Władza i dziennikarze – analiza ŁUKASZA WARZECHY

O tym, że władza zamierza zabrać się za tłumienie wolności słowa i za dziennikarzy, opozycyjni publicyści mówią i piszą od dawna. Mówią i piszą swobodnie, więc najwyraźniej tłumienie wolności słowa jeszcze nie nastąpiło.

 

Agnieszka Kublik napisała ostatnio, że sposobem na uciszenie mediów krytycznych wobec władzy będzie uchwalenie zapowiadanej w programie PiS ustawy, powołującej obligatoryjny samorząd dziennikarski. Myślę, że się myli. Samorząd dziennikarski to jeden z tych licznych pomysłów PiS, którego medialne echo jest odwrotnie proporcjonalne do prawdopodobieństwa realizacji.

 

Często też pojawiają się porównania z sytuacją na Węgrzech, gdzie faktycznie zakres oddziaływania mediów wobec Fideszu opozycyjnych został bardzo zredukowany. Tyle że Viktor Orbán działał całkiem inaczej niż Jarosław Kaczyński. Najpierw pozwolił się swoim zaufanym kolegom wzbogacić na państwowych zamówieniach, a gdy mieli już dość pieniędzy, zaczęli przejmować media. Z punktu widzenia strategii politycznej to dobra metoda, bo te media – nawet w przypadku zmiany władzy – pozostaną w rękach obozu Fideszu. W Polsce tymczasem nie ma prywatnej elity finansowej czy wręcz oligarchii, sprzyjającej PiS. PiS jej nawet nie próbował wytworzyć, ponieważ byłoby to sprzeczne z dwoma jego opowieściami: tej o przeciwstawieniu „zwykłych Polaków” „złym elitom” i „bogaczom” oraz tej o wyższości państwowego nad prywatnym. Nie ma zatem prywatnych podmiotów, zdolnych do przejmowania mediów. Była tylko jedna taka próba, która skończyła się kompletną klęską – przejęcia Radia Zet przez grupę medialną braci Jacka i Michała Karnowskich. Ale bracia Karnowscy przy takim na przykład Andy Vajna (zmarłym w styczniu) to pikusie. Wartość majątku tego węgierskiego oligarchy, mającego także udziały w mediach, szacowano na ćwierć miliarda dolarów.

 

Jeśli ktoś odgrywa przy PiS rolę ludzi takich jak Vajna czy – od kilku już lat na kontrze wobec Orbána, ale wcześniej jego wierny towarzysz – Lajos Simicska, to są to prezesi dużych spółek skarbu państwa. Ma to tę zaletę, że jednym ruchem można ich pozbawić mocy, nie ma więc ryzyka takiego, jakie poznał Orbán w przypadku zwrotu Simicski. Z drugiej strony w razie zmiany władzy wszystko przepada.

 

Czy to znaczy, że nie ma zagrożenia? Przyjemnie byłoby tak myśleć, ale to niestety nieprawda. Zagrożenia są.

 

Pierwszym z nich, które może być motorem niekorzystnych zmian, jest niezwykle niski próg tolerancji obecnej władzy na medialną krytykę. Jasne, każda władza lubi, kiedy się jej kadzi, a nie lubi, kiedy się ją krytykuje. Platforma i Donald Tusk osobiście byli przekonani, że mają przeciwko sobie nawet te media, które powszechnie były uważane za jednoznacznie sprzyjające tej opcji. PiS jednak Platformę przebija i to tym bardziej, im dłużej rządzi. Z opowieści o ręcznym sterowaniu w mediach publicznych można by złożyć naprawdę długi tekst. Lista dziennikarzy, którzy zostali usunięci, bo choć mieli konserwatywne poglądy lub też ze wszystkich sił zachowywali neutralność, nie byli dość gorliwi w popieraniu władzy, też nie jest krótka. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, z racji podziału kompetencji zajmujący się mediami, co chwila powtarza, jak strasznie się one zachowują (te nieprzychylne), obraża dziennikarzy (kilkakrotnie w skandaliczny sposób określając dziennikarzy Onetu), a przyciśnięty do muru, jak w rozmowie z Robertem Mazurkiem, pokrzykuje, traci kontrolę nad sobą i sam się obraża. To nie wróży dobrze.

 

Drugie zagrożenie to plan dekoncentracji mediów, o którym zresztą ostatnio znów wspominał Piotr Gliński. „Sytuacja medialna w Polsce nie spełnia standardów europejskich, dlatego jak najszybciej trzeba zdekoncentrować media” – powiedział podczas spotkania sejmowej Komisji Kultury. Z pierwszą częścią zdania zdecydowanie się zgadzam – gdy idzie o media publiczne, ale obawiam się, że Gliński nie to miał na myśli. A nawet na pewno nie to, wziąwszy pod uwagę drugą część jego wypowiedzi.

 

O dekoncentracji (zwanej wcześniej repolonizacją) pisałem już wielokrotnie, w tym na portalu SDP (tutajtutaj), wyjaśniając, dlaczego uważam ją za pomysł fatalny, zagrażający realnie wolności słowa. Nie będę powtarzał swojej argumentacji – nic się w niej nie zmieniło, bo też rząd i zwolennicy dekoncentracji nie przedstawili żadnych nowych argumentów. Mogę tylko powtórzyć, że analizując pomysły dekoncentracyjne oraz ogólne nastawienie władzy wobec tych redakcji, które nie są do niej nastawione entuzjastycznie, muszę dojść do wniosku, że dekoncentracja ma za jedyny cel uderzenie w te właśnie media. Nie miałoby to natomiast nic wspólnego z uzdrawianiem sytuacji mediów w Polsce.

 

Pytanie brzmi: czy któryś z pomysłów zostanie faktycznie zrealizowany. Są argumenty przeciw i za. Przeciw przemawia fakt, że musiałoby to oznaczać nie tylko impuls dla mobilizacji opozycji, ale i początek nowego, niewykluczone że najostrzejszego dotąd konfliktu z Brukselą – a tymczasem właśnie zaczyna się kolejny, tradycyjnie już o sądownictwo. Sprawa mediów otwierałaby całkiem nowy front. Trzeba też pamiętać, że reguły dekoncentracyjne uderzyłyby identycznie we wszystkie media, nie tylko w będące niemiecką własnością, choć te są przywoływane przez władzę jako chłopiec do bicia. A to już mocno komplikuje sytuację, choć nie ma pewności, czy struktura właścicielska mediów innych niż niemieckie pozostanie taka, jak jest teraz. Bez wnikania w detale powiedzieć można, że różne rzeczy mówi się o tym „na mieście”.

 

Za przemawia kalendarz wyborczy – po wyborach prezydenckich są potencjalne trzy lata spokoju dla rządzących, zakładając oczywiście, że wygrywa Andrzej Duda, a PiS przetrwa całą kadencję. Problemem może być również pogarszająca się sytuacja gospodarcza. Wtedy uderzenie w prywatne media pozwoliłoby przyrządzić dwie pieczenie na jednym ogniu: po pierwsze – napędzi się awanturę, która odciągnie uwagę od problemów gospodarczych; po drugie – w razie sukcesu operacji – sprawi się, że zmaleje liczba mediów krytycznych wobec sytuacji w kraju.

 

Przy czym wariant z samorządem dziennikarskim wydaje się znacznie mniej prawdopodobny, bo wymagałoby to zachowania pozorów dialogu ze środowiskiem, a żeby osiągnąć rezultat, o jakim pisze Agnieszka Kublik, trzeba by zadziałać w tej sprawie już naprawdę brutalnie. Dziennikarze zaś to mimo wszystko nie sędziowie.

 

Tak czy owak, podejście władzy do tych spraw można by określić jako „chciałabym i boję się”. Możemy sobie tylko życzyć, żeby strach przeważył.

 

Łukasz Warzecha

Żądajmy jawności rozpraw z art. 212 kk – postuluje ADAM SOCHA

Wyrok w sprawie Jana Śpiewaka jeszcze raz pokazał, że konieczne jest zniesienie klauzuli tajności w sprawach z art. 212. Okazuje się bowiem, że dla „Gazety Wyborczej” tajne akta sprawy są jawne. W tej gazecie ukazał się artykuł Wojciecha Czuchnowskiego pt. „Wyborcza” ujawnia szczegóły wyroku ws. Jana Śpiewaka. To były „skróty myślowe” (18.12.).

 

Przypominam, iż Jan Śpiewak został oskarżony z powodu wpisu w 2017 roku na Twitterze: „Boom. Córka ministra Ćwiąkalskiego przejęła w 2010 roku metodą na 118-letniego kuratora kamienice na Ochocie”.

 

„Wyborcza” zajęła się tym tematem, gdyż sprawa Śpiewaka stała się polityczna. Dla polityków obozu rządowego wyrok na Śpiewaka stał się jeszcze jednym przykładem istnienia patologicznego układu w sądach. Dlatego premier Mateusz Morawiecki  napisał: „Z Janem Śpiewakiem jestem sercem i umysłem”  i dalej: „uznanie go winnym  i zasądzenie wobec niego kary stoi w jaskrawej sprzeczności ze społecznym po czuciem sprawiedliwości”. Jana Śpiewaka przyjął prezydent RP Andrzej Duda, po tym spotkaniu działacz społeczny poinformował, iż prezydent wystąpi o jego ułaskawienie. Oświadczył też, że dwa lata temu protestował pod sądami w obronie sędziów. Teraz zmienił na ich temat zdanie.

 

O ułaskawienie Śpiewaka zaapelowało również CMWP SDP.

 

Do akcji wkracza „pistolet” „GW”, by wykazać, że wyrok był sprawiedliwy a Śpiewak nieprawdziwie oskarżał. Wojciech Czuchnowski informuje, że  uzyskał kopie akt tej sprawy „ze źródeł sądowych”.  Dziennikarz twierdzi, że sprawa kamienicy przy ul. Joteyki 13 w chwili wpisu Śpiewaka już dawno była zamknięta. Po jego pierwszym wpisie nastąpiły kolejne, wiążące dramatyczną sytuację lokatorów „z przejęciem kamienicy metodą na kuratora przez córkę ministra” oraz konferencja prasowa pod tą kamienicą 19.10.2017 roku (w momencie gdy Śpiewak startował w wyborach na prezydenta Warszawy), gdzie miał powtarzać to oskarżenie.

 

Po tej konferencji  prawniczka Bogumiła Górnikowska-Ćwiąkalska miała pisemnie zażądać zaprzestania jej oskarżania. Na rozprawie, miała zaproponować ugodę, ale Śpiewak miał tę propozycje odrzucić. Górnikowska miała wyjaśnić w sądzie, że kuratorem  Aleksandra Piekarskiego, właściciela połowy kamienicy, stała się przypadkiem, w 2008 roku. O przejęcie kurateli miał ją poprosić kolega prawnik pracujący w krakowskiej kancelarii. Poprzedni kurator ustalił, że Piekarski zmarł w 1959 roku, ale żyją jego spadkobiercy. Prawniczka, tak jak poprzedni kurator, miała zaangażować się w poszukiwanie spadkobierców, co się powiodło. Pierwszy z nich wniósł o uchylenie kurateli i 21 grudnia 2011 roku rola Górnikowskiej się kończy.

 

Z kolei Jan Śpiewak miał na rozprawie tłumaczyć, że jego zarzut dotyczył ciągnięcia tej sprawy przez 3 lata i w tym czasie podwyższanie czynszu lokatorom, do czego kurator nie miała prawa. Miał się bronić, że jego oskarżenia były wyłącznie opiniami i hipotezami, skrótami myślowymi i nigdy nie twierdził, iż Górnikowska popełniła przestępstwo.

 

Sąd I instancji skazał Śpiewaka, gdyż miał uznać, iż jego zarzuty były nieprawdziwe i miał mieć tego świadomość, a zaatakował dla korzyści politycznych (start w wyborach na prezydenta Warszawy). W rzeczywistości Górnikowska została ustanowiona kuratorem dla osoby nieznanej z miejsca pobytu , której daty urodzenia nie znała – miał ustalić sąd. – Nigdy też nie przejęła na własność kamienicy ani nie czerpała z niej korzyści. Jej honorarium miało wynieść zaledwie 180 zł.  Sąd apelacyjny utrzymał wyrok w mocy.

 

Na ten artykuł zareagował Jan Śpiewak wpisem: „Jestem wzruszony zainteresowaniem @gazeta_wyborcza moją sprawą. Ogromny tekst na całą stronę gazety a redaktor Czuchnowski nie znalazł chwilki czasu, żeby do mnie zadzwonić. Wyszło z tego to co musiało wyjść. Paszkwil. Będę walczył o odtajnienie całego materiału dowodowego”.

 

Tuż po wyroku z 13 grudnia Śpiewak napisał na fb: „Dzisiaj sad skazał mnie prawomocnym wyrokiem na 5 tys. zł grzywny i 10 tys. zł nawiązki na rzecz córki ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego” (w rządzie PO-PSL – przyp. A.Socha). Za co? Ujawniliśmy, że mec. Górnikowskabyła kuratorem 120-latka w nielegalnej reprywatyzacji kamienicy na Ochocie”. „Na jej skutek doszło do dramatu lokatorów i czterech przedwczesnych zgonów. Zostałem skazany za to, że walczyłem po stronie słabszych i sprawiedliwości”.

 

My, jako opinia publiczna, jesteśmy bezradni. Z jednej strony mamy narrację Czuchnowskiego, który nie jest wzorem rzetelności dziennikarskiej,  a z drugiej strony Jan Śpiewak podtrzymuje swój zarzut i przedstawia się jako jedyna osoba skazana w aferze reprywatyzacyjnej.

 

Sprawa jest bardzo istotna. Musimy być bowiem pewni, iż do ułaskawienia doszło, nie z powodu politycznego, instrumentalnego wykorzystania sprawy wyroku a z powodu krzyczącej niesprawiedliwości.

 

Od 30 lat środowisko dziennikarskie wszystkich opcji i odłamów zgodnie walczy o zniesienie art. 212, który umożliwia karanie więzieniem za słowa. Wszystkie po kolei rządy obiecywały jego zniesienie, ale gdy kolejna partia dochodziła do władzy, zmieniała zdanie. Tak też postąpił rząd PiS, który chciał nawet zaostrzenia tego artykułu. Według nowego zapisu pomówienie miało być ścigane nawet z urzędu. Dopiero po protestach środowisk dziennikarskich, w tym ZG SDP i Rzecznika Praw Obywatelskich, minister Zbigniew Ziobro wycofał się w maju 2019 roku z tego pomysłu.  Wówczas minister obiecywał dziennikarzom, że ich zaprosi po jesiennych wyborach na spotkanie, żeby „podyskutować jak ten przepis wyglądałby w przyszłości, czy jak go zmienić”.

 

ZG SDP powinien wyegzekwować od ministra tę obietnice i spotkać się w tej sprawie. Sprawa Jana Śpiewaka jest znakomitym do takiego spotkania powodem. Osobiście jestem realistą i wiem, że politycy nie wypuszczą z rąk tej pałki na dziennikarzy w postaci art. 212. Dlatego uważam, że trzeba chociaż wywalczyć zniesienie tajności w procesach dotyczących dziennikarzy. Sąd opinii publicznej musi mieć prawo do wyrobienia sobie własnego zdania, gdy rzecz idzie o wolność słowa, tej ostatniej barykady wolności człowieka.

 

Adam Socha

Inteligentne roboty bez twarzy – MIROSŁAW USIDUS o tym, jak maszyny zastępują dziennikarzy

Charyzmatycznego prawnika, jak ci z filmów, który potrafi pięknie i przekonująco wystąpić w mowie końcowej, maszyna nie zastąpi. Ale jego pomocników, researcherów i szperaczy, których też znamy z filmów, i owszem. Podobnie jest w dziennikarstwie. Roboty w fachu prawniczym to, przynajmniej za oceanem, rzecz już powszechna. Redakcje też zaczynają się zapełniać najnowszą technologią.

 

Według niedawno opublikowanej w „The New York Times” analizy robotyzacji w newsroomach, już mniej więcej jedna trzecia treści publikowanych przez Bloomberg News wykorzystuje jakąś formę automatyzacji. System wykorzystywany przez firmę, nazywany Cyborg, w pełnym wymiarze godzin wspiera dziennikarzy agencji w przygotowywaniu tysięcy raportów giełdowych i opracowań kwartalnych sprawozdań finansowych spółek.

