Odważny jak cenzor – JAN PICHETA o granicy wolności słowa

Niebawem minie 41 lat od mojego dziennikarskiego debiutu. 40 lat odnajdywania i korzystania z wolności. W roku 1979 nikt o wolności nie mówił. Była w redakcji… czasopisma „Rębacz”, które pisało o sześciu katowickich kopalniach: Gottwald, Katowice, Murcki, Staszic, Wieczorek i Wujek. Redakcja mieściła się w podziemiach Domu Kultury KWK Wujek. „Rębacz” był dwutygodnikiem górniczych intelektualistów, więc aby rozwijać intelekt, przez dwa tygodnie graliśmy na okrągło w szachy, po każdym dobrym ruchu wznosząc toast kieliszkiem czystej z czerwoną kartką. Szachistów było czterech, więc i gier, i toastów mnóstwo. Ponieważ wszystko było na kartki, łącznie z wódką, a fluktuacja 10-tysięcznej załogi Wujka sięgała 50 proc. miesięcznie, znajomy naczelnego, kierownik referatu, miał zawsze parę tysięcy nieodebranych kartek do swojej dyspozycji. Jeśli był sprytny, mógł zbić na handlu kartkami majątek. Żurnalistom wódki też nie brakowało. Po dwóch tygodniach intensywnych gier redaktor naczelny orientował się, że właśnie nadszedł termin oddania numeru do druku. Brał jakieś gotowce, posyłał nas do znajomych kierowników działów, a mnie kazał pisać list do redakcji (wraz z odpowiedzią), żeby choć jeden się na łamach pojawił. Gdy tylko oddaliśmy numer do druku, powracaliśmy do szachowych rozgrywek w oparach alkoholu i tytoniowego dymu.

 

Nikt z nas nie pracował na dziennikarskim etacie, bo takich w kopalniach nie przewidziano. Każdy był więc zatrudniony jako pracownik powierzchni. Mnie udało się dostać angaż w łaźni łańcuszkowej KWK Wujek. Byłem tam specjalistą o najwyższych kwalifikacjach, innymi słowy – brygadzistą hydraulików… Raz nawet poszedłem zobaczyć, gdzie pracuję. Nozdrza ranił zaduch spoconych łachów na łańcuchach. Więcej tam nie wróciłem. Do takiej pracy w kopalni byłem zresztą przyzwyczajony. Wcześniej byłem piłkarzem GKS Katowice. Zatrudniano mnie jako specjalistę od ciężkich robót w KWK Kleofas.

 

O wolności zaczęto mówić, gdy nastała „Solidarność”. Wszyscy się do niej zapisaliśmy poza naczelnym. On pisał więc o dyrekcji, związkach branżowych i partii, a my o „Solidarności”. Nagle można było pisać prawie o wszystkim, poza tym, o czym wszyscy się napisać bali. Najbardziej łaskawy dla nas był czas po wydarzeniach bydgoskich w marcu 1981 r. Jan Rulewski został poturbowany przez milicję i dał sobie zrobić zdjęcie bez sztucznej szczęki. Nastroje społeczne się zradykalizowały. Cenzura praktycznie nie działała. Gdy przychodziło się do drukarni, cenzor tylko pytał: – A nie piszecie, że Związek Radziecki to skurwysyny? – i podpisywał periodyk do druku.

 

W grudniu 1981 straciliśmy wszystko. Redakcje, czasopisma et cetera. Przestała działać nawet ustawa o cenzurze. O wolności znów nikt nie mówił. Zdarzały się kontrolowane wyjątki. Gdy w marcowym numerze Informatora Kulturalnego Województwa Bielskiego w 1983 r. zapytałem śp. Macieja Zembatego, jak przyjął internowanie, odparł:

   

– Było to bardzo interesujące doświadczenie. Te doświadczenia się liczą, które pozbawiają nas złudzeń. Dzięki internowaniu pozbyłem się wielu z nich.

 

Jak jest możliwa obecnie satyra w PRL?

   

– Nie jest w tej chwili możliwa. Dopóki nie zacznie funkcjonować ustawa o cenzurze. Przez 18 miesięcy względnej wolności słowa odzwyczailiśmy się od aluzji, uników. Trzeba by było się cofnąć, a cóż bylibyśmy warci, gdybyśmy się cofnęli?

 

Na pytanie o różnice w występach przed publicznością w ostatnich latach stwierdził:

   

– Przed trzema laty szukałem, przed dwoma znalazłem, a teraz straciłem…

   

– Zakończymy tak smutno?

   

– (…) czasy są takie, że smutek jest na miejscu.

 

Parafując stronę z wywiadem, cenzor kręcił głową. Czytał kilka razy jedno i to samo, ale w końcu podpisał tekst do druku bez żadnych zmian.

 

Gdy przyszedłem do niego w następnym miesiącu z kolejnym wydaniem, od razu zapytał, czy mam coś równie drastycznego, co wywiad z Maćkiem Zembatym?

   

– Tym razem już tak odważny nie będę… – przyznał, wypiąwszy pierś jak do orderu!

 

Zamurowało mnie. Nigdy nie sądziłem, że jego pracę można określać w kategoriach odwagi.

 

Czyli jednak można być odważnym jak cenzor? Zwłaszcza wobec dzieci, gdyż później skreślał całe artykuły moich uczniów ze szkółki literackiej, którzy wydawali pismo „Wiosna Nasza”?

 

Wolności mogłem zażyć, współpracując z pismami podziemnymi. Do czasu. Napisałem tekst w obronie wycinanych drzew. Nie ukazał się. Zakwestionował go wydawca. Po latach okazało się, że był związany z osobami, które te drzewa fizycznie wycięli…

 

W nowej Polsce początkowo miałem więcej szczęścia do swobody. Najpierw stworzyliśmy z grupą ludzi ceniących wolność „Gazetę Prowincjonalną”. Na dowód, że wolność w Polsce istnieje (tak wówczas, jak dziś) wystarczy wymienić ludzi, którzy tworzyli „Czas Krakowski”. Jan Polkowski i Wojtek Czuchnowski, Witek Gadowski i Mieczysław Gil, Jan Maria Rokita i Katarzyna Kolenda-Zaleska, Ryszard Terlecki i ks. Kazio Sowa, Jarosław Szarek z żoną, Marta i Marek Stremeccy, prof. Maciej Malinowski i prof. Janusz Majcherek, Piotrek Legutko i Marek Bartosik, Marek Halberda i Marek Kęskrawiec, Anna Lubertowicz-Sztorc i Zygmunt Fura, Maciej Kwaśniewski i Włodek Jurasz, Zygmunt Moszkowicz i Krzysztof Gurba, Marek Oramus i Artur Pałyga, Patrycjusz Pająk i Monika Nowak, Jacek Fedorowicz i Leszek Długosz, Ewa Włodkowa i Aśka Oparek, Teresa Bochwic i Marek Żukow-Karczewski, Krzysiek Dawidowicz i Tomek Giżyński, a gdzieś tam jeszcze między nimi ja z bielskiej prowincji. Co to było za wolnościowe i dowcipne panopticum!? Nie do powtórzenia. Zwłaszcza, że – jak mi się wtedy wydawało – wszyscy się bardzo lubili.

 

Początkowo jednak i tam się piło. Przynajmniej w siedzibie przy Rynku Kleparskim alkohol musiał lać się nie tylko po kropelce, skoro naczelny ogłosił na tablicy, że pierwszy wybryk oznacza 500 zł kary, a drugi już dyscyplinarkę. Odtąd na piwo chodziło się już do knajpy. Każdy bowiem cenił sobie pracę w tak nadzwyczajnym piśmie.

 

Cudowną wolnością rozkoszowałem się w Radiu Bielsko, zwłaszcza, że w eterze stosowałem sporo środków dźwiękowych czy muzycznych, nie tylko pisarskich, oraz że w pobliżu mieścił się lokal o nazwie „Admiral”, gdzie można się było świetnie przygotować do licznych programów, pisać komentarze, felietony literackie, sportowe, społeczne i przemyśliwać reportaże. Mój szef, niezwykły radiowiec „urodzony w eterze” Maciej Szklarz częsty pobyt u „Admirała” przypłacił przeszczepem wątroby. Na szczęście udanym – od 20 lat operuje swym czarującym głosem w Teleekspresie.

 

Do „Trybuny Śląskiej” przeszedłem niepotrzebnie. Nie tylko dlatego, że towarzystwo było już wybitnie abstynenckie, nastawione głównie na robienie kariery. Tam po raz pierwszy spotkałem się z zakazem pisania o niektórych ludziach czy sprawach, zwłaszcza aferalnych. Gdy, uśpiwszy rewolucyjną czujność naczelnego, przemyciłem jeden z tekstów, których nie wolno było napisać, kazano mi się zwolnić. Skorzystałem z propozycji ochoczo, gdyż miałem na oku równie dobrze płatną pracę w piśmie samorządowym. Nie musiałem siedzieć w redakcji codziennie, lecz tylko wtedy, gdy umawiałem się z rozmówcami. Gdy pojechałem z synem na żagle, wydawca nie zauważył, że nie było mnie w redakcji przez 10 dni. Oczywiście o autentycznej wolności dziennikarskiej nie można było mówić. Trzeba było spełniać niektóre przynajmniej życzenia powiatowych bossów. Mnie było łatwiej, gdyż większość z nich znałem już od lat i z wieloma byłem w stanie się identyfikować – politycznie czy mentalnie.

 

Prawdziwą wolność odnajdywałem jednak w publicystyce kulturalnej. Przez ponad 20 lat współpracowałem z redakcją „Śląska” Tadeusza Kijonki. Pisałem co miesiąc felietony, recenzje, reportaże, wywiady, teksty krytyczne. Tylko raz zdarzyło się, że bez mojej zgody i wiedzy mój najlepszy kolega redakcyjny usunął kilka fragmentów tekstu, z którym się nie zgadzał. Przesłałem mu wywiad z Krzyśkiem Mieszkowskim, któremu nie podobała się – zdaniem Ślązaków rewelacyjna – realizacja pewnej powieści Janoscha wystawiona przez śląski teatr. Związek między kolegą redakcyjnym a teatrem był taki, że kolega redakcyjny pracował w tym teatrze jako kierownik literacki. Krytyczna ocena Krzysztofa Mieszkowskiego uderzała więc po części w niego i w jego współpracowników.

 

Przez ostatnie dziesięciolecie zwolniłem tempo swej żurnalistyki. Pracując w dziennikach czy tygodnikach, marzyłem o redakcji rocznika. Ponieważ niektóre modlitwy bywają wysłuchane, od ośmiu lat redaguję „Kalendarz Beskidzki”. Wydaje go Towarzystwo Przyjaciół Bielska-Białej i Podbeskidzia pod kierunkiem Grażyny Staniszewskiej, która zdobywa pieniądze od prywatnych sponsorów i nie ingeruje w pracę redakcji. Rocznik czyta dopiero po wydrukowaniu. Daje mi niezwykłą, jak mniemam, w dzisiejszych czasach wolność w kształtowaniu pisma. Nie wiem, jak jednak wyglądałaby moja wolność, gdybyśmy w naszym roczniku podejmowali kwestie wojny plemiennej w państwie Polaków.

 

Ostatnie dni zamykają zresztą zadziwiającą klamrą moją 40-letnią „drogę przez mękę”.

 

W czerwcu 1980 r. spędzono nas, dziennikarzy prasy regionalnej, na spotkanie w zamku Książ z ówczesnym ministrem gospodarki materiałowej Eugeniuszem Szyrem. Tłumaczył nam, co z polską gospodarką trzeba natychmiast zrobić, żeby po 40 latach nasz kraj mógł kwitnąć jak kraje Zachodu. Po pierwsze musimy zrezygnować z wydobywczego i ciężkiego przemysłu na rzecz przetwórczego. Przemysł wydobywczy i ciężki są bowiem nieekonomiczne, zużywają za dużo tlenu i wody, degradują człowieka, a więc górnika, hutnika itd. oraz środowisko naturalne. Po drugie musimy gospodarkę przeprowadzić na tory energooszczędne. Tracimy niezwykle dużo energii nie tylko ze względu na dominację przemysłu wydobywczego i ciężkiego. Oszczędność dają przede wszystkim odnawialne źródła energii, słońce, ciepłe wody, wiatr, woda itd. Po trzecie – żeby to wszystko wprowadzić, trzeba zmienić kadry. W Polsce dominowała wówczas nomenklatura. Jak powszechnie wiadomo, najważniejsze stanowiska obsadzano ludźmi miernymi, biernymi, ale wiernymi. Obowiązywała selekcja negatywna. Eugeniusz Szyr dał do zrozumienia, że właściwi ludzie muszą pracować na właściwych miejscach.

