Nowy premier to wykonawca woli innych pisze CEZARY KRYSZTOPA: Tusk jest słaby

Już słyszę jak mamroczecie pod nosem – co ten Krysztopa, zwariował? Dopiero co Tusk sczyścił media publiczne, zaorał służby i wywalił w kosmos proces legislacyjny, a Krysztopa pisze, ze jest słaby? No tak mi się wydaje, bo to wszystko co Tusk, oczywiście jak zwykle próbując unikać dawania twarzy, ostatnio robi, nie sprawia wrażenia działań pewnego siebie lidera zwycięskiej armii, ale raczej desperata, który nie miał pojęcia jak szybko, w możliwie cywilizowany sposób, może spłacić swoje mafijno-polityczne długi.

Jakby ktoś na szybką spłatę naciskał, więc trzeba było, w oparciu o zezwolenie na „policyjne metody” wydane w niemieckich mediach przez Klausa Bachmanna, odrzucić demokratyczne czy prawne pozory i iść na desperacki rympał.

Katastrofa i kompromitacja

To z czego nie zdają sobie jeszcze sprawy, upojeni małą zemstą, medialni dobosze Tuska, to to, że szereg ostatnich skandali, począwszy od Afery Wiatrakowej, poprzez głupoty odpalone przez Bodnara, niezdolnego do służby kandydata na szefa policji, powrót WSI i Resetu do służb, złamanie procedury powołania szefa CBA, a skończywszy na kompletnie ubeckim przedstawieniu jakim było siłowe przejecie mediów publicznych, jest w istocie kompletną wizerunkową katastrofą „nowego” rządu. I to na samym początku jego istnienia. Zresztą, jest również kompromitacją medialnych doboszy od Sorosa i niemieckich koncernów.

Oczywiście nie można wykluczyć, że w krótkim okresie czasu, najbardziej rozgrzanej części elektoratu Platformy Obywatelskiej, takie dziarskie działania „silnych ludzi” Tuska wręcz przypadną do gustu. Przy znacznym skróceniu frontu medialnego, być może zadziała to nawet w średnim okresie czasu. Ale Polacy nie są już tymi samymi Polakami, jakimi byli jeszcze w 2014 roku. O tym kto rządzi nie zdecydował, wbrew temu co mu się wydaje, najbardziej rozgrzany elektorat Platformy Obywatelskiej, tylko ten, który od „tradycyjnej” polaryzacji próbował uciec. Alternatywa była fałszywa, i tak wpadł w łapy Tuska, ale taka była jego intencja. W związku z czym, warto zauważyć, że w dłuższym okresie czasu, obrazy jak z Woronicza, nie będą raczej budowały społecznej legitymacji do długiego rządzenia.

Samotność Tuska

Pamiętacie jak „trudne sprawy” Tusk załatwiał, kiedy był u szczytu potęgi? Na przykład kiedy mielono 1,5 miliona podpisów pod solidarnościowym projektem referendum emerytalnego i podnoszono wiek emerytalny? Gorący kartofel wyciągał dla Tuska z ogniska podwykonawca Kosiniak-Kamysz. A gdzie dzisiaj są koalicjanci Tuska? Pochowali się, jakby nie chcieli dawać twarzy temu co Tusk musi w desperacji zrobić. Gorący kartofel musi wyciągać przyboczny Tuska – Tchórze Sienkiewicz, co na trwałe pójdzie na konto Platformy Obywatelskiej, jak cyrk ze śledztwem smoleńskim, ośmiorniczki, napad na Wprost, czy strzelanie do górników.

Mało tego, osłona medialna i międzynarodowa, również nie są tak szczelne, jak chciałby niedawny oppositionsführer. Tusk wywołał międzynarodowy skandal – „Naprawdę przerażające pierwsze kroki nowego polskiego rządu, który zdecydował się nie tylko zamknąć TVP World, anglojęzyczny kanał telewizyjny, ale także wysłać policję do jego studia” – ocenił niemiecki ekspert do spraw Europy Wschodniej Sergej Sumlenny, dyrektor Fundacji imienia Heinricha Boella w Kijowie  – „DEMOKRACJA UMIERA W POLSCE. Nowy polski rząd nagle zamknął TVP World. Premier Tusk nie tracił czasu i zniszczył niezależny, zdecydowanie proukraiński głos. Czy możesz sobie wyobrazić, gdyby brytyjski premier pojawił się i zamknął BBC? Nadchodzą ciemne czasy w Polsce” – pisze z kolei Jason Jay Smart, ekspert ds. międzynarodowych i publicysta Kyiv Post. Oczywiście w tym samym czasie, ambasador USA Mark Brzezinski spotkał się w Warszawie z Verą Jourovą, żeby porozmawiać w ciepłej i kolonialnej atmosferze „na temat praworządności w Polsce”. I oczywiście niemieckie media staną murem za swoim człowiekiem w Warszawie.

Tusk słaby, ale groźny

I tutaj dochodzimy do momentu, w którym trzeba sobie powiedzieć, że to że Tusk jest słaby, nie oznacza, że nie jest groźny. Jest bardzo groźny jako narzędzie. Tym bardziej narzędzie powolne w rękach Panów. Nie mam na to żadnych dowodów, ani żadnej tajemnej wiedzy, ale potrafię sobie wyobrazić, że to właśnie dla ochrony informacyjnej swoich działań, rodem z najgorszego z bantustanów, wydał zgodę na przymusową relokację imigrantów.

Pośród różnych wersji nadchodzących rzeczywistości, istnieje również taka, że Donaldowi Tuskowi wcale nie zależy, może nawet wbrew swoim współpracownikom, na długich i stabilnych rządach w Polsce. Że został tu przysłany nie po to żeby Polską długo rządzić, tylko po to żeby wywołać w niej chaos, osłabić i sprawić by przestała bruździć wielkiemu niemiecko-rosyjskiemu planowi.

Jaki by to jednak scenariusz nie był, jestem wrogiem postawy „nie ma już Polski i nic się nie da zrobić”. Nasi przodkowie, za takie jojczenie pogoniliby nas kijem. I mieliby rację ponieważ Polska w historii przechodziła gorsze terminy niż Tusk u steru rządów. A historia nigdy się nie kończy i zawsze trzeba być gotowym.

Tylko musi być też jakaś alternatywa. Nie dziwaczna prawicowa grupa rekonstrukcyjna KOD, czy „opozycji totalnej”, bo to nie jest żadna alternatywa. Tylko poważna alternatywa, która jest w stanie pokazać, że „tamci to zdrajcy i wariaci”, a my mamy konkretną wizję Polski, doświadczenie w budowaniu jej bezpieczeństwa, inwestycji strategicznych, programów socjalnych. I suwerenności, rozumianej nie jako symboliczne owijanie się flagami podczas grzecznego podpisywania tego co Bruksela podsunie, tylko twardą obronę jej fundamentów.

Bez tego może być ciężko.

Nie żyje ks. inf. Ireneusz Skubiś, wieloletni redaktor naczelny „Niedzieli”

W wieku 85 lat, w środę 20 grudnia, zmarł ks. inf. Ireneusz Skubiś, wieloletni redaktor naczelny tygodnika „Niedziela”.

„Ks. Ireneusz Skubiś był charyzmatycznym kapłanem i człowiekiem wielkiego formatu, który stworzył ogromną, multimedialną instytucję kościelną, podejmującą nowoczesne formy ewangelizacji, stawiającą w centrum swojej działalności wartości kultury chrześcijańskiej, wnosząc tym samy ogromny i twórczy wkład w bogatą historię Tygodnika Katolickiego ‘Niedziela’, który w tym roku obchodzi 97-lecie istnienia” – napisała redakcja „Niedzieli” na swojej stronie internetowej.

Ireneusz Skubiś urodził się 12 października 1938 r. w Chruszczobrodzie, a święcenia kapłańskie przyjął w 1961 r. Studiował prawo kanoniczne w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W latach 1964 – 66 był notariuszem Kurii Biskupiej w Częstochowie, a od 1965 do 1982 roku diecezjalnym duszpasterzem akademickim.

„Z wielką determinacją ks. Skubiś starał się o wznowienie tygodnika katolickiego ‘Niedziela’, którego wydawanie zostało zawieszone przez władze komunistyczne w 1953 r. Organizował społeczną akcję poparcia dla tych działań i wytrwale składał wizyty w różnych urzędach w Warszawie, aby wywalczyć pozwolenie na wydawanie pisma. To dzięki nieugiętej postawie ówczesnego ordynariusza częstochowskiego – bp. Stefana Bareły oraz ks. Ireneusza Skubisia trwający 28 lat okres milczenia ‘Niedzieli’ został przerwany. W 1981 r. władze wydały pozwolenie na wydawanie „Niedzieli” – przypomniano na stronie niedziela.pl.

