Powrót na portal. WIKTOR ŚWIETLIK: Łezka w oku

Teraz władza z dumą odlicza, ilu to posadzi. Czy słychać, choć o jednym rozliczeniu policjanta? Tego, który rzucał brukiem? Jakżesz oni równo i sumiennie odliczyli się po drugiej stronie. Ci wszyscy moralizatorzy, wszyscy specjaliści od niezależności dziennikarskiej, praw człowieka, brutalności policji, braku praworządności, obrońcy swobód obywatelskich i westernizacji cywilizacyjnej.

Otóż, okazało się, że w środę wszystko to zostało anulowane. Władza może tłuc jak za Gierka w 76, tłukący zasługują na swój los, bo to wichrzyciele. Grunt, że premier został pochwalony za przywracanie standardów praworządności przez przewodniczącą naszej umiłowanej współczesnej Rasy Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, o czym jak zawsze na swych łamach donieśli z dumą redaktorzy od czasu do czasu briefowani w hotelu Sheraton przez sympatycznego pana Grasia. Znani obrońcy swobód demokratycznych i praworządności. Bliscy zarówno opcji silnej razem, jak i reprezentanci najgodniejszego symetryzmu.

Co prawda, na filmach z demonstracji rolniczej było widać co innego. Zresztą, jak to zawsze, każdy ma swoją prawdę. Nie byłem tam, gdzie była zadyma, czyli pod Sejmem. Widziałem pokojowo i sympatycznie zachowujących się leśników na Moście Poniatowskiego, rozmawiałem z rzeczowymi rolnikami i związkowcami, którzy przyjechali ich poprzeć na Powiślu. Jak się jednak, wpatrzy w filmy, to widać, że żadna ze stron święta nie była. W ruch szły race i barierki. Była porządna zadyma. Swoją drogą, jako rowerzysta krótko przed demonstracją zauważyłem, że nikt się nie kwapił, by pozbierać rozrzuconą luzem gdzienigdzie w okoicy kostkę brukową. Słusznie, bo się przydała. Jak widzieliśmy, można jej użyć w dobrym celu i złym. Może nią zły rolnik rzucić w policję, ale może nią też dobry policjant zabić rolnika – prowokatora.

Tyle, że zaraz potem policja pochwaliła się, ilu to wyłapała. Ilu to doprowadzi, aresztuje, ile kar więzienia do 10 lat za to grozi. To nie rolnicy to prowokatorzy, to wichrzyciele, chuligani. Tweety w tym stylu posypały się dosłownie w tej samej chwili. Plus żarcik, świetny, kupa zabawy, rzucony też przez wielu na raz, w tym przez nieocenionego w takich chwilach redaktora „symetrystę” z TVN. Mówiliście „murem za polskim mundurem”, gdy atakowano strażników granicznych? To czemu teraz nie mówicie, kiedy pała tuskowej sprawiedliwości spada na wichrzycieli podważających politykę umiłowanego rządu? Czemu się pisowskie baby z Podlasia nie wstawiacie za policją jak kopie po głowach waszych mężów? Czemu? Achacha, ekipie pana premiera i redaktorom łapiącym przekaz szybciej niż delfin wibracje w wodzie, brzuchy pękają ze śmiechu. Czego się nie śmiejecie, jak was pałują, a zaraz was wsadzą za to, że was spałowali? Starszemu pokoleniu polityczno-dziennikarskiemu musi się łezka w ręku kręcić. Tak się pisało i śmiało wtedy, gdy byli młodzi i piękni.

Powtórzę, na demonstracji żadna ze stron święta nie była, nawet jeśli wśród ludzi działali policyjni prowokatorzy. Wychodzące z tłumu i wchodzące za kordon policji młode byczki, młody łepek spanikowany, że mu kaptur zdjęli – też są na zdjęciach. Ale nie zmienia to faktu, że sprowokować się dać nie należało. Tylko że teraz władza z dumą odlicza, ilu to posadzi. Czy słychać, choć o jednym rozliczeniu policjanta? Tego, który rzucał brukiem? Tego z brodą, który ponoć miał być mężem rolniczki z telewizji, ale się rozstali i poszedł w pakowanie i agresję? Tych, którzy wciągnęli stojącego spokojnie demonstranta z flagą za swój kordon i urządzili mu tam swoją ścieżkę zdrowia, głowę wgniatając kolanem w bruk? Kiedy tak zrobiono cztery lata w USA cały kraj, a za nim świat zapłonął. Kiedy jednak robi to nasza odzyskana praworządność, z wolnymi mediami jako jej psem łańcuchowym, to mucha nie siada. Nie dość tego. Więcej, chcemy. Więcej. Będzie się można jeszcze więcej wykazać.

Mam tylko jedną propozycję by docenić tych, którzy tak bez wahania zakwalifikowali demonstrantów jako pisowskich lub putinowskich prowokatorów. Powinien im minister Siemoniak dać mundury, pagony i stopnie służbowe. Może w niektórych przypadkach będzie dziwnie się komponowało z szaliczkami czy fularami, ale przynajmniej łatwiej będzie odróżnić elity kraju od zwykłego pisowskiego bydła ze wsi.

 

 

Potworki językowe w mediach nieustająco opisuje WALTER ALTERMANN: Komisja relewantna

Komisja sejmowa do sprawy afery wizowej może być wielkim wydarzeniem. Także dlatego, że zarówno komisja, jak i wyzwani mówią z głowy. Czyli, mamy raj dal tropicieli wynaturzeń językowych. Na początek, w czasie posiedzenia Komisji, w dniu 28 II 2024 r., mogliśmy usłyszeć jak przewodniczący komisji, poseł Michał Szczerba anonsował pracownika polskiej ambasady w Indiach: „Został wezwany pan Damian Irzyk, konsul, na okoliczność jego pracy w ambasadzie w Mumbaju, w okresie relewantnym.”

Oczywiście znacząca większość Polaków, oglądających transmisję posiedzenia komisji nie wie co to jest „okres relewantny”. Znając rodaków, jestem przekonany, że większość z nas uznała ów „okres relewantny” za słowo groźne, świadczące jednoznacznie o przestępczej działalności konsula. Reszta Polaków z góry przyjęła, że Irzyk jest niewinny, a nawet jest męczennikiem.

Posłowi Szczerbie chodziło zapewne oto, że pan radca pracował w polskiej ambasadzie Mumbaju w tym czasie, w którym być może dochodziło do nieprawidłowości w wydawaniu polskich wiz.

Pojęciem „relewantny” określa się zdarzenie niosące skutki prawne, mające znaczenie prawne. Przykładowo, śmierć będzie zdarzeniem prawnie relewantnym, ponieważ wiąże się z pewnymi skutkami prawnymi takimi jak chociażby otwarcie spadku. Nie wiem, czy w sejmowej uchwale o Komisji jest zapisane pojęcie „relewantny”. Gdyby było, to znaczyłoby, że sejmowi prawnicy za nic mają prosty lud.

