WOŁODYMYR SYDORENKO: Dziennikarze w Ukrainie – praca w trybie wojennym

Praca dziennikarzy w Ukrainie podczas wojny jest bezcenna. To nie tylko bieżące dostarczanie informacji o heroicznym oporze wobec agresorów, ale także historyczna dokumentacja zbrodni rosyjskich najeźdźców.

Na portalu Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy można jeszcze przeczytać apel tej organizacji, który pojawił się tam zaraz po rosyjskiej inwazji: „Ukraino, trzymaj się! NSJU wchodzi w wojenny tryb działania!” Nikt z nas nie miał doświadczenia wojskowego, ale wszyscy rozumieli, że nadszedł czas, kiedy istnienie kraju, narodu, jest zagrożone, że trzeba walczyć i wygrać, innej drogi nie było. Niedawno na Ukrainie ukazała się książka „Dziennikarze na wojnie”, zbiór opowiadań o tym, jak dziennikarze „walczą” na froncie informacyjnym. Od początku wojny wydarzyło się bardzo wiele, to prawie cała najnowsza historia społeczności dziennikarskiej Ukrainy.

Co najmniej 39 dziennikarzy padło ofiarą agresji rosyjskiej na Ukrainie w ciągu 200 dni wojny. Według zweryfikowanych danych NSJU wśród zabitych jest ośmiu dziennikarzy pełniących obowiązki zawodowe; 13 pracowników mediów to ofiary cywilne; 18 zabitych spośród przedstawicieli mediów stanowili zmobilizowani do obrony kraju w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy. Ostatnią ofiarą rosyjskich najeźdźców był operator kanału telewizyjnego „Pryamiy” i oficer Sił Zbrojnych Ukrainy Oleksiy Yurchenko, który zginął podczas walk o Bałaklia pod Charkowem 8 września.

Szef Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Serhij Tomilenko mówi, że dla dziennikarzy sprawą honoru jest uczczenie pamięci i wspieranie rodzin poległych kolegów – tych, którzy zginęli podczas wykonywania obowiązków zawodowych, tych, którzy na czas wojny odłożyli pióro, zeszyt i dyktafon i chwycili za broń, a także tych, którzy stali się niewinnymi ofiarami rosyjskich najeźdźców.

Na Ukrainie podczas wykonywania obowiązków dziennikarskich zginął np. ukraiński fotoreporter magazynu „LIVE” Jewgienij Sakun. Został zabity podczas ataku rakietowego na wieżę telewizyjną w Kijowie 1 marca 2022 r. Renauda Brenta Anthony’ego, Amerykanina dziennikarza, byłego korespondenta „The New York Times”, reportera „Time” i dokumentalistę rosyjscy żołnierze zastrzelili na punkcie kontrolnym w Irpieniu 13 marca 2022 r. Pierre Zakzhevsky, irlandzki fotoreporter „Fox News”, zmarł 14 marca, 2022 wraz z Oleksandrą Kuvshinovą, po ostrzale ich samochodu we wsi Gorenka w obwodzie kijowskim. Oksana Baulina, rosyjska dziennikarka „The Insider” zginęła 23 marca 2022 r. podczas rosyjskiego ostrzału Kijowa. Maksym Levin, ukraiński fotoreporter, został znaleziony martwy w obwodzie kijowskim 1 kwietnia 2022 r. Śledztwo przeprowadzone przez Reporterów bez Granic wykazało, że był torturowany i zamordowany. Mantas Kvedaravicius, litewski filmowiec i dokumentalista, zginął 2 kwietnia 2022 roku podczas próby opuszczenia miasta Mariupol, którego życie dokumentował przez wiele lat. Leclerc-Imhoff Frédéric, francuski dziennikarz kanału BFMTV, zmarł od rany zadanej odłamkiem 30 maja 2022 r. po rosyjskim ostrzale, relacjonował ewakuację ludności cywilnej z Siewierodoniecka.

Dilyerbek Shakirov, ukraiński dziennikarz tygodnika informacyjnego „Navkolo Tebe”, został zabity z broni automatycznej 26 lutego w obwodzie chersońskim. Wśród zabitych podczas wojny są też Ihor Hudenko, ukraiński fotograf i Pavlo Li, gospodarz kanału telewizyjnego „Dom”. Viktor Dyedov, ukraiński operator kanału telewizyjnego „Sigma”, zmarł 11 marca 2022 r. w Mariupolu w wyniku ostrzału jego domu. Hyrych Vira, ukraiński dziennikarz, producent Radio Liberty, zginął w wyniku rosyjskiego ostrzału Kijowa 28 kwietnia 2022 roku. To tylko niektórzy z naszych kolegów i koleżanek, którzy zginęli w wyniku rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Trudno wyliczyć wszystkich, to takie bolesne…

Jednak w Ukrainie rozumieją, że praca dziennikarzy w czasie wojny jest bezcenna. To nie tylko reportaż o heroicznym oporze Ukraińców wobec rosyjskich agresorów, ale także historyczna dokumentacja zbrodni rosyjskich najeźdźców, która będzie leżała na stołach sądowych podczas przyszłych procesów zbrodniarzy wojennych, to po prostu dokumentacja historii ukraińskich miast i wsi. Na przykład znany fotoreporter „Graty” Stanislav Yurchenko mówi: „To, co kręcimy ja i moi koledzy, będzie służyło jeszcze lata po wojnie. Ponieważ postępowanie sądowe to nie kwestia roku czy dwóch lat. Te zdjęcia mogą być potrzebne przez dziesięciolecia”. Od początku wojny Stanislav Yurchenko podróżuje po Ukrainie i dokumentuje to, co wydarzyło się w ukraińskich miastach i wsiach w związku z inwazją rosyjskich najeźdźców. Wydawnictwo „Grata”, specjalizujące się w dziennikarstwie sądowym, zajmuje się obecnie dokumentowaniem zbrodni wojennych Rosji na Ukrainie. Stanislav Yurchenko opowiedział o tym, co można sfilmować, o co powinien zadbać dziennikarz idąc do strefy walki, dlaczego hełm jest nie mniej ważny niż kamizelka kuloodporna, podczas szkolenia NSJU „Bezpieczeństwo dziennikarzy relacjonujących wojnę na Ukrainie”, które odbyło się we współpracy z UNESCO i organizacją Reporterzy bez Granic.

W Ukrainie praktycznie nigdzie dziennikarze nie porzucili swoich obowiązków z własnej woli. Korzystają z najmniejszych możliwości kontynuowania wydawania gazety, aktualizowania kanałów internetowych, nadawania audycji radiowych i telewizyjnych. Na przykład gazeta „Majak” w obwodzie charkowskim ukazuje się pomimo wojny, problemów z pocztą i internetem. Zespół dziennikarzy drukuje gazetę na drukarce i rozdaje ją czytelnikom. Redaktor naczelna Tetiana Łuczyńska mówi, że dziennikarze wytrzymali uderzenie koronawirusa, a teraz muszą się zmierzyć z wojną. „Walczymy i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby gazeta przetrwała i wygrała razem ze swoimi czytelnikami” – dodaje. Nawet teraz gazeta ma ponad 3000 subskrybentów, a grupa na Facebooku liczy około 12 000 członków. Jest wiele takich przykładów, kiedy dziennikarze nadal pracują i publikują w najtrudniejszych warunkach.

Z dziewięciu pracowników gazety „Verkhovynski Visti” w obwodzie iwanofrankowskim, w redakcji obecnie pozostało sześciu. Budżet reklamowy został stracony z powodu wojny, pieniądze wystarcza tylko na opłacenie druku gazety, więc cała ekipa zdecydowała się na urlop bezpłatny, ale kontynuować wydawanie kolejnych numerów. Przed wojną  60% dochodów pochodziło z prenumerat, a pozostałe 40% z reklam. Teraz sytuacja się zmieniła. Wraz z wybuchem wojny na pełną skalę papier i usługi poligraficzne stały się bardzo drogie. Wydanie 3000 egzemplarzy pochłania wszystkie pieniądze zarobione w ciągu miesiąca. Liczbę stron trzeba było zmniejszyć z 12 do 8, ale gazeta żyje i przekazuje czytelnikom wiadomości z frontu. Chociaż ogólnie w obwodzie iwano-frankowskim 9 lokalnych gazet przestało się ukazywać, a niektóre całkowicie się zamknęły, niektóre ukazują się nieregularnie.

Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy stworzył sieć Centrów Solidarności w regionach, aby nieść pomoc dziennikarzom. Lina Kush, pierwsza sekretarz NSJU, mówi: „To sieć stworzona przez Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy w celu wspierania pracowników mediów w czasie wojny. Każdy ukraiński dziennikarz może skontaktować się z nami w celu uzyskania pomocy osobiście lub online. Świadczymy pomoc organizacyjną, techniczną, materialną, psychologiczną i prawną dziennikarzom, którzy w różnym stopniu zostali dotknięci wojną, a także pomagamy przedstawicielom krajowych i zagranicznych środków masowego przekazu w relacjonowaniu zbrojnej agresji Rosji w naszym kraju. Wraz z międzynarodowymi partnerami pomagamy małym lokalnym redacjom >utrzymać się na powierzchni<, zapewniając tymczasowe wsparcie finansowe na opłacenie pracowników lub zakup sprzętu”. Takie ośrodki powstały w Kijowie, Lwowie, Iwano-Frankowsku, Czerniowcach, Zaporożu i Dnieprze. Sieć została utworzona i działa przy wsparciu Europejskiej i Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy oraz innych partnerów międzynarodowych.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Represje wobec organizacji religijnych na Krymie stają się coraz brutalniejsze

Rosja nasila na Krymie represje wobec organizacji religijnych, które nie podzielają stanowiska Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego (RKP) i wyznają ideologię pacyfizmu lub pokojowego oporu wobec okupacji Ukrainy.

Kilka dni temu, jak donosi rosyjski Komitet Śledczy na Krymie, rosyjski sąd aresztował członkinię organizacji religijnej Świadków Jehowy. A organizacja pozarządowa „Solidarność Krymska” poinformowała, że ​​kontrolowany przez Rosjan Sąd Rejonowy w Symferopolu przedłużył aresztowanie działaczy krymskotatarskich: Wilena Temeryanowa, Envera Krosha, Seityia Abbozova, Murata Mustafayeva, Edema Bekirova i Rinata Alijewa o kolejne trzy miesiące, do 10 stycznia 2023 r. Są oni zaangażowani w sprawę organizacji religijnej Hizb ut-Tahrir.

Faktem jest, że obie te organizacje nie popierają rosyjskiej wojny z Ukrainą.