Ks. Ireneusz Skubiś redaktorem naczelnym tygodnika „Niedziela” był od 1981 do 2014 roku. W 1996 r. otrzymał tytuł prałata honorowego Jego Świątobliwości, a w 2000 r. został podniesiony do godności infułata.

opr. jka, źródło: niedziela.pl

Konkurs dziennikarski im. Romualda Lazarowicza rozstrzygnięty. Krzysztof Kunert laureatem II edycji

Krzysztof Kunert, autor książki „Najciekawsze miejsce na ziemi w którym chrześcijańskie lwy i pogańskie niedźwiedzie podtrzymują Chrystusowy stół”, otrzymał główną nagrodę w Konkursie Dziennikarskim im. Romualda Lazarowicza organizowanym przez Dolnośląski Oddział SDP.

Wrocławska kawiarnia Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie „Stacja Dialog” to nie tylko miejsce, w którym można rozpocząć lub zakończyć podróż. Jest to również miejsce związane z ważniejszymi wydarzeniami Oddziału Dolnośląskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. „Stacja Dialog”  zarządzana  przez ks. dr  Andrzeja Pasia,  znanego czytelnikom „Naszego Dziennika” i słuchaczom radia z audycji poświęconych sytuacji chrześcijan na Bliskim Wschodzie to również nieformalny wrocławski klub dziennikarza.

Podczas spotkania opłatkowego dziennikarzy 16 grudnia 2023 roku odbyło się tam również podsumowanie II edycji organizowanego przez Oddział Dolnośląski SDP Konkursu Dziennikarskiego im. Romualda Lazarowicza. Uchwałę o rozstrzygnięciu konkursu odczytała przewodnicząca kapituły, red. Anna Fastnacht-Stupnicka. Dyplom i czek pieniężny wręczyła laureatowi Krzysztofowi Kunertowi red. Helena Lazarowicz, wdowa po patronie konkursu. Autor nagrodzonej publikacji  „Najciekawsze miejsce na ziemi w którym chrześcijańskie lwy i pogańskie niedźwiedzie podtrzymują Chrystusowy stół” otrzymał również z rąk prezesa Jana Poniatowskiego  dedykowaną statuetkę konkursową.

Na odwrocie nagrodzonej pracy można przeczytać:

Wciągające! Trudno przerwać czytanie. Tajemnice ślężańskiego proboszcza koniecznie trzeba poznać. Polecam.

Oraz

Historia dolnośląskiego Kościoła po wojnie podana w rewelacyjny sposób! Lektura obowiązkowa.

Losy księdza prałata Staszka z pewnością wielu zaciekawią. Warto się zagłębić!

Uwzględniając profil zainteresowań Krzysztofa Kunerta, już po tych trzech krótkich stwierdzeniach możemy spodziewać się ciekawej opowieści o ludzkich losach osadzonej w konkretnych realiach historycznych.

Laureat głównej nagrody będąc dziennikarzem Telewizji EWTN Polska i Radia  Wnet, jest też dokumentalistą i medioznawcą oraz doktorem KUL-u, twórcą filmów o historii Polski i Dolnego Śląska oraz autorem licznych książek o tematyce historycznej. W nagrodzonej książce w sposób wyjątkowy opisał los i pasję kapłana, który wydobył z ruiny miejsce o tak szlachetnej i bogatej historii.

Krzysztof Kunert w krótkiej wypowiedzi charakteryzującej publikację wskazał na  motyw stanowiący impuls do podjęcia tematu. Jego wypowiedź uzupełnił sam bohater opowieści ks. dr Ryszard Staszak, który uczestniczył w spotkaniu jako gość Dolnośląskiego Oddziału SDP. Jak się okazało ksiądz,  który właściwie mógłby cieszyć się zasłużoną emeryturą, po zakończeniu projektu odbudowy kościoła na Ślęży ma kolejne plany działań na przyszłość. Zamierza stworzyć  nieopodal kościoła, muzeum  przedchrześcijańskich i chrześcijańskich artefaktów odnalezionych w regionie Masywu Ślęży .

Spośród nadesłanych prac konkursowych Kapituła postanowiła także wyróżnić reportaż „Pociąg relacji nadzieja” red. Justyny Kościelnej – dziennikarki Regionalnej Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu. Obie prace – poza wysokimi walorami etycznymi i artystycznymi – łączy głębokie humanistyczne przesłanie miłości bliźniego oraz potrzeby bezinteresownej pomocy ludziom. Kapituła wyraziła satysfakcję, że wszystkie nadesłane prace zasługują na uznanie, czego wyrazem było wręczenie uczestnikom konkursu dyplomów.

Fundatorem nagrody głównej II edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Romualda Lazarowicza  był Zarząd Główny SDP, a wyróżnienia Zarząd OD SDP.

Uczestnikom konkursu dziękujemy za udział, a zwycięzcom gratulujemy. Niebawem kolejna edycja dziennikarskiego konkursu, do której już dziś zapraszamy wszystkich dziennikarzy.

Mateusz Jerzmański

 

 

Wojciech Biedroń uniewinniony w sprawie z oskarżenia byłego prezesa RASP

Sąd Okręgowy dla Warszawy-Pragi utrzymał wyrok uniewinniający dla Wojciecha Biedronia z portalu wPolityce.pl. Prywatny akt oskarżenia skierował przeciwko dziennikarzowi Mark Dekan, były prezes Ringier Axel Springer Polska.

Sprawa dotyczyła publikacji w portalu wPolityce.pl oraz tygodniku Sieci z marca 2017 roku, która związana była z ujawnieniem maila, jaki Dekan wysłał do pracowników RASP po wyborze Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej.

Kaczyński, zapewne wbrew sobie, stał się najskuteczniejszym orędownikiem reelekcji Donalda Tuska. Ideologia i prymitywne manipulacje przegrały z wartościami i rozsądkiem. Zarówno rządzone przez Orbana Węgry, jak i pozostałe kraje Grupy Wyszehradzkiej, poparły w głosowaniu Tuska. UE nauczyła się, że o jedność nie warto zabiegać za wszelką cenę. To bardzo cenna lekcja na przyszłość, która z pewnością przyspieszy wdrażanie koncepcji UE różnych prędkości. Ta ostatnia z lekcji ma kluczowe znaczenie dla Polski. W nadchodzącym czasie na autostradzie unijnej integracji pojawia się nie tylko pas szybkiego i wolnego ruchu, ale też parking. I to jest właśnie moment, gdy do gry włączają się wolne media, takie jak my” – pisał Mark Dekan w liście ujawnionym przez portal wPolityce.pl oraz Wiadomości TVP.

Redaktor Wojciech Biedroń uznał to za skandaliczną ingerencję zagranicznego szefa w niezależność polskich mediów. Dziennikarz pisał wprost o swoistej „instrukcji” dla dziennikarzy koncernu. Dekan poczuł się dotknięty polemicznym tekstem Biedronia i skierował przeciwko niemu prywatny akt oskarżenia o zniesławienie i pomówienie. Rozpoczął się wieloletni proces karny, który zakończył się 13 grudnia.

„To dobry dzień dla wolności słowa, ale dużo gorszy dla medialnych koncernów, które, już wielokrotnie, próbowały zamknąć nam usta. Niezależne dziennikarstwo ma oczywiście swoją cenę, ale ‘ściganie’ dziennikarzy przy użyciu haniebnego art. 212 kodeksu karnego, to relikt komunizmu, z którym trzeba wreszcie skończyć. Dotyczy to wszystkich dziennikarzy, bez względu na ich linie redakcyjne” – skomentował Wojciech Biedroń w portalu wPolityce.pl.

Wyrok Sądu Okręgowego dla Warszawy-Pragi jest prawomocny.

opr. jka, źródło: wPolityce.pl

WOŁODYMYR SYDORENKO: Mieszkańcy Krymu nie przestają stawiać oporu okupantom

Przez kilka lat okupacji Krymu Rosjanie nie byli w stanie przejąć pełnej kontroli nad mieszkańcami i pokonać podziemny ruch na półwyspie.

Jak poinformowała przedstawicielka prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krymu Tamila Taszewa, na czasowo okupowanym Krymie wszczęto 559 spraw sądowych za „dyskredytację Sił Zbrojnych Rosji”. Spośród nich w 490 przypadkach wydano decyzję o nałożeniu kary administracyjnej w formie grzywny.

Według Taszewej okupanci zdali sobie sprawę, że pomimo przeznaczenia od 2014 roku ogromnych środków na struktury władzy i organy karne Rosji, które rzekomo walczą z „terroryzmem” i „ekstremizmem”, schemat nie działa. Mieszkańcy Krymu nie przestają stawiać oporu okupacji ich półwyspu. Obecnie na Krymie istnieje kilka ruchów oporu, które powstały po okupacji półwyspu. Są to w szczególności ruch partyzancki „ATESZ”, publiczny ruch oporu „Żółta Wstążka”, ruch kobiecy „Zla Mavka”, „Krymskie mewy walczące”. Rozdają ulotki, ukraińskie symbole, monitorują ruch sprzętu wojskowego wroga i pomagają ukraińskim mieszkańcom półwyspu przezwyciężyć wszystkie trudności okupacji.

