Bez świeżości – ŁUKASZ WARZECHA o telewizjach informacyjnych

Być może klucz do oryginalności i sukcesu leży w formatach, których dziś w telewizjach informacyjno-publicystycznych nie ma, a są w internecie.

 

Portal wirtualnemedia.pl podsumował, że od września w Polsce będzie aż 10 stacji telewizyjnych o profilu informacyjnym. Tak się stanie po tym, jak ruszył kanał Wydarzenia24, zastępujący skasowaną Superstację, a we wrześniu ma zacząć nadawać News24 Jana Dworaka, oparty na współpracy z samorządami. Eksperci kwestionują możliwość wsparcia przez rynek (a więc reklamy, ewentualnie abonentów) takiej liczby telewizji informacyjnych, nawet jeśli część z nich (te formalnie publiczne) mają innego rodzaju zasilanie. Owszem, nie zawsze ten czynnik decyduje, bo w grze są również innego rodzaju względy (np. rebranding Polsatu) – jednak ta sytuacja, stawiająca polski rynek medialny pod tym względem na drugim miejscu w Europie po Ukrainie (15 kanałów), prowokuje innego rodzaju pytanie: czy jest jeszcze w Polsce luka na jakikolwiek kanał publicystyczno-informacyjny, którą dałoby się wykorzystać i z sukcesem zapełnić? Nawet niekoniecznie w skali największych telewizji, ale w takiej, która zapewniłaby dobre miejsce na rynku i pieniądze.

 

Nie mając dostępu do dużych narzędzi analizy rynku trudno pokazać coś więcej niż publicystyczną spekulację, a jednak nawet takie rozważania mogą być ciekawe. Pierwsza bowiem myśl, jaka się pojawia, jest taka, że owszem, są może nawet dwie słabo zapełnione luki. Po pierwsze – miejsce, które konfrontowałoby ze sobą naprawdę różne opinie i tym odróżniałoby się od większości kanałów tego typu, gdzie jednak linia polityczna jest wyczuwalna. Mogłoby to być coś takiego jak obecny Salon24 po przejęciu przez Sławomira Jastrzębowskiego, który postawił na generowanie zainteresowania właśnie poprzez maksymalne zróżnicowanie opinii. Mówiąc obrazowo i w uproszczeniu – kanał, w ramach którego swoje autorskie programy mieliby i Jacek Żakowski, i Rafał Ziemkiewicz, a może nawet mieliby program wspólny. Tyle że to czysta teoria, bo w realnej rzeczywistości bardzo głębokich podziałów zgromadzenie w jednym miejscu tak skonfliktowanych osób wydaje się niemożliwe. A tylko to byłoby ciekawe.

 

Drugie to informacja ekspercka. Na nią zapotrzebowanie jest – nawet jeśli nie bardzo szerokie, to jednak wyraźne. Programy, w których politycy albo publicyści przekrzykują się doskonale już znanymi frazesami może wciąż dobrze się oglądają, ale spora grupa odbiorców jest nimi znudzona. To ci, którzy wciąż nie poddają się postpolitycznej metodzie na robienie polityki na emocjach i oczekują pogłębionej analizy, a jeżeli już ma być konfrontacyjnie, to musi to być konfrontacja dobrze udokumentowanych opinii i twardych faktów. Ci szukają inspiracji na portalach Klubu Jagiellońskiego, Nowej Konfederacji, Biznes Alertu. Nikt dotąd nie spróbował zbudować na takim podejściu kanału publicystyczno-informacyjnego od podstaw, choć częściowo według tej koncepcji funkcjonuje TVN24 Biznes i Świat.

 

Druga myśl to ta, że sprawa nie jest jednak taka prosta. Stworzenie stacji publicystycznej jest stosunkowo łatwe, publicystyczno-informacyjnej już nie. W obu przypadkach natomiast groźny jest paździerz, czyli wrażenie, że widz nie ma do czynienia z profesjonalnym produktem, ale prymitywnym, robionym po taniości programikiem, gdzie co chwila widać dziury. Czasem dosłownie, jeśli tzw. kluczowanie tła na green boksie jest słabej jakości. O ile łatwiej jest tego wrażenia uniknąć, jeżeli robi się stację opartą na rozmowach i autorskich programach, to już znacznie trudniej, gdy chce się do tego włączyć informacje. Tam trzeba mieć odpowiednią liczbę ekip reporterskich, dostęp do zewnętrznych serwisów i duże zaplecze techniczne. Inna sprawa, że sprzęt pozwalający na rejestrację, a nawet transmisję w przyzwoitej jakości jest dziś względnie dostępny i tani. Wciąż jednak stworzenie stacji publicystycznej z własnymi informacjami, a już szczególnie z własnym poważnym serwisem informacyjnym, jest bardzo trudne i kosztowne.

 

To, co jest na rynku i co być ma, wciąż wydaje się krążyć wokół idei, można by rzec, stricte telewizyjnej. Nie ma w tym świeżości. Wiadomo, że TVN24, Polsat News i ich bezpośrednie klony będą trwały w tym schemacie i trudno tu oczekiwać czegoś innego. Ale nowi gracze mogliby już spróbować odmiennego podejścia. Być może klucz do oryginalności i sukcesu leży w formatach, których w telewizjach informacyjno-publicystycznych nie ma, a są w internecie. To tam jest miejsce na długie i spokojne rozmowy z ekspertami, by wspomnieć choćby programy z udziałem Jacka BartosiakaBartłomieja Radziejewskiego, rozmowy Rafała Ziemkiewicza na jego kanale z zapraszanymi gośćmi albo prowadzone przeze mnie rozmowy z cyklu „Polska na Serio” na kanale Świat Rolnika. Można spokojnie założyć, że wiele spośród tych programów ma oglądalność większą niż znaczna część bardziej niszowych stacji informacyjnych w niektórych momentach. I to mimo że nie stoi za nimi żadna reklama, a żeby do nich dotrzeć, często trzeba wiedzieć, gdzie szukać, a czasami jeszcze dodatkowo zapłacić. Tam też pojawiają się swoiste fenomeny, jak rozmowy Krzysztofa Stanowskiego na jego Kanale Sportowym w cyklu „Hejt Park”, bynajmniej niezwiązane ze sportem (w każdym razie nie tylko).

 

Czy takie formaty dałoby się przenieść do „normalnej” telewizji? Pewności nie mam, być może tam straciłyby sporo ze swojej specyfiki. Na pewno oparta na nich telewizja nie mogłaby podlegać klasycznym regułom – na przykład sztywnej ramówce. Ale nie mam wątpliwości, że mogłaby powstać. Tyle że wymagałoby to kilku czynników, które chyba dziś zajść nie mogą. Po pierwsze – niezależnych od władzy inwestorów z przyzwoitymi pieniędzmi; po drugie – całkowitego zerwania z założeniem, że musi to być przedsięwzięcie jakoś umocowane politycznie, choćby gdy idzie o linię; po trzecie – zaangażowania w nie ludzi myślących już w kategoriach innych niż tradycyjna linearna telewizja. A ci być może wolą pozostać tam, gdzie są, czyli przy internecie.

ŁUKASZ WARZECHA: Za co można zwalniać dziennikarzy

Mało zauważona przemyka sprawa dziennikarza Radia Gdańsk Marcina Mindykowskiego, który niedawno został zwolniony z rozgłośni bez podawania przyczyn po dziewięciu latach pracy. Trudno było nie dostrzec czasowej koincydencji z podpisaniem przez niego apelu w sprawie lex TVN i trudno było znaleźć jakąkolwiek inną przyczynę zwolnienia. Szczególnie że do Mindykowskiego miały docierać informacje, że prezes rozgłośni Adam Chmielecki był niezadowolony ze złożenia przez dziennikarza podpisu pod listem.

 

Ta historia jest o tyle niezwykła, że – jak rzadko kiedy – sprzeciw wobec działania kierownictwa rozgłośni popłynął z różnych miejsc. Krytycznie odniosło się do niego i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ), i Syndykat Dziennikarzy Polskich (związek zawodowy), i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Sprawie ma się także przyglądać rzecznik praw obywatelskich. Co ważne, CMWP SDP zaznaczyło, że nie zajmuje się treścią apelu, podpisanego przez dziennikarza, ale samym bardzo prawdopodobnym powiązaniem tego podpisu ze zwolnieniem Mindykowskiego. To ważna deklaracja, ponieważ w sprawie TVN CMWP SDP nie podziela stanowiska autorów listu – a jednak wyraźnie oddzielono tę kwestię od sprawy zwolnienia dziennikarza z pracy.

 

Ktoś mógłby uznać, że pracodawca ma przecież prawo pozbyć się pracownika, jeżeli uzna, że ten z jakiegoś powodu nie spełnia oczekiwań. Byłoby to jednak zbyt daleko idące uproszczenie, a w tej sytuacji szczególnie nietrafione. Po pierwsze – nie mamy do czynienia z prywatnym medium, ale publicznym, zasilanym publicznymi pieniędzmi (o statusie odrębnej spółki, bo taki mają lokalne rozgłośnie radiowe). Już samo to powinno na zarządzających nim nakładać daleko idące ograniczenia, gdy idzie o dowolność w kreowaniu linii oraz zarządzanie ludźmi. Jak jest faktycznie – wiemy. Trudno to jednak traktować jako usprawiedliwienie.

 

Po drugie – zwalnianie pracowników bez podania przyczyny jest nieakceptowalne nawet w prywatnym biznesie. Niezależnie od prawa pracy, które dotyczy przede wszystkim osób mających właśnie umowy o pracę, jest to zwyczajnie etycznie naganne.

 

Po trzecie – krytycy postępowania zarządu Radia Gdańsk zwrócili uwagę, że jeżeli zwolnienie było skutkiem podpisania apelu w sprawie TVN, oznaczałoby to ograniczanie praw obywatelskich pracownika. Bo przecież Mindykowski nie był tego apelu inicjatorem, dodał tam jedynie swój podpis. Zrobił to jako dziennikarz, ale niekoniecznie jako dziennikarz konkretnej rozgłośni. W tym sensie realizował prawo do zaznaczenia własnego prywatnego stanowiska jako obywatela właśnie.

