Nie u siebie – ZBIGIEW BRZEZIŃSKI tłumaczy dlaczego nie wygramy z Facebookiem

W mediach społecznościowych nigdy nie jesteśmy u siebie. Każde nasze konto to tylko tapczan zajmowany w budynku, którego właściciel może nagle podnieść czynsz, albo wpuścić „czyścicieli kamienic”…

 

Miesiąc temu Krzysztof Czabański[1] poinformował, że złożył pozew przeciw Facebook, Inc. za łamanie konstytucyjnej zasady wolności słowa. Swoje działanie uzasadniał tym, że treści zamieszczane z jego konta poselskiego nie są przez serwis zatwierdzane do rozpowszechniania na podstawie mętnego regulaminu. Zwrócił przy tym uwagę, że dyskusja ze światowym potentatem w dziedzinie social media, to rozmowa z tworem bezosobowym, bo pod odpowiedziami nikt się nie podpisuje. W tym miejscu warto zauważyć, że firma założona w 2004 roku przez Marka Zuckerberga ma siedzibę w Menlo Park w Kalifornii, gdzie obowiązuje odmienny system prawny, czyli common law (prawo precedensów). Amerykanie nieraz udowodnili, że potrafią chronić interesy swoich firm i obywateli wobec roszczeń zewnętrznych, a sam Facebook pokazał, że takie pozwy po prostu odrzuca[2]. Żeby więc wejść w merytoryczny spór z gigantem Czabański musiałby zapewne skłonić do współpracy Komisję Europejską.

 

Może gorzej być …

 

W 2017 roku rysownik, dziennikarz i społecznik Jerzy Wasiukiewicz poinformował na swoim profilu osobistym na Facebook.com, że przez serwis zablokowanych zostało 24 strony, których był administratorem lub redaktorem. Zniknęła m.in. strona z satyrycznymi rysunkami „Kot Kaczora”, pubu „Jaskinia”, czy Marszu Pamięci Powstania Warszawskiego. Z wyżej wspomnianych obserwowałem Kota Kaczora i nie mam pojęcia, czemu zwierzak zagrażał lub co naruszał. Zresztą, w końcu to jest kot, a w Internecie raczej lubi się kotki.

 

„Które prawo dla nas, a które prawo dla nich?”

 

Cytatem z piosenki Kultu poprzedzę wypowiedź Wasiukiewicza, którego poprosiłem o komentarz do tej sprawy:

 

 

„Jeżeli chodzi o zamknięcie fanpejdży to Facebook podał informacje, które wprowadzały w błąd opinię publiczną, które naruszały nasze dobre imię, nasze dobra osobiste. Wyraźna była bowiem sugestia i informacja, jaka potem była przekazywana w mediach jakby z naszej strony dochodziło do jakichś szczególnych działań, niemalże przestępczych.

 

Wszystkie działania podejmowane przez nas na Facebooku były zgodne z polskim prawem, ale również zgodne z regulaminami tego serwisu. To Facebook wobec nas podjął działania niestandardowe, wykraczające poza regulaminy, na które się powoływał w swoim komunikacie (…)[3].

 

Natomiast sama sprawa zamknięcia fp (fanpejdży – przyp. redakcji) była bezprecedensowa! I miała wymiar, moim zdaniem, polityczny. Na przykład celem zamknięcia fp „Dziennika Narodowego”, był atak na naszą działalność. Pretekst stanowił zarzut, że były łączone jakieś fanpejdże rzekomo niezgodnie z zasadami Facebooka. Serwis ma narzędzia do tego, aby na wcześniejszym etapie zablokować możliwość łączenia fp jeżeli ma do tego zastrzeżenia. Tymczasem fanpejdże były za każdym razem łączone, czy zmieniały nazwy za zgodą Facebooka. Serwis potraktował przy tym swoich użytkowników jak idiotów, którzy nie wiedzą jakie strony chcą oglądać, o czym czytać i co widzieć. Warto podkreślić, że zamknięcie fp „Dziennika” miało miejsce w tym roku, czyli w roku wyborczym, kiedy odbyły się kampanie do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu oraz Senatu RP. To otwarta ingerencja ze strony Facebooka w polską politykę, w kształtowanie opinii publicznej”.

 

Kradzież w białych rękawiczkach?

 

Przytoczmy jeszcze jeden fragment z wypowiedzi Wasiukiewicza:

 

„(…) Facebook pobierał regularnie pieniądze za wszelkie promocje zamieszczane na fanpejdżach. Najwięcej reklam puszczaliśmy na fp „Dziennika”. Zamknięcie fanpejdża „Dziennika Narodowego” nie miało z punktu widzenia biznesowego najmniejszego sensu dla Facebooka (ponieważ fp przynosił im małe bo małe ale wpływy). Dlatego trzeba upatrywać w tym jedynie celu politycznego. Facebook w moim odczuciu zamykając fp na którego tworzenie, rozwój wydawaliśmy pieniądze poprzez zamieszczenie reklam, po prostu nas okradł”.

 

„Standardy społeczności”

 

Z perspektywy Community Standars deklarowanych przez Facebook, Inc. wynika, że są one liberalne i dopuszczają nawet kontrowersyjne poglądy. Przywołajmy całość części zatytułowanej: „Swoboda wypowiedzi”:

 

„Naszą misją jest umożliwienie przedstawiania różnych punktów widzenia. Staramy się dopuszczać treści, które pewne osoby uznają za kontrowersyjne, chyba że ich usunięcie może zapobiec konkretnym krzywdom. Ponadto czasami dopuszczamy treści naruszające nasze standardy, na przykład gdy są warte opublikowania, dotyczą istotnych kwestii lub są ważne dla interesu publicznego. Wcześniej jednak zawsze ustalamy, czy publikacja tych treści jest korzystna dla interesu publicznego w porównaniu ze skutkami wystąpienia rzeczywistych krzywd”[4].

 

Skoro tak, to może po prostu amerykańską centralę zbyt mało interesuje Facebook w Polsce i jego polityka? Cóż się zresztą dziwić, skoro gdybyśmy nawet wszyscy założyli konta (od noworodków po najstarszych ze starców), byłoby nas cztery razy mniej niż fanów samego Christiano Ronaldo (ponad 122 miliony według aktualnych danych Socialbakers.com).[5] „Dobry car i źli urzędnicy”? Być może…

 

Poziom rozmowy

 

Krzysztof Czabański zwrócił uwagę, że dialog z Facebook, Inc. To nie jest rozmowa z kimś konkretnym. Wie to każdy, któremu chociaż raz zarzucono „naruszenie standardów”. W 2017 roku zamieściłem reklamę bezpłatnego webinarium dla uczniów, zatytułowanego: „Tester gier – zawód czy zabawa?”. Tuż po uruchomieniu wyświetlanie zostało zablokowane, a do mnie przyszła wiadomość, że materiał narusza regulamin. Pomyślałem, że może chodzi o ochronę nieletnich. Odpisałem więc, że zajęcia są elementem akcji, której patronuje Ministerstwo Edukacji Narodowej, więc nie ma obaw. Poprosiłem też o wskazanie konkretnego punktu, który mój materiał narusza. W odpowiedzi poinformowano mnie, że na grafice jest za dużo treści… Zirytowany zażądałem jednoznacznego określenia powodu zatrzymania mojej reklamy: albo konkretny punkt regulaminu, albo za dużo treści na grafice. Żadna więcej odpowiedź nie przyszła, mój materiał został powtórnie zatwierdzony do wyświetlania. To nie była rozmowa z automatem. Tak pokrętnie myśląca maszyna po prostu nie istnieje.

 

U siebie i nie siebie

 

Jak pokazują powyżej przytoczone przykłady nasze profile osobiste, czy fanpejdże to li tylko tapczany zajmowane w cudzym budynku, w którym właściciel sam ustala zasady z pozycji silniejszego i nie liczy się z rzeczywistym Local Community – społecznością danego kraju.

 

Ceniony bloger, aktywny od kilku lat pod pseudonimem Jason Hunt (wcześniej: Kominek), w bardzo praktycznej książce „Social Media Start”[6] stwierdził, że jak chcemy mieć własny kanał kontaktu z czytelnikami, powinniśmy inwestować w newsletter. Wówczas w całości zarządzamy zarówno jego treścią jak i dystrybucją. Wydaje się też, że wraca czas budowania społeczności skupionych wokół konkretnych tytułów prasowych na własnych stronach. To domek ciasny, ale własny, a i szlachcic na zagrodzie przecież równy wojewodzie. A nasze treści w dużych mediach społecznościowych? Jak to ujął podczas I Blog Forum Gdańsk światowej sławy ekspert w tej dziedzinie Brian Solis: „mówię do ciebie i mówię przez ciebie”, czyli jeżeli moje treści będą dobre, to zechcesz je udostępnić swojej społeczności. Jak to się więc mówiło dekadę temu: „Content is King”!

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://wiadomosci.onet.pl/kraj/czabanski-zlozylem-pozew-przeciwko-facebookowi-ws-lamania-zasady-wolnosci-slowa/kckth35

[2] https://businessinsider.com.pl/media/internet/facebook-odrzucil-polski-pozew/5b8vn9r

[3] Zob. komunikat z 11 stycznia 2019 roku: https://newsroom.fb.com/news/h/walka-z-nieautentycznymi-dzialaniami-na-facebooku-w-polsce/

[4] https://www.facebook.com/communitystandards/

[5] https://www.socialbakers.com/statistics/facebook/pages/total/celebrities

[6] https://jasonhunt.store/produkt/social-media-start/

Pasja i pokora – ks. MARIUSZ FRUKACZ o pracy w mediach katolickich

Czym różni się zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich? Myślę osobiście, że łączy nas bardzo dużo.

 

Mógłbym zatytułować te moje przemyślenia w taki oto sposób: Czy łatwo być dziennikarzem w sutannie? Dziennikarz i kapłan to dopiero ciekawe połączenie. Mam również przekonanie, że dziennikarstwo to jest bardzo ciekawy zawód, ale też powołanie. Przede wszystkim to profesja właściwie bez czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Dziennikarzem jest się 24 godziny na dobę. Trzeba śledzić, słuchać, obserwować, co dzieje się wokół. Ten zawód wymaga samozaparcia, wytrzymałości, ale jest niezwykle ubogacający i potrzebny.

 

Zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich ma wspólny fundament, to służba słowu i słowem. To otwartość na drugiego człowieka, a nade wszystko pasja.

 

Dziennikarstwo dobre albo złe

 

Dziennikarstwo jest albo dobre, albo złe, albo profesjonalne, albo nieprofesjonalne. Moim zdaniem to jest oczywiste, że każdy dziennikarz powinien podchodzić do swojej pracy profesjonalnie, z dobrym warsztatem. Osobiście przede wszystkim jestem księdzem, ale także dziennikarzem. Moim wzorem i przykładem jest dwóch świętych: św. Maksymilian Kolbe, który łączył w sobie posługę kapłańską i dziennikarską, a drugi to bł. ks. Jakub Alberione, który m.in. w 1923 roku założył pismo pod tytułem „Domenica” (Niedziela). Po za tym, jedną rzeczą, która łączy księdza i dziennikarza to służba słowu i słowem. I tak oto ja widzę moją pracę dziennikarską.

 

Pasja, pokora, prawda

 

Kiedy piszę o dziennikarzach zarówno tych z mediów katolickich, jak i tych z mediów świeckich, to wydaje mi się, że trzeba zwrócić uwagę na trzy aspekty pracy dziennikarskiej. Pierwsza rzecz to pasja. Jeżeli dziennikarstwo ma być dobre, to dziennikarz musi mieć pasję do tego, co robi. Myślę, że nigdy nie można pisać tekstu z takim poczuciem, że znowu muszę to zrobić. Dziennikarstwo jest dobre, jeżeli czynię z niego pasję.

 

Po drugie pokora. Właśnie ona jest bardzo ważna w dziennikarstwie, gdyż pisząc tekst,  pokornie zakładam niewiedzę czytelnika. Dobre dziennikarstwo polega też na tym, że nie piszę dla wydawcy. Piszę przede wszystkim dla czytelnika. To jest bardzo trudne, bo czasem wydawca domaga się takiej treści, takiego ułożenia tekstu, które nie do końca jest zgodne z moim sumieniem. Na szczęście w „Niedzieli” nie muszę zmagać się z takimi dylematami.  Pokora polega właśnie  na tym, że piszę dla czytelnika. Znaczy to, że muszę pisać z pełnym szacunkiem. Podam przykład. Byłem na terenach popowodziowych i po trąbie powietrznej z aparatem na szyi. Były momenty, w których wiedziałem, że powinienem robić zdjęcia, bo będą mi potrzebne do tekstu, ale pokora polega na tym, że nie wszędzie włazi się z aparatem czy notatnikiem. Oczywiście dziennikarz za wszelką cenę powinien próbować zdobyć materiał, ale to nie znaczy, że z brakiem pokory wobec drugiego. Dziennikarstwo jest dobre wtedy, gdy  mam szacunek dla odbiorcy, dla tego z kim rozmawiam.

 

Po trzecie tym, czym powinien kierować się każdy dziennikarz to prawda. Jest ona podstawą wszystkiego.  Często jednak zdarza się tak, że dziennikarz ma konflikt sumienia, bo chce napisać prawdę, ale wydawca wyraża sprzeciw. Wtedy rzeczywiście pojawia się problem. Szacunek do prawdy moim zdaniem, zarówno w mediach katolickich, jak i świeckich, polega na tym, że dobry dziennikarz powinien także najpierw przygotować się do materiału. Upewnić się co, do źródła informacji i mieć w sobie poczucie, że pewnej granicy nie powinno się przekraczać.

