Ilustracja zamiast informacji – rozmowa z LUDMIŁĄ MITRĘGĄ prezesem Stowarzyszenia Fotoreporterów

Potrzebne są mechanizmy, które ochronią zawód fotoreportera, wraz z jego kodeksem etycznym, bo tylko to zapewni odbiorcom pewność autentycznego przekazu. To ostatni moment na zatrzymanie likwidacji tej profesji – mówi Ludmiła Mitręga, prezes Stowarzyszenia Fotoreporterów, w rozmowie ze Zbigniewem Brzezińskim.

 

Artykuł Czy zawód fotoreportera znika”, który ukazał się na portalu sdp.pl 2 marca 2020 roku (czytaj tutaj), wywołał spore poruszenie. Na ten temat wypowiedzieli się Sławomir Jastrzębowski, stając w obronie paparazzich (tutaj) i Jacek Herok (tutaj), który stwierdził wprost, że zawód fotoreportera przestał istnieć.

 

Czy zawód fotoreportera istnieje?

 

Zdania nawet wśród nas są podzielone. Nie wszyscy podpisalibyśmy się pod artykułem Jacka Heroka. Odpowiedź zależy od tego jak definiujemy „zawód fotoreportera”. Jeśli jako wpis w umowie o pracę, to można powiedzieć, że zawodu nie ma. W Polsce jest zalewie kilka, kilkanaście etatów. Żyją za to ludzie, którzy są fotoreporterami i za wykonawców tego zawodu się uważają, bo nadal powstają fotografie reporterskie, informacyjne. Redakcje nadal wydają legitymacje fotoreporterskie. Tylko teraz to fotoreporter decyduje co fotografuje i kiedy, by jako jednoosobowa firma lub wykonawca dzieła utrzymać siebie i rodzinę. Coraz częściej fotoreporterem się nie jest, tylko się bywa.

 

Skąd to rozchwianie? Co właściwie w ostatnich latach się zmieniło?

 

Minął czas, w którym większość fotoreporterów miała etaty, redakcje decydowały o materiale do wykonania, a wpływu na konto z chałtur fotograficznych były odrzucane lub wstydliwie skrywane. Potem nastąpiła tzw. „optymalizacja kosztów” w mediach analogowych i cyfrowa rewolucja. Ogromna konkurencja mediów społecznościowych. Czasy łatwego kopiowania. Udoskonalenie, czyli uproszczenie cyfrowych aparatów fotograficznych. Wszystko to spowodowało dużą rotację kadr, pauperyzację zawodu, w którym istotną rolę odgrywały i odgrywają doświadczenie, odpowiedzialność i etyka. Uwierzyliśmy jako społeczeństwo, że fotoreporterem może być każdy. Odbiorcom mediów wydaje się, że właściwie nic się nie zmieniło. Fotografii w przestrzeni publicznej jest więcej, a nie mniej. Tylko coraz częściej nie wiemy co widzimy. Karierę robi wyrażenie #fakenews, a to nic innego jak znane nam od zawsze kłamstwo, manipulacja, niezweryfikowane informacje. Profesjonalny fotoreporter ma obowiązki. W opisie potwierdza, że widział to, co jest na zdjęciu, że to jedno ujęcie opowiada całą historię, a nie jest jak zdanie wyrwane z kontekstu. Dziś bardzo potrzebne są mechanizmy, które ochronią ten zawód, wraz z jego kodeksem etycznym, bo tylko to zapewni odbiorcom pewność autentycznego przekazu.

 

Te zmiany przeszły i przechodzą bez głośniejszych protestów.

 

Nie umiemy się bronić. To co teraz powiem być może wywoła burzę wśród kolegów, ale ten zawód wykonują indywidualiści z silnymi osobowościami, uważają że to co robią jest samo w sobie atrakcyjne i misyjne. Brak związków zawodowych i misyjność zawsze pozostaje w kontrze do protestowania. Coraz trudniej jest być fotoreporterem, kiedy nie ma systemu, który wspiera ekonomicznie etykę i gwarantuje obecność „na temacie”. Bez tego systemu oczekujemy od fotoreporterów heroizmu jak z XIX wiecznych utworów pozytywistów. Dziennikarze fotografujący są gwarantem zachowania jakości i skuteczności kontroli społecznej. Realia są jednak takie, że jak się nie publikuje, to się nie zarabia. Nie ma płacenia „za fotografowanie”, czy pozostawanie w gotowości, ale za efekt. Przez to często zamiast informacji dostajemy ilustrację wielokrotnego użytku, a to bardzo duża różnica, czy materiał jest unikatowy i opisuje tylko ten konkretny moment, czy też ma charakter uniwersalny i jest wzięty z archiwum. Fotoreporter nie powinien być zmuszany do optymalizacji swojej pracy, bo zamiast prawdy któregoś dnia odbiorca dostanie już tylko ilustrację, reklamę lub propagandę. To zresztą nie jest tylko problem świata profesjonalnej fotografii informacyjnej. Jako pierwsi gatunkiem ginącym, stali się dziennikarze śledczy. Okazali się zbyt kosztowni dla „optymalizacji kosztów”. Opinia publiczna, nie zauważyła ich znikania. Gdy wybuchła jedna z dużych afer ostatnich lat, pojawiło się pytanie „gdzie byli dziennikarze śledczy?”. Nie zmieścili się w „optymalizacji kosztów”.

 

Wszystkie winy obecnego stanu rzeczy znajdują się poza środowiskiem?

 

Nie, to jest też nasza wina. Był taki moment, w którym w znacznej części uwierzyliśmy, że jesteśmy bogami, że jak będziemy harować, to się to przełoży na wynik, w tym również na ten finansowy. Może była to kwestia tego, że to był zawód młodych lub młodo się czujących, bystrych, silnych, pracowitych mężczyzn. Koledzy potrafili przejechać z Portugalii do Finlandii w ciągu dwóch dni, żeby zrobić materiały z dwóch różnych imprez. Wówczas można było jeszcze liczyć na kilometrówkę. Gdy te możliwości zaczęły się kurczyć, wielu ludzi odeszło do innych zawodów. Przychodzą nowi, naiwni. Są w tym gronie też tacy, którym kodeks etyczny przeszkadza. O skutkach już mówiłam: ilustracje zamiast informacji.

 

Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w połowie ubiegłego roku zarejestrowanych było w urzędach pracy kilkuset przedstawicieli różnych zawodów związanych z fotografowaniem. W tym gronie było tylko dwunastu fotoreporterów. Wygląda, że i tak radzą sobie lepiej niż inni.

 

(Śmiech). To wynika i ze starej definicji zawodu w polskiej Klasyfikacji Zawodów i Specjalności (kod 343102 – przyp. ZB, zob. tutaj) i z faktu, że każdy, kto akurat pozostaje bez pracy, woli mieć szerszy wachlarz możliwości jako fotograf. Przedstawiają się więc jako ci, którzy potrafią robić zdjęcia. A co do samej definicji, to oficjalna jest nieaktualna, a w środowisku chyba już każdy ma własną…

 

Problemem jest też nieautoryzowane rozpowszechnienie zdjęć w mediach społecznościowych?

 

Tak. Profesjonalne materiały często robią gigantyczne zasięgi, ale autor na tym nie zarabia. Nie linkuje się do źródła. Zamiast udostępniać, użytkownicy zapisują pliki i zamieszczają ponownie jak własne. To zwykła kradzież, ale wciąż akceptowana społecznie, nie postrzega się tego jako czegoś szkodliwego. Ponawiamy w tej sprawie apele jako Stowarzyszenie. Internet fair play jest możliwy wyłącznie wtedy gdy wyedukujemy społeczeństwo z respektowania praw autorskich. Tymczasem nawet liderzy opinii mają z tym dziś problem.

 

The National Press Photographers Association zwraca uwagę na inne aktywności fotoreporterów w sieci. W styczniu była to historia pary zdobywającej popularność na Instagramie. Kendrick Brinson i David Banks są obserwowani przez ponad 123 600 osób (zob. tutaj). Literacki noblista Heinrich Böll zauważył, że zawodowcy najlepiej ukryją się wśród amatorów, ale to nie jest najbardziej atrakcyjna perspektywa. Jak wyglądałby świat bez fotoreporterów?

 

To już widać, bo fotoreporterzy zmieniają zawód. Prócz „niewidzialnej ręki rynku”, która zlikwidowała etaty, fotoreporterzy rywalizują o publikacje z masą darmowych zdjęć z różnych źródeł. Następuje „prywatyzacja informacji” Pijarowcy zastępują dziennikarzy. Teraz jeszcze jesteśmy. Kiedy przegramy zdjęcia będą pochodziły wyłącznie od partii politycznych, urzędów, różnej maści związków i organizacji, fotografów zaangażowanych ideowo, słowem od tych wszystkich, którym zależy na przedstawianiu się zawsze z dobrej strony. Czasem uzupełniałby to przypadkowe fotografie amatorów, które nigdy nie dają gwarancji, czy ujęcie opowiada całą historię, czy nie ma na nie wpływu emocjonalny stosunek autora do jakiegoś zdarzenia lub brak wiedzy. Jako społeczeństwo będziemy skazani na balansowanie na granicy między propagandą a niepewnością.

 

Skoro istnieje społecznie uzasadniona potrzeba ocalenia fotoreporterów, a jednocześnie wydarzyło się już tyle złego: od wspominanej kilkukrotnie „optymalizacji kosztów” funkcjonowania redakcji po słabość samego środowiska, czy to zadanie jeszcze wykonalne?

 

Nie zastanawiam się nad tym, działam. Czuję, że to ostatni moment na zatrzymanie likwidacji zawodu fotoreportera. Potrzebujemy fotografów, którzy przestrzegają Kodeksu Etycznego i potrafią jednym ujęciem opowiedzieć historię. Wszyscy potrzebujemy rzetelnych ludzi, którzy robią informacje, a nie tylko ilustracje. Bez nich kontrola społeczne stawać się będzie coraz bardziej iluzoryczna.

 

Rozmawiał Zbigniew Brzeziński

 

Fot. Adam Nurkiewicz

 

Czy zawód fotoreportera znika – pyta ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

Czy dziennikarz ze smartfonem w ręku wyprze fotoreportera z rynku, czy też zawód ten będzie ewoluował w kierunku poszerzenia zakresu usług? Jaka przyszłość czeka przedstawicieli tej szlachetnej profesji?

 

Stres, RODO, kradzieże i złe perspektywy

 

Zawód fotoreportera należy do najbardziej stresujących na świecie. Często znajduje się w pierwszej dziesiątce aktualizowanych co roku zestawień Most Stressful Jobs[1]. Bywa, że wywołuje to zdumienie wśród czytelników, którzy z pracy fotoreportera widzą przecież tylko efekt. Zapytany o opinię psycholog biznesu specjalizujący się w kwestiach zawodów i karier Wacław Kisiel-Dorohinicki z Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Tischnera w Krakowie, odpowiada bez wahania: Pozycja zawodu fotoreportera w przedstawionym rankingu wydawać się może zaskakująca tylko dla postronnego obserwatora. To jest ciekawy poznawczo i stały trend. Na taki stan rzeczy wpływa wiele czynników: presja czasu, walka o najlepsze ujęcie, ale również duża konkurencja i względna dostępność zawodu.

 

Nastrojów fotoreporterom nie poprawił Parlament Europejski, przyjmując 27 kwietnia 2016 roku rozporządzenie 2016/679, wprowadzające mało w obszarze wizerunku fotograficznego czytelną dyrektywę, znaną w Polsce pod skrótem RODO. Co prawda w punkcie 50 wstępu napisano, że: przetwarzanie fotografii nie powinno zawsze stanowić przetwarzania szczególnych kategorii danych osobowych, gdyż fotografie są objęte definicją „danych biometrycznych” tylko w przypadkach, gdy są przetwarzane specjalnymi metodami technicznymi, umożliwiającymi jednoznaczną identyfikację osoby fizycznej lub potwierdzenie jej tożsamości[2], ale dokument i tak uznano za zamach na wolność prasy.

 

Niemiecką petycję w sprawie zniwelowania potencjalnych groźnych skutków RODO adresowaną do Europarlamentu podpisało w 2018 roku w bardzo krótkim czasie ponad 40 tys. osób. Śmiało rzec można, że zareagowała cała związana zawodowo z fotografią Europa. Polacy stanowili aż 6 proc. tej grupy, co zapewniło nam drugie miejsce po najliczniej reprezentowanych Niemcach. Tytuł petycji miał znamienny tytuł: Freedom of the press! A jej autorzy zwracali uwagę, że prawo do ochrony wizerunku nie powinno utrudniać pracy fotoreporterów, przeszkadzać w informowaniu opinii publicznej o bieżących wydarzeniach i ograniczać swobody wypowiedzi i artystycznego wyrazu[3].

 

Zawód z przyszłością

 

Podczas wywiadu udzielonego kwartalnikowi „Doradca Zawodowy” Marek Szewczyk – fotograf i dyrektor kreatywny krakowskiego CreamTeam stwierdził, że jednym z zawodów, które najlepiej rokują w dobie rozwoju Internetu i mediów społecznościowych, jest prawnik specjalizujący się w ochronie i egzekwowaniu praw autorskich[4]. Trudno się z tym nie zgodzić wobec ostatnich wydarzeń, gdy zdjęcia posłanki Joanny Lichockiej autorstwa Macieja Jaźwieckiego z „Gazety Wyborczej” i Tomasza Jastrzębowskiego z agencji Reporter udostępniano w mediach społecznościowych masowo, bezrefleksyjnie, nie wspominając ani o tym, kto je wykonał, ani nie przestrzegając praw agencji i samych twórców[5]. W końcówce XX wieku za takie ujęcia paparazzi żyłby spokojnie przez dwa miesiące.

 

O ile prawnik specjalizujący się w kwestii praw autorskich to zawód z przyszłością, o tyle wydawało się w połowie drugiej dekady XXI wieku, że fotoreporter za chwilę dołączy do płatnerza i stelmacha, ponieważ wyprze go z rynku dziennikarz uzbrojony w smartfon. Jak dziś wygląda ta prognoza?