 

Można by kontrargumentować, że jeżeli pracownik angażuje się w aktywność niespójną z linią firmy, może to być powód do zwolnienia. To jednak wcale nie jest prosta kwestia – by przypomnieć ciągnącą się wciąż sprawę (właściwie – dwie sprawy) pana Janusza Komendy, zwolnionego przez Ikeę za jego wpisy na wewnętrznym forum pracowniczym po tym, jak Ikea w rozsyłanym do pracowników piśmie stwierdziła, że „inkluzywność” wobec mniejszości seksualnych jest „obowiązkiem” zatrudnionych w firmie.

 

W sprawie pana Komendy istotne było między innymi to, że Ikea jako powód zwolnienia podała sprawę, która nie ma nic wspólnego z jej działalnością i przy sprzedaży wyposażenia domów w ogóle nie powinna mieć znaczenia. Można by jednak uznać, że list w sprawie TVN jest powiązany z działalnością radia – w końcu to sprawa dotycząca mediów – zatem trudno to widzieć podobnie jak aferę w Ikei. Lecz wówczas pojawia się pytanie: czy mamy rozumieć, że Radio Gdańsk (lub jakiekolwiek medium publiczne) ma w kwestii dalszej działalności TVN tak wyrazistą i jednoznaczną linię programową, że odstępstwo od niej nawet na jotę, choćby przez podpis pod otwartym listem, ma skutkować zwolnieniem pracownika? Dość niepokojące podejście.

 

Według relacji Wirtualnych Mediów zarząd radia, w tym sam prezes, ma teraz wątpliwości, czy postąpił słusznie. Dobre i to, choć doskonale rozumiem zwolnionego dziennikarza, który stwierdza dziś, że nie wie, czy chciałby wrócić do pracy w tym miejscu oraz że jego zaufanie do pracodawcy zostało naruszone.

ŁUKASZ WARZECHA: O Frasyniuku, Kajdanowiczu i koncesjach

Występ Władysława Frasyniuka w TVN24, w programie prowadzonym przez Grzegorza Kajdanowicza, to z pewnością jeden z najciekawszych medialnych casusów tego roku. Są tu dwa wątki z sobą powiązane: sama wypowiedź gościa i brak reakcji prowadzącego oraz pojawiające się opinie, że miałby to być powód dla odebrania lub nieprzedłużenia koncesji stacji.

 

Nie będę się zajmował oceną słów pana Frasyniuka, bo za nie odpowiada – i być może odpowie przed sądem – on sam. Były opozycjonista skorzystał z wolności słowa, co jednak może oznaczać, w razie przekroczenia granic tejże (ocena należy ostatecznie do sądu), konieczność poniesienia konsekwencji.

 

Dla dziennikarza ważniejsze jest jednak pytanie, jak powinien się w tej sytuacji zachować prowadzący. Nie da się go oddzielić od oceny formy wypowiedzi Władysława Frasyniuka.

 

Co do zasady, prowadzący nie są od tego, żeby cenzurować słowa gości. Można wręcz powiedzieć, że – ze względu na to, iż media grają w swoich politycznych drużynach – takie skłonności pojawiają się zdecydowanie zbyt często w postaci przerywania, stawiania pytań z tezą lub wręcz wchodzenia przez prowadzącego w polemikę z gościem – co absolutnie nie jest jego zadaniem, chyba że mamy do czynienia z autorskim programem publicystycznym, w którym prowadzący jest postacią równorzędną wobec gościa i ma pełne prawo prezentować swoje poglądy. Lecz to inna kategoria i program w TVN24 do niej nie należał.

 

Bywają jednak wyjątkowe okoliczności, w których prowadzący ma obowiązek interweniować. Nie da się ich określić w jednoznaczny sposób, bo to jednak w dużej mierze sprawa wyczucia, lecz to właśnie wyczucie każdy prowadzący mieć powinien na tyle, żeby zauważyć i zareagować w chwili, gdy zaproszony gość przekracza bądź granice dobrego smaku, bądź zaczyna wypowiadać się w obelżywy dla kogoś sposób. To prawda, że język debaty podupadł dramatycznie – wystarczy zauważyć, że wulgaryzm stał się głównym hasłem jednego z ruchów politycznych, a po drugiej stronie także zdarzały się obelgi czy pokazywanie środkowego palca – to jednak nie oznacza, że dziennikarze są zwolnieni z obowiązku reakcji w takich przypadkach. A przynajmniej zwolnieni być nie powinni, szczególnie w tak opiniotwórczej stacji jak TVN24.

 

Wypowiedź Władysława Frasyniuka, pomijając jej merytoryczną ocenę, była nie tyle krytyką postępowania żołnierzy – z czym można by się nie zgodzić, ale co byłoby całkowicie akceptowalne – co po prostu rzucaniem pod ich adresem obelg. W tej sytuacji i już tylko z tego powodu, a więc ze względu na sam język, redaktor Kajdanowicz powinien był zareagować, prosząc rozmówcę o powstrzymanie się od takich wypowiedzi i tym samym zaznaczając, że jego stacja nie utożsamia się z tego typu sposobami ekspresji. Nie ma to nic wspólnego z popieraniem lub zwalczaniem takich czy innych poglądów.

 

Niektórzy dziennikarze, analizując tę sytuację, usprawiedliwiali Kajdanowicza tym, że rzecz miała miejsce w programie na żywo, gdy czasami trudno właściwie zareagować. Te usprawiedliwienia uważam za naciągane. Sformułowanie takie jak „wataha psów”, opisujące żołnierzy Wojska Polskiego, powinny wywołać reakcję z automatu. To było po prostu jaskrawe naruszenie norm.

 

Przeprosiny, które stacja opublikowała na jednym ze swoich twitterowych profili również wydają się niewystarczające. Powinny bowiem pojawić się w tym samym miejscu ramówki, w którym wcześniej miała miejsce rozmowa z panem Frasyniukiem.

 

Drugi wątek to apele o odebranie koncesji TVN24 z powodu tej właśnie rozmowy. Takie sugestie pojawiły się na twitterowym profilu Wojciecha Muchy, redaktora naczelnego należącej do Orlenu „Gazety Krakowskiej”, czy w wypowiedziach posła PiS Jana Mosińskiego. Ten postulat jest całkowicie niedorzeczny – gdyby stacjom telewizyjnym miano odbierać koncesję za pojedynczy incydent, a już w szczególności za wypowiedź zaproszonego gościa, nawet przy braku reakcji prowadzącego, powodowałoby to efekt mrożący o ogromnym natężeniu. Właściwie niemożliwe stałoby się zapraszanie kogokolwiek o krytycznych wobec władzy poglądach, bo zawsze istniałoby zagrożenie, że powie coś, co może zostać zinterpretowane jako powód do odebrania koncesji.

 

Pojawiały się również głosy prezentujące ogólniejsze podejście i argumentujące, że TVN24 powinno stracić koncesję za „antypolskie nastawienie” w ogóle. To równie niebezpieczny sposób rozumowania, przypominający dyskusję, którą toczyłem również na portalu SDP już wielokrotnie w sprawie zarzuconej na razie (jako pomysł ustawy) koncepcji repolonizacji / dekoncentracji mediów. Tam również w kontekście m.in. wykupionego potem przez Orlen Polska Press pojawiał się argument niemal identyczny: że gazety koncernu prezentowały „antypolskie treści”. Co to jednak w praktyce znaczy? Kto ma definiować, co jest „propolskie”, a co „antypolskie”? Szczególnie w sytuacji, gdy trwa bardzo ostry spór polityczny, w którym tego typu argumentacja pojawia się po obu stronach, bo obie twierdzą, że działania strony przeciwnej mają dla polskiego interesu fatalne skutki. Przedmiotem konfliktu jest zasadniczy kierunek, w którym zmierza państwo, a więc i to, co właśnie mu służy, a co nie.

 

Gdybyśmy uzależnili udzielanie mediom koncesji od tego, czy są „propolskie” czy „antypolskie”, otworzylibyśmy po prostu drogę do całkowicie uznaniowego, a tym samym ściśle upolitycznionego traktowania koncesji. Udzielanych przecież przez KRRiT, której skład jest właśnie polityczny. Mogę sobie doskonale wyobrazić, że w zmienionej sytuacji politycznej przeciwna strona sporu sięgnęłaby po identyczny argument, aby odebrać koncesję na przykład Telewizji Trwam, wskazując, że prezentowane tam treści „szkodzą Polsce”.

 

Wracam tutaj do koncepcji, o której wspominałem już jakiś czas temu: problematyczny jest w ogóle proces koncesjonowania mediów elektronicznych i powierzenie go Krajowej Radzie, wybieranej w czysto politycznym trybie. Nie byłoby problemem przekazanie tej kompetencji Naczelnemu Sądowi Administracyjnemu (jeśli w ogóle koncesje miałyby pozostać), ponieważ nie jest ona zapisana w konstytucji, a jedynie w Ustawie o radiofonii i telewizji.

 

Łukasz Warzecha

Musica Divina – ŁUKASZ WARZECHA o spychaniu recenzji kulturalnych na margines

Piszę ten tekst w nocy po koncercie rosyjskiego zespołu Uzorika w krakowskim kościele św. Floriana w ramach festiwalu Musica Divina, organizowanego przez Fundację InCanto. Pięć pań, które udało się nadludzkim wysiłkiem i dzięki pomocy wielu dobrych ludzi sprowadzić do Polski z Rosji w epoce covidowych restrykcji, wykonują staroruską muzykę religijną, tak zwany znamiennyj raspiew i śpiew liniowy. Kto nie słyszał czegoś takiego na żywo, ten nie ma pojęcia, jakich przeżyć może dostarczyć muzyka, i to mimo że w tym przypadku mówimy o muzyce budowanej nieco inaczej niż kanony harmoniczne wypracowane na Zachodzie, znane nam najlepiej.

