„Nie strasz, bo…” przestrzega STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Strachy na Lachy

„Czas rozliczeń coraz bliżej” – straszy Wyborcza. Chłopcy i dziewczynki, rozliczyć to trzeba ale was. Za te wszystkie zdrady i eurostręczycielstwo, za blokowanie pieniędzy tak aby rząd padł a wypromował się nowy, większościowy. Naród przy urnach zgłupiał wprawdzie chwilowo ale wkrótce się ocknie. Europeizacja totalna i tak się nie odbędzie. Chętni mogą pojechać ale indywidualnie, szengenowo na stałe lub chwilowo na przysłowiowe zlewozmywaki lub usługiwanie gastryczne. Jeszcze dobrze za to płacą w Niemczech.

Już niedługo TVP, której prezesem będzie, bo bardzo chce, Tomasz Lis, Kublikowa zastąpi Lewandowską a Olejnik Holecką. Prezesa radia utrwali się u ojca Rydzyka, a prezes brodaty z Telewizji Polskiej zostanie np. pomocnikiem ministra kultury. Na pewno z panem Sienkiewiczem świetnie się dogadają. Burzliwe dzieje Telewizji Polskiej od Jacka Kurskiego po Bartłomieja Sienkiewicza uspokoją się albo i nie. Póki co szeregowi pracownicy nadchodzącymi zmianami w ogóle się nie denerwują.  I tak trzymać.

Przepracowałem w Telewizji Polskiej kilkadziesiąt lat i znam tam sporo ludzi. Jeszcze żyją. W momentach przełomowych (jak przełamuje się prezesa) ocenia się dorobek i wróży z fusów, co dalej będzie. Okazuje się, tak przynajmniej mówią mi starzy koledzy, że jest spoko. Wcale nie ma paniki. Ci z pierwszej linii aktualności i publicystyki oczywiście liczą się z odejściem, ale twierdzą, że mają gdzie pójść. Mediów ci u nas dostatek. Pójdą do Rydzyka albo do Sakiewicza. Nawet to pierwsze rozwiązanie jest chyba lepsze, bo w Toruniu świetnie już przygotowano młode kadry i Telewizja Trwam na pewno nie jest gorsza od pozostałych. Poza tam jednak się spowiadają i być może dlatego kłamczuszków jest mniej.

Szanowny wiekowy drzewostan też może być w strachu. W końcu przez ostatnie osiem lat było dość kolorowo. Teraz jesień. Liście opadły. Świat zrobił się szary. Trzeba zimę przeczekać. Nie znaczy to, aby nic nie robić. Nie zawsze można dobrem zło niweczyć.  Czasem nawet naiwna dobroć wychodzi człowiekowi bokiem. Ale wtedy zwykle krew ruszy w żyłach i wracamy do codziennej rywalizacji, żeby nie powiedzieć walki.

„Nie lękajcie się” – mówił nasz Święty. Z mojego prywatnego, cząstkowego rozeznania wynika, że wcale nie słychać łopotu trzęsących się gaci. Nad morzem, skąd właśnie wróciłem, owszem, słychać łopot, ale białych mew a tak to w ogóle cisza i spokój. Czas oczekiwania. Straszno czasem ale i śmieszno zarazem. Czytając rozsyłane teraz np. przez panią prof. Joannę Senyszyn pisma ogólnoagitacyjne, w których pani naukowiec pisze: „Kochani! Kończy się dziewiąta kadencja Sejmu RP. Za nami osiem lat kaczyzmu, podczas których przeżyliśmy wszystkie możliwe plagi: covid, wojnę na Ukrainie, bezsensowne skłócenie z Unią Europejską, postępującą klerykalizację państwa, zawłaszczenie przez PiS publicznych mediów, rujnowanie demokratycznych instytucji państwa, zaprzepaszczenie szansy na przyspieszenie rozwoju społeczno-gospodarczego dzięki unijnym środkom (…)”.  No cóż, kto to zaprzepaszczał, kto podnosił dziarsko łapy do góry przeciwko Polsce. Wystarczy.

Pamiętacie budkę. Została już dawno spalona przez obecnego kandydata na kulturalnego ministra. Jeśli pan Kosiniak pójdzie rzeczywiście w kamasze, to chyba zaryczą lwy, które stoją znowu zastygłe na terenie, gdzie kiedyś było kino Moskwa. Zresztą, kto to wie co będzie? Codziennie jesteśmy zaskakiwani. Zdarza się, że czas płynie wartko i rzeczywiście żyjemy w arcyciekawych czasach. Azjatycki wirus został pokonany. Trudniej z wirusami rodzimymi. Wolnoć Tomku w swoim domku, ale nie po to by go dewastować.  W końcu ktoś naprawdę zareaguje. Problem jak długo przyjdzie na tę reakcję jeszcze czekać. Czasem starzy posłowie wykazują jednak resztki rozumu, a szybko biegnąca do przodu młodzież często nie wie co czyni.

Książeczkę „Rozalka Olaboga” napisała poetka Anna Kamieńska, żona poety seniora Jana Śpiewaka, matka i babcia licznych i sławnych juniorów o tym nazwisku. Przeczytajcie sobie odwetowcy. Sam tytuł już do dzisiejszych czasów pasuje. A co będzie dalej? Tak czy owak strachy na Lachy. Musi to na Rusi a w Polsce ciągle jak kto chce. Jesteśmy liberałami od zawsze i tacy pozostaniemy. Ale nawet sławetne liberum veto miało sens i czasem było potrzebne.

Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?  Ci którzy straszą dochodzeniami niech najpierw zajmą się Amber Goldem, poszukiwaniem zabójców Leppera, Pańki i Petelickiego. Straszenie, że następcy ścigać będą poprzedników to błędne koło. Wkrótce się zorientują, że tak jak z psem, który usiłuje ugryźć się w ogon. Cztery lata szybko miną. Następcy też będą robić podsumowanie.

Czekamy na nowe buźki na małym ekranie. Taka kolej losu idoli. Fajna to praca w telewizji, ale gwarancji nie ma, aby długo ją się cieszyć. Oczywiście są wyjątki. Zresztą wszyscy naraz nie wylecą, bo wówczas trzeba by zamknąć całą budę, a na to już narodu nie zezwoli, bo bardzo lubi gapić się bezczynnie w ekran. Niektórzy nawet  bez telewizji żyć nie mogą – wszystko jedno czy łże – czy też nudzi. Choroba telewizyjna to epidemia permanentna. Doprowadza do zwiotczenia mięśni i zaniku rozumu. Tylko wymogi pęcherza i konieczność ruszenia się z fotela człowieka takiego ratuje.

Nad morzem lata potworne ptaszysko. Czarne i ponure. Nazywa się kormoranem. Dziennie zjada 3-4 kilogramy bałtyckich ryb. Połowę tego co połknie prawie natychmiast wydala górą. Reszta czyli żrące odchody niszczą wydmy, lasy na bałtyckich wydmach. Niestety zamiast wytępienia słyszymy naiwne śliczne nawet piosenki o tych ptaszyskach. To co się wabi – np. obywatelską platformą to też co innego brzęczy, a co innego robi.

 

 

WALTER ALTERMANN: Święta wojna i chciejstwo w szerokim spektrum inwestycji

„Loża prasowa” w TVN24, 19 XI. 2023 r. – „Prezes Kaczyński prowadzi nieświętą wojnę …”   – mówi Justyna Dobrosz-Oracz. I mamy kolejny przykład, że dziennikarz coś wie, ale nie do końca wie, co wie. Zwrot „święta wojna” jest stałym zwrotem frazeologicznym, którego zmieniać nie wolno. Niestety, pani Dobrosz-Oracz postanowiła być kreatywna i nadała mu nowe znaczenie, zmieniając „świętą wojnę” na „nieświętą wojnę”. I oczywiście wyszło bez sensu, bo prawdopodobnie nie wiedziała skąd się ten związek frazeologiczny wziął i co znaczy.