Według komisji śledczej „od kwietnia 2017 r. do września 2022 r. szef zakazanej w Rosji organizacji religijnej >Świadkowie Jehowy< brał bezpośredni udział w wydarzeniach na terenie okręgu Czerwonej Gwardii, będąc aktywnym zwolennikiem nurtu pacyfistycznego. Aresztowany działacz został oskarżony o przynależność do rzekomo ekstremistycznej organizacji, choć Świadkowie Jehowy są grupą wyznaniową całkowicie pacyfistyczną i nie podzielają ani ideologii, ani praktyki ekstremizmu. Jednak w Rosji członkostwo w Świadkach Jehowy jest przestępstwem ściganym z artykułu 282.2 Kodeksu Karnego.

„Obecnie śledczy przeprowadzili ponad 10 rewizji w miejscu zamieszkania oskarżonych i zwolenników tej organizacji, a także skonfiskowali dokumenty potwierdzające ich działalność oraz literaturę ekstremistyczną. Oskarżony został tymczasowo aresztowany” – poinformował rosyjski Komitet Śledczy.

To aresztowanie to dopiero nowy etap represji wobec Krymu. Wcześniej „Europejskie Stowarzyszenie Świadków Jehowy” poinformowało, że 28 września rosyjskie siły bezpieczeństwa przeprowadziły osiem rewizji członków organizacji religijnej „Świadkowie Jehowy” we wsiach Niżnyohirskie i Czerwonogwardijske, jeden z nich, Serhij Parfenowicz, został zatrzymany.

Według najnowszych informacji Świadków Jehowy rosyjscy stróże prawa na Krymie wszczęli 9 spraw karnych przeciwko 16 lokalnym działaczom Świadków Jehowy. Wyroki przeciwko pięciu z nich weszły już w życie. Zostali skazani na kary pozbawienia wolności od 4 do 6 lat.

W sierpniu 2022 r. „Europejskie Stowarzyszenie Świadków Jehowy” poinformowało, że w Sewastopolu rosyjskie siły bezpieczeństwa przeszukały domy aktywistów. Viktor Kudinov i Serhiy Zhigalov zostali zatrzymani, a przeciwko nim wszczęto postępowanie karne. We wrześniu 2022 r. prokurator rosyjski wystąpił z wnioskiem o siedem i pół roku więzienia dla Wołodymyra Maładyki, Jewhena Żukowa i Wołodymyra Sakady, zwolenników związku wyznaniowego Świadków Jehowy.

Uznawanie całkowicie pokojowego stowarzyszenia religijnego „Świadkowie Jehowy” za organizację ekstremistyczną w Rosji przeczy zdrowemu rozsądkowi. W rzeczywistości Rosja prześladuje ten trend religijny, ponieważ ich ideologia zakłada pacyfizm i zabrania swoim działaczom i zwolennikom chwytania za broń. W ten sposób Świadkowie Jehowy z natury sprzeciwiają się wojnie Rosji na Ukrainie, a członkowie tej organizacji odmawiają wstąpienia do wojska i zabijania ludzi. Dlatego w 2017 roku rosyjski Sąd Najwyższy uznał organizację religijną „Świadkowie Jehowy” za ekstremistyczną i zakazał jej działalności w Rosji. Również działalność tej organizacji jest zakazana na anektowanym Krymie.

Pracownicy FSB Rosji wielokrotnie przeszukiwali i zatrzymywali podejrzanych z organizacji religijnej „Świadkowie Jehowy” na terenie półwyspu. Według Centrum Praw Człowieka „Memoriał”, w Rosji ścigano już kilkudziesięciu zwolenników tej grupy religijnej. W sierpniu 2018 r. „Memoriał” uznał za więźniów politycznych 29 zwolenników organizacji religijnej „Świadkowie Jehowy”, oskarżonych w Rosji o ekstremizm.

Natomiast, muzułmańska organizacja religijna „Hizb ut-Tahrir” w Rosji jest uznawana za ekstremistyczną ze względu na to, że wyznaje ideologię odrzucania terrorystycznych metod walki i wzywa do pokojowego utworzenia pacyfistycznego „globalnego kalifatu”. Rosyjscy szpiedzy na Krymie potajemnie nagrywają ich rozmowy w domu lub w meczetach, a następnie za pomocą sfałszowanych dowodów i tzw. „tajnych świadków” aresztują i sądzą uczestników tych rozmów, zarzucając im najpoważniejsze przestępstwa, w tym np. próby obalenie rządu w Moskwie. Kilkaset osób zostało już skazanych w Rosji za udział w Hizb ut-Tahrir. Jak wiadomo z poprzednich spraw, z reguły orzeka się im zbyt długie kary pozbawienia wolności – od 10 do 20 lat.

Pewnego dnia na Krymie przedłużono aresztowanie kilku nowych uczestników „sprawy muzułmanów krymskich” z Dzhanki i rejonu Dzhankoy. Jak poinformował prawnik Emil Kurbedinow, „sąd” był zadowolony z formalnych podstaw, które przedstawiły mu przedstawiła FSB i Prokuratury Krymu.

Przypomnijmy, rankiem 11 sierpnia krymskotatarscy aktywiści byli przeszukiwani w krymskiej dzielnicy Dzankoja i Dzhankoya, ich prawnicy nie zostali dopuszczeni do śledztwa, a ich telefony komórkowe zostały na ten czas specjalnie wyłączone. Rosyjskie siły bezpieczeństwa zatrzymały sześciu mężczyzn – Vilen Temeryanowa, Envera Krosha, Seitayę Abbozova, Murata Mustafayeva, Edema Bekirova i Rinata Aliyeva pod zarzutem udziału w zakazanym w Rosji udziale w Hizb ut-Tahrir.

Przedstawiciele międzynarodowej islamskiej organizacji „Hizb ut-Tahrir” przyznają, że celem ich misji jest zjednoczenie wszystkich krajów muzułmańskich w islamskim kalifacie, ale odrzucają metody terrorystyczne, by to osiągnąć. Twierdzą, że są niesłusznie prześladowani w Rosji i na okupowanym przez nią od 2014 roku Krymie. Rosyjski Sąd Najwyższy zakazał działalności Hizb ut-Tahrir w 2003 roku, wymieniając ją jako grupę „terrorystyczną”.

Obrońcy Krymu aresztowani i skazani w „sprawie Hizb ut-Tahrir” uważają, że ich prześladowania są motywowane względami religijnymi. Prawnicy zwracają uwagę, że rosyjskie organy ścigania prześladują głównie Tatarów krymskich, a także praktykujących islam Ukraińców, Rosjan, Tadżyków, Azerbejdżanów i Krymów innego pochodzenia etnicznego. Prawo międzynarodowe zabrania wprowadzania ustawodawstwa państwa okupującego na terytorium okupowanym.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak polskie armatohaubice KRAB służą ukraińskiej armii

Na portalu „Krym.Realii” (projekt Radio Liberty) pod koniec sierpnia ukazał się obszerny fotoreportaż o tym, jak żołnierze ukraińscy używają polskich haubic KRAB przeciwko rosyjskim agresorom w Donbasie.

Artylerzyści ukraińscy twierdzą, że przy pomocy polskich haubic udaje im się skutecznie powstrzymać rosyjskie wojska. Tak, Ukraińcy walczyli na sowieckim sprzęcie, więc mają z czym porównywać. Obecnie, jak mówią, na frontach obrońcy Ukrainy mają większe możliwości, a obecność polskich instalacji artyleryjskich jest już odczuwalna na froncie.

„Radio Liberty” opublikowało 15 zdjęć ukazujących udział polskiego sprzętu w walkach na Donbasie. Jest to fotografia samej haubicy podczas ostrzału, a także zdjęcie samochodu dowódcy dywizji haubic, portrety strzelców i mechaników, których nazwisk nie wymieniono.

Zdjęcia pokazują, jak pojazdy bojowe zdobywają coraz to nowe pozycje. Żołnierze mają mało wolnego czasu, ponieważ aby wykonać misję bojową, trzeba być gotowym w każdej chwili. Wojskowi chwalą polską broń: „Łatwo na niej pracować, maksymalnie ułatwia to załodze pracę. Wystarczy tylko wykonać obliczenia, komputer zrobi wszystko za ciebie. Tutaj ładowanie jest bardzo szybkie w porównaniu ze sprzętem w stylu radzieckim”

„Te haubice dały nam wiele przewag nad rosyjskimi najeźdźcami i z ich pomocą wygramy” – podkreślają Ukraińcy.

Mówią też trochę o samej technologii. KRAB to polska samobieżna armatohaubica. W produkcji wykorzystano licencjonowaną wieżę z brytyjskiej samobieżnej haubicy AS90. Działo kalibru 155. Jako podwozie wybrano południowokoreańską platformę z K9 „Thunder” ACS.

Głównym środkiem ognia polskiej haubicy jest działo 155 mm. Broń wyposażona jest w dwukomorowy hamulec wylotowy, system przeładowania jest półautomatyczny. Maksymalna szybkostrzelność działa to 6 strzałów na minutę. Wykorzystywana jest również seria wystrzeliwania pocisków. Działo może wystrzelić 3 pociski w ciągu 10 sekund. Jednocześnie praktyczna szybkostrzelność w warunkach bojowych, w której załoga będzie mogła efektywnie pracować przez długi czas, wynosi 2 strzały na minutę. Minimalny zasięg ognia to 4,7 km, maksymalny to 40 km.

Już po kilku minutach dziennikarze szybko kończą rozmowę i pojawia się komenda „Do bitwy!”. Załoga zajmuje pozycje bojowe, a pojazd KRAB przechodzi do pozycji strzeleckiej.

Cel wyznaczony, maszyna przygotowana i naładowana, w hełmie dowódcy haubicy rozlega się komenda „ogień!”. Strzelcy wystrzeliwują dwa pociski i zmieniają pozycję tak, aby nie zostali osłonięci ogniem kontrbaterii przeciwnika.

Fotoreportaż dostępny jest TUTAJ.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja walczy z prawdą bolszewickimi metodami

Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę 224 Rosjan usłyszało zarzuty karne za ich antywojenne stanowisko, a wobec 3807 osób wszczęto sprawy administracyjne dotyczące „zdyskredytowania armii rosyjskiej”.

Od pierwszych dni po przejęciu władzy w Rosji bolszewicy starali się ukryć prawdę zarówno o swoich aktach terroru, jak i o innych zbrodniach przeciwko społeczeństwu. W tym celu już w 1922 r. do kodeksu karnego zostały wprowadzone następujące przepisy: art. 69 — agitacja i propaganda antysowiecka, art. 70 — propaganda i agitacja na rzecz międzynarodowej burżuazji, art. 72 — produkcja, przechowywanie i dystrybucja literatury kontrrewolucyjnej, art. 73 — fabrykacje i rozpowszechnianie kontrrewolucyjnych treści. Ich celem było karanie osób propagujących treści mogące wywołać nieufność wobec władzy i ją zdyskredytować

Później system prawny ZSRR uległ zmianom, ale za „agitację antysowiecką” ukarano wielu dysydentów, z reguły długoletnim więzieniem lub zsyłką na Syberię.

