TVP nie dominuje na rynku mediów – komentarz WOJCIECHA POKORY do opinii OBWE

Obserwatorzy OBWE słusznie oburzają się na stronniczość mediów i nietolerancję w Polsce. Mam nadzieję, że rzetelnie zbiorą wszystkie te przypadki i dokładnie – w duchu tolerancji – je opiszą, do czego w swoim apelu zachęca CMWP.

 

Obserwatorzy OBWE na konferencji prasowej 14 października b.r. w Warszawie przedstawili wstępne opinie do Raportu nt. przebiegu wyborów 2019 w Polsce. Znalazło się w nich twierdzenie, jakoby wybory parlamentarne zakłócała „narracja nietolerancji” oraz „stronniczość mediów szczególnie publicznych”. Międzynarodowi obserwatorzy OBWE stwierdzili jednoznacznie, iż „obywatele przekraczając próg lokali wyborczych, mieli wiele opcji, lecz ich zdolność dokonania wyboru w oparciu o dostępne informacje była pomniejszona poprzez stronniczość mediów, przede wszystkim nadawcy publicznego” oraz że „czołowi politycy używali (w kampanii wyborczej – przyp. red.) narracji dyskryminacyjnej, co budzi poważne obawy w społeczeństwie demokratycznym”.

 

No to zobaczmy, kto w ostatnim miesiącu, gdy kampania nabrała rozpędu, odpowiada w głównej mierze za nastroje społeczne. Liczby są bezwzględne. W programach publicystycznych w swoim paśmie emisji króluje magazyn Moniki Olejnik:

 

„Nowy sezon programu „Kropka nad i” ogląda średnio 590 tys. widzów. TVN24 w paśmie emisji magazynu Moniki Olejnik jest liderem oglądalności wśród stacji newsowych – wynika z raportu Wirtualnemedia.pl.

 

Jak wygląda sytuacja w wieczornym paśmie programów informacyjnych? Popatrzmy:

 

„Fakty” TVN i TVN24 BiS we wrześniu 2019 roku oglądało średnio 2,90 mln widzów, co zapewniło tym stacjom 23,82 proc. udziału w rynku telewizyjnym. W porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej serwis zyskał 8,47 proc. widzów, czyli 227 tys. oglądających, a jego udział wzrósł z 22,67 proc. – wynika z danych Nielsen Audience Measurement, opracowanych przez portal Wirtualnemedia.pl.

Drugie były „Wiadomości” TVP1 i TVP Info. Widownia tego dziennika zwiększyła się najbardziej w zestawieniu – o 12,76 proc. (310 tys. osób) do 2,74 mln oglądających. Udział „Wiadomości” w rynku wzrósł z 18,37 proc. do 20,38 proc.

Oczko niżej znalazły się „Wydarzenia” Polsatu i Polsatu News. Widownia tego dziennika wyniosła 1,97 mln osób, po wzroście o 1,50 proc. (29 tys. widzów). Średnia widownia „Wydarzeń” na głównej antenie wyniosła 1,83 mln osób, a w Polsacie News było to 141 tys.

Wychodzi na to, że jednak wieczorem TVP ze swoim przekazem trafia do mniejszej liczby widzów, niż TVN i Polsat. Nie znam sytuacji zakłócania sygnału innych stacji na multipleksach, TVP nie dominuje na rynku nadawców. Nie ma już w Polsce miejsc, gdzie dociera jedynie sygnał TVP, a brakuje Polsatu czy TVN-u.  Zatem nie rozumiem stwierdzenia, że przede wszystkim stronniczość mediów publicznych wpłynęła na wynik wyborów. Myślę, że wpłynęła na ten wynik w podobnym stopniu, co nadawców prywatnych. A licząc sam udział w rynku, w mniejszym.

 

Przypomnę o jeszcze jednym czynniku, który mógł wpłynąć na zdolność dokonywania wyboru z winy mediów, ze względu na ich stronniczość. Kilka cytatów:

 

Zły stan służby zdrowia, w szkole strajki zamiast lekcji, rosnące ceny żywności czy propaganda państwowych mediów – m.in. o tym można przeczytać w „Gazecie Przedwyborczej”. To ośmiostronicowy raport redakcji „Gazety Wyborczej”, który podsumowuje ostatnie cztery lata rządów oraz przewiduje możliwe konsekwencje dla Polski zbliżającego się głosowania na posłów i senatorów. Milion egzemplarzy „Gazety Przedwyborczej” będzie dystrybuowanych do 11 października br., czyli do ostatniego dnia przed ciszą wyborczą, w ponad 100 polskich miejscowościach. – powyższy cytat pochodzi z portalu olsztyn.wyborcza.pl.

 

Wirtualnemedia.pl natomiast zrobiły zestawienie na temat oferty medialnej Agory przed wyborami:

 

W związku z wyborami parlamentarnymi „Gazeta Wyborcza” przygotowała swoje specjalne wydanie – 8-stronicową „Gazetę Przedwyborczą”. Będzie ona rozdawana do piątku w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców. Wydrukowano 1 mln egz.

 

Do weekendowego numeru „GW” dołączony zostanie dodatek „Władza” zredagowany wspólnie z „New York Timesem”.

 

Natomiast w zeszłym tygodniu z „Wyborczą” ukazały się kolejne „Czarne Księgi PiS”krytycznym tonie opisujące obecną władzę: „Czarna księga PiSancjum” i „Czarna księga niszczenia klimatu”.

 

Od tygodnia „Gazeta Wyborcza” prowadzi kampanię pod hasłem „Masz dość? Nadszedł czas wyborów” zachęcającą do udziału w wyborach. W rysunkowych spotach dyskryminowane osoby zdecydowanie mówią, że mają dosyć obecnych rządów.

 

Tak, obserwatorzy OBWE słusznie oburzają się na stronniczość mediów i nietolerancję w Polsce. Mam nadzieję, że rzetelnie zbiorą wszystkie te przypadki i dokładnie – w duchu tolerancji – je opiszą, do czego w swoim apelu zachęca CMWP.

 

Wojciech Pokora

 

 

 

 

Czas by zniknął – JAROSŁAW WARZECHA o art.212 kk

§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,
podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.
§ 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

 

To oczywiście treść słynnego i haniebnego w polskim prawie artykułu 212 KK. Artykułu godnego czasów stalinowskich i stamtąd się ideowo wywodzącego. Nie trzeba być prawnikiem, by spytać – kto jest władny ocenić czy oskarżony naraził czy nie naraził pokrzywdzonego na „utratę zaufania potrzebnego…”? Oczywiście sąd jest w stanie. A wedle jakich kryteriów proszę wysokiego sądu? Boskich? Własnych? A na jakich podstawach zweryfikowanych? Odkąd dokąd rozciąga się zakres utraty zaufania w opinii publicznej? Czyjej opinii? Powszechnej? Czy tylko grupowej?

 

Artykuł na zamówienie? Bo zależy kto zamawia i co ma za plecami? Ja oczywiście głęboko wierzę w absolutną niedyspozycyjność wysokiego sądu, absolutną uczciwość, absolutną odporność na różne naciski. Ja wierzę. Ale czy tak wrażliwa sfera jak prawo pisane powinna się opierać na wierze? Czy też wiarę powinno się raczej stosować do sfery eschatologii?

 

W maju tego roku artykuł został jeszcze zaostrzony. Nie będę się tu wdawał w szczegóły i rozważania czy tzw. „fałszywe dowody” tego wymagały czy były tylko pretekstem do większego kneblowania swobody wypowiedzi. I trudno uwierzyć w zapewnienia ówczesnego wiceministra sprawiedliwości, że to zaostrzenie nie będzie tyczyło dziennikarzy. Praktyka pokazuje nie raz i nie dwa, że jak będzie trzeba to będzie tyczyło.