 

Otwartość na drugiego człowieka

 

Kiedy zastanawiam się nad pracą dziennikarską, niezależnie od tego, czy chodzi tu o media katolickie i świeckie, to uważam, że dziennikarz musi być także otwarty na drugiego człowieka. Kontakt z ludźmi jest niesamowity. Kiedyś jeden ze starszych dziennikarzy powiedział mi, że dobry dziennikarz to także ktoś, kto widzi tematy leżące na ulicy i się po nie schyla. I dodał, że dziennikarz nie może być tylko dziennikarzem. Przede wszystkim musi być człowiekiem, bo to człowieczeństwo jest wszędzie podstawą. Również najważniejsze jest to, aby kochać to, co się robi.

 

Kiedy jako ksiądz myślę o pracy dziennikarskiej, to dla mnie najtrudniejsze jest pisać o dramatach ludzkich. Tego doświadczyłem, gdy opisywałem kiedyś sytuację po trąbie powietrznej. Pamiętam jak z abp. Stanisławem Nowakiem, ówczesnym metropolitą częstochowskim, odwiedzaliśmy rodziny dotknięte kataklizmem trąby powietrznej. Miałem zrobić z tego jakiś materiał. Wiedziałem, że nie mogę uniknąć rozmowy z zapłakanymi rodzicami i ich dziećmi. Nieustannie odzywał się we mnie także duch kapłański i wiedziałem, że muszę przede wszystkim rozmawiać z doświadczonymi tragedią. To było głębokie przeżycie, także odczuwałem pewien wewnętrzny dylemat. Wiedziałem, że mój artykuł może tym ludziom pomóc. Miałem też jakieś wewnętrzne przekonanie, że artykuł nie może być jedynie „towarem na sprzedaż”. Paradoksalnie ci biedni ludzie jak zobaczyli koloratkę, to nie myśleli o mnie jak o dziennikarzu, ale chcieli pomocy duchowej, szczerej rozmowy. Może nawet czasem łatwiej jest w takich sytuacjach dziennikarzom z mediów świeckich zrobić materiał.

 

Czasem też uczestniczę w wydarzeniach nie mających nic wspólnego z wiarą i nieraz doświadczam nieprzyjemności związanych z tym, że jestem księdzem. Kogoś dziwi moja obecność, albo nawet przeszkadza. Nigdy nie zdejmuję koloratki kiedy pracuję jako dziennikarz. Wiele osób uważa za niemożliwe połączenie kapłaństwa z dziennikarstwem. Trudne jest też dla mnie to, czy w swoim artykule kogoś nie urażę, nie skrzywdzę i czy poradzę sobie z pokazaniem wydarzenia w sposób właściwy. Oczywiście też kieruję się zasadą: dbałość o język, przekaz i rzetelność, ale także dobre „opakowanie” artykułu, czyli szatę graficzną.

 

Jeśli mówić o jakiejkolwiek różnicy w pracy w mediach świeckich i katolickich, to z perspektywy czasu widzę, że dziennikarze katoliccy nie podejmują tematów typowo sensacyjnych, tak tylko, żeby sprzedać artykuł. Może w mediach katolickich jest mniejszy wyścig o własną pozycję we wnętrzu macierzystej redakcji. Przynajmniej mnie taki wyścig nigdy nie interesował.

 

Odpowiadając na pytanie czym różni się zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich, to odpowiem, że nie wyobrażam sobie życia społecznego bez dziennikarzy, zarówno tych z mediów świeckich, jak i katolickich.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz „Niedzieli”

Redakcja w smartfonie – MIROSŁAW USIDUS o warsztacie współczesnego dziennikarza

Jeśli zawód dziennikarsko-redaktorski ma przyszłość, w co niektórzy wątpią, to w pewnością jego przyszłością nie jest kurczowe trzymanie się modelu „ja tylko piszę” lub „tylko mówię do sitka” a reszta mnie nie obchodzi.

 

Ogólny opis umiejętności, który niżej przedstawiam, kiedyś nazwano by zapewne „ABC dziennikarza cyfrowego” lub „Vademecum redaktora internetu”. Dziś jednak nie powinno się już mówić o dziennikarstwie w mediach cyfrowych jako o czymś odrębnym, oddzielnej specjalności czy nawet zawodzie, co się przed laty zdarzało. Teraz są to kompetencje, które posiadać powinien, a wręcz musi, każdy dziennikarz myślący o karierze w jakimkolwiek rodzaju mediów. Pracodawcy medialnemu nie można dziś powiedzieć – „internet mnie nie interesuje”, to znaczy – pewnie można, ale wówczas pracodawca przestanie się interesować współpracą z nami.

 

Wskazuję więc i sygnalizuję dziedziny i kompetencje, w których w dobie cyfrowych mediów wypadałoby się trochę rozwinąć, jeśli do tej pory się nie rozwinęliśmy. Nie zapominając oczywiście o istocie zawodu dziennikarskiego. Nadal chodzi w nim o przekazywanie prawdziwych informacji, obiektywne relacjonowanie i wyjaśnianie rzeczywistości.

 

W ogóle – lepiej, w szczególe – gorzej

 

Najpierw jednak o tym, jak to wygląda na świecieInternational Center for Journalists  (ICFJ) przeprowadziło jesienią 2017 r. pierwsze w historii globalne badanie na temat wykorzystania technologii cyfrowych w mediach informacyjnych na całym świecie. Badanie State of Technology in Global Newsrooms objęło ponad 2200 pracowników newsroomów ze 130 krajów.  Jego wyniki pokazały, że pracownicy redakcji najlepiej mają opanowane takie umiejętności jak ogólną umiejętność pracy w cyfrowych mediach (50 proc.) i wykorzystanie w pracy wielu różnych platform publikacji – 47 proc. Im bardziej badacze wchodzili w pytania o kompetencje szczegółowe, tym ankietowani wypadali słabiej. Jedynie jedna piąta z nich opanowała jakieś techniki analityki danych użytkowników mediów. Na podobnym poziomie jest znajomość systemów zarządzania treścią (CMS). Jeszcze słabiej wypadali badani w dziedzinie wizualizowania danych i treści.

 

Badania analityczne czytelników i użytkowników są jak widać zaniedbywane przez przedstawicieli mediów. Niesłusznie, bo nie jest to bynajmniej sprawa „tych od reklamy i marketingu”. Wiedza o odbiorcach ich pracy jest dla dziennikarzy bezcenna, stanowi jedną z podstawowych różnic w ich pracy dawniej i dziś, pozwala poznawać przez czytelników swoje własne umiejętności, uczyć się i doskonalić pod każdym względem. Z omawianych badań wynika, że, jeśli w ogóle zajmują się już analityką, to pracownicy redakcji na świecie skupiają się głównie na prostych odsłonach stron (50 proc.), mniejszą uwagę zwracając np. na dane demograficzne (30 proc.), konwersję (26 proc.), czas spędzony na stronie (25 proc.) i w niewielkim tylko stopniu na poziomie odrzuceń (16 proc.) i zaangażowania (12 proc.).

 

Społeczności: źródło i interakcja

 

Z badań ICFJ wynikało m. in., że połowa ankietowanych publikuje w mediach społecznościowych i używa narzędzi cyfrowych do weryfikowania informacji. Nieco mniej (44 proc.) używa tych narzędzi do promocji własnej pracy. Ciekawe były odpowiedzi na pytanie, z których z internetowych i innych cyfrowych mediów korzystają zbierając informacje do swoich materiałów. Okazało się, że prawie 90 proc. respondentów korzysta z Facebooka, 77 proc. – z Twittera, 73 proc. – z emaila, mniej zaś wykorzystuje wyszukiwarki – 65 proc.

 

Jak wiadomo w nowoczesnych mediach cyfrowych równie ważna jak zbieranie informacji i publikacja jest interakcja z czytelnikami, widzami i słuchaczami, dotycząca publikowanych treści lub służąca do zbierania informacji. Z badania wynika, że 90 proc. przedstawicieli mediów używa do tego platform social media. Inne formy są kilka razy mniej popularne.

 

Interesujące są odpowiedzi dotyczące stosowanych przez ludzi mediów zabezpieczeń komunikacji, co w niektórych sytuacjach może mieć duże znaczenie, np. dla ochrony źródeł. Okazało się, że ok. jedna piąta używa szyfrowania emaili i rozmów telefonicznych. Jeśli to liczba odzwierciedlająca świadomość problemu, to mało. Jednak być może wcale niemało, jeśli wziąć pod uwagę, że tylko część dziennikarzy ma realnie takie potrzeby.

 

Bez względu na to, czy myślimy o nich jako o komunikacji prywatnej czy profesjonalnej, media społecznościowe mogą być zarówno dobrym źródłem informacji, także tej ogólnej o nastrojach, jak też niezłym sposobem na wypromowanie tego co tworzymy i w końcu samego siebie.

 

Dziś wiele wiadomości znanych jest wcześniej w sieciach społecznościowych niż w jakichkolwiek mediach tradycyjnych. Rozprzestrzeniają się jak pożar, a dziennikarz nie ma nawet szansy ścigać się z tą pożogą na szybkość newsa. Jego atutem jest profesjonalizm, umiejętność spojrzenia na całość, syntezy i przede wszystkim weryfikacji społecznościowych sensacji

 

Ograniczenia szansą dla kreatywności

 

Optymalizacja w wyszukiwarkach internetowych (SEO) – rzecz, o której większość pracowników mediów słyszała, niektórzy poznali temat głębiej, dzięki firmowym szkoleniom i własnej ciekawości. Jest to, mówiąc w skrócie proces wpływania na widoczność strony internetowych w bezpłatnych wynikach w wyszukiwarce internetowej, takiej jak Google. Wprawdzie ta firma niewątpliwie chce dostarczać swoim użytkownikom informacji najwyższej jakości, jednak trzeba pamiętać, że nie działa to „z urzędu”. Mechanizm wyszukiwawczy oparty jest na maszynowym algorytmie i w ostrej konkurencji może wygrać nie ten kto ma „obiektywnie” wartościowe treści, lecz ten kto lepiej rozumie ów algorytm i potrafi odpowiednio przygotować (zoptymalizować) swoje strony pod jego kątem.

 

Ze względu na silną konkurencję, koncepcja ta jest teraz ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Po wybraniu słowa kluczowego, musimy zoptymalizować treść naszego artykułu tak, aby umieścić go jak najlepiej. Czym dokładnie jest słowo kluczowe? Krótko mówiąc, będzie to główny temat, na którym będzie rozwijana nasza historia.

 

Każdy napisany przez dziennikarza artykuł ma temat – to oczywistość. Każdy temat można wyrazić jednym lub kilkoma słowami–kluczami . Jednak, jeśli myślisz o SEO to pomyśl nie tyle o dowolnym, jakie przychodzi ci do głowy, lecz o takim słowie kluczowym, którego używają ludzie w wyszukiwarce do znalezienia treści o tematyce, której dotyczy twój materiał.  Warto bezsprzecznie przeprowadzić ni mniej ni więcej tylko badanie słów kluczowych związanych z tematem. Jest do tego darmowe narzędzie – Google Keyword Planner (wymaga formalnie założenia konto w usłudze Google AdWords). Służy ono najogólniej mówiąc do sprawdzania, czy nasze pomysły na słowa/frazy kluczowe są rzeczywiście tym czego szukają użytkownicy wyszukiwarki. Jeśli okazuje się, że szukają według innego choć podobnego klucza, nie należy trzymać się pierwotnej koncepcji, tylko skorzystać z hasła rzeczywiście używanego.

 

W kolejnych krokach trzeba pamiętać o regułach korzystania ze słów kluczowych, bo wcale nie ma tu dowolności.

 

Nie wchodząc z kwestie techniczne, czyli HTML i znaczniki w kodzie strony, ogólna zasada jest taka, że najważniejsze słowo/fraza klucz, po której wyszukiwany ma być nasz artykuł, wpisujemy do tytułu tekstu in corpore. Nie mówmy, że się nie da. To, moim zdaniem, nie ograniczenie kreatywności, lecz szansa na jej rozwinięcie.

 

Słowo lub słowa kluczowe należy zawrzeć również w pierwszych zdaniach artykułu (pierwsze 100 słów). Potem w tekście również należy ich używać, ale bez przesady i nadmiaru. Algorytmy wyszukiwarkowe są bardziej subtelne niż myślisz i stronę z namolnym powielanie słów kluczowych mogą łatwo uznać za spam. Jeśli używamy gradacji tytuły-podtytuły, śródtytuły to warto korzystać w nich z kluczy, ale nie powtarzać tych samych haseł.

 

Systemy zarządzania treścią na stronach często oferują różne pola tzw. meta-opisu, czyli np. tagi lub alternatywne tytuły zdjęć, których normalnie na stronie nie widać, ale widzą je mechanizmy wyszukiwarek. Nie należy ich lekceważyć. Wpisując je jednak ciągle trzeba pamiętać o zawieraniu słowach kluczowych.

 

Pisząc o słowach kluczowych warto dodać, że wliczamy do nich również całe frazy, składające się z dwóch lub więcej wyrazów. Jeśli są to popularne i wyszukiwane zbitki np. „spór o sądy w Polsce”, to ich wykorzystanie we wszystkich opisanych wyżej elementach zwiększa szanse w wyszukiwarkach.