 

Canon kontra Nikon

 

Patrząc na World Press Photo przez pryzmat używanego przez nominowanych sprzętu, łatwo można zauważyć, że rywalizują Canon z Nikonem, a nie iPhone z Samsungiem. Wygląda więc na to, że sztuka fotoreporterska, której narzędziem jest lustrzanka, bynajmniej nie umarła. Zapytany o opinię ceniony fotograf Krzysztof Pęczalski odpowiada: Nie zginęła i nie zginie. Bo zdjęcie wymaga nie tylko sprzętu, ale umiejętności znalezienia się w odpowiednim miejscu i czasie oraz odwagi. Fotografie wykonane w niebezpiecznych sytuacjach z małej odległości, obiektywem szerokokątnym, sprawiają, że odbiorca czuje się bezpośrednim świadkiem wydarzeń. Nie zdaje sobie przy tym oczywiście sprawy z kwestii technicznych czy niebezpieczeństw, które towarzyszyły powstaniu zdjęcia.

 

Słowem – fotoreporter to człowiek mający określone i unikatowe kompetencje i to na wysokim poziomie. Wydaje się jednak, że zawód ten ewoluuje w kierunku poszerzania wachlarza świadczonych usług. Dotyczy to nie tylko małych serwisów lokalnych, w których ta sama osoba robi zdjęcia i sporządza notatki. Może fotoreporterzy sami się wystraszyli, że za chwilę zanikną jak socjalizm w Czechosłowacji, ale nietrudno zauważyć, że oprócz zdjęć, tworzą relacje video, a wielu stało się też operatorami dronów. Jeśli taka tendencja się utrzyma, to próg wejścia do zawodu znów stanie się wysoki. Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy powstawało mnóstwo nowych tytułów i redakcji, fotoreporter musiał mieć własny sprzęt, o który wcale nie było łatwo, a triumfy święciła giełda w warszawskiej „Stodole”. Nie wystarczały też same umiejętności kadrowania. Omalże równie istotne było wywoływanie filmów i obróbka papieru fotograficznego. Życie redakcyjne dzielił między ulicę i ciemnię. Fotografia cyfrowa to zdecydowanie zmieniła. Pojawiające się nowe formy zawodowej aktywności, zmuszają do zdobycia dodatkowych umiejętności w dziedzinie obróbki materiałów video, czy zdjęć z powietrza.

 

Fotoreporter w radio

 

Jeszcze kilka lat temu sam ten termin uważano za szalenie zabawny. Dziś, wobec rozwoju różnych kanałów komunikacji wykorzystywanych przez media, zwłaszcza stron internetowych i mediów społecznościowych, fotoreporter stał się istotnym elementem redakcji, specjalizującej się w dźwięku. Co ciekawe, niejednokrotnie w radio, czy w telewizji jest bardziej klasycznym fotoreporterem, niż we współczesnej gazecie. Krzysztof Pęczalski: współczuję kolegom, od których oczekuje się, że nie tylko zrobią unikatowe zdjęcia. Najlepiej, gdyby mieli kamerę GoPro, albo smartfon przyklejony do czoła i nagrali równocześnie dobre video. W takiej sytuacji niczego nie robi się naprawdę dobrze.

 

Wygląda na to, że zawód fotoreportera nie zniknie. Zdjęcia są nie tylko dodatkiem do materiału dziennikarskiego. Często to wokół ujęć powstają historie, którymi pasjonuje się czytelnik. Smartfon nie zastąpi talentu i kompetencji oraz aparatu dającego jakość. Tak samo jak filmiki na YouTube nie zastąpią kina i poważnych produkcji.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] https://sdp.pl/presja-newsa-zbigniew-brzezinski-o-stresie-wsrod-dziennikarzy/ – dostęp 29.02.2020 r.

[2] https://www.uodo.gov.pl/pl/131/224 – dostęp 29.02.2020 r.

[3] https://www.openpetition.de/petition/online/freedom-of-the-press-against-the-eu-general-data-protection-regulation-gdpr-for-photographers-ar#petition-main – dostęp 29.02.2020 r.

[4] Sens jest w tobie – dyskusja o cyfrowych książkach i zawodach przyszłości, „Doradca Zawodowy”, 2015, Nr 1, s. 5-8.

[5] https://wiadomosci.onet.pl/kraj/gest-joanny-lichockiej-fotoreporterzy-protestuja-wobec-wykorzystywaniu-zdjecia/cxxs1cx – dostęp 29.02.2020 r.

Autoryzacja a odpowiedzialność – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy autoryzacja materiałów prasowych ma jeszcze rację bytu? Czy skorzystanie przez rozmówcę z prawa do zatwierdzania swoich wypowiedzi, chroni w jakikolwiek sposób redakcję przed odpowiedzialnością za tekst?

 

Zbiór nieporozumień

 

W Internecie bez trudu znajdziemy wątki poświęcone autoryzacji. Zarówno w komentarzach użytkowników: „czy ten tekst był autoryzowany?”, jak i w linii obrony dziennikarzy: „przecież ten wywiad był autoryzowany!”. Dotrzemy też do wyroków sądów, które rozpatrywały sprawy związane z autoryzacją. Podczas lektury tych treści trudno nie odnieść wrażenia, że termin ten jest słabo zrozumiały i nadużywany. Przypisuje mu się też większe znaczenie od faktycznego. Na przykład w 2018 roku Sąd Apelacyjny w Łodzi musiał zmierzyć się ze sprawą, w której powód (zwolniony pracownik) stwierdził, że pozwany (wójt gminy) odpowiada za treść artykułu na temat tego wydarzenia. W opinii powoda ponieważ dwukrotnie skorzystał z prawa do autoryzacji, więc jest współautorem. Sąd nie podzielił jego zdania, stwierdzając w uzasadnieniu: „na gruncie prawa prasowego osoby udzielającej informacji (wywiadu) nie można zatem potraktować – tak jak chce tego powód – jako osoby, która jest współautorem publikacji zawierającej dosłownie zacytowane wypowiedzi[1].

 

Skoro opinia sądu jest tak jednoznaczna, to skąd się bierze mniemanie, że skorzystanie z prawa do autoryzacji, pozwala wpłynąć na ostateczny kształt publikacji?

 

Definicje autoryzacji

 

Obowiązujące w Polsce prawo prasowe (tekst ujednolicony Dziennik Ustaw z 2018 roku poz. 1914, Art. 14a) stanowi, że:

  1. Dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana lub była wygłoszona publicznie.
  2. Dziennikarz informuje osobę udzielającą informacji przed jej udzieleniem o prawie do autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi.

W ustępie 6 Art. 14a czytamy ponadto, co nie stanowi autoryzacji:

Nie stanowi autoryzacji zaproponowanie przez osobę udzielającą informacji nowych pytań, przekazanie nowych informacji lub odpowiedzi ani zmiana kolejności wypowiedzi w autoryzowanym tekście materiału przewidzianego do publikacji w prasie.

Co więcej a w ustępie 4 artykułu 14 prawa prasowego znajdziemy następujące uszczegółowienie:

Udzielenia informacji nie można uzależniać, z zastrzeżeniem wynikającym z  art. 14a, od sposobu jej skomentowania lub uzgodnienia tekstu wypowiedzi dziennikarskiej.

 

Osoba udzielająca informacji nie bierze więc formalnej odpowiedzialności za efekt końcowy. Skąd więc tyle nieporozumień? Wynikają one zapewne z wiedzy potocznej, której odzwierciedlenie znajdziemy chociażby w haśle: „autoryzacja” w Słowniku języka polskiego PWN: zezwolenie osoby udzielającej wywiadu na jego opublikowanie[2].

 

Złudna ochrona?

 

W głośnej ostatnio sprawie zakończenia współpracy z Romanem Praszyńskim przez magazyn „Viva!” po wywiadzie z aktorką Anną Marią Sieklucką, w którym pojawiły się kwestie życia seksualnego, dziennikarz również wspominał w swojej obronie, że wywiad był autoryzowany[3]. Zupełnie jakby to miało jakiś wpływ na postawione pytania, czy na ostateczny kształt publikacji. Czy zatem skorzystanie z tego prawa przez rozmówcę w jakikolwiek sposób chroni redakcję przed ewentualnymi roszczeniami?

 

Nie – odpowiada krótko podczas rozmowy telefonicznej mecenas Olgierd Pogorzelski partner w Kancelarii Ech&W i dodaje – Co więcej, umieszczanie w publikacji, wprawdzie autoryzowanych, ale szkalujących wypowiedzi, może skończyć się dla dziennikarza wizytą w „sądzie karnym” w charakterze oskarżonego.

 

Skoro zatem prawo do autoryzacji wypowiedzi nie chroni ani osoby udzielającej informacji przed ostatecznym kształtem lub wydźwiękiem publikacji, ani autora artykułu, to może powinno zniknąć z prawa prasowego?

 

Wokół problemu autoryzacji narosło wiele mitów i kontrowersji – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. – Szczegółowo tę sprawę reguluje Ustawa Prawo Prasowe, która choć nowelizowana, to jednak pochodzi z roku 1984, czasu, kiedy media funkcjonowały nieco inaczej niż dziś. Niejednokrotnie słyszałem od dziennikarzy, że w wyniku autoryzacji gotowy tekst bywał demolowany. Czy rzeczywiście w dzisiejszych czasach to narzędzie jest potrzebne? Mam mieszane odczucia. Z jednej strony tak, bo to chroni w pewien sposób interesy osoby, której tekst dotyczy – co nie jest bez znaczenia w dobie fake newsów, ale z drugiej strony czy rzetelnemu dziennikarzowi autoryzacja jest potrzebna? Druga kwestia to opóźnienie publikacji. Z pozoru niewielkie bo przypomnijmy  w przypadku dzienników i serwisów internetowym czas na autoryzację wynosi 6 godzin, a w przypadku czasopism 24 godziny. Jednak w świecie Internetu czas biegnie inaczej. Mimo wszystko uważam, że ustawodawca nieprędko wyśle autoryzację na zasłużoną emeryturę.

 

Innego zdanie jest Adam Łaszyn, ekspert w dziedzinie public relations i autor poradnika „Media i Ty. Jak zarządzać kontaktem osobistym z dziennikarzami”. Na pytanie o to, czy warto korzystać z prawa do autoryzacji odpowiada:

 

Tak, warto. Skoro nasz system prawny i obyczaj medialny na to pozwala – korzystajmy. Jest to przydatne narzędzie, by uzyskać pewność, że w procesie redagowania materiału sens naszych wypowiedzi się nie zmieni. A bardzo często się zmienia – wypowiedzi są skracane, czasem nawet „twórczo” przerabiane. I to niekoniecznie w złych intencjach – dziennikarz/redaktor może musieć zmniejszyć tekst lub ma dobrą wolę klarowniejszego przedstawienia intencji rozmówcy. Ale wiadomo, co jest wybrukowane dobrymi chęciami. W pogoni za „uatrakcyjnianiem” produktu medialnego łatwo tu o zmianę wymowy wypowiedzi, przekręcenie a nawet odwrócenie przekazu. Jest mnóstwo takich przypadków, w których np. wycięcie jednej części zdania o 180 stopni zmienia jego sens. Autoryzacja pozwala nam na kontrolę tego procesu.

 

Zagadnięty o to, czy rozmówcy powinny zapalać się w głowie ostrzegawcze lampki, gdy dziennikarz przypomina o prawie do autoryzacji, stwierdza:

 

Nie – w zakresie zagrożeń. Tak – w świadomości, że oto otrzymuje szansę kontroli przekazu. Prośba o autoryzację najczęściej świadczy o tym, że dziennikarz traktuje nas partnersko. Daje bowiem szansę współudziału w ostatecznej wersji publikacji. Częściej się zdarza, że dziennikarz nie proponuje autoryzacji i jeśli my o nią nie poprosimy (a warto!) to widzimy „w druku” słowa wyjęte z kontekstu. Jeśli zaś dostajemy wypowiedzi do autoryzacji to przyjmujemy też odpowiedzialność za to, co ukaże się z naszą zgodą.

 

Współodpowiedzialność rozmówcy jednak istnieje

 

Adam Łaszyn odnosząc się do najnowszego przykładu związanego z zasłanianiem się autoryzacją wywiadu przez autora tekstu, czyli publikacji „Vivy!”, wyraża następująca opinię:

W przypadku wywiadu w „Vivie” aktorka odpytywana przez dziennikarza w seksistowskich tematach jest podwójnie współodpowiedzialna za finalną publikację. Przede wszystkim nie powinna się godzić na obsceniczne pytania lub w odpowiedziach wyrazić swą dezaprobatę dla takiego stylu reportera. A po drugie – na etapie autoryzacji skorzystać z szansy odmowy przedstawiania jej w obleśnych kontekstach. Można się domyślać, że na tym pierwszym etapie mogła zostać zaskoczona sprośnymi pytaniami. Ale w procesie autoryzacji mogła to zmienić i wyrazić swój brak zgody. Na tych dwóch poziomach wzięła udział w grze akceptując jej rynsztokowy charakter.

 

Czy to usprawiedliwia autora i redakcję? Adam Łaszyn:

 

– Zupełnie zaś inna sprawa odpowiedzialności dziennikarza i redaktorów. Rozumiem, że przygotowali i opublikowali taki materiał nurkując w kierunku niskich potrzeb części odbiorców. To ich wybór, do którego można i – w moim przekonaniu – należy mieć zastrzeżenia w kategoriach dobrego smaku. O tym, że w tych kategoriach przekroczyli granice świadczy reakcja odbiorców i środowiska, silnie odrzucająca styl wywiadu. To iskierka nadziei, że istnieją mechanizmy po stronie konsumentów mediów wymuszające utrzymania pewnych standardów estetyki i stylu. Ale tylko iskierka…

 

Pilna potrzeba edukacji

 

Zgodnie z polskim orzecznictwem, osoba, która autoryzowała swoje wypowiedzi, nie ponosi formalnej odpowiedzialności za ostateczny kształt tekstu. Skorzystanie przez udzielającego informacji z tego prawa w żaden sposób nie chroni autora tekstu i samej redakcji, co potwierdza adwokat specjalizujący się w sprawach karnych. Według medioznawcy w dobie Internetu instrument ten nabrał już lekko archaicznego charakteru, a według eksperta ds. PR i współpracy z mediami – póki jest, należy z niego korzystać.

 

Wszystkie te opinie, przywołane sprawy i komentarze w sieci, wskazują na dużą potrzebę edukacji. Nie tylko w zakresie zrozumienia, czym jest autoryzacja (dopóki jest) i jak jej używać, ale też w dziedzinie współpracy z mediami. W XXI wieku takie zajęcia powinny być stałym elementem edukacji szkolnej. Tym bardziej, że zarówno rozmówcy jak i dziennikarzowi chodzi przecież o to samo: poinformowanie czytelnika o kwestiach dla niego ważnych. A tej świadomej współpracy dla wspólnego celu nie wysysa się z mlekiem matki, tylko trzeba się jej po prostu nauczyć.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.saos.org.pl/judgments/364295 – dostęp 13.02.2020 r.