 

Jeśli nie dokonamy tych trzech zmian teraz, nie mamy szans dogonić Zachodu kiedykolwiek. Groził nam będzie trzeci świat! Prelegent na odchodne stwierdził, że doskonale wie, iż nie będziemy mogli tego wprost napisać. Nie pozwoli nam cenzura. Dlaczego zatem to mówił? Chyba dlatego, żeby – nie podając przyczyn, opisywać tragiczne skutki polityki PZPR – tak aby utrzymać ją przy władzy…

 

Poza wolnością słowa mamy dziś w Polsce podobną sytuację do tej z 1980 roku. Gdy słyszę prezydenta państwa, który powiada, że nie zrezygnujemy z czarnego złota, gdyż będzie to nasze bogactwo jeszcze przez 200 lat, gdy słyszę ministra, który obiecuje, że emitujące tanią energię wiatraki przeznaczy na złom  – przypomina mi się kontekst wystąpienia min. Eugeniusza Szyra. Był czerwiec 1980 roku. Właśnie wtedy na Lubelszczyźnie zaczynały się już pierwsze strajki, które doprowadziły do bezkrwawej solidarnościowej rewolucji.

 

Niestety bezkrwawa rewolucja znów jest potrzebna. Już nie tylko dla Polski, ale dla świata. O tym mówią ekolodzy na katowickim szczycie. Jeśli na skutek chorobliwej gospodarki polskiej i wielu innych państw naszego globu, o kilka stopni podniesie się temperatura Ziemi, za 40 następnych lat nie powinno już być ludzkości, co wieszczy niżej podpisany. Wolność zatem okaże się nic nieznaczącą aberracją ostatnich lat. Z drugiej strony łudzę się nadzieją, że najlepsze proroctwa to te, które się nie sprawdzają.

 

Jan Picheta

Kościół w mediach – ks. MARIUSZ FRUKACZ o vademecum dla duszpasterstwa medialnego

Ewangelizowanie przez media, ewangelizowanie mediów, troska o wychowanie medialne, szczególnie młodych, w tym również przyszłych kapłanów i osób zakonnych, to temat, który jest pilnym zadaniem na dzisiaj. Stąd m.in. obradująca 5 listopada na Jasnej Górze, pod kierunkiem abp. Wacława Depo Rada ds. Środków Społecznego Przekazu Konferencji Episkopatu Polski wskazała  na konieczność przygotowania dokumentu z zakresu duszpasterstwa medialnego.

 

 

Nowy dokument w przygotowaniu

 

Jak poinformowała Katolicka Agencja Informacyjna trwają aktualnie prace nad nowym dokumentem: „W trosce o człowieka na medialnym areopagu”. Głównym redaktorem dokumentu jest ks. prof. Michał Drożdż, dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej, kierownik Katedry Mediów i Komunikacji Społecznej Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Dokument ten ma być przygotowany w ostatecznej wersji do końca br. roku, po czym nastąpi czas na jego konsultacje, tak aby mógł zostać przedstawiony wszystkim biskupom do zatwierdzenia na zebraniu plenarnym KEP w marcu 2020 r.

 

Dokument ma zawierać siedem rozdziałów, w których będzie mowa nie tylko  o specyfice współczesnej kultury medialnej oraz o potrzebie „uczestnictwa w mediach” jako integralnej części misji Kościoła, ale również czytelnicy, a szczególnie ludzie pracujący w mediach, duszpasterze oraz młodzi przygotowujący się do kapłaństwa, znajdą takie zagadnienia jak: podstawowe zasady etyki, jaka obowiązywać winna w mediach. Będzie w nim mowa o potrzebie jakości dziennikarstwa oraz o formacji dziennikarzy. Dokument poruszy również problematykę autentycznego dialogu w mediach  w duchu wolności i odpowiedzialności.

 

Wychowanie medialne

 

Już wiele lat temu bp Adam Lepa w swoich publikacjach podejmował temat wychowania medialnego wskazując m.in. na kształtowanie właściwych postaw w odbiorze mediów przez młode pokolenie, ale również przez rodziców, którzy mają wpływ na wychowanie swoich dzieci. Warto przypomnieć publikację bp. Lepy wydaną w serii Biblioteki „Niedzieli” w 2008 r.  zatytułowaną „Telewizja w rodzinie”. Bp Adam Lepa podejmuje w niej refleksję nad relacjami, jakie zachodzą między rodziną a telewizją.  Autor omawia pozytywne i negatywne strony oddziaływania telewizji na rodzinę, rozpatruje ważny postulat rozumienia „świata telewizji„. Swoim czytelnikom podpowiada również, co należy uczynić, by „uniknąć negatywnego wpływu telewizji w środowisku rodzinnym i pogłębić wpływ pozytywny, który ułatwia wszechstronny rozwój osobowości„. Więcej o książce na https://ksiegarnia.niedziela.pl/site/ksiazka/289/

 

Do tematu wychowania medialnego, jak podaje KAI, wracają autorzy przygotowywanego dokumentu, w którym zostanie podjęty temat  szeroko pojętej edukacji medialnej społeczeństwa poczynając od wychowania w rodzinie, na katechezie. Ukazane zostaną w nim m. in. liczne wyzwania i zagrożenia związane z uczestnictwem w świecie mediów, ze zwróceniem szczególnej uwagi na media społecznościowe, z których najczęściej korzystają młodzi ludzie.

 

Wydaje się czymś ważnym w podjęciu tematu duszpasterstwa medialnego jest sprawa  kompetencji medialnej duchownych. Dlatego dokument ma wskazywać na potrzebę edukacji medialnej w kształceniu i formacji osób duchownych. Będzie też precyzyjnie formułować zasady uczestnictwa duchownych w mediach.

 

Warto podkreślić, że na zagadnienie edukacji medialnej kładzie już duży nacisk m.in. instrukcja duszpasterska Aetatis novae Papieskiej Rady do Spraw Środków Społecznego Przekazu z 1992 r. Instrukcja ta zawiera m.in. wskazania dotyczące programów duszpasterskich w dziedzinie społecznego przekazu, opracowywanych przez diecezję, Konferencję Episkopatu (https://www.niedziela.pl/artykul/1500/Aetatis-novae )

 

Młodzi w sieci i jakość przekazu wiary

 

Jedną z największych trosk duszpasterskich Kościoła dzisiaj jest obecność młodych ludzi w sieci nowych mediów. Stąd również konieczność zwrócenia uwagi na kwestię bezpieczeństwa młodych w sieci mediów społecznościowych oraz na problem odnajdywania się młodych w wirtualnym świecie, ze szczególnym podkreśleniem ich roli jako „świadków wartości”. O tym ma mówić również najnowszy dokument.

 

W przestrzeni życia społecznego i medialnego jesteśmy świadkami pewnego braku jakości  przekazu wiary w mediach. Autorzy przygotowywanego dokumentu wskazują na konieczność  kształcenia i formacji w zakresie dziennikarstwa religijnego. Jest to kwestia dotycząca mediów katolickich jak i tzw. świeckich.  Wiele lat temu ks. inf. Ireneusz Skubiś w jednym ze swoich felietonów pisząc o duszpasterskim oddziaływaniu przez media wskazywał, że „obok metod tradycyjnych, jak świadectwo życia, nauka religii, kontakt osobisty, pobożność ludowa, liturgia i inne obrzędy, bardzo ważnym środkiem ewangelizacji i katechezy stały się obecnie środki przekazu.  O tym powinniśmy dzisiaj pamiętać. O tym powinni pamiętać pasterze Kościoła, seminaria duchowne, domy zakonne, bo są to przecież środowiska duszpasterskiego oddziaływania. Ale również ruchy katolickie, stowarzyszenia – wszystkie te instytucje winny działać, mając świadomość, że dzisiaj nie da się prowadzić ewangelizacji wyłącznie metodami tradycyjnymi. Nie wystarczy głosić nauki o Bogu na ambonie, czy od ołtarza w kościele, nie wystarczą lekcje religii w szkole. Trzeba wykorzystać wszystkie możliwości, które są nam dane. Możliwości te mieszczą się w katolickiej gazecie, w katolickiej rozgłośni radiowej, w katolickim dziale telewizji czy w telewizji w ogóle. To są możliwości, które powinny być przez nas docenione” (https://www.niedziela.pl/artykul/904/Duszpasterskie-oddzialywanie-przez-media).

 

Medialny wizerunek Kościoła

 

Jednym z ważniejszych tematów przygotowywanego dokumentu jest troska o prawdziwość medialnego wizerunku Kościoła. Oczywiście  kwestie kształtowania wizerunku Kościoła w świecie medialnym, zasady „public relations” dotyczące rzeczywistości duchowej są dzisiaj niezmiernie ważne. Należy docenić fakt, ze nowy dokument będzie również mówił o rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych w Kościele.

 

Wydaje się również ważne to, że mówiąc o duszpasterstwie medialnym potrzebny jest właśnie dokument, który wyrażałby troskę Kościoła o świat mediów w Polsce. Bardzo ważna jest refleksja nad rozległą i delikatną dziedziną duszpasterstwa, jaką stanowi niewątpliwie przekaz i świat cyfrowy, które oferują kapłanom i osobom życia konsekrowanego  nowe możliwości w zakresie posługi Słowa oraz dla Słowa. Kościół ma za zadanie, pisał kiedyś Benedykt XVI,  dać adekwatną odpowiedź, chociażby na pytania młodych ludzi, którzy żyją w świecie ulegającym wielkim przemianom kulturowym. Duszpasterstwo mediów jest również odpowiedzią na konieczność korzystania z możliwości, jakie stwarzają zdobycze technologiczne. I wydaje się, że oczekiwany dokument podejmie to zagadnienie.

 

Już dzisiaj od kapłanów wymaga się, by potrafili być obecni w świecie cyfrowym, ale oczywiście  w sposób zawsze wierny przesłaniu ewangelicznemu. Na obecność kapłanów i duszpasterstwa w cyfrowym świecie wskazywał papież Benedykt XVI w orędziu na 44. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu  w 2010 r. (https://www.paulus.org.pl/223,44-sdssp-benedykt-xvi-2010 ). Warto do tego orędzia ciągle powracać, by nie tylko podejmować refleksję, ale realizować duszpasterstwo medialne, na którego konieczność Kościół w Polsce wskazuje.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Jak szukanie znajomych – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o pierwszym kroku do dobrego reportażu

Jednym z najważniejszych wyzwań, stojących przed początkującymi reportażystami radiowymi jest znalezienie odpowiedniego tematu i bohatera. Młodzi dziennikarze sięgają często po zagadnienia, które chociaż im wydają się nowatorskie, w rzeczywistości są już ograne i przez to trudne do przygotowania. Walka z nowotworem, bezdomność, doświadczenia powstańców warszawskich czy więźniów obozów koncentracyjnych to ważne i poruszające sprawy, jednak na te tematy powstało już tak wiele reportaży, że trudno znaleźć w nich jeszcze coś zaskakującego. Jak więc szukać bohaterów?

 

   „Najlepsze dokumenty są opowieścią o przepaści między marzeniami a rzeczywistością. Są o ludziach, którzy by chcieli, ale nie mogą. Albo mogą, ale nie chcą. Są o czymś, co jest niepełne, niedokończone, zdekompletowane” – powtarza belgijski mistrz reportażu Edwin Brys. Reportaże (radiowe, chociaż nie tylko), które zapadają w pamięć, pokazują ludzkie dążenia wbrew przeciwnościom, rejestrują zmianę, są zapisem pewnego napięcia pomiędzy tym, jak jest a tym jak chcieliby nasi bohaterowie, żeby było.

 

Kilka lat temu pracowałam na przykład nad reportażem „Niezłomny”, który został potem wyemitowany w radiowej Trójce. Słowem, które jednocześnie stało się tytułem reportażu, określił mojego bohatera jego znajomy. Pasją Damiana Kądzielewskiego jest sport. Kiedy spotykaliśmy się na nagrania, przygotowywał się właśnie do wyjątkowo trudnych zawodów – triathlonu na dystansie Iron Man. Damian jest niepełnosprawny. Wiele lat spędził w różnych szpitalach, miał wypadek, odkryto u niego nieuleczalną chorobę Huntingtona. Ale nie poddawał się. Zarejestrowałam kilka godzin jego treningu, pojechaliśmy też razem do Świdnika, z którego pochodzi Damian i gdzie mieszka jego rodzina. Matka, sama była pływaczka, wzruszyła się, opowiadając o pasji syna i jednocześnie o jego chorobach. Wszyscy wiedzieliśmy, że Damian nigdy nie wyzdrowieje, a pasja do sportu nadaje jego życiu sens. Co więcej, rodzina Damiana nie była zamożna, tymczasem wymarzone starty i treningi wiązały się z ogromnymi kosztami. Reportaż opierał się więc na kontraście pomiędzy wspaniałymi planami Damiana i jego ogromną zawziętością a bezwzględną rzeczywistością, z którą przyszło mu się mierzyć. To właśnie sprawiło, że ta prosta w sumie historia wielu osobom bardzo zapadła w pamięć. Między innymi była inspiracją dla innego niepełnosprawnego, który po emisji reportażu wysłał do nas wiadomość z podziękowaniem i obietnicą, że sam zacznie realizować swoje marzenia. Nawiasem mówiąc, Damianowi jakiś czas później udało się ukończyć zawody na dystansie Iron Man – prawie cztery kilometry wpław, sto osiemdziesiąt na rowerze i maraton!