 Otóż – święte wojny były ogłaszane w średniowieczu, gdy chodziło o walkę z muzułmanami, o wyzwolenie Ziemi Świętej, albo o zniszczenie Katarów. Po raz pierwszy użył tego wyrażenia Piotr Pustelnik – w odpowiedzi na wezwanie papieża Urbana II do krucjaty – ogłaszając pierwszą wyprawę. Była to wyprawa ludowa w 1096 roku i poprzedzała właściwą pierwszą krucjatę. Piotr Pustelnik był francuskim zakonnikiem i wędrownym kaznodzieją.

Wtedy to walka o krzyż, o chrześcijaństwo usprawiedliwiała wojny, czyli te wojny były święte. Z biegiem lat i wieków „święta wojna” zmieniła znaczenie, i dzisiaj znaczy tyle, co szaleństwo, walka bez sensu, walka bezrozumna, zaciekła, w obronie nie wiadomo czego.

Zatem pani Dobrosz-Oracz powinna powiedzieć, że prezes Kaczyński prowadzi „świętą wojnę”. Ale być może wystraszyła się, że będzie pomówiona o neopogaństwo, o obrazę świętości – i powiedziała co tam wiedziała.

Chciejstwo

2 listopada 2023 roku trener piłkarzy ŁKS-u, Piotr Stokowiec, mówi w Polsacie, przed meczem Pucharu Polski: „Musi nas cechować chciejstwo. Rzecz w tym, żebyśmy chcieli grać.” Święte słowa pana trenera, bo inaczej się nie da.

Słowa cenne, ale nie do końca precyzyjne, bo trener powiedział też, że jego zawodników ma cechować „chciejstwo”. I mamy problem, bo pojęcie „chciejstwa” stworzył sam Melchior Wańkowicz, według którego oznaczało ono negatywną cechę naszego polskiego charakteru. Wańkowicz twierdził, że nie stać nas na rzetelną codzienną pracę, na pracę rozumną i perspektywiczną, bo mamy niestałe, płoche charaktery więc kierujemy się jedynie zamiarami, poprzestajemy na „chciejstwie”, za którym nie idą realne działania. Nagle coś ogłaszamy, jakieś zmiany, jakieś plany… i na tym poprzestajemy, bo nie mamy do realizacji tych planów sił, ludzi oraz pieniędzy.

Krótko mówiąc – Wańkowicz był za tym, żeby mierzyć zamiary według posiadanych możliwości. Zupełnie inaczej niż Mickiewicz, który stawiał na ducha, co obwieścił już w „Pieśni filaretów” z 1820 roku, gdzie pisał:

 

Cyrkla, wagi i miary
Do martwych użyj brył;
Mierz siłę na zamiary,
Nie zamiar podług sił
.

 

Faktem jest, że nowy trener ŁKS-u ma kłopot, bo w jego drużynie sił mało a i duch niebyt odważny.

 

Szerokie spektrum możliwości bycia śmiesznym

Z meczu piłkarskiego pomiędzy Widzem Łódź i Ruchem Chorzów, który odbył się 18 listopada 2023 roku, wynotowałem również trzy zadziwiające zdania sprawozdawcy Canal+.

Pierwsze zdziwienie – po usunięciu z boiska, przez sędziego, zawodnika Ruchu, sprawozdawca mówi: „Teraz Widzew ma szerokie spektrum możliwości”. Zastanowiło mnie kim z wykształcenia jest ów sprawozdawca? W grę wchodziły studia z zakresu zarządzania lub filozofia z ontologią jako zakresem pracy magisterskiej. Po chwili zdecydowałem się na to, że sprawozdawca najpewniej był posłem na Sejm, bo tam najłatwiej można nabawić się takich przypadłości językowych.

Zdziwienie drugie. W chwilę po usunięciu z boiska drugiego zawodnika Ruchu, sprawozdawca mówi: „Musimy się okiełznać w tych zmianach boiskowych”. Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś sam sobie zakładał kiełzno, lub chomąto i uzdę.

Zdziwienie trzecie. „Po doprowadzeniu przez Widzew do remisu, sprawozdawca mówi: „Teraz wynik jest bardzo przychylny dla Widzewa”. Niestety o przychylności nie mogę powiedzieć nic dobrego. Przychylny ludziom bywa najczęściej urzędnik-łapownik, ale tylko za dodatkową opłatą. Przychylni bywają też wykładowcy wyższych uczelni, którzy z dobrego serca lub ze znudzenia dają przysłowiową „tróję” egzaminowanym studentom, plotącym na egzaminach banialuki. Podsumowując, podejrzewam, że ktoś z Canal+ musiał być bardzo, ale to bardzo przychylny sprawozdawcy, gdy angażował go do pracy.

Kto z czym finiszuje

Czytam tytuł na portalu wnp.pl: „Francuska grupa finiszuje inwestycję w Częstochowie”. A w tekście trochę inaczej: „Francuska grupa CGR kończy inwestycję w nową halę w Częstochowie.”.

Mamy dwa problemy Pierwszy to tytułowy finisz. Bo dlaczego autor napisał z francuska, kiedy z tekstu głównego, że opanował znaczenie finiszu? Nie chciał się powtarzać? To trzeba było, napisać, że inwestycja: jest na ukończeniu, zbliża się do końca.

Drugi problem, to nieporadność składniowa. Nie jest to bardzo po polsku, gdy pisze się, że: grupa CGR kończy inwestycję w nową halę. Inwestycja ma w tym przypadku dwa znaczenia: budowa oraz wyłożenie pieniędzy na tę budowę. Jednak w obu przypadkach „kończy się budowa nowej hali”, a nie „kończy się inwestowanie w budowę”. Chyba, że inwestor wycofał się z płacenia, za tę inkryminowaną budowlę. Wtedy tak.

 

To dzieło powinni znać wszyscy, ale nie każdy rozumie – WALTER ALTERMANN: Dziady 2023

Pamiętam dobrze dwie wielkie inscenizacje „Dziadów” Mickiewicza. Pierwsza, to obrosła legendą polityczną inscenizacja Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym, druga to wspaniała inscenizacja Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze w Krakowie. Dlatego też byłem wielce ciekawy najnowszej telewizyjnej inscenizacji, choć od początku miałem obawy.

Telewizja Polska mocno zapowiadała te „Dziady”, podkreślając, że ich największą atrakcją i atutem będzie to, że dzieło Mickiewicza zagrane będzie na żywo, a miejsca akcji będą historyczne i autentyczne:

„Pierwsza w historii realizowana i emitowana „na żywo” z Wilna inscenizacja dzieła Adama Mickiewicza, które zaważyło na losie Polaków. „Dziady. Śladami Adama Mickiewicza” składać się będą z trzech odrębnych scen, zaczerpniętych z II oraz III części dramatu. Każdą z części przygotuje inny reżyser w innym miejscu Wileńszczyzny. Widowisko rozpocznie scena z II części Dziadów, która odbędzie się na Górze Krzyży na Cmentarzu Szawelskim w reżyserii Jarosława Kiliana. W drugiej części, reżyserowanej przez Jarosława Gajewskiego, wybrzmi Wielka Improwizacja w zabytkowej Celi Konrada, nieopodal Ostrej Bramy, przy klasztorze Bazylianów, w którym w XIX wieku więziono młodzież wileńską podczas procesu Filomatów i Filaretów.
Jako ostatnią zobaczymy scenę balu u Senatora, która odbędzie się w Sali Kolumnowej Uniwersytetu Wileńskiego i zostanie przygotowana przez reżyser Magdalenę Małecką-Wippich oraz choreografa Jacka Przybyłowicza.

