Dżentelmeni o danych nie dyskutują, dżentelmeni je znają – MIROSŁAW USIDUS o dziennikarstwie danych

Jest stara anegdota o człowieku na dachu swego domu, wśród strasznej powodzi, który modli się do Boga o ratunek. Odprawia jednak łódź a potem helikopter ratunkowy, twierdząc, że Bóg go uratuje. Podobnie do prasy i dziennikarzy znajdujących się również w niewesołej sytuacji Najwyższy kieruje rozmaite pomysły ratunkowe… np. tzw. data journalism, czyli dziennikarstwo danych. Czy ta nieoczywista pomoc od opatrzności zostanie przyjęta przez ludzi mediów?

 

Dziennikarstwo oparte na danych w nowoczesnym, opartym na wielkich mocach obliczeniowych, zaawansowanym oprogramowaniu analitycznym i wreszcie – niezwykłych narzędziach wizualizujących, które pozwalają przygotowane przez ludzi i system dane atrakcyjnie sprzedać – to ani jedyny, ani uniwersalny, ani tym bardziej „cudowny” sposób na odnowienie medialnego biznesu. Niewątpliwie jest to jednak ciekawy nurt innowacji.

 

Warto uświadomić sobie, że w cyberprzestrzeni coraz większa liczba nie tylko firm i organizacji, ale również zwykłych ludzi poszukuje nie tyle tekstów, artykułów, lecz danych. Te z kolei tylko dla niewielu są strawne na surowo. Kto ma je przyrządzić, zrobić z nich pożywne i smaczne dania, poporcjować je i estetycznie podać? Kto, jeśli nie dziennikarze i redakcje?

 

Gdyby się nad tym zastanowić, to praca środków masowego przekazu od zawsze polegała na przetwarzaniu zgodnie z redaktorską wiedzą i umiejętnościami, redagowaniu i serwowaniu danych w postaciach, które były przyswajalne dla czytelnika, słuchacza, widza. Różnica związana z upowszechnianiem się pojęcia „data journalism” w ostatnich latach ma charakter poniekąd ilościowy, bowiem w tym nowym sensie chodzi o przetwarzanie ogromnych ilości danych (big data), z czym człowiek z natury rzeczy nie umiałby sobie poradzić.

 

W przykładach, które podaję, także część zadań „ludzkich”, związanych analizą, syntezą, skrótem a nawet interpretacją danych, jest przejmowana przez maszyny. Wciąż jednak kluczowy jest czynnik ludzki, redakcja, decyzje, pomysły i koncepcje. Choć tak bardzo „data”, to jednak wciąż „journalism”.

 

Dziennikarstwo z szafy

 

Może trzeba zacząć od tego, że „data journalism” nie jest wcale taką nowinką, jak niektórzy mogliby pomyśleć. Jeden z pierwszych przykładów wykorzystania komputerów w dziennikarstwie pochodzi już z 1952 roku, kiedy stacja CBS podjęła próby wykorzystania komputera typu mainframe do przewidywania wyników wyborów prezydenckich.

 

Dopiero w 1967 r. zaczęto powszechniej stosować komputery do analizy danych. Pracujący dla „Detroit Free Press”, Philip Meyer używał w późniejszych latach komputerów typu mainframe (czyli zestawu wielkich szaf – pecetów wtedy nie było) do przetwarzania danych na temat zamieszek w mieście i zapadających w związku z nimi wyroków skazujących. Meyer napisał później książkę „Precision Journalism” (Dziennikarstwo precyzyjne), w której rekomendował  wykorzystanie komputerowych technik syntezy i analizy danych w dziennikarstwie.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku dziedzina dziennikarstwa wspomaganego komputerowo zaczęła przyspieszać. W 1989 r. reporter śledczy Bill Dedman z „The Atlanta Journal-Constitution” zdobył nagrodę Pulitzera za zbiór reportaży pt. „Kolor pieniędzy”. Dzięki technikom komputerowej obróbki dużych zasobów danych zebrał dowody na praktyki dyskryminacji rasowej, z jakimi mają do czynienia kolorowi w bankach i innych instytucjach udzielających kredytów.

 

Pierwszą odnotowaną historycznie formą wykorzystania wielkich danych przez dużą organizację informacyjną jest inicjatywa „The Guardiana”, który w marcu 2009 roku uruchomił Datablog, określany oficjalnie jako „pierwszy systematyczny projekt polegający na włączeniu publicznie dostępnych źródeł danych do serwisów prasowych i newsowych”.

 

Zawiera teraz całą sekcję wiadomości, w której znajdują się historie napędzane danymi, bazy danych z możliwością wyszukiwania, wizualizacje danych oraz narzędzia do ich eksploracji. Opisy Dzienników Wojennych Strażnika wykorzystywały bezpłatne narzędzia do wizualizacji danych, takie jak Google Fusion Tables, kolejny popularny aspekt dziennikarstwa danych. Fakty są święte dla redaktora The Guardian’s Datablog, Simona Rogersa, który tak opisuje dziennikarstwo danych. Dziennikarze Datablog używają arkuszy kalkulacyjnych Google, aby dzielić się pełnymi danymi, które kryją się za ich pracą, wizualizować i analizować te dane oraz dostarczać historie dla gazety i strony internetowej. „The Guardian” włączył dane do procesu produkcji wiadomości w sposób, który odróżnia je od wielu innych gazet. Poprzez Datablog, Guardian zapewnia dostęp do surowych statystyk stojących za wiadomościami i sprawia, że można je eksportować w dowolnej formie, jakiej życzy sobie użytkownik.

 

Według założyciela Datablog, Simona Rogersa, dziennikarstwo danych może być wszystkim, gdy tylko zechce być. „To mogą być te ogromne projekty analizy danych. Czasem może to być po prostu znajdowanie określonych danych do prezentacji czytelnikom. Nie różni się to w żadnym razie od podstaw warsztatu dziennikarskiego polegającego na pozyskiwaniu i poszukiwaniu informacji”.

 

Argentyńska mapa korupcji

 

Wspominałem o wizualizacji danych, które można wykorzystać w praktyce w publikacjach, czy to tradycyjnym czy też o cyfrowym charakterze. Nie chodzi o efekciarstwo i urozmaicanie monotonnych „blach tekstowych”, lecz o programowe wizualizowanie informacji, które z jednej strony wychodzi naprzeciwko współczesnej kulturze obrazkowej, z drugiej – sprawia, że najtrudniejsze, najcięższe tematy zyskują na czytelniczej atrakcyjności. Z Argentyny pochodzi przykład, w którym dziennikarze śledczy wykorzystali nie tylko techniki „data journalism”, ale również działające na wyobraźnię wizualizacje, aby zwiększyć siłę rażenia swoich demaskujących publikacji.

 

„La Nación”, największa gazeta codzienna w Argentynie, od kilku lat korzysta z technik przetwarzania danych. Pełną garścią sięgnęła po nowe środki pozyskiwania informacji i ich prezentowania w szeroko zakrojonym śledztwie dziennikarskim dotyczącym korupcji. Więcej na jego temat można się dowiedzieć, zapuszczając w Google hasło „La Nacion The notes of bribes”.

 

Rzecz zaczęła się w styczniu 2018 roku, kiedy to w ręce Diego Cabota, dziennikarza śledczego „La Nación”, trafiło osiem zeszytów/notesów, z notatkami kierowcy Roberto Baratty, argentyńskiego sekretarza ds. energii. Ministrem odpowiedzialnym za kierowaną przez niego agencję był Julio De Vido, znany urzędnik administracji prezydenta Kirchnera (w latach 2003 – 2015 r.). Zespół „La Nación” od samego początku widział, że notatniki zawierają interesujące informacje – szczegółowe opisy tras, którą kierowca pokonał w ciągu ostatnich dziesięciu lat, wożąc Barattę i innych urzędników do miejsc, w których podrzucano worki z gotówką, czyli łapówki od dużych przedsiębiorstw, otrzymujących duże zamówienia publiczne.

 

Redakcja „La Nación”, jak każe rzemiosło, przede wszystkim chciała zweryfikować wszystkie wynikające z notatek informacje. Doprowadziło to do problemu, z którym muszą się zmierzyć wszystkie przedsiębiorstwa zajmujące się przetwarzaniem danych – co robić, gdy najważniejsze dane są w problematycznej formie? W tym świecie nie ma magicznych różdżek tylko żmudna praca. I zespół Cabota ją podjął, transkrybując z mozołem, ale systematycznie każdy wiersz do arkuszy kalkulacyjnych Excela, dzieląc na kolumny z nazwiskami i stanowiskami, adresami, danymi rejestracyjnymi samochodów, nazwami przedsiębiorstw, miejscami dostaw, danymi osobowym osób zidentyfikowanych w momencie wypłaty łapówki i kwotami łapówek.

 

Wszystkie informacje dotyczące płatności zostały skorelowane z listą przetargów i zamówień publicznych. W pewnym momencie redakcja „La Nación”, jak sama napisała, „zrozumiała, że pracuje nad największą siecią korupcji, jaką kiedykolwiek ujawniono w Argentynie”. Po siedmiu miesiącach śledztwa dziennikarskiego i żmudnej analizy danych, jego wyniki zostały opublikowane. Obecnie prowadzonych jest kilkadziesiąt dochodzeń organów ścigania w tej sprawie, w tym przeciw byłemu prezydentowi Argentyny. Czterdzieści osób jest już w areszcie. Odzyskano 600 milionów dolarów  pieniędzy z łapówek.

 

Zgromadzone dane są prezentowane a przede wszystkim wizualizowane w formie map w ramach projektu Open Data Journalism for Change. Jeśli o czymś mówi się, że jest „porażające” to dane prezentowane przez „La Nación”, wizualizowane jako „mapy korupcji” są porażające tym bardziej. Każdy obywatel może sprawdzić jak jego miasto czy okręg został przeżarty tym zjawiskiem.

 

Pozyskane w tym wielkim projekcie know-how informacje gazeta wykorzystuje teraz do innych projektów „data journalism”, dotyczących m. in. kwestii zmian klimatu i ich wpływu na różne regiony Argentyny, zanieczyszczeń w poszczególnych okręgach lub ubóstwa dotykającego dzieci. Warto dodać, że „La Nación” udaje się pozyskiwać z zewnątrz finansowanie dla swoich projektów. W 2018 roku zebrano ponad pół miliona dolarów na analizy danych dotyczących ubóstwa.

 

Jest tu wszystko, co definiuje poważne i liczące się dziennikarstwo. Ważne tematy, dochodzenia, wytrwałe i bezkompromisowe odkrywanie prawdy, zaangażowanie społeczne i ogromny oddźwięk społeczny. Widać nawet rozwiązanie problemu opłacalności podejmowanych działań, gdyż takie zbiory danych mają wartość wykraczającą poza jednorazową sprzedaż publikacji. Z tym tylko, że wszystko to dotyczy nie tradycyjnie rozumianej reporterki, lecz przetwarzania big data.

 

Ciekawa rozmowa to wciąż podstawa

 

Praktyk „data journalism” Ben Casselman, dziennikarz ekonomiczny redakcji „The New York Times”, opowiadał w listopadowym wydaniu swojej gazety, o tym jak używa języka programowania o nazwie R i pracuje z ogromnymi zbiorami danych. Owszem, warsztat dziennikarza zajmującego się przetwarzaniem danych to narzędzia informatyczne. Casselman podkreślał jednak, że najlepsze materiały powstają wciąż dzięki rozmowom z ludźmi.

 

Myślę, że niektórzy ludzie mają takie wyobrażenie, że „data journalism” oznacza wpatrywanie się w arkusze kalkulacyjne aż do momentu, w którym magicznie pojawia się materiał do publikacji, jednak w prawdziwym świecie, niemal nigdy nie dochodzi do takiej sytuacji. Najlepsze artykuły prawie zawsze wyłaniają się z rozmów z ludźmi, niezależnie od tego, czy są oni ekspertami, czy po prostu zwykłymi ludźmi, których dotyczą sprawy, o których piszemy. To oni zadają pytania, na które dane mogą pomóc odpowiedzieć, wyjaśniają tendencje, które dane ujawniają, lub też mogą dostarczyć zmarszczek i niuansów, które dane przyćmiewają” – mówił.

 

Jego redakcja prowadzi kursy dla reporterów i redaktorów, które mają na celu przekazanie im podstawowych umiejętności dotyczących rozumienia i przetwarzania danych, w tym sztuki sprawdzania ich wiarygodności, oceny twierdzeń statystycznych i korzystania z arkuszy kalkulacyjnych w celu analizy zbiorów danych. Rośnie przekonanie, że w obecnym świecie coraz trudniej będzie zajmować się żurnalistyką bez umiejętności w tej dziedzinie. Od dziennikarzy będzie się tego oczekiwać.

 

Można to ująć inaczej. Kiedyś od dziennikarza oczekiwano, aby był dobrze poinformowany, czyli znał fakty, jak prawdziwy dżentelmen, który o faktach nie dyskutuje, bo fakty zna. Dziś można już rozciągnąć te oczekiwania na nieco szersze niż fakty pojęcie danych. Nie dyskutujemy o danych. Znamy je, rozumiemy i wiemy, co z nich wynika.

 

Mirosław Usidus

WOŚP traktujmy normalnie – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest dzisiaj traktowana przez państwo tak jak zawsze twierdziłem, że traktowana być powinna. Po latach bezprecedensowego uprzywilejowania, mającego źródło w politycznej przydatności Jerzego Owsiaka – którego niezmiennie uznawałem po prostu za polityka, zakamuflowanego w roli działacza społecznego – WOŚP ma w końcu status taki, jak każda inna podobna impreza.