Jednakże poseł Szczerba niczym by nie ryzykował, gdyby powiedział po prostu, że pan Irzyk pracował w Mombaju w czasie, którym zajmuje się komisja. Ale poseł Sczerba nie spolszczył tego słowa, widocznie uznał, że przyniesie mu ono wiekuistą chwałę, a konsulowi wieczną hańbę.

Piłkarz spionizowany

„Piłkarz szybko się spionizował” – powiedział komentator meczu Legia – Pogoń. To piękne polskie zdanie padło podczas transmisji meczu. A chodziło o to, że piłkarz po faulu szybko wstał z boiska. Do tego już doszliśmy. Brawo dla redakcji sportowej Canal+Sport. Brawo za dobór komentatorów.

Głowa podpisała

W TVN 24 można było usłyszeć taka informację: „Węgierska głowa państwa podpisała zgodę na akcesje Szwecji do NATO”.

Jedno zdanie a dwa błędy. Pierwszy błąd jest malutki – akcesja to przystąpienie. Ale niech tam, bo się utarło w tej sprawie mówić o akcesji. Choć wolałbym, żeby mówiło się o przystąpieniu, a nawet o przyjęciu.

Drugi błąd jest duży i bardzo ucieszny. Powiedzieć, że jakaś głowa coś podpisała jest śmiesznym błędem, który wynika z napuszonego stylu, z połączenia liryki z polityką. Dlaczego nie powiedziano, że premier Wegier coś podpisał? A, bo miało być uroczyście, przełomowo i wzniośle. A wyszło tylko komicznie. Ja zresztą zawsze „w takich razach”.

 

O, wybory!

Jednego dnia w odstępie kilkudziesięciu minut, trzech partyjnych liderów popełniało ten sam przykry błąd. Panowie Kosiniak-Kamysz, Hołownia i Trzaskowski identycznie mówili, że: „Te wybory są o…”.

Na taki język nie ma zgody. Wybory bowiem to specyficzne słowo, coś jak słynna alternatywa. Przypomnę, że alternatywa może być jedna, a znaczy wybór pomiędzy dwiema możliwościami. Same natomiast wybory nigdy nie mogą być o czymś.

Wybór, wybory, wybieranie to decyzja, co kupujemy, którą z możliwych dróg pojedziemy i na kogo głosujemy. Zatem nadchodzące wybory dotyczą decyzji nas wyborców, na kogo oddamy swój głos, kogo wybierzemy na przezydenta, wójta, radnego. A w wyborach prezydenckich będziemy decydować, kogo widzielibyśmy na stanowisku najwyższego polskiego urzędnika.

 

Ergo. Liderzy partii powinni powiedzieć, że te wybory samorządowe ustanowią nowe władze w gminach i województwach. Czyli, że są to wybory pomiędzy programami różnych partii, pomiędzy – także – różnymi wizjami naszego polskiego ładu, porządku, demokracji.

Rejcykling

Ostatnio ze zdumieniem ogladałem w Polsacie audycję o ochronie środowiska. Nic nowego, ale lubię ten temat. Co jednak było zaskakujące? To, że prowadząca ów program młoda kobieta cały czas mówiła o „rejcyklingu”. I nie przeszkadzało jej, że poza nią wszyscy eksperci występujący w programie mówili „recykling”. Można powiedzieć, że z tym swoim „rejcyklingiem” była uparta, a nawet rozpierała ją duma. Chyba z tego, że zna angielski – chociaż uczeni mówią, że wymawiałoby się wtedy „risajkling”. Niestety praktyka używania i wymawiania słów obcego pochodzenia w języku polskim jest tej dziennikarce zupełnie nieznana. Zna angielski i już.

A podstawowe zasada jest taka, że przypadku słów powszechnie już używanych w polszczyźnie, trzeba wymawiać je po polsku. Tak jest też z komputerem, pendrajwem czy konsolą do gier. Udawanie Anglika w przypadku „recyklingu” jest śmieszne i prowincjonalne. Nazwiska Pani Redaktor nie zdążyłem zanotować, ale też nie chodzi o napiętnowanie konkretnej osoby, ale o zasadę.

Co zrobić z choinką po świętach?

Nie mam nic do młodych i pięknych kobiet. Jednak, gdy stacjach telewizyjnych pojawia się takich dziewczyn coraz więcej, muszę stwierdzić, że chyba nie są one angażowane przez telewizje ze względów na intelekt i zdolności do pogłębionej analizy. Niestety to wątpliwej jakości zjawisko staje się coraz bardziej powszechne.

Zapytał mnie kiedyś mój przyjaciel, wieloletni dziennikarz TVP, czy wiem o czym młode dziennikarki rozmawiają ze sobą w pracy. Nie wiedziałem. O urodzie, fryzjerach, kosmetyczkach i modzie – powiedział. Może zatem niesłusznie się czepiam, bo jednak te piękne młode kobiety jakąś wiedzę mają.

Lubię popatrzeć na piękne kobiety, bo są one oczywistą ozdobą świata. Ale niechże występują w programach o muzyce pop, poradach kosmetycznych, modzie itp… Tam straty widzów będą mniejsze. Znam jedną taką ładną panią dziennikarkę, którą na oko sprawia świetne wrażenie, ale nie powierzyłabym jej nawet – ze względu na jej intelekt – programu o tym, co zrobić z choinką po świętach.

 

 

Ponad pół miliona złotych kary dla TVN za emisję reportażu „Bielmo. Franciszkańska 3”

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła na spółkę TVN SA karę w wysokości 550 000 zł za emisję reportażu Marcina Gutowskiego „Bielmo. Franciszkańska 3”.

Pokazany 6 marca w TVN24 w cyklu „Czarno na białym” reportaż Marcina Gutowskiego „Bielmo. Franciszkańska 3” oskarżał kard. Karola Wojtyłę o tuszowanie przypadków pedofilii wśród duchownych. Zaraz po emisji materiał ten spotkał się z ogromną falą krytyki, zarzucano m.in, że reportaż jest nierzetelny, niezgodny z etyką dziennikarską i warsztatem badań historycznych. Przypomnijmy, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w ubiegłym roku postanowiło przyznać Marcinowi Gutowskiemu za ten reportaż tytuł Hieny Roku, który otrzymują dziennikarze wyróżniający się szczególną nierzetelnością i lekceważeniem zasad etyki dziennikarskiej (TUTAJ).

Teraz KRRiT uznała, że spółka TVN SA emitując reportaż Gutowskiego naruszyła art. 18 ust. 1 i 2 ustawy o radiofonii i telewizji, który mówi m.in. że audycje „nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym (…)” oraz „powinny szanować przekonania religijne odbiorców, a zwłaszcza chrześcijański system wartości”. W związku z tym przewodniczący KRRiT Maciej Świrski „wezwał nadawcę do zaniechania łamania prawa i podjął decyzję o nałożeniu sankcji pieniężnej w wysokości 550 000 zł”.

KRRiT poinformowała w komunikacie, że po emisji reportażu wpłynęła do niej rekordowa liczba skarg, zarejestrowano 6058 wystąpień, które zawierały 39 613 podpisów obywateli wyrażających swój sprzeciw wobec treści zawartych w audycji.