Całość poprzedzi wprowadzenie na cmentarzu w Solecznikach, na którym sam Mickiewicz w 1821 roku obserwował obrzęd Dziadów. Przewodnikiem po fundamentalnych dla romantycznego arcydramatu miejscach i swoistym Narratorem będzie Przemysław Stippa. Trzy koncepcje reżyserskie łączyć będzie genius loci Wilna i okolic, które kształtowały wyobraźnię polskich romantyków”.

Moje obawy wstępne – przed obejrzeniem spektaklu

Przeczytawszy tę zapowiedź spektaklu, popadłem w stan głębokich obaw. „Dziady” są najwybitniejszym polskim dramatem, a z zapowiedzi wynikało, że nie będzie to cały dramat, a jedynie fragmenty. O czym już w zapowiedziach telewizyjnych mowy nie było. Jak na „największą świętość” polskiego teatru, wydało mi się, że producent poszedł na całość w kwestii autoreklamy. A realizacja „Dziadów” to nie jest dzieło na miarę Sylwestra z Tatrami w tle i chyba nie można ich na równi reklamować.

Jestem przekonany, że siła i nośność „Dziadów” nie leży w rozgrywaniu dramatu w miejscach autentycznych, bo jest to utwór napisany na teatr. Owszem, są w nim umieszczone odwołania do miejsc autentycznych, historycznych, ale jednocześnie autor zostawiał realizatorom możliwość wystawienia dramatu w teatrze, miejscu sposobnym do „skomponowania przestrzeni”. Tym bardziej, że zagranie „Dziadów” w miejscach prawdziwych i historycznych odbierze dziełu – tak myślałem – walory sztuki. Owszem dzieło Mickiewicza rozgrywa się w Wilnie, ale ma też wielki wymiar ponadczasowy i „ponad miejscowy”, a zamknięcie go w naturalistycznych wręcz wnętrzach spłyca niejako głębokie i światowe przesłanie.

Być może – tak przypuszczałem, pozostając w wielkich obawach co do efektu – twórcom chodziło o rozegranie, uwypuklenie antyrosyjskiej wymowy „Dziadów”, bo od zawsze miały one charakter antyrosyjski. Ale też nie są jedynie antyrosyjską agitką. Są o wiele bardziej głębokie i wielopoziomowe. Co najlepiej zrozumiał Konrad Swinarski. Jego „Dziady” to historia człowieka cierpiącego, którego zżera i przeraża własna wrażliwość. Bohater Swinarskiego cierpi również niewolę rosyjską, ale tych jest „niewól” o wiele więcej – zgodnie zresztą z duchem i doktryną Romantyzmu. Zauważenie przez reżysera owych „niewól” bohatera Romantyzmu jest podstawowym jego obowiązkiem. Romantyzm niemiecki, a tam się cały ten okres zaczął, podejmował temat niewoli społecznej i życia w okowach konwenansu. To trzeba wiedzieć – po prostu – gdy podejmuje się reżyserii „Dziadów”, bo z pominięciem płaszczyzny ograniczania bohatera przez świat zewnętrzny, własnego ciała i własnej psychiki, a wreszcie losu i Boga, powstanie utwór płaski, jak ekrany najnowszych telewizorów.

Potwierdzenie najgorszych moich przypuszczeń – po zobaczeniu spektaklu

Niestety „Dziady” telewizyjne roku 2023 są jedynie antyrosyjską agitką. Nie wiem czy o to chodziło trzem reżyserom, ale tak wyszło. Główny bohater zaś jest jedynie znerwicowanym szaleńcem, gdy u Swinarskiego i Dejmka był wrażliwym i mądrym filozofem.

Szczególnie przerażający, a nawet niezamierzenie śmieszny, był epizod Konrada w celi. Aktor miotał się, popadał w deliryczne drgawki, a kamera – widząca go przez kratę – cały czas też drgała, chwilami również odjeżdżając, a chwilami dojeżdżając od twarzy aktora. Zapewne miało to znaczyć, że jest groźnie i niebezpiecznie, gdy chodzi o ducha i życie bohatera. Ja jednak obawiałem się, że kamerzysta jest w zagrożeniu.

Nie zrozumiałem też zupełnie, dlaczego spektakl emitowany był na żywo? Może chytrzy Litwini nie dali TVP czasu na wcześniejszą rejestrację? „Chytry Litwin” to żart, choć Sienkiewicz traktował ten epitet serio i jako cechę pozytywną, bo chytry to przebiegły.

Co do autentyzmu miejsc grania „Dziadów” … Okazało się, że cela była zwykłą celą. Bal u Senatora, zagrany był w niedużej sali z kolumnami. Reżyser umieścił na pierwszym planie – z lewej strony – biurko, a za nim jakiegoś kancelistę, który cały czas coś pisał. Tym samym sceny i dialogi zeszły na prawą stronę i w głąb. Sala z kolumnami była rzęsiście oświetlona, przez co – proporcjonalnie – aktorzy tonęli w mroku. Naprawdę nie warto było jechać aż do Wilna. Tak marną dekorację można było zrobić w każdym polskim teatrze. To, że coś jest autentyczne, zabytkowe i cenne historycznie, nie daje gwarancji, że nada się dla teatru.

Naprawdę, z okazji 1 listopada 2023 roku byłoby taniej odwiedzić Litwę i zrobić dobry reportaż o miejscach, które przywołuje w „Dziadach” Mickiewicz.

Zaprawdę, powiadam Wam, że nie ma trudniejszego do zrealizowania dzieła, niż „Dziady” właśnie. I jeżeli ktoś ma zamiar epatować autentycznymi miejscami i szaleństwem bohatera, to lepiej by dla niego – nawet całej trójki reżyserów – żeby zajęli się czymś prostszym, dla nauki zawodu.

Dawniej z „Dziadami” też różnie bywało

W powojennym trzydziestoleciu było dwanaście premier „Dziadów”. Kilka sięgnęło wyżyn teatralnej doskonałości, a wśród nich inscenizacja Mieczysława Kotlarczyka na scenie Teatru Rapsodycznego w Krakowie (1961), Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym (1967), Konrada Swinarskiego w krakowskim Teatrze Starym (1973). Wiele pochwał ze strony krytyki zebrały też przedstawienia Krasowskich w Nowej Hucie i w Warszawie (1962 i 64). Bohdana Korzeniewskiego w Teatrze Słowackiego (1963), Jerzego Zegalskiego w Białymstoku (1965), głośną sensacją były przed laty adaptacje Grotowskiego w teatrze „13 rzędów” w Opolu… – pisze Maria Brzostowiecka, tekst z portalu Encyklopedia Teatru Polskiego.

Widziałem też „Dziady”, które zrealizował również Adam Hanuszkierwicz w roku 1978, na małej scenie Teatru Narodowego. Nosiły tytuł: DZIADY. Część III. Ustęp. RELACJA O CZYNIE. Spektakl był rozgrywany w małych i niskich pomieszczeniach Domów Handlowych przy Alejach Ujazdowskich. „Dziady” Hanuszkiewicza pełne były „nowoczesności”. Nawet Konrad latał nad sceną w spadochronowej uprzęży. Te „Dziady” przerażały niezbornością pomysłów reżysera, odwolywaniem się do pop-kultury, efekciarstwem i po prostu tandetą.

W recenzji w „Polityce”, ukrywający się pod pseudonimem „Koniecpolski”, dobry znawca teatru, napisał, że nie da się porównać „Dziadów” Swinarskiego z „Dziadami” Hanuszkiewicza, bo to tak, jakby porównywać gotycką katedrę z kupą kamieni. Niestety ostatnie telewizyjne „Dziady” nie są nawet kupą kamieni. Są jedynie pretekstem do zagrania tekstu, a w kilku aktorskich przypadkach właściwie do jego wyrecytowania.

Krótkie motto zamiast podsumowania

Nie mam zamiaru nikogo z realizatorów obrażać. Dlatego skończę mottem, którym niech będą słowa Kazimierza Dejmka: „Facet, który zerżnie dąb Bartek idzie siedzieć, bo Bartek to narodowy pomnik. Ale jak ktoś zniszczy „Kordiana”, to mówią, że to twórcze odczytanie i nowatorskie”.     