[2] https://sjp.pwn.pl/sjp/autoryzacja;2551343.html – dostęp 13.02.2020 r.

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/viva-pl-wywiad-pytania-intymne-aktorka-z-365-dni-autor-roman-praszynski-koniec-wspolpracy – dostęp 13.02.2020 r.

Czas podcastów – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Prognozy dla dziennikarstwa i social mediów od dłuższego czasu mają elementy wspólne. W tym roku w obu przewidywana jest złota era podcastów. Czy to zjawisko faktycznie podbije rynek? Jakie ma atuty, a jakie niesie niebezpieczeństwa?

 

Prognozy na 2020 rok

 

Bez względu na spór o pochodzenie nazwy, można stwierdzić, że podcast to po prostu cykliczna audycja publikowana w sieci. Do niedawna używano wobec tego zjawiska terminu: audioblogging, a jego korzeni należy poszukiwać na przełomie XX i XXI wieku (najczęściej wymieniana jest data: 2000).

 

W przewidywaniach na bieżący rok, przygotowywanych przez portal Wirtualnemdia, podcasty pojawiły się zarówno w kategorii social media, jak i prasa. W tej pierwszej Lidija Vukić, managing partner w grupie LTTM stwierdziła: „Podcasty, podcasty i jeszcze raz współprace z podcasterami. Tak jak kanały marek na YouTube zdobyły już ugruntowaną pozycję i największe marki widzą w nich znakomity potencjał, tak kolejny rok będzie czasem dużych debiutów w kategorii brandowych podcastów[1]. W tej drugiej Jerzy Wójcik, wydawca „Gazety Wyborczej” (Grupa Agora) ujął rzecz całą w kategorii potencjalnego czerpania zysków nie z reklamy, ale od odbiorców: „Trend – ekonomia subskrypcji, w której samo posiadanie staje się mniej istotne, a ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej jest uzyskiwanie dostępu. To widać wyraźnie od kilku lat na przykładzie rozwoju subskrypcji cyfrowych prasy. Teraz zaczyna to być również widoczne w świecie coraz popularniejszych podcastów[2].

 

Grupa Agora jest żywo zainteresowana tym rynkiem, co podkreśla zainwestowanie w przeprowadzenie badań polskich odbiorców podcastów w 2019 roku. Zauważono w nim m.in., że 27 proc. rodzimych użytkowników Internetu korzysta z audioblogów, co oznacza de facto, że włączyli przynajmniej jedną audycję w ciągu miesiąca poprzedzającego badanie. Jest to znaczny wzrost w porównaniu z badaniami za rok 2018 przeprowadzonymi przez Nielsen dla Storytel Polska, według których korzystających z tych kanałów informacji było o połowę mniej[3].

 

Wracając do analizy Agory, należy zauważyć, że co najmniej raz w tygodniu po podcasty sięgało w ubiegłym roku około 13 proc. użytkowników sieci. Internetowe audycje były głównie źródłem: rozrywki, wiedzy o świecie i relaksu. Podczas wykonywania innych czynności słuchało ich 28 proc. respondentów[4]. Brak konieczności zerkania na ekran jest bez wątpienia jednym z atutów tego medium. Do podbicia rynku z kilkunastoma procentami słuchaczy tygodniowo podcastom jednak wciąż daleko. W przywołanych analizach Agory – „Czas na podcasty! Badanie polskich odbiorców podcastów”, zauważono, że aż 65% obecnych odbiorców treści dostarczanych w ten sposób, zaczęło korzystać z audioblogów w ciągu ostatniego roku. Daje to pewną nadzieję na dalszy rozwój rynku, tym bardziej, że paradoksalnie dzięki prognozom trend się może utrzymać.

 

Wpływ prognozy na rynek

 

Wygląda na to, że w tym wypadku prognozy wyznaczają w Polsce rzeczywiste tendencje. Tematyka podcastów stała się przedmiotem obrad Audytorium 17. Specjalistka od budowania marki osobistej Joanna Malinowska-Parzydło podczas konferencji MarCom Skills Day (29.01.2020 r.) zapowiedziała, że kolejnym jej krokiem w kreacji medialnej będzie właśnie podcast. Jeden ze studentów dziennikarstwa na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach stwierdził w trakcie akademickiej dyskusji, że rezygnuje z bloga na rzecz podcastu, bo to robi się szybciej. W prognozach i debacie publicznej umknęło jednak, że złotą erę audiobloggingu na świecie przewidywano już pięć lat temu… Pytanie o sens tej prognozy postawił na łamach „Journal of Radio and Audio Media” Berry Richard. Wówczas powodem do mówienia o przełomie był tylko jeden podcast. Jedna jedyna audycja, która odnotowywała pół miliona pobrań dziennie. Chodzi o program „This American Life” przygotowywany przez stację radiową WBEZ z Chicago. Jego twórcy sami byli zaskoczeni zdobytą popularnością, nie był to więc element przemyślanej strategii[5]. W podsumowaniu B. Richard stwierdził, że audycja i jej sukces to bez wątpienia zjawisko ciekawe, pokazujące, że jest miejsce w sieci na słowo mówione i dla gawędziarzy, ale nie oznacza to, że z dnia na dzień wzrost uzyska cały rynek. Podkreślił również, że bardzo duże znaczenie dla odbiorców stanowi jakość. Potwierdziły to badania przeprowadzone przez tego uczonego z University of Sunderland.

 

Podcasting – fundamenty powodzenia

 

Miłośnik anglojęzycznych podcastów, programista i twórca gier na urządzenia mobilne – Sebastian Komorowski – już w 2014 roku zwrócił uwagę na rolę, jaką dla tego rynku odegrało Spotify (światowy lider), proponując format biznesowy, dzięki któremu autorzy mogli zarabiać na swoich treściach. W tym miejscu warto zauważyć, że tak, jak sam audioblogging nie jest zjawiskiem nowym, tak samo nowością nie jest zainteresowanie radiem w sieci. Jednym z głównych przykładów udanych działań marketingowych z XX wieku, które opisał Michael Levine w książce: „Partyzanckie Public Relations w Internecie”, są dzieje witryny poświęconej historii radia w Los Angeles. Twórca strony LARadio.com Don Barrett tak podsumował podstawy sukcesu: „Byłem zafascynowany tym tematem, więc łatwo było mi go ogarnąć. (…) Internauci muszą wierzyć, że robisz to dla nich. Jeśli ci się wydaje, że jesteś pępkiem świata, wcześniej, czy później przegrasz[6].

 

Z już przywołanych historii wynika, że podcasting nie jest dla każdego. Są za to wyraźne fundamenty powodzenia. Po pierwsze pasja twórcy, po drugie profesjonalizm i dbałość o jakość, po trzecie czytelne zasady finansowe. Zjawisko wydaje się wręcz wymarzone dla radiowców, którzy w stacjach nie zawsze mogą prowadzić audycje na interesujące ich tematy, lub w odpowiadający im sposób. Mają za to na wysokim poziomie kompetencje niezbędne do zaoferowania słuchaczom dobrego audiobloga. W tym wypadku zainteresowanie tematem Audytorium 17 może przynieść ciekawe rezultaty i dzięki promocji faktycznie zwiększyć liczbę odbiorców tego typu treści w Polsce. Słowem – prognoza dzięki temu może stać się samospełniającą przepowiednią.

 

Trendy w podcastingu

 

Z przywołanych prognoz na 2020 roku wiemy już, że część ekspertów uważa, iż trendem są same podcasty, a jakie trendy są prognozowane dla tego typu mediów? Kurt Kaufer na łamach magazynu „Forbes” przewiduje w USA wzrost udziału audioblogów w rynku reklamy. W Stanach Zjednoczonych z podcastów korzysta ponad połowa internautów, a w tym roku zapowiedzianych jest kilka głośnych debiutów – m.in. projekt firmy Marvel[7]. CJ Haughey zestawił w wortalu Single Grain dziewięć trendów na ten rok:

  1. Wzrost konkurencji między platformami udostępniającymi treści audio,
  2. Wykorzystywanie danych o odbiorcach do silniejszego angażowania słuchaczy,
  3. Wzrost rynku wydarzeń z udziałem autorów podcastów,
  4. Poprawa jakości podcastów,
  5. Optymalizacja podcastów pod względem wyszukiwania głosowego,
  6. Słuchacze zaakceptują wzrost liczby reklam,
  7. Wzrost wydatków na reklamę,
  8. Wzrost zainteresowania odbiorców treściami dziś niszowymi – diety roślinne, segregacja odpadów, ale też historia,
  9. Optymalizacja reklam w czasie rzeczywistym[8].

 

Dużo z powyższych uwag dotyczy zmiany postrzegania podcastów przez potencjalnych reklamodawców. Haughey stwierdził, że o nadchodzeniu złotej ery dla tego typu mediów mówi się już od tak dawna, iż firmy powinny wreszcie dostrzec ten potencjał. Wskazywał w tym zakresie na takie atuty jak wykorzystywanie autorytetu gospodarza programu jako lidera opinii, czy minimalizacja ryzyka użycia programów blokujących reklamę przez odbiorców. Stwierdził też, że 80 proc. podcastów jest słuchanych do końca.

 

Z doświadczeń podcastera

 

Podcasty obchodzą w tym roku dwudziestolecie swojego istnienia. Te cykliczne audycje publikowane w Internecie przyjmują różne formy – monologów, wywiadów, dyskusji między twórcami. Znajdziemy w tym zbiorze również relacje i programy przedstawiające opinie ludzi reprezentujących różne poglądy, powplatane w wypowiedź autora.

 

Autor niniejszego artykułu swój podcast – Radioblog.PL[9] – prowadził w latach 2011-2013 r. Audycje powstawały w oparciu o wywiady z ekspertami w dziedzinie mediów, social mediów i kultury. Wbrew przywołanej opinii studenta dziennikarstwa podcasting nie jest szybszy od blogowania, jeśli robić go solidnie. Oprócz znajomości tematu przez prowadzącego istotną rolę odgrywa jakość. Oznacza to inwestycję w profesjonalny sprzęt do nagrywania i ewentualnie oprogramowanie, bo dostępne bezpłatnie AudaCity daje dziś wystarczające możliwości do obrabiania dźwięku. Obsługi należy się jednak nauczyć. Odcinek trzeba nagrać, zmontować, powycinać przeszkadzające oddechy, mlaśnięcia, błędy. Przydatny jest profesjonalny sygnał – motyw muzyczny na wysokim poziomie. Jingiel Radiobloga skomponowali muzycy grupy Ankh, legitymującej się odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Nieodzowna zdaje się identyfikacja wizualna: logotyp, wykorzystywane motywy graficzne, kolorystyka etc. Każdy odcinek musi mieć swój opis – choćby i krótki, ale zawierający słowa kluczowe. Jeśli stawiamy na wywiady, oznacza to zarezerwowanie czasu na dotarcie do rozmówcy, wybór miejsca spotkania etc. Podcasting nie jest narzędziem prostym, a robienie tego dobrze i z sukcesem to duża sztuka. Słowem, tak jak w przypadku każdego trendu, trzeba się dobrze zastanowić, czy ta moda do nas pasuje.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podsumowanie-roku-w-social-mediach-2-prognozy-na-rok-2020 – dostęp 09.02.2020 r.

[2] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podsumowanie-roku-prasa-rynek-prasowy-prognoza-2020 – dostęp 09.02.2020 r.

[3] http://www.portalmedialny.pl/art/66654/poowa-internautow-zna-termin-podcast-a-12-proc-suchao-podcastu-w-ostatnim-miesiacu.html – dostęp 09.02.2020 r.

[4] Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/podcasty-coraz-popularniejsze-w-polsce-sluchane-dla-wiedzy-rozrywki-i-relaksu – dostęp 09.02.2020 r.

[5] https://sure.sunderland.ac.uk/id/eprint/6524/3/JRAM_Podcasting_BERRY-%20FINAL.pdf – dostęp 09.02.2020 r.

[6] M. Levine, Partyzanckie Public Relations w Internecie, Agencja Wydawnicza Placet, Warszawa 2003, s. 52-53.

[7] https://www.forbes.com/sites/forbesagencycouncil/2020/01/06/podcast-advertising-trend-predictions-for-2020/#7cd5cf476a14 – dostęp 09.02.2020 r.

[8] Źródło: https://www.singlegrain.com/podcast/podcast-trends-2020/ – dostęp 09.02.2020 r.

[9] Zapowiedź kanału na YouTube z 2011 roku – https://www.youtube.com/watch?v=F8BvlSMOCUc – dostęp 09.02.2020 r.

Kliknij, bo się nie dowiesz – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o wyścigu redakcji na odsłony

Czy zbliżamy się do miejsca, w którym rolą dzieła dziennikarskiego będzie już tylko przyciągnięcie uwagi czytelnika na nie więcej niż pół minuty?

 

W październiku odwiedziłem obie Irlandie. Na ulicach nie czuło się atmosfery nadchodzących istotnych zmian politycznych i związanej z nimi niepewności. Zupełnie jakby w rozwód z Unią Europejską nie wierzono albo nie uznawano, że ma on jakiekolwiek znaczenie. Życie toczyło się swoim rytmem, a w stolicach dekoracje hucznie tam obchodzonego halloween rywalizowały z pierwszymi ozdobami świątecznymi. W hotelach w Dublinie i Belfaście leciały telewizje newsowe. Licznik w lewym, górnym rogu ekranu informował: „do brexitu 3 dni 12 godzin i 18 minut”. Media żyły jednak Mistrzostwami Świata w Rugby, w których Anglia nieoczekiwania pokonała Nową Zelandię (26.10.2019 r.) i liczono, że Walia wygra z RPA, dając Wyspom brytyjski finał.

 

Ani kanały newsowe, ani nawet bezpłatna gazeta rozdawana w dublińskim supermarkecie nie próbowały mnie do niczego zmuszać, czy skłaniać. Odetchnąć od codziennego natłoku złych komunikatów pozwalał też zapewne brak silnego zaangażowania emocjonalnego w odbierane informacje, chociaż, przyznaję, trudno było nie życzyć wygranej Walii, której sympatycznych kibiców pokazywano w co drugim materiale.