 

Nie miejsce tutaj, żeby analizować skutki takiej sytuacji. W największym skrócie – Jerzy Owsiak i jego inicjatywa są w dużej mierze imprezą wyraźnie wpisującą się w polityczny podział, więc im bardziej zaogniona sytuacja polityczna, tym wytrwalej będzie przy nim stać grupa fanatycznych zwolenników. Parcie na rekordy zbiórki w kolejnych latach i chwalenie się nimi jest absurdem, ponieważ z raportów nie dowiadujemy się, ile z zebranych pieniędzy pochodzi od fizycznych darczyńców, ze zbiórki prowadzonej na ulicach w dniu Wielkiego Finału (co jest najbardziej miarodajnym probierzem poparcia), a ile od firm, zwłaszcza wielkich, które od lat mają wobec Owsiakowej imprezy utrwalony stosunek (traktują to po prostu jako element politycznie poprawnego piaru) i obracają cudzymi pieniędzmi.

 

Po raz pierwszy krytycznie o WOŚP mówiłem i pisałem chyba jako pierwszy z publicystów, gdy w głównym nurcie Owsiak uchodził za postać wyłącznie chwalebną i całkowicie niekontrowersyjną – już kilkanaście lat temu. Od tego czasu zdania nie zmieniłem, Owsiak zaś w swoich wypowiedziach poszedł w stronę wielokrotnie jawnego politycznego zaangażowania.

 

Przy tym wszystkim trudno jednak nie dostrzegać, że WOŚP jest trwałym elementem polskiej rzeczywistości, podobnie jak jej twórca. Byłem zawsze przeciwnikiem uprzywilejowania tej imprezy przez publiczne media i uważałem, że poświęcanie jej długich godzin czasu antenowego przez TVP w dniu finału, nie ma uzasadnienia. Również tutaj zdania nie zmieniam – WOŚP znalazł sobie ostatecznie miejsce w TVN, prywatnej stacji, pod względem programowym zbliżonej do poglądów Owsiaka – i dobrze. Tak właśnie powinno być.

 

Nie znaczy to jednak, że media publiczne nie powinny o imprezie informować, bo nawet jeśli jej obecna skala jest skutkiem wielu lat bezzasadnego preferencyjnego traktowania na poziomie państwa (zdarzyło się nawet, że samolot, którym w czasie jednego z finałów przemieszczał się Owsiak, eskortowały myśliwce Sił Powietrznych), to jednak jest, jaka jest. Poza tym, jak mówi znane powiedzenie, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Traktowanie WOŚP na zasadzie uprzywilejowania jest równie absurdalne co udawanie, że nic się nie dzieje. A tak właśnie robi państwowa telewizja za czasów Jacka Kurskiego.

 

Kurs wyznaczono podczas finału w 2017 r. Najpierw Kurski w liście do Owsiaka w październiku 2016 r. zapewniał, że TVP będzie informować o zbiórce, by potem, w jej dniu, poświęcić jej w „Wiadomościach” kilkanaście sekund. Jak skrupulatnie zliczyli wielbiciele Jerzego Owsiaka, w sumie w programach informacyjnych TVP poświęcono wtedy WOŚP minutę – przez cały dzień. Jednak prawdziwą furorę zrobiła akcja zamazywania charakterystycznych czerwonych serduszek. Najpierw wymazano je na ubraniu posła PO Arkadiusza Myrchy. TVP tłumaczyła, że to „błąd techniczny” – zaiste, zadziwiający. Potem okazało się, że ten „błąd techniczny” powtórzył się jeszcze w innych miejscach.

 

Krytyka, która wtedy spadła na TVP, odniosła chyba jakiś skutek, bo w kolejnym roku w głównym wydaniu „Wiadomości” ukazał się materiał, rozpoczynający się od krótkiej relacji z finału, a później opowiadający o innych akcjach pomocowych, popularnych wśród Polaków. Podobnie postąpiono w kolejnym roku: rozpoczęto od WOŚP (nie pokazując Owsiaka), żeby później znacznie więcej czasu poświęcić na opowieść o innych akcjach. Był to siódmy w kolejności materiał w tamtym wydaniu, przy czym nie wydarzyło się tego dnia nic szczególnej wagi.

 

Co jest nie tak? Jako wieloletni krytyk Jerzego Owsiaka mogę stwierdzić, że wyznaczenie WOŚP właściwego miejsca nie powinno polegać na robieniu z jej szefa ofiary, bo jest to zwyczajnie kontrproduktywne. Owsiak miał w polskich mediach przez lata status świętej krowy i świeckiego świętego. Taki ma nadal w ich części, w mediach państwowych natomiast jest ignorowany. Jak zresztą wiele innych niewygodnych dla władzy spraw. To jest najgorsza metoda. Nie ma żadnego powodu, żeby TVP promowała Owsiakową zbiórkę, szczególnie gdy jej partnerem jest jedna z prywatnych stacji. Ale też nie ma powodu, żeby udawała, że nic się nie dzieje.

 

Wbrew temu, co twierdzili fani Owsiaka (a wielu z nich ma nastawienie naprawdę skrajnie fanatyczne) – cała rzekoma „wojna” z WOŚP miała tylko jeden cel: żeby w końcu tę imprezę traktować normalnie. Nie prześladować, gnębić czy deprecjonować, zwłaszcza że w WOŚP bierze wciąż udział sporo osób, mających dobrą wolę. Jedynie, aby Owsiakowe przedsięwzięcie przestało działać na specjalnych prawach. Sam Owsiak jest przy tym takim egocentrykiem, przywykłym do swojego statusu gwiazdy salonów, że zawsze, gdy nie poświęca mu się dość uwagi, będzie lamentował o prześladowaniu. Ten typ tak ma. Tym nie należy się przejmować.

 

Niestety, TVP przegięło w drugą stronę, dając obrońcom Owsiaka asumpt do twierdzenia, że władza się na niego uwzięła. Po co?

 

Łukasz Warzecha

Kliknij, bo się nie dowiesz – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o wyścigu redakcji na odsłony

Czy zbliżamy się do miejsca, w którym rolą dzieła dziennikarskiego będzie już tylko przyciągnięcie uwagi czytelnika na nie więcej niż pół minuty?

 

W październiku odwiedziłem obie Irlandie. Na ulicach nie czuło się atmosfery nadchodzących istotnych zmian politycznych i związanej z nimi niepewności. Zupełnie jakby w rozwód z Unią Europejską nie wierzono albo nie uznawano, że ma on jakiekolwiek znaczenie. Życie toczyło się swoim rytmem, a w stolicach dekoracje hucznie tam obchodzonego halloween rywalizowały z pierwszymi ozdobami świątecznymi. W hotelach w Dublinie i Belfaście leciały telewizje newsowe. Licznik w lewym, górnym rogu ekranu informował: „do brexitu 3 dni 12 godzin i 18 minut”. Media żyły jednak Mistrzostwami Świata w Rugby, w których Anglia nieoczekiwania pokonała Nową Zelandię (26.10.2019 r.) i liczono, że Walia wygra z RPA, dając Wyspom brytyjski finał.

 

Ani kanały newsowe, ani nawet bezpłatna gazeta rozdawana w dublińskim supermarkecie nie próbowały mnie do niczego zmuszać, czy skłaniać. Odetchnąć od codziennego natłoku złych komunikatów pozwalał też zapewne brak silnego zaangażowania emocjonalnego w odbierane informacje, chociaż, przyznaję, trudno było nie życzyć wygranej Walii, której sympatycznych kibiców pokazywano w co drugim materiale.

 

Welcome home

 

Po powrocie do kraju zacząłem nadrabiać zaległości. Uruchomiłem najpoczytniejszy wówczas portal ogólnoinformacyjny i przeczytałem: „Masz dłuższy środkowy palec u stopy? Sprawdź koniecznie, co to oznacza!”. Witamy w domu… W mediach społecznościowych silniej niż zwykle zaczęły rzucać mi się w oczy komunikaty na profilach redakcji, których celem było wyciągnięcie mnie na stronę medium. Dawniej po takich zagraniach, rezygnowałem z dalszego obserwowania kanału, zostawiając na pożegnanie komentarz, objaśniający motywy mojego odejścia. Niebawem chyba przyjdzie nam jednak przywyknąć, że nawet poważne redakcje co jakiś czas zamieszczą komunikat w stylu: „Skończył się mecz. Znamy wynik!”, czyli – kliknij, bo się nie dowiesz. Zaczyna to przybierać chwilami karykaturalną postać: „Znany artysta nie żyje”, czyli – sprawdź, czy tobie też był znany, bo może jednak nie… Zdaje się, że jako konsumenci mediów, zaczynamy rozróżniać, że gdy odchodzi z tego świata ktoś powszechnie znany, to w tytule pojawia się nazwisko, a gdy nieco mniej, to już nie. Czekam na moment, w którym od postawy „wiemy, kto umarł”, zaczniemy przesuwać się w stronę: „wiemy, kto umrze”…

 

Klikalność

 

Czym jest „klikalność”? Termin ten wywodzi się z języka angielskiego i z marketingu. Współczynnik klikalności to: stosunek pomiędzy liczbą klików a wyświetleniami reklamy internetowej, wyrażony w procentach. Słownik Języka Polskiego PWN już od 2016 roku podaje też drugie znaczenie: cecha tego, co da się kliknąć[1]. W niniejszym tekście posługujemy się wariantem numer dwa, rozumianym, jako przyciąganie do dzieła dziennikarskiego. Nie wolno jednak zapominać o marketingowych podstawach pojęcia, bo tu jedno splata się z drugim.

 

Dziennikarze w social mediach

 

Ten wątek był już wielokrotnie badany, a analizy tego typu zapoczątkowało na polskim gruncie Multi Communications (obecnie OneMulti) raportem „Dziennikarze i social media” opublikowanym 16 grudnia 2011 roku. Wiemy więc, że dziennikarze więcej z socialmediowego wora wyjmują, niż do niego wkładają, czyli szukają inspiracji i kontaktów. Ciekawe byłoby powracające badanie aktywności samych redakcji w mediach społecznościowych i przyjętych przez nie strategii postępowania.

 

Zapytany o to, czy social media odgrywają dla redakcji rolę dawnego gazeciarza, chłopca, który biegnie z gazetami pod pachą, krzycząc: „sensacja, rewelacja!”, ekspert w dziedzinie Internetu społecznościowego Mirosław Usidus odpowiedział: w pewnym sensie można ich rolę tak ująć, ale gazeciarze nie szpiegowali kupujących gazety, a i dla sprzedaży gazet social media zdają się robić mniej niż te dawne urocze dzieci z ulicy. Czar dawno już prysł.

 

Przyciąganie uwagi

 

Oczywiście zwrócenie uwagi na swoje materiały jest ważne. Gazety od wieków walczą o zainteresowanie odbiorców, pierwszeństwo w informacji, najtrafniejszy komentarz i tak dalej. To zjawisko nie tylko normalne, ale i pożyteczne. Pluralizm jest w świecie komunikacji równie pożądany, jak dywersyfikacja dostaw strategicznych surowców. Widoczny od lat napis na murze bloku przy kieleckiej ul. Żeromskiego brzmi: „Czy oglądając stale ten sam program, nauczysz się odróżniać dobro od zła?”.

 

Tak jak słupki nakładu i sprzedaży, czy liczby radiosłuchaczy i widzów mają istotne znaczenie dla mediów zwanych tradycyjnymi, tak dla internetowych odpowiedników liczy się zasięg, unikatowi użytkownicy, ruch na stronie. Celem każdego tytułu i nagłówka jest zwrócenie uwagi na treść, zachęcenie do sięgania po więcej. W świecie reklamy używa się schematu ukrytego za skrótem AIDA, czyli celem akcji powinno być: zwrócenie uwagi, wzbudzenie zainteresowania, rozpalenie pożądania i skłonienie odbiorcy komunikatu do działania, ot – wejście Telimeny na bal na zamku.

 

Wydaje się jednak, że działanie w przywołanym powyżej stylu („znamy wynik” i „wiemy, kto umarł”) to sukces pozorny. Poirytowany odbiorca kliknie link. Zobaczy, że był remis 1 : 1 i wyjdzie. Można oczywiście uznać, że to bez znaczenia, bo przecież był i się tego nie wyprze, ale to może się okazać krótkowzroczne.

 

Utrzymywanie uwagi

 

W „Raporcie o śmierci polskich gazet” Tomasz Mielczarek zwraca uwagę, że z kupioną gazetą obcujemy przez mniej więcej czterdzieści minut, a z portalem ogólnoinformacyjnym około półtora minuty. Profesor postawił tę tezę na podstawie badań włoskich, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że i my skanujemy wzrokiem strony redakcyjne i jeśli nic nas nie zainteresuje, to po prostu wychodzimy. W tym miejscu dochodzimy do sedna – złowienie uwagi to jedno, jej utrzymanie to zupełnie co innego. To tak jak złowienie niewymiarowej ryby, którą trzeba szybko wypuścić do wody.

 

Szef promocji dużego medium (pragnie zachować anonimowość) podzielił się z piszącym te słowa następującą uwagą: moim, ale nie tylko mim zdaniem, dla reklamodawców coraz większego znaczenia będzie nabierał „współczynnik odrzuceń”. Dziś wystarczy na początek informacja o zasięgach, unikatowych użytkownikach. W końcu ludzie zaczną o to pytać.

 

Czy jest ów: „współczynnik odrzuceń”?

 

 

Google Analytics definiuje to tak: Odrzucenie to sesja w witrynie ograniczona do jednej strony. W Analytics do odrzuceń zalicza się konkretnie te sesje, podczas których zostało uruchomione tylko jedno żądanie do serwera Analytics, np. gdy użytkownik wyświetla pojedynczą stronę w witrynie, a następnie opuszcza ją (…)[2].

Czy to zjawisko negatywne?

 

Jeśli powodzenie Twojej witryny wymaga, by użytkownicy wyświetlali więcej niż jedną stronę, odpowiedź brzmi: Tak, wysoki współczynnik odrzuceń jest niekorzystny. Jeśli np. strona główna pełni funkcję bramy do pozostałej części witryny (np. artykułów na bieżące tematy, stron o produktach, strony finalizacji zakupów), a duży odsetek użytkowników ogląda tylko stronę główną, w takiej sytuacji należy unikać wysokiego współczynnika odrzuceń[3].