 

Program analizuje raporty finansowe firm natychmiast po ich publikacji i w ekspresowym tempie generuje materiały informacyjne podające najistotniejsze fakty i dane liczbowe. Człowiekowi, nawet doświadczonemu reporterowi finansowemu, zajmuje to znacznie więcej czasu, nie mówiąc już o tym, że to robota dla ludzi zwykle niezwykle nudna, żmudna i podejmowana z niewielkim entuzjazmem.

 

Cyborg dzielnie wspomaga Bloomberga w ostrej, konkurencyjnej walce z Reutersem, głównym rywalem w branży dziennikarstwa giełdowego i finansowego, który ma swojego robota dziennikarskiego – Lynxa. Obie renomowane agencje muszą mierzyć się z nowymi graczami na rynku informacji gospodarczej, funduszami hedgingowymi, które na pełni gwizdek wykorzystują algorytmy sztucznej inteligencji, służąc swoim klientom najświeższymi danymi finansowymi.

 

Zrobotyzowana reporterka finansowa, połączona z publikacją we wszelkich dostępnych kanałach społecznościowych, to w wielu amerykańskich firmach medialnych właściwie już rutyna. Druga dziedzina, w której robo-dziennikarze od lat wykazują się szybkością i dokładnością to wyniki przeróżnych rozgrywek sportowych, oferowane już od 2014 roku przez Associated Press i „The Washington Post”.  „The Los Angeles Times” z kolei zatrudnił automat do produkcji doniesień o trzęsieniach ziemi.

 

„Washington Post” też ma własnego robota-reportera o nazwie Heliograf. Wykazał swoją przydatność w relacjonowaniu letnich igrzysk olimpijskich w 2016 roku i wyborów prezydenckich w 2016 roku. W zeszłym roku, gazeta i jej maszynowy dziennikarz zostali wyróżnieni dorocznym konkursie Global Biggies Awards, w kategorii Excellence in Use of Bots, w której nagradza się osiągnięcia w wykorzystaniu big data i sztucznej inteligencji. Nieco ironiczny, a może dla niektórych złowieszczy, wydźwięk ma fakt, że wręczenie tych nagród odbyło się w auli Uniwersytetu Columbia o nazwie Pulitzer Hall.

 

Wąchanie w poszukiwaniu tematu i podsuwanie szkiców

 

O ekspansji robotów w mediach już kiedyś na portalu SDP pisałem. Jednak wciąż pojawiają się kolejne, coraz dalej idące, pomysły na wykorzystanie maszyn w redakcjach, zatem aktualizacja w tej dziedzinie nie zaszkodzi.

 

Wspomniane AP, ale także „Washington Post” i Bloomberg stosują na przykład od niedawna wewnątrzredakcyjne systemy alarmowe sygnalizujące anomalie pojawiające się w danych. Reporterzy (wciąż ludzie), gdy widzą alarm, podejmują na podstawie tych sygnałów decyzje, czy anomalia w danych to potencjalny „temat”, czyli szansa na ciekawy materiał dziennikarski. W praktyce taki alarm może wyglądać choćby tak jak ustawiony przez „The Washington Post” podczas igrzysk olimpijskich mechanizm odnotowywania wyników o 10 proc. wyższych lub niższych od rekordów w danych konkurencjach.

 

„The Wall Street Journal” i Dow Jones eksperymentują z kolei z technologią, która ma pomóc w realizacji przeróżnych zadań redakcyjnych, np. transkrypcji wywiadów z dźwięku na tekst a nawet do pomocy w identyfikacji tzw. „deep fakes”, czyli sfabrykowanych obrazów i filmów przedstawiających postacie wygenerowane przez zaawansowane algorytmy AI.

 

Szacowny „Forbes” poinformował kilkanaście miesięcy temu, że testuje zintegrowane z systemem internetowej publikacji CMS, narzędzie o nazwie Bertie (od imienia założyciela magazynu z 1917 r.), którego celem ma być dostarczanie dziennikarzom szkiców i szablonów artykułów. Jak to działa w praktyce? Na przykład, dziennikarz „Forbesa” specjalizujący się w pisaniu o przemyśle samochodowym może od systemu otrzymać propozycję treści potencjalnego artykułu na temat, dajmy na to, Tesli. Towarzyszą jej linki do innych ważnych artykułów opublikowanych na ten temat zarówno w „Forbesie”, jak również na innych stronach internetowych, związanych z tematem. Narzędzie dostarcza również sugestii obrazów, które mogłyby ilustrować artykuł.

 

Jak zapewniał w wypowiedziach w mediach Salah Zalatimo, dyrektor ds. cyfrowych w Forbes Media, w chwili obecnej Bertie nie generuje treści, które są gotowymi i w pełni zadowalającymi materiałami do publikacji. Służy raczej jako „punkt wyjścia do dalszej pracy”. Według danych wydawnictwa, od czasu wprowadzenia nowego systemu CMS w lipcu 2018 r. portal podwoił miesięczną liczbę regularnych odwiedzających.

 

Opis robota „Forbesa” przywodzi na myśl raczej użytecznego asystenta, researchera współpracującego z autorem, niż zrobotyzowaną alternatywę dla dziennikarzy. Nie zapominajmy jednak, że firma nieomal jednocześnie z premierą Bertiego zaczęła mówić o „narzędziu AI do pisania artykułów”. Niezbyt jeszcze dokładnie określony produkt, z nieznaną jeszcze datą wprowadzenia na rynek, może pisać szkice artykułów, które trzeba po prostu trochę wypolerować i tylko w niewielkim stopniu udoskonalić przed publikacją. Nie zapominajmy, że systemu uczenia maszynowego uczą się sukcesywnie. Zdobywają nowe umiejętności także wtedy gdy doświadczony redaktor „poleruje i doskonali” zaproponowane przez nie teksty. Trudno nie zakładać, bo twórcy z pewnością o tym myślą, że z czasem same będą robić wszystko, od napisania tekstu po adiustację i korektę. Robotyzacja postępuje drogą małych kroków, ale postępuje nieubłaganie.

 

Zresztą roboty samodzielnie piszące całe artykuły już są znane na świecie. Na początku 2017 r. swój pierwszy artykuł w gazecie „Southern Metropolis Daily” opublikował inteligentny algorytm o nazwie Xiao Nan.  Na napisanie całkiem złożonego materiału o objętości około trzystu znaków pisarskich, poświęconego masowym podróżom obywateli Państwa Środka przed zbliżającym się wówczas chińskim nowym rokiem, algorytm potrzebował jednej sekundy. Komentujący osiągnięcie maszyny w chińskich mediach, profesor Xiaojun Wan z Uniwersytetu Pekińskiego, ocenił, że robot dobrze sobie radzi z zarówno drobnymi, jak i dużymi formami dziennikarskimi, analizując i porównując przy tym znacznie więcej danych niż ludzie. Redakcje korzystają z tych kompetencji z każdym kolejnym miesiącem częściej a odbiorcy treści rzadko sobie zdają sprawę, jak zrobotyzowane są już media, które codziennie konsumują.

 

Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, ale sporo wiadomości, które regularnie czytają, jest pisane przez sztuczną inteligencję,” mówił już we wrześniu 2018 r. cytowany przez „Forbesa” futurysta Stephen Ibaraki, założyciel/przewodniczący ONZ-etowskiej organizacji ITU AI For Good Global Summit we współpracy z Fundacją XPRIZE. „Wielu z nas spędza godziny na naszych telefonach komórkowych czytając aktualizacje newsów i powiadomienia o wydarzeniach, nie mając pojęcia że materiały te generuje dla nich AI”.

 

Każda organizacja, która zajmuje się tworzeniem treści, jest dziś pod przemożną presją, by generować je coraz szybciej i coraz bardziej redukować koszty,” mówił w serwisie Digiday rok temu Ron Schmelzer, główny analityk w Cognilytica, firmie badawczej zajmującej się sztuczną inteligencją. „Na rynku będzie coraz więcej takich narzędzi [zautomatyzowanych i zrobotyzowanych – red.], coraz efektywniej i wydajniej produkujących coraz większe ilości treści”.

 

Wypowiadając się w wywiadach prasowych czy w oficjalnych komunikatach kadra kierownicza środków masowego przekazu twierdzi zwyczajowo, że wprowadzanie opartych na algorytmach narzędzi nie stanowi żadnego zagrożenia dla dziennikarzy. „Chodzi raczej o to, aby dziennikarze mogli poświęcać więcej czasu na pracę merytoryczną, koncepcyjną i twórczą,” słyszymy. „Praca dziennikarza to kreatywność, ciekawość, opowiadanie historii, rozliczanie przedstawicieli władzy, krytyczne myślenie i formułowanie osądów – chcemy aby nasi dziennikarze na tym skupiali swoją energię,” mówi we wspominanym artykule w „NYT” Lisa Gibbs, jeden z dyrektorów w Associated Press.

 

Czy rzeczywiście kluczowa rola „czynnika ludzkiego” przetrwa w znajdujących się pod potężna presją mediach przekonamy się być może najszybciej w organizacjach takich jak AP. Agencja ta bowiem była prekursorką rozwiązań robotyzujących reporterkę. Od momentu gdy w 2014 r. zawarła umowę z Automated Insights, firmą IT specjalizującą się w oprogramowaniu do generowania tekstu, produkuje wielką masę maszynowych artykułów rocznie, głównie o tematyce sportowej i finansowej. Przez te wszystkie lata liczba generowanych przez automaty materiałów AP wzrosła z 300 do 3700 kwartalnie.

Skoro jest to firma prekursorska i chyba najbardziej zaawansowana we wprowadzaniu robo-dziennikarstwa, to zapewne właśnie tam zobaczymy, do czego to prowadzi.

 

Warto dodać, iż automatyzacja zawodów medialnych wychodzi poza otwarte na to Stany Zjednoczone. Kilka tygodni temu w edycji australijskiej „The Guardian” opublikowano pierwszy artykuł „wspomagany maszynowo”. Był to materiał opisujący regularne darowizny na rzecz partii politycznych w tym kraju.

 

Nie lękajcie się

 

Niestety (dla dziennikarzy) badania prowadzone w obszarach technologii i automatycznego pisania tekstów należących do różnych gatunków dziennikarskich trwają już w wielu miejscach na świecie. Wspominałem już na portalu SDP o pracach nad narzędziami takimi jak Quill, które uczą się konwertować różnorodne zbiory danych na spójne teksty, których jakość z iteracji na iterację rośnie. A czymże w końcu jest praca dziennikarska jeśli nie zbieraniem, kompilowaniem, syntezą danych w celu przygotowania treści. Quill, produkt firmy Narrative Science robi właśnie coś takiego.

 

Artykuły przygotowane przez ten system były publikowane na stronach internetowych uznanych wydawców, takich jak np. „Forbes”, „Guardian” czy „The Washington Post”, o czym piszę powyżej, a także w wielu mediach internetowych, które jednak niekoniecznie się tym chwalą. Sporo twórczości wzmiankowanego Quilla to tzw. custom publishing, czyli materiały zamawiane przez firmy do swoich wydawnictw, gazetek firmowych, marketingowych i podobnych. Nie jest to więc dziennikarstwo w sensie ścisłym, ale dziedzina pokrewna. Była to jednak często chałtura, na której dziennikarze nieoficjalnie mogli sobie dorobić. Jeśli przejmą to automaty, to będzie kolejny cios.

 

Kristian Hammond, twórca Narrative Science powtarzał wiele razy w wywiadach prasowych, że zautomatyzowane newsy w ciągu kilkunastu lat stanowić będą 90 proc. wszystkich wiadomości publikowanych w mediach, nie tylko internetowych. Co ciekawe, w jego ocenie, nie oznacza to wcale dramatu, bezrobocia i końca zawodu dziennikarskiego.

 

Uważa on, że dziennikarze nadal będą zajmować się swoją robotą, może poza prostymi informacjami, które i tak przecież nie były nigdy polem jakiejś szczególnie satysfakcjonującej zawodowej samorealizacji. Nadal będą pisać, komentować, analizować, rozmawiać. Na dobrą reporterkę, publicystykę, wywiady, zdaniem Hammonda, wciąż będzie miejsce i zapotrzebowanie. Nawet jeśli powstaną maszyny zdolne do tworzenia udanych ambitnych form dziennikarskich, to trudno się spodziewać, że ludzie będą chętni to czytać. Może inne maszyny, ale nie ludzie. Ludzie będą chcieli czytać, o tym co myślą i co wiedzą inni ludzie, mający w ich oczach autorytet lub sympatię, albo jedno i drugie.

 

Tak uważa szef Narrative Science i patrzy na sprawę nieco inaczej niż zwykle jest to postrzegane. Jego zdaniem, maszynowy, zautomatyzowany „newswriting”, poszerzy rynek informacji, Ma tak być, ponieważ komputery wydobywają i przetwarzają ogromne ilości danych w celu uzyskania bardzo dokładnych, wielostronnych raportów, do których z powodu zwykłych ludzkich ograniczeń nie byłby zdolny żaden dziennikarz. Pojawią się informacje, których wcześniej nie było, możliwości personalizowania, fragmentaryzacji, specjalizacji treści, które były dotychczas zupełnie poza zasięgiem mediów, nie tylko ogólno tematycznych, ale także tych branżowych i specjalistycznych.

 

Twój robot przeczyta ci twój dziennik

 

Google zapowiedział w ostatnim czasie, że jego znany wielu ze smartfonów cyfrowy asystent będzie stanie się „gospodarzem wiadomości” serwowanych z podłączonych urządzeń od różnych partnerów medialnych. Prowadzącego serwis wiadomości robota wywoływać będzie dostępna od kilku tygodni funkcja nazwana „Your News Update” po której uruchomieniu trzeba poprosić Asystenta Google o przeczytanie wiadomości. Automat jest nawet w pewnym sensie lepszy niż czytane serwisy radiowe i dzienniki telewizyjne, bo przedstawia serwis spersonalizowany, dostosowany do indywidualnych ustawień i historii, inaczej niż to jest w zwykłych mediach. Jest to więc nie tylko dziennikarz-robot, ale w dodatku par excellence – twój robot.

 

Funkcja ta na razie jest dostępna jedynie w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, jednak w przyszłym roku zostanie rozszerzona na inne kraje, dla osób posiadających kompatybilne smartfony i podłączone głośniki. Podobną usługę o nazwie „flash briefing” od pewnego czasu oferuje również Amazon – w swoich urządzeniach ze sztuczną inteligencja konwersacyjną Alexa. Jeśli więc dziennikarze radiowi i telewizyjni myśleli, że bój z maszynami o stanowiska pracy dotyczy jedynie redaktorów piszących, to na pewno są w błędzie.

 

Robotom tym brakuje jeszcze zwykle twarzy, choć niekiedy można natrafić na pierwsze próby nadania maszynowym pracownikom mediów wizerunku, takiego np. jak mają wygenerowani cyfrowo prezenterzy TV zademonstrowani niedawno przez chińską agencję Xinhua, w których pisałem rok temu. Jak podkreśla Xinhua, prezenter-awatar może pracować 24 godziny na dobę, bez snu, urlopu, żądań podwyżki i zapisywania się do związków zawodowych.

 

Kto zna syntezatory mowy, takie jak nasza rodzima Ivona, ten wie, że gdy ma się gotowy spisany tekst, to wypowiedzenie go przez maszynę już nie stanowi wielkiego problemu. Wspomniany Asystent Google też czyta napisane teksty, czy to jest treść SMS-a, czy artykuł informacyjny. Tekst może napisać człowiek, ale, jak widać z wcześniejszych przykładów robotów pracujących już w redakcjach prasowych, proste teksty, informacje, depesze newsowe, piszą automaty. Zatem co maszyna napisała – maszyna może przeczytać, a wygenerowany cyfrowo awatar opatrzy to nawet uśmiechem i życzeniami miłego dnia.