 

Welcome home

 

Po powrocie do kraju zacząłem nadrabiać zaległości. Uruchomiłem najpoczytniejszy wówczas portal ogólnoinformacyjny i przeczytałem: „Masz dłuższy środkowy palec u stopy? Sprawdź koniecznie, co to oznacza!”. Witamy w domu… W mediach społecznościowych silniej niż zwykle zaczęły rzucać mi się w oczy komunikaty na profilach redakcji, których celem było wyciągnięcie mnie na stronę medium. Dawniej po takich zagraniach, rezygnowałem z dalszego obserwowania kanału, zostawiając na pożegnanie komentarz, objaśniający motywy mojego odejścia. Niebawem chyba przyjdzie nam jednak przywyknąć, że nawet poważne redakcje co jakiś czas zamieszczą komunikat w stylu: „Skończył się mecz. Znamy wynik!”, czyli – kliknij, bo się nie dowiesz. Zaczyna to przybierać chwilami karykaturalną postać: „Znany artysta nie żyje”, czyli – sprawdź, czy tobie też był znany, bo może jednak nie… Zdaje się, że jako konsumenci mediów, zaczynamy rozróżniać, że gdy odchodzi z tego świata ktoś powszechnie znany, to w tytule pojawia się nazwisko, a gdy nieco mniej, to już nie. Czekam na moment, w którym od postawy „wiemy, kto umarł”, zaczniemy przesuwać się w stronę: „wiemy, kto umrze”…

 

Klikalność

 

Czym jest „klikalność”? Termin ten wywodzi się z języka angielskiego i z marketingu. Współczynnik klikalności to: stosunek pomiędzy liczbą klików a wyświetleniami reklamy internetowej, wyrażony w procentach. Słownik Języka Polskiego PWN już od 2016 roku podaje też drugie znaczenie: cecha tego, co da się kliknąć[1]. W niniejszym tekście posługujemy się wariantem numer dwa, rozumianym, jako przyciąganie do dzieła dziennikarskiego. Nie wolno jednak zapominać o marketingowych podstawach pojęcia, bo tu jedno splata się z drugim.

 

Dziennikarze w social mediach

 

Ten wątek był już wielokrotnie badany, a analizy tego typu zapoczątkowało na polskim gruncie Multi Communications (obecnie OneMulti) raportem „Dziennikarze i social media” opublikowanym 16 grudnia 2011 roku. Wiemy więc, że dziennikarze więcej z socialmediowego wora wyjmują, niż do niego wkładają, czyli szukają inspiracji i kontaktów. Ciekawe byłoby powracające badanie aktywności samych redakcji w mediach społecznościowych i przyjętych przez nie strategii postępowania.

 

Zapytany o to, czy social media odgrywają dla redakcji rolę dawnego gazeciarza, chłopca, który biegnie z gazetami pod pachą, krzycząc: „sensacja, rewelacja!”, ekspert w dziedzinie Internetu społecznościowego Mirosław Usidus odpowiedział: w pewnym sensie można ich rolę tak ująć, ale gazeciarze nie szpiegowali kupujących gazety, a i dla sprzedaży gazet social media zdają się robić mniej niż te dawne urocze dzieci z ulicy. Czar dawno już prysł.

 

Przyciąganie uwagi

 

Oczywiście zwrócenie uwagi na swoje materiały jest ważne. Gazety od wieków walczą o zainteresowanie odbiorców, pierwszeństwo w informacji, najtrafniejszy komentarz i tak dalej. To zjawisko nie tylko normalne, ale i pożyteczne. Pluralizm jest w świecie komunikacji równie pożądany, jak dywersyfikacja dostaw strategicznych surowców. Widoczny od lat napis na murze bloku przy kieleckiej ul. Żeromskiego brzmi: „Czy oglądając stale ten sam program, nauczysz się odróżniać dobro od zła?”.

 

Tak jak słupki nakładu i sprzedaży, czy liczby radiosłuchaczy i widzów mają istotne znaczenie dla mediów zwanych tradycyjnymi, tak dla internetowych odpowiedników liczy się zasięg, unikatowi użytkownicy, ruch na stronie. Celem każdego tytułu i nagłówka jest zwrócenie uwagi na treść, zachęcenie do sięgania po więcej. W świecie reklamy używa się schematu ukrytego za skrótem AIDA, czyli celem akcji powinno być: zwrócenie uwagi, wzbudzenie zainteresowania, rozpalenie pożądania i skłonienie odbiorcy komunikatu do działania, ot – wejście Telimeny na bal na zamku.

 

Wydaje się jednak, że działanie w przywołanym powyżej stylu („znamy wynik” i „wiemy, kto umarł”) to sukces pozorny. Poirytowany odbiorca kliknie link. Zobaczy, że był remis 1 : 1 i wyjdzie. Można oczywiście uznać, że to bez znaczenia, bo przecież był i się tego nie wyprze, ale to może się okazać krótkowzroczne.

 

Utrzymywanie uwagi

 

W „Raporcie o śmierci polskich gazet” Tomasz Mielczarek zwraca uwagę, że z kupioną gazetą obcujemy przez mniej więcej czterdzieści minut, a z portalem ogólnoinformacyjnym około półtora minuty. Profesor postawił tę tezę na podstawie badań włoskich, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że i my skanujemy wzrokiem strony redakcyjne i jeśli nic nas nie zainteresuje, to po prostu wychodzimy. W tym miejscu dochodzimy do sedna – złowienie uwagi to jedno, jej utrzymanie to zupełnie co innego. To tak jak złowienie niewymiarowej ryby, którą trzeba szybko wypuścić do wody.

 

Szef promocji dużego medium (pragnie zachować anonimowość) podzielił się z piszącym te słowa następującą uwagą: moim, ale nie tylko mim zdaniem, dla reklamodawców coraz większego znaczenia będzie nabierał „współczynnik odrzuceń”. Dziś wystarczy na początek informacja o zasięgach, unikatowych użytkownikach. W końcu ludzie zaczną o to pytać.

 

Czy jest ów: „współczynnik odrzuceń”?

 

 

Google Analytics definiuje to tak: Odrzucenie to sesja w witrynie ograniczona do jednej strony. W Analytics do odrzuceń zalicza się konkretnie te sesje, podczas których zostało uruchomione tylko jedno żądanie do serwera Analytics, np. gdy użytkownik wyświetla pojedynczą stronę w witrynie, a następnie opuszcza ją (…)[2].

Czy to zjawisko negatywne?

 

Jeśli powodzenie Twojej witryny wymaga, by użytkownicy wyświetlali więcej niż jedną stronę, odpowiedź brzmi: Tak, wysoki współczynnik odrzuceń jest niekorzystny. Jeśli np. strona główna pełni funkcję bramy do pozostałej części witryny (np. artykułów na bieżące tematy, stron o produktach, strony finalizacji zakupów), a duży odsetek użytkowników ogląda tylko stronę główną, w takiej sytuacji należy unikać wysokiego współczynnika odrzuceń[3].

 

Atrakcyjne treści

 

Paradoksalnie to ze świata reklamy może przyjść głos o wysoką jakoś publikowanych treści. Dziś upatrujemy w reklamie jedno ze źródeł problemów, a złośliwi mówią nawet, że treści dziennikarskie powstają tylko po to, by utrzymać atrakcyjność sprzedaży powierzchni, czyli odpowiedni zasięg kampanii marketingowych.

 

Atrakcyjny tytuł i lead złowi czytelnika, rzecz w tym, by poświęcił czas na lekturę lub recepcję innej formy materiału. To przynieść mogą przede wszystkim atrakcyjne treści i to pojawiające się często.

 

Podczas konferencji FlexiForm, za którą w Kielcach odpowiadał dziennik „Echo Dnia” (07.06.2017 r.), podano dane serwisów Polska Press. Wynikało z nich m.in., że użycie w tytule artykułu słowa: „video”, sprawiało, że otwartych było 19% więcej materiałów, wzrastała też znacznie liczba przekliknięć do strony (o 65%).

 

Pytanie – czego będzie oczekiwał konsument przyszłości? pozostawiam w tym miejscu otwarte.

 

Klikanie w papier

 

Czy nacisk na „klikalność” i uciekanie się w związku z tym do różnych nieciekawych zagrywek, to jednak tylko choroba dziennikarstwa internetowego, które zaniża poziom? Paradoksalnie nie.

 

Jak zauważył Marcin Kowalczyk, redaktor naczelny „Dziennika Łódzkiego” i „Expressu Ilustrowanego” w dyskusji na temat zarówno jakości, jak i przyszłości dziennikarstwa powinno się unikać uogólnień, stawiających w opozycji media drukowane z wirtualnymi: Internet pełen jest szalenie wartościowych treści, obrazów i filmów, których nigdy nie doświadczyłbym pozostając jedynie w sferze drukowanej. Trzeba tylko nieco wysiłku, a czasem parę groszy, by do nich dotrzeć. Z drugiej strony, w papierowych mediach też nie brakuje bezrefleksyjnie publikowanych fake newsów czy wywołujących zjawisko facepalmu (facepalm – gest zażenowania polegający na przyłożeniu dłoni do czoła – przyp. ZB) zabiegów redakcyjnych.

 

Lektura obowiązkowa

 

Czy zatem „klikalność” jest zła? Nie jest, bo przecież ma przyciągać uwagę czytelnika do treści. Złe jest jej nienaturalne wymuszanie, zwłaszcza gdy nie mamy nic atrakcyjnego do powiedzenia. W 2020 roku ludzie w mediach społecznościowych mogą obserwować różne redakcje. Znajdą się wśród nich i takie, które już w tytule podadzą wynik meczu i poinformują, kto umarł. Wtedy próba wymuszenia kliknięcia w opisany powyżej sposób zostania potraktowana jako pożałowania godna.

 

Wydaje się też, że do lektur obowiązkowych dla dziennikarzy, redaktorów, wydawców i przede wszystkim studentów, powinna należeć Bajka Ezopa o chłopcu, który zbyt często wołał, że napadł go wilk, aż przestało to kogokolwiek obchodzić. Gdy więc faktycznie miał coś ważnego do powiedzenia, nikt już go nie chciał słuchać. Nie zaszkodziłyby też w programach studiów zajęcia z tego, jak umiejętnie przyciągnąć uwagę odbiorcy bez poniżania siebie lub tematu.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] https://sjp.pl/klikalność

[2] https://support.google.com/analytics/answer/1009409?hl=pl

[3] Ibidem.

Ostatni (taki) numer? – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o ciekawej transakcji na polskim rynku prasowym

Kupno „Twojego Weekendu” z zamiarem likwidacji pisma to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń na polskim rynku prasy mijającego roku. Wbrew pozorom trudno jednak o jego jednoznaczną ocenę, która oscyluje od międzynarodowych zachwytów po oskarżenie o hipokryzję i przemoc ekonomiczną. Zastanówmy się nad tym, co się właściwie wydarzyło?

 

Kupno z zamiarem likwidacji

 

Taka postawa przypomina siermiężne początki polskiej gospodarki rynkowej i pozbywania się potencjalnej konkurencji. Samo wejście na tę ścieżkę przez podmioty prorynkowe musi budzić zastanowienie. Na początku przypomnijmy fakty. Według portalu WirtualneMedia[1] w grudniu 2018 roku spółka Fire Wall wystawiła magazyn „Twój Weekend” (nazwa, domena internetowa, mutacje pisma) na sprzedaż w serwisie aukcyjnym Allegro. Pismo miało wówczas nakład na poziomie 23.000 egzemplarzy i sprzedaż przekraczającą 15.000. Według cytowanego portalu wysokość licytacji przekroczyła 50.000 zł, gdy oferta zniknęła, a prowadzący do niej link informował: „Sprzedaż zakończona. Nie było ofert kupna”[2]. A jednak „Twój Weekend”, czyli magazyn erotyczny wydawany od 1992 roku, został kupiony. Prawa trafiły do Pride and Glory Interactive, należącej do grupy reklamowej VMLY&R. Jeśli sięgniemy po takie lektury jak: „Monopol, pluralizm, koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989–2006” lub „Raport o śmierci polskich gazet” prof. Tomasza Mielczarka, okaże się, że rodzimy rynek nie takie historie oglądał, ta jednak jest inna, bo uznana i nagradzana.

 

Szczytne deklaracje

 

W artykule podpisanym: „Gazeta.PL i partnerzy”, poinformowano czytelników o kulisach kupienia pisma i złożono przy tym kilka deklaracji. Czytamy w nim m.in.: Gdy inni pisali teksty i śmieszkowali (na temat wystawienia „Twojego Weekendu” na sprzedaż – przyp. Autora), kilka osób z agencji VMLY&R, portalu Gazeta.pl i studia produkcyjnego Papaya Films nie próżnowało. Po paru telefonach dołączyli do nich przedstawiciele i przedstawicielki fundacji Sukces pisany Szminką, agencji Wavemaker, banku BGŻ BNP Paribas i firmy Mastercard. Decyzja zapadła – kupujemy. Po to, żeby zamknąć! Bo to dobra okazja, żeby pokazać, że nikt więcej nie powinien czerpać wiedzy o kobietach, partnerstwie, seksie i relacjach tylko z takich magazynów.[3]

 

W tym miejscu warto zauważyć, że nikt nikomu i nigdy nie kazał czerpać wiedzy na temat kobiet, czy partnerstwa, „tylko z takich magazynów”. Bez wątpienia można więc rozważać to zagadnienie w kategoriach wolności prasy, wolności słowa i prawa do swobody wypowiedzi, ale idźmy dalej.

 

W artykule zapowiedziano słynny ostatni numer „Twojego Weekendu” z hasłem „48 stron bez seksizmu”. W przywołanym tekście dodano, że to jednak nie wszystko. Autorzy zadeklarowali: będziemy kontynuować dyskusję i publikować teksty, które chcielibyśmy, żeby czytali nasi mężczyźni, inspirowały kobiety. Wszystko to miało się dziać na specjalnym portalu: twojweekend.gazeta.pl.

 

Hipokryzja?

 

W dyskusjach na temat kupna z zamiarem likwidacji i złożonej deklaracji dotyczącej wyjątkowego ostatniego numeru pisma oraz portalu inicjującego dyskusję na temat nieprzedmiotowego postrzegania kobiet, czy partnerstwa, od początku pojawiły się głosy o hipokryzji. Zdanie takie wyraził na przykład Jakub Kralka na Spider’s Web, zarzucając przy okazji pomysłodawcom akcji przemoc ekonomiczną.