Rada podkreśliła, że w toku postępowania wyjaśniającego  eksperci potwierdzili, iż materiał nie spełnia kryteriów reportażu oraz standardów etyki dziennikarskiej.

„Eksperci wykazali brak obiektywizmu i rzetelności dziennikarskiej. Zauważyli, że materiał jest stronniczy, przygotowany z wybiórczą selekcją źródeł, ahistoryczną interpretacją faktów i zdarzeń. Twórcy audycji posłużyli się technikami manipulacyjnymi, zakazanymi w pracy dziennikarskiej, takimi jak: insynuacja, używanie określeń tzw. utrwalaczy, stosowanie fałszywych powiązań emocji i osób, plotka.

W audycji oparto się na materiałach Służby Bezpieczeństwa okresu PRL (donosy uzyskiwane przez SB) i nie sprawdzono innych zbiorów dokumentacyjnych. Nie przeprowadzono wnikliwej kwerendy, nie powiązano wydarzeń, a całą narrację dopasowano do postawionej wcześniej tezy. Analiza materiału wykazała występowanie w audycji treści sprzecznych z prawem i dobrem społecznym, godzących w uczucia religijne, w tym konkretnym wypadku katolików i dezinformujących opinię publiczną” – czytamy w komunikacie KRRiT.

opr. jka, źródło: KRRiT

Dyrektor CMWP SDP w „Naszym Dzienniku” o pogarszającej się sytuacji mediów publicznych

Postawienie Telewizji Polskiej w stan pozornej likwidacji miało nadać legalnego charakteru jej siłowemu przejęciu. Od kiedy ekipa ppłk. Bartłomieja Sienkiewicza, ministra kultury i dziedzictwa narodowego wzięła się za organizacje publicznego nadawcy ten szoruje po dnie, w tym finansowo  – czytamy w „Naszym Dzienniku”.  Doprowadzono do katastrofy, nie tylko przez dramatyczny spadek  wpływów reklamowych, ale przede wszystkim   oglądalności, a tego nie da się szybko odbudować. Widz znalazł sobie inne, alternatywne źródło informacji i rozrywki. Ten rodzaj działania z którym mamy do czynienia, to jest to zabijanie mediów publicznych – powiedziała w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Artykuł autorstwa red. Rafała Stefaniuka ukazał się 4 marca br. 

Najbardziej obiektywną oceną zmian w mediach publicznych wystawili widzowie, którzy odwrócili się od Telewizji Polskiej. – To jest efekt zmian personalnych. Media się zmieniły i dzisiaj odbiorca podąża – nie za tytułem – ale za autorami, ulubionymi dziennikarzami, do których ma zaufanie. Media budują swoją markę na tożsamości. A więc nasi odbiorcy – osoby, które chcą nas czytać, słuchać lub oglądać – chcą się z nami utożsamiać, mają podobne poglądy do naszych i tak samo patrzą na świat. Tymczasem TVP dzisiaj serwuje widzom słabą prorządową propagandę, która zniechęca nawet średnio zaangażowanego widza – wskazała dr Jolanta Hajdasz. Krytykowana jest także warstwa techniczna przygotowywanych materiałów. – W ostatnich latach TVP zostało naszpikowane najnowocześniejszą technologią, najnowszymi programami komputerowymi.  Publicystyka i informacja były realizowane  na światowym poziomie. Zbudowano w pełni profesjonalne, nowoczesne studia. Co zrobiono? Zdemontowano to. Tworzenie i prezentowanie programów przeniesiono do miejsc, gdzie trudno dobrze  realizować choćby telewizję osiedlową – wskazała dr Jolanta Hajdasz. – Spadek jakości nadawanych programów sprawia, że media publiczne nie są dzisiaj w stanie rywalizować z Polsatem czy TVN. Odpowiada za to minister podpułkownik Sienkiewicz i ludzie, których bezpośrednio  lub pośrednio zatrudniał. Powoływanie dyrektorów przez polityka jest naruszeniem wszelkich zasad niezależności mediów. Zapowiadali odpolitycznienie mediów, a jeszcze bardziej je upolitycznili. Nawet lewa strona krytykuje organizację mediów publicznych, także zmiany kadrowe – zwraca uwagę dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Coraz głośniej mówi się o wyprzedaży majątku Telewizji Publicznej przez uzurpatorów ppłk. Sienkiewicza. Celem sprzedaży ma być właśnie budynek przy pl. Powstańców. Według przekazów medialnych, w ten sposób konto neoTVP miałoby zasilić nawet 300 mln zł. – Jeżeli dalej będą tak zarządzać TVP, to grozi nam wyprzedaż majątku publicznego nadawcy. A tego później już nie uda się naprawić, ani odzyskać – akcentuje dr Jolanta Hajdasz.

Cały artykuł jest TUTAJ.

KRRiT: słowa ministra kultury o próbie „zagłodzenia” mediów publicznych to dezinformacja

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wydała komunikat, w którym przewodniczący tej instytucji Maciej Świrski stanowczo protestuje przeciwko stwierdzeniu ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bartłomieja Sienkiewicza, że „Prezydent i KRRiT chcieli zagłodzić media publiczne”. Szef KRRiT uznał tę wypowiedź za dezinformacje i wprowadzenie w błąd opinii publicznej.

Słowa o próbie „zagłodzenia mediów publicznych” padły podczas briefingu prasowego ministra kultury 29 lutego, a odnosiły się m.in. do decyzji KRRiT, która 7 lutego postanowiła, że środki z opłat abonamentowych na Telewizję Polską i Polskie Radio do czasu prawomocnego stwierdzenia przez sąd rozpoczęcia likwidacji spółek będą trafiać do depozytu sądowego.

KRRiT w komunikacie podkreśliła, że „nie zatrzymała środków pochodzących z opłat abonamentowych, lecz przekazała je do depozytu sądowego w celu podjęcia tychże środków przez osoby uprawnione do reprezentacji każdej ze spółek mediów publicznych.”

„Obowiązkiem Krajowej Rady jest troska o środki publiczne, których wydatkowanie musi być zgodne z prawem i dlatego podejmując to działanie kierowała się wyłącznie bezpieczeństwem prawnym wydatkowania środków publicznych na jednostki publicznej radiofonii i telewizji, których funkcjonowanie zostało zagrożone na skutek chaosu prawnego powstałego po bezprawnych decyzjach ministra Sienkiewicza” – tłumaczy dalej przewodniczący KRRiT.

Zauważa dalej, „że pozorowane rozwiązanie spółek i otwarcie ich likwidacji przy jednoczesnym obowiązywaniu art. 468 § 1 KSH, który określa cele i zadania likwidatorów, automatycznie sparaliżowało możliwości KRRiT przekazania spółkom środków z wpływów abonamentowych, zgodnie z obowiązującymi przepisami”.

„Proces likwidacji jest bowiem sprzeczny z zadaniami ustawowymi nakładanymi na jednostkę publicznej radiofonii i telewizji przez ustawę o radiofonii i telewizji, a celów likwidacji nie da się w 100% pogodzić z celami misji publicznej określonymi w art. 21 ust. 1 u.r.i.t.

