej historii i specyfikę tzw. „polską duszę”. Film to swoiste lustro, w którym możemy się obejrzeć. Są tkliwe historie, łzy, ale też żartobliwe sceny obnażające nasze narodowe słabości. Sceny opisowe i rozmowy uzupełniane są materiałami archiwalnymi, dzięki czemu film staje się zapisem stanu ducha przypominającym tamte tragiczne dni, jakich przyszło nam, Polakom, doświadczyć.

 Scenariusz i reżyseria: Arkadiusz Gołębiewski.

Muzyka: Marcin Pospieszalski.

Zdjęcia: Arkadiusz Gołębiewski, Grzegorz Liwiński, Jacek Niewadzi, Andrzej Wyrozębski.

Premiera filmu „Zagłębie. Pamięć”  –  nieznane relacje ocalałych Żydów w nowym dokumencie Dagmary Drzazgi 

 –  Najtrudniejsze w realizacji tego filmu były emocje  –  tak o przejmującym dokumencie, opowiadającym o zagładzie Żydów z Zagłębia, mówi jego reżyser Dagmara Drzazga, związana z Oddziałem SDP w Katowicach. Emocji nie brakowało też na widowni kina „Kosmos” w Katowicach, gdzie w piątek 22. marca odbyła się premiera filmu dokumentalnego pt. „Zagłębie. Pamięć”.

Film opowiada o zagładzie ludności żydowskiej w Zagłębiu w czasie II wojny światowej. Twórcy dokumentu towarzyszą grupie ze Światowego Związku Żydów Zagłębia z Izraela, Kanady i Stanów Zjednoczonych, która przyjechała do Polski, aby uczcić 80-rocznicę likwidacji gett w Będzinie i Sosnowcu. Widzowie mogli zobaczyć i usłyszeć nieznane dotąd relacje ocalonych czy zwierzenia ludzi, których rodziny zginęły w obozach zagłady.  W filmie pojawiły się także unikatowe zbiory archiwalne z czasów masowej eksterminacji Żydów.  –  Ważna w tym filmie jest warstwa archiwalna. Mam na myśli niepokazywane nigdy wcześniej niemieckie dokumenty, mówiące o sukcesywnie planowanej zagładzie w Zagłębiu. Cenne i niezwykle poruszające stały się także archiwalne nagrania filmowe i radiowe oraz wspomnienia ocalonych, które znalazłam w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie  –  podkreśla twórczyni scenariusza i reżyser filmu profesor Dagmara Drzazga, związana z Uniwersytetem Śląskim i ośrodkiem Telewizji Polskiej w Katowicach.

Zdjęcia kręcone były m.in. na terenie Zagłębia Dąbrowskiego: w Sosnowcu i Będzinie, w miejscach, gdzie dawniej znajdowały się żydowskie getta, przy dworcu kolejowym, od którego odjeżdżały „wagony śmierci” oraz w Oświęcimiu w Miejscu Pamięci i Muzeum „Auschwitz-Birkenau”.

 –  Najtrudniejsze w realizacji tego filmu były emocje. To jest film dokumentalny, tu nie grają aktorzy. Dotykamy bardzo głębokich ludzkich przeżyć, traumy, która przeszła na pokolenia. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim moim bohaterom, ponieważ okazali nam ogromne zaufanie  –  mówiła w trakcie premiery Dagmara Drzazga.

Silnych emocji nie brakowało także po premierze. Na widowni znaleźli się bohaterowie filmu, m.in. Adam Szydłowski, pasjonat historii, który chętnie dzielił się swoją wiedzą na temat życia żydowskich mieszkańców Będzina, siostry ze Zgromadzenia Karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosnowcu oraz 90-letnia Danuta Niciarz, która opowiedziała o wstrząsających doświadczeniach II wojny światowej i we wzruszającym geście przekazała autorce dokumentu rodzinną fotografię z tamtych lat.

Po premierze Grzegorz Franki, prezes Związku Górnośląskiego, zaznaczył, że w samym Sosnowcu i Będzinie mieszkało łącznie około 45 tysięcy Żydów, po których dziś niemalże nie ma żadnych śladów.  –  Prof. Dagmara Drzazga  –  nasza śląska reżyserka, laureatka bardzo wielu nagród (…) pokazała bolesny fragment historii Żydów i ich polskich sąsiadów, którzy jeszcze osiemdziesiąt parę lat temu żyli ze sobą w zgodzie tuż obok nas, za Brynicą, w Będzinie i Sosnowcu. To nie jest film piękny, czy radosny. To jest dzieło przerażające i niezwykle emocjonujące. Ale mimo to, widz odnajduje w nim nadzieję i pragnienie pokoju.  –  napisał Grzegorz Franki swoim Facebooku.

Zdjęcia do filmu realizowali: Witold Kornaś, Michał Sławiński, Bartosz Dominik i Jakub Jędras (dron), za dźwięk odpowiadał: Andrzej Piwowarczyk, za montaż i udźwiękowienie: Beata Widuch, a producentem filmu była Krystyna Nowojska. Film wyprodukowała TVP Katowice dla TVP Historia. Widzowie zobaczą go na ogólnopolskiej i regionalnej antenie Telewizji Polskiej już niebawem.

Ilona Ptak

Więcej zdjęć z premiery można zobaczyć na stronie Oddziału SDP w Katowicach TUTAJ.

Spacer po miejscach zadumy – MARIA GIEDZ o Kazimierzu Dolnym mniej znanym

Mekka artystów, malarzy, literatów, miejsce licznych imprez, usytuowana nad Wisłą, przyciąga rzesze turystów, zachwyca renesansowymi kamienicami rozlokowanymi wokół rynku z drewnianą studnią, pięknymi spichlerzami ustawionymi wzdłuż rzeki, kościołami, zamkiem, urokliwymi wąwozami…. Czegoż tu nie ma? A i ileż tu znakomitości można spotkać! Oczywiście chodzi o miasteczko Kazimierz założone, jak nam się wydaje, przez znakomitego polskiego króla Kazimierza Wielkiego, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”.

Nie do końca jest to prawda, gdyż za czasów rządu Kazimierza Wielkiego miejscowość już istniała, a król wzniósł jedynie niewielki murowany zamek. Ponadto piękne kazimierskie murowane kamienice powstały nieco później, za rządów innego władcy, ale prawdą jest to, że Kazimierz Wielki nadał Kazimierzowi prawa miejskie. Natomiast co do nazwy, to wiąże się z innym władcą, Kazimierzem Sprawiedliwym, który w 1181 r. osadę Wietrzna Góra podarował klasztorowi Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Regularnych Zakonu Premonstratensów, potocznie zwanych norbertankami. Na cześć darczyńcy zakonnice zaczęły ową osadę zwać Kazimierzem i pod taką nazwą zapisano ją w Roczniku Kapituły Poznańskiej w 1249 r.