 

Krótko o linkach internetowych, bo to ogromny i wcale nieprosty temat. Walczymy o odsyłacze do naszych materiałów ze stron wysoko pozycjonowanych w wyszukiwarkach. Dziś już właściwie nie ma „dawania” linków za darmo. Jest to obszar marketingu i biznesu. Dziennikarz powinien o tym wiedzieć.  Jeśli chce odesłać do jakiegoś dobrego źródła, to niech to lepiej będzie strona non-profit typu Wikipedia, a nie konkurencyjne medium czy firma, aby nie przyszli do niego z pretensjami ludzie z działu marketingu. Linkując do materiałów wewnątrz własnego serwisu internetowego, należy używać nie całego adresu http://www.nasza-strona.pl/inny-artykul/, lecz tzw. linku względnego „./inny-artykul/”. Jak to dokładnie robić na pewno wyjaśni administrator strony.

 

Można zauważyć, że np. Google od wielu lat stara się w swoich algorytmach odejść od czysto technicznego podejścia na rzecz jakości treści. Zwiększa to szanse tych, którzy są niekoniecznie biegli w „mechanice” internetu, potrafią natomiast przygotowywać oryginalne i ciekawe treści. Pamiętajmy więc o kilku podstawowych regułach. Piszmy dobre, niepowtarzalne teksty i powinno być OK.  Jeśli zawartość jest poprawna gramatycznie, co tez powinno być atutem profesjonalistów, to będzie to sygnał jakości dla wyszukiwarek.

 

Tworzenie historii multimedialnych

 

Nie miejsce tu na kurs wideo-reporterski, naukę obsługi sprzętu oraz oprogramowania do edycji i montażu. Najważniejsze jest to, by pamiętać, że treści audio i wideo stają się w nowoczesnych mediach cyfrowych nieodrodnym elementem konstrukcji materiału dziennikarskiego, opowieści (ang. storytelling). To samo dotyczy treści pochodzących z internetu, np. z mediów społecznościowych. Materiał reporterski epoki cyfrowej zawiera różnorodność elementów: zdjęcia, filmy, cytaty z Twittera, infografiki, czasem rozbudowane prezentacje interaktywne. Czasem sam materiał jest właściwie złożoną prezentacją, z dobrze przemyślanym zamysłem graficznym, różnorodnością wykorzystanych środków wyrazu. W takich kreatywnych formach specjalizują się np. BBC, „National Geographic”, „New York Times”.

 

Nic jednak na siłę. Nie każda historia będzie jednak koniecznie potrzebowała komponentów wideo lub audio. Podejmowanie decyzji, które artykuły warto wzbogacać o multimedia i o jakie multimedia to kolejna istotna umiejętność cyfrowego dziennikarstwa. Nie różni się ona co do zasady od roboty redakcyjnej starego typu, w której tez ceniona była kreatywność i szerokie spojrzenie. W nowych mediach postuluje się po prostu szerszy wachlarz środków. Redakcja serwisu tytułu prasowego sięga po coś więcej niż zdjęcia, rysunki i infografiki. Redakcja telewizyjna zaczyna myśleć o czymś poza obrazem i dźwiękiem. Redakcja radiowa też patrzy szerzej itd.

 

Wielu doświadczonych praktyków z powodzeniem stosuje to podejście od lat. Babak Dehghanpisheh, korespondent „Newsweeka”, który obszernie relacjonował wydarzenia z Iraku, Iranu i Afganistanu,  zasłynął interaktywnymi grafikami i mapami, które dokładnie wyjaśniały sytuację na terenach objętych walkami. Otwarte na innowacje media idą jeszcze dalej. Niedawno ogromne wrażenie na publiczności zrobiła opracowana przez serwis gazety „San Francisco Chronicle” interaktywna multimedialna „gra” pozwalająca użytkownikom wczuć się w kryzys, z jakim zmaga się miasto jeśli chodzi o zaopatrzenie w wodę.

 

Obecnie wcale nie trzeba zatrudniać do tworzenia interaktywnych wizualizacji prezentacji zatrudniać sztabu specjalistów grafików i informatyków. Istnieją gotowe narzędzia, z których można skorzystać w interaktywnym storytellingu, np.  Sliderocket czy Thinglink. Do tworzenia rozbudowanych infografik mogą posłużyć Easel.ly, Visual.ly, Datawrapper,  Infogr.am, Tableau Public, Chartbuilder lub Raw. A w przypadku dużych i bardziej złożonych zasobów danych można sięgnąć po oprogramowanie do mapowania i wizualizowania danych, takie jak Carto lub Fusion Tables Google’a.

 

Jak samemu zacząć

 

Zagalopowaliśmy się w zaawansowane umiejętności i programy. Tymczasem niektórym, może nawet większości, potrzebne jest coś bardziej podstawowego, coś co wprowadzi ich w świat cyfrowo-internetowych umiejętności. Jest kilka narzędzi, które są łatwo dostępne i każdemu, kto ma chęć nauki, pozwalają poczynić pierwsze kroki. Można oczywiście skorzystać ze specjalnych szkoleń, ale prawdę mówiąc poniższe narzędzia te są tak proste w obsłudze, że „same uczą.”

 

Wspominałem wcześniej o narzędziach analitycznych i analizie odbiorców jako kluczowej umiejętności. Darmową i najbardziej znaną techniką w tej dziedzinie jest Google Analytics. To kopalnia wiedzy. Przede wszystkim pozwala piszącemu i wydawcy ocenić, co działa, a co nie. Czy istnieją pewne rodzaje tematów, które przyciągają więcej czytelników lub oglądających? Jaka sieć społecznościowa dostarcza najwięcej odwiedzających? Które słowa kluczowe dają najlepsze efekty w wyszukiwarce. Analytics oferuje znacznie więcej danych i funkcji niż przeciętny dziennikarz i wydawca potrzebuje. Korzystamy po prostu z tego co jest nam potrzebne i uczymy się wyciągać oprawne wnioski.

 

Narzędziem, które pozwala dowiedzieć się czym jest i na czym polega internetowy system zarządzania treścią jest WordPress, najczęściej używany CMS na świecie. Edytor wizualny sprawia, że stosunkowo łatwo jest dodawać, edytować i usuwać treści. Program ma tryby uczące, pełno dodatkowej literatury wyjaśniająco-poradniczej. Warto nie tylko dlatego, że często stykamy się tą platformą, pracując w Internecie, ale również łatwiej nam po jakim takim opanowaniu WordPressa podejść do innych rozwiązań.

 

Kolejna łatwo dostępną bramą do cyfrowego dziennikarstwa może być… smartfon. Może nie każdy sobie to uświadamia, ale współczesne telefony mają wszystkie funkcje, których potrzebuje dziennikarz. Maszyna ta może być dyktafonem, kamerą do nagrywania, ale również stacją do nadawania audio i wideo na żywo. Można za jego pomocą pisać i publikować treści, być w kontakcie z sieciami społecznościowymi, dyskutować, angażować publiczność. Można za pomocą smartfona przeprowadzić telekonferencyjne kolegium redakcyjne z demonstracjami, z udziałem wielu osób w wielu miejscach.

 

W ogóle, choć może to kontrowersyjnie i trochę dziwnie zabrzmi, dziennikarz, który bez wielkiego bólu i strat w wydajności pracy potrafi przenieść swój warsztat do smartfona, z wszystkimi wcześniej opisywanymi elementami, pisaniem bez błędów, optymalizacją SEO, elementami multimedialnego storytellingu, obsługą CMS-a i analityki stron, zaangażowaniem w social media, jest kwintesencją opisanych wyżej kompetencji, nowoczesnym cyfrowym dziennikarzem pełną gębą.

 

Dlaczego? Dlatego, że jego odbiorcy, czytelnicy i widzowie, bez problemu potrafią zamknąć większość swojej prywatnej i zawodowej aktywności w tym niewielkim urządzeniu. Wypada więc co najmniej dorównywać kompetencjami potencjalnym adresatom naszej pracy.

 

Mirosław Usidus

Czy warto odwieszać Hienę Roku? – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Decyzja o zawieszeniu przyznawania antynagrody dziennikarskiej SDP, Hieny Roku, została podjęta w 2016 roku. Czy warto ją kiedykolwiek odwieszać? Mam w tej sprawie mocno mieszane odczucia.

 

Pierwsza Hiena została przyznana jeszcze w 1999, lata przed tym nim polska polityka i polskie media podzieliły się na nienawidzące się plemiona. Przez lata wydawało się, że kryteria są jasne: antynagrodę SDP przyznaje za rażące pogwałcenie norm etycznych i warsztatowych. Tych, co do których – jak się zdaje – panuje powszechna zgoda w środowisku.

 

To się zmieniło, gdy na polskim rynku w pierwszej połowie ubiegłej dekady pojawił się „Fakt”. Dziennik otrzymał Hienę dwa razy pod rząd i był to moim zdaniem skutek klasycznych uprzedzeń wobec tabloidów i niezrozumienia ich formuły. Zresztą w drugim przypadku Hiena została przyznana mimo oczywistej, fatalnej pomyłki dziennika, za którą ten błyskawicznie przeprosił (pomylono zdjęcia na okładce).

 

O „Fakcie” pisałem już kilkakrotnie na portalu SDP, wyjaśniając, dlaczego odegrał w polskich mediach rolę nie tylko ważną, ale też pozytywną. Dziś jest zresztą gazetą o wiele łagodniejszą niż na początku swojego istnienia.

 

Hieny przyznawane w kolejnych latach dają się jakoś, lepiej lub gorzej, obronić, choć z zasady antynagroda zawsze będzie budzić większe emocje niż nagroda. Aż do 2015 roku, kiedy to zdecydowano się przyznać antynagrodę Piotrowi StasińskiemuWojciechowi Czuchnowskiemu za ich wypowiedzi na temat dziennikarzy, zatrzymanych przez policję w czasie okupacji siedziby PKW w 2014 roku. Wypowiedzi Stasińskiego były ostrzejsze, ale dołączenie Czuchnowskiego, który wypowiadał się w sposób znacznie bardziej zniuansowany, zostało – słusznie – skrytykowane przez wiele osób, w tym przeze mnie. Wówczas antynagroda wkroczyła na bardzo grząski, ściśle polityczny grunt.

 

Przypomnijmy – W TVN24 Stasiński powiedział: „Nie wiem jaką rolę odgrywali tam dziennikarze (…) nie wiem jak tam było. Niech oni staną przed sądem i powiedzą. Jeżeli brali udział w zadymie i włamywali się do PKW, to powinni za to odpowiedzieć . Ja uważam, że kwalifikacja, którą zastosowano jest niezwykle łagodna, mir domowy, kwalifikacja, która mogłaby dosyć łatwo być zastosowana, to jest zakłócenie wyborów, czy napaść z przemocą, wdarcie się do instytucji państwowej, więc w sumie to zachowanie policji było łagodne. I teraz podnoszenie, że jakiś dziennikarz przypadkowo, lub nieprzypadkowo został zatrzymany i być może zostanie mu postawiony zarzut zakłócenia miru domowego, niech odpowie na ten zarzut i niech się broni. Ja nie będę bronił dziennikarza ryczałtowo tylko dlatego że jest dziennikarzem, ponieważ wiem, że niektórzy dziennikarze bardzo łatwo zamieniają się w agitatorów ludowych, trybunów ludowych, a nawet partyzantów”.

 

Czuchnowski zaś napisał: „Zakładam, że Pawlicki został zatrzymany w trakcie wykonywania czynności dziennikarskich, więc chętnie przyłączę się do protestu i podpiszę list w tej sprawie. Terlikowskiemu chciałbym jednak przypomnieć całkiem niedawne występy jego dziennikarzy [z TV Republika, którą wtedy kierował Tomasz Terlikowski – Ł.W.], którzy zaatakowani przez narodowców i kiboli podczas demonstracji 11 listopada wykrzykiwali przed kamerą »nie jesteśmy TVN-em«. Słusznie zakładali, że zostali wzięci za reporterów innej stacji. Nie byli jakoś oburzeni samym aktem agresji wobec mediów. Usiłowali tylko sprostować »oczywistą pomyłkę«, że to nie ich powinni tłuc szalikowcy. Gdyby bito tych z TVN, wszystko byłoby ok”.

 

Powstał wówczas list otwarty w proteście przeciwko przyznaniu antynagrody, firmowany przez przeciwną stronę podziału medialno-politycznego – ostatecznie z przyznania jej Czuchnowskiemu SDP się wycofało. Sam listu nie podpisałem, choć mnie do tego zapraszano, ze względu na połączenie w nim dwóch moim zdaniem różnych sytuacji obu publicystów. Byłem skłonny bronić Czuchnowskiego, Stasińskiego już nie. Patrząc jednak na sprawę dzisiaj, bez emocji i z perspektywy – choć listu protestacyjnego nadal bym nie podpisał, uważam, że Hiena dla Stasińskiego mocno wykraczała poza sferę jasnych i klarownych kryteriów warsztatowych czy etycznych. Miała wymiar w dużej mierze polityczny.

 

Rok później antynagrodę dostał Tomasz Lis za przytoczenie w swoim programie fałszywego wpisu Kingi Dudy – i tu Hiena niewątpliwie się należała, bo był to jasny przypadek niedopełnienia staranności, w dodatku potencjalnie obarczony ogromnymi konsekwencjami osobistymi dla zainteresowanych i politycznymi dla ówczesnego kandydata na prezydenta. Kolejnej Hieny już nie przyznano.

