SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Jeden świadek nie żyje, inni nie znali, nie widzieli…

Zakończyły się zaplanowane na ten rok rozprawy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu w sprawie uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary.

 

O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Obaj mężczyźni to judocy a także byli milicjanci. Na początku lat 90. zaczęli pracę w ochronie w poznańskiej firmie Elektromis. Na ławie oskarżonych zasiadłby również Roman K., pseudonim Kapela, ale nie żyje od 1993 roku. K. miał także brać udział w porwaniu Ziętary 1. września 1992 roku. Krążące wersje dotyczące śmierci ochroniarza mówią o jego samobójstwie, przypadkowym postrzale w głowę, a nawet, że został zastrzelony, a samobójstwo upozorowano. Podobno istniały obawy, że zacznie coś mówić właśnie w sprawie Jarosława Ziętary. Proces od lutego 2019 roku obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

W listopadzie przewidziane były dwie rozprawy, jedna z nich została odwołana, a w czwartek, 14 listopada, przesłuchano kolejnych świadków oraz podano terminy następnych posiedzeń, które odbędą się w pierwszych czterech miesiącach 2020 roku.

 

Zeznawało czerech świadków: Krzysztof S., Henryk J., Tomasz R. oraz Walerian P. Wszyscy potwierdzili przed sądem, że nie znali dziennikarza, nigdy go nie widzieli, nie wiedzą o żadnym pobiciu kogokolwiek z udziałem ochroniarzy Elektromisu. Trzech mężczyzn sprawę dziennikarza znało wyłącznie z mediów, a czwarty Walerian P. w ogóle o niej nie słyszał.

 

Krzysztof S., 60 lat, w latach 90 pracował w Elektromisie jak sam o sobie powiedział jako „samodzielny od zakupów”. Dodał, że jego obowiązkiem był zakup towaru i sprowadzenie go do Polski. Nie zajmował się jednak sprzedażą na terenie kraju. W Elektromisie, według S, pracowało sześć grup, które zajmowały się pozyskiwaniem towarów. Krzysztof S. stał na czele jednej z nich, VI. Świadek stwierdził, że 70% zakupów robiła właśnie VI grupa. Z Elektromisu odszedł z własnej woli, po pięciu latach i przez to stał się – jak powiedział – osobą wyklętą. Polegało to na tym, że „pracownicy mieli zakaz kontaktowania się ze mną”.

 

Ponad to stwierdził, że nie ma żadnej wiedzy o związkach Ziętary z Elektromisem. Nie słyszał, by młodego dziennikarza pobito pod siedzibą firmy, ani  kogokolwiek innego. Tłumaczył, że w tamtym czasie bardzo dużo jeździł po Europie i był bardzo zajęty, a sprawę zna jedynie z mediów. Nie potrafił także wyjaśnić jak trafił do Elektromisu i kto go przyjmował do pracy.

 

Wcześniej prowadziłem kwiaciarnię w Pniewach. Gdy cofniemy się w czasie o 30 lat, Pniewy były wtedy strategicznym miastem. Wszyscy musieli jechać przez Pniewy. (Miasto 50 km od Poznania na trasie do Berlina). To były czasy gdzie nic nie można było kupić. Ludzie przychodzili do mojej kwiaciarni nie tylko po kwiaty, ale również po kawę, pomarańcze, ja to wszystko tam miałem i stąd moje szerokie kontakty. Mogło być tak, że kiedyś przyszedł tam również Mariusz Ś. lub ktoś inny z kadr i tak to się zaczęło – domniemywał Krzysztof S. Świadka spytano również jaką rolę w Elektromisie pełnił Mariusz Ś.

 

Często nabijaliśmy się, że Mariusz Ś. jest w firmie na etacie strażaka. Nie wiem, jaką funkcję formalnie pełnił.

 

Podczas czwartkowej rozprawy twierdził także, że do Elektromisu sprowadzano papierosy z zagranicy i jego zdaniem było to legalne.

 

Tu warto uzupełnić, powołując się na publikacje poznańskich dziennikarzy, że Krzysztof S. był jednym z oskarżonych w aferze Elektromisu polegającej m.in. na wielkich oszustwach podatkowych, został nawet nieprawomocnie skazany w aferze Elektromisu, ale ostatecznie sprawa się przedawniła. Jednak w czwartek nie wspomniał, że miał proces, w którym wyszło m.in. na jaw, że papierosy pochodziły z nielegalnych źródeł. S. prowadził także drużynę Miliarder Pniewy, która w latach 90. występowała na najwyższym szczeblu rozgrywek piłkarskich.

 

Henryk J. to 59 letni były pracownik Elektromisu. Z zawodu strażak, w holdingu zatrudniony był od marca 1989 roku do 2018. Początkowo był handlowcem, następnie pracował w dziale tworzenia sieci dyskontowej Biedronka i Żabka. Swoje zeznania podsumował: pracowałem tam 30 lat i muszę powiedzieć, że super praca.

 

Tomasz R. pseudonim Chomik, to 54 letni były milicjant, który działał również w ZOMO. Ze służby odszedł jeszcze w 1988 roku. Jak sam zeznał został cinkciarzem i stał pod kantorami. Z czasem sam wpadł w kłopoty. Miał procesy za wymuszenia rozbójnicze. W tym samym czasie trenował boks w Poznańskim Klubie Sportowym Olimpia. Z klubu zna obu oskarżonych.  Rybę pamięta dobrze, bo był, jak się wyraził wybitnym judoką, a Lalę, słabiej, wie jednak, że taki „chłopak tam się przewijał”. Tłumaczył równocześnie, że sam trenował boks, a oskarżeni judo. Pytany o ludzi związanych z Elektromisem oświadczył, „ to nie było moje środowisko, to były znajomości na część”.

 

Ostatni na sali sądowej pojawił się, 78 letni Walerian P., który do dziś związany jest z branżą tekstylną, pomimo, że wyjechał z Polski już w 1963 roku. Mieszka w Niemczech, a do Polski przyjeżdża głównie w interesach. Był związany z polskimi firmami odzieżowymi, z których większość już nie istnieje. O sprawie Jarosława Ziętary nic nie wie nawet z prasy.

Tu jednak warto dopowiedzieć, że według poznańskich mediów, Walerian P. był bohaterem artykułu autorstwa zamordowanego dziennikarza, który ukazał się na łamach tygodnika „Wprost” na początku lat 90. Chodziło o tekst dotyczący „wspólnika in blanco” oraz tzw. „białego Żyda”. Pytany o te epitety przez prokuratora Walerian P. oświadczył, że nie słyszał by tak go nazywano oraz zaprzeczył, by to mogło chodzić o jego osobę. Wspomniany tekst, jak donoszą poznańskie media, zahaczał o interesy służb specjalnych i świadek miał zabiegać o jego sprostowanie. Ostatecznie takie ukazało się we Wproście, zredagowane pod nieobecność Ziętary i bez jego wiedzy. Jarosław Ziętara odszedł z tygodnika.

 


 

8 stycznia w Sądzie Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis oskarżonych przez krakowską prokuraturę o porwanie w 1992 r. dziennikarza śledczego Jarosława Ziętary, które doprowadziło do jego zabójstwa. Z aktu oskarżenia wynika, że ochroniarze o pseudonimach: “Ryba” i “Lala” przedstawili się Jarosławowi Ziętarze jako policjanci i “zaprosili” dziennikarza do samochodu przypominającego radiowóz, później przekazali go zabójcom. Przed 1989 r. obaj byli milicjantami, pracowali w kompanii antyterrorystycznej, po upadku komunizmu zaczęli pracować jako ochroniarze w Elektromisie. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy.

 

Od 2016 r. w poznańskim sądzie toczy się także proces byłego senatora Aleksandra Gawronika, który według śledczych podżegał do zabójstwa dziennikarza. On także nie przyznaje się do winy.

 

Dziennikarz śledczy Jarosław Ziętara zaginął w 1992 roku. Wyszedł do pracy, do której nigdy nie dotarł. Według prokuratury został zamordowany. Jego ciała do tej pory nie odnaleziono, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego.

 

Aleksandra Tabaczyńska

 

Jak robić media dla generacji Z – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Są na świecie tacy, którzy nigdy nie mieli papierowej gazety w ręku, a media dla nich to wcale nie prasa, radio i telewizja. I nie są to bynajmniej imigranci z Sentinelu Północnego, lecz przyszłość narodu, naszego i każdego innego.

 

   James Tyner, absolwent szkoły komunikacji Uniwersytetu Południowej Kalifornii, opowiadał na swojej stronie już prawie trzy lata temu, w szeroko komentowanej w Internecie relacji, o tym, jak podczas zajęć postanowił zapytać swoich młodych kolegów, przedstawicieli tzw. Generacji Z, jak tworzyć dziś materiały dziennikarskie, aby trafiły i przemówiły do nich, by potrafiły zainteresować ludzi urodzonych najwcześniej pod koniec lat dziewięćdziesiątych, czyli wchodzących obecnie w dorosłe życie, dorastających w Internecie i świetnie „czających technologiczną bazę”.

 

Pokolenie Zetów

 

Jedną z charakterystycznych cech tej formacji jest fakt, że nie czytali oni nigdy gazet papierowych, oprócz może tzw. gazetek marketingowych, które rodzice przynoszą do domu ze sklepu, a na które i młodym zdarza się rzucić okiem. Z radia to oni częściej słuchają czegoś co nazywa się „radio Spotify” lub innych serwisów i usług streamingujących muzykę. A telewizję, owszem, znają, głównie ze wspomnień z dzieciństwa, gdy oglądali w niej bajki, zaś obecnie rzucą czasem okiem, najczęściej kwitując, że w porównaniu z Netflixem i serwisami wideo w sieci, to potworne nudy.

 

Jak media, które nigdy nie rozstały się z formatami redakcyjnymi wypracowanymi dekady temu, mają do tych Zetów trafić? Może powinny zacząć od przyjęcia do wiadomości, że startują do ludzi, którzy tradycyjnym mediów nie znają i nie rozumieją ich starożytnego języka.

 

Publikacja Tynera zaowocowała ożywioną dyskusją w Internecie. Jej uczestnicy najczęściej podzielali opinie wyrażone w konwersatorium. Były też dodatkowe spostrzeżenia i nawet raporty z własnych badań i doświadczeń.

 

Na przykład pewien nauczyciel akademicki opowiedział Tynerowi o tym, jak dał swoim studentom zadanie w ramach zajęć z historii (!), które wymagało czytania papierowych gazet. Odkrył, że wielu z nich nie wie, jak to coś z papieru „działa”. Nie umieli odnaleźć się w edytorskim języku krojów czcionek i składu. Nie pojmowali też zasady „odwróconej piramidy” w tekstach newsowych. Niektórzy nie potrafili odróżnić materiałów reklamowych od treści informacyjnych. Nie widzieli też różnicy pomiędzy wiadomościami a publicystyką, komentarzami i felietonami.

 

Pamiętaj o backgroundzie i kontekście

 

Ale może, nie mówmy już o papierze. Dla młodych grup odbiorców jest to coś, co już nie istnieje, prehistoria i pokłady węgla. Młodzi wypowiadający się w konwersatorium Tynera na USC odnoszą się wyłącznie do Internetu i tego co media głównego nurtu mają w nim do zaproponowania. Z ich wypowiedzi wynika, że przyzwyczajenia gazetowe, prezentowanie informacji metodami bardzo podobnymi w gruncie rzeczy do tego, co papierowe wydania 40 lub 60 lat temu, są obecnie obciążeniem wadą prasowych i nie tylko prasowych stron internetowych.

 

Studenci z pokolenia Z narzekają np., że strony WWW mediów nie są jasno rozplanowane, co utrudnia znalezienie odpowiednich artykułów. Za to pełno w nich reklamy i bezwartościowych linków. „Ilekroć próbuję szukać czegokolwiek, co nie jest najnowszym newsem, trudno znaleźć starsze, pokazujące tło historyczne, materiały” –mówił jeden ze studentów. Co robią wówczas młodzi? Opuszczają „tę słabą stronkę” i idą do wujka Google’a, w którym zawsze znajdą mnóstwo materiału rozszerzającego temat. Problem w tym, że są to źródła niekoniecznie wiarygodne. Tak czy inaczej, po doświadczeniu z serwisem internetowym poważnego medium pozostaje w Zecie nie najlepsze wrażenie.

 

Kolejne uwaga, jaką młodzież ma do „starych” środków przekazu, to ich skłonność do skrajności w prezentowaniu informacji. Z jednej strony są materiały tak krótkie, że aż trudno zauważyć, że są informacją, a czytelnik, który wszedł na stronę takiego „artykułu” czuje się ofiarą tzw. „clickbaita”, czyli oszustwa nakłaniającego do klikania w bezwartościowe treści. Z drugiej strony są długaśne artykuły, pełne publicystycznych popisów, ale bardzo często utrudniające odtworzenie faktografii. Młodzi zwracają uwagę, że potrzebne są formy pośrednie, które dostarczą backgroundu. Nie tak obszerne, ale za to gęste informacyjnie, materiały w zwięzłej postaci przedstawiające kontekst i historię sprawy.

