Dziennikarze w poważaniu – ks. ARTUR STOPKA o sondażu CBOS

Ponad połowa rodaków podchodzi do dziennikarzy z szacunkiem i docenia ich rolę w funkcjonowaniu społeczeństwa. Jakie to ma znaczenie i co z tego wynika?

 

Jak pokazują badania CBOS, 55 proc. Polaków uznało zawód dziennikarza za bardzo poważany, 35 proc., że średnio, a tylko 8 proc. określiło tę profesję jako słabo poważaną. To dobrze czy źle? Jeśli zestawić ten wynik ze strażakiem ((94 proc. uznało go za bardzo poważany), pielęgniarką (89 proc.) i robotnikiem wykwalifikowanym (84 proc.), powodów do wielkiej satysfakcji nie ma. Jeśli porównać prestiż dziennikarzy np. z poważaniem dla partyjnych działaczy, polityków czy księży, można powiedzieć, że jest całkiem nieźle. Zwłaszcza, że w ciągu minionych sześciu lat, od poprzedniego badania, poważanie dla zawodu dziennikarza wzrosło o pięć procent.

 

To bardzo interesujący sygnał. Zwłaszcza w kontekście powtarzających się głosów mówiących o końcu tego zawodu i całej serii odejść do innej pracy dziennikarzy o niejednokrotnie bardzo znanych nazwiskach i sporych dokonaniach. Ponad połowa rodaków podchodzi do dziennikarzy z szacunkiem i docenia ich rolę w funkcjonowaniu społeczeństwa. Uznaje ich działania i wysiłki za potrzebne. Jest to ważne w sytuacji, gdy niemal każdy w jakiś sposób może dzisiaj uprawiać dziennikarstwo korzystając z ogólnodostępnych środków, jakie dostarczają tzw. nowe media. Widać zapotrzebowanie na profesjonalizm w sferze opowiadania i wyjaśniania świata. Wystarczyło niewiele czasu, aby również w Polsce zorientowano się, że blogerzy i vlogerzy nie są w stanie zastąpić zawodowych reporterów, komentatorów, publicystów, wydawców.

 

Także w internecie coraz więcej osób szuka nie amatorskich czy półprofesjonalnych materiałów, lecz treści przygotowanych przez zawodowców. To daje nadzieję na przyszłość. Nie tylko dziennikarzom, że przetrwają jako grupa zawodowa, ale także społeczeństwu, że nadal będzie miało dostęp do rzetelnych materiałów dziennikarskich, zrobionych zgodnie z wszystkimi zasadami konstytutywnymi dla tej profesji. Byłoby fatalnie, gdyby wpadło bez alternatywy w ręce propagandystów (niezależnie od tego, jak się ich teraz nazywa) i skazane było wyłącznie na komunikację przez nich organizowaną.

 

Utrzymujący się, a nawet rosnący społeczny status dziennikarzy pozwala również mieć nadzieję, że do tego – pod wieloma względami coraz trudniejszego i coraz bardziej wymagającego – zawodu, będą przychodzić ludzie wybitni, utalentowani, pracowici, opierający się na rzeczywistych wartościach, rozumiejący zarówno związaną z pracą w mass mediach odpowiedzialność, jak i służebność swojej funkcji. To istotne, ponieważ wiele wskazuje na to, że poziom profesjonalny i moralny w takich zawodach, jak dziennikarstwo, ma i będzie miał znaczenie dla kształtowania systemu wartości przyjmowanego przez znaczącą część społeczeństwa.

 

W połowie ubiegłego roku opublikowano wyniki międzynarodowych badań, pokazujących, że Polacy niezbyt ufają mediom. Medioznawca Maciej Myśliwiec komentował, że brak zaufania w ogóle do mediów może wynikać z rozczarowania odbiorców informacją otrzymywaną z kanałów masowych. „Ta informacja jest szybka, niesprawdzona, bo zależy autorowi na czasie. Często jest przygotowana niechlujnie” – wskazywał. Profesjonalizm wpływa na poziom zaufania odbiorców. Im wyższy, tym większe zaufanie. Pojawia się pytanie, czy rosnący powolutku społeczny prestiż zawodu dziennikarza nie jest mimowolnym wyrazem tęsknoty odbiorców za dobrze i rzetelnie przygotowywanymi treściami oraz mediami, którym można bezpiecznie zaufać? Budowanie i kształtowanie każdej społeczności wymaga zaufania, a media mają w tej sferze mnóstwo realnych możliwości i wręcz niezbędnych zadań do wykonania. Trudno dziś w ogóle wyobrazić sobie społeczeństwo tworzone bez udziału środków komunikacji. Ich jakość ma więc ogromne znaczenie dla milionów ludzi. Także w Polsce.

 

Co roku 24 stycznia, we wspomnienie św. Franciszka Salezego, ogłaszane jest papieskie orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. W tym roku (zgodnie z zapowiedzią podaną do publicznej wiadomości 29 września ub. r.) temat orędzia będzie brzmiał: „«Abyś opowiadał dzieciom twoim i wnukom» (Wj 10,2). Życie staje się historią”. Wybierając właśnie taki temat papież Franciszek podkreślił, że dziedzictwo pamięci jest szczególnie cenne w komunikacji. W komentarzu opublikowanym przez Stolicę Apostolską zwrócono uwagę, że środki przekazu są powołane do łączenia poprzez opis pamięci i życia. Wskazano też, że po raz kolejny Papież w centrum refleksji stawia osobę w jej relacjach i wrodzonej zdolności do komunikowania się. „Papież prosi wszystkich, bez wyjątku, aby ten talent przyniósł owoce: uczynienie komunikacji narzędziem budowania mostów, zjednoczenia i dzielenia się pięknem bycia braćmi w czasach naznaczonych sprzecznościami i podziałami” – czytamy w watykańskim komentarzu.

 

Jeśli spojrzeć na prestiż zawodu dziennikarza z perspektywy prośby papieża Franciszka, łatwo dostrzec, jak wiele zaufania wiąże się z jej faktycznym wypełnieniem. Ale też widać wyraźnie, że potrzeba dużego profesjonalizmu i odpowiedzialności za to, co się w sferze międzyludzkiej komunikacji robi, ponieważ skutki tych działań mają nie tylko wymiar doraźny, ale również dotykają przeszłości i przyszłości. Przekonujemy się o tym w Polsce w ostatnim czasie aż nadto dobitnie.

 

Artur Stopka

Dziennikarz niedowartościowany – felieton JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Dla przeciętnego Polaka dziennikarza spełnia jakąś rolę, ale chyba  niezbyt istotną w jego życiu codziennym – tak najkrócej można skomentować pozycję zawodu dziennikarza w badaniu najbardziej poważanych zawodów.

 

Głośny przedwojenny dziennikarz Karol Zbyszewski opisując w pamflecie politycznym „Niemcewicz od przodu i od tyłu” społeczeństwo szlacheckie XVIII wieku podkreślał, że w oczach ówczesnej opinii „ceniono ludzi mogących dużo zeżreć i wypić”(…) wzorem był starosta cudnowski Iliński, serdeczny druh hetmana Branickiego. Patrzono nań powszechnie z szacunkiem; Iliński nóg swoich nie mógł obejrzeć, bo brzuszysko miał większe od kadzi, rano – przy śniadaniu – wypijał sześć butelek burgunda, przy obiedzie pół kwarty mocnej wódki i drugie sześć butelek wina, na kolację jeszcze sześć butli”.  Przypomniał mi się ten cytat ze Zbyszewskiego, gdy patrzę na wyniki badania opinii na temat zaufania do konkretnych zawodów w Polsce. Jak to się opinie zmieniały, czyżby wtedy ludzie byli głupi i cenili najbardziej wszelką bufonadę i to co im szkodzi, a dziś jest inaczej?

 

Bo co mówi nam współczesny ranking, już o zawodach a nie o gustach.  Dziennikarz w badaniu CBOS jest raczej po środku tej drabiny – 55 proc. obdarzonego zaufania, a na szczycie znajduje się strażak, pielęgniarka, nieco dalej lekarz.  Czy ten ranking coś mówi o nas dziś, pod koniec pierwszej ćwierci XXI wieku, w porównaniu na przykład do społeczeństwa właśnie XVIII wieku? Tak, cenimy sobie bezpieczeństwo oraz zdrowie i te wszystkie zawody, które dają nam ich złudną niekiedy   gwarancję. Wynika  stąd, że dziennikarz jest trochę potrzebny, ale nie niezbędny. Ale czy taki ranking nie jest równie zwodniczy w  postrzeganiu prestiżu człowieka, jak ten opis Zbyszewskiego, bo w istocie  niewiele nam mówi o rzeczywistej kondycji tego czy innego zawodu? Tak i nie.  Jest zwodniczy bo nie pokazuje różnorodności postaw w każdym zawodzie, jest prawdziwy, bo mimo wszystko mamy jakąś uśrednioną opinię o poszczególnych profesjach. Można powiedzieć, że zawód dziennikarza i tak w Polsce cieszy się dużym prestiżem w porównaniu do innych krajów. Według najnowszego badania Ipsos, jest  na dole rankingu w wybranych 22 krajach świata – 21 proc. zaufania, niżej są  tylko politycy – 9 proc.  , w krajowym rankingu na samym dole jest działacz partyjny – 20 proc.

 

Ale co się może składać na tę ocenę bycia po środku zaufania społecznego. Dla przeciętnego Polaka dziennikarza spełnia jakąś rolę, ale chyba  niezbyt istotną w jego życiu codziennym. Dostarcza mu różnorodnych informacji i opinii, ale przecież każdy rodak  sam wie o rzeczywistości dużo i nie we wszystkim musi polegać na dziennikarzu. Myśli zapewne, że  przecież dziennikarz jest często wyrazicielem  jakiejś strony, której zależy na przekonaniu odbiorcy  do określonych reakcji i zachowania. Czyli jest pośrednikiem w dostarczaniu jakiejś porcji  wiedzy, ale nie tak bezstronnym jak na przykład nauczyciel (stoi zresztą w rankingu zaufania też na szczycie). Wiedzy często  niepewnej, nieugruntowanej, która szybko może się czasem zmienić w zwykłe kłamstwo czy bzdurę. Pełni zatem na ogół  rolę usługową, choć oczywiście jest to wolny zawód, w którym  liczą się indywidualne zdolności, takie jak dociekliwość, bystrości, umiejętności nazywania rzeczywistości. Musi więc  wyróżniać się  cechami nieco wyjątkowymi na tle przeciętności.  Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że najważniejszym kryterium oceny zaufania jest praktyczna przydatność określonego zawodu, to  współczesny świat  jest niewyobrażalny bez dziennikarza, nieważne czy zawodowego czy amatora. Po prostu wymiana informacji jest istotą naszego życia. https://krootez.com/buy-real-instagram-followers/ A rola dziennikarza jest tu nieoceniona. Chyba rankingi zaufania do określonych zawodów są zwodnicze i niemiarodajne, tak jak niemiarodajne były niektóre gusta w Polsce w XVIII wieku.