Na początku agresji Rosji na Ukrainę, gdy tysiące osób protestowały przeciwko wojnie  i mówiły o zabijaniu cywilów, torturach, rabunkach, przemocy i grabieży dokonanych przez armię rosyjską, Kreml stanął przed problemem: jak walczyć z prawdą? Władza w Moskwie długo się nie zastanawiała – sięgnęła do literatury Orwella, w duchu której, nazwali sadystyczną wojnę „specjalną operacją wojskową” oraz do sprawdzonych metod bolszewików. Rosja szybko zrewidowała kodeks karny i wprowadziła do niego artykuły, w których szerzenie prawdy o wojnie i działaniach rosyjskich żołnierzach, nazwano „zdyskredytowaniem rosyjskiej armii”.

Potem zaczęła działać machina prawna i sądowa. Ludzie, którzy wychodzą, by protestować i głosić: „Jesteśmy przeciwko wojnie!” są aresztowani i więzieni za „zdyskredytowanie” armii, która dopuszcza się agresji. Na przykład w Rosji była dziekan jednego z wydziałów Instytutu Teatralnego Natalia Pyvovarova, która wielokrotnie wypowiadała się w mediach społecznościowych przeciwko wojnie na Ukrainie, została odwołana ze stanowiska szefa Domu-Muzeum Szczepkina. W czerwcu historyk Tetiana Tairova-Jakowlewa została zwolniona z Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego po doniesieniu o jej antywojennym apelu. Sprzeciwiła się wojnie.

Sowiecki sąd okręgowy miasta Ufa ukarał zaś grzywną słynnego muzyka Jurija Szewczuka. Sędziowie tłumaczyli to tym, że „zadawał pytania słuchaczom przed wystąpieniem w Ufie i starał się wzbudzić wątpliwości co do celu >specjalnej operacji wojskowej< na Ukrainie”. Stwierdzili, że Szewczuk „apeluje do publiczności o ocenę wydarzeń rozgrywających się na Ukrainie, budzi wątpliwości co do celów obecności tam armii rosyjskiej. Tak więc 16 sierpnia sędzia Julia Jehorowa ukarała lidera grupy DDT Jurija Szewczuka grzywną w wysokości 50 tys. rubli na podstawie artykułu o „zdyskredytowaniu rosyjskiej armii”.

W Rosji promotorzy już w umowach z artystami umieszczają zakaz mówienia o polityce. Sam Jurij Szewczuk zauważył, że „zawsze był przeciwny wojnom, w każdym kraju i o każdej porze”. Jego historia miała kontynuację: 20 lipca mieszkaniec Władywostoku Giya Kakabadze otrzymał grzywnę w wysokości 40 tys. rubli za plakat z cytatem lidera grupy DDT: „Ojczyzna to nie dupa prezydenta, którą należy cały czas całować.”

Takie przykłady można mnożyć. Kilkadziesiąt osób zatrzymano w poniedziałek 22 sierpnia w moskiewskim metrze. Prawie wszyscy zatrzymani uczestniczyli wcześniej w różnych protestach, w tym antywojennych. Wielu z nich zostało ukaranych grzywnami i aresztowanych.

Niektóre przypadki są anegdotyczne. Sąd w Petersburgu za zorganizowanie wiecu ukarał Petra Trofimowa grzywną w wysokości 20 tys. rubli. Mężczyzna od dwóch lat nie mieszka w Rosji i nie przyjechał na manifestację. Powodem procesu był tylko jego post na portalu społecznościowym VKontakte, w którym napisał: „27.02 powiedz nie wojnie o 16:00 na głównym placu waszego miasta”.

Jak donosi projekt praw człowieka „OVD-Info”, od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę 224 Rosjan usłyszało zarzuty karne za ich antywojenne stanowisko, a wobec 3807 osób wszczęto sprawy administracyjne dotyczące „zdyskredytowania armii rosyjskiej”. Najwięcej spraw karnych – 90 – zostało wniesionych z artykułu dotyczącego „fejków o armii rosyjskiej”.

Od 24 lutego rosyjskie siły bezpieczeństwa aresztowały 16 437 osób manifestujących swoje antywojenne stanowisko, przy czym prawie 93 proc.  miało miejsce w pierwszym miesiącu rosyjskiej inwazji na pełną skalę.

Aż 11 mieszkańcom Krymu i Sewastopola grozi więzienie w „sprawach antywojennych”. W ten sposób anektowany przez Rosję Krym znalazł się w pierwszej piątce „rosyjskich” regionów pod względem liczby spraw o „zdyskredytowanie rosyjskiej armii”. Takich przypadków, więcej niż na Krymie, jest tylko tylko w Moskwie, Petersburgu i obwodzie krasnodarskim.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Duch Stalina zaczyna straszyć w Rosji

Uczeń donosi na nauczyciela, sąsiad na sąsiada, matka na syna. Agresja na Ukrainę obudziła w Rosji stalinowskie demony.  

Na początek dwa ciekawe przypadki. Sąd Rejonowy rosyjskiego miasta Penza skazał nauczycielkę języka angielskiego Irynę Gen na pięć lat w zawieszeniu za publiczne rozpowszechnianie fałszywych informacji o armii rosyjskiej. Uczniowie donieśli na nauczycielkę. Zarejestrowali na dyktafonie jej słowa o działaniach Rosji na Ukrainie i nagranie przekazali policji. Niektórzy rodzice nie docenili „patriotyzmu” uczniów, ogłosili powrót Pawlika Morozowa, chłopca z czasów stalinowskich, który doniósł na swojego ojca.

Teraz praca nauczyciela w Rosji stała się niebezpieczna. Uczniowie dostali w swoje ręce oręż, który umożliwia zemstę na nauczycielu za złe oceny lub po prostu daje możliwość pozbycia się wymagającego i pryncypialnego pedagoga. Wielu rosyjskich nauczycieli twierdzi, że młodzież zacznie korzystać z tej możliwości. Nie ma nikogo, kto mógłby chronić pracowników szkół.

Są jednak i nauczyciele, którzy wspierają takie „odkrywcze” działania uczniów. Mówią, że cieszą się, że uczniowie szkół średnich mają zdrowy rozsądek, aby zgłaszać incydenty funkcjonariuszom organów ścigania.

Rosyjscy prawnicy i politolodzy przestrzegają, że wszczynanie spraw karnych z powodu fejków na temat rosyjskiej armii zwiększy liczbę donosów i będzie wykorzystywane do osobistych porachunków.

Drugi przypadek jest jeszcze ciekawszy. Jak donosi RIA Novosti, bezrobotny mieszkaniec moskiewskich przedmieść zgłosił się na policję z donosem na.. siebie. Mężczyzna powiedział policji, że pijany namalował na ścianie domu przy autostradzie wołokołamskiej flagą Ukrainy i napisał antywojenne hasło. A kiedy wytrzeźwiał, podobno zdał sobie sprawę ze swojego błędu i zgłosił się na policję z oświadczeniem przeciwko sobie. Poprosił o pociągnięcie do odpowiedzialności za zdyskredytowanie armii rosyjskiej. Policja nie odmówiła mężczyźnie. „Uczciwego obywatela” czeka sąd i najprawdopodobniej grzywna.

To też typowy obraz: po 24 lutego wiele spraw zostało wniesionych z artykułu mówiącego o dyskredytacji wojska właśnie po skargach „czujnych” obywateli. Ludzie zgłaszają na policję swoich sąsiadów, krewnych i znajomych. Poza przypadkiem donosu uczniów na nauczyciela w Penzie znany był przykład, kiedy matka w Moskwie napisała donos na syna za uchylanie się od wojska. A na przedmieściach Moskwy grupa pracowników złożyła skargę na kolegę z policji.

Krym nie jest wyjątkiem. Urzędnicy i współpracownicy okupowanego półwyspu coraz częściej domagają się od Moskwy nasilenia represji wobec tych, którzy nie zgadzają się z rosyjską aneksją Półwyspu Krymskiego i rosyjską agresją militarną na Ukrainę na pełną skalę. Te nastroje i wezwania szczególnie nasiliły się po serii wybuchów w obiektach wojskowych rosyjskich sił zbrojnych na Krymie.

Marszałek rosyjskiego parlamentu Krymu Władimir Konstantinow wezwał do „zwrócenia uwagi na wszystkie >domowe< przejawy ukraińskiego nazizmu” na Krymie i „zatrzymania ich w najsurowszy sposób”. W związku z tym wezwał Moskwę do zbombardowania Kijowa i innych „centrów decyzyjnych”. – Ostatnio upijają się i wykrzykują banderowskie slogany, potem krytykują rząd… Nasza reakcja na takie zachowanie musi być jednoznaczna i bardzo okrutna… Skończyły się żarty – zagroził Konstantinow. Jego zdaniem na Krymie bardziej aktywni stali się ukraińscy agenci, choć tak naprawdę ostatnio widoczne są tam proukraińskie nastroje mieszkańców półwyspu wynikające z niezadowolenia z rosyjskich rządów na tym terenie.

Prorosyjski bloger Eyvaz Umerov uważa, że ​​„walka z „piątą kolumną” powinna być zintensyfikowana i dlatego sugeruje: „Potrzebujemy metod, których kiedyś używał towarzysz Stalin, inaczej nie ma mowy!”. Wyjaśnił: „Rozumiem, że wiele osób trafi do więzień, będą tysiące… Takich ludzi należy karać i karać w ramach uproszczonego systemu… Potrzebne są twarde decyzje i środki… Czas pomyśleć i zacząć sprzątać…”

Według znanego rosyjskiego prawnika Mykoły Połozowa taka reakcję władz i ich prorosyjskich współpracowników to skutek udanych ataków wojsk ukraińskich na obiekty wojskowe na Krymie. „Oczywistym jest, że nerwowość rosyjskich sił bezpieczeństwa i przedstawicieli władz na okupowanym Krymie może spowodować >polowanie na czarownice< i nasilone represje wobec tych, których władze uważają za nielojalnych wobec Rosji jako części ludności Krymu. Tradycyjnie główny cios może być zadany Tatarom krymskim. To nie przypadek, że dosłownie następnego dnia po wydarzeniach w pobliżu Sakami w dzielnicy Dzhankoy przeprowadzono nalot z przeszukaniem domów Tatarów krymskich, a czterech z nich aresztowano. Rosyjskie służby specjalne będą również szukać >terrorystów< i >sabotażystów< na Krymie wśród etnicznych Ukraińców” – powiedział dziennikarzom Mykoła Połozow.

Aktywista krymski Pawło Stiepanczenko uważa, że ​​rosyjska ideologia nazistowska zaczyna się od zakazu wolności słowa i wolności krytyki rządu, od prześladowania opozycji. Dlatego obecne procesy polityczne w Rosji to nic innego jak powrót kraju do stalinowskich praktyk i represji lat 30. XX wieku. Tyle, że Stalin faktycznie odrodził się w Rosji…

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja prowadzi ukierunkowaną wojnę informacyjną przeciwko Polsce

Analiza rosyjskich przekazów o życiu i wydarzeniach w Polsce pokazuje, że Rosja realizuje wobec Polski wieloaspektowy i celowy program walki informacyjnej.