 

Atrakcyjne treści

 

Paradoksalnie to ze świata reklamy może przyjść głos o wysoką jakoś publikowanych treści. Dziś upatrujemy w reklamie jedno ze źródeł problemów, a złośliwi mówią nawet, że treści dziennikarskie powstają tylko po to, by utrzymać atrakcyjność sprzedaży powierzchni, czyli odpowiedni zasięg kampanii marketingowych.

 

Atrakcyjny tytuł i lead złowi czytelnika, rzecz w tym, by poświęcił czas na lekturę lub recepcję innej formy materiału. To przynieść mogą przede wszystkim atrakcyjne treści i to pojawiające się często.

 

Podczas konferencji FlexiForm, za którą w Kielcach odpowiadał dziennik „Echo Dnia” (07.06.2017 r.), podano dane serwisów Polska Press. Wynikało z nich m.in., że użycie w tytule artykułu słowa: „video”, sprawiało, że otwartych było 19% więcej materiałów, wzrastała też znacznie liczba przekliknięć do strony (o 65%).

 

Pytanie – czego będzie oczekiwał konsument przyszłości? pozostawiam w tym miejscu otwarte.

 

Klikanie w papier

 

Czy nacisk na „klikalność” i uciekanie się w związku z tym do różnych nieciekawych zagrywek, to jednak tylko choroba dziennikarstwa internetowego, które zaniża poziom? Paradoksalnie nie.

 

Jak zauważył Marcin Kowalczyk, redaktor naczelny „Dziennika Łódzkiego” i „Expressu Ilustrowanego” w dyskusji na temat zarówno jakości, jak i przyszłości dziennikarstwa powinno się unikać uogólnień, stawiających w opozycji media drukowane z wirtualnymi: Internet pełen jest szalenie wartościowych treści, obrazów i filmów, których nigdy nie doświadczyłbym pozostając jedynie w sferze drukowanej. Trzeba tylko nieco wysiłku, a czasem parę groszy, by do nich dotrzeć. Z drugiej strony, w papierowych mediach też nie brakuje bezrefleksyjnie publikowanych fake newsów czy wywołujących zjawisko facepalmu (facepalm – gest zażenowania polegający na przyłożeniu dłoni do czoła – przyp. ZB) zabiegów redakcyjnych.

 

Lektura obowiązkowa

 

Czy zatem „klikalność” jest zła? Nie jest, bo przecież ma przyciągać uwagę czytelnika do treści. Złe jest jej nienaturalne wymuszanie, zwłaszcza gdy nie mamy nic atrakcyjnego do powiedzenia. W 2020 roku ludzie w mediach społecznościowych mogą obserwować różne redakcje. Znajdą się wśród nich i takie, które już w tytule podadzą wynik meczu i poinformują, kto umarł. Wtedy próba wymuszenia kliknięcia w opisany powyżej sposób zostania potraktowana jako pożałowania godna.

 

Wydaje się też, że do lektur obowiązkowych dla dziennikarzy, redaktorów, wydawców i przede wszystkim studentów, powinna należeć Bajka Ezopa o chłopcu, który zbyt często wołał, że napadł go wilk, aż przestało to kogokolwiek obchodzić. Gdy więc faktycznie miał coś ważnego do powiedzenia, nikt już go nie chciał słuchać. Nie zaszkodziłyby też w programach studiów zajęcia z tego, jak umiejętnie przyciągnąć uwagę odbiorcy bez poniżania siebie lub tematu.

 

Zbigniew Brzeziński

[1] https://sjp.pl/klikalność

[2] https://support.google.com/analytics/answer/1009409?hl=pl

[3] Ibidem.

Był chodzącą Wikipedią – dziennikarze wspominają KRZYSZTOFA LESKIEGO

Dziennikarze wspominają zamordowanego Krzysztofa Leskiego: „To jeden z ważniejszych dziennikarzy sejmowych”. „Zapisał swoją kartę w historii”. „Merytoryczny, obiektywny”.”Chodząca Wikipedia”.

 

Dziennikarz Krzysztof Leski został zamordowany. Ta wiadomość we wtorkowe popołudnie zelektryzowała środowisko dziennikarskie. Chociaż od lat nie pracował już w zawodzie, opinie dziennikarzy pokazują, jak ważną był postacią dla środowiska dziennikarskiego.

 

Fot. YouTube/Zwierciadło

Maria Wiernikowska

Niepokorny, uparty, potrafił kłócić się z redaktorami naczelnymi „Gazety Wyborczej”. Takim go zapamiętam.

 

 

Piotr Legutko

Krzysztof Leski był profesjonalistą rzadko w Polsce spotykanym. To absolutny fenomen lat 90. Nie sądzę, żeby był drugi dziennikarz w naszym kraju, który podjąłby się takiego wyzwania, jakiego on się podjął. Prowadził praktycznie jednoosobową agencję informacyjną. Czasem w pracy pomagała mu żona, która przygotowywała część informacji lifestylowych. Ale cały ciężar zdobywania informacji on brał na siebie. Obsługiwał kilka albo nawet kilkanaście tytułów prasowych, nie jestem stanie w tej chwili precyzyjnie tego wskazać. Byłem wtedy wydawcą „Czasu Krakowskiego”, więc miałem z nim bezpośredni kontakt, czasem nawet kilka razy w tygodniu. Dziennie był w stanie przesłać kilka informacji na temat różnych wydarzeń i konferencji prasowych. Czasem dołączał krótki komentarz. To był jeszcze dobry czas, kiedy informacje oddzielano od komentarzy.

 

W przygotowanych przez niego informacjach nie trzeba było zmieniać nawet przecinka. Były doskonale napisane, świetną polszczyzną. Posiadał niezwykłą zdolność ujmowania w krótkim tekście wszystkich najważniejszych informacji opisujących wydarzenie. W sposób podręcznikowy przygotowywał informacje prasowe.  Nie wiem, jak był w stanie to fizycznie ogarnąć.

 

Być może inaczej potoczyłyby się jego losy, gdyby nie skończył się rynek dla mediów dla którego on pracował. Wejście na rynek dzienników regionalnych najpierw Hersanta, potem Orkli i Passauera praktycznie zniszczyło dzienniki regionalne jako osobne podmioty. Dzienniki regionalne już  nie potrzebowały korespondencji, którą on przygotowywał, nie miał więc dla kogo pisać. Kiedy zostałem redaktorem naczelnym krakowskiego „Dziennika Polskiego” w 2007 r. nawiązałem z nim kontakt, bo byłem ciekawy, co robi. Był wówczas po niezbyt udanym epizodzie powrotu do TVP. Nie potrafił się tam odnaleźć po krótkich próbach współpracy z Polskim Radiem. Udało mi się namówić go na korespondencje z Warszawy dla „Dziennika Polskiego”. Dla niego to był trochę powrót do przeszłości. Dobrze wspominał naszą współpracę. Sądzę, że  była bardzo owocna dla obu stron. Nie wiem, czy „Dziennik Polski” nie był ostatnim tytułem, z którym Krzysztof Leski regularnie współpracował.

 

Fot. Mariusz Kubik/Wikipedia

Jan Ordyński

Współpracowałem  z Krzysztofem w drugiej połowie lat 90. Prowadziliśmy w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym „Rozmowę dnia”. Krzysztof prowadził ten program we wtorek, ja w czwartek, Monika Olejnik w środy, Zbigniew Nosowski w piątki, a Krzysztof Skowroński w poniedziałki. Nasze kontakty nie były specjalnie bliskie, ale lubiliśmy się. Zawsze mieliśmy sobie coś ciekawego do powiedzenia. Był dobrym kolegą. Słyszałem, że miał kłopoty osobiste. Kiedyś miałem mu pomóc w znalezieniu mieszkania, bo akurat stracił swoje lokum. Ale na szczęście jego sytuacja się ustabilizowała, a potem Krzysztof zniknął. We wtorek popołudniu przeczytałem tragiczną wiadomość o jego śmierci. Jestem nią bardzo zasmucony.

 

Był zawsze przygotowany do programu, inteligentny. Rozmawialiśmy z bardzo różnymi ludźmi, z  politykami, z uczonymi. Tematy spotkań i osoby, które zapraszaliśmy do programu wyznaczał czas oraz wydarzenia w Polsce i na świecie. „Rozmowa dnia” była wtedy jednym z najbardziej oglądanych programów TVP. Ośrodek warszawski TVP miał wówczas ogromny zasięg. Rozmowa była też retransmitowana przez TV Polonię. Miało to swój ciężar gatunkowy. Obecność Krzysztofa wzmacniała nasz zespół. Dał się poznać jako bardzo sumienny, dobrze przygotowany, solidny i inteligentny dziennikarz. Nie „kuł” tematu rozmowy na pamięć. Był przygotowany, ale widać było, że korzysta z ugruntowanego zasobu wiedzy.

 

Fot. Jacek Herok

Witold Gadowski

Krzysiek Leski był dziennikarzem niezależnym. Wyrósł ze środowiska „Gazety Wyborczej”, posiadał własne poglądy, chociaż były często irytujące i denerwujace. Był uparty. Ale niewątpliwie była to osobowość dziennikarska. Prawy człowiek w środowisku dziennikarskim.

 

Fot. Goldenline

Anna Sarzyńska

Ważna postać w naszej branży. Zapisał swoją kartę w historii dziennikarstwa. Był chodzącą Wikipedią w czasach, kiedy Wikipedia nie była znana. Kiedy ktoś chciał dowiedzieć się o jakimś fakcie, dacie lub kontekście wydarzenia, pytał Krzysztofa. Nawet, jeżeli nie pisał o tym, miał wiedzę na ten temat. Sypał faktami i datami z głowy. Był niezwykle inteligentnym, sympatycznym i otwartym człowiekiem. Spędziłam z nim masę czasu na rozmowach, kiedy w latach rządów AWS-UW(1997-2001) i w latach dwutysięcznych pracowałam jako dziennikarka w Sejmie. Rozmawialiśmy o  wydarzeniach politycznych i towarzyskich. Był świetnym rozmówcą. Pasjonował się nowinkami technicznymi. Szedł z duchem czasu. Był jednym z pierwszych dziennikarzy, który korzystał w pracy z elektronicznego notatnika, laptopa i komórki.

 

Był dość emocjonalny. Nie lubił, kiedy wchodziło się z nim w spory merytoryczne. Uważał się, zresztą niebezpodstawnie, za autorytet w wielu dziedzinach.

 

Byłam od niego kilkanaście lat młodsza, ale traktował mnie bardzo życzliwie. Traktowałam go jako wzór. Warto było się od niego uczyć zawodu. Merytoryczny, bardzo obiektywny, odróżniał i oddzielał informację od komentarza i od publicystyki. Zawsze mogłam liczyć na jego pomoc. Różnice polityczne między nami nie miały żadnego znaczenia. Zresztą w czasach, kiedy uprawiałam dziennikarstwo sejmowe, nie manifestowało się tak ostro, jak teraz swoich poglądów.  Nie był to czas podziału na obozy polityczne, jaki nastąpił w ostatnich latach. Wiem, że Krzysztof w ostatnich latach też się mocno zradykalizował.

 

Krzysztof Leski to jeden z ważniejszych dziennikarzy sejmowych z lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Będzie go bardzo brakowało. Zresztą brakowało już w ostatnich latach, bo przecież wycofał się z czynnego dziennikarstwa w ostatnich latach.

 

Fot. YouTube

Roman Graczyk

Krzysztof Leski był prawdopodobnie pierwszym dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, który odszedł czy też został zmuszony do odejścia z pracy. Nie umiem dokładnie określić tej granicy. Powodem była różnica poglądów na temat tego, czym jest informacja. To było w czasie pierwszej prezydenckiej kampanii wyborczej w 1990 r. Wtedy Krzysztof Leski jako urodzony dziennikarz, czyli człowiek, który informuje, uznał, że jest nadmiernie naciskany przez własną redakcję, ponad to, na co zdrowy rozsądek pozwala, żeby kampanię wyborczą przedstawiać w świetle raczej korzystnym dla Tadeusza Mazowiecką i raczej niekorzystnym dla Lecha Wałęsy. Wkrótce po tym wydarzeniu odszedł albo został odsunięty od pracy w „Gazecie Wyborczej”. Potem były dziesiątki czy setki osób, które gazetę opuściły z podobnych powodów. Ale zaczęło się od Leskiego.

 

Krzysztof Leski najpierw wahał się czy udzielić mi wypowiedzi do książki o Adamie Michniku (biografię redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Roman Graczyk planuje wydać w tym roku – dop. SDP), a później zgodził się na rozmowę. Postawił jednak warunki trochę trudne do spełnienia. Powiedział, że jest w stanie rozmawiać tylko w nocy. Zastanawialiśmy się, jak zorganizować mój przyjazd z Krakowa do Warszawy, żebym mógł z nim w nocy porozmawiać i od razu wrócić. Ale logistyczne przeszkody przeważyły i nie doszło do rozmowy. Dlatego w biografii Michnika nie ma jego relacji.

 

Krzysztof Karwowski

Poznałem go w 1982 lub w 1983 r. Wspólnie organizowaliśmy samorząd studencki na Politechnice Warszawskiej. Łączy mnie z nim cała masa wspomnień. Dzięki niemu trafiłem w latach 80. do PPS. On mnie poznał z Grześkiem Ilką, który zmarł w zeszłym roku. Byłem brydżystą. Zaciągnąłem go na mistrzostwa Polski w brydżu. Wspominał ten turniej nawet 30 lat później. Kiedy pracowałem w Telekomunikacji Polskiej zapraszałem go, żeby uczył młodych dziennikarzy, bo stworzyłem tam  newsroom dla korespondentów.