 

Nie chcę tu jednak pisać o muzyce dawnej, w tym staroruskiej (choć bardzo namawiam do zainteresowania się nią), ale o moim własnym zaskakującym nieco doświadczeniu z mówieniem i pisaniem o kulturze wysokiej. Nie jest to mój główny temat – jak wiedzą wszyscy moi czytelnicy czy widzowie mojego kanału na YouTube. Jestem przede wszystkim publicystą politycznym i ekonomicznym. Owszem, lubię pisać i mówić o sztuce – jako amator oczywiście. Muzyki dawnej słucham od wielu lat, mam dużą kolekcję płyt, ale nie udaję, że jestem zawodowcem. Tym bardziej ucieszyłem się z propozycji napisania tekstu do tegorocznej książki festiwalowej właśnie na Musica Divina. Opisałem w nim własną drogę do muzyki klasycznej.

 

Jestem też wielbicielem muzeów, a że trochę jeżdżę po Polsce, staram się widzom mojego kanału opowiadać o tym, jakie miejsca odwiedzam i co ciekawego można tam zobaczyć. Można by powiedzieć: ars gratia artis, bo przecież ile osób może interesować, że warszawski zespół La Tempesta w szczycie lockdownu w 2020 r. postanowił zarejestrować pierwsze polskie nagranie Handlowskiego „Mesjasza”, że Fundacja InCanto walczyła o pieniądze na festiwal muzyki dawnej w Krakowie (aktualna edycja jest już czwarta) albo że w poznańskim Muzeum Archidiecezjalnym w dawnej Akademii Lubrańskiego można zobaczyć niesamowitą pietę z 1420 r.?

 

I tu można się zdziwić. Liczba wiadomości, komentarzy, reakcji na te właśnie wzmianki o sprawach wysokiej kultury przekroczyła wszelkie moje oczekiwania. Sporo osób wsparło zbiórkę i kupiło płytę z nagraniem „Mesjasza” dzięki informacjom, które znaleźli u mnie – wiem to od ludzi związanych z zespołem La Tempesta. Wiele osób pisało do mnie, że odwiedzili to lub inne miejsce – muzeum, galerię, miejscowość – dzięki mojej rekomendacji. Wiele innych dziękowało za to, że opowiedziałem o miejscu, które jest dla nich ważne albo nad stworzeniem którego pracowali. Każda taka wzmianka, prawdę mówiąc, cieszy mnie bardziej niż dyskusja polityczna w mediach społecznościowych rozpoczęta jakimś moim tekstem.

 

Warto jednak przez moment zastanowić się nad ogólniejszymi wnioskami. Po pierwsze – wnioskuję, że przynajmniej część odbiorców jest spragniona niekoniecznie specjalistycznej recenzji i rekomendacji ze sfery kultury wysokiej. Mam wrażenie, że tego bardzo brakuje.

 

Po drugie – odbiorcom nie przeszkadza połączenie (mowa o wideoblogu) komentarza politycznego ze sprawami kultury. I może ma to związek z wnioskiem pierwszym: recenzje i rekomendacje kulturalne są zepchnięte gdzieś na margines, a już szczególnie jeśli dotyczą dziedzin mniej popularnych. Ja podsuwam je swoim widzom na tym samym poziomie co komentarz polityczny i wiem, że moi odbiorcy są z tego w większości zadowoleni. Piszą, że taki zestaw im się podoba, bo pozwala się na koniec filmu oderwać od polityki. Podoba im się też, że polityczny publicysta staje się dzięki takim tematom bardziej ludzki – ma swoje pasje, zainteresowania niezwiązane z główną dziedziną działalności. To dla mnie dobry sposób na bliższy kontakt z moimi odbiorcami.

 

Po trzecie – czy nie jest przypadkiem tak, że publicystyka kulturalna przeżywa kryzys? Kojarzę fascynujące teksty choćby o muzyce dawnej, ale na bardziej niszowych portalach, takich jak znakomita Teologia Polityczna. Sam pisywałem teksty głównie o kompozytorach, których życie jest kopalnią anegdot, dla Magazynu TVP, potem Magazynu Polsat News i jego następcy – Magazynu Interii. Pisałem o Bachu, Handlu, de Sainte-Colombie, Marais, Gesualdzie, pisałem też o sporach o sztukę nowoczesną i o tym, jak czytać dawne malarstwo. Komentarze czytelników przekonały mnie, że na takie teksty jest popyt i są czytane w miejscach, gdzie wydawałoby się, że sprzedadzą się jedynie tematy z popkultury.

 

Do tego, że mimo potężnych problemów tegoroczny festiwal Musica Divina jednak udało się zorganizować, przyczyniła się rozmowa znanego konserwatywnego vlogera, obserwowanego przez prawie 90 tys. osób, Tomasza Samołyka, z Łukaszem Serwińskim, założycielem Fundacji InCanto i dyrektorem artystycznym Musica Divina. Prawie dwugodzinny wywiad o muzyce dawnej, festiwalu, wyrabianiu sobie gustu muzycznego, obejrzało 20 tys. ludzi. Można powiedzieć, że to niewiele w porównaniu z setkami tysięcy oglądających jakieś paruminutowe bzdury w stylu „facet ściąga gacie w sklepie”, ale proszę sobie uświadomić: 20 tys. ludzi chciało posłuchać o temacie, który w Polsce uznaje się za kompletnie marginalny!

 

Być może więc jakaś część dziennikarzy, na co dzień zajmujących się całkiem innymi sprawami, którzy obawiają się pisania czy mówienia o kulturze wysokiej, bo to nie ich dziedzina, bo przecież są od tego specjaliści, bo nikogo to nie interesuje – przełamie się. Moje doświadczenie każe mi twierdzić, że odbiorców takich treści jest znacznie więcej niż byśmy się spodziewali, a niektórzy mogą nawet nie wiedzieć, że ich to interesuje – bo nigdy na tego typu tematy nie trafili.

 

Kilka razy zdarzyło mi się, że widzowie mojego wideoblogu lub czytelnicy moich tekstów o muzyce pisali, że pod moim wpływem sięgnęli po muzykę dawną albo prosili o pomoc w rozpoczęciu swojej przygody z nią. Zapewniam – taka wiadomość daje gigantyczną satysfakcję.

 

Łukasz Warzecha

ŁUKASZ WARZECHA: Czy jest możliwa alternatywa dla Radia Maryja

W Małopolsce nadawanie zaczęło katolickie, ewangelizacyjne Radio Profeto. KRRiT wydała w tej sprawie decyzję jeszcze we wrześniu ubiegłego roku, a rozgłośnia wkrótce zacznie cyfrowe nadawanie w kolejnych regionach i tym samym zyska zasięg ustępujący jedynie temu, jaki ma Radio Maryja. Ta wiadomość sprawiła, że pomyślałem o dwóch kościelnych projektach, które zostały zmarnowane: Telewizji Puls i Radiu Plus.

 

Tak, dobrze państwo kojarzą: obie te marki nadal istnieją na medialnym rynku, jednak nie mają już nic wspólnego z pierwotnymi planami. Nie będę tutaj opisywał ich skomplikowanej historii, bo każdy ciekawy może ją bez trudu odnaleźć w Internecie. Dość powiedzieć, że jest to historia straconych szans. Jeżeli dzisiaj spojrzeć na nazwiska, jakie brały udział w tworzeniu TV Puls, można się zdziwić, jak to możliwe, że stacja tak błyskawicznie popadła w kłopoty finansowe. Owszem, to były inne czasy i przebicie się na początku lat 2000. z projektem, mającym odtworzyć częściowo poetykę TVP za prezesury Wiesława Walendziaka, było bardzo trudne. Ale ta smutna historia przez długi czas była w środowisku konserwatywnym przytaczana jako memento, do czego może doprowadzić brak finansowej dyscypliny i myślenie kategoriami życzeniowymi, a nie realnymi. Niektórzy wyciągnęli z tego zresztą wnioski. Inni – bynajmniej.

 

Historia Radia Plus jest bardziej skomplikowana, ale jedno jest jasne: z ogólnopolskiej sieci rozgłośni katolickich, która miała stanowić konkurencję dla lewicowych i liberalnych mediów, nie zostało nic. I to już dawno temu.

 

Na rynku medialnym pod kościelnym sztandarem występuje jeden względnie silny gracz, czyli minikoncern o. Tadeusza Rydzyka. Lecz jakkolwiek byśmy nie oceniali jego dokonań i sposobu przekazywania informacji (zaręczam, że wiele osób myślących stereotypowo mogłoby być zaskoczonych profesjonalizmem niektórych programów TV Trwam, w tym tych informacyjnych), jasne jest, że nie do wszystkich ten przekaz jest skierowany i nie wszystkim będzie odpowiadał. Poza tym są na rynku mediów katolickich gracze papierowi oraz radiowi, rozproszeni, okazjonalnie powiązani w sieci i współpracujący, ale trudno tu mówić o większym znaczeniu.

 

Przyczyny wydają się proste: poszczególne diecezje mają różnych gospodarzy, ci gospodarze mają różne ambicje, różnych współpracowników, różne podejście do mediów. Wielu chce mieć własną rozgłośnię lub gazetę tylko po to, żeby powielała jedynie słuszną linię i przekazywała „ogłoszenia parafialne”, a w ten sposób słuchaczy się nie zdobywa. O telewizji w ogóle nie ma co mówić, bo to o wiele za duże przedsięwzięcie i nie ma mowy, żeby zrealizować je na poziomie pojedynczej diecezji.