 

Zacytujmy fragment: przypływ medialnej hipokryzji trudno jednak usprawiedliwiać w przypadku Agory, która walczy z uprzedmiotowieniem kobiet robiąc kilkanaście slajdów w quizie „Komu wypadła pierś”, każe nam rozpoznać biust Ilony Felicjańskiej spod jeansowej kurtki, a nawet potrafi się zachwycić całkowicie zakrytym i obudowanym bluzką biustem dziewczyny Tomasza Kammela. Agora wyjaśni nam, „które piersi nie mieszczą się w bluzce” i zrobi zestawienie „piersi polskiego showbiznesu”.[4]

 

Rodzi się pytanie, dlaczego wobec tego kupiono „Twój Weekend”, a nie serwis Plotek? Przecież łatwiej uprawia się krytykę bałaganu u sąsiada z perspektywy własnego zadbanego ogródka? Cóż, może po prostu Plotek był za drogi, no i oczywiście nie był wystawiony na sprzedaż.

 

Opinia medioznawcy

 

Sprawa nie wygląda jednoznacznie, wydaje się więc, że najlepiej wystąpić o ocenę do świata nauki. Piszący te słowa zwrócił się więc z pytaniem do szanownego prasoznawcy. Na kontakt trzeba było poczekać, gdyż uczony przebywał za granicą. Po powrocie Pan Profesor odpisał, że sprawy nie zna, więc jej nie skomentuje. Po wyrażonym zdumieniu (kontakt miał miejsce już po pierwszych nagrodach przyznanych akcji „Ostatni numer”) i przesłaniu linków nadeszła odpowiedź numer dwa: „sprawę znam, ale nie chcę jej komentować”.

 

Cóż, najwidoczniej na świat uczonych będzie można liczyć w tej sprawie dopiero, kiedy wszyscy uczestnicy wydarzeń wymrą, niestety wraz z profesorem i piszącym te słowa. Zostawieni przez naukę sami sobie, spójrzmy na nagrody.

 

Słowo o nagrodach

 

W czerwcu agencja VMLY&R Poland na słynnym festiwalu Cannes Lions zdobyła za akcję „Ostatni Numer” Grand Prix w kategorii Glass: The Lion for Change oraz nagrodę Tytanowego Lwa. Jaka jest waga tych wyróżnień? Gigantyczna! Dość powiedzieć, że dotąd żaden reprezentant polskiej reklamy nie otrzymał tak prestiżowego i cieszącego się powszechnym uznaniem wyróżnienia[5]. Kategoria Glass odnosi się projektów poruszających kwestie uprzedzeń lub nierówności płci. Druga z kategorii dotyczy najlepszych przedsięwzięć marketingowych mijającego roku. Sukces akcji na rynku reklamy jest niekwestionowany, niepodlegający dyskusji i godzien gratulacji we wszelkiej możliwej formie.

 

Akcja „Ostatni Numer” otrzymała też pierwszą nagrodę w międzynarodowym konkursie Print Innovation Awards. Te laury przyznaje stowarzyszenie World Association of Newspapers and News Publishers, a dokładnie społeczność drukarska związana z WAN-IFRA, doceniająca najlepsze i najbardziej innowacyjne rozwiązania w prasie drukowanej. W tym wypadku złoty medal przyznany został w kategorii: redesigneds products, czyli odświeżenie produktu.

 

Ze świata reklamy warto jeszcze podkreślić dwa brązowe medale London International Awards, w kategoriach: Native Advertising, Business-to-Consumer, czyli reklamy natywnej i komunikacji marketingowej B2C[6].

 

Akcja zdobyła więc uznanie w świecie reklamy i druku. A co z nagrodami dziennikarskimi? Projekt zrealizowany przez VMLY&R Poland, Wavemaker, Papaya Films i Facebook dla Gazeta.pl i partnerów – Mastercard, BNP Paribas Bank Polska i Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką, otrzymał złoto w kategorii Public Interest – Gender Equality w konkursie Epica Awards. Nagrodę tę przyznają dziennikarze zajmujący się… tematyką reklamy i marketingu[7].

 

Owoce

 

Ostatni numeru „Twojego Weekendu” miał nakład 20.000 egzemplarzy. Dziś jest nie do kupienia ani w wersji papierowej[8], ani nawet w elektronicznej[9]. Na portalu TwojWeekend.Gazeta.PL nie ukazał się żaden tekst po marcu 2019 roku. Nie ma ani zapowiedzianej dyskusji, ani wysypu inspirujących dla obu płci tekstów. Wita nas reklama, że ostatni numer jest już w kioskach z linkami prowadzącymi dziś donikąd. Wszystkich artykułów jest tylko osiemnaście, a zamieszczono je między 7 a 15 marca 2019 roku[10].

 

Z czym mieliśmy do czynienia?

 

To pytanie będzie powracało. Z jednej strony mamy wyjątkową kampanię marketingową, która odniosła niespotykany dotychczas międzynarodowy sukces, z czego powinniśmy się cieszyć, a realizatorom należą się najszczersze gratulacje. Z drugiej strony kupiono tytuł prasowy z zamiarem jego likwidacji. To może rodzić obawy, ponieważ ten akt został przyjęty z akceptacją i bez wystarczającej refleksji o dyskusji nie wspominając. Cisza może pociągnąć za sobą kolejne takie ruchy. Szczytny powód i uzasadnienie zawsze się znajdą. Smuci niewypełnienie obietnicy, czyli szybkie zaniechanie tak dystrybucji, jak i ucięcie dyskusji tuż po jej zainicjowaniu. Należy się w związku z tym spodziewać i rychłej likwidacji niepotrzebnej witryny.

 

Zamiast zakończenia

 

Z polski znika „Playboy” – bez ideologii, po prostu: business is business[11]. Na Gazeta.PL (w części: Plotek) można dziś przeczytać lead: „Aneta Zając pozuje w seksownej mini. Trudno uwierzyć, że urodziła bliźnięta! Co za nogi!”. W życiu tyle osób nie odmówiło mi komentarza, co przy powstawaniu niniejszego tekstu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/vmly-r-i-gazeta-pl-ostatni-numer-koniec-magazynu-twojego-weekendu-sprzeciw-wobec-seksizmu – dostęp: 06.12.2019 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/twoj-weekend-magazyn-sprzedaz-na-allegro-przez-fire-wall-kto-nowym-wydawca – dostęp 06.12.2019 r.

[3] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend_kobieta/7,168433,24517128,ostatni-twoj-weekend-kupilismy-kultowy-magazyn-po-to-zeby.html – dostęp: 06.12.2019 r.

[4] https://www.spidersweb.pl/2019/03/gazeta-wyborcza-kupila-twoj-weekend-zeby-go-zamknac.html – dostęp 06.12.2019 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ostatni-twoj-weekend-z-grand-prix-i-tytanowym-lwem-na-cannes-lions – dostęp 06.12.2019 r.

[6] https://www.press.pl/tresc/59219,projekt-_ostatni-twoj-weekend—-nagrodzony-na-festiwalu-w-londynie – dostęp 06.12.2019 r.

[7] http://biuroprasowe.vmlyrpoland.com/79330-ostatni-twoj-weekend-ze-zlotem-w-konkursie-epica-awards – dostęp 06.12.2019 r.

[8] https://kulturalnysklep.pl/numer-specjalny/twoj-weekend-2-2019-twoj?utm_source=gaze – dostęp 06.12.2019 r.

[9] http://www.publio.pl/twoj-weekend,p188579.html?utm_source=jwlink&utm_medium=AutopromoINT&utm_campaign=a_Publio_070319&utm_term=twoj_weekend&utm_content=link_tekst – dostęp 06.12.2019 r.

[10] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend/0,0.html – dostęp 06.12.2019 r.

[11] https://antyweb.pl/koniec-playboy-ckm-joy/# – dostęp 06.12.2019 r.

Nie u siebie – ZBIGIEW BRZEZIŃSKI tłumaczy dlaczego nie wygramy z Facebookiem

W mediach społecznościowych nigdy nie jesteśmy u siebie. Każde nasze konto to tylko tapczan zajmowany w budynku, którego właściciel może nagle podnieść czynsz, albo wpuścić „czyścicieli kamienic”…

 

Miesiąc temu Krzysztof Czabański[1] poinformował, że złożył pozew przeciw Facebook, Inc. za łamanie konstytucyjnej zasady wolności słowa. Swoje działanie uzasadniał tym, że treści zamieszczane z jego konta poselskiego nie są przez serwis zatwierdzane do rozpowszechniania na podstawie mętnego regulaminu. Zwrócił przy tym uwagę, że dyskusja ze światowym potentatem w dziedzinie social media, to rozmowa z tworem bezosobowym, bo pod odpowiedziami nikt się nie podpisuje. W tym miejscu warto zauważyć, że firma założona w 2004 roku przez Marka Zuckerberga ma siedzibę w Menlo Park w Kalifornii, gdzie obowiązuje odmienny system prawny, czyli common law (prawo precedensów). Amerykanie nieraz udowodnili, że potrafią chronić interesy swoich firm i obywateli wobec roszczeń zewnętrznych, a sam Facebook pokazał, że takie pozwy po prostu odrzuca[2]. Żeby więc wejść w merytoryczny spór z gigantem Czabański musiałby zapewne skłonić do współpracy Komisję Europejską.

 

Może gorzej być …

 

W 2017 roku rysownik, dziennikarz i społecznik Jerzy Wasiukiewicz poinformował na swoim profilu osobistym na Facebook.com, że przez serwis zablokowanych zostało 24 strony, których był administratorem lub redaktorem. Zniknęła m.in. strona z satyrycznymi rysunkami „Kot Kaczora”, pubu „Jaskinia”, czy Marszu Pamięci Powstania Warszawskiego. Z wyżej wspomnianych obserwowałem Kota Kaczora i nie mam pojęcia, czemu zwierzak zagrażał lub co naruszał. Zresztą, w końcu to jest kot, a w Internecie raczej lubi się kotki.

 

„Które prawo dla nas, a które prawo dla nich?”

 

Cytatem z piosenki Kultu poprzedzę wypowiedź Wasiukiewicza, którego poprosiłem o komentarz do tej sprawy:

 

 

„Jeżeli chodzi o zamknięcie fanpejdży to Facebook podał informacje, które wprowadzały w błąd opinię publiczną, które naruszały nasze dobre imię, nasze dobra osobiste. Wyraźna była bowiem sugestia i informacja, jaka potem była przekazywana w mediach jakby z naszej strony dochodziło do jakichś szczególnych działań, niemalże przestępczych.

 

Wszystkie działania podejmowane przez nas na Facebooku były zgodne z polskim prawem, ale również zgodne z regulaminami tego serwisu. To Facebook wobec nas podjął działania niestandardowe, wykraczające poza regulaminy, na które się powoływał w swoim komunikacie (…)[3].

 

Natomiast sama sprawa zamknięcia fp (fanpejdży – przyp. redakcji) była bezprecedensowa! I miała wymiar, moim zdaniem, polityczny. Na przykład celem zamknięcia fp „Dziennika Narodowego”, był atak na naszą działalność. Pretekst stanowił zarzut, że były łączone jakieś fanpejdże rzekomo niezgodnie z zasadami Facebooka. Serwis ma narzędzia do tego, aby na wcześniejszym etapie zablokować możliwość łączenia fp jeżeli ma do tego zastrzeżenia. Tymczasem fanpejdże były za każdym razem łączone, czy zmieniały nazwy za zgodą Facebooka. Serwis potraktował przy tym swoich użytkowników jak idiotów, którzy nie wiedzą jakie strony chcą oglądać, o czym czytać i co widzieć. Warto podkreślić, że zamknięcie fp „Dziennika” miało miejsce w tym roku, czyli w roku wyborczym, kiedy odbyły się kampanie do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu oraz Senatu RP. To otwarta ingerencja ze strony Facebooka w polską politykę, w kształtowanie opinii publicznej”.

 

Kradzież w białych rękawiczkach?

 

Przytoczmy jeszcze jeden fragment z wypowiedzi Wasiukiewicza:

 

„(…) Facebook pobierał regularnie pieniądze za wszelkie promocje zamieszczane na fanpejdżach. Najwięcej reklam puszczaliśmy na fp „Dziennika”. Zamknięcie fanpejdża „Dziennika Narodowego” nie miało z punktu widzenia biznesowego najmniejszego sensu dla Facebooka (ponieważ fp przynosił im małe bo małe ale wpływy). Dlatego trzeba upatrywać w tym jedynie celu politycznego. Facebook w moim odczuciu zamykając fp na którego tworzenie, rozwój wydawaliśmy pieniądze poprzez zamieszczenie reklam, po prostu nas okradł”.

 

„Standardy społeczności”

 

Z perspektywy Community Standars deklarowanych przez Facebook, Inc. wynika, że są one liberalne i dopuszczają nawet kontrowersyjne poglądy. Przywołajmy całość części zatytułowanej: „Swoboda wypowiedzi”:

 

„Naszą misją jest umożliwienie przedstawiania różnych punktów widzenia. Staramy się dopuszczać treści, które pewne osoby uznają za kontrowersyjne, chyba że ich usunięcie może zapobiec konkretnym krzywdom. Ponadto czasami dopuszczamy treści naruszające nasze standardy, na przykład gdy są warte opublikowania, dotyczą istotnych kwestii lub są ważne dla interesu publicznego. Wcześniej jednak zawsze ustalamy, czy publikacja tych treści jest korzystna dla interesu publicznego w porównaniu ze skutkami wystąpienia rzeczywistych krzywd”[4].

 

Skoro tak, to może po prostu amerykańską centralę zbyt mało interesuje Facebook w Polsce i jego polityka? Cóż się zresztą dziwić, skoro gdybyśmy nawet wszyscy założyli konta (od noworodków po najstarszych ze starców), byłoby nas cztery razy mniej niż fanów samego Christiano Ronaldo (ponad 122 miliony według aktualnych danych Socialbakers.com).[5] „Dobry car i źli urzędnicy”? Być może…

 

Poziom rozmowy

 

Krzysztof Czabański zwrócił uwagę, że dialog z Facebook, Inc. To nie jest rozmowa z kimś konkretnym. Wie to każdy, któremu chociaż raz zarzucono „naruszenie standardów”. W 2017 roku zamieściłem reklamę bezpłatnego webinarium dla uczniów, zatytułowanego: „Tester gier – zawód czy zabawa?”. Tuż po uruchomieniu wyświetlanie zostało zablokowane, a do mnie przyszła wiadomość, że materiał narusza regulamin. Pomyślałem, że może chodzi o ochronę nieletnich. Odpisałem więc, że zajęcia są elementem akcji, której patronuje Ministerstwo Edukacji Narodowej, więc nie ma obaw. Poprosiłem też o wskazanie konkretnego punktu, który mój materiał narusza. W odpowiedzi poinformowano mnie, że na grafice jest za dużo treści… Zirytowany zażądałem jednoznacznego określenia powodu zatrzymania mojej reklamy: albo konkretny punkt regulaminu, albo za dużo treści na grafice. Żadna więcej odpowiedź nie przyszła, mój materiał został powtórnie zatwierdzony do wyświetlania. To nie była rozmowa z automatem. Tak pokrętnie myśląca maszyna po prostu nie istnieje.