 

Jerzy Kłosiński

Chudy Batman – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Sport – wiadomo – dziedzina cudowna. I nawet we „wrednej komunie” telewizyjni sportowi idole byli jak się patrzy. Ciszewski, Tomaszewski, Żemantowski, Hoppfer, Zieliński – oj łza się w oku kręci. Bo i ci z drugiego rzutu mogliby być dzisiaj prawdziwymi gwiazdami. Kto tak nieudolnie, albo zazdrośnie blokował młodym kariery? Jeśli szef boi się, że go podwładny przebije – to albo jest bardzo słaby albo głupi. Przecież ci reporterzy, sprawozdawcy pracują również na szefa!

 

Szef hamulcowy długo nie pociągnie, bo w końcu jego szef wyleje ćwoka za tchórzostwo i asekuranctwo.

 

Dziennikarstwo to pasja. Dziennikarstwo to permanentna rywalizacja, a nawet walka. Jak się z tym nie zgadzasz, nie potrafisz – nie pchaj się na afisz.

 

Zawód jest naprawdę super. I dlatego, ci którzy z powodzeniem go uprawiają to pracoholicy.

 

Każdy widzi, słyszy, czyta – „jaki koń jest”. Komputerowe narzędzia oczywiście ułatwiają. Ale ci, którzy wyłącznie na nich się opierają nie są wcale najważniejsi. Nowi, młodsi są coraz lepsi informatycznie. Ściągać, przepisywać i klepać to samo co wszyscy – każdy potrafi. Ale dokonać syntezy, a jeszcze wcześniej wymyśleć, pojechać zdobyć ciekawy materiał – o to, to już trudniej. Pchają się więc wszyscy na ekran, a szef – szkodnik wybiera wcale nie najlepszych.

 

Dokument filmowy jest dobrym weryfikatorem. Żeby zrobić taki film – reportaż to już trzeba coś potrafić. I oczywiście są tacy wśród dziennikarzy sportowych, tyle że ich praca upychana jest w mało oglądanych kanałach tematycznych.

 

Pamiętam dokument zrobiony na krokwi w dniu upadku Małysza i triumfu Stocha. Teraz też coś takiego ma miejsce. Nowy król to Kubacki. Będzie, nie będzie? Zobaczymy, ale tamtą zmianę warty warto by przypomnieć.

 

Wspaniały sportowiec, który zjechał z K-2 wręczał ostatnio nagrody… Ważniejsi są biegający po źle przystrzyżonej trawie. Wspaniali faceci i facetki biegający kilkadziesiąt kilometrów dziennie są niezauważalni w mediach prawie. Lobby piłkarskie, lekkoatletyczne dominuje. Mało też słychać o sportowcach, którzy nagle odchodzą i często z kontuzjami strasznymi walczą już nie o wyniki, a o życie.

 

Polsat pokazał ostatnio mistrzów. Wspaniała, dorodna młodzież. Ale ważniejszy jest chyba dla zdrowia narodu sport masowy. To cała robota od podstaw. Pamiętam pracowitego redaktora z redakcji wiejskiej, który przez lata szukał sportowych talentów na wsi. Teraz już takich nie ma.

 

Komentatorzy się nie wychylają. Mają stałych i ciągle tych samych rozmówców. Ci, którzy jeżdżą na mecze „za swoje” i cerują dresy się nie przebiją. Często można odnieść wrażenie, że mizdrzący się do telewidzów sprawozdawca jest ważniejszy niż jego rozmówca. Co za dużo, to niezdrowo. Obrazki z akcji są ciekawsze niż nawet najbardziej gładka buzia. Można przecież gadać z off-u.

 

Batmani są najlepsi, ale nie niezastąpieni. No i mogą się znudzić. Taki chudnie w oczach, brzydnie i staje się coraz bardziej nerwowy i mniej przyjazny po tej i po tamtej stronie ekranu. A dokument filmowy to co innego. Nabiera patyny, przypomina, wzbudza refleksję. Ale któż go zrobi, jeśli brak jest dokumentalistów, a ci co jeszcze są, cieszą się znikomym  poparciem szefów. Oni jeśli sami nie potrafią, to już na pewno nie poprą podwładnego. Bo – a nuż – przejmie władzę i co wtedy?

 

Batmany łączcie się. Musicie przetrzebiać systematycznie pretendentów, bo jeszcze się wam zalęgną i zakorzenią.

 

Stefan Truszczyński

 

Dziennikarz mniej prestiżowy niż pani sprzątająca, bardziej niż poseł – ŁUKASZ WARZECHA o najnowszym sondażu CBOS

Zła wiadomość jest taka, że większym szacunkiem niż dziennikarze cieszą się szewcy, pracownicy sprzątający, a nawet sędziowie – mimo nieustannego młotkowania przez obecną władzę. Dobra wiadomość jest natomiast ta, że niewiele się pod tym względem zmieniło od lat. Niestety, tradycyjne badanie poważania dla poszczególnych profesji w obecnej sytuacji daje nam tylko szczątkowy obraz sytuacji.

 

CBOS bada szacunek dla zawodów w kilkuletnich odstępach od połowy lat 90. W najnowszym rankingu dziennikarze otrzymali 55 proc. ocen zdecydowanie na „tak” i 35 proc. „średnio”. O małym poważaniu wspomniało 8 proc. Gdyby pogrupować profesje pod względem odsetka deklaracji o dużym prestiżu, nasz zawód znalazłby się na 23. miejscu. To dolna część stawki złożonej z 31 pozycji, przy czym na samym dnie jest „działacz partii politycznej” (tylko 18 proc. mówi tu o wysokim prestiżu, 43 – o średnim, zaś aż 34 o niskim).

 

Czy powinniśmy się martwić? Sentencjonalnie mógłbym odpowiedzieć: tak, zawsze. Bo zawsze mogą być powody – a dzisiaj jest ich wyjątkowo wiele – żeby to, jak oceniają nas ludzie, potraktować jako ostrzeżenie dotyczące jakości naszej pracy. Jednak wyniki powinniśmy widzieć w kontekście.

 

Pierwszym elementem kontekstu jest ocena innych zawodów. Tak się składa, że Polacy na górze zestawienia nie sytuują zajęć umysłowych – pierwsze cztery miejsca to strażak, pielęgniarka, robotnik wykwalifikowany i górnik. Dopiero piąty jest profesor uniwersytetu. To zresztą asumpt do osobnych rozważań, bo mam wrażenie, że nie jest to jednak zdrowa hierarchia.

 

Drugi element kontekstu to zmiany na przestrzeni lat, począwszy od pierwszego badania w 1995 r. Profesja „robotnik wykwalifikowany” wystrzeliła w rankingu prestiżu w górę – z 41 proc. dużego prestiżu w pierwszym badaniu do 84 teraz. Podobnie rolnik: z 47 na 76 proc., ale też przedsiębiorca: z 45 do 65 proc. W tym samym czasie niemal bez zmian był prestiż nauczyciela (73 do 77), lekarza (79 do 80) czy profesora (84 do 83). Spadek odnotowali sędziowie – z 68 do 58, księża – z 42 do 36, posłowie – z 45 do zaledwie 27.

 

W tym czasie dziennikarze trzymali się mniej więcej podobnie, choć z lekką tendencją spadkową. W 1995 r. o wysokim prestiżu mówiło 60 proc. badanych – dziś 55 proc. Za to poprawiły się notowania dziennikarzy w stosunku do poprzedniego sondażu z 2013 r. Wtedy o wysokim prestiżu dziennikarzy mówiło 50 proc., o średnim – 40 proc. Pięć punktów przepłynęło od tego czasu od średniego do wysokiego prestiżu. Trudno więc mówić o postępującym upadku.

 

Tyle że ważne byłoby dzisiaj rozbić te odpowiedzi na bardziej szczegółowe dane. Dowiedzieć się na przykład, kogo pytani uważają w ogóle za dziennikarza – bo być może tutaj leży klucz do w miarę stabilnej pozycji naszego zawodu w rankingu. Czy jako dziennikarzy traktują również pracowników wielkich portali, przepisujących informacje, podawane przez innych, w dodatku wielokrotnie z rażącymi błędami, nawet ortograficznymi? Czy za dziennikarzy uważają faktycznych pracowników aparatu propagandy, czy to rządu czy opozycji, którzy po prostu podają dalej przekaz partyjny? A jeśli w obu przypadkach odpowiedzi są twierdzące, to jak odpowiadaliby, gdyby te osoby wyjąć poza nawias i umówić się, że nie są to dziennikarze?

 

Interesująco byłoby też dowiedzieć się, co sprawiłoby, żeby respondenci byli skłonni uznać dziennikarstwo za profesję bardziej godną poważania. Mam zresztą wrażenie, że jedną z odpowiedzi znam: wiele osób powiedziałoby zapewne, że dziennikarze musieliby być bardziej „obiektywni” – z tym że mnóstwo odbiorców pod pojęciem „obiektywizmu” rozumie po prostu mówienie i pisanie tego, co im pasuje.

 

Warto by także poznać opinię pytanych w rozbiciu na sympatie polityczne i poszczególne media. Ciekaw jestem, jak z pytania o prestiż zawodu dziennikarza próbują wybrnąć ci, którzy zdecydowanie sytuują się po jednej stronie w politycznym konflikcie i o dziennikarzach choćby tylko lekko wobec niej krytycznych mają jak najgorsze zdanie, podczas gdy „swoich” uznają za bohaterów dziennikarstwa. Czy uznają po prostu, odpowiadając na pytanie ankietera, że ci drudzy nie są dziennikarzami? Czy może jakoś uśredniają swoją opinię?