Wczesną wiosną, a raczej na przedwiośniu, zazwyczaj jest to okres Wielkiego Postu, w Kazimierzu jest pusto. Turystów brak. Nieliczni snują się po miasteczku, szukają miejsc, w których można pokontemplować, wyciszyć się, zadumać i niekoniecznie muszą to być wnętrza kościołów. Co ciekawe Kazimierz znakomicie się do tego nadaje. Cisza, czyli brak wielkomiejskiego gwaru, rozpraszających świateł, śpieszących się ludzi, za to są ładne obiekty zabytkowe, jest piękna przyroda i niezwykłe, historyczne miejsca, które w tę atmosferę świetnie się wpisują. Niestety są mało znane i często niezauważane. Proponuję więc spacer po miejscach zadumy, który można podzielić na kilka odcinków.

Zapomniany powstaniec

Niemal w centrum miasta, w bok od głównej drogi odchodzi brukowana ulica Juliusza Małachowskiego, którą poprowadzono wąwozem zwanym Małachowskiego. Może nie jest to najpiękniejszy wąwóz w Kazimierzu i jego okolicach, ale wiedzie w górę obok Domu Pracy Twórczej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Kuncewiczówki (rodzinny dom pisarki Marii Kuncewiczowej i jej męża Jerzego, m.in. polityka ruchu ludowego) do mogiły powstańca listopadowego. To właśnie tam 18 kwietnia 1831 r. zginął Juliusz Małachowski, o czym wspomina napis wyryty na kamiennej płycie: „Juliusz Hr. Małachowski ur. 1802 r. poległ 18 kwietnia 1831 r. pod Kazimierzem w tem miejscu. Wieczny odpoczynek racz mu dać PANIE”. Co prawda ten polski poeta, a jednocześnie podpułkownik, dowódca piechoty, a dokładnie kosynierów został pochowany w rodzinnym grobowcu w Końskich (woj. świętokrzyskie), ale w miejscu jego śmierci ułożono płytę nagrobną, niestety dość zaniedbaną.

Symboliczny grób Juliusza Małachowskiego, , który w tym miejscu, w górnej partii wąwozu zginął w 1831 r. broniąc Polski. Fot. Maria Giedz

O samym powstańcu niewiele wiadomo poza faktem, że był hrabią herbu Nałęcz, synem generała Stanisława Aleksandra Małachowskiego i Anny z domu Stadnickich. W czasie powstania listopadowego dowodził batalionem strzelców sandomierskich, których utrzymywał na własny koszt. Podczas powstania, w walce z „Moskalami”, dokonał kilku brawurowych akcji, za co został odznaczony Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. W Kazimierzu doszło do starć wojsk rosyjskich z przeprawiającymi się przez Wisłę wojskami polskimi. Batalion Małachowskiego osłaniał Polaków. Dzień wcześniej udało się Małachowskiemu uratować wojska polskie od klęski. Dobę później takiego szczęścia nie miał. Zginął od kul nieprzyjaciela.

Kazimierska „ściana płaczu”

Z Wąwozu Małachowskiego, jakieś 200 m za symboliczną mogiłą powstańca, można skręcić w lewo i zejść innym, stromym, dość zarośniętym wąwozem, do ulicy Czerniawy. To kolejny, głęboki wąwóz. Na jego przeciwnym zboczu znajduje się przedziwny pomnik – ściana w połowie pęknięta, z obu stron obłożona połamanymi macewami.

Na owym zboczu w 1851 r. powstał cmentarz żydowski (kirkut). Żydzi w Kazimierzu osiedlili się dość wcześnie, bo już w połowie XV w. Ich pierwszy cmentarz, prawdopodobnie założony w XVI w., znajdował się u podnóża góry Sitarz, przy ulicy Lubelskiej, gdzie dzisiaj znajduje się boisko szkolne.

Tuż po rozpoczęciu wojny w 1939 r., a dokładnie 19 września do „opróżnionego” z zakonników klasztoru Ojców Reformatów wprowadzili się Niemcy i ich tajna policja, czyli Gestapo. To oni w klasztornych piwnicach zorganizowali więzienie, a raczej katownię dla Polaków i Żydów. Od momentu wprowadzenia się do Kazimierza Niemców rozpoczęły się zbiorowe egzekucje. Przeprowadzano je głównie na żydowskim kirkucie na Czerniawach. Niemcy rozstrzeliwali tam nie tylko Żydów, ale i Polaków. To również tam powstało żydowskie getto. Od kwietnia 1942 r. do marca 1943 r. straciło życie około 3 tyś. Żydów z Kazimierza i okolicznych miejscowości. Zaledwie kilku udało się uratować. Niestety nie wiemy ilu Polaków tam rozstrzelano, podaje się tylko, że sporo. W 1939 r., czyli przed wkroczeniem do Kazimierza Niemców mieszkało tam 4641 osób, w tym 2,5 tys. Żydów. Po wojnie liczba mieszkańców zmniejszyła się prawie o połowę.

Kazimierska ściana płaczu – symboliczny pomnik poświęcony Żydom z Kazimierza zabitym przez Niemców. Fot. Maria Giedz

Niemcy w Kazimierzu niszczyli wszystko, nie tylko ludzi, ale najbardziej nie podobał się im cmentarz żydowski, który niemal zrównali z ziemią a kamienne macewy wykorzystali do wybrukowania drogi dojazdowej i dziedzińca siedziby Gestapo w klasztorze franciszkanów. Dopiero w 1984 r. pozbierano z różnych miejsc rozbite macewy i wzniesiono z nich „ścianę płaczu”.  W ten sposób w 1986 r. powstał symboliczny pomnik autorstwa Tadeusza Augustynka. Jest on „przecięty” pionowym pęknięciem, które ma upamiętniać tragiczną historię narodu żydowskiego. Autor po lewej stronie umieścił macewy z grobów kobiet, a po prawej mężczyzn. Na większości płyt znajdują się płaskorzeźbione lub ryte przedstawienia o bogatej symbolice. Są to świece, najczęściej złamane, informujące, że zmarły odszedł z tego świata, są też księgi, korona, dzban i misa, drzewa, kwiaty, a także zwierzęta jak lwy, jelenie, gryfy, ptaki… Niektóre odpowiadają imionom zmarłego, inne ukazują cechy zmarłego. Jeśli widzimy szafę z księgami, to oznacza, że zmarły oddawał się studiowaniu Tory – świętej księgi Judaizmu. Często pojawiają się świeczniki, przypisywane nagrobkom kobiecym, gdyż to kobieta dbała o świece szabasowe.

Kazimierz. fragment macewy z nagrobka kobiety odznaczającej się pobożnością, mądrością i troskliwą. Fot. Maria Giedz

O miejscu tym można by jeszcze długo opowiadać, bo jest niesamowite. Zresztą wszystkie cmentarze wprowadzają w nastrój nostalgii, ale czasem i radości, czego przykładem jest cmentarz w miejscowości Săpânța na terenie Rumunii. Ktoś mógłby zapytać po co chodzić po cmentarzach, jeśli nie leżą na nich bliscy? Otóż każdy cmentarz, niezależnie od kultury, religii, to kopalnia wiedzy. Ja zawsze odwiedzam cmentarze w każdym zakątku świata, do którego docieram. Cmentarz „mówi” więcej o społeczeństwach zamieszkujących dany region niż niejedna kamienica czy pałac.

Krzyżowa Góra

Po powrocie do centrum miasta, o ile nie jest się jeszcze zmęczonym i ma się ochotę trochę powspinać można wybrać się na Górę Trzech Krzyży. Nie jest to co prawda miejsce odosobnione, gdyż wzbudza zainteresowanie wśród wielu turystów. Bowiem właśnie z tej góry można zaobserwować najpiękniejszą panoramę Kazimierza, miasta i okolicznych wzgórz oraz dolinę Wisły.

