Wyrok jakoś mnie nie zniechęca… Z MATEUSZEM TESKĄ, dziennikarzem z powołania rozmawiała Anna Popek

Anna Popek: Jesteśmy na konferencji. Konferencja ta nosi tytuł, taki dość w sumie dziwny jak na 2025 rok w kraju europejskim. Chodzi o konferencję Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP pt. „ W obronie dziennikarzy i wolności słowa”. Czy naprawdę jesteśmy w momencie, że trzeba bronić dziennikarzy i wolności słowa organizując właśnie tak poważne konferencje?

Mateusz Teska: Z tego co widziałem, z tego co słyszałem, to rzeczywiście jest taka potrzeba. Nie tylko w mojej sprawie, ale w sprawach wielu innych dziennikarzy. Okazuje się, również dotyczą one nie tylko dziennikarzy, ale również osób, które pracowały jako operatorzy kamer w różnych mediach. To pokazuje, że wolność słowa jest zagrożona, jest z tym problemem. A my dziennikarze potrzebujemy być może jakichś wskazówek od innych, od prawników jak należy w tych warunkach postępować. Być może zmienić prawo, żeby to prawo było bardziej przyjazne dla ludzi mediów. Bo patrząc też na moją sprawę…

AP: No właśnie opowiedzmy w takim razie o pana sprawie. Mateusz Teska został skazany. Jakie ciężkie przestępstwo pan popełnił?

MT:  Przestępstwo ze słynnego, artykułu 212 Kodeksu karnego, czyli zniesławienie. Według sądu zniesławiłem jedną z pań sędzi. Pierwsze pismo z żądaniem przeprosin zostało wysłane 4 lata temu. I to była bardzo zadziwiająca sytuacja, ponieważ ja tak naprawdę wykonywałem tylko research.

AP: Może zacznijmy od tego w jaki sposób pan zniesławił panią sędzię? Nie podajemy nazwiska dlatego, że nie możemy niestety, dlatego że proces cały został utajniony. Ale w jaki sposób w ogóle do tego doszło?

MT: Ja wysłałem maila do jednej z instytucji publicznej związanej z tą panią sędzią. Wysłałem oczywiście maila na adres rzecznika prasowego, czyli tam, gdzie każdy dziennikarz kieruje jakieś swoje pytania. I to te pytania stały się problemem.

AP: Czy pan jakoś, przepraszam, niegrzecznie sformułował te pytania?

MT: Mogę powiedzieć tyle, bo sprawa była w trybie niejawnym, ale na pewno to nie były, słowa powszechnie uważane za obraźliwe. Nic takiego nie padło. Po prostu chciałem zapytać o pewną sprawę z przeszłości, dotyczącą między innymi tej pani sędzi. No i okazało się, że te pytania od rzecznika prasowego trafiły w jakiś sposób do tej pani sędzi. Ona uznała, że te pytania czy sformułowania są zniesławiające i postanowiła wytoczyć proces karny przeciwko mnie. I sprawa toczyła się łącznie przez prawie cztery lata. Różnie sprawa się rozwijała.

Ostatecznie rok temu zostałem nieprawomocnie skazany, a w tym roku w marcu już prawomocnie. Nad czym ubolewam, ponieważ trudno jest mi się pogodzić z takim wyrokiem. Ja oczywiście uważam, że nikogo nie zniesławiłem. Zresztą uważam, że trudno jest kogoś zniesławić, jeżeli ten mail, o którym mówimy tak naprawdę nigdzie nie został upubliczniony. Ciężko mówić o tym, że ktoś mógł zostać w oczach opinii publicznej zniesławiony, jeżeli ten mail nigdzie nie został opublikowany, bo nie zdążyliśmy.

AP: Trafił tylko do rzecznika?

MT: Tak, trafił do rzecznika. Istnieje RODO, musimy respektować te przepisy. Ten mail nie był nigdzie publikowany ani przeze mnie, ani przez redakcję, ani przez Telewizję Polską, z którą wówczas współpracowaliśmy w ramach Magazynu Śledczego Anity Gargas. To były przygotowania do reportażu, który miał być wyemitowany na antenie TVP1 w Magazynie Śledczym Anity Gargas.

AP: Czyli, był to tak zwany research, czyli dokumentowanie tematu, tak żeby jak najszerzej i najrzetelniej przedstawić widzom czy odbiorcom dane zagadnienie. Normalna robota dziennikarska. W zasadzie bez tego nie powinien pan przystępować do pracy, bez tego researchu, bez zadania tych pytań.

 MT: Tak, to było oczywiste dla mnie, że powinienem zwrócić się z pytaniami do różnych instytucji. Tak też uczyniłem i szczerze powiedziawszy, w mojej karierze dziennikarskiej pierwszy raz spotykam się z taką sytuacją. Nie ma jeszcze reportażu, nigdzie nie został on pokazany, upubliczniony. Ktoś jednak uznał, że czyjeś tam dobra osobiste zostały naruszone.

To był etap zbierania informacji. Za samo zbieranie informacji otrzymałem oskarżenie, prywatny akt oskarżenia. Uważam, że to miało za zadanie wywołać efekt mrożący. Innymi słowy, żebym najlepiej nie ruszał tego tematu.

AP: Tak skutecznie Panu zakneblowano usta, że nawet teraz nie możemy powiedzieć o co chodziło? Jakiej wagi to były pytania. To tak jakby ukarać rolnika za to, że sieje ziarno. Dziennikarze zadają pytania. Jest to oczywiste. Efekt pracy jest właśnie odpowiedzią, czy uzyskaniem odpowiedzi na te pytania. To jest wbrew logice, zdrowemu rozsądkowi, ale przede wszystkim warsztatowi dziennikarskiemu. Czy Pan miał obrońcę?

MT: Tak, miałem obrońcę ze strony redaktor Anity Gargas, z którą cały czas współpracuję. Również po grudniu 2023 roku, kiedy nasz program został zdjęty z anteny Telewizji Polskiej. Działamy nadal, tworząc kanał na YouTubie, Magazyn Anity Gargas i tutaj ze strony prawników pani Anity miałem wsparcie.

AP: Ale było widocznie niewystarczające, albo sąd w jakiś taki wyjątkowo surowy sposób do tego podszedł.

MT: Nie miałem wcześniejszej wiedzy pod kątem prawniczym jak to wszystko wygląda. Wydaje mi się, że problemem chyba jest sam artykuł 212 Kodeksu karnego. Daje on swobodny wachlarz możliwości do oskarżenia. Najczęściej wykorzystywany przeciwko dziennikarzom, a w tym przypadku został wykorzystany przeciwko mnie. Z tego co słyszałem od prawników interpretacja tego przepisu, polega na tym, że można zniesławić i nie musi być to w formie publicznej. Tak jak u mnie. Teoretycznie wystarczy list do konkretnej osoby i to już może zostać uznane za zniesławienie.

 AP: Tak się dziwnie składa, że te zniesławienia wiążą się z określonym światopoglądem. Łatwiej oskarżyć kogoś o światopoglądzie konserwatywnym niż liberalnym. Przecież jest w przestrzeni publicznej tysiące dowodów na to, że różne osoby mogą czuć się zniesławione przez publikacje innych. Czy to pana zdaniem wiąże się jednak z podejmowanymi tematami i ze światopoglądem?

MT: Widziałem wiele sytuacji dziennikarzy z różnych redakcji, którzy osobom publicznym zadawali pytania z tezą i to tak na ostro. Można powiedzieć w sposób jawny zniesławiające. Tak to interpretowałem. I mimo to ci dziennikarze nie ponosili żadnych konsekwencji. Mimo, że pytania tego typu padły publicznie na jakichś konferencjach prasowych. Kontrastując to z moją sytuacją, pytania nie były nigdzie publikowane, nikt nie został poszkodowany w sprawie i w związku z pytaniami, które zadałem. A mimo to sąd zarówno pierwszej instancji, jak i później apelacyjny doszedł do wniosku, że jestem winny i muszę ponieść konsekwencje. To są podwójne standardy.

AP: Jakie to konsekwencje są?

MT: Ostatecznie to jest kara grzywny.

AP: A w jakiej wysokości?

MT: Łączna wysokość to około 8 tysięcy złotych. To, co jest bardzo krzywdzące to sam fakt, że znalazłem się w gronie osób skazanych. A to ma wiele różnych konsekwencji, chociażby takich, że nie można wziąć kredytu. Są również inne przeszkody, które uniemożliwiają swobodne działanie, jeżeli dana osoba jest skazana i widnieje w rejestrze karnym. To takie przykre sytuacje, które nie dotyczą oczywiście tylko mnie, ale to się też odbija na rodzinie, która jest świadoma, że mam taki zawód i po prostu obawia się o przyszłość.

AP: A jak rodzina do tego podeszła w ogóle?

 MT: Rodzina z dużym niepokojem śledziła całą sprawę. Sam proces jest utajniony. Nie mogę ujawniać szczegółów postępowania i to też moich znajomych, rodzinę bardzo martwiło. Martwił oczywiście również sam wyrok skazujący. Na pewno odbiło się to na moich bliskich.

 AP: A to, że trudno znaleźć pracę na przykład?

 MT: Tak, w tego typu sytuacjach, jeżeli ktoś decyduje się na zmianę pracy, chce rozwijać swoją karierę zawodową, jest to w momencie skazania bardzo mocno utrudnione.

 AP: Będzie Pan dalej zajmował się takimi tematami czy nie?

MT: Nie jestem dziennikarzem z wykształcenia. Jestem historykiem z wykształcenia, od dziecka chciałem pracować w dziennikarstwie i uważam, że jest to moje powołanie. Mimo tego wyroku chciałbym kontynuować moją pracę. Chciałbym zajmować się podobnymi tematami. Ten wyrok jakoś mnie nie zniechęca i chciałbym kontynuować swoją misję dziennikarską.

 

Rozmawiała Anna Popek

Rozstrzygnięcie konkursu Muzeum Powstania Warszawskiego „Pamięć »W« kadrze” im. Eugeniusza Lokajskiego

Rozstrzygnięto siódmą edycję konkursu „Pamięć »W« kadrze” im. Eugeniusza Lokajskiego 2025 roku. Uroczystość odbyła się 28 października br. w Muzeum Powstania Warszawskiego. Na konkurs przesłano otrzymało ponad 2 tys. zdjęć.  Prace wykonano podczas obchodów 81. rocznicy Powstania Warszawskiego.

Zdjęcia konkursowe oceniało jury w składzie:  Zbigniew Furman, Wojciech Grzędziński, Jacek Marczewski, Chris Niedenthal i Jan Ołdakowski – dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego.

Laureaci konkursu
zdj. Wanda Nadobnik
zdj. Wanda Nadobnik
zdj. Wanda Nadobnik

„Widać odejście od takiego klasycznego podejścia do reportażu jako do opowiadania historii. Natomiast fotoreportaż bardzo mocno podryfował w stronę refleksji autorskiej. Ta paleta emocji, ta paleta różnorodności zdjęć z których wybieraliśmy była obfita” – powiedział Wojciech Grzędziński.

Grand Prix – Darek Delmanowicz

„Był wybór, jest dobrze i wybraliśmy myślę świetne zdjęcia. Myślę, że te zdjęcia pojedyncze w tym roku były naprawdę dobre. I to jest miłe, że czasami ludzie mają pomysły” – podkreślił Chris Niedethal.