 

Problem z Hieną Roku teraz jest taki, że – po pierwsze – wobec dramatycznego podziału politycznego, przekładającego się na media, istnieje poważne ryzyko, że przewagę miałyby antynagrody takie jak dla Stasińskiego, czyli będące skutkiem politycznych sympatii części członków stowarzyszenia. Hiena byłaby traktowana jako sposób na dołożenie „tym z drugiej strony”. Po drugie zaś – i jest to problem znacznie poważniejszy – Hienę Roku już co najmniej kilkakrotnie powinno się było przyznać ludziom z tak zwanej „naszej” strony. Powinna ona była trafić choćby do autora i do odpowiedzialnych za publikację w TVP kłamliwego materiału o dr Katarzynie Pikulskiej (odpowiadał formalnie za jego publikację), mającego wspomóc stanowisko rządu w sporze z lekarzami rezydentami. Być może Hienę za całokształt działalności powinny otrzymać „Wiadomości” TVP. A to dwa z wielu przykładów. Obawiam się jednak, że przyznający antynagrodę byliby ślepi na jedno oko.

 

Można do tego oczywiście podejść w taki sposób, w jaki niektórzy podchodzą do kwestii linii TVP i uznać, że jeśli SDP będzie piętnować warsztatowe braki i naruszenia etyki choćby tylko u jednej strony sporu, to i tak ma to swoją wartość, bo druga strona może z kolei wytykać podobne zachowania oponentom. W ten sposób mamy rodzaj „pluralizmu”. Ale jest to bardzo kulawy pluralizm. Być może zatem najlepszym rozwiązaniem jest faktycznie nieprzyznawanie Hieny Roku. A może to po prostu ucieczka od problemu?

 

Na koniec – wiem, że pisałem to wielokrotnie na portalu SDP, ale muszę być w tej sprawie jak Katon Starszy, nawołujący do znudzenia do zburzenia Kartaginy: uważam, że Stowarzyszenie powinno zorganizować poważną debatę o stanie mediów publicznych, w tym zwłaszcza TVP, zapraszając do niej różne strony. W przeciwnym wypadku inicjatywę przejmie druga strona. To zresztą już się dzieje, bo debatę z udziałem osób z różnych stron, będącą pokłosiem raportu o mediach, organizuje wkrótce Towarzystwo Dziennikarskie. Wezmę w niej udział – skoro „moje” stowarzyszenie niczego podobnego nie robi. Zarządowi SDP mogę jedynie powiedzieć, że chowanie głowy w piasek nic nie da.

 

Łukasz Warzecha

Informacja czy agitacja? – ARTUR GUZICKI o kuriozalnym procesie sądowym

Dopiero osiem dni po wyborach parlamentarnych zapadło prawomocne orzeczenie w procesie wytoczonym w trybie wyborczym przez poseł Prawa i Sprawiedliwości Ewę Szymańską legnickiemu portalowi lca.pl.

 

Spór pomiędzy posłanką – wówczas także kandydatką do parlamentu, dotyczył tekstu opublikowanego na łamach lokalnego portalu. Lilla Sadowska, redaktor naczelna lca.pl w materiale „Realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS”, poinformowała czytelników o fakcie, że zaraz po wyborach Sejm pochyli się nad projektem ustawy o zmianie prawa górniczego i geologicznego. Pod projektem tym podpisała się między innymi legnicka posłanka.

 

Jak wynika z zapisów tego projektu, nowe prawo pozwalałoby na budowę kopalni bez konsultacji z mieszkańcami regionu i władzami samorządowymi.
Informacja wywołała falę niekorzystnych dla posłanki komentarzy. Lokalna społeczność już przed dziesięcioma laty protestowała przeciw takiej budowie i eksploatacji największych w Europie złóż węgla brunatnego zalegających w okolicach Legnicy.

 

Reakcja poseł Szymańskiej był natychmiastowa. W piśmie skierowanym do portalu zażądała „sprostowania tekstu” i usunięcia jej zdjęcia. Redakcja odmówiła, bowiem w tekście nie było informacji nieprawdziwych, a tylko takie mogą być prostowane.

 

W efekcie sprawa w trybie wyborczym trafiła do Sądu Okręgowego w Legnicy. Sędzia Joanna Tabor-Wytrykowska, w piątek 11 października, a więc na dwa dni przed wyborami, nakazała redakcji portalu usuniecie tytułu „Realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS” i zdjęcia posłanki PiS, także opublikowanie informacji: „realne widmo odkrywki wraca dzięki posłom PiS w zestawieniu ze zdjęciem poseł Ewy Szymańskiej był niefortunny, wprowadzał w błąd czytelnika i był zrozumiały w ten sposób, że chce ona i partia Prawo i Sprawiedliwość, aby w okolicach Legnicy powstała kopalnia węgla brunatnego”.

 

Problem w tym, że ani w tekście, ani w jego tytule, autorka nie zamieściła informacji o tym, że ktoś czegoś chce, lub nie chce. Sędzia Tabor -Wyrtykowska nie wskazała także ani jednego zdania, które nie byłoby prawdą. Co więcej uznała, że informacyjny tekst jest „agitacją polityczną” i miał na celu wpłynięcie na decyzje wyborcze czytelników portalu.

 

Z takim rozstrzygnięciem nie zgodzili się dziennikarze portalu. Uznając że uzasadnienie orzeczenia sądu jest w gruncie rzeczy ograniczeniem wolności słowa i sprowadza się do zakazu informowania o poczynaniach polityków będących w kampanii wyborczej – postanowili złożyć odwołanie do Sądu Apelacyjnego.

 

I tu zaczęły się schody.

 

Jako że proces obywał się trybie wyborczym, na złożenie apelacji przedstawiciele portalu mieli zaledwie 24 godziny od wydania orzeczenia sądu pierwszej instancji, które zapadło w przedwyborczy piątek po godzinie 16. Nazajutrz, w sobotę, na godzinę przed upłynięciem tego terminu, z gotową apelacją przedstawiciele portalu pojawili się przed siedzibą Sądu Okręgowego. Na miejscu okazało się, że złożenie apelacji było niemożliwe, ponieważ w budynku Sądu był tylko ochroniarz. Próby skontaktowania się z sędzią dyżurnym nie przyniosły skutku. Jedyna droga dotrzymania terminu to przesłanie dokumentów pocztą. Ekipa korzysta z tej drogi mając świadomość, że w tej sytuacji rozstrzygnięcie procesu wytoczonego w trybie wyborczymi nie ma szans zapaść przed zakończeniem głosowania.

 

Mało tego, w tydzień po wydaniu orzeczenia, sędzia Tabor-Wytrykowska wysyła do siedziby redakcji portalu pismo z informacją, że sama w wydanym przez siebie postanowieniu dopatrzyła się błędu. Okazało się, że pani sędzia nie wpisała do dostarczenia stronom sporu postanowienia, nazwiska protokolantki!

 

W końcu, w tydzień po wyborach sprawa trafia do wrocławskiego Sądu Apelacyjnego, który postanowienie Sądu legnickiego uchyla i sprawę umarza – bowiem czas rozstrzygnięć w trybie wyborczym zakończył się w chwilą zamknięcia lokali wyborczych.

 

Niestety Sąd Apelacyjny nie pochylił się nad merytorycznymi argumentami postanowienia pierwszej instancji i jego uzasadnienia, które zdaniem wielu obserwatorów tego procesu można uznać za kuriozalne. Legnicki Sąd nawet przez chwilę nie zastanawiał się czy informacja podana w spornym tekście zawierała nieprawdę. A tylko taka sytuacja może spowodować nakazanie sprostowania, opublikowania przeprosin czy inną formę zadośćuczynienia. Mało tego, Sąd w pisemnym uzasadnieniu uznał, że informacja prasowa jest formą agitacji politycznej, która miała na celu „wyrobić w wyborcach przekonanie o negatywnych cechach wnioskodawczyni (kandydatki do Sejmu). Sąd nie dopatrzył się przy tym innego celu artykułu, niż wpływ na preferencje wyborcze”.

 

Dla legnickiego Sądu nie miało znaczenia, że rolą mediów jest informowanie o działalności osób sprawujących funkcje publiczne lub aspirujących do ich objęcia. W tym przypadku wolność mediów i prawo obywateli do informacji o otaczającej ich rzeczywistości zupełnie umknęła legnickiej sędzi.

 

W całej tej historii jest coś, co może okazać nie niezwykle niebezpieczne. Otóż, jeśli przyjąć logikę legnickiego Sądu, to każdy polityk w kampanii wyborczej powinien cieszyć się szczególną ochroną, a pisanie o nim jest możliwe tylko w sposób, który pokrywa się z budowanym przez tegoż polityka wizerunkiem. Prawda o jego działaniach nie ma tu żadnego znaczenia!

 

Artur Guzicki

„Europa Christi” – powrót do Chrystusa w Europie. Zadanie dla mediów

Pokazać chrześcijańską tożsamość i kulturę Europy, obronić rodzinę, odczytać na nowo wielkie przesłanie św. Jana Pawła II oraz przypomnieć, że Europa ma dwa płuca: Wschodnie i Zachodnie. To jedno z głównych zadań jakie postawił przed sobą Ruch „Europa Christi” założony przez ks. inf. Ireneusza Skubisia, honorowego redaktora naczelnego „Niedzieli”. Zdaniem ks. Skubisia to jest także ważne zadanie dla ludzi mediów. „To chrześcijaństwo przyniosło Ewangelię, w której zapisane są wartości takie jak: prawda, wolność, godność osoby ludzkiej. To przecież te wartości powinny stanowić fundament dla przekazu medialnego w dzisiejszej Europie” – podkreśla ks. Skubiś.

 

 Dlaczego Ruch „Europa Christi”, a nie „Europa Christiana”?

 

Moderator i założyciel Ruchu „Europa Christi” ks. inf. Ireneusz Skubiś wyjaśnia, że „wielka myśl stworzyła kulturę europejską opartą na Ewangelii i nauczaniu Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego. W kulturę europejską został wpisany krzyż Chrystusa”. Zdaniem ks. Skubisia trzeba zwrócić uwagę na Osobę Chrystusa, stąd „Europa Christi” (Europa Chrystusa), a nie tylko Europa chrześcijańska (christiana), „zwłaszcza, że partie chadeckie odeszły bardzo mocno od przesłania chrześcijańskiego”.

 

Dzisiaj do głosu dochodzi straszny ateizm, ateizacja kultury, wyrzucenie Boga ze świadomości Europejczyków. Dzisiejsze niektóre media narzucają ideologię genderowską, zupełnie sprzeczną z Objawieniem chrześcijańskim. Ta ideologia jest naznaczona wrogością wobec prawa naturalnego, wprowadza nowy system wartości i obala w sposób rewolucyjny dotychczasowy sposób myślenia w Europie” – dodaje ks. Skubiś.

 

 Św. Jan Paweł II patronem Europy

 

Ta idea od samego początku obecna jest w działaniach Ruchu „Europa Christi”. Również tegoroczna sesja na Kongresie Ruchu „Europa Christi”, która odbyła się 22 października na Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie była przypomnieniem znaczenia pontyfikatu św. Jana Pawła II dla Europy.

 

Św. Jan Paweł II dowodzi swoim życiem, że bycie Europejczykiem i uczniem Chrystusa nie wyklucza się, ale uzupełnia. Chrześcijaństwo jest wpisane w europejskie fundamenty, jest nieusuwalnym kodem genetycznym europejskości. W tym względzie papież Wojtyła i jego dziedzictwo mogą być uznane za wielką apologię chrześcijaństwa i europejskości oraz ich wzajemnego związku” – mówił kard. Stanisław Dziwisz podczas III Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi”.

 

Karol Wojtyła zostawił nam ogromny materiał do przemyślenia, a centralną rolę wypełnia w nim umiejętne pogodzenie tradycji i nowości. – Dziedzictwo Jana Pawła II to bogata, twórcza i wielostronna synteza wielu ludzkich ścieżek myślenia. Nie ulega wątpliwości, że na długo pozostanie ona istotnym projektem odnowy kulturowej na skalę globalną” – mówił wieloletni sekretarz papieża Polaka.

 

To właśnie podczas tegorocznego Kongresu „Europa Christi” została ogłoszona informacja, że abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, poprosił papieża Franciszka o ustanowienie św. Jana Pawła II doktorem Kościoła i patronem Europy.  „Pontyfikat papieża z Polski wypełniony był przełomowymi decyzjami i doniosłymi wydarzeniami, które zmieniły oblicze papiestwa i wpłynęły na bieg historii Europy i świata” – napisał w liście do papieża Franciszka abp Gądecki.

 

 „Karta Praw Rodziny” – dokumentem dla Europy

 

W działaniach Ruchu „Europa Christi” bardzo ważne miejsce zajmuje temat małżeństwa i rodziny. Również podczas Kongresu w Warszawie  ks. prof. Tadeusz Guz (KUL) nawiązał w swoim wystąpieniu do historycznego dokumentu, powstałego za pontyfikatu Jana Pawła II – „Karty Praw Rodziny”.  Zaznaczył, że w dokumencie tym reprezentowana jest idea ładu nierozerwalności małżeństwa jednego mężczyzny i jednej kobiety, o której mówi chrześcijaństwo, ale i wcześniej mówiła o tym starożytna filozofia grecka.