Widok z Góry Krzyżowej na miasto, kościół Ducha Świętego i Świętej Anny, okoliczne wzgórza i na dolinę Wisły. Fot. Maria Giedz

Góra wznosi się nad kościołem p.w. Ducha Świętego i św. Anny (ponoć wysoka jest na 190 m n.p.m., a tylko 90 nad poziomem Rynku), jednak, aby wejść na nią trzeba dotrzeć do kościoła farnego p.w. św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja. Z ulicy Zamkowej poprowadzonej obok kościoła odchodzą schody wiodące niemal wprost na szczyt góry z „łysym” wierzchołkiem, na którym stoją trzy drewniane krzyże. Mają odzwierciedlać jerozolimską Golgotę i chronić miasto przed najróżniejszymi klęskami. Nie wiadomo od kiedy stoją na tej górze krzyże (są wymieniane co 30-40 lat), gdyż pierwsza o nich wzmianka pojawiła się w księgach miejskich z 1577 r. Chociaż ten środkowy wyraźnie nawiązuje do panującej w Kazimierzu i okolicy epidemii cholery zwanej morową zarazą, która występowała na początku XVIII w., a dokładnie w latach 1705-1708, co uwzględnia wyryta na krzyżu data oraz napis: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie”.

Na prawym krzyżu umieszczono zupełnie inny napis, dotyczący naszej ojczyzny: „Boże pobłogosław ojczyźnie naszej”. Być może ma to związek z którąś z wojen. Natomiast na lewym krzyżu napisano: „Boże zbaw lud nasz polski”.

Interesujące jest również to, że właśnie na szczycie tej góry w 1852 r. odkryto kurhan grzebalny i ludzkie kości. Przypuszcza się więc, że mogło to być wczesnochrześcijańskie miejsce kultu. No cóż, góra jest miejscem dość tajemniczym.

Zakątek patriotyczny

Schodząc z Góry Krzyżowej i przechodząc przez Rynek warto udać się jeszcze w okolice kościoła p.w. Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny i klasztoru Ojców Franciszkanów Reformatów, tego samego, gdzie w czasie II wojny światowej stacjonowało Gestapo. Właśnie tam, przy klasztornym murze znajdują się dwa obeliski. Jeden z nich jest pomnikiem upamiętniającym dzień 18 listopada 1942 r., a była to środa, w którym w ramach akcji pacyfikacyjnej Niemieccy żołnierze rozstrzelali ponad 140 osób. Dzień ten nazwano „krwawą środą”. Akcja pacyfikacji trwała tydzień, a jej kulminacja przypadła właśnie na środę. Niemcom chodziło o wymuszenie posłuszeństwa wśród mieszkańców Kazimierza i uległości wobec niemieckiej władzy. W ciągu tych siedmiu dni najpierw bez powodu uwięziono ponad 300 osób, a potem ich zabijano.

Obelisk poświęcony marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu w 78 rocznicę cudu nad Wisłą. Fot. Maria Giedz

Obok obelisku, na klasztornym murze znajdują się kamienne tablice poświęcone pamięci osób poległych i pomordowanych podczas wojny oraz w pierwszych latach powojennych. Są tam nazwiska ofiar, niestety nie wszystkich, bo do dzisiaj nie udało się ustalić kto zginął w tym miejscu, kto na ulicach miasta, na zesłaniu, czy w niemieckich obozach i więzieniach.

Na tym granitowym obelisku – pomniku widnieje wyryty napis: „Ku czci pomordowanych w latach 1939-1944 przez okupanta hitlerowskiego i ofiar krwawej środy 18 XI 1942 społeczeństwo Kazimierza”. W górnej partii kamienia umieszczono metalowy wizerunek orła w koronie – godło Polski. Co ciekawe, w przewodnikach podaje się, że do wydarzeń „krwawej środy” doszło w roku 1943, a na pomniku wyryto datę 1942.

Drugi obelisk stojący niemal obok pierwszego jest dość nietypowy, gdyż poświęcono go marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu. Postawiono go, jak podaje napis: „w 78 rocznicę „cudu nad Wisłą” zwycięskiej bitwy wojska polskiego z nawałą bolszewicką uznanej za 18-tą bitwę w dziejach świata w 1920 r.” Bitwa ta została stoczona w dniach 13-25 sierpnia 1920 r., ale pod Warszawą, a nie w Kazimierzu, więc… Oprócz napisu, na obelisku umieszczono metalowy krzyż, pod nim wizerunek marszałka Józefa Piłsudskiego oraz orła wieńczącego obelisk.

Groby potrafią mówić

Pierwszy kazimierski cmentarz parafialny znajdował się na zboczu wzgórza zamkowego. W XVIII w. zmieniono jego lokalizację przenosząc na stok pod Plebanią Górą. Poświęcono go w 1869 r., nazywając go Cmentarzem Parafialnym św. Jana i tak już zostało. Dojście do cmentarza jest proste. Można iść ulicą cmentarną, która jest przedłużeniem ulicy klasztornej, albo wprost z „zakątka patriotycznego” przez klasztorny dziedziniec.

Nagrobek proboszcza kazimierskiej parafii z 1897 r. Fot. Maria Giedz

Turyści rzadko do tego miejsca docierają, a szkoda, bo jest to jedna z niewielu nekropolii tak ładnie położonych. Składa się z dwóch części: starszej i nowej poświęconej w 1924 r. Spoczywają tam różne ważne i znane osobistości nie tylko w Kazimierzu, ale i w Polsce. Między innymi Maria i Jerzy Kuncewiczowie, małżeństwo pisarki i prawnika. Najbardziej znanym dziełem autorki jest powieść „Cudzoziemka”, uznawana za jedną z najwybitniejszych powieści psychologicznych dwudziestolecia międzywojennego. Dzisiaj o Marii Kuncewiczowej niewiele się mówi. Jest zapomnianą pisarką, a o tym, że była też śpiewaczką to już chyba nikt nie wie.

Wracając do cmentarza, warto poszukać tam starych grobów m.in. powstańców z 1863-4 r., często zniszczonych, ale jakże pięknych, wyraźnie odcinających się od tych lastrykowych. Przypominających, że kiedyś w tym malowniczym mieście żyli i zwykli i niezwykli ludzie.

 

Protest CMWP SDP przeciwko atakowi marszałka Sejmu na Radio Maryja i jego założyciela

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko nieuzasadnionemu podważaniu wiarygodności osób pracujących w środkach masowego komunikowania przez polityków, czego jaskrawym przykładem jest zachowanie marszałka Sejmu Szymona Hołowni, drugiej osoby w państwie, wobec ojca Tadeusza Rydzyka, założyciela i redaktora naczelnego Radia Maryja.