 

No dobrze, ale skąd w ogóle czerpać informacje o tego typu historiach?

 

Zdarza mi się czasem szkolić praktykantów w radiu. Jednym z ćwiczeń, które im zadaję, jest znalezienie tematów, które ich zdaniem nadają się na reportaż. Okazuje się, że młodzi ludzie, najczęściej studenci dziennikarstwa, mają z tym ogromny problem, a to przecież dopiero pierwsza trudność, z którą muszą się mierzyć podczas pracy nad własnym materiałem. Tymczasem sposobów na znalezienie bohatera reportażu jest mnóstwo. Oto kilka przykładów.

 

  •    Poczta pantoflowa – sposób, z którego chętnie korzystam. Jeśli znajomi i znajomi znajomych wiedzą, że robię reportaże, sami chętnie podsyłają mi ciekawe tematy. I z drugiej strony – jeśli szukam konkretnej osoby do reportażu, myślę najpierw, kto mógłby mi podać kontakt do takiego człowieka. Przykładem jest historia powstawania reportażu „Saidali”. Tytułowym bohaterem był tadżycki opozycjonista, który uciekł ze swojego kraju, ściągnął do Polski rodzinę (po wielu perypetiach) i od jakiegoś czasu próbuje tu sobie ułożyć życie. Saidali, człowiek niezwykle wykształcony, musiał się mierzyć z tym, jak zarobić na rodzinę bez znajomości języka i jak odnaleźć się w zupełnie innej kulturze (gdy tymczasem on i jego żona zawarli kojarzone małżeństwo – nie znali się przed ślubem; są muzułmanami; nie mówią po polsku, itd.). Trafiłam na tego człowieka przez zupełny przypadek. Robiłam reportaż o ludziach, którzy mierzą się z biedą i korzystają z pomocy pewnej organizacji pozarządowej. Jeden z wolontariuszy zaproponował, żebym spotkała się z Saidalim. Kiedy porozmawialiśmy, zrozumiałam od razu, że jego historia zasługuje na oddzielny reportaż.

 

  •    Inne media – dziennikarstwo stadne to zmora dzisiejszych czasów i w żadnym przypadku nie zachęcam do kopiowania tematów innych redakcji, ale szeroko rozumiany internet to kopalnia! Kiedyś jedna z moich bliskich koleżanek, młoda i wydawać by się mogło, zupełnie zdrowa osoba, miała udar. Mogła mówić o szczęściu – przeżyła i jest obecnie w zupełnie dobrym stanie, jednak nie musiało tak być. Zaczęłam wtedy szukać informacji o chorobie i trafiłam na blog Lewaczka.pl. Prowadziła go Kasia ze Szczecina, która jeszcze przed trzydziestką miała udar i z aktywnej, zdrowej i sprawnej dziewczyny zamieniła się w osobę, która na nowo musi ćwiczyć podstawowe umiejętności. Ponieważ urzekło mnie to, jak pisała o swojej chorobie, postanowiłam zrobić o niej reportaż. Spotkanie z nią pamiętam do tej pory, a po emisji reportażu dostawałam wiadomości od słuchaczy, że poruszyła ich ta audycja.

 

Warto też czytać coś poza największymi dziennikami i tygodnikami. Czasem mała wzmianka w lokalnej prasie może dostarczyć informacji o ciekawym temacie. Tak było, kiedy wraz z Norbertem Frątczakiem robiliśmy reportaż o Marku Szablińskim, współczesnym wikingu. Norbert przyniósł krótki wywiad z małej, lokalnej gazety, przeprowadzony z panem Markiem. Niewiele tam było informacji poza tym, że pan Marek od dziesięcioleci zajmuje się rekonstruowaniem łodzi wikingów. Nie wydawało mi się to szczególnie ciekawe, ale ponieważ nie chciałam robić przykrości Norbertowi, zgodziłam się, żebyśmy spróbowali zrobić ten reportaż, co finalnie było strzałem w dziesiątkę. Pan Marek nie tylko miał w zanadrzu mnóstwo anegdot. Okazało się, że dla niego pasja to sposób na zachowanie godności w różnych trudnych momentach życia. Za ten reportaż dostaliśmy drugą nagrodę w konkursie Bałtyk 2018.

 

  •  Powrót do dawnych bohaterów reportaży – tak zrobiłam reportaż „Korona” o Miłce Raulin, najmłodszej Polce, która zdobyła Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Pierwszy reportaż powstał prawie trzy lata temu. Tematem było wtedy to, jak Miłka, która nie jest profesjonalnym sportowcem, łączy pasję z życiem rodzinnym i zawodowym. Jednak po skończonych nagraniach wracałam do niej wielokrotnie. Po ponad dwóch latach spotkań połączyłam wszystkie nagrania w jeden duży reportaż, pokazujący różne etapy i aspekty przygotowań do zdobycia Korony Ziemi. Miałam poczucie, że naprawdę dobrze udokumentowałam ten proces. Chciałabym tak pracować częściej! A reportaż reprezentował Polskę w międzynarodowym konkursie w Barcelonie.

 

  • Wewnętrzny radar – nazwałam tę metodę w ten sposób, bo dziennikarstwo kojarzy mi się z ciągłą gotowością do „wysłyszenia” historii. Nie da się uprawiać tego zawodu przez osiem godzin dziennie, a potem wrócić do domu i zapomnieć o pracy. Warto ciągle mieć w tyle głowy, że ktoś, z kim akurat rozmawiamy, może być bohaterem reportażu. Zdarzało mi się tak wielokrotnie, na przykład kiedy pracowałam nad audycją „Więcej niż piasek” o otwockich Żydach, wymordowanych w czasie wojny. Jeden z moich rozmówców, który w tym reportażu pojawił się dosłownie na chwilę, stał się głównym bohaterem innej historii. Była to opowieść o jego rodzinie, polsko-żydowskiej, w której dwie religie i dwie tradycje przeplatały się przez kilka pokoleń.

 

  • Specjalizacja, znajomość danej branży – jeśli jesteśmy zafascynowani jakąś dziedziną, prawdopodobnie wiemy o niej więcej, niż przeciętny Kowalski. Oznacza to także, że spotykamy ludzi, którzy nie są znani szerokiemu gronu osób, a o których warto opowiedzieć. Dzięki temu, że od lat żegluję, zrobiłam kilka reportaży o żeglarzach, na przykład o Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz. Pani kapitan jako pierwsza kobieta w historii opłynęła świat i mimo poważnego wieku dalej pływa po Bałtyku. Kiedyś była postacią bardzo znaną, dziś – nieco zapomnianą. Gdyby nie to, że zupełnie prywatnie zaczęłam o niej czytać, nie powstałby reportaż „Pierwsza Dama Oceanów”.

 

  •   Sposobów na znalezienie bohatera reportażu jest na pewno jeszcze więcej. Co ważne, w przypadku reportażu radiowego warto dbać o to, żeby dany człowiek nie tylko miał do opowiedzenia ciekawą historię, ale też żeby dobrze mówił, żeby chciało się go słuchać. Miałam kiedyś szczęście zrobić audycję o człowieku, który kolekcjonuje ludzkie wspomnienia. To były archeolog, który zrezygnował z wyjazdów badawczych po narodzinach dziecka, nie chciał bowiem, aby omijały go najważniejsze momenty z życia córki. Nie stracił jednak pasji do odkrywania tego, co nieznane. Ma nietypowe hobby – chodzi z aparatem po ulicach, zaczepia ludzi, robi im zdjęcia i prosi o to, aby opowiedzieli mu o fragmencie swojego życia. Mnóstwo osób już się na to zgodziło, a on przechowuje w pamięci (i na blogu) ich wspomnienia. Piotr ma w sobie ogromną wrażliwość, potrafi też wspaniale, plastycznie opowiadać. Jak widać, bohaterem nie musi być tylko człowiek nieszczęśliwy, poraniony przez los, ale z całą pewnością musi być to ktoś z niebanalną historią.

 

  •   I wreszcie ostatni warunek – chemia pomiędzy autorem i bohaterem reportażu. Może być tak, że temat wydaje się świetny, bohater mówi dobrze, ma ciekawą historię i… reportaż z różnych powodów nie wychodzi. Pamiętam, jak kilka lat temu próbowałam zrobić audycję o jednym z warszawskim skłotów. Mieścił się w centrum, w przepięknej, opuszczonej kamienicy. Wspólnotę tworzyły niezwykle barwne postacie – młodzi ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie karmili potrzebujących (w każdą niedzielę można było przyjść do nich na wegetariański obiad), pomagali dzieciom z biednych rodzin w odrabianiu lekcji, wspierali lokatorów w walce z czyścicielami kamienic. Byłam pewna, że kiedy zaczniemy nagrywać, usłyszę mnóstwo fascynujących opowieści. Tak się jednak nie stało. Mieszkańcy skłotu nie byli szczególnie zainteresowani reportażem. Nie zależało im na rozgłosie. Tworzyli własne gazety i portale internetowe, więc media głównego nurtu nie były im do niczego potrzebne. W dodatku nie ufali mi do końca. Postawili warunek, że zgodzą się na nagrywanie tylko wtedy, kiedy dowiodę że jestem po ich stronie, pomogę im w przygotowaniu transparentów na manifestację oraz wezmę udział w proteście – nie jako dziennikarz, tylko jako zwykły uczestnik. I chociaż prywatnie cel protestu był mi bliski, nie zgodziłam się na takie zatarcie granic. Reportaż nie powstał.

 

Jak więc widać, nie ma jednej, prostej recepty na znalezienie bohatera idealnego. Cały ten proces jest jednak fascynujący i przypomina trochę szukanie znajomych lub przyjaciół. Z niektórymi łączą nas mocne więzy na całe życie, inni pojawią się w naszym życiu na chwilę, ale mimo to wywrą na nas wpływ. Tu i tam przydaje się umiejętność rozmowy z ludźmi, empatia i znajomość psychologii. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Oceniać, a nie tłumaczyć – RAFAŁ BUBNICKI o pisaniu z pasją recenzji filmowych

Postmodernizm, a potem globalizacja – tutaj rozumiana jako pojawienie się i rozwój wielu kin „narodowych” – znacznie utrudnił zadanie krytykom filmowym.

 

Jak pisać z pasją recenzje filmowe? Nigdy z pasją takiej recenzji nie napisałem. Ponad dziesięć lat temu „popełniłem”, z pasją, trzy recenzje teatralne – dwie z nich były bardzo krytyczne, w jednym wypadku recenzja była nader pochwalna. Czas pozytywnie zweryfikował te ówczesne oceny. W ostatnim dziesięcioleciu przewodnicząc komisji konkursowej Dolnośląskiego Funduszu Filmowego uczestniczyłem w ocenie ok. trzystu projektów filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych, a potem w ocenach kolaudacyjnych  ponad sześćdziesięciu filmów, które  otrzymały dofinansowanie w Dolnośląskim Konkursie Filmowym. Na palcach jednej ręki mogę policzyć projekty, a potem realizacje, które wywoływały pasję, przede wszystkim z powodu merytorycznych błędów – nie zapowiadały się dobrze i tak wypadły w realizacji. O tym, że powstały zdecydowała większość głosów członków komisji. Co z tego wynika? To, że trochę rozumiem dlaczego nie tylko sam nie piszę (nie pisałbym?) z pasją recenzji filmowych, ale też dlaczego takich recenzji prawie dzisiaj nie spotykam.