 

HUBERT BEKRYCHT: „Agent” – bohater „demokracji” i artykułu GW. Służby: jego historia oparta jest na kłamstwach

Jak bardzo Gazeta Wyborcza musi chcieć odbudować swój dawny nakład świadczą elukubracje przesłuchiwanego przez redakcję z Czerskiej „agenta?. Tomasz K. „zaczął sypać” – tako rzecze GW. I całkiem przypadkowo, zanim dostał status świadka koronnego, obrzucił oskarżeniami dziennikarze, którzy nie boją się tropić afery ekipy Tuska. Zanim powiedział coś prokuraturze powiedział GW o jego, jako agenta, związkach służbowych, m.in. z Kanią, Gmyzem, Pereirą i Sakiewiczem, Gargas, Hejke. Co za koincydencja, prawda? Rzucić kamień w piszących krytycznie o rządach PO i PSL dziennikarzy i prosić prokuraturę o ochronę. Za pośrednictwem Gazety Wyborczej.

To naprawdę byłoby śmieszne, że dziennikarzom „zarzuca” się kontakty ze służbami specjalnymi w celu wykonywania obowiązków, ale jest patologiczne. Pomijam, co napisała GW, bo nie jest wiarygodna, skoro redakcja za nic ma procedurę prawną zdradzając szczegóły postępowania. Niewiarygodna jest zreszta nie tylko dlatego….

Jak mają się bronić opluskwione przez Tomasza K. osoby, skoro jeszcze nie dostały nawet wezwania z prokuratury.?Nie wolno wpływać na postępowanie, ale co tam, Gazecie Wyborczej wolno. Bo przecież nie powinno być wszystko jedno, czy ktoś ujawnia dziennikarskiej źródła, zanim sąd o te źródła zapyta.

No i wreszcie najważniejsze, czy wymienieni przez agenta dziennikarze rzeczywiście się z nim kontaktowali w sprawach tak gorliwie opisywanych przez dziennik Michnika?  Zwłaszcza – jak pisze na portalu X Cezary Gmyz – Samuel Pereira, który, w czasie aktywności agenta Tomka jako pracownika służb specjalnych, „nie był jeszcze dziennikarzem”. Z metryki sądzę, że Pereira mógł być jeszcze wtedy w liceum. Ale co tam, pasuje do paszkwilu, bo jest ważnym dziennikarzem sprzeciwiającym się – jak m.in. Gmyz, Kania, Sakiewicz, Gargas, Hejke i wielu innych – patologiom ugrupowań politycznych, których głównym programem w latach 2015 – 2023 było „niszczenie PiS”.

Może tak być, że istotnie agent Tomek podrzucał też mediom informacje, ale nie wiadomo z czyjego polecenia, nie wiadomo też, którym mediom. Agenci bywają przecież podwójni. Czy tylko w powieściach sensacyjnych?

Zastanawiam się, czy wzmożone, szczególnie młodsze osoby związane z GW w ogóle zdają sobie sprawę z tego, co to jest dziennikarstwo? Na pewno nie.

Myślę, że pomówieni dziennikarze obalą absurdalne zarzuty umieszczone w GW. Będzie to jednak długi proces, bo obrzuceni błotem będą musieli udowadniać, że nie są wielbłądami kiedy Tomasz K. będzie pod ochroną prokuratury.

A status świadka koronnego polskie prawo przewidziało dla przestępców.

***************************************************************************************

Oświadczenie

Obecna aktywność Tomasza Kaczmarka jest kolejną próbą uzyskania przez niego bezkarności. Jego historia oparta jest na kłamstwach.

W listopadzie 2019 roku Tomasz Kaczmarek usłyszał szereg zarzutów karnych dotyczących wielomilionowych oszustw finansowych w tzw. aferze stowarzyszenia Helper.

W związku z zarzutami, a także wobec braku zgody Ministra Koordynatora na zapewnienie mu bezkarności, Kaczmarek w kolejnych miesiącach rozpoczął szerzenie insynuacji przeciwko Ministrowi Mariuszowi Kamińskiemu i Maciejowi Wąsikowi – zarówno w mediach jak i prokuraturze.

W związku z kolportowaniem tych fałszywych oskarżeń Tomasz Kaczmarek usłyszał zarzuty dot. składania fałszywych zeznań. W tej sprawie akt oskarżenia przeciwko Kaczmarkowi wpłynął do sądu w sierpniu 2021 roku.

Obecna aktywność Kaczmarka jest kolejną próbą uzyskania przez niego bezkarności. Jego historia oparta jest na kłamstwach.

Biuro Prasowe Ministra Koordynatora Służb Specjalnych

 

 

 

KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Teorie spiskowe, czyli prawda najprawdziwsza

W świecie, gdzie fakty i fikcja przeplatają się wzajemnie, tworząc coraz mniej zrozumiały zlepek rzeczywistości medialnej, chyba jedynym elementem, który je spaja są tzw. „teorie spiskowe”. I to nie jakieś wytwory wyznawców „tajnej wiedzy”, wykwity sztucznej inteligencji albo rojenia schizofreników. Nie. Raczej domysły i hipotezy, które po latach wyszydzania znajdują potwierdzenie w najtwardszych dowodach.

Historie, w których jakieś enigmatyczne „stowarzyszenia cieni” manipulują informacjami na skalę wykraczającą daleko poza percepcję przeciętnego człowieka, są w większości przypadków nonsensem lub manipulacją. To nie ulega kwestii… Ale co, jeśli „siły ciemności” istnieją i rzeczywiście coś przed nami ukrywają? Co, jeśli w teoriach spiskowych kryje się choćby ziarno prawdy?

Rzeczywistość za zamkniętymi drzwiami

Teorie spiskowe, im bardziej upiorne, tym większy wywołują niepokój. Im mniej prawdopodobne, tym więcej rodzą pytań – o to, co naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami władzy, mediów, laboratoriów… I to jest właśnie ich geneza.

Konspiracjonizm, czyli tendencja do postrzegania spisków i tajnych działań we wszystkich aspektach życia publicznego i prywatnego rodzi się z wiary, że istnieją alternatywne wytłumaczenia mechanizmów rządzących rzeczywistością. Teorie spiskowe dezawuują informacje rozpowszechniane przez główne media. Wszelkie oficjalne, naukowe lub powszechnie akceptowane wyjaśnienia otaczającego nas świata, postrzegane są przez wyznawców teorii spiskowych, jako fałszywe lub mające tzw. „zwykłych ludzi” wprowadzać w błąd. Przy czym, jakiekolwiek próby zaprzeczania istnienia spisku są przez tychże konspiracjonistów interpretowane jako kolejny element zmowy elit.

Propagowanie teorii spiskowych może mieć przeróżne skutki – poczynając od wzmacniania poczucia wspólnoty wśród wierzących w nie osób, po sianie lęków, dezinformacji i podziałów w społeczeństwie. Często teorie te są wykorzystywane do celów politycznych, społecznych i religijnych, mających wpłynąć na określone zachowania obywateli. Teorie spiskowe są więc „antyreligią” opierającą się na przekonaniu o istnieniu ukrytych, tajnych sił kształtujących świat. Ta „świecka wiara” oferuje ludziom sens i porządek rzeczywistości – tak jak każda inna religia.

W świecie, w którym każdy jest zarówno nadawcą jak i odbiorcą informacji, teorie spiskowe stały się też swoistą globalną walutą. Takim bitcoinem kopanym w różnych częściach świata, przez różnych ludzi, z różnych powodów – poczynając od samozwańczych proroków, którzy przekonani są o odkryciu „prawdy prawdziwej”, po „niedocenianych znawców”, dostrzegających w spisku sposób na zwrócenie na siebie uwagi.