Aby więc chronić publiczne środki oraz media publiczne przed skutkami budzących wątpliwości prawne decyzji ministra Sienkiewicza, Krajowa Rada podjęła uchwałę wskazującą nadawcom publicznym ścieżką prawną, dającą podstawy do wypłaty środków abonamentowych pomimo stanu likwidacji spółek” – tłumaczy dalej szef KRRiT i na koniec stwierdza, że wobec powyższego wyjaśnienia  „wypowiedź Ministra Kultury można potraktować jako celową manipulację i wprowadzanie w błąd obywateli”.

opr. jka, źródło; KRRiT

WALTER ALTERMANN: O walce ignorancji z tupetem

Jeżeli ktoś chciałby odnaleźć żywe relikty komuny, to podpowiadam, że najłatwiej będzie w Sejmie. Właściwie już wszyscy nasi posłowie i senatorowie – w tym posełki i senatorki – mówią językiem niesławnej pamięci nieboszczki komuny. Mówią one i oni tak: „Sprawa stanęła na Sejmie”. I jest to kalka języka działaczy PZPR, którzy twierdzili, że jakaś sprawa była rozpatrywana „na biurze politycznym”.

Poprawnie trzeba mówić, że sprawą zajmie się Sejm, że była rozpatrywana w Sejmie – w komisjach lub na posiedzeniach plenarnych. Myślę, że to okropne „na Sejmie” jest także skutkiem sznytu, szpanowania posłów. Wicie, tarzysze, rozumicie, my som swoi, som ważni i my to po koleżeńsku złatwim na Sejmie.

Sejm, podobnie jak teatr, ma co najmniej dwa podstawowe znaczenia: 1. Budynek, w którym się pracuje; 2. Zbiór posłów, urzędników sejmowych, którzy pracują w ramach określonych przepisów i obowiązków. A teatr to budynek oraz zjawisko wystawienia jakiejś sztuki – dramatu, komedii, tragedii.

Pora już mówić: „w Sejmie”. I pozbyć się poczucia, że posłowie są najlepszymi z najlepszych, że wolno im mówić jak im się podoba.

Urągać komu, czemu

Rolnik, biorący udział w manifestacjach mówi w TV Republika, 24 II 2024 roku: „To wszystko urąga na… nie wiem już na co.” Rolnik nie dziennikarz może mówić, jak chce. Ale odnotowałem ten przypadek, bo bardzo wielu dziennikarzy mówi tak samo.

Poprawnie jest tak, że coś urąga komuś, czemuś. I nie kombinujmy inaczej panie i panowie.

W tym przypadku na pewno nie case

„Teraz mamy kejs z prokuratorem Bilewiczem” – powiedział w rozmowie w TVN 24 Tomasz Żółciak, dziennikarz Gazety Prawnej, 26 II 2024 roku. Lubię rozumieć co do mnie mówią polscy dziennikarze, ale nie zrozumiałem o co panu Żółciakowi chodzi.

Po dłuższym zastanowieniu i sięgnięciu do słowników okazało się, że chodziło mu o to, że mamy casus prokuratora Bilewicza. Dlaczego zatem dziennikarz nie powiedział, że mamy przypadek lub casus prawny? Bo nie zna łaciny, ale zna angielski. I warto – tak uznał – pochwalić się tą dalszą znajomością.

I tak to nasz język jest coraz żwawiej opanowywany przez slang dziennikarski, w którym licha angielszcyzna walczy o lepszy z lichym (u tych dziennikarzy) językiem polskim. Bo gdyby po polsku mówili jako tako, to by wiedzieli, że jeżeli w naszym języku jest słowo, które znaczy to samo co w angielskim, to poprawnie jest użyć słowa rodzimego. A gdyby dobrze znali angielski, to też by wiedział, że case pochodzi właśnie z łaciny.

O kejsie to pan Żółciak może mówić do kolegów na kolegium redakcyjnym. A gdyby nie zrozumieli, to żaden się nie przyzna, bo dziś nie jest wstydem nie znać polskiego, ale jest wstydem nie mówić slangiem.

Moderunek

„Moderujemy format Grupy Wyszechradzkiej” – powiedział 27 II 2024 roku, w TVN 24, pan Wojciech Przybylski.

 

O sobie pan Wojciech napisał w Internecie, że jest politologiem, analitykiem politycznym, kieruje też prognozowaniem polityki Visegrad Insight w sprawach europejskich. Jest także prezesem fundacji Res Publica.

W sumie ma bardzo poważne zajęcia i funkcje. Ale jak ktoś tak poważny może mówić, że „moderuje format”. Sprawdziłem co znaczy moderowanie oraz format. I ze słowników wyszło mi, że:

Moderowanie to: 1. łagodzenie napięć między ludźmi; 2. kierowanie jakąś dyskusją, czuwanie nad jej właściwym przebiegiem.

Format natomiast to, w ogólnym znaczeniu, reguły, określające strukturę fizyczną, sposób rozmieszczenia, zapisu informacji danego typu. Format – w ostatnich latach – oznacza także organizację, sposób organizowania się sił politycznych.

Czyli w dalszym ciągu nie wiemy, co miał na myśli pan Wojciech Przybylski. Tłumaczenia, że właśnie on kieruje Grupą Wyszechradzką nie przyjmuję do wiadomości, bo jak widzimy nikt obecnie nie jest w stanie kierować Grupą V4., która w ostatnim czasie traci sens bytu, skoro interesy Polski i Czech są nie do pogodzenia z interesami Węgier i Słowacji.

A może czegoś nie wiem? Może pan Przybylski właśnie pociąga za wszystkie cztery sznurki?

Wnioski

Zastanawiam się, czy we własny kraju, za którego wolność moi przodkowie walczyli i ginęli muszę czuć się tak bardzo obco? Całkiem sporo o naszym języku wiem, ale coraz częściej zupełnie nie wiem co do mnie mówią dziennikarze i politycy. Czasem nawet myślę, że wszyscy oni, ci seryjni mordercy języka polskiego są skrytymi emisariuszami jakichś tajnych sił, dybiących na przyszłość naszego narodu.

Ale to tylko czasami tak podejrzewam, bo zdrowy rozsądek podpowiada mi, że raczej mamy do czynienia z niewyobrażalnym tupetem niedouczonych. Bo naprawdę trzeba mieć wiele tupetu, żeby ważyć się na publiczne wystąpienia w języku, który zna się w stopniu tak mizernym. No, ale gdy ignorancja walczy o lepsze z tupetem, to właśnie tak jest.

 

Wywiad Gorana Andrijanića z Jolantą Hajdasz dla chorwackiego portalu „Poljska u mome srcu” (tłum. „Polska w moim sercu”)

„Tusk chce usunąć z mediów głos prawicowej opozycji”  to tytuł rozmowy  Gorana Andrijanića, chorwackiego dziennikarza, współpracownika tygodnika „Sieci” i  portalu wPolityce.pl z Jolantą Hajdasz , wiceprezesem SDP , jak napisano – najstarszego i najaktywniejszego stowarzyszenia dziennikarskiego w Polsce. 