 

W stanie wojennym był jednym z redaktorów „Tygodnika Mazowsze”. Przyjaźniliśmy się, chociaż często się nie zgadzaliśmy. Często się kłóciliśmy, bo w 1989 r. on poszedł pracować do „Gazety Wyborczej”, a ja do „Nowego Światu”. Pamiętam go z pierwszych konferencji prasowych jeszcze przy okrągłym stole, który organizowano w Hotelu Europejskim w Warszawie. Wielu dziennikarzy na początku lat 90. nie miało nawet dyktafonów, a on już wtedy spisywał wypowiedzi z konferencji na notebooku. Fascynat komputerów i wszystkich rzeczy związanych z technologią cyfrową.

 

Żył trzema rzeczami: papierosami, czekoladą i internetem. Tylko tego potrzebował do życia. Gdy którejś z tych rzeczy mu zabrakło, czuł się źle. Chyba nawet nie potrzebował jedzenia.

 

Był cholernym pasjonatem dziennikarstwa. Miał nieprawdopodobną energię. Był prezenterem „Wiadomości” TVP. Wyleciał, ale nie pamiętam za co, chyba za jakiś głupi żart. Znany był z tego, że ni stąd ni zowąd, z czymś wystrzelił. Jako dziennikarz był niesamowicie skrupulatny i precyzyjny. Biegle władał angielskim. Był korespondentem BBC. Do bólu logiczny. Nie znosił sprzeciwu. Najgorzej, jak trafił na kogoś takiego jak ja, kto też uważał, że też się nigdy nie myli. To już było ostro. Każdy z nas wywodził logiczne racje, ale one były przeciwstawne. Nieprawdopodobny gawędziarz.

 

Ostatni raz widziałem go dwa lata temu. Mieszkał na Ursynowie. Zaprowadziła mnie do niego koleżanka. Obecni działacze NZS pomagali dawnym działaczom związku, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. Dzięki wsparciu NZS Krzysztof otrzymał od premiera rentę.

 

Jego ojcem był asem wywiadu Polskiego Państwa Podziemnego – Kazimierz Leski „Bradl”. Krzysztof miał z nim trudne relacje. Pierwszy kontakt z ojcem miał w wieku 17 czy 18 lat. Nie znam szczegółów, bo nie chciałem go dopytywać. Ale miał żal do ojca.

 

Fot.YouTube/Polskie Radio

Janina Jankowska

Bardzo mi szkoda Krzysia. Jest częścią mojego świata dziennikarskiego i opozycyjnego. Bardzo go ceniłam i lubiłam jako dziennikarza i człowieka. Było mi bardzo przykryto, kiedy go wypychano z zawodu dziennikarskiego. Jemu było trudniej, bo miał słynnego ojca, który kompletnie o nim zapomniał. Przez to miał większą wrażliwość. To dawało o sobie znać, kiedy wchodził w konflikty. Jako dziennikarz był niezależny, bezstronny i niesamowicie rzetelny. Opisywał wydarzenia tak, jak je widział, zgodnie ze swoim własnym systemem wartości. To także mój system wartości i innych osób, które były w opozycji.

 

Krzysztof Leski był internowany w stanie wojennym. Głównie za aktywną działalność opozycyjną. Był też wtedy bardzo aktywnym dziennikarzem w „ASie”, czyli w Agencji Solidarności. Poznałam go właśnie w „ASie”, kiedy był „szalejącym” reporterem i jednym z filarów tej instytucji kierowanej przez Helenkę Łuczywo. Dziennikarsko kształciła go właśnie ona. Po stanie wojennym współpracował przede wszystkim z „Tygodnikiem Mazowsze”. Lubiłam jego programy publicystyczne w telewizji. Pokazywały problemy, były konfrontacyjne.

 

To był rasowy i niezależny dziennikarz z pasją. Nie realizował linii programowej. Miał swój pogląd i własny stosunek do tematu, niezależny od tego, komu podlegał. Może dlatego ciągle wikłał się w konflikty? Przypuszczam, że redaktorom naczelnym nie było łatwo nim kierować. Bardzo mi było szkoda, kiedy go wyrzucono z TVP. Jego talent dziennikarski nie zostal należycie doceniony i wykorzystany. Mógł i powinien być jednym z naważniejszych dziennikarzy w Polsce. Może tak się nie stało, bo był zbyt niezależny? Niestety, w naszym dziennikarstwie i w naszym kraju jest tak, że jeżeli ktoś jest za bardzo niezależny, to go się tępi. Okropne.

 

Miał pasję, więc prawdopodobnie był trudny do prowadzenia. Ale gdyby potrafiono go wykorzystać w sensie dziennikarskim, należałby dzisiaj do czołówki zawodu w Polsce. Był w kwiecie wieku, a już nie uprawiał zawodu. To dramat.

 

Miał też pewien kompleks ojca, którego zobaczył po raz pierwszy jak miał 18 czy 19 lat. Ojciec zostawił go i matkę. Kompletnie się nimi nie interesował. Wychowywała go matka. Miał poczucie odrzucenia i myślę, że to wpłynęło na jego kontakty z otoczeniem.

 

Dużo z nim dyskutowałam na salonie24. Bardzo lubiłam jego wpisy, chociaż często się nie zgadzaliśmy. Kiedy zaczął się potworny hejt w internecie z hukiem odszedł z salonu24. Mam wrażenie, że nie zdzierżył ataku na siebie. Najpopularniejsze kasyno w Polsce https://joycasino-play.pl/ oferuje ogromny wybór różnorodnych automatów przez całą dobę – jest to świetna okazja na spędzenie wolnego czasu dla miłośników emocji, którzy mogą odwiedzić Joycasino

 

 

Zebrał: Tomasz Plaskota

Radio Maryja na celowniku – ks. MARIUSZ FRUKACZ o spadku słuchalności toruńskiej rozgłośni

Radio Maryja od długiego czasu jest ulubionym tematem w polskich mediach. I chyba żadne z mediów katolickich w naszej Ojczyźnie nie cieszy się takim zainteresowaniem i swoistą troską w przestrzeni społecznej i medialnej. Również spadek słuchalności Radia Maryja znalazł się na celowniku mediów.

 

Otóż ostatnio pojawiła się  informacja podana m.in. przez wirtualnemedia.pl czy też Onet.pl, se.pl, że Radio Maryja ma rekordowo niski odbiór. Takiego spadku słuchalności do tej pory w swojej historii rozgłośnia z Torunia nie zanotowała. Można zapytać dlaczego spada zainteresowanie mediami o. Tadeusza Rydzyka i czy nie jest to również konsekwencja wzrostu fali nie tyle lewicowych, a raczej lewackich i liberalnych poglądów w Polsce? A może jest to również efekt stałych ataków środowisk lewicowych i liberalnych na Radio Maryja i TV Trwam?

 

Okazuje się, w świetle wyników słuchalności za okres od sierpnia do października 2019 r., iż  o 0,4 pkt. proc. do 1,1 proc. spadł udział Radia Maryja. Czyli udział rozgłośni w tzw. czasie słuchania spadł z 1,5 do 1,1 proc. W doniesieniach prasowych z ostatnich miesięcy można było wyczytać, że TV Trwam spadła w rankingu najchętniej oglądanych kanałów telewizyjnych w Polsce z 30. miejsce na 45. miejsce. A Onet.pl martwi się również tym, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji może wkrótce zmienić sposób mierzenia oglądalności programów telewizyjnych oraz słuchalności radiostacji i będą mogły skorzystać na tym media założone przez ojca Tadeusza Rydzyka (https://wiadomosci.onet.pl/kraj/beda-zmiany-w-badaniu-mediow-radio-maryja-moze-skorzystac/tzg23fd ).

 

Siła idei

 

Oczywiście badania rynku medialnego są czymś zwyczajnym i naturalnym w demokratycznym społeczeństwie. Przedstawianie wyników słuchalności, wzrost sprzedaży takiego czy innego tytułu prasowego czy też wzrost lub spadek oglądalności takiego czy innego kanału telewizyjnego lub konkretnej telewizji jest wpisane w naszą medialną. Spadek słuchalności może oczywiście wynikać z tego, że oferta rozgłośni i telewizji z Torunia jest zbyt poważna i może mało interesująca dla dzisiejszego odbiorcy, który woli informacje lekkie, łatwe i przyjemne.

 

Warto zwrócić uwagę na to, że obecnie w polskim społeczeństwie jest większe zainteresowanie sensacją. Triumfy święcą informacje ze świata celebrytów i świata plotek. A oferta mediów katolickich wymaga większej refleksji, zatrzymania się. W Radio Maryja czy TV Trwam nie znajdziemy informacji sensacyjnych, czy też plotkarskich. Podobnie jak w pozostałych mediach katolickich w Polsce. Wartości, które media katolickie mają współczesnemu człowiekowi do zaoferowania, stanowią tak naprawdę ich siłę.

 

Radio Maryja na celowniku

 

Każdy dobry obserwator życia publicznego zauważy, że media związane z osobą o. Tadeusza Rydzyka od wielu lat są na celowniku lewicowych i liberalnych mediów, a także polityków wywodzących się z tych nurtów filozoficznych.  Może dlatego, że Radio Maryja otwarcie zwalcza lewackie ideologie w rodzaju „gender” oraz stanowczo wspiera tradycyjny model rodziny?  Moim zdaniem ciągłe ataki medialne i polityczne na Radio Maryja  zapewne mają jakiś wpływ na spadek słuchalności tego radia. Ostatnie dni to kolejny atak lewicowo – liberalnych środków społecznego przekazu na osobę dyrektora Radia Maryja, a to wszystko w związku z kolejną rocznicą rozgłośni z Torunia. Już kilka lat temu  były ponadto podjęte działania podważające autorytet o. Tadeusza Rydzyka. Na stronie Avaaz.org swojego czasu pojawiła się anonimowa petycja skierowana do papieża. Donos był wymierzony w założyciela i dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka. W ostatnim czasie mamy do czynienia z petycją „o ukrócenie działalności politycznej redemptorysty Tadeusza Rydzyka”, w którą zaangażował się były kanadyjski polityk polskiego pochodzenia Thomas Lukaszuk.

 

Autorzy tej petycji, jak informuje portal „Niedzieli” (https://www.niedziela.pl/artykul/48267/Nie-pozwalamy-rozbic-wspolnoty-Radia),  liczą na to, że Richard Smith, arcybiskup Edmonton, pomoże dotrzeć z dokumentem do papieża Franciszka. Oczywiście sprawę od dłuższego czasu nagłaśnia Onet.pl. W atak na Dyrektora Radia Maryja włączyła się również żydowska organizacja B’nai Brith, która rzekomo walczy z nienawiścią i brakiem tolerancji. Wspólnota Radia Maryja jest dużą siłą w polskim społeczeństwie. Dlatego może komuś zależy na rozbiciu tej wspólnoty?

 

Polityka powodem spadku słuchalności?

 

Być może ktoś stwierdzi, że powodem spadku słuchalności Radia Maryja i oglądalności TV Trwam jest ich zaangażowanie polityczne. Powstaje zatem pytanie czy media katolickie powinny zajmować się światem polityki? Czy politycy, dla których bliskie są wartości chrześcijańskie, nie mogą brać udziału w modlitwie i Mszy św. w rocznicę powstania rozgłośni katolickiej? Oczywiście, że mogą i mają takie prawo. Katolikiem czy osobą wierzącą nie przestaje się być po zdobyciu mandatu posła. Nie przestaje się być człowiekiem wierzącym po wejściu do gabinetu ministerialnego. Kościół – i media katolickie – mają prawo oceniać rzeczywistość polityczną, bo przecież w niej funkcjonuje człowiek. Media katolickie mają też okazję przypomnieć, że polityka, działalność polityczna, ma służyć człowiekowi, dobru wspólnemu, a nie jest to jedynie sposób na zdobycie władzy. Jest to również niewątpliwie szansa na pokazanie innego obrazu polityki.

 

Często można przeczytać i usłyszeć, że media o. Tadeusza Rydzyka wspierają obóz rządzący, a politycy będący u władzy wspierają Radio Maryja i TV Trwam. Jednak, w imię prawdy, to właśnie w czasie uroczystości związanych z Radiem Maryja politycy rządzący Polską często słyszą gorzkie dla nich słowa, jak chociażby w sprawie ochrony ludzkiego życia. „Słyszycie to, politycy polscy? I państwo, które świadomie pozwala na zabijanie własnych dzieci jest państwem bez przyszłości” – mówił w homilii abp Andrzej Dzięga, podczas 27. rocznicy powstania Radia Maryja w 2018 r. A w ubiegłym roku abp Wacław Depo przypomniał za Janem Pawłem II,  że „demokracja nie jest celem samym w sobie i że nie może być ona oderwana od wartości”.

 

Moim zdaniem dla mediów nie jest problemem ani troską spadek słuchalności Radia Maryja. Chodzi o to, że Radio Maryja i TV Trwam są głosem, który drażni środowiska, którym marzy się Polska bez chrześcijaństwa. Na koniec przytoczę słowa z homilii abp. Depo: „Jaka byłaby Polska dziś, gdyby nie było Radia Maryja i TV Trwam? To radio rozmodliło Polskę a TV Trwam obudziła serca i sumienia Polaków poprzez prawdę w obrazie. Radio ocala chrześcijańską tożsamość Polski i Polaków w ojczyźnie i poza jej granicami”.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz tygodnika katolickiego „Niedziela”

Martyniuk jako oręż polityczny – felieton ŁUKASZA WARZECHY

„Pseudoelity zazdroszczą Polakom Sylwestra” – ten tekst z paska w „Wiadomościach” TVP będzie miał status kultowego. Historia – i histeria – wokół sylwestrowej imprezy TVP w Zakopanem z Zenkiem Martyniukiem w roli głównej pokazuje, do jakiego stopnia sprawy w mediach publicznych i wokół nich stoją na głowie.