 

Dyskusja, że haniebny artykuł 212 KK powinien być dawno zniesiony trwa nieprzerwanie od lat. Kolejna władza dochodząc do władzy zapewnia, że tym razem to z pewnością tak. W 2015 roku takie zapewnienia też były, a 212 ma się jak najlepiej i służy także tym, którym w imię choćby racji stanu państwa polskiego służyć nie powinien. Także tym.

 

Powyborczy kurz opada. Początek nowej kadencji. Dobry czas, by artykuł 212 KK odszedł w niebyt. Teraz. Na początku. Bo za chwilę będzie jak zwykle, jak zwykle od lat bywa.

 

Jarosław Warzecha

Noblistka Olga Tokarczuk promuje Polskę? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

  • Większość mediów w Polsce zachwyciła się, gdy 10 października 2019 r. Olga Tokarczuk została ogłoszona laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 2018 rok, „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Czy ten – przepraszam za słowo – bełkot – nie powoduje Państwa dreszczy? Dużo poważniejsze pytanie brzmi: Czy owa „wyobraźnia narracyjna” i „encyklopedyczna pasja” dopuszczają też kłamstwa o Polsce? Bo kalanie swojego gniazda nie powinno być nagradzane, ale piętnowane.

 

(Post)komunistyczna strona Polityka.pl radowała się: „Wielkie święto dla polskiej literatury – Olga Tokarczuk otrzymała Nobla, najważniejsze wyróżnienie dla pisarza na świecie.”

 

Wyborcza.pl cytowała opinie światowej prasy: „Większość mediów zwraca uwagę na kontrowersje związane z przyznaniem Nobla Peterowi Handkemu, za to nie ma wątpliwości, że Nobel należał się Oldze Tokarczuk jak mało komu”.

 

Czy na pewno?

 

„Odwaga mówienia”

 

Nawet media lokujące się po prawej stronie polskiej sceny zapomniały o pewnej wypowiedzi:

 

Robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„. Takie bzdury opowiadała Olga Tokarczuk w 2015 r. w TVP, po zdobyciu Literackiej Nagrody Nike, ufundowanej przez „Gazetę Wyborczą”. Nieoceniony Adam Michnik chwalił laureatkę za „odwagę mówienia o sprawach trudnych, często bolesnych„.

 

Organ Michnika wpisał się tym samym w kampanię nienawiści, którą od lat prowadzi paszkwilant Jan Tomasz Gross, czy przejmujący od niego antypolską pałeczką inny Jan: Grabowski. Do owych spraw „bolesnych” ta sama „Wyborcza” podchodzi jednak wybiórczo. Inną miarę przykłada bowiem do Żołnierzy Wyklętych, inną do mordujących ich komunistów. Tu „odwagi mówienia” jakoś brakuje.

 

Media i samorządy

 

Ale wracając do p. Tokarczuk i jej bluzgów na Polaków: rzekomych kolonizatorów, właścicieli niewolników i morderców Żydów. Czy nie są to – poprzez zastosowanie krzywdzącego uogólnienia – kłamstwa historyczne? Próba zastosowania odpowiedzialności zbiorowej? W końcu: czy to rzeczywiście promocja Polski i Polaków – jak komentują Nobla dla Tokarczuk polit-poprawne media – czy raczej mowa nienawiści wobec Polski i Polaków, będąca podstawą odpychającej i nagannej postawy antypolonizmu?

 

Bo taka postawa nie tylko wyklucza ze wspólnoty, odbiera prawo do reprezentowania tej wspólnoty, nie tylko stawia jej wyrazicieli po stronie zaborców i okupantów Polski, ale powinna być z mocy prawa ścigana.

 

Olgę Tokarczuk od lat promują liberalno-lewicowe, „postępowe” środowiska krajowe i międzynarodowe. To polit-poprawne grono „wzbogaciła” przed laty Rada Miejska w Nowej Rudzie, honorując autorkę, a nawet broniąc ją przez wymyślonym hejtem. Teraz do grona apologetów laureatki Nike dołączyła przed momentem Rada Powiatu Kłodzkiego. Przy sprzeciwie przedstawicieli PiS postanowiła nadać arcy-kontrowersyjnej pisarce odznakę „Zasłużony dla Powiatu Kłodzkiego”.

 

Historia pisana na nowo

 

Robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„. I tylko nieliczni dziennikarze prawicy pamiętali o tych słowach z okazji Nobla. Na łamach portalu wPolityce.pl. Witold Gadowski w wywiadzie mówił: „Szwedzka Akademia ma pewne preferencje ideologiczne” i dodawał: „Czy pani Tokarczuk ma pozytywny wpływ na popularyzację Polski? Nie sądzę”.

 

Na tym samym portalu Marzena Nykiel napisała: „Taka wizja Polski podoba się światu! Taka jest promowana i nagradzana najwyższymi nagrodami. Nobel literacki dla Olgi Tokarczuk wpisuje się w ten nurt. Z międzynarodowym mandatem będzie mogła sprawniej pisać naszą historię na nowo, jako kraju kolonizatorów, właścicieli niewolników i morderców Żydów„.

 

Red. Nykiel przypomniała również, że Olga Tokarczuk brała udział w Strajku Kobiet i Czarnych Marszach organizowanych przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego. A w zakończonych właśnie wyborach do parlamentu agitowała, żeby głosować za demokracją, a nie autorytaryzmem.

 

Tadeusz Płużański

CMWP przestrzega przed udziałem w wendetcie – komentarz WOJCIECHA POKORY

Centrum Monitoringu Wolności Prasy w oświadczeniu z 26 kwietnia 2019 r. wyraziło protest przeciwko decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie skazującego „Gazetę Polską” za publikację dot. męża szefowej Fundacji Otwarty Dialog. CMWP zwróciło uwagę, że wyrok naruszał zasadę wolności słowa i miał na celu zniechęcanie dziennikarzy do przedstawiania w postaci publikacji istotnego, wymagającego publicznego wyjaśnienia problemu, jakim jest zawsze transparentność finansowania działalności publicznej oraz zaangażowanych w nią osób (więcej o tym apelu można przeczytać tutaj)

 

Nie dziwi mnie zatem, że Centrum na zapowiedź kolejnych procesów wytaczanych przez FOD zareagowała apelem o ostrożność przy relacjonowaniu przyczyn, przebiegu i treści konferencji prasowej na której procesy te zapowiedziano. Niewątpliwie sytuacja, gdy podmiot dysponujący dużymi środkami finansowymi pozywa swoich krytyków zapowiadając serię procesów na horrendalne kwoty – od dziennikarza obywatelskiego Marcina Reya żąda się np. 100 tys. zł – musi budzić niepokój. I budzi. Szczególnie organizacji, która powołana została do tego, by bronić swobody dziennikarzy w docieraniu do źródeł informacji, umacniania wolności prasy i mediów elektronicznych oraz by strzec wykorzystania wolności słowa. Przy czym zastrzegam, też uważam że każdy ma prawo bronić swojego dobrego imienia. Fundacja Otwarty Dialog ma prawo udowodnić przed sądem, że została poszkodowana czyimś pomówieniem, jeśli została pomówiona ma prawo żądać satysfakcji. Ale nie ma prawa do wendety. I CMWP apeluje (tutaj) o ostrożność w tym względzie. By nie wchodzić w emocje, szczególnie że czas przedwyborczy sprzyja dziś tych emocji wykorzystywaniu.