Na łamach rosyjskich gazet i mediów elektronicznych praktycznie nie ma pozytywnych wiadomości o polityce, rządzie, społeczeństwie i życiu w Polsce. Zamiast tego rozprzestrzeniają się fakenewsy i manipulacje, które w założeniu rosyjskich propagandystów, powinny powodować konflikty zarówno wewnętrzne w Polsce, jak i międzynarodowe, aby w ten sposób uniemożliwić realizację polskich programów wzmacniających jej zdolności obronne, suwerenność i niezależność.

Z treści rosyjskich artykułów o Polsce jasno wynika, że ​​informacyjna agresja Moskwy odbywa się w kilku głównych kierunkach. Pierwsza z nich to próba wbicia klina między Polskę a Ukrainę, między Polaków i Ukraińców. Wykorzystują do tego tendencyjne i manipulacyjne doniesienia o wydarzeniach z polsko-ukraińskiej historii oraz przeinaczanie faktów dotyczących współczesnych stosunków ukraińsko-polskich.

Na przykład rosyjskie służby wywiadowcze systematycznie rozpowszechniają w mediach fałszywe doniesienia, że Polska nadal „panuje” na Ukrainie i próbuje realizować ekspansję na Ukrainę Zachodnią.

Pewnego dnia tak zwane „biuro prasowe rosyjskiego wywiadu zagranicznego” doniosło o „stopniowej realizacji przez Warszawę dalekosiężnych planów wobec Ukrainy. Coraz bardziej oczywiste staje się, że nie chodzi tylko o możliwość wprowadzenia >polskich sił pokojowych< w zachodnie regiony tego kraju, ale także o ustanowienie kontroli nad najbardziej perspektywicznymi sektorami gospodarki sąsiedniego kraju”.

Dyrektor rosyjskiego wywiadu Siergiej Naryszkin stwierdził wcześniej „gotowość Polski do aktywniejszej współpracy w kwestii ukraińskiej z Węgrami i Rumunią w celu ukrycia planów zajęcia zachodniej Ukrainy”.

A pod koniec lipca wiceprzewodniczący rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew opublikował na swoim kanale Telegram mapę, na której większość Ukrainy przenosi się do innych krajów, w tym do Polski. W ten sposób Rosja próbuje zamaskować swoje plany aneksji Ukrainy, kłamiąc o „nowym podziale Ukrainy” przez państwa europejskie.

Kilka dni temu rosyjska agencja „Ukraine.Ru” podała „straszne wieści” od tak zwanego politologa Rostislava Iszczenko, że rzekomo „prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zgodził się nadać obywatelom polskim specjalny status na Ukrainie w zamian za wysłanie z Warszawy wojsk na zachód kraju”. Zaznaczył, że „przyjęcie tej normy uczyni z byłej republiki sowieckiej protektorat swojego zachodniego sąsiada”.

Któregoś dnia Naryszkin poinformował, że „polskie kierownictwo rozpoczęło opracowywanie scenariuszy faktycznego rozczłonkowania Ukrainy. Według niego Warszawa jest przekonana, że ​​USA i Wielka Brytania będą zmuszone poprzeć plan podziału byłej republiki radzieckiej.

Rosjanie są również zaskoczeni życzliwością Polaków, którzy dobrze rozumieją ból Ukraińców i udzielają dużej pomocy uchodźcom. Dlatego rosyjska agencja informacyjna RIA Novosti wypacza treść artykułu z „Myśli Polskiej”, w którym jego autorka, Agnieszka Piwar, stwierdza, że ​​„Polacy zostali wprowadzeni w błąd, gdy byli przekonani o konieczności przyjęcia Ukraińców w swoich domach”. Piwar zauważa, że ​​wielu uchodźców przybyło z tych regionów Ukrainy, gdzie nie są prowadzone działania wojenne, a ich celem jest skorzystanie z różnych przywilejów jakie daje Polska”. Co więcej, Agnieszka Piwar stwierdza, że „polskie środki masowego przekazu milczą o tych problemach, bo cenzura działa tak, jak powinna. Autor depeszy dodaje zaś, że Polacy kiedyś „otworzą oczy” na Ukraińców i prędzej czy później ich cierpliwość się wyczerpie. Oczywiście Ukraińcy czasami nie są aniołami, ale wydaje się, że w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma zmanipulowanymi materiałami, z których pierwszy podsumowuje pewne niesystematyczne fakty, co daje drugiemu autorowi podstawy do ogólnych oskarżeń i tworzenia zniekształconego obrazu rzeczywistości. Metoda nie jest nowa i została już dobrze opanowana przez rosyjską propagandę.

Rosja zdaje się też nie szczędzić sił i środków, aby zakłócić realizację przez Polskę programu zbrojeń i stworzenie silnej, zdolnej do obrony armii. Ta sama agencja RIA Novosti nagle stała się „bardzo zaniepokojona”, że rzekomo „decyzja Polski o zakupie południowokoreańskich czołgów spowoduje problemy dla NATO”. Pechowe NATO, kto uchroni je przed błędami, jeśli nie Rosja?

RIA Novosti powołuje się na „amerykańskiego eksperta wojskowego” Daniela Gura, który w artykule dla 19fortfive stwierdził, że zamiar szefa MON Mariusza Błaszczaka zakupu od Korei Południowej czołgów K2, haubic K9 to „niezwykle dziwna decyzja… skoro nowy sprzęt będzie niekompatybilny ze sprzętem NATO, a Polacy będą musieli dostosować metody interakcji czołgów K2 z innymi systemami walki.” Nieszczęśni Polacy, jak poradzą sobie z tak piekielnym zadaniem?

Jednocześnie media rosyjskie odrzucają wszelkie konstruktywne myśli i propozycje Polski. Na przykład bez wystarczającej analizy zareagowali wrogo na propozycję posła PiS Arkadiusza Mularczyka, który niedawno w rozmowie z „Rzeczpospolitą” poruszył temat reparacji od Rosji. Mularczyk z przekonaniem stwierdził, że Polska powinna zdecydowanie „ocenić szkody”, a potem po prostu „poczekać na odpowiedni moment polityczny”. W Rosji nie zwrócono uwagi na to, że wcześniej ten sam poseł mówił o reparacjach, których Polska zamierza domagać się również od Niemiec.

Moskiewscy propagandyści po swojemu wykorzystali również rozmowę Lecha Wałęsy z francuskim „Le Figaro”. Były prezydent wyraził w niej opinię, że „zachodni alianci mylili się co do Moskwy nawet w czasach Gorbaczowa, uznając, że >on jest dobry< i da pokój Rosji”. Wałęsa nazwał obecną sytuację rezultatem tego błędu, mówiąc, że Kreml chce „kontynuować aneksowanie narodów do swojego imperium”. Były prezydent dodał, że nawet w przypadku zwycięstwa Kijowa w konflikcie z Moskwą sytuacja może się powtórzyć za 5-10 lat i aby uniknąć takiego scenariusza, Zachód musi „wymusić zmianę systemu politycznego” w Rosji. Wałęsa podzielał również opinię, że opcją zapewnienia bezpieczeństwa byłoby również podział Rosji, w tym celu konieczny jest bunt narodów żyjących w tym kraju. Te słowa byłego prezydenta niesłusznie nazwano w Rosji „żądnymi krwi”. A szef Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki określił słowa Wałęsy „urojeniami schizofrenicznymi”. W Rosji zapomnieli jednak, że podobne idee od dawna wyrażają nie tylko politycy na całym świecie, ale także sami rosyjscy demokraci, a Imperium Rosyjskie w XXI wieku nie ma innej perspektywy niż zniszczenie przez ruchy wyzwoleńcze narodów, które Moskwa nadal przetrzymuje w swoim „więzieniu”. Świadczą o tym decyzje dwóch Forów Wolnych Narodów Rosji, które już w tym roku odbyły się w Warszawie i Pradze. Rosja musi zniknąć jako „więzienie narodów”, a w jej miejsce powinny pojawić się wolne, suwerenne państwa narodów, które od dawna walczą o swoje wyzwolenie. Dziś przykład Polski inspiruje Ukrainę, która walczy o swoje wyzwolenie, żadne specjalne operacje informacyjne agresora mu nie pomogą.

Moskwa chce straszyć na morzach i oceanach – WOŁODYMYR SYDORENKO o nowej doktrynie rosyjskiej marynarki wojennej

Nowa doktryna rosyjskiej marynarki wojennej jest próbą potwierdzenia miana „wielkiej potęgi morskiej”. Ale to próba daremna. Opiera się bowiem na niegodnych środkach i nie uwzględnia interesów innych krajów.

W Dniu Rosyjskiej Marynarki Wojennej Władimir Putin podpisał dekret zatwierdzający doktrynę rosyjskiej marynarki wojennej. Jak donosi RIA „Novosti”, wyjaśnia w niej granice, strefy interesów narodowych oraz określa główne zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa. Nawet to stwierdzenie treści doktryny wskazuje na zagrożenie dla całego świata ze strony flot rosyjskich: dokumenty jednego kraju bez udziału innych nie mogą „wyjaśniać granic”, ustanawiać stref interesów narodowych, ponieważ jest to inwazja na granice i strefy interesów innych państw. W dokumencie podkreślono, że Rosja przywiązuje dużą wagę do „zachowania statusu wielkiego mocarstwa morskiego”. Co to oznacza i czy Rosja naprawdę jest „wielką potęgą morską”?

Charakterystyczne jest, że nowy dokument podpisany przez Putina określa interesy Rosji, nie uznając i nie biorąc pod uwagę interesów innych krajów świata. Zgodnie z tym dokumentem, głównym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego Rosji jest więc amerykański kurs na rozszerzenie NATO. Jednocześnie Kreml nie bierze pod uwagę potrzeb bezpieczeństwa innych krajów, choć uważa się, że ekspansja wpływów Rosji na kraje sąsiednie, jej polityka imperialna, wojna na Ukrainie, stwarzanie zagrożenia dla wszystkich krajów europejskich, tworzenie bloków z krajami azjatyckimi stawiają nowe wyzwania dla państw europejskich i nie pozostają bez wpływu na ich bezpieczeństwu. Dlatego kraje demokratyczne z pewnością muszą uwzględnić te czynniki w swojej polityce i wzmocnić środki bezpieczeństwa swoich granic i swoich interesów.

Doktryna zakłada „niepodważalne prawo” Rosji do obecności jej sił morskich na Oceanie światowym i użycia siły militarnej do realizacji swoich interesów, gdy wyczerpią się możliwości dyplomatyczne. Oczywiście Ocean światowy jest własnością całej ludzkości i nikt nie sprzeciwia się obecności rosyjskich statków na wodach. Ale zasada „użycia siły militarnej dla realizacji własnych interesów” jest już sprzeczna z prawem międzynarodowym i stanowi próbę wprowadzenia prawa siły do ​​światowej polityki.