 

Warto dodać, że przygotowywanie takich materiałów z dodatkowym „fact-checkiem”, dobrze zrobiłoby nadszarpniętemu wizerunkowi środków przekazu. W epoce fake newsów, Zeci, ale przecież nie tylko oni, przestają ufać źródłom.  Mediom, co też nie do końca ich przedstawiciele rozumieją, nic się z góry nie należy, jeśli chodzi o wiarygodność. Muszą w oczach młodych ludzi na nią pracować, tak samo jak każdy inny producent informacji. A że redakcje mają jednak wciąż niezły warsztat i know-how, na przygotowaniu fact-checkingowe referencji do tematów wiadomości, którymi żyje opinia publiczna, mogą sporo zyskać.

 

Napięcie pomiędzy treścią a designem

 

Zaprojektowane na wzór i podobieństwo starych dobrych gazet, serwisy internetowe wydawców są dla młodych ludzi zazwyczaj bardzo słabo czytelne. Chociażby z powodu, o którym mówił nauczyciel akademicki każący studentom czytać stare łamy. Jeśli ktoś nigdy nie czytał tradycyjnych papierowych płacht, to gubi się także w internetowej kopii tego layoutu, nie rozumie tego języka również na stronie internetowej.

 

Przedstawiciele generacji Z wychowani są na minimalistycznym designie Apple’a, aplikacjach mobilnych, które są „responsywne” a nie „mądre” i „wartościowe informacyjnie”. Pokutujące w redakcjach przekonanie, że ważkość, ciężar gatunkowy i jakość treści same się obronią, zaś design to drugorzędna kwestia, to poważny błąd.

 

Nawiasem mówiąc, niejeden redaktor z doświadczeniem sięgającym w przeszłość do czasów dominacji papieru, zapewne pamięta, że problem napięcia pomiędzy designem a treścią istniał i wtedy. Sam przypominam sobie, jak kolejne rewolucje w layoucie pierwszej strony „Rzeczpospolitej” były stopniowo psute przez ciśnienie treści ze strony redakcji i chęć wepchnięcia „na front” jak najwięcej tego co „ważne”.

 

Z każdym kolejnym pokoleniem media mają coraz mniej czasu na zatrzymanie uwagi odbiorcy i przytrzymanie przy swoim produkcie. Zeci dają stronie internetowej najwyżej kilkanaście sekund. Po tym czasie ich cierpliwość się wyczerpuje. Oczywiście, nie chodzi wyłącznie o samo zaprojektowanie strony. Zaprojektować trzeba całą „ścieżkę konwersji” od linka w serwisie społecznościowym, w wyszukiwarce lub w aplikacji mobilnej, przez właściwą prezentację samego materiału docelowego, wydajność strony, aż po „cross-selling”, czyli umiejętne kierowanie odbiorcy do kolejnych treści, które produkujemy i chcemy by do nich przeszedł. W appkach mobilnych projektowanie ma swoje dodatkowe specyficzne wymogi, duże znaczenie ma wydajność i szybkość działania.

 

Czego nie ma na obrazku, nie istnieje

 

Tradycyjne media mają wielki problem z treściami o charakterze wizualnym – to kolejny wniosek z badań Tynera na USC. Wychowani na YouTube, Instagramie i Snapchacie, młodzi ludzie nawykli do komunikacji obrazkowej. Ich świat komunikacji to krótkie filmiki, dane przedstawiane nie za pomocą wykresów i słupków, lecz pomysłowych, interaktywnych infografik i oczywiście także ciekawych map.

 

Znacie powiedzonko „pic, or it didn’t happen” („nie ma obrazka – to znaczy, że to się nie wydarzyło”)? To standardowa odpowiedź Zeta na informację w Internecie, której nie towarzyszy ilustracja. Jakkolwiek byśmy się przeciwko temu buntowali, coraz wyraźniej i mocniej widać wśród młodych ludzi przekonanie, że informacje, które nie są zilustrowane są mniej wiarygodne. Oczywiście, czasem nie ma żadnych materiałów wizualnych korespondujących bezpośrednio z informacją. W epoce mediów społecznościowych to rzadko się zdarza, ale jeśli naprawdę nie ma, to nie zwalnia nas niestety z dbania o wizualia.

 

Przy okazji, nie należy popełniać szkolnych błędów, np. publikować zdjęcia góry lodowej z archiwum przy informacji o tym, że właśnie oderwał się od Antarktydy wielki kawał lodu. Jeśli nie napiszemy wyraźnie, że to nie ta góra, to jest całkiem prawdopodobne, że młode pokolenie, przyzwyczajone do języka wizualnego social media, weźmie to zdjęcie dosłownie, a gdy przekona się, że to nie to wydarzenie, o którym mowa w teście, winą obarczy źródło, a nie swoją naiwność. Nie miejmy co do tego złudzeń.

 

Jeśli myślicie, że z natury wizualna telewizja ma w generacji Z większe szanse, to dane o spadającej oglądalności TV wśród młodych, powinny was wyprowadzić z błędu. Interfejs tradycyjnej telewizji, bez możliwości klikania i płynnego przechodzenia pomiędzy różnego rodzaju treściami, również nie przystaje do doświadczeń i przyzwyczajeń tego pokolenia.

 

Nie uczyć ich czytać, lecz uczyć się, jak oni czytają

 

Co więc robić? Pisałem o konieczności przyjęcia do wiadomości, że oni „starych dobrych mediów” nie znają i nie rozumieją. Nie ma chyba wyjścia – trzeba poznać, a następnie zrozumieć Zetów, ich język, preferencje i potrzeby. Duże firmy medialne, znane z otwartości na innowacje, w każdym razie próbują.

 

Komórka badawczo-rozwojowa brytyjskiej BBC (BBC Research & Development) zainaugurowała już dwa lata temu projekt o nazwie „Reinventing News Stories”, któremu przyświeca właśnie to o czym piszę w kontekście badań pokolenia Z, zresztą jest to wprost deklarowane przez prowadzących projekt.

 

   „W pierwszej fazie projektu pracujemy nad nowymi formatami treści dla młodych ludzi – są to formaty cyfrowe i mobilne. Ci ludzie są bardzo ważną, ale trudnodostępną dla BBC grupą odbiorców” – pisze Tristan Ferne z BBC na łamach serwisu Medium.com. – „W ciągu ośmiu tygodni pokazaliśmy 12 prototypów (nowych formatów materiałów dziennikarskich) 26 osobom z docelowej grupy odbiorców.”

 

Prototypy nowych formatów (strony internetowe, makiety graficzne i wideo) były oceniane na podstawie następujących kryteriów:

 

  • Użyteczność i zrozumiałość
  • Poziom atrakcyjności i angażowania
  • Nowość i oryginalność
  • Spełnianie potrzeb i oczekiwań odbiorców
  • Właściwy ton i styl
  • Techniczna łatwość konstrukcji treści
  • Uniwersalność zastosowania (np. w publicystyce, newsach, reportażach, raportach, analizach)
  • Czy prototyp oferuje nowy rodzaj interakcji?

 

Na podstawie badań m. in. Knight Foundation, Pew Research Centre, oraz Instytutu Reutersa zespół Ferne’a zebrał również podstawowe cechy Zetów, o których już częściowo pisaliśmy. A więc np. to, że lubią skakać po powierzchni, ale kiedy coś ich zainteresuje domagają się pogłębionej informacji. Chcą rozumieć złożone tematy, ale wymagają, aby wszystko było podane w jednym miejscu. Chcą też, i to może jedna bardziej charakterystycznych cech pokolenia Internetu, brać udział w kształtowaniu opinii a nie tylko przyjmować do wiadomości opinie środków masowego przekazu. Zwracają też uwagę na kontekst – dobór technik przekazu musi być właściwy.

 

Ciekawostką jest, że z tych analiz wynika, iż młodzież całkiem nieźle sobie zdaje sprawę z istnienia „odfiltrowanej bańki”, z którą użytkownika wpada z powodu mechanizmów personalizacji i targetowania behawioralnego stosowanych przez Facebooka, Google i innych wielkich graczy w Internecie. To odróżnia ją od starszych użytkowników sieci, którzy najczęściej nie mają pojęcia, że widzą to co widzą w sieci, bo zwykle szukają właśnie tego, a nie czegokolwiek innego – a więc są zamykani w swoistym bąblu. Zeci chcieliby się wyrwać z tego matrixa, ale najczęściej brak im czasu i umiejętności, aby to zrobić. Media mogłyby spróbować to dążenie wykorzystać, gdyby chciały i umiały.

 

Nie będę się zagłębiać szczegółowo w wyniki badań prototypowych formatów (każdy w nich powstała z myślą o urządzeniach mobilnych) zaproponowanych uczestnikom projektu „Reinventing News Stories”. Są to bowiem dość specjalistyczne kwestie związane z designem, użytecznością i dostępnością informacji na stronach w aplikacjach mobilnych. Internetowe serwisy BBC testują obecnie najlepiej ocenione rozwiązania.

 

Istotne jest to, że grupą referencyjną byli Zeci. To dla nich BBC testuje nowe rozwiązania i formaty cyfrowych treści. Brytyjczycy nie próbują ich uczyć, jak właściwie czytać i rozumieć prasę, tylko sami uczą się jak robić media dla nich. Bo oni są nie tylko przyszłością, nie tylko narodu, ale również wydawców, redaktorów i dziennikarzy. Jeśli nie uda się do nich dotrzeć, to w ogóle trudno mówić o jakiejkolwiek przyszłości.

 

Mirosław Usidus

Medycyna nie jest arytmetyką – JUSTYNA WOJTECZEK o tym jak pisać o służbie zdrowia

Dzień po udaremnieniu ataku terrorystycznego na londyńskim lotnisku w 2006 roku w edynburskim pubie przeglądałam prasę. Nie dziwiło, że czołówki i pierwsze kolumny gazet zajmował temat próby ataku, wywiady z analitykami terroryzmu, relacje świadków itp. Zdumiało mnie jednak to, że w jednej z największych szkockich gazet – „The Scotsman” – takiego dnia wstępniak naczelnego poświęcony był… problemowi niedożywienia pacjentów w szkockich szpitalach.

 

Konkretnie temu, że trzy lata wcześniej, kiedy okazało się, że jest ten problem, szkocki NHS – trochę odpowiednik naszego Narodowego Funduszu Zdrowia  – zadeklarował, że problemowi zaradzi. I się nie udało.

 

Spróbujmy sobie wyobrazić, że w wydaniu gazety w dzień po próbie ataku terrorystycznego na Okęciu Jarosław Kurski, Tomasz Sakiewicz czy Bogusław Chrabota swój wstępniak piszą o tym, że kolejki do operacji wstawienia endoprotezy wydłużyły się wbrew zapowiedziom polityków, ponieważ podjęte działania, by je skrócić, były niewystarczające. Niemożliwe, prawda?

 

Redaktorzy prasy brytyjskiej, amerykańskiej czy francuskiej wiedzą, że temat zdrowia dla ich czytelników jest jednym z najważniejszych. Stąd prawie nie zdarzają się wydania bez artykułu na ten temat w rozmaitych ujęciach. I jest w tych gazetach dziennikarz lub dziennikarze, którzy specjalizują się w tej dziedzinie. A „działka” jest tyleż fascynująca, ile skomplikowana.

 

Mało jest podobnych, w których jest tylu interesariuszy, o często sprzecznych interesach. Mamy Narodowy Fundusz Zdrowia, różne rodzaje szpitali, przychodnie, pojedyncze gabinety, sektor prywatny i publiczny, firmy farmaceutyczne, szereg grup zawodów medycznych, ich samorządy, różne dziedziny medycyny (tak, tu również są różne grupy nacisku), apteki, dostawców diagnostyki laboratoryjnej oraz usług takich jak sprzątanie, firmy utylizujące odpady, każdy szczebel samorządu terytorialnego, firmy ubezpieczeniowe, producentów sprzętu medycznego i stowarzyszenia pacjentów, polityków każdego szczebla. Wciąż nie wymieniłam wszystkich.

 

Kolejna sprawa to mnogość ustaw regulujących ochronę zdrowia. Samo wypisywanie recept jest obwarowane kilkunastoma aktami prawnymi!

 

Jak zacząć

 

Jeśli dziennikarz chce rzetelnie zajmować się działką ochrony zdrowia, dobrze, by zaczął od uczęszczania na sejmowe komisje zdrowia. Nawet jeśli w ostatnich latach przestały być forum rzeczywistej dyskusji, wciąż można dużo się na nich nauczyć oraz zdobyć wiele cennych informacji. Choćby dlatego, że przychodzą na nie także eksperci w danej dziedzinie.

 

Posiedzeń tych komisji jest dużo, bo ten obszar jest silnie reformowany. To nie tylko polska specyfika – tak samo dzieje się w innych krajach. Specyfiką polską jest niezrozumiały pośpiech i mała skłonność do wypracowywania porozumienia między interesariuszami, co razem wzięte często niweczy powodzenie zmian.