 

Kiedy myślę o recenzentach filmowych piszących „z pasją” automatyzm skojarzeń kieruje myśli ku przeszłości, ku prof. Aleksandrowi Jackiewiczowi czy ku Zygmuntowi Kałużyńskiemu (by podać skrajne przykłady krytyków piszących różnie w formie, stylu i sposobie wartościowania). Czytając ich recenzje można było orientować się w świecie filmu, akceptować lub negować ich oceny, ale wybór który robili był czytelny, oparty na wybranej aksjologii. Wydaje mi się jednak, że im łatwiej było pisać z pasją. Bo świat filmu był w latach 60., 70. i nawet 80. po prostu mniejszy. Łatwiejszy do ogarnięcia i ujęcia w jednolite normy estetyczne. Łatwiej też było, w konsekwencji,  przyjąć wspólne normy wartościowania. Krytycy ci mieli w małym palcu historię filmu, europejskiego i amerykańskiego, a na ich oczach rozgrywał się przełom w sposobach narracji filmowej naznaczony nazwiskami Bergmana, Antonioniego, Felliniego, Viscontiego i francuskiej „nowej fali”. Postmodernizm, a potem globalizacja – tutaj rozumiana jako pojawienie się i rozwój wielu kin „narodowych” – znacznie utrudnił zadanie krytykom filmowym. To co stało się – i nadal dzieje się – w kinie od lat 80. to eksplozja nowych form narracji i tematów. Nie powinno nas łudzić, że nie każdy rok przynosi odkrycia w tym zakresie. Proszę jednak spojrzeć perspektywicznie na to jak „przyspieszało”  tempo narracji, przede wszystkim dzięki montażowi, i jak – równocześnie – zdobywało uznanie kino „slow”, które preferuje bardzo spokojnie, można rzec leniwie rozwijający się tok filmowego opowiadania. Z jednej strony mamy narracje z jednego punktu widzenia (bohatera lub narratora-reżysera), z drugiej różne warianty opowiadania z różnych punktów widzenia lub z jednego punktu widzenia „przełamanego” nagle przez wersję „z innej strony”. To nas nie dziwi, nie zaskakuje jak niegdyś w „Rashomonie” Kurosawy – stało się  chlebem codziennym współczesnego kina. I druga, obok rozbudowanych, różnorodnych form narracji, cecha współczesnej X Muzy czyli multikulturowość. W latach 60. odkryciem dla Europejczyków było kino japońskie z filmami jego lidera Akiry Kurosawy, później kino australijskie. W ostatnim trzydziestoleciu tych fal „narodowych” było znacznie więcej. Kino tureckie, irańskie, izraelskie,  chińskie, kino Indii (nie tylko z Bollywoodu), kino krajów południowoamerykańskich, kino krajów afrykańskich – długo można by wyliczać. Kinematografie tych krajów emancypowały się, a powstające tam filmy były nowatorskie zarówno tematycznie jak ze względu na formę filmową. Obok specyficznej tematyki, wyrastającej z historii, kultury i obyczajowości filmy z tych krajów niosły często, wyrastające z odrębności kulturowych, nowe formy narracji np. kino irańskie. I tak jak w innych dziedzinach np. w teatrze i literaturze, pojawienie się tych fal „narodowych”, skutkowało rosnącą specjalizacją krytyki filmowej.

 

Aby  dzisiaj „z pasją” pisać o filmie trzeba z jednej strony znać historię i warsztat filmu, skomplikowany, różnorodny i stale zmieniający się, z drugiej „ogarniać” kino różnych kultur i tradycji. Wiedza to rozległa i obszerna, nierzadko szczegółowa, w dodatku wymagająca stałego aktualizowania i śledzenia zmian. Ponieważ wielość stylów narracji filmowej z jednej strony, a multikulturowość z drugiej, to również wielość systemów wartościowania, bez których nie ma dobrej recenzji, nietrudno domyślić się dlaczego tak mało jest dzisiaj recenzji filmowych pisanych „z pasją”. Z jednej strony inteligentni recenzenci, wiedząc to co napisałem powyżej, zdają sobie sprawę jak łatwo „wyjść” na ignoranta i głupka. Z drugiej, i to chyba najważniejsze, mało kto z piszących o filmie wypracował skalę wartości i przemyślał ją w odniesieniu do współczesnej produkcji filmowej w taki sposób, aby zdecydować się na wyrażane z pasją oceny pochodzących z „różnych parafii” formalnych i kulturowych premier filmowych. Dlatego też tak wielu recenzentów zamiast wartościować i oceniać filmy, raczej je opisuje i tłumaczy, a sukcesem jest kiedy nie „pali ich” lub nie „spojluje” opowiadając jak się kończą.

 

Chciałbym, aby recenzenci filmowi pisali o kinie z pasją. Chciałbym trafić na takiego recenzenta, którego punkt widzenia byłby mi bliski niezależnie od tego czy pisze o Woodym Allenie, czy o Yorgosie Lanthimosie, o Bradleyu Cooperze czy o Pedro Almodovarze, niezależnie od tego czy będę zgadzał się czy polemizował z jego opiniami. No cóż, to tylko marzenia…

 

To nie jest korpo – ks. MARIUSZ FRUKACZ o błędach dziennikarzy piszących o Kościele

Pisać o Kościele nie jest łatwo. Podobnie jak trudno jest pokazać w sposób zrozumiały i atrakcyjny jakiekolwiek dobro, które dzieje się wokół nas.

 

W sierpniu 1976 r. kard. Karol Wojtyła, odwiedzając Stany Zjednoczone, wypowiedział ważkie słowa: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego ani najszersze kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a anty-Kościołem, Ewangelią a jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrzności. To czas próby, w który musi wejść cały Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią kulturę i cywilizację chrześcijańską ze wszystkimi jej konsekwencjami: ludzką godnością, prawami osoby, prawami społeczeństw i narodów”. Wydaje się, że ta diagnoza znajduje swoje odzwierciedlenie także w przekazie medialnym na temat Kościoła.

 

Zrozumienie i szacunek

 

Pisać o Kościele nie jest łatwo. Podobnie jak trudno jest pokazać w sposób zrozumiały i atrakcyjny jakiekolwiek dobro, które dzieje się wokół nas. Oczywiście dobra komunikacja pomaga nam być bliżej siebie oraz lepiej poznawać siebie nawzajem. Niestety w przestrzeni życia społecznego w Polsce zauważamy dzielące nas mury, brak wzajemnego zaufania. Takie mury można pokonać tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi, by słuchać siebie nawzajem i uczyć się jedni od drugich. Myślę, że w opisie Kościoła potrzebne są jakieś formy dialogu pozwalające na zrozumienie i szacunek. Wydaje się, że trzeba rozwijać kulturę spotkania, o której tak dużo mówi papież Franciszek. Potrzebne zawsze jest spotkanie, dialog ludzi mediów i Kościoła. Oczywiście, jak zauważył papież Franciszek w jednym ze swoich Orędzi na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, „różnorodność wyrażanych opinii może być postrzegana jako bogactwo, ale możliwe jest także zamknięcie się w pewnej sferze informacji, które odpowiadają jedynie naszym oczekiwaniom i naszym ideom, albo określonym interesom politycznym i gospodarczym. Środowisko komunikacyjne może nam pomóc w rozwoju, lub przeciwnie prowadzić do dezorientacji”.

 

Uczyć się Kościoła

 

Wiemy dobrze, że podstawowym prawem wszelkiego rodzaju przekazu jest szczerość, prawość i prawda. Można zatem pytać, czy właśnie te trzy wymiary przekazu są respektowane w informowaniu i pisaniu o Kościele. Warto przypomnieć również za dokumentem Kościoła zatytułowanym „Communio et progressio”, gdzie znajdujemy takie słowa: „Zasługa i wartość moralna jakiegoś przekazu nie zależy od samego tylko tematu czy od doktryny, jaką temat ten zakłada, ale także od rodzaju przekazu, od sposobu przedstawienia, mówienia i przekazywania, dalej, od okoliczności towarzyszących i wreszcie, od odbiorców, do których dany rodzaj przekazu jest skierowany”.

 

Kościół pokazywany jako instytucja usługowa

 

Tymczasem w przekazie o Kościele pojawia się jakieś dziwne przekonanie, że Kościół powinien być instytucją usługową, jakimś rodzajem supermarketu. Moim zdaniem zasadniczy błąd w przekazie o Kościele pojawia się wtedy, kiedy patrzymy na jego  rzeczywistość jako jedynie na instytucję czy korporację. Wówczas w przekazie medialnym bardzo często prowadzi to do myślenia  o relacji człowieka z Bogiem w kategoriach szef i podwładny, a nie więzi osobowej Ojciec i dziecko, Ojciec, syn i córka, usynowionych i zbawionych w Ciele i Krwi Jezusa Chrystusa.

 

Nieprzychylna atmosfera

 

Jednym z poważnych problemów z jakim dzisiaj mamy do czynienia jest nieprzychylna atmosfera wokół Kościoła, prezentowana w ostatnich latach przez część mediów. To, co bardzo boli mnie jako kapłana–dziennikarza to patrzenie na Kościół „poprzez okulary sensacji”. Ostatnio mamy do czynienia z formą ośmieszania osób życia konsekrowanego, ośmieszania konsekracji osób ślubujących czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Budowanie nieprzychylnej atmosfery wokół Kościoła w mediach nie służy rzetelnej informacji.

 

W opisie Kościoła w mediach świeckich bardzo często jest on pokazywany jako tylko i wyłącznie instytucja. Wydaje się, że przekaz medialny tworzy obraz, że Kościół dla tego świata byłby wygodny jako relikt przeszłości, także w Polsce, a  Ewangelia spychana jest na bok w imię demokracji. W opisie Kościoła pojawiają się bardzo często jednostronne interpretacje, które rodzą emocje i utrudniają dialog. Również smutne jest to, że w mediach prasowych, radiowych, telewizyjnych czy internetowych prawda zaczęła odgrywać wtórną rolę, a liczy się sensacja, duch oszczerstwa i niszczenia sakramentu kapłaństwa, a przez to i Kościoła.

 

W prasie pojawia się coraz więcej tekstów, które mają na celu stworzyć wrażenie, jakoby Kościół i sam Watykan nie działał w sposób uporządkowany, zgodny z obowiązującymi wszystkich normami, ale w sposób gorszący, wskazujący na tzw. drugi obieg, a może i korupcję czy przekręty. Tak było na przykład w pokazywaniu tzw. afery Vatileaks. Moim zdaniem ukazywanie Kościoła wyłącznie od strony negatywnej jest po pierwsze nieobiektywne, a po drugie nie służy społeczeństwu.

 

Stygmatyzowanie ludzi Kościoła

 

Moim zdaniem bardzo niepokojące, niebezpieczne i będące efektem manipulacji  jest obserwowane w mediach dzielenie społeczeństwa i stygmatyzowanie ludzi, także ludzi Kościoła wedle określonych kategorii, tych rzekomo nowoczesnych i rozumiejących świat oraz tych „zacofanych”, nic nie rozumiejących. Jest też próba pokazania Kościoła jako instytucji wrogiej demokracji, a tym samej wrogiej ludziom chcących zmian. Wydaje się, że jednym z poważnych grzechów ludzi mediów jest próba rozdzielenia społeczeństwa, narodu od Kościoła.

 

Wciąż obecny jest też w mediach przekaz pokazujący jakby dwa oblicza Kościoła: zamknięty i otwarty. Słyszy się nawet głosy o śmierci Kościoła otwartego. Tymczasem Kościół jest jeden. „Kościół jest zawsze sobą. Był, jest i będzie instytucją, której głową jest Chrystus i która ma swoje Boskie ustanowienie. Jest ono zanurzone w Objawieniu, w Piśmie Świętym, w nauczaniu soborów, w nauczaniu powszechnym. Kościół żyje i wśród ludzi spełnia swoją misję” – napisał w jednym z felietonów ks. inf. Ireneusz Skubiś.

 

Błędem jest więc patrzenie na rzeczywistość Kościoła jedynie poprzez „okulary socjologii”, czy też politologii, albo przez „okulary bieżącej polityki określonego wydawcy”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz „Niedzieli”

 

Zmierzch technologicznych bogów – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

O jakichkolwiek cudach kwantowych i postępach AI Google’a usłyszymy, nie należy zapominać, że fundamentem potęgi tej firmy jest reklama i to właśnie z tej strony w ostatnich latach notuje ona najpotężniejsze ciosy. Każda firma z grona nazywanego Big Tech ma narastające od lat problemy, Facebook z odpływem młodych, Apple ze spadkiem sprzedaży iPhone’a, Amazon z narastającym kryzysem konsumenckim…

 

A to dopiero początek, bo zaczęła się już na całym świecie wielka ofensywa antymonopolowa. W dodatku niektóre kraje zaczynają coraz skuteczniej egzekwować podatki od unikających dotychczas haraczu gigantów internetowo-technologicznych. Niedawno Big Tech opodatkowały Włochy, wcześniej Francja. W obu krajach podatek będzie naliczany od obrotu.

 

To nie wszystko. Kilka miesięcy temu wspominałem, że kluczowe może okazać się zrozumienie, że fundamentem potęgi Google’a, Facebooka czy Amazona, nie są wcale narzędzia, technologia, nie doskonałość algorytmów, lecz dane, które otrzymują od użytkowników za „darmowe” usługi. Okazuje się, że tu i ówdzie do zrozumienia tego już się dochodzi. Co więcej, są już konkretne projekty, które mają nasze dane uwolnić od platform GAFA (skrót od Google-Apple-Facebook-Amazon).