 

Również ks. dr Zenon Hanas, który wygłosił referat pt. „Rodzina w nauczaniu Sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego” podkreślił, że nie można prowadzić sporu o rodzinę bez refleksji nt. antropologicznej wizji osoby ludzkiej, wychowania, pielęgnowaniem wartości.

 

Polityka jako troska o dobro wspólne

 

Od samego początku w działalności Ruchu „Europa Christi” ważne miejsce zajmuje dobrze rozumiana polityka, jako troska o dobro wspólne. M.in. mec. Domenico Airoma ze stowarzyszenia Alleanza Cattolica w Neapolu mówił o Karcie Praw Rodziny w perspektywie przypadającej w tym roku 30. rocznicy zburzenia Muru Berlińskiego. Zdaniem prelegenta, istnieje jednak ów mur, tym razem symbolicznie, nie fizycznie, w Europie Zachodniej, reprezentowany właśnie przez upadłą antropologię, która miałaby pozwalać człowiekowi zastępować Boga np. w uchwalaniu prawa.  „Jest w Europie ciągle taki mur, który nie runął. To jest mur relatywizmu, który dziś staje się dyktaturą” – wskazywał na Kongresie w Warszawie dr Airoma.

 

O „dyktaturze politycznej poprawności” mówił prof. Eugenio Capozzi z Uniwersytetu w Neapolu.  Zauważył, że w dzisiejszych czasach ciągle słyszy się o politycznej poprawności w kontekście walki z dyskryminacją i dochodzenia praw mniejszości. „Za tym pojęciem stoi wizja świata mówiąca o tym, że cywilizacja zachodnia jest zła i winna, ponieważ doprowadziła do ciemiężenia i przemocy” – powiedział prof. Capozzi i dodał, że „polityczna poprawność to świecka religia bez Boga”.

 

Zdaniem prof. Capozziego bardzo niebezpieczny dla Europy jest relatywizm kulturalny, głoszący, że wszystkie społeczności są równe i powinny się ze sobą stapiać. Po drugie, antyhumanistyczny ekologizm, mówiący o tym, że człowiek nie jest istotą stworzenia, lecz tylko „jednym z elementów”, natomiast „ludzkość jest czymś, co zaburza równowagę na świecie”. Po trzecie, przekonanie, że każda jednostka może decydować o tym, jaki styl życia wybrać i kontrolować swoje życie od początku do końca.

 

Kolejne sesje III Kongresu Ruchu „Europa Christi” zaplanowano we Wrocławiu (11 listopada) oraz Lwowie (18-20 listopada).

 

Inspiracją do powołania Ruchu „Europa Christi” (Europa Chrystusa) była konferencja na temat stanu i współczesnych wyzwań dotyczących Starego Kontynentu, która odbyła się w 2016 r. w redakcji tygodnika katolickiego „Niedziela” w Częstochowie. Założycielem i moderatorem Ruchu jest ks. inf. Ireneusz Skubiś. Ruch zorganizował już trzy Międzynarodowe Kongresy „Europa Christi” oraz spotkania m. in. w Ołomuńcu, Velehradzie, Brukseli, Wilnie.

 

 Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tyg. kat. „Niedziela”

Ambitna kronika – ALEKSANDRA TABACZYŃSKA o regionalnym kwartalniku, który odniósł sukces

Tego czasopisma nikt nie wyrzuca. Nie jest to bowiem „gazeta” w potocznym znaczeniu tego słowa. „Przegląd Nowotomyski” wydawany jest w formie książki, a walory estetyczne szaty graficznej zachęcają nie tylko do czytania, ale też do pozostawienia i w konsekwencji ustawiania kolejnych numerów w domowej biblioteczce.

 

Do rąk czytelników trafił właśnie pięćdziesiąty numer kwartalnika społeczno – kulturalnego o nazwie „Przegląd Nowotomyski”. Pierwszy numer pojawił się w 2007 roku.  Jest to czasopismo, które powstało z potrzeby osób rozmiłowanych w historii i tradycji zamieszkiwanego przez nich regionu – powiatu nowotomyskiego.  Trzynaście lat temu spotkali się oni na terenie biblioteki miejskiej i ustalili reguły oraz zawartość treściową kwartalnika, które obowiązują do dziś. Opracowano szatę graficzną i edytorską, tematykę podzielono na grupy problemowe oraz ustalono, że objętość jednego numeru nie będzie mniejsza niż sto stron. Właściwie wszystkie założenia udało się zrealizować i to z naddatkiem. I tak na przykład średnia ilość stron wśród dotychczasowych pięćdziesięciu wydań wynosi blisko 150.

 

„Przegląd Nowotomyski” jest czasopismem finansowanym w stu procentach przez polski kapitał. A to wśród prasy lokalnej jest raczej rzadkością. Otóż wydawca, którym jest Nowotomyskie Towarzystwo Kulturalne, każdego roku startuje w konkursie ofert w ramach Programu Współpracy Gminy i Powiatu z organizacjami pozarządowymi. Zasadniczą część środków przekazuje Miasto i Gmina Nowy Tomyśl przy wsparciu Starostwa Powiatowego. Warto też dodać, że od roku 2007 do listopada 2014 Towarzystwo współpracowało z jednym burmistrzem, a po wyborach w 2014 nowy włodarz Nowego Tomyśla utrzymał finansowanie pisma. Przegląd można też kupić w wybranych miejscach w mieście, w tej samej od lat cenie 8 złotych. Nakład 500 sztuk uszczuplony o wysyłkę egzemplarzy obowiązkowych nie rozchodzi się w pełni. Jednak w 2015 roku, po opublikowaniu artykułu  „Tego świadectwa nie można zapomnieć… Ksiądz Ludwik Bielerzewski proboszcz parafii pw. św. Andrzeja Apostoła w Brodach w latach1946-1952” ówczesny proboszcz zapowiedział z ambony tę publikację. Po tej informacji nakład został wykupiony w całości. Świadczy to też o tym, jak ks. Bielerzewski, w czasie wojny więzień obozu koncentracyjnego Gusen, wdzięcznie i na wiele lat zapisał się w pamięci wiernych.

 

Co pozwala przez tyle lat, nieprzerwanie wydawać, drogi w utrzymaniu, ekskluzywny i absolutnie nie bilansujący się kwartalnik?  Jednym z czynników jest na pewno poruszana tematyka. Prezentowane materiały ukazują się w dziewięciu zasadniczych grupach problemowych. Są to „Z przeszłości”  –  zamieszczone w tym dziale treści mają przywołać i zachować w pamięci dorobek i doświadczenia minionych pokoleń nowotomyślan. W dziale „Tu i teraz” publikowane są teksty będące  próbą uchwycenia najważniejszych współczesnych wydarzeń społecznych, kulturalnych a także gospodarczych. „Nasze środowisko” z kolei opisuje walory krajobrazowe i turystyczne oraz promuje działania, mające na celu właściwe wykorzystanie zasobów przyrody. W dziale „Ludzie i ich pasje” –prezentowane są sylwetki tych, którzy tu się urodzili i (albo) znacząco zapisali swą obecność nie tylko w miejscu urodzenia, ale w innych miejscach Wielkopolski, Polski, a bywa, że i świata. „Odczytane na nowo”  –  tu można przeczytać przedruki tekstów publikowanych przed laty często nabierających dziś nowych znaczeń. Kwartalnik posiada też dział „Wokół nas” który poświęcony jest sąsiednim gminom oraz „Z teki” gdzie lokalni twórcy i hobbyści znajdują miejsce dla prezentacji swoich form aktywności artystycznej i dorobku. Czytelnicy mają też dokładne sprawozdanie z działalności Nowotomyskiego Towarzystwa Kulturalnego oraz kronikę najważniejszych wydarzeń w regionie. Innymi słowy w „Przeglądzie Nowotomyskim” przeczytamy zarówno o procesach czarownic opalenickich w XVII wieku, obecności Niemców do 1945 roku, Żydów, o Powstaniu Wielkopolskim, o wysiedleniach Polaków, a także o kulcie sługi Bożego doktora Kazimierza Hołogi, który żył i pracował na terenie Nowego Tomyśla, a obecnie toczy się jego proces beatyfikacyjny. Artykuł ten został też nagrodzony w konkursie dziennikarskim im. Romy Brzezińskiej „Znak Dobra” w 2011 roku.

 

Redakcji udało się skupić wokół pisma autorów publikujących swoje teksty „na zasadzie non profit” czyli mówiąc wprost bez honorarium. Ten aspekt podniósł Ryszard Kowalczyk w opracowaniu  naukowym dotyczącym między innymi „Przeglądu Nowotomyskiego” pt. „Zarys Czasopiśmiennictwa Regionalistycznego w Wielkopolsce po Drugiej Wojnie Światowej” z 2013 roku, w którym zauważa, że ponad 45 proc. osób piszących artykuły związanych jest zawodowo z samorządem terytorialnym pracując w urzędach gmin, miast, starostwie czy jednostkach podległych samorządowi. W najnowszym numerze 50.,  100 proc. autorów jest zatrudnionych w jednostkach budżetowych. Czy jest to zatem sukces organizacyjny wydawcy i redakcji „Przeglądu Nowotomyskiego”, pozostawiam do oceny czytelnikom.

 

„Przegląd Nowotomyski” z pewnością ma wiele walorów. Oprócz dopracowanej jakości wydawniczej, na uwagę zasługuje oczywiście merytoryka zamieszczanych materiałów. Historycznie rzecz ujmując następne pokolenia będą bardzo wdzięczne twórcom kwartalnika. Zarówno wydawca jak i sama redakcja z pewnością przypisuje sobie tutaj sukces i słusznie. Jednak nawet tak prowadzone czasopismo nie ominie pułapki jaką jest na przykład poprawność polityczna. Dla mnie osobiście namacalnym przykładem jest nr 40 „Przeglądu Nowotomyskiego”, gdzie w Kronice Wydarzeń zamieszczono informację o tak zwanym „proteście kobiet”. Opublikowane wydarzenie nie miało żadnego związku z życiem kulturalnym powiatu nowotomyskiego, nawet szeroko pojętym. Było wyłącznie aktem politycznym. Informację tą umieszczono między spotkaniem autorskim z dziennikarzem, Wojciechem Sumlińskim  a filmem „Niezłomny Żołnierz Kościoła” Jolanty Hajdasz poświęconym abp. Antoniemu Baraniakowi oraz powstaniem „Pomnika dziecka utraconego”.  Powyższe wydarzenia – chodzi o Sumlińskiego, Hajdasz i pomnik – zostały w pewnym sensie nawet ocenzurowane z powodu  – jak mnie poinformowano wtedy telefonicznie –  cytuję z pamięci – kronika nie zajmuje się analizą prezentowanych treści. W kronice ma być tylko informacja o wydarzeniu, bez komentarza. Mimo takich założeń, tekst o tzw. czarnym proteście, został opatrzony zdjęciem, a nawet cytatem jednej z uczestniczek oraz oczywiście komentarzem. Godne głębokiego ubolewania było również to, że PN nie bacząc na znikome zainteresowanie tzw. strajkiem kobiet, publikując te treści nadał rangę sprawie, której ta nie miała.

 

Nie ulega wątpliwości, że kwartalnik „Przegląd Nowotomyski” jest udaną inicjatywą prasowo – wydawniczą regionalistów, działaczy społeczno – kulturalnych, ale także władz samorządowych miasta, które finansują to dzieło.

 

Aleksandra Tabaczyńska

Słuchając innych – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o zagranicznych reportażach radiowych

O specyfice reportaży radiowych w danych krajach można mówić długo. Niemcy mają swojego „wszechwiedzącego” narratora. Skandynawskie audycje snują się powoli, niczym mgły nad norweskimi fiordami, tymczasem Polacy podobno strasznie szybko mówią i uwielbiają dyskutować o historii.

 

Dosłownie kilka dni temu zakończyło się Ogólnopolskie Seminarium Reportażystów Radiowych. To dla nas, pracowników radia, wyjątkowa okazja do spotkania, słuchania nawzajem swoich audycji, wymiany doświadczeń. Jednak zanim takie seminaria zaczęły być organizowane w Polsce (ideę zaszczepiła zdobywczyni Prix Italia i założycielka Studia Reportażu, Janina Jankowska), pomysł na podobne spotkania powstał za granicą.

 

Wszystko zaczęło się w 1974 roku, kiedy to niemiecki dziennikarz radiowy, Peter Leonard Braun, postanowił zorganizować pierwsze z nich. Braun już w latach 60. współpracował z różnymi europejskimi twórcami radiowymi (między innymi z Polakiem, Witoldem Zadrowskim). Dlatego zdawał sobie sprawę, że w różnych krajach pojawiają się nowinki techniczne dotyczące radiowej produkcji, ale też zaskakujące czy wręcz innowacyjne pomysły na reportaże. Jednak poza granicami danego kraju nikt prawie o nich nie wiedział, między innymi z powodu bariery językowej. Co więcej, reportażyści często byli i są w swojej pracy samotni.