 

Po drugie – trzeba czytać, zarówno prawo, jak i specjalistyczne artykuły. Nie wyobrażam sobie pisania jakiegokolwiek tekstu o wprowadzanej zmianie bez uważnego przeczytania ustawy czy rozporządzenia – nie uzasadnienia, które bywa deklaratywne, a samego aktu prawnego i jego projektu. Dopiero potem można iść podyskutować z politykami czy innymi interesariuszami. Niestety, z racji braku czasu, czasem niewiedzy, często dziennikarze tego nie robią. Efektem są straszliwe uproszczenia, które zamiast wyjaśniać, zamącają obraz.

 

Przykład? Kwestia nakładów na opiekę zdrowotną i informacji o wzroście składki na ubezpieczenie zdrowotne. Przez lata wskazywano, że nieustannie rosły. I faktycznie, nominalnie rosły i to dużo. Ale trzeba pamiętać, że w 1999 roku szereg tzw. procedur wysoko specjalistycznych, czyli na przykład transplantacji narządów, było finansowanych z budżetu państwa. A procedura wysoko specjalistyczna to bardzo duży wydatek, sięgający nawet kilkudziesięciu milionów złotych. Każdego roku budżet państwa pozbywał się finansowania kolejnych grup takich procedur. Nadto, do finansowania wprowadzano i wprowadza się nadal kolejne technologie medyczne i leki – stosowane są one na coraz szerszą skalę. W 1999 roku nie było nawet infrastruktury, by to robić.  Ponadto – startowaliśmy z naprawdę z niskiego poziomu. Stąd – choć nominalnie wydatki na opiekę zdrowotną przerastały, potrzeby – moim zdaniem w większości uzasadnione (dzięki temu wzrostowi wydatków mamy na przykład jedne z najlepszych w Europie i na świecie rezultaty ratowania ludzi, którzy doświadczyli zawału, ludzie nie umierają już z tego powodu, że nie ma możliwości ich dializowania, więcej jest transplantacji itd., itp.) – rosły na znacznie większą skalę. Wciąż jednak wiele było i jest do zrobienia, bo możliwości leczenia jest więcej niż finansów na ten cel, nawet jeśli uznamy,  że nie wszystkich ze wszystkiego leczymy.  Zatem wzrost był – nominalny, jednak realnie paradoksalnie wzrostu albo nie było, albo był niewielki (zależnie od konkretnego roku). Na całym świecie systemy opieki zdrowotnej padają ofiarą sukcesu medycyny – żyjemy coraz dłużej, coraz więcej chorób możemy wyleczyć lub zaleczyć i coraz więcej oczekujemy – a to kosztuje.

 

Pułapki prostych rozwiązań

 

W powszechnej świadomości na temat ochrony zdrowia pokutuje wiele szkodliwych mitów i dziennikarz piszący o tej tematyce musi być ich świadomy. Wciąż na przykład jest wielu, którzy uważają, że wystarczy wolny rynek w ochronie zdrowia i wszystko się ułoży. Uwaga, to pobożne życzenie, na co wskazują liczne dowody ze świata (także naszego).

 

Tezy, sformułowane przez ekonomicznego noblistę Kennetha Arrowa wiele lat temu i potwierdzone w wielu krajach oraz kilku eksperymentach (np. Rand Health Insurance Experiment), wciąż pozostają aktualne – rynek usług medycznych nie jest zwykłym rynkiem, w którym zachodzą proste mechanizmy popytu i podaży. Po prostu się nie sprawdza. Arrow wskazał:

 

1. Popyt na usługi medyczne jest nie tylko nieregularny, ale i nie da się go przewidzieć. Pisał on w 1963 roku: „Usługi medyczne potrzebne są w razie choroby, która jest odchyleniem od stanu normalności. Choroba jest zatem nie tylko ryzykiem, ale kosztownym ryzykiem sama w sobie, abstrahując od kosztu opieki zdrowotnej [jej leczenia]”.

 

2. Oczekiwania wobec lekarza – pacjent oczekuje,  że będzie leczony najlepiej, lekarz także chce leczyć pacjenta najlepiej, a opieka medyczna coraz częściej uznawana jest za prawo człowieka.

 

3. Niepewność co do otrzymanego produktu/usługi – tak jak nie da się z pewnością przewidzieć choroby, tak nie da się przewidzieć efektu leczenia (ważna uwaga – medycyna nie jest arytmetyką, czyli diagnozowanie i dobór leczenia nie odbywa się na prostej zasadzie 2+2=4; u jednego pacjenta będzie to 4, ale u innego – 16 i najczęściej te rozbieżne wyniki nie mają przyczyny w niedouczeniu lekarza).

 

4. Niezwykła na większości innych rynków asymetria informacji – jeśli idę do sklepu po marchewkę, mogę wybrać karotkę albo inną odmianę: moja wiedza jest na zbliżonym poziomie, co wiedza sprzedawcy. Z leczeniem zapalenia płuc już tak nie jest.

 

5. Wysokie (i kosztowne) bariery po stronie podaży – tu wymagane są naprawdę wysokie kompetencje (lekarzy, pielęgniarek itp.) oraz – w przypadku szpitali, leków czy specjalistycznych gabinetów – zaawansowany technologicznie i drogi w utrzymaniu sprzęt.

 

Kończąc ten wątek, przytoczę słowa wspaniałej ekonomistki dr Katarzyny Tymowskiej z wywiadu dla „Menedżera Zdrowia”, które wyjaśnią też tajemnicę legendarnych, ale i realnych limitów na dane świadczenia: „Nigdzie nie ma wolnego rynku. Za kraje o największej regulacji państwowej w służbie zdrowia uznaje się Niemcy i Stany Zjednoczone. To oczywiście strasznie dużo kosztuje – ocenia się, że 25 proc. całości środków na ochronę zdrowia w USA wydawane jest na administrację i nadzór. Dlaczego tak dużo? Bo medycyna to dziedzina, która nie daje się łatwo nadzorować z zewnątrz. Dlatego świat idzie w kierunku takich technik finansowania, żeby delegować nadzór do profesjonalistów medycznych przez ustalanie standardów i procedur, a także delegować odpowiedzialność finansową oraz zmierzać do kupowania dużych pakietów usług, a nie każdej usługi osobno. (…) Medycyna to specyficzna dziedzina, gdzie nadzór administracyjno-biurokratyczny w pewnym momencie z góry skazany jest na niepowodzenie. On może być skuteczny tylko przez limit. I takie limity są stosowane od czasu wprowadzenia kas chorych u nas, bo mamy tendencję do nadużywania usług. Środki publiczne są ograniczone, a nie mamy zbyt wielu sposobów nadzoru nad ich wykorzystaniem. Ale limitowanie, chroniąc finanse publiczne, tworzy setki problemów dla pacjentów i świadczeniodawców”.

 

W co gramy

 

Skoro tylu jest interesariuszy, to dziennikarz piszący o ochronie zdrowia musi mieć świadomość różnych gier, jakie zachodzą na tym rynku. Na przykład gry w gorącego kartofla. Chodzi o to, że wskutek określonych regulacji (które można sprawdzić w ustawach, rozporządzeniach i zarządzeniach NFZ),  np. dla podstawowej opieki zdrowotnej najlepszy jest pacjent, który ma ok. 30 lat i jest mężczyzną. Jeśli się zjawi w gabinecie, to prawdopodobnie z błahym przeziębieniem, co zdarzy się może raz na kilka lat. Co miesiąc jednak POZ dostaje za niego tzw. stawkę kapitacyjną. Za moją mamę, która jest już w słusznym wieku i z racji wojennego dzieciństwa oraz tegoż wieku jest obciążona licznymi chorobami POZ dostaje wyższą stawkę, ale jest ona i tak pacjentką niezwykle drogą. Często przychodzi do gabinetu, potrzebuje regularnych badań, a to kosztuje (lekarza POZ). Jeśli lekarz POZ będzie miał niekorzystną strukturę zapisanych do niego pacjentów (przeważać będą nasze mamy i ojcowie, małe dzieci), jego budżet przestanie się spinać. Dlatego moją mamę POZ będzie wysyłał do… szpitala. Szpitale też grają w gorącego kartofla, więc może nastąpić sytuacja, że ten z tzw. niższego poziomu będzie robić wszystko, by wysłać moją mamę do szpitala klinicznego. I tak to się toczy… W ekonomii to zjawisko nazywa się „przerzucanie kosztów” i ma miejsce w każdym systemie opieki zdrowotnej. W polskim, o licznych wadach regulacyjnych i braku wysokiej kultury organizacyjnej oraz cierpiącym na duży niedostatek pieniędzy, odbywa się być może na szerszą skalę (o ile wiem, nikt tego dokładnie nie badał, a swoją drogą wiarygodność statystyki medycznej w Polsce to temat rzeka). Są i inne gry, na opisanie których oczywiście nie ma miejsca, ale rozmawiając z dyrektorem szpitala, ubezpieczycielem, lekarzem z oddziału czy gabinetu, trzeba mieć ich świadomość. W przeciwnym razie dziennikarz może się okazać „pożytecznym idiotą”, który lobbuje za sprawami, jakich nie rozumie.

 

Na zakończenie – o jakości

 

Ostatnio dużo się mówi o jakości. Uwaga, to trudny temat i potencjalna bomba, która – jeśli opisana przez niedouczonego dziennikarza – może sporo zepsuć.  Bo jak mierzyć jakość w tak skomplikowanym świecie? Dla przykładu – chirurg, który ma 40 proc. powikłań po zabiegach, jakie wykonuje, może okazać się lepszym specjalistą od tego, który tych powikłań ma 20 proc. (możliwość powikłań w medycynie istnieje ZAWSZE, i nie zawsze jest efektem błędu). Z czego to wynika? Ano z doboru pacjentów. Jeśli ten pierwszy chirurg operuje pacjentów z wieloma chorobami, w starszym wieku, w gorszym stanie, siłą rzeczy musi mieć wyższą statystykę powikłań i bynajmniej nie świadczy ona o tym, że jest partaczem.

 

Takich niuansów jest mnóstwo. Może właśnie dzięki nim opieka zdrowotna to bardzo ciekawa tematyka, która zawsze dostarczy tematów do pisania. Fascynujące jest też obserwować zmiany, jakie zachodzą w jej postrzeganiu. Jeszcze dwadzieścia lat temu uchodziła za czarną dziurę, czyste wydatki. Dyskurs się zmienia – wraz ze zmianą struktury demograficznej zaczyna być postrzegana jako inwestycja, która przynosi konkretne zyski społeczne. Nie jestem w stanie przewidzieć, co będzie dalej, choć mam swoje przemyślenia.  Jednym mogę się podzielić – w najbliższych latach będzie zyskiwać na wartości, więc jest to obszar, w którym dziennikarz ma szeroką perspektywę działania.

 

Justyna Wojteczek

 

Autorka jest dziennikarką Polskiej Agencji Prasowej.

TYLKO U NAS. Trójka, fakenewsy i ZOO – WIKTOR ŚWIETLIK o kulisach ataków na radiową Trójkę

Po ogłoszeniu rezygnacji z kierowania Programem Trzecim Polskiego Radia miałem wrażenie, że znalazłem się w sytuacji „Pingwinów z Madagaskaru”, gdy trafiły do ZOO w Hoboken.

 

Musiałem nieco odczekać. Nie chciałem by ten tekst był emocjonalny, lecz wskazywał na to, co dzieje się z dzisiejszym dziennikarstwem, jak daleko zaszliśmy w akceptacji kłamstwa, uznawaniu go za coś zwykłego, za stały element walki politycznej – przede wszystkim w mediach.

 

Jak było z Trójką

 

Najpierw o okolicznościach odejścia z Trójki i stanie samej stacji. W największym skrócie: jestem bardzo ciekaw, czy opinie o upolitycznieniu tej stacji dotyczą wymyślonych przeze mnie audycji Wojciecha Mazolewskiego, Jana Młynarskiego, przeniesionych w primetime audycji muzycznych Jakuba Różyłły, Michała Margańskiego, czy dziennikarzy, którzy awansowali na prowadzących pasma, jak Marcin Pośpiech, Ola Budka, Patrycjusz Wyżga czy Piotr Łodej? Czy dotyczy sukcesu dziesiątego Męskiego Grania czy nowych dla Trójki festiwali, jak Snow Fest, w które angażowaliśmy swoje siły? Czy to jest właśnie zamordowanie Trójki, które ogłosił między innymi „Tygodnik Powszechny”, piórem Cezarego Łazarewicza, i które ogłasza jego wiecznie sfrustrowana była dyrektor Magdalena Jethon?

 

Wszystko odbywało się w warunkach permanentnej nagonki, mającej na celu destabilizację słuchalności i utwierdzenie społeczeństwa, że nastąpiła „śmierć Trójki”, „PiS zarżnęło Trójkę”. W sytuacji, gdy rynek radiowy badany jest nie na podstawie audiometrii, a badaniu rozpoznawalności i deklarowanym przywiązaniu do marki, ta akcja – podjęta przede wszystkim przez Agorę (z czterema konkurencyjnymi stacjami radiowymi w portfolio) – okazała się skuteczną. Bez wielkich pieniędzy na profesjonalne kampanie reklamowe, Trójka była w tej sytuacji bezbronna.