Jednak nie tylko wariaci widzą metodę w tym szaleństwie. Również politycy i ideolodzy nie stronią od spiskowych narracji. Wykorzystują je do mobilizowania swoich zwolenników lub dyskredytowania oponentów. Tak samo jak „celebryci” szukający poklasku. Albo zawodowi „trolle”, którzy rzucają w przestrzeń medialną „fakty” mające wywołać zamieszanie i odwrócić uwagę od istotnych problemów. Również media, w pogoni za sensacją i „klikalnością”, dodatkowo podsycają te emocje.

 

Kiedy spiski wychodzą z cienia

 

A jednak niektóre teorie spiskowe okazują się być prawdziwe, choć zdarza się to niezwykle rzadko. Prawda wychodzi na powierzchnię zazwyczaj wtedy, gdy pojawiają się nowe, niepodważalne dowody. Albo gdy utrzymywanie sekretu przestaje być już konieczne. Jednym z przykładów takiej upadłej teorii jest Operacja Northwoods.

 

W 1962 roku agenci CIA wpadli na pomysł, którego nie powstydziłby się sam Ian Fleming, który pisała o przygodach Jamesa Bonda, czyli agenta 007 Jej Królewskiej Mości (wówczas). Aby skłonić amerykańską opinię publiczną do poparcia wojny przeciwko Fidelowi Castro, postanowili przeprowadzić serię ataków terrorystycznych na Florydzie i w Waszyngtonie – oczywiście pod fałszywą flagą. Operacja przewidywała porwania amerykańskich samolotów, zamachy bombowe i preparowanie dowodów.

Northwoods było częścią większego projektu o nazwie Mongoose, mającego na celu odzyskanie kontroli nad Kubą. Plan ten został opracowany przez Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA. Zatwierdził go przewodniczący Kolegium, gen. Lyman Lemnitzer, który po odwołaniu operacji przez prezydenta Johna Kennedy’ego został mianowany naczelnym dowódcą Połączonych Sił Zbrojnych NATO w Europie a następnie Naczelnym Dowódcą NATO. Amerykańskie władze długo zaprzeczały istnieniu planów Operacji Northwoods. Wszystkich, którzy sugerowali, że „coś jest na rzeczy”, wykpiwano. Po latach okazało się, że głupia teoria spiskowa, w rzeczywistości jest prawdą.

Nie była to oczywiście jedyna w historii USA koncepcja, mogąca nawet najbardziej wytrawnego sceptyka przyprawić o zawrót głowy. Weźmy na przykład Tuskegee Syphilis Experiment… Te eksperymenty na ludziach jako żywo przypominały koszmary z powieści Stephena Kinga. Ale niestety były rzeczywistością.

Rząd USA i naukowcy z Uniwersytetu Tuskegee, przez cztery dekady – poczynając od roku 1932 – prowadzili badania na czarnoskórych mężczyznach chorych na kiłę, nie oferując im leczenia, mimo że było dostępne… I również w tym przypadku to, co przez lata wydawało się tylko plotką, okazało się faktem nie do podważenia.

Podobnie było ze szpiegowskim programem PRISM, koordynowanym przez National Security Agency – Amerykańską Wewnętrzną Agencją Wywiadowczą. Program NSA od 2007 służył wywiadowi Stanów Zjednoczonych do gromadzenia danych największych przedsiębiorstw IT na świecie, bez powiadamiania ich o tym fakcie. Przez lata wszyscy mówili, że „wielki brat patrzy”, aż w 2013 roku Edward Snowden udowodnił, że to nie fantazje szaleńców, lecz rzeczywistość.

 

Uwaga, czarna wołga!

 

Skłonności do konspiracjonizmu to oczywiście nie tylko amerykańska przywara. Również u nas teorie spiskowe mają się wyśmienicie. Ich historia sięga średniowiecza. To właśnie w wiekach średnich powstał jeden z najbardziej absurdalnych mitów – tzw. „krwawy mord rytualny”, który zakładał, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci w ramach religijnego kultu. Według tego przekazu, wyznawcy judaizmu mieli wykorzystywać krew składanych w ofierze dzieci do produkcji macy… Przypadki tego rodzaju oskarżeń pojawiały się wówczas w całej Europie, zwłaszcza w okresach wzrostu antysemickich nastrojów. W ich efekcie doszło w wielu krajach do tragedii – do pogromów, wypędzeń i innych form przemocy wobec Żydów.

Kolejnym mitem, który cieszył się wyjątkową popularnością czasach tzw. Polski Ludowej, była opowieść o „czarnej wołdze”. Legenda przyjęła się zwłaszcza dużych miastach. Według tej narracji, czarna wołga – luksusowy samochód dostępny tylko dla nielicznych – miał być używany przez tajne służby lub nieznane, złowrogie siły do porywania ludzi, najczęściej dzieci. Legenda o „czarnej wołdze” wywoływała powszechny lęk, chociaż nigdy nie potwierdzono istnienia ludzi używających tego demonicznego auta. Również autor tej historii, na zawsze pozostał anonimowy.

Opowieść o Iluminatach i Nowym Porządku Świata popularna jest na całym świecie, również w Polsce. Historycznie rzecz biorąc grupa taka istniała rzeczywiście. Zakon Iluminatów, czyli Oświeconych powstał w Bawarii w roku 1776. Wkrótce został jednak zdelegalizowany i wraz z masonerią i innymi tajnymi stowarzyszeniami, oskarżony o wywołanie rewolucji francuskiej… Według współczesnej teorii spiskowej Iluminaci to tajna, elitarna grupa, która manipuluje wydarzeniami globalnymi. Jej celem jest dominacja nad światem. Z kolei idea Nowego Porządku Świata zakłada, że istnieje grupa ludzi, która dąży do stworzenia jednolitego, autorytarnego rządu światowego.

„Dowody” na istnienie Iluminatów i ich wpływ na światową politykę, gospodarkę i media są więc połączeniem historycznych faktów, domysłów i niepotwierdzonych informacji. Znawcy przedmiotu wymieniają różne wydarzenia, które są domniemanym dziełem „Oświeconych” – od globalnych kryzysów finansowych, po międzynarodowe konflikty. Wszystkie mają być „świadectwem” na ich zbrodnicze manipulacje.

W Polsce, teorie te są najczęściej powiązane z obawami o utratę suwerenności narodowej w obliczu wzrostu znaczenia międzynarodowych instytucji, takich jak Unia Europejska. Teoria spisku Iluminatów i masonów nie ma podobno żadnego potwierdzenia – ani naukowego, ani historycznego. Ma być natomiast przykładem przesądu, który kościół katolicki rzekomo wykorzystuje do manipulowania ludzką naiwnością.

 

Zamach i egzekucja

 

Osobny rozdział w teoriach spiskowych stanowią historie dotyczące tajemniczych śmierci znanych osób – na przykład generała Władysława Sikorskiego, nadinspektora Marka Papały czy szefa Samoobrony Andrzeja Leppera.

Pierwszy z nich zginął nocą z 4 na 5 lipca 1943 r. w wyniku katastrofy lotniczej u wybrzeży Gibraltaru. Dwa tygodnie po tragedii, brytyjska komisja ogłosiła, że jej przyczyną był zablokowany ster. Już wtedy zaczęto zadawać sobie pytanie, dlaczego ster wznoszącego się samolotu uległ „zacięciu” w pozycji wymuszającej lot nurkowy? Zastanawiające jest również i to, czemu nikt – poza niemiecką propagandą – od początku dochodzenia nie rozważał hipotezy o sabotażu. Jedynie gubernator Gibraltaru, Noel Mason-Macfarlane, w rozmowie z wdową po generale, wyraził swoje wątpliwości, mówiąc: „nie wierzę w przypadki…”.