Rozmowa ukazała się na początku tego miesiąca.  Publikujemy poniżej jej treść .

„Poljska u mome srcu” to istniejący od 8 miesięcy portal internetowy w języku chorwackim, na którym publikowane są artykuły dotyczące szeroko rozumianej problematyki polskiej. Dostępny jest powszechnie  w formie subskrypcji.  Nazwa portalu pochodzi od tytułu chorwackiej piosenki  z 1981 r. „Polska w moim sercu” autorstwa Johnny’ego  Štulića, gitarzysty i wokalisty  zespołu rockowego Azra z Zagrzebia, bardzo popularnego  w latach 80-tych XX wieku w Jugosławii. Utwór pochodzi z drugiego albumu zespołu  pt. „Słoneczna strona ulicy”, wydanym niespełna w rok po strajku w Gdańsku. Piosenka „Polska w moim sercu”  została zadedykowana NSZZ Solidarność,  Polsce i Papieżowi Janowi Pawłowi II.

Publikacja wywiadu TUTAJ.

Treść wywiadu:

Goran Andrijanić: Jak Wasze stowarzyszenie komentuje to, co dzieje się w TVP po objęciu władzy przez Donalda Tuska? Czy jest to zwykłe przejęcie władzy w mediach publicznych, czy może coś zupełnie innego?

Jolanta Hajdasz: Wg mnie to jest zaplanowany  demontaż systemu medialnego, to zabijanie demokracji. Polityk obecnego rządu czyli nowy minister kultury stawia media publiczne w stan likwidacji, bo zgodnie z opisanymi w prawie procedurami nie może  z dnia na dzień  odwołać prezesów  Telewizji Polskiej, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej, woli więc łamać i naginać prawo, by tylko usunąć niewygodnych dla siebie szefów mediów publicznych.  Wyciągnięcie rąk po media publiczne, twierdzenie, że w ten sposób naprawia się sytuację, jest odwracaniem uwagi społeczeństwa od nadrzędnego celu, który prześwieca Donaldowi Tuskowi: przekaz informacyjny w Polsce ma być jak przed laty – taki jaki sobie życzy obecny rząd. Do społeczeństwa nie może dotrzeć żaden pogląd, żadna informacja, które byłyby sprzeczne z ich wizją świata, z krytyką np. niektórych pomysłów Unii Europejskiej.

Proces siłowego przejmowania mediów poprzedzony był długimi przygotowaniami.  Do tego służyło dehumanizowanie pracowników mediów publicznych,  uderzanie w ich godność, odbieranie im prawa do nazywania się dziennikarzami. Robili to politycy ówczesnej opozycji, a nagłaśniały sprzyjające im media.   Już po przejęciu władzy uniemożliwiano mediom publicznym realizowanie swoich zadań. 20 grudnia ub. roku wynajęci przez ludzi związanych z nowym rządem ochroniarze zablokowali sygnał TVP INFO, wyłączyli sygnał TVP World, czy sygnały programów regionalnych.  Środowisko premiera Tuska przez te kilka dni, gdy już był nowy rząd , a jeszcze poprzednie kierownictwo TVP, to odmawiało dziennikarzom TVP przyznawania akredytacji. Nie mogli oni brać udziału w konferencjach prasowych szefa rządu czy  ministrów.Grudniowy szczyt Rady Europejskiej odbywał się bez udziału dziennikarzy mediów publicznych z Polski, choć zawsze z poprzednim premierem na takie wydarzenia jeździli dziennikarze wszystkich najważniejszych mediów bez względu na polityczne preferencje. Dziś ministrowie  rządu  Donalda Tuska  nie wpuszczają na swoje konferencje prasowe jedynej małej  telewizji prywatnej – TV Republika,  która stara się na żywo relacjonować bieżące wydarzenia. Wszystko to po to, by w otoczeniu premiera nie pojawiali się dziennikarze, którzy mogą zadać mu niewygodne pytania.

 Zwolennicy posunięć Tuska twierdzą, że TVP była za czasów PiS całkowicie upolityczniona i miała jednostronną narrację. Jak to Pani skomentuje?

To nie jest taka prosta sytuacja. Przez to,  że w Polsce praktycznie wszystkie największe komercyjne stacje telewizyjne i radiowe mają charakter lewicowy, liberalny i od wielu lat sprzyjają partii obecnie rządzącej , to zmiana w mediach publicznych po dojściu do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku było koniecznością, by w ogóle realnie stanowisko Prezydenta, rządu czy Sejmu było przedstawione opinii publicznej. Bez tego było wszędzie takie samo wyśmiewanie prawicy, szyderstwa i pomijanie każdego sensownego rozwiązania proponowanego przez PiS.  Dopiero tamte zmiany , które zaszły w mediach publicznych sprawiły, że w medialnym przekazie mieliśmy pluralizm. Teraz znowu wracamy do punktu wyjścia i mamy zamknięcie systemu medialnego na głos prawicy. To, co zrobił rząd Donalda Tuska z mediami publicznymi oznacza, że praktycznie znowu nie ma  mediów, które przedstawiają  poglądy obecnej opozycji czyli ponad 7,5 miliona osób, bo tyle głosowało w ostatnich wyborach na Prawo i Sprawiedliwość. Symbolem tego obecnego braku pluralizmu w Polsce jest pierwszy i jak na razie jedyny wywiad, jakiego udzielił Donald Tusk po objęciu rządu 13 grudnia. Przeprowadziły go zgodnie w tym samy miejscu i czasie (12 stycznia 2024 r.)  trzy teoretycznie rywalizujące ze sobą stacje telewizyjne – komercyjne Polsat (własność polska) i TVN (własność USA)  oraz publiczna przejęta przez obecny rząd TVP. Żaden z tych dziennikarzy niby tak różnych mediów nie zadał premierowi Tuskowi trudnego pytania, nikt nie polemizował z nim, ani nie próbował choć przez chwilę być głosem opozycji.  Te stacje to w Polsce nr 1 , nr 2 i nr 3 na rynku mediów, w sumie na wszystkich kanałach ogląda je regularnie ponad  połowa wszystkich Polaków. Wcześniej te główne stacje komercyjne sprzyjały opozycyjnej wtedy partii Donalda Tuska, a media publiczne przedstawiały punkt widzenia rządzących , bo na pewno nie robiły tego media komercyjne. Ale na pewno w przestrzeni publicznej były obecne główne poglądy polityczne . Teraz ma tego nie być.

Jak Pani ocenia polską scenę medialną w ostatnich latach? Moje wrażenie jest, że charakteryzuje się ona ideologicznym i światopoglądowym pluralizmem oraz wolnością, jakiej nie ma żaden inny kraj, który wyszedł z komunizmu. Z drugiej strony organizacje takie jak Reporterzy bez Granic twierdzą, że wolność mediów w Polsce została ostatnio zagrożona?