 

Wytrącić im nasze dane z rąk

 

W październiku ponadpartyjna grupa amerykańskich senatorów – Mark Warner, Josh Hawley  i Richard Blumenthal, zaproponowała przepisy, które nakładają na firmy takie jak Google i Facebook obowiązek tworzenia i utrzymywania otwartych interfejsów interoperacyjnych (API), umożliwiającym użytkownikom lub delegowanym stronom trzecim dostęp do danych personalnych i ich przenoszenie. Giganci mieliby za to pobierać rozsądną opłatę. Projekt ustawy, nazwany ustawą Augmenting Compatibility and Competition by Enabling Service Switching (ACCESS) Act, ma zastosowanie wyłącznie do dostawców usług platformy komunikacyjnej z ponad 100 milionami aktywnych użytkowników dziennie na terenie USA. Jest to wyraźnie zaprojektowane z myślą o odebraniu władzy nad danymi firmom Big Tech.

 

Dane użytkowników to istota ich biznesu, więc „uwolnienie” ich będzie dla potentatów ogromnym ciosem – myślą zwolennicy tego rozwiązania. Choć  zarówno Google jak i Facebook od lat oferują możliwość przenoszenia danych, przez takie usługi, jak np. Google Data Liberation Front (2007) i Takeout (2011) oraz Facebook’s Download Your Information (2010), to jednak usługi te nie są pomyślane tak aby wygodnie przenieść dane do potencjalnych konkurentów. Pod wpływem wprowadzenie w Europie „ogólnego rozporządzenia o ochronie danych” GDPR (u nas jako RODO), Facebook, Google, Microsoft i Twitter (a później Apple) wspólnie deklarowały stworzenie projektu transferu danych użytkowników. Na razie nie poznaliśmy szczegółów i projektu.

 

Amerykańscy prawodawcy zdają sobie sprawę, że samo udostępnianie danych i możliwość skopiowania, i zapisania ich w jakiejś postaci to wciąż za mało. Te dane są i tak użyteczne jedynie w kontekście platformy Facebooka czy Google’a. Dlatego kładą nacisk na „interoperacyjność”. Narodowy Instytut Standardów i Technologii (NIST) zostanie na mocy nowego prawa zobowiązany do opracowania i opublikowania standardów technicznych, dzięki którym popularne klasy usług komunikacyjnych – w tym wiadomości online, udostępnianie multimediów i sieci społecznościowych – staną się interoperacyjne (czytaj: będzie można je przenieść na inne platformy i korzystać z nich swobodnie w innych niż googlowe czy facebookowe, aplikacjach).

 

Google zbiera ciosy

 

Zarówno Google jak i Facebook są niezwykle aktywne w wielu dziedzinach, które mają niewiele wspólnego z ich tradycyjną, pierwotną działalnością. Facebook mówi o VR, AI i własnej kryptowalucie. Google buduje komputery kwantowe i stawia na sprzęt. Ktoś może pomyśleć, że świadczy dobrze o kondycji tych firm, że się rozwijają. Niekoniecznie.

 

Choć założyciele Google’a byli początkowo przeciwni reklamom w wyszukiwarce, szybko zmienili zdanie a wielkość firmy została w ubiegłej dekadzie zbudowana na reklamie kontekstowej. Fundament ten jednak zaczął się nieco chwiać już kilka lat temu. A gdy w 2017 roku kiedy Amazon przewyższył Google w USA jako główne narzędzie wyszukiwania produktów, w Mountain View pojawiły się oznaki nie okazywanej wprawdzie wyraźnie, ale zauważalnej w poczynaniach wyszukiwarkowego giganta.

 

Okazało się, że Amazon walczy z Google skutecznie na jego terenie i wygrywa. Co gorsza, ludzie zwracający się do Amazona w swoich zakupowych poszukiwaniach pochodzili z najważniejszej dla reklamodawców grupy – młodych ludzi. Pieniądze na reklamy zaczęły przepływać szlakiem, którym podążali klienci. Wszechpotężny ongiś reklamowy mechanizm Google do generowania gotówki zaczął tracić paliwo. Prawdę mówiąc na zauważalnym odwrocie od Google’a korzystały też serwisy społecznościowe Instagram i Facebook. Google, choć kilka razy próbował stworzyć własne platformy społecznościowe, nie zbudował, ani nie pozyskał angażujących treścią kanałów.

 

Zatem grupa największych spółek technologicznych i internetowych, pomimo, że przez przeciwników ich monopolistycznej pozycji jest postrzegana jako całość, pomiędzy sobą wcale nie jest szczególnie solidarna a nawet wręcz przeciwnie – zaciekle rywalizuje.

 

Widząc złowróżbne znaki na horyzoncie, Google próbuje z nierozstrzygniętym, jak do tej pory, skutkiem, znaleźć przychody w obszarach innych niż reklama. Stara się zarabiać na sprzęcie, usługach w chmurze i w innych niekiedy niezwykle ambitnych przedsięwzięciach, np. z dziedziny obliczeń kwantowych. Pomimo tytanicznych wysiłków aby się „przebranżowić”, nadal jedynie ok 15 proc. przychodów Google pochodzi ze źródeł innych niż reklama.

 

A ciosy nie przestają nadchodzić. Pod koniec 2015 r. główny konkurent Google w przestrzeni mobilnej – firma Apple – dodała do swoich urządzeń funkcję umożliwiającą użytkownikom blokowanie reklam. Apple, zaliczany do grona Big Tech, ma swoje problemy ze sprzedażą flagowych produktów i na pewno nie będzie pilnować biznesu Google’a, gdy toczy się gra o klientów. Urządzenia z systemem iOS przynosiły Google’owi aż 75 proc. przychodów z reklam w wyszukiwarkach mobilnych, dlatego też Google płacił Apple miliardy dolarów rocznie, aby pozostać domyślną wyszukiwarką na urządzeniach Apple. W momencie, gdy Apple zezwala na blokowanie reklam, układ ten traci sens.

 

Google, co jest wymowne, w sposób coraz bardziej bezpardonowy walczy z blokowaniem reklam. Niedawno po wielkiej awanturze ze środowiskiem deweloperskim Google utrzymało stanowisko, że trzeci manifest rozszerzeń przeglądarki Chrome będzie uniemożliwiał działanie najważniejszych adblockerów. Oznacza to w praktyce blokadę blokady reklam w przeglądarce. Skoro  w tej sprawie, pomimo rewolty deweloperów na których opiera się cała siła Chrome’a, jest tak uparte, to chyba jasny sygnał, że blokowanie reklam Google’a bardzo boli i bardzo dużo kosztuje. Nie zaczadzeni PR-kiem „fajnej firmy” która robi różne innowacyjne i imponujące rzeczy, widzą dobrze w co tu się gra i co jest najczarniejszym koszmarem Google’a.

 

Zresztą ostatnie poczynania Google’a na wiecznie deficytowej platformie YouTube, gdzie zmienił regulamin, przewidując zamykanie „niedochodowych” kanałów i bany za korzystanie z blokowania reklam, też mają swoją wymowę. Do tego dochodzi Premium, czyli płatne YT bez reklam. Robi się coraz mniej miło. Narasta niezadowolenie youtuberów, którym Google jakoś nie umie wprost powiedzieć, że chciałoby wreszcie zacząć zarabiać na serwisie, który kupiło kilkanaście lat temu. Gdy spadają przychody z innych kanałów reklamowych, nadchodzi czas excela, także dla YouTube.

 

Przebudzenie prywatnościowe

 

W ostatnich latach na aktualności zaczął tracić dawny układ, nie spisany – pomiędzy Google’m a użytkownikami, którzy przez lata mniej lub bardziej świadomie sprzedawali gigantowi swoje dane prywatne w zamian za „darmowe” usługi. Produkty Google tradycyjnie były bezpłatne, innowacyjne i używane przez miliardy ludzi. Aby uzyskać dostęp do tych darmowych produktów, ludzie musieli zrezygnować ze swoich danych osobowych i poświęcić nieco czasu i uwagi na reklamy.

 

Te ostatnie oczywiście nigdy nie były czymś, czego naprawdę chcieli użytkownicy usług Google’a – były one po prostu przykrą koniecznością, podatkiem nałożonym na dostęp do ekosystemu Google. Google zachęcał ludzi do handlu ich prywatnością, danymi i czasem dając w zamian bardzo dobrej jakości, „darmowe” produkty i usługi, z które często miały dobrych alternatyw. Każdy składnik tego ekosystemu zbiera pracowicie dane o każdej wykonanej przez użytkownika operacji, zamówieniu, wypowiedzianym lub zapisanym słowie. Wszystko to pracuje przede wszystkim w celu lepszego, dokładniejszego kierowania reklam i wykrywania ich skuteczności, np. przez rejestrację zakupów i zamówień.

 

Obecnie nastawienia użytkowników się zmieniają. Sprzyjają temu kolejne głośne skandale związane z nieuprawnionym wykorzystaniem prywatnych danych, niekoniecznie zresztą przez Google, bo akurat tu na sumieniu więcej ma inny potentat, Facebook. Obie firmy mają problemy związane z „przebudzeniem” użytkowników w dziedzinie prywatnych danych. Dochodzą do związane z owym „przebudzeniem” kłopoty z władzami państw i przepisami chroniącymi użytkowników lub rynek przed dominującymi graczami Big Tech.

 

Wielkie dochodzenie antymonopolowe

 

Facebook i Google są od pewnego czasu na celowniku dochodzeń antymonopolowych prowadzonych przez organy wymiaru sprawiedliwości w USA. Donosił o tym jako pierwszy w sierpniu dziennik „The Wall Street Journal”. Kilka miesięcy wcześniej Federalnej Komisji Handlu USA nałożyła na Facebooka karę grzywny w wysokości pięciu miliardów dolarów grzywny za brak ochrony danych użytkowników w związku ze skandalem Cambridge Analytica.

 

Na początku września pojawiła się informacja, że wszystkie stany USA, pod przewodnictwem Teksasu, rozpoczęły dochodzenia w sprawie „potencjalnych monopolistycznych zachowań Google’a”. Prokurator generalny Nebraska, Doug Peterson, powiedział na konferencji prasowej w Waszyngtonie, że 50 prokuratorów generalnych wspólnie wysyła „mocną wiadomość do Google”.

 

Przy okazji w USA przypomniano, że europejskie organy regulacyjne ds. ochrony konkurencji już w marcu 2019 r. nałożyły na Google grzywnę w wysokości 1,7 mld USD za nieuczciwe umieszczanie klauzul o wyłączności w umowach z reklamodawcami, co stawiało konkurentów w branży reklam internetowych w niekorzystnej sytuacji.

 

Jednym z możliwych efektów dochodzeń organów ds. przeciwdziałania praktykom monopolistycznym, jest zmuszenie Google do wydzielenia wyszukiwarki internetowej jako oddzielnej firmy. Organy mogą również skoncentrować się na takich obszarach jak YouTube, przejęta przez Google’a w 2006 roku, która jednak, o czym wspominałem, nigdy nie była rentownym biznesem sama w sobie.

 

Waluta facebookowa

 

Tracący aktywnych, młodych użytkowników Facebook wpadł ok. dwa lata temu na pomysł ożywienia biznesu przez wprowadzenie własnej waluty opartej na łańcuchach blokowych jak bitcoin. Pomysł na walutę Libra zapewne wydawał się Zuckerbergowi i kolegom genialny. I może taki był, gdyby nie to, że wchodzi na teren, którego państwa i establishment finansowy pilnują jak oka w głowie.

 

Po skandalu związanym z wyciekiem danych użytkowników do Cambridge Analytica i dowodach niezdolności platformy Zuckerberga do odpowiedniego zabezpieczenia własnej platformy, władze USA i wielu innych państw mają do Facebooka znikome zaufanie. Już w ciągu doby od chwili ogłoszenia planu wprowadzenia Libry na Facebooku (czerwiec 2019) zaczęły nadchodzić sygnały zaniepokojenia ze strony rządów całego świata. W Europie politycy podkreślali, że nie można pozwolić, by stała się ona „suwerenną walutą”. Amerykańscy senatorowie wezwali Facebooka do natychmiastowego wstrzymania projektu i wezwali kierownictwo Facebooka na przesłuchanie.