Tamila Taszewa zauważyła, że ​​wielu Ukraińców na Krymie demonstruje swoją niezłomność – rozpowszechniają informacje o sukcesach armii ukraińskiej, przekazują informacje o lokalizacji okupacyjnych jednostek wojskowych, tatuują się  ukraińskimi symbolami, noszą niebiesko-żółte stroje, wywieszają ukraińską flagę, wykonują ukraińskie tańce, śpiewają ukraińskie piosenki i piszą na portalach społecznościowych prawdę o życiu na Krymie. Za to okupanci pociągają ich do odpowiedzialności administracyjnej lub karnej.

Rosyjscy okupanci nie mają już czasu na walkę dostępnymi siłami z przejawami kultury ukraińskiej na półwyspie. Sięga więc po nowe metody. „Władza” na Krymie powiększa kadrę tzw. Centrum E – „Centrum przeciwdziałania ekstremizmowi Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Krymie”, w szczególności angażując informatorów cywilnych do tworzenia list „osób nierzetelnych”.

Rosyjscy okupanci przebywający na Krymie skarżą się na „stronniczość”: lokalni mieszkańcy nie okazują posłuszeństwa okupantom, są lojalni wobec Ukrainy, stawiają opór rosyjskiemu wojsku, policji i władzom. Przez kilka lat okupacji Rosjanie nie byli w stanie przejąć pełnej kontroli nad lokalnymi mieszkańcami i pokonać podziemny ruch na Krymie i innych okupowanych terytoriach.

Okupanci próbują karać ukraińskich patriotów. Przykładowo od marca 2023 roku rosyjskie sądy na Krymie rozpatrzyły 514 zarzutów o rzekomą „dyskredytację” armii rosyjskiej i wydały orzeczenia dotyczące odpowiedzialności administracyjnej. W sześciu przypadkach Krymczycy zostali oskarżeni w procesie karnym o „wielokrotną dyskredytację” armii rosyjskiej. Tym samym Sąd Rejonowy w Symferopolu rozpatrzył 82 sprawy „dyskredytacji armii rosyjskiej”, Sąd Miejski w Jewpatorii – 47 spraw, Sąd Miejski w Teodozji – 41 spraw, Sąd Miejski w Jałcie – 36 spraw.

Jak zauważył szef organizacji społecznej „KrimSOS” Hennadij Jaroszenko, „Wyroki i uchwały w sprawach ‘dyskredytacji’ armii rosyjskiej stanowią naruszenie prawa mieszkańców Krymu do wolności słowa, przewidzianego w art. Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych, a także w artykule 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka”.

W ogóle oskarżanie obywateli swojego kraju, czyli Rosji, a także mieszkańców okupowanych terytoriów, obywateli Ukrainy, o jakąś „dyskredytację sił zbrojnych Rosji” jest bzdurą – stwierdził Hennadij Jaroszenko – nie ma czegoś takiego w ustawodawstwach dowolnego kraju na świecie. Oznacza to tylko jedno, że armia rosyjska zdyskredytowała się masą popełnionych zbrodni wojennych, torturami i przemocą wobec ludności cywilnej na okupowanych terytoriach, zabijaniem dzieci, bombardowaniami dzielnic cywilnych miast i wsi, grabieżami i gwałtami na kobietach. Całkiem naturalne, że sąd międzynarodowy wydał nakaz aresztowania prezydenta Rosji w związku z uprowadzeniem i deportacją ukraińskich dzieci. Już tym samym armia rosyjska zdyskredytowała się przed prawem międzynarodowym i prawami człowieka.

Jak powiedział w wywiadzie dla Fox News Minister Obrony Ukrainy Rustem Umerow, siły obronne Ukrainy przedarły się już przez dwie linie obrony wojsk rosyjskich i zbliżyły się do trzeciej linii obrony armii rosyjskiej. „Kontynuujemy przywracanie terytorium. Są linie obrony, minęliśmy już pierwszą i drugą, jesteśmy pomiędzy drugą a trzecią” – powiedział Rustem Umerow.

Choć już wcześniej w artykule dla „The Economist” Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Walerij Załużnyj stwierdził, że wojna wkracza obecnie w nowy etap „wojny pozycyjnej”, na którym może skorzystać Rosja. Według niego bez wzmocnienia przewagi technologicznej „najprawdopodobniej nie będzie głębokiego i dobrego przełomu” przeciwko siłom Rosji.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski po tym wywiadzie zauważył, że nie uważa sytuacji za patową, ale przyznał, że warunki na polu walki pozostają trudna. Jednocześnie ze słów Załużnego i Zełenskiego wynika, że ​​wierzą oni w możliwość przeprowadzenia przez ukraińskie wojsko skutecznej ofensywy w przypadku dostarczenia Ukrainie wystarczającej ilości broni i samolotów bojowych.

W niedawnej rozmowie z Associated Press Zełenski powiedział, że z powodu braku broni Ukraina nie osiągnęła jeszcze pożądanych rezultatów. Jednocześnie ukraiński prezydent zauważył, że Kijów jest pewny swoich działań i nie ma zamiaru kapitulować.

 

Dziennikarze z W-M Oddziału SDP nagrodzeni przez prezydenta Olsztyna

Prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz przyznał osobom indywidualnym oraz instytucjom nagrody w trzech różnych dziedzinach. Za szczególne osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury za 2022 rok wyróżnieni zostali członkowie Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP: Joanna Wańkowska-Sobiesiak oraz Jerzy Pantak.

Nagrody Prezydenta Olsztyna za szczególne osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury za 2022 rok odebrało pięć osób:

Joanna Wańkowska-Sobiesiak – za całokształt działalności dziennikarskiej i popularyzatorskiej w zakresie dziedzictwa kulturowo-historycznego Warmii i Mazur;

Piotr Galiński – za całokształt twórczej działalności w dziedzinie tańca towarzyskiego z okazji 50-lecia Amatorskiego Klubu Tańca Towarzyskiego „Miraż”;

Violetta Kulikowska-Parkasiewicz – za całokształt twórczej działalności w dziedzinie sztuki współczesnej;

Wojciech Dzieszkiewicz – za pracę twórczą w dziedzinie sztuk plastycznych;

Jerzy Jakub Pantak – za całokształt działalności w dziedzinie dziennikarstwa.

Nagroda Prezydenta Olsztyna im. Bohdana Jerzego Koziełło-Poklewskiego w dziedzinie historii została ustanowiona w 2011 roku. Wręczana jest co dwa lata. Laureatem VII edycji został dr Piotr Bojarski – pracownik Instytutu Północnego im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie, popularyzator historii. Jego zainteresowania naukowe to życie społeczno-polityczne ziem północno-wschodnich II Rzeczypospolitej, memuarystyki kresowej z lat 1895-1945 oraz roli i miejsca ekspatriantów z Wileńszczyzny w powojennej rzeczywistości Warmii i Mazur.

Najmłodszą z nagród – ustanowioną w roku – jest Nagroda Prezydenta Olsztyna „Urbi et Arti – Mecenas olsztyńskiej kultury”. Jej celem jest uhonorowanie osób, instytucji lub firm, które zasłużyły się na polu wspierania różnego rodzaju przedsięwzięć kulturalnych odbywających się w Olsztynie, zasługując na zaszczytny tytuł „Mecenasa olsztyńskiej kultury”. W pierwszej edycji Statuetka „Miastu i Sztuce” trafiła do Michelin Polska oraz Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej.

źródło: Urząd Miasta Olsztyn

 

Zeznania nowego świadka w sprawie przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi. Sprawa objęta monitoringiem CMWP SDP

27 listopada odbyła się już trzecia rozprawa przed Sądem Apelacyjnym w Poznaniu dotycząca apelacji Prokuratury od wyroku uniewinniającego byłego senatora Aleksandra Gawronika  od zarzutu podżegania do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary w 1992 r. Senator został uniewinniony 24 lutego 2022 roku, Prokuratura zaskarżyła ten wyrok I instancji w całości.

Rozprawy apelacyjne  w tej sprawie toczą się od czerwca b.r. Stanowisko prokuratury oraz oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętary wspiera Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które w charakterze amicus curiae objęło proces swoim monitoringiem. Obserwatorem procesu jest red. Aleksandra Tabaczyńska .