15 marca 2024 r. w serwisie społecznościowym X (dawny Twitter) marszałek Sejmu opublikował nagranie ilustrujące jego wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o zbadanie „przepływów finansowych pomiędzy państwem a Kościołem i związkami wyznaniowymi”. Szymon Hołownia uzasadnił go manipulacją na temat o. Tadeusza Rydzyka.  Nagranie Marszałka Sejmu świadczy także o jego negatywnym nastawieniu do podmiotu, który zamierza kontrolować, ponieważ rzekomą sumę dotacji „dla instytucji związanych z o. Tadeuszem Rydzykiem” zestawił od razu ze zdaniem, iż za tę kwotę „można wybudować czterdzieści nowych przedszkoli”. Wyjątkowo bulwersujące jest w tym wypadku powielanie typowych dla władzy komunistycznej metod deprecjonowania pracy  osób związanych z Kościołem katolickim oraz to, że robi to osoba sprawującą wysoki urząd w państwie. Działanie marszałka Sejmu jest także upokarzające dla podmiotu, który ma być kontrolowany –  Szymon Hołownia ogłosił decyzję o swoim wniosku do Naczelnej Izby Kontroli używając rozrywkowego sposobu jej przekazania, ilustrując ją tzw. filmikiem i dodając rymowankę niskich lotów. Bezsprzecznie narusza to powagę sprawowanego przez niego urzędu i poniża wymienionego przez niego z nazwiska redaktora naczelnego  Radio Maryja w oczach obserwatorów jego mediów społecznościowych i wszystkich, którzy cytowali tę wypowiedź.

CMWP SDP zwraca uwagę, że taki sposób działania najwyższych organów państwa i polityków sprawujących w nich najwyższe funkcje w stosunku do mediów oraz ich pracowników jest wyjątkowo bulwersujący, zakłóca on bowiem wzajemne relacje władzy wykonawczej i środków masowego komunikowania. Stawianie niepotwierdzonych zarzutów osobistego wykorzystywania przez założycieli i szefów mediów funduszy pochodzących z publicznych dotacji jest każdego z nich wyjątkowo dokuczliwe, ponieważ podważa ich wiarygodność i społeczne  do nich zaufanie. Stawianie takich niepotwierdzonych zarzutów osobie duchownej jest jeszcze bardziej dotkliwe, ponieważ podważa także jej moralność, cechę niezbędną zarówno w pełnieniu funkcji dziennikarskiej, jak i duszpasterskiej. W demokratycznym państwie opartym na poszanowaniu zasady wolności słowa i mediów takie działanie nigdy nie powinno mieć miejsca.

CMWP SDP wyraża solidarność z o. dr. Tadeuszem Rydzykiem, założycielem i redaktorem naczelnym Radia Maryja i deklaruje wsparcie działań podejmowanych przez kierownictwo Radia Maryja w związku z w/w wypowiedziami marszałka  Sejmu na temat tej rozgłośni i jej kierownictwa.

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 21 marca 2024 r.

Agnieszka Romaszewska dyscyplinarnie zwolniona z Telewizji Polskiej

„No to TVP jednak jeszcze nieco poprawiła moje zwolnienie, a mianowicie dziś wręczono mi zwolnienie dyscyplinarne” – poinformowała w poniedziałek w serwisie X Agnieszka Romaszewska.

Tego samego dnia Telewizja Polska wydała komunikat: „TVP S.A. w likwidacji informuje, że z dniem 18 marca 2024 roku doszło do definitywnego zakończenia stosunku pracy między TVP S.A. a Panią Agnieszką Romaszewską-Guzy. Nastąpiło to z inicjatywy TVP S.A. w likwidacji, z przyczyn dotyczących pracownika”.

Wiadomość o tym, że TVP zwolnienia po 32 latach pracy redaktor Agnieszkę Romaszewską, założycielkę i dyrektorkę telewizji Biełsat, pojawiła się  we wtorek, 12 marca, (pisaliśmy o tym TUTAJ). Przeciwko tej skandalicznej decyzji od razu zaprotestował Zarząd Główny SDP (TUTAJ). W niedzielę, 17 marca Zjazd Delegatów SDP, czyli najwyższa władza Stowarzyszenia, przyjęła stanowisko, w którym wyraża stanowczy protest przeciwko zwolnieniu  Agnieszki Romaszewskiej.

„Nie trzeba nikogo przekonywać o zasługach redaktor Agnieszki Romaszewskiej – Guzy. Opozycjonistka antykomunistyczna, rzetelna dziennikarka pracująca od lat 90. XX w. w TVP zawsze była wzorem uczciwego wykonywania naszego zawodu. Po stworzeniu telewizji Biełsat, jako szefowa unikatowej w Europie Środkowej i Wschodniej instytucji jak nikt inny rozumie potrzebę przekazywania prawdziwych informacji na tereny Białorusi, Rosji i innych państw byłego bloku sowieckiego. Jej zwolnienie traktujemy de facto jako próbę przerwania tej misji i początek likwidacji Biełsatu przez polskie władze” – napisali delegaci Zjazdu.

Podkreślili, że działania takie, jak zwolnienie red. Romaszewskiej „nie tylko nie są zgodne z polską racją stanu, ale wspierają reżimy w Moskwie i Mińsku”. (Pełny tekst stanowiska delegatów można znaleźć  TUTAJ)

opr. jka, źródła: X, TVP

Komentarz Huberta Bekrychta, redaktora naczelnego portalu sdp.pl TUTAJ.

 

Pierwszy dzień Nadzwyczajnego Statutowo – Programowego Zjazdu Delegatów w obiektywie ANDRZEJA GOJKE

W Kazimierzu Dolnym trwa Nadzwyczajny Statutowo – Programowy Zjazd Delegatów, podczas którego procedowane są m.in. zmiany w statucie SDP.

Fot. Andrzej Gojke

PROTEST ODDZIAŁU DOLNOŚLĄSKIEGO SDP. „Gazeta Wyborcza” dzieli dziennikarzy

Zarząd Dolnośląski Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wyraża zdecydowany sprzeciw wobec kolejnego przejawu dyskryminacji i łamania standardów dziennikarskich przez redakcję „Gazety Wyborczej” we Wrocławiu.

Opublikowanie artykułu z dnia 7/8 marca 2024 r., tj. wywiadu z anonimowym informatorem, którego celem jest postawienie w złym świetle środowiska konserwatywnych dziennikarzy, do niedawna związanych z Grupą Polska Press i „Gazetą Wrocławską”, nie ma nic wspólnego z uczciwym przedstawieniem sprawy, nosi znamiona pomówienia oraz sprzeniewierza się etyce dziennikarskiej.

Z zażenowaniem przyjmujemy sam fakt podjęcia przez redakcję tematu, który jest kolejnym przykładem dzielenia naszego środowiska zawodowego. Profesji, która powinna sprawozdawać aktualne wydarzenia, a nie być przedmiotem bieżącej walki politycznej i ideologicznej.

Pragniemy wyrazić poparcie dla redaktorów Janusza Gajdamowicza, Macieja Rajfura, Janusza Wolniaka i Janusza Życzkowskiego, których profesjonalne podejście do wykonywanego zawodu jest w naszym Stowarzyszeniu powszechnie znane. Kwestionowanie ich kompetencji, uczciwości i prerogatyw wynikających z zajmowanych stanowisk budzi nasz sprzeciw i każe zabrać głos w przedmiotowej sprawie.