Przez ostatnie 8 lat czyli do  czasu powołania rządu Donalda Tuska Polska cieszyła się prawdziwą wolnością słowa , choć oczywiście nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej. Ale w przestrzeni publicznej na równych prawach pojawiały się nawet skrajnie przeciwne poglądy . W mediach nie było tematów tabu, takich o których już nie chcą publikować media komercyjne np. na Zachodzie, o czym mówią nam na konferencjach, ale w rozmowach kuluarowych, prywatnych,  koledzy z Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Francji.  Aborcja , eutanazja, katastrofa smoleńska, ideologia LGBT, globalne ocieplenie, czy inne aktualne problemy współczesnego świata były sprawami  o których można było dyskutować w polskich mediach, przedstawiając różne punkty widzenia. Niestety organizacje takie jak Reporterzy bez Granic czerpią wiedzę o Polsce jedynie z kontaktów z mediami lewicowymi, liberalnymi, a nawet jak rozmawiają z takimi organizacjami jak Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich , to potem w ich Raportach nie ma nawet śladu po tych rozmowach , czy przekazanych opiniach.  Wielokrotnie mówiliśmy o tym publicznie, zawsze protestujemy przeciwko takiej ocenie sytuacji mediów w Polsce, jaką prezentują „Reporterzy bez Granic”.  Przekonałam się, że dopóki w Polsce rządziła prawica nie było szans na to, by ocena tej organizacji była rzetelna i oparta na faktach. To bardzo przykre, ale zauważyłam, że w Polsce dziennikarze przestali się  przejmować takim traktowaniem

W jakim stopniu istnieje współpraca pomiędzy dziennikarzami z krajów Europy Środkowej? Mając na uwadze, że kraje te mają podobne doświadczenia historyczne i podobny kontekst kulturowy, czy ta współpraca nie powinna być zacieśniona?

Absolutnie tak. My mamy naprawdę bardzo podobne doświadczenia i sytuację, a niewiele o sobie nawzajem wiemy.  Zamiana ustroju komunistycznego na demokrację czyli ta tzw. transformacja ustrojowa przebiegała różnie w naszych krajach, ale wszyscy wiemy że wpływ na ten proces mieli i  funkcjonariusze komunistycznego państwa, i różne podmioty zagraniczne i służby specjalne. W rezultacie mamy skomplikowaną sytuację na rynku mediów, mamy problemy polityczne i zagrożenia trochę inne niż w tzw. krajach starej Unii Europejskiej. Oni często chcą nadal nas traktować jak kraje drugiej kategorii,  tanią siłę roboczą dla nich. Nie ma na to naszej zgody. Dlatego bliższa współpraca między nami jest bardzo potrzebna. W globalnym świecie skorzystają na tym i nasze kraje, i sama Unia Europejska.

 

WALTER ALTERMANN: Stare kłopoty z lekturami i nowy Grunwald

Rozpętała się ostatnio dyskusja nad zmianami w zestawie lektur szkolnych. Nowa władza chce bowiem nowych lektur bo – zdaniem rządzących – stara władza narzucała szkole nazbyt wiele obowiązków patriotycznych, tak w wyborze lektur, jak w organizowaniu uroczystości ku czci i pamięci. Niestety nowa władza też przesadza. Ostatnio poseł lewicy, Maciej Konieczny, lat 43, z Gliwic, wykształcony kulturoznawca, był uprzejmy oznajmić w telewizji Polsat, że ciągłe przywoływanie pamięci zwycięstwa pod Grunwaldem to może przesada. I dodał, że może w lekturach i nauczaniu należałoby sięgać do rzeczy nowych.

Być może dla posła Koniecznego Grunwald jest jedynie dużą bitwą, makabryczną nawalanką, być może zmęczyło go (jako kulturoznawcę) zbyt częste oglądanie Bitwy pod Grunwaldem Matejki, bo w istocie bardzo dużo się na tym płótnie dzieje.

 Poseł, ale czyj?

I z tego zmęczenia nie pojął poseł Konieczny, że bitwa pod Grunwaldem była punktem zwrotnym w historii, który pozwolił na odrodzenie się Polski po okresie dzielnicowego rozbicia. Bez tego zwycięstwa Krzyżacy nie pozwoliliby na zaistnienie wielkiej Polski. Bo odbijanie z ich rąk Gdańska, Bydgoszczy i innych ziem trochę trwało.

Ale może za dużo wymagam od posła kulturoznawcy? Może jest on przedstawicielem ludzi zmęczonych polskością? Może tak myśleć, ma do tego prawo, ale też do obowiązków dziennikarza telewizyjnego jest wyjaśnić mu, mniej więcej to, co napisałem powyżej. Chyba, że dziennikarz też nie wie…

Polityczne grzebanie w lekturach

Nie wiadomo dlaczego, ale każda kolejna władza w wolnej Polsce, czyli po roku 1989, zaczyna grzebać w szkolnych lekturach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała ta sprawa jest z gruntu śmieszna. A śmieszna tym bardziej, że żadne władze tej własnej śmieszności nie chcą widzieć.

Śmieszny jest fakt, że co by władza nie nakazało dzieciom i młodzieży czytać, to szanse na wielodniowe zagłębianie się przyszłości narodu w starych księgach są marne, bo przez dziesięciolecia te wszystkie lektury już nakręcono i pokazano w kinie! To po co męczyć młode oczy czytaniem Pana Tadeusza, Potopu, Krzyżaków czy Lalki, gdy w ciągu 3 godzin można poznać treść wiekopomnych dzieł na domowym komputerze? Nie doceniamy młodych, a oni nie są głupi.

Oczywiście czym innym jest poczucie ducha literatury, wspaniałych fraz polskiego języka, piękna metafor Mickiewicza i Słowackiego, zachłyśnięcie się opisami przyrody Żeromskiego, a czym innym obejrzenie jedynie części dialogów, bo opisów przyrody i tak w żadnym filmie nijak nie ma. Są jedynie gotowe obrazki, które narzucają widzowi jak wygląda droga przez las, jak wyglądają rzeki i pola, a jak wyglądają góry i chaszcze. Czyli otrzymujemy „gotowiznę”, która nie pozwala na rozwój wyobraźni czytelnika.

Czy szkoła kształtuje?

Oczywiście wszystkie te różne politycznie władze się mylą, bo szkoła, wraz ze swymi lekturami kształtuje nas w jakichś 15 procentach, a rodzina w 85. Nikt tego oczywiście nie liczył, ale tak wynika z moich wieloletnich obserwacji. Bo zawsze syn tępaków będzie tępakiem, syn malwersantów, zawszeć będzie kombinował, a syn obiboków będzie obijał swe bok aż do krwi ostatniej. Ta wiara polityków w zbawienne kształtowanie przez szkołę ludzkiego ducha i społecznych postaw przy pomocy wzniosłych książek też jest śmieszna. Choć w efekcie przykra.

Czy da się wychować na lekturach nowego Polaka?

Grzebanie w lekturach ma oczywiście głęboki sens polityczny, bo u nas każda nowa władza święcie wierzy, że to ona, i tylko ona jest powołana do wychowania „nowego Polaka”. Prawicowe władze chcąc wychowywać nowego, czyli starego patriotę, wprowadziły do zbioru lektur szkolnych obowiązkowych i nadobowiązkowych kilka takich pozycji, które miały umocnić w narodzie miłość do ojczyzny, szacunek do przeszłości i jasne, ufne spojrzenie w przyszłość. Wierzyły bowiem głęboko, że każdy z nas musi głęboko przeżywać polskie historyczne sukcesy i klęski , z naciskiem oczywiście na sukcesy.