Rozprawa rozpoczęła się od krótkiego streszczenia dotychczasowych ustaleń, które omówił sędzia Grzegorz Nowak. Sędzia przypomniał, że wpłynęło stanowisko CMWP SDP, które jest w aktach sprawy i potwierdził, że sąd się z nim zapoznał. Następnie przesłuchano świadka Ryszarda B. Mężczyzna (61 lat) to  były ochroniarz rodziny Aleksandra Gawronika. Przed składaniem zeznań został zaprzysiężony.
Ryszard B. zeznał, że sam zgłosił się do prokuratora. Na pytanie sądu, co go do tego zainspirowało odpowiedział, ze mój własny komfort psychiczny oraz że rozmowa między mną, a Gawronikiem się odbyła i żyję z tym 30 lat.  Następnie potwierdził, że rozmowa ta dotyczyła ona dziennikarza Jarosława Ziętary, odbyła się w Długiej Goślinie, w domu byłego senatora, w czerwcu lub lipcu w 1992 roku.  Świadek zeznał : Pan Aleksander Gawronik poprosił mnie o rozmowę i stwierdził, że jest dziennikarz, który mu bardzo przeszkadza i czy znam kogoś, kto mógłby z tym coś zrobić. Ja powiedziałem, że jak przeszkadza to można mu zapłacić. Gawronik odpowiedział, że nie, bo on nie weźmie. Było to już przećwiczone. Chodziło o to, żeby znaleźć kogoś, żeby go (Ziętarę) uciszyć. To może nie jest dokładny cytat, ale taka była treść, taki sens – powiedział Ryszard B. Dodał także, że od czterech lat był ochroniarzem rodziny A. Gawronika, był jej najstarszym pracownikiem, więc był dla niego osobą godną zaufania. Powiedziałem, że ja się tym nie zajmę i nie znam nikogo takiego. Padła jeszcze formułka, że ta rozmowa jest między nami. (…) Kilka miesięcy później spytałem czy słyszał, że Ziętara zaginął? Gawronik odpowiedział, że wie i widocznie sobie zasłużył.
Na pytanie sądu, dlaczego Ziętara przeszkadzał byłemu senatorowi, świadek odpowiedział, że wtedy toczyła się sprawa ART-B i Ziętara miał zamiar o tym pisać. Ryszard B. przestał pracować dla byłego właściciela kantorów, w 1993 roku lub 1994. Świadek powiedział : odszedłem z pracy, sytuacja była męcząca, było to po sprawie ART-B, nie było pieniędzy, a Aleksander Gawronik zamierzał kandydować na senatora, więc nie potrzebował ochrony. Nie mam żadnych roszczeń i gdybyśmy się spotkali na ulicy, ucieszyłbym się, podał bym rękę, przynajmniej z mojej strony. Dopytywany przez sąd dlaczego tyle lat zwlekał, świadek zeznał, że to nie jest dla niego komfortowa sytuacja, było mu ciężko. Do prokuratora zgłosił się sam, nikt go nie szukał jako świadka i nie ustalał z nim, co ma mówić.

Obrońca Aleksandra Gawronika mec. Paweł Szwarc złożył wniosek o przesłuchanie dwóch kolejnych świadków: bezpośredniego przełożonego Ryszarda B. i osoby zajmującej się kadrami w firmie A. Gawronika.  Mają one podważyć wiarygodność świadka, który miał w tamtym czasie w pracy nadużywać alkoholu, dopuścić się kradzieży i romansować z żoną swojego pracodawcy. Okoliczności te spowodowały utratę pracy przez Ryszarda B. Na koniec Aleksander Gawronik złożył oświadczenie, w którym zaprzeczył,  by taka rozmowa się odbyła. – Ja w tym czasie nie miałem pojęcia, że ktoś taki jak Ziętara w ogóle istnieje. Dowiedziałem się o tym w 2014 roku. B. był jednym z kilkudziesięciu osób, które zatrudniałem i go nie znałem. Przyłapałem go na tym, że był pijany mając przy sobie broń ostrą. Ukradł kilkanaście sztuk garderoby mojej żony, w których chodziła potem jego dziewczyna. To był jedyny taki przypadek, gdzie poleciłem osobiście zwolnić pracownika.

Sąd postanowił uwzględnić wniosek obrony. Kolejna rozprawa odbędzie się 8 stycznia 2024 roku.

Stanowisko amicus curiae w tej sprawie TUTAJ.

Konferencja CMWP SDP na temat zabójstwa Jarosława Ziętary TUTAJ.

Kto zamordował Henryka Flamego „Bartka” – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

1 grudnia 1947 r. w Zabrzegu pod Czechowicami milicjant Rudolf Dadak zamordował Henryka Flamego ps. Bartek – dowódcę największego i najbardziej aktywnego zgrupowania NSZ działającego na Śląsku Cieszyńskim i w zachodniej części Małopolski. Dadak nigdy nie został osądzony za swoją zbrodnię, tak samo jak inspiratorzy zabójstwa – m.in. Henryk Wendrowski.

Henryk Flame urodził się 15 stycznia 1918 r. we Frysztacie na Zaolziu. W Szkole Przemysłowej w Bielsku uzyskał zawód ślusarza mechanika samolotów. W 1936 r. wstąpił na ochotnika do wojska i rozpoczął naukę w Szkole Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy. Ukończył ją w 1939 r. w stopniu kaprala pilota, dostając przydział do 123 Eskadry Myśliwskiej 2 Pułku Lotniczego.

W wojnie obronnej, jako pilot 123 eskadry myśliwskiej przydzielonej do Brygady Pościgowej, bronił nieba nad Warszawą. 1 września, w pierwszej bitwie powietrznej II wojny światowej, w okolicach Zakroczymia, samolot kpr. Flame został ostrzelany i zmuszony do lądowania, gdy ten próbował osłonić swego dowódcę. 16 września Henryk Flame dostał przydział do nowo sformowanej Eskadry Rozpoznawczej (z resztek Brygady Pościgowej) operującej na linii Lwów – Zaleszczyki.

Po 17 września zestrzelony przez Rosjan w okolicach Stanisławowa, ale udało mu się uratować i, ostatecznie, przekroczyć granicę z Węgrami. Tam internowany, ale znów szczęście mu dopisało – uciekł z obozu. Zadenuncjowany przez węgierskiego gospodarza trafił do niemieckiego obozu jenieckiego. Ze względu na niemiecko brzmiące nazwisko (w dokumentach z tamtego okresu występuje pisownia Flamme) został zaliczony do III grupy narodowościowej i uznany za Niemca, co przyczyniło się do zwolnienia go i powrotu do domu rodzinnego w Czechowicach. Tam założył organizację HAK (Harcerska Armia Krajowa) podległą AK, która zajmowała się wywiadem i sabotażem (m.in. wykoleił pociąg niemiecki).

W związku z powołaniem do armii niemieckiej jesienią 1943 r., jak również zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, Flame wraz z podkomendnymi uciekł do lasu, gdzie zorganizował samodzielny oddział partyzancki operujący w podbeskidzkich lasach. W październiku 1944 r. został zaprzysiężony jako żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych.

W lutym 1945 r., po zajęciu Czechowic przez Sowietów, na polecenie dowództwa NSZ ujawnił się, i został komendantem miejscowego komisariatu MO, który obsadził swoimi ludźmi. W kwietniu 1945 r. zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, Flame uciekł ze swoimi ludźmi w pobliskie lasy. Od tej pory zaczął występować jako „Bartek”, odtwarzając oddziały partyzanckie VII Okręgu Śląsko-Cieszyńskiego NSZ i rozpoczynając tym samym „drugą konspirację”. Od maja 1945 do lutego 1947 stał na czele największego zgrupowania niepodległościowego na Śląsku Cieszyńskim, którego liczebność, w szczytowym okresie, wynosiła ponad 300 dobrze uzbrojonych i umundurowanych żołnierzy. Zgrupowanie przeprowadziło łącznie ok. 340 akcji zbrojnych, walcząc z UB i Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego (w którym jako major służył Zygmunt Bauman).

Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego szczegółowo zaplanowało tę zbrodnię. Decyzję podejmował osobiście wiceszef bezpieki i faktyczny mózg resortu Roman Romkowski (Natan Grinszpan-Kikiel). Dlaczego komuna sięgnęła po tak wyjątkowe środki? Odpowiedź jest prosta. Świetnie zorganizowanego zgrupowania Henryka Flamego „Bartka” nie byli w stanie inaczej rozbić. Dlatego wprowadzili do oddziału agentów UB, przede wszystkim Henryka Wendrowskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficer VII Okręgu (Białystok) AK, po aresztowaniu przez Sowietów został agentem Smierszu, a potem m.in. wicedyrektorem Departamentu III MBP do walki z podziemiem „reakcyjnym”, a także ambasadorem PRL w Danii). Wendrowski zmarł w Warszawie w 1997 r. jako zasłużony, dobrze opłacany z naszych podatków emeryt. Wobec żołnierzy „Bartka” przedstawiał się jako emisariusz władz Narodowych Sił Zbrojnych z Zachodu. Operacja nosiła kryptonim „Lawina” – od ubeckiego pseudonimu Wendrowskiego. Plan zakładał, że wobec trudności z prowadzeniem dalszej walki na Śląsku Cieszyńskim żołnierze Flamego zostaną konspiracyjnie przerzuceni na ziemie zachodnie, a stamtąd do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

I tak, mimo pewnych obaw, NSZ-etowcy podporządkowali się wytycznym swoich przełożonych, którzy w istocie byli funkcjonariuszami bezpieki. Żaden z żołnierzy „Bartka” nie dotarł na Zachód ani nie wrócił na Podbeskidzie. Wszyscy zostali brutalnie zamordowani. W sumie w trzech kolejnych transportach ciężarówkami ze Szczyrku i Wisły komuniści wywieźli między 5 a 25 września 1946 r. w rejon Opolszczyzny kilkudziesięciu uzbrojonych żołnierzy. Prócz Starego Grodkowa zlikwidowano ich na granicy woj. opolskiego i śląskiego – na polanie koło Barutu (zwanej także uroczyskiem Hubertus, a później – w związku ze śmiercią naszych żołnierzy – Śląskim Katyniem) oraz w okolicach Łambinowic.