 

Na początek zastrzeżenie: sam nie słucham nie tylko Martyniuka, ale w ogóle żadnej właściwie współczesnej muzyki (nie tylko rozrywkowej). Co nie znaczy, że mam coś przeciwko niej i przeciwko piosenkarzowi, który osiągnął wielki komercyjny sukces. Trudno też oczekiwać, że ludzie, którzy przychodzą na masową sylwestrową imprezę, będą się bawić przy muzyce trudnej lub po prostu ambitnej. To nie ten moment, nie ta okazja, a szukająca widzów stacja telewizyjna musi to brać pod uwagę.

 

Do tego momentu wszystko wydaje się zatem w porządku: TVP postawiła na popularnego piosenkarza i innych tego typu wykonawców, zorganizowała imprezę sylwestrową wokół nich, ludzie dobrze się bawili – tyle. Na tym temat powinien się zakończyć.

 

A jednak się nie kończy, bo Martyniuk jest dla prezesa Kurskiego narzędziem autopromocji i umacniania własnej pozycji w obozie władzy oraz elementem posuniętej do absurdu propagandy – zaś dla drugiej strony dowodem na to, jak straszne są obecne państwowe media i obecna władza w ogóle.

 

Materiał w „Wiadomościach” był odpowiedzią na łatwą do przewidzenia krytykę „Sylwestra marzeń”, w tym tę zawartą w głośnym tłicie Hanny Lis: „Sowieci i hitlerowcy wymordowali lwią cześć polskiej inteligencji. Ciąg dalszy nastąpił za komuny. Dzieło domyka towarzysz Kurski. Bez jednego wystrzału”. Trudno zrozumieć, jakie rozumowanie kazało pani Lis stworzyć ciąg myślowy, prowadzący od sowieckiego i niemieckiego ludobójstwa na polskiej inteligencji do poczynań Jacka Kurskiego, jakkolwiek krytycznie by ich nie oceniać. To absurd – w jaki niby sposób masowa zabawa na sylwestrowej imprezie miałaby dobijać polską inteligencję? Co ma piernik do wiatraka? Sam jestem admiratorem Bacha, ale przecież nie oczekuję, że Telewizja Polska zainstaluje na sylwestrowej scenie zespół Les Arts Florissants Williama Christie (jedna z najlepszych na świecie orkiestr, grających muzykę dawną) i będzie zabawiać masową publiczność Bachowskimi Suitami orkiestrowymi.

 

Jednak odpowiedź TVP jest nie lepsza. Pasek o „pseudoelitach” tworzy sylogizm: nie jesteś wielbicielem Zenka Martyniuka – nie jesteś Polakiem. Bo przecież – proszę zwrócić uwagę na tę mało subtelną manipulację – „pseudoelity” przeciwstawiono w TVP „Polakom”. Mało tego: sam prezes Kurski, zamiast traktować muzykę popularną, czy to podczas imprezy sylwestrowej czy w ramach ramówki TVP w ogóle, jako po prostu to, czym jest – jeden z elementów masowej rozrywki – uczynił z niej polityczny oręż. To przebija z wielu jego wypowiedzi, nie tylko z materiałów programów informacyjnych. Wątek przeciwstawiania „zwykłych Polaków” „zdeprawowanym elitom” jest jedną z najchętniej przywoływanych przez PiS narracji politycznych. Pozostawiam na boku kwestię jej słuszności czy zasadności, jest jednak co najmniej dziwaczne, jeśli podłącza się pod niego publiczna telewizja, która przecież ma swoją misję, dotyczącą również kultury wysokiej, a opłacana jest przez wszystkich obywateli.

 

Wygląda to na mocne zachwianie proporcji. Nadymanie i fetowanie wykonawcy popularnej muzyki jako niemalże nowego Mozarta, który pognębi złe elity, to aberracja. Telewizja publiczna powinna być dla wszystkich, a czynienie z sylwestrowej imprezy politycznej ofensywy jest głębokim nieporozumieniem.

 

Swoją drogą – ciekawe, jak w roli wiodącego prosty lud na barykady czuje się sam Martyniuk?

 

Łukasz Warzecha

Przedmiot pożądania –  dr hab. KRZYSZTOF PRENDECKI o ekspertach w mediach

O wyjaśnienie pochodzenia skąd się biorą eksperci, jest znacznie łatwiej, niż tłumaczenie pociechom skąd się biorą dzieci.

 

Dziennikarz siedzący w redakcji, nagle ni stąd ni zowąd, potrzebuje za przeproszeniem na gwałt eksperta. Tak zwanego pracownika nauki. Czy to od politologii, czy psychologii. Nie ważne. Ma być i podtrzymać główny wywód materiału i utwierdzić w przekonaniu czytelnika, widza lub radiosłuchacza. Że jest dobrze lub do bani, słusznie albo beznadziejnie. Ważne, żeby mieć w notesie, albo w telefonie specjalistę od spraw każdych, dyżurnego komentatora na telefon. Takiego, co to wypowie się o piorunach i fotoradarach, o podpitych na drodze i obszczymurkach, o Erdoganie i o władcach Bhutanu,  o sytuacji na Kamczatce i o oziębieniu klimatu, o gołej dupinie na plakacie i skłonnościach sapioseksualnych…

 

Jeżeli jest dyżurny synoptyk Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, to aż dziw, że nie ma jeszcze specjalnej posady: dyżurnego komentatora Wszelakich Problemów Społecznych i Humanistycznych.

 

Oczywiście zdarzają się perełki w postaci dajmy na to, prof. Jerzego Bralczyka czy Zbigniewa Lwa – Starowicza, którzy są fachurami z bardzo wysokiej półki. A co jeszcze istotne, do zachwyconej publiczności swym zrozumiałym przekazem docierają.

 

Bo ten spec, ma nie mówić tylko z sensem, ale jeszcze być przystępnym intelektualnie dla otoczenia.

 

Najczęściej ekspert jest naukowcem, który… no właśnie. Weźmy takich socjologów. Za co się ich krytykuje? A to za odstraszający czytelnika żargon, za podawanie banałów w szacie mętnych i napuszonych słów, za posługiwanie się technicznym dialektem, który przysporzył socjologom wątpliwej chwały.

 

Za Jonathanem Turnerem możemy powiedzieć, że każdy z nas jest socjologiem, ponieważ nieustannie analizujemy nasze zachowania, a Tadeusz Szczurkiewicz zauważył, że każdy szanujący się inteligent uważa za stosowne i konieczne interesować się tą nauką lub bodaj „socjologizować” w rozmowie z innymi. Podobno w wszyscy w kraju znają się na polityce i skokach narciarskich, to dlaczegóż nie na socjologii? Dlaczego nie na mediach?

 

A jest jeszcze jeden problem upartyjnienie niezależnego eksperta, który doradza, wspiera, zasiada albo startuje (Jacek Kurczewski, Piotr Gliński, Zdzisław Krasnodębski, Lena Kolarska-Bobińska, Ireneusz Krzemiński, Paweł Śpiewak, Janusz Czapiński, Andrzej Zybertowicz, Jadwiga Staniszkis).

 

Co wtedy z nimi począć? Czy da się wytoczyć granicę między bezstronnym mędrkowaniem a niezaangażowanym politykowaniem?

 

Albo tacy eksperci – ekonomiści. Powszechnie sądzi się, że ekonomiści istnieją po to, by na ich tle lepiej przedstawiali się metorolodzy zajmujący się prognozowaniem pogody. Przykład? Juliusz Łukasiewicz podaje za kanadyjskim dziennikiem „The Globe and Mail”, iż w ciągu 13 lat ekonomiści jako grupa zostali zaskoczeni wydarzeniami co najmniej 257 razy, czyli średnio dwa razy w miesiącu. Natomiast nie bez racji był Harry Truman. Miał on dość ekonomistów, którzy służyli radą „z jednej strony doradzałbym” i za chwilę dodawali, a z „drugiej strony…”. Thomas Carlyle powiada: „Naucz papugę mówić, co to jest podaż i popyt, a otrzymasz ekonomistę”. Albo Ryszarda Petru.

 

Gdy swego czasu pojawiał się jako ekspert od finansów, bankowości, franków, przewalutowania itp., zachwycona publika kiwała przytakującą głową, pełna zachwytu nad wiedzą profesjonalisty. Pragnienie zadziałania w świecie polityki, spowodowało, że tłumek widząc lidera Nowoczesnej nadal na niego patrzył, tylko że z politowaniem. Albo od czasu do czasu parskał śmiechem. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

 

Może bycie medialną wyrocznią czy celebrowanym erudytą jest bezpieczniejszym zajęciem? Odpowiedzialność za swe wywody znikoma, a brylowanie w mediach, przecież wystarczająco  połechtuje zakamarki próżności.

 

Alicja Majewska mogłaby dziś na nowo zaśpiewać swój wielki przebój:

Być ekspertem, być ekspertem,

Na ekranach i na łamach,

Pokazywać się codziennie,

Być ekspertem – ta tęsknota,

Się niekiedy budzi we mnie”.

 

Krzysztof Prendecki

Słabnie wolność słowa – MIROSŁAW USIDUS podsumowuje 2019 rok

Koniec 2019 rolu upłynął miłośnikom wolności słowa w niezbyt radosnej atmosferze, którą dodatkowo popsuły nadające ton Europie Niemcy przygotowujący się do wprowadzanie nowej odmiany cenzury politycznej, czyli przepisów zmuszających dostawców Internetu do przekazywania danych ludzi oskarżanych o „mowę nienawiści”. Podobne cenzorskie pomysły sufluje się całej UE.

 

Niemal równocześnie Zgromadzenie Ogólne Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęło upichconą przez Rosję rezolucję w sprawie proponowanej nowej konwencji ONZ na temat cyberprzestępczości, dość jednoznacznie ocenianej jako kolejna próba ograniczenia wolności w Internecie, tym razem za pomocą międzynarodowych regulacji prawnych.

 

Projekt rosyjski został poparty przez znane z zamiłowania do wolności słowa Chiny, które w 2020 roku planują powołanie grupy złożonej z międzynarodowych ekspertów, których zadaniem będzie praca nad stworzeniem rzeczonej „kompleksowej konwencji międzynarodowej w sprawie przeciwdziałania wykorzystywaniu technologii informacyjno-komunikacyjnych do celów przestępczych”.

 

Jak widać inicjatywę w kwestii międzynarodowej regulacji Internetu przejmują kraje takie jak Rosja i Chiny, wykorzystujące opresyjną retorykę stworzoną w krajach demokratycznych. Na europejskim podwórku ton nadają Niemcy, które nigdy globalnej sieci, a nade wszystko panującej w niej wolności ekspresji, nie lubiły, walczyły niejednokrotnie z panującą tu swobodą obiegu informacji i zawsze chętnie podejmowały działania ograniczające wolność elektronicznej wymiany dóbr, wartości i opinii. Nie jest zaskoczeniem wypowiedź kanclerz Merkel z listopada ze złowróżbnie brzmiącymi słowami o „kosztach wolności słowa” i konieczności ograniczeń wolności.

 

Preteksty modne wśród reżimów

 

Rosyjsko-chińska inicjatywa ma na celu przeniesienie walki z wolnością Internetu na płaszczyznę międzynarodową. Niepokojące jest to, że kraje te mogą liczyć na poparcie wielu innych rządów, które jak wynika z raportów organizacji dziennikarskich, mają na koncie kolejny rok represji, dławienia wolności słowa i niezależnych mediów. Jeśli chodzi o Internet, to bardzo chętnie przyjmują w swoich zamordystycznych działaniach retorykę „walki z cyberprzestępczością”, „terroryzmem”, „mową nienawiści”, „fake newsami” itd. To najmodniejsze obecnie preteksty używane przez reżimy, autorytarystów i dyktatorów wszelkiej maści.

 

Według organizacji Reporterzy bez Granic (RSF) od początku roku do pierwszego grudnia 2019 r. na świecie zabitych zostało 49 dziennikarzy. W tym samym czasie 389 przedstawicieli mediów było więzionych, zaś 57 – przetrzymywanych jako zakładnicy w różnych krajach, najwięcej w Syrii (30), następnie w Jemenie (15), Iraku (11) i na Ukrainie (1).

 

Trzeba przyznać, iż z opublikowanego siedemnastego grudnia przez paryską organizację raportu wynika, że liczba dziennikarzy zabitych w 2019 roku była „najniższa od 16 lat”. „Historycznie niska” liczba ofiar śmiertelnych w tym zawodzie, w porównaniu ze średnią roczną wynoszącą 80 zabitych rocznie w ciągu ostatnich dwóch dekad, jest głównie wynikiem spadku liczby dziennikarzy i innych osób zawodowo związanych z mediami, którzy zostali zabici w strefach objętych wojną. W mijającym roku, jeśli chodzi o tego rodzaju „wojenne” ofiary, to najwięcej dziennikarzy zginęło podczas relacjonowania konfliktów w Syrii (10), Afganistanie (5) i w Jemenie (2), razem siedemnastu – w porównaniu z 34 w ubiegłym roku.

 

Zarazem liczba zabitych w krajach, w których panuje „pokój” pozostała równie wysoka jak w latach poprzednich, przy czym aż dziesięciu zabitych zostało w Meksyku, gdzie pojęcie pokoju jest chyba tylko umowne. „Coraz więcej dziennikarzy jest celowo mordowanych w związku z ich pracą w krajach określanych jako demokratyczne, co stanowi prawdziwe wyzwanie dla demokracji, w których ci dziennikarze mieszkają i pracują” – skomentował sekretarz generalny RSF Christophe Deloire.