 

Mam jednak wrażenie, że w tym momencie zarysowuję już scenariusz innego badania, które faktycznie należałoby przeprowadzić. A jeśli ktoś miałby takie badanie zamówić – sondaż szczegółowo sprawdzający opinię Polaków o dziennikarzach i mediach – to kto miałby to zrobić, jeśli nie SDP? Proszę to potraktować jako mój postulat, skierowany do władz stowarzyszenia.

 

Łukasz Warzecha

Ile wolno dziennikarzom – pyta WOJCIECH POKORA

„Członkowie KO to zdecydowanie za mało. Muszą pracować wszyscy, w tym Pan Redaktor, jak dojedzie do pełni zdrowia, którym zależy na powstrzymaniu niszczenia naszego kraju: samorządności, praworządności i trójpodziału władzy”. Te słowa do redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa na Twitterze skierował prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski.

 

Apel prezydenta był odpowiedzią na wpis redaktora Lisa, w którym stwierdzał on: „Pani Kidawa- Błońska ma szansę wygrać wybory, jeśli każdy członek KO będzie w kampanii pracował tak, jak by sam w nich startował„. Na tę wymianę myśli zareagował Tomasz Żółciak z „Dziennika Gazety Prawnej”: „Z całym szacunkiem, Panie Prezydencie, ale dziennikarz jest od relacjonowania, opisywania rzeczywistości i ujawniania ważnych tematów, a nie angażowania się w kampanię któregokolwiek z kandydatów. Wtedy z automatu przestaje być dziennikarzem, a zaczyna być funkcjonariuszem„. Prezydent Truskolaski nie odpuścił. Skwitował wypowiedź dziennikarza słowami: „Wiem, ale jest druga strona, która tych reguł w ogóle nie przestrzega. Trudno jest wygrać, gdy zasady przez jedną ze stron są ignorowane. Moim zdaniem nie ma w Polsce prawdziwego dziennikarstwa, zostało ono zniszczone przez funkcjonariuszy PiS mieniących się dziennikarzami„.

 

W jednej z internetowych dyskusji zwróciłem uwagę facebookowemu znajomemu, że udostępnianie fejkowych memów nie mieści się w standardzie uczciwej debaty. Chodziło o wkładanie w usta PRL-owskiego polityka słów obecnego prezydenta Andrzeja Dudy. W odpowiedzi usłyszałem, że przecież w „demokratycznym i cywilizowanym dyskursie nie mieści się zamach na niezależność sądów i ataki na wyrok TSUE a heheszki z PiS-owskich polityków – takich dulskich, dewocyjnych i nachalnie nadmuchanych, nieporadnych, zagubionych, wystraszonych, nierozgarniętych, nieustępliwych w wykrzykiwaniu swojej >>prawdy<<, a jednocześnie tchórzliwych i urobionych jak plastelina, jak najbardziej się mieszczą w cywilizowanych dyskursie”. Odpowiedziałem, że skoro wszystkie chwyty są dozwolone i fejki też, to w takim razie nie rozumiem zgorszenia działaniami tych PiS-owskich polityków. Skoro w walce można używać jako argumentów także kłamstw, to zamykamy sobie pole do dyskusji. Tu na szczęście wrócił rozsądek i znajomy się wycofał. Jednak ten relatywizm gdzieś tam w nas drzemie. Wystarczy zrobić mały test i zastanowić się czy podczas czytania powyższych epitetów towarzyszyły nam jakieś emocje. Czy kibicowaliśmy mojemu internetowemu znajomemu czy przeciwnie, podniosło nam się ciśnienie. A gdybyśmy odwrócili role i ta tyrada dotyczyłaby np. Donalda Tuska? Zmieniłyby się wrażenia? To test szczególnie dla dziennikarzy, którzy w swojej pracy powinni jednak trzymać emocje na wodzy, mimo posiadanych poglądów.

 

Tu dochodzimy do sedna problemu, czy dziennikarz powinien posiadać swoje poglądy? Od razu zaznaczam, że nie czuję się upoważniony do rozstrzygnięć w tej kwestii. To jak z księdzem. Wierni lubią słuchać tych, o wyrazistych poglądach ale czy wszystkie swoje poglądy ksiądz powinien wygłaszać z ambony bądź, co przecież nierzadkie, z ekranu telewizora? Wydaje się, że nie tego od niego oczekujemy, podobnie jest z dziennikarzami. Spodziewamy się po nich przede wszystkim trzymania się faktów. Od publicystów możemy spodziewać się tych ocen, ale czy powinniśmy wiedzieć na kogo dany dziennikarz głosuje? Albo komu kibicuje w politycznej wojnie? Myślę, że nie. A niestety coraz częściej zbyt szybko się tego dowiaduję, czasem w sposób nachalny.

 

3 lipca 1989 roku w „Gazecie Wyborczej” pojawił się ważny tekst. Napisał go Adam Michnik, redaktor naczelny tego dziennika, a dotyczył on spraw czysto politycznych. Nosił tytuł „Wasz prezydent, nasz premier”. Myślę, że ten artykuł odcisnął piętno na całym współczesnym dziennikarstwie. Oto w najważniejszym tytule tzw. wolnych mediów pojawia się tekst głęboko zaangażowany politycznie, w którym redaktor naczelny bez ogródek opowiada się po jednej stronie sceny politycznej. Tak, tak, rozumiem, tu nie było wyboru, tu szło o walkę z komunistami, tu człowiek uczciwy bezwiednie opowiadał się po „jasnej stronie mocy” i wcale wówczas nie raziło, że do jednej strony sceny politycznej pisze się we wstępniaku – Wy i Wasz prezydent, a do drugiej – My i Nasz premier. Czy na pewno? Czy to nie wyznaczyło standardu na kolejne lata, odbijając się czkawką w tytułach dzisiejszych gazet? Czy to nie powoduje w nas poczucia wewnętrznego przekonania, że stoimy po słusznej stronie i od naszych działań zależy polska racja stanu? Przecież jesteśmy czytani, stoją za nami wielkie tytuły, ogląda nas lub czyta kilka milionów obywateli, czy to nie kusi, żeby ugrać coś dla opcji politycznej, której kibicujemy? A jak jeszcze za to zapłacą? Musi kusić. I kusi.

 

Kilka dni temu pojawiła się informacja, że portal Wirtualna Polska jest opłacany przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Według ustaleń dziennikarzy portalu OKO.press, Tomasz Machała, wiceszef Wirtualnej Polski, miał przyznać publicznie, że „WP wiąże z Ministerstwem Sprawiedliwości >>wiele interesów<<. I że nie będzie demolował tych >>interesów<<, bo >>wiszą na tym<< pensje pracowników WP”. Wcześniej, jeszcze w redakcji naTemat.pl, Machała zasłynął tym, że „słabo oznaczał materiały sponsorowane”. Wtedy powstała mało pochlebna nazwa dla portalu naTemat – portal parówkowy, która wzięła się od nachalnego promowania hot-dogów serwowanych na stacjach Orlen. Dziś wygląda na to, że sytuacja może być podobna, materiały promujące ministerstwo są słabo lub zupełnie nieoznaczane w zamian za finansowe wsparcie tytułu. I tu znowu pojawia się pytanie, co nas w tej historii oburza. Czy tak, jak w przypadku księży i dziennikarzy, wygłaszających swoje poglądy, oburza nas, że mają poglądy inne od naszych, czy oburza nas, że wygłaszają jakiekolwiek? Czy w sprawie Wirtualnej Polski oburza nas fakt, że media są finansowane z kieszeni podatników poprzez ministerstwa, spółki skarbu itp. (nie wnikam czy formalnie czy nieformalnie, czy poprzez granty, reklamy czy działania PR-owe) czy oburza nas, że Machała, to raczej nie jest z tego obozu, który powinien za PiS dostawać publiczne pieniądze. Przecież oni już byli, dziś nie ich zmiana przy korycie. No jak to jest? Co nas najbardziej w tej historii boli?

 

Wojciech Pokora

Media posłuszne władzy – ADAM SOCHA o niebezpiecznych związkach dziennikarzy ze sponsorami

OKOpress opublikowało ogromny materiał o tym, „Jak Wirtualna Polska promuje Ziobrę”. Autor artykułu twierdzi, że portal cenzuruje i blokuje teksty krytyczne wobec resortu sprawiedliwości, gdyż ma otrzymywać od niego – za pośrednictwem agencji marketingowych – znaczące kwoty w zamian za pozytywny PR. Autorzy takich tekstów muszą je konsultować z Patrycją Kotecką, żoną ministra Zbigniewa Ziobry.

 

Według anonimowych informatorów OKO.press sterować miał tym Tomasz Machała, redaktor naczelny i wiceprezes Wirtualna Polska Media ds. wydawniczych. We wrześniu 2019 roku na spotkaniu z wydawcami miał oznajmić: „- Łączy nas z Ministerstwem Sprawiedliwości wiele biznesowych interesów, które z przyjemnością będę przecinał, jeśli obali to pana Piebiaka, pana Ziobrę, pana Wosia. Ale nie będę demolował (interesów – przyp. mój) – dlatego, że wisi na tym twoja pensja, twoja pensja i jeszcze pensje 25 innych osób w pionie wydawniczym – dla tematu, ile sushi zamówił Ziobro” – miał powiedzieć Machała.
Szefowie holdingu najpierw stanęli murem za Machałą, wszystkiemu zaprzeczając. Jednak w czwartek, 16 stycznia, powołano zespół „w celu jak najszybszego zbadania tez pojawiających się w mediach od wczoraj, dotyczących postępowania redaktora Tomasza Machały”. Machała poprosił o urlop, jednocześnie kategorycznie zaprzeczając, aby dziennikarze Wirtualnej Polski konsultowali swoje artykuły z osobami wskazanymi w publikacjach medialnych.

 

W tym tekście Oko.press zaskoczyło, mnie jedynie to, że wp.pl jest na garnuszku resortu sprawiedliwości, dlatego że postrzegałem ten najstarszy w Polsce portal jako antyrządowy, może nie tak ostry jak onet.pl, ale jednak. Tym bardziej tak postrzegałem twórcę (wraz z Tomaszem Lisem) portalu NaTemat.pl – Tomasza Machałę.