 

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, to nasuwa się wniosek, że w miarę postępów zrobotyzowanej reporterki, rosnąć będzie również automatyzacja i algorytmizacja po stronie odbiorcy. Spójrzmy na to, jak działa robot takiego typu jak Google Asystent. Jeśli postawi mu się za zadanie przygotowywanie serwisów o tematyce gospodarczej na podstawie oceanu informacji, w coraz większym stopniu, jak wiemy, generowanych przez maszyny, to robot stanie się w istocie odbiorcą (czytelnikiem!) materiałów generowanych przez inne roboty, a w konsekwencji niejako pośrednikiem filtrującym, przygotowującym i odkrywającym sens w nasilającej się, masowej lawinie danych.

 

Zatem nawet ostatnia rubież dziennikarstwa i publicystyki, rola gatekeepera, komentatora, interpretatora i przywódcy opinii, może w efekcie zostać zagrożona przez wszechogarniającą robotyzację. Pozostaje mieć nadzieję, że dla ludzi, oprócz szybkości i dokładności informacji, emocjonalnie ważny pozostanie „czynnik ludzki” w mass mediach. Wydaje się jednak, że pierwszy maszynowy publicysta, który trafniej np. przewidzi wynik wyborów niż cała rzesza komentatorów z krwi i kości, może „zniszczyć system” i tę kruchą ludzką nadzieję pogrzebać.

 

Mirosław Usidus

Symptom „Borubara” – ŁUKASZ WARZECHA o dorabianiu gęby przez hejterów

Czy pamiętają państwo „Borubara”? O „Borubarze” trąbiły media nieprzychylne prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu po jednej z jego publicznych wypowiedzi, po jednym z meczów polskiej reprezentacji. Ówczesny prezydent miał takie właśnie miano nadać polskiemu bramkarzowi, Arturowi Borucowi.

 

Ileż było wtedy śmiechu! Nawet jeśli nie padało to wprost, przesłanie podających sobie dalej wieść o „Borubarze” było takie, że prezydent Kaczyński jest idiotą, nie znającym nawet nazwiska bramkarza, którego przed chwilą oglądał na boisku.

 

Tyle że, jeśli posłuchało się wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego uważnie, można było usłyszeć, że mówi on „Boruc bardzo…”, lecz jako że zmarły tragicznie prezydent miał raczej średnią dykcję, w pierwszym momencie brzmiało to zestawienie istotnie jak „Borubar”. Trudno jednak uznać, że dziennikarze, politycy czy ktokolwiek słuchający uważnie nie był w stanie rozróżnić w końcu dwóch wyrazów.

 

Wyobrażam sobie, jaką traumą musiało być dla Lecha Kaczyńskiego zmierzanie się na co dzień z masą komentarzy, robiących z niego z różnych powodów kretyna. Warszawski inteligent z dużym dorobkiem publicznym i politycznym, z dobrego domu, erudyta, był sprowadzany do jednego językowego lapsusu (a i to nieprawdziwego) jednej niezręcznej wypowiedzi czy jednego zdjęcia z trzymanym do góry nogami szalikiem z napisem „Polska” (fotografia zrobiona moment przed tym, jak Lech Kaczyński szalik przekręcił na właściwą stronę). Żeby to znosić, trzeba było mieć cierpliwość świętego. Przy czym Kaczyńskiemu było jednak o tyle łatwiej, że istniała grupa twardo go broniących. Mimo to „Borubar” trwał bardzo długo jako sztandarowy dowód na głupotę prezydenta, a myślę, że dla niektórych nadal nim jest.

 

Publicyści stają się z czasem osobami publicznymi – jedni bardziej, inni mniej. Ja przekonałem się, że w takiej sytuacji nie ma żadnej taryfy ulgowej. Że symptom „Borubara” działa tu cały czas. Przeciwnicy – dotyczy to zwłaszcza tych publicystów, którzy mają wyraziste poglądy i wielu osobom podpadli – nie będą patrzeć na nas poprzez całość naszych dokonań, wiele napisanych tekstów, dorobek. Gdy tylko nadarzy się okazja – jeden błąd, lapsus, wpadka – choćby całkowicie dęta, natychmiast ją wykorzystają, tak jak wykorzystywano „Borubara”.

 

Mnie przydarzyło się kilka takich sytuacji i chodzi za mną kilka takich „Borubarów”. Jeden, najbardziej zagadkowy, to „markiz ze Zgierza”. „Markiza” jestem jeszcze w stanie jakoś zrozumieć – to zapewne przytyk do rzekomego nadęcia (może tak mnie niektórzy odbierają). Ale Zgierza nijak nie jestem w stanie pojąć. Nie mam z tym miastem nic wspólnego, może tylko przejeżdżałem przez nie kilkakrotnie – w końcu jest położone obok mojej rodzinnej Łodzi.

 

 

Inna złośliwa ksywka to „Kierownik Jeziora”. Ją zawdzięczam Romanowi Kurkiewiczowi. Kiedyś, lata temu, podczas rozmowy w studiu TOK FM, Kurkiewicz cały czas przerywał mi, gdy mówiłem. Powiedziałem więc w końcu: „Może dałbyś mi dokończyć? Ja ci pozwoliłem mówić…” – na co Kurkiewicz: „A co ty jesteś – kierownik jeziora, żebyś mi miał pozwalać albo nie?”. Nie mam pojęcia, skąd on tego kierownika jeziora wziął, ale przylgnęło.

 

Była wreszcie najsłynniejsza bodaj sytuacja z zupą. Sprawa w istocie banalna. Na zorganizowanej przez prezydenta konferencji w sprawie projektu nowej konstytucji na Stadionie Narodowym w 2018 roku ustawiano w hallu poczęstunek dla gości. Dyskusje w podgrupach, toczone w salach, były, mówiąc szczerze, nudnawe, więc wyszedłem na korytarz, a tam postanowiłem skorzystać z bufetu. Gdy zacząłem nalewać sobie zupę, pojawił się ktoś z firmy kateringowej z komunikatem, że zupy nalewać sobie nie można, bo poczęstunek będzie dostępny dopiero za 10 minut (tyle brakowało do przerwy). Nie wiem, jak państwu, ale mnie wszystkie podobne sytuacje kojarzą się natychmiast z głęboką komuną z czasów „Misia” – „Jem przecież”, „Panie, panie, ja tu mięso mam” – albo z genialną książeczką Jacka Fedorowicza z tamtego czasu, zatytułowaną „W zasadzie tak”. Poczęstunek w bufecie, gość konferencji, który chce z niego skorzystać i pracownik obsługi, który oznajmia, że nie teraz, ale za dziesięć minut – Bareja wiecznie żywy. W tej sytuacji uznałem, że głupota ma swoje granice. Zupę nalałem i spytałem: „I co pan zrobi? Zabierze mi ten talerz?”.

 

Całe zdarzenie uznałem jednak za zabawne, właśnie barejowskie w duchu i tak je opisałem na swoim Facebooku – na profilu całkowicie prywatnym, widocznym tylko dla znajomych. Niestety, jeden z nich – zresztą do dzisiaj pracownik Kancelarii Prezydenta – postanowił wpis skopiować i wynieść na Twitter, czyli platformę całkowicie otwartą.

 

Reakcja twitterowego tłumu była łatwa do przewidzenia. Nie liczył się ani absurdalny klimat wydarzenia, ani jego peerelowski posmak – ważne było tylko to, że masa moich internetowych antyfanów dostała pożywkę. I nie miało żadnego znaczenia, że wspomniana osoba wpis po kilkunastu minutach skasowała. Od tego czasu słynna zupa pojawia się jako argument ostateczny (coś w rodzaju argumentum ad Hitlerum): Warzecha jest idiotą, bo chciał zjeść zupę za darmochę i kłócił się o to z kelnerem.

 

Można uznać, że to skrajnie niesprawiedliwe. Można się buntować, krzyczeć o nic nierozumiejących idiotach. Tłumaczyć, że miało się rację albo że chodzi o niewinną anegdotkę. To na nic, bo przecież nie mamy do czynienia z racjonalną oceną. Nie mówimy w takiej sytuacji do kogoś, kto chce posłuchać naszej wersji – tak jak nikogo kiedyś nie interesowało, jak naprawdę było z „Borubarem”. Wykorzystujący taką historyjkę, lapsus, drobny błąd, potknięcie nie dadzą się przekonać, że przesadzają – bo wcale nie chcą być przekonywani. Cieszą się tylko, że los podał im do ręki pałkę na nielubianego publicystę, polityka, osobę publiczną.

Możliwości są dwie. Albo robimy z takich sytuacji aferę, podążamy śladem szczególnie chamskich hejterów, może domagamy się od nich przeprosin, jak robią niektórzy dziennikarze, atakowani w mediach społecznościowych. Albo przyjmujemy, że tak po prostu musi być, taki jest urok naszej epoki i nic na to nie poradzimy. Ja opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem. Możemy najwyżej skorzystać z narzędzia, jakim jest blokowanie – co korzystającym z mediów społecznościowych polecam.

 

Łukasz Warzecha

Ziarna gniewu – JERZY SURDYKOWSKI wspomina stan wojenny

Czas drugiego obiegu uważam za najpiękniejszy okres w mojej dziennikarskiej biografii, ponieważ czułem się wtedy ludziom autentycznie potrzebny. Chociaż to, co miałem do powiedzenia, mówiłem w małym nakładzie, czasem pod pseudonimem, czasami pod nazwiskiem, ale ludzie na to czekali.

 

Dwunasty, trzynasty grudnia. Planowałem wyjazd rano jedenastego ekspresem na Kongres Kultury Polskiej w Warszawie. W przeddzień, dziesiątego grudnia, wieczorem – jak to ładnie ujęła moja żona – wysunęła się ręka Boska z Kościoła Mariackiego i rzuciła mną o oblodzony bruk krakowski. Parę dni przed stanem wojennym zrobił się cholerny mróz. Taka bezśnieżna szadź się zrobiła. I wywaliłem się dokładnie pod Kościołem Mariackim. Złamałem obojczyk. Także w stanie wojennym, jak mówili złośliwi koledzy, miałem autointernowanie, we własnym gipsie. Akurat noc z dwunastego na trzynastego była pierwszą nocą, którą w pancerzu gipsowym, to strasznie niewygodne, przespałem w domu. Przyleciał syn i mówi „tata, generał w telewizorze”. Pierwsza moja myśl była „oni tego pożałują”. Taką miałem pierwszą refleksję. Nie że strach, tylko „oni pożałują”. Potem było jak było.

 

Zawieszenie SDP stało się oczywiste, jeśli nastąpił stan wojenny to musieli nas zawiesić czy rozwiązać, to była rzecz jasna, ja nie uczestniczyłem w tych pierwszych, panicznych spotkaniach ze względu na ten gips.

 

Bardziej dramatyczne było rozbicie strajków i strzelanie u „Wujka” dzień później. Nowa Huta zaprzestała strajku po otoczeniu i po wjechaniu ZOMO przez bramę. Postanowili nie stawiać oporu, dzięki czemu tam nie było ofiar.

 

Moje odejście z „Życia Literackiego”

 

Ja nie odszedłem z „Życia Literackiego” tylko z takiego pisma „Zdanie”, które nie wydało ani jednego numeru. Wydało później, ale już w innym składzie redakcji. „Zdanie” było wydawnictwem nieperiodycznym klubu „Kuźnica”, starało się, ale nie zawsze się to udawało, być kwartalnikiem. Ukazywało się w nim wiele tekstów, które były zdejmowane przez cenzurę w normalnej prasie. Z pełną świadomością władze krakowskie tolerowały taki mały wentylik. Jak Zbyszek Regucki już wrócił od Kani, którego zastąpił Jaruzelski, to na otarcie łez przywiózł sobie zezwolenie na otwarcie nowego pisma, przydział papieru itd. – wszystko. „Zdanie” miało się stać miesięcznikiem, nawet bardzo ciekawy był skład redakcji, no to ja się przyłączyłem.

 

Machejek był do przyjęcia jeszcze jak komunizm był silny, bo się nie bał tych wielkich bonzów w Warszawie. Dzwonił Łukaszewicz z pretensjami, to on odpowiadał: „Będę w Warszawie, wódki się napijemy”. A utytułowany, doktoryzowany warszawski redaktor w garniturku, po takim telefonie spadał z krzesła ze strachu. Ale w momencie, gdy powstała „Solidarność”, Machejek z instynktem komunisty, zorientował się, że jest to dokładnie przeciwko niemu, że może dojść do sytuacji gdy on nie będzie miał redakcji, nie będzie miał sekretarki, nie będzie miał kierowcy i wtedy zaczął już od jesieni 1980 roku w różny sposób wypychać z redakcji ludzi związanych z „Solidarnością”, nie mógł tego robić w sposób oczywisty, ale stosował taki pewien rodzaj usuwania przez wypychanie. Ponieważ pozbył się w ten sposób paru ludzi, mocno się starliśmy z Machejkiem gdzieś w 1981 roku. Pomyślałem sobie – co ja się będę „kopał z koniem” pójdę do tego „Zdania”, są tam sympatyczni ludzie i sympatyczny szef i od 1 listopada 1981 roku – tak mi się zdaje – poszedłem do redakcji „Zdania” i weryfikowany byłem jako dziennikarz „Zdania”, oczywiście niezweryfikowany. Jeszcze w tym czasie wylali mnie z PZPR-u, gdzie zajęła się mną kontrola partyjna późną jesienią ‘81, a wywalili mnie tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Tak to się zbiegło z weryfikacją. Po prostu powiedziałem im co myślę; na weryfikacji byłem, na komisji kontroli partyjnej nie, napisałem im swoją odpowiedź, którą potem Krzysztof Bobiński gdzieś wywiózł do Anglii, zostało przetłumaczone i ukazało się w brytyjskim czy amerykańskim kwartalniku, tytułu nie pamiętam. To było o wszystkim, co się działo. Z tego „Zdania” to chyba więcej jak połowa nie została zweryfikowana, tam było dość dużo ludzi z Uniwersytetu, oni na Uniwersytecie zostali, ale nie pozwolono im pracować w „Zdaniu”.

 

„Zdanie” się potem ukazywało w mocno innym zespole do 1989 czy 1990 roku, to już mnie nie interesowało specjalnie.

 

Weryfikacja

 

Napisałem kiedyś tekst „Nadzwyczajny Zjazd SDP po ćwierćwieczu” z podtytułem refleksje osobiste, zacytuję fragment: „Jednym z najbardziej paskudnych poczynań reżimu generalskiego była weryfikacja dziennikarzy. Specjalne partyjno-bezpieczniackie komisje w sposób pozbawiony podstaw prawnych, oceniały czy dana osoba godna jest dalszego zatrudnienia. Jeśli ktoś z nas z własnej woli nie zrezygnował z pracy w mediach – tak jak Dariusz Fikus czy Maciej Iłowiecki, którzy odeszli z „Polityki” – znajdował się na bruku. Stefan Bratkowski jakiś czas się ukrywał, potem zaczął nielegalnie wydawać na kasetach swoje niezapomniane gazetki dźwiękowe. Ja jakoś utrzymywałem się z publikowania tekstów przemycanych za granicę, głównie do USA. Maciej Szumowski został nocnym stróżem, Maciej Wierzyński – taksówkarzem, Jacek Maziarski – antykwariuszem. I tak dalej, i tak dalej… Wszyscy pisaliśmy do prasy podziemnej. A jeszcze iluż naszych koleżanek i kolegów przewinęło się przez obozy internowania i więzienia. Ale był to dla nas niezapomniany i może nawet najbardziej owocny czas w życiu. Kadencja naszego zarządu, który – nigdy nie przerwał działalności – skończyła się dopiero na zjeździe relegalizowanego SDP w 1990 roku. Nigdy nie miałem poczucia, że jestem tak bardzo ludziom potrzebny jak wtedy i nigdy moje myśli – drukowane w małym nakładzie na byle powielaczu – nie były tak uważnie czytane. Dlatego dziękuję panu, generale Jaruzelski za te trudne, lecz owocne lata! Bez pana i bez robienia panu za złość nigdy bym się tego nie nauczył, co dziś umiem i nigdy bym nie rozumiał tego, co przez te lata zrozumiałem”.

 

Do tego fragmentu dodam taką rzecz osobistą: Przeżyłem wspaniałe satysfakcje zawodowe w okresie, kiedy funkcjonował drugi obieg, kiedy nie było mnie jako autora, z wyjątkiem „Tygodnika Powszechnego”, gdzie czasem ukazywało się tylko nazwisko i zaznaczenie ingerencji Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, a nawet i to nie, bo były tam różne targi, jeśli było dużo ingerencji, np. „to my puścimy wam trzy ingerencje, pięciu wam nie pozwolimy, dwie musicie zamilczeć”. Takie były nieformalne rozmówki.