Najpopularniejszym wyjaśnieniem śmierci Naczelnego Wodza jest teoria zamachu zorganizowanego przez aliantów lub inne siły polityczne. Wśród podejrzanych znalazły się tajne służby Związku Sowieckiego, Wielkiej Brytanii a nawet niektóre polskie kręgi polityczne zainteresowane usunięciem Sikorskiego z powodu jego nieprzejednanej postawy wobec zbrodni katyńskiej.

Tak jak w przypadku gen. Sikorskiego, również sprawa komendanta głównego Policji Marka Papały – mimo upływu ćwierćwiecza od jego śmierci – nadal nie doczekała się rozwiązania. Kluczowe dowody w tej sprawie często uważane są za niewystarczające, aby komukolwiek postawić zarzut zabójstwa. Najbardziej prawdopodobne teorie, mówią o zemście członków zorganizowanej grupy przestępczej. Nie wyklucza się jednak także faktu, że szef Policji mógł paść ofiarą rozgrywek toczonych w łonie służb specjalnych. Jeszcze inna hipoteza zakłada, że w egzekucję Papały zaangażowani byli wysoko postawieni politycy. Niejasności potęguje fakt, że przez wiele lat śledztwo stało w zasadzie w miejscu, co może nasuwać przypuszczenia, że komuś zależy na zamieceniu sprawy pod dywan.

 

Najsłynniejszy seryjny samobójca

 

Przedmiotem kontrowersji jest również tragiczna śmierć Andrzeja Leppera, jednej z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej sceny politycznej początku XXI wieku… Lepper znany był z szeregu kontrowersyjnych wypowiedzi i zachowań – w 2001 roku oskarżył o korupcję Pawła Piskorskiego, Jerzego Szmajdzińskiego, Donalda Tuska, Andrzeja Olechowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza. W tym samym roku stwierdził, że w mazurskiej wsi Klewki wylądowali talibowie… Szef Samoobrony sam stał się też bohaterem skandalu obyczajowego – miał rzekomo oferować kobietom pracę w biurze poselskim w zamian za seks.

5 sierpnia 2011 roku Lepper odebrał sobie życie w swoim biurze w Warszawie. Jednak oficjalna wersja wydarzeń została zakwestionowana przez osoby z jego najbliższego otoczenia. Sławomir Izdebski, współpracownik polityka, wyraził przekonanie, że powodem śmierci było zabójstwo. Podkreślał ponadto, że jego przyjaciel posiadał ważne informacje, które mogłyby zdestabilizować wymiar sprawiedliwości. Zgłaszał również wątpliwości co do przebiegu śledztwa, wskazując na opóźnienia w przeprowadzeniu sekcji zwłok. Z kolei Piotr Tymochowicz, doradca medialny szefa Samoobrony, podkreślał publicznie, że Lepper tuż przed śmiercią wyrażał obawy o swoje życie. Konsultant medialny sugerował, że jego klient został zamordowany. Pomimo tylu wątpliwości, śledztwo w sprawie śmierci Leppera zostało ostatecznie umorzone. Opinie biegłych wykluczyły udział osób trzecich, a prokuratura wskazała jako motyw samobójstwa depresję spowodowaną problemami osobistymi i finansowymi.

Takich i podobnych historii są tysiące… Od ludowych guseł na temat duchów, czarów i demonów, poprzez paranaukowe fantazje na temat UFO, płaskiej ziemi, fikcyjnego lądowanie na Księżycu, chemtrails, tajnych baz nazistów na Antarktydzie, czy incydentu w Roswell, po zupełnie poważne sprawy takie, jak atak pod fałszywą flagą na Word Trade Center, zabójstwa Johna Kennedy’ego i księżnej Diany, kryzys w Zatoce Perskiej jako intryga naftowa, szczepionki jako narzędzie do kontroli populacji, Protokoły Mędrców Syjonu, nieformalny rząd światowy Bilderberg Group czy QAnon i Pizzagate…

I właśnie dzięki takim narracjom kontury pomiędzy teoriami konspiracjonistów a faktami coraz bardziej się zacierają… A to dopiero początek. Bo do gry weszła właśnie sztuczna inteligencja. Z całym spektrum deepfakeów i pospolitych kłamstw, które być może sprawią, że bałagan informacyjny stanie się jeszcze większy. Nie zmieni to jednak faktu, że żadne siły nadprzyrodzone nie istnieją. Tak samo jak nie ma demonicznych lalkarzy, pociągających za sznurki naszego przeznaczenia… Są tylko zupełnie realni ludzie.

 

6. edycja Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im Aleksandra Wołosa

Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaprasza do udziału w 6. edycji Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im Aleksandra Wołosa

Konkurs nagradza autorki i autorów najlepszych prac opublikowanych w danym roku. Jego celem jest podkreślenie znaczenia rysunku prasowego, który może być komentarzem politycznym, społecznym bądź sportowym. Mogą to być zarówno rysunki satyryczne, jak opowieści w kształcie krótkiego komiksu czy ilustracje do artykułu prasowego.

W latach 2019-2023 zostało zorganizowanych ponad 50 wystaw pokonkursowych oraz 3 wystawy indywidualne dla laureatów Nagrody Głównej im. Aleksandra Wołosa.

Termin zgłoszenia do konkursu – 31 stycznia 2024 r.

Regulamin konkursu TUTAJ.

Komisarzem konkursu jest Zbigniew Piszczako, tel. 694 712 745

 

WALTER ALTERMANN: Cudzysłowy i inne dziwaczności

Niedawno na pasku TVN24 przesuwało się takie zdanko – „Rosja dziękuje Korei za „wsparcie” ”. Zwróćmy uwagę, że w tym krótkim komunikacie słówko „wsparcie” zamknięte było w cudzysłów. Co to ma znaczyć? Że nie było żadnego wsparcie Korei przez Rosję? A może, owo „wsparcie” było w istocie pognębieniem Rosji? Do żadnego sensownego wyjaśnienia wzięcia „wsparcia” w cudzysłów nie doszedłem. Prawdopodobnie dając ów cudzysłów TVN24 chciał dać do zrozumienia, że potępia wspieranie Rosji przez reżim Kim Dzong Una. Możliwe, ale dlaczego mam się domyślać? Czyli głupota alias abstrakcja, bo komunikat musi być jasny, bez żarcików pana paskowego. Albo pani paskowej.

W klasycznej polszczyźnie cudzysłów to cytat z kogoś, z cudzej wypowiedzi lub z jakiegoś tekstu. Tak się jednak jakoś porobiło, że ostatnimi laty cudzysłów trafił też do telewizji, i żyje w niej w wielce osobliwy sposób. Najczęściej to życie cudzysłowu możemy zobaczyć w trakcie dyskusji politycznych.

Oto widzimy jak dorosły facet, zdawałoby się człowiek poważny, w trakcie swej wypowiedzi unosi obie dłonie, na wysokość twarzy dłonie, wysuwa z nich po dwa palce – serdeczny i wskazujący, lekko te cztery palce zagina i macha nimi, jakby coś zdrapywał w powietrzu. Ma to oznaczać, że to co mówi bierze w cudzysłów, czyli żartuje. Ma to być – jak się domyślam śmieszne – ale niestety nie jest, przynajmniej dla mnie.

Można opowiedzieć żart wprost, można kogoś zacytować, uprzedzając, że się z takim zdaniem nie zgadzamy, ale machanie palcami jest żenujące. Nie dziwi mnie, gdy robią to między sobą nastolatki, ale facet ubiegający się o mandat poselski po prostu się ośmiesza. A mógłby powiedzieć, na przykład tak:

– Nie zgadzam się z ostatnią wypowiedzią ministra, który twierdzi, że jego resort ma sukcesy.

Ale nie, gość w telewizji tak konstruuje, z użyciem czterech zagiętych palców, swą wypowiedź:

– Ostatnio minister powiedział (tu paluszki), że jego resort ma sukcesy (i znowu paluszki).