Z niepokojem odbieramy fakt podważania zapisów wynikających wprost z Prawa Prasowego tj. linia programowa, wolność słowa czy prawo do krytyki, a także powszechnych norm związanych ze zwykłą ludzką przyzwoitością i zasadami współżycia społecznego.

Apelujemy do wrocławskiej redakcji „Gazety Wyborczej” o uczciwość i zaniechanie podobnych do ostatniej, skandalicznej publikacji. Solidaryzujemy się z pokrzywdzonymi dziennikarzami, którzy swoją postawą zasłużyli na poparcie ze strony naszego środowiska.

Zarząd OD SDP

Jan Poniatowski – prezes

Piotr Gaglik – wiceprezes

Stanisław Antoni Bogaczewicz – wiceprezes

Tomasz Białaszczyk – skarbnik

Anna Fastnacht- Stupnicka – sekretarz

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Potęga miłości Donalda Tuska

Uwielbiam, kiedy Donald Tusk mówi o miłości i szacunku. Zawsze się wtedy strasznie wzruszam. Nie ma nic bardziej ujmującego niż słowa miłości w ustach silnego mężczyzny, męża stanu.

– Miłość jest silniejsza od nienawiści (…) Umiejętność przełożenia na życie publiczne miłości, którą przeżywamy w naszym życiu rodzinnym, to coś, o czym wiemy i o czym nie musimy debatować, że to łączy wszystkich przyzwoitych ludzi, że umieć kochać to znaczy także umieć robić dobrą politykę. Że jeśli ktoś nie potrafi kochać, to będzie gotował bardzo dużo nieszczęścia ludziom, szczególnie wtedy, kiedy ma tak dużo władzy (…) My też wierzymy – i to praktykujemy na co dzień w Koalicji Obywatelskiej – że szacunek jest silniejszy od pogardy

– mówił na przykład Donald Tusk na konwencji partii Barbary Nowackiej Inicjatywa Polska.

Miłość

– Kpią z mojej „polityki miłości”, a ja radzę wystrzegać się ludzi, których jedyną miłością jest władza. Niekochanych i niepotrafiących kochać.

– skarżył się w kampanii wyborczej publikując nagranie z dwiema całującymi go małymi dziewczynkami, prawdopodobnie wnuczkami.

– Ja tego nie rozumiem, bo przecież co jest dziwnego, przecież ta miłość to nie mówimy tylko o relacjach między ludźmi, przecież jakże często mówimy o miłości do ojczyzny. Ja kocham moją ojczyznę Polskę bez pamięci. Nie wyobrażam sobie polityki bez miłości.

– mówił jeszcze podczas swojego expose.

Potęga miłości

No, ale nie może tak być, że miłość pozbawiona jest siły. Wtedy mogłoby powstać wrażenie słabości. Zapewne dlatego wczoraj miłość Donalda Tuska dała odczuć swoją potęgę protestującym rolnikom i wspierającym ich członkom Solidarności.

Zaczęło się od okazania miłości i szacunku delegacji protestujących pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów rolników, która chciała złożyć pismo na ręce Pana Premiera. Pan Premier, choć niektórzy z protestujących twierdzili, że widzą go w oknie Kancelarii, w naturalny sposób nie znalazł czasu, a po odbiór pisma wysłał dwie urzędniczki niższego szczebla, które odebrały od rolników pismo w przedsionku budynku.

Nie zabrakło również uwiecznionych na nagraniach dostępnych w sieci, wyrazów miłości dostarczanych przez policjantów protestującym pod postacią kostki brukowej. Jakby tego było mało, w tej samej sieci można znaleźć również akty miłości Donalda Tuska wobec zatrzymanego młodego rolnika z tętniakiem, którego szuka przerażona rodzina, czy uwieczniony na słynnym już nagraniu szturm miłości wobec spokojnie zachowującego się mężczyzny z biało-czerwoną flagą. Jak również poruszające obrazy człowieka, który podczas interwencji policji dostaje ataku epilepsji. I wiele innych. Doprawdy trudno o lepsze dowody na potęgę miłości szefa Platformy Obywatelskiej.

Wzruszenie odbiera głos.

HUBERT BEKRYCHT: Imitatorzy medialnego DNA, czyli odtwarzająca Radiokomitet zła strona mocy (1)

Gdyby Mistrz Jedi, dostojny Yoda z niezapomnianej sagi „Gwiezdne wojny” przyszedł 26 lutego na transmitowane na FB m.in. przez Fundację Batorego spotkanie „Media obywatelskie – założenia ustawy o mediach służby publicznej” mógłby nie wytrzymać wpływu złej strony Mocy i krzyknąć: „Lorda Vadera hełmy przerabiać musicie na nocniki a nie o publicznych mediach mówić”. Yody nie było i przedstawicieli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich też. Zresztą, może lepiej, bo ktoś z SDP mógłby od Mistrza pożyczyć, jako wskaźnik do prezentacji oczywiście, miecz świetlny. Spotkanie było największym natężeniem m.in. profesorów Kowalskich, b. szefów KRRiT Dworaków, przewodniczących Zdrojewskich i Fedorowiczów w całym wszechświecie. No i coś tam mówiono o mediach publicznych.

Zdaniem medioznawcy prof. Tadeusza Kowalskiego, który jak tylko PO powraca do władzy jest gotów napisać projekt każdej ustawy medialnej, nowe propozycje uczynią nowe, wspaniałe media publiczne jeszcze wspanialszymi niż były pod rządami PO-PSL a wcześniej dziwnej koalicji dziwnej nie-prawicy z lewicą z wyraźnym akcentem ludowców a jeszcze wcześniej PSL i SLD.

Omawiany projekt profesor określił jako „system nowoczesny, pluralistyczny i mocno konkurencyjny”.

 

Śmiech i pluralizm medialny po 19 grudnia 2024 r.

Oczy moje zalały łzy. Ze śmiechu. Pluralistyczny? Chyba jak koalicja 13grudnia zlikwiduje TV Republikę, TV Trwam, Radio Maryja i Radio Wnet. Nowoczesny? Bójmy się raczej, kiedy znowu podczas trwającej za miedzą wojny nie będzie możliwości wyłączenia nadajników w strategicznych mediach, tak jak podczas zamachu 19 i 20 grudnia 2023 roku. Konkurencyjnych? Chyba, że TVP, PR i PAP dostaną odszkodowanie od TVN, Polsatu i Radia Zet  a także GW za straty finansowe poniesione podczas medialnego zamachu stanu.

I jeszcze jeden cytacik z Kowalskiego. Nie Rocha, Tadeusza. Otóż jego zdaniem PiS do tego stopnia „zawłaszczył” media publiczne, że stały się „narzędziem tworzenia podziałów społecznych”. A to czasem nie poglądy stoją u podstaw tych podziałów?

Wierzy medioznawca, że ludzie dla polityki telewizję oglądać będą. Biada w kraju tym” – dodał mój znajomy Yoda.