 

Powtórzę: uważam tamten czas drugiego obiegu za najbardziej owocny, efektywny, za najpiękniejszy okres w mojej dziennikarskiej biografii, ponieważ czułem się wtedy ludziom autentycznie potrzebny. Chociaż to, co miałem do powiedzenia, mówiłem w małym nakładzie, czasem pod pseudonimem, czasami pod nazwiskiem. Ale ludzie na to czekali. A tego nie było ani przedtem, ani potem, a nie ma tego zwłaszcza teraz.

 

Wizyta papieża

 

Pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny w stanie wojennym, ta w czerwcu 1983 roku, była bardzo poruszająca, bo papież odwiedził Mistrzejowice, a kościół na Mistrzejowicach to była prawdziwa twierdza „Solidarności”, gdzie pierwsze skrzypce odgrywał ksiądz – on nie był proboszczem był wikarym, ale robił co chciał – nieżyjący już Kazimierz Jancarz, zwany przez kolegów „jajcarzem”, jego czwartkowe Msze za Ojczyznę, to były spektakle antykomunizmu. Olbrzymia sala zawsze nabita.

 

Tam poza tym działała bardzo ważna inicjatywa. Już nie wiem, kto wymyślił, bo ja wszedłem do już istniejącej, funkcjonującej instytucji – Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy (ChUR).

 

To była taka jakby szkoła aktywu, szkoła działaczy, gdzie zwykli ludzie, robotnicy, pracownicy nie tylko Huty ale i innych zakładów związani z „Solidarnością” przychodzili, żeby się uczyć. Najróżniejsi ludzie tam byli, paru dziennikarzy, ja, Kasprzyk, czasami Szumowski, przychodziło trochę ludzi z Uniwersytetu, przede wszystkim bardzo aktywny był Rysiek Terlecki, historyk. Mówiliśmy im o historii, polityce, ekonomii, nawet były wykłady i zajęcia praktyczne ze sztuki negocjacji. Myślę, że ci ludzie, którzy przeszli przez ten ChUR wiele na tym zyskali. Oczywiście były tam też bardziej konfesyjne zajęcia, choćby „O nauce społecznej Kościoła”, ale przekazywana była zupełnie świecka, przydatna wiedza, której ci ludzie gdzie indziej by nie zdobyli, bo była ona ocenzurowana.

 

I do tej twierdzy „Solidarności” przyjechał Ojciec św. Dookoła były olbrzymie tłumy, oczywiście wszyscy z palcami do góry, transparenty. Stała milicja czy też ZOMO, dość daleko, nie zbliżali się, tyle że było ich widać, pewno było ich wielu po cywilnemu. Idzie papież pozdrawia wszystkich, śmieje się, widać, że jest w swoim żywiole, za nim sznur smutnych kardynałów i biskupów z całego świata, którzy w ogóle nie wiedzą o co chodzi, modlą się albo drzemią, i jeden, który wiedział o co chodzi – kardynał Jan Król, Polak amerykański, z Filadelfii, który też znak Victorii pokazuje. Ten moment przypomniałem mu, gdy miałem przyjemność kardynała Króla uhonorować odznaczeniem państwowym. Doskonale tamto wydarzenie pamiętał, dokładnie tak jak ja.

 

Wizyta w 1983 roku, była jakby ważniejsza niż następne, była jakby kawałkiem nagle wolnej Polski. W 1987 roku, drugi obieg był już rozbudowany. Było bardzo ważne, że papież przyjechał. Byłem na Błoniach. Mnóstwo ludzi, bardzo ostra kontrola, żeby transparentów nie wnosić. Przede wszystkim oni się pokapowali, że żeby mieć transparent no to trzeba mieć kije. Jakiekolwiek laski były zakazane, przychodził dziadek o lasce, to mu laskę zabierali. Jeśli ktoś przyniósł transparent, to mógł go tylko pokazać na ręku. Ta wizyta Ojca św. w Polsce w stanie wojennym podziałała na mnie najbardziej.

 

Władze SDP w podziemiu

 

Nasz sposób komunikowania się? O dokumentach nie będę mówił, bo te wytworzone, były w Warszawie gdzieś melinowane i trzeba trafić na ich ślad. Bratkowski może pamiętać, na pewno nie w jego mieszkaniu. Pani Anna Borkowska wynosiła w niedzielę pierwszego dnia stanu wojennego jakieś dokumenty z lokalu SDP-u razem z Jackiem Kalabińskim. Była sekretarzem Oddziału Warszawskiego. Jacek – prezesem. Ona wiedziała. Wielu innych ludzi. Szkoda, że taki sympatyczny człowiek, sekretarz – ale nie generalny sekretarz jak nieżyjący już FikusJacek Ratajczak jest w Kanadzie. Odwiedziłem go w latach osiemdziesiątych w Kanadzie. Fikus bardzo się obawiał rewizji i starał się nie trzymać u siebie w domu dokumentów, ale musiał mieć miejsce, gdzie je trzymał. Może one wróciły do ich mieszkania. Nie wiem.

 

Miejsce spotkań – różne. Bywało u Anki Borkowskiej, bywało u Paszyńskiego też świętej pamięci, tylko jego żona strasznie się denerwowała jak były spotkania u Paszyńskiego. Kiedyś spotkaliśmy się w Kazimierzu, u Iłowieckiego. Raz czy dwa razy, już nie pamiętam.

 

Cały Zarząd Główny nie mógł się często zbierać w warunkach konspiracji. W całym zespole Zarządu Głównego wszyscy opowiedzieli się za kontynuacją pracy z wyjątkiem Ryszarda Niemca, który potem wstąpił do esduperelu, więc myśmy go skreślili. No i zdecydowanie po stronie władzy zaangażował się Róg-Świostek.

 

Inni bardziej lub mniej aktywnie, ale działali. Krzysztof Klinger, on dość szybko umarł, był sekretarzem.

 

Były spotkania raz na miesiąc, na dwa miesiące, ale w mniejszym gronie. Już nie pamiętam, jaki był sygnał telefoniczny: coś tam o jakiejś cioci, czy Basi, coś takiego, że wiedziałem, że trzeba przyjechać do Warszawy. W mniejszym gronie omawialiśmy, co było do załatwienia dla mnie czy dwóch, trzech osób. Spotkania w dużym gronie były bardziej niebezpieczne, ale bywały, zwłaszcza gdy trzeba było coś podpisać, to one były.

 

W pierwszym okresie wszyscy się pilnowali, później już nie, ale nigdy nie było tak, żeby ktoś przez telefon powiedział, że będzie spotkanie Zarządu. Nie pamiętam, jakie sygnały myśmy ustalali, może ustalaliśmy na spotkaniu na następne co się powie, te reguły konspiracji w latach następnych rwały się. Większa była konspiracja, jeśli chodziło o prasę podziemną, zwłaszcza taką, jak „Hutnik”, na której rozbiciu esebecji bardzo zależało.

 

Jeszcze jedna rzecz, o której nie mówiliśmy i która mi przyszła do głowy, pani pytała, czy były jakieś tytuły prasy podziemnej wydawane przez SDP: nigdy nie było prasy, którą wydawało podziemne SDP. Ale świadomie, nie usiłowaliśmy w Krakowie – wiem, że w Warszawie były jakieś próby – nie robić niczego takiego, z dwóch powodów:

raz – że lepiej by było, jeżeli ci dziennikarze, którzy chcą i potrafią się na to zdobyć, współpracują z już istniejącymi tytułami czy współtworzą nowe tytuły prasy podziemnej, ale żeby te działania były zdecentralizowane, rozśrodkowane;

dwa – to były efekty wiadomości z różnych przesłuchań. Ja zresztą też byłem przesłuchiwany, do wyjazdu mojego do Stanów na początku 1985 roku w pierwszych dniach stycznia 1985 roku, wielokrotnie zdejmowano mnie z ulicy na takie doraźne improwizowane – może nie, może oni to sobie wcześniej przygotowywali – przesłuchania godzinne, dwugodzinne, trzygodzinne, różne. Tematem, który się ciągle powtarzał, chyba mieli hopla na tym punkcie – w przesłuchaniach kolegów, jak ktoś był zatrzymany i przesłuchiwany, wzięty z ulicy, to się powtarzało, myśmy wymieniali informacje o przesłuchaniach, to ważne, o co się pytają – były dwie sprawy: działalność podziemna: „wy nie zaprzestaliście działania” oczywiście oni to wiedzieli, czy się domyślali, czy mieli dowody i drugi taki konik: Polska Parta Socjalistyczna, wmawiali, że SDP chce powołać PPS.

 

Lepiej więc byłoby, żeby SDP nie miało jakiegoś pisma, które by z tym było kojarzone, lepiej żeby członkowie nasi współpracowali z prasą podziemną i trzeba im w tym pomagać i tych, którzy chcą, nie na siłę, ale trzeba ich do tej działalności wciągać. Taką mięliśmy politykę, przynajmniej tu w Krakowie. Wiem, że w Gdańsku było podobnie. Te tematy się powtarzały na przesłuchaniach po za Warszawą i Krakowem, dość dobrze znam środowisko gdańskie i to wiem. Tak sobie zresztą ustaliłem, podzieliliśmy się między członków Zarządu, co do legalnego działania, kto się będzie opiekował jakimi oddziałami wojewódzkimi, ja sobie wziąłem Wybrzeże i oczywiście Kraków oraz Rzeszów. Wybrzeże – oczywiście dotyczyło to Gdańska, no i Szczecina, gdzie było dużo mniej ludzi, dużo mniejsza aktywność, ale też była.

 

W Szczecinie grono tych, którzy dochowali wierności SDP i „Solidarności” skupiło się wokół nieżyjącej już Anki Machay, której trzeba oddać szacunek za odwagę. Po upadku komunizmu była naczelną „Kuriera Szczecińskiego”.

 

Dziennikarze SDP-u w podziemiu

 

Może się okazać, że było więcej ludzi, którzy pisali w drugim obiegu, niż wymieniam. Maria de Hernandez-Paluch, bardzo aktywna, ona prowadziła pismo opinii „Bez dekretu”, oboje Szumowscy, czyli Maciek i Dorota Terakowska, Tadeusz Pikulicki, Jerzy Sadecki, Zbigniew Ringer, emeryt, dziennikarz sportowy, on pisywał od czasu do czasu, Lusia czyli Helena Lazar, wyrzucona dziennikarka od Szumowskiego, być może Ewa Owsiany coś pisywała, nie jestem pewien, to jest też dziennikarka od Szumowskiego, reportażystka, Andrzej Sabatowski sekretarz redakcji „Życia Literackiego”, on pracował a jednocześnie przez dwa lata redagował pisemko „Tymczasem”. Elżbieta Morawiec, Maria Palatyńska i Bogusław Rogatko, wyrzuceni z „Życia Literackiego”, na pewno Tadeusz Nyczek, krytyk, Maria Przełomiec, pracowała chyba w Radiu i pisywała do „Hutnika”, Wojtek Marchewczyk, redagował „Hutnika”, ukrywał się, bardzo ważna postać.

 

Stefan Maciejewski, na przykład nie miał żadnego kontaktu z prasą podziemną, nie wiedziałem, że tak dokładnie spisywał „czyny i rozmowy”. Z „Tygodnika Powszechnego” spływały do prasy podziemnej teksty zdjęte przez cenzurę; nie pisały do niej osoby z głównego trzonu „Tygodnika”, ale pisywali ludzie, którzy byli wokół nich. Oni mieli taką zasadę, że nie powinni się dać złapać, nie powinni dawać okazji bezpiece, ale różni ludzie, którzy się koło „Tygodnika” kręcili, czy byli na jakiś mniejszych etatach pisywali. Roman Graczyk, Jan Rogóż, Pilch coś pisywał, ale Pilch się pokazał w późniejszym okresie, Burnetko, coś robił. Wielcy może wiedzieli, że oni piszą i mieli nad nimi pewien parasol, ale sami się nie angażowali, chyba słusznie.

 

Ja uważałem, że nazwiska, adresy, co wiedziałem należy zapomnieć. Po prostu, po co pamiętać. Nigdy nie wiedziałem, kiedy wezmą na porządne spytki do bezpieki. Mnie nigdy fizycznie nie atakowano, nie było pobicia.

 

Ale są dziennikarze, których bito. Np. Tadeusza Pikulickiego pobito na ubecji. Wiedzieć tylko to, co mnie dotyczy, co ja muszę wiedzieć, żeby móc swoje robić.

 

To, że Lusia Lazar pisywała nie wiedziałem, niejednokrotnie podrzucałem jej dary, i nie wiedziałem tego. Pisywaliśmy do tego samego „Hutnika”. I bardzo dobrze, żeśmy nie wiedzieli. Ja w dalszym ciągu pewno nie wiem o wielu ludziach, którzy coś robili.

 

Była w Warszawie w połowie lat osiemdziesiątych niezależna agencja informacyjna, którą prowadził Jacek Maziarski. Pracował tam Arendarski. Przepisywał na komputerze biuletyn, który był bardzo przydatny gazetkom podziemnym, pod warunkiem, że do nich dotarł. Był problem jak ten biuletyn regularnie przewozić. Przez znajomych akurat dowiedziałem się, że postać wówczas z Piwnicy, a dziś światowej rangi – kompozytor Zbigniew Preisner jeździ co tydzień do Warszawy. Akurat jego regularne wyjazdy zbiegały się z wydaniem biuletynu, raz na tydzień. On go przywoził, wkładał do ustalonej skrytki, bardzo dzielnie to robił, bardzo regularnie. To było bezcenne dla różnych tytułów podziemnych.

 

Miejsca spotkań

 

Klub „Pod gruszką” funkcjonował początkowo w pierwszym okresie, dopóki nie powstał esduperel. Oczywiście byli tam różni tajniacy. Ale była to taka kawiarnia dziennikarska z wymianą plotek: ten to, ten tamto. Potem, jak powstał esduperel, to tam już się nie chodziło. Ja zresztą rzadko bywałem „Pod gruszką”. Była kawiarnia w Domu Literatów na Kanoniczej, gdzie mieliśmy spotkania. Potem jak powstał neo-ZLP i przejął ten dom, to w każdą środę czy czwartek ci, którzy nie wstąpili do neo-ZLP, siadywali sobie przy jednym stoliku na godzinkę czy półtorej, żeby pokazać, że jesteśmy. To Szymborska zwłaszcza organizowała, jej zależało, żeby jak najwięcej ludzi przychodziło. Klub Inteligencji Katolickiej, był ośrodkiem ważnym, tam się odbywały spotkania literackie, takie mówione pismo „Na Głos”, które po pewnym czasie było drukowane.

 

Zasady Postępowania i Zaleceń Koleżeńskich władz SDP

 

Wiele rozmów było z dziennikarzami mającymi rozterki moralne w związku z podejmowaniem pracy lub jej kontynuowaniem w reżimowej prasie. Przychodzili do mnie czy nawet dzwonili różni ludzie, na ogół to byli znani mi, którzy tak jakoś chcieli się wyspowiadać albo powiedzieć: „ja muszę, ja nie mam wyjścia, bo żona, dzieci”, albo „tak się moje życie ułożyło”.

 

Ale też sporo ludzi, którzy formalnie byli po tamtej stronie, starało się w czymś nam pomóc, przykładów parę podam. Na przykład, jak się później okazało „tajny i świadomy”, prof. Goban-Klas, medioznawca z Krakowa, potrafił przy kawce – nie w pierwszym okresie, trochę później – podrzucić mi szereg informacji ze swoich źródeł i szereg tematów, które ja potem wykorzystywałem w drugim obiegu, bo to były niegłupie rzeczy. On wiedział, że to pójdzie, miał tego pełną świadomość. Nie wiem, czy on nie pisał później sprawozdań z tych naszych spotkań, ale tematy były niegłupie i ja to wykorzystywałem. Może nie wszystko, ale bardzo wiele.