 

Projekt Facebooka przewidujący wprowadzenie kryptowaluty Libra nie może być realizowany w formie, w jakiej był dotąd prezentowany,” oświadczył w lipcu francuski minister finansów Bruno Le Maire. Nawiązał też do planów opodatkowania wielkich firm technologicznych. „Nie możemy pozwolić przedsiębiorstwom, które kierują się prywatnym interesem, na wyposażenie się w środki suwerenności monetarnej. Musimy działać.” Z kolei, według amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, Libra może stać się narzędziem ludzi finansujących terrorystów i zajmujących się praniem brudnych pieniędzy, w związku z czym stanowi problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jego zdaniem wirtualne pieniądze takie jak bitcoin „były już wykorzystywane do wspierania nielegalnego obrotu miliardami dolarów w ramach cyberprzestępczości, unikania podatków, sprzedaży nielegalnych substancji i narkotyków oraz handlu ludźmi”. Niemiecki minister finansów Olaf Scholz powiedział, że musi być gwarancja prawna, że kryptowaluty, takie jak Libra, nie będą stanowić zagrożenia dla stabilności finansowej ani prywatności konsumentów.

 

W końcu sam prezydent USA Donald Trump skrytykował na Twitterze kryptowaluty w tym bitcoina, oraz zapowiedzianą przez Facebooka Librę. „Jeśli Facebook i inne firmy chcą zostać bankami, muszą starać się o licencję bankową i podporządkować się wszystkim przepisom prawa bankowego, jak każdy inny krajowy czy międzynarodowy bank,” – napisał.

 

Podczas spotkania z przedstawicielami amerykańskiego Senatu we wrześniu Mark Zuckerberg powiedział ustawodawcom, że Libra nie zostanie uruchomiona nigdzie na świecie bez uprzedniego uzyskania zgody amerykańskich organów regulacyjnych. Na początku października PayPal opuścił Stowarzyszenie Libra, co było poważnym osłabieniem dla projektu. Potem ze stowarzyszenia wycofywać zaczęły się inne znane firmy, w tym eBay, Visa i MasterCard.

 

Libra w sensie formalnym została zorganizowana tak, aby wyglądać tak jak gdyby w ogóle nie był to Facebook. Zarządza nią organizacją non-profit z siedzibą w Szwajcarii rządzącą nim i stowarzyszeniem firm. Jednak oczywiste jest, że najważniejsze, pierwsze i ostatnie słowo ma w tym projekcie Facebook. I jakkolwiek ciekawy może się wydawać pomysł wprowadzenia globalnej, bezpiecznej i wygodnej w użyciu waluty, firma Zuckerberga stanowi dla projektu Libry nie atut, lecz obciążenie.

 

Około miesiąc temu odbyło się publiczne przesłuchanie Marka Zuckerberga przed Kongresem USA. Tematem miało być trochę co innego, ale w końcu kongresmani skupili się na Librze. W swoim inaugurującym oświadczeniu Zuckerberg wyraził przekonanie, że Libra może wesprzeć Amerykę i to na różne sposoby. Jeśli bowiem USA nie uruchomią globalnej waluty, to mogą to zrobić Chiny. Podobnego „chińskiego argumentu” używają też wprost lub w zawoalowany sposób wszystkie amerykańskie firmy Big Tech. „Jeśli nie pozwolicie nam tego czy owego robić, to zrobią to Chińczycy,” sugerują.

 

Jednak na razie wygląda na to, że amerykańskie organy regulacyjne nie pozwolą na uruchomienie Libry. Ludzie Zuckerberga pracują jednak wciąż nad projektem. W połowie listopada pojawiły się informacje o tworzeniu sieci testowych i portfeli, na których przeprowadzono dziesiątki tysięcy pozorowanych transakcji. Infrastruktura techniczna facebookowej waluty może być gotowa w przyszłym roku, jak zakładał plan. Być może Facebook liczy, że rzeczywiście kryptowalutę tego rodzaju zaproponują Chiny, co zmusi USA do przeciwdziałania, a błękitna platforma będzie mieć gotowe rozwiązanie dla władz amerykańskich.

 

Nie ma firm zbyt dużych, by upaść

 

W Polsce nieco mniej uwagi tradycyjnie poświęca się podwójnemu „A” ze skrótu GAFA, czyli Apple i Amazonowi, zwłaszcza temu drugiemu, bo wciąż nie prowadzi u nas oficjalnie działalności. Są to firmy, które również borykają się ze spadkiem sprzedaży (Apple) i narastającą w społeczeństwie i na szczeblach władzy ochotą przyłożenia dużemu za praktyki monopolistyczne (Amazon).

 

Według wielu opinii, ruchy Apple w ostatnich latach wskazują, że bada, do jakiego poziomu może podnieść ceny, co maksymalizuje przychody przy tej samej lub nawet niższej sprzedaży (a ta w sensie liczby egzemplarzy spada). W strategii podkreślającej luksusowość iPhone’a, jego długoterminową wartość. Może więc w obliczu nieuchronnego, czyli spadku sprzedaży sztuk smartfonów, Apple przyjmuje jednak całkiem inteligentną i racjonalną strategię. Przesuwa swój produkt w kierunku dobra jeszcze bardziej ekskluzywnego, o jakości wyższej niż reszta, co musi kosztować, a tym samym zachowuje przychody na maksymalnym możliwym poziomie.

 

Teoretycznie ten plan brzmi nieźle. Fakty jednak są dla IPhone’a coraz bardziej brutalne. Sprzedaż aparatów tej marki przyniosła w trzecim kwartale 2019 r. nieco poniżej 26 miliardów dolarów. To spadek o 12 proc. w porównaniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku. Ponadto jeśli Apple miało w tym okresie 53,8 mld dolarów całkowitej sprzedaży, to znaczy, że sztandarowy iPhone stanowił mniej niż 50 proc. kwartalnych przychodów Apple. Takiej sytuacji nie było od lat. Podobnie jak w przypadku Google’a i reklamy, spada sprzedaż w segmencie kiedyś najważniejszym a perspektywy wyrównania tego dochodami z innych usług i produktów są niejasne.

 

Ciemne chmury ze strony organów antymonopolowych i organizacji konsumenckich w USA nadchodzą również nad imperium Amazona. Przeczuwać problemy zdaje się Jeff Bezos, który  niedawno powiedział pracownikom, jak donosiły media, że „Amazon wcale nie jest zbyt duży, by upaść. W zasadzie przewiduję, że pewnego dnia Amazon upadnie. Jeśli spojrzeć na duże firmy, ich długość życia wynosi zwykle ponad 30 lat, a nie ponad 100 lat”.

 

W USA pojawiły się precedensowe orzeczenia sądów, które pozwalają pozywać platformę handlową za wadliwy towar lub oszustwa sprzedających na niej podmiotów. To niebezpieczne dla Amazona, który dotychczas był w miarę bezpieczny jako wyłącznie dostawca infrastruktury dla niezależnych sprzedawców (składają się oni ok. 50 proc. obrotów na platformie). Ponadto wiszą nad nim oskarżenia o naruszanie praw pracowniczych i postulaty płacowe części spośród ok. 650 tysięcy zatrudnionych w Amazonie.

 

Każda opisanych wyżej firm ma swoją romantyczną legendę, charyzmatycznych założycieli, historię zachwycającą innowacjami i rewolucjami technologicznymi. To już jednak przeszłość. Obecnie mało kto chce już widzieć w Google, Facebooku, Amazonie, Apple, tych dawnych, fajnych, wyluzowanych, diabelnie zdolnych ludzi, za których jednak, co widać w ich wysiłkach wizerunkowych, wciąż chcieliby uchodzić.

 

Widzi się za to monstrualną górę pieniędzy, chciwość, bezwzględność w walce z konkurencją i hipokryzję, bo coraz mniej się różnią od świata „starych pieniędzy” i starych korporacji wyrosłych na pierwszej rewolucji przemysłowej, wciąż uparcie próbując demonstrować, że są „inne”. Nie są inne i nie powinny mieć żadnych szczególnych praw. Powinny płacić podatki, szanować zasady konkurencji i uwolnić nasze prywatne dane, które nie są własnością, ani ich, ani nikogo poza nami samymi.

 

Mirosław Usidus

Z dziennikarstwa do literatury – refleksje PIOTRA GAJDZIŃSKIGO

Redaktor Błażej Torański zażądał ode mnie tekstu – zażądał to właściwe stwierdzenie – na temat „Jak się przechodzi z dziennikarstwa do literatury”. Tekst ma być oparty na własnym przykładzie. Dla mnie katorga.

 

Po pierwsze, nie wydaje mi się, abym pokonał drogę inkryminowaną mi przez redaktora Torańskiego. Napisanie trzech biografii trzech byłych pezetpeerowskich kacyków – nawet jeśli wszystkie uzyskały z reguły dobre oceny – oraz kilku innych książek, nie stawia mnie jeszcze nie tylko na literackim Parnasie, ale chyba nawet nie u jego podnóża. Po drugie, udzielanie rad wielu świetnym dziennikarzom, którzy na tę stronę zaglądają bądź nawet tu publikują, jest dla mnie krępujące. Dlatego wbrew żądaniom redaktora Torańskiego, pozostanę jedynie przy próbie udzielenia odpowiedzi na pytanie, na ile doświadczenie dziennikarskie przydaje się przy pisaniu książek. Dość zresztą oczywistej odpowiedzi.

 

Notes z telefonami. Kilka lat pracy w dziennikarstwie ułatwia dotarcie do osób, które mogą być interesującymi rozmówcami. Przy pisaniu biografii rozmówcy znający bohatera książki są nieocenieni, bo choć gdy pisze się biografię osoby powszechnie znanej i już wcześniej „przebadanej” trudno oczekiwać, że ich wspomnienia zasadniczo zmienią ogląd postaci, to jednak znający go ludzie potrafią pełniej przedstawić jego życiowe wybory i motywacje, którymi się kierował. Nie mówiąc już o anegdotach, które są istotną częścią biograficznej książki. Tu od razu nasuwa się różnica między dziennikarstwem a pisaniem książek. W tym drugim wypadku weryfikowanie słów świadków, ale też informacji pozyskanych z innych źródeł wymaga jednak znacznie większej staranności.

 

Drugim istotnym doświadczeniem, które wyniesione z dziennikarstwa dobrze sprawdza się przy pisaniu książek jest umiejętność prowadzenia rozmowy i selekcjonowania informacji, które mogą być dla autora, a w konsekwencji dla czytelnika, interesujące. Rzecz jasna selekcjonowanie informacji dotyczy nie tylko treści przekazywanych przez rozmówców, ale też pozyskiwanych z innych źródeł. Selekcji dokonuje się oczywiście przy pisaniu każdego tekstu, ale przy pisaniu książek autor jest obarczony tak ogromną ilością informacji, anegdot, wypowiedzi, że ta selekcja jest o niebo trudniejsza. A przecież niezbędna, niemała część tego całego zbioru musi pozostać w archiwum. Książka, podobnie jak gazeta, nie jest z gumy.

 

Pisanie książki jest – obok wielu niedogodności – czynnością niezwykle przyjemną. Po pierwsze, jest z reguły dziełem tworzonym w pełni samodzielnie, bez konieczności ulegania kompromisom. Akurat tej przyjemności dziennikarz jest zazwyczaj pozbawiony. Bardzo często zmuszony jest pisać bardziej „pod redaktora” niż czytelnika, musi się oczywiście liczyć z linią pisma i często opinią wydawcy oraz wszystkich tych, którzy stanowią redakcyjną „hierarchię dziobania”. Bardziej musi się liczyć z obowiązującym w redakcji stylem niż ulegać własnej manierze. W wypadku autora książek – może jeszcze nie pierwszej, ale z pewnością wszystkich kolejnych – tego rodzaju obciążeń nie ma. Wolność w pełnym tego słowa znaczeniu! Nigdy nie spotkałem się, aby wydawca lub redaktor ingerował w treść moich książek, a już tym bardziej, aby próbował mi narzucić swój punkt widzenia. Oczywiście, redaktor książki czasem zgłasza jakieś uwagi, czasem nawet sugestie, ale – uwaga! – redaktorzy książek są nieporównywalnie bardziej spolegliwi niż ci, których znamy z redakcji gazet. Pisząc książkę mamy pełne prawo te sugestie odrzucić lub zlekceważyć. Być może nie wszyscy autorzy książek mają ten luksus, ale ja mam. Również dlatego, że z reguły oferuję wydawnictwom książkę niemal już skończoną, a w każdym razie bardzo zaawansowaną i dopiero wówczas podpisuję umowę. To poczucie wolności wydaje mi się wartością bezcenną.

 

O urodzie pisania książki stanowi też czas, który trzeba poświęcić na jej napisanie. To może brzmieć kontrowersyjnie, ale dzięki temu, że zbieranie materiału i pisanie zajmuje wiele miesięcy, autor ma dość czasu, aby przemyśleć swoje sądy i opinie, z którymi przystępował do pracy i które w tym momencie wydawały mu się absolutnie fundamentalne. Moje wieloletnie doświadczenie dziennikarskie świadczy, że presja czasu, z którą mamy do czynienia pisząc tekst do gazety, czasopisma, a zwłaszcza portalu internetowego, takiego luksusu nie zapewnia.