I miejsce, kategoria „Zdjęcie pojedyncze”
Marek M. Berezowski

Po raz drugi już przyznano nagrodę internautów. W tym roku w głosowaniu oddano2580 głosów. Wśród 34 wytypowanych do głosowania przez jury prac, zdjęcie zwycięskie otrzymało 247 głosów.

II miejsce, kategoria „Zdjęcie pojedyncze” Magdalena Nieckarz

Podczas uroczystości w Muzeum Powstania Warszawskiego Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich reprezentowała wiceprezes SDP Wanda Nadobnik.

 

Grand Prix:

Darek Delmanowicz

 

I miejsce, kategoria „Zdjęcie pojedyncze”: 

Marek M. Berezowski

 

I miejsce, kategoria „Fotoreportaż”

Julian Łoziński

 

Skorzystaliśmy z artykułu na portalu 1944.pl  Publikcja:

Rozstrzynięcie konkursu + nagrodzone prace

Człowiekiem Wolności Tygodnika Sieci został PREZYDENT RP KAROL NAWROCKI: wszyscy jesteśmy wezwani do wolności

W środowy wieczór, podczas uroczystej gali prezydent Karol Nawrocki otrzymał tytuł Człowieka Wolności Tygodnika Sieci. Prezydent RP na początku swojego przemówienia podziękował za nagrodę i nawiązał do Nowego Testamentu. zacytował list św. Pawła do Galacjan, kiedy apostoł mówi: „>>Przyjaciele, wszyscy jesteście wezwani do życia w wolności<< – my wszyscy od wieków i mam nadzieje, że na wieki jesteśmy wezwani do wolności” – podkreślił prezydent Nawrocki.

Laudację poświęconą Człowiekowi Roku Tygodnika Sieci wygłosił redaktor naczelny tygodnika Sieci Jacek Karnowski. „Karol Nawrocki jest człowiekiem, którego siła wyrasta z miłości do Polski, do polskiej historii, do własnego narodu, do własnej wspólnoty, do rodziny do sportu” – mówił Karnowski.

W swoim wystąpieniu na gali prezydent zacytował list św. Pawła do Galacjan, kiedy apostoł mówi: „>>Przyjaciele, wszyscy jesteście wezwani do życia w wolności<<. My wszyscy, od wieków i mam nadzieje, że na wieki, jesteśmy wezwani do wolności i to udowodniliśmy 1 czerwca 2025 roku (…) i ta wolność jest naszym kapitałem na której możemy budować” – podkreślił prezydent Nawrocki. „Mamy do wygrania wolność i w sieci i w mediach, abyśmy mogli jasno dzielić się swoimi poglądami” – dodał.

„Nikt z nas nie zapisywał się do parapaństwa Unii Europejskiej, my chcemy aby Polska była państwem w ramach Unii Europejskiej” – powiedział prezydent RP.

Człowiek Wolności Tygodnika Sieci przypomniał o dniu, w którym wręczono mu ten laur. „29 października 1611 roku car rosyjski Wasyl IV Szujski oddał hołd ruski królowi Polski Zygmuntowi III Wazie” – przypomniał. „Proszę abyśmy dbali o wolność, o suwerenność” – podsumował prezydent Karol Nawrocki.

hub – Tygodnik Sieci – wPolsce24 – Biznes Alert

MARIA GIEDZ: Ksiądz Jerzy – błogosławiony Apostoł prawdy

Choćbyś po ludzku przegrał całkowicie, choćbyś zatracił swoją godność i całkiem się zaprzedał, jeszcze masz czas. Zbierz się, ogarnij, dźwignij. Zacznij od nowa. Spróbuj budować na tym co w tobie jest z Boga. Spróbuj, bo życie jest tylko jedno”. [bł. ks. Jerzy Popiełuszko]

Do przeprowadzenia procesu beatyfikacyjnego nie był potrzebny cud, ale już przy kanonizacji jest konieczny. 3 listopada 1984 r. odbył się pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki, który zginął śmiercią męczeńską 19 października 1984 r.

6 czerwca 2010 r. abp Angelo Amato, prefekt Kongregacji ds. Kanonizacyjnych, w imieniu papieża Benedykta XVI, odczytał akt beatyfikacyjny podczas Mszy Św. odprawionej w Warszawie na Placu Piłsudskiego. Proces kanonizacyjny ks. Jerzego rozpoczął się 20 września 2014 r. we Francji, gdzie doszło do domniemanego cudu (uzdrowienia François Audelana z nietypowej przewlekłej białaczki szpikowej) za sprawą błogosławionego już ks. Jerzego.

Testament Wolności

Jesienią 2024 r., a więc w 40 rocznicę śmierci ks. Jerzego został zrealizowany film dokumentalny „Popiełuszko. Testament Wolności” przez dwóch gdańskich dziennikarzy: Piotra Piotrowskiego i Jakuba Klebba. Notabene film ten, w ramach 31 edycji Konkursu SDP otrzymał nagrodę specjalną Oddziału Gdańskiego SDP jako formę podziękowania za ukazanie postaci niezwykłego polskiego duchownego, który oddał życie za prawdę.

Rok po edycji filmu, w ramach cyklu „Filmowe spotkania z duchowością”, w auli Jana Pawła II przy archikatedrze w Gdańsku Oliwie odbyła się prezentacja tego wyjątkowego filmowego dokumentu połączona z interesującą dyskusją dotyczącą wartości pozostawionych przez ks. Jerzego, a także fenomenu kultu rozpowszechniającego się na całym świecie. Stąd wziął się tytuł: Testament ks. Jerzego.

Film, w przeciwieństwie do większości opracowań o ks. Jerzym nie porusza kwestii męczeństwa, nie kończy się na męczeństwie, wręcz męczeństwo jest początkiem. Narracja zaczyna się przy tamie na Wiśle we Włocławku. Ks. prof. Józef Naumowicz z UKSW, notariusz w procesie kanonizacyjnym, uczestniczący jedynie zdalnie i to bez wizji, opowiadał o niezwykłym uzdrowieniu, za pośrednictwem ks. Jerzego, które nie do końca jest uzdrowieniem, gdyż delikwent pięć lat później zmarł, tylko że nie z powodu choroby, z której został uzdrowiony.

Świadectwo

Cud zdarzył się w dniu urodzin ks. Jerzego, czyli 14 września. Miało to miejsce w roku 2012. Świadkiem tego cudu był ks. Bernard Brien. To jego wezwano do będącego już w stanie wegetatywnym François Audelana, który był wielkim czcicielem ks. Jerzego. Lekarze nie dawali mu żadnej nadziei, gdyż komórki rakowe rozprzestrzeniły się po całym organizmie. Rodzina wybierała trumnę i miejsce na cmentarzu. Dzień później François wstał z łóżka, kąpał się, zachowywał się jak człowiek całkowicie zdrowy – jak Łazarz, który wyszedł z grobu. Lekarze stwierdzili, że nowotwór zniknął.

Ks. Naumowicz wspomniał też o objawieniach jakie doznaje Francesca Sgobbi od lipca 2009 r. Mówił, że Francesca często widzi ks. Jerzego, ale nie może go dotknąć. Niemniej zawsze jest uśmiechnięty i zaprasza do modlitwy. Powstała nawet na ten temat książka.

Od śmierci ks. Jerzego minęło ponad 40 lat. Komuniści zakładali, że jeśli ksiądz zniknie, to i problem zniknie, a tu dzieje się odwrotnie, chociaż ks. Jerzy był zwykłym człowiekiem. Jak wspominał Paweł Kęska, teolog, producent i dziennikarz radiowy, zajmujący się rozwojem Muzeum i Ośrodkiem Dokumentacji Życia i Kultu Księdza Jerzego Popiełuszki, ks. Jerzy nie był wybitnym człowiekiem. Uczył się przeciętnie, był chorowity. Był człowiekiem prostym, unikał śpiewu, ale coś z niego promieniowało. Żył prawdą. Pochodził z Podlasia, a tam słowo „popiełuszko” w tłumaczeniu na język polski oznaczało „kopciuszek”. Ksiądz Jerzy to taki żywy Kopciuszkiem wśród nas.

Wierność

Zachować godność, by móc powiększać dobro i zwyciężać zło, to pozostawać wewnętrznie wolnym, nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, pozostać sobą w każdej sytuacji życiowej. Zwyciężać zło dobrem, to zachować wierność prawdzie”. [bł. ks. Jerzy Popiełuszko]

Konkludując wypowiedź ks. Naumowicza, proces kanonizacyjny jest trudny, ale im dalej od czasów komunizmu, tym kult ks. Jerzego jest coraz żywszy. Warszawskie Muzeum ks. Popiełuszki odwiedziło już 23 mln osób. Odwiedzającymi są ludzie z całego świata: Francji, Włoch, Hiszpanii, a nawet z Wybrzeża Kości Słoniowej. Zgłoszenia o cudach przychodzą z Ameryki Południowej, nawet z tej do niedawna klasycznie komunistycznego państwa Kuby, z Australii…

Przykładem tego jest także stale powiększająca się wspólnota „Młodzi Księdza Jerzego”. Piotr Osowiec, członek owej wspólnoty mówił: – Ksiądz Jerzy jest dla mnie postacią, od której mogę się uczyć, opiekunem, przyjacielem… Bronił wartości, mówił o wartościach. Żył nimi, mówił o prawdzie”. Mimo, że był prześladowany, obserwowany, nie myślał o tym. Dla niego było być wśród ludzi i dawać świadectwo prawdy.

Podczas realizacji filmu, wspominał współtwórca filmu Jakub Klebba i pracownik IPN, „odkryłem, że w moim życiu było wiele śladów ks. Jerzego. Miałem wrażenie, że ks. Jerzy czuwał nad tym filmem. My czuliśmy jego obecność”.

Prawda

Wszystkich dokumentów, chociażby tych zgromadzonych w IPN, nie było możliwości pokazać w filmie, gdyż jest ich wyjątkowo dużo. Ksiądz Jerzy był cały czas nagrywany, obserwowany. W jego mieszkaniu znaleziono pełno kamer, mikrofonów do podsłuchu. Część tych materiałów znalazła się w archiwum IPN-u. Niemniej podczas dyskusji o filmie i o jego realizacji wyszły na jaw różne ciekawostki. Na przykład opowieść o abp. Angelo Amato, , który w 2008 r. przyjechał do Warszawy i odkrył, że przy grobie ks. Popiełuszki przez 24 godziny na dobę trwała warta honorowa i tak było przez 36 lat. Kardynał Amato padł na kolana, zaczął się modlić, po czym przyśpieszył proces beatyfikacyjny. Ksiądz Jerzy został beatyfikowany w 2010 r.

Kolejna „ciekawostka”, to fotografia z czerwca 1987 r., na której widać jak św. Jan Paweł II klęczy i modli się przy grobie ks. Jerzego. Komuniści nie zgodzili się na tę wizytę. Robili wszystko, aby Papież tam nie dotarł, a jednak… Wiele tych materiałów operacyjnych SB, znajdujących się w IPN, nie nadawało się do emisji, bo były straszne, mocne, to były ogromne przeżycia.

Przebaczenie

Piotr Osowiec pracuje w muzeum ks. Jerzego, oprowadza wycieczki, więc widzi jakie są ludzkie emocje i dzielił się nimi: „Ludzie płaczą. Ta postać dla wielu jest bardzo ważna”.