Natomiast władze liberalne i lewicowe żyją w przekonaniu, że „nowy Polak” musi być wolny od zaczadzenia historią, ma być otwarty na świat i wyzbyty dziedzicznych, czyli historycznych ułomności. Nie wiadomo dlaczego owi „światowcy” żyją w przekonaniu, że Europie i światu potrzebny jest akurat Polak, który będzie udawał Greka, podszywał się pod Francuza, czy rżnął Anglika? Polska ma do wniesienia do życia globu swój sposób bycia, swoją mentalność i swoje rozumienie wolności.

Jeżeli mamy być nadal narodem, to każdy z nas ma wiedzieć kim był i co napisali m.in. Jan Kochanowski, biskup Ignacy Krasicki, Juliusz Słowacki i Bolesław Prus. Ta wiedza i ewentualne przeżycie z lektur ich dzieł są naszym wspólnym kodem kulturowym. To nas łączy i spaja. Zmieniały się nasze granice, zmieniały się systemy polityczne, wiele set lat żyliśmy pod obcym panowaniem, ale zawsze spajał nas w jedno język i kultura. Więc nie są to błahe aspekty naszego polskiego, wspólnego życia. A może nawet są to sprawy główne?

Owszem i oczywiście należy czytać, także pisarzy współczesnych, ale ile oni są naprawdę warci okaże się dopiero po jakichś stu latach.

Jesteśmy potrzebni światu razem z naszym złotym pasem litym, z lirą Wernyhory, zapijaczonym Zagłobą i szalonym Kmicicem. Wnosimy do światowego zasobu nasze umiłowanie wolności, czasem wiodące do anarchii. W wielości kultur jest siła naszego globu i cywilizacji. Zatem niech nie przesadzają ani „nowocześni”, ani „wstecznicy”. Zalecałbym umiar i jeszcze raz umiar we wszystkim.

Obowiązki patrioty

Nawołuję do spokoju i rozwagi w sprawie rzeczonych lektur. Z tą skromną uwagą, że miłość do ojczyzny jest wyborem, a nie obowiązkiem Polaka. Nauczanie miłości do ojczyzny nie jest nikomu nie jest potrzebne. Natomiast obowiązkiem każdego z nas jest rzetelnie pracować, płacić podatki, nie śmiecić, nie kraść, a w razie czego służyć w wojsku. Z tym ostatnim nie jest wcale tak pięknie, bo według badań jedynie 40 procent Polaków deklaruje, że włoży mundur i – w razie czego – pójdzie na wojnę. I to zupełnie nie jest śmieszne.

 

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Ich wielki wróg – „Ogień”

Zmarł tuż po północy 22 lutego 1947 r. w szpitalu w Nowym Targu. Józef Kuraś, ps. Ogień. W walce z jego zgrupowaniem w latach 1945–1947 zginęło ok. 60 funkcjonariuszy komunistycznego UB, 27 NKWD, 40 milicjantów. Do dziś (post)komuna tej porażki majorowi Kurasiowi nie może zapomnieć.

Bo Józef Kuraś, ps. „Ogień”, „Orzeł” to wybitny polski żołnierz i dowódca partyzancki, walczący o wolność i niepodległość Polski. W latach 1939-1945 walczył z okupantem niemieckim, w latach 1945-1947 z okupantem sowieckim i podległymi mu komunistami.

W czerwcu 1943 r. w odwecie za egzekucję agentów Gestapo Niemcy zamordowali jego żonę, dwuipółletniego syna i ojca. Ciała zamordowanych i rodzinny dom Kurasia spalono. To tylko utwardziło go w dalszej walce z wrogami Ojczyzny.

Po zajęciu Polski przez Związek Sowiecki Józef Kuraś cieszył się wielkim poparciem wśród miejscowej ludności, którą ochraniał przed narzucaną siłą przez sowietów komunistyczną władzą.

Eugeniusz Wojnar, propagandysta komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej w Nowym Targu, pisał po latach, że „»Ogień« wówczas panował w terenie, stanowił siłę, miał swoje oddziały w każdym niemal zakątku. Jego wpływy sięgały tak daleko, że nawet organa władz bezpieczeństwa i milicji nie były od nich wolne”. Inny PPR-owiec, Bronisław Pawlik, alarmował: „Chłopi znów po wsiach pomagają mu, przechowując go i jego ludzi. Są takie wsie, gdzie formalnie żadna władza wcale nie ma dostępu, dlatego organizacja w terenie się wcale nie rozwija, a cały Komitet Powiatowy pracuje pod strachem”.

Wybitny polski działacz niepodległościowy Stefan Korboński, delegat rządu RP na kraj, określał „Ognia” mianem „króla Podhala” i „tatrzańskiego Janosika dwudziestego wieku”.

A tak (14 listopada 1946 r. w liście do Bieruta) Józef Kuraś wypunktował cele swojej walki: „Oddział Partyzancki »Błyskawica« walczy o wolną, niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę. Walczyć będziemy tak o granice wschodnie, jak i zachodnie. Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne polityki państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony”.

Z tych samych powodów – walki o wolną, niepodległą Polskę, ochrony ludności, wśród której cieszył się autorytetem i szacunkiem – był wrogiem komunistów, których Polacy uważali za okupantów. Przez dwa lata okupacji Polski (1945-1947) komuniści byli zbyt słabi, aby pokonać „Ognia”. Dlatego wymyślali i szerzyli kłamstwa na temat polskiego dowódcy. Komunistyczna propaganda przedstawiała go jako „psychopatę”, „odznaczającego się szczególnym sadyzmem wobec eksploatowanej ludności góralskiej”, „znanego już przed wojną koniokrada”, którego „najgorliwszymi współpracownikami” byli „członkowie SS i gestapo”, pomocnika „wilkołaków i pokrewnych ruchów faszystowskich” chcącego zamienić Podhale w „krainę obłędnych »ogników« niosących pożogę i mord”.

Kłamliwe oskarżenia i szalejący terror komunistyczny osłabiały siły „Ogniowców”, i ostatecznie doprowadziły do śmierci dowódcy. Józef Kuraś zmarł po walce z funkcjonariuszami komunistycznego UB i KBW 22 lutego 1947 r. w Nowym Targu. Do dziś nie udało się odnaleźć jego szczątków, ukrytych przez oprawców.

O historii Józefa Kurasia wielokrotnie wypowiadali się naukowcy, prawnicy, historycy, pełniący często wysokie funkcje państwowe. W 2006 r. prezydent RP Lech Kaczyński razem z synem „Ognia” Zbigniewem Kurasiem odsłonił w Zakopanem pomnik upamiętniający Józefa Kurasia i jego kilkudziesięciu podkomendnych, poległych w walce z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem w latach 1943-1950.