 

Z tym wiąże się jeszcze jedna zaleta, z której pozwalam sobie obficie korzystać. Niektóre tezy swoich książek „przegaduję” ze znajomymi, do których mam zaufanie. To wzbogaca, a czasem powoduje, że nieco modyfikuję swoje myślenie. Klasyczne dziennikarstwo obarczone presją czasu na to nie pozwala.

 

Oczywiście czas poświęcony pisaniu książki to dla wielu także argument zniechęcający. Samo pisanie, czyli w istocie finalna część całego procesu tworzenia, trwa w moim wypadku mniej więcej sześć miesięcy. Oznacza to konieczność odsunięcia na dalszy, a czasem bardzo daleki plan normalnych obowiązków, a co gorsza również przyjemności. Pisanie wciąga mnie tak bardzo, że pod koniec wielomiesięcznej pracy, której poświęcałem codziennie przez siedem dni w tygodniu po kilka godzin (w weekendy po 10-12 godzin) łapałem się na „myśleniu bohaterem” pisanej pozycji – Gomułką, Gierkiem, Jaruzelskim. Kiedyś przez kilka dni planowałem uraczyć rodzinę „mortadelą w szlafroczkach”, daniem lansowanym na początku lat osiemdziesiątych w kobiecych pismach. Żona i córka dały odpór i otrzeźwiałem. A gdy pisałem biografię Władysława Gomułki, podczas nielicznych rodzinnych zakupów, łapałem się z kolei na tym, że naprawdę zaskakiwała mnie obfitość mięs w sklepach nazywanych w tamtej epoce masarniczymi, bo przed oczami miałem fotografie polskich sklepów z lat sześćdziesiątych oraz partyjne i bezpieczniackie raporty o nadchodzącym kolejnym świńskim dołku. Innym objawem tego zjawiska było zanudzanie znajomych anegdotami z życia partyjnych bonzów.

 

Wielką przyjemnością są dla mnie również godziny spędzane w bibliotekach oraz archiwach. To jak podróż w czasie – powrót do okresu studiów. Znacznie to przyjemniejsze niż tylko, także oczywiście przy pisaniu książki niezbędne, surfowanie po Internecie.

 

Pisząc do gazet człowiek poświęca zazwyczaj jakiemuś tematowi określony, nie nazbyt długi czas. Kończy, wysyła i zapomina. W przypadku pisania książki, autor jest tego luksusu pozbawiony. Przez wiele miesięcy koniec pracy jest tak odległy, że aż zniechęcający. A człowiek, przynajmniej niżej podpisany, ma potrzebę dobrnięcia do celu, zamknięcia przynajmniej jakiegoś etapu. Oczywiście, w przypadku pisania książki tym etapem są rozdziały, ale nie jest to – w moim wypadku – zamknięcie całkowite, bo później do niby już napisanych rozdziałów często wracam. Wszystko jest więc bardzo rozwleczone w czasie, co bywa piekielnie deprymujące i nużące. Ratunkiem jest przerwanie tego pasma niekończącej się pracy napisaniem tekstu do gazety. Jeszcze jeden dowód, że dziennikarstwo ułatwia pisanie książek.

 

Dziennikarskie doświadczenie otwiera też, co oczywiste, drzwi do wydawnictw i stępia początkową wstrzemięźliwość właściwą osobom decydującym o jego polityce. Jako dziennikarze, od dłuższego czasu władający piórem, nie jesteśmy dla wydawców postaciami anonimowymi, „z ulicy”, których jedynym aktywem jest ambicja napisania książki. Nie tylko dlatego, że już pisać umiemy, także dlatego, że mamy pewne doświadczenie w wyborze tematów, które mogą zainteresować czytelnika.

 

Ale są cechy przyrodzone dziennikarstwu, które pisaniu książek przeszkadzają. Pracując w redakcjach jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego rytmu pracy, który tutaj zupełnie się nie sprawdza. Przy pisaniu książki nie mamy bata w postaci pilnującego czasu szefa. Pisanie książki to praca samodzielna, bez wielkiej presji czasowej i szefa, co stanowi pokusę bycia „tym który pisze”, a nie „tym który napisał”. Samodzielna praca wymaga dużej, a w początkowym stadium – gdy „dzieło” jest jeszcze we mgle – żelaznej dyscypliny i świadomości celu. Bez tego „dzieło” na zawsze pozostanie w sferze planów i kilku wersji tytułu.

 

Gdy uda nam się zaprząc do pracy i dobrnąć do celu przychodzi, zawsze przychodzi, moment euforii, którego doświadcza się w ciągu kilku pierwszych minut po pochwyceniu w ręce gotowej już książki. Trzeba tę radość przez kilka dni celebrować, a później zasiąść do pisania kolejnej.

 

 

Sztuka wbrew Exelowi – MACIEJ KUCIEL z TVN o dziennikarstwie śledczym

Rozmawiając przed laty z wysokiej rangi urzędnikiem w Ministerstwie Finansów zapytałem, dlaczego nie wprowadzono rozwiązań legislacyjnych, które ucywilizowałyby rynek jednorękich bandytów. – Kwestia woli politycznej, będzie wola polityczna, będziemy cywilizować – usłyszałem. Tak samo jest z dziennikarstwem śledczym: będzie wola właścicieli – wydawców mediów, to będzie istniało dziennikarstwo śledcze. Bez woli popartej realnymi budżetami media będą skazane na przecieki, serwowane opinii publicznej jako efekt wielomiesięcznych dziennikarskich śledztw.

 

W mediach rządzi Exel. Jak mawiał porucznik Arek, bohater „Krolla”:  „Nam jest wszystko jedno, sztuka to sztuka”. Portal, program telewizyjny, gazetę trzeba czymś wypełnić. Codziennie lub co tydzień. Najlepiej tanio. Śledztwo dziennikarskie, a zwłaszcza to realizowane dla telewizji, do tanich nie należy.

 

Miesiąc siedzenia w krzakach

 

Nad ostatnim większym śledztwem intensywnie z Danielem Liszkiewiczem pracowaliśmy miesiąc. Cztery tygodnie siedzenia w krzakach, wstawania po pierwszej w nocy, aby obserwować to, co się dzieje z wywożonymi ze skawińskiej spółki Clif odpadami chemicznymi.

 

Wcześniej było jeszcze kilka nieudanych prób, podczas których obserwowani „gubili nasze ogony”. Po miesiącu mieliśmy dowody na przestępczy proceder, ale nie mieliśmy materiału. Ten trzeba było jeszcze zrealizować, przeprowadzić wywiady, posiedzieć na montażu. To zajęło kolejne cztery tygodnie. W tym czasie dwóch sprawnych reporterów zamiast dwóch materiałów mogło zrealizować od sześciu do ośmiu reportaży, które zapełniłyby czas antenowy od sześciu do ośmiu wydań codziennego programu jakim jest „Uwaga!”. Według Exela nasza wydajność była skandalicznie niska.

 

W realizacji materiału pomagało jeszcze dwóch dokumentalistów programu „Uwaga!”:  Tomasz Lusawa i Patrycja Dzięcioł. Oni też siedzieli nocami w samochodzie czekając aż załadowane rakotwórczymi chemikaliami ciężarówki ruszą nad ranem w nieznanym wówczas kierunku, aby zrzucić i zakopać swój ładunek. Do tego samochody oraz sprzęt. Trzeba jeszcze doliczyć zwykłą robotę dziennikarską – spotkania z informatorami, poszukiwania potencjalnych bohaterów reportażu, ekipy telewizyjne (operator, dźwiękowiec). A co, jeśli nie wyjdzie? Wyszło.

 

Czy było warto? Dla mnie tak, udało się pokazać bezsilność urzędów, służb środowiskowych, a także ignorujących problem szefów prokuratur rejonowych umarzających kolejne postępowania karne. Zebraliśmy dowody, powstały dwa ważne społecznie dziennikarskie materiały. Jednak dla Exela znaczenie z całego wywodu ma tylko cyfra dwa.

 

Na szczęście pojawiła się wola i Jarosław Jabrzyk, producent programu „Superwizjer”. Za wolą poszedł budżet i nowy kierunek śledztwa. Jaka jest udział samorządów w całym procederze? Dlaczego niebezpieczne odpady zakopywane są na terenach należących do samorządów? Jaka jest rola fundacji i firmy doradczej powiązanej z byłym już prezydentem Dąbrowy Górniczej?

 

Dzięki budżetowi mogłem kontynuować pracę. Dziennikarz, nawet ten prowadzący śledztwo, musi opłacić rachunki, spłacić kredyty, mieć pieniądze na hobby i inne przyjemności. Jak mawiają Hiszpanie pracuje się, aby żyć a nie żyje, aby pracować.

 

To, że jest się przedstawicielem zawodu, co prawda z roku na rok mniejszego zaufania publicznego nie znaczy, że pracuje się dla idei. Jeśli dobrze wykonuję swój zawód oczekuję, że dobrze mi zapłacą za profesjonalnie wykonaną robotę.

 

W Bytomiu, gdzie ciężarówki wyjeżdżające z Clifa zrzucały chemiczny ładunek, trafiłem na spotkanie mieszkańców z Damianem Bartylą, prezydentem miasta, przedstawicielami marszałka województwa oraz policji i służb środowiskowych.

 

– Zróbcie mur, zalejcie nas gnojem i tyle – krzyczeli mieszkańcy. Poseł PiS Wojciech Szarama dodawał: – Panie komendancie policji! Czy musi się Pan uczyć zasad pracy operacyjnej od dziennikarzy TVN?

 

To co tam się działo, można zobaczyć w kolejnym reportażu jaki powstał z tego śledztwa. Wyemitował go program „Uwaga!”, który stanął w obronie zasypywanych odpadami mieszkańców Bytomia. „Bytom miastem odpadów” https://uwaga.tvn.pl/reportaze,2671,n/smieci-w-bytomiu-mieszkancy-protestuja-przeciwko-wysypiskom,240695.html

 

„Superwizjer” był jednak zainteresowany samorządowcami. „Eksperyment dziennikarski” zwany kiedyś prowokacją, informatorzy i rozmowy z urzędnikami złożyły się na czwarty już reportaż jaki udało się zrealizować dzięki siedmiu latom pracy przy śledztwach dotyczących tematyki odpadowej. https://player.pl/programy-online/superwizjer-odcinki,337/odcinek-1100,S03E1100,73465

 

Materiał „Superwizjera” – „Wysyp” został nominowany do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze. Rywalizację przegrał z wstrząsającą historią Igora Stachowiaka, zrealizowaną przez Wojciecha Bojanowskiego. Naszą pracę doceniły też jury konkursów „Dziennikarz Małopolski” i „Silesia Press”. Gratulował nadzorujący finanse Jarosław Potasz, dyrektor do spraw produkcji TVN.

 

Precyzyjny plan

 

Tego jak i wielu innych reportaży śledczych nie byłoby bez budżetów i wsparcia ze strony redakcji i jej dokumentalistów. Praca nad innym, poświęconym zorganizowanej grupie przestępczej z Łodzi, wyłudzającej mieszkania od starszych schorowanych ludzi, zajęła cztery „bezproduktywne” miesiące. Temat znalazła Aleksandra Potoczek, wspomagał nas Daniel Liszkiewicz. Powstały dwa „Superwizjery” i dwa wydania programu „Uwaga!” Do aresztu, pod zarzutem współpracy ze zorganizowaną grupą przestępczą trafiła notariusz i 8 członków grupy. https://player.pl/programy-online/superwizjer-odcinki,337/odcinek-1031,zatrzymani-za-wyludzanie-mieszkan,S00E1031,34968

 

Dzięki Monice Szymborskiej, byłej już szefowej „Uwagi!”, zająłem się tematem jednorękich bandytów. Z poziomu maszyn hazardowych ustawionych w sklepach i na stacjach benzynowych z Danielem Liszkiewiczem dotarliśmy do Ministerstwa Finansów, po drodze odkrywając powiązania urzędnika i świata hazardowych maszyn ze zorganizowaną grupą przestępczą. Zakończyliśmy temat pokazując  jak rząd odebrał celnikom możliwość pracy operacyjnej przy zwalczaniu nielegalnego hazardu, czyniąc pracę tych organów całkowitą fikcją.

 

Tematu nie odpuszczaliśmy przez dwa lata, zaczynając pół roku przed publikacją Cezarego Gmyza w „Rzeczpospolitej” i wybuchem „afery hazardowej”. Ta nasza dwuletnia praca nie byłaby możliwa bez budżetów przeznaczanych na trwające często miesiącami dokumentacje tematów. Dzięki mrówczej pracy zbierającego okruchy informacji Daniela Liszkiewicza i ja mogłem się zajmować innymi tematami, produkując reportaże na bieżące potrzeby programu.