 

A teraz propozycja dla Państwa: posłuchajcie od rana do wieczora dzisiejszej Trójki. A potem stacji Agory. I oceńcie – gdzie prezentowane jest szersze spektrum opinii? Gdzie jest większy pluralizm? Śmiem twierdzić, że w niewielu mediach jest on dziś taki, jak w Trójce.

 

Dlaczego więc odszedłem, skoro było tak dobrze? Bo dobrze nie było. Przede wszystkim ze mną. Byłem wykończony tkwieniem w samym środku konfliktu politycznego, między młotem a kowadłem, ostrzeliwany z obu stron.

 

Czas na odejście nigdy nie jest dobry. Najpierw była konieczność przygotowania wakacyjnych festiwali, potem zimowa ramówka, wybory parlamentarne. W końcu postanowiłem, że chcę odpocząć, a potem zająć się czymś innym. To wszystko.

 

Okazało się jednak, że nie. Tuż po odejściu dowiedziałem się, że jestem hodowcą trolli.

 

Hoboken wita

 

Tu następuje moment, w którym poczułem się jak pingwiny z Madagaskaru, które trafiły do ZOO w Hoboken. Pojawiły się tam wszystkie złe, drugoplanowe postaci z ich przygód.

 

Wojciech Cieśla, dziennikarz, który pracował ze mną przez jakiś czas w dzienniku „Polska the Times”. Zasłynął tekstami śledczymi, które kończyły się przegranymi procesami. Tak było, gdy biznesmenowi i politykowi Markowi Jakubiakowi zarzucił powiązania z gangsterami, czy pisał o rzekomych nadużyciach szefa „Solidarności”. W 2017 roku opublikował na łamach „Newsweeka” tekst, w którym na podstawie „anonimowych źródeł” opisał, jak strasznie dzieje się w Trójce. Cieśla miał gdzieś elementarne zasady, nawet nie próbował kontaktować się z nami. Za to napisał rzecz zupełnie już karygodną, bo zarzucił mojemu ówczesnemu współpracownikowi, obecnemu prezesowi PAP Wojciechowi Surmaczowi, że został wyrzucony z „Forbesa” ze względu na „oskarżenie o antysemityzm”. Cieśla – pracując w tym samym wydawnictwie – świetnie wiedział, że tak nie było. Tekst Surmacza dotyczył kontrowersji wokół wyprzedaży przedwojennego majątku, odzyskanego przez polskie gminy żydowskie. Współpracowali z nim dziennikarze z Izraela, Stanów Zjednoczonych i środowiska żydowskie, oburzone procederem. Po tej publikacji stanowisko stracił wysoko postawiony, niemiecki menadżer w wydawnictwie, który w sprawie tego artykułu interweniował. Ale nie Surmacz.

 

Kolejną osobą jest Agnieszka Kublik – dziennikarka, której kariera polega na tym, że w agorowych porachunkach z przeciwnikami idzie dalej niż ktokolwiek inny. Tak było w 2018 roku, gdy publikowała kłamliwe, oparte, a jakże, na „anonimowych źródłach” teksty o tym, co dzieje się w Trójce. Nie muszę dodawać, że pani Kublik nie raczyła się wówczas ani ze mną, ani z rzeczniczką Polskiego Radia skontaktować.

 

Do tego dochodzi kilka postaci mniej istotnych dla sprawy. Magda Jethon, była dyrektor Trójki z czasów rządów PO. Popisała się tym, że za jej czasów na ścianie złożył autograf prezydent Bronisław Komorowski, a Trójka błysnęła czekoladowym orłem, który stał się symbolem paździerza i gnił później tygodniami w hallu na Myśliwieckiej niemiłosiernie śmierdząc. Magda Jethon, po utracie stanowiska, jak zombie krążyła tygodniami wokół stacji, równocześnie angażując się w działalność opozycyjną. Działalności tej pewną szkodę zadał wywiad Roberta Mazurka, w którym ten odkrył, że walcząca o konstytucję, Trybunał Konstytucyjny i Krajową Radę Sądownictwa pani redaktor nie bardzo rozumie co to za instytucje.

 

No i jeszcze wspomniany już Cezary Łazarewicz. Nie lubi mnie, bo Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich nominowało go kiedyś do dziennikarskiej Hieny Roku (zresztą bez mojego udziału, byłem przeciwnikiem tej antynagrody). Łazarewicz napisał wtedy tekst o ojcu braci Kaczyńskich, sugerując mu romans sprzed kilkudziesięciu lat na podstawie anonimowego i wątpliwego źródła. Było to w czasie, kiedy w domu umierała zbolała po stracie jednego z synów Jadwiga Kaczyńska. W opinii krytyków tekstu Łazarewicz chciał uderzyć w syna dobijając wątpliwymi rewelacjami jego matkę. To, że dziś „Tygodnik Powszechny” publikuje jego przemyślenia na temat innych dziennikarzy jest uderzającym świadectwem tego, co stało się z tym historycznym pismem.

 

Trollowa wendetta

 

Tuż po tym jak ogłosiłem publicznie decyzję o rezygnacji, dowiedziałem się, że w tle jest „farma trolli”. Cóż to za farma? W ciągu następnych dni odkryłem świat do tej pory ukryty za płatnymi subskrypcjami. W świecie tym opisywana była przez Wojciecha Cieślę owa „farma trolli”, firmie tej zlecenia miała jakoby dawać między innymi firma Art Media. Z firmą Art Media współpracuje think-tank Instytut Staszica, a ja jestem „trzonem organizacji”. Potem „Gazeta Wyborcza” piórem pani Kublik dodała („ustaliła nieoficjalnie”), że moja rezygnacja związana jest z udziałem w tej mrocznej triadzie. Potem „Newsweek” – piórem wiadomego autora – poszedł już dalej i „ustalił”, że zostałem zwolniony przez Przewodniczącego Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego, gdyż farma trolli, z którą miałem związki, go atakowała, a także broniła hodowców zwierząt futerkowych, a jak wiadomo Czabański walczył o los tych zwierząt. Co ciekawe, ten wątek zwierząt futerkowych w żadnym wcześniejszym tekście się nie pojawia. Ale jak stwierdziła jeszcze potem Magda Jethon w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” „sprawa jest rozwojowa”. Jest. Rozwija się w wyobraźni tych samych dziennikarzy z dwóch przerzucających ją sobie mediów, a ja jej nadam kolejny etap rozwoju w sądach powszechnych.

 

Jak było naprawdę mógłbym opowiedzieć panu Cieśli, albo pani Kublik, ale żadne z nich nie zdecydowało się ze mną skontaktować, co zdaje się jest żelazną tradycją ich warsztatu dziennikarskiego. Co ciekawe, jak udało mi się ustalić, wcześniej wysłano dziesiątki zapytań do spółek Skarbu Państwa, ministerstw, firm prywatnych z pytaniami o moją osobę, a zarazem sugerujących moje związki z jakimiś niecnymi knowaniami. Co jeszcze bardziej ciekawe, pytania te rozsyłał nie „Newsweek”, a fundacja o nazwie Fundacja Reporterów. Źródła finansowania fundacji, która przeprowadziła tak pracowitą akcję defamacyjną, nie są jawne, a jej prezesem jest… no zgaduj zgadula, chyba nie było trudne. Wojciech Cieśla.

 

Czyżby nie chodziło tylko o politykę i osobistą niechęć, a strzelano do mnie niejako przy okazji i w związku z biznesowymi rozgrywkami?

 

Nasza mroczna organizacja

 

Prawda jest taka, że faktycznie w 2013 roku założyliśmy wraz z moimi przyjaciółmi Piotrem GursztynemMarcinem Rosołowskim think-tank o nazwie Instytut Staszica. Chcieliśmy rozmawiać o modernizacji Polski, jej zrównoważonym rozwoju, i chyba to się udawało. Organizowaliśmy konferencje poświęcone przyszłości NATO z udziałem amerykańskich naukowców, zorganizowaliśmy newsletter poświęcony cyberbezpieczeństwu, do działania wciągaliśmy specjalistów z różnych dziedzin, z reguły naszych przyjaciół o bardzo zresztą różnych poglądach, z czym jakoś nie bardzo w swoich tekstach był w stanie poradzić sobie Cieśla. Zależało nam na tym, by ludzie, którzy zajmują się daną tematyką rzeczywiście się na niej znali, a nie byli tylko gadającymi głowami. Nieraz spieraliśmy się ostro ze sobą, ale dbaliśmy – pomni doświadczeń z różnych miejsc pracy – by tworzyć także miejsce, gdzie grono przyjaciół będzie mogło działać razem.

 

A teraz dwie sprawy, które panu Cieśli jakoś umknęły, może dlatego, że wbrew temu co pisze, nie próbował się ze mną kontaktować. W momencie objęcia obowiązków dyrektora Trzeciego Programu Polskiego Radia zrezygnowałem ze wszystkich innych pełnionych funkcji – dyrektorowania Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i zarządu Instytutu Staszica. Co więcej, nigdy, wcześniej ani później, za moją działalność w ramach Instytutu nie pobrałem ani złotówki. Instytut zostawiliśmy w dobrych rękach, ekspertów i naszych przyjaciół.  Marcin Rosołowski, ten z którym współzakładaliśmy Instytut, pozostał w Radzie Fundacji, w której był od samego początku. Oto ten słynny link, który poprzez wyszukiwarkę Google’a znalazł Wojciech Cieśla. Marcin, zawodowo związany jest od lat z firmą Art Media. Art Media mają – zdaniem Cieśli – mieć związki z owymi, osławionymi trollami. No i na tym właśnie polega wywód pana Cieśli. Skoro A ma związki z B, a B ma wiązki z C to znaczy, że A ma związki z C. Czyli Instytut ma związki z osławioną farmą, bo z nią mają rzekomo mieć związki Art Media. Taka logika to czysta insynuacja, modelowy fakenews. Do tego dochodzi jakiś milion złotych w tytule informacji, niżej działająca na wyobraźnię „farma trolli” i jest materiał śledczy.

 

Po pierwsze więc, pisanie o mnie, że jestem „trzonem organizacji”, to jakby pisać o zmarłym w 1947 roku Henrym Fordzie, że jest trzonem dzisiejszej Fundacji Forda, a o każdym użytkowniku samochodu marki ford, że jest antysemitą.

 

Od dwóch i pół roku nie brałem udziału w żadnych koncepcyjnych pracach Instytutu (mam nadzieję, że pewnego dnia to się zmieni). Zdarzało mi się za to bywać na towarzyskich spotkaniach, także panelach czy konferencjach współorganizowanych przez Instytut (jak i inne organizacje społeczne). Tak było w przypadku antyalkoholowej konferencji w Sejmie, którą współprowadziłem z Krzysztofem Ziemcem. Żaden z nas nie wziął za to ani grosza. Brali w niej udział ludzie mocno zaangażowani w walkę z nałogiem, byli alkoholicy, dziennikarze, księża. Cieśla sugeruje, że konferencja była ustawiana pod przemysł spirytusowy. Nader troszczy się o przemysł browarniczy, bo jego zdaniem krzywdził go przedstawiany tam przez kogoś postulat zrównania stawek podatkowych dla różnych typów alkoholi. Tylko jak wytłumaczy, że jednym z jej tematów była kwestia szkodliwości „małpek”, jednego z głównych produktów naszych Polmosów, które każdego ranka zapełniają polskie trawniki i rowy? Tak, Panie Cieśla, właśnie lobbing nie wygląda. Tak wygląda uczciwe prowadzenie rozmowy o problemie społecznym, coś przeciwnego niż fabrykowanie fakenewsów na zlecenie lobbystów.

 

Tak już będzie?

 

To chyba tyle. Tak powstaje fakenews. Tak bywa, że działają dziś media, tak próbuje wykańczać się ludzi za ich pomocą. Mnie ta cała szczujnia zaszkodzi raczej umiarkowanie. Ale gdybym był lokalnym burmistrzem, nauczycielem czy działaczem, który by tym manipulatorom podpadł? Takiej osobie zafundowaliby śmierć cywilną. Zresztą Cieśla chwalił się w jakimś wywiadzie, że zostawia za sobą łzy. Postaram się zadbać, żeby tym razem te łzy polały się na sali sądowej.  Choć wiem, uwzględniwszy dossier pani Kublik i pana Cieśli, że niczego to w ich postępowaniu nie zmieni.

 

Wiktor Świetlik

 

„Grzechy” dziennikarzy – subiektywny przegląd ks. MARIUSZA FRUKACZA

Ludzka wiedza o życiu i sposób myślenia o nim są w znacznym stopniu zdeterminowane przez środki przekazu; ludzkie doświadczenie jako takie stało się w dużej mierze doświadczeniem zdobytym za pośrednictwem mediów. Kiedy obserwujemy dobrze świat współczesny, łatwo w nim zauważyć, że one odgrywają ogromną rolę, stają się w pewien sposób częścią naszego życia. Właśnie w tym kontekście warto zwrócić uwagę na „grzechy”, które popełniają dziennikarze. Oczywiście jest to mój subiektywny wybór owych „grzechów”.