 

Przewodniczący tego powstałego w Krakowie – jak to się mówi – esduperelu – Andrzej Magdoń dawał mi z jakiś tam zasobów, które oni mieli, bony benzynowe i za te bony benzynowe myśmy z Marią de Hernandez-Paluch, głównie jej samochodem, bo ona miała dużego fiata a ja malucha, przywozili z Warszawy dary. W Warszawie był większy dostęp do darów i myśmy rozdzielali je dla środowiska dziennikarskiego i niektórych biedniejszych literatów i rodzin uwięzionych działaczy „Solidarności”. W pewnym momencie było tego dosyć dużo, mogliśmy te dary szeroko rozdawać. A benzyna była z esduperelu. Bardzo wielu dziennikarzy, nazwisk może nie będę ich wymieniał, bo było ich bardzo dużo, jedno tylko – Jerzy Sadecki. To był dobry przykład dziennikarza, który cały czas pracował, był pozytywnie zweryfikowany, ale który świadomie wszedł, ja go zresztą wciągnąłem do współpracy z drugim obiegiem, potem namówiłem go na napisanie książki o oporze w Hucie, pod pseudonimem Marian Garden „Nowa Huta: ziarna gniewu, ziarna nadziei” o tych wszystkich strajkach, demonstracjach, Włosiku itd. On cały czas tam był. Potem zresztą z Sadeckim, jak już komunizm upadł, i były wybory ‘89, razem robiliśmy pierwsze legalne pismo „Głos Wyborczy Solidarności”, który miał się potem przekształcić w tygodnik Solidarności, ale zaczęły się różne nienawiści, różne rozróbki i wykolegowano mnie po wyborach. Udało nam się nawet wydać ten pierwszy numer na tydzień przed „Gazetą Wyborczą” Michnika, ale tygodnik łatwiej było zrobić niż dziennik.

 

Wielu dziennikarzy dostarczało informacje różnego rodzaju, które mieli, wiedzieli, że można do mnie przyjść: Bogusia Pałczyńska, pracowała w „Echu Krakowa”, tenże Magdoń, był taki Ośrodek Badań Prasoznawczych – Pisarek, Bajka, Bralczyk obecny telewizyjny językoznawca, przychodziłem do nich po utajnione wyniki badań bądź ich, bądź socjologicznych z Uniwersytetu, które oni mieli. Także od wielu ludzi dostawaliśmy jakieś namiary, czy jakieś rzeczy, które warto było wykorzystać w prasie bezdebitowej.

 

Ludzi, którzy czuli ciśnienie, mieli nieczyste sumienie, że pracowali w prasie, radiu, telewizji reżimowej czy satelitarnej było wielu.

Taki Zbyszek Jurkowski, świetny alpinista, pracował w gazecie „Słowo Powszechne”, była taka paxowska gazeta – strasznie mi się wypłakiwał, nie każdy może być odważnym alpinistą, nie każdy musi być odważnym dziennikarzem.

Oczywiście z jednej strony trzeba było wykazać pewien ludzki stosunek, a z drugiej strony były zachowania, które trzeba było wprost potępić.

 

Obowiązek pracy

 

Padł blady strach, oczywiście. Ciekawa rzecz, wyrzuceni po weryfikacji z RSW Prasa, czy jak mówiono złośliwie MSW Prasa odwoływali się do Sądu Pracy i wygrywali proces. Myśmy się też odwołali do Sądu Pracy i wygraliśmy, musieli nam zapłacić odszkodowanie. Dwudziestu pięciu dziennikarzy. Nie pamiętam już, czegośmy się uczepili, w każdym razie wykazaliśmy, że to było niezgodne z Kodeksem pracy i Sąd – powiem pani – wręcz robił do nas oko, pani sędzia. To był ten pierwszy okres.

 

Potem zaczęło być już groźnie, bo obowiązek został wprowadzony, ale jak ktoś nie miał pracy – dotyczyło to mężczyzn – były przypadki, że różne firmy fikcyjnie przyjmowały do pracy takich ludzi. Ja miałem rentę. Zresztą członkowie związków twórczych byli od tego obowiązku zwolnieni. Ja byłem członkiem Związku Literatów, do rozwiązania. A później, jak już było rozwiązane ZLP, wyszło takie rozporządzenie w życie, że ci, którzy nie zapisali się do neo-ZLP mogli otrzymać w dowodzie osobistym taki wpis: „wykonuje zawód literata”. Ja w starym dowodzie mam taki wpis: „wykonuje zawód literata”.

 

Część ludzi pozakładała jakieś warsztaciki, jakieś firemki, na tym zresztą na ogół dobrze wyszli. Tadeusz Pikulicki z „Gazety Krakowskiej” wymyślił sobie, że będzie jednorazowe zapalniczki przerabiał na wielorazowe, nawet kogoś fikcyjnie zatrudnił, a teraz jest biznesmenem. Od łyczka do rzemyczka jakoś im to wyszło, tym ludziom te biznesy. Parę osób wyjechało z tych wyrzuconych. Także ta ustawa o pasożytnictwie służyła zastraszeniu osób wyrzuconych z pracy.

 

Wyjechali: Andrzej Warchałowski z Telewizji (był członkiem Komisji Krajowej „Solidarności”), Milada Zapolnik z „Dziennika Polskiego”, Jacek Pałamarz z „Gazety Krakowskiej”, Maciejewski był parę lat w Australii, takie małżeństwo, nie pamiętam ich nazwiska (chyba Wcisło), wyjechało do Australii – bardzo sympatyczni, młodzi ludzie z „Gazety Krakowskiej”. Wiele jest osób, których nie pamiętam.

 

Duszpasterstwo

 

Ostoje „Solidarności” to były Mistrzejowice, kościół św. Józefa na Podgórzu, Karmelitan na Piasku, Dominikanie. Mistrzejowice były o tyle ważne, że był to ośrodek robotniczy, podobnie jak św. Józefa na Podgórzu. Dominikanie to było duszpasterstwo akademickie, tam się odbywały bardziej intelektualne dyskusje. U Karmelitów na Piasku też czasem coś ChUR robił, już nie pamiętam. ChUR również działał u św. Józefa. To były te – według mnie – najważniejsze ośrodki kościelne w Krakowie. W całej Polsce było podobnie.

Kiedyś byłem w „Wyborczej” i Jarek Kurski mówi „ja byłem na pana zajęciach w Gdańsku”. Było bardzo mi miło, że pamięta. W Krakowie też zajęcia miałem parę razy, starałem się by słuchacze napisali jakieś teksty, które później ocenię, odbywało się to zdaje się u Dominikanów, w każdym razie w jakimś kościelnym pomieszczeniu.

Oczywiście trwała akcja odczytowa, miałem różne doraźne prelekcje i spotkania. Kontakt był nawiązywany przez „Tygodnik Powszechny”. Ktoś pytał: nie pojechałbyś do Łańcuta, bo tam jest zapotrzebowanie? No to jedziemy, np. z Tadeuszem Szymą. Szyma o poezji, ja o ekonomii czy polityce. Czy do Łodzi wyjazd. To już po linii esdepowskiej, bo tam Katarasińscy działali. Jerzy Katarasiński, nieżyjący już, znakomity facet, mąż obecnej posłanki Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej. Olbrzymia sala przykościelna, nieprawdopodobnie dużo ludzi, w oknach siedzieli, te spotkania były wspaniałe, bo ludzie się nimi naprawdę interesowali. W Kielcach coś miałem. Organizował Juliusz Braun, późniejszy przewodniczący KRRiTV. W Rzeszowie, w Szczecinie, w Gdańsku wiele razy, w wielu miejscach.

 

Wychodzenia z podziemia 1988-1989

 

Aktywność SDP-u osłabła po 1985 roku, już się nie pisało Listów, Oświadczeń, rzadziej się spotykaliśmy. Ale jeszcze jedna, znacząca, akcja była w Polsce w czasach późniejszych w okresie 1987 do początków 1989 roku. Było to konspiracyjne szkolenie dziennikarzy prasy podziemnej. Ja cały 1988 rok spędziłem w Ameryce. Tam był jeden moment esdepowski – ważny. Nie pamiętam, od kogo przyszło zapotrzebowanie, żeby działacze SDP, przebywający w Stanach napisali do FIJ-u w Brukseli, że proszą o przyjęcie. Być może był taki sam list od działaczy SDP-u przebywających we Francji. Byłem ja, Jacek Kalabiński, Janka Jankowska. Napisaliśmy takie pismo po angielsku. To był ten okres, kiedy nas przyjmowano do FIJ-u. SDP nie był jeszcze relegalizowany, przyjęcie do FIJ-u było bardzo ważnym momentem do relegalizacji, bo pokazało, że jesteśmy.

 

Przyjechałem do Polski na Sylwestra, ‘88/’89. W styczniu, na początku roku odbył się nielegalny, ale już zupełnie bez żadnej konspiracji, zjazd SDP-u. Nie wiem w jakiej sali, była to dość duża sala o niskim suficie, gdzie otwarcie mówiliśmy, co chcemy. Podpisaliśmy List Otwarty z żądaniem relegalizacji SDP. Janka Jankowska, Kasia Kołodziejczyk, Bratkowski, Iłowiecki, cały zarząd, Paszyński, Jacek Moskwa. Nie wiem, czy Szumowski wtedy był.

 

Wierzbiański

 

Bolka Wierzbiańskiego bardzo wysoko oceniam. To był wspaniały człowiek. Dostał w 1999 r. Orła Białego. Chociaż moim zdaniem Orzeł Biały został trochę zdeprecjonowany, bo w zasadzie on powinien się należeć za zasługi wojskowe i cywilne – jednocześnie. A Bolek miał zasługi cywilne ogromne, a wojskowych żadnych.

 

To już nie moja sprawa. Ja miałem przyjemność wręczyć mu w 1994 r. w imieniu Prezydenta RP Lecha Wałęsy Krzyż Komandorski z Gwiazdą Polonia Restituta za wybitne zasługi na polu pisarskim i dziennikarskim w obronie kultury polskiej.

Oprócz tego, że robił dobrą gazetę, to jeszcze starał się opiekować SDP-em, zawsze jakieś pieniądze podrzucał dla SDP-u, dużo tego nie miał, ale zawsze coś było. No i zatrudniał. Specjalnie powołał do tego celu fundację. Poprzez fundacje można było zatrudniać dziennikarzy na pół roku na zasadzie non profit i nie płacić od tego podatków. Ja tam byłem zatrudniony w drugim półroczu ‘88-ego, w pierwszym miałem stypendium Kościuszki. Zatrudniał wybitnych dziennikarzy. Przede mną był Kłopotowski, po mnie Adamiecki, wielu ludzi przewinęło się przez „Nowy Dziennik”. Maciej Wierzyński, Piotr Stasiński, Małgorzata Szejnert. On miał do dyspozycji przez pół roku dobre pióra, a dziennikarze mogli normalnie zarobić. I prócz tego Wierzbiański zawsze jakieś pieniądze dla SDP-u organizował. Z „Nowym Dziennikiem” to trochę tak się stało jak z „Tygodnikiem Powszechnym”, póki była cenzura to mieli do dyspozycji najlepsze pióra kraju. Kiedy w Polsce komunizm upadł sytuacja zmieniła się. Honoraria przestały być atrakcyjne – w „Nowym Dzienniku” na niekorzyść jeszcze działało to, że złotówka poszła do góry, a dolar spadł w dół. Na stosunki amerykańskie honoraria nasze były znikome, ale kiedy w połowie lat osiemdziesiątych płacono mi za nieduże teksty 25 czy 30 dolarów to była równowartość średniej miesięcznej pensji, po czarnorynkowym kursie dolara to można było z tego miesiąc przeżyć, a ta sama suma w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dolar był poniżej 3 zł, to była już suma śmieszna, niższa od jakiegokolwiek honorarium w Polsce. Na emigracji było wielu dziennikarzy, z których część wróciła potem do Polski, część nie, a pisma krajowe po upadku komunizmu były nie tylko wolne, ale atrakcyjniejsze finansowo. Tak więc „Nowy Dziennik” uległ normalizacji wrócił do swojej normalnej roli – gazetki pewnej grupy etnicznej w Stanach Zjednoczonych. I to wszystko.

 

Wierzbiański, na pewno był wielkim człowiekiem i cześć Jego pamięci.

 

Odczyty i wykłady w Stanach Zjednoczonych

 

W 1985 roku jeszcze tylko polonijne, a w 1988 też polonijne ale głównie na uniwersytetach amerykańskich.

Przyjmowałem propozycje wykładów bardzo chętnie, chociaż bywało, że nie płacili, a jednak to dla mnie było ważne, żeby z jakimiś pieniędzmi wrócić. Miałem wykłady na Harvardzie, w Yale, na Washington University, w Berkeley, w Kanadzie również. Tematy tych wykładów były dwa: „Prasa podziemna w Polsce jako największe osiągniecie Solidarności” oraz „Sekwencja polskich kryzysów politycznych od ‘56”.

Do Stanów docierała prasa podziemna. W 1988 roku była wystawa polskich druków bezdebitowych w Bostonie, pokazywana również w innych ośrodkach. Kilka ośrodków gromadziło prasę podziemną. Jeden, może największy istnieje w Instytucie Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii. Tam pracowało dwóch Polaków Maciej M. Skierski, kurator oraz Zbigniew Stańczyk. Stworzyli te zbiory.

Drugi to Uniwersytet Yale, trzeci był w Bostonie, ale nie na Harvardzie, w mniejszym ośrodku.

 

„Kontakt”

 

Bardzo ważny dla dziennikarzy był ośrodek Chojeckiego w Paryżu i kontakt w „Kontakcie”. Wielu tam pisywało. Był albo szmuglowany do kraju w postaci takich małych zeszycików, albo był dodrukowywany w kraju. Szerzej rozchodził się w tym czasie niż „Kultura” paryska. Tamten ośrodek Chojecki-Chruszczyński przeszmuglował wiele maszyn drukarskich do kraju, trzeba to powiedzieć i powtarzać, żeby zostało zapamiętane, bo te maszyny były naprawdę w kraju potrzebne. Zanim taka maszyna dotarła tam, gdzie miała dotrzeć, nieraz wpadała po drodze, może co druga docierała, a może mniej.

 

1990 rok

 

Zrezygnowałem z kandydowania na prezesa na Zjeździe SDP w 1990, bo wiedziałem, że wyjadę do Ameryki. Do Zarządu weszli na zasadzie kooptacji ci, którzy nie zdradzili i pracowali w okresie konspiracyjnym mniej lub bardziej, doszedł Jacek Żakowski, Konstanty Gebert. Te dwie osoby pamiętam.

 

W momencie, jak stanął problem Domu Dziennikarza na Foksal, nachalnie włączył się w to Jaruzelski, który chciał mediować – no, był prezydentem – miedzy dwoma organizacjami dziennikarskimi. Były nawet dwa spotkania z udziałem Jaruzelskiego. Bratkowski nie chciał na to iść, posłał mnie i Iłowieckiego, nie pamiętam kogo jeszcze, trzech nas było ze strony SDP-u. Ale nic z tego nie wyszło, gadał, gadał, gadał. Przyznawał nam rację, ale nie miało to żadnego dalszego ciągu.

 

Pamiętam jak nas relegalizowano, byliśmy strasznie szczęśliwi, strasznie pełni zapału. Pamiętam też taki wyjazd do Brukseli i rozmowę z Leopoldem Ungerem, który mówił: „puknijcie się w głowę, co wy sobie wyobrażacie!” Było nas kilku z SDP-u. „U nas w Belgii jest kilka organizacji dziennikarskich, wszystkie ze sobą skłócone i żadna nic nie ma do gadania. U was też tak będzie”. I miał rację.

 

Spisała Elżbieta Binder

 

Tekst za zasobów Pracowni Wolnego Słowa SDP, tytuł i lead od redakcji portalu sdp.pl

 

Od dwutygodnika do portalu – RAFAŁ WĘGLEWSKI o „Podwarszawskim Życiu Pruszkowa”

Dzisiaj mam osiemdziesiąt osiem lat, dołożyłem do wydawnictwa 250 tys. zł i nie żałuję. Mam satysfakcje, że mogłem poprzez prasę przybliżać prawdę i że mogłem komuś pomóc – zauważa Edward Besiński, przewodniczący kolegium redakcyjnego „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”.