Wymordowanie żołnierzy Henryka Flamego było odwetem komunistów za wiele skutecznych akcji, szczególnie za tą najgłośniejszą, która miała miejsce 3 maja 1946 r. Wtedy, miejscowości wypoczynkowej Wisła, „Bartek” zarządził dla wszystkich podległych mu oddziałów wchodzących w skład VII Okręgu Narodowych Sił Zbrojnych wielką koncentrację w „kwaterze głównej” na Baraniej Górze. Za chwilę doszło do wydarzenia bez precedensu we wszystkich państwach Europy Środkowo-Wschodniej podbitych po 1944 r. przez Stalina – na oczach osłupiałych i przerażonych komunistów polscy żołnierze, w pełnym rynsztunku, przeprowadzili dwugodzinną defiladę w 155. rocznicę uchwalenia pierwszej nowoczesnej europejskiej konstytucji – Konstytucji 3 maja.

Henryk Flame ostatecznie nie wziął udziału w żadnym z trzech transportów na Opolszczyznę. W szpitalu leczył rany po potyczce z bezpieką. Po ogłoszeniu przez komunistów amnestii, nie widząc możliwości dalszego oporu, ujawnił się 11 marca 1947 r. w Cieszynie. Potem starał się ustalić, co stało się z jego podwładnymi, a gdy dowiedział się o ich strasznym losie, szukał miejsca komunistycznej zbrodni.
Ujawnienie się „Bartka” stanowiło dla komunistów ogromny sukces, który jednak przyćmiewał fakt, że Flame, ujawniając się na mocy amnestii, był chroniony, a według nich musiał ponieść karę. Komuniści rozpoczęli więc kolejną prowokację, mającą na celu „ukaranie” Flamego. Tak przyszedł 1 grudnia 1947 r.

O sukcesie prawicy w Holandii pisze KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Wilders i Timmermans – między stereotypami a rzeczywistością

Wybory parlamentarne w Królestwie Niderlandów wygrał Geert Wilders. Jego narodowa Partia Wolności (PVV) zdobyła 35 mandatów w stupięćdziesięciomiejscowym parlamencie. Frans Timmermans, stojący na czele koalicji komunistów, socjalistów i zielonych musi się zadowolić wprowadzeniem do izby niższej Stanów Generalnych jedynie dwudziestu sześciu deputowanych. Były Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej całą winę za porażkę lewicy zrzuca na media i zapowiada, że będzie bronił demokracji… do końca.

Narodowa Partia Wolności Geerta Wildersa program ma dosyć prosty. Opowiada się za restrykcyjną polityką imigracyjną, szczególnie w stosunku do uchodźców z państw muzułmańskich. Stoi na stanowisku, że islam jest największym zagrożeniem dla narodowych wartości i rodzimej kultury Niderlandów. Domaga się zakazu noszenia burek oraz likwidacji meczetów. Jednocześnie chce wzmocnienia suwerenności narodowej. Ponad to krytykuje działania Unii Europejskiej i zachęca Holendrów do wyjścia z jej struktur – przynajmniej jeszcze do nie dawna Wilders domagał się „Nexitu” i przywrócenia kontroli na granicach państwa.

W sferze polityki gospodarczej PVV zapowiada obniżenie podatków oraz redukcję rządowych subwencji – z wyjątkiem funduszy na opiekę zdrowotną i emerytury. Popiera za to protekcjonizm, mający ochronić niderlandzkie przedsiębiorstwa i ich pracowników. W kwestiach bezpieczeństwa narodowcy kładą nacisk na zaostrzenie przepisów karnych, szczególnie za najcięższe przestępstwa. Postulują też wzmocnienie sił policyjnych i wojska.

Mniej oczywiste są natomiast plany Partii Wolności, jeżeli chodzi o ochronę środowiska i bezpieczeństwo energetyczne. Pierwotnie PVV wyrażała sceptycyzm wobec polityki klimatycznej UE i promowała energię jądrową, ale na krótko przed wyborami jej przewodniczący złagodził nieco swoje stanowisko. Zresztą nie tylko w tej kwestii.

Do niedawna Wilders uważał, że opuszczenie UE pozwoliłoby Holendrom odzyskanie pełnej kontroli nad własnymi granicami, polityką gospodarczą i stanowieniem prawa. Ostro sprzeciwiał się także koncepcji federalizmu europejskiego, jako poczynaniom zagrażającym narodowej tożsamości i pełnej niezależności państwa. Broni także niezmiennie tradycyjnych wartości i praw rodziny. Wyraża też zdecydowany sprzeciw wobec „politycznej poprawności” i „zbytniej” tolerancji.

Jednym słowem, w programie narodowej Partii Wolności można znaleźć wszystko to, czym brzydzą się marksiści, trockiści, maoiści i cała reszta unijnych „reformatorów”. Nic więc dziwnego, że zwycięstwo Wildersa, wywołało wśród polityków lewicy panikę.

Lewacy, islamiści i biznes

W stolicy Królestwa Niderlandów, wkrótce po ogłoszeniu wyników wyborczych doszło do „spontanicznych” manifestacji. Na centralny plac Dam wyszli lewacy i wyznawcy islamu. Łącznie około tysiąca osób, które zapragnęły wyrazić sprzeciw wobec wyborczego triumfu Partii Wolności. Jej przywódcę, Geerta Wildersa okrzyknięto „populistą” i „faszystą” a jego partię – „najgorszym wrogiem demokracji”. Skandowano także hasła przeciwko „faszyzmowi, islamofobii, rasizmowi i nienawiści wobec osób queer”.

Przy okazji oberwało się Izraelowi. Demonstranci wznosili antysemickie okrzyki i żądali odbudowy wolnej Palestyny. Podobne korowody, ale o wiele mniej liczne, odbyły się też w Utrechcie, Lejdzie i innych częściach Niderlandów. Również tam pojawiały się transparenty z napisem: „From the river to the sea, Palestine will be free”, uznawane do niedawna przez lewicowych proroków za rasistowskie.

Dziennikarze liberalnego mainstreamu, relacjonując zajścia, skupiali się jednak głównie na stanie niderlandzkiej demokracji. I oczywiście na śmiertelnym dla niej zagrożeniu, które chce zafundować „naiwnym” Holenderkom i Holendrom populistyczno-prawicowa ekipa Wildersa. Tylko nieliczni zauważyli głębokie podziały społeczne i polityczne, do jakich doprowadziły trzynastoletnie rządy Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji i stojącego na jej czele, Marka Ruttego. Natomiast o tym, że demokracja to nie tylko wybory i ich wyniki, ale także to, co dzieje się później – czyli przede wszystkim dialog, debata a czasem nawet spory pomiędzy politykami a społeczeństwem, wspomniał jedynie „De Telegraaf” – największy dziennik w Niderlandach.

Wynik wyborów parlamentarnych mocno zaskoczył również część holenderskiego biznesu. Zwłaszcza branżę technologiczną. Poważne obawy o swoją przyszłość wyraził m.in. zarząd ASML Holding NV. Koncern, będący niderlandzkim potentatem w produkcji maszyn do wytwarzania chipów, obawia się, że antyimigranckie stanowisko Partii Wolności, zablokuje napływ cudzoziemskich, wysoko wyspecjalizowanych pracowników.

Rzeczniczka ASML wyraziła opinię, że po obniżeniu świadczeń społecznych dla zagranicznych pracobiorców, które wprowadzono już miesiąc temu, ewentualne rządy PVV doprowadzą Niderlandy do izolacji, a w dalszej perspektywie, do spadku konkurencyjności krajowej gospodarki.

Zagadkowa gra z Putinem

Najbardziej zwycięstwem Geerta Wildersa był jednak zaskoczony Frans Timmermans, do niedawna wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej.

Pod koniec sierpnia Timmermans postanowił wrócić do polityki krajowej. Chciał, podobnie jak Donald Tusk, „ratować swoją ojczyznę przed upadkiem demokracji”. Tuskowi się udało, Timmermansowi Holendrzy nie dali się nabrać.

Może dlatego, że mieli w pamięci jego dokonania… Zwłaszcza te w zakresie tzw. Europejskiego Zielonego Ładu i programu „Fit for 55”, których był głównym architektem. Być może przypomniały im się też jego zagadkowe relacje z Rosją – to, że jeszcze pod koniec roku 2021, nie dostrzegał faktu, iż Gazprom próbuje manipulować gazowym rynkiem Unii. Albo te jeszcze starsze historie z marca 2014 roku, kiedy po aneksji Krymu, Timmermans jako ówczesny minister spraw zagranicznych Królestwa Niderlandów, ogłosił, że „handel między Holandią a Rosją będzie kontynuowany jak zwykle”. A może oczy otworzyło im proroctwo z końca maja zeszłego roku, w którym Timmermans przewidywał, że „jest bardzo mało prawdopodobne, że Rosja zakręci kurek z gazem takim krajom jak Holandia, Niemcy czy Włochy. Kreml woli trzymać ‘dużych chłopców’ po swojej stronie, ponieważ to jedyne źródło dochodu, jakie mu pozostało”. W tym samym wywiadzie, emitowanym w niderlandzkiej telewizji publicznej NPO1, polityk stwierdził ponadto, że Putin „bardzo się boi” i dlatego „wywiera presję w szczególności na małych klientów”.