Paweł Kęska dodał też, że na temat śmierci ks. Jerzego jest sporo publicystyki, ale sama jego śmierć nie została przebadana. W IPN-ie znajduje się 7-godzinny film z sekcji zwłok ukazujący zmasakrowane ciało, ale coś jest w tym nie tak – do dzisiaj sprawa ta nie została wyjaśniona.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko jednoczył ludzi, dawał nadzieję. „To o czym mówił dzisiaj jest bardzo aktualne. Musimy walczyć o wolność wewnętrzną, ale nie nienawidzić. Przekazywać tę wolność wewnętrzną dalej” – kontynuował Osowiec.

Symbolizował Solidarność, która jednoczyła cały naród. Wywodził się z rodziny rolniczej, był kapelanem hutników, duszpasterzem studentów. Jednoczył ludzi ze wszystkich stron.

Chrześcijańskie przebaczenie musi być przebaczeniem wspaniałomyślnym, a więc wypływającym z miłości, z dobroci serca, a nie z pogardy czy lęku. Przebaczać naprawdę, po chrześcijańsku może tylko ten, kto jest wewnętrznie wolny. Człowiek zniewolony, zastraszony, nie potrafi przebaczać”. [bł. ks. Jerzy Popiełuszko]

„Będziesz mówił prawdę, to będziesz wolny”.

 

Tekst i zdjęcia

Maria Giedz

 

 

To mogło spotkać każdego dziennikarza. I spotykało… Z JANUSZEM ŻYCZKOWSKIM, reporterem TV Republika rozmawiała ANNA POPEK

Anna Popek: Janusz Życzkowski, który stał się twarzą dziennikarza pierwszej linii frontu. Ciebie pokazywaliśmy, kiedy próbowałeś się dostać na konferencje prasowe premiera. Dotyczyło to zarówno powodzi, jak i innych ważnych wydarzeń na Dolnym Śląsku, bo ten region obsługujesz. Pierwszy pokrzywdzony fizycznie dziennikarz podczas kampanii prezydenckiej. Opowiedz o tych najgroźniejszych momentach. Jak to jest być w tłumie nienawistnych ludzi, którzy chcą Ci odebrać głos?

Janusz Życzkowski: Unikam takiego sformułowań: pierwszy pokrzywdzony czy jedyny, bo było nas więcej.

AP: Ale pierwsza linia frontu, to się zgadza i można uznać, że dziennikarstwo stało się już dziennikarstwem wojennym niemalże.

JŻ: Warunki były skrajnie niesprzyjające, bo pracujesz w otoczeniu osób, które bardzo źle, negatywnie na Ciebie reagują. Również na mikrofon z kostką Republiki, który trzymasz w ręce. Ale to jest kampania, to są ważne wydarzenia, które też trzeba pokazać. W pewnym sensie czekamy na nie. Jeśli żyjemy w państwie demokratycznym, a wybory uważamy za święto demokracji, to w tym wszystkim niezwykle istotna jest rola mediów. To jest zadanie, by wszystko, co dzieje się w kampanii pokazać. I udział w wiecach wyborczych jest czymś zupełnie naturalnym, a nawet koniecznym i oczywistym.

AP: Właściwie to warunek sine qua non demokracji. Bez tego się nie da szeroko, czy też obiektywnie opowiedzieć.

JŻ: Dziś żyjemy w okolicznościach skrajnie rozognionych, w czasie dużej polaryzacji. Zdajemy sobie z tego sprawę. Zdajemy sobie sprawę też z pewnego niebezpieczeństwa z tym związanego. Choć raczej nie do końca. To, że ktoś krzyknie, to, że ktoś ma jakiś złośliwy komentarz, to, że spotykamy się z tą złą emocją w sieci, w internecie, to już są sytuacje, do których chyba się przyzwyczailiśmy. Niestety. Jednak dla mnie nowością były sytuacje, z którymi miałem do czynienia podczas wieców wyborczych. Było dwóch głównych kontrkandydatów. Mówiąc konkretnie chodzi o kandydata związanego z obozem, który sam nazywa się obozem demokratycznym. Jego zwolennicy zachowywali się poniżej jakichkolwiek standardów: było przepychanie, popychanie, kopnięcia, no i także te wydarzenia, które być może naszym widzom są dobrze znane z Wielunia. Tam doszło wprost do ataku na dziennikarza. Nawet nie mówię o sobie imiennie, nie traktuję tego wydarzenia w ten sposób. Jestem jednym z dziennikarzy, którzy pracują w naszej redakcji. W naszej redakcji pracuje oczywiście bardzo dużo osób, również w terenie, którzy uczestniczą bezpośrednio w wydarzeniach. To co wydarzyło się w Wieluniu, w tamtym momencie mnie zaskoczyło, co widać na nagraniach. Widać też bardzo dużo emocji i takiej głębokiej niezgody na to, co mnie spotkało. Ale tak jak powiedziałem, to mogło spotkać każdego dziennikarza i spotykało w kolejnych dniach.

AP: A czy wcześniej miałeś do czynienia z takimi zachowaniami? Widziałeś coś takiego przy poprzednich kampaniach prezydenckich, czy konferencjach prasowych?

JŻ: Nie przypominam sobie, prawdę mówiąc. Do tej pory miałem przekonanie, że dziennikarz, który jest z kamerą, z mikrofonem, nawet jeśli reprezentuje redakcję, która nie jest przez otoczenie lubiana czy akceptowana, to jednak traktujemy dziennikarzy jako ludzi w pracy. Wykonują zadania, więc się im nie przeszkadza po prostu.

AP: Pomijam, że traktujemy drugiego człowieka z jakimś elementarnym szacunkiem i kulturą. Nawet jeżeli ma on inne poglądy. Przecież oni to wszystko deklarują, że można mieć różne poglądy i musimy tylko nauczyć się rozmawiać, wyciągać wnioski i tak dalej. Po czym, kiedy stajesz między nimi, to do mnie dotarło, że sześć szczekaczek znalazło się wokół ciebie i wszystkie krzyczą ci do ucha, kiedy ty próbujesz coś powiedzieć, czy coś nagrać. To przecież jest fizyczny ból związany z falą akustyczną.

JŻ: To była jakaś przedziwna strategia sztabowców, żeby zakrzyczeć. Zakrzyczeć, uniemożliwić przeprowadzenie relacji czy zarejestrowania wystąpień przeciwników politycznych. Na wiecach zawsze jest tak, że pojawiają się jedni i drudzy. Taka jest dynamika tego rodzaju spotkań. Tutaj mamy do czynienia z atakiem na dziennikarza podczas wiecu. Sławomir Nitras, chyba szef sztabu czy jeden z rzeczników, był na tyle zaangażowany w prowadzenie kampanii, że sam uderzył w mikrofon.

AP: Czyli dochodziło do ataków fizycznych? I to nie ze strony zwykłych obywateli, którzy mogli być pod wpływem emocji, których nie kontrolują, tylko ze strony funkcjonariuszy, ludzi pełniących role publiczne w tym wydarzeniu.

JŻ: Tak, przykład idzie też z góry i tak na to trzeba patrzeć. Skoro politycy zachowują się w ten sposób, kiedy zachowuje się w ten sposób jeden z głównych sztabowców…

AP: To rozwścieczony tłum powtarza to zachowanie.

JŻ: Tak i podczas tego samego wiecu ktoś podszedł i kopnął mnie z tyłu w nogę.

AP: A czy zniszczono Ci sprzęt?

JŻ: To było w Wieluniu. Tam jeden z uczestników, chyba zaangażowany w takie różnego rodzaju akcje, pociągnął za statyw, zrzucając go na ziemię. Sprzęt upadł na chodnik, roztrzaskał się. W tym momencie uniemożliwiono mi prowadzenie pracy dziennikarskiej.

AP: A zgłosiłeś się na policję?

JŻ: Tak, ten temat został zgłoszony na policję. Początkowo policja chciała umorzyć to postępowanie. Przysłano taką informację, że nie można wykryć sprawcy zniszczenia. Pozostało opublikować nagranie z tego zdarzenia, gdzie było wyraźnie widać, kto chwyta za sprzęt, kto dopuścił się tego zachowania. Sam kandydat podczas tego zajścia próbował odwrócić przebieg zdarzenia i sugerował, wręcz oskarżając mnie, że to ja jestem agresorem, że to ja napadam na niego, na jego otoczenie.

AP: Wszystko poza prawdą miał po swojej stronie, czyli świadków sprzyjających i policję.

JŻ: Tak, natomiast podczas tego samego wiecu, kilkanaście minut wcześniej dostałem informację, że będę mógł porozmawiać z kandydatem na prezydenta. Miałem takie wrażenie, że kiedy rozeszła się informacja, że na miejscu jest reporter Republiki, wiec szybko przerwano i właściwie ewakuowano Rafała Trzaskowskiego z Wielunia. Problem w tym, że ja stanąłem na drodze i bardzo chciałem zadać pytania. Dodam tylko, że w tamtym momencie to było naprawdę istotne, by Rafał Trzaskowski odpowiedział na pytanie.

AP: Jakie to było pytanie?

JŻ: To miało być pytanie o jego udział w debacie, którą kolejnego dnia organizowaliśmy w Końskich. Czy została podjęta decyzja o udziale Rafała Trzaskowskiego w tym spotkaniu? Wiemy, że nie wziął. Zresztą cała strategia tej kampanii, tego konkretnego kandydata to była jakaś próba uników kontaktów z mediami. Uników konfrontowania się z opinią publiczną w sposób, na który nie ma się wpływu. Tam było jednak bardzo dużo kreacji, bardzo dużo wyreżyserowanych spotkań. Tak to miało wyglądać, a my robiliśmy wszystko, żeby pokazać jak jest naprawdę. Co dany kandydat myśli, co chce zaproponować Polakom.

AP: Czy czułeś się zagrożony, jak tam byłeś między tymi ludźmi?

JŻ: Ja o tym nie myślałem w tych kategoriach. Obawiam się, że na kolejnych spotkaniach ta myśl może już mi towarzyszyć. Sam poczułem, czym może skończyć się spotkanie z ludźmi, którzy nie szanują naszej pracy i nie zgadzają z nami. Teraz pomyślę dwa razy. To jednak nie wpłynie na brak mojej dziennikarskiej determinacji w konkretnych sytuacjach. Taka jest rola dziennikarzy. My musimy być w różnych miejscach, nawet jeśli one są dla nas skrajnie nieprzychylne.

AP: Tylko chyba następnym razem będziesz musiał porządny rycerski hełm założyć, bo dodajmy, że nietykalność cielesna już poszła do lamusa. Zniszczono ci okulary? Czy one gdzieś przepadły? Ktoś je ukradł?

JŻ: One spadły na ziemię i według osób, które później mnie o tym poinformowały, zostały odłożone, na parapet jakiejś kamienicy. Kiedy tam podeszliśmy, to już ich nie było. Później dowiedziałem się, że ktoś mógł je zabrać, bo zniszczone okulary, ponoć w kontekście możliwości kwalifikacji czynu, dodają powagi zarzutom. Mogły być dowodem i mogłyby spowodować, że waga tej napaści byłaby większa.

AP: Jeszcze jedno, mnie interesuje. Co ci mówili, jak próbowałeś wejść na konferencje prasowe, które z reguły są dla prasy dostępne, a nawet dla wszystkich. Dotyczyły sztabu kryzysowego przy powodzi we Wrocławiu. Pamiętam scenę, gdzie zostałeś dość brutalnie odepchnięty od drzwi i nie wpuszczony do sali. Co mówili ci wszyscy oficjele, którzy przecież twierdzą, że działają zgodnie z prawem i w ramach praworządności. Dlaczego nie mogłeś wejść na konferencję prasową?