 

Dla mnie jest ciekawy jeszcze jeden aspekt sprawy. Na branżowym portalu Press pojawiły się wypowiedzi m.in. członka zarządu Towarzystwa Dziennikarskiego Jana Ordyńskiego. Przeczytałem je z zaciekawieniem, spodziewając się obrony dziennikarzy narażonych na procesy. Dlaczego spodziewałem się obrony? Bo mam w pamięci apel m.in. red. Ordyńskiego w sprawie „szykan wobec dziennikarzy krytycznych wobec władzy”. Równo dwa lata temu w liście do dziennikarzy Towarzystwo Dziennikarskie informowało świat dziennikarski: Coraz częściej mamy do czynienia tzw. „legal harassment” – czyli nadużywaniem prawa w celu prześladowania wybranych osób. Władza wykorzystuje środki, którymi legalnie dysponuje, do tłumienia chronionej ustawowo krytyki prasowej (zobacz tutaj) . Centrum Monitoringu Wolności Prasy w swoim apelu było bardziej stonowane, nie zarzuca FOD „Legal harassment”, a jedynie prosi o ostrożność, dlatego spodziewałem się, że radykalne Towarzystwo Dziennikarskie w tym tonie uzupełni apel CMWP. W zamian dostaliśmy atak na Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Rozczarowujące.

 

W tekście zamieszczonym w Press zwrócił moją uwagę jeszcze jeden fragment. Swoisty coming out redaktora Bartosza Węglarczyka z portalu Onet.pl. Publiczne wyrażenie zdania, że każdy dziennikarz powinien sam sobie wyznaczać standardy pracy dziennikarskiej jest dosyć ryzykowne. Także w kontekście zapowiadanych procesów z FOD. Bo gdyby rzeczywiście taka zasada funkcjonowała, to nikt by już nie miał czego szukać przed sądami.  Wszystko byłoby relatywne. Mam nadzieję jednak, że tak nie jest ani w życiu zawodowym pana redaktora, ani w życiu redakcji, którą kieruje. Inaczej przyznałby, że niektórzy sami mogą określać takie zasady jak dążenie do prawdy, bezstronność i uczciwość, poszanowanie prawa i respektowanie dobrych obyczajów, a przede wszystkim – niezależność od grup interesów.

 

Wojciech Pokora

Dziennikarze i wybory – komentarz ELŻBIETY KRÓLIKOWSKIEJ-AVIS

Już od dawna znamy niebezpieczne związki między dziennikarzami, skandalami i wygranymi lub przegranymi wyborami.  Kilka dni temu wybuchła w Polsce afera „Neumann-gate”, zawartość nagranych w Tczewie taśm wylała się z mediów i już dziś wiadomo, że nie pomoże  PO-KO wygrać wyborów. Oczywiście, jest to jeden z wielu faktorów, bo równie ważny, jeśli nie ważniejszy jest brak pakietu wartości, zero programu  i fatalny the Civic Platform’s  politicians performance, czyli brak dorobku i fatalne zachowania polityków PO  w ciągu  ostatnich czterech lat.  „Rzygam tym Tczewem, słowo honoru daję”,  „dopóki jesteś  k…  członkiem PO, będę cię bronił jak niepodległości, jeżeli nie – masz problem”,  „sądy, ja ci gwarantuję, że przez rok nie  przeciągną  żadnej takiej sprawy” i „ w dupie mam, k…, kto jest waszym kandydatem, może być Jan Kowalski, bo tak czy inaczej musi to być  nasz człowiek”. Jaki obraz PO wyłonił się z  wyemitowanych przez TVP Info taśm?   Oto po raz któryś  partia pokazuje swoje złe oblicze –  nie to oficjalne, odświętne, prezentowane w mediach czy na konwencjach, ale prywatne,  które ujawnia się jedynie w rozmowach kuluarowych. Cyniczny stosunek do państwa i wyborców, żadnego zaplecza ideologicznego, motorem działania  jest wyłącznie dobro partii, a złą formą  – zakulisowe machinacje. Co, jak wiadomo, nigdy nie kończy się dobrze dla obywateli. Styl działania Cosa Nostry czy Camorry , a reakcja  na ujawnienie  typowa dla środowisk przestępczych czyli  „idziemy w zaparte”.  Oto kulisy „pracy politycznej” Platformy Obywatelskiej,  największego ugrupowania opozycji totalnej.

 

„Taśmy Neumanna” ujawnili – jak to zwykle w Europie bywa – dziennikarze. W pierwszym przypadku TVP Info, a informacje,  związane z „wydziałem nienawiści” w ratuszu w Inowrocławiu, gdzie rządzi klan Brejzów,  program TVP „Alarm”.  Wprawdzie opozycja zrobiła wszystko, żeby zminimalizować impakt   skandalu  Neumanna – „odgrzewane kotlety” Schetyny, „nie będę się tym zajmować, bo to stare sprawy”  Kidawy Błońskiej – ale  konserwatywne Prawo i Sprawiedliwość i obywatele wiedzą swoje. Czyli, że media, obok informowania, właśnie po to są,  aby wykrywać wpadki rządu i żelazną miotłą wymiatać z przestrzeni publicznej skompromitowanych polityków, także tych z najwyższej półki. I że to one bywają zwykle pierwsze w ujawnianiu afer korupcyjnych czy obyczajowych, czego skutkiem bywa zmiana rządu – patrz: rezygnacja ministra  spraw zagranicznych Johna Profumo czy nagła i tajemnicza  rezygnacja  premiera Wilsona. Do dziś wcale głośno się mówi  o jego nielegalnych kontaktach z radzieckimi służbami specjalnymi.

 

To przecież renomowany dziennik „The Times”, a właściwie jego niedzielne wydanie „Sunday Times” 7 czerwca 1992 roku opublikował pierwszy odcinek sensacyjnej książki Andrew Mortona „Diana: prawdziwa historia”, która zatrzęsła posadami brytyjskiej monarchii i zmieniła jej formułę.  Albo afera wokół premiera Tony Blaira.  Trzy razy z kolei wygrał dla Labour Party wybory , a potem, kiedy Wielka Brytania, u boku Stanów Zjednoczonych, przystąpiła do wojny w Iraku,  jeden wywiad w BBC przyczynił się do jego upadku. Była to rozmowa dziennikarza BBC Andrew Gillighana z doradcą Blaira, Davidem Kelly, podczas której zostało ujawnione, że Saddam Hussein nie dysponował bronią chemiczną i że rządowy raport kłamie. Najpierw prof. Kelly popełnił samobójstwo, a potem Labour Party spowodowała rezygnację swojego szefa  i zarazem premiera, Tony Blaira.  Ale zaczęło się od rozmowy dziennikarza lewicowej dodajmy  BBC – przypominając równocześnie, że Partia Pracy  bynajmniej nie jest konserwatywna!  Chodziło zatem o pryncypia.  Z kolei konserwatywny „The Daily Telegraph”, eksponując w grudniu 2009 roku wielką aferą korupcyjną w Izbie Gmin, uderzył nie tylko w posłów laburzystów i liberalnych demokratów, ale i w swoich, w konserwatystów. Jak to się skończyło? Ano w pół roku później, w maju 2010 roku, do wyborów parlamentarnych nie stanęło 39 znanych nazwisk z trzech głównych ugrupowań.  Teraz, w epoce Brexitu, w Wielkiej Brytanii nastąpiło wyraźne tąpniecie procedur demokratycznych, ale jeszcze niedawno, kiedy pojawiał się skandal,  interweniowały wszystkie media, bez względu na światopogląd. I zgodnie twierdziły, że – jeśli dochodzi do nagannych zachowań polityków, łamania prawa i psucia demokracji  – należy  głośno protestować. Wespół – zespół. Bowiem rząd i parlament, sądy i media publiczne mają służyć nie dobru swojej partii, lecz  państwa i obywateli.