 

U siebie i nie siebie

 

Jak pokazują powyżej przytoczone przykłady nasze profile osobiste, czy fanpejdże to li tylko tapczany zajmowane w cudzym budynku, w którym właściciel sam ustala zasady z pozycji silniejszego i nie liczy się z rzeczywistym Local Community – społecznością danego kraju.

 

Ceniony bloger, aktywny od kilku lat pod pseudonimem Jason Hunt (wcześniej: Kominek), w bardzo praktycznej książce „Social Media Start”[6] stwierdził, że jak chcemy mieć własny kanał kontaktu z czytelnikami, powinniśmy inwestować w newsletter. Wówczas w całości zarządzamy zarówno jego treścią jak i dystrybucją. Wydaje się też, że wraca czas budowania społeczności skupionych wokół konkretnych tytułów prasowych na własnych stronach. To domek ciasny, ale własny, a i szlachcic na zagrodzie przecież równy wojewodzie. A nasze treści w dużych mediach społecznościowych? Jak to ujął podczas I Blog Forum Gdańsk światowej sławy ekspert w tej dziedzinie Brian Solis: „mówię do ciebie i mówię przez ciebie”, czyli jeżeli moje treści będą dobre, to zechcesz je udostępnić swojej społeczności. Jak to się więc mówiło dekadę temu: „Content is King”!

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://wiadomosci.onet.pl/kraj/czabanski-zlozylem-pozew-przeciwko-facebookowi-ws-lamania-zasady-wolnosci-slowa/kckth35

[2] https://businessinsider.com.pl/media/internet/facebook-odrzucil-polski-pozew/5b8vn9r

[3] Zob. komunikat z 11 stycznia 2019 roku: https://newsroom.fb.com/news/h/walka-z-nieautentycznymi-dzialaniami-na-facebooku-w-polsce/

[4] https://www.facebook.com/communitystandards/

[5] https://www.socialbakers.com/statistics/facebook/pages/total/celebrities

[6] https://jasonhunt.store/produkt/social-media-start/

Czy stać nas na media publiczne? – zastanawia się ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

Dla kwestii finansowania mediów publicznych rok 2019 jest wyjątkowy. Główne siły polityczne zapowiedziały likwidację abonamentu. Czy utrzymywanie Telewizji Polskiej i Polskiego Radia z budżetu to jedyne rozwiązanie?

 

„Koń jaki jest, każdy widzi”

 

W drugim zdaniu hasła „koń” w „Nowych Atenach” (jedna z pierwszych polskich encyklopedii powszechnych) wydanych we Lwowie w 1745 roku, skąd pochodzi powyższy cytat, napisano jednak, że te konie mają różne rasy. Są więc wierzchowce tureckie, hiszpańskie, albańskie i tak dalej. W dziedzinie mediów publicznych można jednak stwierdzić, że każdy widzi tego konia w zależności od klapek, które sam ma na oczach. Mijają lata a z ogromu produkcji i emisji politycy i komentatorzy dostrzegają jedynie programy informacyjne i publicystykę. To się nie zmienia od lat. W 2011 roku Maciej Strzembosz, podówczas lider Komitetu Obywatelskiego Mediów Publicznych, stwierdził wręcz w wywiadzie dla nieistniejącego już podcastu Radioblog.PL, że: „znikłyby wszystkie problemy mediów publicznych, gdyby wyłonić z nich osobną spółkę do produkcji newsów i publicystyki i podporządkować bezpośrednio prezydium Sejmu…” Im dłużej przyglądam się podejściu partii do tego wspólnego dobra, tym częściej to stwierdzenie staje mi się bliskie. Z aktualnego sporu politycznego znikają w całości takie programy, jak kapitalnie robione i świetne merytorycznie „Koło się kręci” (TVP3 Kielce, emitowane też na antenie TVP Historia). Omalże w ogóle nie dostrzega się działalności regionalnej, a trzeba pamiętać, że to media stanowią jedne z głównych zworników tożsamości województw wydobytych pod koniec lat dziewięćdziesiątych z wieloletniego niebytu. Nic to nowego. Tak jest od lat. TVP i Polskie Radio podobają się tym, którzy rządzą i nie podobają się tym, którzy u władzy nie są. Ciekawostką natomiast jest to, że najważniejsze siły polityczne w Rzeczypospolitej przedstawiły zbliżony pomysł na finansowanie mediów publicznych, czyli zniesienie abonamentu i stałe dotacje z budżetu państwa.

 

Likwidujemy abonament (znowu)

 

Pewnie mało kto poza ekspertami pamięta, że 9 września 2004 roku Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok, w którym stwierdził, ze abonament radiowo-telewizyjny jest formą daniny publicznej i jako taka musi zostać określony w ustawie, a nie jedynie w rozporządzeniu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji[1]. W obszernym uzasadnieniu odniesiono się też do podstaw działalności mediów publicznych, czyli ich misji i fundamentów utrzymania:

 

   (… ) dostarczanie niezależnej informacji, udostępnianie dóbr kultury i sztuki, ułatwianie korzystania z oświaty i dorobku nauki, upowszechnianie edukacji obywatelskiej, dostarczanie rozrywki i popieranie  krajowej twórczości audiowizualnej (art. 1 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji) czyli wykonywanie zadań, które na ową misję się składają, wymaga zapewnienia odpowiednich nakładów finansowych. Bez finansowego wsparcia publicznego nie byłoby to możliwe. Dla Państwa Polskiego realizacja owej misji to obowiązek publiczny, a zarazem społeczny i historyczny w stosunku do wszystkich tych, którzy z dorobku polskiej kultury, nauki i sztuki pragną korzystać.

 

W dalszej części zauważono, że wszystko jedno, czy fundusze na ten cel będą pochodzić z abonamentu, czy z budżetu. Pomysły likwidacji tej pierwszej formy pojawiają się nie od dziś. Kilkanaście lat temu pracowała nad nimi, będąca wówczas w opozycji wobec rządów Leszka MilleraMarka Belki, Platforma Obywatelska. To był bardzo interesujący okres w debacie na temat mediów publicznych, zdominowany przez kwestię „Afery Rywina”. PO nie tylko rozważała wówczas (zespół kierowany przez Jana Rokitę) likwidację abonamentu, ale też prywatyzację mediów publicznych. Były to oczywiście inne czasy. W dobie przed cyfryzacją jedynie radiowa „Jedynka” i TVP1 miały zasięg ogólnopolski. Ich prywatyzacja miała „złamać monopol informacyjny”. Trudno w to dziś uwierzyć, ale chociażby na tym przykładzie widać, jak bardzo dynamicznie zmienia się rynek mediów.

 

Rok 2007

 

W 2007 roku brałem udział w eksperckim spotkaniu „Kultura i media”, który zorganizowała w stolicy Platforma. Wśród uczestników była m.in. obecna kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera Małgorzata Kidawa-Błońska, którą jednak interesowały tylko kwestie finansowania kinematografii, więc poglądów pani Małgorzaty na temat mediów publicznych nie udało mi się wówczas poznać. W samej debacie pojawiały się propozycje znacznego ograniczenia roli mediów regionalnych. Na przykład telewizję wyobrażano sobie, jako zespół: samochód, kamera, dźwiękowiec i reporter. Udało się te wizje zablokować i nie trafiły do ostatecznego programu. Pozostała kwestia finansowania. Jako nowy premier w 2007 roku Donald Tusk nazwał oficjalnie abonament archaicznym narzędziem i haraczem ściąganym od ludzi[2]. Rozpoczęło to ośmioletni spektakl pod tytułem: „Już za chwilę zlikwidujemy tę daninę publiczną”. Mniej więcej w tym samym czasie uczestnicy Kongresu Intelektualistów zwołanego przez Prawo i Sprawiedliwość domagali się utrzymania abonamentu stanowiącego gwarancje niezależności mediów[3].

 

W tle tych wydarzeń odbywały się debaty naukowców. Podczas konferencji, która miała miejsce 17 grudnia 2007 roku na Uniwersytecie Warszawskim prof. Janusz W. Adamowski powiedział: „Jestem za utrzymaniem abonamentu i podjęciem działań na rzecz zwiększania jego ściągalności (może np. poprzez umożliwienie dokonania odpisu wpłacanej kwoty od podatku osobistego PIT oraz podatku CIT – w przypadku firm)”. Proponowano też wprowadzenie licencji programowych, czyli finansowania produkcji materiałów, które uznawano by za misyjne. Prof. Tadeusz Kowalski ujął to tak: „finansowanie za coś, finansowanie z określoną intencją, określonym celem, który musi być sprecyzowany”. W toku debaty stwierdzono też, że nie da się wpisać zarabiania pieniędzy w misję mediów publicznych[4]. Z tych konferencji, debat i rozważań, których w latach 2007-2010 było wiele, parlamentarzyści wzięli sobie chyba najbardziej do serca początek wystąpienia prof. Kowalskiego: „Kiedyś było takie powiedzenie, że wojna jest sprawą zbyt poważną, żeby ją powierzać generałom. Ja myślę, że media są sprawą zbyt poważną, żeby ją powierzać profesorom, rektorom i innym osobom o podobnych kompetencjach”[5].

 

W stronę zgodności

 

Takiej zgodności między PO i PiS, jak w kwestii likwidacji abonamentu i finansowania mediów publicznych z budżetu państwa, nigdy nie było. Prawo i Sprawiedliwość już podczas konwencji programowej w Katowicach w 2015 roku zauważyło, że media publiczne powinny być traktowane jak dobro narodowe: kluczowe muzea, lub opery, a zatem być utrzymywane centralnie. Rozważano też kwestię całkowitej likwidacji reklam[6]. Finansowanie mediów z budżetu potwierdzają aktualne materiały z Konwencji Programowej „Myśląc Polska”, w których podkreślono, że rząd już zasypuje dziury spowodowane rozmontowaniem przez poprzedników całego systemu abonamentu[7]. Paweł Lewandowski, obecny wiceminister kultury, wyraził to tak: „Grzechy naszych poprzedników, którzy doprowadzili do całkowitej destabilizacji finansowej niemal 20 spółek medialnych należących do skarbu państwa, naprawiamy systematycznie, zwracając utracone dochody w formie rekompensat abonamentowych”.

 

W ogłoszonym tydzień temu programie Koalicji Obywatelskiej czytamy: „Media publiczne muszą pełnić swoją obywatelską misję: rzetelną, bezstronną i wiarygodną. Dlatego ograniczymy emisję reklam i równocześnie zlikwidujemy abonament”[8]. Wracając do wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 9 września 2004 roku trudno znaleźć związek między zdaniem pierwszym i drugim, należy jednak stwierdzić, że wszystko wskazuje na to, iż tym razem zniesienie tej daniny publicznej stanie się faktem i to w nieodległej przyszłości. Czy jednak na pewno nie ma innej drogi?

 

Projekt środowisk twórczych

 

Projekt ustawy medialnej przygotowanej przez środowiska twórcze dziesięć lat temu, który miałem przyjemność wspierać, również zakładał likwidację abonamentu. Jednak na jego miejsce zamiast środków budżetowych miała pojawić się niska, ale za to powszechna opłata audiowizualna uiszczana wraz z PIT przez każdą pracującą osobę. Miała ona wynosić 8 złotych, wówczas gdy wysokość abonamentu na rok 2010 ustalono na 17 złotych miesięcznie. Siłą rozwiązania był zarówno jego niski koszt z perspektywy obywatela (najubożsi mieli mieć możliwość odliczenia tej kwoty od podatku), jak i masowość. Projektem tym interesował się Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński, który kilkukrotnie spotykał się z jego liderami. Niestety nie przekuło się to na inicjatywę ustawodawczą. Wpłynął on też do klubu parlamentarnego PO, gdzie utknął w „zamrażarce” i już nigdy z niej nie wyszedł. Może jednak wciąż warto rozważyć niezależny od budżetu, a zatem i od polityków, system finansowania?

 

Co o tym dziś sądzi świat nauki? Dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Informacji Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek: „Pomysł likwidacji abonamentu RTV, wraca jak bumerang. Ale bądźmy szczerzy, abonament w Polsce to fikcja. Płaci go znikomy procent odbiorców i finansowanie mediów z budżetu państwa jest już faktem. Z różnych źródeł wynika, że w ostatnich trzech latach państwo dołożyło do samej TVP blisko 2 mld zł. Moim zdaniem dobrym pomysłem, chyba już zarzuconym, był »abonament« zaszyty w cenie prądu. A czy finansowanie mediów publicznych z budżetu zagrozi ich niezależności? Absolutnie nie, bo są już od dawna zależne od ekipy rządzącej. Niestety po każdych wyborach media publiczne traktowane są w kategorii łupu i niezależnie od tego kto obejmuje władzę obsadza media publiczne swoimi ludźmi. Inna rzecz to styl w jakim to jest robione. W zasadzie już od dawna określenie media publiczne jest synonimem mediów rządowych”.

 

Może jako społeczeństwo po prostu nie stać nas na media publiczne? Ani na ich niezależne od budżetu finansowanie, ani na to by były prawdziwie publiczne?

[1] http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20042042092/T/D20042092TK.pdf

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/premier-abonament-to-haracz-koniec-tego

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/platforma-obywatelska-zlikwiduje-abonament-rtv

[4] Media publiczne w Polsce. Teraźniejszość i przyszłość, pod red. J. W. Adamowskiego i L. Jaworskiego, Warszawa 2007, s. 49 i 124.

[5] Ibidem, s. 53.

[6] http://pis.org.pl/dokumenty?page=2

[7] http://pis.org.pl/dokumenty?page=1

[8] https://koalicjaobywatelska.pl/program/polska-edukacji-i-kultury

Flirt z „hejtem” – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o źródłach informacji w social mediach

Czy wyobrażamy sobie prawo, które reguluje, z kim dziennikarz może rozmawiać? Czy media społecznościowe to dobre miejsce do kontaktu z informatorami? Kim są „hejterzy” i „trolle”?