 

Pierwszy: Patrzenie z góry

 

Wydaje się, że bardzo poważnym „grzechem”, który zagraża nam, dziennikarzom, jest patrzenie na czytelnika, widza, czy też radiosłuchacza „z góry”. Trochę takie patrzenie z pozycji celebryty i guru. Wydaje się, że nam, dziennikarzom, dzisiaj bardzo brakuje podejścia z pokorą do drugiego człowieka, naszego czytelnika. Zawsze uważałem, że ważne jest wsłuchiwanie się w ludzi, ich problemy. Myślę, że pracę dziennikarza powinna określać pokora. To znaczy muszę zdawać sobie sprawę z tego, że jestem i mam być rzecznikiem czytelnika. Muszę też wiedzieć, że ktoś, z kim przeprowadzam wywiad, wie więcej ode mnie i muszę pozwolić mu się wypowiedzieć. Oczywiście pokora zakłada również u dziennikarza solidne przygotowanie się np. do przeprowadzenia wywiadu. Pokora tutaj oznacza także mój szacunek dla osoby, z którą rozmawiam.

 

Drugi: Logika dezinformacji

 

Właśnie logika dezinformacji to, moim zdaniem, źródło kolejnych „grzechów” dziennikarzy, a mianowicie manipulacji, albo po prostu kłamstwa. Dzisiaj jednym z najbardziej dyskutowanych zjawisk we współczesnym dziennikarstwie są tzw. fake newsy – fałszywe informacje. Mają one na celu dezinformację, informację bezpodstawną, opartą na nieistniejących lub zniekształconych danych i zmierzającą do oszukania czytelnika, a nawet do manipulowania nim. „Zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych. Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów” –  przypomniał nam, dziennikarzom, papież Franciszek w orędziu na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

Trzeci: Komercja zamiast jakości

 

Jedną z ważnych cech dobrego dziennikarza jest pasja. Kiedy ma się pasję tego, co się robi, to człowiek widzi sens swojej pracy. Niestety, dzisiaj bardzo mocno w świat mediów wkroczyła komercja i to ona zrodziła kolejny „grzech” dziennikarski, a mianowicie obniżenie jakości tekstów i materiałów dziennikarskich.

 

Niestety w tej dziedzinie pokutuje dzisiaj zasada, że „dobra wiadomość to zła wiadomość”. Informacja stała się dzisiaj również „towarem”, który trzeba dobrze sprzedać, w ciekawym i atrakcyjnym opakowaniu. Stąd pogoń za tym, co może ludzi pociągać, a zatem pogoń za jakąś sensacją, czymś mocnym, co przykuje uwagę czytelnika, widza, w ogóle odbiorcę informacji. Stąd także w mediach coraz częściej mniej miejsca na dobre wiadomości. Gdy dzisiaj oglądamy przekazy telewizyjne, to możemy odnieść wrażenie, że nic dobrego w świecie się nie dzieje. Po prostu w świat mediów wkroczyła komercja, wolny rynek, sensacja.

 

W podawaniu informacji istnieje skłonność do mierzenia sukcesu według kryterium zysku, nie zaś służby wobec społeczeństwa. Dążenie do zysku i reklamy wywiera nadmierny wpływ na treść społecznego przekazu: popularność góruje nad jakością, która spada do poziomu najniższego wspólnego mianownika, tzw. tabloidyzacja. Artykuły są tylko odwzorowaniem opisu pędu i szaleństwa ludzi. A powinni czegoś ważnego uczyć.

 

Czwarty: Wyśmiewanie tradycji i religii

 

To bardzo poważny „grzech” pewnej części mediów w Polsce. Istnieje nurt wyśmiewania, ośmieszania głębi tradycji religijnych, które mamy w Polsce i w Europie. To jest „grzech”, który zrodził się w imię nowoczesności. Tylko, że bez tradycji i wartości religijnych na końcu tej nowoczesności i tak będzie rozczarowanie. Tymczasem dziennikarz powinien mieć świadomość dziedzictwa, które tworzy naród, społeczeństwo. Dziennikarstwo nie powinno burzyć, a budować.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Najważniejsi są dla mnie ludzie – JANUSZ MILISZKIEWICZ o pisaniu o kolekcjonerach dzieł sztuki

   W 1979 roku zadebiutowałem jako dziennikarz w miesięczniku „Kolekcjoner Polski”. Zacząłem opisywać dorobek prywatnych kolekcjonerów, którzy chronili dobra kultury narodowej. Przez 40 lat stworzyłem kronikę tej dziedziny życia.  O kolekcjonerstwie pisałem w kilkudziesięciu czasopismach.  

 

Opisałem zbiory nie tylko prominentnych osób jak np. Jan Nowak – Jeziorański, Władysław Bartoszewski, Zbigniew Porczyński czy Grażyna Kulczyk, ale przede wszystkim setek anonimowych miłośników pamiątek narodowych.  Ludzie zawsze byli dla mnie ważniejsi niż dzieła sztuki! Rejestrowałem motywacje kolekcjonerów, ich złudzenia,  tęsknoty.

 

Wycinek polskiej cywilizacji

 

Kolekcjonerów tropiłem z detektywistyczną pasją. W pierwszej kolejności starałem się dotrzeć do ostatnich świadków dwudziestolecia międzywojennego. Szukałem na przykład  Bronisława Krystalla (1887-1983), który w 1937 roku obdarował Muzeum Narodowe w Warszawie. Pytane przeze mnie osoby pukały się w czoło. Mówiły, że Krystall dawno nie żyje. Nie pomógł mi nawet Jerzy Waldorff.

 

Do spotkania z Krystallem doszło w 1981 roku. Różnica wieku między nami wynosiła 67 lat. Rozmowa trwała kilka godzin. Odnalazłem i opisałem kilku kolekcjonerów, którzy jak Krystall, byli samodzielni już w XIX stuleciu.

 

Od początku celowo tworzyłem źródła informacji. Zależało mi, żeby moje artykuły czytano na bieżąco. Zależało mi również,  żeby za kilkadziesiąt lat były one źródłem nieznanych faktów dla nauki.  Opisałem niedoceniany wycinek polskiej cywilizacji.

 

Studiowałem nieliczne publikacje o dobrach kultury utraconych przez Polskę w czasie wojny. Natrafiłem np. na wzmiankę o kolekcji przemysłowca Edwarda Natansona, która spłonęła w 1939 roku. Na chybił trafił pytałem różne osoby o tę kolekcję.

 

Pianista i kolekcjoner Roman Jasiński nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie, ale zaprotegował mnie do Jerzego Grohmana. Grohman nie znał  kolekcji, ale w 1987 roku umówił  mnie z sędziwym Ludwikiem Natansonem, synem (!) Edwarda.  Ludwik Natanson, dzięki moim namowom, zrekonstruował z pamięci zbiory ojca, a ja to uwieczniłem w artykule.

 

Zaufanie i bezinteresowność

 

Byłem amatorem. Nikt nie uczył mnie jak pisać.  Stosowałem się do rad Melchiora Wańkowicza, które zawarł w „Karafce la Fontaine’a”.  Miałem też swoich mistrzów. W „Kurierze Polskim” byli to Stefan ZawadzkiMaciej Łukasiewcz, po latach mój szef w „Rzeczpospolitej”. W „Spotkaniach z zabytkami” był redaktor Krzysztof Nowiński, który drukował mój cykl „Gniazda rodzinne”.

 

Od początku stosowałem zasadę: „po pierwsze nie szkodzić”. Pomijałem wątki, które mogły zaszkodzić bohaterom moich artykułów. Opiszę tu przygodę, która uświadomiła mi konieczność stosowania takiej taktyki.

 

W latach 70. w Warszawie w witrynie państwowego antykwariatu książkowego przy ul. Świętokrzyskiej 14 kolekcjoner Wacław Grymowski  organizował edukacyjne wystawy pamiątek narodowych, np. pocztówek patriotycznych z XIX w. W 1981 roku zaczepiłem starszego pana na ulicy. Zaproponowałem,  że napiszę o nim artykuł.

 

   Grymowski zaufał mi,  zaprosił mnie do swojego mieszkania. Poza protokołem  pokazał mi plakaty, gazety, ulotki z czasów zwycięskiej wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Dokumenty miały skrajnie antyradziecki charakter. Gdybym upowszechnił wiedzę o nich, to zostałyby zarekwirowane i zniszczone, a kolekcjoner miałby problemy z prawem.

 

Wacława Grymowskiego uświadomiłem sobie, że zaufanie i bezinteresowność to podstawa dobrych relacji z kolekcjonerami. Dzięki temu zdobywałem nowe kontakty w hermetycznym środowisku. Pominięte w latach 80.  wątki, wykorzystałem po 1990 roku.

 

W artykule napisałem, że Grymowski bezskutecznie walczy o utworzenie Muzeum Oświaty i Wychowania. Chciał muzeum bezinteresownie wyposażyć w zbiór zabytkowych dokumentów i eksponatów. Dziś nikt nie pamięta  o Wacławie Grymowskim!

 

Poznałem ludzi kolorowych jak rajskie ptaki. Moje artykuły to najczęściej jedyne ślady po ich kolekcjonerskim, życiowym dorobku.

 

Stworzyłem  dla siebie zawodową niszę. 7 sierpnia 2009 roku red. Anita Gargas przeprowadziła ze mną rozmowę dla „Gazety Polskiej”. Powiedziałem, że chcę, żeby stu dziennikarzy na co dzień, tak wnikliwie i fachowo jak ja,  pisało o kolekcjonerstwie i rynku sztuki. Byłby to wtedy ważny problem społeczny. A skoro pisuję praktycznie tylko ja, to jest to traktowane najwyżej jako ciekawostka.

 

Po 1990 r. z konieczności piszę przede wszystkim o powodzi falsyfikatów, cenowych oszustwach i innych patologiach na wolnym rynku. To główne tematy moich artykułów, które od 2001 roku co czwartek publikuję w dziale ekonomicznym „Rzeczpospolitej”.

 

Dlaczego zainteresowałem się kolekcjonerstwem? Pewnie dlatego, że mój ojciec był kolekcjonerem, dla relaksu zbierał etykiety zapałczane. Ojciec stale czytał „Kolekcjonera Polskiego”, od 1972 roku co miesiąc były to cztery kolumny dziennika „Kurier Polski”.

 

Janusz Miliszkiewicz

Symboliczna data – TOMASZ PLASKOTA o tym, jak media opisywały wydarzenia wokół 11 listopada 1918 roku

11 listopada dopiero w 1937 r. decyzją Sejmu uznano świętem państwowym. Data w odrodzonej Rzeczypospolitej była czczona jako Święto Niepodległości, jednak przez lata wzbudzała spory i kontrowersje. Nie było to jedynie wynikiem sporów stronnictw politycznych, które podkreślały własne zasługi w odrodzeniu państwa po latach zaborów. Początkowo sam Józef Piłsudski nie przywiązywał do niej wielkiego znaczenia.

 

 

11 listopada 1918 r. jest datą symboliczną. Co prawda, tego dnia Niemcy podpisały akt kapitulacji kończący Wielką Wojnę, a Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę wojskową „wobec grożącego niebezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego”. Jednak trudno ją uznać za datę odzyskania niepodległości. Jeżeli chodzi o fakty to 7 października 1918 r. Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość Polski, a cztery dni później przejęła od okupantów władzę nad wojskiem. Nasz kraj oficjalnie na mapę Europy powrócił nie 11 listopada 1918 r., ale 28 czerwca 1919 r., kiedy Roman DmowskiIgnacy Jan Paderewski złożyli podpisy pod traktatem wersalskim. Walka o granicę trwała do lipca 1921 r., kiedy zakończyło się trzecie powstanie śląskie.

 

Ale cofnijmy się nieco w czasie. 8 listopada 1918 r. Niemcy mając świadomość swojej klęski zwolniły Józefa Piłsudskiego z więzienia w Magdeburgu i wysłały  go specjalnym pociągiem do Warszawy, żeby uspokoił antyniemieckie nastroje, które mogły zaszkodzić tysiącom ich żołnierzy w Królestwie Polskim. 10 listopada „brygadiera Piłsudskiego powitał na dworcu książę Lubomirski i zabrał go do swego uroczego pałacyku w cienistych ogrodach Frascati na herbatę” – wspominał po latach jeden z najwybitniejszych dziennikarzy II RP Stanisław Cat Mackiewicz. Piłsudski przyjął zaproszenie od jednego z trzech przedstawicieli ówczesnej władzy, czyli Rady Regencyjnej. „Przy herbacie ze śmietanką w jego pałacyku, zdetronizowana przed urodzeniem monarchia i rodząca się republika uprzejmie podały sobie ręce” – oceniał z żalem spotkanie zwolennik ustroju monarchistycznego Cat. Warto w tym miejscu dodać, że Polska odrodziła się w 1918 r. jako monarchia.