JŻ: To nawet nie była konferencja prasowa, ta sytuacja, o której mówimy. To był sztab zarządzania kryzysowego w czasie klęski żywiołowej, która dotknęła południowo-zachodnią Polskę. Ja byłem po nocy przespanej w samochodzie, w Głuchołazach, które były odcięte komunikacyjnie. Byłem po doświadczeniu powodzi, po dziesiątkach rozmów z mieszkańcami, którzy byli przerażeni, którzy stracili dobytek swojego życia. I z tą emocją dramatu, który tam się wydarzył, jechałem do Wrocławia na posiedzenie sztabu z udziałem premiera Rzeczpospolitej Polskiej, urzędnika państwowego i innych urzędników, którzy mieli przekazywać tam najważniejsze informacje dotyczące kolejnych działań. Chodziło o skalę zniszczeń, co się wydarzy, jaka jest także perspektywa, bo woda szła dalej. I tam na miejscu, kiedy przyjechałem, dowiedziałem się, że nie ma mnie na liście akredytowanych dziennikarzy. Wydało mi się to wręcz nieprawdopodobne, że w takich okolicznościach, w takiej sytuacji można być tak małostkowym i tak potraktować medium, które dociera do milionów odbiorców.

AP: A czy inni dziennikarze tam weszli?

JŻ: To było najsmutniejsze. Ja nie zrezygnowałem z wejścia do środka. Uznałem, że moją rolą jest dostać się do środka, by przekazywać te informacje. I w momencie, kiedy zostały otwarte drzwi dla prasy, ci wszyscy dziennikarze, jak takie pokorne trusie, jeden za drugim ze spuszczonymi głowami wchodzili do środka, widząc mnie szamoczącego się z funkcjonariuszami ochrony. Tam przyszła jeszcze ochrona z urzędu. I to było takie uderzające. To jest też obrazek, który zapamiętam z tego zdarzenia. Koleżanki, koledzy, bo znamy się przecież z pracy, z obsługi różnych wydarzeń, którzy nie mieli w sobie żadnej refleksji związanej z tym, co się dzieje. To już samo w sobie dla nich powinno być powodem do publikacji, do przygotowania materiałów o tym, jak w nieodpowiedzialny sposób zachowuje się ta władza. Bo to, że jest brutalna, arogancka, to może jest publicystyka. Jeden oceni to tak, drugi inaczej. Ale w tych konkretnych okolicznościach zachowali się po prostu nieprzyzwoicie.

AP: Jak będą wyglądały kolejne kontakty Telewizji Republika z premierem czy z jego otoczeniem? Czy coś się zmieni? Czy oni dostrzegą, że to jest błędna droga, czy będą szli nią dalej?

JŻ: Coś zmienia się dziś, bo przy spadających sondażach być może komuś towarzyszy już refleksja, że to jest broń obosieczna. Jeśli odcinamy największą informacyjną stację telewizyjną od kontaktu z urzędnikami, bo to są urzędnicy, ale też politykami, to ludzie to widzą. Zresztą ta niezwykle wysoka oglądalność naszej stacji tylko utwierdza nas w przekonaniu, że Polacy widzą tą niesprawiedliwość i odbierają to jako próbę tuszowania rzeczywistości, fałszowania jej, oraz że tak dalej być nie może. Mamy ostatnio konferencje, na których już się pojawiamy. Mamy możliwość, w niektórych przypadkach zadawania pytań. Czy to będzie trwała tendencja? Zobaczymy. Na razie pracujemy dalej i nawet jeśli nie jesteśmy wpuszczani, zawsze próbujemy dostać się zgodnie z zasadami, które obowiązują.

AP: Albo mówicie o tym, że nie jesteście wpuszczani, co też ich denerwuje. Czego oni się boją? Czego się bali? Czy trudnych, niewygodnych pytań, czy też takich lekko krytycznych?

JŻ: Myślę, że cały ten układ władzy, z którym mamy dziś do czynienia, nie jest tak hermetyczny. Część środowiska politycznego, nigdy się na to nie zgadzała. Część dziś zaczyna zmieniać zdanie. Próbowano pewnego zanegowania środowisk, z jednej strony politycznych, a z drugiej dziennikarskich, które od lat funkcjonowały. Usiłowano wymazać nas ze świadomości Polaków. To rodzaj jakiegoś utopijnego działania, tak oceniam, które miało do tego doprowadzić.

AP: Nie ma ich w telewizji, to znaczy, że nie ma ich wcale. Nie zadają pytań, to znaczy, że nie mają o co zapytać. Nie mają kamery, to znaczy, że nie mają co pokazywać. A to, że kamera jest przez nich zniszczona, a materiał zatrzymany, to inna sprawa.

JŻ: Próbowali zamilczeć to, wymazać, a na wiecach zakrzyczeć. Jedna i druga droga zawiodła. Teraz widzimy jakiś kolejny etap, ale co będzie dalej zobaczymy.

AP: Na razie dziennikarzom czy fotografom grożą wielkie kary finansowe, grożą kary więzienia, więc ten proces jeszcze trwa. Ale my jesteśmy też od tego, żeby na to patrzeć. Czy uda się zatrzymać ten proceder? Zobaczymy.

HUBERT BEKRYCHT: Towarzystwo nieprzyzwoitości i hańby dziennikarskiej

Skandalem okazała się uchwała Towarzystwa Dziennikarskiego z wezwaniem „do zapewnienia wolności słowa na placu Piłsudskiego w Warszawie” i zdaniem brzmiącym: „>>Pamięci 95 ofiar Lecha Kaczyńskiego, który, ignorując wszelkie procedury, nakazał pilotom lądować w Smoleńsku w skrajnie trudnych warunkach <<”. Tych 18 słów jest w Polsce zakazanych”. Brak tchu, aby opisać draństwo TD, grupy mieniącej się dziennikarzami a reprezentującej mentalny komunizm.

Szefem Towarzystwa Dziennikarskiego wybrano 23 października dziennikarza i pisarza Cezarego Łazarewicza (ur. 1966 r.), zdobywcę nagrody NIKE w 2017 roku, nominowanego pięć lat wcześniej przez SDP do Hieny Roku. Ta niechlubna nominacja, chociaż „wygrał” ktoś inny, była za artykuł o ojcu braci Kaczyńskich. Artykuł do teraz budzący moją odrazę, bo wycelowany nie tylko w nieżyjących polityka i jego ojca, ale i przeżywającego tragiczną śmierć brata innego polityka.

Czy uchwała TD dotycząca przecież bezpośrednio tragedii smoleńskiej i powód nominacji do Hieny Roku dla nowego prezesa Towarzystwa Dziennikarskiego łączą się? Nie znamy związku przyczynowo skutkowego, bo nie wiem, czy najpierw była uchwała a dopiero później wybrano Łazarewicza, ale zapytać należy, czy to już jest obsesja na punkcie rodziny Kaczyńskich? Obsesja, która nie opuszcza nowego szefa kanapowego stowarzyszenia?

Łazarewicza „walka o przyzwoitość dziennikarską”

Uchwała nr 1 Walnego Zebrania Towarzystwa Dziennikarskiego z 23 października z wezwaniem „do zapewnienia wolności słowa na placu Piłsudskiego w Warszawie” rozpoczyna się zdaniem brzmiącym: „>>Pamięci 95 ofiar Lecha Kaczyńskiego, który, ignorując wszelkie procedury, nakazał pilotom lądować w Smoleńsku w skrajnie trudnych warunkach <<”. Tych 18 słów jest w Polsce zakazanych”. Tak liczące kilkadziesiąt osób, walczące o wpływy radykałów w rządzie Donalda Tuska, stowarzyszenie zgorzkniałych dziennikarzy próbuje przekonać do siebie środowisko. Towarzystwo Dziennikarskie uważające siebie za elitę.

Dalej w uchwale jest tylko gorzej, bo o ile polityka jest w tym przypadku czymś normalnym to w uchwale pobrzmiewają tony plenów, zjazdów a być może nawet zgromadzeń z pochodniami… „A mimo to wieniec z takim napisem, składany co miesiąc od kwietnia 2018 roku pod pomnikiem smoleńskim na placu Piłsudskiego w Warszawie, jest niszczony i kradziony, a napis – zamazywany. Tak było do wyborów roku 2023 i tak jest nadal, mimo zmiany władzy. Władza brata nad pamięcią o bliźniaku jest ponad prawem” – piszą ludzie z TD.

Prezes i reszta

I jeszcze coś, co dziennikarzom nie przystoi, Nawet bardzo złym dziennikarzom… „Jarosław Kaczyński ma prawo twierdzić, że śmierć 96 osób pod Smoleńskiem była wynikiem zamachu, choć przez 15 lat tego nie udowodnił, a śledztwo prokuratury wciąż trwa. Ale Zbigniew Komosa, składający te wieńce, ma także prawo do stwierdzenia, że 95 osób padło ofiarą Lecha Kaczyńskiego” – napisano w uchwale Towarzystwa Dziennikarskiego z 23 października. Uchwale przyjętej podczas tych samych obrad zgromadzenia, które wybrało nowego prezesa TD Cezarego Łazarewicza… Otóż – jak zapowiada nowy prezes – „walkę o przyzwoitość dziennikarską”, Towarzystwo Dziennikarskie rozpoczęło od skandalicznej uchwały będącej hańbą ludzi naszego zawodu.

Z kronikarskiego obowiązku, oprócz Łazarewicza, nieliczne sądząc ze zdjęć grono wyborców wybrało do zarządu jeszcze czworo dziennikarzy, chcoć chyba nie każdy teraz za takiego dziennikarza może się uważać. Są to: członek specjalnej komisji ministra sprawiedliwości ds. tzw. represji w l. 2015 – 23, która ściga m.in. „dziennikarzy reżimu PiS” Andrzej Krajewski, dawniej członek PZPR; dziennikarz Krzysztof Bobiński zabierający głos we wszystkich sprawach, uważający się za sumienie TD, który obnosi się z sympatią do rządu Tuska; dziennikarka Dorota Nygren; Emerytowany dziennikarz Jan Ordyński, szef Rady Programowej Polskiego Radia w likwidacji, dawniej sympatyk stowarzyszenia Ordynacka i partii komunistycznej.

I nawet miałem coś jeszcze napisać, ale nie warto…

 

Będę walczył do końca… Z ROBERTEM KWIATKIEM, dziennikarzem, fotoreporterem, związanym z opozycją antykomunistyczną rozmawiała ANNA POPEK

Anna Popek: Robert Kwiatek, fotoreporter, związany także z działalnością opozycyjną, od wielu lat, mieszkający w Gdańsku. To ty sfotografowałeś słynnego Batmana, który wywiesił baner z napisem „Byle nie Trzaskowski”. Wydawałoby się, że to normalna reporterska robota. Coś się dzieje, od razu automatycznie obiektyw skierowany jest w to miejsce, na to wydarzenie, po to żeby uwiecznić. Czy dobrze myślę? Czy tym razem to już tak nie działa?