Doktryna morska Rosji potwierdza bezpodstawne prawo Rosji do zajmowania obszarów lądowych i morskich w celu tworzenia swoich baz wojskowych. Wskazuje na to paragraf, w którym stwierdza się, że „wśród zagrożeń dla interesów narodowych jest brak wystarczającej liczby baz poza Rosją”. To znaczy, jeśli Rosja przyzna, że ​​nie ma wystarczającej liczby baz, to zastrzega sobie prawo do zajmowania nowych terytoriów i zakładania tam swoich baz. Nawet teraz doktryna Putina przewiduje „intensyfikację działań na Svalbardzie, Ziemi Franciszka Józefa, Nowej Ziemi i Wyspie Wrangla”. Zakłada również nowe bazy na Morzu Czerwonym i Azowskim oraz w innych obszarach wodnych świata.

Doktryna odbiega od prawa międzynarodowego. Na przykład przewiduje nielegalną działalność Rosji na anektowanych terytoriach. Mówi, że Moskwa „wzmocni infrastrukturę wojskową na Krymie i Flotę Czarnomorską”.

Krym i Morze Czarne zostały już przez Rosję zamienione w niebezpieczne węzły dla całego świata, bo tam mają bazy rosyjskie rakiety, które mogą dotrzeć do wszystkich krajów Europy i Bliskiego Wschodu. Odtąd Rosja dąży do przekształcenia wszystkich swoich wybrzeży morskich na całej długości swoich granic w te same niebezpieczne węzły dla całego świata. Doktryna głosi, że takimi węzłami dla „zapewnienia bezpieczeństwa Rosji” staną się Cieśniny Bałtycka i Kurylska, Morze Czarne, Ochockie i Beringa, wschodnia część Morza Śródziemnego oraz arktyczny obszar wodny. Władimir Putin potwierdza, że ​​ich „ochrona będzie zapewniona wszelkimi sposobami”. Oznacza to, że może chodzić również o rozmieszczenie tam broni nuklearnej, chociaż wiele z powyższych miejsc nie należy do terytorium Rosji i nie odgrywa ważnej roli w ochronie jej bezpieczeństwa. Ale to nie obchodzi państwa-agresora.

Nowa doktryna morska przewiduje prawo Rosji do prowadzenia działalności gospodarczej w dowolnej części oceanów świata. W ten sposób Rosja deklaruje swoje „prawo” do „układania podwodnych kabli i rurociągów” oraz „zapewnienia im bezpieczeństwa”. Jednocześnie w doktrynie Kreml deklaruje „budowa lotniskowców jako kierunek priorytetowy” oraz „rozwój budowy nowoczesnych lotniskowców”. Oczywiste jest, że lotniskowce są potrzebne nie tyle do ochrony własnych granic morskich, gdyż zadanie to można z powodzeniem wykonać za pomocą naziemnych środków wojskowych, ale do agresywnych ataków i stwarzania zagrożeń z dala od własnych granic w strefie interesów innych krajów. Z drugiej strony nieudany przykład ostatnich kampanii morskich rosyjskiego lotniskowca „Admirał Kuzniecow” pokazuje, że Rosja wcale nie jest „wielką potęgą morską”, za jaką chce się uważać.

Oczywiście nowa doktryna jest właśnie próbą potwierdzenia miana „wielkiej potęgi morskiej”. Ale próba jest daremna. Opiera się bowiem na niegodnych środkach i nie uwzględnia interesów innych krajów, a bez tego nie da się żyć i pracować na świecie w XXI wieku. Na przykład doktryna wprowadza w pole swojego zainteresowania  Sewastopol i Krym, mimo że zostały anektowane, są to obce terytoria, którym Moskwa nie ma prawa rozporządzać. Prędzej czy później Sewastopol i Krym zostaną wyzwolone, rozszerzy się na nie jurysdykcja Ukrainy, co oznacza, że ​​postanowienia doktryny dotyczące tego obszaru nie zostaną spełnione. Istnieje również wątpliwość, czy inne punkty doktryny są możliwe do realizacji. Nowe morskie ambicje rosyjskie nie stwarzają niczego znaczącego, poza straszeniem całego świata.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Okupowany Krym żyje z grabieży południowej Ukrainy

Rosyjscy politycy w grabieży ukraińskich pól, ogrodów, gospodarstw rolnych, fabryk, a także ludności, widzą sposób na rozwiązanie wszystkich swoich problemów ekonomicznych.

Wojska rosyjskie tylko częściowo zdobyły ukraińskie regiony Chersoń i Zaporoże, ale już przygotowują się do „panowania” na nimi. Ich wysiłki zmierzają w różnych kierunkach. Najpierw przygotowują pseudoreferenda o rzekomej chęci przyłączenia zajętych terytoriów do Rosji. Po drugie, plądrują zdobyte fabryki, lokalnych rolników, wywożą sprzęt z warsztatów, resztki surowców i wyrobów gotowych na Krym i do Rosji. W czasie gdy przewodniczący okupacyjnego parlamentu krymskiego Wołodymyr Konstantinow w swoich wywiadach mówi, że Krym jest gotowy podzielić się doświadczeniem obecności w Rosji z okupowanym południem Ukrainy, to urzędnicy wysłani z półwyspu zabierają ukraińskie zboże, warzywa i owoce i sprzedają je tanio, aby obniżyć wysokie ceny żywności na Krymie, który od 8 lat cierpi z powodu rosyjskiej okupacji.

Według doniesień mediów krymskich eksport warzyw i owoców z obwodów chersońskiego i zaporoskiego spowodował, że ceny tych towarów na rynkach okupowanego Krymu spadły prawie o połowę.

Według Iryny Mezavtsovej, „wiceminister polityki przemysłowej” Krymu, „produkty rolne… wypełniły krymski rynek po brzegi”.

„Ze względu na podaż warzyw i owoców z regionu Chersonia na rynek spożywczy Republiki Krymu obserwujemy spadek cen dla grupy towarów owocowo-warzywnych średnio o 40 proc.” – informuje Iryna Mezentseva. Uważa ona, że dzięki dostawom warzyw na Krymie jest o 30 proc. taniej niż w innych regionach całego Południowego Okręgu Federalnego. Tak nazywa się region na Krymie, który obejmuje Krym, Kuban, Terytorium Krasnodarskie i Republikę Adygei.

Jednocześnie spekulanci krymscy wykorzystali sprzyjającą sytuację w okupowanych regionach południowej Ukrainy. Podczas zbierania wczesnych owoców – malin i truskawek – obrabowali chersońskich rolników, wywieźli towary na Krym i sprzedali je trzykrotnie drożej niż jagody na Ukrainie.

Jak podają krymskie media, dzięki dostawom zrabowanych towarów z południa Ukrainy na Krym, roczna inflacja w Sewastopolu spadła w czerwcu br. do 15,7 proc., choć w kwietniu osiągnęła rekordowe 19,3 proc. Według Banku Rosji spowolnienie inflacji nastąpiło zarówno w odniesieniu do towarów żywnościowych i nieżywnościowych, jak i cen usług. Bank zwraca uwagę, że ziemniaki, pomidory, kapusta, cebula, buraki, marchewki i inne towary na Krymie stały się tańsze dzięki dostawom towarów z nowo okupowanych terytoriów Ukrainy. Ogólnie rzecz biorąc, dzięki dostawom owoców i warzyw z regionów Chersoniu i Zaporoża ceny tych produktów na Krymie są w tym roku dość niskie.

Dodatkowo, ze względu na dostawy z okupowanych regionów Ukrainy, w ramach sankcji, spadły ceny wieprzowiny, wołowiny i drobiu.

Specjaliści finansowi uważają też, że okradanie Ukrainy oraz eksport produktów i towarów do Rosji jest jedną z form walki z inflacją Putina. Generalnie Bank Rosji przewiduje, że w 2022 r. inflacja w całym kraju wyniesie 14-17 proc., zamiast oczekiwanych 20 proc. W Moskwie przewiduje się, że jeśli grabież Ukrainy będzie kontynuowana w nadchodzących latach, to roczna inflacja w Rosji spadnie do 5 – 7 proc. w 2023 i powróci do 4 proc. w 2024. Dlatego Rosja tak bardzo chce przejąć Ukrainę. Rosyjscy politycy w grabieży ukraińskich pól, ogrodów, gospodarstw rolnych, fabryk, a także ludności widzą sposób na rozwiązanie wszystkich swoich problemów ekonomicznych.

 

Jak rozliczyć rosyjskie zbrodnie wojenne w Ukrainie? Analiza WOŁODYMYRA SYDORENKY

Ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka zaangażowanych jest w inicjatywę „Trybunał Putina”, której celem jest dokumentowanie zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie.

Po bezsensownym zbombardowaniu Winnicy i zabiciu na ulicy 25 osób, w tym trojga dzieci, a także zniszczeniu centrum medycznego Neuromed, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że należy powołać specjalny trybunał do zbadania zbrodni rosyjskich na Ukrainie tak szybko, jak to możliwe. „Ten dzień po raz kolejny udowodnił, że Rosja powinna zostać oficjalnie uznana za państwo terrorystyczne. Żadne państwo na świecie nie stanowi takiego zagrożenia terrorystycznego jak Rosja” – powiedział Zełenskij.

„Gdyby ktoś przeprowadził atak rakietowy na ośrodek medyczny w Dallas lub Dreźnie, jak by to nazwano? Czy to nie terroryzm? Rosja zabiła dziewczynki, gdy w Hadze w Holandii odbywała się konferencja na temat rosyjskich zbrodni wojennych. Konferencja, na której zdecydowano, co należy zrobić, aby każdy rosyjski żołnierz został ukarany. Po tym nikt nie może mieć wątpliwości, że jak najszybciej potrzebny jest specjalny trybunał w sprawie rosyjskiej agresji na Ukrainę” – dodał.

Zełenski zwrócił się także do załogi łodzi podwodnej, z której na Winnicę wystrzelono pociski; „Chcę, aby załoga tego statku, z którego pociski poleciały dzisiaj do Winnicy, wiedziała na pewno, że więzienie to najlepsza rzecz, jaka ich czeka”. Przypomnijmy, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, przemawiając na konferencji w Hadze, wezwał do utworzenia specjalnego trybunału, który zapewniłby ukaranie wszystkich odpowiedzialnych za rozpoczęcie rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2014 roku. Rząd Wielkiej Brytanii przyznał Ukrainie pakiet wsparcia w wysokości 2,5 miliona funtów, aby pomóc Prokuratorowi Generalnemu Ukrainy w zbadaniu rosyjskich zbrodni wojennych.

Jak idzie przygotowanie procesów rosyjskich faszystów?