 

Pierwsze spotkanie dla europejskich radiowców ograniczyło się do udziału kilkunastu osób. Później ta liczba rozszerzyła się do 70, współcześnie – często przekracza 100. Tak powstało International Feature Conference, czyli coroczne spotkanie, za każdym razem w innym kraju i innym mieście, dla reportażystów, producentów, a coraz częściej również twórców podcastów. IFC polega przede wszystkim na słuchaniu audycji (wraz ze skryptem zawierającym tłumaczenie na angielski) i dyskutowaniu o nich. Oprócz tego co roku można liczyć na wykłady i prezentacje dotyczące takich tematów, jak kwestie techniczne, wyzwania związane z dziennikarstwem śledczym, sposób budowania napięcia w reportażu, pomysły na audycje z wykorzystaniem nowych technologii i wiele, wiele innych.  Wieczorami odbywają się spotkania mniej formalne, które mają sprzyjać budowaniu sieci kontaktów, pomocnej potem na przykład przy międzynarodowych projektach radiowych.

 

Kiedy pierwszy raz wzięłam udział w IFC, byłam na samym początku mojej drogi w Studiu Reportażu. Konferencję zorganizowano wtedy w Polsce, w Lublinie. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie różnorodność prezentowanych audycji, od klasycznych reportaży autorstwa dziennikarzy BBC, przez bałkańskie produkcje na pograniczu reportażu i słuchowiska, po całkowicie eksperymentalne formy przywiezione przez Finów.

 

Zaskoczyło mnie także, jak dużą rolę w percepcji reportaży odgrywają uwarunkowania kulturowe. Prezentowany był wówczas między innymi polski reportaż Hanny Bogoryja-Zakrzewskiej i Magdy Skawińskiej „Ten Karski”, opowiadający o legendarnym polskim emisariuszu. Chociaż dla większości Polaków jest to postać pomnikowa, niewielu obcokrajowców zna Jana Karskiego i jego zasługi. Podczas dyskusji pojawiały się między innymi pytania: „co właściwie zrobił ten Karski?” czy „dlaczego nikt go nie pociągnął do odpowiedzialności za akcję odwetową Niemców?” (chodziło o rozstrzelanie 32 osób w odwecie za odbicie Jana Karskiego z niewoli gestapo). Chociaż nam, Polakom, trudno w to uwierzyć – dla przedstawicieli wielu narodów historia II wojny światowej to sprawa odległa i dość abstrakcyjna.

 

Podobne zaskoczenie przeżyłam kilka lat później, kiedy już jako polski przedstawiciel Komisji Dokumentalistów Europejskiej Unii Nadawców słuchałam wraz z innymi członkami tego gremium reportażu Eweliny Karpacz-Oboładze „Taśmociął” o Eugeniuszu Rudniku, kompozytorze, inżynierze dźwięku i pionierze muzyki elektronicznej. Rudnik, postać niebanalna, pozostawał przez wiele lat swojego życia w przyjacielskich stosunkach z autorką reportażu. Był między innymi opiekunem jej powstającej przez rok pracy stypendialnej. Ewelina Karpacz-Oboładze nagrywała go od długiego czasu, a w reportażu znalazły się fragmenty ich półprywatnych, żartobliwych rozmów, kiedy to kompozytor nazywał ją na przykład „miłą, ładną dziewczyną”. Jakie było moje zdziwienie, kiedy z tego powodu reportaż został uznany przez czeską dokumentalistkę za… seksistowski!

 

Międzynarodowe spotkania to jednak także okazja do wymiany doświadczeń i rozeznania się, kto pracuje w jakich warunkach. Niestety, w większości krajów europejskich (nie tylko zachodnich) reportażyści mogą cieszyć się znacznie lepszymi warunkami pracy, niż w Polsce. Dysponują większymi środkami na realizację audycji, co pozwala wydłużyć czas pracy nad poszczególnymi audycjami, a nad reportażami pracują większe zespoły, podczas gdy w Polsce reportażyści większość rzeczy robią sami, od researchu, przez nagrania, po realizację dźwięku i montaż. W wielu programach na reportaż zarezerwowany jest prime time. W Polsce często emituje się go na przykład w nocy lub przed południem, kiedy radio ma znacznie gorszą słuchalność. Znacznie więcej też sił i środków niż w Polsce przeznacza się na jego promowanie, np. w mediach społecznościowych. Efekty bywają spektakularne. Pamiętam na przykład, kiedy przedstawiciele szwedzkiego radia publicznego prezentowali serię P3 Dokumentar. To audycje dokumentalne opowiadające o najróżniejszych historycznych i współczesnych wydarzeniach ze świata – na przykład głośnych sprawach kryminalnych, zamachach terrorystycznych, słynnych aferach. Wykorzystuje się w nich materiały archiwalne oraz głosy świadków lub uczestników danych wydarzeń. Trwają nawet godzinę. W Polsce zostałyby pewnie zakwalifikowane jako audycje dla starszych, wykształconych i wymagających słuchaczy. Tymczasem Szwedzi przygotowują je specjalnie dla młodych ludzi. I osiągają sukcesy. W kraju, który ma nieco ponad 10 mln obywateli, audycji P3 Dokumentar słuchają nawet… 2-3 mln z nich.

 

Tym bardziej cieszy, że polski reportaż, mimo tych ograniczeń, dobrze sobie radzi w międzynarodowych konkursach i festiwalach. W tym roku jedna z nagród w europejskim konkursie Prix Europa trafiła w ręce Agnieszki Czyżewskiej-Jacquemet z Radia Lublin za przepięknie zrealizowaną i precyzyjnie skonstruowaną audycję „Człowiek śpiewający sercem” o ormiańskim śpiewaku Aszocie Martyrosyjanie. Z kolei Michał Słobodzian z Radia PiK zakończył konkursowe zmagania na 3. miejscu. Stworzył niezwykle przejmujący reportaż o rodzicach, którzy stracili dziecko. A jedna z najbardziej prestiżowych nagród radiowych na świecie, porównywana z radiowym Oscarem, czyli Prix Italia, powędrowała w tym roku do Anny Kołodziejczyk, która pod opieką Janusza Deblessema zrobiła reportaż o bardzo ciekawej historii piosenki „Mury”. W Polsce to jeden z najsłynniejszych utworów Jacka Kaczmarskiego, a w Katalonii – znany utwór pieśniarza Lluisa Llacha.

 

Tym natomiast, czego w Polsce nie ma, a szkoda, jest radiowy serial dokumentalny, gatunek bardzo na Zachodzie popularny. Coraz częściej opowiada się tam historie w odcinkach, wychodząc z założenia, że to przyciągnie słuchaczy przed odbiorniki skuteczniej, niż pojedyncze audycje. Tematy mogą być przeróżne. Pamiętam choćby serię „The Untold: Missing” autorstwa Georgii Catt. Opowiada ona historię zaginionego mężczyzny. Przerażona partnerka zgłasza sprawę na policję, po czym okazuje się, że mężczyzna żyje, ma się całkiem nieźle i trudno właściwie powiedzieć, żeby był zaginiony. Dlaczego w takim razie nie chce wrócić do domu? Produkcja ciągle jest dostępna na stronie BBC i warto jej posłuchać. Inny świetnie zrealizowany radiowy serial, niestety po duńsku, to „Królowa nocy”. Opowiada o muzykach klasycznych, do których wydzwania nieznana kobieta. Niewiele mówi, ale wydaje z siebie jęki, okrzyki i inne odgłosy kojarzące się z seksem. Kim jest? Dlaczego upodobała sobie akurat tę jedną grupę zawodową? Serial jest zabawny, wciągający i przede wszystkim fantastycznie zilustrowany muzycznie, a jego autorzy zdobyli za niego kilka lat temu wspomnianą już nagrodę Prix Europa.

 

O specyfice reportaży radiowych w danych krajach można mówić długo. Niemcy mają swojego „wszechwiedzącego” narratora. Skandynawskie audycje snują się powoli, niczym mgły nad norweskimi fiordami, tymczasem Polacy podobno strasznie szybko mówią i uwielbiają dyskutować o historii. Jednak tym, co bezsprzecznie wzbudza zachwyt i czego można się nauczyć na międzynarodowych spotkaniach, jest umiejętność opowiadania historii. Świadome, bardzo przemyślane konstruowanie opowieści, które pozwala chwycić słuchacza za serce i na długo pozostawić ślad w jego pamięci.

 

Najbliższe IFC odbędzie się w maju 2020 roku w Rzymie. Może wziąć w nim udział każdy, kto odpowiednio wcześnie się zarejestruje. Więcej informacji znaleźć można na tej stronie: https://ifc2.wordpress.com/

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Czy te oczy mogą kłamać, czy ja mógłbym serce złamać – MIROSŁAW USIDUS o mocy reklamy w mediach

Czy, gdy chcesz kogoś uwieść, opowiadasz o swojej wspaniałości i przewagach nad innymi. Owszem, garść błyskotliwych grepsów może pomóc „na otwarciu”, ale ostatecznie sukces uwodzenia zależy od tego na ile potrafisz sprawić, aby cel przedsięwzięcia, poczuł się kimś wyjątkowym. Być może reklama powinna wrócić do sztuki uwodzenia? Być może w swoich nowoczesnych formach właśnie wraca?

 

Niedawne obniżenie przez agencję mediową Zenith (Publicis Media) prognozy wzrostu polskiego rynku reklamowego w 2019 roku z 3,9 proc. na 3,1 proc. to, jak się wydaje, jedynie korekta spowodowana wysokim rozgrzaniem rynku w ubiegłym roku, więc ogólnie nie jest chyba z reklamą źle. Przy okazji mieliśmy jednak garść danych pokazujących, że tendencje obserwowane w tej branży od lat, czyli wypieranie starszych form reklamy przez formaty i kanały internetowe, wciąż postępuje. Wciąż jeszcze prowadzi telewizja, ale systematycznie traci pole i do 2021 ma zostać globalnie wyprzedzona przez internetowe reklamy typu display. Zaś reklama w sieciach społecznościowych, zdaniem Zenith,  wyprzedzić ma wkrótce prasę drukowaną.

 

Dane dostarczane przez ewoluujący szybko rynek reklamowy można interpretować wprost – czyli jako sygnał, że reklama w internecie działa lepiej niż stare formaty i kanały. I dlatego je stopniowo wypiera. Wyjaśnienie bardziej „kombinatoryczne” szuka tkwiącej w tych zjawiskach nieco bardziej złożonej prawdy. Owszem, stare metody reklamy są coraz mniej skuteczne, ale efektywność internetu wcale nie jest definitywnie potwierdzona, a już na pewno nie dana raz na zawsze, zważywszy rosnącą popularność blockerów reklam i programowe odrzucanie reklamy w ogóle przez najmłodszych.

 

Wydaje się też, że dla wielkich korporacji korzyści z reklamy w sieci nie do końca są klarowne i oczywiste. Amerykańscy wielcy reklamodawcy, w tym m. in. General Electric i bank JP Morgan Chase postanowili ostatnio przyjrzeć się uważniej swoim wydatkom na reklamę cyfrową typu display i formom stosowanym w społecznościówkach. Pojawiły się nawet groźby obcięcia budżetów reklamowych w sposób „znaczący”, jeśli Google i Facebook nie zrobią czegoś, aby przejrzystość wyników kampanii w swoich kanałach była większa, i nie wprowadzą w końcu jasnych standardów w swojej sprawozdawczości reklamowej. Zbiegło się to z publikacją wyników badań znanej firmy Forrester Research, z których wynika, że konsumenci coraz częściej znajdują sposoby, aby uniknąć reklam cyfrowych, także tych serwowanych na największych platformach, Google i Facebook.

 

Problem z reklamą ma szerszy i głębszy charakter niż trwające od dwu dekad boje starych i nowych mediów. Dotarliśmy do czasów, w których samo prawo do istnienia i wdzierania się reklamy w sferę naszej interakcji ze światem, czy to fizycznym, czy cyfrowym, jest kwestionowane od podstaw. Kilka dekad temu reklama była dość powszechnie akceptowanym, choć nie zawsze lubianym, elementem rynku i „kontraktu” odbiorcy z mediami. Wiadomo było, że „reklamy muszą być”, by treści udostępniane przez firmy medialne były tanie lub darmowe do konsumpcji. Dziś w niektórych kręgach tolerancja wobec reklam zmalała do zera. A coś co nie jest tolerowane, nie może być skuteczne.

 

Już sto lat temu rozumiano, w czym rzecz

 

Ramsi Woodcock z Uniwersytetu w Kentucky pisał w 2018 roku w artykule w „Yale Law Journal”, że reklama w tradycyjnym rozumieniu tego słowa jest nie tylko przestarzała, ale w ogóle niepotrzebna użytkownikom. W starym, przedinternetowym, świecie, choć nie była obiektywną informacją, to jednak w pewien sposób spełniała funkcję informacji o produkcie. Obecnie, gdyby nagle zniknęły z naszego życia wszystkie reklamy, w żaden sposób nie utrudniłoby to nam zdobywania informacji o produkcie. Sieci społecznościowe, tysiące stron, grup dyskusyjnych, setki ludzi mogących nam pomóc, zarekomendować, doradzić, wskazać jak kupić taniej i lepiej.

 

Oczywiście reklama zawsze robiła coś więcej niż tylko informowała, choć reklamodawcy lubią mówić, że ich działalność to niezbędna konsumentom informacja o produkcie. Tzw. moc reklamy od dawien dawna polega na zastosowaniu mniej lub bardziej subtelnych manipulacji. Socjolog Emily Fogg Mead już sto lat temu pisała o reklamach, że „wkradają się do podświadomości odbiorcy, tworząc mechaniczne skojarzenia, które często skutkują impulsywnymi zakupami”. Miliardy, które pomimo wspomnianego kryzysu skuteczności, wciąż są inwestowane na reklamę, wydawane są nie dlatego, że ona informuje, ale dlatego, że przekonuje.