Prezydent Lech Kaczyński powiedział wówczas: „W ramach przywracania pamięci, postanowiłem, żeby tutaj dzisiaj być. Postać „Ognia” jest postacią godną upamiętnienia, chociaż wiemy o tym, że do dzisiaj budzi ona różnego rodzaju spory”.

Sekretarz Rady Pamięci Walk i Męczeństwa historyk Andrzej Przewoźnik podczas uroczystości stwierdził, że Józef Kuraś „Ogień” należy do polskich bohaterów, których należy naśladować, a Polska spłaca wobec niego dług. Podkreślił, że jeśli ktoś nie zrozumie historii Kurasia, nie zrozumie historii powojennych czasów.
Andrzej Przewoźnik dodał, że komuniści dwukrotnie zabijali Kurasia: najpierw fizycznie, a potem niszczyli i zakłamywali pamięć o nim.

W 2005 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył żonę „Ognia” – Czesławę Bochyńską Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za „działalność na rzecz niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej”.

Proces przeciwko dziennikarzom TVP3 Gdańsk z powództwa prezydenta Sopotu. Kolejna rozprawa

Mimo zawartej ugody nadal trwa proces z powództwa prezydenta Sopotu o ochronę dóbr osobistych przeciwko dziennikarzom TVP3 Gdańsk.  W Sądzie Okręgowym w Gdańsku 13 lutego odbyła się kolejna rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej-Rozen, byłej już dyrektor TVP3 Gdańsk oraz red. Jakubowi Świderskiemu, byłemu dziennikarzowi TVP3 Gdańsk. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP monitoruje ten proces od 2019 r. Obserwatorem jest red. Maria Giedz.

Proces toczy się od 2018 r. . Gmina Miasta Sopot w osobie Jacka Karnowskiego, który od 1998 r. pełnił funkcję prezydenta Sopotu, a od 15 października 2023 r. jest posłem na Sejm reprezentującym KO, zarzuca im naruszenie dóbr osobistych Gminy. Zdaniem powódki materiały wyemitowane przez TVP3 Gdańsk od października 2017 r. do maja 2018 r. są nieprawdziwe, przedstawione w sposób selektywny, bez zastosowania rzetelności dziennikarskiej. 19 grudnia 2023 r. doszło do podpisania ugody pozasądowej pomiędzy Gminą a dziennikarzami. Chodziło o polubowne zakończenie sporu. W wyniku owej ugody zostało złożone oświadczenie, które dziennikarze mieli opublikować na stronie TVP3 Gdańsk do 21 stycznia 2024 r. Z przyczyn od nich niezależnych 20 grudnia 2023 r. strona została zablokowana. Odblokowano ją dokładnie dzień po obowiązującym terminie.  Ponieważ dziennikarze nie mieli możliwości publikacji uzgodnionego w ugodzie oświadczenia, na ich prośbę zostało ono opublikowane jedynie na stronie CMWP SDP. Mimo to proces jest kontynuowany.

Na rozprawie 13 lutego 2024 r. nie pojawił się powód, czyli Jacek Karnowski, gdyż przestał pełnić funkcję prezydenta Sopotu. Gminę reprezentowała mec. Monika Nowińska-Retkowska. Nie pojawiła się też red. Joanna Strzemieczna-Rozen, reprezentował ją mec. Wenanty Plichta. Natomiast stawił się pozwany Jakub Świderski, który w latach 2002-2006 był członkiem Rady Miasta Sopot, kandydował także na prezydenta miasta Sopot. Mimo kolejnego już wezwania nie zgłosił się świadek Jarosław Sulewski, który co prawda wcześniej złożył pisemne zeznanie, ale bardzo lakoniczne i niepełne. Sprawę prowadził Sędzia Sądu Okręgowego Piotr Kowalski.

Pełnomocnik Gminy Sopot mec. Nowińska-Retkowska wniosła o rezygnację z przesłuchania świadka Sulewskiego, bowiem zdaniem Gminy jego pisemne zeznania są wystarczające. Odmiennego zdania jest pozwany Świderski i podtrzymywał żądanie przesłuchanie owego świadka. Mec. Plichta, reprezentujący pozwaną Strzemieczną-Rozen stwierdził, że wykluczając ustne zeznania świadka Sulewskiego ogranicza się pozwanym prawo do obrony. Jednakże sędzia Kowalski przychylił się do wniosku mec. Nowińskiej-Retkowskiej o odrzucenie dalszych prób przesłuchania świadka Sulewskiego – był wzywany kilkakrotnie na rozprawy – dodając, że można będzie przesłuchać owego świadka w Sądzie Apelacyjnym. Mec. Nowińska-Retkowska złożyła pisemne uzupełnienie do wypowiedzi strony powodowej dokonanej w formie ustnej na posiedzeniu sądowym w dniu 19 września 2023 r. Sąd zgodził się, aby strona pozwana ustosunkowała się do owego uzupełnienia i przedstawiła je na kolejnej rozprawie.

Mec. Plichta poinformował Sąd o zawartej 19 grudnia 2023 r. ugodzie pozasądowej. Oboje pozwani, a także Lucjan Brudzyński wyznaczony przez Prezesa Rady Ministrów do pełnienia funkcji Prezydenta Miasta Sopotu, podpisali  się pod tą ugodą. Jednak nie doszło do jej wykonania, gdyż wydarzenia związane z mediami publicznymi po utworzeniu rządu 13 grudnia uniemożliwiły publikację oświadczenia, które miało być  warunkiem wykonania ugody. Wniosek o opublikowanie oświadczenia wpłynął do TVP3 Gdańsk 21 grudnia 2023 r. Pozwani otrzymali na nie odpowiedź wystawioną 28 grudnia 2023 r., w której Bogdan Szczepański, kierownik Sekcji Reklamy Marketingu i Promocji Telewizji Polskiej S.A. Oddziału w Gdańsku informuje, że: „z przyczyn od nas niezależnych w dniu 20.12.2023 r. strona internetowa www.gdansk.tvp.pl została zawieszona i do dnia wysłania tego pisma działanie jej nie zostało przywrócone. W chwili przywrócenia sprawności działania strony internetowej TVP3 Gdańsk zostaną Państwo poinformowani o sposobie załatwienia wniosku dotyczącego możliwości umieszczenia przez Państwa płatnego ogłoszenia.” Przywrócenie działania strony nastąpiło po terminie wyznaczonym w ugodzie. Sędzia Kowalski zaproponował, aby Powód, czyli Gmina Sopot przedstawiła swoje stanowisko na temat przedłużenia terminu wykonania owej ugody. Jeśli odpowiedź władz Sopotu będzie pozytywna, pozwani będą mogli ponownie złożyć wniosek dotyczący publikacji płatnego oświadczenia, o ile nowy dyrektor TVP3 Gdańsk zgodzi się na jego publikację. Wówczas ciągnący się od sześciu lat proces zostanie zakończony. Sędzia Kowalskim wyznaczył 60 dni na złożenie informacji dotyczącej wykonania ugody. Następstwem będzie wycofanie pozwu. Jeśli do tego nie dojdzie, to proces będzie kontynuowany, a termin kolejnej rozprawy został wyznaczony na 16 kwietnia 2024 r.