 

Poza przedsięwzięciem o. Rydzyka polski Kościół nigdy nie był w stanie stworzyć mediów o większym znaczeniu i to jest zapewne jedna z przyczyn jego obecnego kryzysu. Nie chodzi o to, że takie media broniłyby Kościoła per fas et nefas, bo to byłoby działanie nie tylko kontrproduktywne, ale też zwyczajnie moralnie złe. Chodzi o to, żeby istniało znaczące medialnie miejsce, gdzie można by toczyć uczciwą dyskusję o problemach – w tym problemie pedofilii w Kościele – i gdzie można by uczciwie przekazywać, jakie kroki Kościół w tej sprawie podjął. Zwłaszcza z tym ostatnim jest problem, a media państwowe tutaj nie pomagają, ponieważ ich przekaz jest tak skrajnie propagandowy, że staje się niewiarygodny i niemało odbiorców jest skłonnych uznać, że skoro TVP mówi jedno, to na pewno jest dokładnie odwrotnie.

 

Z tym że to oczywiście nieco idealistyczne podejście. Każdy, kto ma do czynienia z mediami oraz jednocześnie zna trochę kościelne struktury od środka, ten wie, że problemy, które mają również inne media – a więc między innymi kwestia niezależności redakcji od właściciela – w przypadków mediów kościelnych należy pomnożyć przynajmniej przez dwa. Mamy tu choćby delikatny problem posłuszeństwa duchownych pracujących w takich redakcjach wobec swoich przełożonych, którzy są jednocześnie tych mediów właścicielami. Właściciele ci, a więc zwierzchnicy diecezji, nie rozumieją z kolei często, że warunkiem wyjścia medium kościelnego poza krąg ściśle „parafialny” jest danie mu daleko idącej swobody działania i komentowania również poczynań samej hierarchii kościelnej. Znam wypadki, obejmujące również kościelne czasopisma, gdy sprawiało to naprawdę duże problemy – szczególnie tym księżom, którzy zmuszeni byli wybierać pomiędzy tożsamością dziennikarską a klerykalną.

 

Dublowanie przedsięwzięcia o. Rydzyka zapewne nie ma sensu i jest też organizacyjnie niemożliwe, szczególnie że polski Episkopat ma dzisiaj poważniejsze problemy, a i nie jest wystarczająco spójny ideowo, żeby uzgodnić między sobą linię takiego medium. W takim razie pozostaje mieć nadzieję, że rozgłośni w rodzaju Radia Profeto będzie więcej oraz że będą ze sobą przynajmniej umiały współpracować ad hoc, tworząc sieci obejmujące większą część kraju.

 

Kościół nie tylko ma prawo, ale powinien mieć swoje media. Tyle że najpierw jego naczelni pasterze musieliby zmienić swój sposób myślenia o nich, który w zbyt wielu przypadkach pozostaje skrajnie anachroniczny. Być może taka zmiana przyjdzie jako uboczny skutek zmian wymuszonych walką z bardzo trudnymi problemami ukrywanych latami win, które dzisiaj przede wszystkim polskiemu Kościołowi zagrażają.

 

Łukasz Warzecha

Śmierć i życie plemion – ŁUKASZ WARZECHA o przypadku Szymona Jadczaka

Muszę przyznać, że z pewnym rozbawieniem przyglądałem się aferze wokół tekstu Szymona Jadczaka (i Patryka Słowika, ale ten drugi pozostał na marginesie sprawy), dziennikarza Wirtualnej Polski (do niedawna związanego z TVN24, a wcześniej także z Gazeta.pl), o tym, jak to Donald Tusk przepisał swój majątek na żonę. Rozbawił mnie nie sam tekst (choć dość rozbawiło mnie tłumaczenie Tuska, opublikowane już po pojawieniu się artykułu, w którym przewodniczący PO opowiadał, że takie posunięcie wykonał z powodu obaw o bezpieczeństwo swojej rodziny) ani też nie reakcja fanów Tuska, którzy natychmiast wzięli na celownik Jadczaka. Rozbawiło mnie, że sam Jadczak wydawał się tym zachowaniem publiki z lekka zszokowany.

 

Kto obserwuje redaktora Jadczaka na Twitterze oraz kto zna jego wypowiedzi, ten wie, że pod względem światopoglądowym jest od obecnie rządzących tak daleki jak to tylko możliwe. Posądzanie go o jakąkolwiek próbę wpisania się w ich narrację jest skrajnie karkołomne, niemal tak, jak próba posądzenia o to samo Tomasza Lisa (niemal, bo jednak Tomasz Lis jest pod tym względem niedościgniony). A jednak to wszystko nie miało znaczenia, gdy Jadczak opublikował wspomniany tekst. Przez fanów Tuska został natychmiast uznany za najpodlejszą personę pod słońcem i obrzucony najgorszymi obelgami.

 

Jadczak skarżył się w Wirtualnych Mediach:

Pewnie błędem było to, że odpowiadałem na zaczepki i chamskie komentarze, bo z fanatykami nie ma co dyskutować. Apeluję też do dziennikarzy, którzy podsycają hejt, bo być może nie zdają sobie sprawy z tego, co idzie za ich wpisami. Dla was to może być fajny, efektowny tweet, za który zbierzecie parę lajków, ale ja dostaję później groźby i wyzwiska. Więc proszę np. Wojciecha Czuchnowskiego, żeby się zastanowił, co robi, bo głupio, jak jedną ręką broni wolności słowa, a drugą nakręca hejt i nienawiść. Nie wiem, czym takie działania różnią się od tego, co robią ludzie z TVP, których tak krytykuje. Efekt jest taki sam.

 

Patrzę na te cierpienia młodego (rocznik 1980) Jadczaka i uśmiecham się półgębkiem. Oto dziennikarz, który był zawsze po jednej stronie sporu politycznego (co nie oznacza, że robił nierzetelne dziennikarstwo, żeby było jasne), nagle odkrył, że i tutaj są agresywni fanatycy, dla których nie jest ważny cały jego dorobek, poglądy, napisane wcześniej teksty czy ujawnione przekręty władzy, ale liczy się tylko ta jedna historia, a właściwie to, że w tytule tekstu Tuska porównano do Mateusza Morawieckiego.

 

Drogi Panie Redaktorze Jadczak! Gdyby przed napisaniem tego tekstu się Pan do mnie odezwał, natychmiast powiedziałbym Panu, co Pana może czekać. Mam to przećwiczone na wszystkie możliwe sposoby, tylko niestety tacy jak Pan, którzy zawsze byli po jednej stronie medialnej barykady i nigdy bądź bardzo rzadko ją przekraczali, nie mieli świadomości, że funkcjonujemy jako dziennikarze w świecie walczących ze sobą na śmierć i życie plemion. Działa to dokładnie tak, jak Pan właśnie doświadczył: mógł Pan walić w obecną władzę przez całą właściwie swoją dziennikarską karierę (znów powtarzam: nie mówię, że bez racji czy nierzetelnie), ale wystarczy, że jednym tekstem tknął Pan święty totem platformerskiego plemienia – Donalda Tuska – a już stał się Pan zdrajcą, sprzedawczykiem i dziennikarską kurtyzaną, której najpewniej osobiście płaci Jarosław Kaczyński, wzywając od czasu do czasu na Nowogrodzką. No, może czasem za pośrednictwem wiernego Sasina.

 

Zabawne jest, gdy tę plemienną rzeczywistość odkrywają nagle dziennikarze, którzy wcześniej korzystali z komfortu przynależności do jednego z plemion, a tym samym nie mieściło im się w głowie, że kiedykolwiek mogą paść ofiarą plemiennej wojny. Udawali często, że problem nie istnieje, bo ich przecież nie dotykał. I tak naprawdę faktycznie nie dotyka on większości dziennikarzy, ponieważ większość dziennikarzy jest dzisiaj zapisana do jednego albo drugiego obozu. Ci, którzy się nie zapisali, doświadczają regularnie tego, czego właśnie doświadczył Jadczak.

 

Być może tu zresztą leży tajemnica pominięcia w tej aferze Patryka Słowika. Po Słowiku kibice Tuska po prostu niczego się nie spodziewali, bo Słowik do żadnego obozu nigdy się nie zapisał. Nie uznano zatem, że zdradził. Cała wściekłość skupiła się na tym, który za zdrajcę został uznany.

 

Przyznam, że dziennikarzowi WP nie współczuję. Na mnie po prostu takie sytuacje nie robią już żadnego wrażenia – znam je doskonale. Liczba obelg, które skierowano pod moim adresem z obu stron barykady idzie zapewne w dziesiątki tysięcy. Zwariowałbym, gdybym miał się tym przejmować. Cieszę się natomiast, gdy takie sytuacje przydarzają się tym pracownikom mediów, którzy dotąd cieszyli się komfortem plemiennej przynależności. Może bowiem dzięki temu dostrzegą, jak skrajnie niezdrowa jest sytuacja, w której od dziennikarzy oczekuje się, że będą wojownikami jednego albo drugiego stronnictwa, a nie, że będą po prostu dobrze wykonywali swoją pracę.

 

Łukasz Warzecha

Chyży rój – ŁUKASZ WARZECHA o tym, gdzie zaczyna się obelga

Polityk, ale też publicysta, nie powinien mieć wrażliwości nastolatki w okresie dojrzewania. Jedną z najbardziej żenujących rzeczy jest, gdy w obronie osoby publicznej, ostro werbalnie potraktowanej, stają samozwańczy arbitrzy elegancji – jej zwolennicy – którzy pouczają, że nie można o niej powiedzieć lub napisać, iż jest niemądra, jest psychopatą, wygaduje idiotyzmy, plecie brednie, kłamie, robi z ludzi idiotów, a w ogóle należy bezwzględnie przed nazwiskiem dodawać „pan” lub „pani”. Każde medium ma swoją poetykę. Inaczej pisze się na Twitterze, inaczej w tabloidzie, inaczej w gazecie opiniotwórczej. W jednych miejscach akceptowalny jest język ostrzejszy, w innych nie. Zresztą to, co dzisiaj mogłoby się wydawać zdecydowanie zbyt ostre, w przedwojennej publicystyce było normalne – z czego często nie zdajemy sobie sprawy.

 

To rzekłszy, mam problem z „chyżym rojem”, czyli grą słówek, której użył w swoim programie na żywo w TV Republika Jacek Sobala w odniesieniu do Donalda Tuska. Nie muszę chyba tłumaczyć, co w rzeczywistości znaczy „chyży rój” – wystarczy przestawić pierwsze litery.