 

Dla mnie realizacja każdego śledztwa to temat, współpracownicy i precyzyjny plan wykonywanych czynności. Spisuję go w punktach, omawiając robocze tezy oraz co zamierzam robić, aby je udowodnić. Do tego dochodzi kalendarium, czyli rozpisana po kolei, według dat, „podejrzana” działalność.

 

Tak, jak w przypadku sprowadzanego do Polski z Ukrainy odpadu – rakotwórczego HCB. Miał on zostać profesjonalnie spalony w ciągu roku, jednak urzędnicy podpisali zezwolenia pozwalające na przywiezienie takiej liczby ton, że zakład spalał to przez pięć lat.

 

Nie tylko dziennikarstwo śledcze

 

W ciągu 17 lat pracy dla TVN zrealizowałem ok. 250 reportaży dla programu „Uwaga!”, pewnie kilkadziesiąt dla „Superwizjera”. Z tego niewielki procent, według moich standardów, to ściśle śledcze materiały, chociaż większość dotyczyła przestępstw, nieprawidłowości, czy błędów popełnianych przez osoby prywatne i przedstawicieli władzy.

 

Obecnie podchodzę do śledztwa w sposób praktyczny. Jeśli redakcja, czyli zamawiający , jest zainteresowana tematem i chce inwestować, to chętnie się tym zajmę w ramach oferowanego budżetu. Jeśli temat nikogo z decydentów nie wzrusza, to nie będę kruszył kopii i zajmę się czymś innym, co również przyniesie mi satysfakcję zawodową.

 

Ostatnie duże śledztwo zrealizowałem rok temu. Od tego czasu opowiedziałem mroczną historię rolnika spod Kielc podejrzewanego o zamordowanie co najmniej 18 osób. Można go było zatrzymać kilkanaście zabójstw wcześniej, ale zignorowano notatkę oficera operacyjnego, którego odnalazłem. Do tego sąd wydał filmy z wizji lokalnych z udziałem jednego z „cyngli” bandyty, który pokazywał jak organizowano zabójstwa. Zrealizowałem na ten temat dwa duże reportaże dla „Superwizjera”. Moim zdaniem bardzo dobre, ale nie śledcze.

 

Odtworzyłem na zamkniętym torze wypadek z udziałem premier Beaty Szydło. Ogarnięcie dwóch operatorów, siedmiu kamer, trzech samochodów, nie licząc seicento, to dopiero było wyzwanie. Czy było to śledztwo? Udało mi się pokazać to, o czym się mówiło, obalić linię prokuratury o wyłącznej winie kierowcy, ale czy było to okupione miesiącami mrówczej pracy dziennikarskie dochodzenie?

 

Nie gardzę też rozrywką. Wywiad z Kazikiem z Kultu, reportaż o T.Love, Golec uOrkiestra czy Kulisy Sławy Beaty Ścibakównej, Włodzimierza Korcza i Elżbiety Starosteckiej. Tu też korzystam z pomocy dokumentalistek z „Uwagi!” Moja realizacja zajmuje: dzień na przygotowanie, drugi na scenariusz, trzy do czterech dni zdjęciowych do tego trzy dni na montaż i w dwa tygodnie jest reportaż.

 

Mam nadzieję, że pomimo 46 lat nie jestem jak Dziadek z filmu „Psy” – A gdzie ja teraz robotę znajdę, jak tylko przesłuchiwać umiem?

 

Maciej Kuciel

 

Szczegóły realizacji dziennikarskich śledztw telewizyjnych, podstawowe przepisy prawne oraz wywiady z dziennikarzmi realizującymi operacje przykrywkowe można znaleźć w książce, którą napisałem razem z Moniką Wawer „ Reporter w przebraniu”

https://sdp.pl/felietony/13934,reporter-w-przebraniu-recenzja-ksiazki,1488917168

 

Najważniejsza jest prawda. ADAM SOCHA o filmie, którego bohaterem jest Gareth Jones, bezkompromisowy dziennikarz

Dziękuję Agnieszce Holland za przywrócenie pamięci o dziennikarzu Garecie Jonesie, który był Kasandrą XX wieku. Dla mnie film „Obywatel Jones” jest filmem o dziennikarstwie, o tym, czym jest ten zawód i jakie jest jego znaczenie.

 

W filmie mamy obraz dwóch dziennikarzy i dwóch postaw. Pierwszą postawę, dziennikarstwa skorumpowanego, a więc najpowszechniejszego reprezentuje laureat nagrody Pulitzera Walter Duranty. Dziennikarskiego Oscara uzyskał za załgane korespondencje o wspaniałych sukcesach Stalina w budowie pierwszego na świecie państwa robotników i chłopów. Świat był wówczas pogrążony w wielkim kryzysie i zachodni, lewicowi intelektualiści pokładali w Stalinie ogromną nadzieję, iż zbuduje ustrój sprawiedliwości społecznej.

 

Natomiast biznesmeni i politycy za wszelką cenę potrzebowali kontraktów. W te nastroje doskonale wstrzelił się Duranty, skończony łajdak, który karmi opinię publiczną, jako moskiewski korespondent New York Timesa, czołowej gazety świata, bajeczkami o komunistycznym raju.

 

Jego całkowitym przeciwieństwem jest Gareth Jones, młody dziennikarz pochodzący z Walii, przed którym otworem stała wielka kariera. Jako pierwszy zachodni dziennikarz przeprowadził wywiad z Hitlerem, świeżo upieczonym kanclerzem Rzeszy. Jones natychmiast zdał sobie sprawę z jak niebezpiecznym człowiekiem świat ma do czynienia. Poinformował polityków partii byłego premiera Lloyda Georga, którego był doradcą, iż wojna właśnie się zaczęła. Został wyśmiany, a premier go zwolnił. Jones odchodząc mówi mu, że George traci jedynego doradcę, dzięki któremu znał prawdę, ale Lloyd nie chciał tej prawdy, był zafascynowany Hitlerem. W 1936 roku spotka się z nim i wygłosi kilka pochwalnych opinii o kanclerzu III Rzeszy.

 

Bezrobotny Jones za własne pieniądze jedzie do Moskwy, jako freelancer, by uzyskać wywiad ze Stalinem. Chce odkryć tajemnicę, skąd Stalin czerpie ogromne środki na budowę fabryk, skoro kraj jest zrujnowany? Ma świadomość, że ta wiedza może go kosztować życie. Jednak dla niego, jako dziennikarza najważniejsza jest prawda. Jego credo zawodowe, to przekazywanie faktów na tematy najważniejsze dla ludzi.

Korespondenci zagraniczni, którym nie wolno wyjechać poza Moskwę, umilają sobie pobyt uczestnicząc w orgiach organizowanych przez Durantego. Jedynie Jones łamie zakaz i przedostaje się na Ukrainę.

 

Na jego artykuły odpowiadają korespondenci z Moskwy, którzy dla ratowania posad robią z Jonesa kłamcę. Kariera Garetha Jonesa jest skończona, wraca do walijskiej dziury, podejmuje pracę w lokalnym gazetce i ma pisać o kulturze. Traf chce, że w sąsiedztwie posiadłość kupił magnat prasowy Hearst. Wdziera się do jego pałacu. Hearst z jakichś powodów chce skompromitowania laureata Pulitzera, więc puszcza artykuły Jonesa. Nie zmieniają one biegu historii, bo dla świata polityki i wielkiego biznesu los milionów ukraińskich chłopów nic nie znaczy. Fetują Durantego, którego publikacje doprowadziły do zniesienia sankcji USA wobec Rosji bolszewickiej i można już było legalnie robić interesy ze Stalinem. „Business as usual”.

 

To co odkrył Jones na Ukrainie otworzyło oczy Georgowi Orwellowi (panowie poznali się osobiście). Wcześniej Orwell też był zafascynowany Stalinem i pokładał w nim nadzieję na zmianę świata na lepsze. Pod wpływem rozmowy z Jonesem Orwell napisał słynny „Folwark zwierząt”.

 

Gareth Jones podejmuje jeszcze jedną niebezpieczną wyprawę dziennikarską, tym razem do położonego w Chinach Mandżuko, marionetkowego państewka, zależnego od Japonii, by badać stosunki japońsko-sowieckie na tym terytorium. W przeddzień swoich 30 urodzin, 12 sierpnia 1935 roku zostaje zamordowany. Jego przewodnik okazał się agentem NKWD. Natomiast Walter Duranty dożył sędziwego wieku, zmarł mając 73 lata i jak informują końcowe napisy filmu, do dzisiaj nie odebrano mu Pulitzera.

 

Nic się nie zmieniło. Nadal świat dziennikarski zaludniony jest osobnikami typu Durantego, a Jonesowie są zjawiskiem wyjątkowo rzadkim.

 

Marzy mi się, żeby dziennikarze Ukrainy i państw środkowo-wschodniej Europy, a więc tych państw, które zawsze padały ofiarą silniejszych, ustanowili nagrodę dziennikarską im. Garetha Jonesa.

 

Adam Socha

Prawo nie tylko dla prawników – EWA USOWICZ o dziennikarstwie prawnym

Całe zawodowe życie zajmuję się dziennikarstwem prawnym i zawsze znajdzie się ktoś, kto jest przekonany, że takie zespoły jak te, z którymi mam i miałam okazje pracować, piszą dla… prawników. Nic bardziej mylnego, choć akurat prawnicy to ludzie, którzy chętnie czytają – mają otwarte głowy, są ciekawi opinii innych. Rzecz jasna – są też ważnym dla nas czytelnikiem, ale jednak – jednym z wielu. Bo prawo nie jest tylko dla prawników! Oni zresztą akurat radzą z nim sobie najlepiej. Warto pisać też, a może – przede wszystkim, dla tych, którzy radzą sobie dużo słabiej.

 

Piszemy więc o prawie dla przedsiębiorców, urzędników (zarówno tych rządowych, jak i samorządowych), menadżerów, doradców podatkowych, księgowych, kadrowych, dyrektorów szkół czy szpitali, studentów, ale też dla zwykłych ludzi. Gros tzw. newsów prawnych, to wiedza przydatna głównie w pracy. Ale jest też masa tematów, którymi zainteresowany może być niemal każdy, bez względu na to, gdzie pracuje. Niezmienne „hity” to choćby tematy dotyczące rozwodów, spadków, alimentów, darowizn (i w ogóle rozliczeń w rodzinie), 500+, mandatów i punktów karnych, roszczeń frankowiczów, emerytur, podatków, zwolnień lekarskich, uprawnień pracowniczych… Długo można by wymieniać, ale generalnie – to tzw. samo życie. A wspomniani prawnicy to też ludzie, więc nie tylko rozwodzą innych, ale i sami mają czasem ten dopust, raczej nie Boży… Więc o ciekawym „rozwodowym” orzeczeniu zawsze chętnie przeczytają.

 

Dziennikarstwo prawne to nieustanne śledzenie zmian w legislacyjnej fabryce prawa, która produkuje jak szalona. Musimy na bieżąco pisać o wszystkich najważniejszych zmianach w prawie. Ale nie tylko – dziennikarze prawni muszą wypatrzeć luki czy niekonsekwencje w przepisach, przewidzieć ich skutki, a czasem słone koszty. To coraz trudniejsze w sytuacji, gdy tryb legislacyjny przypomina nieraz bicie sprinterskich rekordów. Czasem w nocnych głosowaniach, innym razem bez koniecznych konsultacji, ale generalnie sprint jakości prawa nigdy nie służył. Dlatego zawsze mamy dużą satysfakcję z naszego pisania, gdy uda nam się „naprawić” bubel prawny, uchronić firmy czy ludzi przed fatalnymi przepisami.

 

Artykuły prawne to nie tylko tzw. newsy, ale też np. konkretne porady. Albo opinie – zawsze zresztą świetnie czytane.

 

Jak trzeba pisać o prawie? Możliwie prostym językiem, zrozumiałym dla wielu odbiorców nie – prawników. Zawsze proszę dziennikarzy, aby o tym pamiętali. Samo prawo jest wystarczająco skomplikowane, nie warto jeszcze dodatkowo komplikować tekstów. Ani pisać językiem ustawowym, który jest kostyczny, niezrozumiały, a czasem – absurdalny.

 

Skoro już wiedzą Państwo o czym piszemy, jak i dla kogo – muszę się na koniec do czegoś przyznać. Zespoły prawne w redakcjach składają się w znakomitej większości z ludzi, którzy ukończyli prawo, a nie dziennikarstwo. Tego ostatniego musieliśmy się po prostu nauczyć.