W Hadze odbyła się Ukraina Accountability Conference, w której udział wzięli przedstawiciele 45 krajów. Konferencję zorganizował rząd Niderlandów, Prokuratura Międzynarodowego Trybunału Karnego oraz Komisja Europejska. Uzgodnili polityczną deklarację w sprawie współpracy i utworzyli grupę dialogową, aby zgromadzić krajowe, europejskie i międzynarodowe inicjatywy w zakresie dokumentacji i wymiaru sprawiedliwości dotyczących zbrodni wojennych. Pracami grupy będzie kierować Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy.

„Sprawiedliwość i odpowiedzialność mają fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia pokoju i bezpieczeństwa. Tak więc najlepszym sposobem przeciwstawienia się działaniom Rosji są dwie rzeczy. Po pierwsze, społeczność międzynarodowa musi zapewnić Ukrainie zwycięstwo. Po drugie, ci, którzy popełniają zbrodnie powinni zostać postawieni przed wymiarem sprawiedliwości – powiedziała na konferencji Iryna Venediktova, Prokurator Generalna Ukrainy. Zwróciła uwagę na fakt, że „zakończenie bezkarności za poważne zbrodnie jest naszą wspólną odpowiedzialnością”. Według niej Ukraina udowodniła, że ​​jest w stanie poradzić sobie z ciężarem śledztw. Jednak biorąc pod uwagę skalę i wagę tych zbrodni, sprawiedliwość dla ofiar można osiągnąć jedynie w symbiozie ze społecznością międzynarodową.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ONZ nie pozostaje na uboczu. Ponad 40 krajów podpisało oficjalne oświadczenie, że popierają pozew Ukrainy przeciwko Federacji Rosyjskiej przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości ONZ na podstawie Konwencji o zapobieganiu zbrodni ludobójstwa z 1948 roku. „Po raz kolejny deklarujemy nasze poparcie dla skargi, którą Ukraina wniosła do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości zgodnie z Konwencją ONZ o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa z 1948 r., w której Ukraina dąży do ustalenia, że ​​Rosja nie posiada prawa do prowadzenia operacji wojskowych na Ukrainie na podstawie nieuzasadnionych zarzutów o ludobójstwo” – czytamy w oświadczeniu. Państwa sygnatariusze podkreślają wagę takiego właśnie procesu i po raz kolejny wzywają Rosję do „natychmiastowego zawieszenia operacji wojskowych na Ukrainie, zgodnie z postanowieniem sądu w orzeczeniu o środkach tymczasowych z dnia 16 marca 2022 r.”.

Oczywiste jest, że sukces zarówno międzynarodowego trybunału ONZ, jak i jakiegokolwiek trybunału, który miałby osądzić rosyjskie zbrodnie, będzie zależeć od tego, jak przekonywujące będą dowody zebrane na Ukrainie. „Trybunał Putina” – inicjatywa o tej nazwie skupiła najważniejsze organizacje praw człowieka Ukrainy, które dokumentują ślady zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie i przesłuchują świadków. Robią to we współpracy z obrońcami praw człowieka, a wszystkie opracowane materiały są następnie przekazywane organom śledczym. Dokumentaliści tej inicjatywy przesłuchują świadków i zbierają dowody do dalszego wykorzystania przez śledczych. To oni już udokumentowali zeznania naocznych świadków zbrodni rosyjskich w obwodzie kijowskim – w Buczy, Hostomelu, Borodziance i Irpieniu.

Uczestniczka inicjatywy Nataliya Yashchuk mówi: „Mamy własną metodologię zbierania informacji: jest to zbiór dokumentacji wideo. Z zapisem czasu i daty, co dokładnie się wydarzyło, kto ucierpiał, jakie są konsekwencje zbrodni wojennej.” Sądy i organy ścigania akceptują takie zeznania.

Ogólnie rzecz biorąc, ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka pracuje nad inicjatywą „Trybunał Putina” we współpracy z organami ścigania. Proces zbierania dowodów rozpoczęli natychmiast, od pierwszych dni wojny. Początkowo miejsca zbrodni były po prostu rejestrowane. Po wyzwoleniu terytoriów zaczęli odwiedzać te miejsca i rozmawiać z tymi, którzy przeżyli. Autorzy filmów dokumentalnych wykorzystują w swojej pracy Rzymski Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego. Zgodnie z nim gromadzą i przetwarzają informacje, które są następnie przekazywane prawnikom w celu dalszego opracowania spraw oraz organom śledczym w celu przeprowadzenia dochodzenia. Na przykład tylko w obwodzie kijowskim istnieją dane ze 107 osiedli, czyli już ponad 1000 odcinków.

Uczestnicy inicjatywy są przekonani, że proces powinien brać pod uwagę nie tylko ludzkie ofiary, ale także ogromne szkody materialne i kulturowe wyrządzone przez Rosjan. Na przykład, do 15 lipca UNESCO udokumentowało zniszczenia 163 obiektów kultury na Ukrainie: 71 budynków sakralnych, 12 muzeów, 32 budynki historyczne, 24 budynki poświęcone działalności kulturalnej, 17 zabytków, 7 bibliotek. Tak stwierdził Lazar Assomo, dyrektor Centrum Światowego Dziedzictwa UNESCO, podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ „Zniszczenie dziedzictwa kulturowego w wyniku rosyjskiej agresji na Ukrainę”. Przeprowadzenie spotkania na ten temat poparło 38 państw członkowskich ONZ – podała ukraiński „Głos Ameryki”.

Lazar Assomo zauważył, że ponad połowa zarejestrowanych uszkodzeń lub zniszczeń obiektów (53%) miała miejsce w obwodach charkowskim i donieckim. W Kijowie znacznie ucierpiały także obiekty kultury, w szczególności potwierdzono uszkodzenie lub zniszczenie 26 obiektów. 40% z nich to budowle sakralne.

Ukraina ma jednak pełniejsze dane dotyczące niszczenia dóbr kultury. Do tej pory zarejestrowano 423 epizody uszkadzania lub niszczenia obiektów dziedzictwa kulturowego Ukrainy. Sprawy te są weryfikowane i publikowane na specjalnej platformie internetowej. 128 z nich to obiekty nieruchomego dziedzictwa kulturowego posiadające oficjalny status zabytków. Około stu obiektów zostało całkowicie lub prawie całkowicie zniszczonych.

„Podkreślam też, że wojna dotyka nie tylko dziedzictwa materialnego, ale całego sektora kulturalnego Ukrainy. Artyści, kustosze muzeów i wielu innych pracowników kultury zostało z powodu wojny pozbawionych środków do życia. Masowe wysiedlenia ludności zagrażają ochronie dziedzictwa niematerialnego, a także ciągłości życia kulturalnego” – zauważył Lazar Assomo.

W swoim przemówieniu stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kyslica nakreślił paralele między Rosją a nazistowskimi Niemcami i wspomniał o procesach norymberskich. Jest przekonany, że oprócz powołania Specjalnego Trybunału do spraw zbrodni rosyjskiej agresji na Ukrainę potrzebny jest instrument kompensacji wszelkich szkód spowodowanych agresją, w tym dziedzictwa kulturowego. 

 

Tęsknota za „Ameryką Rosyjską” – WOŁODYMYR SYDORENKO analizuje kolejny przykład imperialnej propagandy

Wystąpienie przewodniczącego Dumy Państwowej Wiaczesława Wołodyna, w którym sugerował, że Rosji należy zwrócić Alaskę, dało impuls hałaśliwej propagandzie.

Przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Wiaczesław Wołodin podczas sesji plenarnej parlamentu powiedział pewnego dnia, że ​​oprócz Krymu i Donbasu Rosja ma też inne rejony, które należy jej zwrócić, np. Alaskę. „Jest taki region, Alaska. I niech Ameryka, próbując pozbyć się naszych zasobów, pomyśli, że mamy coś do oddania” – powiedział Wiaczesław Wołodin. Rosyjska propaganda natychmiast podchwyciła tę imperialistyczną ideę, zaczęła ją szerzyć jako realne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych Ameryki, które według polityków pokroju Wołodyna powinny od razu się bardzo przestraszyć.

Jak wiecie, Imperium Rosyjskie podpisało umowę sprzedaży Alaski Stanom Zjednoczonym 30 marca 1867 roku za 7,2 miliona dolarów w złocie. Za te pieniądze USA otrzymały cały półwysep, archipelag Aleksandra i Kodiaka, wyspy Pasma Aleuckiego, a także kilka wysp na Morzu Beringa. W tym czasie Rosja nie wiedziała o dużych złożach ropy naftowej i innych minerałów na Alasce.

Alaska została odkryta przez Europejczyków w 1732 roku podczas pierwszej wyprawy na Kamczatkę Rosjan Michaiła Gwozdewa i Iwana Fiodorowa. Jej rozwój przebiegał w bardzo wolnym tempie, a na początku XIX wieku utrzymanie i ochrona Alaski, która przynosiła zyski z handlu futrami, stała się zbyt kosztowna. Pierwsze pytanie o sprzedaż Alaski Stanom Zjednoczonym postawił przed rządem rosyjskim Generalny Gubernator Syberii Wschodniej, hrabia Mykoła Murawjow-Amurski w 1853 roku, wskazując, że jego zdaniem jest to nieuniknione, a jednocześnie z czasem umocni pozycję Rosji na azjatyckim wybrzeżu Pacyfiku.

W tym samym czasie USA, chcąc zapobiec okupacji Alaski przez Imperium Brytyjskie, wysłały do ​​Rosji ofertę sprzedaży wszystkich posiadanych przez nią udziałów Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej (RAK), państwowemu monopolowi zaangażowanemu w rozwój Alaski , za 7 milionów 600 tysięcy dolarów w 1854 roku.

Kolejna oferta USA na zakup Alaski została złożona z inicjatywy wielkiego księcia Konstantina Mikołajowycza (młodszego brata cesarza Aleksandra II) wiosną 1857 roku. Kwestia ta była aktywnie badana po obu stronach, ale z powodu wojny secesyjnej (1861-65) prawdziwe negocjacje rozpoczęły się dopiero w 1866 roku.

Traktat podpisano 30 marca 1867 r. w Waszyngtonie – za 7,2 mln dolarów cały półwysep Alaska, pas wybrzeża 10 mil na południe od Alaski wzdłuż zachodniego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, Wyspy Aleuckie, Archipelag Aleksandra, wyspy na Morzu Beringa zostały włączone do terytorium Stanów Zjednoczonych. Całkowita wielkość sprzedanej powierzchni gruntu wynosiła około 1 519 000 m2, czyli cena wyniosła 4,73 USD za kilometr kwadratowy. W momencie sprzedaży na Alasce mieszkało około 2,5 tys. Rosjan i Kreolów oraz 68 tys. Eskimosów i Hindusów. Wraz z gruntem na własność Stanów Zjednoczonych przeszły wszystkie nieruchomości, archiwa kolonialne, oficjalne i historyczne dokumenty związane z oddanymi terytoriami.