Robert Kwiatek: Ja też tak myślałem. Całe życie tak myślałem. Działając w podziemiu, wydawaliśmy gazetki, stosowaliśmy pseudonimy, ukrywaliśmy się. Miałe pseudonim Jacek, ale używałem też innych, śmiesznych, zabawnych na przykład Kapitan Kloss. Takie były ówczesne zasady gry. Później mieliśmy Polskę, umownie mówiąc, wolną i za jej czasów, dziennikarze też nie mieli lekko. Mnie jako fotoreportera zatrzymywano, stawiano mi zarzuty, np. za rzucanie kamieniami w autokar niemiecki po meczu, gdzie ja robiłem zdjęcia. Innym razem byłem zatrzymany i siedziałem za próbę uwolnienia kibiców, gdzie też robiłem zdjęcia. Metoda wtedy była trochę inna. To znaczy policjanci, już nie milicjanci, próbowali odebrać mi film. Ja się mogę szczycić tym, że zawsze zdążyłem podmienić film w aparacie. Kiedyś były filmy w aparatach. Warto to pamiętać, bo dzisiaj są karty. Udawało mi się podmienić i nigdy nie zabrano mi filmu ze zdjęciami, które potem były w gazecie z małym opóźnieniem, bo nie od razu po np. meczu. Następnie otrzymywałem z prokuratury uzasadnienie, że ten film odebrany był tak istotny jako materiał dowodowy, że oni sankcjonowali to, że mi policjanci siłą odbierali ten film.

Takie metody też bywały, czyli próby utrudnienia robienia zdjęć, odpychania, zasłaniania, to się w naszym fachu zdarzało i zdarza. Czasem się oberwało kamieniem, a czasem pałką. W pewnym sensie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Teraz wkroczyliśmy w nowy etap, z którym ja się nie spotkałem, nie liczyłem i nie spodziewałem, że będziemy o czymś takim rozmawiali. To znaczy w majestacie prawa dano narzędzia różnym funkcjonariuszom publicznym, czyli policjantom również, do ścigania dziennikarzy w momencie, gdy opublikują ich wizerunek. Zazwyczaj w sytuacji niekorzystnej. Fotografowałem kiedyś pięciu policjantów kopiących kibica, uważałem, że to są bandyci. Z dumą pokazywałem dwóch policjantów, którzy się naparzali z pięcioma gangsterami i dla mnie to byli bohaterowie i nie było żadnego problemu. Natomiast dzisiaj uzyskali oni narzędzie do tuszowania swoich wszelkich nadużyć. Zgodnie z definicją prawa, które w tej chwili stosują prawnicy, funkcjonariusz publiczny nie tylko policji, również polityki – jego wizerunek jest chroniony.

Anna Popek
fot. SDP

AP: Z jakiego paragrafu jest chroniony? Jakie to jest prawo? Jakie to jest narzędzie?

RK: To jest narzędzie, o którym nie wiedziałem, ono niedawno weszło. To wynika chyba z tego, że nie dostosowano naszych przepisów do przepisów unijnych. Wprowadzono nam RODO. My dziennikarze znamy prawo prasowe i wiemy, jak się nim posługiwać, wiemy, kogo możemy fotografować, w jakich sytuacjach, na jakich zasadach. Ja się do tego stosuję. Funkcjonariuszy publicznych na służbie można było fotografować i pokazywać ich wizerunek. Owszem, funkcjonariuszy kryminalnych zazwyczaj grzecznościowo nie pokazywaliśmy. Zasada była taka, że gdy akcja jest dynamiczna i trzeba puścić szybko materiał, nie ma czasu na blurowanie. To raczej obowiązkiem funkcjonariusza jest zasłanianie swojej twarzy, jeżeli nie chce być pokazany publicznie podczas interwencji. Policjanci robią to stosując maski, kominiarki i to jest też naturalne.

Robert Kwiatek
fot. SDP

Natomiast funkcjonariusz sam się nie chroni, a wymaga tego ode mnie. Raczej to jest grzeczność z mojej strony. Jeżeli materiał idzie na żywo, nie ma w ogóle takiej możliwości. RODO daje każdemu obywatelowi, w tym funkcjonariuszowi i politykowi, prawo do ochrony własnego wizerunku. Nasze prawo prasowe, które znamy, które studiowaliśmy i stosujemy, może być różnie przez sądy interpretowane. Raz może być na naszą korzyść, tak jak orzekł TSUE, który wypowiedział się w tej sprawie. Jednak każdy nasz sąd indywidualnie w zależności od upodobań politycznych, czy lubi tego dziennikarza, czy nie lubi, może w różny sposób sobie to interpretować.

AP: Rozumiem, że jak się zrobi zdjęcie politykowi w sejmie na przykład, marszałkowi albo premierowi, to on też może powiedzieć, że naruszono jego dobra osobiste?

RK: Tak, jeżeli przejdzie ta definicja przez sąd, a może tak się zdarzyć. Definicja, na którą powołują się funkcjonariusze policji, że RODO ich chroni. No bo chroni, więc jeżeli on się powoła na RODO, a sąd to uzna, to ten człowiek jest w prawie. Jeśli dziennikarz nie ma podpisanej deklaracji ze zgodą na użycie tego wizerunku, no to w tym momencie powinien liczyć się z konsekwencjami od każdej sfotografowanej osoby. Nawet na koncercie, gdy fotografuje grupę ludzi. Do tej pory myślałem, że grupę ludzi mogę fotografować. Do tego w prawie nie jest określone od jakiej cyfry ta grupa się zaczyna i to też sędziowie mogą różnie interpretować. Przyjęło się, że od trzech to już jest grupa. Załóżmy, że kamerą zrobimy scenę publiczności bawiącej się na koncercie. 500 osób i z tych 500 osób ktoś nagle uzna, jakaś kancelaria prawna, że fajnie byłoby wyciągnąć pieniądze od telewizji takiej czy innej. Na biletach nie będzie oświadczenia o RODO, więc pójdą do sądu, z powództwa cywilnego założą sprawę i wyciągają kasę i to będą duże pieniądze.

AP: Ale przecież to paraliżuje w ogóle jakikolwiek sposób przekazywania informacji wizualnej: czy na ulicy zdjęcia zrobione, czy w sklepie jako ilustracja do tematu.

RK: Tak, wszystkie zdjęcia za moment będą zamazywane. Jeszcze te historyczne mogą być ale na nowszych będą wstawiane jakieś buźki zamiast twarzy, co wypacza kompletnie wiarygodność. My jako dziennikarze pokazując zdjęcie jakiegoś wydarzenia uwiarygadniamy się tym, że pokazujemy całą sytuację. Ten ktoś tam był i to konkretnie robił. Oczekuje się od nas, zamazywania wizerunku w sytuacji nieuzasadnionej. Zamazujemy wizerunek,  bo takie też jest prawo, gdy „chronimy” umownie mówiąc przestępców. Oni mogą nas zaskarżyć, bo w danym momencie my ich stygmatyzujemy, że są przestępcami, a oni mogą nimi nie być i podadzą nas do sądu. Ale to jest inna sytuacja. Jako dziennikarze też mamy swoje ograniczenia, natomiast wprowadzając przepisy bezmyślnie, bezdusznie, nie dostosowując ich do naszych norm prawnych, ale też i zwyczajowych, nagle doprowadzamy do sytuacji takiej, że ktoś instrumentalnie, tak jak ci policjanci, będzie wykorzystywał to prawo. To może sparaliżować nam pracę oraz misję i sens istnienia mediów.

AP: To będzie dotyczyło Instagrama, Facebooka, czy jakiejkolwiek platformy, bo te zdjęcia, filmy w zasadzie krążyły bardziej w mediach społecznościowych. Wróćmy do Batmana i do tej sytuacji, co tam się wydarzyło?

RK: Był wiec Rafała Trzaskowskiego. Batman pojawił się w oknie hotelu z transparentem „Byle nie Trzaskowski”, czyli typowy happening, których jest pełno w Polsce. Batman stał w oknie, coś tam krzyczał, zainteresowanie było niewielkie, dziennikarze byli skupieni na wiecu Trzaskowskiego. To było w oddaleniu gdzieś 200 metrów, więc nie było mowy o zakłócaniu wiecu. Fotografowałem wiec Rafała Trzaskowskiego na początku, ale zobaczyłem Batmana, widziałem, że żadni dziennikarze, z drobnym wyjątkiem, się tym nie zainteresowali. Udałem się w tamtą stronę. Po zakończeniu wiecu Rafała Trzaskowskiego policja wchodziła systematycznie do tego budynku. Ja nie wiedziałem, że jest to budynek hotelu. I w pewnym momencie Batman zniknął, no to ja wiedziony instynktem dziennikarskim pobiegłem na górę. Liczyłem się z tym, że mnie na dole zatrzymają, ale okazało się, że wbiegłem na samą górę. No i tam usłyszałem hałasy i krzyki. Mnie oskarża 10 funkcjonariuszy, więc pewnie ich tam było 10, a może i więcej, część po cywilu, część mundurowych. Nie wiedziałem kto jest kto.

Próbowałem robić zdjęcia, bo drzwi od pokoju były otwarte. Była szarpanina jakaś, więc próbowałem wchodzić. Rzucił się na mnie jeden z funkcjonariuszy, po cywilnemu, wypychając i łapiąc za aparat. Ja bardzo tego nie lubię. Stawiam opór, bo to nie jest tak, że ja grzecznie się wycofuję. Sytuacja była dynamiczna, ja robiłem zdjęcia. Powiedzmy trzy osoby były od Batmana w tym pokoju hotelowym. Jeden z nich okazał się być też dziennikarzem, ale powiedzmy powiązanym z Batmanem, czyli on nie występował w roli dziennikarza. W Gdańsku jest to znany człowiek. On mnie rozpoznał i powiedział, że oni żądają, żebym absolutnie był obecny, żeby był dziennikarz, że oni mnie zapraszają, że jestem ich gościem hotelowym. Więc ta szarpanina się skończyła. Trwała interwencja funkcjonariuszy policji. Są nagrane filmy i polecam posłuchać sobie. Ludzie od Batmana twierdzili, że oni się włamali, bo nie mieli żadnego nakazu rewizji, niczego. Weszli, stosując swoje techniki. Tam jest zamek na klucz elektroniczny, więc nie to, że wyważyli drzwi, ale w jakiś sposób weszli, gdyż pokój był zamknięty. Tak twierdzili wynajmujący pokój, a policja odwrotnie.

Zażądałem podstawy prawnej do tego wejścia, więc najpierw to była próba zakłócenia wiecu. Ja twierdziłem, że to kłamstwo, bo miejsce jest oddalone i nic nie było słychać, nie było żadnego zakłócenia, więc to nie jest żadna podstawa. To jest wyimaginowane, więc poprosimy o faktyczną podstawę. Jeden z tych policjantów powiedział, że według nich była to próba samobójstwa, i oni interweniowali ze względu na próbę samobójczą. To jest też nagrane i widać, jak potrzebne są media, bo jeżeli ja bym to opowiadał, a nie byłoby to nagrane, nikt by mi dzisiaj nie uwierzył. Wtedy Batman zapytał, czy oni do każdego, kto myje okna, w taki sam sposób wchodzą i interweniują. Żeby było jasne, Batman, nie stał za oknem tylko przed oknem i nie wychylał się. Zresztą wiadomo, że to nie była próba samobójcza. Interwencja była na polecenie, i też nie wiadomo, czyje polecenie, kto wydał rozkaz policji. Rzecznik prasowy później uzasadnił, że interwencja była absolutnie słuszna ze względu na próbę zakłócenia wiecu. W ogóle według nich wszystko jest ok, nikt nie ma zarzutów, nikt nie przepytuje policjantów. Natomiast Batman nie został zatrzymany, nawet nie został wylegitymowany, bo mówił, że dał komuś dokumenty, nie wie komu. Ci policjanci nawet nie spisali Batmana, natomiast wzięli się za fotoreportera, czyli za mnie i żądają 990 tysięcy złotych, łącznie to będzie milion. Żądają też od pani menadżer, która też nagrywała, chyba nawet kwoty większej. Wiem, że jeszcze dołączono do tego wniosku, który ja dostałem, kilku innych dziennikarzy, którzy powielali ten materiał. Łącznie chyba na kwotę miliona złotych, oni chcą tych roszczeń skupić.