 

Oczywista oczywistość, że bez kasy z reklam media nie byłyby w stanie się utrzymać. To drogi biznes. Na świecie jedynie takie tabloidy jak The Sun, czy Bild, które sprzedają się w milionach egzemplarzy, byłyby w stanie utrzymać się z samej sprzedaży egzemplarzowej.

 

Toteż praktycznie wszystkie media siedziały lub siedzą w kieszeni władzy. Jak głęboko, pokazuje stan finansów „Gazety Wyborczej” w okresie rządów PO-PSL i obecnie, gdy ciągle muszą się odchudzać i redukować zatrudnienie. Bardzo było to spektakularne na Węgrzech. Gdy rządziła lewica, media z nią związane były jak tłuste koty, gdy do władzy doszedł Viktor Orban chudły z dnia na dzień, by w końcu paść.

 

Jako redaktor naczelny kilku gazet regionalnych i przez pewien czas nieformalny redaktor naczelny „Super Expressu” miałem okazję przećwiczyć to zagadnienie. Najpierw, jako pierwszy redaktor naczelny „Gazety Współczesnej” – byłego organu KW PZPR w Białymstoku, kupionego przez „Solidarność” w 1990 roku – zderzyłem się z problemem korupcji wśród części dziennikarzy i redaktorów, którzy próbowali przemycić na łamy sponsorowane teksty. Następnie, w tym samym mieście, kierując „Kurierem Porannym”, musiałem wysłuchać wymówek prezesa, gdy z powodu tekstu pismo straciło głównego reklamodawcę (wymyśliłem koszyk zakupów, porównanie, ile w różnych sklepach kosztuje zestaw tych samych towarów, najdroższy był koszyk naszego reklamodawcy). Ale w obu tytułach zasadą było oddzielenie biura reklamy od redakcji.

 

Również miałem pod tym względem komfort w „Super Expressie”. Jedynie biuro reklamy prosiło o uprzedzenie, jeśli redakcja przygotowywała tekst, który miał uderzyć w jakiegoś grubego reklamodawcę. Teksty takie były starannie sprawdzane, żeby nie stracić reklamodawcy z powodu niechlujstwa dziennikarskiego. Był za to inny problem, korupcji wśród dziennikarzy, „pożyczanie” pieniędzy od gangsterów czy biznesmenów (co często w latach 90. szło w parze), o czym dowiadywałem się „operacyjnie” od policjantów.

 

Najbardziej komfortową sytuację miałem w „Dzienniku Łódzkim”, jako zastępca redaktora naczelnego odpowiedzialnego za wydania powiatowe tej gazety (lata 2001-2008). Zawdzięczam to duetowi, prezes Agnieszce Sardeckiej i redaktorowi naczelnemu Julianowi Beckowi. Pamiętam wizyty prezydentów miast u naczelnego, ze skargami na mnie. Szczególnie wzburzony był ówczesny prezydent Zduńskiej Woli, Zenon Rzeźniczak. Wykupił bowiem w tygodniku zduńskowolskim wkładkę samorządową. Sądził, że w ten sposób kupił sobie redakcję. Jakież było jego zdumienie, gdy krytyczne teksty ukazywały się nadal. Oczywiście wycofał wkładkę, a ja nigdy nie miałem z tego powodu przykrości.

 

Generalnie problemem, z którym wówczas się zmagałem, były ataki i naciski polityków.

 

W mojej ocenie taki lub podobny tekst można by napisać niemal o każdej redakcji. Patrząc na media z mojego, olsztyńskiego podwórka, widzę wręcz symbiozę świata polityki, biznesu i mediów. Największa i jedyna gazeta o zasięgu regionalnym jest czymś w rodzaju biuletynu reklamowego, w którym materiały dziennikarskie są wypełniaczem przestrzeni nie zapełnionych reklamami i tekstami sponsorowanymi. Te zresztą często trudno odróżnić od tzw. normalnych tekstów. Jeden z byłych redaktorów naczelnych tej gazety zdradził mi, że gazeta utrzymuje się głównie dzięki ogłoszeniom i komunikatom z urzędów i instytucji państwowych oraz samorządowych. Świadczą o tym laurki pisane na cześć sponsorów-urzędników.

 

Lokalna Wyborcza była krytyczna wobec władz Olsztyna do czasu podpisania przez Agorą umowy z miastem na prowadzenie co roku festiwalu muzycznego. Od tego czasu stała się „biuletynem ratusza”.

 

Po erupcji setek, tysięcy tytułów w najmniejszych nawet miejscowościach kraju po 1990 roku, obecnie nie pozostał dzisiaj ślad. Wszystkie pożarły koncerny. Na rynku pozostały jakieś pojedyncze, samotne wyspy wolnego słowa, które z trudem walczą o istnienie.

 

Sytuację uzdrowić by mogła transparentność finansowania mediów ze środków publicznych (urzędów państwowych i samorządowych, instytucji państwowych, spółek skarbu państwa i komunalnych, agencji PR działających na zlecenie tych podmiotów). Wymagałoby to wprowadzenia ustawowego obowiązku ogłaszania co roku, zarówno przez media, jak i publicznych sponsorów, wysokości wpływów i nazw podmiotów.

 

To, co mnie się marzy, to powołanie Fundacji Wolnych Mediów. Obowiązkiem każdego medium zasilonego pieniędzmi publicznymi byłoby przekazywanie określonego procentu z tych wpływów. Następnie o te środki mogłyby aplikować tytuły obywatelskie.

 

Wiem, że to marzenie ściętej głowy. Toteż wzruszam ramionami na „aferę Machały”, bo to nic ani nadzwyczajnego, ani osobliwego, ani wyjątkowego. Prawie każde duże medium tak się prostytuuje. Machałę zaatakowano tylko dlatego, że robił PR śmiertelnemu wrogowi totalnej opozycji.

 

Adam Socha

Heroina mediów społecznościowych – MIROSŁAW USIDUS o uzależnieniu od Facebooka i Messengera

Gdy czytam, że na Facebooku i Messengerze „się wysyła” jakiś kolejny wirus, „nie wiadomo jak” infekujący kolejnych użytkowników, to trzęsie mną złośliwy rechot. Bo oczywiście nie „się wysyła”, tylko za naszą, czyli użytkowników, sprawą i nie „nie wiadomo jak”, bo wiadomo jak – przez bezmyślne klikanie w cokolwiek, co podejdzie.

 

Nie umiesz korzystać z Facebooka, to z niego nie korzystaj, chciałoby się powiedzieć. Brutalnie, ale trudno znaleźć trafniejsze podsumowanie. Gdy zatrujesz się wódką, przedawkujesz narkotyki, dostaniesz raka płuc od palenia papierosów, to nie mówisz, że nie wiadomo jak i nie wiadomo skąd „się zatruło, przedawkowało, czy zachorowało”. Wszystko to, o czym dobrze wiesz, wymagało twojego czynnego udziału, świadomej woli i samodzielnych decyzji. Korzystanie z mediów społecznościowych w ogóle się od tych uzależnień nie różni. To taka sama używka jak każda inna. Pod kontrolą daje jakąś, iluzoryczną najczęściej, satysfakcję i przyjemność. Ale kontrolę stracić łatwo.

 

Błękitny wampir

 

Szczególnie twardym i groźnym narkotykiem jest towarzysząca Facebookowi aplikacja Messenger. Powtarzam to często: Facebook Messenger to czyste zło, które należy omijać szerokim łukiem. Jeśli Facebook to „miękkie dragi”, to jego komunikator jest istną heroiną social media.

 

Dealer tej groźnej substancji, platforma Zuckerberga, po tym jak użytkownicy jej „niezobowiązująco spróbowali” kilka lat temu, zmusiła ich do korzystania z aplikacji Messenger w prywatnej komunikacji, o czym być może nie pamiętają, w przekonaniu, że mają wolną wolę z jej używaniu. Z kolei wszyscy ci, którzy zaczęli używać Messengera bez zakładania profilu na głównej platformie Facebooka, od niedawna muszą to zrobić, jeśli dalej chcą korzystać z komunikatora. Tłumaczenie jest mniej więcej takie: „bo i tak większość użytkowników Messengera wchodziła przez Facebooka”. Kto chce, niech takie „wyjaśnienia” kupuje. Ja to nazywam oszustwem, bo w jakiej sytuacji są teraz ludzie, którzy nie chcieli używać Fejsa a lekki komunikator im się spodobał. O tym, że pachnie to brzydko chęcią oskubania i tak śledzonych na każdym kroku z jeszcze większej ilości prywatnych danych, nie chce mi się nawet wspominać.

 

Samą koncepcję tej apki można by opisać jako dążenie do stworzenia odrębnej, wyspecjalizowanej platformy komunikacyjnej (w odróżnieniu od „ogólnego” Facebooka, gdzie wielu użytkowników nauczyło się co nieco kontrolować dane lub wręcz ograniczyło aktywność), do wchodzenia głębiej w prywatność i wyciągania więcej z osobistych szczegółów życia użytkowników. Jest to bowiem oferta dla szukających bardziej „prywatnej” komunikacji. Szatańska strategia, jeśli zdajesz sobie sprawę, gdzie Zuckerberg i jego ludzie mają twoją prywatność.

 

Jasne. Możemy powiedzieć, że jeśli nie udowodnimy Fejsowi, że wszystko w Messengerze nagrywa, rejestruje i śledzi, to zarzuty są bezpodstawne. Jeśli chodzi o mnie, to tezę o braku zainteresowania Facebooka tymi danymi kładę między bajki, nie tylko dlatego, że już wiele razy złapano go za sięgającą po cichu po nasze wrażliwe dane, rękę, ale dlatego, że wysysanie prywatnych danych to podstawa egzystencji błękitnego „f”, tak jak podstawą egzystencji i naturą wampira jest picie krwi. Bez zasysania i trawienia naszych prywatnych danych, Facebook jako taki nie może istnieć.