 

Choć ogólnie mniej dziennikarzy zabito, to większa niż zwykle ich liczba trafiła za kratki – o 12 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Prawie połowa z nich była więziona w trzech tylko krajach – w Chinach (120), Egipcie (34) i Arabii Saudyjskiej (32). Ponad 40 proc. z nich to tzw. dziennikarze obywatelscy, starający się rozpowszechniać informacje niezależnie od oficjalnych mediów, głównie za pośrednictwem portali społecznościowych. „Po nasileniu represji wobec mniejszości ujgurskiej, w samych Chinach znajduje się jedna trzecia wszystkich więzionych dziennikarzy na świecie” – czytamy w raporcie. Warto dodać, że do tej liczby więzionych dziennikarzy zaliczają się więzieni: na Krymie – Mykolaj Semen i w Donbasie – Stanisław Asejew, w obronie których protestowało we wrześniu Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Informacje niepomyślne władz, czyli… „fake newsy”

 

Opublikowany kilka dni przed dokumentem Reporterów bez Granic raport specjalny Committee to Protect Journalists (CPJ), autorstwa Elany Beiser, uznaje Chiny, Turcję, Arabię Saudyjską i Egipt za „najgorsze dla dziennikarzy więzienia” na świecie. Na kolejnych miejscach w tym niechlubnym rankingu są Erytrea, Wietnam i Iran. Również ten dokument mówi o rekordowej liczbie przetrzymywanych w różnych formach aresztu pracowników środków masowego przekazu w 2019 r.

 

Choć większość więzionych na świecie reporterów stoi w obliczu zarzutów związanych z działalnością antypaństwową, systematycznie rośnie liczba zarzutów dotyczących rozpowszechniania „fake news” (30 przypadków globalnie w porównaniu z 28 w roku ubiegłym). Wygląda na to, że nagłaśnianie tego problemu, także w systemach demokratycznych, zachęca represyjne reżimy do korzystania z tej kategorii oskarżeń jako doskonałego pretekstu do represji mediów.  Zaostrza się zarazem kary za rozpowszechnianie „nieprawdziwych” informacji. Np. Rosja i Singapur, wprowadziły w ostatnich miesiącach przepisy uznające publikowanie „fake newsów” za przestępstwo.

 

Naturalnie, dobrze wiemy, że w systemach autorytarnych działają mechanizmy podobne do tych, które w ZSRR pozwalały łatwo uznać każdego wyrażającego się nieprzychylnie o komunistycznym „raju” za osobę niespełna rozumu. Każdego, kto kwestionuje propagandową linię partii, rządu czy innego „umiłowanego przywódcy” można uznać za siewcę kłamstw, zwanych wygodnie „fake newsami” albo za propagatora „języka nienawiści”.

 

Dokument CPJ po raz pierwszy od czterech lat nie uznał Turcji za najbardziej represyjne na świecie miejsce dla dziennikarzy. Jednak autorzy raportu podkreślają, że spadek liczby więzionych tam przedstawicieli tej profesji do 47 z 68, bardziej niż odwilż demonstrują skuteczność rządu prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w eliminacji niezależnych mediów, w tym m. in. przez zamykanie i przejmowaniem firm medialnych przez rząd. Obecnie Turcja może „pochwalić się” rosnącą rzeszą dziennikarzy na wygnaniu, bezrobotnych lub zmuszanych do autocenzury. W październiku władze uchwaliły pakiet legislacyjny, który przyznał nowe uprawnienia do wydawania wyroków skazujących za niektóre przestępstwa, w tym za „propagandę na rzecz organizacji terrorystycznej”, ulubione oskarżenie tamtejszych prokuratorów.

 

Po fali represji i aresztowań, które nastąpiły po próbie zamachu stanu w 2016 r. wielu dziennikarzy w Turcji zostało w 2019 r. zwolnionych z aresztu, ale wciąż czeka ich proces lub apelacja a co za tym idzie – groźba powrotu do więzienia. Wielu spośród tych, którzy uciekli za granicę, zostało skazanych zaocznie i grozi im aresztowanie w przypadku powrotu do kraju. Jedna z takich niepewnych o swój los dziennikarek, Semiha Şahin, opowiedziała CPJ, jak została zwolniona do aresztu domowego w oczekiwaniu na proces, ale ponieważ nie została wyposażona w elektroniczne urządzenie monitorujące, jest faktycznie wolna. Zarazem jednak żyje w strachu przed nagłym aresztowaniem i natychmiastowym powrotem do więzienia. Utrzymywanie ludzi stanie lęku, niepewności i terroru wygląda jak celowa polityka zastraszania.

 

Dokument CPJ opisuje też sytuację w Chinach, obecnie najgorszym dla dziennikarzy reżimie na świecie. Czytamy w nim m. in. o Sophii Huang Xueqin, dziennikarce niezależnej, która wcześniej pracowała jako reporter śledczy w chińskich mediach, a która została aresztowana w październiku, po tym jak napisała na swoim blogu reportaż z demonstracji w Hongkongu. Grozi jej oskarżenie o „wszczynanie kłótni i prowokowanie kłopotów”. Choć tego rodzaju zarzuty brzmią dla nas trochę groteskowo, niemal humorystyczne, w Chinach jest to powszechny zarzut stawiany krytykom polityki państwa, których rządząca Komunistyczna Partia Chin uważa za zagrożenie. Najsilniejsze represje w Chinach nastąpiły po stłumieniu protestów muzułmańskich grup etnicznych (Ujgurów) w prowincji Sinkiang – gdzie, jak się szacuje do obozów dla internowanych zesłano ok. milion ludzi, w tym dziesiątki dziennikarzy.

 

W Arabii Saudyjskiej więzi się według różnych danych 26 do 30 dziennikarzy. Tamtejsze władze nawet nieszczególnie udają, że procesy im wytaczane są uczciwe. W 18 z nich nie ujawniono żadnych zarzutów, a sądzeni, zostali skazani w sposób tajny i często w pośpiechu. Powszechne są doniesienia o torturach. Wiosną brytyjski „The Guardian” pisał  o biciu, paleniu i głodzeniu więźniów politycznych, wśród których było czterech dziennikarzy. Według tych relacji, władca Arabii Saudyjskiej książę Mohammed bin Salman, który, według służb wywiadowczych USA i niezależnego śledztwa sprawozdawcy ONZ, jest odpowiedzialny za zabójstwo w 2018 roku felietonisty „The Washington Post” Jamala Khashoggiego, nie zamierza odejść od brutalnych metod rozprawiania się z dysydentami, także medialnymi.

 

Coraz bardziej niepokojące są również doniesienia z pobliskiego Egiptu. 12 października funkcjonariusze w nieoznakowanych pojazdach zmusili reporterkę i publicystkę Esraę Abdelfattah do zjechania z drogi w Kairze. Jak twierdzi jej przyjaciel i kolega dziennikarz Mohamed Salah, z którym podróżowała, wyciągnęli ją z samochodu i pobili. Abdelfattah utrzymuje, że została pobita po raz drugi w areszcie za odmowę odblokowania telefonu, a następnie godzinami więziona w kajdankach. Z kolei Salah, według własnej relacji, został pobity, zabrany na opuszczoną autostradę, przesłuchiwany tam przez godzinę. Służby zabrały jego kartę SIM z telefonu i zostawili go na pustkowiu. Sześć tygodni później Salah został aresztowany ponownie i pozostaje w więzieniu do dziś. Jego koledzy, np. wielokrotnie nagradzany fotoreporter Mahmoud Abou Zeid, znany jako Shawkan, oraz znana w Egipcie blogerka Alai Abdelfattah, co wieczór muszą meldować się na posterunku policji. Przy czym w Egipcie oznacza to, że funkcjonariusze mogą przetrzymać taką osobę całą noc w zamknięciu.

 

A jakie to zbrodnie według władz popełniają dziennikarze egipscy? Na przykład piszą o korupcji w wojsku. Represje nasiliły się po fali demonstracji antykorupcyjnych we wrześniu, które wzywały m. in. do rezygnacji prezydenta el-Sisi. Więzieni w Egipcie dziennikarze sądzeni są w grupowych procesach z zarzutami dotyczącymi zarówno przestępstw o charakterze terrorystycznym, jak i rozpowszechniania, jakże by inaczej, „fake newsów”.

 

W Iranie, gdzie zablokowano Internet po tym jak przez kraj przeszła fala protestów przeciwko podwyżce cen paliw, aresztowano co najmniej jedenastu dziennikarzy. Był wśród nich wybitny dziennikarz ekonomiczny Mohammad Mosaed, któremu postawiono zarzuty związane z omijaniem blokady sieci, w tym jakoby używał „42 różnych proxy”, aby wejść do Internetu. Co ciekawe, władze represjonują w Iranie ludzi również za to, że piszą o blokadzie, pod zarzutami… rozpowszechniania „fake newsów”. Jak widać, stałą cechą niedemokratycznych reżimów, jest daleko posunięta schizofrenia, co starsi zapewne pamiętają także z PRL-u.

 

Dobieranie się do monopolitystycznych molochów

 

Represje na dziennikarzach, zamykanie i przejmowanie mediów, to metody walki z wolnym słowem stosowane przez ponure reżimy i antypatycznych dyktatorów. W krajach wolnych i demokratycznych również mieliśmy do czynienia z hekatombą dziennikarzy i mediów, głównie na tle… ekonomicznym.

 

W USA np. już w styczniu ponad tysiąc dziennikarzy straciło pracę po zwolnieniach Gannetta, BuzzFeeda, AOL i HuffPosta. A to był dopiero początek. W Stanach Zjednoczonych cały 2019 rok był rokiem nieustannych doniesień o kolejnych falach redukcji personelu i zamykaniu niekiedy bardzo starych i zasłużonych tytułów. Według „The Columbia Journalism Review”, w ciągu ostatnich 12 miesięcy pracę straciło 3385 dziennikarzy. „Business Insider” oszacował, że w tym samym czasie pracę w sektorze mediów w USA mogło stracić nawet ponad 7800 osób.

 

Problemy finansowe wydawców, teraz już nie tylko tradycyjnych, prasowych, ale także tych z kategorii nowych mediów, serwisów internetowych i portali, które prowadzą do wyżej opisanych cięć, są powszechnie wiązane z rosnącym drenażem pieniędzy reklamowych z rynku przez potentatów takich jak Google i Facebook. Ich dominująca i monopolistyczna pozycja była widoczna już wcześniej, ale 2019 był rokiem, gdy dostrzegają to już wszyscy a wielu postanowiło coś z tym zrobić. Nikt już nie wierzy w stary sloganik Google’a – „Do no evil” (z ang. „Nie czyń zła”), widząc w tej firmie obecnie głównie chciwego i agresywnego wobec wszelkiej konkurencji monopolistę.

 

Był to rok, w którym na całym świecie pełną parą ruszyła wielka ofensywa antymonopolowa. Poszczególne kraje zaczynają coraz skuteczniej egzekwować podatki od unikających dotychczas haraczu gigantów internetowo-technologicznych. W 2019 r. Big Tech (czasem nazywany GAFA, od kwartetu Google, Amazon, Facebook, Apple) opodatkowały Włochy, wcześniej Francja. W obu krajach podatek jest naliczany od obrotu.

 

Walka o dane i przebudzenie prywatnościowej mocy

 

Pisałem wiele razy na portalu SDP, że kluczowe w zmaganiach z monopolami internetowymi może okazać się zrozumienie, że fundamentem potęgi Google’a, Facebooka czy Amazona, nie są wcale zaawansowane narzędzia, technologia, nie doskonałość algorytmów, lecz dane, nasze dane, które otrzymują od nas, użytkowników za „darmowe” usługi. Tu i ówdzie do zrozumienia tego już się dochodzi. Co więcej, są już konkretne projekty, które mają nasze dane uwolnić od platform GAFA.

 

W październiku ponadpartyjna grupa amerykańskich senatorów zaproponowała przepisy, które nakładają na firmy takie jak Google i Facebook obowiązek tworzenia i utrzymywania otwartych interfejsów interoperacyjnych (API), umożliwiającym użytkownikom lub delegowanym stronom trzecim dostęp do danych personalnych i ich przenoszenie. Projekt ustawy, nazwany ustawą Augmenting Compatibility and Competition by Enabling Service Switching (ACCESS) Act, ma zastosowanie wyłącznie do dostawców usług platformy komunikacyjnej z ponad 100 milionami aktywnych użytkowników dziennie na terenie USA. Jest to wyraźnie zaprojektowane z myślą o odebraniu władzy nad danymi firmom Big Tech.

 

Dane użytkowników to istota ich biznesu, więc „uwolnienie” ich będzie dla potentatów ogromnym ciosem – rozumują zwolennicy tego rozwiązania. Jednak prawodawcy zdają sobie sprawę, że samo udostępnianie danych i możliwość skopiowania, i zapisania ich w jakiejś postaci to wciąż za mało. Te dane byłyby użyteczne jedynie w kontekście platformy Facebooka czy Google’a. Dlatego kładą nacisk na „interoperacyjność” (czytaj: będzie można je przenieść na inne platformy i korzystać z nich swobodnie w innych niż googlowe czy facebookowe, aplikacjach). Inicjatywę wyrwania naszych danych w potężnych kończyn Big Tech, która pojawiła się w ostatnich miesiącach 2019 r., warto śledzić, zdając sobie jednak sprawę, że nie będzie to łatwe, bo wszyscy doskonale rozumieją w co się tu gra i na czym polega ten biznes. Inaczej mówiąc, GAFA tak łatwo danych nie odda.

 

Pojawiły się oznaki coraz bardziej agresywnej polityki Big Tech. Np. Google sposób coraz bardziej bezpardonowy walczy z blokowaniem reklam. Jesienią 2019 r. po wielkiej awanturze ze środowiskiem deweloperskim Google utrzymało stanowisko, że trzeci manifest rozszerzeń przeglądarki Chrome będzie uniemożliwiał działanie najważniejszych adblockerów. Oznacza to w praktyce blokadę blokady reklam w przeglądarce. Skoro  w tej sprawie, pomimo rewolty deweloperów na których opiera się cała siła Chrome’a, jest tak uparte, to chyba jasny sygnał, że blokowanie reklam Google’a bardzo boli i bardzo dużo kosztuje. Osoby mniej podatne na PR „fajnej firmy” która robi różne innowacyjne i imponujące rzeczy, widzą dobrze w co tu się gra i co jest najczarniejszym koszmarem Google’a.