 

Inny klasyk, Howard Gossage, barwna postać złotej ery reklamy lat 60-tych XX wieku, czyli czasu akcji serialu „Mad Men”, zasłynął takim oto zdaniem: „Ludzie czytają to, co ich interesuje. Czasami jest to reklama”. Wielu komentatorów uważa, że w tym zdaniu zawiera się klucz do rozumienia skuteczności reklamy. Musi ona być interesująca dla odbiorcy a nie bezwstydnie interesowna, jak to niestety często bywa. Twórcy reklam muszą też pamiętać, że odbiorcy zmieniają się w czasie i z czasem. Stworzona przez świat reklamy i marketingu metodologia ujmowania zmian w następujące po sobie „generacje” ma pomóc w kreowaniu założonych wirtualnych odbiorców przekazów reklamowych. Trzeba na to zwracać uwagę, bo pokolenia różnią się od siebie.

 

Generacja „skasuj reklamę”

 

Według badań serwisu Bloomberg, rok 2019 r. to data graniczna, moment, w którym Generacja Z pokonuje liczebnością milennialsów, sięgając w krajach rozwiniętych poziomu około jednej trzeciej całej populacji. Informacja ta ma oczywiście ogromne konsekwencje dla biznesu i reklamy, zarazem mając również silny wpływ na mass media, Internet i media społecznościowe. Według Nielsena, siła nabywcza generacji milenialsów jest szacowana na 65 miliardów dolarów. „Zeci” już teraz poprzednie „marketingowe pokolenie” wyprzedzili mając szacunkowo w kieszeniach ok. 100 miliardów dolarów, które mogą wydać na zakupy.

 

Pojawiło się wiele analiz próbujących ująć w klamry potrzeby pokolenia „Zetów”. Jeśli chodzi o media (w ich przypadku jest to stuprocentowo równoznaczne z mediami internetowymi), to mają poszukiwać przede wszystkim silnie zindywidualizowanych doświadczeń, z bardzo dużym naciskiem na ochronę prywatności. Innym zjawiskiem odróżniającym to pokolenie od poprzednich jest to, że jego przedstawiciele przedkładają rozrywkę nad relacje. Tak wynika z badań a wybierane przez nich „produkty medialne”, ze Snapchatem czy TikTokiem na czele, zdają się to potwierdzać.

 

Eksperci określają platformy preferowane przez tę generację jako „ulotne” (ang. „ephemeral”). Najlepszym z chyba przykładem takiego serwisu jest wspomniany Snapchat, aplikacja służąca do wysyłania filmów i zdjęć, które można było pierwotnie oglądać przez maksymalnie 60 sekund. Jeśli rzeczywiście „Zeci” mają wszystkie opisane wyżej preferencje, to nic dziwnego, że wyrzucają Facebooka do kosza, bo przecież platforma Zuckeberga działa masowo, przechowuje i analizuje dane użytkowników, sprzedając je reklamodawcom i nic nie robiąc sobie z ich prywatności.

 

Są też inne cechy tej grupy, niekorzystne dla mediów żyjących z reklamy (czyli np. serwisów internetowych). Młodsi konsumenci coraz chętniej przestawiają się na usługi i serwisy finansowane przez użytkowników (takie jak Netflix czy Spotify) przez systemy subskrypcji, odrzucając tradycyjny układ pomiędzy mediami a ich odbiorcami. Młodzież stosuje adblocki na masową skalę. Oznacza to jednak nie tyle chęć „oszukania” wydawców, lecz całkowite odrzucenie tego modelu. Jeśli wydawca każe wyłączyć mechanizm blokujący reklamy, aby użytkownik mógł przejść do treści, młodzi najczęściej rezygnują z jego usługi. Na rachunku zysków i strat, wygrywa zwykle unikanie reklam.

 

Reklamowy model mediów internetowych był w dużym stopniu powieleniem starszego mechanizmu finansowania tradycyjnych mediów. Gazeta kosztowała grosze, bo wydawcy zarabiali na ogłoszeniach. Telewizja czy radio były za darmo, ale trzeba było ścierpieć reklamy. Teksty na portalu można było przeczytać, ale najpierw trzeba było znieść irytujące banery. Z czasem reklama w Internecie stawała się coraz bardziej inwazyjna i namolna. Inwazyjne modele, na których w Polsce oparły się Onet, WP.pl, Interia, Gazeta.pl, wydają się obecnie skazane na porażkę. Modele, nie same portale, bo nie można wykluczyć, że znajdą inne sposoby na monetyzację działalności, ale reklamowe eldorado kończy się, bo użytkownicy zbuntowali się przeciw reklamom.

 

Młodym, wbrew utrwalonym przekonaniom, wcale nie przeszkadzają systemy subskrypcyjne. W Spotify można pozbyć się przerywników reklamowych za niewielką opłatą. W Netfliksie, płacą miesięczną opłatę, ogląda się ile dusza zapragnie. Takie modele użytkownikom odpowiadają. Wydawałoby się, że wystarczy wprowadzić ten model i dla gazet i serwisów informacyjnych online. Niestety, to tak nie działa, na razie.

 

Witaj, świecie informacji

 

Jest też problem z samą reklamą, jako źródłem informacji o produkcie. W starej rzeczywistości, przed Facebookiem i Google, nie było skutecznego i taniego sposobu na dotarcie do osób poszukujących produktów i usług niszowych. Firmy, które odniosły sukces oferowały produkty kierowane do szerokich kręgów ludzi i reklamowane  z myślą o masowym odbiorcy, setkach tysięcy, milionach ludzi na raz. Firmy, które prowadziły udane kampanie reklamowe za pośrednictwem mediów poprzedniej epoki to zwykle były wielkie sieci fast foodów, marki samochodowe, wielkie hipermarkety, firmy ubezpieczeniowe, lub masowe dobra konsumpcyjne pod markami zarządzanymi przez wielkie korporacje.

 

Wejście w erę nowoczesności, gdy Internet przewrócił tradycyjny model handlu detalicznego ze sklepami i znanymi masowo markami, anihiluje dystans między kupującym a sprzedającym i likwiduje przeróżne bariery geograficzne. Internet dał kupującym i sprzedającym bezprecedensowy dostęp do siebie nawzajem. Dziś firma oferująca specyficzną, niszową rzecz, np. Bevel, która produkuje zestaw produktów do golenia specjalnie dla czarnych mężczyzn, ma szansę, jeśli umie wykorzystać narzędzia internetowe, dotrzeć do wszystkich swoich klientów, których jest niemało, jak się okazuje. W dawnym świecie reklamowanie tego specyficznego produktu dla wielkich firm i sieci handlowych było nieopłacalne, zbyt kosztowne w przeliczeniu na sprzedany egzemplarz. Internet obniża ten rachunek i sprawia, że marketing mniej typowych produktów jest opłacalna.

 

Coraz większa dokładność technik przetwarzania danych doprowadzić może w końcu do powstania świata, w którym pojedynczy konsument może natychmiastowo za pomocą produktów i usług zaspokajać swoje potrzeby życiowe a nie jakieś inne, np. potrzeby przynależności do grup, do których należy aspirować, potrzeby warunkowane próżnością i konsumpcjonizmem. To świat bez marek, bez brandów, ponieważ w rzeczywistości, która opiera się na potrzebach, informacji, produktach, a nie na reklamie i budowaniu iluzorycznych „wartości dodanych”, pojęcie „przywiązania i zaufania do marki” nie istnieje. Konsument poinformowany kupować będzie korzystniejszy dla niego z dwóch identycznych towarów. Będzie wiedział, że substancja czynna w leku to ibuprofen, a Dolgit, Ibuprom, Ibum czy Nurofen to tylko twory marketingowe. Podejmie świadomy wybór, w jakiej formie i opakowaniu chce potrzebny mu produkt, czyli po prostu – ibuprofen, kupić.

 

Marketing „wiarygodnościowy”

 

Oczywiście branża reklamy nie chce i nie będzie chciała pogodzić się z tym, o czym piszę wyżej. Wielu specjalistów po prostu nie wierzy w nadejście świata surowej informacji o produkcie, bez żadnej otoczki marketingowej. To, że stare chwyty i ścieżki dotarcia do klienta tracą skuteczność, nie oznacza, że dekady gromadzenia wiedzy o perswazyjnej komunikacji produktowej, potrzebach i reakcjach odbiorców, należy teraz wyrzucić na śmietnik. Zdaniem wielu reklamiarzy, po prostu trzeba poszukać nowych sposobów.

 

Trwają intensywne poszukiwania nowych podejść do klienta. Jednym z nich ma być tzw. storytelling, czyli opowiadanie historii produktu i o produkcie, pojęcie, o którym większość czytelników tego tekstu pewnie słyszała. Stara szkoła reklamy zapewne żachnie się, że oni ten „storytelling” znają i praktykują od dawna, bo dekady temu opowiadali historię jak ich detergenty dokonują „naukowych przełomów”. Jest jednak pewna subtelna różnica, dziś opowiadanie historii w reklamie oznacza opowiadanie prawdziwych historii, a nie wciskanie kitu. Wciskanie zaprawy okiennej internet weryfikuje w czasie krótszym niż minuta.

 

Warto pamiętać o budżetowym aspekcie prawdziwego i interesującego storytellingu. Otóż w świecie internetu dystrybucja takich treści o wiele mniej kosztuje. Dlaczego? To proste. Ciekawe treści kolportowane są zupełnie za darmo przez użytkowników, którym się po prostu podobają. Propozycja ciekawej treści sprawia, że nie trzeba ładować milionów w techniki wmuszania w widownię tego, czego ona nie chce, nie lubi i odrzuca ją od tego.

 

Konsekwencją nowego stylu reklamy i marketingu opartego na autentyczności jest gotowość poddania się konsumenckiej weryfikacji. Kto nie boi się wstępnego udostępnienia klientom swoich produktów i usług, kto udostępnia kalkulatory korzyści i nie boi się porównywarek, kto otwiera się wreszcie na recenzje i opinie w internecie, zachęcając wręcz do nich, ten to rozumie. Warto pamiętać, że już sama taka postawa staje się częścią „wiarygodnościowej” komunikacji. Doprowadzając tę myśl do końca, negatywne opinie nie muszą być „kryzysem” marki, jak to zwykle przyjmuje się w konwencjonalnym marketingu. Mogą i powinny być etapem opowiadanej autentycznej historii.

 

Fakt, że rosnąca, ale stosunkowo niewielka grupa tych przykładów wyłoniła się ze znacznie większej puli tradycyjnych marek, jest prawdopodobnie dowodem na to, że te zasady łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale jeśli uda się je wdrożyć, wszyscy będziemy w lepszej sytuacji.

 

Jedna ścieżka i jeden cel

 

Kolejnym problemem reklamy jest rutyna i schematyzm myślenia. Branża już dość dawno przyjęła do wiadomości, że rola e-handlu rośnie. Ma jednak tendencję do segmentowania i separowania świata realu i online. Dotyczy to zarówno sprzedaży jak i pochodnych od niej różnych technik reklamowych. Tymczasem klient nie separuje tych światów. Może zacząć się od reklamy w Instagramie i skończyć w sklepie z ubraniami. Dla niego to jedna, spójna ścieżka sprzedażowa. Granice sprzedaży online i offline w praktyce zacierają się. Specjaliści znają to jako sprzedaż omnichannel, co w praktyce oznacza, że wszystkie techniki interakcji z klientem powinny muszą być traktowane jako równie ważne, bo wszystkie prowadzą do upragnionego przez sprzedawcę celu. Każda informacja na temat firmy, jej marki, treści marketingowe i reklamy powinny zawierać jednolity komunikat będący jasnym przewodnikiem do jednego celu, jakim jest sprzedaż. Forma tej sprzedaży jest drugorzędna kwestią.

 

W świecie komunikacji marketingowo reklamowej mnożą się innowacje. Od kilku już lat np. e-handel zdobywają chatboty, czyli maszynowi asystenci i subiekci oparci na technice NLP (przetwarzanie języka naturalnego), czyli inaczej na sztucznej inteligencji. Ich głosową wersją są asystenci oparci na platformach konwersacyjnych Amazona, Google czy Apple. Do świata zakupów wchodzi też coraz odważniej rozszerzona i wirtualna rzeczywistość jako narzędzia reklamowe, marketingowe i prezentacyjne.

 

Chatbotem może być okienko konwersacyjne na stronie internetowej, z czym zapewne każdy już w Internecie się spotkał. Może być to też oddzielna aplikacja czatująca lub tzw. social media chatbot, czyli zrobotyzowany „użytkownik” np. Facebooka, a także asystent głosowy. Firmy oszczędzają dzięki tym botom czas i koszty, automatyzując obsługę klienta w e-commerce w trybie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Dodatkową korzyścią z punktu widzenia handlowców jest generowanie przez chatboty tzw. „leadów” czyli nowych ścieżek sprzedażowych, dzięki zbieranym w trakcie konwersacji wstępnym informacjom o kliencie, jak np. sprzedawca materiałów biurowych Staples, który wykorzystuje chatbota do oferowania produktów opartych na historii zamówień. Chatboty spełniają więc funkcje reklam, ale w żadnym razie jak reklamy nie wyglądają.