Projekt, czyli twórcy i tworzywo

Po Kowalskim wystąpił Dworak, Jan Dworak. Hans Klos polskich salonów medialnych. Specjalista, producent – przedsiębiorca, były prezes TVP i były a może i przyszły szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Otóż Dworak przygotował obfitą prezentację złożoną z kilkunastu plansz, które na spotkaniu zorganizowanym przez Fundację Batorego wyświetlano z taką dumą, jakby rządowi Tuska udało się wykraść koperty z nazwiskami laureatów tegorocznych Oscarów. Z pierwszej planszy dowiedzieliśmy się, że projekt ustawy, oprócz Dworaka i Kowalskiego, przygotowali jeszcze, jako społeczni eksperci oczywiście, m.in.: Jacek Weksler i prof. Stanisław Jędrzejewski a współpracowali, też nie wymienię wszystkich, ale Wojciech Majcherek, Przemysław Szubartowicz oraz, oklaski, wybitny prezenter telewizyjny znany z programu „Kawa czy relanium” Robert Luft, który ma także epizody w Sejmie, jako urzędnik, bo z dobrych miejsc z list PO jest niewybieralny i w KRRiT jako człowiek prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Kolejne plansze były już tylko odbiciem chęci odbicia mediów publicznych na podstawie ustawy napisanej przez akolitów KO. Bo chyba tym razem KO i przystawki chcą zdobyć media legalnie. Ależ to musi być wysiłek.

„Ludzi nie masz, mieć projektu nie będziesz” – westchnął Mistrz Yoda

Radiokomitet

Przy okazji, z pozostałych plansz prezentacji Dworaka wynika, że centrum wszechświata medialnego ma być nie rząd a KRRiT, bo „media należą bardziej do społeczeństwa obywatelskiego niż państwa” – mówił Dworak. Tu poczułem ścisk w żołądku. Znowu ze śmiechu. A dalej to myślałem, że z tego śmiechu zemdleję, bo były pan prezes TVP powiedział, że projektodawcy „przyznając KRRiT kluczową pozycję” w systemie medialnym „odebrali radzie możliwość swobodnego wyboru zarządów mediów publicznych”.

Chwila niezrozumienia na czołach uczestników spotkania, bo przecież obecna KRRiT, po zmianach ustawowych, nie wybiera od prawie 8 lat prezesów i dyrektorów mediów publicznych – robi to Rada Mediów Narodowych, którą koalicja 13 grudnia chce oczywiście zlikwidować. I… teraz wszyscy spodziewają się, że padnie odpowiedź, kto wybierze zarządy mediów publicznych jak RMN już nie będzie? Przecież o to KO toczyła wojnę z PiS. Ja spodziewam się, że – tym razem w ustawie napisanej przez KO będzie wyjaśnione, że o państwowych mediach decyduje KO. Pan Dworak jednak dokładnie nie wytłumaczył, bo zastosował strategię mistrza. Innego Mistrza Jedi – Obi Wana Ken Obi. Machnął ręką i przeniósł akcję tysiąc lat w przód oraz opowiedział bajkę.

Nie będę tego nazywał inaczej, bo bajka ma przecież morał. Ta też ma, ale nie nadający się do powtórzenie w eleganckim towarzystwie.

Owa bajka Dworaka to powrót do starego jak system komunistyczny pomysłu, aby regionalne ośrodki TVP i regionalne rozgłośnie polskiego radia, tak jak za PRL, były połączone. Co to da? Nic. Chaos, bo wówczas politycy, przede wszystkim wyposzczeni brakiem synekur działacze KO, TD i Nowej Lewicy będą chcieli tym bardziej pożreć smaczny kąsek – telewizję lokalną i radio lokalne pod jednym kierownictwem. A czyj będzie ten regionalny, wszechwładny propagandowo ośrodek medialny na wzór Radiokomitetu z komunistycznych czasów Macieja Szczepańskiego? No czyj, kiedy rządzi KO-TD-NL? Chyba nie Bezpartyjnych Samorządowców.

„Czasu dużo masz niewiele, spieszyć się musisz, bo Moc polityków elektoratu jesiennego słabnie” – skomentował Mistrz Yoda.

Prawdziwe kłamstwa

Galaktyczne zażenowanie wzbudziło także wystąpienie szefa sejmowej komisji kultury i środków masowego przekazu Bogdana Zdrojewskiego, ale nawet najpotężniejsze i pamiętające wszystko polityczne słonie nie przypominają sobie sensu wystąpienia byłego prezydent Wrocławia. Ja jak przez mgłę pamiętam, że Zdrojewski oświadczył, iż obecna ustawa medialna jest anachroniczna. Kopernik, po prostu Kopernik polskiego Sejmu. Dzielnie sekundował mu inny Galileusz. Tym razem z Krakowa, czyli aktor, reżyser i były dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Kraków a także poseł i senator PO Jerzy Fedorowicz, który teraz jest szefem komisji kultury w izbie wyższej parlamentu.

Fedorowicz postanowił, a jakże, przywalić PiS po raz 346 i nazwał „białoruską” instytucją Radę Mediów Narodowych. Panie senatorze, na Boga skoro jednak RMN była przez 8 lat w Mińsku, to co będzie z panem po powrocie do Krakowa, jeśli tamtejsza TVP3 będzie musiała się połączyć z państwowym radiem regionalnym? I mam wrażenie, że tylko białoruski azyl może pana uratować przed linczem krakowskich środowisk artystycznych.

„Apolitycznym być musisz aby apolitycznym nie być, bo nieznana jest moc polityki niepolitycznej” – skończył część pierwszą tej relacji Mistrz Yoda.

 

Drugą część dopiszę wkrótce, jak tylko, po obejrzeniu kolejnych kilkudziesięciu minut dyskusji o wykuwaniu się projektu polskiej ustawy o mediach publicznych, przywiozą mnie z Tworek.

 

Jesteśmy waszymi „wyzwolicielami” – CZWARTY fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Nagle hałas silników gwałtownie wzrósł, a od strony kościoła wyłoniła się… kolumna kacapskich wozów bojowych BMP. Za chwilę pierwszy z nich zatrzymał się gwałtownie tuż przed oknami naszego mieszkania, a jego wieża zaczęła powoli skręcać w moją stronę… –  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, drugi TUTAJ, trzeci TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

27 lutego 2022, niedziela

Godz. 8.05. Bucza, ul. Poleva, 21/10, Poliklinika Miejska. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Obudził mnie kaszel mojej żony, który nie dawał jej spokoju odkąd weszliśmy do tej cholernej piwnicy.

– Naprawdę… – Tamara odwraca się do mnie, ciężko oddychając, – Nie mogę… Bez względu na wszystko, nie spędzę tu więcej nocy. Ty i Roma zostaniecie tutaj, a ja będę spać w mieszkaniu.

– Moje słońce, jak ci pomóc? – Ściskam i całuję wyczerpaną żonę.

Tamara patrzy na mnie:

– Wybacz mi…

– Za co? – Jestem szczerze zaskoczony. – O czym mówisz?..

– Za to, że sprawiam ci tyle kłopotów… Coraz bardziej choruję… Ty też masz astmę… Nie na końca tym bólom…

– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze! – udaję, że poprawiam humor mojej ukochanej żonie. – Ty wiesz: jeśli powiem, że wszystko będzie dobrze, to tak będzie.

Tamara uśmiecha się na siłę:

– Wiem… Ale… Ale jest mi bardzo niedobrze…

– No to jedziemy do kliniki!… Natychmiast!…

Za chwilę opuszczamy schron. Idziemy przez podwórka, bo tak jest szybciej i co najważniejsze bezpieczniej. Przechodzimy obok ogrodzenia Urzędu Miejskiego. Wokół garaży tłoczy się kilka osób, wynoszą paczki z jedzeniem i wodą.