Co najdziwniejsze, wszystkie te absurdy Timmermans wygadywał pomimo, że doskonale znał Rosję i jej przywódcę, bo… w latach 90. mieszkał w Moskwie. I właśnie ten fakt rodzi pytanie, czy byłemu Wiceprzewodniczącemu Komisji Europejskiej brak kompletnie politycznych kompetencji, czy prowadzi z Władimirem Putinem jakąś grę i świadomie okłamuje opinię publiczną?

Frans Timmermans, jako wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, odegrał również kluczową rolę w zainicjowaniu postępowania przeciwko Polsce. Zainspirowany przez eurodeputowanych Koalicji Obywatelskiej i Lewicy procedurę karającą Polaków za rzekome „naruszenia zasad praworządności”. Procedura ta została uruchomiona w grudniu 2017 roku, w odpowiedzi na reformy sądownictwa wprowadzane przez polski rząd. Decyzję o uruchomieniu kar, zgodnie z art. 7. Traktatu o Unii Europejskiej, KE podjęła mimo zastrzeżeń ze strony niektórych urzędników UE, w tym ówczesnego Przewodniczącego Komisji, Jeana-Claude’a Junckera. Juncker wyraził wówczas zastrzeżenia co do skuteczności tego kroku, jednak ostatecznie władze unijne zdecydowały się na takie rozwiązanie.

Kary, którymi Polska została wówczas obłożona – zwłaszcza po tym, jak ostatnio Andrzej Morozowski przyznał w TVN24, że rząd Mateusza Morawieckiego „nie łamał dosłownie konstytucyjnych zapisów” – teraz budzą jeszcze większe wątpliwości, co do politycznych kompetencji Fransa Timmermansa niż sześć lat temu.

Timmermans nie umie przegrywać

Rankiem 23 listopada, zaraz po ogłoszeniu wyników, lider holenderskiej lewicy wystąpił przed kamerami telewizji publicznej NPO1. Był wyraźnie zdenerwowany, co nie umknęło politycznym komentatorom. Wouter de Winther z dziennika „De Telegraaf” nazwał go w chwilę później „zgorzkniałym człowiekiem, który nie potrafi znieść porażki”.

Timmermans znalazł oczywiście winnych swojej klęski. Są nimi media… Zdaniem polityka dziennikarze podczas kampanii wyborczej zbyt mało wypytywali Wildersa o jego program wyborczy, w którym ten nacjonalista „wyklucza miliony Holendrów”. Początkowo socjaldemokrata był ostrożny w słowach, ale kiedy reporterzy zaczęli pytać go o Wildersa, Timmermans wybuchnął: „Dlaczego pytacie o to mnie? Dlaczego nigdy jego nie zapytaliście go, jak wygląda program PVV?!”

Timmermans nie wierzy w uczciwość Geerta Wildersa. Stonowane wypowiedzi przywódcy prawicy i deklaracje, że chce być premierem wszystkich Holendrów, przywódca lewicy skwitował stwierdzeniem: „Wilders ani na jotę nie odchodzi od programu PVV, który między innymi opowiada się za zakazem meczetów i Koranu”.

Również następnego dnia przed kamerą „De Telegraaf”, Timmermans był wyraźnie pobudzony. „Nie udało mi się przekonać wystarczającej liczby wyborców”, przyznał. Ale gdy reporter zapytał, dlaczego tak się stało, ponownie zaatakował media. „Macie tych swoich profesjonalnych komentatorów, którzy wieczór po wieczorze wyjaśniają, jak to jest. Oni na pewno będą to kontynuować, a ja posłucham, co ci mądrzy ludzie mają do powiedzenia”. Zaraz po wypowiedzeniu tej kwestii wyszedł ze studia.

Wouter de Winther rejteradę Timmermansa uznał za mało profesjonalne zachowanie.

„Przyjechał, aby ratować nasz kraj przed Brukselą. To właśnie obiecał Holendrom, zwłaszcza lewicowym wyborcom. Jego misja zakończyła się jednak niepowodzeniem. Dzięki łasce Bożej ma jeszcze szansę rządzić, jeśli PVV nie uda się zbudować koalicji. Ale teraz najwyraźniej ma problem z zaakceptowaniem swojej klęski” – powiedział Winther.

W opinii dziennikarza, ​​Timmermans powinien przyznać się do porażki i iść dalej. „Reklamował się jako swego rodzaju zbawiciel. Myślał, że wystarczy pójść do urny… i ogłosić się nowym premierem. Holandia chciała czegoś innego. Powinien to przyjąć do wiadomości”.

W PVV są też porządni ludzie

Również Kamran Ullah, redaktor naczelny „De Telegraaf”, zwrócił uwagę na fakt, że niderlandzcy przywódcy polityczni, zwłaszcza ci, którzy stoją w opozycji do PVV, podsycają polaryzację społeczeństwa, a tym samym stają się winni „tego, o co oskarżają Wildersa”. „Robią to kłamiąc, że uchodźcy są deportowani z kraju, i że dla dzieci ze środowisk imigranckich nie mają przyszłości. To oczywiście nie jest prawdą.”

Jego zdaniem ​​politycy powinni pogratulować Geertowi Wildersowi zwycięstwa i zrobić wszystko, aby zapobiec dalszym podziałom społeczeństwa. Ullah krytycznie odniósł się też do osób oprotestowujących wyniki wyborów.

„Rodzą się silne emocje” – stwierdził. – „I jest to w pewnym stopniu zrozumiałe, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre elementy manifestu wyborczego PVV i oświadczenia Wildersa, wygłaszane wcześniej. Ale widać, że napięcie jest również w szeregach polityków, którzy w wieczór wyborczy nie złożyli Wildersowi gratulacji… Zadaniem przywódców politycznych, nauczycieli i mediów jest obecnie wyjaśnienie ludziom pobudek Wildersa i tego, co powiedział w ostatnich tygodniach… Oczywiście Wilders musi pokazać, że chce być premierem wszystkich Holendrów. Musimy też wyjaśnić ludziom, że żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, w którym naprawdę trzeba szanować wynik wyborów”.

Kamran Ullah, który sam jest potomkiem imigrantów, przestrzegł przed odrzuceniem prawie dwóch milionów wyborców PVV „jako bandy rasistów”. „Wyborcy, którzy głosowali na Partię Wolności, to ludzie z różnych środowisk. Ludzie, którzy w przeszłości głosowali na Partię Socjalistyczną, Partię Pracy, Partię Ludową na rzecz Wolności i Demokracji, a czasem nawet na Demokratów 66. To są bardzo porządni ludzie, którzy mają dość całej tej hecy i tracą zaufanie do polityki. Dlatego teraz głosują na Wildersa.”

Zdaniem naczelnego „De Telegraaf”, ostra krytyka islamu płynąca ze strony Wildersa była istotna tylko dla niektórych wyborców, ale nie stanowiła czynnika kluczowego dla większości. Ta część elektoratu uwierzyła, że lider PVV rzeczywiście zrezygnuje z wykluczenia społecznego muzułmanów.  Jeśli tak się stanie, możemy mieć nadzieję, że wszystko się ułoży”.

Holendrzy zaufali PVV

Powyborczym przemówieniem Fransa Timmermansa był również zaniepokojony prof. Afshin Ellian. Ten urodzony w Iranie prawnik, filozof i krytyk islamu politycznego wskazał na fragment, w którym lider koalicji komunistów, socjalistów i zielonych chce rzekomo bronić demokracji.

„Uważam, że to przemówienie było bardzo nierozsądne i trochę niespotykane… Timmermans zachował się wczoraj jak zawodowy prześladowca. Powiedział: ‘będziemy bronić demokracji’. Ale zdecydowana większość wyborców wybrała Wildersa. Mamy konstytucję, sądownictwo, media. Uważam, że to co zrobił Timmermans, to bardzo niebezpieczne podżeganie.”

Również autor książki „Vaste Grond”, Marcelo Mooren wytknął socjaliście, że nie powinien tak gwałtownie reagować na zwycięstwo konkurenta. Jego zdaniem Timmermans niepotrzebnie chce walczyć bezpośrednio z Wildersem, zamiast zająć się problemami, które wyniosły lidera narodowców tak wysoko. Mooren porównał strategię socjalisty do walki z komunizmem.

„Można walczyć z komunistami, ale ważniejsza jest walka z biedą, która stworzyła komunizm. To samo dotyczy tej formy populizmu” – powiedział. – „I to jest oczywiste, ale wciąż są partie, które chowają głowę w piasek i nie chcą żadnych rozwiązań. Teraz jest najważniejsze to, co zrobimy. Kto będzie premierem, a kto znajdzie się w opozycji? Jeśli popełnimy błąd, Wilders za cztery lata będzie miał pięćdziesiąt mandatów.