 

Na początek trochę z historii…

 

Początek „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa” sięga 1991 roku, Tytuł Prasowy ukazywał się pierwotnie pod nazwą „Życie Pruszkowa”. Tamtejsze czasopismo zostało, odkupione przez Edwarda Besińskiego od red. Zbigniewa Ziółkowskiego, który mimo, że sprzedał tytuł został pierwszym red. naczelnym, w nowej odsłonie gazety. W skład redakcji weszli, Edward Besiński, ekonomista, elektronik; lek.med. Witold Kuch i mgr. Inż. Geodeta Tadeusz Topolski. Po roku nastąpiła zmiana na stanowisku red. naczelnego, którym został w wyniku losowania Edward Besiński.

 

Na początku lat dziewięćdziesiątych pismo ukazywało się dalej pod nazwą „Życie Pruszkowa”, później pod nazwą „Podstołeczne Życie Pruszkowa”, ostatecznie nastąpiła zmiana tytułu na „Podwarszawskie Życie Pruszkowa”, pod którą ukazywało się do października 2016 roku.

 

Gazeta ukształtowała się jako dwutygodnik, zajmujący się szeroką tematyką lokalną i krajową. Na łamach gazety można było przeczytać o bieżących wydarzeniach, dziejących się lokalnie jak i w Polsce. Były również strony poświęcone, kulturze , historii, gospodarce. Swoje miejsce na kolumnach gazety miały wydarzenia związane z wiara i Kościołem Katolickim. Pismo swoim charakterem reprezentowało wartości patriotyczne i lokowało się po prawicy. Miało jednocześnie całkowicie niezależny i unikatowy charakter merytoryczny.

Edward Besiński urodził się w Pruszkowie 2 stycznia 1931.,był harcerzem Szarych Szeregów, Odznaczony Medalem Pro Patria, Kombatanckim Krzyżem Zasługi i Złotym Krzyżem Zasługi, należał również do NSZZ Solidarność.

 

„Chciałem opisywać prawdę, moja dewizą, w czasie wojny, było służyć Polsce. W PRL-u chciałem być Polakiem i dalej służyć Ojczyźnie, jednak tej spod znaku Orła w Koronie – podkreśla Edward Besiński.
– Dzisiaj mam osiemdziesiąt osiem lat, dołożyłem do tego wydawnictwa 250 tys. zł i nie żałuje. Mam satysfakcje, że mogłem przybliżać prawdę i że mogłem komuś pomóc” – opowiada.

 

Edwardem Besińskim poznaliśmy się kilka lat temu na Spotkaniu Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego. Jest człowiekiem, niezwykle pogodnym i skromnym. Dziennikarz pasjonat, zasłużony dla Polski i Pruszkowa.
Dokładnie 31 października 2016 r. ukazał się ostatni numer „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”. Znamienna data dla historii pruszkowskiej prasy.

 

W 2014 roku powstaje Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne organizacja NGO bazująca na pracy własnej swoich członków. Które jako organ założycielski podejmuje uchwałę o wznowienie wydawania tytułu, tym razem jako portal internetowy. Edward Besiński przekazuje prawo do tytułu na rzecz Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego w 2018 r. Dokładnie 22 lutego ukazuje się, pierwszy artykuł, a właściwie rys autobiograficzny, redaktora „Podwarszawskiego Życia Pruszkowa”. Wkrótce Besiński wybrany zostaje na honorowego redaktora, i przewodniczącego kolegium redakcyjnego, zaś redaktorem naczelnym zostaje Edward Radziejewski, z wykształcenia prawnik, działający w naszym stowarzyszeniu jako doradca zarządu PSP. Należy zaznaczyć, że nie doszłoby do powstania portalu, gdyby nie wcześniejsza działalność Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego. Warto tutaj przytoczyć fragment deklaracji stowarzyszenia – „Społeczeństwo oddala się od wspólnych ideałów, takich jak prawda, wolność, godność jednostki ludzkiej. Zaczynają umykać prawa i interesy Narodu Polskiego, dla niego najpotrzebniejsze, będące podstawą jego żywotności i dostatku, pomyślności naszego życia i życia przyszłych pokoleń.

 

Ten niszczący Polskę i każdego z nas trend należy zatrzymać i za wszelka cenę odwrócić. Jeśli chcemy pomyślnej przyszłości dla nasz naszych dzieci i wnuków, musi podjąć trud nakierowany na pozytywne zmiany – zaczynając od swojego podwórka”- choćby małymi kroczkami, choćby pracą u podstaw i pod prąd. To jest dla nas wyzwanie patriotyczne i pragmatyczne.

Kontynuując walkę wielu pokoleń Polaków o Ojczyznę wolną, wyrażamy potrzebę utworzenia ruchu politycznego, który wznowiłby wysiłek odbudowy najważniejszych dla Narodu Polskiego wartości – zawiązujemy „Pruszkowskie Stowarzyszenie Patriotyczne”.

 

Jaki jest nasz pruszkowski i podwarszawski portal? Otóż nawiązuje oczywiście do gazety Edwarda Besińskiego. Jest przede wszystkim portalem społecznym, funkcjonującym bez dofinansowań. W zamiarze zasięgiem tematyki ma obejmować obszar powiatu pruszkowskiego, ale nie tylko.

Skupia się głównie na tematyce lokalnej, ale i fragmentarycznie krajowej. Sporo miejsca jest poświęcone dla historii, zarówno Pruszkowa, okolic jak i tematów szerzej pojmowanych w tym zakresie np. „Pamięć Kresów”. Dotykamy również polityki lokalnej i krajowej czy kultury. Publikują i publikowali dla nas m.in. Piotr Janusz Czarniawski, doradca zarządu Pruszkowskiego Stowarzyszenia Patriotycznego, publicysta mieszkający od dawna w Pruszkowie, a urodzony w Wilnie, dr Bolesław Jabłoński, Andrzej Rzewnicki, Wojciech Piotr Kwiatek oraz inni… Naszą naczelną misją jest szerzenie wolności słowa i wartości chrześcijańskich zgodnych z przesłaniem św. Jana Pawła II. Jakie mamy dalsze cele? Jest nimi na pewno zwiększenie poczytności, docieranie do nowych czytelników, poprawa promocji w social mediach. Zależy nam bardzo, aby portal był dynamiczny, by można było publikować większą ilość informacji newsowych, ale także aby i pozostałe działy były zagospodarowane. Portal utrzymywany jest ze składek członków PSP i drobnych darowizn – to wszystko jeśli chodzi o finansowanie.

 

– Naszym dążeniem jest pokazywanie lokalnej rzeczywistości taką jaką ona jest – tej politycznej również. Zamieszczane relacje filmowe są odzwierciedleniem tego co widzi kamera, bez retuszu, bez cięć, 1 : 1. Mam nadzieję, że swą pracą wypełnimy pewną część lokalnej przestrzeni medialnej, która nie była i nie jest tak bardzo eksponowana przez inne lokalne pruszkowskie media. Portal „Podwarszawskie Życie Pruszkowa” powstał także dla potrzeb innych pruszkowskich organizacji NGO, promowania i przybliżania ich działalności mieszkańcom Pruszkowa. Na naszym portalu nie umieszczamy reklam. Być może jest to z punktu widzenia finansowego utrzymania portalu działaniem niesłusznym, nieroztropnym, ale jak na dziś nie będziemy tego zmieniać. Jeśli rozwój portalu będzie znaczny, wprowadzimy pewne korekty w jego działaniu. Może to naiwne, ale liczymy na ofiarność czytelników – podkreślił red. Edward Radziejewski.

 

Czy mamy lokalną konkurencję? Lepiej będzie zapytać, dla kogo my stanowimy konkurencję. Na lokalnym rynku medialnym funkcjonują jeszcze poza nami „Głos Pruszkowa” z wydaniem Papierowym i w internecie jako GPR24.pl,Gazeta WPR z portalem WPR24.pl i portal PruszkówMówi.pl oraz lokalna telewizja kablowa Tel-Kab.

 

Wiemy, ze warto kontynuować naszą misję i wierzymy, że znajdziemy nowych współpracowników w szczególności młodych!

 

Rafał Węglewski

Strona główna

https://pruszkowskiesp.pl/

Trzeba nauczyć się czytać znaki – przypominamy tekst DAGMARY DRZAZGI, wybitnej autorki filmów dokumentalnych

Jak to się dzieje, że realizuję właśnie taki, a nie inny film dokumentalny? Że w którymś momencie następuje owo „sekretne porozumienie” z Nieznanym, decyzja zostaje podjęta i wyruszam w długą podróż? Od prawie dwudziestu lat kręcę filmy i dla mnie samej wybór tematu jest jedną z największych zagadek. Coś na skraju realności i metafizyki, co trudno wyjaśnić i nad czym – przyznaję – chyba nie do końca panuję.

 

Na potrzeby tej publikacji, sięgając też do własnych notatek, wracam do przeżyć sprzed ponad trzech lat. Nie jest to, oczywiście, łatwe. Natychmiast włącza się mechanizm autocenzury. Można pisać o filmie na sto sposobów, analizować warsztat, pokazywać zastosowane środki narracyjne oraz techniczne – czyli wziąć przysłowiowe „szkiełko” i dokładnie przyjrzeć się całości. I to jest bardzo dobre. Ja jednak pójdę tu inną ścieżką. Dla mnie kino jest nie tylko profesją czy pasją. Jest czymś więcej. To proces intymny. Jeśli zatem obiecałam szczerze opowiedzieć o początkach pracy nad Martwym sezonem, słowo się rzekło. Mam wrażenie, że wchodzę na drogę prowadzącą do mniej oświetlonych części głębokiego wąwozu.

 

Pierwszy raz pomyślałam o tym, żeby zrobić film o Rafale Wojaczku kilka lat temu. Byłam wtedy uczestnikiem festiwalu telewizji regionalnych w Koszycach na Słowacji. Tam poznałam Żmiciera Wajciuszkiewicza, białoruskiego barda, który śpiewał poezję Rafała. Powiedzieć „śpiewał”, to powiedzieć niewiele! Żmicier jest wspaniałym artystą, jego interpretacje nie mają równych sobie. Pamiętam tamto wzruszenie, kiedy słuchałam Wojaczka w jego wykonaniu! Zaprzyjaźniliśmy się ze Żmicierem, a on przyznał, że nauczył się języka polskiego ze względu na autora Innej bajki! Jednak myśl o zrealizowaniu dokumentu o Poecie tak jak nagle przyszła, tak i odeszła. I choć czasem powracała, szybko karcona była przez własne, osobiste „nie”! Dlaczego? Po pierwsze: o Wojaczku napisano już tak wiele książek, rozpraw, artykułów i analiz naukowych. Po drugie, powstały o nim filmy dokumentalne, reportaże, programy poetyckie, a także hipnotyzująca fabuła Lecha Majewskiego. Po trzecie i najważniejsze – jak tu się mierzyć z legendą i po co? Każdy z miłośników Rafała ma „swojego” Wojaczka, zatem co ja mogę jeszcze nowego dopowiedzieć? Nie ma sensu pakować się w projekt, który już na samym początku wydaje się być skazany na porażkę. Tak właśnie wówczas myślałam. Czasem jednak – zupełnie znienacka – dopisywałam kolejne sceny nieistniejącego filmu. Pojawiały się obrazy, wracałam do wierszy. Wątpliwości nie zmniejszały się ani na jotę. Mijały kolejne miesiące. Film we mnie rósł. I nagle poczułam, że dosyć tego! Nie można tak w nieskończoność! Potrzebny jest jakiś przełom. Moment, w którym wszystko się rozstrzygnie. Robię ten film, albo nie robię. I już! A jeśli nie robię, najwyższy czas to wszystko z siebie wyrzucić i zająć myśli czymś innym. Koniec. Kropka.

 

To był jeden z tych depresyjnych dni. Jesień albo wiosna, nie pamiętam. Na pewno szara, dżdżysta i zimna. Kilka godzin wcześniej przyjechałam do Biblioteki Śląskiej w Katowicach, a wizyta ta nosiła w mojej głowie znamiona czegoś prawie ostatecznego. Scenariusz był właściwie gotowy, nie szukałam więc biograficznych tropów. Chciałam, po prostu, wziąć do ręki „tamte” egzemplarze – Poezję z 1965 roku, w której debiutował, a potem majową Odrę z 1971 z jego ostatnimi wierszami. Na pewno ją czytał, bo kiedy umierał była już w kioskach. Wszystko to dobrze wiedziałam, ale musiałam dotknąć „autentyku”. Zauważyłam, że w jakiś dziwny sposób mam ten zmysł wyczulony. Gdziekolwiek jestem, przesuwam palcami po kamieniach, przedmiotach, drzewach. Widocznie jest mi to potrzebne; jakiś kontakt zmysłowy, pozawerbalny, instynktowny….

 

A zatem – pożółkły papier, podniszczone okładki, zagięte rogi stron. Szelest. Zapach druku przefiltrowany przez czas. Tylko tyle, albo aż tyle. Nic jednak się nie wyjaśniło. Widocznie „seans spirytystyczny” się nie powiódł. Duch nie zechciał się zmaterializować. Kompletna porażka. Niby czego się spodziewałam?

 

Znowu stałam na przystanku autobusowym. Zaczynały się popołudniowe godziny szczytu, tłum gęstniał, a ja chciałam już tylko wrócić do domu. Rafał, czy chcesz, żebym to ja zrobiła ten film?

 

Pytanie, śmieszne i może nie aż tak dosłownie, powracało przecież od jakiegoś czasu. Komu, tak naprawdę, je zadawałam? Na pewno było świadectwem mojego lęku. Jakkolwiek nie będę drążyć i dociekać „istoty rzeczy”, zawsze będzie to portret Rafała niepełny. Zbyt długo pracuję w dokumencie, żeby tego nie wiedzieć.

 

– No więc, chcesz? – powtórzyłam szurając czubkiem buta po mokrym asfalcie. – Jeśli tak, to daj mi jakiś znak!

 

A potem roześmiałam się z sama z siebie i swojej zuchwałości!

 

Autobus wreszcie podjechał. Był tak pełny, że ledwo weszłam do środka. Drzwi się zamknęły, ruszyliśmy. Stojący obok mężczyzna wydychał resztki przetrawionej wódki. Zrobiło mi się słabo i zaczęło mnie mdlić, pomyślałam, że zaraz zemdleję. Oby tylko dojechać do następnego przystanku! I nagle stało się coś, w co trudno mi do dzisiaj uwierzyć. Młody chłopak, chyba student, wyjął z kieszeni smartfona i zaczął swojej dziewczynie czytać na głos wiersze! Jechaliśmy, a on nie przestawał. Czasem tylko mówił: „Kochanie, posłuchaj, to takie piękne!” i czytał dalej. Od razu wyjaśnię: nie – nie był to Wojaczek, na moje ucho – Baczyński. Jakie to jednak mogło mieć znaczenie? W jednej sekundzie zostałam wyrwana z gorącego, cuchnącego wnętrza na inną orbitę.  Nie było już autobusu, ludzi, kwaśnego zapachu alkoholu. Istniała najczystsza, najprawdziwsza Poezja. Dlatego, kiedy wysiadałam, pomyślałam tylko: Rafał, dziękuję!

 

I już wiedziałam, że muszę zrobić ten film.

 

To wszystko mogłoby być literacką fikcją, albo sceną z filmu. Nie jest ani jednym, ani drugim. Życie napisało taki scenariusz. Kto wie, może gdybym wsiadła do innego autobusu, nigdy nie zrobiłabym filmu o Rafale?

 

Mówię o tym, żeby podkreślić, jak niewiele – przy całej wiedzy, doświadczeniu i umiejętnościach – znaczymy wobec rzeczywistości, która jest najlepszym reżyserem. Nasza rola polega na tym, aby się na nią otworzyć, zacząć „rezonować”. Trzeba nauczyć się czytać znaki, które są nam dane. One są jak ptaki. Jeśli ich nie zauważymy, za chwilę odfruną.

 

Praca nad Martwym sezonem trwała trzy lata. To był wspaniały czas spotkań z ludźmi, którzy  Rafała Wojaczka znali, przemierzania dróg, którymi się kiedyś poruszał i odkrywania na nowo jego wierszy. To była epoka wielkich emocji i świadomość ciągłego dotykania tajemnicy. Jeśli choć trochę z tego, czego doświadczyłam udało mi się przekuć w filmowe kadry, mogę czuć się zwyczajnie szczęśliwa.