 

Google’ową reklamę w wyszukiwarkach być może zastąpi wkrótce wyszukiwanie usług i produktów za pomocą asystentów głosowych takich jak Siri Apple’a, Google Now i Cortana firmy Microsoft, które również oparte są na NLP. Jeśli chodzi o zastosowanie tego rodzaju technik w handlu elektronicznym, to najbardziej zaawansowana jest z pewnością Alexa Amazona, która już od dłuższego czasu może być wykorzystywana do zamawiania towarów bezpośrednio ze sklepu Amazona – wyłącznie za pomocą poleceń głosowych. Szybko znajduje oferty i można przez nią nawet zamówić jedzenie z lokalnych restauracji. Oczywiście zapewne, oprócz „organicznego” podpowiadania, już wkrótce będzie można (o ile już nie można) sobie kupić „przychylność” doradczą Alexy, podobnie jak linki sponsorowane na liście Google’a.

 

Zdaniem ekspertów w dziedzinie handlu, ludzie lubią korzystać też z augmented reality podczas zakupów.  Świadczyć ma o tym popularność aplikacji IKEA Place, która pozwala klientom wizualizować modele mebli dostępne w sklepie we własnym domu w trójwymiarowej scenerii. Ważne jest również precyzyjne dopasowanie  wymiarów, co pozwala wyjść poza wyłącznie estetyczne kryteria i sprawdzić dopasowanie mebla do miejsca w mieszkaniu. Dopasować się do samochodu, np. za pomocą okularów AR, można z kolei za pomocą aplikacji firmy Audi. Banana Flame, brytyjski sklep internetowy z odzieżą umożliwia zdalne „przymierzanie” swoich produktów. Wykorzystuje przy tym technikę AR nakładania obrazów strojów na klienta, który używa kamery. Augmented reality wykorzystywana jest również przez przemysł kosmetyczny. Jest to specyficzna forma opisywanego wcześniej storytellingu i marketingu „wiarygodnościowego”.

 

Innym znakiem nowych czasów w handlu, a co za tym idzie – w sferze komunikacji reklamowo-marketingowej, jest daleko posunięta personalizacja produktu. Pozwala kupującym na zakup produktu dostosowanego specjalnie do ich potrzeb, preferencji i stylu. Na przykład Levi’s oferuje personalizowane hafty na spodniach i kurtkach. Z kolei usługa NikeiD pozwala kupującym w całości zaprojektować i zamówić dla siebie takie buty, jakich nie ma nikt. Jeszcze dalej idzie moda na tzw. marki prywatne, czyli zamawiania dla siebie produktów oznakowanych własnym brandem. Oczywiście to ekstra kosztuje, ale spersonalizowane produkty nie mogą być tanie, bo nie są masówką. A więc reklama z pozycji „zobacz jak świetna jest nasza marka” dociera do” „zobacz, jak świetna jest twoja marka”

 

Nowe podejście na marketerach i reklamodawcach wymusza również rosnąca popularność tzw. „social commerce”. Storytelling w takich funkcjach jak „Stories” Instagrama, muszą łączyć z nieustannym zabieganiem o społecznościowe kredyty zaufania, zasięgi i pozycję. Według badania przeprowadzonego przez Bizrate Insights w sierpniu 2019 r., handel społecznościowy należy do najczęściej występujących u kupujących online zachowań. Jest popularniejszy niż wyszukiwanie wizualne, rozszerzona lub wirtualna rzeczywistość (AR/VR) oraz handel za pośrednictwem asystentów głosowych. Ponad jedna trzecia amerykańskich konsumentów twierdzi, że kupowała produkty za pośrednictwem mediów społecznościowych. Może to zapowiadać spory sukces funkcji handlu społecznego wprowadzonych w tym samym mniej więcej czasie w serwisach Instagram, Pinterest i Snapchat.

 

Co ciekawe, handel społecznościowy wcale nie jest nowością. Usługi tego rodzaju wprowadzał już wiele lat temu Facebook i inne platformy, ale potrzebowaliśmy całej dekady, aby wreszcie to „zaskoczyło” a nowe rozwiązania, takie jak wyszukiwania wizualne, AR i VR mogą przenieść cały e-handel w nową epokę. Świat reklamy, jeśli chce być częścią tej nowej epoki, już teraz powinien zacząć uczyć się nowych języków i technik dotarcia do klienteli społecznościowej.

 

Wracając na końcu do analogii z uwodzeniem. Czyż ktoś kto umie opowiadać ciekawe i oryginalne historie, kto jest szczery i narzuca się, kto potrafi cierpliwie słuchać i stara się cię zrozumieć (jak np. chatbot), kto umie zwrócić na ciebie uwagę w społecznościowym tłumie i sprawić, że poczujesz się kimś wyjątkowym, czy takiego kogoś nie nazywamy właśnie osobą o cechach uwodzicielskich? No właśnie.

 

Mirosław Usidus

Czy Bóg mieszka w Internecie? – analiza ks. ARTURA STOPKI 

Dominujące dzisiaj w życiu miliardów ludzi social media są skutecznym narzędziem tworzenia społeczności, jednak nie nadają się do tworzenia wspólnot. Tymczasem istotą Kościoła jest wspólnotowość.

 

Sam Kościół jest siecią utkaną przez komunię eucharystyczną, w której jedność nie opiera się na «polubieniach», lecz na prawdzie, na «amen», z którym każdy przylgnął do Ciała Chrystusa, przyjmując innych”. Tak brzmi ostatnie zdanie tegorocznego papieskiego orędzia na 53. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Nawet ten maleńki fragment pokazuje, że nie jest to dokument łatwy w odbiorze. Można nawet powiedzieć, że jest zaskakująco trudny, pogłębiony i wymagający myślenia w sytuacji, gdy przekaz medialny ulega coraz większemu zubożeniu i spłyceniu, stawiając emocje przed rozumem. Można powiedzieć, że papież Franciszek przestawił nie tyle zamknięty zbiór myśli i konkluzji, lecz raczej wprowadzenie do wielowątkowej refleksji obejmującej z jednej strony świat międzyludzkiej komunikacji (w tym środków społecznego przekazu), a z drugiej Kościół jako jej uczestnika i współtwórcę.

 

Cel czy środek?

 

Skrótowe przedstawienia zawartości orędzia mówią, że Następca św. Piotra ostrzega w nim przed zagrożeniami wypływającymi ze złego korzystania z sieci społecznościowej i do budowania w Internecie sieci dialogu, spotkania, strzegącej wspólnoty wolnych osób. Jednak już użyty w tytule cytat z listu św. Pawła Apostoła do Efezjan wskazuje na wartość, na której Papież chciał skupić uwagę odbiorców. „Wszyscy tworzymy jedno”. Kwestia jedności jest stale obecna w treści orędzia. Jedności we wspólnocie. O tym mówi dalszy ciąg tytułu papieskiego dokumentu: „Od wirtualnych wspólnot społecznościowych do wspólnot ludzkich”.

 

Prawie dwadzieścia lat temu, gdy rodził się i kształtował portal Wiara.pl, jednym z zagadnień absorbujących uwagę wielu jego użytkowników było pytanie „Czy Boga można spotkać w Internecie?”. Po wielu dyskusjach wypracowano formułę, która do dziś jest mottem będącego częścią portalu forum internetowego: „Boga nie można spotkać w sieci, ale można (w niej – przyp. A.S.) spotkać ludzi, którzy do niego zaprowadzą”. Współautorzy tego sformułowania, powstałego w czasach, gdy o dominacji serwisów społecznościowych w codziennym życiu miliardów ludzi nikt jeszcze nie mówił, uchwycili jednak wiele z tego, o czym jest mowa w tegorocznym papieskim medialnym orędziu. Intuicyjnie wykryli, że relacje sieciowe są nie celem, lecz środkiem, drogą, która ma prowadzić do spełnienia ewangelizacyjnej misji Kościoła.

 

U początków portalu Wiara.pl można zresztą znaleźć interesujący fakt wskazujący, że już wtedy twórcy dzieł internetowych mieli świadomość tego, co dzisiaj wydaje się oczywistością. Portal powstał pierwotnie jako jeden z serwisów interesującego i nowatorskiego w tamtych czasach na polskim rynku portalu horyzontalnego. Początkowo był przedsięwzięciem skromnym o niezbyt dużych możliwościach udostępnionych (za darmo) przez portal. Jednak po krótkim czasie właściciele portalu zaproponowali znaczące rozszerzenie udostępnionego serwisu powołując się na zaskakujące dla nich szybkie utworzenie się wokół nowego serwisu… społeczności systematycznie go odwiedzających użytkowników. Wymiar społecznościowy okazał się dla nich istotny również po usamodzielnieniu i przekształceniu serwisu w portal dla „wierzących, wątpiących i poszukujących”. Bardzo wcześnie pojawiły się w nim i nadal funkcjonują elementy zaliczane dzisiaj do tzw. mediów społecznościowych, takie jak czat, forum czy platforma blogowa.

 

Promocja spotkania i samoizolacja

 

W internetowej Encyklopedii Zarządzania można wyczytać, że podstawowym założeniem serwisu społecznościowego jest łączenie jego użytkowników ze względu na przynależność do danej grupy, podtrzymywane między nimi więzi, rodzaj wymienianych między nimi informacji (takich jak teksty, zdjęcia, filmy). „Ogólną ideą uczestnictwa w działalności takich serwisów jest obracanie się w danej, zdefiniowanej przez użytkownika grupie społecznej”. W tej wziętej z dość dawno napisanego przez Mirosława Moroza tekstu o efektywności przekazu marketingowego w serwisach społecznościowych definicji został zaanonsowany problem, z którym mierzy się w nich Kościół, i o którym mówi tegoroczne orędzie Franciszka na doroczny dzień poświęcony mass mediom.

 

Choć, jak zauważył na wstępie swego dokumentu Franciszek, odkąd dostępny był Internet, Kościół zawsze starał się promować jego użycie w służbie spotkania między osobami i solidarności między wszystkimi, to jednak serwisy społecznościowe okazały się dla niego szczególnym wyzwaniem. „Sieć jest okazją do promowania spotkania z innymi, ale może również zwiększyć naszą samoizolację, jak sieć pajęcza zdolna do usidlenia” – zauważył Papież. Zwrócił uwagę że to młodzież jest najbardziej narażona na złudzenie, że sieć społecznościowa może całkowicie zaspokoić człowieka na poziomie relacji, aż po niebezpieczne zjawisko młodych „pustelników społecznościowych”, którym grozi całkowite odcięcie się od społeczeństwa. „Ta dramatyczna dynamika ukazuje poważny rozłam w strukturze relacyjnej społeczeństwa, rozdarcie, którego nie możemy lekceważyć”. Mówiąc w uproszczeniu, cały kłopot w tym, że dominujące dzisiaj w życiu miliardów ludzi serwisy są skutecznym narzędziem tworzenia społeczności, jednak nie nadają się do tworzenia wspólnot. Tymczasem istotą Kościoła jest wspólnotowość.

 

Tęsknota za wspólnotą

 

Kościół jest wspólnotą ludzi połączonych wiarą. To coś więcej niż społeczność czy grupa konstruowana wokół wspólnych poglądów, zainteresowań, wrażliwości itp. Dlatego pytanie, przed którym stanął Kościół w związku z wszechobecnością serwisów społecznościowych, brzmi: „Jak odnaleźć prawdziwą tożsamość wspólnotową, będąc świadomym odpowiedzialności, jaką mamy wobec siebie nawzajem, także w sieci online?”. Znalazło się ono w papieskim orędziu. To ważne, gdyż, jak przypomniał Franciszek, zawsze nosimy w sercu tęsknotę za życiem w komunii, pragnienie przynależności do wspólnoty. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, który jest „komunią i przekazem samego siebie”. Prawdziwa wspólnota wymaga bezpośrednich relacji między osobami. Wszelkie relacje w globalnej sieci są zapośredniczone. Istotą przynależności do wspólnoty jest spotkanie. W Internecie spotkanie w dotychczasowym rozumieniu tego słowa (twarzą w twarz) jest niemożliwe. Jednak powszechność sieciowych relacji międzyludzkich zdaje się wskazywać, że może dojść do redefinicji spotkania w świadomości ogromnej części ludzi na świecie. Trudno dzisiaj przewidzieć, jak wpłynie na funkcjonowanie Kościoła i sposób wypełniania jego ewangelizacyjnej misji.

 

W orędziu Franciszka pojawiają się pewne sugestie dotyczące tej kwestii. Papież stwierdził, że jeśli wspólnota kościelna koordynuje swoją działalność poprzez sieć, a następnie wspólnie sprawuje Eucharystię, „to jest ona bogactwem”. Tak samo, jak wtedy, gdy Internet jest szansą, by przybliżyć człowieka do dziejów i doświadczeń piękna lub cierpienia fizycznie od niego dalekich, do wspólnej modlitwy i szukania dobra w ponownym odkryciu tego, co nas łączy.

 

W ten sposób możemy przejść od diagnozy do terapii: otwierając drogę do dialogu, spotkania, uśmiechu, wyrazów czułości… To jest sieć, której chcemy. Sieć, która nie jest stworzona, by pochwycić w pułapkę, ale aby wyzwalać, aby strzec wspólnoty wolnych osób” – napisał Franciszek. Na ile jest to możliwe w obecnie funkcjonujących serwisach społecznościowych? Czas pokaże.

 

ks. Artur Stopka