 

 

14 listopada Rada Regencyjna podporządkowała Piłsudskiemu również władzę cywilną. Dwa dni później podpisał oficjalne powstanie państwa polskiego i stanął na jego czele jako Naczelnik. Nawiązał tym tytułem do czasów insurekcji kościuszkowskiej. Od tego momentu Piłsudski sprawował najwyższą władzę w kraju, wydawał dekrety, formował ustrój odradzającej się Rzeczypospolitej. Natomiast Komitet Narodowy Polski działający pod przewodnictwem Romana Dmowskiego w Paryżu był przedstawicielstwem dyplomatycznym państwa i reprezentował kraj na kongresie pokojowym kończącym Wielką Wojnę.

 

Józef Piłsudski w pierwszych latach II RP nie przywiązywał dużego znaczenia do 11 listopada. W odczytach wygłoszonych jesienią 1924 r. w Krakowie nie odniósł się do tej daty. „Mówiąc (…) o pierwszych dniach Rzeczypospolitej, biorę okres czasu między końcem października a końcem listopada, gdyż ścisłe daty z wielką trudnością dają się ustalić” – wspominał. I podkreślał: „Fakt, że trudno jest znaleźć jakąś uroczystość wspólną dla wszystkich – wspólną dla wszystkich datę – świadczy o tym, że Rzeczpospolita Polska się stawała, tzn., że upłynął pewien okres czasu, zanim się stała”. Wskazywał, że „okres pomiędzy 22 listopada a 28 listopada 1918 roku jest czasem ostatecznego sformowania się państwa”. 22 listopada 1918 r. zatwierdzono dekret o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej, który powoływał Naczelnika Państwa, rząd i Rzeczpospolitą Polską. Druga data, którą późniejszy Marszałek Polski przytacza i uznaje za istotną dla formowania się odradzającego się państwa, jest dniem, w którym podpisano dekret  o ordynacji wyborczej oraz o wyborach do Sejmu Ustawodawczego.

 

Dla środowisk lewicowych większe znaczenie niż 11 listopada miała data powstania socjalistycznego rządu Jędrzeja Moraczewskiego w Lublinie. „Dzień 7 listopada 1918 roku był dniem, w którym siła moralna polskiej demokracji społecznej ujawniła się w całej pełni” – pisał na tytułowej stronie „Robotnik” organ Polskiej Partii Socjalistycznej. „Gdy spadać poczęły okowy z narodu polskiego, gdy szmat ziemi polskiej stał się istotnie wolnym – natychmiast, niezwłocznie w imieniu narodu polskiego przemówił lud Polski – proklamował Niepodległość i Zjednoczenie Polski” – podkreślał lewicowy dziennik. Prawica podkreślała wagę rocznicy ogłoszenia niepodległości przez Radę Regencyjną (7 października 1918 r.) oraz podpisania traktatu wersalskiego przez Romana DmowskiegoIgnacego Jana Paderewskiego (28 czerwca 1919 r.).  Ale w prasie prawicowej pojawiały się różne opinie na ten temat. Dziennikarz związanego z konserwatystami „Dziennika Poznańskiego”  w 1926 r. pozytywnie odnosił się do listopadowej daty. „Święto 11 listopada uważamy za pomost, przerzucony pomiędzy rzeczywistością dnia dzisiejszego, zgrzytliwą nieraz, płynną w dobre i złe uniesienia” – pisał „Kurier Poznański” – a z drugiej strony – zwrócony ku statecznemu porządkowaniu spraw doniosłych, jakie dojrzewają wtedy i mogą wydać owoce, gdy społeczeństwu powierza się należne mu obowiązki do spełnienia, restytuując jego pełny udział w budowie przyszłości Narodu”.

 

Większe znaczenie 11 listopada jako rocznicy odzyskania niepodległości zaczęto nadawać po zamachu majowym przeprowadzonym przez Piłsudskiego i wiernych mu żołnierzy w 1926 r. Trzy dni przed świętem Prezes Rady Ministrów Józef Piłsudski ustanowił w okólniku, że 11 listopada 1926 r. „państwo polskie obchodzić będzie 8 rocznicę zrzucenia jarzma niewoli i uzyskania pełnej faktycznej niepodległości”. W dokumencie podkreślono, że data powinna utrwalić się społeczeństwie, a szczególnie „w umysłach młodego pokolenia, które w zaraniu swego życia powinno odczuć doniosłość i uroczystość tego pamiętnego dnia”.

 

 

Obchody 11 listopada miały podobny charakter. Uroczyste nabożeństwa, akademie, odczyty, defilady i parady wojskowe. Jednak dopiero 23 kwietnia 1937 r., prawie dwa lata po śmierci Marszałka, Sejm zdecydował w ustawie, że 11 listopada jako „rocznica odzyskania przez naród Polski niepodległego bytu i jako dzień po wsze czasy związany z wielkim imieniem Józefa Piłsudskiego, zwycięskiego Wodza Narodu w walkach o wolność ojczyzny – jest uroczystym Świętem Niepodległości”. Akt prawny ustanowił dzień jako wolny od pracy i nauki.

 

Rok później odbyły się ostatnie obchody 11 listopada w II Rzeczypospolitej. Z racji, że była to również dwudziesta rocznica odzyskania niepodległości nadano jej niezwykle godną oprawę. Powrót do świętowania nastąpił po czterdziestu latach z inicjatywy środowisk opozycyjnych, Konfederacji Polski Niepodległej i ROPCiO. Tradycję kontynuowała w latach 80. Solidarność. 15 lutego 1989 r. Sejm PRL przyjął ustawę o ustanowieniu Narodowego Święta Niepodległości.

 

Tomasz Plaskota

Zawód dziennikarski potrzebuje PR-u – uważa MIROSŁAW USIDUS

Czy zawód dziennikarza stanie się hobby jak garncarstwo? Czy zniknie wraz z rozwojem technologii, jak profesja telefonistki? Czy też może jednak przetrwa w swoim definicyjnym kształcie? Zdania na ten temat są podzielone.

 

Nie jest to tekst o zacieraniu się różnic pomiędzy dziennikarstwem a public relations. Nie jest on też o relacjach świata tradycyjnych mediów z praktyką PR-u. A nawet nie o tym, jak przekierować ścieżkę swojej kariery z dziennikarskiej na „pijarową”. Nie. Nie o tym chcę pisać, lecz o tym, że media w sposób coraz wyraźniejszy potrzebują strategii „public relations” a nawet, powiedzmy sobie szczerze, postępowania w kryzysie komunikacyjnym.

 

Minęły u nas dawno czasy PRL, w których zawód ten miał status wprawdzie wysoki, to jednak kontrowersyjny, ze względu na konieczność pracy i współpracy z mediami oficjalnymi, koncesjonowanymi i cenzurowanymi. Minęły lata 90., które przynajmniej w Polsce i przynajmniej dla prasy, były złotym okresem prosperity a dziennikarze mieli wciąż niezły status społeczny, a także materialny. Nadeszła epoka internetu, potem fala mediów społecznościowych. Pojawili się „media-workerzy”, „brokerzy informacji”, „influencerzy”. Dziennikarz zaczął być postrzegany jako ktoś, kto pod nieco staroświecką nazwą wykonuje podobną do wymienionych wcześniej nowych specjalności pracę. Według jednak coraz powszechniejszej opinii, nie ma powodu, aby miał uważać się za coś lepszego niż wyrobnicy komunikacji komercyjnej.

 

Utrzymaniu „image’u” (celowo używam żargonu zaczerpniętego ze świata PR i marketingu) zawodu dziennikarskiego nie sprzyjała degrengolada materialna wydawców i firm medialnych, a wraz z nimi ich pracowników, wynikająca z presji konkurencyjnej nowych mediów, spadków sprzedaży, zasięgów i pozycji rynkowej starych „outletów”.

 

Odejść jak zecer i metrampaż?

 

Lata temu przyszło mi do głowy, że to może już koniec tej profesji. Dziennikarstwo nie jest w końcu „odwiecznym” zawodem ani nie ma powodu by myśleć, że ma być czymś wiecznym. Jako odrębny zawód o sprecyzowanej definicji żurnalistyka informacyjno-publicystyczna ma może półtora wieku, raczej nie więcej. Bliskie kiedyś dziennikarzom zawody zecera czy metrampaża miały dłuższą historię, ale wystarczyła dekada by zniknęły. Szukając analogii do znikających zawodów można mówić o przeróżnych snycerzach, kołodziejach i puszkarzach z dawnych wieków, które to profesje dziś są strefą hobby – w każdej chwili każdy może w ramach własnych zainteresowań wrócić do tych zajęć. Nikt raczej jednak nie zostanie hobbystycznie telefonistką, który to nieistniejący już zawód jeszcze sto lat temu był całkiem nowoczesny.

 

Czy zawód dziennikarza stanie się hobby jak garncarstwo? Czy zniknie wraz z rozwojem technologii, jak profesja telefonistki? Czy też może jednak przetrwa w swoim definicyjnym kształcie? Zdania na ten temat są podzielone.

 

Przez lata wiele redakcji poświęciło wiele czasu, energii i nakładów, aby przystosować się do świata algorytmów, które rządzą mediami cyfrowymi, internetem i platformami społecznościowymi. Być może nadszedł czas, by zamiast poddawać się algorytmom, zacząć podkreślać, że nie jesteśmy algorytmami, że jesteśmy ludźmi i jako ludzie, dziennikarze, mamy do zaoferowania rzeczy, których żaden algorytm ludziom nie da.

 

Jeśli zgodzimy się, że chodzi nam o przetrwanie tego zawodu, bo stanowi on wartość dla kultury, społeczeństwa i demokracji, to wydaje mi się, że trzeba mu w tym trochę pomóc. A mówiąc dokładniej – pomóc mu w tym powinni sami dziennikarze, podejmując działania, które określam tu jako „strategię PR”, czyli działania informacyjno-komunikacyjne uświadamiające czytelnikom, widzom, słuchaczom, znaczenie i wartość tej profesji z punktu widzenia zarówno pojedynczego odbiorcy, jak społeczeństwa jako ogółu.

 

Że to oczywiste? Otóż niekoniecznie. Dziennikarze wcale nie są postrzegani tak, jak sami chcą się widzieć. Co bardziej świadomi konsumenci mediów dobrze widzieli i widzą wciąż wszystkie szkody, które wyrządzili swojemu wizerunkowi „mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Młodszym zaś potencjalnym odbiorcom dziennikarze i „stare” media nieszczególnie są do czegokolwiek potrzebne, a przynajmniej trudno przedstawicielom tej generacji wskazać różnicę pomiędzy pracą środków masowego przekazu a tym, co można mieć „z netu”.

 

Sny o minionej potędze

 

Coraz bardziej oczywiste jest, że samo niezłomne poczucie profesjonalizmu i wynikającej z tego wyższości nad produktami, wytwarzanymi w Internecie, nie tylko nie pomaga, ale wręcz szkodzi. Nie broni się też jakość i prawdziwość przekazu. Przed laty wielu wydawało się, że na konkurencyjnym rynku informacji, a sieć i media społecznościowe są sublimacją konkurencyjności, prawda musi wygrać, bo jest najlepszym produktem. Zakładano też, że platformy społecznościowe są neutralne, co wydaje się po latach śmieszne.

 

Jeśli ostatnia dekada w rozwoju technik publikacji cyfrowych nauczyła nas czegokolwiek, to przede wszystkim tego, że na konkurencyjnym rynku informacji wspieranych przez reklamy, wygra najbardziej ekstremalna wersja narracji. Prawda nie ma znaczenia. Nie mają też znaczenia i nie zostają należycie docenione profesjonalne wysiłki w dochodzeniu do niej.

 

Oprócz niewzruszonych przekonań o wyższości standardów profesjonalnych, obiektywizmu i jeśli nie prawdy, to przynajmniej bezkompromisowego dążenia do niej, charakterystycznym rysem postawy dziennikarskiej tradycyjnego typu była obojętność na biznesowe aspekty i uwarunkowania działalności mediów, dla których dziennikarze pracują. Niestety, podobnie jak prawda i standardy profesjonalne w tym nowym świecie nie bronią się same, media nie utrzymają się na rynku dzięki samej tylko tradycji, odziedziczonym statusie, i wierze w ich jakość. I tu potrzeba czegoś więcej niż tylko trwanie na sprawdzonych przed laty pozycjach.

Z wyżej opisanymi syndromami „mediów niewzruszonych i niezłomnych” ściśle związane jest przekonanie, że wciąż obowiązuje model ich funkcjonowania z drugiej połowy XX wieku i jest jedynym modelem, jaki można pomyśleć.