Centralne wejście do polikliniki jest zamknięte, pracownicy wchodzą i wychodzą bocznym wejściem. Idziemy tam. Spotykamy Oksanę Dżam, dyrektor przychodni podstawowej opieki zdrowotnej w Buczy.

– W czym mogę pomóc, Serhiju Wołodymyrowiczu? – pyta zaniepokojona pani Oksana.

– Tamara potrzebuje pomocy. Astma…

– A kto jest waszym lekarzem?

– Jakow Jakowycz…

– Jest tutaj – wpuszcza nas Oksana Iwanowna. – Zaraz zadzwonię do niego…

W pomieszczeniu na środku znajdują się góry lekarstw. Lekarze je sortują i pakują w celofanowe torby. Wszyscy są skupieni i milczący. Zarządza nimi doświadczony lekarz, i ogólnie, wspaniała osoba, Oleksandr Fursa.

Nasz lekarz rodzinny zaprasza Tamarę do jakiegoś pokoju na badanie. Proszę lekarzy o środek uspokajający, bo czuję, że moje nerwy, jak to mówią, pulsują.

Po pewnym czasie Tamara wraca:

– Zaraz Jakow Jakowycz da lekarstwo. Dzięki Bogu, mają coś jeszcze…

Nieco uspokojeni wracamy do domu. A gdzieś bardzo blisko grzmi i huczy. Przyzwyczailiśmy się nawet do tego…

Godz. 10.08. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Podczas gdy Tamara, zażywszy lekarstwa, przygotowuje jakieś jedzenie, ja zaparzyłem mocną kawę i wyszedłem na loggię zapalić. Otworzywszy okno, wyjrzałem na bulwar i jak zwykle nie zauważyłem ani jednego przechodnia. Na ulicy panowała złowieszcza cisza, którą od czasu do czasu przerywały eksplozje i odległy ryk potężnych silników. Nagle hałas silników gwałtownie wzrósł, a od strony kościoła wyłoniła się… kolumna kacapskich wozów bojowych BMP. Za chwilę pierwszy z nich zatrzymał się gwałtownie tuż przed oknami naszego mieszkania, a jego wieża zaczęła powoli skręcać w moją stronę. Zamarłem, gdy zobaczyłem, jak lufa powoli opada, celując we mnie. (Teraz, kiedy już trochę się uspokoiłem i piszę te słowa, zdaję sobie sprawę, że na szczęście wtedy mój żołądek był pusty. Bo nie wiadomo, jak by to było…) Tymczasem właz na wieżyczce wozu się otworzył, a z otworu wysunęło się murło, które radośnie pomachało do mnie prawą ręką i zawołało:

– Nie dziw się, bracie! Jesteśmy waszymi wyzwolicielami! Wdepczemy waszych nazistów w ziemię!

Po czym BMP odjechał ze swojego miejsca, a za nim reszta kolumny… A ja jak śpiący z papierosem w rękach stałem jakiś czas na loggii… Chyba wyglądałem jak Żona Lota, która zamieniła się w słup soli w biblijnej Sodomie…

Z odrętwienia wyrwał mnie głos Tamary:

– Seryozha, gdzie poszedłeś? Coś się stało? Chodź tu, jedzenie stygnie…

– Nie jestem głodny… – wydusiłem z siebie. – Później…

Godz.12.12. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Gdzieś bardzo blisko słychać odgłosy eksplozji i karabinów automatycznych. Siedzimy w piwnicy. Roma czyta na Facebooku, że spotkali się w Novusie. Trwa bitwa. Piszą, że dom obok – przy ulicy Kijowo-Myrockiej – prawdopodobnie się pali. Zakładam: może to być pięciopiętrowy budynek, w którym mieści się redakcja „Buczańskich Nowin”. I tu przypominam sobie, że w przyszłym tygodniu powinien ukazać się kolejny numer „Literackiej Ukrainy”… Cóż mogę powiedzieć?… Nie wiem już teraz, kiedy to nastąpi. Zwykłe życie z codziennymi zmartwieniami zostaje zrujnowane…

Kacapski drań od dawna marzył o wzięciu Ukrainy w swoje ręce. Teraz przypomniałem sobie, że pisał o tym „biały” generał Anton Denikin. Nie pamiętam dokładnie, ale coś w tym stylu: „Rosja, niezależnie od tego, jaka będzie – monarchiczna, demokratyczna czy komunistyczna, nigdy nie odpuści Ukrainy”.

Byliby głupi. To Ukraińcy stworzyli imperium Piotra I, który na kozackich kościach zbudował Petersburg. To klany ukraińskie rządziły ZSRR w jego schyłkowych latach. To nasi naukowcy i artyści stworzyli potęgę i chwałę „Imperium Zła”. Podano… Zapomnieli o przepowiedniach Kobzara dotyczących regionu moskiewskiego… Ale teraz, kiedy siedzę w tej piwnicy, jest to pewne jak nigdy dotąd! Jestem pewien, że „nasza myśl, nasza pieśń nie umrze, nie zginie”… Czy moje myśli są żałosne? NIE! Tak będzie!…

Godz.16.21. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

W końcu zadzwoniła Nina. Mówi, że oni – Wołodia, Denis i swatka Oksana – są teraz w domu szwagierki Łesi, która mieszka na ulicy Żowtniewej, niedaleko dworca kolejowego. Mówi, że w pobliżu „był jakiś strach, podobny do Armageddonu”. Dom po prostu się zatrząsł od wściekłych eksplozji. Leżeli na podłodze przez pół dnia, ukrywając się przed ostrzałem. Gruchotało tak bardzo, że sufit prawie się zawalił. Przyjdą do nas…

Godz.18.35. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy.

Roma, nasze „biuro informacyjne”, podało, że Rosjanie zniszczyli na lotnisku w Gostomelu nasz legendarny „Mriya”, największy samolot na świecie. Jak to mogło się stać? Czy to możliwe, że żaden z wysokich urzędników państwa ani kierownictwo „Antonowa” nie przewidziało prawdopodobnego przebiegu wydarzeń? Niechlujstwo? Zdrada? Mogło być jedno i drugie… Ach, ilu ludzi osiedliło się w Buczy w ostatnich latach!… Mówią, że uciekli z Doniecka lub Ługańska. Weź i się dowiedź, czy nie było wśród nich moskiewskich agentów.

Godz.19.46. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Z powodu intensywnych eksplozji co jakiś czas uciekamy z mieszkania do piwnicy. Yasha patrzy na nas przerażonymi oczami – nie rozumie, co się stało. A może rozumie i czuje grożące nam niebezpieczeństwo. Przynajmniej nie prosi, aby wyjść na spacer. Woli siedzieć w domu, gdzie bardzo wstydzi się wyjść za swoją potrzebą… Piszczy i patrzy z poczuciem winy w oczy. Dwa razy dziennie czyścimy jego kałuże i kupki… Cóż możesz zrobić – jest członkiem naszej rodziny…

Godz. 20.30. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

W workach jest trochę ciepłych ubrań, płatki śniadaniowe, sól, cukier, ciasteczka, kawa i – co za radość! – kilka paczek papierosów. Teraz „będziemy żyć, pić wino (w tym wypadku – palić papierosy), bić janczara”!..