 

W czerwcu 2015 roku Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Kielcach wydała nakaz likwidacji hodowli bizonów w Kurozwękach, ponieważ mogły zagrażać mieszkającym setki kilometrów od świętokrzyskiego żubrom. Sprawa zdawała mi się na tyle irracjonalna, że zabrałem głos i włączyłem się w działania na rzecz ocalenia stada. W dyskusji w mediach społecznościowych pojawili się nagle zwolennicy wybicia bizonów w Polsce. Co ciekawe występowali jako ekolodzy i obrońcy praw zwierząt. Szybko też zajęli pole strony, która jest w tym sporze pokrzywdzona. W toku rozmowy na jedną z moich kolejnych uwag już nie dostałem odpowiedzi, tylko komentarz o treści: „hejter i agresor”. Zachowałem zrzut z ekranu w zbiorach ciekawostek na swój temat. Warto więc pamiętać, że kontaktując się ze mną w kwestiach bizonów z Kurozwęk, kontaktujecie się Państwo ze zdiagnozowanym „hejterem”. Nie dotyczy to jednak żadnego innego zagadnienia. Tu pojawia się kwestia podstawowa: czy owym „hejterem” się jest, czy może tylko się nim bywa? Jak rozpoznać z kim mamy do czynienia?

 

Kłopot z definicjami

 

Nie ma oficjalnych, obowiązujących definicji „trolla” i „hejtera”. Nie występują w polskim prawie, nie ma też takich profesji w „Klasyfikacji zawodów i specjalności” uaktualnianej przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Czy zatem staje się nimi każdy, kogo takim mianem się określi (np. jak ja w kwestii bizonów)?

 

Tu nie ma prostych odpowiedzi – mówi Mirosław Usidus, ekspert w dziedzinie mediów społecznościowych. – W przypadku „trolli” i „trollowania” mówimy o pojęciach bardzo starych, oczywiście z perspektywy Internetu. Zrodziły się jeszcze w świecie pierwotnych grup dyskusyjnych i komunikacji IRC (Internet Relay Chat). Użytkownikom tych archaicznych kanałów chodziło przede wszystkim o określenie pewnego typu osobowości i zachowań wyrażanych w dyskusjach, a nie postaw politycznych. Nie jest więc jeszcze „trollem” ktoś, kto ma inne poglądy, czy jest chamski. Jest być może tylko przeciwnikiem, oponentem, albo po prostu chamem. „Trollem” zostanie dopiero wtedy, gdy zacznie „trollować”, czyli dyskutować w specyficzny sposób. W świetle badań psychologicznych i socjologicznych użytkowników mediów społecznościowych można stwierdzić, że „troll” to cwany psychopata z sadystycznymi skłonnościami, który żyje dzięki temu, że na niego zwracamy uwagę. Wcale przy tym nie musi być anonimowy.

 

Wygląda więc na to, że, być może z braku wiedzy, media starają się nadać temu pojęciu nowe, jeszcze bardziej przerażające znaczenia, oderwane przy tym całkowicie od źródła (jak np. lansowany termin „farma trolli”, rozumianej jako zorganizowana grupa ludzi, biorących pieniądze za szkalowanie oponentów przy wykorzystaniu anonimowych kont). Myślę, że badania na temat motywacji samych „trolli” (oczywiście w szerszym kontekście, w końcu osoby tak określane potrafią dewastować komunikację związaną z dowolnym, z jakichś przyczyn interesujących ich, zagadnieniem) byłyby bardzo interesujące. Obserwując w mediach społecznościowych, chociażby obie strony obecnego sporu politycznego w Polsce, dochodzę do wniosku, że wielu „walczy” z przyczyn, które zapewne oceniają jako ideowe i bez wątpienia nie zgodzi się przy tym z określeniem siebie mianem „trolla”.

 

Kim więc jest „hejter”?

 

   Mirosław Usidus:W tym wypadku sprawa jest jeszcze trudniejsza. Można wprawdzie wrócić do angielskiego słowa „hate” („nienawidzić”), aby uznać za błędne dziewięćdziesiąt pięć procent użyć pojęcia „hejt” w Internecie, ale wydaje mi się, że to nie ma sensu, bo terminy „nienawiść”, „nienawidzić” oraz już właściwie polskie słowo „hejt” są odrębnymi pojęciami i chyba już nawet nie synonimami.

 

Słowa te potwierdza „Słownik języka polskiego” PWN w wersji online, w którym hasło „hejtować” pojawiło się w 2017 roku. Zdefiniowano ten termin w następujący sposób: „zamieszczać w Internecie obraźliwe lub agresywne komentarze”. Nieco inaczej rozwinięto pojęcie „hejter”: „(potoczne) osoba wyrażająca opinie pełne nienawiści, negatywności”. To słówko trafiło już w 2016 roku do „Wielkiego słownika ortograficznego” PWN pod red. E. Polańskiego.

 

Ad rem

 

Z raportu „Dziennikarze a social media 2012” przygotowanego na zlecenie Multi Communications wynika, że z mediów społecznościowych korzystało wówczas 85% żurnalistów, a 23% czyniło to w celach zawodowych. Tylko 43% uważało znalezione informacje za wiarygodne. W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że największą wiarygodnością i popularnością cieszyły się blogi.

 

W kolejnej fali badań „Dziennikarze i social media 2014” (Multi Communications, Instytut Monitorowania Mediów i Millward Brown) czytamy, że już 92% dziennikarzy korzystało z mediów społecznościowych. W tym okresie blogi zaczęły tracić na znaczeniu na rzecz Facebook’a i YouTube’a. Mniej więcej połowa dziennikarzy uważała znalezione treści za mało wiarygodne. Czego szukali pięć lat temu? Tematów do materiałów, tego co szczególnie interesuje użytkowników, o czym dyskutują, opinii w tym przede wszystkim komentarzy eksperckich.

 

Potwierdzają to badania Press Institute „Dziennikarze a media społecznościowe” za 2016 rok, według których 82,6% badanych korzystało z nich w celach prywatnych i zawodowych, a 4,6% deklarowało tylko te pierwsze. Z tej analizy otrzymujemy jeszcze jeden istotny rezultat. Otóż 70% badanych używało ich do nawiązywania bezpośredniego kontaktu ze źródłami informacji.

 

Czy zatem użytkownik mediów społecznościowych, nazwany lub nienazwany „hejterem”, może być źródłem informacji? Odpowiedź jest, jak wynika z badań i zdrowego rozsądku, oczywista i brzmi „tak”. Czy chcielibyśmy prawa prasowego, które reguluje, z kim dziennikarz może rozmawiać, a z kim nie i jaki kanał oraz forma komunikacji są dozwolone? Odpowiedź jest równie oczywista i brzmi „nie”.

 

A może trzeba zalegalizować „czarny PR”?

 

Ten termin stracił na popularności. Warto w tym kontekście przypomnieć, że w 2009 roku branżę Public Relations zelektryzował komunikat o założeniu pierwszej firmy, która oferowała swoim klientom rozpowszechnianie negatywnych komunikatów na temat konkurentów. Maciej Budzich, czyli popularny bloger MediaFun napisał we wstępie do tekstu na ten temat: „nie wiem, czy traktować to jako żart, prowokację, jakiś element akcji wirusowej, czy poważną propozycję”.[1] Na końcu artykułu postawił pytanie: „Czy taka oferta znajdzie klientów”? Okazało się, że nie jest to w Polsce pomysł na biznes (a przynajmniej nie na legalny…). Domena: www.czarny-pr.pl świeci dziś pustką.

 

Czy zatem „zalegalizowanie” tego typu działalności (rozpowszechnianie negatywnych komunikatów na temat konkurencji opartych o prawdziwe dane) nie byłoby po prostu czytelne? Wtedy każdy wiedziałby, z kim ma okoliczność, bez wątpliwości i złudzeń dotyczących pobudek jego działania. Co o tym sądzi branża PR?

 

To jest niewyobrażalnie złe dla świata profesjonalnej komunikacji, że są ludzie, którzy chcą pisać o innych źle i robić na tym interesy. Przewracają się zasady budowane przez lata – mówi Mariusz Pleban, prezes OneMulti, członek Rady Związku Firm Public Relations i kilkukrotny wiceprzewodniczący tego gremium. – Branża Public Relations wypracowała w Polsce przez ostatnich trzydzieści lat standardy etyczne i każdy się może z nimi zapoznać[2].

 

Co się zmieni w świecie mediów po sprawie Emilii S?

 

Nic. Dziennikarze nadal będą używali mediów społecznościowych do utrzymywania kontaktów z informatorami. Będzie też można do nich tą drogą się odezwać. To są obecnie najzwyklejsze w świecie miejsca komunikacji, które wypierają coraz bardziej dawne kanały. Dziś nie trzeba przecież spotykać się po zmroku pod mostem na obrzeżach miasta, żeby przypadkiem nie być widzianym w pobliżu „źródła”, aby go przypadkiem nie ujawnić. Jeśli dziennikarze trafią tą drogą na ciekawy i aktualny trop, który do tego potwierdzą, to nim podążą. Środowisko nadal też będzie żyło nieco obok społeczności internetowych, na przykład nie radząc sobie z używaniem terminów i pojęć. Nikomu wreszcie (mam taką nadzieję!) nie przyjdzie do głowy wpisanie do Ustawy o prawie prasowym paragrafu, z kim dziennikarz może rozmawiać, a z kim nie, albo jakim kanałem może to robić.

 

***

 

Kwestię kontaktów Emilii S, nazywanej przez część mediów „hejterką”, z dziennikarzami podnosiły ostatnio zarówno WirtualneMedia,[3] jak i Press.[4] Obie redakcje powstrzymały się przy tym od komentarzy. Cóż się dziwić, skoro według przywołanego raportu Press Institute 81,1% badanych wykorzystuje media społecznościowe do kontaktu z rozmówcami i źródłami informacji.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.mediafun.pl/czarny-pr-oficjalnie/

[2] https://zfpr.pl/kodeks-dobrych-praktyk/

[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/emilia-s-internautka-oczerniajaca-sedziow-z-wiceminister-sprawiedliwosci-lukasz-piebiak-ustalala-tekst-z-wojciechem-biedroniem-z-sieci

[4] https://www.press.pl/tresc/58271,jak-dziennikarze-pomagali-hejterce-emilii

Kąsaj wroga – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o związkach dziennikarzy z polityką

Polityczne zaangażowanie dziennikarzy przybrało w ostatnich latach niespotykane dotąd rozmiary. Partie sprawiają wrażenie zadowolonych z takiego stanu rzeczy. Tymczasem to właśnie politycy powinni być najmocniej przeciw.

 

Nie tylko pojedynczy dziennikarz, ale całe redakcje potrafią dziś stać w Polsce po jednej ze stron politycznej barykady. Co gorsza, nie identyfikują się przy tym z jakimś nurtem ideowym, ale wprost z konkretnym stronnictwem. Z czego to wynika? Zaryzykuję stwierdzenie, że ze słabości klasy politycznej. Przy charyzmatycznych ludziach w szeregach władzy i opozycji mediom w zupełności wystarczałoby relacjonowanie sporów i polemik oraz ich komentowanie. Zdaje się jednak, że przy słabości elit redakcje postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i zaangażować mocniej niż dotychczas w to, co w niemieckiej CDU określa się terminem: „kąsaj wroga”. Są jednak tacy dziennikarze, którzy uczynili krok dalej i zdecydowali się na start w wyborach.

 

Czwarta władza w kolejce do pierwszej

 

Wziąwszy pod uwagę rolę mediów w demokratycznym świecie, decyzja o kandydowaniu do Sejmu czy Senatu RP powinna być połączona z jednoznaczną deklaracją odejścia z dotychczasowego zawodu. Dlaczego, skoro są politycy (w tym gronie nawet kandydaci na premiera czy prezydenta RP), którzy zajmują się dziś publicystyką? Warto pamiętać, że ci ludzie często mają problem z odnalezieniem się w świecie, w którym „telefon przestaje dzwonić”, jak to określił były premier Leszek Miller. Bez wątpienia brakuje im też obecności w mediach, do której przywykli. Możliwość komentowania rzeczywistości po zakończeniu politycznej kariery to jest jakiś pomysł na życie. Taki ruch ze strony dziennikarza stawia jednak pod znakiem zapytania cały jego dotychczasowy dorobek, bo traci to, co w tej profesji szczególnie cenne: wiarygodność. Skąd można wiedzieć, od kiedy był już bardziej politykiem niż żurnalistą? Nie tylko w tym jednak problem, który można by przecież rozpatrywać w kategoriach indywidualnych. Marcin Kowalczyk (redaktor naczelny „Dziennika Łódzkiego i „Expressu Ilustrowanego”) mówił na spotkaniu ze studentami dziennikarstwa, że jeśli chcą robić dobre medium lokalne, to nie mogą pić wódki z wójtem i jeść obiadu z proboszczem. Marek Kacprzak (prowadzący obecnie program Tłit w Telewizji WP) stwierdził, że komfort w pracy daje mu to, że z żadnym z polityków, choć wielu zna od lat, nie jest na „ty”. Czy da się zachować te standardy, będąc w środku?

 

Drugie ostrzeżenie

 

   Adam Łaszyn w książce „Media i ty.” przestrzega: „Podawanie smacznych informacji dziennikarzowi z zastrzeżeniem, że są off the record, zawsze stawia dziennikarza wobec dylematu – wykorzystać czy nie”. Podczas promocji książki uzupełnił ten wątek zdaniem odnoszącym się do bliższych i bardziej zażyłych relacji: „Nie każ dziennikarzowi wybierać między lojalnością wobec ciebie a chęcią podjęcia interesującego tematu”. Jak więc w środowisku politycznym może funkcjonować dziennikarz, który planuje powrót do zawodu po zakończeniu kadencji, albo wręcz rozważa łączenie tych profesji? Czy można mu zaufać? Czy on sam sobie może zaufać i mieć pewność, że dziennikarska żyłka nie przeważy nad politycznym instynktem samozachowawczym?

 

Co na to środowiska?