 

Zresztą ostatnie poczynania Google’a na wiecznie deficytowej platformie YouTube, gdzie zmienił regulamin, przewidując zamykanie „niedochodowych” kanałów i bany za korzystanie z blokowania reklam, też mają swoją wymowę. Do tego dochodzi Premium, czyli płatne YT bez reklam. Robi się coraz mniej miło. Narasta niezadowolenie youtuberów, którym Google jakoś nie umie wprost powiedzieć, że chciałoby wreszcie zacząć zarabiać na serwisie, który kupiło kilkanaście lat temu. Zaostrzające się w 2019 roku konflikty pomiędzy właścicielami platform a użytkownikami i dostawcami treści to chyba tylko preludium, bo poddana coraz silniejszej presji GAFA, prawnej, fiskalnej, finansowej, będzie coraz agresywniej szukać przychodów.

 

Ostatni rok można nazwać rokiem „prywatnościowego przebudzenia” na masową skalę, co w świetle omawianych bojów o dane użytkowników ma kluczowe znaczenie. Już wcześniej na aktualności zaczął tracić dawny układ, nie spisany ale obowiązujący przez lata – pomiędzy Google’m a użytkownikami, którzy przez lata mniej lub bardziej świadomie sprzedawali gigantowi swoje dane prywatne w zamian za „darmowe” usługi. Produkty Google tradycyjnie były bezpłatne, innowacyjne i używane przez miliardy ludzi. Aby uzyskać dostęp do tych darmowych produktów, ludzie musieli zrezygnować ze swoich danych osobowych i poświęcić nieco czasu i uwagi na reklamy.

 

Te ostatnie oczywiście nigdy nie były czymś, co z chęcią przyjmowali użytkownicy usług Google’a – były one po prostu przykrą koniecznością, podatkiem nałożonym na dostęp do ekosystemu Google. Google zachęcał ludzi do handlu ich prywatnością, danymi i czasem dając w zamian bardzo dobrej jakości, „darmowe” produkty i usługi,  które często nie miały dobrych alternatyw. Każdy składnik tego ekosystemu zbiera pracowicie dane o każdej wykonanej przez użytkownika operacji, zamówieniu, wypowiedzianym lub zapisanym słowie. Wszystko to pracuje przede wszystkim w celu lepszego, dokładniejszego kierowania reklam i wykrywania ich skuteczności, np. przez rejestrację zakupów i zamówień.

 

Obecnie nastawienia użytkowników zmieniają się. Sprzyjają temu kolejne głośne skandale związane z nieuprawnionym wykorzystaniem prywatnych danych, niekoniecznie zresztą przez Google, bo akurat tu na sumieniu więcej ma inny potentat, Facebook. Obie firmy mają problemy związane z „przebudzeniem” użytkowników w dziedzinie ochrony prywatnych danych. Dochodzą do tego powiązane z owym „przebudzeniem” kłopoty z władzami państw, będącymi z kolei pod naciskiem wyborców, i przepisami chroniącymi użytkowników lub rynek przed dominującymi graczami Big Tech.

 

Bicz na Google’a a Facebookowi figa, a nie waluta

 

Przeciwko Facebookowi i Google ruszył w mijającym roku szeroki front dochodzeń antymonopolowych prowadzonych przez organy wymiaru sprawiedliwości w USA. Donosił o tym jako pierwszy w sierpniu dziennik „The Wall Street Journal”. Kilka miesięcy wcześniej Federalnej Komisji Handlu USA nałożyła na Facebooka karę grzywny w wysokości pięciu miliardów dolarów grzywny za brak ochrony danych użytkowników w związku ze skandalem Cambridge Analytica. Na początku września pojawiła się informacja, że wszystkie stany USA, pod przewodnictwem Teksasu, rozpoczęły dochodzenia w sprawie „potencjalnych monopolistycznych zachowań Google’a”. Europa była szybsza – organy regulacyjne ds. ochrony konkurencji UE już w marcu 2019 r. nałożyły na Google grzywnę w wysokości 1,7 mld USD za nieuczciwe umieszczanie klauzul o wyłączności w umowach z reklamodawcami, co stawiało konkurentów w branży reklam internetowych w niekorzystnej sytuacji.

 

Jednym z możliwych efektów dochodzeń organów ds. przeciwdziałania praktykom monopolistycznym, jest zmuszenie Google do wydzielenia wyszukiwarki internetowej jako oddzielnej firmy.

 

Tracący aktywnych, młodych użytkowników Facebook wpadł około dwa lata temu na pomysł ożywienia biznesu przez wprowadzenie własnej waluty opartej na łańcuchach blokowych jak bitcoin. Pomysł na walutę Libra zapewne wydawał się Zuckerbergowi i kolegom genialny. I może taki był, gdyby nie to, że wchodzi na teren, którego państwa i establishment finansowy pilnują jak oka w głowie, a z głowy Zucekrberga pomysł ten chyba wybito na dobrze w drugiej połowie 2019 r. Po skandalu związanym z wyciekiem danych użytkowników do Cambridge Analytica i dowodach niezdolności platformy Zuckerberga do odpowiedniego zabezpieczenia własnej platformy, władze USA i wielu innych państw traktują Facebooka jako podmiot o bardzo niskiej wiarygodności. Już w ciągu doby od chwili ogłoszenia planu wprowadzenia Libry na Facebooku (czerwiec 2019) zaczęły nadchodzić sygnały zaniepokojenia ze strony rządów całego świata. W Europie politycy podkreślali, że nie można pozwolić, by stała się ona „suwerenną walutą”. Amerykańscy senatorowie wezwali Facebooka do natychmiastowego wstrzymania projektu i wezwali kierownictwo Facebooka na przesłuchanie.

 

„Projekt Facebooka przewidujący wprowadzenie kryptowaluty Libra nie może być realizowany w formie, w jakiej był dotąd prezentowany” –  oświadczył w lipcu francuski minister finansów Bruno Le Maire. Nawiązał też do planów opodatkowania wielkich firm technologicznych. „Nie możemy pozwolić przedsiębiorstwom, które kierują się prywatnym interesem, na wyposażenie się w środki suwerenności monetarnej. Musimy działać.”

 

Z kolei, według amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, Libra może stać się narzędziem ludzi finansujących terrorystów i zajmujących się praniem brudnych pieniędzy, w związku z czym stanowi problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jego zdaniem wirtualne pieniądze takie jak bitcoin „były już wykorzystywane do wspierania nielegalnego obrotu miliardami dolarów w ramach cyberprzestępczości, unikania podatków, sprzedaży nielegalnych substancji i narkotyków oraz handlu ludźmi”. Niemiecki minister finansów Olaf Scholz powiedział, że musi być gwarancja prawna, że kryptowaluty, takie jak Libra, nie będą stanowić zagrożenia dla stabilności finansowej ani prywatności konsumentów.

 

W końcu sam prezydent USA Donald Trump skrytykował na Twitterze kryptowaluty w tym bitcoina, oraz zapowiedzianą przez Facebooka Librę. „Jeśli Facebook i inne firmy chcą zostać bankami, muszą starać się o licencję bankową i podporządkować się wszystkim przepisom prawa bankowego, jak każdy inny krajowy czy międzynarodowy bank” – napisał.

 

Na początku października PayPal opuścił Stowarzyszenie Libra, co było poważnym osłabieniem dla projektu. Potem ze stowarzyszenia wycofywać zaczęły się inne znane firmy, w tym eBay, Visa i MasterCard.

 

Wygląda na to, że amerykańskie organy regulacyjne nie pozwolą na uruchomienie Libry. Ludzie Zuckerberga pracują jednak wciąż nad projektem. W połowie listopada pojawiły się informacje o tworzeniu sieci testowych i portfeli, na których przeprowadzono dziesiątki tysięcy pozorowanych transakcji. Infrastruktura techniczna facebookowej waluty może być gotowa w 2020 roku, jak zakładał plan. Być może Facebook liczy, że kryptowalutę tego rodzaju zaproponują Chiny, co zmusi USA do przeciwdziałania, a błękitna platforma będzie mieć gotowe rozwiązanie dla władz amerykańskich.

 

W Polsce – czas batalii prawnych z Facebookiem

 

W Polce rok 2019 był okresem walki z facebookową cenzurą w sądach. Komentowałem na portalu SDP pozew Macieja Świrskiego, zarzucającego platformie Zuckerberga dyskryminację i cenzurę prewencyjną, starając się umieścić tę akcję w szerszym kontekście zmagań z jej monopolistycznymi i cenzorskimi praktykami.

We wrześniu pozew przeciwko Facebookowi zapowiedział przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, również wskazujący na możliwość konstytucyjnej zasady wolności słowa w Polsce przez ten serwis. „Facebook stał się miejscem, gdzie można oczernić każdego bez żadnych konsekwencjo” – mówił w Polsatnews.pl Patryk Jaki, który w listopadzie w Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga złożył skargę na Facebooka za brak reakcji na rażącego fake newsa dotyczącego europosła PiS.

 

Spore znaczenie może mieć w takich sprawach orzeczenie TSUE z października, w którym  w odpowiedzi na pytania Sądu Najwyższego Austrii, trybunał uznał, że dyrektywa o handlu elektronicznym nie stoi na przeszkodzie, aby „sąd państwa członkowskiego mógł nakazać dostawcy usług hostingowych [w tym przypadku Facebookowi – red.] usunięcie informacji, które dostawca ten przechowuje i których treść jest identyczna z treścią informacji uprzednio uznanej za mającą bezprawny charakter, lub zablokowanie dostępu do tych informacji, niezależnie od tego, kto wnioskował o przechowywanie tych informacji”. Oznacza to m. in. że orzeczenia sądów krajów UE muszą być respektowane przez błękitną platformę.

 

ACTA2 przepchnięta lobbystycznym kolanem, ale zaskarżona

 

Zawsze piszę, że myli się ten, kto widzi niebezpieczeństwa dla wolności słowa w mediach i w Internecie tylko w krajach uznawanych powszechnie za niedemokratyczne. Niestety również w świecie, nazywającym się „wolnym”, przez cały 2019 r. zasadzano się bez wytchnienia na wolność słowa. Oczywiście na wiele „eleganckich” sposobów, najczęściej opakowanych w kwieciste wystąpienia pełne frazesów i zapewnień, że robi się to „co konieczne” dla naszego „dobra”. Jednak maskowana tym teatrzykiem pięknych słów brzydka gęba cenzury była wyraźnie widoczna dla tych, którzy chcą ją widzieć

 

Rok 2019 zaczął się od dobrej informacji o zablokowaniu w  młynach prawodawczych Unii eurodyrektywy o prawach autorskich zwanej nie bez sensu ACTA2. Przedstawiciele państw członkowskich w Radzie Europejskiej, którzy zebrali się 22 stycznia, aby zatwierdzić nową wersję dyrektywy przygotowaną przez Rumunię nic nie postanowili, gdyż, według nieoficjalnych informacji, jedenaście krajów sprzeciwiło się temu tekstowi, niektóre, powołując się na znane już obawy dotyczące dwóch kontrowersyjnych artykułów, inne mają nowe zastrzeżenia. Przeciwko były: Niemcy, Belgia, Holandia, Finlandia, Słowenia, Włochy, Polska, Szwecja, Chorwacja, Luksemburg i Portugalia. Efekt, niestety chwilowy, był taki, że ACTA2 wydawała się być odłożona, powiedzmy, „ad acta”.

 

Jak się potem okazało, nadzieje te były płonne. Silna presja lobbystów biznesu zarządzającego prawami autorskimi doprowadziła do uchwalenia dyrektywy przez Europarlament w kwietniu. Przyjęte brzmienie nie było, wbrew zapewnieniom niektórych polskich polityków, którzy poparli ACTA2, „złagodzone”. Wszystkie najbardziej represyjne i bezsensowne sformułowania w tekście zostały, choć poprzenoszono je pomiędzy artykułami.

 

O konsekwencjach ACTA2 pisałem na portalu SDP niejeden raz. Na przykład o tym jak eurodyrektywa stosunkowo łatwo może doprowadzić do zamordyzmu i cenzury. Pisałem w marcu nawet o tym, jak regulacja ta prowadzi do łamania polskiej konstytucji. Ostatecznie, jeszcze przed wyborami do Europarlamentu, dyrektywa o prawach autorskich została przyjęta a Polska zaskarżyła ją do TSUE, co również skomentowałem, wskazując na pierwsze sygnały negatywnych skutków topornych regulacji tego rodzaju.

 

Skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w pełnej nazwie dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze pisały liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa. Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Mniej nagłośnione niż dyrektywa ACTA2 były niemal równocześnie prowadzone w kręgach brukselsko-strasburskich prace nad rozporządzeniem w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, o czym pisałem już wiosną 2019 r.przypomniałem kilka tygodni temu, bo kolejne elementy machiny do cenzurowania sieci w każdym jej aspekcie są konsekwentnie i bez wytchnienia budowane w kręgach prawodawczych UE.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne.

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”. Cóż, niedawne rosyjsko-chińskie propozycje międzynarodowej konwencji przeciw cyberprzestępczości też otwarcie nie mówią o planie wprowadzenia cenzury na poziomie międzynarodowym, ani o dawaniu zamordystom narzędzi prawnych wspierających zaostrzanie zamordyzmu.

 

Unia Europejska ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci a 2019 był ważnym rokiem w procesie wdrażania tego planu, nie tylko dlatego, że postawiono w nim prawno-autorską nogę tej konstrukcji, czyli dyrektywę ACTA2. Od lata głośno mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”, czyli to co Niemcy zapowiedzieli w ostatnich dniach 2019 r. u siebie.

 

Komisja bada także możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Bo przecież skoro ma istnieć restrykcyjne prawo, to musi być też urząd i armia euro funkcjonariuszy do egzekwowania tych przepisów.