 

A teraz, jak zareagowali podczas tej wielkiej afery z 2009 roku David Cameron, Nick CleggEd Miliband? Otóż wszyscy trzej zapowiedzieli skompromitowanym posłom –  odchodzisz z partii dziś, albo nie stajesz do elekcji za pół roku. To dlatego, na mocy dżentelmeńskiej umowy, w wyborach powszechnych w maju 2010 zabrakło tyle znanych twarzy! Sławomir Neumann, prawdopodobnie na skutek decyzji Schetyny,  zrezygnował z przywództwa  klubu parlamentarnego Platformy.  Ale Brytyjczycy  mówią w takich okolicznościach „too little, too late”.  Bo  wedle cywilizowanych standardów, po takiej kompromitacji, powinien natychmiast zrezygnować z członkostwa  partii  i  z kandydowania w wyborach za tydzień. Jego koledzy nadal bagatelizują sprawę, a sam Neumann powtarza, że „wyborcy sami zadecydują”. Jeśli jednak po tym, co poseł PO powiedział o swoim elektoracie w Tczewie i gdzie indziej ludzie zdecydują się  na niego głosować, to może istotnie „g…. wiedzą”?  Nie znają swoich praw i zindoktrynowani przez  „neumannów”, mimo wszystko zagłosują na swoje ugrupowanie? I im bardziej skompromitowane, tym więcej otrzyma głosów? To już  jako „ ofiarą politycznych manipulacji PiS”?. Pozostaje  pytanie – co to za rzeczywistość partyjna, która stawia polityka i jego elektorat w tak  dziwacznej sytuacji? I jak się to ma do zasad demokracji, w centrum której  stoi nie polityk, ale jego wyborca?

 

I kolejna sprawa. Jeśli Grzegorz Schetyna, Sławomir Neumann i Ska. wciąż narzekają, że  media publiczne „polują na nich” i że  „są ofiarami zmasowanego ataku PiS”, to znaczy, że wciąż  nie rozumieją zasad polityki, ani demokratycznego państwa prawa.  A więc daleko jeszcze do chwili, kiedy – jak premier Cameron  w 2009 roku – powiedzą do swoich deputowanych: „Ludzie są zirytowani naszym nagannym postępowaniem. I musimy zrobić wszystko, żeby odzyskać ich zaufanie”.  Z drugiej strony rzeczywiście jest prawdopodobne, że elektorat  PO i komercyjne media o swoich prawach i obowiązkach „g… wiedzą”.  Czy  inaczej, działając na własną szkodę, by się ich nie domagali?

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Dziennikarze na wynajem – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Tacy będą dziennikarze, jakie ich kształcenie. Jeśli kształci się służalców to nic dziwnego, że potem klepią co im władza każe.

 

Żeby werbalnie brzmiało to ważniej, nazwano tę niby specjalność PR-em, czyli public relations. Ani to relacja, ani wartość społeczna. Równie naukowe jest nauczenie szewstwa, czy robienia pedicure. Choć wymienione zawody są pożyteczne.

 

PR – wciśnięty na rzekomo dziennikarskie wydziały to zbrodnia na żywym ciele pełnych entuzjazmu i nadziei młodych. Wdarła się ta pseudonauka do szlachetnego z założenia zawodu i go pustoszy. Jak można do jednego garnka wrzucać świeże marchewki i groszek dokładając szlam koncepcji wciskania kitu. Dziennikarstwo to szczere i odważne poszukiwanie prawdy, a nie wciskanie dziecka w brzuch.

 

Nieprawda, że durnie rodzą się sami. Właśnie sieje ich się bezrozumnie, dziwiąc potem, że z niewinnego czeladnika wyrasta cwaniak, kłamca – objawiający się potem jako informacyjny publicystyczny manipulant, którego wzorem jest pseudoposeł, pseudosenator.

 

Żurnalistyka i „pijarostwo” nie mają ze sobą nic wspólnego. Jedno to misja społeczna, a drugie – biznes.

 

Hycel, komornik, oficer śledczy to niezbędne dla utrzymania porządku zawody. Ale do ich wykonywania trzeba mieć odpowiednie predyspozycje. Jeśli ktoś chce być dziennikarzem powinien mieć wstręt do brania pieniędzy za usługowe artykuły, audycje i filmy. Należą mu się oczywiście honoraria za pracę, ale nie od bohaterów jego opowieści, ale od redakcji, od mediów.

 

Materiał opłacany musi być oznaczony informacją, że to dzieło na zamówienie, sponsorowane, po prostu rodzaj reklamy.

 

Jeśli nie ma „chińskiego muru” między materiałami reklamowymi a redakcyjnymi – należy karać, eliminować.

 

Nasze państwo dopuściło do gigantycznego oszukiwania swoich obywateli. Choć ma armię „ekonomistów” i „publicystów”. Dopuszczenie by uczenie dziennikarstwa i szykowanie do pracy PR-owców „w jednym stało domu” jest niedopuszczalne.

 

„Dziennikarz” z łbem wzdętym PR-owskimi wskazówkami będzie oczywiście świetnym służącym polityka. Nieważne jakie będą treści, ważne by były opłacone.

 

Po co się martwić, po co trudzić. Przecież można się narazić, ubrudzić. Otrzymujesz wytyczne albo sam odgadujesz myśli pryncypała! Jesteś żywą antycypacją. Robisz pod szefów, tak samo zresztą jak owi robią pod swoich decydentów. Nieważne czy ów przegina w lewo, czy w prawo. Decydent musi mieć wyrobników. Nie będzie się parał za te marne kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Lobbysta świetnie przygotowany na dziennikarskich studiach, za państwowe pieniądze to wyrobnik. Teraz, gdy padają redakcje, łatwo o takich. Chłopcy i panienki gotowi są każdą robotę przyjąć i wykonywać. Chwytają w mig. Służą. Powinni mieć etykietkę jaka to uczelnia ich przygotowała.

 

Stefan Truszczyński

Uzależnieni od lajków – MIROSŁAW USIDUS analizuje jak social media zmieniły życie

Korzystanie z social mediów należy do najsilniejszych popędów współczesnych ludzi, znajdując się w tej samej grupie co seks, spanie, picie alkoholu lub palenie papierosów. Nawet niektórych przedstawicieli Facebooka zaczął w końcu przerażać potwór, który stworzyli.

 

„Mam trzy i pół tysiąca znajomych i przyjaciół na Facebooku, kolejnych kilka tysięcy na Instagramie, tysiąc pięćset osób obserwuje mnie na Twitterze i posiadam prawie dwa tysiące kontaktów na LinkedIn. A w sobotni wieczór nie mam z kim obejrzeć filmu, czy zjeść kolację” – napisać coś takiego mogą dziś tysiące, a nawet miliony ludzi. Życie społecznościowe to nie to samo co życie społeczne.

 

Spójrzmy, jak w ciągu ostatnich lat zmieniało się znaczenie prostych słów, takich jak „znajomy”, „przyjaciel”, „śledzić”, „lubić”, „nie lubić”? Odpowiedź brzmi: zmieniało się niepostrzeżenie. Przesuwające się w znanych od wieków pojęciach odcienie znaczeniowe przekładają się na znaczące zmiany w świecie naszych relacji społecznych i wartości.

 

„Przyjaciel” z internetu może okazać się kimś niezbyt interesującym „w realu”. „Lubienie” kogokolwiek i czegokolwiek wyłącznie na podstawie obrazka, to zupełnie nowy sens tego słowa. Kupujemy coś, lub udajemy się do miejsc rekomendowanych przez podmioty całkowicie anonimowe i nam nieznane. Rację przyznaje się nie temu, kto potrafi użyć lepszych argumentów lub udowodnić swoje stanowisko przykładami, lecz temu kto skutecznie przykryje argumentację strony przeciwnej przewagą liczebną, zdobędzie większy zasięg. „Mowa nienawiści” nie ma nic wspólnego z nienawiścią, za to wiele z odmiennymi poglądami politycznymi.

 

„It’s a new world,” mówi Reb Tewje w „Skrzypku na dachu”. I ten komentarz bardzo pasuje do społecznej rewolucji, jaka ma miejsce za sprawą mediów społecznościowych. Tylko, być może, ów „nowy świat” nie przez każdego jeszcze jest dostrzegany.