I trudno odmówić racji wszystkim przywołanym ekspertom. Tolerancyjna, bezpieczna i przyjazna dla wszystkich Holandia odchodzi do historii, a jej mieszkańcy są zmęczeni permanentnymi politycznymi awanturami. Ponad 50 proc. mieszkańców nie ufa już politycznym elitom, a 60 proc. uważa, że krajem rządzą darmozjady, których jedynym celem jest władza. Tym czasem 80 proc. społeczeństwa najbardziej obawia się imigrantów. Wildersowi udało się odczytać te lęki. I to już dwadzieścia lat temu. Dlatego właśnie Holendrzy mu zaufali.

A jednak do liberalno-lewicowego establishmentu nadal nic nie dotarło. Niemiecka stacja ZDF i dziennik „Tagesspiegel”, Geerta Wildersa tradycyjnie nazywają „prawicowym populistą”. Z kolei francuski dziennik „Le Monde” charakteryzuje PVV jako „partię skrajnie prawicową i antyislamską”. W wyobrażeniu Thomasa Kirchnera z „Süddeutsche Zeitung” Wilders to „jeden z najbardziej nieprzejednanych krytyków islamu w Europie” i „uparty nacjonalista, który pcha Holandię do wyjścia z Unii Europejskiej i NATO”. Kirchner zwraca również uwagę na deklarowane przez Wildersa „ksenofobiczne postulaty”, w tym „dążenie do natychmiastowego ograniczenia liczby osób ubiegających się o azyl do zera”.

Czy zatem Królestwo Niderlandów, kraj do tej pory głęboko zakotwiczony w strukturach UE i NATO, postrzegany jako jeden z najbardziej zagorzałych przeciwników putinowskiej Rosji, zmieni teraz kurs o 180 stopni? Czy nowy prawicowy gabinet z udziałem Partii Wolności, który jak wszystko wskazuje jest na najlepszej drodze do objęcia władzy, raczej utrzyma dotychczasowy kierunek? Jak by nie było, należy się spodziewać, że holenderskie wybory wymuszą na unijnych eurokratach zmianę narracji. A Wilders stanie się kierunkowskazem dla obywateli tych państw, które chcą zachować suwerenność i narodową tożsamość.

 

 

ALEKSANDRA KUCZYŃSKA-ZONIK: Dlaczego rosyjska propaganda w państwach bałtyckich jest nadal aktywna?

Formalna blokada rosyjskich kanałów telewizyjnych i radiowych w państwach bałtyckich znacznie ograniczyła rozprzestrzenianie propagandy, choć zupełnie jej nie powstrzymała. Jej ton jest agresywny, a propagandziści są coraz bardziej kreatywni w doborze narracji i metod.

Oficjalnie działalność rosyjskich kanałów propagandowych w państwach bałtyckich została zakazana zarówno na poziomie krajowym, jak i europejskim. Wkrótce po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę instytucje odpowiedzialne za regulacje w sferze informacyjnej na Litwie, Łotwie i w Estonii wydały nakazy zaprzestania nadawania dostawcom usług medialnych, m.in. RTR Planeta, NTV Mir, NTV Mir Baltic, Belarus 24, Rossija 24 i TV Centre International. Regulatorzy powoływali się m.in. na fakt, iż 24 lutego 2022 r. dostawcy ci wyemitowali przemówienie prezydenta Rosji Władimira Putina, w którym usprawiedliwiał on inwazję wojskową na Ukrainę, ignorując podstawowe zasady prawa międzynarodowego. Następnie, wskazane wyżej kanały telewizyjne znalazły się na unijnej liście sankcyjnej, bezpośrednio lub za pośrednictwem ich spółek macierzyste. Zablokowano także dostęp do niektórych stron internetowych, które rozpowszechniały prokremlowską propagandę, ze względu na wsparcie dla agresji militarnej oraz nawoływanie do nienawiści. W rezultacie w państwach bałtyckich ograniczano nadawanie ponad 80 rosyjskim i białoruskim kanałom telewizyjnym, które wcześniej były dostępne w tych państwach. Media te cieszyły się znacznym zainteresowaniem wśród odbiorców, szczególnie na Łotwie. Ich popularność wynikała z atrakcyjności, odpowiedniego doboru tematów i sposobów ich prezentowania, które zapewniały rozrywkę i przyjemny sposób spędzania wolnego czasu.

Jak dotąd rosyjskie władze stosowały szereg taktyk w celu rozprzestrzeniania dezinformacji mającej na celu podważenie legitymacji państw bałtyckich i osłabienie spójności społecznej na Litwie, Łotwie i w Estonii. Pomimo formalnych ograniczeń propaganda w dalszym ciągu jest jednak rozprzestrzeniana (np. według opinii litewskiej komisji ds. mediów z rosyjskich kanałów korzysta obecnie około 5% mieszkańców tego państwa). Ze względu na zmianę sytuacji geopolitycznej w regionie (dezinformacja obecna jest przede wszystkim w internecie, szczególnie w mediach społecznościowych), zostały zaadoptowane nowe narracje, metody i kanały, jednak cele propagandzistów pozostały te same. Rosja przedstawia się jako otoczona przez „wrogie siły”, które dążą do osłabienia jej pozycji w regionie i zagrażają jej bezpieczeństwu. Zgodnie z tym podejściem państwa bałtyckie są ważną częścią zachodniego spisku mającego na celu „okrążenie” i powstrzymanie Rosji. Rosyjska propaganda, podobnie jak wcześniej, wykorzystuje podziały społeczne i zróżnicowane postrzeganie władzy przez większość etniczną (Litwinów, Łotyszy i Estończyków) oraz mniejszości rosyjskojęzycznych. W związku z tym narracje, które trafiają do tych grup społecznych mogą się znacząco różnić.

Powszechny komunikat, który pojawił się po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę dotyczy uchodźców. Ukraińscy uchodźcy są rzekomo źle traktowani na Litwie, Łotwie i w Estonii. Te informacje mają trafiać przede wszystkim do większości etnicznych w tych państwach. Z kolei narracja skierowana do mniejszości rosyjskojęzycznej ma je przekonać, że uchodźcy są w rzeczywistości traktowani preferencyjnie w stosunku do mieszkańców – otrzymują większe wsparcie niż obywatele, przez co ci drudzy czują się dyskryminowani przez rząd. Celem tego typu działań jest polaryzacja społeczna, która ma doprowadzić do destabilizacji w państwach. Kolejnym istotnym tematem jest pamięć o żołnierzach Armii Radzieckiej. Aktywizacja tego wątku przypada na rocznice upamiętniające zakończenia II wojny światowej. Od wielu lat dziewiąty maja był okazją do uzasadniania odbudowy pozycji militarnej Rosji i wzmocnienia poparcia dla jej imperialistycznych dążeń. O ile sympatia dla tego typu działań pozostawała stabilna, po 22 lutego 2022 r. zarówno ze względu na regulacje prawne (ograniczenie możliwości organizacji publicznych wydarzeń ze względów bezpieczeństwa), proces usuwania sowieckich memoriałów z miejsc publicznych (najbardziej znanym przykładem było wyburzenie pomnika z placu Zwycięstwa w Rydze oraz przeniesienie czołgu T-34 z estońskiej Narwy), a także samą zmianę świadomości i stosunku do Rosji wśród mieszkańców spowodowała, że rosyjska kampania propagandowa wokół dziewiątego maja nie mogła mieć miejsca w takiej skali jak poprzednio. W tym roku Rosja przygotowała kampanię propagandową w mediach społecznościowych w oparciu o symbole poparcia dla jej celów militarno-politycznych na Ukrainie. Ponadto rosyjskie media państwowe informowały, że obchody upamiętniające zakończenie II wojny światowej organizowane w państwach bałtyckich wspierają rosyjską narrację przeciwstawiania się NATO i nazizmowi, a „operacja wojskowa” na Ukrainie jest wspierana przez rządy tych krajów. Swego rodzaju prowokacja miała miejsce także w Iwangorodzie, rosyjskim mieście położonym na granicy z Estonią. Granicę stanowi tam rzeka, po drugiej stronie której znajduje się miasto Narwa. Z okazji dziewiątego maja władze Iwangorodu zorganizowały koncert ustawiając scenę w taki sposób, aby była ona widoczna dla mieszkańców estońskiej Narwy. Na uroczystości występowali rosyjscy artyści, śpiewano militarne pieści i prezentowano film patriotyczny. Po estońskiej stronie zgromadziły się setki mieszkańców, a porządku pilnowała policja. W odpowiedzi, na murze fortecy, Estonia umieściła plakat z napisem „Putin zbrodniarz wojenny” w taki sposób, aby podczas koncertu jego uczestnicy po rosyjskiej stronie mogli go widzieć. Rosja domagała się usunięcia plakatu, lecz Estonia odmówiła.  Rosja pragnie także zdyskredytować polityki wewnętrzne państw bałtyckich, przedstawiające je jako słabe, niedemokratyczne, pogrążone w chaosie. M.in. w październiku 2022 r. w związku z ćwiczeniami wojskowymi dla Estońskich Sił Zbrojnych i rezerwistów  pojawiły się narracje, zgodnie z którymi ćwiczenia są „bezcelowe”, a żołnierze „nieudolni” i „słabi”. Porównanie armii do cyrku miało także na celu ośmieszenie i obniżenie hartu ducha wśród żołnierzy. Na Litwie propagandziści wykorzystali kwestię ograniczenia tranzytu z Rosji do Kaliningradu będącego częścią sankcji Unii Europejskiej nałożonych po ataku na Ukrainę. Tzw. „blokada Kaliningradu” wywołała wśród rosyjskojęzycznych odbiorców bolesne skojarzenia z oblężeniem Leningradu w czasie II wojny światowej, a w rezultacie przypuszczenie, że Litwini stosują metody nazistowskie.