 

Na początku sierpnia 2019 roku serwis Bloomberg News opublikował artykuł opowiadający o tym, jak Facebook zlecił firmie zewnętrznej transkrybowanie rozmów audio prowadzonych za pośrednictwem aplikacji Facebook Messenger. Projekt, jak podawano oficjalnie, ma na celu sprawdzenie poprawności algorytmu automatycznej transkrypcji, a firma twierdzi, że wszyscy użytkownicy, którzy zdecydowali się na korzystanie z usługi transkrypcji, byli tego świadomi i powiadomieni. Tak jak zwykle platforma Zuckerberga jest „kryta” za pomocą systemu zezwoleń udzielanych aplikacji przez użytkowników. Pozostaje tylko dziwne, albo wcale nie tak dziwne, wrażenie, że firma doskonale wie, że użytkownicy nie wszystko rozumieją w tych mechanizmach, czytają niedokładnie a w końcu nie ogarniają konsekwencji udzielanych zezwoleń. I na to właśnie firma liczy. Tak jak dealer, który zawsze podkreśla, że „to wyłącznie twój wybór, czy zażyjesz czy nie”.

 

Pozwól sobie zrobić krzywdę

 

Tak przy okazji drodzy użytkownicy Messengera. Poniżej podam listę (niepełną) rzeczy, na które pozwoliliście tej aplikacji, decydując się na jej instalację i używanie. Niech każdy powie, tak szczerze – o których z nich nie mieliście pojęcia przed zapoznaniem się z nią, a nad którymi w ogóle się zastanawialiście?

 

Podaję przy niektórych punktach kilka słów komentarza o możliwym wykorzystaniu tych możliwości w razie infekcji złośliwym oprogramowaniem, dystrybuowanym przez dobrze znane i często widziane wirusy.

 

A zatem:

 

– Pozwolenie aplikacji na zmianę statusu połączenia sieciowego.

 

– Pozwolenie aplikacji na nawiązywanie połączeń z numerami telefonicznymi bez ingerencji użytkownika. W razie infekcji wirusem, może to skutkować nieoczekiwanymi, czasem wysokimi opłatami za połączenia z płatnymi usługami.

 

– Pozwolenie aplikacji na wysyłanie wiadomości SMS. Jak wyżej. Malware może sporo zarobić na użytkowniku Messengera.

 

– Pozwolenie aplikacji na nagrywanie dźwięku za pomocą mikrofonu, bez potwierdzenia ze strony użytkownika. Szpiedzy i innego rodzaju inwigilatorzy lubią to.

 

– Pozwolenie aplikacji na wykonywanie zdjęć i nagrywanie filmów za pomocą telefonu. Jak wyżej. Szpiedzy zapewne docenią wzbogacenie materiału audio, zdjęciami a nawet filmami.

 

– Pozwolenie aplikacji na odczytywanie rejestru połączeń telefonicznych, w tym danych dotyczących połączeń przychodzących i wychodzących. To prawdziwe konfitury dla spamerów i dla autorów wirusów, którzy danych tych używają do dalszej dystrybucji swoich „produktów”.

 

– Aplikacja może odczytywać dane o kontaktach zapisanych w telefonie, w tym informacje o częstotliwości połączeń, wysyłania wiadomości e-mail lub komunikowania się w inny sposób z określonymi osobami.

 

– Pozwolenie aplikacji na odczytywanie informacji o profilu osobistym użytkownika przechowywanych w jego urządzeniu, w tym takich danych takich jak jego imię i nazwisko oraz informacje kontaktowe. Oznacza to, że aplikacja może identyfikować użytkownika i może wysyłać informacje o jego profilu do innych podmiotów.

 

– Pozwolenie aplikacji na uzyskanie dostępu listy kont zarejestrowanych w telefonie. Może ona obejmować wszystkie konta utworzone w innych zainstalowanych aplikacjach.

 

Pozwolenia udzielane Messengerowi sięgają nawet pendrive’ów podłączanych do urządzeń, bo aplikacja chce mieć prawo do odczytu i modyfikacji ich zawartości. Oczywiście sprawa ogólnie jest nieco bardziej złożona, bo jest coś takiego jak zezwolenia systemu operacyjnego urządzeń, Androida czy iOS, które nakładają się na wymagania apki. Jeśli w urządzeniu nie pozwolimy na rozpoznawanie lokalizacji, to aplikacja tego nie zrobi itd.

 

Trzeba założyć, że wszystkich tych zezwoleń udzielamy wirusom, które dystrybuują się przez bezrefleksyjne klikanie w rozsyłane przez znajomych równie bezrefleksyjnie klikających w co popadnie. Pół biedy, jeśli wirusowość polega na samonapędzającej się dystrybucji tego spamu. Gorzej, jeśli klikanie załadowuje do urządzenia dodatkowy „towar” np. głośne niedawno szpiegowskiego trojana Pegasus. Tak dla jasności, nic nie wiadomo, aby Pegasus był dystrybuowany przez Facebook Messengera, ale co do zasady jest to możliwe a poza tym złośliwe oprogramowanie to nie tylko ten izraelski produkt, ale miliony innych, mogących szkodzić na setki znanych lub nieznanych sposobów.

 

Facebook tłumaczy, że wiele podobnych do Messengera aplikacji również zyskuje dostęp do kamer urządzenia czy mikrofonu. Przy jego reputacji jednak trudno, by tego rodzaju argumentacja uspokajała. Jeśli znamy kogoś jako kieszonkowca-recydywistę, to nie jest nam łatwo uwierzyć, że jeździ autobusami z tych samych powodów, dla których tłoczą się w nich inni.

 

Warto trwale w głowie zapisać sobie jedną fundamentalną prawdę – cały model biznesowy Facebooka opiera się na tym, że ludzie gotowi są, najczęściej z niewielką tego świadomością, iść na ustępstwa w kwestii prywatności. Podobnie jak biznes narkotykowy jest oparty na założeniu, że ludzie chcą być na haju, niezależnie od tego jak dostępna jest na forum publicznym wiedza o szkodliwości tych substancji i nałogu. Zapewnienia Marka Zuckerberga, takie jak te wygłoszone podczas ubiegłorocznej konferencji F8, jakoby „przyszłość to prywatność” to tzw. „głodne kawałki” dla najdelikatniej mówiąc, najbardziej naiwnej części publiki. Dealer może ci powiedzieć, że proponuje ci „zdrowe i nie uzależniające” substancje. Możesz nawet w to uwierzyć, ale nie zmieni to prawdy o tobie i dealerze.

 

Jeśli Facebook mówi prawdę – wygrywam, jeśli kłamie – też wygrywam

 

Analogie do syndromu narkotykowego i innych rodzajów uzależnień nie są w przypadku nałogu social media bezpodstawne. W opisach naukowych pojawiają się podobne wątki i rozważania jak w literaturze poświęconej uzależnieniom, choć badacze nie chcą jeszcze ostatecznie wyrokować, czy korzystanie z mediów społecznościowych powoduje np. depresję, czy też jest może tak, że ludzie ze skłonnościami do depresji chętniej zanurzają się w cyfrowym świecie. W publicystyce zachodniej znane jest pojęcie „social media depression”, które nie ma jeszcze charakteru naukowego. Opisuje cały kompleks stresów i frustracji konsumenta internetu. Od napięcia spowodowanego brakiem mobilnego zasięgu, huśtawki nastrojów spowodowanych przerwami z działaniu sieci aż po osamotnienie, gdy w twojej sieci społecznościowej nie masz odzewu i interakcji, nikt nie komentuje, nie lubi i nie udostępnia.

 

Psycholog Jim Daley w artykule opublikowanym w 2018 r. w „The Huffington Post” nazwał ten syndrom jeszcze inaczej – DA, „disconnectivity anxiety” („diskonektofobia”?).  Choć nie jest to jeszcze oficjalnie zaburzenie psychiczne, Daley uważa, że problem narasta. „DA wiąże się narastaniem negatywnych emocji, takich jak strach, złość, frustracja, rozpacz i fizyczne cierpienie. Jedyną ulgę, choć krótkotrwałą, daje przywrócenie połączenia z internetem”. Wcześniej Holly Shakya z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego i profesor z Yale Nicholas Christakis spędzili dwa lata badając ponad pięć tysięcy pełnoletnich ludzi, z próby badawczej Gallupa, a wyniki swoich badań opublikowali w 2017 r. Naukowcy śledzili sposób korzystania przez nich z Facebooka, konfrontując te badania z diagnozami ich samopoczucia emocjonalnego i fizycznego, a także wskaźnikiem masy ciała (BMI). „Nasze wyniki wykazują, że chociaż ogólnie sieci społecznościowe były pozytywnie kojarzone, nie dotyczyło to Facebooka,” podsumowali badacze w artykule, który ukazał się w „Harvard Business Review”. „Negatywne wyniki były szczególnie wyraźne, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne”.

 

Dlaczego Facebook jest tak bardzo niekorzystny dla naszej równowagi emocjonalnej? Jeszcze wcześniejsze badania sugerowały, że serwisy te stwarzają coś w rodzaju fałszywej presji na użytkownika ze strony innych członków społeczności. Ponieważ większość ludzi unika publikowania na platformie negatywnych treści lub informacji o stresujących przeżyciach, sieć społecznościowa kreuje mylący obraz środowiska, w którym każdy wydaje się radzić sobie lepiej i mieć więcej frajdy z życia niż ty. Jak zauważają badacze, ekspozycja wyselekcjonowanych, mających „wizerunkowy” i „promocyjny” charakter, obrazów z życia innych ludzi prowadzi do porównań stawiających nasze doświadczenie życiowe w negatywnym świetle.

 

A co z magiczną zdolnością Facebooka łączenia z przyjaciółmi i rodziną, na dowolne odległości? Także to, jak wynika z badań, nie działa dobrze. Zastępowanie rzeczywistych, spotkań, rozmów, bliskości i intymności, komunikacją przez social media, nie zbliża ludzi, lecz prowadzi do dalszej alienacji. Ludzie „wytrenowani” w takich formach komunikacji, gdy się w końcu spotykają, nie potrafią odłożyć swoich telefonów i cieszyć się realnym kontaktem z drugim człowiekiem. Przecież dobrze znamy obrazki grona ludzi siedzących przy jednym stole i wgapiających się z w ekrany swoich smartfonów zamiast ze sobą rozmawiać.