 

Depresja społecznościowa

 

Gdybyż tu chodziło tylko o to, że nadeszło „nowe”. Problem w tym, że nadeszło „gorsze”. Ostatnie lata przyniosły serię badań platform społecznościowych z niezwykle niepokojącymi wynikami. Np. studium przeprowadzone przez Uniwersytet Michigan wykazało, że im więcej czasu dana osoba spędza na Facebooku, tym bardziej obniża się jej samopoczucie i samooocena a narastają nastroje depresyjne. Jeden z autorów badań, Ethan Kross wyjaśniał to w komentarzu medialnym tak: „Na zewnątrz Facebook stanowi nieocenione źródło zaspokajania potrzeb społecznych, pozwalając ludziom łączyć się ze sobą, kontaktować, rozmawiać, jednak potem okazuje się, że zamiast podnosić człowieka na duchu, intensywne korzystanie z Facebooka może w silnym stopniu negatywnie wpłynąć na nastrój”.

 

Badacze nie chcą pochopnie wyrokować, czy korzystanie z mediów społecznościowych powoduje depresję, czy też jest może tak, że ludzie ze skłonnościami do depresji chętniej zanurzają się w cyfrowym świecie. W publicystyce zachodniej znane jest pojęcie „social media depression”, które nie ma jeszcze charakteru naukowego. Opisuje cały kompleks stresów i frustracji współczesnego konsumenta internetu. Od napięcia spowodowanego brakiem mobilnego zasięgu, huśtawki nastrojów spowodowanych przerwami z działaniu sieci aż po osamotnienie, gdy w twojej sieci społecznościowej nie masz odzewu i interakcji, nikt nie komentuje, nie lubi i nie udostępnia.

 

Psycholog Jim Daley w artykule opublikowanym w ubiegłym roku w „The Huffington Post” nazwał ten syndrom jeszcze inaczej – DA, „disconnectivity anxiety” („diskonektofobia”?).  Choć nie jest to jeszcze oficjalnie zaburzenie psychiczne, Daley uważa, że problem narasta. „DA wiąże się narastaniem negatywnych emocji, takich jak strach, złość, frustracja, rozpacz i fizyczne cierpienie. Jedyną ulgę, choć krótkotrwałą, daje przywrócenie połączenia z internetem”.

 

Wcześniej Holly Shakya z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego i profesor z Yale Nicholas Christakis spędzili dwa lata badając ponad pięć tysięcy pełnoletnich ludzi, z próby badawczej Gallupa, a wyniki swoich badań opublikowali w 2017 r. Naukowcy śledzili sposób korzystania przez nich z Facebooka, konfrontując te badania z diagnozami ich samopoczucia emocjonalnego i fizycznego, a także wskaźnikiem masy ciała (BMI). „Nasze wyniki wykazują, że chociaż ogólnie sieci społecznościowe były pozytywnie kojarzone, nie dotyczyło to Facebooka” – podsumowali badacze w artykule, który ukazał się w „Harvard Business Review”. „Negatywne wyniki były szczególnie wyraźne, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne”.

 

Dlaczego Facebook jest tak bardzo niekorzystny dla naszej równowagi emocjonalnej? Jeszcze wcześniejsze badania sugerowały, że serwisy te stwarzają coś w rodzaju fałszywej presji na użytkownika ze strony innych członków społeczności. Ponieważ większość ludzi unika publikowania na platformie negatywnych treści lub informacji o stresujących przeżyciach, sieć społecznościowa kreuje mylący obraz środowiska, w którym każdy wydaje się radzić sobie lepiej i mieć więcej frajdy z życia niż ty. Jak zauważają badacze, ekspozycja wyselekcjonowanych, mających „wizerunkowy” i „promocyjny” charakter, obrazów z życia innych ludzi prowadzi do porównań stawiających nasze doświadczenie życiowe w negatywnym świetle.

 

A co z magiczną zdolnością Facebooka łączenia z przyjaciółmi i rodziną, na dowolne odległości? Także to, jak wynika z badań, nie działa dobrze. Zastępowanie rzeczywistych, spotkań, rozmów, bliskości i intymności, komunikacją przez social media, nie zbliża ludzi, lecz prowadzi do dalszej alienacji. Ludzie „wytrenowani” w takich formach komunikacji, gdy się w końcu spotykają, nie potrafią odłożyć swoich telefonów i cieszyć się realnym kontaktem z drugim człowiekiem. Przecież dobrze znamy obrazki grona ludzi siedzących przy jednym stole i wgapiających się z w ekrany swoich smartfonów zamiast ze sobą rozmawiać.

 

Młodzież w świecie lęku

 

Co jakiś czas słyszymy o nastolatkach popełniających samobójstwo w sieciami społecznościowymi w tle. Najgłośniejsze przypadki wydarzyły się w tym roku w Wielkiej Brytanii. Najpierw 14-latka Molly Russell popełniła samobójstwo „instagramowe” a ostatnio piętnastoletnia Ruby Seal zabiła się po tym, jak nikt nie zareagował na jej dramatyczny wpis na Snapchacie.

 

W książce, która ukazała się w tym roku, „Understanding Teenage Anxiety” (pol. „Zrozumieć lęk nastolatków”), autorzy Jennifer Browne i Cody Buchanan, piszą o spustoszeniach, jakie media społecznościowe wyrządzają w duszach i umysłach młodzieży, czyli pokolenia zażywającego tych serwisów w największych dawkach. Książka jest swoistą psychodramą rozgrywającą się pomiędzy matką Jennifer Browne i współautorem, jej nastoletnim system Cody’m Buchananem, która zmaga się z lękami i depresją. A przyczyny są podobne do opisanego wcześniej „targowiska próżności” na Facebooku – gigantyczna presja, zwielokrotniona przez masowe zasięgi i wszechobecność komunikacji.

 

Stara dobra presja rodziców na dzieci jest niczym wobec tych potęg. Artykuł opublikowany w „New York Times Magazine” w 2017 r. opisuje, jakim naciskom w cyfrowych środowiskach szkolnych i akademickich poddawani są młodzi ludzie. Nieustanny osąd, rywalizacja, cyberbullying, mobbing. Tego rodzaju zachowania  w szkołach, grupach młodzieżowych występowały zawsze, ale nigdy nie przenosiły się do „w mediów”, do platform publicznych, na widok tysięcy innych.

 

Media społecznościowe przypominają wirtualny salon, wypełniony wyselekcjonowaną grupą ludzi, z którymi czujemy się komfortowo i chcemy być kojarzeni. Doświadczenia są wybierane i realizowane według kryterium wygody i poziomu łatwości. Zasadniczo, dzieci uczą się wybierać doświadczenia, o których wiedzą, że będą czuć się z nimi komfortowo i generalnie są zadowoleni z tego, że mogą być z nimi kojarzeni. Że to nie jest prawdziwe życie. A jakie to ma znaczenie? W prawdziwym życiu nie ma nic ciekawego.  A jeśli jest, to często nie jest to przyjemne. Więc uciekajmy od prawdziwego życia. Po co zmuszać się do dyskomfortu, skoro nie trzeba, skoro są social media i wymyślona/y ja oraz mnóstwo ludzi, którzy mnie takim wymyślonym podziwiają?

 

Jak seks, a nawet bardziej

 

Media społecznościowe całkowicie zmieniły zakres naszych doświadczeń życiowych. Weźmy na przykład podróże. Nie chodzi tylko o to, że omijanie kijków ze smartfonami utrudnia poruszanie się w tłumie zwiedzających. Także o to, że turyści nie patrzą już nawet na zabytki, dzieła sztuki, czy krajobrazy. Zamiast tego patrzą w wyświetlacze a na nich widzą najczęściej samych siebie i czasem przy okazji jakąś fajną scenerię do „selfika”.