 

Mój problem wynika z tego, że nie akceptuję bigoterii, także w mediach, lecz zarazem coś tu zgrzyta. Program „Mówi się” zahacza o coś w rodzaju telewizyjnego stand-upu, czyli satyrycznego monologu, w którym z zasady mogą padać słowa niecenzuralne – choć jednak stand-upem nie jest, a prowadzący jest publicystą z długą zawodową historią. Powiedziałbym więc, że prowadzącemu wolno w nim więcej niż w klasycznym programie publicystycznym – ale jednak nie wszystko. Tu – trudno się z Jackiem Sobalą nie zgodzić – żadne słowo niecenzuralne wprost nie padło, a słów „chyży rój” (nie wymieniając zresztą nazwiska polityka) użył Sobala tylko raz i mimochodem. Zatem reakcja na ten wtręt przypomina trochę sytuację, gdy przed wyborami kilka lat temu jeden z biskupów podczas kazania mówił, żeby nie głosować na złodziei, na co automatycznie oburzyli się politycy Platformy Obywatelskiej. Inna sprawa, że określenie „chyży rój” w odniesieniu do przewodniczącego PO funkcjonuje w kręgach zwolenników obecnej władzy od lat, więc wszyscy świetnie wiedzą, o co chodzi. Sobala wrócił do tematu dopiero, gdy wokół jego słów zrobiła się awantura. Skruchy nie wykazał.

 

Czy warto było się burzyć o te dwa słowa, które przemknęły gdzieś w toku 20-minutowego programu? Moim zdaniem – nie. Ale to nie sprawia, że problem znika, ponieważ, jak zwykle, pozostaje kwestia granic. Była to bowiem bez wątpienia obelga, tyle że lekko zakamuflowana. Jak zareagowaliby Jacek Sobala albo Tomasz Sakiewicz, gdyby w programie z przeciwnej politycznie strony ktoś powiedział o Jarosławie Kaczyńskim np. „konus z hiacyntem w klapie”, czyniąc również aluzję do dawnych rzekomych rewelacji choćby Janusza Palikota? To, rzecz jasna, pytanie retoryczne. Oburzenia moglibyśmy być pewni.

 

Jako się rzekło, politycy muszą być przygotowani na to, że będą traktowani bardzo ostro. I nie idzie tu tylko o czysto merytoryczną krytykę. Czasem w publicystyce potrzebne jest także mocne określenie, skrótowo opisujące negatywne cechy danej osoby – stąd wspomniany przeze mnie na początku „psychopata”, którego to słowa sam użyłem kilkakrotnie w stosunku do ministra Adama Niedzielskiego. Tyle że „psychopata”, jakkolwiek jest to słowo mocne, nie jest wprost obelgą. Tak samo kwalifikowałbym choćby słowo „idiota”, mające zresztą swój grecki rodowód, oznaczające osobę niezainteresowaną sprawami publicznymi (idiotes) w odróżnieniu od polites.

 

Owszem, granica jest płynna i może zależeć od wrażliwości językowej, a jednak da się ją wyznaczyć. Zbędna, trudna do zaakceptowania obelga zaczyna się tam, gdzie wobec danej osoby używamy wulgarnego określenia, które na dodatek nie ma żadnego odniesienia do jej istotnych cech i do sprawy. A nawet jeżeli ma, możemy użyć określenia owszem, złośliwego, ale jednak nie wulgarnego. Trudno się zgodzić, aby dziennikarz miał nazywać nawet najgorzej przez siebie ocenianego polityka, robiącego rzeczy najgłupsze, „poj…em”, gdy może o nim powiedzieć, że słabo myśli, jest niewydolny intelektualnie, bezrozumny – itd. Kiepskim pomysłem jest też odnoszenie się do cech fizycznych.

 

Używane przez nas, dziennikarzy, określenia rezonują z emocjami odbiorców. Z jednej strony mamy dać odpowiednie rzeczy słowo i to czasami musi być słowo mocne; z drugiej jeśli jest to nasz jedyny sposób komentowania i mówienia o tej czy innej osobie publicznej – w oczach widzów, słuchaczy czy czytelników będzie następować jej stopniowa degradacja aż do momentu, gdy taki ktoś stanie się obiektem czystej nienawiści. Mam nadzieję, że o to nikomu nie chodzi.

 

Łukasz Warzecha

Jaruzelska i Urban – ŁUKASZ WARZECHA o tym czy dziennikarz powinien z każdym rozmawiać?

Monika Jaruzelska to jedno z unikatowych zjawisk w polskim dziennikarstwie. Kto trafił na jej kanał na YouTube, ten wie. Córka komunistycznego dyktatora nie jest kojarzona z gorącą obroną Peerelu czy stanu wojennego – raczej z umiarkowaniem, zdrowym rozsądkiem i od czasu do czasu poglądami bardziej charakterystycznymi dla centroprawicy niż lewicy (choć tak się politycznie identyfikuje). Przede wszystkim jednak jest znana jako autorka cyklu internetowych wywiadów „Towarzyszka Panienka”, nagrywanych w dawnej willi generała przy ul. Ikara w Warszawie. Tej samej, pod którą za życia Jaruzelskiego odbywały się 13 grudnia demonstracje.

 

Jej rozmowy wyróżniają się kilkoma cechami niemal już nieobecnymi w mainstreamowym dziennikarstwie. Po pierwsze – Jaruzelska naprawdę tylko pyta. Jest wycofana, choć zarazem dobrze przygotowana. Nigdy nie narzuca swoich poglądów, widzowie nie mają wrażenia, że w pytaniach stawia gotowe tezy i oczekuje ich potwierdzenia od rozmówcy. Po drugie – tworzy w czasie rozmowy dobrą atmosferę, czemu sprzyja domowe miejsce nagrań, a co wpływa na rozluźnienie się rozmówców. Po trzecie – nie spieszy się. Brak czasowego limitu to dobra cecha internetu, z której Jaruzelska odpowiednio korzysta. Jej rozmowy mają nawet po ponad dwie godziny.

 

Wreszcie – Jaruzelska stara się rozmawiać z każdym, a widz ma poczucie, że celem rozmowy jest zrozumienie poglądów i motywacji rozmówcy. Jaruzelska zapraszała do siebie ludzi bardzo dalekich od jej własnych poglądów i sekowanych przez główne media. Byli u niej tak skrajnie różni goście jak Krzysztof Bosak, Sławomir Jastrzębowski, Adam Wielomski, Sławomir Pitoń, Andrzej Zybertowicz, Tomasz Terlikowski, Artur Dziambor, Piotr Ikonowicz czy Marcin Rola. A teraz zaprosiła Jerzego Urbana.

 

Właśnie to zaproszenie wywołało awanturę i spory. Duża część publiczności – także, jak można wnioskować z wpisów, stałych widzów kanału pani Moniki – uznała, że to o krok za daleko. Że z ludźmi takimi jak Urban się nie rozmawia. Ale właściwie – dlaczego nie?

 

Zastrzegam: rozmowy z Urbanem w momencie pisania tego tekstu nie widziałem, więc jej nie oceniam. Być może Jaruzelska w tym przypadku nie dała rady – nie wiem. Jednak spór o zaproszenie byłego rzecznika peerelowskiego rządu i byłego redaktora „Polityki” przez – nie waham się napisać – dziennikarkę, robiącą jedne z najlepszych w Polsce wywiadów, jest dobrym pretekstem do zastanowienia się, czy faktycznie są osoby, z którymi dziennikarz nie powinien rozmawiać.

 

Najpierw sprawa, jak sądzę, najprostsza: tak, są ludzie, z którymi rozmawiać się faktycznie nie powinno. To ci, którzy popełnili przestępstwo jedynie po to, żeby przyciągnąć uwagę. Rozmowa z nimi byłaby spełnieniem tego oczekiwania, a zatem stanowiłaby zachętę do podobnych zachowań w przyszłości. Aczkolwiek nawet pisząc te słowa mam wątpliwość: czy faktycznie nie zrobiłbym rozmowy z Herostratesem, gdybym miał taką możliwość? Choć podpalacz Artemizjonu mógłby się przecież ostatecznie okazać osobą całkowicie nieciekawą…

 

Lecz nawet tu granica jest płynna. Motywacja Herostratesa, jaka przetrwała w przekazach do naszych czasów, nie budzi raczej wątpliwości. Ale czy to oznacza, że dziennikarz w ogóle nie powinien rozmawiać z ludźmi, którzy popełniali zbrodnie? To błędne podejście, bo nie jest rolą dziennikarza stawianie się w roli eksperta od etyki, który swoją – a więc i swoich odbiorców uwagę będzie traktował jako narzędzie karania jednych, a nagradzania innych. Dziennikarz ma przede wszystkim zadbać o to, żeby z jego rozmowy coś wynikało. Żeby pokazała odbiorcy coś, o czym nie wiedział. Tym czymś może też być motywacja złego człowieka. Taki był cel Hannah Arendt, gdy pisała „Eichmanna w Jerozolimie” – relację z procesu niemieckiego zbrodniarza, która wprowadziła do obiegu pojęcie banalności zła. Arendt nie miała możliwości rozmowy z Eichmannem, lecz czy można mieć wątpliwości, że skorzystałaby z niej, gdyby taka możliwość się pojawiła?

 

Kazimierz Moczarski, żołnierz AK i dziennikarz, w 1949 r. został osadzony przez komunistów w jednej celi z Jürgenem Stroopem, SS-mańskim zbrodniarzem, katem powstania w warszawskim getcie, a wcześniej – katem Wielkopolski, mającym na sumieniu niezliczone życia żydowskich i polskich obywateli Rzeczypospolitej. Plonem ośmiu miesięcy wspólnego osadzenia obu mężczyzn były „Rozmowy z katem” Moczarskiego – unikatowy, robiący niesamowite wrażenie zapis wypowiedzi Stroopa, opis jego zachowań i jego sposobu myślenia. Moczarski nawet w dramatycznych dla siebie okolicznościach (brutalne śledztwo, trwający proces, w którym groziła mu – ostatecznie faktycznie zasądzona, szczęśliwie nie wykonana – kara śmierci) zachował się jak rasowy dziennikarz.