AP: A na jakiej podstawie?

RK: Twierdzą, że na podstawie upublicznienia ich wizerunku. Jeszcze żądają przeprosin. Przeprosiny miały być specyficzne w telewizji Republika, na jakimś tam tle, czcionką Times New Roman. Bardzo szczegółowo opisany wręcz taki pozew cywilny. To jest próba ośmieszenia mnie i doprowadzenia do parteru. W moim przekonaniu jest to próba zastraszenia w ogóle dziennikarzy, czy innych ludzi, którzy próbują robić coś niezależnie. Policjanci są bardzo mocno u nas politycznie podlinkowani. Mam informacje ze środowiska policyjnego, a znam tam dość dużo ludzi, mam swoje lata. Komendant miejskiej policji, który niczym się nie może za bardzo poszczycić, powiedział tym funkcjonariuszom, że absolutnie mają mnie dojechać, udupić, i że jak będą koszty jakiekolwiek, to w formie premii, nagród wyrówna.

Komenda Główna Policji, zresztą o czym też się dowiedziałem później, pisze instrukcje długopisami swoich rzeczników, jak mają się zachowywać. To jest nowa metoda, o której my jako dziennikarze nie wiemy. Jest napisane, że funkcjonariusz podczas interwencji, jeżeli jest dziennikarz, ma jasno powiedzieć, że nie życzy sobie, żeby jego zdjęcie było upublicznione gdziekolwiek, czy materiał filmowy, a jeżeli będzie, to on będzie ścigał z powództwa cywilnego o upublicznienie wizerunku. I to są wręcz oficjalne instrukcje już w tej chwili dla policjantów. I oni zaczynają się stosować do tego.

AP: Czy w swojej karierze fotoreportera, jeszcze za czasów komuny, spotkałeś się z podobnym działaniem?

RK: Nie. Wtedy były prostsze zasady. Albo wyrwali aparat, albo rzucili o ziemię i rozwalili, albo dostało się po zębach. Raczej nie zamykali za to, raczej nie ponosiło się konsekwencji finansowych. No chyba, że się poszło na współpracę i potem te zdjęcia udostępniało. Robiłem wtedy zdjęcia, starając się robić tak, żeby nie było widać, że ja je robię, więc dwie strony miały jakieś tam szanse. Natomiast tutaj jest tak, że w obliczu prawa to jest loteria, na jakiego sędziego się trafi. Jak będę miał sprawę, to chyba na początku powinien zapytać, czy ten sędzia jest z Iustitii, bo w zasadzie, jeżeli jest, to ja powinienem wyjść i powiedzieć, że dziękuję. Ja bardzo mocno nagłośniłem tę sprawę, bo jestem ze starszego pokolenia i za naszych czasów jedyną metodą obrony i walki w podobnych sytuacjach było upublicznienie wszystkiego. Dlatego tak bardzo kocham media, bo uważam, że to jest nasza jedyna tarcza w sytuacji, kiedy ktoś sobie zaczyna za dużo praw uzurpować do czegoś.

Teraz większość spraw dziennikarskich, co ciekawe, jest za zamkniętymi drzwiami. To znaczy, że dziennikarze nie mogą ich relacjonować, nikt się nie może nic dowiedzieć. To jest kolejny element w tej układance. Jeżeli ja przedstawiam swoje racje, mam te racje albo nie mam, opinia publiczna może sobie wyrobić zdanie. W takiej sytuacji nie może sobie wyrobić. Lecą wyroki, jak za czasów głębokiego PRL-u. Sądy, sędziowie posłuszni władzy wydawali wyroki taśmowo. Wtedy nawet mordowano ludzi w majestacie prawa. Tu mam nadzieję, że już tak daleko się nikt nie posunie, ale wykluczyć tego nie można, bo to są ludzie pozbawieni jakichkolwiek zasad. Często spadkobiercy pokoleniowi, rodzinni, albo nawet jeszcze wtedy zasiadający w tych sądach prokuratorów. To jest przerażające.

AP: A co masz teraz zamiar zrobić?

RK: Jestem człowiekiem walki, mnie walka mobilizuje i będę walczył do końca. Nawet, powiem kolokwialnie, do mnie się mnóstwo ludzi zgłaszało, słuchaj, my ci damy te pieniądze, pomożemy. Tu mi ktoś chce dać 10 tysięcy, tu coś, tu coś. Mówią zorganizuj zbiórkę, chociaż okazuje się, że zbiórek też nie można za organizować, bo zamykają.

AP: Zrzutka ostatnio zamknęła zbiórkę dla Samuela Pereiry. Dokładnie w ten sposób.

RK: Jestem człowiekiem honorowym i ja będę walczył do końca z uśmiechem. Nieraz walczyłem z milicją, nieraz zdarzało mi się potykać z policją. Dostawałem fałszywe wyroki, zarzuty, raz byłem zatrzymany. Nawet widziałem siebie, i to też pewnie mi nikt nie uwierzy, ale mam świadków. Pracując w gazecie, chodziłem na komisariaty. Robiłem materiały o różnych ludziach, więc wpuszczano mnie. Byłem może wrogiem publicznym numer jeden, ale musieli mnie wpuszczać. I na jednym z komisariatów Komendy Głównej policji w Gdańsku, widzę w dyżurce listę. Jestem wzrokowcem, patrzę, a tam Robert Kwiatek na pierwszym miejscu. Pytam, co to jest za lista? Policjanci w dyżurce nie wiedzieli, że jestem Robertem Kwiatkiem. Mówią „to są tacy do zabrania prawa jazdy”. Więc te metody działały. Raz byłem zatrzymany, dostałem mandat. Za szybko jechałem, zdarzało mi się, już jeżdżę wolniej. Trzymali mnie pół godziny, mimo że ten mandat przyjąłem. Policjanci wysiedli z radiowozu, podeszli do mnie i powiedzieli, że będę miał wniosek za próbę przekupstwa funkcjonariuszy na służbie… No i jak się wybronię? Nie ma takiej możliwości. Zeznaję dwóch funkcjonariuszy. Ja wiem, że to co opowiadam jest nie do uwierzenia.

Mój brat, który został w pewnym momencie policjantem, przeze mnie nie mógł dostać się do policji. Mistrz Polski, wygrywał zawody w taekwondo, po wojsku, po studiach. To było jego pasją, chciał służyć w policji. W Sopocie powiedzieli, że nie, a w wojewódzkiej powiedzieli, że to przez brata.

Poszedłem, bo znałem komendanta głównego, potem był nawet chyba głównym w Polsce. Pytam, co jak złoży papiery do was, to też go nie przyjmiecie przeze mnie. Zgodził się, żeby przyniósł papiery. Najpierw został odrzucony, ale potem faktycznie go przyjęli. Już jest na emeryturze. Służył i starał się być sensownym, uczciwym policjantem.

On sam, zanim podjął pracę w policji, nie wierzył jak opowiadałem czasami w domu te historie, które są nie do uwierzenia, a mówimy o wolnej Polsce. Uwierzył dopiero kiedy sam za brata dostał mandat. Kwiatek jest łatwe nazwisko do zapamiętania, a wszystko, co najgorsze to byłem ja. Odprawy przed meczami to „uważajcie na Kwiatka”. Nie to, żebym robił z siebie kogoś tam, natomiast był czas, gdzie byłem na mocno czarnej liście. Potem już przestałem pracować w gazecie, ale wszystko, co złe szło na moje konto. To też nie jest tak, że ja policjantów nie lubię, wręcz przeciwnie. Szanuję ich. Jeździłem z grupami operacyjnymi, gdzie wysportowani funkcjonariusze po cywilnemu wchodzili w dzielnice, gdzie naprawdę musieli wyciągać broń.

Ja to fotografowałem, pokazywałem, sam się bałem i takich policjantów chciałbym mieć obok. W tej chwili dużo jest różnych ludzi, którzy z powodów politycznych, bo mają swoje poglądy, czy z powodów nieumiejętności, nieudacznictwa, próbują przykryć to działaniami, które mają spowodować, żeby pewne rzeczy nie zostaną ujawnione.  A naszą dziennikarską rolą jest dokładnie wszystko pokazywać – patologie we władzy, w policji, też u siebie, gdziekolwiek. To jest nasza misja ludzi, którzy kochają dziennikarstwo, którzy kochają Polskę i chcą, żeby pewne rzeczy nie miały miejsca. Dlatego o tym mówię, żeby nie powtórzyło w przyszłości, żeby ludzie zobaczyli, że to tak działa.

Dani dziennikarze pracujący dziś w takiej czy innej telewizji, albo dla miasta, czy gdzieś, oni dzisiaj mogą spać spokojnie, bo oni służą tej władzy. Natomiast kiedyś gdzieś tam podpadną w jakiejś sytuacji i ta władza ich dojedzie bez problemu.

AP: Powiedz Robercie, czy myślałeś, że w Gdańsku, gdzie rodziła się wolność, że w stoczni, gdzie takie piękne słowa padały, gdzie papież bywał, że po tylu latach w wolnej Polsce będzie się tak prześladowało ludzi?

RK: Na pewno tak nie myślałem. Wierzyłem w to, że jednym z elementów, który będzie stał na straży wolności, to będą dziennikarze. W Gdańsku, w moim ukochanym mieście, mogę na palcach jednej ręki policzyć dziennikarzy, którzy są i próbują coś robić niezależnie. Dwóch czy trzech jest bardziej aktywnych zakładając swoje portale. To jest wszystko niszowe, niezauważalne przez władzę, dlatego być może im się jeszcze jakoś tam udaje.

Natomiast reszta, jeżeli nie jesteś z nami, nie jesteś zaakceptowany przez nas to… Ja byłem tego przykładem. Znam wszystkich tych ludzi. Pracowałem u Donalda Tuska przez jakiś czas nawet w kancelarii premiera. Latałem samolotem, kiedy latali wtedy z Kaczyńskim, robiąc zdjęcia, bo byłem fotoreporterem rządowym. Dość krótko, bo ja miałem być tam wtedy, kiedy się pojawi POPIS. POPISu nie było i tak wylądowałem w kancelarii, ale potem wylądowałem poza kancelarią, i nie ma żadnego problemu, ale znam tych ludzi. To nie jest tak, że są moimi przyjaciółmi. Znam w Gdańsku wszystkich, a z Gdańska dużo ludzi trafiło też do Warszawy. Znając te osoby mogę opowiedzieć różne rzeczy, widziałem różne sytuacje.