 

Doświadczenie sztuki i historii zostało zastąpione doświadczeniem cyfrowej reprezentacji. Niby nic dziwnego dla „cyfrowych tubylców” – przecież to ich zwykły sposób poznawania świata. Spędzamy więcej czasu zastanawiając się nad tym, jak inni ludzie będą postrzegać nasze przygody, niż faktycznie je mieć.

 

Jeśli ktoś ciągle upiera się, że życie (i pożycie) społeczne wcale się tak nie zmieniło, niech zwróci uwagę na szokujące sygnały, że potrzeba sprawdzania mediów społecznościowych bywa dziś wśród młodzieży silniejsza niż popęd seksualny. Niewiarygodne? A jednak. Już badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Chicago w 2012 roku na grupie badawczej z Niemiec, wykazały, że korzystanie z social mediów należy do najsilniejszych popędów współczesnych ludzi, znajdując się w tej samej grupie co seks, spanie, picie alkoholu lub palenie papierosów. W tym samym roku naukowcy z Uniwersytetu w Bonn wysunęli przypuszczenie, że za uzależnienie od Internetu odpowiada gen CHRNA4, ten sam, który stoi za nałogiem nikotynowym.

 

Nawet niektórych przedstawicieli Facebooka zaczął w końcu przerażać potwór, którego stworzyli. W 2017 Chamath Palihapitiya, były wiceprezes Facebooka, powiedział: „Krótkotrwałe, napędzane dopaminą pętle zwrotne, które stworzyliśmy w Facebooku, niszczą społeczeństwo, jakie znamy. Brak dyskursu obywatelskiego, brak współpracy, dezinformacja, błędy”. Podczas wystąpienia na Uniwersytecie Stanforda mówił też o „pielęgnowaniu naszego życia na podstawie społecznościowych wyobrażeń o doskonałości”„natychmiastowych nagrodach – sygnałach społecznościowych, serduszkach, lubisiach, kciukach do góry” które otrzymujemy. „Chętnie i bezkrytycznie łączymy to wszystko z wartościami i z prawdą, choć to tylko krótkotrwała i niemal natychmiast przemijająca popularność. Gdy zastrzyk dopaminy instant przestaje działa, zostaje pustka” – podsumował Palihapitiya.

 

Czy to nie paradoksalne, że coś co zostało ochrzczone mianem „społeczności” jest dla prawdziwych społeczności tak silnie destrukcyjne. Że narzędzia, które miały służyć do łączenia ludzi, budowania lepszych więzi i relacji, stały się ostatecznie czymś co izoluje ludzi od siebie wzajemnie. Nawet w romantyczno-seksualnym aspektach, które lata temu na platformach social media wydawały się dość ważne, okazało się, że ostatecznie są one bardziej „zamiast” niż dla prawdziwej bliskości ludzi.

 

Stało się najwyraźniej coś złego. Jeszcze niezbyt dokładnie zdajemy sobie sprawę, co poszło nie tak. Badań i analiz zjawiska jest wciąż trochę mało. W swoim imieniu mogę powiedzieć, że nie o taki społecznościowy Internet chodziło mi, gdyż kilkanaście lat temu z entuzjazmem przyjmowałem pierwsze serwisy tego rodzaju.

 

Mirosław Usidus

 

Samorząd w klatce – WIKTOR ŚWIETLIK o samorządzie dziennikarskim

Jeśli chodzi o samorząd to mam z klasyka klasyków swój ulubiony cytat z czasów powoływania członków KRRiT w 1994 roku: – zrobiłem tak, bo jestem niezależny, samorządny i nazywam się prezydent. Nie trzeba chyba dodawać z kogo to cytat (podpowiedź – nie jest to starotestamentowy Jahwe). Z samorządnością jest tak, że każdy rozumie przez nią co chce. Dowodem, dyskusja, która się ostatnio toczy, także na stronie Sdp.pl.

 

Rządzący politycy mówią, że chcą uregulować zasady na jakich funkcjonuje zawód dziennikarza. Twierdzą, że w ten sposób uporządkują funkcjonowanie tej branży. Fakt, że o takim unormowaniu mówiło się w czasach, kiedy jeszcze miałem bujną fryzurę. Podnoszono wówczas często argument, że na listach rozmaitych zawodów tworzonych przez instytucje państwowe astrologowie i radiesteci mają bardziej ugruntowaną pozycję niż dziennikarze, nie zawsze wymieniani. Wszystko wynikało z braku jednoznacznej definicji. W wielu zachodnich krajach jest nią właśnie przynależność, do któregoś z syndykatów. W USA dziennikarz to ten, kto działa na zlecenie jakiejś redakcji. Tak często przyjmuje się dziś i u nas. Tyle, że redakcją może być jednoosobowy portal, blog, a nawet regularnie odnawiany profil na Facebooku. Wystarczy „periodyczność”.

 

Po co taka regulacja? W teorii wzmacniałaby dziennikarzy profesjonalnych kosztem amatorów. Choćby po to, by było wiadomo kogo chroni prawo prasowe. Kto ma prawo wejść do Sejmu, uzyskać akredytację na mecz, może wejść na konferencję prasową. A kto dziennikarzem nie jest, tylko udaje. Na przykład lobbysta lub czynny polityk.

 

Wszystko ładnie, ale dziennikarze z kolei – i to nie tylko ci, którzy są opętani antypisowską psychozą – twierdzą, że lepiej by politycy się w budowanie samorządów nie bawili. Bo jak się wezmą, to zaraz będą chcieli decydować o tym, kto jest dziennikarzem, a kto nie według klucza politycznego. Cytując Sławka Jastrzębowskiegozrobią samorząd, znaczy porządek”.

 

Nie podzielam ani entuzjazmu pierwszych do budowy samorządów, ani obaw drugich, że jakiś sanhedryn złożony z nominatów politycznych wrogów władzy będzie wykluczał z zawodu jak komisje ze stanu wojennego.

 

Zacznijmy od tych drugich. Po pierwsze mamy już takie sanhedryny. Nazywają się sądy. To one mogą, i w niektórych przypadkach orzekają zakaz wykonywania zawodu dziennikarza. Takie uprawnienie jest skandaliczne, wrogie demokracji i wolności słowa, a sądy w Polsce są upolitycznione do szpiku. Wielu sędziów nie kryje poglądów politycznych, a jeśli posuwają się tak daleko, to zakładam, że te poglądy decydują o wyrokach. Tak uważam, „dwadzieścia osiem filmów o tym nakręciłem…”, więc tu tyle w temacie.

 

Myślę, że jakieś 80 procent polityków – bez względu na opcję – najchętniej wyciszyłoby niechętne im media, tyle, że tego się nie da zrobić. Nie da się w erze mediów społecznościowych i realnej kultury wolności słowa, w której żyjemy. Widzieliście ilu młodych ludzi protestowało na marszach KOD-u? Była to raczej taka trzecia młodość odstawionej klienteli PO. A ilu na demonstracjach w sprawie tzw. ACTA2? Pełno dzieciarni.

 

Cenzura mediów byłaby politycznym samobójstwem. Do tego była już formacja, która przy pomocy raczej gangsterskich – jak na standardy europejskiej polityki – metod, opanowała wszystkie media. Jednego inwestora wypędziła, sprzedała coś szemranemu biznesmenowi, niegrzecznego naczelnego zwolniła naciskając na niemieckiego wydawcę, pozbyła się dziennikarza, który ruszał trudny temat reprywatyzacji, podsłuchiwała, wysyłała tajne służby na redakcje. W dodatku robiła to przy tolerancji ze strony świata i rodzimych obrońców praw człowieka.

 

I co z tego wyszło? Za przeproszeniem Pań – jajco. Nowe media powstały jak grzyby po deszczu, opozycyjne kluby dyskusyjne, jak za komuny, pozwalały na tworzenie struktur, a Twitter został opanowany przez opozycyjną nie mającą mediów prawicę.