 

Dziennikarze rozmawiali wielokrotnie z dyktatorami takimi jak Muammar Kaddafi czy Fidel Castro. Cezary Łazarewicz napisał książkę o Januszu Walusiu, który w 1993 r. zamordował w RPA (Waluś mieszkał tam od 1981 r.) lewicowego bojownika i polityka Chrisa Haniego. Pojechał do Afryki, rozmawiał z odsiadującym dożywocie Polakiem. W rozmowie dla „Krytyki Politycznej” powiedział: „Chciałem odtworzyć sposób myślenia Janusza Walusia. Jestem dokumentalistą, w pewnym sensie nie dbam o skutki historii, którą przedstawiam. Przesłanie z tej książki wydaje mi się jasne: patrzcie, do czego może doprowadzić zacietrzewienie ideologiczne. […] A żeby odtworzyć ten sposób myślenia, musiałem go wysłuchać i być wobec niego uczciwy”. Jakkolwiek Łazarewicz jest dziennikarzem o jednoznacznie lewicowych poglądach, trudno się z takim postawieniem sprawy nie zgodzić. Prawie nikt nie miał pretensji o jego rozmowę z Walusiem – jeśli już takie się pojawiały, to raczej z lewej strony, zarzucające Łazarewiczowi, że napisał książkę zbyt obiektywną, zamiast ideologicznie Walusia potępić.

 

Ja sam mam na koncie wywiad z Wojciechem Jaruzelskim, który zrobiłem w 2000 r. na zamówienie wydawnictwa Reader’s Digest do dużej książki o Janie Pawle II. Wywiad dotyczył spotkań Ojca Świętego z polskim dyktatorem i uważam go za jedno z najciekawszych dziennikarskich doświadczeń w mojej karierze, szczególnie że uważna obserwacja generała podczas tej rozmowy dała mi, jak sądzę, wgląd w jego odczucia i motywacje, których nie zwerbalizował.

 

Jerzym Urbanie mówiłem zawsze, że jest postacią na wskroś obrzydliwą. Podtrzymuję tę opinię – co jednak nie znaczy, że dziennikarz nie powinien się podjąć rozmowy z nim. Sześć lat temu na portalu wPolityce napisałem tekst po głośnej wówczas rozmowie Agnieszki GozdyryUrbanem w Polsacie.

 

„Z Urbanem bym jednak nie rozmawiał. Jak napisałem, nie wzbudza on we mnie złości, ale wzbudza tak daleko idące obrzydzenie, że nie potrafiłbym się przemóc. Uważam też, że jeśli Urban ma być wykorzystywany w taki sposób, w jaki wykorzystuje się go obecnie w polskich mediach, to lepiej, żeby sobie powoli zdychał w zapomnieniu na swoim złotym łóżku, kupionym za pieniądze zarobione na wdeptywaniu ludzi w błoto. Przez 10 lat mojej pracy w „Fakcie” nigdy, ani razu, nie poprosiliśmy Urbana o wypowiedź. Tabloid robił rzeczy tabloidowe, publikował historyjki o przebiegłych chomikach albo urządzał ustawki czy prowokacje, ale nie przekroczył tej granicy. I za samo to szanuję swoje dawne miejsce pracy. Jeśli dzisiaj jakiś lewacki obrońca Urbana pokpiwa, że „Fakt” wprawdzie nie rozmawiał z Urbanem, ale za to „rozmawiał z bobrem”, to znaczy całkiem po prostu, że jest bezdennie głupi i nic nie rozumie” – pisałem. Ale zarazem dodawałem: „Możliwe jednak, że jakiś kolega po fachu miałby pomysł na dobrą, ciekawą rozmowę z Urbanem, w którym temu przebiegłemu wężowi potrafiłby przeciwstawić odpowiednio głęboką wiedzę i mocny intelekt. Przecież Oni Teresy Torańskiej – rozmowy z ludźmi często również zwyczajnie złymi, a na pewno moralnie godnymi potępienia, są do dzisiaj lekturą obowiązkową i arcyważnym dokumentem epoki”.

 

Moją opinię z 2015 r. muszę jednak dzisiaj lekko zmodyfikować: z Urbanem zrobiłbym jednak wywiad. Będąc postacią obrzydliwą, jest świadkiem epoki. Trzeba też odróżnić długą, wnikliwą rozmowę od traktowania danej osoby jako autorytetu czy eksperta, od którego wydobywa się dwa zdania na dany temat – i pisząc o praktyce „Faktu”, to właśnie miałem na myśli. Z pewnością żadna z osób, których przykłady podawałem w tym tekście, na taką rolę nie zasługuje i w takiej roli w mediach występować nie powinna.

 

Jedno jest w podobnych rozmowach ważne: dziennikarz musi być do nich dobrze przygotowany i nie powinien pozwolić rozmówcy – szczególnie takiemu jak Urban – odgrywać własnego spektaklu. Czy Monice Jaruzelskiej to się uda – nie wiem, bo, jako się rzekło, rozmowy nie widziałem. Wiem, że obserwacja jej dotychczasowych dziennikarskich dokonań daje na to dużą nadzieję. Krytykom jej decyzji przypominam: dziennikarz musi się czasem spotkać również z postaciami odrażającymi, żeby jego odbiorcy nie musieli. To nasza praca.

 

Łukasz Warzecha

ŁUKASZ WARZECHA: Z kim chce rozmawiać władza

Podmiotowe traktowanie mediów przez polityków, to tak naprawdę podmiotowe traktowanie ich odbiorców.

 

Gdy w 2007 r. Donald Tusk został premierem, zorganizowano kilka zamkniętych, swobodnych jego spotkań z dziennikarzami, przy kawie i kanapkach. Byłem bodaj na dwóch. Pamiętam nawet, że indagowałem pana premiera w sprawie jego chłodnego stosunku do Ukrainy. Jak w większości zagadnień polityki zagranicznej, tak i w tej sprawie nowy rząd postanowił zasadniczo odejść od linii poprzedników. Musiało to być w pierwszych miesiącach 2008 r., bo niewiele wcześniej szefami rządów zostali Tusk (w połowie listopada 2007 r.) i Julia Tymoszenko, o której była mowa na spotkaniu (po raz drugi – w połowie grudnia 2007 r.).

 

Być może to indagowanie, a może całokształt mojej ówczesnej publicystyki, ukazującej się w tamtym czasie przede wszystkim w „Fakcie” i coraz krytyczniejszej wobec nowej władzy, sprawiły, że na kolejne spotkania zaproszenia już nie dostałem. Ale też chyba wiele ich się już nie odbyło. Premier Tusk szybko doszedł do wniosku, że nie bardzo opłaca mu się spotykać z tymi, którzy mogą mu zacząć zadawać trudniejsze pytania. Szybko też stało się jasne, że dziennikarze z konserwatywnych mediów nie mają nawet po co wysyłać do Pawła Grasia próśb o wywiad z panem premierem, ponieważ i tak nic z tego nie wyjdzie.

 

Do tych wspominek nakłoniły mnie skierowane do dziennikarzy przeprosiny szefa Kancelarii Premiera Michała Dworczyka. Pan minister przepraszał za to, że wcześniej dziennikarze chcący spytać (podczas zdalnej konferencji) o aferę mejlową byli wyłączani. Oceny przeprosin były różne. Jedni stwierdzili, że trzeba to zachowanie docenić, inni wskazywali, że nie dawało się już dłużej ignorować pytań na temat wycieku, a minister Dworczyk, unikający odpowiedzi w tej sprawie, bardzo źle wypadał na tle właśnie Donalda Tuska, ostentacyjnie zapowiadającego otwartość na media i ścierającego się z pracownikami mediów państwowych – ale bez unikania pytań.

 

Patrzę na te okoliczności bez ekscytacji z prostego powodu: doświadczenie uczy mnie, że najbardziej dostępni są politycy niesprawujący w danym momencie władzy, ci zaś, którzy władzę sprawują, zaczynają jak się da unikać konfrontacji z tymi spośród nich, którzy mogliby być prawdziwie kłopotliwi. Przecież dokładnie tak zachowują się od dawna Jarosław KaczyńskiMateusz Morawiecki – ich postawa nie różni się niczym od postawy Donalda Tuska sprzed lat. Jestem też pewien, że gdyby Tusk ponownie znalazł się na stanowisku premiera, bardzo prędko okazałoby się, że wstęp do jego gabinetu mają jedynie dziennikarze przyjaźni, by nie rzec – wręcz zaprzyjaźnieni.

 

Trzeba przyznać, że epidemia okazała się pod tym względem dla obecnie rządzących niezwykle wygodna. Nie tylko zrezygnowano z bezpośrednich konferencji prasowych, ale też z właściwie wszelkich nieoficjalnych spotkań, bardzo dla dziennikarzy użytecznych. Takie się zdarzały – ministrowie zapraszali dziennikarzy, niekoniecznie tylko tych najprzychylniejszych, na spotkania off-the-record. Bywały dziennikarskie tweet-upy, organizowane i przez prezydenta, i przez premiera (choć akurat Mateusz Morawiecki bardzo szybko z tej formy zrezygnował), i przez poszczególnych ministrów. To się skończyło pod pretekstem zagrożenia epidemicznego i można odnieść wrażenie, że politycy odetchnęli z ulgą i wcale nie mają zamiaru do tych spotkań wracać. Dla wielu z nich bowiem takie momenty były jedynymi, gdy zmuszeni byli stanąć twarzą w twarz z tymi przedstawicielami mediów, z którymi nie mieli chęci rozmawiać.