 

Częścią tego modelu było aspirowanie przez media do roli bezstronnej i niezaangażowanej politycznie niezależnej siły, którą cokolwiek megalomańsko nazywano „czwartą władzą”. W rzeczywistości, nawet w krajach zachodnich epoka dziennikarstwa pretendującego do bezstronności politycznej, obiektywizmu i niezależności, trwa/trwała stosunkowo krótko. Dopiero w XX wieku firmy publikujące gazety, potem nadające sygnał radiowy i telewizyjny, stały się na tyle silne rynkowo, aby móc sobie pozwolić na daleko idącą niezależność.

 

A nawet u szczytu potęgi, niezawisłość i siła mediów w stabilnych demokracjach nie była czymś bezapelacyjnym. Pamiętam tę niepewność co do publikacji w „New York Times”, z jaką zostawiają widza autorzy „Trzech Dni Kondora” – wcale nie wydaje się oczywiste, że teoretycznie niezależna prasa może postawić się największym potęgom, na przykład CIA. W inny sposób potęgę nacisków działających nawet na największych graczy na rynku medialnym ukazywał film „Informator” z Russellem Crowe i Alem Pacino. A to przecież historie ze „złotych lat” prasy i telewizji. Teraz, gdy organizacje medialne słabną, a prasa w żadnym wypadku nie jest tym, czym była, jest znacznie gorzej. I mówimy tu o krajach zachodnich, ustabilizowanych demokracjach z tradycjami wolnych środków przekazu.

 

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

 

– powiedział kiedyś ktoś lubiący paradoksy i zabawy słowem. To zaskakujące powiedzonko wcale nie jest w opisywanym przeze mnie kontekście bez sensu.

 

Dlaczego sytuacja dziennikarzy jest w jakimś sensie dobra? Bo nie stracili swoich umiejętności, bo wciąż są potrzebni, bo okazuje się, że wciąż mają jakąś rolę do odegrania w społeczeństwie, pod warunkiem, że nie będą usilnie próbować odgrywać ról, które niewiele mają wspólnego z ich zawodem, np. ról polityków.

 

Dlaczego nie beznadziejna? Bo wciąż, pomimo tego co już napisałem, mają szansę przekonać ludzi, że to co robią, w profesjonalnym i rzetelnym, czyli najlepszym dającym się pomyśleć wydaniu, da im coś, czego nie zaoferują żadne oferowane w ostatnich latach w wielkiej obfitości formy „neo” i „para” – medialno-dziennikarskie.

 

Najpierw jednak, zamiast trwać na pozycjach „niewzruszonych i niezłomnych”, aby dać szansę swojej profesji, dziennikarze powinni kilka rzeczy zrobić. Na przykład powinni zaakceptować fakt, że relacja między dziennikarstwem a ludźmi, którym ma ono służyć, została przerwana i wziąć odpowiedzialność za jej ponowne nawiązanie. Bez udawania, że takiego problemu nie ma.

 

Kryzys zaufania, który jest trudnym do zaprzeczenia faktem, sprawia, że nie wystarczy uprawiać dobre dziennikarstwo. Trzeba również ludziom o tym w umiejętny, czyli skuteczny, sposób o tym opowiedzieć. Aby opowiedzieć, trzeba do ludzi dotrzeć, otworzyć się i poszukać ich tam gdzie są a nie czekać aż sami przyjdą, jak kiedyś przychodzili.

 

Przy czym nie ma sensu, abyśmy, stosując ten marketing relacji i public relations, występowali w imieniu „dziennikarstwa jako takiego”. Nie musimy być rzecznikami kolegów, których pracę i decyzje nie zawsze dobrze oceniamy. Wystarczy, że każdy na własny rachunek podejmie wysiłek przekonania odbiorców o wartości jego własnej pracy. Próba wyjaśnienia czytelnikowi lub słuchaczowi, do czego praca konkretnego dziennikarza może mu się przydać, w czym pomóc, jak rozwiązać problemy lub pogłębić wiedzę, to nic innego jak ów PR, który postuluję.

 

To nie żadna czarna magia tylko cierpliwa i konsekwentna praca, której wartość koledzy ze świata public relations dobrze znają A posłużyć do tego mogłyby choćby media społecznościowe, skoro już są, są całkiem dostępne i narobiły tyle zamieszania w negatywnym sensie. Czas zrobić z nich jakiś pozytywny użytek.

 

Dziennikarstwo warto z jednej strony odczarować w oczach opinii publicznej, czyli odejść od wizerunku „kotła czarownic”, w którym warzy się polityczny przekaz medialny dla ludności, czyli w ludowym mniemaniu – propagandowa trucizna. Z drugiej strony pożądane byłoby ponowne zaczarowanie, albo też oczarowanie ludzi umiejętnościami docierania do faktów i prawd, do których docierać potrafią tylko prawdziwi dziennikarze.

 

A zatem swoisty „image shift” i zmiana narracji na temat dziennikarstwa. Proszę zwrócić uwagę, że cały czas posługuję się specyficznym żargonem zaczerpniętym ze świata PR i komunikacji społecznej. Być może da się porównać dziennikarstwo do starej dobrej marki z tradycjami i prestiżem, która w nowych czasach pokryła się nieco patyną i przestała być wystarczająco sexy dla młodszych pokoleń. Potrzeba „brand reinvention”, renowacji i wypełnienia starych pojęć nowymi, atrakcyjnymi dla odbiorcy treściami. Jakkolwiek to korpo-żargonowo i nieznośnie dla dziennikarskich uszu brzmi, to właśnie to przydałoby się żurnalistyce, która, trwając godnie i niezłomnie na tradycyjnych pozycjach, niestety raczej zmierza do powolnego uschnięcia.

 

Mirosław Usidus

Głowa, żaba i piramida – ŁUKASZ WARZECHA o sztuce pisania felietonów

Felietonistą nie zostanie się w wieku 20 czy 25 lat. Po to, żeby nabrać odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, żeby nimi nasiąknąć, potrzeba żyć minimum lat 30. Pod tym względem felietonista przypominałby zawody takie jak lekarz czy sędzia.

 

Ktoś gdzieś wyczytał, że w jakiejś tam puszczy południowoamerykańskiej znaleziono niedawno olbrzymią głowę z kamienia; wielkość jej równała się rozmiarom dwupokojowego mieszkania z wygodami. Głowa była cała zarośnięta – oczywiście nie z powodu dawnego niegolenia, lecz z powodu dawnego spoczywania w dżungli – zarośnięta  drzewami, poowijana jak sznurami korzeniami krzewów, lianami, omszała. Z trudem oczyszczono głowę z tego wszystkiego, po czym uczeni archeologowie jęli się nad nią głowić (nomen omen!). Po długich debatach, zakropionych sporymi dawkami kaszasy (mocna wódka południowoamerykańska), doszli do wniosku, że głowa jest jedyną pozostałością po wielkiej cywilizacji, istniejącej tam ze dwa tysiące lat temu, przed epoką Majów.

 

Wiadomość ta po prostu mnie przeraziła. Pomyślcie tylko: z wielkiej cywilizacji, z mnóstwa pracy, wysiłków, walk, problemów, miłości, zazdrości, nienawiści, wierzeń, powątpiewań, myśli i odkryć, cierpień i radości cóż pozostało? Ot, po prostu – durna obrośnięta głowa w lesie, przypadkiem w dodatku przez jakichś, wstawionych może facetów odnaleziona. A co będzie, jeśli za tysiąc lat z całego kochanego Krakowa także tylko jedna głowa zostanie i głowę tę odnajdzie ktoś pomiędzy paprociami zarastającymi miejsce, gdzie dziś rozciąga się Rynek Główny z Linią A–B?

 

Proszę wybaczyć ten długi cytat. Skoro jednak miałem pisać o tym, jak się pisze felieton, postanowiłem zadziałać na początek za pomocą przykładu szkatułkowego. Zrobiłem to, co powinien zrobić felietonista, czyli sięgnąłem na swoją półkę, wyjąłem z niej pierwszy tom „Felietonów” Stefana Kisielewskiego (Prószyński i Spółka, Warszawa 2013) i zacytowałem początek tekstu „Głowa w puszczy, żaba i piramida”, który to z kolei tekst jest niemal modelowym przykładem felietonu. Oczywiście sięgnąłem po Kisiela nieprzypadkowo – to moim zdaniem jeden z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszy felietonista w historii polskiego dziennikarstwa. Ja zaś mam do niego dodatkowy sentyment za dystans, poczucie humoru, zachowywanie zdrowego rozsądku i poglądy gospodarcze bliskie moim.

 

Pamiętajmy przy tym, że ten akurat Kisielowy felieton ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” w serii, drukowanej w latach 1945-53, a więc w czasach, kiedy swoboda dziennikarska była, by tak rzec, solidnie ograniczona. Ale o tym dalej.

 

Zaczynam od uwagi mało optymistycznej: felieton to najtrudniejszy gatunek dziennikarski, może obok klasycznego reportażu. Dziennikarski, choć na pograniczu literatury. Ja sam przedstawiam się jako komentator i publicysta, nie jako felietonista, choć może, mając na półce Złotą Rybę, mógłbym zaryzykować. Ale felietonistą się prawie nigdy nie jest etatowo, choć formalnie można mieć rubrykę felietonową w czasopiśmie, na portalu czy okienko felietonowe w radiu (ale to już tylko publicznym, bo żadna prywatna rozgłośnia czegoś takiego nie robi). Nawet jednak jeśli piszemy coś, co w zamierzeniu ma być felietonem, w wielu przypadkach wychodzi nam najzwyklejszy komentarz. O szczebel niżej, co najmniej.

 

Wiedzieć, gdzie sięgnąć

 

Felieton zanika, nie tylko dlatego, że jest niezwykle trudny, ale również dlatego, że atmosfera plemiennej wojny, w której udział biorą także media, nie jest dla tego gatunku sprzyjająca. Felieton z zasady nie może mieć subtelności cepa lub bejsbola, a tymczasem tego się właśnie oczekuje. Nawet wśród laureatów szacownej Złotej Ryby są tacy, którzy porzucili już dawno dystans i inteligentną złośliwość na rzecz walenia z armaty, aby każdym kolejnym tekstem udowadniać swoją lojalność wobec wyznaczonego przez redakcję kursu. Tymczasem felietonista, nawet jeśli podziela ten czy inny pogląd, musi być wobec niego niejako osobny.

 

Felieton – z zasady forma krótka – jest trudny między innymi dlatego, że od autora wymaga rozbudowanej siatki skojarzeń, erudycji przynajmniej na tyle obszernej, aby wiedzieć, po którą z książek stojących na półce sięgnąć, ewentualnie gdzie i czego szukać w internecie, żeby wesprzeć się konkretnym cytatem, anegdotą, legendą. Bez tego nie da się pisać felietonów. Kisiel swój zaczął od anegdoty o nieogolonej z drzew głowie, odnalezionej w południowoamerykańskiej puszczy – ja ten tekst, który państwo czytają (a który felietonem nie jest, ale o felietonistyce opowiada), zacząłem od cytatu z Kisiela. Tak to mniej więcej powinno wyglądać.

 

Felietonista może działać na dwa sposoby.  Albo punktem wyjścia jest wspomniana siatka skojarzeń – któraś z wielu przeczytanych książek, obejrzany w muzeum obraz, film, ewentualnie zasłyszana anegdota, które drogą czasem nieoczywistych analogii i sylogizmów prowadzą do czegoś aktualnego.

 

Albo też odwrotnie – jest coś aktualnego, co aż prosi się o felieton, ale wówczas trzeba znaleźć do tego jakiś punkt odniesienia w swojej siatce skojarzeń, żeby poprowadzić czytelnika nierzadko zawiłą drogą od tego punktu do tego, co aktualne.

 

Czasem zaś można w ogóle od spraw aktualnych abstrahować, żeby zaszczepić w czytelniku refleksję ogólniejszej natury.

 

W każdym przypadku felieton musi się rozgrywać w obrębie obszernego układu odniesień literackich i kulturowych – bez tego staje się zwykłym komentarzem, jakich tysiące. W sukurs mogą nam przyjść setki ludzi: Gombrowicz i Gałczyński, Hašek i Mickiewicz, Słowacki i Koźmian, Velazquez i Rembrandt, Wajda i Kubrick, Szekspir i Orwell, Kaczmarski i Kochanowski, Dick i Chesterton, Cat-Mackiewicz i Rzewuski, sam Kisiel i wielu, wielu innych. Ale trzeba umieć ich o pomoc poprosić – kojarzyć, znać, wiedzieć, gdzie sięgnąć. A nawet wtedy robota nie należy do łatwych. Mnie samemu zdarza się przez kilkadziesiąt minut poszukiwać na półce właściwej książki lub w tej książce właściwego cytatu, albo też w internecie opisu zdarzenia, które w ogólnych zarysach błąka mi się gdzieś w pamięci.