 

Politycy oczywiście nie widzą tego problemu, czego obecność dziennikarzy na listach wyborczych jest najlepszym dowodem, a jakie są opinie samych dziennikarzy? Czy jeszcze uważają, że tak nie powinno być, czy może już jest wszystko jedno? Dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Informacji Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek odniósł się do tej kwestii w następujący sposób: W środowisku dziennikarskim pojawiają się głosy, że ujawnianie swoich poglądów politycznych jest OK. Już w 2011 roku Jacek Żakowski stwierdził, że w obecnej sytuacji politycznej uczciwość wobec czytelnika, widza, słuchacza wręcz nakazuje ujawnienie swoich preferencji. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Zwłaszcza dziennikarz informacyjny musi zachować dystans. Wiadomo, że każdy ma swoje poglądy i dziennikarz nie jest tu wyjątkiem, jednak upust im powinno się dawać przy urnie wyborczej, a nie przed czytelnikiem czy widzem. Zdarzają się i będą się zdarzały migracje z mediów do polityki. Wystarczy prześledzić listy wyborcze z ostatnich kilku lat, by się przekonać, że polityka nęci dziennikarzy i to niezależnie od wyznawanych poglądów. Jest to jednak „droga, z której się nie wraca”. Nie umiem wskazać żadnego byłego polityka, który nagle stał się dziennikarzem niezależnym i bezstronnym. Przez zaangażowanie polityczne po prostu traci się wiarygodność.

 

Ze słowami o „bilecie w jedną stronę” zgadza się politolog dr Agnieszka Zaremba z Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa UJK: Zarówno w dojrzałych, jak i raczkujących demokracjach media należą do instytucji kontroli, czwartej władzy – niezwykle istotnej, a nawet w niektórych warunkach ostatniej deski ratunku w procesach politycznych. Zadaniem dziennikarzy jest „przeszkadzanie władzy”, dociekanie prawdy, tropienie niejasnych powiązań politycznych i biznesowych. Dlatego kandydowanie przez dziennikarzy oceniam jako przysłowiowe przejście na drugą stronę barykady – od kontrolerów stajemy się wykonawcami władzy. Mimo że nie ma idealnie obiektywnego dziennikarstwa – wszyscy kierujemy się swoimi poglądami, to zdecydowanie rolą czwartej władzy jest rzetelne jej wykonywanie, właśnie z pozycji obiektywnej, dociekliwej kontroli. Co do zasady – wchodzenie w politykę to droga w jedną stronę.

 

Inny świat politycznego przedszkola

 

Pamiętając słowa Marcina Kowalczyka należy zauważyć, że samorząd, zwany często politycznym przedszkolem, rządzi się swoimi prawami. W ostatnich wyborach redaktor naczelny popularnego w Kielcach serwisu „Scyzoryk się otwiera” Dariusz Gacek kandydował do Rady Miasta z list komitetu wyborczego wyborców. Podobnie uczyniło kilku dziennikarzy tego portalu. Mimo dobrych wyników mandatów nie zdobyli. Obecnie redakcja znajduje się w opozycji do nowej władzy, którą niedawno wspierała. Odzyskała zaufanie czytelników. Jakie są warunki takiego powrotu?

 

Udało nam się wrócić na tory, po których „Scyzoryk” jechał wcześniej, przede wszystkim dlatego, że nikt z nas nie znalazł się w strukturach urzędu miasta. Gdyby ktoś zdobył mandat radnego lub został dyrektorem, krytyka władzy oczywiście byłaby niemożliwa. Poza tym przez te pięć lat udało nam się nawiązać bardzo bliski kontakt z czytelnikami. Codziennie dostajemy kilkadziesiąt wiadomości z prośbami o interwencję albo podjęcie jakiegoś tematu: od dziur w ulicy, po kwestie naprawdę poważne. Od decyzji o starcie uczciwie też ich o tym informowaliśmy, zarówno o pobudkach, jak i o celach. Coś się jednak zmieniło. Dziś „Scyzoryk” to w zasadzie pół medium a pół organizacja społeczna. Nie tylko opisujemy rzeczywistość, czy interweniujemy, ale sami też podejmujemy działania – tłumaczy Dariusz Gacek.

 

Na pytanie, czy wystartowałby w wyborach do Sejmu lub został stronnikiem partii politycznej, Gacek odpowiada krótko: „nie”.

 

Ciekawe, czy ktokolwiek z decydujących się na start w nadchodzących wyborach parlamentarnych postawił sobie pytanie: co będzie, jeśli się nie uda?

 

Słowo zakończenia

 

Skąd pewność, że dziennikarze w ogóle nadają się do pełnienia funkcji parlamentarzysty? W końcu ilu recenzentów nagrywa płyty, kręci filmy, występuje na scenie lub pisze powieści? Rodzima scena polityczna ma jednak w tym względzie pewien istotny deficyt. Cztery lata temu przeprowadzałem dla branżowego kwartalnika „Doradca Zawodowy” wywiad z politologiem i dziennikarzem dr. Bartłomiejem Zapałą. Zwrócił uwagę na wyjątkowo ważną rzecz. W naszym kraju nie ma nawet jednego miejsca, które uczyłoby bycia zawodowym politykiem. Żadna z dotowanych z budżetu państwa partii politycznych nie utworzyła dotąd swojej akademii. Nikt nie stawia na to, by budować w profesjonalny sposób przyszłe kadry. Istnienie młodzieżówek nie rozwiązuje tego problemu w żaden sposób. Być może z tego też wynika, że partie chętnie widzą na swoich listach i we własnym gronie dziennikarzy, których przecież powinny się bać. To też jest słabość klasy politycznej, ale ludzie mediów przez swój start jej nie poprawią.

 

Zbigniew Brzeziński

Presja newsa – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o stresie wśród dziennikarzy

Dziennikarz i fotoreporter należą do najbardziej stresujących zawodów świata. W badaniach wyprzedzają kadrę menadżerską i ratowników medycznych. Z czego to wynika?

 

W badaniach na temat stresu w pracy przodują Amerykanie. Wpisując w okno dialogowe wyszukiwarki hasło „most stressful jobs / profession” otrzymamy linki do wyników badań i metod ich przeprowadzenia oraz komentarzy. Dzięki corocznemu charakterowi tych analiz i publikacji łatwo można śledzić zachodzące zmiany. Jedno jednak jest pewne, w pierwszej dziesiątce znajdą się zawody medialne.

 

Tegoroczne zestawienie serwisu Career Cast[1], które szeroko komentowały media (m.in. CNBC)[2], otwiera żołnierz. Tuż za nim uplasowali się strażak i pilot. To zmiana, bo właśnie piloci najczęściej byli liderami rankingów najbardziej stresujących zawodów w poprzednich latach. Miejsce tuż za podium zajął policjant, a zaraz za nim znalazł się broadcaster, czyli reporter telewizyjny lub radiowy. Pozycja szósta należy do organizatora wydarzeń (event coordinator), a siódma do dziennikarza newsowego. Pierwszą dziesiątkę uzupełnili – specjalista ds. PR, menadżer wyższego szczebla i taksówkarz.

 

Career Cast przebadał przedstawicieli dwustu profesji. Ogólna tendencja jest zdecydowanie niekorzystna. Dwa lata temu 69% badanych zadeklarowało, że jest nadmiernie zestresowanych w pracy. W 2019 roku takiej odpowiedzi udzieliło aż 78% respondentów.

 

Co nas tak stresuje?

 

W pierwszej czwórce zawodów wymienionych w zestawieniu Career Cast (żołnierz, strażak, pilot i policjant) oczywiście najważniejszym powodem jest bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia i życia. Co jednak stresuje ludzi mediów? Tu we wskazaniach dominują dwa czynniki: presja czasu i konfrontacje z opinią publiczną, zarówno te bezpośrednie, w przypadku reportera prowadzącego rozmowy na ulicy, jak i w mediach społecznościowych.

 

W odróżnieniu od pracy menadżera, czy ratownika medycznego, aktywnych w warunkach intymnych, efekty działań dziennikarza są widoczne od razu i podlegają nieraz bardzo surowej ocenie. W mediach internetowych dochodzi do tego presja na „klikalność”, a we wszystkich (zwłaszcza w informacyjnych) wyścig o palmę pierwszeństwa. Być przed innymi to przecież znaczy: być cytowanym, być źródłem. Zapewne z tych powodów uśmiercono ostatnio przedwcześnie Adama Słodowego. Konflikt odpowiedzialności za słowo i konieczności weryfikacji danych z gonitwą za newsem i brakiem czasu na redagowanie komunikatów wyraźnie narasta.

 

Warto w tym miejscu zauważyć, że nie tak znów dawno były nie tylko godziny, ale i całe dni, w których świat medialny zamierał. W przypadku prasy codziennej sobotnie wydanie szło w piątek do druku i dziennikarze wracali do działań w niedzielę, żeby wydać gazetę na poniedziałek. Pojawiało się miejsce na głęboki oddech, refleksję, czy planowanie. Pod koniec drugiej dekady XXI wieku informacje napływają non stop. Świat pędzie w zawrotnym tempie. Podczas I Blog Forum Gdańsk guru social mediów Brian Solis mówił, że twitt „żyje” pół godziny, a dobry twitt półtorej. Redakcje aktywne na społecznościowych platformach mają więc do dostarczenia kilkadziesiąt komunikatów na dobę i to codziennie. Do tego dziennikarze rywalizują o uwagę nie tylko z innymi tytułami prasowymi, ale też z mistrzynią selfie, czy mistrzem mema.

 

Fotoreporter ma jeszcze gorzej?

 

Portal Top Resume[3] zestawił tylko pięć najbardziej stresujących zawodów. Lista w części pokrywa się z przedstawioną powyżej. Miejsce pierwsze zajmuje w niej strażak, drugie pilot, trzecie policjant, czwarte event coordinator, ale na pozycji numer pięć pojawia się fotoreporter. Ten zawód bardzo często znajduje się w wynikach zachodnich badań nad tym zagadnieniem. Fakt ten wywołał kilka lat temu ożywioną dyskusję w social mediach. Głos zabierali zwłaszcza ludzie robiący zdjęcia, nawet zawodowo, ale nie pracujący w redakcjach, bądź na ich rzecz. Byli mocno zaskoczeni, że ta profesja może wywoływać tak potężny stres. Zajrzyjmy na chwilę do uzasadnienia: „fotoreporterzy utrwalają chwile. O ile dziennikarz może coś poprawić, ulepszyć, lub uzupełnić w swojej relacji, o tyle fotografie są nie do powtórzenia”. Autorzy przywołanego materiału zwracają ponadto uwagę na miejsca pracy, do których należą również tereny konfliktów zbrojne, czy ulicznych przepychanek. Podkreślają też ryzyko aresztowania w krajach, w których nie szanuje się wolności prasy.

 

W fotoreporterskim środowisku w czasach odchodzenia od umów o pracę na rzecz samozatrudnienia mówiło się, że niektórzy gotowi są rzucać się pod gąsienice czołgów podczas defilady, byle mieć unikatowe ujęcie. W końcu zasada była prosta – nie publikujesz, nie zarabiasz. Należy też zwrócić uwagę na znaczny wzrost amatorskiej konkurencji. To już nie są czasy, kiedy oprócz samej umiejętności kadrowania, wyczucia chwili i światła, potrzebna też była wiedza na temat poprawnego wywołania filmu Fotopan HL i przygotowania odbitek. Prawie każdy ma w kieszeni urządzenie, którym zrobi zdjęcie lub nawet nagra krótki filmik. Przyjmuje się, że zawód fotoreportera będzie zanikał w związku z postępem technologicznym i, że nastąpi to szybciej, niż jednostki sztucznej inteligencji przejmą redagowanie krótkich komunikatów. To bez wątpienia też nie wpływa dobrze na samopoczucie moich dawnych kolegów po fachu. Gdy chwieje się dół piramidy potrzeb Abrahama Maslowa (poczucie bezpieczeństwa), trudno utrzymać równowagę psychiczną dzięki samorealizacji.

 

Te okropne social media

 

W XX wieku jedyne co mógł zrobić odbiorca mediów, to pokląć cicho lub głośno przed ekranem, przy radioodbiorniku lub nad płachtą gazety. Teraz jest inaczej. Każdy użytkownik dowolnej platformy społecznościowej w Internecie ma dziś prawo głosu. Prócz ewidentnych korzyści, jakie może odnieść autor z rozmowy z czytelnikami (w tym z ekspertami w omawianej dziedzinie), może spotkać się też z agresją. To niewielki wysiłek napisać nieprzychylny komentarz pod opublikowanym tekstem, a nawet „otagować” autora, chcą go zmusić do dyskusji. Przy czym od dziennikarzy wymaga się (na szczęście!) więcej. Na przykład tego, że nie puszczą im nerwy. Nie jest jednak tak, że zderzenie z wirtualną agresją zawsze spłynie po autorze, jak po kaczce woda. Mogą zdarzyć się chwile, w których straci spokojny sen, czas wolny poświęci na interakcje w sieci lub ponure rozmyślania na temat tego, co go właśnie przykrego spotkało. Biegłość w organizowaniu sobie dobrego wypoczynku i zdolność do szybkiego odreagowania to dziś istotne atuty w pracy w mediach. Brak tych umiejętności może prowadzić do wypalenia zawodowego, które WHO uznała ostatnio za chorobę.

 

Słowo na zakończenie

 

Wydaje się, że istotnymi elementami studiów lub kursów dziennikarskich powinny dziś być metody radzenia sobie ze stresem i zarządzania sobą w czasie, czyli walka z głównym stresorami. Do tego przydałaby się umiejętność organizacji dobrego wypoczynku i zdolności z zakresu dyskusji w mediach społecznościwych. Potrzebne są zatem nowe programy nauczania na nowe czasy.

 

Zbigniew Brzeziński

 


 

Wojciech Kreft, psycholog, wykładowca Wyższej Szkoły Pedagogicznej im. Janusza Korczaka w Warszawie:

 

Zmiany związane z nowymi technologiami, jakie zachodzą w świecie zawodów medialnych i wzrastający wpływ sieci społecznościowych powodują duży wzrost tempa i stresogenności pracy dziennikarzy, reporterów, fotoreporterów i wydawców. Wymagają dużo większej od przeciętnej odporności na bezpośrednią ekspozycję społeczną, ciągłe bycie on-line i podążanie za zmieniającymi się gustami różnych grup odbiorców.

 

Konieczne wydaje się, praktyczne i warsztatowe uczenie przyszłych mistrzów tych sztuk różnych technik i metod radzenia sobie ze stresem oraz zarządzania sobą w czasie. Umiejętności wyłączania się „slow down” i bycia „off-line”, techniki szybkiej regeneracji i efektywnego wypoczynku to niezbędne dla nich kompetencje.

 

 

[1] https://www.careercast.com/jobs-rated/most-stressful-jobs-2019?page=0

[2] https://www.cnbc.com/2019/03/07/the-most-stressful-jobs-in-america.html

[3] https://www.topresume.com/career-advice/top-5-most-stressful-professions