 

Dagmara Drzazga

Ostatni (taki) numer? – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o ciekawej transakcji na polskim rynku prasowym

Kupno „Twojego Weekendu” z zamiarem likwidacji pisma to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń na polskim rynku prasy mijającego roku. Wbrew pozorom trudno jednak o jego jednoznaczną ocenę, która oscyluje od międzynarodowych zachwytów po oskarżenie o hipokryzję i przemoc ekonomiczną. Zastanówmy się nad tym, co się właściwie wydarzyło?

 

Kupno z zamiarem likwidacji

 

Taka postawa przypomina siermiężne początki polskiej gospodarki rynkowej i pozbywania się potencjalnej konkurencji. Samo wejście na tę ścieżkę przez podmioty prorynkowe musi budzić zastanowienie. Na początku przypomnijmy fakty. Według portalu WirtualneMedia[1] w grudniu 2018 roku spółka Fire Wall wystawiła magazyn „Twój Weekend” (nazwa, domena internetowa, mutacje pisma) na sprzedaż w serwisie aukcyjnym Allegro. Pismo miało wówczas nakład na poziomie 23.000 egzemplarzy i sprzedaż przekraczającą 15.000. Według cytowanego portalu wysokość licytacji przekroczyła 50.000 zł, gdy oferta zniknęła, a prowadzący do niej link informował: „Sprzedaż zakończona. Nie było ofert kupna”[2]. A jednak „Twój Weekend”, czyli magazyn erotyczny wydawany od 1992 roku, został kupiony. Prawa trafiły do Pride and Glory Interactive, należącej do grupy reklamowej VMLY&R. Jeśli sięgniemy po takie lektury jak: „Monopol, pluralizm, koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989–2006” lub „Raport o śmierci polskich gazet” prof. Tomasza Mielczarka, okaże się, że rodzimy rynek nie takie historie oglądał, ta jednak jest inna, bo uznana i nagradzana.

 

Szczytne deklaracje

 

W artykule podpisanym: „Gazeta.PL i partnerzy”, poinformowano czytelników o kulisach kupienia pisma i złożono przy tym kilka deklaracji. Czytamy w nim m.in.: Gdy inni pisali teksty i śmieszkowali (na temat wystawienia „Twojego Weekendu” na sprzedaż – przyp. Autora), kilka osób z agencji VMLY&R, portalu Gazeta.pl i studia produkcyjnego Papaya Films nie próżnowało. Po paru telefonach dołączyli do nich przedstawiciele i przedstawicielki fundacji Sukces pisany Szminką, agencji Wavemaker, banku BGŻ BNP Paribas i firmy Mastercard. Decyzja zapadła – kupujemy. Po to, żeby zamknąć! Bo to dobra okazja, żeby pokazać, że nikt więcej nie powinien czerpać wiedzy o kobietach, partnerstwie, seksie i relacjach tylko z takich magazynów.[3]

 

W tym miejscu warto zauważyć, że nikt nikomu i nigdy nie kazał czerpać wiedzy na temat kobiet, czy partnerstwa, „tylko z takich magazynów”. Bez wątpienia można więc rozważać to zagadnienie w kategoriach wolności prasy, wolności słowa i prawa do swobody wypowiedzi, ale idźmy dalej.

 

W artykule zapowiedziano słynny ostatni numer „Twojego Weekendu” z hasłem „48 stron bez seksizmu”. W przywołanym tekście dodano, że to jednak nie wszystko. Autorzy zadeklarowali: będziemy kontynuować dyskusję i publikować teksty, które chcielibyśmy, żeby czytali nasi mężczyźni, inspirowały kobiety. Wszystko to miało się dziać na specjalnym portalu: twojweekend.gazeta.pl.

 

Hipokryzja?

 

W dyskusjach na temat kupna z zamiarem likwidacji i złożonej deklaracji dotyczącej wyjątkowego ostatniego numeru pisma oraz portalu inicjującego dyskusję na temat nieprzedmiotowego postrzegania kobiet, czy partnerstwa, od początku pojawiły się głosy o hipokryzji. Zdanie takie wyraził na przykład Jakub Kralka na Spider’s Web, zarzucając przy okazji pomysłodawcom akcji przemoc ekonomiczną.

 

Zacytujmy fragment: przypływ medialnej hipokryzji trudno jednak usprawiedliwiać w przypadku Agory, która walczy z uprzedmiotowieniem kobiet robiąc kilkanaście slajdów w quizie „Komu wypadła pierś”, każe nam rozpoznać biust Ilony Felicjańskiej spod jeansowej kurtki, a nawet potrafi się zachwycić całkowicie zakrytym i obudowanym bluzką biustem dziewczyny Tomasza Kammela. Agora wyjaśni nam, „które piersi nie mieszczą się w bluzce” i zrobi zestawienie „piersi polskiego showbiznesu”.[4]

 

Rodzi się pytanie, dlaczego wobec tego kupiono „Twój Weekend”, a nie serwis Plotek? Przecież łatwiej uprawia się krytykę bałaganu u sąsiada z perspektywy własnego zadbanego ogródka? Cóż, może po prostu Plotek był za drogi, no i oczywiście nie był wystawiony na sprzedaż.

 

Opinia medioznawcy

 

Sprawa nie wygląda jednoznacznie, wydaje się więc, że najlepiej wystąpić o ocenę do świata nauki. Piszący te słowa zwrócił się więc z pytaniem do szanownego prasoznawcy. Na kontakt trzeba było poczekać, gdyż uczony przebywał za granicą. Po powrocie Pan Profesor odpisał, że sprawy nie zna, więc jej nie skomentuje. Po wyrażonym zdumieniu (kontakt miał miejsce już po pierwszych nagrodach przyznanych akcji „Ostatni numer”) i przesłaniu linków nadeszła odpowiedź numer dwa: „sprawę znam, ale nie chcę jej komentować”.

 

Cóż, najwidoczniej na świat uczonych będzie można liczyć w tej sprawie dopiero, kiedy wszyscy uczestnicy wydarzeń wymrą, niestety wraz z profesorem i piszącym te słowa. Zostawieni przez naukę sami sobie, spójrzmy na nagrody.

 

Słowo o nagrodach

 

W czerwcu agencja VMLY&R Poland na słynnym festiwalu Cannes Lions zdobyła za akcję „Ostatni Numer” Grand Prix w kategorii Glass: The Lion for Change oraz nagrodę Tytanowego Lwa. Jaka jest waga tych wyróżnień? Gigantyczna! Dość powiedzieć, że dotąd żaden reprezentant polskiej reklamy nie otrzymał tak prestiżowego i cieszącego się powszechnym uznaniem wyróżnienia[5]. Kategoria Glass odnosi się projektów poruszających kwestie uprzedzeń lub nierówności płci. Druga z kategorii dotyczy najlepszych przedsięwzięć marketingowych mijającego roku. Sukces akcji na rynku reklamy jest niekwestionowany, niepodlegający dyskusji i godzien gratulacji we wszelkiej możliwej formie.

 

Akcja „Ostatni Numer” otrzymała też pierwszą nagrodę w międzynarodowym konkursie Print Innovation Awards. Te laury przyznaje stowarzyszenie World Association of Newspapers and News Publishers, a dokładnie społeczność drukarska związana z WAN-IFRA, doceniająca najlepsze i najbardziej innowacyjne rozwiązania w prasie drukowanej. W tym wypadku złoty medal przyznany został w kategorii: redesigneds products, czyli odświeżenie produktu.

 

Ze świata reklamy warto jeszcze podkreślić dwa brązowe medale London International Awards, w kategoriach: Native Advertising, Business-to-Consumer, czyli reklamy natywnej i komunikacji marketingowej B2C[6].

 

Akcja zdobyła więc uznanie w świecie reklamy i druku. A co z nagrodami dziennikarskimi? Projekt zrealizowany przez VMLY&R Poland, Wavemaker, Papaya Films i Facebook dla Gazeta.pl i partnerów – Mastercard, BNP Paribas Bank Polska i Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką, otrzymał złoto w kategorii Public Interest – Gender Equality w konkursie Epica Awards. Nagrodę tę przyznają dziennikarze zajmujący się… tematyką reklamy i marketingu[7].

 

Owoce

 

Ostatni numeru „Twojego Weekendu” miał nakład 20.000 egzemplarzy. Dziś jest nie do kupienia ani w wersji papierowej[8], ani nawet w elektronicznej[9]. Na portalu TwojWeekend.Gazeta.PL nie ukazał się żaden tekst po marcu 2019 roku. Nie ma ani zapowiedzianej dyskusji, ani wysypu inspirujących dla obu płci tekstów. Wita nas reklama, że ostatni numer jest już w kioskach z linkami prowadzącymi dziś donikąd. Wszystkich artykułów jest tylko osiemnaście, a zamieszczono je między 7 a 15 marca 2019 roku[10].

 

Z czym mieliśmy do czynienia?

 

To pytanie będzie powracało. Z jednej strony mamy wyjątkową kampanię marketingową, która odniosła niespotykany dotychczas międzynarodowy sukces, z czego powinniśmy się cieszyć, a realizatorom należą się najszczersze gratulacje. Z drugiej strony kupiono tytuł prasowy z zamiarem jego likwidacji. To może rodzić obawy, ponieważ ten akt został przyjęty z akceptacją i bez wystarczającej refleksji o dyskusji nie wspominając. Cisza może pociągnąć za sobą kolejne takie ruchy. Szczytny powód i uzasadnienie zawsze się znajdą. Smuci niewypełnienie obietnicy, czyli szybkie zaniechanie tak dystrybucji, jak i ucięcie dyskusji tuż po jej zainicjowaniu. Należy się w związku z tym spodziewać i rychłej likwidacji niepotrzebnej witryny.

 

Zamiast zakończenia

 

Z polski znika „Playboy” – bez ideologii, po prostu: business is business[11]. Na Gazeta.PL (w części: Plotek) można dziś przeczytać lead: „Aneta Zając pozuje w seksownej mini. Trudno uwierzyć, że urodziła bliźnięta! Co za nogi!”. W życiu tyle osób nie odmówiło mi komentarza, co przy powstawaniu niniejszego tekstu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/vmly-r-i-gazeta-pl-ostatni-numer-koniec-magazynu-twojego-weekendu-sprzeciw-wobec-seksizmu – dostęp: 06.12.2019 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/twoj-weekend-magazyn-sprzedaz-na-allegro-przez-fire-wall-kto-nowym-wydawca – dostęp 06.12.2019 r.

[3] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend_kobieta/7,168433,24517128,ostatni-twoj-weekend-kupilismy-kultowy-magazyn-po-to-zeby.html – dostęp: 06.12.2019 r.

[4] https://www.spidersweb.pl/2019/03/gazeta-wyborcza-kupila-twoj-weekend-zeby-go-zamknac.html – dostęp 06.12.2019 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ostatni-twoj-weekend-z-grand-prix-i-tytanowym-lwem-na-cannes-lions – dostęp 06.12.2019 r.

[6] https://www.press.pl/tresc/59219,projekt-_ostatni-twoj-weekend—-nagrodzony-na-festiwalu-w-londynie – dostęp 06.12.2019 r.

[7] http://biuroprasowe.vmlyrpoland.com/79330-ostatni-twoj-weekend-ze-zlotem-w-konkursie-epica-awards – dostęp 06.12.2019 r.

[8] https://kulturalnysklep.pl/numer-specjalny/twoj-weekend-2-2019-twoj?utm_source=gaze – dostęp 06.12.2019 r.

[9] http://www.publio.pl/twoj-weekend,p188579.html?utm_source=jwlink&utm_medium=AutopromoINT&utm_campaign=a_Publio_070319&utm_term=twoj_weekend&utm_content=link_tekst – dostęp 06.12.2019 r.

[10] http://twojweekend.gazeta.pl/twojweekend/0,0.html – dostęp 06.12.2019 r.

[11] https://antyweb.pl/koniec-playboy-ckm-joy/# – dostęp 06.12.2019 r.

Nie karać dziennikarzy za podanie nieprawdy – ŁUKASZ WARZECHA wsadza kij w mrowisko

Wiceminister Bertold Kittel i Anna Marszałek dochowali należytej staranności, tworząc swój materiał „Kasjer z MON” w 2001 r. i w związku z tym nie muszą przepraszać za zawarte w tekście stwierdzenie, że Romuald Szeremietiew, na początku ubiegłej dekady wiceminister obrony, nie potrafił wytłumaczyć się ze swojego majątku.

 

Dokładny opis sprawy znajdą państw na portalu Wirtualne Media. Z kolei sam Szeremietiew jest z wyroku – co zrozumiałe – niezadowolony i wskazuje na jego rzekomą niespójność z oczyszczającym wyrokiem karnym w swojej sprawie. Były wiceminister obrony podchodzi do sprawy – i do osoby Bertolda Kittela – bardzo emocjonalnie i trudno mu się dziwić. Twierdzi też, że w tej kwestii Kittela bronię. Otóż nie – nie bronię i w ogóle nie chcę się do konkretnej sprawy odnosić. Nie będę oceniał, czy sąd (w drugiej już instancji) słusznie ocenił, że dziennikarze dochowali należytej staranności. Obie strony mają argumenty na obronę swojego stanowiska.

 

Trzeba natomiast koniecznie rozprawić się z bardzo groźnym przekonaniem, że sąd powinien oceniać w tego typu sytuacji dziennikarza za to, czy napisał prawdę, a nie za to, czy dochował należytej staranności (przy czym „należyta staranność” jest pojęciem szeroko obecnym w doktrynie, sędziowie mają do dyspozycji obszerne orzecznictwo). Powszechna reakcja w czasie internetowych dyskusji jest łatwa do przewidzenia: „Jak to?! To dziennikarz nakłamał i ma za to nie odpowiadać? Czyli będzie mógł kłamać do woli, byle był »rzetelny«?” – piszą oburzeni internauci, a ja mam nieodparte wrażenie, że piszą to głównie dlatego, że po jednej stronie konkretnego przypadku jest „dobrySzeremietiew, a po drugiej – „złyKittel. Gdyby konfiguracja była inna – na przykład po jednej stronie byłby „dobry” dziennikarz mediów prawicy, a po drugiej – „zły” polityk opozycji, nie byliby tak skorzy do żądania, aby karać dziennikarza za pisanie nieprawdy. Ale to oczywiście tylko moja spekulacja.

 

Nie będę się zagłębiał w kwestie prawne, ale dla porządku trzeba wskazać, że zasadę należytej staranności w przypadku dziennikarza reguluje przede wszystkim prawo prasowe w art. 12., pkt 1., zgodnie z którym dziennikarz ma obowiązek „zachować szczególna staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”. W sprawach z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych (lub ewentualnie karnych) wchodzi zatem w grę wykazanie, że dziennikarz złamał prawo prasowe, nie dochowując „szczególnej staranności i rzetelności”.

 

Można zrozumieć instynktowne oczekiwanie publiczności, że dziennikarz będzie karany po prostu za napisanie nieprawdy. Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zróbmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie następującą sytuację.

 

Oto dociekliwy dziennikarz dociera do informacji, że prominentny polityk obecnej opozycji był przez lata tajnym współpracownikiem SB i wyrządził wiele szkód różnym ludziom. Dziennikarz informacje sprawdza, odnajduje dokumenty, które pośrednio potwierdzają taką tezę, rozmawia z ludźmi, dociera nawet do domniemanego oficera prowadzącego, który potwierdza informacje. Polityk, zapytany o sprawę, oczywiście zaprzecza, ale większość TW zaprzecza lub minimalizuje swoje znaczenie w takich sytuacjach. Ukazuje się tekst, przedstawiający tę osobę jako TW. Oczywiście zawierający też jej zaprzeczenia i krótko omawiający możliwe wątpliwości.