 

Czy więc rację mają politycy? Może dobrze by było, gdyby powstało takie ciało, gdzie spotkają się dwaj Kurscy, Blumsztajn, SkowrońskiSakiewicz i będą z władzą rozmawiać? Choćby o artykule 212, fatalnych orzeczeniach sądów, tym jak najlepiej budować umowy dziennikarskie, jak konstruować rynek reklamowy. I tu mam wątpliwości. Bo – może poza 212 – w każdej z tych spraw rzuciliby, o sorry, rzucilibyśmy się sobie do gardeł. Lepiej już urządzić zawody w klatkach.

 

Do tanga trzeba dwojga. A tu jedni stoją z jednej strony ściany, drudzy z drugiej. Nie będzie z tego ani tanga, ani dzieci. Co najwyżej może wyjść mordobicie, czyli nasz chleb powszedni.

 

Wiktor Świetlik         

Sieć osób, nie kabli – KS. MARIUSZ FRUKACZ analizuje nauczanie papieża Franciszka o mediach

Kultura spotkania, dziennikarstwo pokoju i miłosierna komunikacja to najważniejsze elementy edukacji medialnej w nauczaniu papieża Franciszka.

 

Media we współczesnym świecie mają kluczowe znacznie. Zdaje sobie z tego bardzo dobrze sprawę papież Franciszek, który każdego roku kieruje do ludzi mediów i całego Kościoła swoje orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Papież kontynuuje w ten sposób, to co wcześniej czynili św. Paweł VI, św. Jan Paweł II i Benedykt XVI. Edukacja medialna papieża Franciszka bardzo mocno koncentruje się na pojęciach:  bliskości, spotkania i dialogu.

 

Media i kultura spotkania

 

Papież Franciszek zwraca uwagę ludziom odpowiedzialnym za przekaz i komunikację, że w dzisiejszym świecie media mają do odegrania ogromną rolę w tym, aby pomóc ludziom, by poczuli się bliżej siebie nawzajem. Równocześnie powinny budować jedność rodziny ludzkiej, pobudzać do solidarności i lepszego poważnego zaangażowania na rzecz bardziej godnego życia. „Dobra komunikacja pomaga nam być bliżej siebie oraz lepiej poznawać siebie nawzajem, w byciu bardziej zjednoczonymi. Dzielące nas mury można pokonać tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi, by słuchać siebie nawzajem i uczyć się jedni od drugich. Musimy godzić różnice poprzez formy dialogu pozwalające nam wzrastać w zrozumieniu i szacunku” – napisał papież Franciszek w swoim orędziu w 2014 r.

 

Bardzo często papież przypomina, że trzeba poprzez środki społecznego przekazu budować kulturę spotkania. „Kultura spotkania wymaga, abyśmy byli skłonni nie tylko dawać, ale także otrzymywać od innych. Media mogą nam w tym pomóc, zwłaszcza dzisiaj, kiedy sieci ludzkiej komunikacji osiągnęły bezprecedensowy rozwój. Zwłaszcza internet może zaoferować większe możliwości spotkania i solidarności między wszystkimi, a jest to rzecz dobra, jest to Boży dar” – podkreślił Franciszek w swoim orędziu w 2014 r.

 

Ojciec Święty ciągle przypomina, że media mają być w służbie godności osoby ludzkiej, zwłaszcza że „komunikacja jest ostatecznie zdobyczą bardziej ludzką niż technologiczną” i równocześnie „sieć digitalna może być miejscem bogatym w człowieczeństwo, nie siecią przewodów, ale osób”.

 

 

Miłosierne komunikowanie się

 

Papież Franciszek w swoich orędziach zwraca uwagę na nowe sposoby komunikacji. Wskazuje przy tym m.in. na dialog, komunikację bliskości, wysłuchanie i język miłosierdzia. Właśnie zwrócenie jeszcze większej uwagi na miłosierne komunikowanie się jest czymś ważnym dla współczesnych mediów. W swoim orędziu w 2016 r. Franciszek przypomniał, że „komunikacja ma moc budowania mostów, sprzyjania spotkaniu i integracji, ubogacając w ten sposób społeczeństwo”. „Jak to dobrze, gdy widzimy osoby zaangażowane w staranne dobieranie słów i gestów, ażeby przezwyciężyć nieporozumienia, uleczyć zranioną pamięć i budować pokój oraz zgodę. Słowa mogą przerzucać mosty między ludźmi, rodzinami, grupami społecznymi,  narodami. Jest to możliwe zarówno w przestrzeni fizycznej jak i cyfrowej. Dlatego słowa i działania powinny nam pomóc wyjść z zaklętego kręgu potępień i zemsty, które stale wpędzają w matnię osoby i narody, prowadzące do wyrażania się przesłaniami nienawiści. Natomiast słowo chrześcijanina stawia sobie za cel spowodowanie rozwoju komunii i nawet jeśli musi zdecydowanie potępić zło, stara się nie zrywać relacji i komunikacji” – napisał papież.

 

Ojciec Święty w tym samym orędziu wskazał na wysłuchanie jako istotny element miłosiernej komunikacji. „Komunikowanie oznacza dzielenie się, a dzielenie się wymaga wysłuchania, akceptacji. Wysłuchanie to znacznie więcej niż słuchanie. Słuchanie dotyczy dziedziny informacji; natomiast wysłuchanie odwołuje się komunikacji i wymaga bliskości. Wysłuchanie pozwala nam przyjąć właściwą postawę, opuszczając spokojną kondycję widzów, użytkowników, konsumentów. Wysłuchanie oznacza również zdolność dzielenia się pytaniami i wątpliwościami, przemierzenie jakiejś drogi obok siebie, wyzwolenie się z wszelkiej pyszałkowatości wszechmocy i pokorne oddanie swoich umiejętności i darów na służbę dobra wspólnego” – napisał Ojciec Święty.

 

Papież Franciszek zwrócił uwagę również na to, że „to nie technologia określa, czy komunikacja jest autentyczna, czy też nie, ale serce człowieka i jego zdolność do dobrego wykorzystania środków, jakimi dysponuje”.  Dlatego tak ważne w pracy dziennikarskiej powinno być spotkanie pomiędzy komunikacją

a miłosierdziem.

 

Warto w tym miejscu przywołać słowa, które wypowiedział sługa Boży kard. Stefan Wyszyński na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy i prosił ich, aby jak psy lizali rany narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, «psi język». …macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […] Nazwałem Was «psami» dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby «wylizać rany» pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu” – powiedział kard. Wyszyński.

 

Fake news a dziennikarstwo pokoju

 

Jednym z najbardziej dyskutowanych zjawisk we współczesnym dziennikarstwie są tzw. fake news – fałszywe informacje. Mają one na celu dezinformację, informację bezpodstawną, opartą na nieistniejących lub zniekształconych danych i zmierzającą do oszukania czytelnika, a nawet do manipulowania nim. Papież Franciszek temu tematowi poświęcił swoje orędzie do ludzi mediów w 2018 r.  Papież wskazuje na istnienie swoistej logiki dezinformacji: „Zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych. Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów” – napisał papież Franciszek. W swoim orędziu Ojciec Święty przypomina, że najbardziej radykalnym antidotum na wirus fałszu jest oczyszczenie się przez prawdę i krzewienie dziennikarstwa pokoju. „Nie rozumiem przez to wyrażenie dziennikarstwa «dobrodusznego», zaprzeczającego istnieniu poważnych problemów i przyjmującego ckliwe tony. Mam na myśli, przeciwnie, dziennikarstwo bez udawania, wrogie fałszom, sloganom dla efektu i spektakularnym deklaracjom. Dziennikarstwo uprawiane przez osoby dla osób, pojmujące siebie jako służba wszystkim ludziom, zwłaszcza tym stanowiącym większość na świecie, którzy nie mają głosu; dziennikarstwo, które nie spalałoby wiadomości, ale angażowało by się w poszukiwanie prawdziwych przyczyn konfliktów, aby sprzyjać ich dogłębnemu zrozumieniu i przezwyciężaniu przez rozpoczęcie korzystnych procesów; dziennikarstwo zaangażowane we wskazywanie rozwiązań alternatywnych dla eskalacji wrzasku i przemocy słownej” – wyjaśnił Ojciec Święty.