 

Większość skłonna jest przyznać, że nawet jeśli społeczności takiej jak Facebook są narkotykiem, to raczej z tych lekkich, mniej wciągających i uzależniających. W świetle niektórych badań, które wskazują, że zew społeczności internetowych bywa dziś wśród młodzieży silniejszy niż popęd seksualny, trzeba chyba spojrzeć na to inaczej. Informowali o tym naukowcy z Uniwersytetu w Chicago już w 2012 roku, po przeprowadzeniu testów na grupie badawczej z Niemiec. Badania wykazały, że korzystanie z social mediów należy do najsilniejszych popędów współczesnych ludzi, znajdując się w tej samej grupie co seks, spanie, picie alkoholu lub palenie papierosów. W tym samym roku naukowcy z Uniwersytetu w Bonn wysunęli przypuszczenie, że za uzależnienie od Internetu odpowiada gen CHRNA4, ten sam, który stoi za nałogiem nikotynowym.

 

Nawet niektórych przedstawicieli Facebooka zaczął w końcu przerażać potwór, którego stworzyli. W 2017 Chamath Palihapitiya, były wiceprezes Facebooka, powiedział: „Krótkotrwałe, napędzane dopaminą pętle zwrotne, które stworzyliśmy w Facebooku, niszczą społeczeństwo, jakie znamy. Brak dyskursu obywatelskiego, brak współpracy, dezinformacja, błędy”. Podczas wystąpienia na Uniwersytecie Stanforda mówił też o „pielęgnowaniu naszego życia na podstawie społecznościowych wyobrażeń o doskonałości” i „natychmiastowych nagrodach – sygnałach społecznościowych, serduszkach, lubisiach, kciukach do góry” które otrzymujemy. „Chętnie i bezkrytycznie łączymy to wszystko z wartościami i z prawdą, choć to tylko krótkotrwała i niemal natychmiast przemijająca popularność. Gdy zastrzyk dopaminy instant przestaje działa, zostaje pustka,” podsumował Palihapitiya.

 

Napisałem na początku, że jeśli ktoś nie umie, nie powinien korzystać z Facebooka, Messengera i podobnych. Z późniejszych rozważań wynika, że wielu, zapewne ogromna większość, MUSI korzystać, bo jest uzależniona i ma cały kompleks o psychiatrycznym nieomal charakterze na tym punkcie.

 

Czy jest w ogóle możliwe bezpieczne zażywanie social mediów? Ja osobiście wierzę, że tak. Wierzę, że jeśli nie będę w ogóle używał inwazyjnego Messengera a z publicznie widocznych działań na Facebooku całkowicie eliminował prywatną stronę swojego życia, to sobie nie zaszkodzę. Odstawiłem kiedyś Facebooka na ponad rok i nie była mi potrzebna specjalistyczna opieka. Powróciłem, bo miałem w tym określony cel i plan, bez związku z życiem prywatnym.

 

Wierzę więc, że w moim przypadku nie jest to nałóg. Wierzę, że Facebook wie o mnie dokładnie to, co ja chcę, aby o mnie wiedział. Jeśli tak rzeczywiście jest, to w moim pojęciu znaczy, że umiem korzystać z tego serwisu. Jest tak, jeśli błękitna platforma mówi prawdę i robi tylko to, o czym oficjalnie zapewnia. Jeśli się mylę i Facebook w rzeczywistości wie znacznie więcej, to i tak w pewnym sensie wygrywam, bo potwierdziłoby to moje najgorsze podejrzenia wobec Zuckerbergowej platformy, czyli wszystko to do czego się nie przyznaje. W tym sensie też jestem do przodu, bo mam satysfakcję, że słusznie podejrzewam kłamstwo Facebooka.

 

Mirosław Usidus

Rozmowa za płotem – ks. ARTUR STOPKA o mediach katolickich w czasie kryzysu w Kościele

Czy w diecezjalnym tygodniku albo w kościelnej stacji radiowej można skrytykować biskupa? Albo przynajmniej wytknąć błąd jakiemuś księdzu lub kościelnej instytucji? To bardzo ważne pytania dla Kościoła katolickiego w Polsce. W ich tle stoi poważny problem: jaką rolę mają do spełnienia w obecnej sytuacji katolickie media w Polsce?

 

Nie trzeba być ekspertem, żeby zauważyć, że liczba kłopotów, z którymi musi się obecnie mierzyć Kościół w naszym kraju (zarówno jako wspólnota ludzi złączonych wiarą, jak i jako instytucja) jest spora. Coraz liczniejsze analizy mówią o nadchodzącym, a nawet już trwającym kryzysie. Coraz częściej sięgają po to słowo również komentatorzy określani jako „katoliccy”. Tyle, że te ich wypowiedzi (z niewielkimi wyjątkami) pojawiają się w mediach wcale z Kościołem nie związanych. Czy to oznacza, że należy je traktować jak głosy z zewnątrz? Jako element medialnej nagonki na Kościół, o której można raz po raz usłyszeć z ust także jego bardzo wysokich rangą przedstawicieli? Przyjęcie takiej interpretacji jest wygodne. Ale niekoniecznie oddaje stan faktyczny.

 

Rozmowa i wolność

 

Jednym z najpoważniejszych problemów dotykających Kościół w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach jest brak wewnętrznej rozmowy. Na dodatek jest to problem bardzo bagatelizowany. Mało kto go w ogóle dostrzega i wskazuje dialog, jako środek zaradczy w sytuacjach kryzysowych Kościół dotykających. Na szczęście są wciąż w Polsce katolicy, którzy potrzebę rozmowy o Kościele dostrzegają i chcą w niej wziąć udział. Jednym z naturalnych miejsc do jej prowadzenia wydają się katolickie, a zwłaszcza należące do Kościoła, media.

 

Kościół wciąż może się pochwalić sporą ich ilością, szczególnie tzw. mediów tradycyjnych. Jednak wystarczy rzucić okiem na ich zawartość, aby zauważyć, że niewiele tam wewnątrzkościelnego dialogu, rzetelnych debat, poważnych dyskusji o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Kościoła na polskiej ziemi, ścierania się różnych koncepcji, ocen, propozycji. Można odnieść wrażenie, że nie są one zainteresowane nie tylko uczestnictwem w tej rozmowie, ale nawet udostępnianiem na nie miejsca i czasu. Taka sytuacja może rodzić pytania o zakres rzeczywistej wolności słowa w Kościele w Polsce.

 

Blisko, ale…

 

Efekt jest do przewidzenia. Ci, którzy chcą o Kościele rozmawiać, korzystają z innych środków komunikowania. W rezultacie faktyczna rozmowa o realnych problemach Kościoła w naszej Ojczyźnie toczy się w formie mocno okrojonej, by nie powiedzieć, szczątkowej, w świeckich mediach. Toczą ją w przeważającej mierze katolicy, którzy nie mogą znaleźć miejsca w kościelnych mediach. Nie prowadzą jej całkowicie poza Kościołem, ale jednak nie bezpośrednio na jego terenie. Można powiedzieć, że są blisko, ale jednak za płotem.

 

Odrobinę inaczej wygląda sytuacja w będących w dyspozycji Kościoła tzw. nowych mediach. W Internecie zdarzają się firmowane przez kościelne instytucje miejsca, gdzie podejmowane są z mniejszym lub większym zaangażowaniem próby rozmowy. Są to jednak inicjatywy zasługujące na miano jaskółek, które mogą, ale nie muszą zwiastować wiosnę i gwałtowną odwilż w całej pozostałej sferze komunikacyjnej, którą dysponuje Kościół w Polsce.

 

Trzeba też zauważyć, że nie wszystkie media uważane za katolickie w Polsce są własnością instytucji kościelnych. Istnieją też inicjatywy funkcjonujące poza jego strukturami. Ich głos jednak w niewielkim stopniu przebija się do świadomości większości katolików.

 

Wyjście

 

Kto jest dzisiaj w Polsce adresatem katolickich, a zwłaszcza kościelnych mediów? To podstawowe pytanie, ponieważ odpowiedź na nie pozwala zrozumieć ich rzeczywistą sytuację. Łatwo zauważyć, że głównie kierują się one do systematycznie praktykujących katolików. Szczególnie dobitnie widać to w sferze czasopism. Znaczna część ich nakładu sprzedawana jest w niedziele w kościołach wiernym wychodzącym po Mszy św. Co prawda są one dostępne także w innych sieciach dystrybucji, ale to sprzedaż w parafiach stanowi podstawę ich egzystencji. Równocześnie ten fakt definiuje głównego odbiorcę ich treści i wyznacza misję, którą starają się wypełnić. Tą misją jest przede wszystkim umacnianie w wierze i w pewnych utrwalonych wzorcach postępowania.

 

To jeden z bardzo ważnych elementów ewangelizacyjnego zadania Kościoła. Jednak nie jedyny. Potrzebne, a raczej niezbędne jest również to, o czym od pierwszych dni swego pontyfikatu mówi papież Franciszek – wyjście na zewnątrz. Dotarcie do tych, którzy z różnych przyczyn znaleźli się na obrzeżach Kościoła lub poza nim. Kościół jest ze swej natury misyjny i nie może ograniczać się jedynie do działań na rzecz zachowania i konserwacji „stanu posiadania”. Musi głosić Dobrą Nowinę wszystkim, nie tylko tym, którzy już ją znają i w różnym stopniu wpływa ona na ich codzienne życie. Dotyczy to również będących w gestii Kościoła mediów.

 

Nie tylko przekaz

 

Aktualny Następca św. Piotra świetnie zdaje sobie z tego sprawę i od dawna prowadzi działania zmierzające do gruntownej reformy i przebudowy mediów watykańskich. Minione lata jego pontyfikatu pokazują, jak trudne jest to zadanie i jak liczne opory trzeba pokonać. Franciszek wprost mówi, że media nie są dzisiaj dla Kościoła narzędziem przekazu, lecz są narzędziem komunikacji. Świadczy o tym nie tylko nazwa utworzonej przez niego w czerwcu 2015 r. nowej Dykasterii ds. Komunikacji Stolicy Apostolskiej. Świadczą o tym również gorące dyskusje, jakie wywołują materiały publikowane np. w „L’Osservatore Romano”. Na przykład te dotyczące kobiet w Kościele.