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich, czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej lub pewnych polityków (oczywiście tylko niektórych) to „mowa nienawiści”. Co do ACTA2 i przygotowanych przepisów o treściach terrorystycznych, to wiemy, że przewidywane są do tego środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze.

 

Taki oto kierunek zmian w obszarze mediów, Internetu i wolności wypowiedzi w Europie ukształtował się w mijającym roku. Jest on, jeśli chodzi o zawarty w nim „kontent”, czyli opis pretekstów służących do represjonowania ludzi, którzy nie chcą się podporządkować, zadziwiająco zbieżny z treściami zwalczającej brutalnie wolność propagandy autorytarnych reżimów.

 

Jeśli wolność słowa zagraża zarówno dyktaturom jak i demokracjom (jak zdaje się uważać choćby Merkel), to wygląda to tak jakby nie było różnicy pomiędzy tymi systemami. Dyktaturom to chyba wszystko jedno, ale dla demokracji to nie jest dobra wiadomość.

 

Mirosław Usidus

 

Kościół zanurzony w komunikacji – głos ks. ARTURA STOPKI w sprawie projektu Benedykta XVI

Zarówno papież Franciszek, jak i Benedykt XVI rozumieją rangę problemu, jaki dzisiaj dla Kościoła katolickiego stanowi komunikacja. Dają przykład, jak szukać rozwiązań.

 

Tuż przed świętami Narodzenia Pańskiego pojawiła się wiadomość, że Papież-senior Benedykt XVI powołał fundację na rzecz dziennikarstwa katolickiego. Nazwa wskazuje, że jest ona powiązana z niemieckim katolickim tygodnikiem „Die Tagespost”, który fakt zaistnienia przedsięwzięcia ujawnił. W nazwie znalazło się też ciekawe doprecyzowanie: „dla publicystyki katolickiej”. Cel fundacji został bardzo wyraźnie doprecyzowany.

 

Nie wchodząc w toczący się od dawna spór, czy istnieje dziennikarstwo katolickie i katoliccy dziennikarze, czy też mamy do czynienia jedynie z dziennikarstwem uprawianym przez katolików, warto się zastanowić nie tylko dlaczego fundacja została powołana do życia, ale też, z jakiego powodu został w nią zaangażowany autorytet emerytowanego Papieża. Łatwo się zorientować, że dzięki włączeniu w powstające dzieło Benedykta XVI, wiadomość zostanie szeroko rozkolportowana. O wiele szerzej, niż gdyby fundację utworzyła redakcja czasopisma o nakładzie nieco przekraczającym 10 tys. egzemplarzy.

 

Powołanie fundacji i nagłośnienie tego faktu to poważny sygnał, że jest problem. Duży problem. Jego istotą jest posługiwanie się przez Kościół katolicki medialnymi narzędziami w wypełnianiu ewangelizacyjnej misji.

 

O tym, że Kościół nie tylko w wymiarze lokalnym, ale również, a może nawet przede wszystkim, w wymiarze powszechnym, ma kłopoty i trudności w przestrzeni medialnej, zdaje sobie sprawę papież Franciszek. Niemal od pierwszych chwil swego pontyfikatu usiłuje on doprowadzić do poważnych przekształceń w mediach Stolicy Apostolskiej. Kolejne zmiany strukturalne i personalne dowodzą, że nie jest to sprawa łatwa. Chodzi nie tylko o stworzenie sprawnych mechanizmów, umożliwiających szybki i profesjonalny przekaz treści. To ważne, ale istotniejsze wydaje się wypracowanie koncepcji wykorzystania mass mediów, w tym tzw. nowych mediów, do nawiązywania realnej komunikacji Kościoła ze światem współczesnym.

 

Znamienne, że właśnie temat medialnego przekazu znalazł się wśród zagadnień poruszonych przez Franciszka w dorocznym przedświątecznym przemówieniu do rzymskich kurialistów. Aktualny Następca św. Piotra uczynił z wystąpień podczas tych spotkań wysokiej rangi przemówienia programowe. Tak było i w tym roku.

 

Franciszek sporo uwagi poświęcił niedawno ustanowionej Dykasterii ds. Komunikacji. Zwrócił uwagę, że jako ludzkość znajdujemy się w perspektywie zmiany epoki. Odwołując się do swojej adhortacji „Christus vivit”, będącej owocem Synodu Biskupów na temat młodzieży, Papież skonkretyzował istotę tej zmiany. Polega ona na tym, że dziś już ogromna część mieszkańców ziemskiego globu nie ogranicza się do używania narzędzi komunikacji, ale jest w niej „zanurzona”. Miliardy ludzi funkcjonują „w kulturze głęboko skomputeryzowanej, która ma bardzo mocny wpływ na pojęcie czasu i przestrzeni, na postrzeganie siebie, innych i świata, na sposób komunikowania, uczenia się, zdobywania informacji, nawiązywania relacji z innymi”. To wpływa na ich podejście do rzeczywistości. To przejawia się m. in. skłonnością do faworyzowania obrazu, a nie słuchania i czytania. To wpływa na sposób uczenia się i rozwój zmysłu krytycznego.

 

Dziś nie ma już prostego przekazu opartego na układzie nadawca-komunikat-odbiorca. Franciszek tłumaczył swoim kurialistom, że nowa kultura, naznaczona czynnikami zbieżności i multimedialności, potrzebuje odpowiedniej reakcji Stolicy Apostolskiej w dziedzinie przekazu. „Dziś, w odniesieniu do zróżnicowanych serwisów dominuje forma multimedialna, a oznacza to także sposób ich pojmowania, myślenia i realizowania” – wyjaśniał.

 

Firmowana przez Benedykta XVI fundacja planuje zainwestować w szkolenie młodych katolickich dziennikarzy, finansować projekty badawcze z dziedziny bioetyki i pomagać katolickim mediom w osiąganiu większego zasięgu oddziaływania. „Mam nadzieję, że katolicki głos zostanie usłyszany” – zacytowała Papieża-seniora Katolicka Agencja Informacyjna. To nie od dziś jest istotny problem Kościoła w sferze medialnej. Nie bez powodu jedna z należących do Kościoła w Polsce radiostacji odwołuje się właśnie do sformułowania „katolicki głos”. Bycie słyszanym i to nie incydentalnie, od przypadku do przypadku, ale stale, to jeden z podstawowych problemów w świecie współczesnych mediów.

 

Papieże FranciszekBenedykt XVI jasno dają do zrozumienia, że bez profesjonalnej strategii komunikacyjnej (już nie tylko medialnej), Kościół ze swym ewangelicznym przekazem zostanie zagłuszony i przytłoczony. Nie będzie w stanie dobrze wypełniać powierzonej mu przez Jezusa misji głoszenia Dobrej Nowiny „aż pod krańce ziemi”. Chaos i ambicjonalne partykularne działania w tej sferze skazane są na porażkę. Warto mieć tego świadomość. Także w Kościele w Polsce.

 

ks. Artur Stopka

Wzmocnienie dziennikarstwa katolickiego – ks. MARIUSZ FRUKACZ o projekcie Benedykta XVI

„Mam nadzieję, że katolicki głos zostanie usłyszany”  – uzasadnił papież senior Benedykt XVI powołanie fundacji na rzecz dziennikarstwa katolickiego, o czym w ostatnich dniach poinformował niemiecki tygodnik katolicki „Die Tagespost” w Würzburgu. Nazwa nowej fundacji brzmi: „Fundacja Die Tagespost dla publicystyki katolickiej”.

 

Szkolenie młodych katolickich dziennikarzy i nie tylko

 

Fundacja, jak informuje tygodnik katolicki „Die Tagespost” planuje nie tylko szkolić młodych katolickich dziennikarzy, ale również finansować projekty badawcze z dziedziny bioetyki i pomagać katolickim mediom w osiąganiu większego zasięgu oddziaływania. W nadchodzącym roku fundacja chce zebrać ok. 450 tys. euro na projekty medialne i edukacyjne. Jak podaje również Katolicka Agencja Informacyjna zgromadzone środki finansowe przeznaczone będą na  szkolenie wolontariuszy, wdrażanie projektów cyfrowych, udostępnianie raportów i badań z zakresu ochrony życia i bioetyki.

 

Moim zdaniem to bardzo ważna inicjatywa papieża seniora wpisująca się bardzo dobitnie w troskę Kościoła o wzmocnienie głosu mediów katolickich. Taka instytucja jak  „Fundacja Die Tagespost dla publicystyki katolickiej” może być znakiem także dla Kościoła w innym obszarze językowym, aniżeli jedynie w niemieckojęzycznym świecie. Może być kolejnym krokiem dla wzmocnienia dziennikarstwa i publicystyki katolickiej i pomocy katolickim mediom w dotarciu do większej części społeczeństwa współczesnego i zostać usłyszanym.

 

Bardzo cenne jest to, że fundacja chce szkolić wolontariuszy, m.in. w zrozumieniu funkcjonowania współczesnych mediów. Istotnie jest również to, że fundacja chce finansować  bioetycznie projekty badawcze. Jak zauważa dr Norbert Neuhaus, reprezentujący fundację, „Benedykt XVI z wielkim zainteresowaniem śledzi dyskusje w Niemczech. Jako profesor, biskup i kardynał kurii wielokrotnie używał swojego pióra – między innymi w codziennej prasie – i wygłaszał publiczne oświadczenia z doskonałą jasnością i kompetencją na ważne tematy. Teraz jego celem jest ponowne nadanie katolickiemu dziennikarstwu mocnego statusu i skuteczności”. Zdaniem Neuhausa działalność fundacji pozwoli na jeszcze lepsze przypomnienie i przywrócenie podstawowych prawd naszej zachodniej tradycji w świeżym, współczesnym języku do świadomości ogółu społeczeństwa. Jak dodaje „jest to również zadanie współczesnego dziennikarstwa katolickiego. Jest to wkład w nową ewangelizację”.

 

Ważny głos Benedykta XVI

 

Benedykt XVI zawsze zwracał dużą uwagę na znaczenie mediów, a zwłaszcza mediów katolickich. Dla papieża seniora  jednym z zadań mediów katolickich było uwrażliwienie m. in. kapłanów na wykorzystanie nowych mediów w duszpasterstwie. Oczywiście Benedykt XVI zawsze też podkreślał, że nie zastąpią one głoszenia słowa Bożego, modlitwy, życia sakramentalnego i osobistego świadectwa, ale wydaje się, że obecność kapłana i duszpasterstwa w świecie cyfrowym, jak nazwał go Benedykt XVI „kontynencie cyfrowym”. „Rozwój nowych technologii i, ogólnie, cały świat cyfrowy stanowią wielkie bogactwo dla wszystkich ludzi razem oraz dla człowieka jako bytu indywidualnego, a także są bodźcem do spotkania i dialogu” – napisał Benedykt XVI.

 

Nowa fundacja Papieża Benedykta XVI, jak informuje tygodnik katolicki „Die Tagespost”, ma znacznie szerszy fundament: od promocji religii do sztuki i kultury i katolicyzmu, po globalne zrozumienie między narodami. Również takie tematy jak równość mężczyzn i kobiet oraz ochrona małżeństwa i rodziny znajdują odzwierciedlenie w celach fundacji.

 

Ważne jest, aby głos katolicki był słyszany w dzisiejszym zsekularyzowanym krajobrazie mediów, aby ukazać piękno i znaczenie katolika. Wymaga to wykwalifikowanych dziennikarzy, którzy są zaznajomieni z kwestiami wiary, Kościoła i historii Kościoła, ale także z kwestiami moralnymi i etycznymi. W realizacji tego celu jest bardzo ważne szkolenie wolontariuszy, dalsze szkolenia, utworzenie think tanków i baz danych informacyjnych na takie tematy, jak: bioetyka, pokój w świecie, chrześcijańska nauka społeczna” – podkreśla dr Norbert Neuhaus (https://www.die-tagespost.de/foerdern/tagespost-stiftung/interviewnorbertneuhaus/Leuchttuerme-des-Glaubens-schaffen;art4960,203997  )

 

Zrozumieć język mediów

 

Wydaje się, że fakt powołania fundacji przez papieża seniora zwraca również uwagę na to, że nie tylko Kościół musi zrozumieć nowy język mediów i jak najlepiej wykorzystać go w celach duszpasterskich, ale ważne jest również to, aby społeczeństwo współczesne, często bardzo zlaicyzowane, zrozumiało język Kościoła i język mediów katolickich. A także potrafiło dostrzec znaczenie głosu katolickiego w przestrzeni życia publicznego.

 

Dzisiaj na przykład wielu młodych ludzi to „pokolenie online”, z którym trzeba podjąć dialog. Oczywiście, na pierwszym miejscu ma być osobiste spotkanie z człowiekiem i własne świadectwo, ale w dziele ewangelizacji nie można zaniedbać takich narzędzi jak Internet, a zwłaszcza portale i serwisy społecznościowe. Na szczęście w ostatnich latach w tym względzie sporo zmieniło się na lepsze. Wielu księży można posłuchać za pośrednictwem YouTube’a, niemało korzysta również z Facebooka i Twittera. Rośnie liczba witryn z treściami religijnymi przekazywanymi w sposób dostosowany do współczesnego odbiorcy. Dlatego tak cenne w założeniach nowej fundacji jest szkolenie młodych katolickich dziennikarzy, którzy nie tylko rozumieją świat młodych ludzi, ale mogą w sposób bardzo przystępny i komunikatywny przybliżać świat Kościoła i wartości chrześcijańskich młodym ludziom. Mówiąc językiem Benedykta XVI ten wysiłek ma na celu niesienie pomocy odpowiedzialnym za życie Kościoła, by potrafili rozumieć «nowy język» mediów, interpretować go i wykorzystywać w celach duszpasterskich.

 

Moim zdaniem powołanie nowej fundacji przez Benedykta XVI przyczyni się do  wzrostu znaczenia mediów i prasy katolickiej w dyskursie publicznym.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”