 

 

Sieć solidarna

 

W edukacji medialnej papieża Franciszka bardzo często pojawia się pojęcie wspólnoty – zwłaszcza w kontekście najnowszych technologii i świata cyfrowego. Papież w 2019 r. przypomniał ludziom mediów, że „wspólnota jest o tyle silniejsza, o ile jest bardziej spójna i solidarna, ożywiana uczuciami zaufania i dążąca do wspólnych celów. Wspólnota jako sieć solidarna wymaga wzajemnego słuchania i dialogu opartego na odpowiedzialnym używaniu języka”. Dla papieża Franciszka sieć jest oczywiście okazją do promowania spotkania z innymi. Jednak, jak zwraca uwagę Ojciec Święty, może ona „również zwiększyć naszą samoizolację, jak sieć pajęcza zdolna do usidlenia”. „To młodzież jest najbardziej narażona na złudzenie, że sieć społecznościowa może ich całkowicie zaspokoić na poziomie relacji, aż po niebezpieczne zjawisko młodych „pustelników społecznościowych”, którym grozi całkowite odcięcie się od społeczeństwa” – czytamy w orędziu papieskim z 2019 r.

 

Papież Franciszek zwracając uwagę na pojęcia: kultura spotkanie, miłosierna komunikacja i dziennikarstwo pokoju, niewątpliwie wnosi coś nowego do współczesnej edukacji medialnej.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Samorząd? Niby jak i po co? – opinia SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Władza chce polubić dziennikarzy, dlatego wymyśla dla nich samorząd. Żeby ich ugłaskać, pazurki spiłować, ząbki za kagańce schować. To się może udać. Ale na jakiś czas.

 

Władza to lubi mieć porządek. Prawie zawsze tak jest. Są władze specyficzne, które bardziej lubią napawać się władzą niż porządkiem zabezpieczać przyszłą władzę, ale to inny temat. My fokusujemy się tu na władzę obecną, całkiem pracowitą mniej haratającą w gałę.

 

Ta pracowitość to różne posiada odcienie, należy dodać. Pamiętam odcienie pracowitości marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. Marszałek zdawał się prezentować linię prostą, że dziennikarze to utrapienie i należy ich pacyfikować na różne sposoby artykułując to nie jako żadną tam pacyfikacje czy usuwanie z Sejmu, ale porządkowanie właśnie. Nie do końca wiadomo czy była to linia personalna marszałka, frakcyjna, czy też był to pilot linii partyjnej.

 

Walka z dziennikarzami zakończyła się tym, że Kuchciński za loty wyleciał, ale broniono go długo. I tu ważne dla głównego wątku, do którego zaraz przejdziemy. Broniono go tak długo, aż się PiS zorientował, że dziennikarze to prezentują opinię publiczną, a ta akurat wbrew władzy zaczęła niebezpiecznie pomrukiwać w niebezpiecznym czasie przedwyborczym. Zrobiono więc racjonalną kalkulację, że bardziej się opłaca pozbawić marszałka stanowiska niż ryzykować wyborczy wynik. Bezczelnie pozwalam sobie twierdzić, że gdyby nie okres przedwyborczy Marek Kuchciński dalej miłościwie by nam marszałkował.

 

A teraz do rzeczy. Obecna władza zdaje się nosić z pomysłem utworzenia samorządu dziennikarskiego, który porządkowałby sprawy środowiska. Szczegółów nie podano, ale zasugerowano, że miałoby to być coś na wzór samorządów funkcjonujących u lekarzy czy adwokatów. Jest to pomysł zły ze wszystkich powodów, których mogę wymienić kilka tysięcy, ale władza nie podzieli ani jednego mojego argumentu i ja to rozumiem. Optyka władzy w czasie rewolucji jest bowiem inna niż optyka władzy w czasie pokoju, czyli ugruntowanej demokracji. Żyjemy w czasie rewolucji, pora zdać sobie z tego sprawę. Ciągoty władzy, której marzy się takie, albo inne weryfikowanie dziennikarzy raczej pośrednio, niż bezpośrednio są absurdalne, czyli zrozumiałe. Przywołajmy tu kwestię Maurera z „Psów”: „Czasy się zmieniają, ale pan zawsze jest w komisjach”. No właśnie? Kto będzie w tej ewentualnej komisji czy na czele tego samorządu? Przecież tak jak nam rozeszła się Polska, tak rozeszli się dziennikarze. Kiedy władzę w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich przejęli dziennikarze kojarzeni z prawą stroną i konserwatyzmem, strona lewa czy postępowa utworzyła sobie konkurencyjne „Towarzystwo Dziennikarskie” z Sewerynem Blumsztajnem na czele. Źle czy dobrze? To zależy. W czasie rewolucji źle, w czasie ugruntowanej demokracji – a grupujcie się i zrzeszajcie jak wam się podoba, czyli dobrze. I niby kto będzie stał na czele komisji uznającej, że ktoś dziennikarzem jest, albo nie jest, że przewiną zawinił, albo że właśnie, że nie? Seweryn Blumsztajn? Wolne żarty! Już widzę jego bezstronne podejście i obiektywne. Nie wyjdzie mu choćby chciał i naprawdę się starał. No nie da po prostu rady. Za duży ma bagaż doświadczeń, który raczej ciąży a mniej w takich sytuacjach unosi. Więc może Krzysztof Skowroński? Wolne żarty. Przy całym wielkim szacunku także dla niego i jego dokonań, też swój bagaż dźwiga i swoją podświadomość posiada. Obiektywna komisja i samorząd jeden jedyny, nie jest w naszym dziennikarstwie możliwy. I dobrze. Właśnie tu upatruję wartość. W sporze, w prezentowaniu kontrargumentów, w konieczności zmierzenia się z inną optyką, światopoglądem i danymi. To jest wartość. To jednak wartość czasów porewolucyjnych, do których wszyscy we wszystkim powinniśmy w Polsce zmierzać.

 

Ja oczywiście, jak już wspominałem, rozumiem każdą władzę, która dziennikarzy lubi, to znaczy tych, którzy ją lubią. I ta władza, każda władza, chce dziennikarzy teraz polubić samorządem. Żeby ich ugłaskać, pazurki spiłować, ząbki za kagańce schować. To się może udać. Ale na jakiś czas. Potem wahadło przemieści tak, jak ma w swoim zwyczaju. Byłe dziennikarskie pieszczochy zostaną niezłomnymi, a byli niezłomni – pieszczochami. Pisząc to nie chcę nikogo broń Boże urazić, zdaje sobie przecież sprawę, że takich czysto sprzedajnych dziennikarzy to jest garstka, a część ma po prostu takie poglądy, że uznała, że bardziej trzeba teraz władzy pomagać niż patrzeć jej na ręce, bo jest rewolucja. Ja to rozumiem, co wcale nie znaczy, że mi się to podoba. Nikogo pouczać nie zamierzam, bo nie mam sumienia lepszego od innych, tylko lepiej widzę. A ponieważ lepiej widzę, to pozwolę sobie zauważyć, że bardzo krótkowzroczne jest myślenie władzy, której przychodzi do głowy, że my teraz z dziennikarzami zrobimy samorząd, w znaczeniu porządek. Dziennikarze nie są od wychwalania rąk, są od patrzenia na ręce. Tym od władzy, obojętnie jakiej władze zawsze to trudno zrozumieć.

 

Sławomir Jastrzębowski