 

Rok później wychodzą na jaw dokumenty, dowodzące bez najmniejszej wątpliwości, że sprawa była sfingowana, a polityk w żadnym wypadku z SB nie współpracował. Dziennikarz w momencie pisania tekstu ich nie znał i nie miał możliwości do nich dotrzeć, choćby dlatego, że były to dokumenty w jednym egzemplarzu w prywatnej „kolekcji” byłego peerelowskiego kacyka (mieliśmy już taką sytuację). Polityk wytacza dziennikarzowi proces. Gdyby sąd miał się zająć tylko tym – jak postulują wzburzeni sytuacją z SzeremietiewemKittelem – czy tekst zawiera prawdę, musiałby dziennikarza skazać – bo przecież obiektywnie napisał nieprawdę. Czy to byłoby w porządku? Oczywiście – nie. Dziennikarz dołożył bowiem wszelkich starań, żeby fakty zweryfikować. Uznał też, że publikując materiały, działa w ważnym interesie społecznym, a przewaga informacji potwierdzających tezę, że polityk był TW, nad wątpliwościami jest ogromna.

 

Czy w podanym przykładzie dziennikarz „kłamał”? W krążących po sieci wypowiedziach przewija się bowiem nieustannie słowo „kłamstwo” i pytanie, czy dziennikarze mogą w takim razie do woli „kłamać”. We wspomnianym wcześniej, bardzo emocjonalnym tekście sam Szeremietiew pisze: „Wynikałoby z tego, że dziennikarz może łgać, byle robił to »starannie« i »rzetelnie«”. Zakładam, że emocje, związane z jego własną sprawą, nie pozwalają byłemu wiceministrowi obrony spojrzeć na problem z dystansu i zrozumieć, w czym rzecz.

 

Przepisy prawa nie posługują się pojęciem „kłamstwa”, ale jego znaczenie jest jasne: kłamstwo ma miejsce wtedy, gdy podaje się nieprawdę ze świadomością, że jest to nieprawda. Nie ma czegoś takiego jak nieświadome kłamstwo. Pojęcia nieprawdy i kłamstwa nie są tożsame. Każde kłamstwo zawiera nieprawdę, ale nie każda nieprawda jest kłamstwem. I to jest istota sprawy.

 

Gdyby do informacji dziennikarskich podchodzić tak, jak domaga się część publiczności, oznaczałoby to potężny efekt mrożący – jeszcze mocniejszy niż w przypadku art. 212 kodeksu karnego – oraz poważne zagrożenie dla wolności słowa. Dziennikarz bowiem – zwłaszcza w przypadku pracy nad trudnym tematem – nigdy nie może mieć stuprocentowej pewności, nawet dokonawszy wielu sprawdzeń posiadanych informacji, że są one zgodne z prawdą. A przecież nie może sprawdzać w nieskończoność, bo wtedy nigdy nie opublikowałby materiału. Tymczasem za jego upowszechnieniem stoi często ważny interes społeczny. Co więcej, w przypadku spraw, gdzie ważne są dokumenty z przeszłości, nigdy nie mamy pewności, że stan wiedzy na dany moment jest ostateczny. Ale też nawet najrzetelniejszy dziennikarz nie może zawsze przewidzieć, że pojawi się coś, co może jego dotychczasowe ustalenia wywrócić do góry nogami. Dlatego gdyby dziennikarz miał być karany po prostu za podanie nieprawdy, a nie za dochowanie należytej staranności w znajdowaniu i sprawdzaniu informacji, za dziennikarskie śledztwa i trudne tematy zabieraliby się jedynie najwięksi dziennikarscy kamikadze.

 

Co więcej, powstałby instrument do „odstrzelenia” niewygodnych dziennikarzy. Sprawiającemu problemy dziennikarzowi należałoby podsunąć wciągający i wyglądający prawdopodobnie trop, zadbać, żeby trafiły do niego odpowiednio spreparowane dokumenty i żeby znaleźli się potwierdzający swoje wersje pozornie niezależni informatorzy. Po opublikowaniu powstałego w ten sposób materiału wystarczyłoby ujawnić prawdę i dziennikarza pozwać lub oskarżyć z art. 212. Tego typu operacje najłatwiej byłoby oczywiście przeprowadzić rządzącym.

 

Trzeba też rozumieć, że dziennikarz nie dysponuje takimi instrumentami dochodzenia do prawdy materialnej, jakie ma potem badający ewentualnie sprawę sąd, który – w przypadku procesu karnego – może mieć do dyspozycji materiały dostarczone przez prokuraturę, a w przypadku każdego procesu – rzeczoznawców, świadków, których stawiennictwo jest obowiązkowe, oraz zeznania składane pod przysięgą. Może zatem być tak, że dopiero przed sądem wyjdzie na jaw prawda, której dziennikarz nie miał szans odkryć swoimi środkami nawet przy włożeniu w to maksymalnego wysiłku.

 

Wszystko to nie oznacza, że podać można wszystko, a „należyta staranność” to formalność. Przy skomplikowanych sprawach należyta staranność powinna oznaczać dokumenty, krzyżowe weryfikowanie informacji, wypowiedzi świadków oraz oczywiście przedstawienie wersji zainteresowanego, jeśli chce ją przedstawić. Rzecz jasna – mówimy o teorii, natomiast sprawą sądu, orzekającego w danej sprawie jest, jak potraktuje sytuację i czy działania dziennikarza uzna za wystarczające.

 

Jedno powinno być jasne: media mają do wypełnienia rolę kontrolną. Dziennikarzy z tego właśnie powodu nie można karać za podanie nieprawdy, o ile uczynili wszystko, co w rozsądnych granicach było możliwe, aby do prawdy zbliżyć się jak najbardziej.

 

Łukasz Warzecha

Powstaje europejska infrastruktura cenzury – alarmuje MIROSŁAW USIDUS

Zarówno słynna dyrektywa ACTA2 jak i rozporządzenie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, które, choć o nim nieco ciszej, jest gorliwie mielone przez młyny prawodawcze Unii Europejskiej, to kolejne elementy konsekwentnie budowanej w Brukseli machiny do cenzorowania sieci w każdym jej aspekcie.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne

 

Takie np. „treści terrorystyczne” miałoby zwalczać rozporządzenie, które w tekście opublikowanym na portalu SDP kilka miesięcy temu nazywałem TERREG (zbitka od osłów „terroryzm” i „regulacja”), to potencjalnie całkiem pojemny worek pojęciowy. Lewica od dawna sugeruje, że tak należałoby rozumieć bardzo szeroki zakres poglądów politycznych wykraczających poza „akceptowalny nurt” (zasłyszane od szwedzkiej socjalistki). Prawica z kolei ma tendencję do dostrzegania wyłącznie terroryzmu islamistycznego, co nie jest zgodne z rzeczywistością, bo terrorem posługują się różne grupy i jednostki, także te o prawicowych poglądach.

 

Usuń natychmiast, potem możesz się skarżyć

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”.

 

Gwarancje większej wolności wypowiedzi przez wprowadzenie mechanizmów cenzury? Jasne. Znamy to. Demokracja socjalistyczna w propagandzie PRL też była „demokracją bardziej” niż po prostu demokracje w krajach zachodnich. Mówiąc wprost: „demokracja socjalistyczna” tym różniła się od demokracji, czym krzesło elektryczne od zwykłego krzesła.

 

Przesadzam? To spójrzmy, co euro-urzędnicy szykują firmom internetowym i nam wszystkim.

 

W projekcie rozporządzenia proponuje się np. jednogodzinny termin usunięcia treści po wydaniu przez wskazane organy nakazu. Oczywiście dla dostawców i administratorów jest to prawo drakońskie, zwłaszcza, że władza chce od nich „punktów kontaktowych” dostępnych całą dobę, siedem dni w tygodniu, co w praktyce będzie zmuszało ich do zwiększenia nakładów na zarządzanie serwisami a niektórym może zwiększyć koszty poza granicę opłacalności biznesu. Przy tak krótkim terminie nie ma czasu na dyskusje, interpretacje, wątpliwości, ekspertyzy i podobne mechanizmy obrony wypowiedzi, która nie musi wcale być jednoznaczna. Jest to po prostu szybka administracyjna pałka państwowego cenzora.

 

Oczywiście proponowana w rozporządzeniu definicja treści terrorystycznych, ograniczająca je do przekazów zachęcających lub popierających akty terrorystyczne, promujących działalność grup terrorystycznych lub też zawierających instrukcje i techniki przeprowadzania ataków, może chwilowo kogoś uspokoić. Gdy jednak uświadomimy sobie, że to urzędnik ze szczegółowymi instrukcjami niekoniecznie jawnymi i znanymi opinii publicznej, decyduje o tym, czy to, co napisaliśmy „zachęca”, „popiera” lub „promuje” ugrupowania terrorystyczne a na obronę przed uznaniową decyzją nie ma praktycznie czasu, to wygląda to już znacznie bardziej niepokojąco.

 

Zwłaszcza, że dobrze wiemy o przypadkach określania jako „terrorystyczne” różnych działań i grup, niewygodnych lub nieposłusznych wobec władz. Chiny nazywają terrorystami walczących o niezależność Ujgurów, uzasadniając w ten sposób niezwykle agresywne represje jakim poddały tę mniejszość narodową. Turcja terrorystami nazywa Kurdów a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy i ma inne poglądy.

 

Wśród proponowanych sformułowań rozporządzenia jest także, jak donoszą media, „obowiązek” ostrożności na internetowych platformach i upewnienia się, że nie służą do rozpowszechniania treści terrorystycznych. Miałby on spoczywać na użytkowniku! Ale przecież tego rodzaju wezwania w stylu – „Obywatelu, bądź czujny. Wróg nie śpi!” – przywodzą na myśl komunizm i w ogóle totalitaryzm. Od kiedy to w wolnym, demokratycznym kraju obywatel ma obowiązek uważać, czy w miejscu, które odwiedza, ktoś przypadkiem nie publikuje czegoś niewłaściwego?

 

Jasne, projekt rozporządzenia przewiduje składanie skarg i odwołań przez użytkowników, którzy nie zgadzają się na kwalifikowanie tego co opublikowali jako „treści terrorystyczne”. Jednak, oprócz kolejnego obowiązku jaki w związku tym dochodzi dostawcom sieci i platform – bo to oni muszą stworzyć i obsłużyć mechanizmy odwoławcze – znów dzwoni tu głośno alarm, że mechanizm to nic innego jak infrastruktura cenzury. Powstaje procedura, w której „zdejmuje się” coś w trybie natychmiastowym na podstawie administracyjnego żądania, zaś przywrócenie może potrwać znacznie dłużej, jest kłopotliwe i opiera się… znów na administracyjnej uznaniowości.

 

Chcesz dołożyć terrorystom, obrywają dostawcy usług w chmurach

 

Projekt rozporządzenia o treściach terrorystycznych jest obiektem krytyki ze strony wielu organizacji i aktywistów od około roku. Pisałem w swoim tekście z kwietnia o negatywnej opinii Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej (FRA) na temat szykowanego rozporządzenia.

 

Tworzona przez firmy i aktywistów internetowych organizacja Global Network Initiative już w styczniu 2019 przyjęła stanowisko, w którym stwierdza m. in.: „Proponowane rozporządzenie europejskie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych mogłoby mimowolnie zaszkodzić prawom użytkowników i podważyć uzasadnione wysiłki na rzecz dokumentowania i przeciwdziałania działalności ekstremistów w Internecie”. Dalej czytamy, że „członkowie GNI zwracają uwagę na niejasne definicje treści o charakterze terrorystycznym, szybkie terminy, w których firmy muszą stosować się do nakazów usunięcia treści, naciski na kształtowanie warunków świadczenia usług przez firmy internetowe a zarazem odnoszenie spraw o usunięcie treści do tych warunków, a nie przepisów prawa krajowego lub unijnego”.

 

GNI wskazuje, że przepisy zakazujące nawoływania do terroryzmu „powinny być ukierunkowane jedynie na bezprawne wypowiedzi, mające na celu podżeganie do popełnienia przestępstwa i które powodują niebezpieczeństwo popełnienia aktu terrorystycznego lub aktu przemocy”. Rozporządzenie odwołuje się do definicji „treści terrorystycznych” zawartej w dyrektywie UE 2017/541, która wielokrotnie została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka i niezależnych ekspertów. Ponadto, ponieważ definicja ta opiera się na dyrektywie unijnej, powstaje możliwość, że będzie interpretowana na wiele różnych sposobów we wszystkich państwach członkowskich.  Zdaniem GNI powstała w ten sposób sfera niepewności prowadzi zagrożenia zbyt gorliwej polityki ze strony firm internetowych, które będą myśleć głównie o swoim bezpieczeństwie prawnym.

 

W opracowanym przez pozarządowych ekspertów GNI pt. „Extremist Content and the ICT Sector” pisze się o obawach „ustanowienia precedensów pozasądowej cenzury administracyjnej bez odpowiedniego dostępu do środków odwoławczych, bez jasno określonej odpowiedzialności i przejrzystości regulacji dla użytkowników i społeczeństwa”.

 

Organizacjom takim jak GNI w krytyce projektu rozporządzenia o treściach terrorystycznych, wtórują liczni eksperci i przedstawiciele środowisk akademickich. „Projekt rozporządzenia stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa. Przepisy te mogą być stosowane w odniesieniu do dziennikarzy, organizacji pozarządowych, partii politycznych, związków zawodowych, ludności autochtonicznej, historyków lub przedstawicieli nauk społecznych, pisarzy, rysowników, fotografów i filmowców. Transgraniczne stosowanie tych przepisów sprawia, że może stać się ono strasznym narzędziem w rękach reżimów autorytarnych lub nieuczciwych urzędników”, napisał niedawno na swoim blogu Martin Scheininin, profesor prawa międzynarodowego i praw człowieka na Wydziale Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji.

 

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że projektowane regulacje ostro krytykowane są przez przedstawicieli sektora technologii i dostawców usług internetowych. Zwiększają przecież znacząco koszty prowadzenia biznesu i odpowiedzialność. Ponadto zwraca się uwagę na to, jak bezrefleksyjnie wprowadzane nowe przepisy mogą zagrażać całym nowym gałęziom biznesu, np. dostawcom infrastruktury w chmurze.

 

Po spotkaniu pt. „Fighting Terrorist Propaganda Online”, które odbyło się w Parlamencie Europejskim 13 listopada Alban Schmutz, przewodniczący stowarzyszenia dostawców usług infrastrukturalnych w chmurze w Europie (CISPE), ostrzegł, że jeśli firmy tego typu nie zostaną usunięte z zakresu rozporządzenia UE w sprawie treści terrorystycznych online, może mieć to poważne niezamierzone konsekwencje dla całego przemysłu, wielu innych przedsiębiorstw i konsumentów. „Wyobraźmy sobie, jaki wpływ na ludzi, usługi publiczne i przedsiębiorstwa miałoby zamknięcie usług związanych z infrastrukturą chmury, a w konsekwencji dostępu do całych platform internetowych, na których się opierają”, wskazywał Schmutz.

 

Od wrzuconych do jednego worka z firmami hostingowymi europejskich dostawców usług w infrastrukturze chmury na  mocy rozporządzenia oczekuje się rzeczy niewykonalnych. W przeciwieństwie do platform, nie mają oni dostępu do danych i treści swoich klientów umieszczanych w sieci. Ile jest jeszcze szczególnych, wynikających w zaawansowania technologii i rosnącej jej komplikacji, przypadków, które euro-urzędnikom nawet nie przyszły do głowy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Unia ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci. Od pewnego czasu mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, zwanej u nas ACTA2, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”.

 

Komisja bada, a jakże, możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Co sobie urzędnicy będą odmawiać, skoro można wymyślić nowy urząd, w dodatku z potężnymi uprawnieniami kontrolno-egzekucyjnymi?

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej to „mowa nienawiści”.  A kto wie, na jakie jeszcze pomysły wpadną urzędnicy.

 

O ACTA2 i przygotowanych przepisach o treściach terrorystycznych wiemy, że są to środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze. Choć wydaje się, że nawet przy wszystkich wyżej opisanych zastrzeżeniach, kategorie te są mniej więcej obiektywne. Ale co, gdy ktoś oskarży cię o „mowę nienawiści” np. z powodu dowcipu, memu lub niewłaściwej rzekomo emotikonki. Jak się przed tym bronić?

 

A jestem dziwnie pewien, że z czasem możliwości obrony będą słabnąć jeszcze bardziej. Rozszerzane za to będą i rozbudowywane definicje „praw autorskich”, „treści terrorystycznych” i zmanipulowanego już do granic wytrzymałości pojęcia „mowy nienawiści”. Założymy się?

 

Mirosław Usidus