Powstają tak zabetonowane układy, które w pewnym momencie chyba nawet zatraciły, zgubiły jakikolwiek azymut. Pamiętam śp. Pawła Adamowicza, którego bardzo lubiłem. Paweł też był zaangażowany w podziemie. Widziałem, jak on zostawał prezydentem. Był to normalny, fajny chłopak, który się rozwijał. Na początku może był nawet słabym prezydentem, potem się rozwinął, a potem poszedł w takie ścieżki, gdzie nasze drogi się rozeszły.

Człowiek, który zarabia jako prezydent średnie pieniądze, a ja, przez całe życie, zarabiałem zbliżone do niego, bo zapierdzielałem 7 dni w tygodniu – ja się nie dorobiłem w tamtym czasie żadnego mieszkania, on miał z 8. Coś jest nie tak. Myśmy to Pawłowi też mówili. W pewnym momencie doszło do spięcia i po tej sytuacji ja już nie pracowałem w Dzienniku Bałtyckim tylko już działałem niezależnie.

Przez 10 lat nie byłem w Gdańsku. Oczywiście bywałem, bo dzieci są, ale szukałem pracy poza Gdańskiem, gdziekolwiek. Wszystkie zlecenia, które miałem, firmy developerskie, bo dla takich dwóch też pracowałem, nagle się pokończyło i od niektórych też słyszałem, że „było nie zadzierać z Pawłem”.

Tak ten układ działa. Pozwalamy na to, jeżeli nie ma niezależnych mediów, ludzi, którzy się postawią, ale też nie ma odbiorców, którzy w to wierzą. Tak budujemy ten koszmarny system, który oczywiście dla wielu jest piękny i wspaniały. Wartki nurt dla tych którzy są w układzie. Deweloperzy i inni świetnie odnajdują się i korzystają. Natomiast każdy, który patrzy inaczej nie będzie miał wsparcia, żadnej nagrody, wystawy, chyba, że ze swoich pieniędzy coś tam zrobi. Staram się być niezależny od początku do końca i mi to odpowiada, daję sobie radę. 10 lat byłem poza Gdańskiem, wróciłem, pracuję w firmie prywatnej i nie narzekam. Mam dużą frajdę z niezależności i z tego co mogę robić.

Martwię się tylko, że jak sprawę przegram, bo się z tym liczę, to ktoś inny może mieć podobne problemy. Ja też, za moment mogę mieć te same kłopoty. Największym dla mnie problemem jest to, że będę musiał zapłacić takie pieniądz tym policjantom. Gdyby to jeszcze szło na jakąś fundację, to by mniej mnie bolało. Dlatego nie będę robić zbiórki, bo nie mam sumienia prosić, aby tym paskudnym ludziom dawać pieniądze. Być może będę zmuszony przez sąd, bo przyjdzie komornik mi zabierze. Nie chciałbym jednak, żeby ktokolwiek się dołożył, żeby oni dostali te pieniądze. Przełknąłbym, gdyby to było na dobroczynne cele. Z trudem, ale bym przełknął, natomiast dla nich, absolutnie nie. To jest też problem procesów cywilnych. W karnych, nie zapłacę trafię do więzienia. Ja bym to wolał. Za komuny szło się do więzienia, może podszlifowałbym angielski, trochę czasu miałbym dla siebie. Lądowałem już w areszcie, byłem pobity, dam sobie radę. W tym procesie oni mogą dostać pieniądze, plus oczywiście kancelaria, która jest podlinkowana, cały ten aparat.

AP: Czyli kolejne karmienie tej hydry.

RK: Nawet nie mogę pójść do prezydenta, tak jak inni dziennikarze skazani z artykułu 212 z prośbą o ułaskawienie, bo w powództwie cywilnym nie ma czegoś takiego.

AP: Oby koledzy dostali to ułaskawienie od prezydenta Nawrockiego, bo też są zupełnie niesprawiedliwie skazani.

RK: Dołączyłem się, podpisałem petycję. Myślę, że prezydent Karol Nawrocki, jeżeli tylko to dotrze do niego, nie będzie miał żadnego problemu, żeby podpisać w tak jaskrawych sprawach. Natomiast to też nie chodzi o to, żebyśmy budowali model, że akurat jest prezydent i będzie nas wszystkich wyciągał z tarapatów, bo ktoś w te tarapaty celowo nas wpędza.

Anna Popek: Bardzo dziękujemy, Robert Kwiatek, który przejdzie do historii fotografii nie tylko jako autor, fotoreporter i opozycjonista. Sprawa Batmana może okazać się punktem zwrotnym, ale od każdego dna można się odbić, więc mam nadzieję, że jesteśmy już tak blisko tego dna, że teraz już tylko czekamy na odbicie.

Robert Kwiatek: Podobnych spraw miałem dużo. Wczoraj była rocznica, ktoś mi wrzucił zdjęcia z jednej z zadym, gdzie mnie zatrzymywała policja. Nawet są fajne zdjęcia. Dokładnie 29 lat temu. Te rzeczy się powtarzają, ale w zupełnie innym stylu. Teraz jest niestety w majestacie prawa z przepisami, z paragrafami, a wtedy mogłem się bronić. Ktoś mnie szarpnął, ktoś kłamał, zaznawał fałszywie, można się jakoś obronić. Teraz wytacza się przeciwko nam armaty, przed którymi nie ma możliwości obrony, bo każdy sędzia może interpretować to prawo jak chce. Dostał możliwości interpretowania prawa i nakaz, żeby interpretować je we właściwy sposób. A to już jest kolejny krok.

W środę POGRZEB realizatora, twórcy radiowego JAROSŁAW CZAJKA z Polskiego Radia Łódź

POGRZEB ŚP. JAROSŁAWA CZAJKI W ŚRODĘ 29 PAŹDZIERNIKA 2025 ROKU

*********************                                          ***********************                             *************************

Nie żyje Jarosław Czajka, twórca radiowy, realizator, człowiek dźwięku. O śmierci Jarka Czajki poinformowała jego macierzysta stacja – Polskie Radio Łódź. Z tą rozgłośnia  był związany od 38 lat.

Jarosław Czajka pochodził z Piotrkowa Trybunalskiego, pracował m.in. w studenckiej rozgłośni Politechniki Łódzkiej – Radiu Żak. Szybko jednak rozpoczęła się jego przygoda w Radiu Łódź.

Był realizatorem. To słowo określające w radiu bardzo wiele zawodów, specjalności. Zarówno  technicznych jak i dziennikarskich. „Jarek Czajka był po prostu realizatorem, ale też i człowiekiem dźwięku. Rozumiał dźwięk, specyfikę pracy w radiu. Był zawodowcem. Nigdy nie wychodził z pracy, kiedy nie skończył roboty, zawsze gotowy do przerobienia nagrania >>tak, aby było dobrze<<” – to słowa jednego z radiowców, który pracował ze Zmarłym.

Jarosław Czajka, wraz z Tomaszem Kępskim, prowadził w RŁ na początku lat 90. ub. w. rockową audycję muzyczną. Był tam prezenterem i realizatorem radiowym jednocześnie. Współtworzył radiową listę przebojów Adama Kołacińskiego.

Reżyser radiowy Jerzy Hutek przypomniał, że Jarosław Czajka zrealizował dla Polskiego Radia dziesiątki słuchowisk teatralnych i powieści radiowych. „Pracowaliśmy długo razem. Jarek był po prostu odpowiedzialnym artystą” – wspominał Hutek. Publicystka Radia Łódź Agata Zielińska mówi o jeszcze jednej cesze wyróżniającej Czajkę. „Jarek po prostu słuchał, tego co nagrywał. Można było liczyć na jego wskazówki i uwagi” – mówiła Zielińska.

Jarosław Czajka był laureatem wielu nagród, chociaż – co podkreślają współpracownicy – nie chwalił się nimi. Ostatnie chyba wyróżnienie –  jak wspominają –  to była nagroda Przewodniczącego KRRiT za najlepszą autopromocję kultury i edukacji w radiofonii publicznej – wspominał jeden ze współpracowników Zmarłego.

Jarosław Czajka miał – jak mówią jego znajomi – trzy pasje: Radio, Rodzinę oraz… psy. Był pasjonatem wyścigów psich zaprzęgów. Często przychodził do pracy z którymś ze swoich ulubieńców.

Jarosław Czajka miał 63 lata.

***

Jarku, teraz mogę Ci powiedzieć, że tylko ten jest zawodowcem, kto umie umiejętnie krytykować inspirując jednocześnie. Ty tak pracowałeś, taki byłeś!

Do zobaczenia

Hubert Bekrycht

**************************       *****************************     ****************************

POGRZEB ŚP. JAROSŁAWA CZAJKI W ŚRODĘ 29 PAŹDZIERNIKA 2025 ROKU

Uroczystości żałobne rozpoczną się o godz. 13.00 w kościele parafialnym Dobroniu.

Po mszy uczestnicy uroczystości przejdą na miescowy cmentarz, gdzie rozpocznie się ceremonia pogrzebowa.

 

 

SDP przeciwko degradacji bezprawnie przejętych mediów publicznych w likwidacji

Kryzys w mediach publicznych pogłębia się. Solidarność apeluje o zakończenie likwidacji TVP, PR i PAP. Dziennikarze nazywają ten proces likwidacją fikcyjna. W środę podczas posiedzenia Rady Programowej TVP, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przedstawiło swoje stanowisko ws. tzw. karty powinności telewizji publicznej. „Stanowczo sprzeciwiamy się likwidacji m.in. TVP Historia, TVP Dokument, TVP Kobieta, TVP Nauka i Alfa TVP” – napisano w uchwale ZG SDP.

Przewodnicząca Rady Programowej TVP w likwidacji Barbara Bilińska podkreśliła, że pracując 30 lat w mediach nie zetknęła się jeszcze z tak trudną sytuacją mediów publicznych. „Chciałabym zając się budową wizji mediów publicznych, które są pluralistyczne, odpowiedzialne i wiarygodne” – powiedziała Bilińska.

Stanowisko ZG SDP

Rada Programowa TVP zebrała się, aby uzyskać opinię na temat tzw. karty powinności TVP. Dokument wyznacza kierunki produkcji publicznego nadawcy. Prace nad kartami powinności koordynuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

Swoje stanowisko w tej sprawie przedstawiło podczas posiedzenia rady Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Zarząd Główny SDP nie uznaje bezprawnego przejęcia przez rząd mediów publicznych i ich fikcyjnej likwidacji. SDP zapewniło jednak, że pamięta o społecznej wartości TVP, PR  i PAP.

TVP od strony al. Niepodległości zdj. hub

„ZG SDP pozytywnie przyjmuje inicjatywę Przewodniczącej Rady Programowej TVP w likwidacji, by włączyć do prac nad nową Kartą Powinności Telewizji Polskiej przedstawicieli związków zawodowych oraz organizacji społecznych (…)” – napisali członkowie ZG SDP.„W sytuacji bezprawnego przejęcia mediów publicznych w grudniu 2023 roku oraz wywołanego tym działaniem kryzysu wizerunkowego i programowego mediów publicznych jest to pierwszy krok w kierunku naprawy obecnej sytuacji” – podkreślono.

„Stanowczo sprzeciwiamy się likwidacji m.in. TVP Historia, TVP Dokument, TVP Kobieta, TVP Nauka i Alfa TVP, co zostało zasygnalizowane w odrzuconym w listopadzie 2024 r. przez KRRiT projekcie Karty Powinności TVP na lata 2025 -2029″ – dodano. „To niezwykle wartościowe kanały (anteny programowe), które z sukcesami realizują misje mediów publicznych, gdy są dobrze zarządzane (…) – napisano w stanowisku ZG SDP.