W 1959 roku Alaska stała się 49. stanem Stanów Zjednoczonych. W 2012 roku mieszkało tu 731,5 tys. osób, a pod względem dochodu per capita była na czwartym miejscu w kraju.

Jednocześnie rosyjski parlamentarzysta Anatolij Wasserman powiedział dziennikarzom, że „nie ma powodów prawnych, które pozwoliłyby Rosji domagać się zwrotu Alaski, ponieważ sprzedaliśmy ją w sposób całkowicie legalny i z całkowicie uzasadnionych powodów…” Faktem jest, że jeszcze przed pojawieniem się Trasy Transsyberyjskiej, droga z europejskiej części Rosji do Wybrzeże Pacyfiku  zajmowała kilka miesięcy, a komunikacja z Alaską była możliwa tylko drogą morską. W tym czasie na morzu dominowała flota angielska. A kiedy Rosja pogorszyła stosunki, utrzymywanie kontaktów z Alaską stało się prawie niemożliwe. „Kiedy wybuchła wojna krymska, ubezpieczaliśmy Alaskę w amerykańskich firmach ubezpieczeniowych. Brytyjczycy nie zaatakowali Alaski, bo to uczyniłoby Stany Zjednoczone ich wrogiem. Kiedy nasze stosunki z Wielką Brytanią znów się napięły, doszliśmy do wniosku, że łatwiej sprzedać Alaskę. Nikt jej nie potrzebował i nikt jej nie szukał. Wydobywane tam surowce praktycznie się wyczerpały – wyjaśnił Wasserman.

Według posła, aby Alaska mogła wrócić do Rosji, konieczna będzie dezintegracja Stanów Zjednoczonych. Ale sytuacja na świecie jest taka, że ​​Rosja rozpadnie się znacznie wcześniej niż Stany Zjednoczone. Dlatego Duma Państwowa nie powinna nawet myśleć o powrocie Alaski…

Inni analitycy zauważyli, że sam powód, który wymyślił Wiaczesław Wołodin, jest sztuczny. Powiedział, że „Stany Zjednoczone powinny myśleć o Alasce, gdy pozbywają się międzynarodowych zasobów Rosji”. Ale nie powiedział i nie mógł powiedzieć, jakie „międzynarodowe zasoby Rosji” są do dyspozycji Ameryki.

Nie ma jednak na świecie takiej sytuacji, z której rosyjscy propagandyści nie próbowaliby się wykorzystać. Tak więc wicemarszałek Dumy Państwowej Rosji Piotr Tołstoj zaproponował przeprowadzenie referendum na Alasce. Nie uzyskał jednak poparcia, bo Alaska to nie Krym i jest mało prawdopodobne, by którykolwiek z mieszkańców Alaski chciał ponownie znaleźć się „pod cesarską ręką”.

Co więcej, rosyjscy propagandyści nazwali prawdziwą umowę o sprzedaży Alaski „konwencją z 1867 r. o ochronie praw mieszkańców Ameryki Rosyjskiej”, która rzekomo nałożyła na Stany Zjednoczone obowiązek ochrony tych praw, a teraz oni, podobno nie zostały spełnione i dlatego Rosja powinna domagać się zwrotu „Ameryki Rosyjskiej”, czyli Alaski.

Zaczęli rozpowszechniać kłamstwo, że Stany Zjednoczone rzekomo prześladują członków Rady Koordynacyjnej Organizacji Rodaków Rosyjskich w Ameryce. A Stany Zjednoczone są również oskarżane o rzekome naruszenie prawa do wolności języka ojczystego, ponieważ dziś tylko 0,005% Alaskan mówi po rosyjsku, a wszystkie języki na Alasce są tłumaczone na łacinę. Kolejny zarzuty to, że USA rzekomo narusza prawo do zachowania historii i kultury, ponieważ na Alasce nie studiuje się historii Rosji oraz prawo do wolności wyznania, skoro w 1927 roku udało się ogłosić „autokefalię” Amerykańskiej Cerkwi Prawosławnej, podczas gdy wcześniej była tam Cerkiew Rosyjska. A także rzekomo Stany Zjednoczone naruszają prawo do wolności przedsiębiorczości i ochrony socjalnej, ponieważ „Waszyngton sztucznie hamuje rozwój Alaski”.

W ten sposób propagandziści dochodzą do sprytnego pseudowniosku, że nieistniejąca „Konwencja o cesji z Alaski” nie została spełniona. Potomkowie mieszkańców „Ameryki Rosyjskiej” są dyskryminowani. Terytorium odstąpione Stanom Zjednoczonym nie jest zagospodarowane. Oznacza to, że traktat między Stanami a Imperium Rosyjskim jest nieważny. „Ameryka Rosyjska” podlega zwrotowi.

Oczywiste jest, że agresywne wystąpienie Wiaczesława Wołodyna w Dumie Państwowej nie miało konsekwencji prawnych. Ale dało impuls hałaśliwej propagandzie. Tak więc w rosyjskim mieście Krasnojarsk pojawiła się „patriotyczna” reklama „Alaska jest nasza”. Została zamówiona i zamontowana przez… fabrykę przyczep, która z jakiegoś powodu nazywa się „fabryką Alaski”. Obywatele uznali to zjawisko za „subtelny ruch patriotyczny”, zapominając, że wszelkie roszczenia terytorialne zwykle kończą się wojną.

 

Biorą wszystko – WOŁODYMYR SYDORENKO o rosyjskich grabieżach w Ukrainie

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Dla prawdziwych wojowników obrażanie słabszego człowieka, a tym bardziej kradzież jego własności lub chleba, było niezrównaną hańbą na przestrzeni wieków. Kiedy Rosja zajęła Krym w 2014 roku, stopniowo zawłaszczyła wszystkie banki,  sanatoria, pensjonaty, winnice i całą inną własność, która przestawiała jakąś wartość.

Kiedy Rosjanie zdobyli i zaczęli przejmować kontrolę nad kilkoma obszarami Donbasu, zdemontowali i wywieźli do Rostowa sprzęt z 18 różnych fabryk. Zainstalowali na swoich terenach obrabiarki i nawet rządowa „Rossijskaja Gazieta” nie wstydziła się napisać, że skradzione na Ukrainie maszyny zaczęły wytwarzać produkty w Rostowie.

Pewnego dnia tureckie organy celne zatrzymały rosyjski statek towarowy ze zbożem, który według władz ukraińskich został wywieziony z zajętego przez Rosjan portu Berdiańsk. Ambasador Ukrainy w Turcji Wasyl Bodnar, powiedział, że los statku i skradzionego z Ukrainy ładunku zostanie rozstrzygnięty na posiedzeniu organów śledczych. Jak informuje Marine Traffic, 1 lipca do tureckiego portu Karasu dotarł rosyjski statek do przewozu ładunków suchych „Zhibek Zholy”, oskarżany przez Kijów o transport ukraińskiego zboża. A wcześniej, 30 czerwca, szef mianowanej przez Moskwę okupacyjnej administracji w obwodzie zaporoskim Jewhen Bałycki poinformował, że z okupowanego przez Rosjan ukraińskiego miasta Berdiańsk wypłynął statek handlowy z siedmioma tysiącami ton zboża. Fakt ten dał Ukrainie i państwom zachodnim powód do oskarżenia Rosji o kradzież ukraińskiego zboża i blokowanie ukraińskich portów, co zagraża światowym dostawom żywności.

Jeszcze wcześniej, po zajęciu terenu zakładu Azowstal, okupanci wywieźli do Rosji duże zapasy produkowanego tam ukraińskiego metalu, który miał być dostarczany dla ukraińskich przedsiębiorstw. Wyposażenie fabryki pocięli na złom, który wywieźli ją do Rosji.

Gdy na początku lata w okupowanych regionach urodzajnego ukraińskiego regionu Chersoń dojrzewały owoce i warzywa, najeźdźcy zabierali je rolnikom i sprzedawali na rynkach krymskich za podwójną cenę, reklamując je jako wysokiej jakości towary z Ukrainy .

Rosyjskie kradzieże i grabieże nie są nowością. Podczas czasowej okupacji obwodu kijowskiego w marcu tego roku rosyjscy żołnierze okradali supermarkety, wyłamywali drzwi w mieszkaniach i zabierali kosztowności, sprzęt AGD, ubrania i wszystko, co mieli pod ręką. Skradzione rzeczy odsyłali do domów z Białorusi, po tym jak zostali zmuszeni do opuszczenia okolic Kijowa. Przez białoruski urząd pocztowy przewinęło się kilka tysięcy takich przesyłek.

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Jak dowiedzieli się dziennikarze projektu RFE/RL „Schematy”, Rosjanie od kilku tygodni wyłączają radary na statkach przewożących ukraińskie zboże z Krymu do portów tureckich. Proces ten jest regularnie rejestrowany na zdjęciach satelitarnych dostępnych dla dziennikarzy. Ziarno jest ładowane na statek w Sewastopolu, gdzie jest sprowadzane z czasowo okupowanych terytoriów obwodów Chersonia i Zaporoża.

Na przykładzie dwóch statków – rosyjskiego i syryjskiego – dziennikarze pokazali, jak masowce regularnie zawijają do portu w Sewastopolu, gdzie ładowane jest zboże, a następnie przybywają do Turcji i tam zostają rozładowane. Gdy statki wpływają do portu na Krymie, ich radary są wyłączane, więc nie można ich śledzić za pomocą systemów monitorowania statków, takich jak Marine Traffic lub Equasis. Ale nie są w stanie „ukryć się” przed satelitą, który z kosmosu rejestruje obecność i załadunek statków w krymskim porcie.

Jednym z tych statków jest „Mychajło Nienaszew” pod rosyjską banderą. Dziennikarze przedstawiają dowody jego trzech rejsów z portu na Krymie do portów w Turcji. Inny przykład. 6 maja statek „Finikia” opuścił Nemrut nad Morzem Czarnym pusty. 10 maja statek wyłączył radar, ale 13 maja został wykryty przez satelitę w Sewastopolu. Masowiec załadowano zbożem i 24 maja przypłynął do Iskenderun. Oprócz zdjęć z kosmosu dziennikarze mają do dyspozycji dokumenty, z których wynika, że ​​„Nienaszew” i „Finikia” zostały załadowani zbożem w drodze do Turcji właśnie w krymskim Sewastopolu.

Dziś uważa się, że 22 mln ton ukraińskiego zboża nie może zostać wyeksportowane z powodu zablokowania przez Rosję portów Morza Czarnego. 13 czerwca Ukraina dostarczyła pierwszą partię zboża do UE nową drogą morską przez Bałtyk. Społeczność międzynarodowa wzywa Rosję do odblokowania portów i umożliwienia eksportu ukraińskiego zboża. W szczególności ONZ wezwała Rosję do zezwolenia na eksport zboża z ukraińskich portów. Ale Moskwa oświadczyła, że ​​jest gotowa zwiększyć podaż żywności w przypadku zniesienia sankcji nałożonych w związku z wojną z Ukrainą.