 

Kilka dobrych już tygodni temu Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu zorganizowało spotkanie w formie śniadania prasowego na temat powszechnie krytykowanego projektu poszerzenia i podwyższenia opłaty reprograficznej. Bardzo chciałem na nim być – jako zdecydowany krytyk tego pomysłu – ale zaproszenie do mnie nie dotarło. Gdy udało mi się w tej sprawie skontaktować z przedstawicielką MKDNiS, ta zapewniła mnie, że to nic nie szkodzi, bo będą kolejne spotkania na ten temat i wtedy już znajdę się na liście. Od tamtej pory – głucha cisza. I tak to właśnie wygląda. Standard.

 

Jak niemal zawsze, wszystko sprowadza się do sposobu, w jaki politycy traktują media i dziennikarzy. Jeżeli uznają ich jedynie za instrument do osiągania swoich politycznych celów, oczywiste jest, że potraktują ich właśnie instrumentalnie. A to oznacza rozmawianie jedynie z tymi, którzy rolę instrumentu chętnie zaakceptują. Podmiotowe traktowanie mediów – które są przecież jedynie pośrednikiem, a więc tak naprawdę jest to podmiotowe traktowanie ich odbiorców – jest wówczas, gdy najważniejsi politycy w państwie czują się zobligowani do rozmowy z dziennikarzem niezaprzyjaźnionym, a może nawet nieprzychylnym.

 

Łukasz Warzecha

Zapasy w kisielu – ŁUKASZ WARZECHA o wartości mediów społecznościowych

Media społecznościowe stały się jednym z zabójców mediów tradycyjnych. I to na kilka sposobów.

 

Po pierwsze – dla wielu osób są głównym źródłem informacji, także dlatego, że pojawiają się w nich informacje właśnie z mediów tradycyjnych. W związku z tym impuls, żeby sięgać po te tradycyjne media – niezależnie od tego, jaka jest ich forma – maleje. Jeśli na Twitterze przeczytało się dwuzdaniową informację podaną przez np. rozgłośnię radiową – po co jeszcze włączać tę stację na serwis informacyjny, żeby usłyszeć to samo?

 

Po drugie – media tradycyjne pasożytują na mediach społecznościowych, ale w sposób sprawiający, że ich własna jakość poważnie się obniża. Całe teksty na portalach internetowych, czasami materiały telewizyjne czy radiowe, a bywa, że i teksty w czasopismach, budowane są w części lub nawet w całości na cytatach z mediów społecznościowych. To destrukcyjny głuchy telefon: najpierw media tradycyjne podają jakąś informację (często powtarzając ją jak najszybciej za jednym i nie zawsze sprawdzonym źródłem), następnie ta informacja jest komentowana przez różne rozpoznawalne osoby na Twitterze czy Facebooku, a potem media robią z tych komentarzy kolejny materiał. Nie wnosi to kompletnie niczego do debaty.

 

Po trzecie – media społecznościowe stały się wygodnym miejscem wymiany nawet nie opinii, ale ciosów. Kiedyś taka wymiana wymagała jednak pewnego wysiłku i argumentacji, gdy odbywała się na zasadzie dyskusji na gazetowe teksty opiniowe czy choćby w studiu telewizyjnym albo radiowym. Dziś wystarczy 280 znaków na Twitterze – albo nawet mniej, jeśli ktoś umie dokopać przeciwnikowi w bardziej lakoniczny sposób. A że w sferze publicznej dominują emocje – odbiorcy do tego właśnie przyzwyczajeni znajdują zaspokojenie swoich potrzeb obserwacji zapasów w kisielu właśnie w mediach społecznościowych.

 

Ponarzekać oczywiście można, ale nie ma się co kopać z koniem – tak po prostu jest, media społecznościowe są częścią naszej rzeczywistości, a ja sam pisałem wiele razy na portalu SDP, że Twitter jest dla dziennikarza i publicysty właściwie narzędziem pracy. Narzędziem – to znaczy, że pozwala zapoznać się z trendami czy emocjami w najaktywniejszej politycznie części odbiorców, uchwycić reakcje polityków na wydarzenia czy też wdać się w dyskusję z wieloma osobami naraz, w tym z politykami czy innymi dziennikarzami. Czy jednak media społecznościowe mogą być w takim razie miejscem, gdzie realizowane jest dziennikarstwo – nie w sposób przyczynkarski, ale porządnie i rzetelnie? Wątpię.

 

Owszem, media społecznościowe są istotnym uzupełnieniem innych sposobów dotarcia do odbiorców. Trudno znaleźć dzisiaj poważną, większą redakcję, która nie miałaby konta w najważniejszych serwisach i nie korzystała z ich możliwości, żeby podrzucać odbiorcom swoje materiały. To jednak tylko dodatek, choćby dlatego, że media społecznościowe na ogół wymuszają skrótowość i nie sprzyjają pogłębieniu tematu. To nie jest miejsce, gdzie odbiorca mógłby się skupić na materiale choćby przez nieco dłuższy moment.

 

Jakiś czas temu opublikowałem w „Dzienniku Gazecie Prawnej” obszerny wywiad z socjologiem dr. Michałem Łuczewskim. Łuczewski bardzo interesująco mówił o przymusie szybkiej reakcji, która pojawia się, gdy korzystamy z mediów społecznościowych. Tłumaczył, że to swego rodzaju odruch obronny: musimy się odnieść do sprawy, zanim ktoś odniesie się do nas, być może niekorzystnie i agresywnie.

 

To nie jest środowisko, które pozwalałoby na spokojne odbieranie przekazywanej informacji, nie mówiąc już o obszerniejszej analizie czy komentarzu. Tu jednak wciąż optymalne jest środowisko, w którym komunikacja jest jednokierunkowa, przynajmniej na etapie przyswajania materiału. Środowisko, w którym nie ma „hałasu”. Tymczasem media społecznościowe ze swojej natury tworzą otoczenie takiego „hałasu” pełne.

 

Zauważmy, że nie powstało na razie medium, korzystające jedynie z Facebooka czy Twittera – i nie jest to oczywiście przypadek. Poza wyżej wymienionymi przyczynami może chodzić też o obawę przed cenzorską polityką tego typu miejsc.

 

Pomiędzy mediami a mediami społecznościowymi istnieje, owszem, nieco wymuszona symbioza. Wymuszona, bo skoro już społecznościówki istnieją, to trzeba było nauczyć się z nich korzystać w taki sposób, żeby przynosiło to jednak jakieś korzyści. Nie oznacza to jednak, że mogą one zastąpić media tradycyjne czy nawet stanowić jeden z w pełni równoważnych sposobów kanałów, którymi te będą się posługiwać.

 

Łukasz Warzecha

Czy cnota boi się krytyk? – ŁUKASZ WARZECHA o koncesji dla TVN24

Gdy kilkakrotnie zabierałem na portalu SDP głos w sprawie koncepcji repolonizacji (nazywanej też dla niepoznaki „dekoncentracją”) – i był to głos zdecydowanie krytyczny – wspominałem także, że wbrew politycznym pohukiwaniom jedynymi mediami, do których można by zastosować przepisy dopuszczalne w Unii Europejskiej, a ograniczające obce udziały w mediach, są stacje czy czasopisma będące współwłasnością podmiotów spoza UE. Tak się zaś składa, że w polskich warunkach w grę wchodziła jedynie telewizja TVN, będąca własnością amerykańską. Pisałem to w innych jeszcze okolicznościach, a więc gdy prezydentem USA był Donald Trump, a jego plenipotentką na Polskę niezrównana pani ambasador Georgette Mosbacher. Jako że poprzednia administracja amerykańska była przez polski rząd uznawana za bardzo przyjazną, a na przeświadczeniu o tej przyjaźni opierała się znaczna część polskiej polityki zagranicznej, zwłaszcza w aspekcie bezpieczeństwa – było jasne, że choć TVN jest dla obecnej władzy zadrą, żaden wrogi gest wykonany nie zostanie.

 

Dzisiaj postawiłbym tezę, że gdyby Trump wygrał był drugą kadencję, nie mielibyśmy coraz wyraźniej przebijającej się debaty o przedłużeniu koncesji dla TVN24. Sprawa ma dwa, może nawet trzy łączące się wymiary: polityczny międzynarodowy przechodzący w krajowy, krajowy właśnie oraz ściśle prawny. Bardzo szybko okazało się, że z administracją Joego Bidena relacje rządu Zjednoczonej Prawicy będą o niebo trudniejsze niż były z Trumpem. Nowa władza w Waszyngtonie może mieć tendencję, aby uderzać w Polskę jako przykład swojej bezwzględnej walki o postępowe wartości – nawet w przypadku nominalnie przecież ważnych wciąż sojuszników. Gra na swoje wewnętrzne podwórko – doskonale to znamy. Sprawa wolności mediów, w tym koncesji dla TVN24, może tu być idealnym przypadkiem pokazowym dla rodzimej publiczności.

 

To zarazem powoduje, że w obozie władzy mogą narastać dążenia, aby właśnie w ten sposób w administrację Bidena uderzyć – odmawiając koncesji stacji niezmiennie krytycznej wobec rządzących (pominę miłosiernym milczeniem prognozy niektórych, czynione w momencie przejmowania TVN przez Scripps Network w 2015 r., gdy wieszczyli, że nadchodzi radykalna zmiana linii i za moment TVN stanie się telewizją „prawicową” – rozumianą jako „wspierającą PiS”). Nie wiem co prawda, jaką korzyść miałoby nam to przynieść, ale niektórzy politycy nie analizują sytuacji w takich kategoriach. W każdym razie czynnik kładzenia uszu po sobie, aby nie urazić „wielkiego przyjaciela Polski” Donalda Trumpa – zniknął.