W sumie mamy do czynienia z potężną infantylizacją stosunków społecznych, a wszechobecne cudzysłowy są tego najlepszym dowodem. I jeszcze jedno – dlaczego wszyscy chcą być tacy dowcipni? Mamy obecnie w Polsce całkiem sporą grupę dobrych zawodowych satyryków, mamy kabareciarzy… Naprawdę wystarczy. Dojdzie do tego, że młodzieniec oświadczający pannie miłość powie: „Bardzo, bardzo Cię „kocham””. I przy kocham zamacha palcami. I dostanie w twarz, bo żarty w takim momencie są niestosowne.

Byłoby dobrze, gdyby posłowie, ministrowie i premier trzymali „ruki pa szwam”, albowiem głupota, wsparta głupią gestykulacją jest gorsza od czystego kretynizmy – takiego bez paluszków.

Oznajmienie, powiedzenie czegoś, czy informacja

„Oznajmił o tym Putin…” – mówią do mnie z telewizora, a konkretnie z TVN 24. Tymczasem oznajmienie to informacja urzędowa, podniosła, ważna.

Biorąc pod uwagę to co mówi od kilku lat prezydent Rosji, rzekłbym, że nie było to oznajmienie, a ledwie informacja, i nie wiadomo czy prawdziwa. Gdyby Putin poinformował, że odchodzi, wtedy tak, wtedy mielibyśmy do czynienia z oznajmieniem. I jeszcze jeden błąd w tych trzech słowach. Oznajmia się coś, nie o czymś. O czymś się informuje i mówi. A oznajmuje się coś. Wiem, że składnię mamy skomplikowaną, ale innej nie mamy, więc szanujmy ją.

Hindenburg kontra Hindenberg

Program Wojna Światowa 1914-1945 w Polsat History, produkcja brytyjska. Lektor sprawnie, bo szybko podaje tłumaczenie angielskiego lektora. Nagle jednak, bez uprzedzenia, nachodzą go wątpliwości i mówi: „Wtedy prezydent Hindenberg podjął decyzję”.

Czyli odczytał nazwisko Niemca jakby ten był Anglikiem. Naprawdę przecież ów niemiecki polityk nazywał się Hindenburg. Po chwili jednak lektor mówiąc o marszałku Erichu Ludendorffie, wymawia jego nazwisko poprawnie po niemiecku.

Coś mi się zdaje, że w Polsce oprócz tradycyjnych dwóch ukrytych opcji – niemieckiej i rosyjskiej, mam trzecią, mocno zakonspirowaną, ale bardzo aktywną – angielską. A wszyscy lektorzy telewizyjni są tej ostatniej aktywistami.

Co robi Iga?

6 listopada, 2023 roku, w czasie meczu tenisowego pań, w Canal +Sport można było usłyszeć takie zdanie sprawozdawcy: „Iga lideruje w klasyfikacji zwycięskich drugich serwisów”.

I mamy kłopot z pięknem naszego języka, a właściwie z jego obrzydzaniem. Przywykliśmy już bowiem, że lider to prowadzący w jakichś zawodach. Przywykliśmy, że ktoś jest liderem plastikowych okien. Trudno, ale tak bywało i będzie, że język polski kupuje, przyswaja sobie nazwy i pojęcia z innych języków.

Jednak ze wspomnianym „lideruje” jest kłopot, bo choć rozumiemy komunikat, to jakoś nie możemy go zaakceptować. Być może za kilkanaście lat „lideruje” nie będzie już tak drażniące, ale na razie jest. W języku polskim jest wiele czasowników, utworzonych, ukutych od rzeczowników, ale zachowujemy w takich przypadkach daleko idącą wstrzemięźliwość. I słusznie.

Bo wyobraźmy sobie, że ktoś powie o prezydencie RP, że on „prezydentuje”. Albo ktoś wojewoduje, marszałkuje, kierownikuje… Najlepszym wyjściem jest w przypadku nowych rzeczowników, nie tworzyć od razu czasowników odrzeczownikowych, trzeba poczekać, może ktoś znajdzie lepsze słowo niż my? Choćbyśmy byli nawet dumnymi sprawozdawcami sportowymi, nie bądźmy liderami zmian!

 O piekle

„W kościele mówi się o piekle w sposób oględny.” – to cytat z „Naszej małej stabilizacji” Tadeusza Różewicza.

Kończę tym cudnym zdaniem, dla dowodu, że nasza mowa jest piękna, na przekór wszystkim ludziom naszych dzisiejszych telewizji, radiostacji, gazet oraz obu połączonych izb parlamentu – Sejmu i Senatu.

 

.

 

 

Przyznano Nagrody Mediów Publicznych

Filip Zylber i Piotr Śliskowski, Krzysztof Masłoń, Maria Pomianowska oraz Jarosław Jakubowski zostali tegorocznymi laureatami Nagród Mediów Publicznych.

Nagrody Mediów Publicznych przyznawane są osobom ważnym dla rozwoju kultury narodowej. Laureatów wyłoniły niezależne Kapituły powołane przez organizatorów każdej z kategorii: Telewizja Polska – „Obraz”, Polskie Radio – „Muzyka”, Polska Agencja Prasowa – „Słowo” oraz regionalne rozgłośnie Polskiego Radia – „Idea”. Uroczystość rozdania nagród odbyła się 12 listopada w siedzibie Telewizji Polskiej.

Laureatką nagrody w kategorii „Muzyka”, ufundowanej przez Polskie Radio została prof. Maria Pomianowska, popularyzatorka muzyki etnicznej, multiinstrumentalistka i kompozytorka.

W tym roku kapituła kategorii „Muzyka” w składzie: Marcin Pospieszalski, Halina Mlynkova, Marta Zalewska, Piotr Cugowski i Piotr Kostrzewa  nominowała do NMP również saksofonistę i kompozytora Piotra Barona oraz wokalistę i autora tekstów Marka Piekarczyka.

Nagroda w kategorii „Słowo”, której fundatorem była Polska Agencja Prasowa, trafiła do krytyka literackiego i publicysty Krzysztofa Masłonia. Jak uzasadniała jego kandydaturę zasiadająca w Kapitule nagrody Joanna Siedlecka, Masłoń to jeden z najważniejszych krytyków literackich, autorytet i instytucja. „Pisze o literatach, literaturze w prasie, w książkach, mówi też w radiu. Zasiada w kapitułach literackich nagród – z niektórych bywa przepędzany za polityczną niepoprawność, nieoszczędzanie mainstreamowych pupilów i noblistów” – przypomniała Siedlecka.

W kapitule „Słowa” zasiadali: Joanna Siedlecka, Andrzej Mastalerz, Wojciech Tomczyk i Radosław Gil. Nominacje do nagrody prócz Masłonia otrzymali Ernest Bryll i Antoni Libera.

Nagrodę w kategorii „Obraz”, ufundowaną przez TVP, otrzymał reżyser Filip Zylber i operator Piotr Śliskowski. Pracowali oni wspólnie przy cieszącym się wysoką oglądalnością serialu TVP „Dewajtis”.

Kapitułę tej kategorii tworzyli: Przemysław Babiarz, Jerzy Kopański, Paweł Rzewuski, Aneta Woźniak i Anna Popek, którzy nominowali również producenta filmowego i reżysera Michała Kwiecińskiego oraz aktora, reżysera i scenarzystę Marka Bukowskiego.

Statuetką w kategorii „Idea”, przyznawaną przez prezesów siedemnastu rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, uhonorowany został poeta, prozaik i dramatopisarz Jarosław Jakubowski.

opr. jka, źródła: TVP, PAP

Walczył o internacjonalistyczny postęp – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Ryszardzie Młynarskim

Po rocznym kierowaniu PUBP w Nisku, w październiku 1947 roku Ryszard Młynarski został przeniesiony do PUBP w niedalekim Jarosławiu, też na stanowisko „oficera” śledczego. Z niewiadomych powodów nie dostał jednak awansu i – w maju 1948 roku – zrezygnował ze „służby”. Dwa miesiące wcześniej urodziła się córka Danuta. Być może ten właśnie fakt – a nie względy ambicjonalne, jak utrzymują niektórzy – był powodem jego odejścia z bezpieki. Tak, czy inaczej rodzina przeniosła się do Warszawy – Ryszard Młynarski jeszcze kilka lat temu mieszkał na Służewcu.