 

Dlatego felietonista nie musi mieć typowo dziennikarskiego doświadczenia – nie musiał zaczynać od redagowania depesz albo pisania o dziurach w drogach – ale musi się interesować. Właśnie tak: interesować się, bez dopełnienia. Interesowanie się jest nieodzowną cechą felietonisty. Dlatego też typowi dla dzisiejszej polskiej rzeczywistości propagandowi wyrobnicy mediów nigdy nie staną się felietonistami, ponieważ ich nieodmienną cechą jest niewolnicza wręcz koncentracja na politycznej grze, która nie pozostawia już miejsca na oderwane od niej lektury, na zdobywanie wiedzy pozornie niepotrzebnej, na słuchanie muzyki – jednym słowem: na interesowanie się tym, co nieprzydatne w bezpośredniej, agresywnej publicystycznej nawalance. Być może Stefan Kisielewski nie byłby felietonistą tak wybitnym, gdyby nie jego praca jako kompozytora.

 

Dlatego też felietonistą nie zostanie się w wieku 20 czy 25 lat. Po to, żeby nabrać odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, żeby nimi nasiąknąć, potrzeba żyć moim zdaniem minimum lat 30. Po tym względem felietonista przypominałby zawody takie jak lekarz czy sędzia – choć bez formalnych granic wiekowych.

 

Dlaczego dziś felietonistyka więdnie

 

Zwróciłem na początku uwagę, że zacytowany przeze mnie felieton Kisiel napisał w latach stalinowskiej nocy. Podobnie jak w przypadku innych publikowanych wówczas tekstów, nawet w „Tygodniku Powszechnym”, piśmie jak owe czasy cieszącym się sporą swobodą, miało to oczywiście wpływ na temat i jego ujęcie. Trudno oczekiwać, żeby felietoniści zajmowali się wówczas krytycznym komentowaniem bieżącej polityki (chyba że próbowali to robić zgodnie z linią siły przewodniej, ale wtedy automatycznie przestawali być felietonistami, a stawali się propagandystami).

 

Czy felietonista powinien zatem bieżączki unikać? Ależ skąd – nie unikał jej śp. Maciej Rybiński, a felietonistą był genialnym. Problem pojawia się, gdy unika się jej z powodu własnego koniunkturalizmu. To nie był przypadek Kisiela w latach 40. czy 50. – on był w sytuacji przymusowej, a mistrzostwem było pisanie takie, żeby nie podpaść cenzurze, lecz zarazem uruchomić u czytelnika odpowiedni mechanizm skojarzeniowy, który pozwalał odnaleźć gdzieś trzecie dno i ukryte tam odniesienie do złowrogiej rzeczywistości.

 

W przypadku niektórych autorów, uważających się dziś za felietonistów, jest trochę inaczej, choć pozory są podobne. Ich teksty bywają odległe od spraw bieżących dlatego, że piszący próbuje ominąć rafę, która prawdopodobnie skutkowałaby dla niego problemami. Na przykład utratą posady w publicznych mediach albo ograniczeniem jego udziału w tym czy innym programie. Nie jest to jednak w żadnym razie sytuacja przymusu porównywalnego z czasami realnego zniewolenia i wierzę, że czytelnicy umieją taki koniunkturalizm wyczuwać.

 

I rzecz kolejna: felietonista musi być ironistą. Nadęcie, tromtadracja, napuszenie, język jak żywcem wyjęty z tyrad towarzyszy Gomułki czy Cyrankiewicza (bo już nawet nie towarzysza Gierka) zamordują każdą próbę napisania felietonu. Felieton musi pokazywać dystans do swojego tematu, choćby i delikatnie. A że o dystans w polskim dziennikarstwie bardzo dziś ciężko, to i felietonistyka więdnie.

 

Tu sięgnę znów po Kisiela, ale tym razem z roku 1987, tuż przed przełomem (ja miałem wtedy lat 13). Oto ostatni akapit tekstu „Lata pozłacane, lata szare”. I nie ma tu znaczenia, czego dotyczy wcześniejszy wywód Kisielewskiego.

 

Dziwaczne to. Dziwaczni ludzie karmią nas białymi kartkami z najnowszej „historiozofii”, dziwacy również próbują zapisywać owe kartki strawą duchową opartą na czystym nonsensie. Ale wiatry ze Wschodu przynoszą nam dziś przeczucia, że da się w przyszłości powalczyć z nonsensem. Po trochu wierzę w to. I próbuję.

 

Walka z nonsensem – to powinno być uniwersalne zalecenie dla każdego felietonisty. Od publikacji cytowanego tekstu Kisiela minęły ponad trzy dekady, od śmierci autora – 28 lat, a nonsens jak miał się świetnie, tak ma nadal. Jest się czym żywić.

 

Moje z kolei osobiste motto jako dziennikarza w ogóle, jako publicysty, a zwłaszcza felietonisty w szczególe, biorę z tekstu absolutnie genialnego – z „Wesela”. Stańczyk na koniec swojego spotkania z Dziennikarzem powiada do niego:

 

Masz tu kaduceus, chwyć!

Rządź!

Mąć nim wodę, mąć!

Na Wesele! Na Wesele!

Idź!

Mąć tę narodową kadź,

serce truj, głowę trać!

Na Wesele! Na Wesele!

Staj na czele!!!

 

Na wszelki wypadek, żeby o tym zaleceniu nie zapomnieć, na półce nad moim biurkiem, za plecami, posadziłem figurkę Stańczyka. Podczas pisania pamiętam, że patrzy mi przez ramię, a jeśli coś zrobię nie tak, na pewno złośliwie skomentuje.

 

Łukasz Warzecha

Pięknie i bogato – EWA BARLIK o tym, jak z pasją pisać o nieruchomościach

Pisanie tekstów dziennikarskich o nieruchomościach dla wielu ambitnych dziennikarzy to po prostu nuda, chałtura albo „krypciocha”, co oznacza sprzeniewierzenie się zasadom niezależnego dziennikarstwa. Najczęściej teksty na ten temat są bowiem dodatkiem do bogatej sekcji ogłoszeniowej gazety. Próba rozkręcenia dziennikarstwa śledczego w tej tematyce nikomu nie jest na rękę: ani inwestorom i deweloperom, bo to oni mają najwięcej za uszami, ani klientom, bo kupując dom czy mieszkanie od razu myślą o jego sprzedaży, więc zły PR oznacza spadek ceny, ani tym bardziej wydawcom, bo każdy inwestor to potencjalny reklamodawca.

 

Dlatego nie łudźmy się, nikt nie napisze tekstu o śmierdzącej kanalizacji i słabych filtrach w klimatyzacji w luksusowym apartamentowcu. Co najwyżej jakiś bloger, który przypadkiem odkryje mankamenty budowli lub fachowiec, który za długo czekał na zapłatę za wykonane prace budowlane coś wywali anonimowo na forum internetowym. Co w takim razie napisze profesjonalny dziennikarz?

 

Opisze lokalizację, inwestora, architekta i ceny. W przypadku każdej inwestycji lokalizacja to rzecz najważniejsza. Dociekliwa osoba sprawdzi dostępność miejsc parkingowych, wyjazd i dojazd w godzinach szczytu, a także bezpośrednie sąsiedztwo.

 

Informacja o inwestorze to już typowo ekonomiczna część tekstu, bo trzeba zweryfikować jego wiarygodność finansową i prawną, by upewnić się, czy inwestycja może zostać zrealizowana w zapowiadanym terminie (ostatnio coraz częściej tak jest, ale kiedyś normą były raczej wielomiesięczne opóźnienia). W części ekonomicznej należałoby się też pochylić nad opłacalnością zakupu nieruchomości w celach inwestycyjnych – np. jaki zwrot z zainwestowanej kwoty nabywca może uzyskać z wynajmu przez kolejne 10 lat, albo dotrzeć do kalkulacji inwestora, który nie buduje na sprzedaż, ale sam zamierza zarabiać na wynajmie.

 

Dobra szkoła pisania w taki sposób o nieruchomościach, by drżały światowe giełdy, to „Financial Times”. Informacja o stanie posiadania IKEA, jednej z największych firm robiących nie mniejsze interesy na rynku nieruchomości, co na samodzielnie składanych meblach, interesuje inwestorów na całym świecie, bo firma działa globalnie. A tylko w podnajmowanych obiektach handlowych IKEA ma aktywa warte niemal 10 mld euro. W dodatku planuje powiększyć ten stan posiadania o 50% w ciągu najbliższych kilku lat, budując bardziej luksusowe centra handlowe i mieszkania inspirowane stylem IKEA w największych miastach świata. Tylko czy kogoś w Polsce to interesuje poza tymi, co sami wynajmują sklepy od IKEA (dokładnie od Ingka Centers). A przecież ten rodzaj edukacji jest czytelnikom bardzo potrzebny. W końcu każdy z grubsza wie, że zawsze opłaca się kupić mieszkanie na wynajem, ale mało kto wie, co to yield czy ROI, a ci co wiedzą, zarabiają na nieruchomościach miliony.

 

Przed architektem nie na klęczkach

 

Nie ma pisania o nieruchomościach bez efektowych zdjęć czy wizualizacji. To oznacza wchodzenia na nowy wysoce specjalistyczny teren zdominowany przez architektów. I tu zaczynają się schody. Wybitni architekci, którzy zaznaczyli w Polsce swoją obecność, sir Norman Foster, Daniel Libeskind, Czesław Bielecki czy wielka czwórka ukrywająca się pod bardziej znaną niż ich nazwiska nazwą JEMS Architekci to tytani intelektu o wszechstronnych zainteresowaniach sztuką, literaturą, muzyką czy życiem społecznym. Próba „odpytania” ich tylko na temat konkretnej inwestycji, w dodatku z pozycji klęczącej przed wielkim twórcą, skończy się tak, że dziennikarzowi wcisną, co zechcą, czasem dla jaj, a czasem na serio wygłaszając rodzaj „artystycznego manifestu”.

 

Nie będę pisać, jak rozmawiać z architektami. Może lepiej z nimi nie rozmawiać? Po prostu pokazać, co wymyślili na początku, a co potem inwestor zrobił z ich projektem próbując wycisnąć z doskonale przemyślanego założenia więcej powierzchni użytkowej. Nie znam przypadku, by kiedykolwiek inwestor ulepszył pierwotne dzieło architekta. Przy okazji można poświęcić kilka słów technologii, bo w budownictwie co chwilę jest mnóstwo przełomowych wynalazków, którymi interesują się czytelnicy.

 

Pokazując natomiast piękną architekturę dziennikarz czy redaktor gazety musi pamiętać o jej autorze, architekcie, a dokładnie o jego prawach autorskich. Z „Muratora” pamiętam zmagania naczelnej tego doskonałego przewodnika dla  remontujących,  budujących domy i mieszkania, by ustalić autorstwo rezydencji pięknie sfotografowanej na okładkę wydania. Nie chodziło o autora zdjęcia, ale właśnie o architekta. Zgodę właściciela obiektu na publikację miał zwykle w ręku autor zdjęcia, ale o nazwisku architekta często nie pamiętał sam inwestor, uważając (często niestety słusznie), że to on jest autorem większości pomysłów.

 

Magia milionów dolarów

 

I najważniejsza część artykułu o nieruchomościach – ceny. Miliony, których nie mamy, których zwykle nie ma też inwestor (ale ma jego bank), ale które sprawiają, że artykuł się czyta (albo klika). Nawet wywołuje silne emocje. Ceny powinny być bliskie nabywcy, a więc będą to ceny metra kwadratowego powierzchni mieszkalnej na sprzedaż, albo miesięczny koszt wynajmu biura czy hali. Oczywiście nigdy nie są to ceny prawdziwe. Te „transakcyjne” sprawny dziennikarz-analityk wydobędzie z biur obrotu nieruchomościami. Jednak te podawane publicznie ceny przyciągają uwagę, rozbudzają wyobraźnię, jak świat długi i szeroki. Stąd czytelników zainteresuje informacja, że metr kwadratowy mieszkania w budynku Złota 44 (zaprojektowanym przez nowojorskie studio Daniela Libeskinda) to 46 tys. zł, a 240-metrowy apartament ktoś tam właśnie kupił za 11 mln zł. Nie mniejsze emocje wywołuje u amerykańskiego czytelnika (może też chińskiego?) news o zakupie tysiącmetrowego apartamentu w Nowym Jorku przez jednego ze stu najbogatszych Chińczyków za 67 mln dolarów.

 

Czemu te abstrakcyjne ceny grzeją czytelników? Bo do działu nieruchomości w gazecie zaglądają ci, którzy mają w kieszeni odłożone przynajmniej sto tysięcy złotych, co czyni ich prawdziwymi krezusami w porównaniu do tych, którzy nie mają nawet zdolności kredytowej. Bogaci czytelnicy działu nieruchomości w gazecie chętnie kupią apartament albo nawet penthouse w rezydencji o romantycznie brzmiącej nazwie, w ekologicznej, szybko rozwijającej się dzielnicy, w tętniącej życiem stolicy państwa lub regionu. Całość – powiedzmy – za 210 tys. zł na kredyt. Czyli będzie to skromna kawalerka na zadupiu w nowopowstającym ciasno zabudowanym osiedlu, bez komunikacji miejskiej, bez infrastruktury, bo sklepy i przedszkola powstaną tam dopiero za kilka lat. Tak jednak napiszą o nieruchomościach tylko te gazety, w których nie ma reklam deweloperów.

 

Ewa Barlik