 

Jednocześnie nie sposób nie dostrzec, że w wypowiedziach wielu radykalnych działaczy partii rządzącej, dotyczących tej sprawy – takich jak cytowany niedawno przez Wirtualne Media Jan Mosiński – gra głęboka, emocjonalna niechęć do TVN24. Z drugiej jednak strony istnieje faktyczny, realny problem, polegający na strukturze własnościowej koncernu, będącego właścicielem TVN24 – czyli połączonych niedawno Discovery i Warner – i zawierający się w pytaniu, czy w obecnej postaci TVN24 nie łamie prawa, ograniczającego udział w mediach elektronicznych podmiotów spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (nieco szerszego niż UE – należy do niego np. Norwegia, ale już nie Szwajcaria). Ponieważ amerykańskie podmioty działają z kolei za pośrednictwem podmiotu zarejestrowanego w EOG, odpowiedź nie jest rzeczywiście łatwa. Jeżeli zaś byłaby odmowna, to mimo że TVN24 sygnalizuje, iż jest gotowa na różne warianty, mielibyśmy do czynienia z decyzją postrzeganą jako ściśle polityczna, bo nie opartą na prostym zero-jedynkowym kryterium, lecz na twórczej interpretacji przepisów.

 

To wszystko prowadzi do oczywistego pytania: czy naprawdę to Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji powinna wydawać koncesje? KRRiT jest z zasady organem upolitycznionym, bo jej pięcioro członków wybierają Sejm (dwoje), Senat (jeden) i prezydent (dwoje). W obecnym układzie w uproszczeniu można powiedzieć, że większość w KRRiT reprezentuje poglądy obozu władzy lub mu raczej bliskie. Tymczasem koncesja powinna być wydawana tak jak wydaje się prawo jazdy (lub w niektórych kategoriach pozwolenie na broń): jeżeli spełnia się jasne i jednoznaczne kryteria, koncesję się dostaje i koniec. Trzeba pamiętać, że chociaż KRRiT jest opisana w konstytucji (art. 213-215), to nasza ustawa zasadnicza nie mówi o jej szczegółowej roli, a więc odebranie Radzie uprawnienia koncesyjnego nie wymagałoby żadnych zmian na poziomie konstytucyjnym.

 

Może warto o tym pomyśleć? Piszę to oczywiście z pełną świadomością, że w tej chwili i w tym politycznym układzie to postulat całkowicie nie do zrealizowania, ale przecież to nie zwalnia nas od myślenia o poprawieniu działania polskiego państwa.

 

Kto w takim razie miałby koncesje przyznawać? Tu odpowiedź wydaje się oczywista: sąd. Mógłby to być np. Naczelny Sąd Administracyjny. Sędziowie, mimo kontrowersji wokół ich nominacji, są wciąż w oczywisty sposób ustawieniu dużo bardziej poza polityką niż członkowie KRRiT. Sędziowie NSA są najlepiej wykwalifikowani do podejmowania decyzji administracyjnych, a taką jest również dzisiaj wydanie koncesji dla podmiotu radiowego czy telewizyjnego. Mają największe doświadczenie w obiektywnym ocenianiu przesłanek oraz interpretowaniu prawa tam, gdzie nie jest ono jednoznaczne.

 

Gdy zaś idzie o TVN24, w interesie rządzących jest, aby tę sprawę załatwić jak najprędzej (już teraz wniosek leży w KRRiT ponad rok) i możliwie korzystnie dla stacji. W końcu – jak powiedział Ignacy Krasicki – prawdziwa cnota krytyk się nie boi.

 

Łukasz Warzecha

Ministerstwo Miłości w mediach – ŁUKASZ WARZECHA o nowej koordynatorce portalu Gazeta.pl

Jak wiadomo, media działające z kościelnym imprimatur (nie dosłownie, bo mogą to być dzisiaj również media elektroniczne lub internetowe) powinny posiadać asystenta kościelnego, a więc kogoś, kto dba, żeby prezentowane treści nie stały w sprzeczności z podstawowymi zasadami wiary i nauczania Kościoła. Niegdyś takiego asystenta miał na przykład „Tygodnik Powszechny”, ale było to jeszcze w czasach, gdy nie zmienił się ostatecznie w pismo dla baaardzo postępowych katolików, afiliowane nieformalnie przy „Gazecie Wyborczej”.

 

Teraz zaś w tle konfliktu pomiędzy redakcjami papierowej „Wyborczej” a portalu Gazeta.pl, które miałyby zostać połączone (pisałem o tym poprzednio na portalu SDP) pojawia się powołanie w Gazeta.pl asystentki – tyle że nie kościelnej, ale tęczowej. W tej roli występuje młoda dziennikarka Wiktoria Beczek, która została „koordynatorką treści dotyczących różnorodności i inkluzywności”. Na pierwszy rzut oka rozszyfrowanie znaczenia tej funkcji może sprawiać pewne problemy. Czy na przykład może to oznaczać, że portal Gazeta.pl, który w swoim przekazie jest jawnie nieprzyjazny wobec Kościoła, ludzi wierzących albo tych o przekonaniach prawicowych dzięki pani Beczek zacznie patrzeć na nich przychylniejszym okiem? W końcu jak inkluzywność, to inkluzywność.

 

Otóż myślę, że wątpię, bo przecież funkcję pani Beczek trzeba rozumieć tak, jak rozumiało się nazwy instytucji w „Roku 1984” Orwella. Na przykład Ministerstwo Miłości zajmowało się wzbudzaniem nienawiści i tępieniem wrogów ludu. Tu jest podobnie: zadaniem pani Beczek nie będzie poszerzenie spektrum i wniesienie do portalu nowych punktów widzenia, ale dokładnie przeciwnie – strzeżenie politpoprawnej i tęczowej ortodoksji.

 

Przyznaję, że pani koordynator dostaje zadanie trudne, bo jak można by portal Gazeta.pl jeszcze bardziej utolerancyjnić, uinkluzywnić i uróżnorodnić, skoro we wszystkich tych kwestiach, oczywiście jedynie słusznie rozumianych, osiągnął on już, wydawałoby się, szczyt możliwości? Jestem przekonany, że pani Beczek ma tu jednak wciąż spore pole do popisu. Wprawdzie dziennikarze portalu już stosują postępowe feminatywy w nazwach zawodów, ale to przecież o wiele za mało.

 

Jak wyjaśnia pani Beczek na portalu Wirtualne Media:

 

W publikacjach wciąż stosowane są bowiem określenia archaiczne, obraźliwe wobec osób z grup doświadczających wykluczenia. W artykułach przekazujemy nie tylko informację, ale też narrację, w tym język – a to, jak opowiadamy o osobach i zjawiskach, wpływa na ich postrzeganie. W Gazeta.pl chcemy pokazywać, że można pisać inaczej – tak, by nie sprawiać bólu tym, o których piszemy i aby wzmacniać głosy dotąd niedostrzegane, wypychane poza dyskurs. Inkluzywny język to widzialność. Kiedy mówimy i piszemy o osobach z niepełnosprawnościami, osobach LGBT+, osobach niebiałych, uchodźcach, kobietach i osobach mogących zajść w ciążę, pokazujemy, że ich doświadczenia są ważne.

 

Na przykład napisanie o kobiecie, że jest kobietą, może tej osobie sprawić ból, bo przecież tego samego dnia wieczorem może się ona już poczuć mężczyzną. Albo jednorożcem. Z kolei w przypadku „głosów wypychanych poza dyskurs” trzeba wytyczyć słuszne granice. W Gazeta.pl, która co piątek lansuje najbardziej zaangażowaną wersję klimatyzmu i ekologizmu, całkowicie poza dyskurs są wypychane głosy sceptyczne wobec tych tendencji, ale to przecież nie powód, by zapraszać do dyskusji jakiegoś foliarza, który zacznie coś bredzić o tym, ile przeciętnego Polaka będzie kosztować zielona rewolucja.

 

Bardzo cenię sobie również to, że pani Beczek oddziela kobiety od „osób mogących zajść w ciążę”. Jak wyjaśnili mi na Twitterze światlejsi ode mnie obywatele, taką osobą może być np. transmężczyzna. (Tu przepraszam, jeśli się pomyliłem – nie jestem w stanie zapamiętać, czy aktualny stan osoby trans to ten, który podaje się w jej określeniu, czy też podaje się ten poprzedni. A więc czy „transmężczyzna” to mężczyzna, który aktualnie jest kobietą – czy odwrotnie. Składam niniejszym samokrytykę i obiecuję poprawę.)

 

O takim drobiazgu jak „osoby niebiałe” nawet nie wspominam, bo wstyd. Chciałbym się tylko dowiedzieć, czy w takim razie osoby białej nie należałoby nazywać osobą „nieczarną”. Ale znów nie wiem, czy nie jest to jednak nadużycie, polegające na wyróżnieniu jako punktu odniesienia jednego koloru skóry, bo przecież osoba biała jest równocześnie nieżółta. Mam nadzieję, że pani Beczek rozstrzygnie w jedynie słuszny sposób takie dylematy.

 

Ponadto stoi przed nią ogromne zadanie wyplenienia z języka portalu nadużywanych za sprawą archaicznych przyzwyczajeń zaimków typu „on”, „ona”, „jego”, „jej”. Postępowy kolektyw prowadzący stronę zaimki.pl (od razu uprzedzam: ta strona nie jest jakimś głupim żartem, mającym na celu wykpienie postępowych idei w języku – ona jest całkiem na serio) ma dla pani Beczek gotową ściągę. I tak w dziale „osobatywy” dowiemy się, że zamiast pisać „kucharki” powinniśmy napisać „osoby kucharskie”, a zamiast pisać „prezesi” – „osoby prezesujące”. Z kolei w dziale zaimków zapoznamy się z takimi nowościami jak „vono/vego”, „miau/miaugo” albo „ony/jegi”, że nie wspomnę o arcyciekawej formie „onø/jenø”.

 

Jak widać, przed osobą koordynującą Beczek mnóstwo pracy, bo choć redakcja Gazeta.pl jest z pewnością nad wyraz postępowa, to jednak trzeba będzie wykorzenić mnóstwo złych, nieuświadomionych, patriarchalnych nawyków językowych, nim wreszcie będzie w pełni postępowo, tolerancyjnie i inkluzywnie.

 

Osobom dziennikarskim z „Gazety Wyborczej” szczerze współczuję.

 

Łukasz Warzecha