Solidarność TVP: zakończyć likwidację mediów publicznych

Telewizyjna Solidarność dystansuje się od polityki, ale apeluje o jak najszybsze zakończenie stanu likwidacji mediów publicznych. Zdaniem związkowców to zjawisko negatywnie wpływające m.in. na pracowników. Przewodniczący KZ „S” w TVP Bogdan Wiśniewski tłumaczył że nie sposób rozmawiać o zakończeniu likwidacji mediów publicznych bez kontekstu finansowania. „Należy postawić na treści, które możemy wyprodukować”. W taki sposób wyjaśnił cały proces Wiśniewski.

Przyszłość TVP w likwidacji nie jest jasna
hub

W stan likwidacji postawiono TVP, Polskie Radio i Polska Agencję Prasową w grudniu 2023 roku. Było to po bezprawnym przejęciu przez rząd mediów publicznych. Wolniono wiele osób, zastraszano pozostałych. Media publiczne stały się dla ekipy premiera Donalda Tuska rezerwą atrakcyjnych stanowisk dla ludzi koalicji. Likwidacja nazywana otwarcie fikcyjną miała być zabezpieczeniem przed ewentualnymi protestami i strajkami załóg TVP, PR i PAP.

Niegrzeczni członkowie rady

Podczas posiedzenia Rady Programowej TVP w likwidacji dwaj jej członkowie wybrani z rekomendacji PO [oraz Towarzystwa Dziennikarskiego – przypis red. 23.10.2025 r. g. 18.20] przeszkadzali gościom w wypowiedzi i przerywali związkowcom oraz przedstawicielom stowarzyszeń. Byli to dziennikarz i polityk Platformy Obywatelskiej Krzysztof Luft, były członek KRRiT i dziennikarz Jarosław Szczepański.

Najpierw jednak, także w obecności gości, Krzysztof Luft zwracał uwagę szefom rady programowej, że karta powinności TVP w likwidacji nie powinna być konsultowana właśnie przez radę. Luft dodał, że informacje o możliwej likwidacji anten programowych w telewizji publicznej nie są jawne.

Członkowie rady przekonywali byłego członka KRRiT, że wiadomości o likwidacji kanałów programowych są faktem medialnym, a naturalną kompetencją RP TVP jest właśnie opiniowanie decyzji władz państwowej telewizji.

Obecny na spotkaniu wieloletni urzędnik z Woronicza Sławomir Zieliński będący teraz dyrektorem w TVP ds. programu, przekonywał, że sprawa ewentualnej likwidacji kanałów nie jest przesądzona i jeszcze nie wskazano, które anteny znikną.

Czy Luft pracuje w TVP i czy tam zarabia?

 

Wiceprzewodniczący rady Programowej TVP Robert Walenciak podczas obrad

Posiedzenie Rady Programowej TVP w likkwidacji 22 października 2025 roku – Krzysztof Luft (pierwszy z prawej – w okularach)
zdj. hub

zapytał Krzysztofa Lufta, czy prawdą są medialne doniesienia o tym, że były polityk PO jest teraz konsultantem, doradcą władz TVP w likwidacji. Luft wykręcał się od odpowiedzi. Walenciak zapytał wówczas, czy Luft bierze pieniądze bądź pensję za doradztwo w TVP będąc jednocześnie członkiem rady programowej państwowej telewizji. „Nie muszę odpowiadać” – odparł Luft. Wtedy Lufta zaczął bronić Jarosław Szczepański. Przerywał członkom rady pytającym Lufta o jego rolę w TVP.

Kiedy wypowiadali się zaproszeni na obrady goście, Luft i Szczepański też im przerywali. piszącemu te słowa, również ci sami dwaj panowie, zakłócali wypowiedź i odczytywanie uchwały Zarządu Głównego SDP.

 

Kiedy po przedstawieniu uchwały zwróciłem uwagę na to, że w bezprawnie przejętej dwa lata temu TVP, spółce państwowej w fikcyjnej likwidacji jest wiele do wyjaśnienia także mi przeszkadzano. Powiedziałem, że do wyjaśnienia jest nie tylko domniemane doradztwo Krzysztofa Lufta szefom TVP i jego wynagrodzenie. W tym momencie obaj, Krzysztof Luft wraz ze Jarosławem Szczepańskim, wyraźnie mnie zaatakowali. Personalnie. A Szczepański mówił coś o odpowiedzialności SDP za poprzednich rządów, ale dokładnie nie zrozumiałem, bo krzyczał i na jego słowa nakładał się głos siedzącego obok Lufta.

Posiedzenie Rady Programowej TVP w likwidacji 22 października 2025 roku – od prawej Jarosława Szczepański, Krzysztof Luft
zdj. hub

Członkowie RP TVP: jaka jest rola Krajewskiego?

Nie przejmując się specjalnie natarczywym atakiem dwóch członków rady rekomendowanych przez PO, wyjaśniłem, że przed radą programową telewizji publicznej stanął również Andrzej Krajewski podający się za reprezentanta Towarzystwa Dziennikarskiego, którego rola w mediach publicznych jest dosyć dwuznaczna.

Krajewski bowiem od wiosny br. jest członkiem powołanej przez ministra sprawiedliwości (wówczas Adama Bodnara teraz nadzorują ją Waldemar Żurek)  tzw. komisji antyrepresyjnej, która „bada” „nadużycia PiS” w latach 2015 -23 w mediach publicznych. Instytucja nadal działa przy MS i publikuje tzw. raporty. Bywa nazywana komisją ds. tropienia dziennikarzy, którzy znaleźli się na celowniku rządu premiera Donalda Tuska od grudnia 2023 roku.

Komisja polityczna a w niej dziennikarz TD

Andrzej Krajewski przyszedł na posiedzenie RP TVP w likwidacji jako reprezentant Towarzystwa Dziennikarskiego. Od wiosny br. Krajewski zasiada w tzw. komisji antyrepresyjnej badajacej przypadki „szykanowania” mediów i dziennikarzy” przez PiS” w latach 2015 – 2023 zdj. hub

Oprócz Andrzeja Krajewskiego w komisji zasiadają m.in. znana ze sprawy siłowego i bezprawnego przejęcia mediów publicznych adwokat Sylwia Gregorczyk-Abram, która – zdaniem mediów –  miała być (razem z szefami PR, PAP i TVP) w tzw. grupie Wejście koordynującej nielegalne i siłowe przejęcie mediów publicznych w nocy z 19 na 20 grudnia 2023 roku oraz działaczka proaborcyjna Klementyna Suchanow.

Gregorczyk-Abram jest szefową komisji, w której istotną rolę pełni od pól roku Andrzej Krajewski – delegowany przez Towarzystwo Dziennikarskie na środowe posiedzenie Rady Programowej TVP w likwidacji. Ani jej szefowa, ani jej członkowie nie wiedzieli nic o funkcji Krajewskiego.

W opinii mediów, w komisji Ministerstwa Sprawiedliwości Krajewski, ma zarabiać lub otrzymywać wynagrodzenie w wysokości kilkunastu tysięcy złotych, mniej więcej tyle ile wiceminister. Tak jak zresztą każdy członek komisji. Gdy członkowie rady programowej zaczęli się interesować rolą w jakiej Andrzej Krajewski przyszedł na obrady, ten zaczął coś wykrzykiwać. Siedzący bliżej uczestnicy posiedzenia mówili mi, że nie były dla mnie miłe słowa…

 

Hubert Bekrycht/ Biznes Alert/ sdp.pl/ X/ blue sky

 

 

 

 

 

 

Laureaci Nagrody SACHAROWA: MZIA AMAGLOBELI i ANDRZEJ POCZOBUT

Dwoje dziennikarzy uwięzionych przez prokremlowskie władze Białorusi i w Gruzji: Andrzej Poczobut i Mzia Amaglobeli zostali laureatami Nagrody Sacharowa za wolność myśli w 2025 roku. Nagroda  ma być wręczona przez Parlament Europejski 16 grudnia br. Andrzej Poczobut polski dziennikarz siedzący od lat w białoruskim więzieniu jest laureatem wielu nagród i wyróżnień, m.in. Nagrody Wolności Słowa SDP przyznanej w 2021 roku.

Przewodnicząca PE Roberta Metsola ogłaszając nazwiska laureatów podkreśliła, że Nagrodę Sacharowa PE przyznał za to tych dwoje dziennikarzy walczy o wolność swoich krajów.„(…) Oddajemy hołd dwóm dziennikarzom, których odwaga jest światłem nadziei dla wszystkich, którzy odmawiają milczenia. Oboje zapłacili wysoką cenę za mówienie prawdy w obliczu władzy, stając się symbolami walki o wolność i demokrację” – powiedziała Metsola.

Mzia

Mzia Amaglobeli, to gruzińska dziennikarka i dyrektorka internetowych portali informacyjnych Batumelebi i Netgazeti. Aresztowano rją styczniu 2025 roku. Zarzut: udział antyrządowych protestach w Gruzji.

W sierpniu br. została skazana na dwa lata więzienia z powodów politycznych.

Andrzej Poczobut i Mzia Amaglobeli: laureaci Nagrody Sacharowa 2025 © L.S/ Belta AFP & Z.T/Netgazeti
żródło zdj. PE

 

Andrzej

Andrzej Poczobut – dziennikarz, bloger i działacz mniejszości polskiej na Białorusi. Otwarcie i ostro krytykował promoskiewski reżim Łukaszenki. Znane są jego publikacje na temat historii i praw człowieka. Poczobut był wielokrotnie aresztowany.

Przetrzymywany od 2021 roku, został skazany na osiem lat kolonii karnej. Jego stan zdrowia od tego czasu się pogorszył.

 

Poczobut – laureat Nagrody Wolności Słowa SDP

Przypominamy fragment tekstu z portalu SDP sprzed ponad czterech lat:

Andrzej Poczobut, uwięziony przez reżim Łukaszenki korespondent z Białorusi, członek Zarządu Głównego Związku Polaków na Białorusi, został laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  17 czerwca [2021 r. – red] w Warszawie odbyło się ogłoszenie wyników 28. edycji Konkursu SDP.

W imieniu przebywającego od 25 marca 2021 roku w areszcie na Białorusi Andrzeja Poczobuta, wyróżnienie odebrała Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor Telewizji Biełsat [zwolniona 12 marca 2024 r. po bezprawnym przejęciu mediów publicznych przez rząd Donalda Tuska – red.].

Prowadzący uroczystość prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński przed wręczeniem Nagrody powiadomił, iż Zarządowi SDP udało się porozumieć z przebywającym w więzieniu laureatem i jego życzeniem było, żeby nagrodę w jego imieniu odebrała podczas uroczystej Gali właśnie Agnieszka Romaszewska-Guzy.

Anna Popek i Krzysztof Skowroński prezes SDP w l. 2011 – 2024 ogłaszający, że Nagrodę Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich otrzymał Andrzej Poczobut – gala Nagród SDP 17 czerwca 2021 roku, Dom Dziennikarza przy Foksal w Warszawie – zdj. SDP

W uzasadnieniu przyznania Głównej Nagrody Wolności Słowa czytamy, że nasz kolega został jej laureatem „za publikacje w obronie demokracji i praworządności, demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka”.

Był to fragment z sdp.pl z czerwca 2021 roku