„Rosja jest uzależniona od transportu morskiego zagranicznymi statkami, więc jej dostęp do nich musi być ograniczony” – powiedział 5 lipca minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba. Zaznaczył, że rosyjska gospodarka jest zorientowana na eksport, więc w dużej mierze opiera się na transporcie morskim zapewnianym przez zagraniczne statki. „Wzywam partnerów: ograniczcie dostęp Rosji do międzynarodowych statków towarowych, to ograniczy machinę wojskową Putina. Bo tak naprawdę Rosja eksportuje śmierć, kryzysy i kłamstwa” – zaapelował szef ukraińskiego MSZ.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Upadek kosmicznej potęgi Rosji

Lekkomyślna polityka Władimira Putina, a przede wszystkim wojna na Ukrainie, doprowadziły do upadku osiągnięć Rosji na polu podboju kosmosu.

Związek Radziecki włożył wiele wysiłku, aby uzyskać status „wielkiej potęgi kosmicznej”. Pamiętam, że zanim Jurij Gagarin powiedział: „Ruszajmy!”, Nikita Chruszczow zażądał od naukowców i inżynierów prawdziwych wyczynów, aby wygrać wyścig o podbój kosmosu. Dziś na świecie są dziesiątki krajów, które w jakiś sposób działają w kosmosie, a współczesna Rosja nie jest wśród nich pierwsza. Co więcej, od czasu rozpoczęcia wojny na Ukrainie w 2014 r., w ciągu 8 lat straciła nie tylko dominację w sprawach kosmicznych, ale nawet swój status kraju kosmicznego.

Etapy utraty wysokości kosmicznej

Szef Roskosmosu Dmitrij Rogozin robił w swoim życiu wiele rzeczy. I tylko kapryśny los mógł doprowadzić absolwenta Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Moskiewskiego na stanowisko dyrektora generalnego rosyjskiej agencji kosmicznej. Ale nawet tutaj zasłynął jako człowiek, który „oddał przestrzeń”. W rzeczywistości współczesnej Rosji po prostu brakuje sił i środków zarówno do prowadzenia wojny, jak  i podboju kosmosu. To „dziennikarz” Rogozin informuje świat o każdym kolejnym etapie utraty przez kraj statusu kosmicznego mocarstwa.

Tak więc, jak donosi rosyjski Interfax, Rada Europejskiej Agencji Kosmicznej uznała niemożność kontynuowania współpracy z Roskosmosem w misji ExoMars-2022. Zamiast tego EAK rozważa NASA zamiast Roskosmos jako partnera ExoMars. Pod koniec ubiegłego roku szef Roskosmosu przyznał też, że Stany Zjednoczone mogą odmówić nie tylko współpracy na Marsie, ale także przy wspólnym projekcie Venus-D. Start rosyjskich misji międzyplanetarnych ExoMars i Venus-D został przełożony na czas nieokreślony.

Choć rosyjska firma Energia opatentowała już koparkę do pracy na Księżycu, Europejska Agencja Kosmiczna ogłosiła w połowie kwietnia br., że zawiesza wspólne działania z Rosją na misjach na Księżyc. Dmitrij Rogozin nie znalazł nic mądrzejszego do powiedzenia niż to, że „Europejka z wozu,  rosyjskiej klaczy lżej”. W efekcie misje „Łuna-25”, „Łuna-26” i „Łuna-27” miały zostać odroczone na czas nieokreślony.

Niepewny jest udział Rosji w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Rogozin powiedział, że decyzja o dacie zakończenia prac Rosji nad ISS została już podjęta, ale Roskosmos nie jest zobowiązany do jej publicznego ogłaszania. Dodał, że Rosja ostrzeże partnerów ISS na rok przed zakończeniem prac. Według niego taki termin zapewniają zobowiązania międzynarodowe. Jednocześnie NASA stwierdziła, że ​​nie potrzebuje udziału Rosji w wysyłaniu astronautów na stację kosmiczną, ponieważ zorganizowała wystarczająco dużo lotów SpaceX. Agencja zakupiła od SpaceX pięć dodatkowych lotów na ISS z załogą – to wystarczy, aby utrzymać załogę USA na pokładzie stacji do czasu zakończenia jej misji w 2030 roku.

 Rosyjska przestrzeń pod sankcjami

Astronautyka od dawna jest jedną z niewielu rosyjskich branż nietowarowych, na które istnieje zapotrzebowanie na rynku międzynarodowym. Jednak lekkomyślna polityka Władimira Putina, wojna na Ukrainie, doprowadziła do upadku działalności kosmicznej i osiągnięć Rosji. Ale tak naprawdę były one możliwe nie dzięki samodzielnej działalności Roskosmosu, tylko współpracy z europejskimi i amerykańskimi agencjami kosmicznymi. To we współpracy z innymi krajami Rosja otrzymała zmodernizowaną stację międzynarodową, instrumenty naukowe, rakiety i satelity, które są wykonane z importowanych komponentów, a także dostęp do rynku startów kosmicznych i eksperymentów naukowych w kosmosie. Wszystko to było możliwe dzięki współpracy z Ameryką i Europą.  Pomysły, aby zastąpić dotychczasowych partnerów Chinami, wciąż nie wyszły jeszcze poza etap deklaracji.

Jednak amerykańskie i europejskie sankcje nałożone w związku z inwazją Rosji na Ukrainę poważnie wpłynęły na astronautykę. Obecnie niektóre rodzaje sprzętu i elektroniki są zamknięte dla dostaw do Rosji, na firmy kosmiczne nałożono sankcje  jak na producentów broni, a prezes Roscosmosu Dmitrij Rogozin został objęty sankcjami osobistymi.

Według Radia Liberty Europejska Agencja Kosmiczna poparła decyzję Unii Europejskiej w sprawie sankcji wobec Rosji. Zagroziło to dwóm głównym wspólnym projektom: Kosmicznemu Teleskopowi Rentgenowskiemu Spectrum-RG i międzyplanetarnemu statkowi kosmicznemu Exomars-2022. To wspólny projekt, w ramach którego Rosja miała dostarczyć rakietę i platformę do lądowania dla europejskiego łazika. Miał on wylecieć z Bajkonuru jesienią 2022 roku. Teraz pozostanie w magazynie przez czas nieokreślony.

Działania Roskosmosu i jego szefa Dmitrija Rogozina rujnują reputację Rosji jako wiarygodnego partnera w kosmosie, nawet na obszarach, które nie są bezpośrednio objęte sankcjami. W ciągu ostatniego półtora miesiąca Roskosmos utracił lub odciął praktycznie wszystkie obszary współpracy międzynarodowej z partnerami amerykańskimi i europejskimi, które były przygotowywane przez ostatnie 30 lat. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna nadal działa, ale tylko dlatego, że strony muszą tam być technicznie połączone, wyłączenie jednej automatycznie oznacza awarię obu segmentów.

Dmitrij Rogozin jako uczestnik wojny na Ukrainie

Im mniejsza jest rola rosyjskiego lidera przemysłu kosmicznego w przestworzach, tym głośniej i agresywnie ingeruje on w „sprawy ziemskie”, przez co nazywany był „kosmicznym jastrzębiem”. Niedawno Rogozin powiedział, że „w przypadku wojny nuklearnej Rosja zniszczy kraje NATO w pół godziny” i wezwał do przeniesienia rosyjskiej przestrzeni kosmicznej i powiązanych sektorów gospodarki „po szynach wojskowych”.

Innym razem Rogozin zasugerował, że Roskosmos może uruchomić produkcję w ukraińskich zakładach na terytoriach okupowanych i kontrolowanych przez Rosję. Są to przede wszystkim przedsiębiorstwa zlokalizowane w obwodach charkowskim, kijowskim, dniepropietrowskim.

Pod koniec maja szef Roskosmosu interweniował w stosunkach rosyjsko-japońskich i zaproponował zmianę nazwy południowych Wysp Kurylskich, „bo ich nazwy łamią język rosyjski”.

Innym razem groził Elonowi Muskowi, mówiąc, że „będzie odpowiedzialny za zaopatrzenie sił faszystowskich na Ukrainie w terminale internetowe Starlink”.

A przy tym wszystkim okazuje się, że sprawy Rogozina giną nie tylko w kosmosie, ale i na ziemi. Niedawno wyszło na jaw, że kontrolowany przez niego kosmodrom Bajkonur jest tak słabo strzeżony, że w celach turystycznych udało się tam wejść dwóm obcokrajowcom, obywatelowi Wielkiej Brytanii Benjaminowi Richowi i obywatelce Białorusi Aliniea Zelupie.

Pod presją tych wszystkich niepowodzeń Roskosmos i jego szef skupiają się teraz na sprawach wojskowych. Jak informowano wczoraj, przedsiębiorstwa Roskosmosu rozpoczęły masową produkcję pocisków Sarmat. Jednak okazało się, że pocisk jest w dużej mierze niedoskonały, dlatego Roscosmos przygotowuje się obecnie do testów nowej konstrukcji.

Wzrost sławy Rosji jako kraju kosmicznego zakończył się całkowitym niepowodzeniem w realizacji niezależnych projektów w kosmosie. Politycznie Kreml powrócił do czasów kryzysu karaibskiego, kiedy świat z powodu postawy Związku Radzieckiego, był na skraju wojny nuklearnej. Dziś Rosja powtarza swoje 50-letnie groźby, po raz kolejny wymachując bronią jądrową. Rada Najwyższa Ukrainy już uznała Rosję za sponsora terroryzmu. Jak dotąd Komisja Spraw Zagranicznych Senatu USA poparła rezolucję wzywającą Departament Stanu do uznania Rosji za państwo sponsorujące terroryzm. „Terror stał się jedyną formą działania Rosji przeciwko Ukrainie i Europie” – powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Ukraina będzie nalegać, aby Rosja wreszcie została oficjalnie uznana za państwo terrorystyczne i sponsora terroryzmu. Ostateczna decyzja należy do Departamentu Stanu i administracji prezydenta USA Joe Bidena. Uznanie Rosji za sponsora terroryzmu zrówna ją z Iranem, Koreą Północną, Kubą i kilkoma innymi krajami objętymi najostrzejszymi sankcjami.

„Nie ma wątpliwości, że Rosja, kierowana przez Władimira Putina, jest sponsorem terroryzmu. Czyn, którego popełnił, zlecając ofensywę na Ukrainę, był aktem terrorystycznym. Jest zbrodniarzem wojennym i odpowiada za każdą zbrodnię popełnioną w jego imieniu, za każde zniszczenie za każde morderstwo. Wszystko, co zostało zrobione na Ukrainie, jest jego obowiązkiem ”- powiedział republikański senator James Rich.