Wreszcie w progu pojawił się Ninusia, wnuk Wołodii, zięć Denysa i swatka Oksana. Jednakże wszyscy powinniśmy przebywać w piwnicy, a tam nie ma miejsca. Musiałem pójść do sąsiada z drugiego piętra, który siedział w mieszkaniu podczas eksplozji. Jego matka ze względu na chorobę nie mogła zejść do schronu. Sąsiad dał nam klucze od swojej piwnicy. W ten sposób „kwestia mieszkaniowa” została rozwiązana.

​Zorganizowaliśmy coś w rodzaju święta. Staraliśmy się, na ile to było możliwe, rozmawiać o sprawach neutralnych, opowiadać „brodate” dowcipy, próbowaliśmy żartować. Ale to wszystko był śmiech przez łzy… Chwała Bogu, że żyjesz… Przynajmniej dzisiaj… I tam… Tam, jak będzie… W końcu poszliśmy spać…

Godz. 22.11. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, piwnica. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Ale swatka chrapie!.. To coś niewiarygodnego!.. Trąbka jerychońska musiała brzmieć ciszej…

28 lutego 2022, poniedziałek

Godz. 8.07. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Tak sobie pomyślałem: komu do cholery potrzebny jest mój „styl życia”?… Chyba, że ​​jako pewna pociecha? Sposób na odwrócenie uwagi…

Godz. 9.02. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Okazuje się, że wczoraj nasi ludzie rozproszyli Rosjan na Dworcowej, na odcinku od stacji kolejowej Bucza do centrum handlowego Żyrafa w Irpiniu. Ninusia i jej rodzina znajdowali się w pobliżu epicentrum bitwy. Wczoraj, jak mówią, pojawił się tam nasz burmistrz Anatolij Fedoruk, który udzielił wywiadu dużej liczbie dziennikarzy.

Nieco wyczerpani sąsiedzi wyszli na zewnątrz. Palą bezlitośnie papierosy i dzielą się informacjami o wczorajszym zwycięstwie i niesamowitych zniszczeniach jakich doznała Dworcowa.

Znowu mówi się o „zamknięciu nieba”, o samolotach, które Polska i inne kraje europejskie mają nam przekazać. (Czy głupiec wzbogaca się myśląc?) Później wolontariusze przynieśli świeżo upieczony chleb. Nigdy nie myślałam, że bochenek chleba może sprawić tyle radości. Dla nas jest swego rodzaju symbolem nadziei na najlepsze…

Godz. 11.15. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Tamara wyraźnie się rozweseliła – dzieci były w pobliżu, a ona trochę się uspokoiła. Razem z córką gotują coś w kuchni. Chłopaki wpatrują się w swoje telefony – szukając dobrych lub przynajmniej zachęcających wiadomości. Ale jak dotąd wszystko jest bardzo trudne. Wróg wkroczył na północ obwodu kijowskiego i zbliża się do stolicy.

Bardzo trudno jest mi teraz opuścić Buczę. Rosyjscy okupanci krążą po mieście gdzieś z dzielnicy Niemiszajewo-Myrockiej. Borodzianka została zajęta przez orki. Podobnie jak Zdwiżówka. Swoją drogą, myśleliśmy, żeby wybrać się do tej wioski, żeby przebić się przez tłum. Rozumowaliśmy następująco: po pierwsze, w Zdwiżówce mamy krewnych, po drugie, wieś jest oddalona od strategicznych dróg, nie ma tam obiektów wojskowych, przecież jest położona w lesie, a nikt nie będzie bombardował lasu. Okazało się jednak, że Rosjanie nacierali na nas od takiej strony, że Zdwiżówka już pierwszego dnia najazdu stała się ważną bazą kacapów.

Próbowałem dodzwonić się do mojego stryjecznego dziadka, Toli Czernienko, który przez ćwierć wieku pełnił funkcję wójta Zdwiżowi, ale bezskutecznie…

Godz.14.19. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

– Musimy poważnie porozmawiać – Tomoczka podeszła do mnie, kiedy przeglądałem serwisy informacyjne w Internecie – włączyłem komputer.

Nie przeszkadzało mi to.

– Bardzo martwię się o dzieci – oczy mojej żony zaszkliły się. – Pomyśl, jak możemy ich uratować. Sąsiedzi uciekają. Nie wytrzymam długo w tej piwnicy. Jest mi przykro i wszystko rozumiem, ale bardzo trudno mi oddychać. Leki niewiele pomagają.

– Ale Volkswagen Romana nie odpala! Co mogę zrobić?

– Możesz! Zawsze znajdziesz wyjście z trudnych sytuacji. Od pięciu lat prowadzisz „Literacką Ukrainę”. Bez środków, bez wsparcia… I gazeta wychodzi… A ile razy mnie ratowałeś z opresji?! Mówiłeś: „Wszystko będzie dobrze!” Zawsze ci wierzyłem… Może dlatego wciąż żyję. Muszę jechać do szpitala. Jestem pewien, że teraz uratujesz nas wszystkich… Musisz to zrobić… Kocham cię…

– Ja cię też  – przytuliłem i pocałowałem Tamarę. – Wszystko będzie dobrze!

Znowu zajrzałem do komputera. „Co powinienem zrobić?”

I wtedy przyszła mi do głowy jedna myśl. Od 2006 roku miastem siostrzanym Buczy jest polski Tuszyn. Ich delegacje odwiedzały nasze miasto więcej niż raz, a ja zawsze rozmawiałem z burmistrzem. Nie tracąc czasu, znalazłem adres e-mail Urzędu Miejskiego Tuszyna i poprosiłem o schronienie dla mojej rodziny „na wszelki wypadek”.

I po kilku godzinach otrzymałem zwięzłą i zachęcającą odpowiedź. Burmistrz Tuszyna napisał: „Panie Serhiju, oczywiście, pamiętamy o Tobie i chętnie spotkamy się z Tobą i Twoimi bliskimi. Czekamy!”

Godz. 17.22 Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Tamara mówi, że Luda dzwonił z Izraela. Córka martwi się o syna Romę. Mówi, że była głupia, że nie zabrała go do domu. Teraz zaczyna organizować pomoc humanitarną dla Ukrainy. Zaprasza do siebie. Nie mamy zamiaru przenosić się do „Ziemi Obiecanej”. A nawet gdybyśmy chcieli… Jak się tam dostać?… Luda płacze, bo nie ma wyjścia…

Godz. 22.33. Bucza, Bulwar Bohdana Chmielnickiego nr N, lokal nr NN. Z pamiętnika Serhija Kulidy

Dziś – cała masa telefonów. Koledzy dzwonią – Saszko Grigoriew, Lida Bojko i jej mąż Bohdan Hnatyuk, Luda Golubenko. Martwią się o mnie i moją rodzinę. Każdy zadaje sobie to samo pytanie: „Jak się masz? Trzymasz się?” Moja odpowiedź jest standardowa i zwięzła: „Poczekajmy”. Tak minął kolejny dzień wojny na rozmowach. Dopiero piąty…

Kolejne odcinki wkrótce na naszym portalu