W odniesieniu do strategii propagandowych możemy zauważyć zarówno nowe taktyki i kierunki, jak i te, stosowane od lat. Rosyjskie media i sympatycy prokremlowscy wykorzystują nagłówki lub fragmenty artykułów z mediów zachodnich, przedstawiając je w odmienny, kontrowersyjny i krytyczny wobec państw bałtyckich sposób. Używają zrzutów ekranu, cytatów bez odwoływania się do oryginalnego tekstu, lub wymagają dodatkowej opłaty za przejście do artykułu źródłowego. W ten sposób czytelnicy nie mają dostępu do pełnego kontekstu, który, w rzeczywistości ma niewiele wspólnego z interpretacją przedstawianą przez propagandzistów. Rosja powołuje się również na autorytety, które mają wspierać i promować prokremlowską narrację. Tego typu działania miejsce także w odniesieniu do najmłodszych odbiorców. Rosja wykorzystuje bowiem kulturę popularną jako instrument własnej polityki imperialistycznej, tzw. „wielkiej kultury” promowanej od czasów sowieckich. Dla przykładu, część obsady pełnometrażowego filmu dla dzieci o przygodach Czeburaszka, który wszedł do kin na początku 2023 r., otwarcie poparło rosyjski arak na  Ukrainę. Film wyświetlany był również w Estonii, a dochody z niego zasiliły rosyjską gospodarkę. Rodzi to wątpliwości natury etnicznej zarówno dla odbiorców produkcji, jak i międzynarodowych dystrybutorów.

W dalszym ciągu efektywnym środkiem przekazu są memy – krótkie, pełne humoru formy przekazu w postaci tekstu lub obrazu. Motywy pozostają te same jak w przypadku tradycyjnych kanałów komunikowania: upamiętnianie osiągnięć Związku Radzieckiego (ZSRR jako państwo bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu) oraz zależność państw bałtyckich od NATO, UE i USA. Do efektywności prokremlowskiej propagandy przyczyniają się także tzw. pożyteczni idioci, który, zwykle nieświadomie i bez zastanowienia, publicznie rozpowszechniają narracje zgodne z linią Moskwy. Wypowiedzi dotyczące rzekomo celowych opóźnień w dostawie broni na Ukrainę oskarżające państwa zachodnie lub te, według których Zachód dąży do przedłużania działań wojennych, aby osłabić militarnie Rosję, a następnie doprowadzić ją do rozpadu lub kontrolować pogrożone w chaosie państwo, bez wątpienia korespondują z narracjami propagandowymi Rosji. Sytuacja taka mogłaby jakoby  wzmocnić  suwerenność i bezpieczeństwo Litwy, Łotwy i Estonii.

Wnioski

Formalna blokada rosyjskich kanałów telewizyjnych i radiowych w państwach bałtyckich znacznie ograniczyła rozprzestrzenianie propagandy, choć zupełnie jej nie powstrzymała. Jej ton jest agresywny, a propagandziści są coraz bardziej kreatywni w doborze narracji i metod. Wykorzystują przede wszystkim media społecznościowe, które dla rosyjskojęzycznych odbiorców są ważniejszym kanałem informacyjnym niż w przypadku osób pochodzenia litewskiego, łotewskiego czy estońskiego. Przy zredukowanej roli mediów tradycyjnych, Moskwa sięgnęła po nowe techniki komunikacyjne, a  w wirtualnym świecie stworzyła pajęczynę fałszywych kont i profili, które służą do zwiększania popularności stron rozpowszechniających dezinformację. Publiczne posty w języku rosyjskim opierają się na oficjalnych rosyjskich narracjach mówiących o pokoju i neutralności. Jednocześnie zamknięte grupy w mediach społecznościowych pozwalają na kreowanie i rozpowszechnianie „alternatywnych”, krytycznych wobec dominującego dyskursu i bardziej radykalnych wersji wydarzeń, przy zachowaniu względnej anonimowości. Po 22 lutego 2022 r. jednym z głównych tematów są uchodźcy z Ukrainy. Chociaż społeczeństwa państw bałtyckich już od pierwszych dni wojny rosyjsko-ukraińskiej angażują się w pomoc uciekającym przed wojną, w mediach społecznościowych rozprzestrzeniane są negatywne komentarze na ich temat. Ich autorzy obwiniają Zachód i ukraińskich przywódców o przyczynienie się do ataku Rosji na Ukrainę, a także zarzucają uchodźcom, którzy przybyli na Litwę, Łotwę i do Estonii zdradę Ojczyzny i  wciągnięcie państw UE w działania militarne. Część mieszkańców państw bałtyckich obawia się także, że rządy koncentrując się na wsparciu dla uchodźców ograniczają politykę społeczną i socjalną skierowaną do uboższych grup społecznych w tych państwach. Niewątpliwie, do takiego sposobu myślenia po części przyczyniły się niepowodzenia dotychczasowych polityk  integracyjnych państw bałtyckich. Na szczęście jednak, narracje te nie znajdują szerszej  publiczności. Nie mniej, platformy internetowe nie wypracowały jeszcze odpowiedniej strategii na tego typu działania, zwykle stosując trwałe lub czasowe usunięcia propagandowych postów. Zdarzają się również przeciwne sytuacje, kiedy algorytmy blokują konta tych, którzy wyrażają niezadowolenie z rosyjskiej agresji lub wzywają do wsparcia Ukrainy. W szczególności, problemy tego rodzaju dotyczą odpowiednich algorytmów w językach małych państw – Litwy, Łotwy, Estonii czy Bałkanów.

Regulacje i procedury administracyjne na Litwie, Łotwie i w Estonii stwarzają znaczne przeszkody w skutecznym oddziaływaniu propagandy na mieszkańców. Litwa planuje utworzenie centrum, którego zadaniem będzie monitorowanie i ujawnianie prokremlowskiej propagandy. Dobrym sygnałem jest także wzrost świadomości o wszechobecności  dezinformacji (media literacy) i umiejętności rozpoznawania fałszywych treści. Zmienia się także sam stosunek do Rosji wśród odbiorców rosyjskojęzycznych w państwach bałtyckich. Badania na Łotwie wykazały, że ponad połowa respondentów (63%) jest przekonana, że polityka zagraniczna kraju powinna być ukierunkowana na Zachód, a nie na Wschód. Wśród rosyjskojęzycznych odsetek ten był nieco mniejszy (41%), jednak różnica w tej kwestii na przestrzeni ostatnich lat jest widoczna. Podczas gdy w 2010 r. faworyzujących politykę zagraniczną ukierunkowaną na Wschód było 46%, obecnie jest ich już tylko 18%.

Co ciekawe, rosyjskiej propagandzie w państwach bałtyckich coraz częściej zaczyna towarzyszyć  dezinformacja ze strony Chin. W ostatnim czasie sprzeciw opinii publicznej wzbudziła wypowiedź chińskiego ambasadora we Francji Lu Shaye, który zakwestionował  suwerenność byłych republik radzieckich i przynależność Krymu do Ukrainy. Ambasador wyraził wątpliwości wobec statusu państw bałtyckich jako suwerennych państw. Nie jest to pierwszy przypadek fałszowania historii i podważania integralności terytorialnej państw bałtyckich przez autorytarne reżimy. Wcześniej w rosyjskiej Dumie zainicjowano proces rozważenia anulowania uznania niepodległości Litwy. Szerzenie dezinformacji staje się więc kolejnym instrumentem agresywnej polityki Chin wobec państw bałtyckich. Służby bezpieczeństwa Litwy, Łotwy i Estonii sukcesywnie informują o działalności szpiegowskiej próbach rekrutacji przez rosyjskie, białoruskie i chińskie agencje wywiadowcze. Odnotowuje się także intensywność działań chińskich służb wywiadowczych w zakresie operacji informacyjnych i cyberwywiadu. Oznacza to, że aktywność propagandowa Chin staje się coraz większym wyzwaniem dla rządów Litwy, Łotwy  Estonii.

Aleksandra Kuczyńska-Zonik

Artykuł powstał w ramach projektu StopFake PL. Więcej TUTAJ.