Po ukończeniu gimnazjum w Kowlu, w czasie wojny – od 1940 do 1943 roku – pracował w tartaku w Zarzeczu, a następnie w Zarządzie Drogowym w Nisku. We wrześniu 1944 roku wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Z jej ramienia organizował posterunek MO w Pysznicy koło Niska. Następnie, przez prawie rok – od listopada 1944 roku służył w LWP.

W lipcu 1945 roku Ryszard Młynarski trafił pod skrzydła ojca Józefa, zatrudniając się jako „oficer” śledczy PUBP w Nisku. W lipcu 1946 roku, czyli już po śmierci Józefa Młynarskiego, przejął obowiązki szefa niżańskiego UB, zastępując przeniesionego do PUBP w Krośnie Stanisława Supruniuka. Po latach jego córka – Danuta Młynarska-Hübner została honorową obywatelką miasta Nisko. To właśnie wówczas, kiedy była szefową kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego, prezydenccy urzędnicy przygotowywali wniosek o przyznanie Supruniukowi Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski. Niewiele brakowało, aby dawnego przełożonego swojego dziadka i ojca spotkała podczas uroczystości odznaczenia w Pałacu Prezydenckim w czerwcu 1999 roku. Wtedy pracowała już jednak w biurze ONZ w Genewie.

Wymiar sprawiedliwości III RP – ze względu na jego powojenne „zasługi” – interesował się Ryszardem Młynarskim. W kwietniu 2000 roku Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu wystąpiła do MSWiA o udostępnienie jego akt osobowych, podobnie jak czterech innych funkcjonariuszy niżańskiego PUBP. Dwa miesiące później Ministerstwo zgodziło się przekazać dokumenty. Przygotowywany akt oskarżenia był związany ze śledztwem w sprawie Stanisława Supruniuka. Śledztwo – co typowe dla okrągłostołowej Polski – stanęło jednak w miejscu.

Nazwisko Młynarskiego pojawia się m. in. w książce Zbigniewa Nawrockiego „Zamiast wolności. UB na Rzeszowszczyźnie 1944 – 1949”, Rzeszów 1998. Autor przytacza sprawozdanie z działalności PUBP w Nisku za pierwsze miesiące 1947 roku, czyli bezpośrednio po sfałszowanych przez komunistów wyborach do Sejmu. P.o. szefa niżańskiego UB, czyli właśnie Ryszard Młynarski, meldował do Rzeszowa: „Likwidacja PSL nastąpiła na skutek akcji tut. Urzędu, jaka trwała od m-ca listopada 1946 r. 75 proc. byłych członków PSL przeszło do SL”.
W książce znajdujemy też ponurą statystykę działalności PUBP w Nisku: w 1944 roku aresztowano w tym powiecie 93 osoby, w 1945 roku – 185 osób, w 1946 roku – 200, w 1947 roku – 131, a w 1948 roku – 147 osób. Jak widać, najwięcej aresztowanych przypada na rok 1946, kiedy tamtejszym UB kierował Ryszard Młynarski.

Przed laty Danuta Hübner wspomniała („Wysokie Obcasy”, dodatek do „Gazety Wyborczej” z 8 czerwca 2002) o patriotycznej tradycji swojej rodziny, o ojcu, który był członkiem Armii Krajowej. Obok dodawała, że w dzieciństwie „jadła podobno same kotlety i kiełbachy bez chleba, doprawiając je czekoladami”. Tylko czy AK-owskim rodzinom tak dobrze powodziło się w powojennej Polsce?
Gwoli ścisłości Ryszard Młynarski faktycznie należał do AK i nosił pseudonim „Aleksander”, ale w jego życiu fakt ten był jedynie krótkim, kilkumiesięcznym (od października 1943 roku do maja 1944 roku) epizodem. Potem – jako członek Stronnictwa Ludowego – przez moment był związany z Batalionami Chłopskimi, by ostatecznie przejść na stronę jedynych słusznych przedstawicieli „ludowej” władzy. Poszedł – jak już pisałem – w ślady swojego ojca Józefa Młynarskiego, a dziadka Danuty Hübner. Walczył o wprowadzenie w Nisku internacjonalistycznego postępu, na którego drodze stał polski zacofany i zbrodniczy faszyzm.
Z bardziej nieprzyjemnych rzeczy w biogramach byłej pani eurokomisarz pozostało tylko jej kilkunastoletnie członkostwo w PZPR, z której wystąpiła w 1987 roku, gdyż – jak sama tłumaczyła – „do żadnej partii nigdy się nie nadawała” i „miała dość fikcji”. Z wypowiedzi Danuta Hübner można odnieść wrażenie, że jest wyłącznie bezpartyjnym fachowcem. Tylko dlaczego, w latach 1997-1998, pełniła funkcję szefowej kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego?

W oficjalnych życiorysach Danuty Hübner i jej wypowiedziach dla polskiej i zachodniej prasy znajdziemy już tylko informacje o błyskotliwej karierze naukowej (stypendystka Fulbrighta, profesor ekonomii SGH, wykładowca wielu zachodnich uczelni), publicznej (po 1989 roku m.in. wiceminister przemysłu i handlu, szef UKIE, wysoki urzędnik ONZ i Unii Europejskiej) i wielu prestiżowych nagrodach (np. „Europejski Mąż Stanu 2003” – według brukselskiego tygodnika „European Voice”).

Ile z tego zawdzięcza ubeckiemu dziadkowi i ojcu? Za ich zbrodnicze, komunistyczne praktyki oczywiście nie odpowiada, ale rodzinną zdolność do płynięcia z prądem dziejów zachowała. Tak jak do wynikających z takiej postawy stanowisk, dających kotlety, kiełbachy i czekolady. A III RP – wzorem swojej nieodrodnej matki PRL-u – takie życiorysy promowała i promuje nadal.

Danuta Hübner stwierdziła kiedyś (w wywiadzie dla „Życia” z 14 maja 2002 roku: „polski interes narodowy jest trudny do zdefiniowania”. Czy na tych słowach bazował jej późniejszy szef – Donald Tusk, kiedy mówił, że polskość to nienormalność?

 

Spotkanie z Aleksandrą Tchórzewską, laureatką Nagrody Głównej konkursu im. Seweryna Pieniężnego

Zapraszamy na spotkanie z Aleksandrą Tchórzewską – młodą dziennikarką, tegoroczną laureatką prestiżowej nagrody konkursu dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego organizowanego przez Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie.

Spotkanie odbędzie się we wtorek, 14 listopada o godz. 11.30 w sali 31 Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Osobą prowadzą spotkanie będzie dr hab. Joanna Szydłowska prof. UWM.

Aleksandra Tchórzewska jest absolwentką filologii polskiej na Uniwersytecie Warmińsko- Mazurskim w Olsztynie oraz studiów podyplomowych z zakresu edytorstwa tekstów. W wyuczonym zawodzie – nauczycielka języka polskiego – przepracowała jednak tylko rok. Pracę w mediach rozpoczęła jako redaktorka online w grupie TVN S.A. Później przez siedem lat była dziennikarką w Grupie WM, wydawcy m.in. Gazety Olsztyńskiej i Dziennika Elbląskiego. Tam zachłysnęła się dziennikarstwem. Pasjonują ją reportaże i tematyka społeczna. Od 1 marca 2022 roku dołączyła do redakcji Hellozdrowie.pl, na łamach którego, oprócz ogólnopolskich tematów, stara się przemycać trochę Warmii.