 

Jeśli z nadchodzącego (wg jednych) lub już obecnego (wg innych) kryzysu Kościół katolicki w Polsce ma wyjść wzmocniony, a nie osłabiony, niezbędne jest zweryfikowanie dotychczasowego sposobu traktowania posiadanych przez niego mediów i odkrycie, że są one w swej istocie narzędziem komunikacji, a więc nie tylko mówienia, lecz również słuchania. Potrzebne jest całościowe spojrzenie na kościelne i inne katolickie media, odejście od ambicjonalnych rywalizacji o tego samego odbiorcę, docenienie mediów o wydawałoby się niewielkim zasięgu, ale znacznym oddziaływaniu.

 

 

Nie ma czasu

 

Przede wszystkim konieczne jest przyjęcie do wiadomości, że w nadchodzącym czasie ewangelizacyjna rola mediów (zwłaszcza nowych mediów) będzie rosła i potrzeba jest dalekosiężna strategia korzystania z ogromnych możliwości docierania z Ewangelią i prowadzenia ludzi do Jezusa Chrystusa, jakie one niosą ze sobą. Nie ma już czasu na indywidualne eksperymentalne inicjatywy. Trzeba po prostu szeroko pojętą sferę komunikacyjną uwzględniać zarówno w dorocznych, jak i długofalowych programach duszpasterskich.

 

Brzmi to trochę urzędowo, ale im szybciej na poziomie decyzyjnym w Kościele w Polsce pojawi się zrozumienie dla znaczenia, jakie zmieniające się sposoby międzyludzkiej komunikacji mają dla realnego wypełniania ewangelizacyjnej misji, tym większa szansa, że w przyszłości nie trzeba się będzie tłumaczyć z poważnego grzechu zaniedbania w tej sferze.

 

Artur Stopka

 

Kuszące miliardy od Putina – WOJCIECH POKORA o inwazji propagandowej Rosji

Przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin uważa, że to nie przypadek, iż w Polsce powstały obozy zagłady. Było to, jego zdaniem, ułatwione przedwojenną atmosferą w Polsce, która torowała drogę do późniejszego ludobójstwa. Dlatego dzisiaj Polski rząd musi przeprosić Żydów i cały świat. Bzdura? Oczywista, ale ważne kto w nią uwierzy. Wcześniej Władimir Putin obciążył Polskę odpowiedzialnością za wybuch II wojny światowej. Spotkało się to ze zdecydowaną reakcją władz naszego kraju. Rodzi się tu pytanie, czy tak powinno wyglądać kształtowanie polityki historycznej w przekazie medialnym?

 

To, że Polska powinna reagować na jawne kłamstwa to fakt. I czasem, jak w przypadku wypowiedzi Putina, dobrze gdy odpowie mu premier. Jednak kłamstwa na temat Polski, w tym historyczne, sączone są do przestrzeni medialnej każdego dnia. Czy ktoś powinien na nie reagować? Jeśli tak, to kto? Premier? Parlamentarzyści? Historycy? A może dziennikarze?

 

Niespełna miesiąc temu na Twitterowym koncie telewizji Euronews pojawił się quiz w następującym brzmieniu: „Polska i Rosja wzajemnie oskarżają się o współpracę z hitlerowskimi Niemcami, czyjej <<prawdzie>> o II Wojnie Światowej wierzysz bardziej?”. Tym razem wygrała prawda i ponad 50% internautów opowiedziało się za Polską. Czy jednak twórcom tego typu testów chodzi o dotarcie do prawdy czy wrzucenie w przestrzeń medialną siejących wątpliwość stwierdzeń? Historia staje się relatywna, a fakty są przyjmowane na wiarę? Czy chodzi bardziej o efekt – już gdzieś czytałem, że Polska jest oskarżana o współpracę z Niemcami? Może jednak jest, skoro tak jest napisane w wielu miejscach? Przy okazji pojawia się pytanie, ile osób ma świadomość, że Euronews, będąca finansowana w dużej mierze przez Unię Europejską, jest stacją prorosyjską?

 

4 stycznia na tym samym koncie w mediach społecznościowych pojawiła się kolejna sonda – „W Polsce pakt Ribbentrop-Mołotow nazywa się <<sojuszem Hitlera i Stalina, który doprowadził do ohydnych zbrodni>>. W Rosji mówią, że jest to wymuszony krok, który opóźnił II wojnę światową o 2 lata. Twoim zdaniem ten pakt … Wymuszony krok, czy sojusz Stalina z Hitlerem?” Czy to przypadek? Zabawa obsługującego profil na Twitterze dziennikarza czy przygotowana i opłacona przez kogoś akcja? Skłaniam się ku drugiej opcji.

 

Ta narracja pojawia się w Rosji nie od dzisiaj – mówił już w 2018 roku Wojciech Mucha, szef publicystyki Gazety Polskiej i jeden z twórców polskiego Stop Fake. – Już w okresie II Rzeczpospolitej przyczepiano Polsce łatkę państwa agresywnego. Narracja ta jest utrzymana na rynek wewnętrzny, do odbiorcy wewnętrznego. Ma ona pokazać Rosję jako kraj, który zawsze walczył z faszyzmem, niezależnie czy to był faszyzm niemiecki, włoski czy jak chcą Rosjanie faszyzm polski. Niestety te informacje powtarzane są przez media w Polsce, czy raczej przez polskojęzyczne przekaźniki, takie jak chociażby portal Sputnik czy inne zarządzane przez ludzi związanych z Federacją Rosyjską ośrodki dezinformacji. Jest to obliczone na dezinformację, dzielenie społeczeństwa czy wreszcie na wprowadzenie zamętu. Zamęt jest po to, żebyśmy o tym mówili, żebyśmy się sprzeciwiali tak, by ten temat był jak najdłużej nośny.

 

Żeby propaganda była skuteczna musi być wspierana przez jakiś silny i bogaty ośrodek. W przypadku Federacji Rosyjskiej jest to aparat państwowy. Szacuje się, że w 2020 roku Kreml przeznaczy na wsparcie mediów propagujących rosyjską narrację nawet 1.3 mld euro! 300 mln euro trafi z tej puli do RT – rosyjskiej stacji telewizyjnej należącej do RIA Nowosti, tzw agencji informacyjnej, która sięga swoimi korzeniami 24 czerwca 1941 roku, gdy Rada Komisarzy Ludowych ZSRR i Komitet Centralny Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) utworzyły Sowinformbiuro. W 1944 w ramach Sowinformbiura powstało specjalne biuro propagandy dla krajów zagranicznych. W 1961 roku przekształcono je w Agencję Prasową „Novosti” a następnie w RIA Novosti. Jak widzimy, nawet historycznie ta pseudoagencja z podległymi jej podmiotami predestynowana jest do uprawiania propagandy. RIA Novosti miała chwilową przerwę w funkcjonowaniu w 2013 roku. Wówczas Władimir Putin kazał ją zlikwidować tworząc w jej miejsce agencję Rossija siegodnia. Agencję powołał dekretem w sprawie podwyższenia poziomu efektywności państwowych środków masowego przekazu. W 2014 roku RIA Novosti wznowiła działanie, a Rossija siegodnia uruchomiła zaś inną, znaną także w Polsce agencję – Sputnik. W polskiej redakcji Sputnika pracuje propagandysta Leonid Sigan. Jak czytamy w jego notce biograficznej na portalu Sputnik: „W 1943 roku 20-letni student Moskiewskiego Instytutu Stali Leonid Sigan w wyniku konkursu został pierwszym speakerem rozgłośni Związku Patriotów Polskich w Związku Radzieckim. Polski znał, był bowiem wychowankiem Liceum Krzemienieckiego. Po likwidacji tej rozgłośni Leonid Sigan podjął pracę w tym samym charakterze w polskiej redakcji Radia Moskwa. W swej radiowej karierze szczyci się faktem, że to jemu przypadł w udziale zaszczyt jako pierwszemu odczytać komunikat, że 17 stycznia 1945 roku została wyzwolona Warszawa. Przez kilka lat Leonid Sigan łączył zawód speakera i reportera. Już jako korespondent relacjonował kontakty radziecko-polskie na najwyższym szczeblu. W 1964 roku został kierownikiem polskiej redakcji Radia Moskwa. Nadal występuje z komentarzami, dziennikarstwo uprawia i po dziś dzień jako komentator Sputnika. Leonid Sigan ma tytuł „Zasłużonego dla kultury polskiej”, tytuł zasłużonego działacza kultury Federacji Rosyjskiej”.

 

W wielu krajach europejskich pracownicy telewizji RT i agencji Sputnik już dawno zostali zdemaskowani jako propagandyści. We Francji nie wpuszcza się nikogo z RT do Pałacu Elizejskiego a na początku 2020 roku Estonia zakazała działalności Sputnikowi. W Polsce nadal są niestety politycy, także czynni parlamentarzyści, którzy Sputnikowi udzielają obfitych komentarzy. I tu szukać trzeba źródeł powodzenia projektów dezinformacyjnych. W wojnie polsko-polskiej. Badania pokazują bowiem, że fake newsy rozpowszechnia się coraz częściej świadomie. Działa tu mechanizm „dokopania” konkurentom politycznym. I nie dotyczy on niestety jedynie polityków, ale także, a może przede wszystkim ich kibiców, czyli wyborców. W tak spolaryzowanym społeczeństwie jak polskie, bardzo łatwo grać tym narzędziem. Więc zainteresowane strony, w tym Rosja, chętnie nim grają. Gdy dodamy do tego armię trolli, nie trudno o skuteczny efekt.

 

Wracając do postawionego na początku pytania, kto ma przeciwdziałać propagandzie i dezinformacji, na którą wydawane są miliardy euro? Wydawać by się mogło, że w obliczu takiej skali problemu my nic z tym zrobić nie możemy, musi to robić państwo. Ale jak? Poprzez komunikaty premiera? Bez szans. Jednak państwo ma w tym zakresie narzędzia. Najważniejszym jest edukacja. Eksperci na całym świecie wskazują, że społeczeństwo świadome zagrożeń doskonale im się przeciwstawia. Zresztą, nie trzeba do tego zachodnich ekspertów by wiedzieć, że w obliczu wojny ważne jest by nie mieć V kolumny we własnych szeregach. Społeczeństwo, które nie jest edukowane medialnie, niewątpliwie jest łatwym celem medialnych ataków. Szczególnie w erze mediów społecznościowych, w których każdy nie tylko dystrybuuje ale także tworzy informację. Z jakiegoś powodu jednak postulaty wielu środowisk, w tym dziennikarskich, by wprowadzić edukację medialną na wszystkich szczeblach edukacji trafiają w próżnię. Nie tylko w Polsce. Dlaczego? Drugą skuteczną metodą zwalczania dezinformacji jest sumienna praca dziennikarzy. Powrót do podstawowych zasad dziennikarskiego ABC. Sprawdzanie i weryfikowanie każdej informacji, którą przekazujemy dalej oraz bezstronność w przygotowywaniu materiałów. Nie wspomnę o służbie prawdzie bo to zabrzmi jak truizm. Nie ma innej metody. Gdy my będziemy stosować te metody to żaden polityk czy użytkownik Internetu nie powieli po nas fake newsa, a to już całkiem wiele. Gdyby udało się od dezinformacji uwolnić media, uwolnienie od niej reszty medialnej przestrzeni byłoby tylko kwestią czasu. Ale te miliardy euro zbyt kuszą, prawda?

 

Wojciech Pokora

Putina atakować Pileckim  – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o tym jak media mogą walczyć z kremlowskim kłamstwem

Najpierw spytajmy: kto powinien na kłamstwa Putina odpowiadać? To oczywiste: polskie państwo, Rzeczpospolita. W jaki sposób? Kompleksowy. Państwo, jego urzędy i instytucje, a także jakże istotny i niezbędny składnik – media muszą prowadzić coś, co nazywane jest polityką historyczną, czy polityką pamięci.

 

Jest jednak jeden podstawowy warunek: do prowadzenia polityki historycznej niezbędne jest zdefiniowanie wartości, które chce się kształtować. Określenie, jakie tradycje, wydarzenia i ludzie z przeszłości są godni promowania i naśladowania. Z drugiej strony konieczne jest ustalenie, do jakich wartości nie należy się odwoływać. Jeśli zatem jesteśmy w stanie zdefiniować, kto jest naszym bohaterem narodowym, powinniśmy też umieć wskazać, kto jest antybohaterem. Odwołując się do II wojny światowej i okresu następującego zaraz po nim, ujmę to tak: bohaterami są polscy Niezłomni (żołnierze, działacze polityczni i niepodległościowi), którzy kontynuowali walkę z sowieckimi oprawcami, czerwonymi bestiami.

 

Honory dla Baumana

 

Nie zawsze jednak Rzeczpospolita prowadziła spójną politykę historyczną. Przejawiało się to m.in. tym, że bohaterowie nie byli obdarzani należnym szacunkiem, a mordercy i zdrajcy nie byli napiętnowani. Przykłady można mnożyć. To były minister kultury Bogdan Zdrojewski, który z jednej strony oddawał hołdy stalinowskiemu zbrodniarzowi Zygmuntowi Baumanowi, a z drugiej strony jego resort odmówił dotacji na Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Taka polityka była poniekąd logiczna: bohaterom mówiło się „nie”, a zdrajcom polskiej sprawy „tak”. Media lewicowo-liberalne wychwalały Baumana, przeprowadzając z  nim wywiady, jak np. 16 lipca 2016 r. „Gazeta Wyborcza” („Zygmunt Bauman: Nadzieja, miłość i papierosy”).

 

Nie lepiej było w sferze kultury. Polski Instytut Sztuki Filmowej, który dotował takie filmy jak „Pokłosie” czy „Ida”, a żałował środków na produkcje opowiadające o polskich bohaterach (fundusze trzeba było zbierać do kapelusza). Podobnie TVP, która kupowała seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”. To dowodziło braku polityki historycznej albo inaczej: prowadzenia polityki historycznej, tylko że antypolskiej. I znów lewicowo-liberalne media przyklaskiwały tym pomysłom. W rozmowie z TVP Info (23 luty 2015 r.) ówczesny prezydent Bronisław Komorowski po otrzymaniu przez „Idę” Oscara stwierdził: „Dzisiaj jest szczególny dzień. Ważny dla wszystkich, którzy chcą dostrzegać ten niebywały postęp, jaki dokonuje się w zakresie promocji Polski, promocji polskiej kultury i dostępności do wiedzy o Polsce dla całej reszty świata”. Antypolska „Ida” była promocją Polski także dla ówczesnej premier Ewy Kopacz, która z okazji przyznania nagrody przez Amerykańską Akademię Filmową nagrała filmik z gratulacjami.

 

W ostatnich dniach TVP Info dzieliło się z widzami pomysłem zupełnie innym. Zaproszeniem przez wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła przedstawicieli Komisji Weneckiej do Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Placówka ta powstaje decyzją rządu Zjednoczonej Prawicy. Przez wcześniejsze lata III RP nie było to możliwe, prócz kabaretowych deklaracji wspomnianego już prezydenta Komorowskiego czy ówczesnego ministra Marka Biernackiego, że wystarczy w czynnym więzieniu wygospodarować jakąś salę i wstawić tam kilka gablot.

 

Antidotum Pilecki

 

A czy promowanie przez Bronisława Komorowskiego – także za pośrednictwem przychylnych mu mediów  takich osób jak dyktator stanu wojennego Wojciech Jaruzelski licowało z polską polityką historyczną? Czy wpisywało się w nią również czapkowanie wrogowi Polski i Polaków – oficerowi Wehrmachtu Clausowi von Stauffenbergowi? Czy też działalność Kapituły Orderu Orła Białego, która w osobach: Władysława Bartoszewskiego, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztofa Skubiszewskiego, odmówiła tego najwyższego polskiego odznaczenia polskiemu bohaterowi najwyższej próby: Witoldowi Pileckiemu. A skoro mowa o rotmistrzu, to przejawem podobnej polityki było niezaproszenie jego rodziny na międzynarodowe obchody 70. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Protestowałem przeciwko temu w mediach, np. w „Super Expressie” (27 stycznia 2015 r.)

 

A jak ważny dla polskiej pamięci i walki o tę pamięć – również z Putinem – jest Pilecki, niech świadczy wypowiedź sprzed kilku dni byłego doradcy prezydenta Rosji (w latach 2000-2005) Andrieja Iłłarionowa: „Wydaje się, że jest to właśnie perspektywa ustanowienia Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – ku pamięci Witolda Pileckiego, niezrównanego bohatera ruchu oporu, który walczył o niepodległą Polskę, o uratowanie Żydów przed zagładą, o wolność całej ludzkości od przemocy i terroru, 25 maja, w dniu jego egzekucji dokonanej przez „polskie NKWD”, przede wszystkim przeraża Władimira Putina. To ona zmusza go do prowadzenia kampanii wojskowej dezinformacji nie tylko przeciwko bojownikom przeciwko tyranii, ale także przeciwko pamięci prawdziwych bohaterów tej walki”. Czyli – idąc tym tropem – Putina należy atakować Pileckim. W mediach, kinematografii (wielka polska superprodukcja o rotmistrzu szczęśliwie powstaje).

 

Kto ma to robić?

 

Oczywiście władze Rzeczpospolitej. I to się dzieje: w konsultowanym z prezydentem Andrzejem Dudą oświadczeniu premiera Mateusza Morawieckiego przeciw kłamstwom Rosji, w podobnie brzmiącej uchwale Sejmu RP. Na bieżąco powinny się tym zajmować takie instytucje, jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Instytut Pamięci Narodowej, czy Polska Fundacja Narodowa.

 

W końcu media. Powinny wspierać państwo, również w szlachetnym dziele polityki historycznej. Więcej, same mogłyby kształtować wartości patriotyczne. Przede wszystkim media publiczne, ale też komercyjnie. Przez większość lat III RP tak to niestety nie działało: w przekazie głównego nurtu takich treści próżno było szukać. Mainstream z zasady nie informował o wydarzeniach związanych z naszą historią (przełomowych momentach, rocznicach wydarzeń czy datach urodzin lub śmierci bohaterów). O 1 marca – Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych – też nie można było znaleźć choćby podstawowych wiadomości (jak w takim razie to młode – ustanowione w 2010 r. święto miało przebić się do zbiorowej świadomości Polaków?).

 

Często bywało tak, że podczas odbywających się jeszcze szczątkowo procesów komunistycznych zbrodniarzy byłem jedynym dziennikarzem. Bo tematy te uważano za „niebezpieczne” czy przynajmniej kontrowersyjne i jako takie celowo przemilczano. A jeśli już przemilczeć się nie dało, dziennikarze (a właściwie propagandyści) sięgali po inną broń: relatywizowanie i opluwanie. Podstawowy cel mediów: informowanie zastępowało dezinformowanie. Nakładają się na to problemy własnościowe, wobec czego aktualnym postulatem pozostaje repolonizacja mediów, tak aby docelowo włączyły się one w proces budowy świadomości historycznej i patriotycznej wśród Polaków.

 

Renesans wśród młodzieży

 

W Europie czy USA narodowa historia nie jest traktowana jako obciach. Nasi sąsiedzi – Niemcy czy Rosja – prowadzą własną politykę historyczną i są ze swojej historii dumni, szczycą się nią. Niestety ta polityka – szczególnie w przypadku Putina – jest bardzo często budowana na antypolskich kłamstwach.

 

Tylko Polakom przez te wszystkie lata wmawiało się (a robiły to w dużej mierze media), że nie warto „grzebać się” w przeszłości, że należy bezrefleksyjnie patrzeć w przyszłość. Ale dzięki śp. prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu kilka lat temu pojawiło się światełko w tunelu. Byłemu prezydentowi udało się stworzyć modę na patriotyzm wśród młodych Polaków. I tej tendencji nikt i nic już nie zatrzyma. A naszym obowiązkiem – polityków, dziennikarzy – jest wzmacnianie wartości patriotycznych i ducha narodowego wśród kolejnych pokoleń polskiej młodzieży. Zaczynając od zdefiniowania podstawowych wartości, takich jak dobro-zło, bohater-zdrajca, niepodległościowiec-okupant. I będąc uzbrojonymi w taką broń możemy – dzięki przychylnym mediom publicznym, a miejmy nadzieję również komercyjnym – odpowiadać na kłamstwa Władimira Putina.

 

Tadeusz Płużański